Przedmowa
Są książki, które czyta się dla fabuły. Są takie, które czyta się dla języka. I są wreszcie takie, które czyta się z rosnącym niepokojem, bo już po kilku stronach wiadomo, że pod warstwą opowieści ukryto coś znacznie ważniejszego niż sam ciąg zdarzeń. Do tej ostatniej kategorii należy właśnie ta książka. To utwór osobny, odważny i niezwykle sugestywny — zarazem kameralny i rozległy, codzienny i metafizyczny, chłodny w opisie, a rozpalony emocjonalnie.
Na pierwszy rzut oka mamy tu sytuację niemal ascetyczną: dwoje ludzi, dom na wsi pod Bydgoszczą, wieczory, zwyczajne zajęcia, powtarzalny rytm codzienności. Ona pracuje, krząta się, dba o dom, porządek, jedzenie, rytuały dnia. On siedzi, obserwuje, pyta. I właśnie z tej prostoty wyrasta literatura najwyższej próby. Autor znakomicie rozumie, że największe napięcie nie zawsze rodzi się z pogoni, krwi i gwałtownego zwrotu akcji. Czasem wystarczy jedno pytanie zadane przy kuchennym stole, na tarasie, przy szumie pralki albo nad deską do prasowania. Czasem wystarczy, że ktoś, kto zna nas najlepiej, nagle zaczyna mówić o tym, co najbardziej niepojęte: o utracie, bólu, śmierci, przemijaniu i o tym, co pozostaje z człowieka, kiedy odejmie mu się wszystko.
Siła tej książki polega na tym, że nie daje się ona zamknąć w jednej kategorii. To nie jest jedynie powieść psychologiczna, choć portret relacji małżeńskiej został tu rozpisany z wyjątkową czułością i okrucieństwem zarazem. To nie jest też tylko proza medyczna, choć precyzja opisów ciała, choroby i biologicznych granic człowieka robi ogromne wrażenie. Nie jest to również zwykły thriller egzystencjalny, choć napięcie rośnie niemal z rozdziału na rozdział. Autor umiejętnie splata wszystkie te porządki: reportażową uważność wobec detalu, medyczną ścisłość, kryminalną dramaturgię i psychologiczną prawdę o ludziach, którzy kochają się nie zawsze pięknie, ale za to prawdziwie.
Najbardziej uderza sposób, w jaki cielesność zostaje tu potraktowana. Ciało w tej książce nie jest dekoracją ani neutralnym narzędziem. Jest polem walki, domem, archiwum wspomnień, źródłem lęku, ale też ostatnim dowodem istnienia. Autor z imponującą swobodą operuje językiem medycyny, a jednocześnie nigdy nie popada w pusty pokaz erudycji. Terminologia nie służy popisowi. Służy demaskacji złudzeń. Pokazuje, jak kruche są nasze wyobrażenia o kontroli, jak niewiele trzeba, by codzienność rozsypała się pod naporem jednego zdarzenia, jednego narządu, jednej awarii biologii. A przecież równocześnie w tej bezlitosnej anatomii człowieka ukryte jest coś poruszającego: świadomość, że wszystko, co najważniejsze, dzieje się właśnie w tej kruchości.
Równie wielką zaletą książki jest konstrukcja dwojga bohaterów. To para napisana znakomicie, bez uproszczeń i bez taniego moralizowania. Marek mógłby zostać zredukowany do roli cynicznego oprawcy intelektualnego, a Jolanta do roli ofiary jego wyrafinowanych pytań. Nic podobnego się tu nie dzieje. Im dalej w lekturę, tym wyraźniej widać, że ich rozmowy są czymś więcej niż pojedynkiem. To osobliwy, bolesny, lecz głęboko intymny rytuał. On ukrywa uczucia za wiedzą, chłodem i analizą. Ona ukrywa lęk za pracą, porządkiem i konkretnością. Oboje mówią do siebie nie wprost, ale z każdym kolejnym wieczorem stają się wobec siebie coraz bardziej odsłonięci. Właśnie to napięcie — między wypowiadanym a przemilczanym, między diagnozą a czułością, między szyderstwem a troską — sprawia, że ich relacja jest tak przekonująca.
Trzeba też podkreślić, jak rzadką umiejętnością wykazał się autor w budowaniu rytmu. Powtarzalność scen nie nuży — przeciwnie, hipnotyzuje. Dom, taras, kuchnia, weranda, szopa, piwnica: te miejsca wracają jak refren, ale za każdym razem znaczą coś innego. Powtarzające się otwarcie rozmowy staje się czymś na kształt dzwonu, który uruchamia nie tylko nowy temat, lecz także nowe pęknięcie w psychice bohaterów. Dzięki temu książka ma strukturę niemal muzyczną. Każdy kolejny dialog dopowiada poprzedni, każdy motyw wraca przetworzony, a codzienność — zamiast uspokajać — nabiera coraz większej grozy.
Nie sposób nie docenić także języka. Jest żywy, obrazowy, gęsty od konkretu, a przy tym bardzo zdyscyplinowany. Autor ma dar widzenia rzeczy zwykłych tak, by stawały się znaczące: ręcznik z monogramem, deska do prasowania, cieknący kran, pościel pachnąca lawendą, kompostownik, jabłoń przy płocie. Te przedmioty nie są tylko tłem. One przejmują emocje bohaterów, niosą pamięć, stają się nośnikami sensu. To właśnie dzięki takim detalom opowieść nabiera mocy literatury faktu, choć przecież porusza się chwilami na granicy przypowieści, groteski, a nawet czarnego humoru.
Książka działa również dlatego, że stawia pytania, od których zwykle uciekamy. Co naprawdę chcielibyśmy ocalić, gdyby czas się skurczył? Co stanowi istotę człowieka: ciało, pamięć, głos, relacje, a może obecność w cudzym życiu? Kiedy lęk jest jeszcze rozsądkiem, a kiedy staje się formą miłości? Czy można kochać kogoś naprawdę, nie dopuszczając do siebie myśli o jego utracie? I wreszcie: czy wiedza oswaja śmierć, czy przeciwnie — czyni ją jeszcze bardziej realną? Autor nie podaje prostych odpowiedzi, ale daje coś cenniejszego: przestrzeń do myślenia, która zostaje z czytelnikiem długo po zamknięciu książki.
To książka odważna także dlatego, że nie boi się przesady, makabry, a nawet pozornego absurdu. Tam, gdzie inny autor zatrzymałby się z obawy przed śmiesznością, tutaj następuje najciekawszy zwrot. Groteska nagle odsłania prawdę. Fantastyczny scenariusz okazuje się precyzyjniejszym narzędziem opisu niż realistyczna scena. Ostatecznie nie chodzi przecież o dosłowność zdarzeń, lecz o prawdę reakcji. A reakcje bohaterów — ich paniczne plany, racjonalizacje, opór, bunty, wzruszenia i przebłyski czułości — są zapisane z wielką wiarygodnością.
Czytelnik otrzymuje więc nie tylko historię małżeństwa, ale także przejmujący esej o ludzkiej bezradności. I jednocześnie, co najważniejsze, o ludzkiej bliskości. Bo pod całą warstwą medycznej precyzji, czarnego humoru i intelektualnej gry kryje się opowieść zaskakująco czuła. O tym, że miłość bardzo rzadko objawia się wzniosłymi deklaracjami. Częściej mieszka w herbacie postawionej po obiedzie, w wyprasowanej koszuli, w zamurowanej dziurze w piwnicy, w ręce położonej na kolanie, w wspólnym milczeniu na schodkach tarasu. Autor rozumie to doskonale i właśnie dlatego jego książka zostaje pod skórą.
Oddając tę opowieść w ręce czytelników, warto uprzedzić tylko o jednym: nie jest to lektura wygodna. Ale jest potrzebna. Porusza, niepokoi, czasem boli, czasem zaskakuje śmiechem, a czasem wzrusza do głębi. To książka mądra, świetnie skomponowana i odważnie napisana. Książka, która dowodzi, że nawet najbardziej kameralna sceneria może pomieścić sprawy ostateczne, a zwykła rozmowa między dwojgiem ludzi może stać się literaturą najwyższej próby.
I właśnie dlatego warto wejść do tego domu, usiąść na tym tarasie, wsłuchać się w te pytania i zostać z nimi do końca. Bo choć opowieść ta mówi o utracie, paradoksalnie przypomina przede wszystkim o tym, co mamy. I jak łatwo o tym zapominamy.
Rozdział 1: Wzrok
Wiśnie tego roku dojrzały wcześniej niż zwykle. Może przez ten majowy upał, który nie odpuszczał ani na dzień, może przez obfite deszcze w kwietniu, które napoiły korzenie starych drzew rosnących wzdłuż płotu od strony sąsiada Krawczyka. Tak czy inaczej, pod koniec czerwca gałęzie uginały się pod ciężarem ciemnoczerwonych, prawie czarnych owoców, a trawa pod drzewami wyglądała, jakby ktoś rozlał na nią wiadro gęstej, karminowej farby. Jolanta wiedziała, że jeśli nie zbierze ich dzisiaj, jutro będą już za miękkie na konfitury, a pojutrze nadejdą szpaki i nie zostawią nic.
Stół na tarasie był duży, dębowy, pamiętający jeszcze czasy teściowej, która zmarła siedem lat temu i zostawiła im ten dom w spadku. Jolanta ustawiła na nim trzy miski: jedną z wiśniami prosto z drzewa, drugą na owoce wydrylowane i trzecią na pestki. Drylownica była stara, aluminiowa, z obłażącą czerwoną farbą na uchwycie. Kupili ją na pchlim targu w Koronowie, chyba w drugim roku małżeństwa, kiedy jeszcze jeździli razem na takie wyprawy i cieszyli się z byle jakiego znaleziska. Teraz Jolanta używała jej sama, bo Marek twierdził, że drylowanie wiśni to czynność, która obraża jego inteligencję.
Marek siedział trzy metry od niej, w wiklinowym fotelu, który wyniósł na taras zaraz po kolacji. Fotel skrzypiał przy każdym, nawet najmniejszym ruchu, co irytowało Jolantę, ale nigdy mu tego nie powiedziała, bo Marek w odpowiedzi zacząłby skrzypieć częściej i z większym entuzjazmem. Dwadzieścia lat małżeństwa nauczyło ją kilku rzeczy, a jedną z najważniejszych była ta, że pewnych bitew nie warto podejmować.
Na kolanach trzymał książkę, ale nie czytał. Jolanta wiedziała to, bo od kwadransa nie słyszała szelest przewracanej strony. Zamiast tego Marek patrzył gdzieś w kierunku sadu, na niebo, które powoli przechodziło z błękitu w odcień dojrzałej brzoskwini, a może jeszcze dalej, w miejsce, do którego ona nie miała dostępu. Znała ten wyraz twarzy. Znała go aż za dobrze. To była twarz mężczyzny, który zaraz powie coś, co sprawi, że wieczór przestanie być spokojny.
Drylownica klikała miarowo. Wiśnia, pestka, wiśnia, pestka. Sok spływał po palcach Jolanty i zbierał się w zagłębieniu dłoni, ciemny i lepki jak rozcieńczona krew. Wytarła ręce w fartuch, który i tak wyglądał już jak dowód w sprawie o morderstwo, i sięgnęła po kolejną garść owoców.
— Jolu — powiedział Marek.
Nie odpowiedziała od razu. Miała swój system. Jeśli Marek mówił „Jolu” tonem niskim, spokojnym, niemal zamyślonym, oznaczało to, że nadchodzi jedno z jego pytań. Nie tych normalnych, codziennych, w rodzaju „czy kupiłaś mleko” albo „o której jutro wstajesz”. Nie. To był ton, który zapowiadał coś zupełnie innego. Coś, co kiedyś, na początku ich związku, uważała za urocze dziwactwo inteligentnego mężczyzny, a co z biegiem lat zaczęła postrzegać jako formę wyrafinowanej tortury intelektualnej, którą Marek stosował wobec niej z regularnością i precyzją szwajcarskiego zegarmistrza.
— Jolu — powtórzył, tym razem odrobinę głośniej.
— Słyszę cię, Marku. Nie jestem głucha.
— Jeszcze nie.
To „jeszcze nie” zawisło w powietrzu jak zapach wiśniowego soku. Jolanta podniosła głowę i spojrzała na męża. Siedział z nogą założoną na nogę, książka zsunęła mu się na bok, a palce prawej ręki bębniły leniwie po podłokietniku fotela. Wyglądał jak profesor, który zaraz zada pytanie egzaminacyjne, wiedząc doskonale, że student nie zna odpowiedzi.
— Co znowu? — zapytała, wracając do drylowania.
— Mam pytanie.
— Masz zawsze pytanie. Pytanie jest, czy ja mam ochotę na nie odpowiadać?
— Masz. Zawsze masz. Udajesz, że nie masz, ale potem i tak odpowiadasz, bo nie potrafisz się powstrzymać. Jesteś nauczycielką, Jolu. Odpowiadanie na pytania masz wdrukowane w DNA.
Miał rację, co było szczególnie denerwujące. Jolanta faktycznie nie potrafiła zostawić pytania bez odpowiedzi. To był jej zawodowy nawyk, wyniesiony z dwudziestu lat stania przed tablicą i tłumaczenia dzieciom rzeczy, które większość z nich miała w nosie. Kiedy ktoś pytał, ona odpowiadała. Nawet, jeśli pytanie było głupie. Nawet, jeśli było prowokacją. Nawet, jeśli zadawał je mężczyzna, który od dwudziestu lat dzielił z nią łóżko i który, jak podejrzewała, czerpał z jej odpowiedzi przyjemność graniczącą z sadyzmem.
— No to pytaj — powiedziała, bo rzeczywiście nie potrafiła się powstrzymać.
Marek wyprostował się w fotelu. Wiklina zaprotestowała jękiem. Splótł palce na brzuchu i pochylił głowę lekko w bok, jak ptak, który obserwuje owada tuż przed atakiem.
— A gdybyś wiedziała — zaczął powoli, z namysłem ważąc każde słowo — że za dwadzieścia cztery godziny stracisz całkowicie i nieodwracalnie wzrok. Co byś zrobiła?
Drylownica zatrzymała się w połowie ruchu. Wiśnia, nabita na metalowy kolec, wyglądała jak maleńkie, ciemnoczerwone serce przebite strzałą. Jolanta patrzyła na nią przez chwilę, zanim odłożyła narzędzie na stół.
— Co to za pytanie?
— Proste pytanie. Za dwadzieścia cztery godziny. Całkowita, nieodwracalna utrata wzroku. Co robisz?
— Marek, ja tu drylują wiśnie. Mam trzy kilo do zrobienia, bo jutro rano stawiam konfitury, a ty mi zadajesz pytania rodem z jakiegoś chorego teleturnieju.
— To nie teleturniej. To eksperyment myślowy. Filozofowie stosują je od dwóch i pół tysiąca lat. Jeśli Platon mógł, to ja też mogę.
— Platon nie miał żony, która musiała zrobić konfitury na niedzielę.
— Platon nie miał żony w ogóle, co prawdopodobnie ułatwiało mu filozofowanie. Ale to nie zmienia faktu, że pytanie jest zadane i czeka na odpowiedź. Więc, Jolu. Dwadzieścia cztery godziny. Ciemność. Na zawsze. Co robisz?
Jolanta wytarła ręce w fartuch po raz kolejny, chociaż tym razem były już prawie suche. To był gest, który wykonywała, kiedy potrzebowała chwili na zebranie myśli. Marek znał ten gest. Wiedział, że wygrał, że pytanie zaszczepił, że teraz będzie rosło w jej głowie jak grzyb po deszczu i nie da jej spokoju, dopóki nie odpowie.
Przez chwilę milczała. Na niebie nad sadem pojawiły się pierwsze jaskółki, te wieczorne, szybkie jak myśli, rysujące na tle nieba wzory, których żaden matematyk nie potrafiłby opisać równaniem. Od strony kościoła, oddalonego o jakieś czterysta metrów, dobiegł pojedynczy dźwięk dzwonu. Szósta. Albo siódma. Jolanta nigdy nie potrafiła rozróżnić tych uderzeń.
— Chciałabym patrzeć — powiedziała w końcu cicho.
— Na co?
— Na wszystko. Na zdjęcia dzieci. Na twoją twarz. Chciałabym zapamiętać twoją twarz, Marku. Pojechałabym nad Brdę i obejrzała ostatni zachód słońca. Taki jak ten. — Skinęła głową w kierunku horyzontu, gdzie niebo paliło się teraz odcieniami pomarańczy i różu. — I jeszcze bym napisała. Listy. Do mamy. Do Kasi. Do Tomka. Takie listy na zapas, wiesz. Żeby mieli ode mnie coś napisanego moim pismem, bo potem już bym nie mogła.
Marek pokiwał głową. Przez moment Jolanta pomyślała, że odpowiedź go usatysfakcjonowała, że może zamilknie i pozwoli jej wrócić do wiśni. Ale zaraz zobaczyła ten drugi wyraz jego twarzy. Ten, który oznaczał, że dopiero się rozkręca.
— Piękne — powiedział. — Naprawdę piękne. I zupełnie bezużyteczne.
— Bezużyteczne?
— Napisałabyś listy, Jolu. Odręcznie, jak mówisz, swoim pismem. A potem co? Potem nigdy byś ich nie przeczytała. Nigdy byś nie zobaczyła, czy ktoś na nie odpowiedział. Stałyby się dla ciebie tym, czym jest książka dla niepiśmiennego dziecka. Prostokątem papieru, który możesz dotknąć, ale który nic ci nie powie.
— Nie pisałabym ich dla siebie. Pisałabym dla nich.
— A twarze? Mówisz, że chciałabyś zapamiętać moją twarz. Wiesz, co mówi neurologia o pamięci wzrokowej u osób, które tracą wzrok?
Jolanta nie odpowiedziała. Poczuła, że rozmowa wchodzi na teren, na którym Marek poruszał się z gracją i pewnością tancerza, podczas gdy ona mogła co najwyżej potykać się o własne nogi.
— Kora wzrokowa, Jolu. Płat potyliczny. Tutaj. — Dotknął palcem tylnej części swojej głowy. — To tam twój mózg przetwarza obrazy. Kiedy patrzysz na moją twarz, miliony neuronów w tym obszarze odpalają w precyzyjnej sekwencji. Rozpoznają kształt nosa, odległość między oczami, fakturę skóry. To nie jest fotografia, Jolu. To aktywny proces. Twój mózg nie przechowuje obrazów jak album ze zdjęciami. On je za każdym razem rekonstruuje od nowa.
— I co z tego?
— A to z tego, że kiedy utracisz wzrok, kora wzrokowa zacznie się reorganizować. Mózg jest ekonomiczny, Jolu. Nie utrzymuje pustych fabryk. Jeśli do płata potylicznego nie będą docierały bodźce wzrokowe, zacznie on obsługiwać inne zmysły. Dotyk. Słuch. To się nazywa neuroplastyczność krzyżomodalna. Brzmi pięknie, prawda? Ale konsekwencja jest brutalna. Neurony, które przechowywały moje rysy, zostaną przekonfigurowane. Za miesiąc moja twarz w twojej pamięci będzie rozmyta jak akwarela zostawiona na deszczu. Za rok zostanie z niej kontur. Za dwa, nic. Absolutnie nic.
Jolanta poczuła coś dziwnego w gardle. Nie smutek. Raczej irytację zmieszaną z niepokojem, bo Marek mówił to tonem tak spokojnym, tak pozbawionym emocji, jakby opisywał proces dojrzewania wiśni, a nie perspektywę, w której ona miałaby zapomnieć twarz własnego męża.
— Przesadzasz — powiedziała.
— Nie przesadzam. Mogę ci podać źródła. Sadato, rok dziewięćdziesiąty szósty, Nature. Badania fMRI u osób niewidomych wykazały, że płat potyliczny, ten sam, który u widzących obsługuje wzrok, u niewidomych aktywuje się podczas czytania Braille’a. Twój mózg dosłownie przejmie fabrykę wspomnień wzrokowych i zacznie w niej produkować coś zupełnie innego.
— Ja nie chcę czytać Braille’a, Marku. Ja chcę zapamiętać twarz mojego męża.
— I właśnie dlatego ci to mówię. Bo to, co planujesz, jest biologicznie niemożliwe. Twoja chęć zapamiętania mojej twarzy jest emocjonalnie zrozumiała, ale neurologicznie naiwna. Mózg nie szanuje sentymentów. Mózg szanuje funkcję.
Jolanta wstała od stołu. Miała ręce całe lepkie od soku wiśniowego i gdzieś między palcami utknęła jej pestka, którą wyciągnęła paznokciami i cisnęła w miskę ze złością, jakby pestka była osobiście odpowiedzialna za ten koszmarny przebieg wieczoru.
— No dobrze — powiedziała, stając przy balustradzie tarasu i patrząc na sad. — No dobrze, mądry jesteś, Marku. Mózg się reorganizuje, pamięć wzrokowa zanika, neuroplastyczność, krzyżo… co tam powiedziałeś. Ale ja bym jeszcze widziała przez te dwadzieścia cztery godziny. Więc przez te dwadzieścia cztery godziny bym patrzyła. Nasyciłabym się. Nakarmiłabym oczy wszystkim, czym się da. A potem, nawet jeśli pamięć wyblaknie, to przynajmniej bym wiedziała, że ostatniego dnia widziałam zachód słońca nad Brdą. I twoją twarz. I zdjęcia dzieci. Tego mi nikt nie zabierze.
Marek uśmiechnął się. Tym swoim uśmiechem, który nie był ani ciepły, ani zimny, tylko precyzyjny. Uśmiechem chirurga, który wie, gdzie ciąć.
— Zachód słońca — powtórzył. — Wiesz, czym jest zachód słońca, Jolu?
— Wiem, czym jest zachód słońca, Marku. Nie musisz mi tłumaczyć.
— Ale chcę. Bo ty widzisz piękno, a ja widzę fizykę, i w tym jest cały nasz problem. Zachód słońca to rozpraszanie Rayleigha. Krótkie fale światła, te niebieskie i fioletowe, rozpraszają się w atmosferze, a do twoich oczu docierają tylko długie fale, pomarańczowe i czerwone, bo przechodzą przez grubszą warstwę atmosfery. To nie jest piękno, Jolu. To optyka atmosferyczna. To fizyka cząstek. To rozszczepienie fal elektromagnetycznych na siatkówce twojego oka, które i tak za dwadzieścia cztery godziny przestanie funkcjonować.
— Marek! Ale ja nie widzę fal elektromagnetycznych! Ja widzę zachód słońca. I to jest różnica między nami.
— Nie, Jolu. Różnica między nami jest taka, że ja wiem, jak działa nerw wzrokowy, a ty nie. I pozwól, że ci powiem, bo to jest fascynujące w sposób, który powinien cię przerazić.
Usiadła z powrotem. Nie dlatego, że chciała słuchać, ale dlatego, że nogi odmówiły jej posłuszeństwa w ten szczególny sposób, w jaki odmawiają posłuszeństwa, kiedy ciało wyczuwa, że umysł zaraz usłyszy coś, na co nie jest gotowy.
— Nerw wzrokowy — zaczął Marek, i w jego głosie pojawiła się ta nuta, którą Jolanta rozpoznawała jako pasję. Nie pasję do niej, nie pasję do muzyki, nawet nie pasję do organów, na których grał każdej niedzieli w kościele Świętego Wojciecha. To była pasja do wiedzy. Do mechanizmów. Do rozumienia, jak rzeczy się psują. — Nervus opticus. Drugi nerw czaszkowy. Masz ich dwanaście par, Jolu, ale ten jest wyjątkowy, bo tak naprawdę nie jest nerwem. Jest wypustką mózgu. Częścią ośrodkowego układu nerwowego, owiniętą w te same osłonki, co rdzeń kręgowy. I wiesz, co to oznacza?
— Że jak się uszkodzi, to się nie regeneruje.
Marek uniósł brwi. Był zaskoczony. Jolanta poczuła krótki przypływ satysfakcji.
— No proszę — powiedział. — Dokładnie. Nerwy obwodowe mają pewną zdolność do regeneracji, choć ograniczoną. Ale nerw wzrokowy, jako część ośrodkowego układu nerwowego, nie. Akson, który obumrze, obumrze na zawsze. Nie odrośnie. Nie naprawi się. To nie jaszczurka z ogonem, Jolu. To trwałe, nieodwracalne uszkodzenie. A wiesz, ile aksonów biegnie w jednym nerwie wzrokowym? Około miliona dwustu tysięcy. I każdy z nich niesie fragment obrazu, jak pojedynczy piksel na ekranie. Kiedy te aksony obumrą, twój ekran się wyłączy. Na zawsze. Żaden serwisant nie przyjdzie. Żadna wymiana części. Koniec.
Cisza. Jaskółki nad sadem rysowały swoje nieczytelne hieroglify. Od strony drogi dojazdowej warknął silnik traktora sąsiada, tego starego Ursusa, który Krawczyk reanimował co wiosnę z uporem godnym lepszej sprawy.
Jolanta wzięła wiśnię z miski i włożyła ją do ust. Poczuła, jak owoc pęka między zębami, jak sok, słodki i lekko cierpki, zalewa język, jak pestka, twarda i gładka, uderza o podniebienie. Wypluła pestkę w dłoń i wrzuciła do miski.
— A zdjęcia? — zapytała. — Mówiłam, że obejrzałabym zdjęcia dzieci.
— Zdjęcia. — Marek skrzywił się lekko, jakby słowo to miało nieprzyjemny smak. — Zdjęcia są dwuwymiarowe, Jolu. Płaskie reprezentacje trójwymiarowej rzeczywistości. Kiedy patrzysz na zdjęcie Kasi, nie widzisz Kasi. Widzisz układ pikseli lub kryształków halogenku srebra, które twój mózg interpretuje jako twarz twojej córki. A teraz wyobraź sobie, że przez dwadzieścia cztery godziny gorączkowo przeglądasz albumy. Setki zdjęć. Tysiące. Nakładają się na siebie, mieszają, zlewają. Twój hipokamp, odpowiedzialny za konsolidację pamięci, jest zalewany informacjami jak serwer podczas ataku DDoS. Wiesz, co się wtedy dzieje?
— Pewnie mi powiesz.
— Interferencja retroaktywna. Nowe wspomnienia wzrokowe zakłócają stare. Im więcej zdjęć obejrzysz, tym bardziej rozmyte staną się poszczególne obrazy. Zamiast jednej, ostrej, wyraźnej twarzy córki, będziesz miała w głowie mozaikę z tysiąca fragmentów, które nie złożą się w całość. Gorsza strategia niż nierobienie niczego, Jolu. Znacznie gorsza.
— To co mam zrobić, twoim zdaniem? — Jolanta odwróciła się do niego, a w jej głosie po raz pierwszy tego wieczoru zabrzmiała prawdziwa złość. — Siedzieć z zamkniętymi oczami i czekać? Nic nie robić? Nic nie patrzeć? Nie próbować?
— Mogłabyś popatrzeć na jedną rzecz.
— Na co?
— Na jedną, jedyną rzecz. Bez pośpiechu. Bez gorączkowego kolekcjonowania ostatnich obrazów. Wybrać jedną jedyną rzecz i patrzeć na nią przez dwadzieścia cztery godziny. Wtedy hipokamp miałby szansę skonsolidować ten jeden obraz tak głęboko, że nawet reorganizacja kory wzrokowej nie zdołałaby go całkowicie wymazać. Jeden obraz, Jolu. Nie sto. Nie tysiąc. Jeden.
Jolanta zamarła. Wiśnia, którą właśnie nadziewała na drylownicę, wyślizgnęła jej się z palców i stoczyła ze stołu na drewniane deski tarasu, zostawiając za sobą mokry, ciemny ślad, jak maleńki krwawy trop.
— I co bym miała wybrać? — zapytała cicho.
Marek nie odpowiedział od razu. Patrzył na nią, i przez jedną, ulotną chwilę Jolanta zobaczyła w jego oczach coś, co nie było ani ironią, ani intelektualną przewagą, ani chłodną pasją do mechanizmów. To było coś starszego, coś, co pamiętała z pierwszych lat ich małżeństwa, kiedy jeszcze jeździli razem na pchle targi i cieszyli się ze starych drylownic.
Ale zanim zdążyła nazwać to, co zobaczyła, wyraz jego twarzy zmienił się z powrotem, jak niebo, które na moment przebija się przez chmury i natychmiast znika.
— To jest dobre pytanie — powiedział Marek. — I właśnie na nim polega cały dramat twojej sytuacji. Bo cokolwiek wybierzesz, jednocześnie zrezygnujesz ze wszystkiego innego. Jeśli wybierzesz moją twarz, nie zobaczysz ostatniego zachodu słońca. Jeśli wybierzesz zachód słońca, zapomnisz moje rysy. Jeśli wybierzesz zdjęcie Kasi, nie zobaczysz Tomka. Dwadzieścia cztery godziny wzroku to nie jest dużo, Jola. To jest przerażająco mało. I im bardziej zdasz sobie sprawę z tego, jak mało to jest, tym bardziej będziesz sparaliżowana niemożnością wyboru. I wiesz, co się stanie?
— Co?
— Zmarnujesz te dwadzieścia cztery godziny na zastanawianie się, na co patrzeć. I kiedy ciemność w końcu nadejdzie, ostatnim obrazem, jaki zapamiętasz, będzie sufit twojej sypialni o trzeciej w nocy, kiedy leżysz z otwartymi oczami i nie możesz zasnąć, bo panikujesz.
Jolanta poczuła, jak coś w niej pęka. Nie dramatycznie, nie z hukiem, nie jak tama, która się przerywa. Raczej jak nitka, która cicho strzyka w szwie trzymającym razem dwa kawałki materiału. Maleńkie pęknięcie, prawie niesłyszalne, ale wystarczające, żeby konstrukcja zaczęła się luzować.
— Jesteś okrutny, Marku — powiedziała.
— Nie jestem okrutny. Jestem precyzyjny. To nie to samo.
— Dla mnie to jest dokładnie to samo.
— Bo jesteś nauczycielką polskiego, Jolu. Dla was synonimy to chleb powszedni. Ale w medycynie i w logice słowa mają dokładne znaczenia i nie można ich zamieniać według widzimisię.
Jolanta wstała, zebrała miskę z wydrylowanymi wiśniami i przeszła do kuchni. Przez otwarte drzwi tarasowe Marek widział, jak stawia miskę na blacie, jak odkręca kran, jak myje ręce z wiśniowego soku, energicznie, prawie agresywnie, jakby próbowała zmyć z siebie nie tylko sok, ale całą tę rozmowę.
Wrócił do niej po chwili, ale nie fizycznie. Siedział dalej w fotelu. Za nią wysłał tylko głos, ten swój spokojny, wykładowy głos, który niósł się dobrze w wieczornym powietrzu, bo Marek przez lata grania na organach nauczył się, jak pracować z akustyką pomieszczenia. Nawet tarasu.
— A wiesz, co jest najgorsze? — zawołał.
Z kuchni dobiegł odgłos szuflady otwieranej z impetem. Pewnie szukała ścierki.
— Nie chcę wiedzieć, co jest najgorsze.
— Najgorsze jest to, że atrofia nerwu wzrokowego boli. Nie w sensie fizycznym, chociaż mogą pojawić się bóle głowy, szczególnie przy zapaleniu pozagałkowym, kiedy osłonka mielinowa nerwu wzrokowego ulega degradacji, a obrzęk uciska na struktury oczodołu. Ale prawdziwy ból jest inny. To ból fantomowy, Jolu. Tak jak ludzie po amputacji czują nieistniejącą rękę, tak osoby po utracie wzroku doświadczają czegoś, co nazywa się zespołem Charlesa Bonneta.
Jolanta pojawiła się w drzwiach tarasowych ze ścierką w ręku.
— Zespół czego?
— Charlesa Bonneta. Halucynacje wzrokowe u osób, które straciły wzrok. Twój mózg, pozbawiony bodźców, zaczyna generować własne obrazy. Twarze. Wzory geometryczne. Krajobrazy. Ludzi, których nigdy nie widziałaś. To nie jest choroba psychiczna, Jolu. To jest desperacka próba kory wzrokowej, żeby się czymś zająć, kiedy nie ma już nic do przetwarzania. Wyobraź sobie to. Straciłaś wzrok. Siedzisz w ciemności. I nagle widzisz twarz. Ale to nie jest moja twarz. To nie jest twarz Kasi ani Tomka. To jest twarz obcego człowieka, wygenerowana przez twój własny mózg, i nie możesz jej wyłączyć, bo nie masz guzika.
Ścierka w dłoni Jolanty zwisała jak biała flaga.
— Skąd ty to wszystko wiesz? — zapytała, ale nie ze złością. Z czymś, co brzmiało jak autentyczne zdumienie.
— Czytam, Jola. Kiedy ty drylujesz wiśnie, ja czytam. Kiedy ty sprawdzasz wypracowania, ja czytam. Kiedy ty myjesz okna i podlewasz rabaty, ja siedzę w tym fotelu i czytam. I wiem, że to cię irytuje, bo ty pracujesz, a ja nie. Ale ja pracuję, moja droga. Pracuję tutaj. — Stuknął się palcem w skroń. — I efektem mojej pracy jest to, że mogę ci powiedzieć dokładnie, co stanie się z twoim nerwem wzrokowym, z twoją korą potyliczną, z twoim hipokampem i z twoim życiem, kiedy zgaśnie światło. I mówię ci to nie dlatego, że jestem okrutny. Mówię ci to, bo uważam, że powinna to wiedzieć.
Jolanta stała w drzwiach, oparta o framugę, ze ścierką w jednej ręce i wyrazem twarzy, którego Marek nie potrafił jednoznacznie odczytać. Było w nim zmęczenie, oczywiście, bo dwadzieścia lat życia z mężczyzną takim jak on musi być męczące. Było zaskoczenie, bo nawet po tylu latach potrafił ją jeszcze zaskoczyć. Ale było też coś jeszcze. Coś, co Jolanta sama by pewnie nazwała smutkiem, ale co Marek, gdyby był uczciwy wobec siebie, rozpoznałby jako coś głębszego i bardziej niebezpiecznego.
— Wiesz, co bym naprawdę zrobiła, Marku? — powiedziała w końcu, i jej głos był teraz zupełnie inny. Cichy, pozbawiony ironii, pozbawiony obrony. Głos kobiety, która na chwilę przestała być nauczycielką, żoną, matką, gospodynią, i stała się po prostu osobą, która wyobraziła sobie ciemność.
— Co?
— Usiadłabym w tym fotelu obok ciebie. I patrzyłabym na ciebie. Nie na zachód słońca, nie na zdjęcia, nie na Brdę. Na ciebie. Bo zachód słońca wraca każdego dnia, zdjęcia można dotykać, a Brdę można słyszeć. Ale twoja twarz, Marku, to jedyna rzecz, która jest tylko tutaj i teraz. I nawet jeśli mój hipokamp jest za mały, a kora potyliczna się zreorganizuje, i nawet jeśli zamiast ciebie zobaczę potem twarz jakiegoś obcego człowieka z zespołu tego Bonneta, to przynajmniej przez te dwadzieścia cztery godziny patrzyłabym na coś prawdziwego.
Marek milczał.
Jaskółki nad sadem zniknęły. Niebo przeszło z brzoskwini w fiolet, a z fioletu powoli w granat. Od strony kościoła Świętego Wojciecha nie dobiegał już żaden dźwięk. Krawczyk wyłączył Ursusa. Wieś zaczynała zasypiać.
Jolanta odwróciła się i weszła do kuchni. Po chwili Marek usłyszał odgłos przykrywania misek folią, stawiania ich w lodówce, zamykania szuflad. Codzienne dźwięki. Dźwięki porządku, rutyny, normalności. Dźwięki, które Marek słyszał każdego wieczoru od dwudziestu lat i które, uświadomił sobie nagle, były piękniejsze niż cokolwiek, co kiedykolwiek zagrał na organach w kościele.
Podniósł książkę z podłogi, gdzie zsunęła się w trakcie rozmowy. Był to podręcznik neuroanatomii Duusa, wydanie czwarte, z zakładką na rozdziale o drogach wzrokowych. Zamknął go i położył na podłokietniku.
— Jola? — zawołał.
— Co?
— Konfitury ci jutro pomogę zrobić.
Przez chwilę cisza. Potem z kuchni dobiegł dźwięk, który mógł być krótkim śmiechem, ale mógł też być westchnieniem.
— Ty nie umiesz robić konfitur, Marku.
— To mnie nauczysz. Jeszcze widzę.
Wieczór zsunął się na podbydgoską wieś jak ciemna, ciężka zasłona. Na tarasie zostały trzy miski, drylownica z obłażącą farbą i wiklinowy fotel, który skrzypnął jeszcze raz, kiedy Marek wstał i wszedł do domu.
Na niebie, tam gdzie jeszcze przed chwilą płonął zachód słońca, migotała pierwsza gwiazda. Ktoś, kto by na nią patrzył, zobaczyłby punkt światła. Marek wiedział, że to nie punkt, tylko kula plazmy oddalona o miliardy kilometrów, której światło podróżowało latami, żeby dotrzeć do siatkówki obserwatora i zostać zamienione na impuls elektryczny w nerwie wzrokowym.
Ale tej jednej rzeczy Jolancie nie powiedział.
Niektóre prawdy, nawet organista wie, lepiej zostawić w ciemności.
Rozdział 2: Słuch
Krany w ich domu miały jedną wspólną cechę: wszystkie ciekły. Kuchenny kapał miarowo, co trzy sekundy, uderzając kroplą w dno zlewozmywaka z metalicznym ping, który w ciszy nocnej potrafił doprowadzić do szaleństwa. Łazienkowy syczał cienkim strumieniem, który Marek wielokrotnie próbował naprawić, wymieniając uszczelki kupowane w składzie budowlanym Nowaka na rynku w Solcu Kujawskim, ale kran za każdym razem wygrywał. Ten trzeci, na zewnątrz domu, przy szopie, nie tyle ciekł, co charczał, wydając z siebie dźwięk przypominający starego astmatyka, kiedy Jolanta odkręcała go, żeby napełnić konewki.
Tego wieczoru Jolanta zmywała. Robiła to tak, jak robiła wszystko, czyli energicznie, systematycznie i głośno. Talerze lądowały w suszarce z charakterystycznym szczękiem porcelany o metal. Garnki szorowane drucikiem wydawały piskliwy zgrzyt, od którego Markowi jeżyły się włosy na karku. Sztućce brzęczały, woda szumiała, a do tego wszystkiego Jolanta podśpiewywała coś pod nosem, melodię, której Marek nie potrafił zidentyfikować, co go irytowało bardziej niż sam fakt podśpiewywania, bo miał absolutny słuch i każdy fałszywy dźwięk odbierał jak ukłucie szpilką w rdzeń kręgowy.
Siedział w salonie, w swoim fotelu. Nie tym wiklinowym z tarasu, bo wieczór był chłodny i wiał północny wiatr od strony Zalewu Koronowskiego, ale w tym drugim, skórzanym, obszernym, w kolorze ciemnego koniaku, który kupił pięć lat temu za pieniądze zarobione na graniu na ślubach i pogrzebach przez całe lato. Jolanta powiedziała wtedy, że za te pieniądze można było wymienić okna w sypialni, które nie domykały się od lat i przez które zimą ciągnęło jak w tunelu aerodynamicznym. Marek odpowiedział, że w fotelu będzie siedział codziennie, a w sypialni i tak jest im zimno od dawna i żadne okna tego nie zmienią. Jolanta nie odezwała się do niego przez dwa dni, ale fotel został.
Teraz siedział w nim z zamkniętymi oczami, z głową odchyloną na oparcie, i słuchał. Nie Jolanty. Nie garnków. Nie kapiącego kranu. Słuchał Bacha. Toccata i fuga d-moll, BWV 565, grana przez Helmuta Walchę na organach kościoła Świętego Wawrzyńca w Alkmaar. Nagranie z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku, mono, z lekkim szumem taśmy, który dla Marka nie był wadą, lecz zaletą, bo dodawał muzyce patynę czasu, jak pęknięcia na starym obrazie olejnym. Słuchał tego nagrania z pamięci, bo nie włączył żadnego odtwarzacza. Muzyka grała w jego głowie, precyzyjnie, nuta po nucie, rejestr po rejestrze, od pierwszego, dramatycznego akordu po ostatnie, majestatyczne zamknięcie w durze.
Z kuchni dobiegł łomot. Garnek, sądząc po dźwięku ten duży, emaliowany, w którym Jolanta gotowała barszcz, spadł z suszarki na podłogę.
— Cholera jasna — powiedziała Jolanta.
Marek otworzył oczy. Bach zniknął. Zamiast niego była kuchnia, garnek toczący się po kafelkach i Jolanta, która podniosła go z wyrazem twarzy sugerującym, że garnek zrobił to specjalnie, złośliwie i z premedytacją.
Wstał z fotela i przeszedł do kuchni. Oparł się o framugę drzwi i obserwował żonę, która wróciła do zmywania z podwójną energią, jakby chciała ukarać naczynia za przewinienia garnka. Miała na sobie szary dres, stary, z plamą od oleju na prawym udzie, i skarpetki w paski, jedną zieloną, drugą bordową, bo Jolanta nigdy w życiu nie dobrała do siebie pary skarpetek i Marek podejrzewał, że robiła to celowo, w ramach jakiejś cichej, prywatnej rebelii przeciwko porządkowi świata.
— Jolu — powiedział.
Nie odpowiedziała. Odkręciła kran na pełną moc i zaczęła płukać ostatni garnek, ten od ziemniaków, mały, z przypalonym dnem, które skrobała z zaciekłością archeologa odsłaniającego warstwy pompejańskiej lawy.
— Jolanto — powiedział głośniej.
— Słyszę. Nie krzycz, bo sąsiedzi pomyślą, że się kłócimy.
— Sąsiad Krawczyk ma siedemdziesiąt trzy lata i aparat słuchowy, który wyłącza o szóstej wieczorem, bo mówi, że po szóstej świat nie ma mu już nic ciekawego do powiedzenia. A sąsiadka Nowakowska mieszka dwieście metrów dalej i od października nie wychodzi z domu, bo uważa, że jesień jest spiskiem lekarzy mającym na celu rozprzestrzenianie grypy.
— Mimo to nie krzycz.
Marek wszedł do kuchni i usiadł na krześle przy stole. Stół kuchenny był mniejszy niż ten na tarasie, sosnowy, z blatem noszącym ślady dwudziestu lat krojenia, siekania i tłuczenia. Jolanta chciała go wymienić w zeszłym roku, ale Marek powiedział, że każda rysa na tym blacie to zapis ich wspólnego życia i wymienienie go byłoby jak wyrwanie stron z pamiętnika. Jolanta odpowiedziała, że on potrafi zrobić sentymentalną filozofię nawet ze starego, rozpadającego się stołu, i że gdyby te rysy rzeczywiście były pamiętnikiem, to byłby to pamiętnik wyłącznie jej pracy, bo Marek przy tym stole nigdy niczego nie kroił, nie siekał i nie tłukł.
Miała rację. Jak zwykle zresztą. Ale stół został.
— Mam pytanie, Jolu.
Jolanta zakręciła kran. W kuchni nagle zrobiło się cicho. Tak cicho, że Marek usłyszał kapanie tego drugiego kranu, łazienkowego, za zamkniętymi drzwiami, i tykanie zegara na ścianie, tego starego, z kukułką, który dostali w prezencie ślubnym od ciotki Ireny i którego kukułka przestała działać w dwa tysiące piątym roku, ale zegar nadal chodził, tykając z uporem człowieka, który wie, że jego czas się kończy, ale odmawia przyjęcia tego do wiadomości.
— Nie dzisiaj, Marku. Proszę cię.
— Dlaczego nie dzisiaj?
— Bo wczoraj zapytałeś mnie o wzrok i nie spałam do trzeciej w nocy.
— Nie spałaś, bo myślałaś o mojej twarzy.
— Nie spałam, bo myślałam o tym, że jestem mężatką od dwudziestu lat z człowiekiem, który w ramach wieczornej konwersacji każe mi wyobrażać sobie kalectwo. Normalni mężowie rozmawiają z żonami o rachunkach, o dzieciach, o wakacjach. Ty mi każesz wyobrażać sobie ślepotę.
— Normalni mężowie są nudni, Jolu. Dlatego ich żony oglądają telenowele. Ty nie musisz, bo masz mnie.
Jolanta wytarła ręce w ścierkę i oparła się o blat kuchenny, stając naprzeciwko niego. W tej pozycji, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i brodą lekko uniesioną, wyglądała dokładnie tak, jak wyglądała, kiedy któryś z jej uczniów powiedział coś szczególnie bezczelnego na lekcji i czekała, aż sam zdał sobie sprawę z rozmiarów własnej głupoty. Marek znał tę postawę. Znał ją aż nazbyt dobrze, bo wielokrotnie sam był jej adresatem.
— No dobrze — powiedziała z rezygnacją człowieka, który wie, że opór jest bezcelowy. — Pytaj.
Marek splótł palce na blacie stołu. Znalazł jedną z rys, głęboką, biegnącą ukośnie od krawędzi do środka, pamiątkę po dniu, w którym ich syn Tomek, mając wtedy osiem lat, postanowił wyrzeźbić nożem do chleba statek wikingów w blacie kuchennego stołu. Przesunął po niej palcem jak po linii życia na dłoni.
— A gdybyś wiedziała — zaczął, i Jolanta poczuła, jak jej żołądek wykonuje ten sam ruch, co wczoraj, to lekkie skurczenie się, jakby narząd próbował schować się za kręgosłupem — że za dwadzieścia cztery godziny stracisz całkowicie i nieodwracalnie słuch. Co byś zrobiła?
Na ścianie tykał zegar z martwą kukułką. Za oknem kuchni wiatr poruszył gałęziami bzu, które otarły się o szybę z suchym, szeleszczącym dźwiękiem, jak papier ścierny przesuwany po drewnie. Gdzieś daleko, może w Przyłękach, a może w Ciele, zaszczekał pies, pojedynczym, ochrypłym warknięciem, które natychmiast ucichło, jakby pies sam przestraszył się własnego głosu.
Jolanta stała nieruchomo. Potem odwróciła się, otworzyła szafkę nad zlewem, wyjęła dwa kubki i bez pytania zaczęła robić herbatę. Marek zrozumiał, że to będzie długa rozmowa. Herbata w ich domu była jednostką miary czasu. Krótkie rozmowy toczyły się na sucho. Średnie wymagały jednej herbaty. Długie dwóch. Jeśli Jolanta wyciągała trzeci kubek, oznaczało to, że ktoś albo umrze, albo się urodzi, albo czegoś podobnego kalibru.
Dwa kubki. To dobrze. To znaczy, że przeżyją wieczór.
Czekał, aż woda się zagotuje. Czajnik, stary, elektryczny, z naklejką przedstawiającą kotwicę, którą Tomek przywiózł z wycieczki szkolnej do Gdyni, zagwizdał po minucie. Jolanta zalała herbatę, dodała cukier do jego kubka, dwie i pół łyżeczki, bo tak pił od zawsze, i postawiła przed nim na stole, na tej samej rysie, którą przed chwilą głaskał palcem.
— Chciałabym słuchać muzyki — powiedziała, siadając naprzeciwko niego.
— Jakiej muzyki?
— Każdej. Wszystkiego. Włączyłabym radio i słuchała wszystkiego, co leci. Popu, klasyki, reklam, prognoz pogody. Wszystkiego.
— Radio, Jolu? Na dwadzieścia cztery godziny przed wieczną ciszą chciałabyś słuchać radia?
— A co w tym złego?
— Nic. Tylko że radio to dziewięćdziesiąt procent hałasu i dziesięć procent muzyki. Spędziłabyś ostatnie godziny słyszenia na słuchaniu reklam pasty do zębów i piosenek disco polo, które ktoś w rozgłośni regionalnej uznał za kulturę.
Jolanta wzięła łyk herbaty. Za gorąca. Skrzywiła się i odstawiła kubek.
— No dobrze. To nie radio. Poprosiłabym ciebie, żebyś mi zagrał.
— Co zagrał?
— Bacha. Tego, co ciągle grasz w kościele. Tę toccatę.
Marek uniósł brwi. To było nowe. Przez dwadzieścia lat małżeństwa Jolanta ani razu nie poprosiła go, żeby zagrał dla niej. Przychodziła na msze, oczywiście, bo w tej wsi niechodzenie się do kościoła byłoby większym skandalem niż kradzież kury, ale nigdy nie komentowała jego grania. Nigdy nie powiedziała, że było piękne, ani że było złe, ani że w ogóle je usłyszała. Siedziała w ławce, wstawała, klękała i siadała w odpowiednich momentach, jak wszyscy, i wracała do domu, żeby gotować obiad. Bach był dla niej tłem. Akompaniamentem do rytuału, nie przeżyciem samym w sobie.
A teraz prosiła o Bacha.
— Zagrałbym ci — powiedział powoli. — Ale to by nic nie dało, Jolu.
— Dlaczego?
— Bo ty nie słyszysz Bacha. Ty słyszysz dźwięk. Hałas. Organy są dla ciebie takim samym hałasem jak ta pralka, którą włączasz w sobotnie poranki, i jak ten wiatr za oknem, i jak szczekanie psa w Przyłękach. Twoje ucho nie jest wytrenowane, żeby rozróżniać kontrapunkt od harmonii, rejestr pryncypałowy od fletowego, manual od pedałów. Zagrałbym ci toccatę i fugę d-moll, a ty usłyszałabyś po prostu głośne dźwięki wydawane przez duże piszczałki w starym kościele. I to byłoby twoje ostatnie wspomnienie muzyki. Nie Bach. Nie geniusz. Hałas.
Jolanta odstawiła kubek z takim stuknięciem, że herbata zachlupotała.
— To jest niesprawiedliwe, Marek. To, co powiedziałeś, jest po prostu niesprawiedliwe.
— Nie jest niesprawiedliwe. Jest prawdziwe. A to są dwie bardzo różne rzeczy.
— Może ja nie rozróżniam kontrapunktu od harmowanki…
— Harmonii.
— …od harmonii, ale to nie znaczy, że nie czuję muzyki. Ja ją czuję, Marku. Tutaj. — Przyłożyła dłoń do piersi. — Kiedy grasz w kościele, to coś się we mnie dzieje. Nie umiem ci tego opisać, bo nie jestem muzykiem, ale coś się dzieje. I to nie jest hałas.
Marek pochylił się nad stołem. Jego oczy, szare, zimne jak woda Brdy w listopadzie, skupiły się na jej twarzy z intensywnością, która zwykle poprzedzała wykład. Jolanta znała ten wzrok. To był wzrok mężczyzny, który zaraz rozłoży na części pierwsze coś, co ona uważała za piękne.
— To, co czujesz tutaj — powiedział, wskazując na jej dłoń wciąż przyciśniętą do piersi — to nie jest muzyka, Jolu. To jest reakcja twojego ciała migdałowatego na bodźce dźwiękowe. Ciało migdałowate, amygdala, to struktura w płacie skroniowym odpowiedzialna za przetwarzanie emocji. Kiedy słyszysz muzykę, fale dźwiękowe docierają do twojego ucha zewnętrznego, przechodzą przez przewód słuchowy, wprawiają w drgania błonę bębenkową, grubą na jedną dziesiątą milimetra, cieńszą niż kartka papieru, którą teraz trzymasz w palcach.
— Nie trzymam żadnej kartki papieru.
— Metafora, Jolu. Potem drgania przechodzą przez trzy kosteczki słuchowe, najmniejsze kości w ludzkim ciele. Młoteczek, kowadełko i strzemiączko. Strzemiączko ma trzy milimetry. Trzy milimetry kości, od których zależy cały twój świat dźwięków. Te kosteczki wzmacniają drgania i przekazują je do ślimaka, cochlea, wypełnionego płynem zwanym perylimfą. W ślimaku siedzą komórki rzęsate. Zewnętrzne i wewnętrzne. Jest ich łącznie około szesnastu tysięcy. Szesnaście tysięcy mikroskopijnych komórek z włoskami tak delikatnymi, że każdy silniejszy dźwięk może je złamać jak suche źdźbło trawy. I te komórki, Jolu, te maleńkie, kruche, nieodnawialne komórki, zamieniają wibracje mechaniczne na impulsy elektryczne, które biegną nerwem słuchowym, nervus vestibulocochlearis, ósmym nerwem czaszkowym, do kory słuchowej w płacie skroniowym. I dopiero tam, dopiero po tej całej podróży, twój mózg interpretuje impulsy jako muzykę. Albo jako hałas. W zależności od tego, czy masz trening słuchowy, czy nie.
Jolanta patrzyła na niego z mieszaniną fascynacji i przerażenia, jak turysta w zoo, który przez szybę ogląda węża i nie jest pewien, czy szyba jest wystarczająco gruba.
— I te komórki rzęsate — kontynuował Marek, obracając kubek herbaty w dłoniach, jakby ciepło ceramiki pomagało mu myśleć — one się nie regenerują. To jest kluczowe, Jolu. W przeciwieństwie do skóry, w przeciwieństwie do krwinek, w przeciwieństwie do nabłonka jelitowego, który wymienia się co trzy dni, komórki rzęsate, które stracisz, są stracone na zawsze. Gdyby twoja utrata słuchu wynikała z uszkodzenia tych komórek, nie ma na świecie chirurga, farmaceuty ani znachora, który przywróciłby ci słyszenie. Nawet implant ślimakowy, ten cud współczesnej medycyny, na który tak wszyscy liczą, nie odtwarza normalnego słuchu. On zamienia dźwięki na sygnały elektryczne i podaje je bezpośrednio do nerwu, omijając zniszczone komórki. Ale to, co słyszysz przez implant, jest do normalnego słuchu tym, czym kserokopia jest do obrazu Rembrandta. Rozpoznasz kształty, ale kolory zniknęły.
— Ale są ludzie, którzy z implantami żyją normalnie. Widziałam w telewizji dzieciaka, który…
— Normalnie to jest pojęcie względne, Jolu. Ten dzieciak w telewizji nigdy nie usłyszy szelestu liści tak, jak ty go słyszysz teraz. Nigdy nie usłyszy różnicy między skrzypcami a altówką, między obojem a klarnetem. Dla niego muzyka orkiestrowa brzmi jak garść gwoździ wrzucona do puszki po farbie. Ale tak, żyje. Komunikuje się. Funkcjonuje. Tylko, że ty nie pytałaś o implant. Ty pytałaś o Bacha. A Bach przez implant ślimakowy brzmi jak Bach grany na kalkulatorze.
Jolanta wstała i podeszła do okna. Za oknem było już ciemno, ale latarnia na podwórku, ta solarna, którą Marek zamontował w zeszłym roku po tym, jak Jolanta potknęła się w ciemnościach o korzeń starej jabłoni i zwichnęła kostkę, rzucała na trawnik krąg mdłego, żółtawego światła. W tym świetle było widać kota sąsiada Krawczyka, rudego dachowca o imieniu Mruczek, który siedział na murku i patrzył na dom Jolanty i Marka z wyrazem twarzy sugerującym, że ocenia ich życiowe wybory i znajduje je niewystarczającymi.
— Nagrałabym głosy dzieci — powiedziała, nie odwracając się od okna.
— Głosy dzieci.
— Tak. Zadzwoniłabym do Kasi i Tomka i nagrałabym ich głosy na dyktafon. Albo na telefon. I potem, kiedy już nie będę słyszeć, mogłabym przynajmniej wiedzieć, że gdzieś na tym telefonie jest nagranie z głosem mojej córki i mojego syna. Że istnieje. Nawet jeśli go nie usłyszę.
Marek milczał przez chwilę. Krótką, ale wystarczającą, żeby Jolanta odwróciła się od okna i spojrzała na niego, bo cisza Marka była zawsze bardziej niepokojąca niż jego słowa.
— Nagranie, którego nie możesz odsłuchać — powiedział wreszcie — jest plikiem na dysku. Ciągiem zer i jedynek. Nie jest głosem. Głos istnieje tylko wtedy, kiedy ktoś go słyszy. Kiedy fale dźwiękowe docierają do ucha i są przetwarzane przez mózg. Twoje nagranie byłoby jak list napisany w języku, którego nikt w domu nie zna. Leżałoby w szufladzie, piękne i martwe.
— Ale inni mogliby je odsłuchać. Kasia mogłaby odsłuchać nagranie własnego głosu i wiedzieć, że mama go nagrała, bo chciała go zachować.
— To jest piękny sentyment, Jolu. Ale ty pytałaś, co byś zrobiła dla siebie. Nie dla nich. Dla siebie. I odpowiedź jest taka, że nagranie nic ci nie da. Bo nie będziesz mogła go użyć. Będziesz trzymać telefon w ręku, wiedząc, że jest w nim głos twojej córki, i nie będziesz w stanie go wydobyć. To jest gorsze niż nieposiadanie nagrania w ogóle. To jest jak zamknięcie skarbu w sejfie i połknięcie klucza.
Jolanta wróciła do stołu i usiadła ciężko, jakby ktoś dodał jej dziesięć kilogramów między oknem a krzesłem. Wzięła herbatę, która teraz miała odpowiednią temperaturę, i wypiła długi łyk. Potem drugi. Marek czekał. Znał te pauzy. To były chwile, w których Jolanta, nauczycielka polskiego, kobieta, która na co dzień operowała słowami z precyzją i pewnością chirurga, szukała słów, które nie chciały się znaleźć.
— A co z muzyką w głowie? — zapytała w końcu.
— Co masz na myśli?
— Myślę o tym, że niektóre melodie pamiętam. Znam je na pamięć. Potrafię je sobie odtworzyć w głowie, bez żadnego radia, bez żadnych odtwarzaczy. Więc nawet gdybym straciła słuch, te melodie nadal by były w mojej głowie. Prawda?
Marek uśmiechnął się. Tym razem nie był to uśmiech chirurga, ale raczej profesora, który właśnie usłyszał od studenta pytanie, na które czekał cały semestr.
— Słuchowa wyobraźnia muzyczna — powiedział z wyraźną przyjemnością. — Audiation, jak to nazwał Edwin Gordon. Zdolność do mentalnego odtwarzania muzyki bez zewnętrznego źródła dźwięku. Tak, masz rację. Kora słuchowa aktywuje się nie tylko pod wpływem realnych dźwięków, ale także podczas wyobrażania sobie muzyki. Badania fMRI to potwierdzają. Możesz siedzieć w absolutnej ciszy i słyszeć w głowie melodię tak wyraźnie, jakby grała z głośnika. Beethoven tak skomponował całą Dziewiątą Symfonię. Był już wtedy prawie całkowicie głuchy.
— No widzisz. Więc mogłabym…
— Ale jest pewien problem, Jolu.
Oczywiście, że jest problem. Z Markiem zawsze był problem. Każda nadzieja, którą Jolanta próbowała postawić jak cegiełkę w murze ochronnym między sobą a przerażającą wizją, którą jej serwował, miała w sobie szczelinę, przez którą Marek potrafił wcisnąć dłuto swojej logiki i rozsadzić ją od środka.
— Wyobraźnia muzyczna jest pochodną doświadczenia słuchowego. Możesz odtworzyć w głowie tylko te dźwięki, które kiedyś słyszałaś. Twój repertuar mentalny jest zamknięty. Nie usłyszysz nowej piosenki, nowej symfonii, nowego dźwięku. Twoja biblioteka muzyczna zostanie zamrożona w momencie utraty słuchu. I z biegiem czasu zacznie blaknąć, jak stare zdjęcia. Ślady pamięciowe bez odświeżania słabną. Neurologicznie to się nazywa zanikanie engramu. Melodia, którą dziś pamiętasz doskonale, za rok będzie miała luki. Za pięć lat zostanie z niej fragment refrenu. Za dziesięć, może tytuł. Może nawet nie tytuł. Beethoven skomponował Dziewiątą, tak. Ale Beethoven miał geniusz, którego nasycenie pamięcią muzyczną trwało trzydzieści lat intensywnego grania, słuchania i komponowania, zanim ogłuchł. Ty masz dwadzieścia lat słuchania radia w kuchni i okazjonalnych wizyt w kościele, gdzie podśpiewujesz psalmy na melodię, która nie ma nic wspólnego z zapisem nutowym. Twoja biblioteka, Jolu, jest znacznie mniejsza niż ci się wydaje.
Jolanta poczuła ukłucie. Nie gniewu. Czegoś głębszego. Wstydu, może. Albo żalu, że Marek ma rację w sposób, który jest jednocześnie brutalny i nieunikniony.
— Ale twój głos bym pamiętała — powiedziała cicho. — Twój głos i głosy dzieci. To bym pamiętała do końca.
— Może. Przez jakiś czas. Ale czy wiesz, co by go zastąpiło?
— Co?
Marek odchylił się na krześle. Za oknem Mruczek zeskoczył z murka i zniknął w ciemności, jak ruda smuga namalowana na czarnym płótnie nocy. Wiatr od Zalewu nasilił się i gałęzie bzu uderzyły o szybę mocniej, sucho, natarczywie, jak palce kogoś, kto chce wejść do środka.
— Szumy uszne, Jolu. Tinnitus. Brzmi niewinnie, prawda? Takie małe, medyczne słówko. Pięć sylab, z łaciny, od tinnire, dzwonić. Ale to, co za tym stoi, jest jedną z najokrutniejszych tortur, jakie ludzki mózg może zgotować samemu sobie.
— Wiem, co to szumy uszne. Mama je miała.
— Twoja mama miała łagodny szum naczyniowy, związany z nadciśnieniem. To co innego. Ja mówię o tinnitus towarzyszącym całkowitej głuchocie. Kiedy ucho przestaje dostarczać mózgowi jakiekolwiek sygnały, kora słuchowa nie wyłącza się grzecznie jak telewizor po wciśnięciu pilota. Nie. Ona zaczyna generować własne sygnały. Spontaniczne wyładowania neuronowe. Szum. Pisk. Dzwonienie. Czasem niski, dudniący huk, jak odległy pociąg towarowy. Czasem wysoki, ostry świst, jak czajnik na gazie, który nikt nie zdejmuje. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, bez przerwy, bez pauzy, bez guzika wyłączania. Ludzie od tego dostają szału, Jolu. Dosłownie. Tinnitus jest jedną z najczęstszych przyczyn depresji i prób samobójczych wśród osób z uszkodzeniami słuchu. Bo mózg potrafi wymyślić dźwięk, ale nie potrafi wymyślić ciszy.
Jolanta patrzyła na męża w świetle kuchennej lampy, tej z abażurem w kwiatki, który sama zrobiła dziesięć lat temu na warsztatach rękodzieła w bibliotece gminnej w Solcu. Światło padało na twarz Marka z góry, tworząc cienie pod oczami i wzdłuż nosa, nadając mu wygląd kogoś starszego i bardziej zmęczonego, niż był w rzeczywistości. Albo może nie. Może właśnie tak wyglądał naprawdę, a to światło dzienne było łaskawe i ukrywało to, co lampa z abażurem w kwiatki bezlitośnie odsłaniała.
— Więc zamiast głosów moich dzieci słyszałabym pisk zepsutego telewizora.
— To uproszczenie, ale tak. W zasadzie tak. Twój mózg, pozbawiony prawdziwych dźwięków, zastąpiłby je własnymi halucynacjami słuchowymi. I nie miałabyś nad nimi żadnej kontroli. Nie mogłabyś ich ściszyć, wyłączyć, zmienić kanału. Byłabyś więźniem własnej kory słuchowej, która w desperacji wytwarza byle co, byle nie siedzieć w ciszy, bo mózg nienawidzi ciszy, Jolu. Mózg nie został zaprojektowany do ciszy.
Zegar na ścianie tykał. Kap, kap, kap, dobiegało z łazienki. Gdzieś za ścianą, w rurach kanalizacyjnych, bulgotała woda, bo sąsiad Krawczyk pewnie spuszczał wodę w toalecie, co w starych, wiejskich domach, połączonych jeszcze PRL-owską kanalizacją, było wydarzeniem akustycznym dzielonym z całym sąsiedztwem.
— Wiesz, o co cię poproszę? — powiedziała Jolanta.
— O co?
— Żebyś jutro, kiedy pójdziesz grać na poranną mszę, zagrał tę toccatę. I żebym mogła przyjść i posłuchać. Nie w niedzielę, kiedy kościół jest pełny i ludzie kaszlą, szeleszczą i szurają nogami. Jutro. We wtorek. Rano. Kiedy w kościele nie będzie nikogo oprócz mnie i ciebie.
Marek patrzył na nią. Jego twarz nie wyrażała nic, co Jolanta potrafiłaby odczytać, i to właśnie było najgorsze, bo Marek, kiedy chciał, potrafił zamknąć twarz jak zamykał wieko organów po skończonym nabożeństwie. Szczelnie, bez szpary, bez możliwości zajrzenia do środka.
— Jutro nie gram — powiedział. — Jutro jest wtorek. Gram w niedziele, środy i piątki.
— Wiem, kiedy grasz, Marek. Proszę cię, żebyś zagrał jutro. Specjalnie. Dla mnie.
— Organów nie włącza się tak po prostu, Jolu. Trzeba je napowietrzyć, trzeba uruchomić dmuchawę, miech potrzebuje czasu, a proboszcz Walczak będzie chciał wiedzieć, dlaczego w kościele grają organy we wtorek rano, i zacznie podejrzewać, że organizuję nielegalny koncert, na który nie sprzedano biletów na rzecz funduszu parafialnego.
— Więc powiesz proboszczowi Walczakowi, że ćwiczysz. Bo ćwiczysz. Wiem, że ćwiczysz, bo słyszę cię czasem przez okno sypialni, kiedy wiatr wieje od strony kościoła.
Marek milczał. Jego palce bębniły po blacie stołu, tuż obok rysy zostawionej przez Tomka i jego wikińskie ambicje.
— A gdybym ci zagrał — powiedział wreszcie — gdybym zagrał toccatę i fugę d-moll w pustym kościele, we wtorek rano, z napowietrzonym miechem i uruchomioną dmuchawą, to co by to zmieniło? Bo to jest eksperyment myślowy, Jolu. Nie tracisz słuchu naprawdę. Pytam, co byś zrobiła, gdybyś miała go stracić. I ty, zamiast myśleć o konsekwencjach, o tym, jak przeorganizowałabyś swoje życie, jak komunikowałabyś się z uczniami, jak radziłabyś sobie z codziennością osoby głuchej, prosisz mnie o koncert organowy.
— Bo to jest jedyne, co chcę od ciebie, Marku. Nie chcę wykładu o komórkach rzęsatych. Nie chcę wiedzieć, jak działa strzemiączko. Chcę, żebyś mi zagrał. Raz. Nie jako organista. Jako mój mąż.
W kuchni zrobiło się cicho w ten szczególny sposób, w jaki robi się cicho, kiedy dwoje ludzi dociera do miejsca, za którym słowa tracą swoją zwykłą funkcję i zaczynają znaczyć coś zupełnie innego niż to, co mówią. Jolanta prosiła o Bacha, ale nie prosiła o Bacha. Prosiła o coś, czego Marek dawał jej coraz mniej z każdym rokiem ich małżeństwa, a czego ona potrzebowała coraz bardziej, chociaż nigdy by tego nie przyznała, bo przyznanie się do potrzeby było w jej rozumieniu formą słabości, a Jolanta nie mogła sobie pozwolić na słabość, bo kto inny miałby drylować wiśnie, sprawdzać wypracowania, prać skarpetki w niedopasowanych parach i utrzymywać ten dom przy życiu, jeśli nie ona.
Marek wstał. Krzesło zaszurało o kafelki podłogowe z dźwiękiem, który Jolanta słyszała tysiące razy, ale który nagle, w kontekście tej rozmowy, zabrzmiał jak coś cennego, jak coś, co mogłoby zniknąć i czego brakowałoby bardziej, niż ktokolwiek by się spodziewał.
— Wiesz, co jest najstraszniejsze w głuchocie, Jolu? — powiedział, stojąc przy stole, patrząc na nią z góry, i w jego głosie było coś, czego Jolanta nie słyszała od dawna. Coś miękkiego. Pękniętego. Jakby mówił nie jako profesor, nie jako organista, nie jako mąż, który wygrywa każdą dyskusję, ale jako człowiek, który przez chwilę pozwolił sobie na myśl, że to pytanie mogłoby dotyczyć nie jej, ale jego.
— Co?
— Że cisza nie jest cicha. Ludzie myślą, że głuchota to cisza. Taka piękna, spokojna, klasztorna cisza. Ale to nieprawda. Głuchota to hałas, Jolu. Hałas generowany przez mózg, który nie znosi pustki. Szumy, piski, dudnienia, trzaski. Kakofonia bez końca. Jedyne, co tracisz, to prawdziwe dźwięki. Głosy, muzykę, wiatr, deszcz. To, co jest piękne. A to, co jest brzydkie, mózg produkuje sam, za darmo, w nieograniczonych ilościach, i nie możesz tego zwrócić.
Jolanta podniosła się z krzesła. Stanęła naprzeciwko męża, blisko, bliżej niż zwykle, bo zwykle między nimi był stół, albo blat kuchenny, albo stos zeszytów, albo garnek z barszczem, albo dwadzieścia lat nawyków, które budują dystans skuteczniej niż najgrubszy mur.
— Zagrasz mi jutro?
Marek patrzył na nią. Na jej twarz, na zmarszczki wokół oczu, które pojawiły się gdzieś w okolicach ich piętnastej rocznicy ślubu i których ona nienawidziła, a które on, gdyby kiedykolwiek powiedział coś takiego na głos, uznałby za jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie na niej widział.
— Zagrałem ci dzisiaj, Jolu.
— Dzisiaj? Kiedy?
— Teraz. Przez ostatnią godzinę. Każde słowo, które powiedziałem o słuchu, o komórkach rzęsatych, o ślimaku, o szumach usznych, to była moja toccata. Grałem ci ją jedynym instrumentem, jaki miałem pod ręką. Głosem. Słyszałaś ją.
Jolanta otworzyła usta i zamknęła je. Potem znowu otworzyła i znowu zamknęła, jak ryba wyciągnięta z wody, i przez jedną, jedyną chwilę wyglądała tak, jak wyglądali jej uczniowie, kiedy na lekcji polskiego odkrywali, że wiersz, który uważali za nudny, mówi o czymś zupełnie innym, niż im się wydawało.
Potem się roześmiała. Krótko, niepewnie, z niedowierzaniem, ale się roześmiała, i ten śmiech napełnił kuchnię dźwiękiem, który był cieplejszy niż herbata w kubkach, jaśniejszy niż lampa z abażurem w kwiatki i bardziej skomplikowany niż cokolwiek, co kiedykolwiek napisał Bach, bo miał w sobie jednocześnie złość, czułość, zmęczenie, niedowierzanie i coś jeszcze, czego Marek, mimo całej swojej wiedzy o neurologii, fizyce i akustyce, nie potrafił nazwać, sklasyfikować ani wyjaśnić.
— Idę spać, Marlu — powiedziała, wyłączając kuchenny kran, który przez chwilę charknął jeszcze, zanim się poddał. — I proszę cię, żebyś jutro nie zadawał mi żadnych pytań. Żadnych. Jeden wieczór. Jeden jedyny wieczór bez eksperymentów myślowych. Czy to jest w ogóle możliwe?
— Wszystko jest możliwe, Jolu. Nawet cisza.
Wyszła z kuchni. Marek słyszał jej kroki na schodach, skrzypienie trzeciego stopnia, tego, którego nie dało się naprawić, bo drewno było tak stare, że każda próba interwencji kończyła się jeszcze głośniejszym skrzypem, jakby schody protestowały przeciwko próbie uciszenia ich. Potem trzask drzwi sypialni. Potem cisza.
Marek stał w kuchni sam. Kran kapał. Zegar tykał. Za oknem wiatr kołysał gałęziami bzu, które szeleściły jak strony przewracane w książce, której nikt nie czyta. Mruczek musiał wrócić na murek, bo Marek usłyszał ciche, gardłowe mruczenie, tak niskie, że ledwo odróżnialne od szumu wiatru.
Podszedł do zlewu i zakręcił kran mocniej. Kapanie ustało. Na trzy sekundy. Potem wróciło.
Marek wyłączył światło w kuchni i w ciemności, po omacku, bo znał ten dom jak własne kieszenie, wrócił do salonu. Nie siadł w fotelu. Podszedł do regału, na którym między książkami o neuroanatomii, atlasami anatomicznymi i biografiami kompozytorów stał stary dyktafon, analogowy, kasetowy, którego używał dwadzieścia lat temu do nagrywania prób organowych w kościele Świętego Wojciecha. Wziął go do ręki. Był ciężki, pokryty kurzem, z kasetą w środku, która pewnie dawno się rozmagnesowała.
Odstawił dyktafon i poszedł na górę.
Na trzecim stopniu schodów zatrzymał się. Stopień skrzypnął. Marek stał na nim przez chwilę, czując wibrację dźwięku pod stopą, i pomyślał, że Jolanta ma rację. Że niektóre dźwięki czuje się tutaj, w piersi, w stopach, w kościach, a nie w uszach, i że żadna komórka rzęsata ani żaden nerw czaszkowy nie ma z tym nic wspólnego.
Ale tego jej nie powiedział.
Bo niektóre prawdy, nawet organista wie, lepiej zostawić w ciszy.
Rozdział 3: Kończyny
Sobota pachniała żywicą. Marek poczuł ją, kiedy tylko otworzył drzwi tarasowe i wyszedł na zewnątrz z kubkiem kawy w ręku, tej czarnej, gorzkiej, bez mleka i bez cukru, którą pił od trzydziestu lat, bo kiedyś przeczytał, że Beethoven parzył kawę dokładnie z sześćdziesięciu ziaren na filiżankę i pił ją czarną, i chociaż Marek nigdy nie policzył ziaren, to czarną kawę pił od tamtej pory z uporem człowieka, który wierzy, że nawyki wielkich ludzi mogą przenieść się na niego drogą osmotyczną.
Żywica pochodziła z szopy. Szopa stała w głębi ogrodu, za jabłoniami, za grządkami z pomidorami, za kompostownikiem i za tym starym, bezużytecznym betonowym kręgiem, który teściowa używała kiedyś jako sadzawki dla kaczek, a który teraz służył jako zbiornik na deszczówkę i siedlisko komarów w ilościach naruszających konwencję genewską. Szopa była drewniana, pokryta papą, z drzwiami, które nigdy nie domykały się do końca, i z okienkiem wielkości podręcznika szkolnego, przez które wpadało tyle światła, ile potrzeba, żeby nie wpaść na grabie, ale za mało, żeby przeczytać etykietę na słoiku.
W tej szopie była Jolanta.
Marek usłyszał ją, zanim ją zobaczył. Rytmiczne uderzenia siekiery o drewno, przerywane co kilkanaście sekund dźwiękiem rzucanego polana, które lądowało na stosie z głuchym łupnięciem. Potem krótka pauza, szuranie butów po ziemnej podłodze, szczęk żelaza podnoszonego z kłody i znowu uderzenie. Jolanta rąbała drewno.
Rąbała je co sobotę od września do marca, bo piec kaflowy w salonie, ten piękny, zielony, z ornamentami przedstawiającymi sceny pasterskie, którego nie wymienili na nowoczesny kominek, bo Marek twierdził, że ten piec ma duszę i że wymiana byłaby aktem barbarzyństwa porównywalnym ze zburzeniem katedry, ten piec żarł drewno jak pijak wódkę. Sześć, siedem polan na wieczór, więcej w grudniu i styczniu, kiedy temperatura spadała poniżej minus dziesięciu i wiatr od Zalewu Koronowskiego wciskał się pod drzwi jak złodziej.
Marek nigdy nie rąbał drewna. Nie dlatego, że nie potrafił. Potrafił, przynajmniej teoretycznie, bo obserwował Jolantę wystarczająco długo, żeby zrozumieć zasadę działania siekiery w kontakcie z drewnem. Nie rąbał, bo Jolanta nie pozwalała mu rąbać. Dwanaście lat temu spróbował, postawił polano na kłodzie, zamachnął się i trafił siekierą w stopę. Nie w stopę dosłownie, bo ostrze przeleciało centymetr od palców i wbiło się w ziemię, ale Jolanta, która to widziała, powiedziała, że woli rąbać sama, niż wozić go do szpitala w Bydgoszczy i tłumaczyć lekarzom, jak czterdziestotrzyletni mężczyzna odciął sobie stopy siekierą w szopie. Od tamtej pory drewno było jej domeną.
Marek usiadł w fotelu na tarasie. Nie w tym wiklinowym, który wystawiał latem, ale w plastikowym, ogrodowym, białym, z pękniętym oparciem, które naprawił taśmą klejącą i które trzymało się razem siłą woli i dwóch warstw szarej taśmy z marketu budowlanego. Fotel był brzydki, niewygodny i niestabilny, ale stał w miejscu, z którego Marek miał idealny widok na szopę, na ogród i na niebo, które tego sobotniego poranka było tak błękitne i tak bezchmurne, że wyglądało jak namalowane przez kogoś, kto nie znał umiaru.
Pił kawę i czekał. Czekał jak lis przyczajony przy króliczej norze. Wiedział, że Jolanta skończy za kilka minut, bo stos polan przy szopie był już wysoki, a Jolanta, mimo całej swojej energii, miała czterdzieści trzy lata i kręgosłup, który po piętnastu minutach rąbania zaczynał protestować w sposób trudny do zignorowania. Faktycznie, po kolejnych pięciu uderzeniach łupanie ustało. Z szopy dobiegł odgłos siekiery odkładanej na drewniany stojak, potem szuranie, potem ciężki oddech kobiety, która właśnie wykonała pracę fizyczną przekraczającą normy BHP dla pracownika biurowego.
Jolanta wyszła z szopy. Miała na sobie flanelową koszulę w kratę, niebiesko-zieloną, zbyt dużą, bo to była koszula Marka, którą zawłaszczyła lata temu i której on nigdy nie próbował odzyskać, bo wiedział, że na niej wygląda lepiej niż na nim. Rękawy miała podwinięte do łokci, a na przedramionach widać było drobne zadrapania od kory i cienkie smugi żywicy, które lśniły w porannym słońcu jak ścieżki zostawione przez ślimaki. Włosy, ciemnobrązowe z pierwszymi pasmami siwizny, których Marek nigdy nie komentował, bo nawet on wiedział, że są tematy, przy których mężczyzna powinien zachować milczenie niezależnie od posiadanej wiedzy medycznej, były związane w niedbały kucyk, z którego wypadały kosmyki przyklejone do spoconego czoła.
Szła w stronę domu, niosąc w każdej ręce po trzy polana, z łatwością, która zawsze Marka zdumiewała. Miała silne ręce. Ręce nauczycielki, która pisze kredą na tablicy po sześć godzin dziennie, i gospodyni, która dryluje wiśnie, rąbie drewno, nosi zakupy i kopie rowy w ogrodzie. Silne, szorstkie, z krótkimi paznokciami i drobnymi bliznami, których historii Marek nie znał, bo nigdy nie pytał, a Jolanta nigdy nie opowiadała. To nie były ręce z reklamy kremu nawilżającego. To były ręce, które utrzymywały rzeczywistość w całości.
Zrzuciła polana przy piecu, otrzepała dłonie o spodnie i weszła na taras. Zobaczyła Marka w fotelu z kawą i zatrzymała się, stając nad nim z rękami opartymi na biodrach, w pozie, która u kogoś innego wyglądałaby na wyzywającą, ale u Jolanty oznaczała po prostu, że bolą ją plecy i opieranie rąk na biodrach przynosi ulgę.
— Piękny poranek — powiedziała.
— Piękny — zgodził się Marek.
— Narąbałam ze dwadzieścia polan. Powinno starczyć na tydzień.
— Powinno.
— Mógłbyś kiedyś pomóc, wiesz?
— Mógłbym. Ale ty nie chcesz, żebym pomagał. Powiedziałaś, cytuję dosłownie, że wolisz rąbać sama niż wozić mnie do szpitala. Szanuję twoją decyzję.
— To było dwanaście lat temu, Marek.
— Czas nie zmienia faktu, że nie umiem rąbać drewna. Moje ręce są przystosowane do klawiatur, nie do siekier. Gdyby Bach wymagał od organistów rąbania drewna przed koncertem, historia muzyki wyglądałaby zupełnie inaczej.
Jolanta wywróciła oczami, co robiła tak często w obecności Marka, że gdyby istniał olimpijski rekord w wywracaniu oczami, reprezentowałaby Polskę z realnymi szansami na złoto. Usiadła na schodkach tarasu, plecami do niego, twarzą do ogrodu, i wyciągnęła nogi przed siebie. Buty, stare trapery, pokryte warstwą błota i trocin, wyglądały jak eksponaty z muzeum górnictwa. Jolanta poruszała palcami stóp wewnątrz butów, rozciągając mięśnie, które przez piętnaście minut rąbania drewna pracowały na granicy swoich możliwości.
Marek patrzył na nią. Na jej plecy w flanelowej koszuli. Na jej ręce, teraz opuszczone luźno wzdłuż ciała. Na jej nogi w błotnistych traperach. Na całą tę kobietę, która była jednocześnie tak obecna fizycznie, tak intensywnie cielesna w swojej pracy, w swoim pocie, w swoich zadrapaniach, że samo patrzenie na nią było jak patrzenie na maszynę, która działa bez przerwy, bez konserwacji, bez żadnej instrukcji obsługi, i która któregoś dnia po prostu się zatrzyma, bo nawet najlepsza maszyna ma swój limit.
— Jolu — powiedział.
Plecy Jolanty zesztywniały. Nieznacznie, ledwo dostrzegalnie, ale Marek znał to ciało wystarczająco dobrze, żeby zauważyć napięcie, które przebiegło przez mięśnie czworoboczne i zeszło w dół do odcinka lędźwiowego kręgosłupa. To była reakcja zwierzęcia, które wyczuło drapieżnika. Albo żony, która wyczuła pytanie.
— Marku. Jest sobota. Dziewiąta rano. Obiecałeś, że nie będziesz pytał.
— Nie obiecywałem. Powiedziałem, że wszystko jest możliwe, nawet cisza. Ale nie powiedziałem, że cisza nastąpi.
— To było dwa dni temu. Od tamtej pory minęły dwa spokojne wieczory. Myślałam, że odpuściłeś.
— Nigdy nie odpuszczam, Jolu. Gromadzę materiał.
Jolanta odwróciła głowę i spojrzała na niego przez ramię. W jej oczach, brązowych, ciemnych jak kawa, którą on pił, i ciepłych jak kawa, której on nie pił, bo dodawanie mleka było w jego opinii profanacją, w tych oczach było ostrzeżenie. Ciche, wyraźne, jak tabliczka na płocie z napisem „Uwaga, zły pies”, z tym, że pies nie był zły, tylko zmęczony, i chciał po prostu leżeć w spokoju na schodkach tarasu, bez pytań o utratę zmysłów i narządów.
— Pytaj — powiedziała, odwracając się z powrotem do ogrodu. — Ale jeśli to będzie coś gorszego niż wzrok i słuch, to przysięgam ci, Marek, że następnym razem, kiedy będziesz siedział w tym fotelu, zrzucę ci na kolana te dwadzieścia polan, które przed chwilą narąbałam.
— To będzie gorsze — powiedział Marek spokojnie.
— Oczywiście, że będzie gorsze. Z tobą zawsze jest gorzej.
Marek odstawił kubek kawy na podłogę tarasu, obok nogi fotela. Kubek był ten z napisem „Najlepszy organista na świecie”, który Tomek kupił mu na Dzień Ojca trzy lata temu w sklepie z pamiątkami w Toruniu i który Marek używał codziennie, nie dlatego, że uważał się za najlepszego organistę na świecie, ale dlatego, że syn mu go kupił i że to był jeden z niewielu przedmiotów w domu, które należały wyłącznie do niego i których Jolanta nie zawłaszczyła.
— A gdybyś wiedziała, moja droga — zaczął, i użycie słów „moja droga” natychmiast zaniepokoiło Jolantę, bo Marek mówił „moja droga” tylko wtedy, kiedy to, co zamierzał powiedzieć, było szczególnie bezlitosne, jakby forma grzecznościowa miała złagodzić cios treści — a gdybyś wiedziała, że za dwadzieścia cztery godziny stracisz całkowicie i nieodwracalnie wszystkie cztery kończyny. Obie ręce i obie nogi. Amputacja. Co byś zrobiła?
Cisza, która nastąpiła, była inna niż te poprzednie. Kiedy Marek pytał o wzrok, Jolanta milczała przez chwilę, zaskoczona. Kiedy pytał o słuch, milczała z rezygnacją. Teraz milczała z powodu, który Marek rozpoznał natychmiast, bo widział go wielokrotnie w oczach ludzi na pogrzebach, kiedy grał na organach i patrzył z góry, z chóru, na twarze żałobników stojących nad trumną. To był szok. Czysty, fizjologiczny szok, który sprawia, że ciało zamiera, oddech się zatrzymuje, a krew odpływa z twarzy tak szybko, jakby ktoś odkręcił zawór na dole.
Jolanta nie odwróciła się. Siedziała na schodkach z plecami do niego, z wyciągniętymi nogami w błotnistych traperach i z rękami, które jeszcze minutę temu spoczywały luźno wzdłuż ciała, a teraz zacisnęły się w pięści. Marek widział, jak kostki jej palców bieleją, jak żywica na przedramionach napina się razem ze skórą, jak mięśnie ud, widoczne pod materiałem spodni, tężeją, jakby ciało instynktownie próbowało się przygotować do ucieczki. Do biegu. Do czegokolwiek, co wymaga kończyn, których za dwadzieścia cztery godziny miałoby nie być.
— To nie jest śmieszne — powiedziała wreszcie, i jej głos był płaski jak linia EKG u pacjenta w asystolii.
— Nie zamierzałem być śmieszny, Jolanto.
— Ręce i nogi. Wszystkie cztery.
— Wszystkie cztery.
— Marek, ja przed chwilą rąbałam drewno. Tymi rękami. Niosłam polana. Tymi rękami. Stałam na tych nogach. Chodziłam po tym ogrodzie na tych nogach. I ty mi mówisz, że mam sobie wyobrazić, że ich nie będzie.
— Właśnie dlatego pytam teraz, Jolu. Dlatego, że przed chwilą rąbałaś drewno. Dlatego, że twoje ciało jest w tej chwili najbardziej obecne, najbardziej pracujące, najbardziej twoje. Pytanie o utratę ma sens tylko wtedy, kiedy to, co tracisz, jest w pełni obecne.
Jolanta wstała ze schodków. Wstała gwałtownie, energicznie, jakby samo wstawanie było argumentem w dyskusji, dowodem na to, że nogi działają, że kolana się zginają, że stopy przenoszą ciężar ciała z jednego miejsca na drugie. Zrobiła kilka kroków po tarasie, tam i z powrotem, jak lwica w klatce, i Marek widział, że każdy krok jest świadomy, celowy, demonstracyjny.
— Poszłabym na spacer — powiedziała, zatrzymując się przed nim. — Długi spacer. Do Myślęcinka. Przez las. Cztery godziny marszu w jedną stronę. I z powrotem. Szłabym i czułabym każdy kamień pod stopą, każdy korzeń, każde wzniesienie. Szłabym i dotykałabym wszystkiego po drodze. Kory drzew. Liści. Trawy. Szłabym tak, żeby moje nogi zapamiętały każdy krok, a moje ręce zapamiętały każdy dotyk.
— Mięśnie nie mają pamięci, Jolu.
— Nieprawda. Słyszałam o pamięci mięśniowej.
— Pamięć mięśniowa to potoczne określenie na pamięć proceduralną, która rezyduje w móżdżku i w jądrach podstawy mózgu, nie w mięśniach. Twoje mięśnie to tkanka kurczliwa. Aktyna i miozyna. Białka, które ślizgają się po sobie w odpowiedzi na sygnały z neuronów ruchowych. Twoje mięśnie nie wiedzą, że chodzą. Nie wiedzą, że rąbią drewno. Nie wiedzą, że istnieją. Wiedzą to twoje neurony, Jolu. A twoje neurony zostaną. Mięśni nie będzie.
Jolanta stanęła przed nim i przez chwilę Marek pomyślał, że naprawdę zrzuci mu na kolana dwadzieścia polan. Ale zamiast tego usiadła na podłodze tarasu, na deskach, po turecku, z łokciami na kolanach i brodą opartą na splecionych dłoniach. Wyglądała jak uczennica, która właśnie dowiedziała się, że egzamin jest jutro, a nie za tydzień.
— Przytuliłabym dzieci — powiedziała. — Zadzwoniłabym do Kasi do Poznania i do Tomka do Torunia i powiedziałabym im, żeby przyjechali. Natychmiast. I przytuliłabym ich z całych sił. Tak mocno, żeby poczuli, jak bardzo je kocham. Tymi rękami, Marek. Tymi rękami, które za dwadzieścia cztery godziny mają nie istnieć.
— To piękne, kochanie.
— Ale.
— Co ale?
— Czekam na twoje ale. Bo zawsze jest ale. Mówię coś, co czuję, a ty mówisz ale.
Marek milczał przez chwilę. Krótką, wystarczającą, żeby Jolanta zaczęła się niepokoić, bo cisza Marka, jak już wiedziała, była jak cisza przed burzą, tyle że burza nigdy nie przychodziła z piorunami i deszczem, tylko ze słowami, które uderzały precyzyjniej niż pioruny i zostawiały głębsze ślady niż deszcz.
— Ale jest kwestia bólu fantomowego — powiedział.
— Bólu czego?
— Fantomowego. Phantom limb pain. Ból w kończynie, która nie istnieje. Jolu, to jest jedno z najbardziej przerażających zjawisk w całej neurologii. Wyobraź sobie, że tracisz obie ręce i obie nogi. Budzisz się po operacji, patrzysz w dół i widzisz bandaże na kikutach. Wiesz, że kończyn nie ma. Widzisz, że ich nie ma. Ale twój mózg tego nie wie.
Jolanta poczuła, jak coś zimnego przebiega jej wzdłuż kręgosłupa, od karku do kości ogonowej, jak lodowata woda wlana za kołnierz flanelowej koszuli.
— Mapa somatosensoryczna w twojej korze mózgowej — kontynuował Marek, pochylając się w fotelu, który zaskrzypiał pod ciężarem jego ciała i entuzjazmu — to reprezentacja całego twojego ciała na powierzchni mózgu. Homunkulus, Jolu. Widziałaś kiedyś rysunek homunkulusa? Taka postać z gigantycznymi dłońmi, ogromnymi ustami i maleńkimi nogami, bo ilość kory poświęconej danej części ciała jest proporcjonalna nie do jej wielkości, ale do jej czułości. Twoje dłonie zajmują na tej mapie więcej miejsca niż całe plecy. Twoje usta więcej niż oba uda. I kiedy amputujesz kończynę, ta mapa się nie kasuje. Ona zostaje. Neurony, które przez czterdzieści trzy lata twojego życia obsługiwały twoją lewą rękę, nadal tam siedzą, nadal się aktywują, nadal krzyczą do mózgu, że ręka istnieje. Ale ręka nie odpowiada. I z tego rozłączenia, z tej desperackiej próby mózgu, żeby nawiązać kontakt z czymś, czego nie ma, rodzi się ból.
— Jaki ból?
— Różny. Czasem palący, jakby nieistniejąca ręka była zanurzona w ogniu. Czasem ściskający, jakby nieistniejącą dłoń ktoś miażdżył w imadle. Czasem elektryczny, jakby przez nieistniejące palce przepływał prąd. Ramachandran, neurolog z Kalifornii, opisywał pacjentów, którzy czuli, że ich amputowana ręka jest zaciśnięta w pięść, tak mocno, że nieistniejące paznokcie wbijają się w nieistniejącą dłoń, i że nie mogą tej pięści otworzyć, bo nie mają czym. Wyobraź sobie to, Jolu. Ból, którego nie możesz złagodzić, bo boli cię coś, czego nie ma. Nie możesz potrzeć bolącego miejsca. Nie możesz przyłożyć lodu. Nie możesz nawet wskazać, gdzie boli, bo to miejsce nie istnieje w przestrzeni fizycznej. Istnieje tylko w twojej korze somatosensorycznej, na mapie, która nie została zaktualizowana, bo mózg nie ma działu kartografii, który by to zrobił.
Jolanta patrzyła na swoje ręce. Na żywicę lśniącą na przedramionach. Na zadrapania od kory. Na krótkie paznokcie z czarną obwódką brudu pod nimi. Na żyły na wierzchu dłoni, niebieskawe, widoczne pod skórą jak rzeczne koryta na mapie topograficznej. Zginała palce i prostowała je, zginała i prostowała, jakby sprawdzała, czy jeszcze działają, jakby każde zgięcie było potwierdzeniem, że to, o czym mówi Marek, jest na razie tylko eksperymentem myślowym, tylko pytaniem, tylko słowami wiszącymi w porannym powietrzu jak dym z komina.
— Więc nie tylko bym nie miała rąk i nóg — powiedziała cicho — ale jeszcze bym czuła ból w rękach i nogach, których nie mam.
— Tak. I to jest paradoks, który sprawia, że amputacja jest podwójną karą. Tracisz funkcję i zyskujesz cierpienie. Nie jedno zamiast drugiego. Jedno i drugie jednocześnie.
— A czy jest na to jakieś lekarstwo? Na ten ból fantomowy?
Marek wyprostował się. W jego oczach pojawił się blask, który Jolanta nauczyła się rozpoznawać jako ekscytację intelektualną, ten sam blask, który miał, kiedy opowiadał o Bachu, o kontrapunkcie, o tym, jak genialnie skonstruowana jest fuga, w której każdy głos jest niezależny, a jednocześnie część całości. To był blask mężczyzny, który kocha mechanizmy bardziej niż ludzi, a przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz, chociaż Jolanta podejrzewała czasem, w rzadkich chwilach nocnej bezsenności, że Marek kocha mechanizmy właśnie dlatego, że boi się kochać ludzi, bo mechanizmy można zrozumieć, a ludzi nie.
— Ramachandran wymyślił coś genialnego — powiedział. — Pudełko z lustrem. Mirror box. Prosty karton z lustrem pośrodku. Pacjent wkłada zdrową rękę po jednej stronie lustra, a kikut po drugiej. Patrzy w lustro i widzi odbicie zdrowej ręki tam, gdzie powinna być amputowana. I kiedy porusza zdrową ręką, mózg interpretuje odbicie jako ruch amputowanej kończyny. Pięść się otwiera. Ból ustępuje. Mózg daje się oszukać przez kawałek lustra za pięć złotych.
— To piękne.
— To jest piękne, Jolu, ale w twoim przypadku bezużyteczne. Bo ty nie tracisz jednej kończyny. Tracisz wszystkie cztery. Nie masz zdrowej ręki, której odbicie mogłoby oszukać mózg. Nie masz zdrowej nogi. Nie masz niczego, co można by włożyć do pudełka z lustrem. Jesteś torsem z głową. I twój mózg ma cztery fantomowe kończyny, z których każda może boleć niezależnie, w różnym czasie, w różny sposób, generując kakofonię bólu, na którą nie ma żadnego Ramachandrana, żadnego lustra, żadnego pudełka.
Jolanta wstała z podłogi. Podeszła do balustrady tarasu i oparła się o nią obiema rękami, mocno, tak że drewno zaskrzypiało pod naciskiem jej dłoni. Marek widział, jak napinają się mięśnie jej przedramion, jak żywica pęka na skórze od ruchu, jak stopy w traperach wbijają się w deski, szukając oparcia, pewności, kontaktu z czymś solidnym.
— Przebudowałabym dom — powiedziała, i w jej głosie zabrzmiała ta nuta, którą Marek nazywał w myślach jej trybem nauczycielskim. Głos kobiety, która rozwiązuje problem. Która nie poddaje się, bo poddawanie się nie jest opcją dostępną w menu nauczycielki polskiego w wiejskiej szkole pod Bydgoszczą. — Przebudowałabym dom na parterowy. Bez schodów. Bez progów. Zamontowałabym podjazdy. I ustanowiłabym pełnomocnictwa.
— Pełnomocnictwa?
— Finansowe. Dla Kasi. Żeby mogła zarządzać kontem, płacić rachunki, załatwiać sprawy urzędowe. Bo ja nie będę mogła podpisać żadnego dokumentu, prawda? Nie będę mogła trzymać długopisu.
Marek pokiwał głową. Powolnie, z namysłem. Jolanta zauważyła, że kiwanie głową u Marka zawsze było dwuznaczne. Mogło oznaczać zgodę, ale mogło też oznaczać, że zbiera argumenty, jak myśliwy, który czeka, aż kaczka wyleci z trzcin, żeby mieć czysty strzał.
— Przebudowa domu — powtórzył. — Podjazdy. Pełnomocnictwa. To jest plan, Jolanto. Logiczny, praktyczny, racjonalny plan. Jestem pod wrażeniem. Nauczycielka w tobie nie śpi nawet w obliczu katastrofy.
— Ale.
— Ale przebudowa domu jest bezcelowa, bo nie będziesz w stanie się po nim poruszać. Nie mówię o wózku inwalidzkim, kochanie, bo wózek inwalidzki wymaga rąk. Do sterowania. Do napędzania. Do hamowania. Nie masz rąk. Wózek elektryczny sterowany brodą, ustami, oddechem? Może. Po kilku miesiącach rehabilitacji. Ale na co dzień, Jolu, na co dzień będziesz potrzebowała drugiego człowieka do wszystkiego. Do jedzenia. Do picia. Do ubierania się. Do kąpieli. Do toalety.
Ostatnie słowo zawisło w powietrzu jak kamień, który nie zdecydował jeszcze, czy spaść, czy wisieć.
— Do toalety — powtórzył Marek ciszej. — Myślałaś o tym?
Jolanta nie odpowiedziała. Patrzyła na ogród, na jabłonie, na szopę, z której przed dwudziestu minutami wyszła z siekierą w ręku, czując się silna, niezależna, zdolna do wszystkiego. Patrzyła na swoje ręce na balustradzie i po raz pierwszy w życiu zobaczyła je nie jako narzędzia pracy, ale jako części ciała, które mogłyby nie istnieć. I ta myśl, ta jedna, prosta, anatomiczna myśl, że jej ręce mogłyby się skończyć gdzieś na wysokości ramienia, że mogłyby zostać zastąpione przez bandaże, przez kikuty, przez puste rękawy koszuli wiszące jak flagi państwa, które skapitulowało, ta myśl sprawiła, że przez moment nie mogła oddychać.
— Cewnikowanie — powiedział Marek, i jego głos był teraz cichy, niemal łagodny, ale ta łagodność była gorsza niż brutalność, bo brutalność można odepchnąć, a łagodność wchodzi pod skórę jak igła. — Cewnikowanie pęcherza moczowego. Ktoś musi je wykonywać co kilka godzin, bo ty nie masz rąk, żeby zrobić to sama. Mechaniczne usuwanie stolca, bo bez nóg nie usiądziesz na toalecie, a bez rąk nie wykonasz żadnej czynności higienicznej. Karmienie, bo nie podniesiesz łyżki. Pojenie, bo nie podniesiesz szklanki. Mycie, bo nie utrzymasz gąbki. Ubieranie, bo nie zapniesz guzika. Każda czynność, którą teraz wykonujesz automatycznie, bez myślenia, każdy gest, którego nie doceniasz, bo jest tak oczywisty jak oddychanie, stanie się czymś, czego nie możesz zrobić. I będziesz zależna. Całkowicie, absolutnie, bezwzględnie zależna od kogoś, kto będzie chciał i mógł to wszystko dla ciebie robić. Każdego dnia. Każdej godziny. Przez resztę twojego życia.
Jolanta odwróciła się od balustrady. Jej twarz wyglądała, jakby ktoś zmył z niej kolor, jak akwarela pod strumieniem wody. Oczy, te ciepłe, brązowe oczy, które Marek widział każdego dnia od dwudziestu lat, teraz były szeroko otwarte i w ich głębi było coś, co Marek rozpoznał jako pytanie. Nie pytanie intelektualne, nie pytanie z eksperymentu myślowego, ale pytanie prawdziwe, egzystencjalne, pytanie, które ludzie zadają sobie o trzeciej w nocy, kiedy nie mogą zasnąć i kiedy ściany sypialni zacieśniają się jak ściany trumny.
— A ty? — zapytała.
— Co ja?
— Ty byś to robił? Cewnikował? Karmił? Mył? Ubierał?
Marek otworzył usta, żeby odpowiedzieć, i zamknął je. Potem otworzył znowu i znowu zamknął. Przez chwilę wyglądał jak Jolanta dwa wieczory temu, kiedy powiedziała mu o Bachu i nie mogła znaleźć słów. I Jolanta, patrząc na niego, na tego mężczyznę siedzącego w plastikowym fotelu sklejonym taśmą, z kubkiem „Najlepszy organista na świecie” u stóp, na tego mężczyznę, który przez dwadzieścia lat małżeństwa nie narąbał ani jednego polana, nie posprzątał ani jednej szuflady, nie dobrał ani jednej pary skarpetek, ale który wiedział, ile aksonów biegnie w nerwie wzrokowym i jak nazywają się kosteczki słuchowe, Jolanta zrozumiała, że trafiła w miejsce, którego on nie zabezpieczył.
— To nie jest część eksperymentu myślowego — powiedział wreszcie.
— Nie, Marek. To nie jest część eksperymentu myślowego. To jest pytanie od żony do męża. Gdybym straciła ręce i nogi, czy byś przy mnie został? Czy byś mnie karmił, cewnikował i mył? Czy byś to robił?
— Jolanto, ja zadaję pytania. Nie odpowiadam na nie.
— Dzisiaj odpowiadasz. Bo dzisiaj pytam ja.
Marek patrzył na nią. Patrzył na jej ręce, na przedramiona z żywicą, na flanelową koszulę, która była jego koszulą, na zadrapania od kory i na krótkie paznokcie z czarną obwódką brudu. Patrzył na nią i widział jednocześnie dwie kobiety. Tę, która stała przed nim, silną, całą, rąbiącą drewno i noszącą polana, i tę drugą, tę z eksperymentu myślowego, tę bez rąk i bez nóg, leżącą na łóżku w przebudowanym na parterowy domu, z cewnikiem i z bólem fantomowym w czterech nieistniejących kończynach.
— Twoje pełnomocnictwa — powiedział cicho, zmieniając temat z precyzją organisty, który moduluje z mollowej tonacji do durowej, żeby zakryć fałszywą nutę — twoje pełnomocnictwa nie mają znaczenia, Jolu. Nie dlatego, że są źle pomyślane. Są dobrze pomyślane. Ale dlatego, że ustanowienie pełnomocnictwa wymaga wizyty u notariusza, a wizyta u notariusza wymaga podpisu, a podpis wymaga ręki, a ręki nie będziesz miała. Możesz ustanowić pełnomocnictwo przed utratą kończyn, tak. Ale to zakłada, że wiesz z wyprzedzeniem, że je stracisz. A w większości przypadków amputacje są nagłe. Wypadek samochodowy. Wypadek przy pracy. Zakrzepica tętnic. Posocznica z martwicą. Ludzie nie planują amputacji, kochanie. Amputacje planują ludzi.
Jolanta usiadła na schodkach tarasu. Tym razem nie po turecku, ale z kolanami przyciągniętymi do piersi i ramionami owiniętymi wokół nóg. Wyglądała mniejsza niż zwykle. Skulona, jakby próbowała zmieścić się w jak najmniejszej przestrzeni, jakby instynktownie chroniła kończyny, które za dwadzieścia cztery godziny miałyby zniknąć. Jej ramiona obejmowały kolana z siłą, która sugerowała, że nigdy ich nie puści.
— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytała, i Marek zrozumiał, że tym razem to ona przejmuje jego rolę, to ona mówi to, co najgorsze, bo po trzech wieczorach z nim nauczyła się, że najgorsze trzeba powiedzieć samemu, zanim powie to ktoś inny.
— Co?
— Nie to, że nie mogłabym chodzić. Nie to, że ktoś musiałby mnie karmić i myć. Najgorsze jest to, że nie mogłabym nikogo przytulić, Marek. Nigdy więcej. Nie mogłabym objąć Kasi, kiedy płacze, bo znowu pokłóciła się z chłopakiem. Nie mogłabym położyć ręki na ramieniu Tomka, kiedy jest smutny i udaje, że nie jest, bo jest facetem i faceci nie są smutni. Nie mogłabym cię dotknąć w nocy, kiedy nie możesz zasnąć i kręcisz się w łóżku jak bąk, i ja kładę ci rękę na piersi, żebyś się uspokoił. To jest najgorsze. Nie funkcja. Czułość.
Marek wstał z fotela. Plastikowe oparcie zatrzeszczało, taśma klejąca jęknęła, ale wytrzymała. Podszedł do Jolanty i usiadł obok niej na schodkach tarasu. Blisko. Bliżej niż zwykle. Tak blisko, że czuł zapach żywicy z jej przedramion i zapach potu z jej koszuli i zapach wiśniowego soku, który wsiąkł w flanelę dwa dni temu i nie chciał się wyprać.
Nie powiedział nic. Przez chwilę siedzieli obok siebie w ciszy, dwoje ludzi na schodkach drewnianego tarasu w podbydgoskiej wsi, w sobotnią poranek, pod niebem tak niebieskim, że bolały od niego oczy. Z szopy nadal pachniało żywicą. Krawczyk za płotem odpalił kosiarkę, co w tych warunkach brzmiało jak dziesięć motorówek na jeziorze. Mruczek wrócił na murek i mył łapę z metodycznością chirurga przygotowującego się do operacji.
Marek wyciągnął rękę i położył ją na kolanie Jolanty. Na tym kolanie, przyciągniętym do piersi i oplecionym ramionami. Poczuł przez materiał spodni ciepło jej skóry i twardość rzepki kolanowej, i drobne drżenie mięśnia czworogłowego, który podtrzymywał nogę w pozycji obronnej.
Jolanta nie poruszyła się. Nie odwróciła głowy. Patrzyła przed siebie, na ogród, na jabłonie, na szopę, na betonowy krąg z deszczówką i komarami. Ale jej ramiona, te silne, porysowane, żywicą pokryte ramiona, rozluźniły się nieznacznie. Niemal niedostrzegalnie. Jakby jedno dotknięcie ręki na kolanie powiedziało więcej niż cała neurologia świata.
— Jolanto — powiedział Marek.
— Nie mów nic. Proszę. Ani słowa o homunkulusie, o mapie somatosensorycznej, o fantomach. Ani jednego słowa.
— Chciałem tylko powiedzieć, że jutro narąbię drewna.
Jolanta odwróciła głowę i spojrzała na niego. W jej oczach było zdumienie tak autentyczne, tak głębokie i tak nieudawane, że Marek przez chwilę poczuł się jak ktoś, kto właśnie wyznał, że zamierza polecieć na Marsa na grzbiecie konia.
— Ty? Drewno? Marek, ty nie umiesz rąbać drewna. Wbiłeś sobie siekierę w stopę.
— Obok stopy. Centymetr od palców. To istotna różnica anatomiczna.
— Marek…
— Nauczę się, Jolu. Mam ręce. Mam nogi. Mam czterdzieści pięć lat i na nic z tego nie zwracałem dotąd wystarczającej uwagi. Więc jutro narąbię drewna. I prawdopodobnie wbiję sobie siekierę w stopę, ale tym razem naprawdę, i będziesz musiała wieźć mnie do szpitala w Bydgoszczy, i tłumaczyć lekarzom, jak czterdziestopięcioletni organista odciął sobie palce u nogi, bo chciał udowodnić żonie, że potrafi robić coś poza zadawaniem pytań. Ale przynajmniej spróbuję. Bo dzisiaj, na tych schodkach, moja droga, uświadomiłaś mi coś, czego żaden podręcznik neuroanatomii nie potrafi opisać.
— Co?
— Że ręce służą do rąbania drewna. I do trzymania na kolanie żony. I że drugie jest ważniejsze.
Jolanta patrzyła na niego jeszcze przez chwilę. Potem powoli, ostrożnie, jakby sprawdzała, czy jej ciało jeszcze na to pozwala, oparła głowę o jego ramię. Nie powiedziała nic. On też nie. Siedzieli na schodkach tarasu, on z ręką na jej kolanie, ona z głową na jego ramieniu, i patrzyli na ogród, w którym stara jabłoń gubiła ostatnie, pożółkłe liście, a Mruczek na murku skończył myć łapę i zasnął, zwinięty w rudy kłębek futra i obojętności na ludzkie dramaty.
Gdzieś w domu, w salonie, zegar z martwą kukułką tykał swoje monotonne, nieskończone tik-tak. A na blacie kuchennym leżała drylownica z obłażącą czerwoną farbą, czekając na następne wiśnie, na następne dłonie, które ją podniosą, na następną sobotę, w której wszystko będzie jeszcze możliwe.
Marek pomyślał o homunkulusie. O tej groteskowej figurze z gigantycznymi dłońmi i maleńkim tułowiem, która jest mapą ludzkiej czułości. Pomyślał, że homunkulus ma rację. Że dłonie są najważniejsze. Nie dlatego, że podnoszą siekierę. Dlatego, że dotykają kolana. Że głaszczą policzek. Że leżą na piersi kogoś, kto nie może zasnąć.
Ale tego Jolancie nie powiedział, bo powiedział już wystarczająco dużo. A może po raz pierwszy w życiu powiedział dokładnie tyle, ile trzeba.
Żywica na balustradzie tarasu lśniła w porannym słońcu jak bursztyn. Jak coś, co drzewa wydzielają, żeby zabliźnić rany.
Niektóre prawdy, nawet organista wie, mówi się nie słowami, ale dotykiem dłoni na kolanie żony w sobotnią poranek, kiedy powietrze pachnie żywicą i jeszcze nic nie boli.
Rozdział 4: Prawa półkula mózgu
Wypracowania leżały na kanapie w trzech stosach. Pierwszy stos, najwyższy, to były prace do sprawdzenia. Drugi, niższy, to prace sprawdzone, ale nieocenione, bo Jolanta potrzebowała czasu na zastanowienie się, czy Kacper Wiśniewski z trzeciej B zasługuje na trójkę z plusem czy na czwórkę z minusem za interpretację „Balladyny”, w której napisał, że Goplana jest metaforą toksycznej matki, co było wprawdzie całkowicie błędne, ale wykazywało pewien poziom kreatywności, którą Jolanta chciała nagrodzić, nie nagradzając jednocześnie ignorancji. Trzeci stos, najmniejszy, stanowiły prace ocenione, podpisane, gotowe do zwrócenia, ułożone alfabetycznie według nazwisk, bo Jolanta była osobą, która porządkowała rzeczy nawet wtedy, kiedy nikt tego nie wymagał, bo porządek był dla niej formą kontroli nad rzeczywistością, a rzeczywistość w domu z Markiem wymagała kontroli w ilościach hurtowych.
Był czwartkowy wieczór. Za oknem salonu panował ten rodzaj jesiennej ciemności, która w podbydgoskich wsiach jest absolutna i bezwarunkowa. Nie ma latarni ulicznych, bo ulica jest jedna i każdy wie, gdzie jest jego dom. Nie ma neonów, bo najbliższy sklep zamyka się o siedemnastej i nie reklamuje niczego poza swoim istnieniem. Jest tylko ciemność, gęsta i mokra od mgły, która wzbiera znad Kanału Bydgoskiego i kładzie się na polach jak szary, wilgotny całun.
Jolanta siedziała na kanapie w kręgu światła rzucanego przez lampę stojącą, tę z mosiężną nogą i abażurem w kolorze starego pergaminu, którą Marek kupił na aukcji internetowej za sto osiemdziesiąt złotych, twierdząc, że jest to wierna replika lampy, przy której Schumann komponował swoje pieśni. Jolanta sprawdziła potem i okazało się, że lampa jest z IKEI, rocznik dwa tysiące osiem, i że Schumann nie miał z nią nic wspólnego, ale nie powiedziała tego Markowi, bo mężczyzna, który potrzebuje wierzyć, że jego lampa ma związek z romantyzmem niemieckim, jest mężczyzną, któremu nie należy odbierać złudzeń.
Czerwony długopis w jej ręku sunął po papierze jak chirurgiczny skalpel. Jolanta sprawdzała wypracowania z zaangażowaniem, które jej uczniowie uznaliby za nieproporcjonalne do jakości ich prac, gdyby wiedzieli, ile czasu poświęca każdemu zdaniu, każdemu przecinkowi, każdemu błędowi ortograficznemu, który podkreślała podwójną linią i opatrywała lakonicznym komentarzem na marginesie. „Rz po spółgłosce!” pisała. „Nie po nżg, ale brzeg!” notowała. „Interpunkcja, Wiśniewski, interpunkcja!” dopisywała z wykrzyknikiem, który sam w sobie był aktem desperacji pedagogicznej.
Marek siedział w swoim kominkowym fotelu, trzy metry od niej, po drugiej stronie salonu, za ścianą ciepła bijącego od pieca kaflowego, tego zielonego, z pastuszkami, który właśnie dogrzewał resztkę wieczoru sosnowymi polanami. Polana te, jak zauważyła Jolanta z cichą satysfakcją, zostały narąbane przez Marka w niedzielę, zgodnie z obietnicą. Rąbanie trwało czterdzieści minut, podczas których Marek trzy razy trafił siekierą w kłodę zamiast w polano, raz rzucił siekierą o ziemię z frustracją, którą Jolanta obserwowała z okna kuchni z mieszaniną współczucia i złośliwej radości, i dwa razy przyszedł do domu po plastry na pęcherze, które pojawiły się na dłoniach nieprzywykłych do fizycznej pracy cięższej niż wciskanie klawiszy organowych. Ale narąbał. Stos był krzywy, niestabilny i wyglądał, jakby budował go ktoś w stanie upojenia alkoholowego, ale istniał. Marek narąbał drewna po raz pierwszy od dwunastu lat i ani razu nie wspomniał o tym, co go do tego skłoniło, bo niektóre rzeczy między ludźmi, którzy żyją ze sobą od dwudziestu lat, nie wymagają komentarza.
Jolanta podniosła kolejne wypracowanie z pierwszego stosu. Natalia Kowalczyk, trzecia A. Temat: „Opisz postać literacką, z którą się utożsamiasz, i wyjaśnij dlaczego”. Natalia wybrała Anię z Zielonego Wzgórza i napisała cztery strony drobnym, okrągłym pismem, w którym każde „i” było zakończone kółeczkiem zamiast kropki, co Jolanta uważała za objaw pewnego rodzaju graficznego narcyzmu, ale tolerowała, bo Natalia pisała pięknie, bezbłędnie i z sercem, którego większość jej rówieśników nie potrafiła wkładać w nic poza grami komputerowymi.
Jolanta czytała o Ani Shirley i uśmiechała się mimo woli, bo Natalia napisała, że utożsamia się z Anią dlatego, że obie mają bujną wyobraźnię i obie mówią za dużo, i że obie kochają ludzi bardziej, niż ludzie na to zasługują. To było piękne zdanie. Jolanta podkreśliła je zielonym długopisem, którego używała wyłącznie do zaznaczania fragmentów wybitnych, bo czerwony był od błędów, a zielony od pochwał, i ten dwukolorowy system oceny towarzyszył jej od początku kariery nauczycielskiej jak osobisty kod moralny.
— Jolu.
Długopis zatrzymał się nad kółeczkiem na „i” w słowie „wyobraźnia”. Jolanta nie podniosła głowy. Znała ten głos. Znała go tak dobrze, że potrafiła na podstawie samego tonu określić, w jakiej fazie jest Marek. Faza pierwsza: zamyślenie, głos niski, powolny. Faza druga: formułowanie pytania, głos lekko podniesiony, z nutą czegoś, co u kogoś innego byłoby podekscytowaniem, ale u Marka było raczej intelektualnym podnieceniem, które Jolanta nauczyła się odróżniać od prawdziwego podekscytowania tak jak marynarze odróżniają flautę od sztormu. Faza trzecia: atak, głos spokojny, precyzyjny, chirurgiczny. Teraz był w fazie drugiej.
— Marek, sprawdzam wypracowania.
— Widzę.
— Mam jeszcze dwadzieścia trzy do sprawdzenia. Dwadzieścia trzy, Marku. I muszę je oddać jutro, bo obiecałam dzieciom, że dostaną je przed weekendem, a ja dotrzymuję obietnic, w przeciwieństwie do niektórych osób w tym domu, które obiecały naprawić cieknący kran w łazience w dwa tysiące osiemnastym roku.
— Kran cieknie dopiero od dwa tysiące dziewiętnastego.
— Cieknie od dwa tysiące siedemnastego. Wiem, bo zaczął ciekać w dniu, kiedy Tomek zdawał maturę i ja siedziałam w łazience o piątej rano, bo nie mogłam zasnąć ze stresu, i słyszałam, jak kapie, i pomyślałam, że to jest dźwięk mojego życia. Kapanie.
— Twoje życie nie kapie, Jolanto. Twoje życie płynie szerokim nurtem.
— Moje życie kapie, Marku. Kapie, cieknie i od czasu do czasu tryska, na przykład wtedy, kiedy mój mąż zadaje mi pytania, od których nie mogę spać.
Marek uśmiechnął się. Tym swoim uśmiechem, ledwie widocznym, jakby mięśnie jarzmowe zacisnęły się o milimetr, nie więcej, i którego Jolanta mogłaby nie zauważyć, gdyby nie znała topografii jego twarzy lepiej niż topografii własnego ogrodu.
— Mam pytanie — powiedział.
— Nie.
— Krótkie pytanie.
— Nie, Marek.
— Jedno pytanie, kochanie. Jedno. Potem możesz wrócić do Natalii Kowalczyk i jej kółeczek na literze i.
Jolanta podniosła głowę i spojrzała na niego z wyrazem twarzy, który w pedagogice nazywa się „ostatnim ostrzeżeniem” i który każdy uczeń w szkole w Solcu Kujawskim rozpoznaje natychmiast jako sygnał, że następny krok prowadzi do wywiadówki, uwagi w dzienniku i telefonu do rodziców. Ale Marek nie był jej uczniem. Marek był jej mężem i jedynym człowiekiem na świecie, na którego „ostatnie ostrzeżenie” nie działało, bo Marek nie bał się wywiadówek, uwag ani telefonów do rodziców. Marek bał się tylko ciszy, a Jolanta, jak każda nauczycielka, nie potrafiła milczeć wystarczająco długo, żeby jej cisza stała się bronią.
— Pytaj — powiedziała z rezygnacją, odkładając czerwony długopis na kanapę obok wypracowań.
Marek pochylił się w fotelu. Skóra kominkowego obicia zaskrzypiała pod jego ciężarem, wydając dźwięk, który Jolanta kojarzyła z momentami niebezpiecznymi, bo Marek pochylał się w fotelu tylko wtedy, kiedy pytanie, które zamierzał zadać, wymagało pochylenia, jakby grawitacja intelektualna ściągała go w stronę rozmówczyni.
— A gdybyś wiedziała, moja droga — zaczął, i „moja droga” zabrzmiało jak dzwonek alarmowy, który uruchomił w Jolancie ten sam mechanizm obronny co za każdym razem, to lekkie zaciśnięcie szczęk, to napięcie mięśni karku, to mimowolne cofnięcie ramion, jakby ciało przygotowywało się do uderzenia, które nadejdzie nie fizycznie, ale mentalnie — a gdybyś wiedziała, że za dwadzieścia cztery godziny stracisz całkowicie i nieodwracalnie prawą półkulę mózgu. Co byś zrobiła?
Jolanta patrzyła na niego. Nie mrugnęła. Nie poruszyła się. Przez pięć sekund, które Marek policzył w myślach, bo liczył zawsze, bo rytm był jego żywiołem, bo organista bez poczucia rytmu jest jak chirurg bez rąk, przez tych pięć sekund Jolanta wyglądała jak woskowa figura z Muzeum Madame Tussaud, tyle że bez biletowanego wejścia i bez japońskich turystów robiących selfie.
— Półkulę mózgu — powtórzył Marek, jakby czas, który upłynął od pytania, mógł je rozmyć, i jakby powtórzenie miało je wyostrzyć.
— Słyszałam za pierwszym razem, Marku. Nie straciłam jeszcze słuchu. Chociaż po naszych rozmowach zaczynam podejrzewać, że wolałabym.
— To nie jest utrata zmysłu, Jolu. To jest utrata połowy mózgu. To jest jakościowo inna kategoria.
— Wiem, czym jest mózg, Marku.
— Wiesz, czym jest mózg w sensie potocznym. Taki galaretowaty organ w czaszce, który myśli. Ale mózg nie myśli, Jolu. Mózg robi tysiące rzeczy jednocześnie, a myślenie jest tylko jedną z nich i bynajmniej nie najważniejszą. Oddychasz, bo mózg nakazuje przeponie się kurczyć. Twoje serce bije, bo pień mózgu reguluje jego rytm. Twoje źrenice reagują na światło, bo mózg przetwarza sygnały z siatkówki i wysyła odpowiedź do mięśnia rzęskowego szybciej, niż zdajesz sobie z tego sprawę. I ten mózg, ten cudowny, niezrozumiały, trzy i pół funta tkanki nerwowej zamkniętej w kościanym pudełku, ten mózg jest podzielony na dwie połowy. Lewą i prawą. Połączone ciałem modzelowatym, corpus callosum, wiązką dwustu pięćdziesięciu milionów włókien nerwowych, która jest jak autostrada między dwoma miastami. I ja pytam, co by się stało, gdybyś straciła jedno z tych miast.
Jolanta odłożyła wypracowanie Natalii Kowalczyk na stos prac niesprawdzonych. Zrobiła to powoli, starannie, wyrównując krawędzie papieru z precyzją, która zwykle zarezerwowana była dla dokumentów ważniejszych niż wypracowania trzynastolatek. To był gest, który Marek rozpoznał jako przygotowanie do poważnej rozmowy. Jolanta porządkowała fizyczną przestrzeń przed sobą, żeby zrobić miejsce na mentalny chaos, który zaraz nadejdzie.
— Prawa półkula — powiedziała, prostując się na kanapie. — Wiem, że prawa półkula to emocje. Wyobraźnia. Kreatywność. Muzyka. Intuicja. Czytałam o tym w artykule w „Wysokich Obcasach”.
— „Wysokie Obcasy” to nie jest źródło neurologiczne, kochanie.
— „Wysokie Obcasy” są bardziej przystępne niż twoje podręczniki neuroanatomii i docierają do większej liczby ludzi.
— I właśnie dlatego większość ludzi ma błędne pojęcie o tym, jak działa ich mózg. Ten podział na lewą półkulę logiczną i prawą półkulę kreatywną to uproszczenie, Jolu. Piękne, chwytliwe, idealne na okładkę magazynu z testem „Sprawdź, którą półkulą myślisz”, ale fałszywe. Obie półkule uczestniczą w obu rodzajach procesów. Obie przetwarzają emocje. Obie biorą udział w rozumowaniu logicznym. Różnice są subtelniejsze, bardziej skomplikowane i, muszę przyznać, znacznie bardziej przerażające niż to, co napisali w twoich „Obcasach”.
Jolanta skrzyżowała ramiona na piersi. To był jej gest obronny numer dwa, zaraz po wywracaniu oczami. Ramiona skrzyżowane na piersi oznaczały, że buduje mur. Cienki, symboliczny, zbudowany z kości przedramion i z uporu czterdziestotrzyletniej kobiety, ale mur.
— To co robi prawa półkula naprawdę? — zapytała, bo nie potrafiła nie pytać, bo nauczycielka w niej nie pozwalała na luki w wiedzy, nawet jeśli wiedza, która miała je wypełnić, była wiedzą, od której chciała uciec.
Marek wstał z fotela. To było nietypowe, bo Marek zwykle prowadził te rozmowy siedząc, z pozycji króla na tronie, z góry, z bezpiecznej odległości. Ale teraz wstał i zaczął chodzić po salonie, omijając stos wypracowań, omijając lampę nie-Schumanna, omijając stolik z filiżankami po herbacie, i chodził tak, jak chodził zawsze, kiedy temat go pochłaniał, ręce splecione za plecami, głowa pochylona, kroki równe i odmierzone jak takty w preludium.
— Prawa półkula kontroluje lewą stronę ciała — zaczął, i jego głos miał teraz tę barwę wykładową, tę intonację, którą Jolanta znała aż nazbyt dobrze, bo słyszała ją nie tylko w domu, ale także w kościele, kiedy Marek przed mszą tłumaczył ministrantom, dlaczego Bach jest ważniejszy od Beatlesów, i ministranci słuchali z mieszaniną przerażenia i nudy, która jest uniwersalną reakcją nastolatków na wykład dorosłego o czymkolwiek. — Więc pierwszą konsekwencją utraty prawej półkuli byłoby lewostronne porażenie połowicze. Hemiplegia. Lewa ręka, lewa noga, lewa strona twarzy. Martwe. Nie sparaliżowane w sensie, w jakim ludzie rozumieją paraliż, nie takie, że czujesz, ale nie możesz ruszyć. Martwe w sensie takim, że nie istnieją w twojej świadomości. I to jest dopiero początek.
— Początek?
— Początek. Bo hemiplegia to problem fizyczny, a utrata prawej półkuli to problem egzystencjalny. Jest coś, Jolu, co nazywa się hemispatial neglect. Zespół pomijania stronnego. Zapamiętaj tę nazwę, bo to jest jedno z najdziwniejszych zjawisk w całej neurologii i jedno z najbardziej przerażających.
Jolanta zapamiętała. Nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że jej mózg, ten nauczycielski, systematyczny, archiwizujący mózg, zapamiętywał nazwy automatycznie, jak komputer zapisujący pliki na dysku bez pytania użytkownika o zgodę.
— Hemispatial neglect oznacza, że po utracie prawej półkuli przestaniesz zauważać lewą stronę świata. Nie lewą stronę swojego ciała. Lewą stronę wszystkiego. Lewą stronę pokoju, w którym siedzisz. Lewą stronę talerza, z którego jesz. Lewą stronę strony, którą czytasz. Lewą stronę twarzy, na którą patrzysz.
— Ale będę widzieć. Oczy będą działać.
— Oczy będą działać, kochanie. To nie jest problem ze wzrokiem. To jest problem z uwagą. Twoje oczy będą rejestrować lewą stronę świata tak jak zawsze, będą wysyłać sygnały do mózgu, ale twój mózg, pozbawiony prawej półkuli, nie będzie w stanie tych sygnałów przetworzyć. Lewa strona świata dosłownie przestanie dla ciebie istnieć. Nie zniknie. Nie zaczernieje. Nie zamaże się. Po prostu nie będzie cię obchodziła. Nie zwrócisz na nią uwagi, bo nie będziesz miała czym.
Jolanta spojrzała w lewo. Odruchowo, instynktownie, jakby chciała sprawdzić, czy lewa strona salonu jeszcze istnieje. Zobaczyła fotel Marka, pusty, ze skórzanym siedziskiem wgniecionym od lat siedzenia. Zobaczyła regał z książkami, z tym podręcznikiem Duusa, który Marek czytał w zeszłym tygodniu, i z tomem poezji Szymborskiej, którego on nigdy nie otworzył, a który ona czytała wieczorami, kiedy potrzebowała czegoś pięknego po całym dniu pełnym brzydoty. Zobaczyła okno, za którym była ciemność. Lewa strona istniała. Była pełna, konkretna, namacalna. Ale Marek mówił, że mogłaby zniknąć. Nie fizycznie. Gorzej niż fizycznie. Mentalnie.
— Opisz mi to dokładniej — powiedziała, i sama zdziwiła się, że prosi o więcej, bo zwykle po kilku minutach rozmowy z Markiem prosiła o mniej, o ciszę, o spokój, o wieczór bez pytań. Ale tym razem było inaczej. Tym razem temat dotykał czegoś, co było centrum jej zawodowego życia. Mózg. Myślenie. Rozumienie. Uczenie się. To były jej narzędzia pracy, tak jak organy były narzędziami pracy Marka, i perspektywa utraty połowy tych narzędzi była dla niej nie tylko przerażająca, ale także fascynująca w ten mroczny, zakazany sposób, w jaki fascynujące jest patrzenie na wypadek samochodowy.
Marek zatrzymał się przy oknie. Stał tyłem do niej, z rękami wciąż splecionymi za plecami, i patrzył w ciemność za szybą, w której widział tylko swoje odbicie: mężczyzna, czterdzieści pięć lat, średniego wzrostu, z włosami, które zaczynały się przerzedzać na czubku głowy, ale które od boków rosły jeszcze gęsto i buntowniczo, jakby protestując przeciwko łysinie centralnej. Odwrócił się.
— Oliver Sacks — powiedział. — Neurolog. Napisał książkę „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”. Czytałaś?
— Nie.
— Powinna ś przeczytać. Sacks opisuje pacjentkę z zespołem pomijania lewostronnego, która jedząc obiad, zjadała tylko to, co leżało na prawej połowie talerza. Lewa połowa zostawała nienaruszona. Mięso, ziemniaki, surówka, wszystko na lewej stronie talerza było dla niej niewidoczne. Nie dlatego, że nie miała apetytu. Nie dlatego, że nie lubiła surówki. Dlatego, że lewa strona talerza nie istniała w jej świadomości. Kiedy powiedziano jej, że na talerzu zostało jedzenie, była zdumiona. Obracała talerz o sto osiemdziesiąt stopni i wtedy widziała resztę jedzenia, bo teraz było po prawej stronie. Zjadała połowę z tego, co zostało. A druga połowa znowu zostawała po lewej stronie i znowu znikała z jej uwagi.
— To brzmi jak szaleństwo.
— To nie jest szaleństwo, Jolu. To jest neurologia. To jest precyzyjny, powtarzalny, mierzalny deficyt uwagi wynikający z uszkodzenia prawej półkuli. Szaleństwo jest chaotyczne i nieprzewidywalne. Neglect jest uporządkowany i systematyczny. Lewa strona nie istnieje. Zawsze lewa. Nigdy prawa. To jest konsekwencja, nie chaos.
Jolanta wstała z kanapy. Wypracowania zsunęły się ze stosu i trzy z nich spadły na podłogę, wachlarzem, jak karty do gry. Nie podniosła ich. Po raz pierwszy od dwudziestu lat pracy zawodowej nie podniosła wypracowań uczniów z podłogi. To było tak nietypowe, że Marek zauważył to natychmiast i zrozumiał, że jego pytanie trafiło głębiej niż poprzednie. Wzrok, słuch, kończyny, to były organy, narzędzia, peryferia. Mózg to było centrum. To było to, czym Jolanta była, nie to, co Jolanta miała.
— Mówisz, że nie zauważałabym lewej strony — powiedziała, stając na środku salonu. — To znaczy, że gdybym malowała twarz, pomalowałabym tylko prawą połowę?
— Dokładnie tak. Makijaż na prawym oku, róż na prawym policzku, szminka na prawej połowie ust. Lewa strona twarzy pozostałaby nietknięta. I nie dlatego, że zapomniałaś. Nie dlatego, że jesteś niezdarna. Dlatego, że lewa strona twojej twarzy nie istnieje w twojej percepcji. Nie widzisz jej w lustrze. Nie czujesz jej. Nie wiesz, że jest.
— Ale wiem, że mam dwie połowy twarzy. Intelektualnie wiem.
— I to jest najstraszniejsze, moja droga. Bo intelektualnie wiesz. Możesz powiedzieć zdanie: „Mam dwie strony twarzy”. Możesz je napisać. Możesz je zrozumieć abstrakcyjnie. Ale kiedy patrzysz w lustro, widzisz tylko prawą stronę. I twój mózg nie sygnalizuje ci, że czegoś brakuje. Nie ma alarmu. Nie ma migającej czerwonej lampki z napisem „Uwaga, pomijasz pięćdziesiąt procent rzeczywistości”. Nic. Twój świat jest kompletny. Jest po prostu o połowę mniejszy, a ty nie masz o tym pojęcia.
Jolanta poczuła zawrót głowy. Nie fizyczny, nie taki od spadku ciśnienia czy od nagłego wstania, ale mentalny, jakby podłoga pod jej stopami nagle zmieniła kąt nachylenia o pięć stopni i wszystko, co stało prosto, zaczęło się przechylać. Usiadła z powrotem na kanapie, na wypracowaniach, bo nie patrzyła, gdzie siada, i poczuła pod sobą szelest papieru i twardą krawędź długopisu, który wbił jej się w udo.
— Ale to nie jest wszystko — powiedział Marek, i Jolanta wiedziała, że nie jest, bo z Markiem nigdy nie było wszystko, zawsze było jeszcze coś, jeszcze jedna warstwa, jeszcze jedno dno pod dnem, jak w tych rosyjskich lalkach, które teściowa trzymała na komodzie w sypialni i które Jolanta jako młoda żona otwierała jedną po drugiej, mniejszą z większej, z nadzieją, że dotrze do ostatniej, najmniejszej, i że ta ostatnia będzie pusta, ale ostatnia nigdy nie była pusta, zawsze był w niej jeszcze mniejszy kawałek drewna, który nie chciał się otworzyć.
— Prozopagnozja — powiedział Marek, i to słowo, ciężkie, wielosylabowe, greckie w swoim rodowodzie, spadło na salon jak kamień wrzucony do studni.
— Prozo… co?
— Prozopagnozja. Od greckiego prosopon, twarz, i agnosis, nierozpoznawanie. Utrata zdolności rozpoznawania twarzy.
Jolanta zamrugała.
— Jakich twarzy?
— Wszystkich twarzy, Jolu. Moich. Twoich. Kasi. Tomka. Sąsiada Krawczyka. Proboszcza Walczaka. Natalii Kowalczyk, która rysuje kółeczka nad literą i. Wszystkich.
— Ale ja widzę. Mówiłeś, że oczy działają.
— Oczy działają. Kora wzrokowa w płacie potylicznym działa. Widzisz twarz. Widzisz oczy, nos, usta, brwi, uszy. Widzisz wszystkie elementy. Ale nie potrafisz ich złożyć w całość, która mówi ci, kto to jest. Patrzysz na mnie i widzisz mężczyznę. Widzisz, że ma oczy, nos i usta. Ale nie wiesz, że to ja. Nie wiesz, że to twój mąż. Nie wiesz, że żyjesz z nim od dwudziestu lat. Twój mózg przetwarza elementy twarzy, ale nie potrafi ich zintegrować w tożsamość. To jakbyś patrzyła na literki rozsypane na stole i widziała każdą z osobna, ale nie potrafiła złożyć ich w słowo.
Jolanta poczuła, jak coś w jej klatce piersiowej wykonuje ruch, który nie był oddechem i nie był biciem serca, ale czymś pomiędzy, jakby któryś z wewnętrznych organów próbował zmienić pozycję, jakby żołądek albo wątroba albo coś, czego nie potrafiła nazwać, próbowało wspiąć się wyżej, bliżej gardła, bliżej wyjścia.
— Wczoraj wieczorem — powiedziała, i jej głos był teraz cichy, taki, jakiego używała w klasie, kiedy chciała, żeby uczniowie naprawdę słuchali, bo krzyk sprawia, że ludzie zatykają uszy, a szept sprawia, że je otwierają — wczoraj wieczorem chciałam spisać swoje najpiękniejsze wspomnienia. Na wypadek, gdybyś znowu zapytał. Przygotowywałam się, Marku. Tak jak przygotowuję się do lekcji. Usiadłam z zeszytem i zaczęłam spisywać. Dzień, w którym urodziła się Kasia. Dzień, w którym Tomek pierwszy raz powiedział mama. Nasz ślub. Ten zachód słońca nad Brdą, kiedy oświadczałeś mi się i upuściłeś pierścionek do wody, i musiałeś nurkować po niego, a ja stałam na brzegu i śmiałam się tak, że bolał mnie brzuch. Spisałam to wszystko. Pięć stron. Myślałam, że jeśli stracę prawą półkulę, to przynajmniej będę miała te wspomnienia na papierze.
— I?
— I teraz mi mówisz, że nie będę umiała rozpoznać twarzy ludzi, o których pisałam. Że mogę przeczytać ten zeszyt i wiedzieć intelektualnie, że piszę o mężu, który upuścił pierścionek, ale kiedy ten mąż stanie przede mną, nie będę wiedziała, że to on.
— Nie do końca, Jolu. Rozpoznasz mnie po głosie. Po sposobie chodzenia. Po zapachu. Po tym, jak skrzypi mój fotel. Prozopagnozja dotyczy tylko rozpoznawania twarzy. Tożsamość można odtworzyć na podstawie innych wskazówek. Ale pierwszy moment, ten moment, kiedy wchodzisz do pokoju i patrzysz na kogoś, i w ułamku sekundy, zanim zdążysz pomyśleć, wiesz, że to jest twój mąż, że to jest twoja córka, że to jest twój syn, ten moment zniknie. Zastąpi go pustka. Obca twarz, która może być kimkolwiek.
Marek podszedł do regału i wyjął z niego książkę. Nie podręcznik Duusa, nie atlas anatomiczny, ale cienki, pożółkły tom z miękką okładką, na której widniał rysunek twarzy, jednocześnie ludzkiej i nie-ludzkiej, jak z sennego koszmaru, w którym ktoś bliski wygląda znajomo, ale jest obcy.
— Sacks opisuje mężczyznę — powiedział, otwierając książkę na stronie, którą miał zaznaczoną zakładką, i Jolanta zauważyła, że zakładka jest nowa, świeża, wycięta z kartonu, co znaczy, że Marek przygotowywał się do tej rozmowy, tak jak ona przygotowywała się do lekcji, i ta myśl była jednocześnie niepokojąca i w dziwny sposób wzruszająca — mężczyznę, który po uszkodzeniu prawego płata skroniowego nie rozpoznawał twarzy żony. Patrzył na nią i widział kobietę. Wiedział, że to kobieta. Mógł opisać jej rysy: nos, oczy, usta. Ale nie mógł powiedzieć, kto to jest. Dopóki się nie odezwała. Wtedy po głosie rozpoznawał, że to jego żona.
— A gdyby nie mówiła?
— Gdyby nie mówiła, byłaby dla niego obcą osobą siedzącą w jego salonie.
Jolanta zaśmiała się. Krótko, nerwowo, jak ktoś, kto słyszy dowcip na pogrzebie i wie, że nie powinien się śmiać, ale nie może się powstrzymać, bo śmiech jest reakcją ciała na sytuację, której umysł nie potrafi przetworzyć w żaden inny sposób.
— Więc mogłabym siedzieć obok ciebie i nie wiedzieć, że to ty.
— Tak.
— Mogłabym patrzeć na zdjęcie Kasi i nie wiedzieć, że to moja córka.
— Tak.
— Mogłabym stać przed lustrem i nie rozpoznać własnej twarzy?
Marek zamknął książkę. Powoli, cicho, z szacunkiem, jakby zamykał trumnę.
— Tak, Jolu. Prozopagnozja obejmuje również rozpoznawanie własnej twarzy. Stałabyś przed lustrem i widziałabyś kobietę. Czterdzieści trzy lata, ciemnobrązowe włosy z siwizną, brązowe oczy, zmarszczki wokół oczu. Widziałabyś każdy szczegół. Ale nie wiedziałabyś, że to ty.
Cisza, która nastąpiła, była gęsta jak mgła za oknem. Piec kaflowy trzaskał, bo jedno z polan Marka pękło na pół w ogniu, a iskry stuknęły o szybkę drzwiczek z dźwiękiem, który przypominał drobne oklaski. Zegar z martwą kukułką tykał. Na podłodze leżały trzy wypracowania, w tym praca Natalii Kowalczyk o Ani Shirley, która miała bujną wyobraźnię i kochała ludzi bardziej, niż na to zasługiwali.
— Spisałam wspomnienia, Marku — powiedziała Jolanta, i w jej głosie nie było już ironii, nie było obrony, nie było pedagogicznego zdystansowania. Był w nim tylko głos kobiety, która zaczyna rozumieć coś, czego wolałaby nie rozumieć. — Pięć stron wspomnień. Chciałam wyznać miłość rodzinie. Chciałam zorganizować wieczór pełen wzruszeń. Zaprosić Kasię i Tomka, usiąść razem, opowiadać stare historie, płakać i śmiać się. Tak sobie to wyobrażałam. Taki piękny, ostatni wieczór, pełen emocji.
— I?
— I teraz mi mówisz, że nie będę czuła tych emocji. Że prawa półkula to emocje. Że bez niej…
— Nie, Jolanto. Tego nie mówię. To jest właśnie to uproszczenie z „Wysokich Obcasów”, o którym wspomniałem. Prawa półkula nie jest siedzibą emocji. Obie półkule przetwarzają emocje. Ale prawa półkula robi coś innego, coś subtelniejszego. Ona przetwarza prozodię emocjonalną. Ton głosu. Intonację. Te wszystkie niuanse, dzięki którym rozumiesz, że kiedy mówię „piękne”, mam na myśli „bezużyteczne”. Te wszystkie sygnały, dzięki którym wiesz, że ktoś jest smutny, chociaż mówi, że jest szczęśliwy. Że ktoś kłamie, chociaż mówi prawdę. Że ktoś cię kocha, chociaż nigdy tego nie powiedział.
Jolanta podniosła głowę i spojrzała na Marka. Stał przy regale, z książką Sacksa w ręce, w kręgu światła od lampy, i na jego twarzy, na tej twarzy, którą znała od dwudziestu lat, którą widziała rano przy goleniu, w południe przy obiedzie, wieczorem przy herbacie, w nocy na poduszce, na tej twarzy zobaczyła coś, czego nie powiedział. Coś, co było w kącie ust, w lekkim napięciu mięśnia okrężnego oka, w tym niemal niedostrzegalnym drżeniu brwi, które u kogoś innego byłoby niewidoczne, ale które ona widziała, bo jej prawa półkula, ta cudowna, nieoceniona prawa półkula, którą Marek właśnie skazywał na zagładę w swoim eksperymencie myślowym, ta półkula przetwarzała mikroekspresje twarzy męża z prędkością i precyzją superkomputera i mówiła jej: on nie mówi o tobie, Jolanto. On mówi o sobie.
— Marku — powiedziała, i to było pierwsze użycie wołacza od jego imienia w tej rozmowie, i Marek usłyszał to natychmiast, bo wołacz był w ich małżeństwie jak sygnał alarmowy, jak czerwony guzik, który Jolanta wciskała tylko w sytuacjach ekstremalnych. — Marku, dlaczego właśnie to pytanie?
— Bo to jest następne pytanie w serii.
— Nie. Dlaczego prawa półkula? Mogłeś zapytać o wątrobę. O nerki. O cokolwiek. Ale wybrałeś mózg. I nie lewy mózg. Prawy.
Marek odstawił książkę na regał. Odwrócił się do niej plecami i przez chwilę stał tak, patrząc na grzbiety książek, jakby szukał w nich odpowiedzi, której nie potrafił sformułować sam.
— Bo lewa półkula to logika, Jolu. Lewa półkula to moja działka. Słowa, liczby, sekwencje, analiza. Gdybyś straciła lewą półkulę, nie mogłabyś mówić, nie mogłabyś czytać, nie mogłabyś uczyć. Ale nadal byś mnie rozpoznawała. Nadal byś czuła. Nadal byłabyś Jolantą. A gdybyś straciła prawą, mogłabyś mówić, czytać, liczyć, analizować. Ale patrzyłabyś na mnie i widziała obcego mężczyznę. Słyszałabyś moje słowa, ale nie słyszałabyś, co za nimi stoi. Byłabyś inteligentna. Sprawna. Funkcjonalna. I absolutnie, nieodwracalnie samotna w pokoju pełnym ludzi, których nie rozpoznajesz.
Odwrócił się. Jolanta zobaczyła, że jego oczy, te szare, zimne oczy, o których myślała, że są jak woda Brdy w listopadzie, te oczy teraz lśniły w świetle lampy nie-Schumanna, i ten blask nie był intelektualnym podnieceniem, nie był ekscytacją wykładowcy, nie był sadystyczną przyjemnością z rozkładania na czynniki pierwsze jej spokoju. Ten blask był mokry.
Marek płakał.
Nie łzami, nie dramatycznie, nie z szlochem. Oczy mu się szkliły, delikatnie, ledwie, jakby jakaś wewnętrzna tama pękła na milimetr i przez tę szczelinę przesączyła się kropla czegoś, co Marek zwykle trzymał za grubą warstwą wiedzy, sarkazmu i intelektualnej wyższości.
— Marek — powiedziała Jolanta i wstała z kanapy.
— Nie, kochanie. Siadaj. Dokończmy.
— Nie musimy kończyć.
— Musimy. Bo jest jeszcze jedna rzecz, którą powinnaś wiedzieć.
Jolanta nie usiadła. Stała na środku salonu, między kanapą z wypracowaniami a fotelem z wgniecioną skórą, w punkcie równowagi między swoim światem a jego światem, i czuła, że ten wieczór jest inny niż poprzednie, że coś się zmieniło, że pytanie, które Marek zadał, odbiło się od niej i wróciło do niego jak echo w pustym kościele.
— Anosognozja — powiedział Marek, i jego głos był teraz szorstki, jakby słowo musiało przejść przez gardło pokryte papierem ściernym. — Nieświadomość własnego deficytu. Po uszkodzeniu prawej półkuli pacjenci często nie wiedzą, że cokolwiek jest z nimi nie tak. Nie wiedzą, że nie widzą lewej strony. Nie wiedzą, że nie rozpoznają twarzy. Nie wiedzą, że ich lewa ręka jest sparaliżowana. A kiedy im się to mówi, nie wierzą. Albo natychmiast zapominają. To nie jest zaprzeczenie w sensie psychologicznym, Jolu. To nie jest mechanizm obronny. To jest organiczna niezdolność mózgu do monitorowania własnych uszkodzeń. Mózg nie wie, że jest uszkodzony, bo część, która powinna to wiedzieć, jest tą częścią, która została uszkodzona.
— Więc nawet nie wiedziałabym, że coś straciłam.
— Nie wiedziałabyś. Patrzyłabyś na świat, który jest o połowę mniejszy, i myślała, że jest cały. Jadłabyś pół talerza i czuła się syta. Malowałabyś pół twarzy i uważała, że wygląda dobrze. I gdybym ci powiedział, że czegoś ci brakuje, nie uwierzyłabyś mi. Uznałabyś, że żartuję. Albo że jestem szalony. Albo że próbuję cię zdenerwować, tak jak próbuję cię zdenerwować teraz, tymi pytaniami, każdego wieczoru, w tym salonie, w tym domu.
Jolanta podeszła do niego. Stanęła blisko, tak blisko, że czuła zapach jego wody kolońskiej, tej taniej, z Rossmanna, którą kupował od lat, bo kiedyś powiedziała mu, że ładnie pachnie, i on zapamiętał to na zawsze, chociaż nie pamiętał, kiedy trzeba zapłacić rachunek za prąd ani kiedy Kasia ma urodziny.
Wyciągnęła rękę i dotknęła jego twarzy. Lewego policzka. Tego po lewej stronie, tego, którego by nie widziała, gdyby straciła prawą półkulę.
— Czuję cię — powiedziała.
— Czujesz.