E-book
23.63
drukowana A5
53.3
A Heartless Thief

Bezpłatny fragment - A Heartless Thief

Thief #1


Objętość:
211 str.
ISBN:
978-83-8440-822-3
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 53.3

Dedykacja

Dla wszystkich złamanych serc, które nauczyły się bić na nowo. Dla tych, którzy ukrywają ból za uśmiechem, i dla tych, którzy w mroku znaleźli odwagę, by kochać ponownie. Ta historia jest dla Was — bo nawet najtwardsze serce potrafi drżeć z miłości.

Rozdział 1

Syntia

Siedziałam na łóżku, bez większego celu wpatrując się w ekran telefonu, gdy nagle coś lekkiego, ale zaskakująco szybkiego wylądowało na moich kolanach. To była ona — Pixa. Mała ruda wiewiórka, moja domowa chaos-generator, zawsze śmieszyła mnie ta nazwa, którą jej wymyśliłam. Wskoczyła z taką gracją, jakby to jej należało się to miejsce, jakby od zawsze było jej tronem.

Pewnie zastanawiacie się, skąd to imię — Pixa? Przecież to brzmi jak jakaś bajkowa postać albo marka tanich aparatów. Ale spokojnie, wszystko ma swoje wyjaśnienie.

Od kilku lat biorę leki na stany lękowe. Zdiagnozowano to u mnie jeszcze w podstawówce — paniczne reakcje, pot zalewający dłonie, serce jak młot pneumatyczny bez konkretnego powodu. Moje życie przez długi czas było niekończącym się pasmem ataków paniki, które potrafiły się włączyć nawet wtedy, gdy mleko się skończyło. Rano i wieczorem łykam więc dwie różowe tabletki — takie śliczne, jak cukierki, ale z efektem dużo mniej słodkim.

Pewnego razu, całkiem niedawno, przygotowałam wieczorną dawkę leków i — jak zawsze — zostawiłam je na szafce nocnej, zanim poszłam pod prysznic. Chwilę później, mokra i zawinięta w ręcznik, wróciłam do pokoju… i zamarłam. Moje leki zniknęły. Puste miejsce po tabletkach świeciło się bardziej niż moje czyste czoło po maseczce.

I wtedy ją zobaczyłam.

Siedziała na środku dywanu, z wybałuszonymi oczami i miną, jakby właśnie odkryła sens istnienia. Jej źrenice były gigantyczne, czarne jak kosmos i równie głębokie. Patrzyła na mnie z wyrazem twarzy, który mówił jedno: „Stara, ja właśnie widzę dźwięki.”

Po sekundzie eksplodowała.

Nie wiem, jak to lepiej opisać — po prostu zaczęła latać. I to nie w przenośni. Biegała po ścianach, skakała z półek, zrobiła parkour po moich zasłonach, po czym z gracją wylądowała na lampce nocnej i stamtąd zeskoczyła mi na głowę.

Zamiast ją ratować albo przynajmniej zadzwonić do weterynarza, ja… zaczęłam się śmiać. I to nie tak po prostu — to był śmiech do łez, ten po którym później bolał mnie brzuch. Leżałam na łóżku, wijąc się w histerii, jakby to był najlepszy stand-up mojego życia, a nie potencjalnie niebezpieczna sytuacja z moim zwierzakiem na haju.

Tak właśnie powstało jej imię. Pixa. Od „psycho”, „pixie” i trochę też od „Xanax” — taki mój prywatny żart, który rozumie tylko ona i ja.

Co ciekawe, moja matka panicznie się jej boi. Serio. Nie wiem do końca dlaczego, bo Pixa to najspokojniejsze stworzenie, kiedy nie pożera akurat leków psychotropowych. Nigdy nie ugryzła, nie podrapała, ba — jakby się dało, to by ci herbatę zrobiła. Jest bardziej posłuszna niż niejeden york w sweterku.

Ale fobia mamy ma też swoje zalety. Na przykład taka, że nigdy nie wchodzi nieproszona do mojego pokoju. Przekroczenie progu to dla niej jak przejście przez pole minowe. A że Pixa zawsze gdzieś tam hasa po pokoju, to mam święty spokój. Jakby ktoś zainstalował mi domowy system ochronny — tylko bardziej puszysty.

Nie zamykam jej w klatce. To nie zoo. Od małego nauczyłam ją korzystać z jednej, konkretnej kuwety i, serio, jest czystsza niż większość ludzi, których znam. Nie rozrzuca jedzenia, nie gryzie kabli, nie wchodzi do moich ubrań. Po prostu… jest.

I wiecie co? Nawet jeśli Pixa to tylko mała, dziwna wiewiórka z mojej codzienności, to od kiedy jest ze mną, jakoś łatwiej mi oddychać.

***

Zaczęłam przeglądać internet, aby znaleźć kolejny ciekawy obiekt do zwiedzenia. Nie nastawiałam się na cud, wszystkie ciekawsze miejsca zostały już przeze mnie odwiedzone, a przynajmniej te, które znajdowały się blisko mnie, wolałam nie zapuszczać się zbyt daleko od domu, wiedziałam, że tu byłam bezpieczna.

Nagle zerknęłam na coś, co o dziwo mnie zainteresowało. I to nawet bardzo. Znalazłam wzmiankę o starym opuszczonych szpitalu psychiatrycznym. Został on zamknięty ponad pięćdziesiąt lat temu, pacjenci według artykułu na stronie byli zdrowi jak ryby. Jednak pracownicy owego szpitala i rzekomi lekarze wmawiali im, że są chorzy, oraz że powinni zażywać przeróżne leki aby „wyzdrowieć”.

Najczęściej byli po prostu ich króliczkami doświadczalnymi, były na nich testowane coraz to nowsze leki powodujące przeróżnego rodzaju halucynacje, codziennie dostawali coraz mocniejsze dawki, przez co osoby z zewnątrz uważali ich za zwykłych szaleńców. Na pierwszy rzut oka nafaszerowani lekami ludzie faktycznie wyglądali jak osoby obłąkane i niespełna rozumu.

Po nieco dokładniejszym zagłębieniu się w historię tego miejsca, z każdą kolejną informacją czułam, jak rośnie we mnie fascynacja. Było w nim coś tajemniczego, niepokojącego, a zarazem niezwykle magnetycznego — jakby budynki, choć od lat opuszczone, wciąż żyły własnym życiem, opowiadając historie tych, którzy je kiedyś wypełniali. Z każdą przeczytaną relacją, z każdym odnalezionym zdjęciem, coraz mocniej czułam, że muszę tam pojechać. Bez chwili wahania dopisałam to miejsce do mojej listy — tej specjalnej, osobistej listy obiektów, które planuję odwiedzić w najbliższym czasie.

Mimo wszystko wiedziałam, że jeszcze nie jestem gotowa na tak duży i wymagający urbex. Myśl o przedzieraniu się przez rozległe, ciemne korytarze, o stąpaniu po skrzypiących schodach, za którymi mogłaby czaić się zarówno przeszłość, jak i nieprzewidziana niespodzianka, budziła we mnie jednocześnie ekscytację i lekki niepokój. Postanowiłam więc dać sobie jeszcze trochę czasu i jeżeli będzie to możliwe, to pod żadnym pozorem nie iść tam w samotności. Póki co zaczęłam szukać dalej. Myślałam, że może uda mi się trafić na coś mniejszego i bardziej przystępnego, ale równie intrygującego jak szpital. W końcu każdy krok w tej pasji to nie tylko eksploracja przestrzeni, ale i siebie samej.

Po półgodzinnym, nie przynoszącym fenomenalnych rezultatów szukaniu wreszcie natrafiłam na coś ciekawego, był to mały opuszczony dom, wyglądem przypominający mały zamek lub pałac. Od razu przycisnęłam palec do ekranu, aby poczytać komentarze na temat tego miejsca. Jak się po chwili okazało obiekt ten, nie był jakoś bardzo popularny, podobno mieszkała tam kobieta, która chorowała na różnego rodzaju choroby psychiczne, których nazw nie potrafiłam przeczytać. Ubzdurała sobie, że jest królową i zmieniła swój dom w pałac. Powalona historia.

Zjechałam trochę niżej i zauważyłam, że zostały zamieszczone trzy komentarze.

Caden21

,,To ma być ciekawe? Nudniejszej budowli w życiu nie widziałem, już nawet piwnica mojej prababci jest bardziej interesująca niż to”.

Zjechałam niżej, aby przeczytać kolejne dwa komentarze od innych użytkowników tego portalu, drugi z nich naprawdę bardzo mnie zaciekawił.

Amy98

,,Szczerze? Nuda, nie warto się tam zapuszczać, stracicie tylko czas”.

BlackRat11

,,Świetne miejsce… idealne dla nudziarzy. Być może z zewnątrz wygląda zjawiskowo, w środku jednak nie ma nic ciekawego czy godnego uwagi. Typowa miejscówka dla miejscowych meneli czy zbuntowanych nastolatków. Okolica również niezbyt ciekawa, dookoła same lasy i łąki”.

Najbardziej zaciekawił mnie komentarz od użytkownika BlachRat11, pola i lasy? Ciekawa okolica jak na takie miejsce. Jeśli faktycznie nie ma tam nic ciekawego, to może chociaż zrobię kilka ładnych zdjęć.

Długo nie myśląc, zdjęłam Pixe z kolan, na co ta niezadowolona uciekła spać na swoje prowizoryczne legowisko, które zrobiłam jej z waty, siana oraz kawałka materiału imitującego koc.

***

Bardzo lubię oglądać Berlin nocą. To miasto ma wtedy w sobie coś hipnotyzującego — jakby zrzucało z siebie dzienny pośpiech, hałas i zgiełk, a w ich miejsce zakładało miękką, ciemną pelerynę spokoju. Podczas gdy inne miejsca dopiero wtedy zaczynają tętnić życiem, pełne klubów, świateł i niekończących się rozmów przy piwie, moja dzielnica — trochę na uboczu, nieco senniejsza — zaskakująco milknie. Staje się niemal intymna. Cicha. Jakby to właśnie noc pozwalała jej na głębszy oddech.

Prawie każdego wieczoru wychodzę na spacer. To taki mój rytuał — cichy bunt przeciwko chaotycznej codzienności. Lubię ten moment, gdy wszystko powoli zanika: hałas samochodów, dźwięk tramwajów, nawet ludzi robi się mniej. Zostaję tylko ja i miasto, które w nocy odsłania swoją drugą twarz. Myśli wtedy jakoś łatwiej się układają, oddycham spokojniej. I naprawdę — nocne powietrze ma w sobie coś innego. Jest chłodniejsze, bardziej orzeźwiające. Wydaje się czystsze, jakby zostało przefiltrowane przez ciszę i brak ludzkiego zgiełku.

Pewnie to przez ten mniejszy ruch uliczny — mniej aut, mniej spalin. Tak przynajmniej kiedyś mówiła ta nauczycielka… biologii? A może to było na edukacji dla bezpieczeństwa? Sama już nie pamiętam. I szczerze? Niespecjalnie mi zależy, żeby sobie przypominać. Nie wszystko, co mówi podręcznik, ma znaczenie w prawdziwym życiu. Czasem wystarczy po prostu stanąć pod latarnią, zamknąć oczy i zaczerpnąć powietrza, które pachnie jak noc. I już się wie.

Moim ulubionym miejscem do nocnych przechadzek jest metro.

Tak, metro. Nie park, tylko podziemne korytarze, które o tej porze wyglądają jak wyjęte z jakiegoś postapokaliptycznego filmu. Gdy większość ludzi wybiera sen albo imprezy, ja wolę zejść pod ziemię i zanurzyć się w ciszy, która tam panuje. I to nie byle jaka cisza — to ten ciężki, głęboki rodzaj ciszy, który aż dzwoni w uszach. Zaskakująco przyjemna.

Niektórzy mogliby powiedzieć, że to miejsce jest wręcz przerażające. I w sumie mają trochę racji. Jedyne światła, które tam widać, to zielonkawe znaki ewakuacyjne, słabo migoczące w mroku, jakby z trudem próbowały przypomnieć sobie swoje przeznaczenie.

Cała reszta — ciemność, beton, kurz. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przejeżdżał tędy pociąg, nie działa żadna lampa sufitowa, wszystko jest wyłączone. Remont trwa już od jakiegoś czasu i szczerze mówiąc, nie do końca rozumiem, po co. Niby coś tam odnawiają, niby coś wzmacniają, ale dla mnie to nadal to samo metro — tylko trochę bardziej niedostępne. Oficjalnie oczywiście. Bo nieoficjalnie… to jedno z moich ulubionych miejsc na mapie nocnego Berlina.

Teoretycznie wejście jest zamknięte. Praktycznie — wystarczy wiedzieć, którędy się prześlizgnąć. Barierki, taśmy ostrzegawcze, znaki z wielkimi wykrzyknikami i czerwonym napisem „ZAKAZ WSTĘPU — OBIEKT GROZI ZAWALENIEM” — wszystko to wygląda groźnie, ale tylko z pozoru. Zawsze się zastanawiam, czy ktokolwiek jeszcze traktuje te ostrzeżenia poważnie. Ja na pewno nie. Widziałam już tyle podobnych tabliczek, łażąc po wszelakich ruinach i opuszczonych budynkach, że zaczęłam traktować je jak tło do moich spacerów. I jak do tej pory żadna cegła mi na głowę nie spadła, więc albo mam szczęście, albo te znaki to przesada. Albo jedno i drugie.

Jest w tym metrze coś surowego, ale i uspokajającego. Jakby cały świat na chwilę się zatrzymał. Czas płynie wolniej, myśli są głośniejsze, a cisza — pełniejsza. I może właśnie dlatego tak bardzo mnie tam ciągnie.

Rozdział 2

Sprawnie, niemal automatycznie, przeskoczyłam przez jedną z barierek. Ruch dobrze mi znany, wyćwiczony przez setki podobnych sytuacji. Metal zaskrzypiał lekko pod moim ciężarem, ale nie zwróciłam na to większej uwagi. Już po chwili byłam po drugiej stronie — tam, gdzie nie powinnam się znajdować. Tam, gdzie właśnie chciałam być.

Zapuściłam się w głąb ciemnego korytarza, który po kilku metrach dosłownie pochłonął mnie w całości. Światła z zewnątrz zgasły za zakrętem jak światełka na choince po wyrwaniu wtyczki z kontaktu. Zostałam tylko ja, ściany i dźwięk. Ten jeden, jedyny: głuchy stukot moich ciężkich glanów odbijający się echem od betonowej posadzki i surowych ścian. Rytmiczny, uspokajający. Jak bicie serca kogoś, kto jeszcze żyje, ale już dawno przestał krzyczeć.

Korytarze rozgałęziały się przede mną, a ja skręcałam w różne strony, bez większego planu, prowadzona raczej instynktem niż logiką. Nie wiedziałam, dokąd zmierzam — i w tej niepewności było coś niezwykle uwalniającego. Jakby nie trzeba było już niczego udowadniać. Ani sobie, ani nikomu.

Cisza, która mnie otaczała, miała konsystencję czegoś gęstego, miękkiego. Otulała mnie jak koc, ale nie z wełny, tylko z kamienia i pustki. A mimo to… dawała ukojenie. Prawdziwe. Takie, jakiego nie dawały mi żadne tabletki nasenne, żadne kolorowe pastylki czy proszki, które kiedyś łudziły mnie obietnicą spokoju. Żaden z tych chemicznych aniołków, które brałam, nie potrafił uspokoić mojego umysłu tak skutecznie, jak to martwe, ciche metro.

Jestem czysta od ponad trzech miesięcy. To niby niedużo, ale dla mnie to jak przebiegnięcie maratonu z kamieniami w płucach. Mój organizm nie przyjął tego zbyt dobrze. Reagował jak małe, rozhisteryzowane dziecko, któremu ktoś nagle zabrał ukochaną zabawkę — buntował się, płakał, błagał o więcej. Kolorowe cukiereczki w różnych słodkich kształtach… kłamliwie niewinne. A przecież właśnie przez nie zapomniałam, kim jestem.

Ale teraz czuję, że wracam. Może jeszcze nie całkiem, może jeszcze z drżeniem w rękach, ale wracam. I to metro, ciemne i puste, jest dziś moim świadkiem.

Kochałam te różnokolorowe małe gwiazdki i stan, jaki mi dawały.

Jednak gdy je odstawiłam, szara rzeczywistość powróciła do mnie z podwójną mocą. Nie mogłam jeść ani spać. Nawet podniesienie się z łóżka było dla mnie nie lada wyzwaniem. Pomimo tego, że potrafiłam wyrywać sobie włosy z głowy lub siedzieć nieruchomo patrząc w ścianę, wciąż nie umiałam sobie z tym poradzić.

Byłam na głodzie.

Obdzwaniałam wszystkich. Każdego pieprzonego dilera, każdą znajomą twarz, od której kiedykolwiek dostałam kolorowe pigułki — te moje magiczne guziczki odcinające mnie od rzeczywistości. Ręce mi się trzęsły tak, że ledwo trafiałam w ekran. Palec co chwilę naciskał zły kontakt, a serce waliło mi jak oszalałe. Ale to nie miało znaczenia. Musiałam je mieć. Choćby jedną. Choćby ostatnią.

Ale nikt nie odbierał. Albo odrzucali. Albo zamilkli, jakby nagle wszyscy zbiorowo przestali istnieć. Żadnego „hej”, żadnego „co tam u ciebie?”, żadnego „mam, przyjedź za godzinę”. Tylko cisza.

Wkurwiająca, pogardliwa cisza.

W głowie zapaliło mi się ostrzegawcze czerwone światło.

Wiedziałam, że to nie przypadek. Wiedziałam, że za tym stał on — mój ojciec. Pieprzony kryminolog z obsesją na punkcie kontroli. Ten, który całe życie wiedział wszystko lepiej. Pewnie zadzwonił do nich wszystkich, jeden po drugim, i z tym swoim spokojnym, lodowatym głosem opowiedział im bardzo szczegółowo, co może zrobić z ich ciałami. Z ich palcami. Z ich językami. Z ich matkami, jeżeli jeszcze raz odważą się sprzedać coś jego córce. A że znał szczegóły — miał doświadczenie i wyobraźnię. I cholernie przekonujący ton. Nikt nie chciał ryzykować. Nikt nie chciał zniknąć bez śladu w wannie z kwasem, tylko po to, żebym ja mogła znów przez parę godzin udawać, że jestem szczęśliwa.

Nikt nie odbierał.

Nikt nie chciał mi pomóc.

A ja… ja nie chciałam żadnej innej pomocy. Nie potrzebowałam ciepłych słów, psychologów, grup wsparcia czy detoksu z herbatką z melisy. Chciałam tylko jednej rzeczy: tego błogiego, znajomego stanu, w którym świat znów się układał w kolorowe puzzle. Wszystko stawało się ostrzejsze, żywsze, piękniejsze. Każdy dźwięk brzmiał jak muzyka, każdy cień nabierał sensu, a moje myśli przestawały krzyczeć.

To była jedyna pomoc, jakiej kiedykolwiek naprawdę pragnęłam. I której nikt nie chciał mi dać.

***

Nie do końca wiedziałam, gdzie się znajduje, po prostu szłam przed siebie zgodnie z linią torów. Otaczał mnie jedynie mrok i ta przyjemna głucha cisza, która po chwili została zagłuszona.

Usłyszałam kroki.

Ciężkie, męskie kroki.

I o dziwo nie były one wytworem mojej wyobraźni, naprawdę ktoś tu jest i zmierza w moim kierunku. Kto normalny o takich godzinach chodzi po stacji metra? A tym bardziej, wtedy gdy praktycznie na każdym rogu jest umieszczona tabliczka o zakazie wstępu.

Nigdzie nie ujęłam, że należę do osób normalnych i zdrowo myślących, ale to akurat mnie zdziwiło. Obecność innego człowieka, o takiej godzinie, w takim miejscu była wręcz niespotykana.

W oddali zauważyłam człowieka. Na głowę miał nasunięty kaptur. Miał na sobie czarne spodnie cargo a na dłoniach rękawiczki. Pomimo tak słabego oświetlenia widziałam go bardzo wyraźnie, mój wzrok zazwyczaj bardzo szybko dostosowuje się do ciemności, co jest w wielu sytuacjach bardzo przydatne.

Gdy mężczyzna mnie minął, poczułam podmuch zimnego powietrza, co było dość dziwne, przecież całe metro jest zamurowane, a jestem już dość daleko od wejścia.

Szłam dalej, nie zawracając sobie za bardzo głowy tym człowiekiem. Mignął mi wcześniej w cieniu, ale uznałam, że to tylko jeden z tych nocnych cieni Berlina — zagubiony, obojętny, mijający mnie bez słowa. Może ktoś, kto tu pracuje. Może ktoś, kto też uciekł na chwilę od świata. Nie wnikałam. Nie miałam na to siły, a tym bardziej ochoty.

Kroczyłam przed siebie powoli, pewnie, z rękami schowanymi w kieszeniach, gdy nagle, jakby wyjęty z mojego ślepego kąta, pojawił się tuż obok mnie. Nagle. Blisko. Za blisko. Zanim zdążyłam zareagować, usłyszałam jego głos — chropowaty, zmęczony, jakby przeżył tysiące takich nocy, a każda coś z niego zabrała.

Zadrżałam. Nie ze strachu, bardziej z nagłego zaskoczenia. Moje ciało instynktownie napięło się na ułamek sekundy, a serce przyspieszyło o dwa uderzenia. Nie podskoczyłam dosłownie, ale w środku wszystko się na chwilę zatrzymało i przestawiło.

— Co robisz w takim miejscu o tej godzinie? Nie boisz się? — zapytał, a w jego głosie była ta paskudna nuta ciekawości zmieszanej z czymś, co można by uznać za zabawę. Uśmiechał się. Widziałam to w kącie oka — ten wygięty grymas, który miał chyba wyglądać na przyjazny, ale bardziej przypominał grymas kogoś, kto wie za dużo.

Jeśli myślał, że mnie tym wystraszy, to grubo się mylił.

Odwróciłam lekko głowę, spojrzałam mu prosto w oczy, nie spuszczając wzroku, nie pozwalając sobie na ani gram słabości. W takich chwilach liczy się każda sekunda pewności siebie — choćby była tylko dobrze zagranym blefem.

— Spaceruję. Nie widać? — odpowiedziałam, pytaniem na pytanie, chłodno, z tą nutką sarkazmu, która zawsze była moją zbroją. Taka sama jak glany, jak długie rękawy nawet latem, jak ciemne paznokcie, których nikt nigdy nie zdołał złamać.

Nie zwolniłam kroku. Nie zatrzymałam się.

Jeśli chciał mnie przestraszyć, wybrał złą dziewczynę i zły wieczór.

Nagle usłyszeliśmy jakiś dźwięk. Taki ostry, przeszywający i rytmiczny — jakby metal uderzał o beton w równych odstępach czasu. Początkowo mój mózg nie potrafił go przetworzyć. Może dzieciaki? Pomyślałam odruchowo. Może ktoś, tak jak ja, przyszedł tu poszukać wrażeń, adrenaliny albo zwyczajnej ucieczki od świata? Może ktoś, kto po prostu nie ma lepszego miejsca do bycia o tej porze.

Dopiero po kilku sekundach, gdy zauważyłam dwa wąskie, ale silne promienie światła przecinające ciemność, zrozumiałam, że to nie są zwykłe latarki z kiosku. To były profesjonalne, wojskowe wręcz szperacze — takie, których używa się, kiedy naprawdę chcesz coś znaleźć. Albo kogoś.

Zatrzymałam się na moment, marszcząc brwi i próbując poskładać fakty. Wtedy usłyszałam jego głos — zachrypnięty, napięty, tym razem już bez uśmiechu:

— Kurwa. Czas spierdalać.

— Co? — rzuciłam zdezorientowana, ledwie słysząc samą siebie przez przyspieszone bicie serca.

— Uciekaj. Psy. — Warknął, a w jego głosie nie było ani grama wątpliwości. Już przyspieszał, już się oddalał.

— Myślisz, że mnie wystraszysz takim czymś? Co niby miałaby tu robić poli…

Nie zdążyłam dokończyć zdania. W tej samej chwili mój wzrok przebił się przez ciemność jakby ktoś zdjął z mojej twarzy filtr rozmycia. Zobaczyłam ich. Dwóch. Jeden wysoki i chudy, jak kij od szczotki, drugi niski i gruby, jak kulka do kręgli. Serio. Typowy policyjny duet z taniego serialu — wyglądali tak, jakby mogli się potknąć o własne nogi, ale wiedziałam, że nie można ich lekceważyć.

W jednej sekundzie świat zwolnił, a w drugiej znowu przyspieszył.

Nie myśląc długo — może nawet w ogóle nie myśląc — puściłam się biegiem za nieznajomym. Tętno waliło mi w uszach, oddech miałam płytki, a nogi zdawały się działać bez mojego udziału.

Głos któregoś z policjantów przebił się przez chaos:

— Zatrzymać się! Rzucić się na ziemię!

Oczywiście, że nie. Jakby to kiedykolwiek zadziałało.

Chwilę później usłyszałam huk — ostry, donośny, przerażająco bliski. Pocisk ostrzegawczy. Taki, który powinien polecieć w niebo, a nie w… sufit. W stary, kruszejący sufit metra w remoncie.

Tynk posypał się na głowę tego niższego. Krzyknął coś niezrozumiale, zamachnął się ręką, jakby chciał odgonić sam siebie. Parsknęłam śmiechem. Autentycznie. W tym całym absurdzie sytuacji nie mogłam się powstrzymać.

Przyspieszyłam jeszcze bardziej, choć płuca zaczynały już płonąć, a mięśnie wołały o przerwę. Nie mogłam jednak teraz się zatrzymać.

Gdybym zgubiła tego chłopaka, zostałabym tu sama — zagubiona w labiryncie niedokończonych korytarzy, w środku policyjnej akcji. A oni złapaliby mnie w pięć minut. Może nawet w trzy. A potem już tylko protokoły, krzyki ojca, zimne światła na komisariacie i kolejne kartoteki z moim nazwiskiem.

Choć znałam mniej więcej ten teren, miałam wrażenie, że każda ścieżka nagle się zmieniła. Jakby miejsce oddychało i poruszało się wraz z nami. Wszystko wyglądało znajomo, ale jakby przez szybę — zamazane, niepewne.

Nie wiedziałam, dokąd mnie prowadzi ten nieznajomy. Ale jedno było pewne — właśnie wpakowałam się w niezłe bagno.

I najgorsze (a może najlepsze?) było to, że wcale nie chciałam z niego wyjść.

Rozdział 3

Biegłam za chłopakiem ile sił w nogach. Czułam przebiegający po plecach dreszcz, gdy słyszałam głośne kroki biegnących dwóch funkcjonariuszy policji, niosące się echem po opustoszałym metrze.

Moje leki przestawały działać przez nadmiar emocji targających moim ciałem, mój oddech stał się bardzo płytki. Czułam, że w każdej chwili mogę się przewrócić, a mimo tego wciąż biegłam. Gdzieś z tyłu głowy czułam, że gdy pobiegnę za nieznajomym mi mężczyzną, policja nas nie znajdzie.

Biegliśmy przeróżnymi korytarzami, nie byłam pewna, w jakim dokładnie kierunku zmierzamy, obraz przed moimi oczami coraz bardziej tracił ostrość, co naprawdę nie było dobrym znakiem. Zaczęłam się pocić. Czułam, jak drżą mi ręce.

Pomimo tego, że nie jestem wierząca, zaczęłam modlić się do wszelakich bóstw, aby tylko się tutaj nie przewrócić, nie teraz, nie w takiej sytuacji.

Nie mogłam stracić sił, jeszcze chwilę, muszę dać radę.

Muszę wytrzymać.

Chłopak nagle skręcił w lewo i przeskoczył przez jedną z barierek, nie jestem pewna czy kiedykolwiek zwróciłam uwagę na ten zaułek. Powtórzyłam jego ruch, o mały włos nie upadając przy tym na twarz, poczułam jednak, jak silne ramiona ciągną mnie w górę.

— Uważaj kurwa. Jesteś jakaś upośledzona czy co? — Syknął, po czym zaczął iść w głąb korytarza, kierując się w stronę jednych z wielu drzwi.

Nie odezwałam się ani słowem. Mężczyzna, mimo całej tej sytuacji, zachował zaskakująco spokojny wyraz twarzy i otworzył przede mną wąskie, zardzewiałe drzwi, wpuszczając mnie jako pierwszą. Ten drobny gest, zupełnie niepasujący do paniki sytuacji, był dziwnie miły. Na ułamek sekundy pomyślałam nawet: „Co za dżentelmen”, zanim mój mózg znów przypomniał mi, że jesteśmy w trakcie ucieczki przed policją.

Zatrzymał się w progu, zerknął jeszcze szybko w lewo i prawo, jakby chciał się upewnić, że nikt nas nie śledzi. Po chwili zniknął za mną w ciemności.

W środku było jak w grobie. Kompletna, gęsta ciemność, taka, która zdaje się wchłaniać dźwięki. Wstrzymałam oddech i nawet nie próbowałam poruszyć się o milimetr. Drzwi zamknęły się za nami niemal bezgłośnie. Przez chwilę było cicho. Za cicho. A potem… on gwałtownie się cofnął i przywarł do ściany.

Zrozumiałam dlaczego dopiero po kilku sekundach — zobaczyłam w oddali dwa ostre, tnące mrok promienie. Latarek.

Idą tu.

Zamarłam.

— I co? Zgubiliśmy ich? Szef nas zabije. — usłyszałam jeden z głosów. Był niższy, chropowaty, ale nerwowy. Brzmiał jak ktoś, kto miał już dosyć wszystkiego.

— Trzeba przeszukać teren, nie mogli daleko uciec, ci gówniarze pewnie nawet nie wiedzieli, gdzie biegną. Chodź, sprawdzimy tutaj. — odpowiedział drugi, bardziej zdecydowany.

Ich kroki zbliżały się niepokojąco szybko. Promienie latarek przecinały przestrzeń, przeskakiwały po ścianach, omiatały rurę wentylacyjną, na której zawisła czyjaś dawno zapomniana kurtka. Policjanci byli już bardzo blisko — słyszałam ich oddechy, słyszałam zgrzyt ich butów na brudnej posadzce. Dzieliło nas dosłownie kilka metrów.

„To już koniec” — przemknęło mi przez głowę. Zaraz nas znajdą.

Moje nogi zaczęły drżeć. Czułam, jak napięcie ściska mi gardło. To nie było tylko nerwowe trzęsienie. To było coś głębiej. Paraliżujące od środka, przeszywające aż po czubki palców u stóp. Drętwiałam. Raz. Drugi. Na przemian.

Oddychałam płytko, z trudem. Serce tłukło się jak oszalałe, a każdy jego ruch wydawał się zbyt głośny, zbyt oczywisty. Wydawało mi się, że zaraz mnie usłyszą. Że usłyszą wszystko.

I wtedy — jak wybawienie — odezwał się głos z krótkofalówki:

— Wracajcie, mamy sprawę do załatwienia.

Głos był stanowczy, chłodny, zupełnie bez emocji. Brzmiał jak ktoś, kto wydaje rozkazy z przyzwyczajenia, nie z przekonania. Ale ten ton sprawił, że nawet mnie wcisnęło mocniej w ścianę.

— Szefie, nie możemy, jakieś gnojki chodzą po zamkniętym metrze. Musimy ich złapać — odpowiedział jeden z policjantów, próbując jeszcze protestować.

— Zrobicie to później, są sprawy ważne i ważniejsze. Nie waż mi się sprzeciwiać, wiesz, jak to się kończy. Chcę was widzieć na komendzie, ale to już, czy wam się to podoba, czy nie.

Ten ton nie pozostawiał wątpliwości. Komendant nie był kimś, komu się odmawia. Nawet ja — choć nie wiedziałam, jak wygląda — miałam wrażenie, że widzę jego zimne spojrzenie.

— Zaraz będziemy. Bez odbioru — rzucił jeden z nich. I wtedy… cisza.

Usłyszałam, jak ich kroki zaczęły się oddalać. Dźwięk ich butów powoli cichł. Światła latarek zniknęły za rogiem, zostawiając nas z powrotem w mroku. Ciemność była nagle ciepła, wręcz przytulna.

Wycofali się.

Uratowani.

Spojrzałam na chłopaka, który do tej pory stał nieruchomo jak posąg. Z jego ust wyrwało się krótkie westchnięcie ulgi — takie, które brzmi jak powrót do życia. Widziałam jego twarz coraz mniej wyraźnie, jakby świat powoli się zacierał.

I wtedy poczułam.

Zimny pot spływający po kręgosłupie. Dłonie drżały mi tak mocno, że nie mogłam ich uspokoić. Obraz przed oczami zamglił się, zaczęło mi się kręcić w głowie, jakbym właśnie zeszła z kolejki górskiej, która trwała za długo.

Miałam wrażenie, że zaraz stracę przytomność.

Ale żyłam.

Wciąż tu byłam.

I choć wszystko wirowało, choć ciało zdawało się mnie zdradzać, wiedziałam jedno — właśnie cudem uniknęliśmy złapania. I to uczucie, choć cholernie intensywne, miało w sobie coś… uzależniającego.

Rozdział 4

Na chwilę straciłam kontakt z rzeczywistością, było ze mną naprawdę źle. Gdy zorientowałam się, gdzie jestem i co tu robię, obraz zaczął się wyostrzać. Niestety trwało to tylko chwilę.

Zostałam posadzona na czymś miękkim, ale i twardym jednocześnie. Kanapa.

— Słyszysz mnie? Wszystko dobrze? Jak się nazywasz? — Dochodził do mnie głos, a po chwili obraz przed moimi oczami zaczął się wyostrzać, stała przede mną dziewczyna a burza rudych prostych włosów spływała jej po ramionach, wyglądała jak anioł. A może tylko wtedy tak mi się wydawało. Czułam się tak, jakbym znowu była na fazie.

— Syntia.. — Wychrypiałam, mój głos brzmiał dziwnie słabo, odchrząknęłam i mówiłam dalej, mój stan wciąż się nie poprawił. — Słyszę.

— Posłuchaj mnie Syntio, spróbuj skupić się na moich słowach dobrze? Wiem, że nie czujesz się najlepiej. — Skinęłam głową, a rudowłosa nieznajoma, widząc moją zgodę, kontynuowała. — Nazywam się Samantha, możesz mówić mi Sam, tak będzie Ci łatwiej. Widzę, że nie czujesz się zbyt dobrze, czy chorujesz na coś? Bierzesz jakieś leki? — Zapytała z poważną miną, głęboko wpatrując się we mnie swoimi intensywnie zielonymi oczami, robiła to tak, jakby chciała mnie dosłownie prześwietlić. Przerażające.

— Tak, biorę leki. Nie mam ich przy sobie, ale spokojnie, zaraz mi przejdzie. — Odpowiedziałam nieco pewniej, próbując przekonać Sam, że dam radę. Ta jednak nie dała za wygraną.

Na chwilę ode mnie odeszła, jej obecność działała na mnie zaskakująco dobrze, gdy była blisko nie czułam się już tak okropnie.

Skorzystałam z chwili i rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się w tej chwili znajdowałam. Było ciemno, jednak nie na tyle, abym nie mogła zobaczyć jedynie czerni, która mnie otaczała. Zobaczyłam kilka stołów rozstawionych w różnych zakątkach pomieszczenia, jeden w rogu, jeden dosłownie na środku pokoju a kolejne dwa pod ścianą naprzeciwko mnie, tam właśnie podeszła Samantha.

Wróciła do mnie, trzymając na rozłożonej dłoni dwie żółto-pomarańczowe tabletki a w drugiej ręce kubek z białą gęstą cieczą.

— Proszę, tabletki uspokajające, przeciwlękowe lub antydepresanty. Nie jestem pewna, na co chorujesz, ale patrząc na Twoje objawy, mogę stwierdzić, że na któreś z wymienionych. Trzy w jednym. — Puściła do mnie oczko i wskazała na kubek, znajdujący się w jej lewej dłoni kontynuując. — A to tutaj to po prostu glukoza w najczystszej postaci, zdecydowanie spadł Ci cukier, więc grzecznie to wypij i połknij te piękne pigułki, nie chcę mieć Cię na sumieniu. — Dokończyła z chytrym wręcz fałszywym uśmieszkiem i wręczyła mi wcześniej wymienione produkty.

Moja mama odkąd pamiętam powtarzała mi, abym nie brała niczego od obcych, ale oni akurat uratowali mi życie.

Brałam o wiele gorsze rzeczy, od o wiele gorszych ludzi. Nic już nie mogło mi zaszkodzić, żadne prochy nie mogły mnie już zniszczyć. Narkotyki, które brałam, słodkie małe gwiazdeczki przypominające cukierki dla dzieci zrobiły już swoje, wyniszczając każdą komórkę mojego ciała. Ledwo z tego wyszłam, przez nie moje serce o mało co się nie zatrzymało, lecz stan, jaki dawały, był niezapomniany.

Połknęłam tabletki, popijając je gęstą mazią, którą faktycznie była czysta glukoza — woda z dodatkiem bardzo, ale to bardzo dużej ilości cukru. Gdy piłam ten roztwór, chciało mi się wymiotować, jakoś jednak dałam radę i opróżniłam kubek kilkoma dużymi, szybkimi łykami. Jedyne co zostało po tej miksturze, to bardzo słodki a wręcz nieprzyjemnie mdły posmak w gardle.

— Lepiej? — Zapytała Sam, siadając obok.

— Tak, dziękuję Ci. — Powiedziałam szczerze. Naprawdę nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie zaoferowała mi pomocy.

Na kanapie w drugim rogu pokoju zobaczyłam cienie dwóch męskich sylwetek, wolałam jednak na razie nie wiedzieć, kim są Ci ludzie.

Rozdział 5

— Palisz? — zapytała rudowłosa, zerkając na mnie spod burzy włosów, które wyglądały, jakby same żyły własnym życiem. Z kieszeni wyciągnęła lekko sfatygowaną paczkę czerwonych Marlboro i podała mi ją z niemalże sceniczną gracją. Osobiście wolałam Goldy — mniej gryzące w gardło — ale w tej chwili naprawdę nie miałam zamiaru wybrzydzać. Potrzebowałam czegoś, co choć na chwilę odciągnie mnie od szumu w głowie.

Skinęłam głową i sięgnęłam po jednego, dotykając jej dłoni. Skóra miała chłodny dotyk, jakby też niedawno była w tym samym miejscu co ja — tu, gdzie adrenalina zostawia swój ślad pod skórą.

— Dzięki — mruknęłam cicho, prawie szeptem, odruchowo wkładając papierosa między usta. Czułam, jak moje palce lekko drżą, ale zgrywałam twardzielkę. Jak zawsze.

Ona odpaliła najpierw swojego, potem nachyliła się w moją stronę i podała mi ogień. Iskra zapalniczki przeskoczyła między nami, krótkie klik, ciepło płomienia, dym… i nagle cały ten popieprzony wieczór wydawał się bardziej surrealistyczny niż przerażający.

Przez chwilę paliłyśmy w ciszy. Dym unosił się leniwie w powietrzu, zostawiając za sobą nikotynowy ślad, który był niemal jak wspomnienie — gorzkie, znajome, trochę kojące.

— Nieźle się odwaliło, co? Policji to ja się tutaj nie spodziewałam. — rzuciła z półuśmiechem, wypuszczając powoli dym z nosa.

Oparłam się o ścianę i spojrzałam w ciemność, gdzie jeszcze chwilę temu tliło się światło policyjnych latarek. Pokiwałam głową.

— Zdecydowanie za dużo jak na jedną noc.

— Gdy Srebrny wróci, zdecydujemy co dalej. — Zwróciła się do dwóch chłopaków siedzących pięć metrów od nas.

Kim jest Srebrny?

Zastanawiałam się, aż nagle mnie olśniło, zaczęłam myśleć w miarę racjonalnie. Te śmieszne tabletki naprawdę zaczęły działać, tylko skąd ona je miała? Też na coś chorowała? Nie wygląda na taką, która obawiałaby się czegokolwiek. Wygląda na naprawdę twardą kobietę.

Srebrny. Tak zapewne nazywają tego chłopaka, który mnie tu przyprowadził. W zasadzie to ja się tutaj za nim wpierdoliłam, ale to on powiedział, że mam spierdalać, więc spierdoliłam, razem z nim. Teraz jednak go tutaj nie było, byłam ciekawa gdzie się podział, co prawda nie powinno mnie to obchodzić, ale w końcu ciekawość to pierwszy stopień do piekła a na trafienie do nieba nie mam żadnych szans. Raz kozie śmierć.

— Kto to Srebrny? — Po chwili zaczęłam żałować, że zadałam to pytanie.

Dziewczyna spojrzała na mnie podejrzliwym wzrokiem, tak jakbym co najmniej była z innej planety lub po prostu zadała jej jakieś skomplikowane pytanie, na które nie zna odpowiedzi.

— Ja. — Usłyszałam zachrypnięty głos tuż nad moim uchem. Prawie podskoczyłam z zaskoczenia.

Co się ze mną działo? Przecież nie boję się niczego, chodzę po opuszczonych budynkach, które w każdej chwili mogą się na mnie zawalić i odebrać mi życie. A nagle zaczynam skakać w powietrze od głosu jakiegoś dziwnego typa, trzymajcie mnie. Zdecydowanie nie jestem już sobą.

Zaciągnęłam się odpalonym papierosem i ignorując wszystkie głosy i szepty dookoła, wpuściłam dym do najgłębszych zakamarków moich płuc. Wypuściłam go dopiero po jakimś czasie, a ten praktycznie w ogóle ze mnie nie wyleciał.

***

Stwierdziłam, że muszę wrócić do domu, gdy byłam już przy drzwiach, mężczyzna zatrzymał mnie i dał mi nóż, jak sam stwierdził — do obrony.

Szłam przez opustoszałe korytarze, a metalowe ściany odbijały każdy mój krok, jakby chciały mi przypomnieć, że wciąż tu jestem — i że może nie powinnam. W jednej ręce trzymałam nóż, który zostawił mi Srebrny. Mały, z różową rękojeścią. Kiczowaty jak cholera, ale ostry jak moje spojrzenie po nieprzespanej nocy.

Nie mogłam przestać o nim myśleć. O tym jego wzroku — nieobecnym, zimnym, jakby widział coś, czego ja jeszcze nie zdążyłam doświadczyć. Albo jakby widział za dużo. Może za bardzo się starałam zgrywać twardą, może naprawdę był kimś, kto rozumie więcej, niż mówi. Ale to nie moja sprawa. Nie teraz.

Kiedy weszłam na zewnątrz, chłodne powietrze uderzyło mnie prosto w twarz, przynosząc ze sobą odrobinę ulgi. Noc była spokojna. Zbyt spokojna, biorąc pod uwagę, że przed chwilą niemal miałam gliniarzy na karku i jakiś typ wręczył mi nóż, jakbym miała wejść w coś, co nawet nie miało jeszcze imienia.

Trzymałam ten nóż w kieszeni kurtki, palcami badając zimny metal. I pomyślałam sobie, że to nawet trochę romantyczne — w popierdolony sposób, ale jednak. Jakby wręczył mi zbroję przed wojną, którą jeszcze mam stoczyć, a której nie znam ani dnia, ani godziny.

Zatrzymałam się na moment, żeby zapalić kolejnego papierosa. Dym wypełnił moje płuca i na kilka sekund wyciszył wszystko — chaos w głowie, niepokój w ciele, ten absurdalny pęd ostatnich godzin.

„Muszę się przespać z moimi myślami, zanim prześpię się z tym całym Srebrnym” — powtórzyłam sobie w myślach, a potem zaśmiałam się cicho. Tak, dokładnie. Najpierw ogarnę siebie. Potem… zobaczymy.

Nie wiedziałam, co przyniesie jutro, ale wiedziałam jedno: to jeszcze nie koniec.

Rozdział 6

Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek będę wychodzić z metra z nożem w ręce. Pewnie wyglądam z nim bardziej śmiesznie niż groźnie, a to dlatego, że nie jestem zbyt wysoka.

Było około drugiej nad ranem, stwierdziłam, że zanim udam się do domu, przejdę się jeszcze po okolicy.

Mogło to się dla mnie skończyć bardzo źle, lecz zrozumiałam to zdecydowanie za późno.

Krążyłam bez większego celu po ulicach Berlina, niektóre z nich znałam na pamięć, a o niektórych istnieniu nawet nie zdawałam sobie sprawy. Wolę nie zapuszczać się w niektóre rejony tego pięknego miasta, nie bardzo widzi mi się widok mojej odciętej głowy.

***

Chodziłam już tak około godzinę, w mojej głowie zaczęły kreować się dziwne myśli.

Czy krew jest tak samo słodka, jak miód?

Czy jestem psychopatką?

Kto normalny myśli o takich rzeczach?

Ja na pewno do tych normalnych nie należałam. Chodzę z pieprzonym nożem w kieszeni. Nożem, który dostałam od kompletnie obcego typa. Nie powinnam była go przyjmować. Cała ta sytuacja była ostro popieprzona i nawet ja nie potrafiłam znaleźć w niej, choćby ziarna logiki.

Miałam na sobie czarną, lekko spraną bluzę z kapturem, który szczelnie zakrywał moje włosy, oraz jasnobrązowe dresy, lekko przybrudzone od codziennego użytkowania. Wyglądałam jak każda przeciętna nastolatka, która właśnie wróciła z całodniowej włóczęgi po mieście — nic szczególnego, nic wartego większej uwagi. Wtopiona w tło. A jednak, nawet w tak banalnym stroju, moje pojawienie się na pustej, nocnej ulicy wzbudzało niepokój. Nie dlatego, że wyglądałam groźnie, ale dlatego, że o tej porze takich jak ja zwyczajnie się tutaj nie widuje.

Dziewczyny w moim wieku wolały zostać zamknięte w bezpiecznych czterech ścianach — nie dlatego, że były słabe, ale dlatego, że miały rozum. Wiedziały, że noc rządzi się swoimi prawami. Ulice, które za dnia tętniły życiem, nocą zamieniały się w nieprzewidywalną przestrzeń pełną cieni i niedopowiedzianych historii. W mroku wszystko staje się inne.

Głośniejsze. Szybsze. Groźniejsze.

Tu, w tym mieście, po zmroku zaczyna się zupełnie inna bajka — a raczej koszmar. Kręcą się dilerzy z oczami jak rozpalone węgle, przekazują sobie towar w zaułkach, jakby grali w jakąś choreograficzną wersję szachów. Gdzieś dalej grupka najebanych nastolatków drze się wniebogłosy, rzucając butelkami o ściany kamienic, śmiejąc się tak, jakby nie istniało jutro. I są też inni — cisi, nieobliczalni, z czymś zimnym i błyszczącym schowanym pod bluzą. Tacy, którzy patrzą, ale nigdy się nie odzywają. Tacy, którzy znikają szybciej, niż się pojawili. Z nimi nie ma rozmowy. Z nimi nie ma czasu na decyzje.

W tym mieście nawet domy mają oczy. Czasem można wręcz poczuć ten wzrok — jakby zza firany ktoś właśnie cię analizował, ważył, decydował, czy jesteś wart zachodu. Tutaj mury nie są tylko architekturą. One słyszą, widzą, rejestrują. I przekazują dalej.

Wystarczy sekunda, byś zrozumiał, że jesteś tylko pionkiem w cudzej grze. Że możesz zostać zaatakowany, nie dlatego, że zrobiłeś coś złego, ale dlatego, że ktoś miał zły dzień. Czasem wystarczy, że spojrzysz za długo, przejdziesz nie tym chodnikiem, co trzeba, czy znajdziesz się o złą godzinę w złym miejscu. I nikt cię potem nie znajdzie. Może poza szczurami.

Z jednej strony to wszystko jest przerażające, a z drugiej… cholernie absurdalne. Prawie komiczne. Bo jak inaczej traktować fakt, że w 2025 roku, w środku „cywilizowanego” miasta, boisz się zrobić krok poza swoją ulicę, jakbyś grał w rosyjską ruletkę za każdym razem, gdy przekraczasz próg domu?

Nie wiem, może to ja jestem szalona, że w ogóle się w tym odnajduję. Ale może właśnie dlatego, że ta noc jest tak nieprzewidywalna, czuję, że pasuję do niej bardziej niż do dnia.

Po chwili przechadzania się po chodniku stwierdziłam, że przejdę przez jedną z uliczek i zapalę fajkę. Bo przecież co może się stać?

Stanęłam mniej więcej w połowie drogi, okazało się, że nie jest to uliczka, tylko ślepy zaułek, zaczęły przypominać mi się te wszystkie filmy, które oglądałam, postacie w kapturach czy maskach chcące zabić lub zgwałcić bezbronną dziewczynkę.

Ja na szczęście byłam uzbrojona, w kieszeni miałam ostry nóż a w ręku palącego się papierosa, w każdej chwili mogłabym wjebać go komuś w oko i patrzeć na swoje dzieło.

Rozdział 7

Nie sądziłam jednak, że moje dziwne teorie się spełnią.

Spaliłam papierosa i rzuciłam niedopałek na beton, zadeptując żar butem. Spojrzałam w stronę wejścia w zaułek, w moją stronę zmierzali dwaj chłopcy, na oko w moim wieku, może trochę starsi.

Pomyślałam, że pewnie przyszli tu w takim samym celu jak ja, dyskretnym zapaleniu fajki lub trawki.

Jednak oni stanęli przede mną i przez chwilę mi się przyglądali.

— A co ty tu robisz sama o tak późnej porze? — Zapytał jeden z nich, drugi natomiast patrzył się na mnie jak zwierzyna na swoją ofiarę.

— Spierdalaj. — Odpowiedziałam, mając nadzieję, że zaraz się ode mnie odwalą. Tak się jednak nie stało.

— Szkoda by było, gdybym pociął Ci tą Twoją śliczną buźkę, prawda? — Zignorował moje słowa i wyciągnął z kieszeni nóż, zaczął obracać nim w dłoni. — Dalej będziesz taka wyszczekana czy się uspokoisz?

W odpowiedzi splunęłam mu w twarz. Starł moją ślinę z twarzy i przycisnął nóż do mojej szyi. Poczułam, jak ostrze nacina mi skórę, a od szyi do dekoltu spływa mi strużka ciemnoczerwonej cieczy. Chyba powinnam zacząć panikować lub wzywać pomocy, zamiast tego zaczęłam się śmiać tak psychicznie, że aż ten drugi odsunął się ode mnie o krok do tyłu, co jeszcze bardziej mnie rozbawiło. Nagle chłopak, który trzymał nóż na moim gardle, uderzył moją głową w betonową ścianę za mną, przeszył mnie ostry ból.

— Nie słyszałeś, gdy kobieta powiedziała Ci, że masz spierdalać? Mam Ci to wytłumaczyć jeszcze raz? Czy może przeliterować? — Nagle usłyszałam ten znajomy głos, otworzyłam oczy pełna nadziei i zobaczyłam jego. Srebrny.

— A kim Ty kurwa jesteś, nie mieszaj się w nie swoje sprawy i nie zgrywaj bohatera. — Zaśmiał się drugi mężczyzna stojący przy mnie, uwydatniając przy tym swoje czarne spróchniałe zęby. Fuj.

— Będę się mieszać. Bo ruszając moją kobietę, popełniliście wielki błąd. — Powiedział ze wciąż kamiennym wyrazem na twarzy.

Moją kobietę.

Poczułam się dziwnie miło, gdy te słowa wypłynęły z jego ust. Nie powinno tak być.

— Bo co mi niby zrobisz? — Tym razem odpyskował mu mężczyzna trzymający nóż przy moim gardle.

Do tej pory kamienna twarz Srebrnego zmieniła swój wyraz, na jego ustach zagościł mały uśmieszek, a w oczach pojawił się dziwny, wręcz zwierzęcy błysk.

— Byłoby mi was naprawdę szkoda, gdyby nie to, że ruszyliście moją kobietę. Tym czynem popełniliście naprawdę poważny błąd, musicie teraz za niego zapłacić. — Powiedział powoli i wyraźnie, aby mieć pewność, że mężczyźni zrozumieli, co ma im do przekazania.

Spojrzeli najpierw na siebie nawzajem, później na mnie, a następnie na mojego wybawcę. Zauważyłam wtedy, że ich źrenice są nienaturalnie rozszerzone. Byli naćpani.

Wszystko nagle zaczęło dziać się bardzo szybko. Srebrny rzucił nożem, trafiając idealnie w szyję jednego z moich oprawców, przez co ten od razu padł na ziemię. Ostrze przerwało mu tętnicę szyjną, przez co dookoła niego zaczęła się tworzyć spora kałuża szkarłatnej cieczy.

— I co teraz? Twój kolega już Ci nie pomoże. — Powiedział z wręcz psychopatycznym uśmiechem na ustach, patrząc z dziką satysfakcją, jak leżącego opuszczają ostatnie bardzo płytkie oddechy.

Srebrny był nieobliczalny. Dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę. Nie wiem, czy nie było na to trochę za późno.

Mój wybawca wykorzystał chwilę, gdy mężczyzna zapatrzył się na swojego towarzysza. Podbiegł do niego i jednym płynnym ruchem odciął mu rękę, którą próbował mnie skrzywdzić, tą, w której trzymał ostrze przy mojej szyi. Tak. Upierdolił mu cholerną rękę.

— I co teraz? — Zapytał, ze słyszalną kpiną w głosie. — No co teraz zrobisz? Zabijesz mnie? Proszę bardzo, droga wolna, spróbuj.

Mężczyzna został sprowokowany, pomimo odciętej dłoni rzucił się na Srebrnego, czego od razu pożałował.

Zapewne był pewny, że nóż, który trafił w szyję jego przyjaciela, był jedynym, jaki mężczyzna miał przy sobie. Wtedy jednak nie zdawał sobie sprawy z tego, w jak wielkim był błędzie. Zanim zdołał do niego dobiec, Srebrny jednym ruchem wbił mu nóż w brzuch i pociągnął w górę.

Chociaż chciałam, nie byłam w stanie odwrócić wzroku od tego zjawiska. Wnętrzności człowieka rozlały się na betonowym podłożu. Jego oczy otworzyły się szeroko, a nieruchome ciało upadło na beton. Przez to wszystko zapomniałam o tym, że w mojej kieszeni również znajduje się nóż.

Jednak jest już po wszystkim. Już nic mi nie grozi.

Rozdział 8

Spojrzałam na Srebrnego, jego spojrzenie ze zwierzęcego zmieniło się na zadziwiająco łagodne.

— Nic Ci nie jest? Dobrze się czujesz? — Zapytał, podchodząc do mnie ostrożnie i przyglądając się ranie, którą zadał mi jeden z tych ćpunów.

— Jest okej — Odpowiedziałam pewnie, jednak najwidoczniej nie zabrzmiałam wystarczająco wiarygodnie.

— Nie. Nie jest okej. Nic nie jest okej Syntio. — Wzdrygnęłam się, kiedy wypowiedział moje imię, w jego ustach zabrzmiało zarazem jak obietnica, ale i słodkie kłamstwo. — Chodź, opatrzymy to.

Bez zbędnego zastanawiania się ruszyłam w przeciwną stronę, gdy tylko wyszliśmy z uliczki. Nie byłam do końca pewna, gdzie chce mnie zaprowadzić, z powrotem do metra? A może gdzieś indziej?

Zanim zdążył zauważyć, że nie podążam za nim, zaczęłam biec w stronę domu. Oczywiście nie biegłam prosto w jego stronę, aby mężczyzna nie dowiedział się, gdzie dokładnie mieszkam.

***

Gdy przekroczyłam próg domu, od razu najciszej jak mogłam, aby nie obudzić mamy, udałam się do swojego pokoju. Zastałam w nim Pixe leżącą na mojej poduszce, gdy otworzyłam drzwi, oczy zwierzęcia od razu rozbłysnęły w ciemności.

— Wróciłam. — Szepnęłam do niej z uśmiechem na ustach.

Przebrałam się w piżamę i położyłam się obok wiewiórki, przykrywając się kołdrą po same uszy. Było mi strasznie zimno, co było dziwne, przecież okno oraz drzwi do mojego pokoju były pozamykane.

Nagle usłyszałam dźwięk telefonu oznaczający nadejście wiadomości. Kto pisze do ludzi o takiej godzinie do cholery?

Od: Nieznany

Nie Ładnie tak uciekać Syntio.

Otworzyłam szeroko oczy i odpisałam. Od razu zmieniłam również jego nazwę w moich kontaktach.

Do: Srebrny

Skąd do cholery masz mój numer?

Odpowiedź nadeszła zadziwiająco szybko.

Od: Srebrny

Mam swoje sposoby ;)

Słodkich koszmarów.

Zablokowałam telefon i odłożyłam go na szafkę nocną. Dlaczego zastanawia mnie to, skąd ten człowiek dostał w posiadanie mój numer, przecież uciekał przed policją i zabił dwóch ludzi na moich oczach. W porównaniu do sytuacji z dzisiaj zdobycie mojego numeru było zwykłą błahostką.

Rozdział 9

Srebrny

Będąc blisko tej dziewczyny, czuję się dziwnie. Nie chodzi o pociąg, ciekawość czy typową fascynację, jaką zazwyczaj wzbudzają młode, zadziorne dziewczyny. To coś zupełnie innego. Coś, co wprawia mnie w lekki dyskomfort. Jej emocje, chociaż nie wypowiedziane na głos, odbijają się na mojej skórze, zostawiając ślad. Jakby jej strach, bunt, zamęt — cały ten wewnętrzny chaos — przenikał przez powietrze i wwiercał się gdzieś pod moją bliznę, tam, gdzie myślałem, że już nic nie czuję.

Gdy wychodziła z metra, coś mnie tknęło. Nie, nie coś. Ktoś. Ona. Jej krok był pewny, ale kark napięty. Plecy spięte, jakby w każdej chwili spodziewała się ciosu z tyłu. Wiedziałem, że nie wróci spokojnie do domu. Znałem te okolice. Wystarczy jeden cień zbyt długi, jeden gwizd w pustce — i ta noc mogła się skończyć zupełnie inaczej.

Więc poszedłem za nią. Bezszelestnie, jak cień. Trzymałem dystans, wystarczająco daleko, by nie wzbudzić podejrzeń, ale wystarczająco blisko, by zareagować w razie czego. Mój krok zlewał się z dźwiękami miasta — odległym sygnałem karetki, szuraniem reklamówki po bruku, kapanie wody z rynny. Nikt mnie nie słyszał. Nikt nigdy nie słyszy.

Skręciła raz, potem drugi. Zatrzymała się, spojrzała przez ramię. Odruchowo przylgnąłem do ściany. Serce nie przyspieszyło nawet o uderzenie. To była rutyna. Ale ona… ona mnie wyczuła. Być może nie wiedziała, kto. Może nie była pewna. Ale czuła. Takie osoby nie przeżywają długo. Zbyt czujne, zbyt rozbite.

Co jakiś czas wypuszczała powietrze przez zaciśnięte usta. Jakby próbowała nie dać po sobie poznać strachu. Twarda. Ale nie aż tak twarda, jak myśli.

Powinna była iść prosto, a jednak skręciła w ślepą uliczkę. Zgubiła się? Próbowała skrótu? A może specjalnie? Testowała mnie?

Zatrzymałem się i oparłem o chłodną cegłę. Z kieszeni wyjąłem małą, metalową zapalniczkę i obracałem ją w palcach. Czekałem.

Zobaczymy, czy wyjdzie. Zobaczymy, czy będę musiał interweniować.

Zamiast jej kierującej się ku wyjściu z uliczki zauważyłem dwóch gości, najprawdopodobniej naćpanych zmierzających w tamtą stronę. Nie mogłem nie zareagować, nie pozwolę aby więcej w mojej obecności kobiecie stała się krzywda.

Raz już na to pozwoliłem, drugi raz nie popełnię tego błędu.

Wszedłem do domu, miałem wtedy piętnaście lat, poruszałem się wystraszony po tym pozornie idealnym domu z pierdoloną idealną rodzinką. Nagle On wyszedł zza rogu. Mój ojciec trzymał w ręce pas, musiałem dostać karę. Wciąż pamiętam, jak próbowałem uodpornić się na ból za każdym razem, gdy to robił. Później wręcz, zamiast płakać, zaczynałem się śmiać, podczas gdy na moich plecach powstawały nieziemskich rozmiarów siniaki, ten skurwiel nie żałował siły. Raz moja mama chciała mnie bronić, zawsze mnie broniła, a nawet jeśli sama już nie miała siły, to przynajmniej jako była pielęgniarka, mogła opatrzeć moje rany.

Byłem jej za to bardzo wdzięczny. Jednak pewnego dnia postanowiła mnie obronić, powiedziała mu, żeby mnie zostawił, że jestem jeszcze mały. Spytała się go czy posiada coś takiego jak serce. I to był błąd. Leżałem na wpół przytomny na zimnych kafelkach, a ten bydlak podszedł do mamy i zaciągnął ją za włosy do piwnicy. Miejsca moich tortur. Przesiedziałem tam pół życia, ucząc się przeróżnych technik posługiwania się nożami. Słyszałem jej przeraźliwe krzyki, ten dziad nie znał litości. Gdybym tylko dał radę się podnieść, może mógłbym jej pomóc. Później krzyki ucichły, trzymał mamę w piwnicy „dopóki nie nabierze rozumu do głowy”.

Zawsze po tym, jak stłukł mnie na kwaśne jabłko, zaciągał mnie do piwnicy i zamykał tam, dopóki nie stwierdził, że zmądrzałem.

Nie mogliśmy mu nic zrobić, był wysoko postawiony, handlował narkotykami pomiędzy Berlinem a Europą. Nikt by nawet nie uwierzył, że za drzwiami domu tak porządnego człowieka dzieją się takie rzeczy.

Stanąłem centralnie na rogu, ustawiłem się tak aby nikt z tej trójki nie mógł mnie dostrzec zanim sam nie poinformuję ich o swojej obecności, jedyne co robiłem to stałem i słuchałem. Dopóki nie zaczną być zagrożeniem, postanowiłem nie interweniować. Jednak gdy usłyszałem, co ci skurwiele do niej mówią, nie wytrzymałem. Musiałem zareagować.

Rzucanie nożem i odcinanie kończyn nie było dla mnie zbyt wielkim problemem, uwielbiałem ciężar kosy w mojej dłoni, uwielbiałem to, jak ostre były moje noże, wiedziałem, że one nigdy mnie nie zawiodą. Nauka z lat dziecięcych wcześniej nie poszła na marne. Tak również nie stało się tym razem, jeden nóż poleciał, trafiając idealnie w tętnice jednego z tych pierdolonych ćpunów, którzy chcieli skrzywdzić Syntię. A drugim z nich odciąłem jego koledze dłoń, nie pozwolę aby mężczyzna skrzywdził kobietę w mojej obecności.

Już nigdy na to nie pozwolę.

Czerpałem wręcz chorą satysfakcję z zadawania bólu takim sukinsynom jak oni, takim, którzy krzywdzą bezbronne kobiety. Syntia nie była bezbronna, miała przy sobie nóż, jednak widząc zachowanie swoich oprawców najwidoczniej w świecie zapomniała o jego istnieniu. Nie dziwie jej się, wiem, jak strach potrafi sparaliżować człowieka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 53.3