E-book
31.5
drukowana A5
76.16
A co byś zrobiła…

Bezpłatny fragment - A co byś zrobiła…

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
323 str.
ISBN:
978-83-8455-447-0
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 76.16

Przedmowa

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem rękopis „A co byś zrobiła…”, odłożyłem go po kilkunastu stronach i długo siedziałem w milczeniu. Nie dlatego, że książka była zła – przeciwnie, była niepokojąco dobra. I nie dlatego, że mnie znudziła – wciągnęła mnie bez reszty. Usiadłem w ciszy, ponieważ ta książka zadała mi pytanie, na które nie umiałem odpowiedzieć. A to, w moim zawodzie – pisarza powieści psychologicznych, który codziennie tropi ludzkie motywacje – zdarza się niezwykle rzadko.


Bo o czym właściwie jest ta książka? Na pierwszy rzut oka o grze. O małżeństwie, które wieczorami, przy lampce wina, prowadzi intelektualne pojedynki. Ona – inteligentna, twórcza, pełna życia. On – analityczny, precyzyjny, nieprzekupny w swojej logice. On zadaje pytania: „A co byś zrobiła, gdyby…”. Ona szuka odpowiedzi. I przegrywa. Za każdym razem. Ale czy na pewno?


Jako autor powieści psychologicznych od lat badam to, co w człowieku niewidoczne na pierwszy rzut oka – lęki, pragnienia, mechanizmy obronne, pozornie irracjonalne wybory. I muszę przyznać, że rzadko spotykałem się z tak przenikliwym portretem duszy jak ten, który autorka – przepraszam, autor – tej książki namalował. Nie jest to bowiem opowieść o tym, jak wygrać. Jest to opowieść o tym, jak przegrać z godnością. Jak przyjąć porażkę nie jako klęskę, ale jako wyzwolenie. Jak przestać szarpać się z rzeczywistością i wreszcie odetchnąć.


To przesłanie, choć może wydawać się przewrotne, jest głęboko terapeutyczne. Żyjemy w kulturze, która każe nam walczyć. Walczyć o pracę, o miłość, o zdrowie, o każdy kolejny dzień. Jesteśmy szkoleni, by nigdy się nie poddawać, by zawsze szukać wyjścia, by wierzyć, że nie ma sytuacji bez wyjścia. A ta książka mówi: są. Są sytuacje, w których żadne wyjście nie istnieje. I wtedy jedynym, co nam pozostaje, jest zaakceptować swój los. Nie z rezygnacją, nie ze spuszczoną głową – ale z godnością kogoś, kto wie, że nie wszystko zależy od niego.


Bohaterka tej opowieści, Beata, każdego wieczoru zmaga się z nowym, wymyślonym przez męża Marka scenariuszem. Studnia, z której nie można się wydostać. Awionetka spadająca ku ziemi. Choroby toczące ciało od środka. Lina nad przepaścią. Trumna. Tygrysy. Kontenerowiec. Komin. Amputacja. Kwas. Mrówki. Wieloryb. Gąsienica na haczyku. Parówka. Beton. Trak. Szubienica. Kocioł. Koncert. Parowóz. Psy. Borsuk. Druty. Walec. Elektrowstrząsy. Tunel. Każdy z tych scenariuszy jest inny, każdy bardziej przerażający od poprzedniego. A jednak każdy kończy się tak samo: Beata poddaje się. Nie dlatego, że jest słaba. Przeciwnie – dlatego, że jest na tyle silna, by przyznać, że nie da rady.


I tu dotykamy sedna psychologicznego geniuszu tej książki. Autor nie buduje swoich postaci na łatwych opozycjach – silny mężczyzna, słaba kobieta; racjonalny analityk, emocjonalna artystka. Wręcz przeciwnie. To Marek, zadając pytania, zdaje się być tym chłodnym, nieustępliwym, zwycięskim. To Beata, poddając się, zdaje się być tą przegraną. A jednak po każdym rozdziale czujemy, że to właśnie ona – ta, która złożyła broń – wychodzi z tej walki bogatsza. Ona zyskuje spokój. On zyskuje tylko satysfakcję z kolejnej wygranej. Kto więc jest prawdziwym zwycięzcą? Kto ma większą władzę – ten, kto zadaje pytania, czy ten, kto przestaje na nie odpowiadać?


Jako pisarz powieści psychologicznych często zastanawiam się nad naturą relacji. Co sprawia, że dwoje ludzi trwa przy sobie przez lata? Wspólne cele? Namiętność? Przyzwyczajenie? Ta książka podsuwa inną odpowiedź: wspólne pytania. Marek i Beata nie rozmawiają o rachunkach, o praniu, o tym, kto dziś odbierze dzieci ze szkoły. Oni rozmawiają o śmierci. O strachu. O granicach ludzkiej wytrzymałości. O tym, jak by się zachowali, gdyby świat w jednej chwili stanął na głowie. I w tych rozmowach – tak pozornie abstrakcyjnych, tak dalekich od codzienności – budują coś znacznie trwalszego niż wspólne konto bankowe. Budują zaufanie. Budują wiedzę o tym, kim jest ten drugi w sytuacji ostatecznej.


Bo czy jest coś bardziej intymnego niż przyznanie się przed ukochaną osobą: „Nie wiem. Nie mam pomysłu. Poddaję się”? W świecie, w którym wszyscy udajemy, że mamy wszystko pod kontrolą, takie wyznanie jest aktem najwyższej odwagi i najgłębszej bliskości. I autor tej książki wie o tym doskonale. Dlatego nie moralizuje. Nie poucza. Po prostu pokazuje – scenariusz za scenariuszem, kapitulacja za kapitulacją – że czasem największą siłą jest przyznać się do słabości.


Książka „A co byś zrobiła…” nie jest łatwa. Nie dlatego, że jest źle napisana – przeciwnie, styl jest przejrzysty, dialogi ostre jak brzytwa, a tempo narracji trzyma w napięciu do ostatniej strony. Jest trudna, ponieważ zmusza czytelnika do konfrontacji z własnymi lękami. Każde pytanie Marka to lustro, w którym musimy się przejrzeć. Co byśmy zrobili na miejscu Beaty? Czy też próbowalibyśmy się wspinać, krzyczeć, targować, uciekać? A może – jak ona – w końcu opuścilibyśmy ręce i pozwolili, żeby los się dopełnił?


Nie znam odpowiedzi. I chyba o to chodzi. Ta książka nie daje gotowych rozwiązań. Nie mówi: „poddaj się, a będzie dobrze”. Mówi coś bardziej skomplikowanego: „poddaj się, bo nie ma innego wyjścia. I w tym poddaniu się nie ma nic złego”. To orędzie, w dzisiejszych czasach tak bardzo niepopularne, jest jednocześnie najbardziej wyzwalające. Bo jeśli wolno nam się poddać, to znaczy, że nie musimy być superbohaterami. Możemy być zwyczajni. I to wystarczy.


Polecam tę książkę każdemu, kto czuje się zmęczony ciągłą walką. Każdemu, kto ma wrażenie, że życie wymaga od niego zbyt wiele. Każdemu, kto boi się, że nie sprosta. I każdemu, kto kocha — nie tylko partnera, ale też samego siebie — na tyle, by pozwolić sobie na chwilę słabości. Bo ta książka uczy, że słabość nie jest przeciwieństwem siły. Czasem jest jej najgłębszym źródłem.


A co ja bym zrobił, gdyby to mnie zadano te pytania? Szczerze? Nie wiem. I właśnie dlatego ta książka zostanie ze mną na długo.

Kraków, 2025

Rozdział I: Studnia

Deszcz bębnił o szyby werandy, kiedy Marek nalał sobie kolejny kieliszek czerwonego wina. Było już po dziesiątej wieczorem, a oni, jak co piątek, siedzieli naprzeciwko siebie przy niewielkim stoliku, który Beata przykryła lnianym obrusem w kolorze ecru. To był ich rytuał — piątkowe wieczory tylko we dwoje, bez telewizora, bez telefonów, tylko oni i rozmowa. Czasem poważna, czasem błaha, ale zawsze szczera. Przynajmniej tak Beata sądziła przez ostatnie dwanaście lat małżeństwa.

Marek pokręcił winem w kieliszku, obserwując, jak czerwony płyn tworzy małe wiry przy ściankach szkła. Miał tę swoją charakterystyczną minę, którą Beata znała aż za dobrze — lekko zmrużone oczy, delikatny uśmiech w kąciku ust, głowa lekko przechylona. To oznaczało, że zaraz zacznie jedną ze swoich gier słownych, jedno z tych pytań, które uwielbiał zadawać.

— A co byś zrobiła, gdyby… — zaczął powoli, rozkoszując się każdym słowem — gdybyś nagle, z niewiadomych przyczyn, znalazła się na dnie bardzo głębokiej studni?

Beata westchnęła i odstawiła swój kieliszek. Znała te pytania. Marek mógł godzinami bawić się w takie scenariusze, budując coraz bardziej skomplikowane sytuacje, z których ona musiała się wyplątać. Zazwyczaj traktowała to jako niewinną rozrywkę, sposób na sprawdzenie jej logicznego myślenia. Czasem nawet lubiła te intelektualne pojedynki.

— Jak głębokiej studni? — zapytała, sięgając po kawałek sera z deski, którą wcześniej przygotowała.

— Bardzo głębokiej — odpowiedział Marek, popijając wino. — Powiedzmy… dwadzieścia metrów. Może trochę więcej. Tyle, że nie możesz dosięgnąć do góry, nawet gdybyś skakała. A ściany są śliskie, porośnięte mchem i glonami. Kamienne, wilgotne, zimne.

Beata zamknęła oczy, wyobrażając sobie sytuację. Czuła już ten charakterystyczny dreszcz, który zawsze towarzyszył takim rozmowom z Markiem — mieszankę ekscytacji i lekkiego niepokoju.

— Na dnie jest woda? — zapytała.

— Tak, trochę. Po kostki. Lodowata. Temperatura może pięć stopni.

— I jak tam się znalazłam?

Marek wzruszył ramionami.

— To nieistotne. Ważne jest, że tam jesteś. Całkowicie sama. Nikt nie wie, gdzie jesteś. — Nachylił się lekko do przodu. — No więc? Co byś zrobiła?

Beata przez chwilę milczała, układając w głowie plan działania. Zawsze podchodziła do tych gier systematycznie, analitycznie. To było jedną z rzeczy, które Marek w niej cenił — jej logiczny umysł.

— Najpierw sprawdziłabym, czy mam przy sobie telefon — powiedziała w końcu. — Gdybym miała, zadzwoniłabym po pomoc.

Marek pokręcił głową, uśmiechając się szerzej.

— Nie masz telefonu. Wypadł ci przy upadku do studni i rozbił się na kawałki. Całkowicie bezużyteczny.

— Dobrze — kontynuowała Beata, nie dając się zbić z tropu. — W takim razie krzyczałabym. Wzywała pomocy tak głośno, jak tylko potrafię.

— Studnia jest bardzo głęboka — przypomniał Marek spokojnie. — I znajduje się gdzieś z dala od uczęszczanych miejsc. Powiedzmy, w lesie, kilkaset metrów od najbliższej drogi. Możesz krzyczeć, ale nikt cię nie usłyszy. Poza tym — dodał po chwili — twoje krzyki odbijają się echem od kamiennych ścian i wracają do ciebie. Po pewnym czasie głos ci siada.

Beata poczuła, jak napięcie w jej ciele rośnie. To była tylko gra, przypomniała sobie. Tylko piątkowa zabawa. Ale coś w tonie głosu Marka sprawiło, że poczuła prawdziwy chłód.

— Spróbowałabym się wspiąć — powiedziała zdecydowanie. — Szukałabym punktów zaczepienia w ścianie. Szczelin między kamieniami, nierówności, czegokolwiek, czego mogłabym się złapać.

Marek pokiwał głową, jakby się tego spodziewał.

— Kamienie są bardzo gładkie — wyjaśnił cierpliwie. — Woda, która przez dziesięciolecia spływała po ścianach, wypolerował je niemal jak szkło. A tam, gdzie są jakieś szczeliny, pokrywa je śliski mech. Za każdym razem, gdy próbujesz się podciągnąć, twoje dłonie się ślizgają i spadasz z powrotem na dno. Do tej lodowatej wody. — Napił się wina. — Próbowałabyś dalej?

— Tak — odpowiedziała Beata, choć jej głos brzmiał już mniej pewnie. — Próbowałabym różnych miejsc. Może gdzieś w ścianie jest jakaś luka, jakieś wgłębienie, gdzie kamienie nie są tak śliskie.

— Obchodzisz całą studnię wokół — powiedział Marek, zamykając oczy, jakby wizualizował scenę. — Jest okrągła, średnica może trzy metry. Obmacujesz każdy fragment ściany, szukasz czegoś, czego można się złapać. Ale wszędzie to samo — gładkie, zimne, mokre kamienie. Twoje palce już marzną od ciągłego dotykania mokrych ścian. Zaczynasz tracić czucie w dłoniach.

Beata przełknęła ślinę. Mogła niemal poczuć tę wilgoć, ten chłód.

— Szukałabym wtedy czegoś, co mogłoby mi pomóc — powiedziała. — Może na dnie jest jakiś przedmiot? Jakiś kawałek drewna, kamień, cokolwiek, co mogłabym wykorzystać?

— Na dnie jest tylko woda i błoto — odpowiedział Marek. — I może kilka starych, zgniłych liści, które wpadły tam lata temu. Nic więcej. Nic, co mogłoby ci pomóc.

Beata poczuła, jak frustracja zaczyna ją ogarniać. To przecież tylko gra, przypomniała sobie po raz kolejny. Ale Marek miał tę niesamowitą zdolność sprawiania, że jego hipotetyczne scenariusze stawały się niemal realne.

— W porządku — powiedziała, prostując się na krześle. — W takim razie skupiłabym się na przetrwaniu. Szukałabym sposobu, żeby wydostać się z wody. Może jest jakiś występ w ścianie? Jakieś miejsce, gdzie mogłabym usiąść, żeby nie stać w lodowatej wodzie?

Marek zastanowił się przez moment.

— Jest jeden niewielki występ — zgodził się. — Może dwadzieścia centymetrów nad poziomem wody. Ledwo mieszczą się na nim twoje stopy, ale tak, możesz się tam podciągnąć. Oczywiście, nie możesz tam siedzieć wiecznie. Twoje nogi szybko zaczynają się trząść z wysiłku. Po piętnastu minutach mięśnie zaczynają płonąć. Po pół godzinie nie możesz już wytrzymać i spadasz z powrotem do wody.

— Odpoczęłabym wtedy — powiedziała Beata — a potem próbowała znowu. Budowałabym wytrzymałość. Za każdym razem wytrzymywałabym trochę dłużej.

— Może — przyznał Marek. — Ale każda taka próba wyczerpuje cię coraz bardziej. A jesteś już tam kilka godzin. Jest późny wieczór, robi się zimno. Temperatura spada. Twoje ubranie jest mokre, zaczynasz drżeć z zimna. Zęby ci szczękają.

Beata sięgnęła po swój kieliszek i wypiła łyk wina. Potrzebowała czegoś, co przywróci jej poczucie rzeczywistości. Za oknem deszcz przybierał na sile.

— Zdejmowałabym mokre ubrania — powiedziała w końcu. — Lepiej być w samej bieliźnie niż w mokrych ciuchach, które wysysają ciepło z ciała.

Marek pokiwał głową z uznaniem.

— Mądra decyzja — przyznał. — Ale powietrze w studni jest bardzo wilgotne. Nawet w samej bieliźnie nie możesz się rozgrzać. I co teraz?

— Ruszałabym się — odpowiedziała szybko Beata. — Biegałabym w kółko, robiła przysiady, pajace, cokolwiek, żeby utrzymać temperaturę ciała.

— Dobrze — zgodził się Marek. — To może działać przez jakiś czas. Ale jesteś już wyczerpana. Nie jadłaś od wielu godzin. A ta lodowata woda, w której musisz stać… — zawiesił głos. — Po jakimś czasie twoje stopy tracą czucie. Przestajesz je w ogóle czuć. Nogi są jak dwa kawałki drewna. Martwiejesz z zimna.

Beata poczuła, jak wzrasta w niej desperacja. A to była tylko gra. Tylko piątkowa gra z Markiem.

— Krzyczałabym znowu — powiedziała. — Może ktoś jednak przechodzi w pobliżu. Może ktoś mnie usłyszy.

— Krzyczysz — powiedział Marek spokojnie. — Krzyczysz tak głośno, jak tylko możesz. Twój głos odbija się od ścian studni, wraca do ciebie tysięcznymi echami. Ale nikt nie odpowiada. Jesteś całkowicie sama.

— To byłoby słychać — nalegała Beata. — Ktoś musiałby usłyszeć.

— Jest środek nocy — wyjaśnił Marek. — W lesie nie ma nikogo. Najbliższe domy są kilka kilometrów stąd. A nawet jeśli ktoś by usłyszał… — wzruszył ramionami — głos dochodzący z lasu w środku nocy? Większość ludzi pomyślałaby, że to wiatr albo zwierzę.

Beata milczała przez dłuższą chwilę. Czuła, jak z każdą minutą zapala się coraz bardziej w tej grze, ale jednocześnie czuła rosnącą frustrację.

— Próbowałabym zbudować coś — powiedziała w końcu. — Jakąś wieżę, stos… Gdybym miała jakieś kamienie na dnie, mogłabym je układać jeden na drugim, tworzyć platformę, która pozwoliłaby mi dosięgnąć wyżej.

Marek pokręcił głową.

— Na dnie nie ma kamieni — przypomniał. — Tylko woda i błoto. A nawet gdyby były… dwadzieścia metrów? Ile kamieni by ci było trzeba? I jak mocno musiałabyś je układać, żeby konstrukcja się nie zawaliła?

— Mogłabym… — zaczęła Beata, ale urwała. Bo co właściwie mogłaby? Marek miał rację. To byłoby niemożliwe.

— Mogłabyś próbować — dokończył za nią Marek łagodnie. — Ale czy to by miało sens?

Beata poczuła dziwne ukłucie w piersi. Była to tylko hipotetyczna sytuacja, ale Marek miał tę umiejętność sprawienia, że czuła się naprawdę uwięziona, naprawdę bezradna.

— Czekałabym do świtu — powiedziała w końcu. — Może w dzień komuś łatwiej byłoby mnie usłyszeć. Może ktoś przechodzi tamtędy rano.

— To opuszczony las — wyjaśnił Marek. — Nikt tam nie chodzi. Studnia jest zapomniana, nikt o niej nie pamięta. Została zbudowana dawno temu, może sto lat wcześniej, a potem porzucona. Zarośnięta krzakami, prawie niewidoczna z powierzchni.

— Ale ja w jakiś sposób tam wpadłam — zauważyła Beata. — Więc jeśli ja mogłam się tam dostać, inni też mogą.

— To prawda — przyznał Marek. — Ale ty wpadłaś tam przypadkiem. Przedzierałaś się przez las i nagle grunt ustąpił pod twoimi stopami. Deska, która zakrywała studnię, zmurszała i nie wytrzymała twojego ciężaru. Ale szanse, że ktoś inny pójdzie dokładnie tą samą ścieżką… — urwał znacząco. — Mikroskopijne.

Beata nalała sobie więcej wina. Potrzebowała go. Czuła, jak całe jej ciało jest napięte.

— Jest jeszcze dzień — powiedziała. — Mam jeszcze energię. Mogę próbować różnych rzeczy. Może gdybym zrobiła hak z mojego paska? Mogłabym go rzucać w górę, próbować zahaczyć o coś.

— O co? — zapytał Marek spokojnie. — Studnia jest otwarta na górze, ale nad nią nie ma żadnej konstrukcji. Żadnej krawędzi, za którą mógłbyś się zahaczać. Tylko okrągły otwór w ziemi. A twój pasek… nawet jeśli miałabyś go przy sobie, co nie jest pewne… jest zbyt krótki i zbyt elastyczny, żeby można było go wykorzystać jako narzędzie wspinaczkowe.

— Moje sznurowadła — próbowała dalej Beata. — Mogłabym je związać razem, zrobić linę…

— Dwa sznurowadła od butów — przerwał jej Marek. — Nawet związane razem dałyby ci może metr długości. A potrzebujesz dwudziestu metrów. I nawet jeśli w jakiś cudowny sposób miałabyś tyle sznura… — spojrzał na nią znacząco — co jest na górze studni? Nic. Nic, do czego mogłabyś przywiązać linę, nic, o co mogłabyś się zahaczać.

Beata milczała. Czuła, jak jej twórcze rozwiązania jeden po drugim są metodycznie obalane przez męża.

— Widzisz — powiedział Marek miękko — to jest właśnie interesujące w tej sytuacji. Bo ona wydaje się mieć rozwiązanie. Powinna mieć rozwiązanie. W filmach zawsze jest jakieś rozwiązanie. Ale w rzeczywistości… czasami po prostu nie ma wyjścia.

— Zawsze jest jakieś wyjście — upierała się Beata, choć jej głos zabrzmiał mniej przekonująco, niż chciała.

— Zawsze? — Marek uniósł brew. — Jesteś tego pewna?

Beata zastanowiła się głęboko. Musiało być coś, o czym nie pomyślała. Jakaś metoda, jakiś sposób.

— Mogłabym próbować wykopać stopnie w ścianie — powiedziała. — Moimi rękami, paznokciami, czymkolwiek. Nawet jeśli kamienie są twarde, może między nimi jest zaprawa, którą mogłabym wydłubać.

Marek zastanowił się przez moment, jakby poważnie rozważał tę propozycję.

— Kamienie są staroświeckie — powiedział w końcu. — Ułożone tak, jak robiono to sto lat temu. Są między nimi szczeliny, to prawda. Ale są wypełnione nie zaprawą, tylko gliną. Bardzo twardą gliną, zagęszczoną przez dziesięciolecia. Mogłabyś próbować ją wydłubywać, ale twoje paznokcie łamałyby się, palce krwawiłyby. A postęp byłby znikomy. Może centymetr głębokości po godzinie pracy. I co wtedy? Jedna szczelina głębsza o centymetr na dwadzieścia metrów wysokości?

— Ale gdybym robiła to systematycznie — nalegała Beata. — Krok po kroku, stopień po stopniu…

— Ile masz czasu? — zapytał Marek. — Jesteś w lodowatej wodzie. Nie jadłaś. Nie piłaś. Chociaż zaraz… — uśmiechnął się lekko — wody masz dużo. Ale czy odważyłabyś się pić wodę z dna stuletniej studni? Kim wie, co w niej jest. Jakie bakterie, jakie choroby.

— Musiałabym zaryzykować — powiedziała Beata. — Bez wody szybko bym umarła.

— To prawda — zgodził się Marek. — Więc pijesz. Woda jest lodowata, ma dziwny smak. Kto wie, może kiedyś coś do tej studni wpadło i tam umarło? Ale nie masz wyboru, więc pijesz. Zaraz potem czujesz, jak zimno rozchodzi się po twoim brzuchu. Twoja temperatura ciała spada jeszcze bardziej.

Beata wstała od stołu i podeszła do okna. Patrzyła na deszcz spływający po szybie. Czuła się dziwnie. To była tylko gra, tylko intelektualna zabawa, ale dlaczego tak bardzo ją to dotykało?

— Są jeszcze jakieś opcje — powiedziała, nie odwracając się od okna. — Musi być jakieś rozwiązanie.

— Jakie? — zapytał Marek miękko. Usłyszała, jak wstaje od stołu i podchodzi do niej. Stanął tuż za nią, niemal czując jego oddech na swoim karku. — Powiedz mi. Jestem ciekawy.

Beata zamknęła oczy. Myślała intensywnie.

— Mogłabym… mogłabym spróbować zrobić drabinę ze swojego ubrania. Związać rzeczy razem, przymocować je do ściany…

— Czym przymocować? — przerwał jej łagodnie Marek. — I do czego? Ściany są gładkie. A twoje ubrania to spodnie, bluzka, może sweter. Nawet związane razem nie dałyby ci więcej niż dwa, trzy metry. A potrzebujesz dwudziestu.

— Więc… więc mogłabym… — zająknęła się. Czemu nie mogła myśleć jasno? — Mogłabym próbować zwrócić na siebie uwagę. Może gdybym zapaliła ogień? Dym byłby widoczny z daleka.

— Czym zapalisz ogień? — zapytał Marek. — Wszystko jest mokre. Twoje ubrania, liście na dnie studni, ściany. A nawet gdybyś miała zapałki — czego nie masz — w takiej wilgoci nie zapaliłyby się.

— Mogłabym użyć szkieł od okularów — powiedziała desperacko. — Skupić promienie słońca…

— Nie nosisz okularów — przypomniał jej Marek. — A nawet gdybyś nosiła… jesteś dwadzieścia metrów pod ziemią. Słońce nie dociera tam w taki sposób, żeby można było skupić jego promienie. Przez większą część dnia na dnie jest półmrok.

Beata otworzyła oczy i spojrzała na odbicie męża w szybie. Stał za nią, obserwując ją z dziwnym, nieodgadnionym wyrazem twarzy.

— Dlaczego to robisz? — zapytała cicho.

— Co robię?

— Tę grę. Dlaczego zawsze musisz udowodnić, że jestem bezradna? Że nie ma wyjścia?

Marek położył dłonie na jej ramionach. Były ciepłe, mocne.

— Nie o to chodzi — powiedział łagodnie. — To nie jest dowodzenie twojej bezradności. To jest… eksploracja. Sprawdzanie granic. Interesuje mnie, jak dalek możesz zajść, zanim przyjmiesz prawdę.

— Jaką prawdę?

— Że czasami nie ma dobrych opcji. Że czasami jesteś całkowicie zdana na łaskę okoliczności. Że czasami… — zawiesił głos — musisz zaakceptować swoją sytuację.

Beata odwróciła się do niego.

— Nigdy bym się nie poddała — powiedziała stanowczo. — Nigdy. Wolałabym umrzeć próbując niż się poddać.

— Naprawdę? — Marek uśmiechnął się lekko. — Wróćmy więc do studni. Minął dzień. Jest noc. Jesteś wyczerpana. Twoje ręce są poranione od prób wspinaczki. Stopy całkowicie zdrętwiałe od zimna. Głos zachrypnięty od krzyków. I wiesz już, że nikt nie przyjdzie. Co wtedy? Nadal będziesz próbować?

Beata milczała. W jej głowie formowała się myśl, którą trudno było wyrazić słowami.

— Gdybym naprawdę wiedziała, że nikt nie przyjdzie… — zaczęła powoli — to… to musiałabym oszczędzać siły. Znaleźć sposób na przetrwanie jak najdłużej. Bo im dłużej przeżyję, tym większa szansa, że jednak ktoś mnie znajdzie.

— Ale nikt nie wie, gdzie jesteś — przypomniał Marek. — Nikt nie szuka. Jesteś w opuszczonym lesie, w zapomnianej studni. Mogłabyś tam być tygodniami, a nikt by nie przyszedł.

— Ale w końcu ktoś by przyszedł — upierała się Beata. — Ktoś by się w końcu zorientował, że zaginęłam. Wysłaliby poszukiwania.

— Załóżmy, że tak — zgodził się Marek. — Ale obszar poszukiwań byłby ogromny. Las ma setki kilometrów kwadratowych. A studnia jest ukryta, zarośnięta. Mogliby przejść metr od niej i nie zauważyć.

— Gdybym usłyszała ludzi w pobliżu, krzyczałabym — powiedziała Beata.

— Oczywiście — zgodził się Marek. — Ale wtedy byłoby już późno. Po tylu dniach w zimnej wodzie, bez jedzenia, ledwo przytomna… twój głos byłby słaby. Niewiele głośniejszy niż szept.

Beata poczuła, jak opanowuje ją dziwne uczucie rezygnacji. W tej hipotetycznej sytuacji naprawdę nie było wyjścia. Każda propozycja, którą przedstawiała, była logicznie i metodycznie obalana przez męża.

— Więc co… po prostu mam się poddać? — zapytała, a w jej głosie zabrzmiała nutka gniewu.

— Poddać to złe słowo — powiedział Marek, prowadząc ją z powrotem do stołu. Usiedli. Nalał im obu więcej wina. — Raczej… zaakceptować. Zaakceptować swoją sytuację. Przestać walczyć z tym, czego nie można zmienić.

— Ale to oznacza śmierć — powiedziała Beata cicho.

— W tej konkretnej sytuacji — przyznał Marek — tak, prawdopodobnie tak. Ale czy walczenie do ostatniego tchnienia coś by zmieniło? Czy nie lepiej byłoby zaakceptować to, co nieuniknione, i spędzić ostatnie chwile w spokoju, zamiast w desperackiej, beznadziejnej walce?

Beata patrzyła na niego przez długą chwilę. To była tylko gra. Tylko piątkowa rozmowa. Ale coś w sposobie, w jaki Marek to wszystko przedstawiał, sprawiło, że poczuła prawdziwy lęk.

— Nie wiem, czy potrafię się zgodzić z tą filozofią — powiedziała w końcu.

— Nie musisz się zgadzać — odpowiedział Marek łagodnie. — To tylko ćwiczenie myślowe. Tylko gra. — Uśmiechnął się ciepło. — Ale przyznajesz, że w tej konkretnej sytuacji nie ma wyjścia?

Beata westchnęła głęboko. Przeszukała swoją pamięć, próbując znaleźć coś, czego jeszcze nie spróbowała, jakiś pomysł, który nie został obalony. Ale wszystko, co przychodziło jej do głowy, już zostało przedyskutowane i zdyskredytowane.

— Mogłabym medytować — powiedziała w końcu. — Wejść w trans, spowolnić metabolizm, zredukować potrzebę ciepła i pożywienia…

Marek roześmiał się cicho.

— Jesteś mistrzem medytacji? Praktykowałaś przez lata techniki jogi dla opanowania ciała?

— Nie — przyznała Beata.

— Więc prawdopodobnie byłoby to nieskuteczne. Możesz próbować się uspokoić, kontrolować oddech, ale to nie zmieni podstawowych faktów. Jesteś w lodowatej wodzie, wyczerpana, bez jedzenia. Twoje ciało będzie się wyłączać, czy tego chcesz, czy nie.

Beata poczuła, jak wszystkie jej kontrargumenty się wyczerpują. Siedziała w milczeniu, kręcąc kieliszkiem w dłoniach.

— Nie ma wyjścia — powiedziała w końcu cicho, niemal szeptem. — Z tej studni nie ma wyjścia.

Marek uśmiechnął się szeroko, szeroko jak nigdy wcześniej tego wieczoru.

— Właśnie — powiedział z zadowoleniem. — Czasami naprawdę nie ma wyjścia. Czasami jesteś całkowicie, absolutnie bezradna. I najważniejsze, co możesz wtedy zrobić, to to zaakceptować.

— Zaakceptować swoją śmierć — powiedziała Beata, czując dziwną pustkę w brzuchu.

— Zaakceptować swoje ograniczenia — poprawił ją Marek. — Zaakceptować, że nie wszystko można kontrolować. Nie zawsze możesz się uratować. Nie zawsze siła woli i pomysłowość są wystarczające.

Beata milczała. Czuła się dziwnie wyczerpana, jakby naprawdę spędziła godziny w tej hipotetycznej studni, próbując się wydostać.

— To była dobra gra — powiedział Marek, sięgając po jej dłoń. — Bardzo się starałaś. Miałaś dużo pomysłów.

— Ale żaden nie zadziałał — powiedziała Beata.

— Bo to była sytuacja bez wyjścia — wyjaśnił Marek. — Stworzyłem ją taką celowo. To właśnie było interesujące. Obserwowanie, jak będziesz reagować, gdy każda droga będzie zablokowana.

— I jak zareagowałam?

— Wspaniale — powiedział Marek z ciepłem. — Walczyłaś do końca. Próbowałaś wszystkiego. A potem, gdy naprawdę już nie było opcji… zaakceptowałaś to. To wymaga siły. Większej siły niż wielu ludzi posiada.

Beata nie była pewna, czy to był komplement. Czuła się dziwnie, jakby przeszła jakąś próbę, której charakteru do końca nie rozumiała.

Marek wstał i sięgnął do kredensu po kolejną butelkę wina.

— Jeszcze jedną? — zapytał.

Beata skinęła głową. Potrzebowała czegoś, co zmyje z niej to uczucie. To dziwne, klaustrofobiczne uczucie bezradności, które czuła, nawet siedząc w swojej własnej, przestronnej jadalni.

Marek odkorkował butelkę i nalał im obu. Wzniesiono kieliszki.

— Za akceptację — powiedział Marek.

— Za akceptację — powtórzyła Beata, choć nie była pewna, co właściwie celebrują.

Wypili. Wino było dobre, gładkie, łagodne. Beata poczuła, jak alkohol rozgrzewa ją od środka, wypełnia pustkę, którą czuła chwilę wcześniej.

Rozmawiali jeszcze przez jakiś czas o innych rzeczach — o planach na weekend, o konieczności naprawy dachu, o zbliżających się urodzinach matki Beaty. Ale w tle, niedopowiedziana, wisiała ta rozmowa o studni. Ta lekcja bezradności.

Kiedy druga butelka była już pusta, Marek wstał i wyciągnął rękę do Beaty.

— Chodź — powiedział miękko. — Czas do łóżka.

Beata wzięła jego dłoń i pozwoliła się prowadzić. Szli przez ciemny korytarz do sypialni. Deszcz za oknem w końcu ustał. Została tylko cisza i ich kroki na drewnianej podłodze.

W sypialni Marek pomógł jej się rozebrać, z czułością zdejmując każdą część garderoby. Beata czuła się dziwnie bierna, jakby faktycznie była wyczerpana po długiej walce. Pozwalała mu kierować swoimi ruchami, układać ją w łóżku, nakrywać kołdrą.

Marek położył się obok niej i przyciągnął ją do siebie. Beata oparła głowę o jego ramię, czując ciepło jego ciała.

— Śpij — szepnął, całując ją w czoło. — To była tylko gra.

— Tylko gra — powtórzyła Beata cicho.

Ale gdy zamykała oczy, widziała ją. Tę studnię. Kamienne ściany pokryte mchem. Lodowatą wodę po kostkach. Ciemność nad głową. I to poczucie całkowitej, absolutnej bezradności.

Skuliła się bliżej Marka, szukając w jego cieple ucieczki od tych obrazów. On objął ją mocniej, jakby rozumiał.

— Wszystko dobrze — szeptał. — Jesteś bezpieczna. Jesteś tutaj, ze mną.

I powoli, bardzo powoli, Beata zaczęła odpływać w sen. Ostatnią rzeczą, którą pomyślała, zanim zasnęła, było pytanie, które nie mogła się powstrzymać od zadania samej sobie: dlaczego Marek tak bardzo chciał, żeby się poddała? Dlaczego jego uśmiech był najszerszy właśnie wtedy, gdy przyznała, że nie ma wyjścia?

Ale była już zbyt zmęczona, żeby szukać odpowiedzi. Sen wziął ją w swoje objęcia, głębokie i ciemne jak dno zapomnianej studni.

Rozdział II: Awionetka

Sobotni poranek był wyjątkowo pogodny. Słońce wpadało przez okna kuchni, tworząc złote prostokąty na drewnianej podłodze. Beata stała przy kuchence, przygotowując jajecznicę, gdy poczuła ramiona Marka obejmujące ją od tyłu. Pocałował ją w kark, a ona uśmiechnęła się mimowolnie, choć gdzieś w głębi umysłu wciąż tkwił obraz z wczorajszego wieczoru — tej studni, z której nie było wyjścia.

— Dobrze spałaś? — zapytał Marek, sięgając po kawałek bekonu z patelni.

— Dziwnie — odpowiedziała szczerze. — Śniły mi się dziwne rzeczy.

— Studnie? — zapytał z rozbawieniem.

Beata odwróciła się do niego.

— Skąd wiesz?

Marek wzruszył ramionami.

— Bo moja żona ma bardzo żywy umysł. I bardzo bierze sobie do serca nasze piątkowe gry.

— To nie są tylko gry — powiedziała Beata, nakładając jajecznicę na talerze. — Czasem czuję, jakbyś… jakbyś testował mnie.

— Testował? — Marek usiadł przy stole, patrząc na nią z zainteresowaniem. — W jakim sensie?

Beata zastanowiła się przez moment, próbując ułożyć w słowa to niewyraźne uczucie, które miała od wczoraj.

— Jakbyś sprawdzał, jak zareaguję pod presją. Jak daleko mogę zajść, zanim… — urwała.

— Zanim się poddasz? — dokończył za nią Marek.

Beata skinęła głową.

Marek uśmiechnął się ciepło i wyciągnął rękę, ujmując jej dłoń.

— To nie o poddawanie się chodzi — powiedział łagodnie. — To o poznanie swoich granic. O zrozumienie, że mieć granice to nie słabość. To po prostu… rzeczywistość.

Jedli w milczeniu przez kilka minut. Beata nie mogła przestać myśleć o wczorajszej rozmowie. O tym, jak systematycznie Marek obalał każdą jej propozycję, każdy pomysł na ratunek. O tym, jak bezradna się czuła, gdy w końcu musiała przyznać, że faktycznie nie ma wyjścia.

— Dzisiaj jest sobota — powiedział Marek, przerywając ciszę. — Nie musimy się spieszyć. Może usiądziemy później na tarasie? Pogoda jest piękna.

Beata zgodziła się, ale coś w tonie jego głosu sprawiło, że wiedziała — to nie będzie zwykłe sobotnie popołudnie. Marek miał ten charakterystyczny błysk w oku, który oznaczał, że już układa w głowie kolejny scenariusz, kolejną sytuację bez wyjścia.

I rzeczywiście, po południu, gdy siedzieli na tarasie z dzbankiem lodowanej herbaty, Marek zaczął.

— A co byś zrobiła, gdyby… — rozpoczął, opierając się wygodnie na krześle i mrużąc oczy w słońcu — gdybyś leciała małą awionetką na wysokości pięciu tysięcy metrów i nagle odkryła, że obaj piloci nie żyją?

Beata poczuła znajome ukłucie w żołądku. Kolejna gra. Kolejny test.

— Jak to nie żyją? — zapytała, choć wiedziała, że szczegóły nie będą miały większego znaczenia dla końcowego rezultatu.

— Nie wiem — odpowiedział Marek z zastanowieniem. — Może atak serca? Może zatrucie? Może coś z ciśnieniem? — Wzruszył ramionami. — Nieważne dlaczego. Ważne jest, że siedzisz z tyłu w małej awionetce, typowej cessnie, a dwóch pilotów z przodu, w kokpicie, jest martwe. Samolot leci na autopilocie.

Beata zamknęła oczy, wizualizując scenę. Mogła niemal usłyszeć szum silnika, poczuć wibracje małego samolotu, zobaczyć unieruchomione ciała pilotów.

— Autopilot — powiedziała. — To znaczy, że samolot leci stabilnie. Mam więc czas, żeby pomyśleć.

— Owszem — zgodził się Marek. — Ale tylko do momentu, gdy skończy się paliwo. A według wskaźnika na tablicy przyrządów — którą widzisz między siedzeniami pilotów — zostało go na może godzinę, może nieco więcej.

— Godzina to sporo czasu — powiedziała Beata, otwierając oczy. — Mogłabym spróbować wezwać pomoc przez radio.

Marek skinął głową.

— Dobry początek. Jak byś to zrobiła?

— Musiałabym przejść do kokpitu — odpowiedziała Beata, myśląc logicznie. — Przesunąć ciała pilotów, zająć jedno z miejsc i użyć radia.

— W porządku — powiedział Marek. — Przesuwasz się więc do przodu. To trudniejsze, niż myślałaś, bo przestrzeń jest ciasna, a ty musisz przejść między siedzeniami. W końcu udaje ci się wyciągnąć jednego z pilotów z fotela. Jest ciężki, martwy ciężar. Ale w końcu zajmujesz jego miejsce. — Marek zrobił pauzę, popijając herbatę. — Przed tobą tablica przyrządów. Dziesiątki wskaźników, przełączników, pokręteł. Wszystko opisane w języku angielskim, pełne skrótów i symboli. Widzisz radio. Teraz — jak go użyjesz?

Beata zastanowiła się.

— Muszą być jakieś instrukcje. Albo jest jakaś uniwersalna częstotliwość alarmowa. Coś jak 121.5 MHz — częstotliwość awaryjna.

— Skąd znasz tę częstotliwość? — zapytał Marek ze zdziwieniem.

— Czytałam kiedyś — odpowiedziała Beata. — W jakimś artykule.

— Imponujące — przyznał Marek. — Więc ustawiasz radio na 121.5 MHz. Zakładając, że potrafisz odnaleźć właściwe pokrętło i prawidłowo je przestawić, co przy tablicy pełnej nieznanych ci urządzeń nie jest takie proste. Ale powiedzmy, że ci się udaje. I co wtedy? Co powiesz?

— „Mayday, mayday, mayday” — odpowiedziała szybko Beata. — To międzynarodowy sygnał alarmowy. Powiem, że jestem w awionetce, piloci nie żyją, i potrzebuję pomocy.

— Bardzo dobrze — powiedział Marek z uznaniem. — I ktoś ci odpowiada. Kontroler lotu. Pyta o twoją pozycję. — Marek nachylił się do przodu. — Znasz swoją pozycję?

Beata spojrzała na niego niepewnie.

— Musiałabym spojrzeć na GPS albo jakiś system nawigacyjny.

— Jest GPS — potwierdził Marek. — Pokazuje, że jesteś gdzieś nad otwartym oceanem. Kilkaset kilometrów od najbliższego lądu. Podajesz kontrolerowi swoje współrzędne. On potwierdza, że cię widzi na radarze. I pyta o twoje doświadczenie w pilotażu.

— Nie mam żadnego — przyznała Beata.

— Więc tak mu mówisz — kontynuował Marek. — Kontroler jest zaniepokojony, ale profesjonalny. Mówi, że spróbuje poprowadzić cię przez lądowanie. Ale jest problem. — Marek zrobił dramatyczną pauzę. — Jesteś nad oceanem. Najbliższe lotnisko jest zbyt daleko. Nie dolecisz tam zanim skończy się paliwo.

— Więc co sugeruje kontroler? — zapytała Beata, czując narastające napięcie.

— Sugeruje lądowanie wodne — odpowiedział Marek. — Mówi, że będzie prowadził cię krok po kroku, jak spuścić samolot na wodę. Że już wysyła śmigłowiec ratunkowy, który powinien dotrzeć do ciebie w ciągu godziny, może nieco dłużej.

— To brzmi jak plan — powiedziała Beata z ulgą. — Trudny, ale możliwy.

Marek uśmiechnął się lekko.

— Kontroler zaczyna ci tłumaczyć, jak przejąć kontrolę nad samolotem. Jak wyłączyć autopilot. Jak używać drążka sterowego. Ale kiedy wyłączasz autopilot… — Marek urwał znacząco — samolot natychmiast zaczyna tracić wysokość. Nos opada w dół. Czujesz, jak twój żołądek podchodzi do gardła. Samolot pikuje.

— Co mam zrobić? — Beata niemal krzyknęła, wciągnięta w scenariusz.

— Kontroler krzyczy, żebyś pociągnęła drążek do siebie. Robisz to, ale pociągasz za mocno. Samolot gwałtownie zadiera nos do góry. Silnik ryczy. Czujesz ogromną siłę wciskającą cię w fotel. — Marek wykonał gest ręką, ilustrując ruch samolotu. — Teraz samolot wznosi się zbyt stromo. Traci prędkość. Kontroler krzyczy, żebyś opuściła nos, ale nie za bardzo. Próbujesz, ale twoje ruchy są chaotyczne, nieskoordynowane. Samolot rzuca na wszystkie strony.

Beata poczuła, jak jej dłonie zaciskają się na podłokietnikach krzesła. To była tylko historia, tylko wyobraźnia, ale mogła niemal poczuć ten strach, tę utratę kontroli.

— Musiałabym się uspokoić — powiedziała, próbując myśleć racjonalnie. — Oddychać głęboko. Słuchać instrukcji kontrolera i wykonywać je powoli, ostrożnie.

— Próbujesz — zgodził się Marek. — Oddychasz głęboko. Słuchasz kontrolera. On mówi spokojnym głosem, prowadzi cię krok po kroku. Powoli zaczynasz łapać czucie. Samolot stabilizuje się. Leciisz mniej więcej poziomo, choć z lekkim spadkiem wysokości. — Marek zrobił pauzę. — Ale jest problem.

— Jaki? — zapytała Beata, wiedząc, że teraz nadejdzie zwrot akcji.

— Podczas tych wszystkich manewrów, tego pikowania i wznoszenia, zużyłaś dużo paliwa — wyjaśnił Marek. — Silnik pracował na wysokich obrotach. Patrząc na wskaźnik, widzisz, że został ci już tylko kwadrans lotu. Może dwadzieścia minut. Kontroler to widzi. Mówi, że musisz już teraz zacząć schodzić, przygotowywać się do wodowania.

— Dobrze — powiedziała Beata. — Więc zaczynam schodzić. Pod jego instrukcjami.

— Zaczynasz powoli zmniejszać wysokość — kontynuował Marek. — Kontroler tłumaczy ci, jak to robić. Delikatne ruchy drążkiem. Obserwowanie wskaźnika wysokości i prędkości. Ocean pod tobą jest coraz bliżej. Cztery tysiące metrów. Trzy tysiące. Dwa tysiące. — Marek mówił wolno, budując napięcie. — Ale znowu jest problem.

— Oczywiście, że jest — mruknęła Beata.

— Morze nie jest spokojne — powiedział Marek. — Kontroler widzi to na swoich danych meteorologicznych. Fale są wysokie, może trzy, cztery metry. Wiatr silny, boczny. Mówi ci, że musisz wylądować wzdłuż fal, nie w poprzek, bo inaczej samolot się rozłamie. Ale przy takim wietrze, przy twoim braku doświadczenia… — zawiesił głos — może być bardzo trudno.

Beata milczała, słuchając.

— Jesteś teraz na wysokości tysiąca metrów — kontynuował Marek. — Ocean jest tuż pod tobą, widzisz białe grzbiety fal. Samolot trzęsie się na wietrze. Kontroler nadal mówi, próbuje cię prowadzić, ale jego głos zaczyna się przerywać. Zasięg radiowy się kurczy. Za chwilę całkiem go stracisz.

— Ale śmigłowiec ratunkowy jest w drodze — przypomniała Beata. — Powiedziałeś, że był w drodze.

— Tak — zgodził się Marek. — Ale jest jeszcze czterdzieści minut lotu stąd. A ty jesteś dziesięć minut od wodowania. — Spojrzał na nią znacząco. — Będziesz musiała poradzić sobie sama.

Beata przełknęła ślinę.

— Kontynuuję schodzenie — powiedziała. — Staram się wylądować tak, jak instruował mnie kontroler. Wzdłuż fal, łagodnie.

— Jesteś na wysokości pięciuset metrów — powiedział Marek. — Czterystu. Trzystu. Ocean jest już bardzo blisko. Widzisz każdą falę, każdy grzebień piany. Samolot trzęsie się coraz bardziej. Silnik kaszle — paliwo kończy się. Dwieście metrów. Sto.

— Przygotowuję się do uderzenia — powiedziała Beata. — Zapinam pasy mocniej. Zakrywam głowę rękami.

— Mądra decyzja — przyznał Marek. — Ale jest coś, o czym zapomniałaś.

— Co?

— Trzeba zmniejszyć prędkość przed wodowaniem — wyjaśnił Marek. — Inaczej uderzenie będzie jak w betonową ścianę. Samolot się roztrzaska. Kontroler ci o tym mówił, zanim straciliście kontakt radiowy. Musisz wyciągnąć klapy, zmniejszyć gaz, spowolnić.

— Więc to robię — powiedziała szybko Beata. — Wyciągam klapy…

— Wiesz, gdzie jest dźwignia klap? — przerwał jej Marek. — Między wszystkimi tymi przełącznikami i pokrętłami?

Beata zawahała się.

— Kontroler mi pokazał wcześniej…

— Pokazał przez radio? — Marek uniósł brew. — Raczej opisał słowami. Powiedział coś w stylu „dźwignia klap jest po twojej prawej stronie, między przepustnicą a trymerem.” Pamiętasz to wszystko w tym momencie? Gdy jesteś pięćdziesiąt metrów nad wzburzonym oceanem, a silnik właśnie gaśnie?

Beata poczuła panikę wzbierającą w piersi.

— Szukałabym gorączkowo — powiedziała. — Próbowała różnych dźwigni…

— Jedna z dźwigni, którą pociągasz, okazuje się być trymerem wysokości — powiedział Marek spokojnie. — Nos samolotu gwałtownie wznosi się. Tracisz prędkość jeszcze bardziej. Samolot zaczyna opadać jak kamień, tyłem, w dziwnym, niebezpiecznym kącie.

— Próbuję to skorygować — powiedziała desperacko Beata.

— Próbujesz — zgodził się Marek. — Pchasz drążek do przodu. Ale jest już za późno. Jesteś dziesięć metrów nad wodą. Pięć. Trzy. — Marek zrobił pauzę, patrząc jej prosto w oczy. — Samolot uderza w wodę.

Beata czekała na ciąg dalszy, jej serce biło szybko.

— Uderzenie jest brutalne — kontynuował Marek. — Mimo że próbowałaś spowolnić, prędkość była wciąż zbyt duża. Czujesz ogromny wstrząs. Twoja głowa uderza w coś twardego — może w zagłówek fotela przed tobą. Widzisz błysk światła, czujesz ostry ból. Przez chwilę wszystko jest niewyraźne.

— Ale żyję — powiedziała Beata. — Przeżyłam uderzenie.

— Tak — przyznał Marek. — Żyjesz. Jesteś oszołomiona, boli cię głowa, ale żyjesz. I teraz uświadamiasz sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, samolot szybko się zapełnia wodą. Po drugie, jesteś uwięziona.

— Uwięziona?

— Przy uderzeniu konstrukcja samolotu się odkształciła — wyjaśnił Marek. — Drzwi po twojej stronie są zablokowane, wgniecione. Nie da się ich otworzyć. A woda wlewa się przez pęknięcia w kadłubie, przez okna, coraz szybciej, coraz wyżej.

Beata poczuła znajome uczucie klaustrofobii, to samo, które czuła wczoraj podczas rozmowy o studni.

— Drzwi po drugiej stronie — powiedziała szybko. — Przeszłabym na drugą stronę i wyszła tamtędy.

— Próbujesz — powiedział Marek. — Ale kokpit jest mały, ciasny, a ty jesteś zdenerwowana, ruszasz się chaotycznie. Woda jest już po kolana. Po pas. Zimna, słona woda oceaniczna. I wtedy zdajesz sobie sprawę z kolejnego problemu.

— Jakiego?

— Ciała pilotów — powiedział Marek cicho. — Martwe ciała dwóch mężczyzn w kokpicie, blokujące przestrzeń, utrudniające ruch. Musisz się przeciskać między nimi, odsuwać je. To makabryczne, przerażające, ale nie masz wyboru.

Beata poczuła mdłości na samą myśl.

— Robię to — powiedziała, choć jej głos drżał. — Muszę przeżyć.

— Odsuwasz ciała — kontynuował Marek. — Docierasz do drugich drzwi. Woda jest już po szyję. Próbujesz otworzyć drzwi, ale one też są zablokowane. Może nie tak mocno jak pierwsze, ale wciąż nie ustępują.

— Kopałabym w nie — powiedziała Beata. — Używała całej siły.

— Kopiesz — zgodził się Marek. — Raz, drugi, trzeci. Drzwi lekko się poruszają, ale nie otwierają. A woda sięga już twojej brody. Musisz zadrzeć głowę, żeby móc oddychać. Powietrza zostało może dwadzieścia centymetrów między powierzchnią wody a sufitem kabiny.

— Więc wezmę głęboki oddech i nurkując, spróbuję kopnąć mocniej — powiedziała Beata, jej głos był teraz wysoki, napięty.

— Bierzesz głęboki oddech — powiedział Marek — i zanurzasz się. Cała kabina jest już pod wodą. W słabym, zielonkawym świetle, które przesącza się przez okna, widzisz drzwi. Kopiesz w nie z całej siły. I… — Marek zrobił pauzę — ustępują. Otwierają się.

Beata wypuściła powietrze z ulgą.

— Wypływam — powiedziała.

— Wypływasz przez drzwi — zgodził się Marek. — Samolot tonie szybko, ciągnie cię w dół. Ale odpychasz się od niego i płyniesz do góry. Płuca zaczynają płonąć, potrzebujesz powietrza. W końcu twoja głowa wynurza się na powierzchnię. Wdychasz powietrze, wspaniałe, życiodajne powietrze.

Beata poczuła prawdziwą ulgę, mimo że to wszystko działo się tylko w jej wyobraźni.

— Jesteś teraz w oceanie — kontynuował Marek. — Fale uderzają w cię, słona woda zalewa ci twarz. Ale żyjesz. Wydostałaś się z samolotu.

— I śmigłowiec ratunkowy jest w drodze — przypomniała Beata. — Powiedziałeś, że był czterdzieści minut drogi. Minęło już… ile? Dwadzieścia minut? Zostało więc jeszcze dwadzieścia minut.

— Mniej więcej — zgodził się Marek. — Ale jest kilka problemów.

— Zawsze są — mruknęła Beata.

— Po pierwsze, jesteś w środku oceanu — powiedział Marek. — Woda jest zimna. Może piętnaście stopni. W takiej temperaturze człowiek może przeżyć kilka godzin, zanim hipotermia go zabije. Ale to w spokojnych warunkach. A fale są wysokie, wzburzone. Muszą wkładać ogromny wysiłek, żeby utrzymać głowę nad wodą.

— Pływałabym spokojnie — powiedziała Beata. — Oszczędzała energię. Może na plecach, żeby móc oddychać.

— Próbujesz — powiedział Marek. — Ale fale ciągle cię zalewają. Pijesz słoną wodę, kaszlesz, plujesz. Trudno jest utrzymać spokój, gdy ocean cię szamocze jak lalką.

— Ale wytrzymam dwadzieścia minut — upierała się Beata. — Muszę tylko przetrwać dwadzieścia minut.

Marek pokręcił głową powoli.

— Jest jeszcze jeden problem — powiedział. — Śmigłowiec wie, w jakim obszarze cię szukać, ale ocean jest ogromny. Widzisz, ostatni kontakt radiowy był, gdy byłaś na wysokości tysiąca metrów. Od tego czasu minęło trochę czasu, samolot leciał dalej, dryfował na wietrze. Miejsce wodowania nie jest dokładnie tam, gdzie śmigłowiec się spodziewa.

— Ale jest blisko — powiedziała Beata. — Będą szukać w okolicy.

— Będą — zgodził się Marek. — Ale w takich falach, w takim wzburzonym morzu… jesteś jak punkt na ogromnej powierzchni wody. Bardzo trudno cię zobaczyć, zwłaszcza z powietrza. Śmigłowiec przelatuje nad obszarem, szuka, ale…

— Machałabym rękami — przerwała mu Beata. — Krzyczała. Cokolwiek, żeby zwrócić ich uwagę.

— Machasz rękami — powiedział Marek. — Ale gdy je podnosisz, fale cię zalewają. Pijesz więcej słonej wody. A krzyki? W huku oceanu, przy szumie śmigłowca wysoko w powietrzu? Nikt ich nie usłyszy.

Beata milczała, czując rosnącą desperację.

— Masz może jakąś jaskrawą część garderoby? — zapytał Marek. — Coś pomarańczowego, czerwonego? Coś, co byłoby widoczne z daleka?

Beata zastanowiła się.

— Nie wiem… może. Załóżmy, że mam czerwoną bluzkę.

— Zdejmujesz ją — powiedział Marek — i machasz nią nad głową, próbując przyciągnąć uwagę. To dobry pomysł. Ale znowu, fale są wysokie. Widzialność ograniczona. Śmigłowiec przelatuje… i przelatuje dalej. Nie zauważył cię.

— Jak to? — Beata poczuła w piersi ucisk. — Przecież robiłam wszystko, co mogłam.

— Czasami to nie wystarcza — powiedział Marek spokojnie. — Śmigłowiec szuka przez pół godziny. Przeczesuje obszar, coraz szersze kręgi. Ale oceanu jest dużo. A ty jesteś bardzo mała. W końcu zaczyna im brakować paliwa. Muszą zawrócić.

— Nie! — krzyknęła Beata. — Nie mogą po prostu odlecieć!

— Nie odlatują — poprawił ją Marek. — Zawracają po więcej paliwa. Powiedzą, że wrócą, będą kontynuować poszukiwania. Ale… — zawiesił głos — zanim wrócą, minie jeszcze co najmniej godzina. Może dwie.

Beata czuła, jak ogarnia ją panika. Prawdziwa, fizyczna panika, choć siedziała bezpiecznie na swoim tarasie.

— Nie mogę czekać dwóch godzin w oceanie — powiedziała. — Hipotermia…

— Dokładnie — przerwał jej Marek. — Twoje ciało już teraz zaczyna tracić temperaturę. Czujesz, jak ziąb przenika cię do szpiku kości. Twoje mięśnie sztywnieją. Zaczynasz drżeć, gwałtownie, niekontrolowanie.

— Musiałabym… — Beata próbowała myśleć, ale jej umysł wydawał się pusty. — Musiałabym znajdować sposób na rozgrzanie się.

— Jak? — zapytał Marek. — Jesteś w lodowatym oceanie. Nie ma skąd wziąć ciepła.

— Mógłbym… płynąć szybciej — powiedziała niepewnie. — Generować ciepło poprzez ruch.

— Próbujesz — powiedział Marek. — Zaczynasz aktywnie pływać, młynkować nogami, machać rękami. I rzeczywiście, czujesz się trochę cieplej. Ale tylko na chwilę. Bo ten wysiłek zużywa twoją energię jeszcze szybciej. A każdy ruch oznacza, że fale mocniej cię szamoczą, że pijesz więcej wody, że twoje płuca się męczą.

Beata opuściła głowę. Czuła się wyczerpana, pokonana.

— Jest jakieś wraki? — zapytała cicho. — Jakiś fragment samolotu, do którego mogłabym się przytrzymać?

— Samolot zatonął — odpowiedział Marek. — Całkowicie. Jest już kilkaset metrów pod powierzchnią. Nic nie pozostało. Tylko ty i ocean.

— Więc… co mam zrobić?

Marek pochylił się do przodu, patrząc na nią z dziwną czułością.

— Co możesz zrobić? — zapytał cicho. — Jesteś w środku oceanu, kilkaset kilometrów od lądu. Woda jest lodowata. Fale wysokie. Straciłaś kontakt ze śmigłowcem ratunkowym. Twoje ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa. — Zrobił pauzę. — Powiedz mi, Beato. Co możesz zrobić?

Beata milczała długo. W jej głowie przewijały się różne scenariusze, różne możliwości, ale każda wydawała się absurdalna, niemożliwa.

— Może… może przepłynę do lądu — powiedziała w końcu, choć sama wiedziała, jak desperacko to brzmi.

Marek pokręcił głową.

— Kilkaset kilometrów? Jesteś wykończona, wychłodzona, w wzburzonym oceanie? — Jego głos był łagodny, ale stanowczy. — Nie. To niemożliwe.

— Może jakaś łódź przepłynie w pobliżu — próbowała dalej Beata.

— Jesteś z dala od szlaków żeglugowych — odpowiedział Marek. — To pusty ocean. Mogą mijać dni, tygodnie, zanim ktoś przepłynie tamtędy. A ty masz kilka godzin. Może mniej.

— Więc… więc… — Beata poczuła łzy napływające do oczu. To była tylko gra, przypominała sobie. Tylko gra. Ale czuła się tak bezradna, tak całkowicie pozbawiona możliwości działania.

— Nie ma wyjścia — powiedziała w końcu cicho, łamiącym się głosem. — Prawda?

Marek wyciągnął rękę i delikatnie ujął jej dłoń.

— Nie — powiedział łagodnie. — Nie ma wyjścia. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś. Wydostałaś się z samolotu. Przeżyłaś wodowanie. Próbowałaś przyciągnąć uwagę śmigłowca. Ale czasami… czasami okoliczności są silniejsze niż my.

Beata poczuła, jak łzy płyną po jej policzkach. Płakała z frustracji, z poczucia bezradności, choć wiedziała, że to irracjonalne. To była tylko historia. Tylko hipotetyczna sytuacja.

— Dlaczego to robisz? — zapytała, patrząc na męża. — Dlaczego wymyślasz te sytuacje, z których nie ma wyjścia?

Marek wstał i przeszedł do niej. Klęknął obok jej krzesła i wytarł łzy z jej twarzy.

— Bo życie czasami takie jest — powiedział cicho. — Bo czasami naprawdę nie ma dobrych opcji. I ważne jest, żebyś to rozumiała. Żebyś potrafiła zaakceptować, że nie wszystko jest w twojej kontroli.

— Ale to takie… bezradne — wyszeptała Beata.

— Tak — zgodził się Marek. — To jest bezradne. I to jest właśnie najtrudniejsza lekcja. — Pocałował ją w czoło. — Ale poradziłaś sobie świetnie. Walczyłaś do końca. A potem, gdy naprawdę już nie było wyjścia… przyznałaś to. Zaakceptowałaś.

Beata spojrzała na niego przez łzy.

— Czuję się strasznie.

— Wiem — powiedział Marek, podnosząc się. — Ale to minie. Chodź. — Wyciągnął do niej rękę. — Mam coś, co ci pomoże.

Beata wzięła jego dłoń i pozwoliła się podnieść. Marek poprowadził ją z powrotem do domu, do salonu. Z kredensu wyjął butelkę koniaku — dobrego, starego koniaku, który trzymali na specjalne okazje.

— To nie jest specjalna okazja — zauważyła Beata, wycierając oczy.

— Owszem, jest — odpowiedział Marek, nalewając dwie szklaneczki. — Specjalna okazja to każda chwila, kiedy uczymy się czegoś ważnego o sobie.

Podał jej szklankę. Wypili. Koniak był mocny, palący, ale przyjemny. Rozgrzewał od środka.

— Lepiej? — zapytał Marek.

Beata skinęła głową, choć wciąż czuła się dziwnie wydrążona w środku.

Siedli na kanapie. Marek nalał im jeszcze. I jeszcze raz. Rozmawiali o innych rzeczach — o ogrodzie, który planowali założyć, o urlopie, który chcieli zaplanować na jesień. Normalne, codzienne rzeczy, które powoli przywracały Beacie poczucie równowagi.

Ale w tle, niedopowiedziana, wisiała ta rozmowa o awionetce. O oceanie. O tym uczuciu całkowitej, absolutnej bezradności.

Gdy butelka była pusta, Marek wstał i wyciągnął rękę do Beaty.

— Chodź — powiedział miękko. — Jesteś zmęczona.

Beata pozwoliła się poprowadzić do sypialni. Czuła się dziwnie otumaniona — od koniaku, od emocji, od tej intensywnej podróży przez wyobraźnię.

Marek pomógł jej się rozebrać, z czułością, która wydawała się kompensować surowość jego wcześniejszych słów. Ułożył ją w łóżku, nakrył kołdrą.

— Śpij — szepnął, całując ją w czoło. — To była tylko historia.

— Tylko historia — powtórzyła Beata, choć nie brzmiało to przekonująco.

Marek położył się obok niej i przyciągnął ją do siebie. Beata oparła głowę o jego pierś, słuchając miarowego bicia jego serca.

— Marek? — powiedziała cicho po długiej chwili milczenia.

— Tak?

— Czy ty naprawdę wierzysz, że z tamtej sytuacji nie było wyjścia? Że nie było absolutnie nic, co mogłabym zrobić?

Marek zastanowił się przez moment.

— Wierzę, że stworzyłem sytuację, w której wszystkie logiczne rozwiązania były niemożliwe — powiedział w końcu. — Czy taka sytuacja mogłaby się zdarzyć w rzeczywistości? Może. Mało prawdopodobne, ale może. — Pogłaskał ją po włosach. — Ale to nie jest najważniejsze.

— Co jest najważniejsze?

— To, jak zareagowałaś — odpowiedział Marek. — To, że próbowałaś wszystkiego. I to, że w końcu, gdy naprawdę już nie było opcji, potrafiłaś to przyjąć. To wymaga ogromnej siły psychicznej.

Beata nie była pewna, czy się z tym zgadza. Czuła się raczej słaba niż silna. Czuła się pokonana.

Ale była zbyt zmęczona, żeby dalej dyskutować. Zbyt zmęczona, żeby analizować, co naprawdę się tutaj działo. Zamiast tego pozwoliła sobie zamknąć oczy i odpłynąć.

Sen przyszedł szybko, ciężki i głęboki. I znowu śniły się jej rzeczy. Ocean. Fale. Uczucie tonięcia, walki o oddech, zimna przenikającego do kości. I ten moment rezygnacji, gdy przestawała walczyć i pozwalała wodzie się wziąć.

Obudziła się w środku nocy, dysząc ciężko. Marek spał obok niej, spokojny, głęboko pogrążony we śnie. Na jego twarzy widniał lekki uśmiech, jakby śnił o czymś przyjemnym.

Beata patrzyła na niego w ciemności, zastanawiając się, co właściwie się tutaj dzieje. Te gry, te scenariusze, ten systematyczny proces doprowadzania jej do poczucia bezradności.

Dlaczego Marek to robił? I dlaczego ona na to pozwalała?

Ale odpowiedzi nie przychodziły. Tylko pytania, mnożące się w ciemności jak cienie.

W końcu Beata znowu zasnęła, przytulona do męża, szukając w jego cieple ucieczki od lodowatego oceanu, który wciąż czuła wokół siebie.

Rozdział III: Gorączka

Niedziela zaczęła się deszczowo. Beata obudziła się z ciężką głową — skutek wczorajszego koniaku — i przez długą chwilę leżała w łóżku, patrząc w sufit. Obok niej Marek spał spokojnie, jego oddech miarowy i głęboki. Wyglądał na zadowolonego, spełnionego, jakby te ich weekendowe gry dawały mu coś, czego potrzebował.

Beata wstała cicho i zeszła na dół. Zrobiła sobie kawę i usiadła przy oknie w kuchni, obserwując deszcz spływający po szybach. Myślała o studni. O oceanie. O tych dwóch sytuacjach bez wyjścia, które Marek tak skrupulatnie skonstruował.

Dlaczego to robiła? Dlaczego co weekend pozwalała mu prowadzić się przez te mentalne labirynty, które zawsze kończyły się tym samym — jej kapitulacją, jej przyznaniem, że nie ma wyjścia?

Usłyszała kroki na schodach. Marek wszedł do kuchni, ubrany w domowe spodnie i starą koszulkę. Pocałował ją w czubek głowy i nalał sobie kawy.

— Jak się czujesz? — zapytał.

— Zmęczona — odpowiedziała szczerze.

— Koniak — stwierdził Marek z uśmiechem. — Może trochę przesadziliśmy.

— Może — zgodziła się Beata, choć wiedziała, że to nie tylko koniak. To było coś więcej. Wyczerpanie emocjonalne, które czuła po każdej z tych gier.

Zjedli śniadanie w milczeniu. Marek czytał gazetę, Beata przeglądała telefon, choć tak naprawdę nie rejestrowała tego, co widzi. Jej myśli wciąż krążyły wokół wczorajszej rozmowy.

Po południu deszcz ustał i wyszło słońce. Marek zaproponował spacer, ale Beata odmówiła. Czuła, że potrzebuje chwili dla siebie. Marek wzruszył ramionami i wyszedł sam, a Beata została w domu, próbując czytać książkę, której nie mogła się skupić.

Gdy Marek wrócił, było już późne popołudnie. Zrobił kolację — prosty makaron z sosem pomidorowym — i jedli razem na werandzie, mimo że powietrze było chłodne i wilgotne po deszczu.

— Ładnie pachnie — powiedział Marek, wdychając świeże powietrze. — Po deszczu wszystko pachnie tak czysto.

Beata skinęła głową, ale nic nie powiedziała.

Marek spojrzał na nią uważnie.

— Coś cię gryzie — stwierdził.

— Nie — zaprzeczyła automatycznie Beata.

— Kłamiesz — powiedział Marek łagodnie. — Znam cię zbyt dobrze. Coś cię niepokoi od wczoraj.

Beata odłożyła widelec. Może powinni o tym porozmawiać. Może powinni nazwać to, co się dzieje.

— Te twoje gry — zaczęła ostrożnie. — Te pytania „a co byś zrobiła”. One zawsze kończą się tak samo.

— Jak? — zapytał Marek, choć jego ton sugerował, że doskonale wie.

— Zawsze dochodzę do punktu, w którym nie ma już żadnych opcji. Gdzie jestem całkowicie bezradna. — Beata spojrzała na niego. — I wtedy ty się uśmiechasz. Jakbyś… jakbyś był z tego zadowolony.

Marek przez chwilę milczał, popijając wino.

— Jestem zadowolony — przyznał w końcu. — Ale nie z twojej bezradności. Jestem zadowolony z twojej zdolności do akceptacji. Do zrozumienia swoich ograniczeń.

— Ale dlaczego to jest dla ciebie takie ważne? — nalegała Beata. — Dlaczego musisz mi ciągle udowadniać, że są sytuacje, z których nie ma wyjścia?

Marek odstawił kieliszek i nachylił się do przodu.

— Bo to prawda — powiedział spokojnie. — I większość ludzi przez całe życie żyje w iluzji, że zawsze są w kontroli, że zawsze mogą coś zrobić. A potem, gdy naprawdę przyjdzie kryzys, całkowicie się rozsypują. — Spojrzał na nią intensywnie. — Chcę, żebyś była przygotowana. Żebyś rozumiała, że bezradność to nie słabość. To po prostu czasami rzeczywistość.

Beata milczała, przetrawiając jego słowa.

— A co byś zrobiła, gdyby… — zaczął Marek, i Beata poczuła znajome ukłucie w żołądku. Znowu. Tak szybko. Jeszcze nie była gotowa na kolejną grę.

— Marek, może dzisiaj… — próbowała zaprotestować.

— Gdybyś nagle zachorowała — kontynuował Marek, jakby nie słyszał jej sprzeciwu. — Gdybyś złapała potrójne zakażenie. Sepsę, tyfus plamisty i malarię. Wszystko naraz.

Beata zamknęła oczy. Oczywiście. Kolejna niemożliwa sytuacja.

— To medycznie bardzo mało prawdopodobne — powiedziała.

— Mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe — odparł Marek. — Wyobraź sobie, że jesteś gdzieś w odległym regionie świata. Może w Afryce, w Ameryce Południowej. Pracujesz tam dla jakiejś organizacji humanitarnej. I nagle dostajesz wszystkie te choroby jednocześnie.

— Jak? — zapytała Beata, otwierając oczy.

— Sepsa mogła się rozwinąć z jakiejś małej rany, która się zainfekowała — wyjaśnił Marek. — Może skaleczyłaś się o coś brudnego. Tyfus plamisty przenoszony jest przez wszy lub pchły — mogłaś się zarazić przez kontakt z chorym człowiekiem lub zwierzęciem. A malaria — przez ukąszenie komara. — Wzruszył ramionami. — Wszystko to mogło zdarzyć się w ciągu kilku dni.

— I wszystkie objawy pojawiają się jednocześnie? — Beata starała się myśleć logicznie, znaleźć dziurę w jego scenariuszu.

— Okresy inkubacji się zbiegły — powiedział Marek. — Niefortunny zbieg okoliczności. Ale możliwy. — Nachylił się. — I nagle czujesz, że coś jest bardzo nie tak. Masz wysoką gorączkę. Czterdzieści stopni, może więcej. Dreszcze przechodzą przez całe twoje ciało. Bolą cię mięśnie, stawy. Głowa pęka ci z bólu.

Beata słuchała, czując, jak napięcie narasta w jej ciele.

— Musiałabym pójść do lekarza — powiedziała. — Do szpitala, kliniki, gdziekolwiek.

— Próbujesz — zgodził się Marek. — Ale jesteś w małej wiosce, daleko od większych miast. Najbliższy szpital jest kilkaset kilometrów stąd. A ty czujesz się zbyt słaba, żeby podróżować. Ledwo możesz wstać z łóżka.

— Więc ktoś by mnie zawiózł — powiedziała Beata. — Współpracownicy, lokalni mieszkańcy. Ktoś.

— Próbują — powiedział Marek. — Ładują cię do starego jeepa. Ale drogi są okropne — dziury, błoto. Każdy wstrząs to agonia dla twojego chorego ciała. A podróż trwa godziny. W tym czasie twój stan się pogarsza.

— Ale w końcu docieramy do szpitala — powiedziała Beata z naciskiem.

— Docieracie — potwierdził Marek. — To mały, lokalny szpital. Niedofinansowany, przeciążony pacjentami. Przyjmuje cię zmęczony lekarz, który pracuje już dwunastą godzinę bez przerwy. Bada cię pobieżnie. — Marek zrobił pauzę. — I stawia błędną diagnozę.

— Jak to błędną? — Beata poczuła frustrację.

— Widzi gorączkę, dreszcze — wyjaśnił Marek. — Myśli, że to zwykła malaria. W tym regionie bardzo częsta. Daje ci standardowe leki przeciwmalaryczne i każe odpocząć. Nie wie, że to znacznie poważniejsze. Że w twoim organizmie szaleją równocześnie trzy śmiertelne choroby.

— Ale ja bym mu powiedziała — zaprotestowała Beata. — Opisała wszystkie objawy. Wspomniała o możliwości innych zakażeń.

— Próbujesz — zgodził się Marek. — Ale gorączka cię osłabia. Mówisz niewyraźnie, chaotycznie. Lekarz, zmęczony i przepracowany, nie słucha uważnie. Widział setki przypadków malarii. Dla niego jesteś po prostu kolejną pacjentką z gorączką. — Marek popijał wino. — Daje ci leki i mówi, że za dwa dni powinna poczuć się lepiej.

— Ale nie poczuję się lepiej — powiedziała cicho Beata.

— Nie — zgodził się Marek. — Bo leki przeciwmalaryczne, choć pomagają z malarią, nie robią nic przeciwko sepsie i tyfusowi. Te choroby się rozwijają. Sepsa rozprzestrzenia się przez twój organizm. Bakterie dostają się do krwiobiegu. Zaczyna się toksyczne szok septyczny.

Beata poczuła, jak jej serce bije szybciej. Wiedziała trochę o sepsie — wiedziała, że to śmiertelnie groźne.

— Musiałabym wrócić do lekarza — powiedziała. — Powiedzieć, że leki nie działają.

— Próbujesz — powiedział Marek. — Drugiego dnia, gdy stan się pogarsza zamiast poprawiać, próbujesz wrócić. Ale jesteś tak słaba, że nie możesz chodzić. Współpracownik cię niesie. W szpitalu jest inny lekarz — poprzedni skończył dyżur. Ten nowy też jest zmęczony, zestresowany.

— I też stawia błędną diagnozę? — zapytała Beata z goryczą.

— Patrzy na twoją kartę — kontynuował Marek. — Widzi, że wczoraj diagnozowano malarię, przepisano leki. Zakłada, że po prostu potrzeba więcej czasu. Daje ci kroplówkę z płynami, żeby zwalczyć odwodnienie, i każe czekać. — Marek spojrzał na nią. — Ale nie robi pełnych badań krwi. W tym szpitalu brakuje sprzętu, środków. Pełna diagnostyka zajęłaby dni i kosztowała pieniądze, których nie mają.

— To absurdalne — powiedziała Beata. — W XXI wieku, żeby szpital nie miał podstawowego sprzętu…

— Witaj w trzecim świecie — przerwał jej Marek. — W wielu miejscach na ziemi tak właśnie wygląda opieka medyczna. Niedofinansowana, przeciążona, pozbawiona podstawowych zasobów. — Nachylił się. — I ty jesteś tam, w tym miejscu, z trzema śmiertelnymi chorobami atakującymi twoje ciało jednocześnie.

Beata milczała, czując rosnącą bezradność.

— Co się dzieje dalej? — zapytała w końcu, choć bała się odpowiedzi.

— Sepsa postępuje — powiedział Marek spokojnie, niemal klinicznie. — Twoje ciśnienie krwi spada. Serce zaczyna bić nieregularnie, zbyt szybko, próbując skompensować. Nerki zaczynają odmawiać posłuszeństwa — nie mogą filtrować toksyn z krwi wystarczająco szybko.

— Musiałabym być pod stałym nadzorem medycznym — powiedziała Beata. — Na intensywnej terapii.

— Ten szpital nie ma prawdziwego oddziału intensywnej terapii — odpowiedział Marek. — Mają kilka łóżek w specjalnej sali, z podstawowym monitorem. Umieszczają cię tam. Pielęgniarka sprawdza cię co kilka godzin. Ale nie ma wystarczająco personelu, żeby ktoś był przy tobie cały czas.

— A tyfus? — zapytała Beata. — Mówiłeś, że mam też tyfus plamisty.

— Tyfus dodaje własne komplikacje — wyjaśnił Marek. — Wysypka pokrywa twoje ciało. Czerwone plamy, bolesne w dotyku. Nerwy są atakowane — czujesz przeszywający ból, jakby ktoś wbijał ci igły pod skórę. A gorączka jeszcze bardziej rośnie. Czterdzieści jeden stopni. Czterdzieści dwa.

— Musieliby ją obniżać — powiedziała Beata. — Zimne okłady, leki przeciwgorączkowe…

— Próbują — zgodził się Marek. — Dają ci paracetamol, okładają mokrymi ręcznikami. Ale twoje ciało jest polem bitwy. Trzy różne patogeny walczą o dominację, a twój układ odpornościowy jest przytłoczony. Gorączka spada, ale tylko nieznacznie. Do czterdziestu stopni. Wciąż krytycznie wysoka.

Beata poczuła, jak pot wystąpił jej na czoło, mimo że wieczór był chłodny. To była tylko historia, przypominała sobie. Tylko hipotetyczna sytuacja.

— Musiałabym domagać się lepszej opieki — powiedziała. — Transferu do większego szpitala, ewakuacji medycznej.

— Próbujesz — powiedział Marek. — Ale jesteś tak słaba, że ledwo możesz mówić. Twoje słowa są niewyraźne, splątane. Gorączka wpływa na twój umysł. Masz halucynacje. Widzisz rzeczy, które tam nie ma. Czasami nie rozpoznajesz ludzi wokół ciebie.

— Ale współpracownicy — nalegała Beata. — Oni widzą, że umierasz. Oni by domagali się lepszej opieki.

— Próbują — zgodził się Marek. — Dzwonią do organizacji, dla której pracujesz. Tłumaczą sytuację. Organizacja próbuje zorganizować ewakuację medyczną. Ale jesteś w odległym regionie. Najbliższe miejsce, skąd może wystartować helikopter medyczny, jest setki kilometrów stąd. — Marek urwał. — I pogoda się pogarsza.

— Oczywiście — mruknęła Beata.

— Zaczyna się burza — kontynuował Marek. — Gęste chmury, silny wiatr, ulewny deszcz. Helikopter nie może bezpiecznie lecieć. Muszą czekać, aż pogoda się poprawi. Może jutro. Może pojutrze.

— Nie mam pojutrza — powiedziała cicho Beata. — Prawda?

Marek spojrzał na nią z dziwną mieszanką współczucia i czego innego — może fascynacji?

— Twoje ciało systematycznie się wyłącza — powiedział. — Nerki już prawie nie pracują. Woda i toksyny gromadzą się w organizmie. Oddychanie staje się płytkie, trudne. Płuca zaczynają się zapełniać płynem.

— Respirator — powiedziała szybko Beata. — Musiałby mnie podłączyć do respiratora.

— Ten szpital ma jeden respirator — odpowiedział Marek. — Bardzo stary, często się psujący. I aktualnie zajęty przez innego pacjenta — dziecko z ciężkim zapaleniem płuc. Lekarze muszą podjąć decyzję — kto bardziej potrzebuje maszyny.

— Więc walczę o nią — powiedziała Beata, choć czuła, jak desperacja narasta w jej głosie.

— Nie możesz walczyć — powiedział Marek łagodnie. — Jesteś nieprzytomna. Śpiączka wywołana toksemią, gorączką, niewydolnością wielonarządową. Nie możesz się wypowiedzieć, nie możesz bronić swojej sprawy.

— Współpracownicy…

— Współpracownicy próbują — przerwał jej Marek. — Ale lekarze podejmują decyzję według protokołu medycznego. Dziecko ma lepsze rokowania. Jest młodsze, silniejsze, ma tylko jedno schorzenie, nie trzy. Respirator zostaje przy dziecku.

Beata poczuła łzy palące w oczach. Wiedziała, że to tylko gra, ale poczucie niesprawiedliwości było przytłaczające.

— To niesprawiedliwe — wyszeptała.

— Życie często jest niesprawiedliwe — odpowiedział Marek. — Zwłaszcza gdy zasobów jest mało, a chorych wielu.

— Więc… po prostu umieramy? — zapytała Beata. — Po prostu się poddajemy?

— Lekarze nie się poddają — powiedział Marek. — Robią co mogą z tym, co mają. Dają ci tlen przez maskę. Strzykawki z antybiotykami — wreszcie zaczynają podejrzewać infekcję bakteryjną. Ale są to antybiotyki szerokiego spektrum, niekoniecznie skuteczne przeciwko wszystkim typom bakterii, które cię atakują.

— Ale mogą działać — powiedziała Beata z rozpaczliwą nadzieją. — Jest szansa, że zadziałają.

— Niewielka szansa — przyznał Marek. — Gdyby zostały podane wcześniej, pierwszego dnia, może by zadziałały. Ale teraz… sepsa jest już zaawansowana. Tyfus wyrządził już szkody w twoim układzie nerwowym. Malaria zniszczyła czerwone krwinki. — Pokręcił głową. — Twoje ciało jest za bardzo uszkodzone.

— Ale były przypadki, że ludzie przeżywali — upierała się Beata. — Nawet w skrajnie trudnych warunkach. Ludzki organizm potrafi się regenerować…

— To prawda — zgodził się Marek. — Zdarzają się cuda. Ale one są wyjątkami, nie regułą. — Spojrzał na nią intensywnie. — Powiedz mi, Beato. Uczciwiej. W głębi duszy. Czy wierzysz, że w tej sytuacji, z tymi trzema chorobami, w tym niedofinansowanym szpitalu, bez właściwego sprzętu, przeżyjesz?

Beata milczała długo. Chciała powiedzieć „tak”. Chciała znaleźć jakiś sposób, jakąś drogę wyjścia. Ale Marek miał rację. W głębi duszy wiedziała, że to sytuacja bez wyjścia.

— Mógłby przyjść ten helikopter — powiedziała w końcu słabo. — Burza mogłaby się skończyć wcześniej niż przewidywano.

— Mogłaby — zgodził się Marek. — Trzeciego dnia pogoda się poprawia. Helikopter startuje. Leci do ciebie. — Zrobił pauzę. — Ale ty jesteś już w tak ciężkim stanie, że lekarze nie są pewni, czy przeżyjesz transport. Twoje ciśnienie jest tak niskie, że każde poruszenie może wywołać zatrzymanie krążenia.

— Więc stabilizują mnie najpierw — powiedziała Beata. — Przed transportem.

— Próbują — powiedział Marek. — Ale czym? Nie mają właściwych leków, właściwego sprzętu. Robią, co mogą, ale to nie wystarcza. I helikopter nie może czekać w nieskończoność — ma ograniczoną ilość paliwa, inne przypadki do obsłużenia.

— Więc wsadzają mnie do helikoptera i lecą — powiedziała Beata.

— Tak — potwierdził Marek. — Ładują cię — ostrożnie, ale każdy ruch to agonia dla twojego ciała. Helikopter startuje. Leci do większego szpitala, który jest dwie godziny lotu stąd. — Marek spojrzał na nią. — I w połowie drogi twoje serce się zatrzymuje.

Beata poczuła, jakby ktoś uderzył ją w brzuch.

— Mają sprzęt reanimacyjny — powiedziała szybko. — Defibrylator. Mogą mnie ożywić.

— Mają — zgodził się Marek. — Lekarz medycyny ratunkowej w helikopterze natychmiast rozpoczyna resuscytację. Uciśnięcia klatki piersiowej. Defibrylacja. Adrenalina. — Marek zrobił pauzę. — I udaje się. Twoje serce zaczyna znowu bić.

Beata wypuściła powietrze z ulgą.

— Ale jesteś w jeszcze gorszym stanie — kontynuował Marek. — Zatrzymanie krążenia, nawet krótkie, pozbawiło twój mózg tlenu. Narządy, które już były uszkodzone, zostały uszkodzone jeszcze bardziej. I dwadzieścia minut później serce zatrzymuje się znowu.

— Znowu reanimacja — powiedziała Beata, choć jej głos był już słaby, pozbawiony przekonania.

— Znowu reanimacja — potwierdził Marek. — I znowu udaje się przywrócić rytm. Ale każdy epizod czyni cię coraz słabszą. Helikopter w końcu ląduje przy szpitalu. Wyładowują cię, biegnąc do sali operacyjnej. — Marek nachylił się do przodu. — Tam czeka zespół lekarzy. Najlepszy sprzęt. Wszystko, czego potrzeba. Wreszcie.

— Więc jest nadzieja — powiedziała Beata.

— Lekarze robią wszystko, co mogą — powiedział Marek. — Ale widzą, co widzi medyk z helikoptera: stan jest krytyczny. Możliwe uszkodzenie mózgu. Niewydolność wielonarządowa. Twoje ciało praktycznie się wyłącza.

— Mogliby… — zaczęła Beata, ale nie wiedziała, jak dokończyć.

— Mogliby cię podtrzymać przy życiu maszynami — dokończył Marek. — Respirator, dializa, wsparcie krążenia. Mogliby utrzymać twoje ciało funkcjonujące, technicznie żywe. Ale ty… — dotknął jej czoła — ty byłabyś już prawdopodobnie nieobecna. Twój mózg, pozbawiony tlenu podczas tych zatrzymań krążenia, mógł doznać nieodwracalnych uszkodzeń.

Beata zamknęła oczy, czując, jak łzy płyną po jej policzkach.

— Więc nawet jeśli przeżyję… — wyszeptała.

— Nawet jeśli twoje ciało przeżyje — poprawił ją delikatnie Marek — to nie będziesz już sobą. Możliwe uszkodzenia kory mózgowej, stan wegetatywny, śpiączka, z której możesz nigdy nie wyjść.

— To… to okropne — powiedziała Beata, otwierając oczy pełne łez.

— To jest rzeczywistość pewnych sytuacji medycznych — odpowiedział Marek. — Czasami nawet najlepsza opieka przychodzi za późno. Czasami ciało jest zbyt mocno uszkodzone, żeby mogło się zregenerować.

— Ale dlaczego? — zapytała Beata, a w jej głosie zabrzmiała prawdziwa rozpacz. — Dlaczego wymyślasz tak okrutne scenariusze?

Marek wstał i podszedł do niej. Klęknął obok jej krzesła i wziął jej twarz w swoje dłonie, delikatnie wycierając łzy.

— Bo chcę, żebyś zrozumiała — powiedział cicho — że śmierć jest częścią życia. Że choroba może przyjść nagle, zniszczyć wszystko, niezależnie od tego, jak bardzo się staramy. Że czasami naprawdę nie ma wyjścia. — Pocałował ją w czoło. — I że akceptacja tego nie jest słabością. To mądrość.

Beata patrzyła na niego przez łzy.

— Nie wiem, czy potrafię to zaakceptować — wyszeptała.

— Potrafisz — powiedział Marek z przekonaniem. — Już to zrobiłaś. Dwa razy w ten weekend. W studni. W oceanie. I teraz, w szpitalu. — Uśmiechnął się szeroko, tym swoim charakterystycznym uśmiechem satysfakcji. — Widzisz to? Widzisz, jak daleko zaszłaś?

Beata nie czuła, żeby zaszła gdziekolwiek daleko. Czuła się tylko wyczerpana, opróżniona, pozbawiona nadziei.

— Jestem z ciebie dumny — powiedział Marek, całując ją w usta. — Bardzo dumny.

Wstał i podszedł do kredensu. Wyjął tę samą butelkę koniaku co wczoraj — teraz już prawie pustą.

— Dokończymy to — powiedział, nalewając im obu. — I idziemy spać. Wystarczy tych emocji na jeden weekend.

Beata wzięła szklankę drżącą ręką. Wypiła duszkiem, czując, jak alkohol pali jej gardło, żołądek. Chciała tego palenia. Chciała czegoś, co zagłuszy te obrazy w jej głowie — obrazy jej własnego umierającego ciała, zaatakowanego przez niewidzialne patogeny, powoli się wyłączającego mimo wysiłków lekarzy.

Marek dopił swoją szklankę i wyciągnął do niej rękę.

— Chodź — powiedział miękko.

Beata wzięła jego dłoń i pozwoliła się poprowadzić. Szli przez ciemny dom do sypialni. Każdy krok wydawał się wymagać ogromnego wysiłku, jakby naprawdę była chora, jakby naprawdę jej ciało odmawiało posłuszeństwa.

W sypialni Marek rozebrał ją z czułością, która kontrastowała z okrucieństwem jego wcześniejszych słów. Ułożył ją w łóżku, nakrył kołdrą, położył się obok.

— To była tylko historia — szepnął, obejmując ją. — Tylko hipotetyczna sytuacja.

— Wiem — odpowiedziała Beata, choć jej głos zabrzmiał niepewnie.

— Jesteś zdrowa — kontynuował Marek, głaszcząc jej włosy. — Jesteś bezpieczna. Jesteś tutaj, ze mną.

— Wiem — powtórzyła Beata, ale słowa brzmiały pusto.

Bo coś się zmieniło tego weekendu. Coś w niej pękło lub otworzyło — nie potrafiła określić co dokładnie. Ale czuła, że te gry, te scenariusze, te systematyczne dowody jej bezradności robiły z nią coś. Zmieniały ją w sposób, którego nie do końca rozumiała.

— Marek? — powiedziała cicho, gdy leżeli w ciemności.

— Tak?

— Czy ty… czy ty kiedykolwiek czujesz się bezradny? Czy są sytuacje, które przerażają ciebie?

Marek milczał przez długą chwilę.

— Oczywiście — powiedział w końcu. — Każdy czasami czuje się bezradny.

— Więc dlaczego nigdy o tym nie mówisz? Dlaczego zawsze to ja jestem tą, która jest testowana?

Kolejna cisza, jeszcze dłuższa.

— Bo ty jesteś silniejsza, niż myślisz — odpowiedział Marek. — I chcę, żebyś to zobaczyła. Żebyś zobaczyła, że możesz zmierzyć się z najgorszymi scenariuszami i wciąż przetrwać.

— Ale w tych scenariuszach nie przetrwałam — zauważyła Beata. — W każdym z nich umierałam. Albo byłam uwięziona na zawsze.

— Ale ty tutaj przetrwałaś — powiedział Marek, przyciskając ją mocniej. — W rzeczywistości. W tej sypialni. Ty przetrwałaś konfrontację z tymi strachami. A to jest prawdziwa siła.

Beata chciała w to uwierzyć. Chciała czuć się silna. Ale czuła się tylko zmęczona.

Sen przyszedł powoli, ciężko. I znowu śniła. Tym razem nie o studni ani oceanie, ale o białych ścianach szpitala. O malinach elektronicznych monitorów. O uczuciu stopniowego wyłączania się, stopniowego odchodzenia, podczas gdy lekarze krzątali się wokół jej ciała, próbując uratować coś, co już było nie do uratowania.

Obudziła się raz w środku nocy, zlana potem, dysząc ciężko. Spojrzała na Marka śpiącego obok. W słabym świetle księżyca wpadającym przez okno widziała jego twarz. Wyglądał spokojnie, zadowolony.

Na jego ustach wciąż widniał lekki uśmiech.

Beata patrzyła na niego długo, zastanawiając się, kim naprawdę jest mężczyzna, którego poślubiła dwanaście lat temu. Czy zawsze był taki? Czy te gry, ta potrzeba dowodzenia jej bezradności, były zawsze częścią jego osobowości? A może to coś nowego, coś, co rozwinęło się z czasem?

I najważniejsze pytanie, które zadawała sobie, leżąc w ciemności: dlaczego ona na to pozwalała?

Dlaczego, weekend po weekendzie, siedziała z nim i pozwalała mu prowadzić ją przez te mentalne tortury? Dlaczego nie mówiła „nie”, „dość”, „nie chcę tego więcej”?

Może dlatego, że gdzieś głęboko, w miejscu, którego nie chciała przyznać przed sobą, było w tym coś pociągającego. Coś w tej konfrontacji z bezradnością, w tym procesie poddawania się, co było dziwnie… uwłaczającym? Cathartic? Nie potrafiła znaleźć właściwego słowa.

A może po prostu kochała Marka i chciała mu dawać to, czego potrzebował. Nawet jeśli to, czego potrzebował, było tak dziwne, tak niepokojące.

W końcu znowu zasnęła, wciąż nie mając odpowiedzi na te pytania.

A Marek spał obok, spokojny i zadowolony, uśmiechnięty we śnie, już prawdopodobnie wymyślający kolejny scenariusz bez wyjścia na następny weekend.

Rozdział IV: Lina

Poniedziałkowy poranek przywitał Beatę szarością i zimnem. Obudziła się wcześnie, jeszcze przed budzikiem, i przez długą chwilę leżała nieruchomo, patrząc w sufit. Marek już wstał — słyszała szum prysznica z łazienki. Za oknem padał drobny, uporczywy deszcz.

Weekend pozostawił w niej dziwne uczucie. Nie potrafiła nazwać go dokładnie — to nie była ani frustracja, ani złość, ani nawet strach. To było coś głębszego, bardziej fundamentalnego. Poczucie, że coś w ich związku przesunęło się, zmieniło kształt w sposób, którego nie do końca rozumiała.

Marek wszedł do sypialni, już ubrany w garnitur, pachnący świeżo po prysznicu.

— Dzień dobry — powiedział, pochylając się, by pocałować ją w czoło. — Jak się czujesz?

— Zmęczona — odpowiedziała szczerze Beata.

— Weekend był intensywny — przyznał Marek, prostując krawat przed lustrem. — Może dzisiaj powinnaś odpocząć. Weź dzień wolny w pracy.

Beata zastanowiła się przez chwilę. Może rzeczywiście powinna. Ale z drugiej strony, sama w domu, miałaby zbyt dużo czasu na myślenie. A myślenie o weekendowych rozmowach nie wydawało się dobrym pomysłem.

— Pójdę do pracy — powiedziała, siadając na łóżku. — Rozproszenie mi dobrze zrobi.

Marek skinął głową i wyszedł. Beata słyszała, jak porusza się po kuchni, przygotowując śniadanie. Przez chwilę siedziała nieruchomo, zbierając siły na rozpoczęcie kolejnego dnia.

Dzień w pracy był monotonny i wyczerpujący. Beata pracowała w kancelarii prawnej jako asystentka prawnika, i choć normalnie lubiła swoją pracę, dzisiaj każda czynność wydawała się wymagać nadludzkiego wysiłku. Jej myśli ciągle odpływały do weekendu, do tych rozmów z Markiem, do uczucia bezradności, które tak metodycznie w niej budował.

Współpracownicy zauważyli, że coś jest nie tak.

— Wszystko w porządku? — zapytała Kasia, młodsza koleżanka, podczas przerwy na kawę. — Wyglądasz na wyczerpaną.

— Trudny weekend — odpowiedziała Beata, uśmiechając się blado.

— Kłótnia z mężem? — zapytała Kasia współczująco.

— Nie, nie kłótnia — powiedziała Beata. — Po prostu… skomplikowane.

I rzeczywiście było skomplikowane. Bo to nie były kłótnie. Marek nigdy nie podnosił głosu, nigdy nie był agresywny czy wulgarny. Wręcz przeciwnie — był czuły, troskliwy, kochający. Ale te gry… te scenariusze… były czymś innym. Czymś, czego Beata nie potrafiła wyjaśnić nikomu, włącznie z samą sobą.

Wróciła do domu późnym popołudniem, przemoczona deszczem, zmęczona i wyczerpana emocjonalnie. Marek jeszcze nie wrócił — pracował dłużej w poniedziałki. Beata zrobiła sobie herbatę i usiadła w salonie, próbując czytać książkę, ale słowa rozmazywały się przed jej oczami.

Gdy Marek w końcu wrócił, było już po ósmej wieczorem. Wyglądał równie zmęczony jak ona.

— Ciężki dzień? — zapytała Beata.

— Bardzo — odpowiedział Marek, rzucając teczkę na fotel. — Ty też wyglądasz na wyczerpaną.

— Jestem — przyznała Beata.

— To może wcześnie do łóżka? — zaproponował Marek. — Jutro będzie lepiej.

Zgodzili się na to i rzeczywiście poszli spać wcześniej niż zwykle. Beata zasnęła szybko, wyczerpana, i spała ciężko, bez snów.

Wtorek i środa minęły w podobny sposób — praca, powrót do domu, kolacja, sen. Marek wydawał się zajęty swoimi sprawami i nie inicjował żadnych rozmów o „co byś zrobiła”. Beata czuła się z jednej strony ulgą, a z drugiej dziwnym rozczarowaniem. Jakby część jej, która nienawidziła tych gier, walczyła z inną częścią, która już zaczynała za nimi tęsknić.

W czwartek wieczorem Marek wrócił do domu z butelką dobrego koniaku.

— Pomyślałem, że moglibyśmy miło spędzić wieczór — powiedział z uśmiechem. — Może na tarasie? Deszcz w końcu przestał.

Beata poczuła znajome ukłucie niepokoju. Wiedziała, co oznacza „miły wieczór” z koniakiem. Kolejna gra. Kolejny scenariusz.

— Marek… — zaczęła, ale nie wiedziała, jak dokończyć. Jak powiedzieć „nie chcę” bez obrażania go? Jak wyjaśnić, że te gry ją wyczerpują, nawet jeśli część jej jest nimi zafascynowana?

— Tylko porozmawiamy — powiedział Marek łagodnie, jakby czytał w jej myślach. — Nic więcej. Jeśli będziesz chciała przestać, po prostu powiesz.

Beata skinęła głową niepewnie i poszła za nim na taras. Wieczór był chłodny, ale suchy. Niebo powoli ciemniało, pierwsze gwiazdy zaczynały się pojawiać.

Marek nalał im koniaku. Usiedli naprzeciwko siebie, tak jak co piątek, choć dzisiaj był czwartek.

— A co byś zrobiła, gdyby… — zaczął Marek, i Beata poczuła, jak jej ciało automatycznie się napina — gdybyś szła po linie rozpiętej pomiędzy dwoma wysokimi budynkami?

Beata zamknęła oczy. Kolejna niemożliwa sytuacja. Kolejny test.

— Dlaczego miałabym iść po linie między budynkami? — zapytała, otwierając oczy.

— To nieważne dlaczego — odpowiedział Marek. — Może to jakieś wyzwanie, może pokaz akrobatyczny, może szkolenie. — Wzruszył ramionami. — Ważne jest, że tam jesteś. Na linie. Sześćdziesiąt pięć metrów nad ziemią.

Beata wypiła łyk koniaku, czując, jak ciepło rozchodzi się po jej piersi.

— Sześćdziesiąt pięć metrów to bardzo wysoko — powiedziała.

— Bardzo — zgodził się Marek. — Mniej więcej wysokość dwudziestopiętrowego budynku. Patrzysz w dół i widzisz ulicę, samochody wyglądające jak zabawki, ludzi jak mrówki. — Nachylił się do przodu. — I czujesz wiatr. Lekki, ale wystarczający, żeby lina delikatnie się kołysała.

— Miałabym jakieś zabezpieczenia? — zapytała Beata. — Linę asekuracyjną, uprząż?

Marek pokręcił głową.

— Bez zabezpieczeń. To spacer linowy w czystej formie — tylko ty, lina i tyczka do równowagi.

— Tyczka do równowagi — powtórzyła Beata. — Więc mam przynajmniej to.

— Na razie tak — powiedział Marek z dziwnym uśmiechem. — Trzymasz długą, lekką tyczką, która pomaga ci utrzymać równowagę. Jesteś mniej więcej w połowie drogi między budynkami. Dwadzieścia metrów za tobą, dwadzieścia przed tobą.

— Więc kontynuuję — powiedziała Beata. — Ostrożnie, małymi krokami, utrzymując równowagę.

— Próbujesz — zgodził się Marek. — Ale wiatr się wzmaga. Czujesz, jak podmuch uderza cię z boku. Lina kołysze się mocniej. Musiałby skorygować pozycję, przesunąć tyczkę, żeby nie stracić równowagi.

— Więc to robię — powiedziała Beata. — Koryguję pozycję. Może nawet kucam na moment, obniżam środek ciężkości.

— Kucasz — potwierdził Marek. — To mądre. Czekasz, aż podmuch przejdzie. I rzeczywiście, po chwili wiatr słabnie. Prostujesz się powoli, ostrożnie. I wtedy… — Marek zrobił dramatyczną pauzę — twoje dłonie są spocone. Od stresu, od wysiłku koncentracji. I tyczka wyślizguje ci się z rąk.

Beata poczuła, jakby w jej żołądku opadł kamień.

— Próbuję ją złapać — powiedziała szybko.

— Próbujesz — zgodził się Marek. — Wyciągasz ręce, próbujesz schwytać spadającą tyczkę. Ale ten gwałtowny ruch burzy twoją równowagę. Zaczynasz się chwiać. Tracisz stabilność.

— Muszę się skupić na zachowaniu równowagi — powiedziała Beata. — Pozwalam tyczce spaść i koncentruję się na utrzymaniu się na linie.

— Mądra decyzja — przyznał Marek. — Rezygnujesz z tyczki i skupiasz się na równowadze. Machasz rękami, próbując się ustabilizować. Ale bez tyczki jest o wiele trudniej. Twoje ciało kołysze się niebezpiecznie. Przez moment wydaje się, że zaraz spadniesz.

— Ale nie spadam — powiedziała Beata z naciskiem. — Udaje mi się utrzymać równowagę.

— Udaje ci się — zgodził się Marek. — Po kilku przerażających sekundach stabilizujesz się. Stoisz na linie, bez tyczki, sześćdziesiąt pięć metrów nad ziemią. — Popijał koniak. — I wtedy zauważasz coś jeszcze. Ptaka.

— Ptaka? — powtórzyła Beata.

— Sepa — sprecyzował Marek. — Dużego, z rozpostartymi skrzydłami może dwa metry. Krąży w powietrzu, niedaleko od ciebie. I zbliża się.

— Sępy nie atakują żywych ludzi — powiedziała Beata. — Żywią się padliną.

— To prawda — zgodził się Marek. — Ale ten sęp jest głodny. Bardzo głodny. I może nie atakuje bezpośrednio, ale… — zawiesił głos — jest ciekawy. Przylatuje bliżej. Krąży wokół ciebie.

— Próbuję go odstraszyć — powiedziała Beata. — Machałam rękami, krzyczała.

— Machasz rękami — powiedział Marek — ale to znowu burzy twoją równowagę. Bez tyczki każdy ruch jest ryzykowny. Musisz wybierać — straszyć ptaka czy utrzymać równowagę.

Beata milczała, czując rosnącą frustrację.

— A sęp? — zapytała. — Co robi?

— Przylatuje jeszcze bliżej — odpowiedział Marek. — Może trzy metry od ciebie. Widzisz jego żółte oczy, zakrzywiony dziób, szpony. Krąży, obserwuje cię. I nagle… — Marek zrobił pauzę — nurkuje w twoją stronę.

— Uchylam się — powiedziała szybko Beata.

— Uchylasz się — potwierdził Marek. — Zginasz kolana, pochylasz głowę. Sęp mija cię o kilkadziesiąt centymetrów. Czujesz podmuch powietrza od jego skrzydeł. — Marek spojrzał na nią intensywnie. — Ale ten gwałtowny ruch… tracisz równowagę.

— Nie! — krzyknęła Beata, mimo że wiedziała, że to tylko historia. — Muszę się utrzymać!

— Próbujesz — powiedział Marek spokojnie. — Rozpaczliwie próbujesz. Machasz rękami, balansujesz, starasz się znaleźć stabilność. Ale lina kołysze się, twoje ciało jest przekrzywione, środek ciężkości przesunięty. I czujesz, że spadasz.

— Łapię się liny! — powiedziała Beata desperacko. — Gdy zaczynam spadać, łapię się liny rękami!

Marek skinął głową z uznaniem.

— Szybka reakcja — powiedział. — W ostatnim momencie, gdy już zaczynasz spadać z liny, udaje ci się jej złapać. Wisisz teraz, trzymając się liny obiema rękami, ciało buja się sześćdziesiąt pięć metrów nad ziemią.

Beata poczuła, jak jej dłonie mimowolnie zaciskają się, jakby naprawdę trzymały linę.

— Podciągam się — powiedziała. — Wciągam się z powrotem na linę.

— Próbujesz — powiedział Marek. — Ale to trudniejsze, niż myślałaś. Lina jest cienka, trudna do złapania. Twoje ręce są spocone, śliskie. A podciąganie własnego ciała na samych rękach, bez punktu oparcia dla nóg… — pokręcił głową. — To wymaga ogromnej siły.

— Jestem wystarczająco silna — upierała się Beata. — Ćwiczyłam…

— Ćwiczyłaś w siłowni, przy podciąganiu na drążku — przerwał jej Marek. — Ale to była stabilna, gruba drążek, a twoje ręce były suche, w odpowiednich rękawiczkach. To jest cienka lina, twoje dłonie śliskie od potu i strachu, a pod tobą sześćdziesiąt pięć metrów pustej przestrzeni.

Beata milczała, wiedząc, że ma rację.

— Próbujesz się podciągnąć — kontynuował Marek. — Napinasz ramiona, próbujesz unieść swoje ciało. Przez moment wydaje się, że się uda. Podnosisz się kilka centymetrów. Ale wtedy twoje mięśnie zaczynają drżeć. Ramiona płoną z wysiłku. I nie możesz dalej.

— Wiszę więc — powiedziała Beata cicho. — Trzymam się, dopóki mogę.

— Trzymasz się — zgodził się Marek. — Ale jak długo? Twoje ramiona już teraz drżą. Palce zaczynają się ślizgać. A sęp wciąż krąży w pobliżu.

— Ktoś mnie widzi — powiedziała Beata. — Na ulicy, z budynków. Ktoś woła pomoc.

— Tak — przyznał Marek. — Ludzie na dole zauważyli cię. Wskazują, krzyczą. Ktoś dzwoni po straż pożarną. Ale… — zawiesił głos — najbliższa jednostka straży jest dziesięć minut drogi stąd. Może więcej, jeśli są korki.

— Dziesięć minut — powiedziała Beata. — Muszę wytrzymać dziesięć minut.

— Możesz? — zapytał Marek. — Twoje ramiona już teraz są na granicy wytrzymałości. Czujesz, jak siła ucieka z twoich mięśni. Palce zaczynają się zsuwać z liny, milimetr po milimetrze.

— Próbuję znaleźć lepszy chwyt — powiedziała Beata. — Może owinąć linę wokół nadgarstka, używać nie tylko palców…

— Próbujesz — powiedział Marek. — Ostrożnie, bo każdy ruch niesie ryzyko, że całkowicie stracisz chwyt, próbujesz przesunąć dłoń, owinąć linę wokół nadgarstka. I udaje ci się. Z jedną ręką. — Marek zrobił pauzę. — Ale kiedy próbujesz zrobić to samo z drugą ręką, lina się kołysze. Twój chwyt słabnie. I czujesz, że zaraz puścisz.

— Nie puszczę! — krzyknęła Beata, jej głos był pełen desperacji, mimo że wiedziała, że to tylko gra.

— Nie chcesz puścić — poprawił ją Marek łagodnie. — Ale twoje ciało ma swoje granice. Mięśnie odmawiają posłuszeństwa. Palce się prostują, mimo twojej woli. I czujesz, że ślizgasz się, spadasz…

— I znowu łapię się! — przerwała mu Beata. — W ostatnim momencie znowu łapię się jedną ręką!

Marek skinął głową.

— Desperacki odruch. Ostatni wyskok adrenaliny — zgodził się. — Łapiesz się jedną ręką. Wisisz teraz na jednej ręce, całe twoje ciało wisi sześćdziesiąt pięć metrów nad ziemią, utrzymywane przez palce jednej dłoni zaciśnięte na cienkiej linie.

— Druga ręka — powiedziała Beata szybko. — Podciągam drugą rękę, łapię się ponownie obiema rękami.

— Próbujesz — powiedział Marek. — Podnosisz drugą rękę, wyciągasz do liny. Ale ta ręka jest już całkowicie wyczerpana. Gdy próbujesz złapać linę, twoje palce są jak z gumy, słabe, nie chcą się zacisnąć. Trącasz linę, ale nie możesz jej złapać.

— Więc wiszę na jednej ręce — powiedziała Beata, czując łzy napływające do oczu. — I czekam na pomoc.

— Czekasz — zgodził się Marek. — Wisisz, każda sekunda to wieczność. Twoja ręka drży, płonie, pali. Czujesz, jak każdy pojedynczy mięsień krzyczy z bólu. I słyszysz w dole syreny. Straż pożarna jedzie. Ale są jeszcze kilka minut drogi stąd.

— Wytrzymam — powiedziała Beata, choć jej głos brzmiał niepewnie.

— Twoja ręka już prawie nie czuje — powiedział Marek. — Palce są zdrętwiałe. Tracisz czucie. I nie wiesz, czy wciąż trzymasz linę, czy już się zsuwasz. — Spojrzał na nią. — A sęp znowu przylatuje bliżej.

— Dlaczego? — zapytała Beata z rozpaczą. — Dlaczego ten sęp nie odlatuje?

— Jest głodny — odpowiedział Marek. — I instynktownie wie, że dzieje się coś nietypowego. Że może być okazja do jedzenia. Nie atakuje cię bezpośrednio, ale krąży, obserwuje, czeka.

— Ludzie na dole — powiedziała Beata. — Mogliby go odstraszyć? Rzucać czymś, krzyczeć?

— Próbują — powiedział Marek. — Krzyczą, machają, niektórzy rzucają kamieniami. Ale jesteś tak wysoko, że kamienie nie dosięgają. A sęp jest za daleko od nich, żeby poczuć się zagrożony. Jest na twojej wysokości, kilka metrów od ciebie, i tam się czuje bezpiecznie.

Beata poczuła falę bezsilności przepływającą przez jej ciało.

— Więc co mam zrobić? — zapytała cicho.

— Co możesz zrobić? — odpowiedział pytaniem Marek. — Wisisz na jednej, wyczerpanej ręce. Sęp krąży w pobliżu. Straż pożarna jest jeszcze kilka minut drogi stąd. Twoje palce tracą czucie, ślizgają się milimetr po milimetrze…

— Modlę się — powiedziała Beata. — Po prostu modlę się, żeby straż dotarła na czas.

— Modlisz się — zgodził się Marek. — Zamykasz oczy, próbujesz znaleźć jakąś wewnętrzną siłę, cokolwiek, co pozwoli ci wytrzymać jeszcze chwilę, jeszcze sekundę. — Popijał koniak. — I słyszysz syrenę coraz bliżej. Straż jest już prawie. Jeszcze minuta, może dwie.

— Więc jest nadzieja — powiedziała Beata, choć nie zabrzmiało to przekonująco.

— Straż pożarna przyjeżdża — powiedział Marek. — Zatrzymuje się pod budynkiem. Strażacy wyskakują z wozu, oceniają sytuację. Zaczynają przygotowywać drabinę hydrauliczną. Ale… — zawiesił głos znacząco — drabina potrzebuje czasu, żeby się rozłożyć, ustawić, podnieść do odpowiedniej wysokości. Może trzy, cztery minuty.

— Wytrzymam — powiedziała Beata, choć czuła, że to kłamstwo.

— Twoja ręka jest już całkowicie zdrętwiała — powiedział Marek spokojnie. — Nie czujesz palców. Nie czujesz liny. Tylko głęboki, pulsujący ból w ramieniu, w barku, w całej ręce. I czujesz, że ślizgasz się. Powoli, nieubłaganie, ślizgasz się w dół.

— Próbuję drugą ręką — powiedziała desperacko Beata. — Jeszcze raz, z ostatnich sił, próbuję złapać się drugą ręką.

— Podnosisz drugą rękę — powiedział Marek. — To kosztuje cię niemal wszystko, co ci zostało. Wyciągasz ją do liny. Twoje palce są tak słabe, że ledwo się poruszają. Trącasz linę, próbujesz się złapać…

— I się udaje! — krzyknęła Beata. — Musi się udać!

Marek pokręcił głową powoli.

— Palce zsuwają się — powiedział cicho. — Są zbyt słabe, zbyt wyczerpane. Nie możesz złapać. — Spojrzał jej prosto w oczy. — I wtedy twoja pierwsza ręka, ta, która cię utrzymywała przez cały ten czas… całkowicie traci czucie. Palce prostują się. I puszczasz.

Beata poczuła, jakby ktoś uderzył ją w brzuch. Wiedziała, że to nadejdzie — wiedziała, że Marek doprowadzi ją do tego punktu — ale wciąż, gdy to powiedział, poczuła prawdziwy szok.

— Spadam — wyszeptała.

— Spadasz — potwierdził Marek. — Przez ułamek sekundy wisisz w powietrzu, a potem zaczynasz opadać. Sześćdziesiąt pięć metrów w dół. W dole widzisz twarze ludzi patrzących w górę, strażaków próbujących rozłożyć sieć ratunkową, ale to wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie…

— Sieć ratunkowa! — przerwała mu Beata. — Przecież mówiłeś o sieci! Złapie mnie!

— Próbują ją rozłożyć — powiedział Marek. — Ale potrzebują czasu. Czasu, którego nie masz. Spadasz, a oni dopiero rozkładają materiał, próbują ustawić się w odpowiednim miejscu, ale ty spadasz zbyt szybko, a oni są zbyt wolni…

— Więc nie zdążą — powiedziała Beata, czując, jak łzy płyną po jej policzkach.

— Jest taka szansa — przyznał Marek. — Niewielka, ale jest. Może ustawią sieć w ostatniej chwili. Może zdążą. — Spojrzał na nią. — Ale prawdopodobnie nie.

Beata płakała teraz otwarcie, łzy spływały po jej twarzy, choć wiedziała, że to absurdalne — płakać nad fikcyjną sytuacją, nad scenariuszem wymyślonym przez jej męża.

— Dlaczego? — zapytała przez łzy. — Dlaczego to robisz? Dlaczego zawsze muszę umierać w twoich historiach?

Marek wstał i podszedł do niej. Klęknął obok jej krzesła, wziął jej twarz w swoje dłonie, delikatnie wycierając łzy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 76.16