E-book
23.63
7 METRÓW

Bezpłatny fragment - 7 METRÓW


Objętość:
322 str.
ISBN:
978-83-8467-511-3

ROZDZIAŁ 1

Dwadzieścia sekund

Zegar pokazywał dwadzieścia sekund i Zuza nienawidziła każdej z nich.

Dwadzieścia siedem do dwudziestu siedmiu. Hala w Toruniu była wypełniona do ostatniego krzesełka i ryczała tak, że Zuza czuła ten dźwięk w mostku, jakby ktoś stukał jej pięścią w żebra. Hetman miał piłkę. Hetman miał dwadzieścia sekund, jedną akcję i Wiktorię na środku rozegrania — Wiktorię, która przez cały mecz rzucała tak, jakby osobiście nie znosiła siatki za plecami Zuzy.

— Wychodzimy do niej! — krzyknęła Zuza, choć wiedziała, że w tym hałasie słyszy ją najwyżej Dorota. — Dora, bierzesz ją! Nie dajcie jej wejść w środek!

Dorota uniosła rękę, nie odwracając się. To wystarczyło. Obrona Iskry przesunęła się jak jedno ciało, sześć kobiet związanych niewidzialną linką, której drugi koniec trzymała Zuza.

Siedemnaście sekund.

Hetman przerzucał piłkę po obwodzie, szybko, nerwowo. Prawa rozgrywająca, skrzydło, z powrotem. Zuza ugięła kolana, rozłożyła ręce, przestąpiła z nogi na nogę. Lewy bark odezwał się tym znajomym, tępym ciepłem, które pojawiało się zawsze po czterdziestu minutach i nie znikało aż do rana. Nie teraz, pomyślała. Porozmawiamy w szatni.

Piętnaście.

Kątem oka zarejestrowała ruch przy linii, dwa metry od słupka. Sędzia. W drugiej połowie przy każdej akcji Hetmana to ona stawała właśnie tam — wyprostowana, nieruchoma, z gwizdkiem w ustach i tym spojrzeniem, które Zuza czuła na sobie jak przeciąg. Jej partnerka biegała w polu. Czarna koszulka, ciemne włosy związane nisko, ani jednego zbędnego gestu.

Trzynaście.

Wiktoria dostała piłkę i ruszyła.

Zuza zobaczyła to wcześniej, niż się wydarzyło: zwód w prawo, przyspieszenie, wejście w lukę między Dorotą a środkową. Dorota też to zobaczyła. Wyszła do przodu, stanęła, zamknęła drogę całym ciałem — przodem, z rękami przy sobie, podręcznikowo, tak jak Renata kazała im ćwiczyć do znudzenia. Wiktoria wbiegła w nią z pełnym impetem. Obie się zachwiały. Wiktoria poleciała na parkiet, piłka wypadła jej z rąk i potoczyła się w stronę Zuzy.

Zuza już pochylała się po nią, już widziała Polę wyrywającą się na lewym skrzydle, już czuła smak kontry…

Gwizdek.

Krótki, ostry, tuż przy jej uchu.

Zuza wyprostowała się i odwróciła. Sędzia przy linii stała z uniesioną ręką, a potem, jakby nie było w tym nic niezwykłego, wskazała linię siedmiu metrów.

Przez pół sekundy hala milczała.

Potem wybuchła.

* * *

— To jest żart?! — Dorota podbiegła pierwsza, z rozłożonymi rękami. — Stałam! Stałam, do cholery, ona we mnie wbiegła!

Sędzia ułożyła dłonie w literę T. Czas zatrzymany. Na tablicy zamarło: 0:11.

Jedenaście sekund. Rzut karny. Remis.

Zuza słyszała wszystko naraz i nic konkretnie. Gwizdy z trybun, tak przenikliwe, że bolały zęby. Chór zaczynający skandować coś, czego lepiej było nie rozumieć. Renatę, która wypadła ze strefy zmian i krzyczała na sędzię w polu tak długo, aż ta podbiegła i pokazała jej żółtą kartkę. Plastikową butelkę, która wylądowała na parkiecie za linią boczną i potoczyła się pod reklamę banku. Spikera proszącego „szanownych kibiców o zachowanie spokoju” głosem kogoś, kto sam nie wierzy w to, co mówi.

Pola złapała Dorotę za koszulkę, zanim ta zdążyła zrobić coś, za co dostałaby czerwoną kartkę.

— Dora. Dora, stop. Zuza obroni.

— Obroni — powtórzyła Dorota to tak, jakby próbowała się tym słowem udławić. — Kurwa, obroni.

Zuza nie powiedziała nic. Patrzyła na sędzię.

Ta stała z tym samym spokojem, z jakim prowadziła całe spotkanie. Jej partnerka — wysoka, z krótko ostrzyżonymi, siwiejącymi włosami i twarzą surowej nauczycielki WF-u — podeszła do niej na kilka sekund. Wymieniły parę słów, których nie dało się usłyszeć. Wyższa lekko przechyliła głowę. Ta przy linii pokręciła swoją. Raz, krótko. Wyższa skinęła i odeszła, rozkładając ręce przed kapitanką Iskry w geście, który znaczył: decyzja zapadła.

Wiktoria podniosła się z parkietu, masując łokieć. Nie patrzyła na nikogo. Zuza znała takie spojrzenie. Tak patrzy ktoś, kto dostał prezent i nie jest pewien, czy powinien go przyjąć.

Kosy. Tak mówiło się o nich w lidze i nie był to komplement. Para, która nie cofała decyzji, nie dawała się zakrzyczeć i nie sprawdzała, kto gra u siebie. Kiedy przed meczem Dorota zobaczyła obsadę, jęknęła na całą szatnię: „Kosy? U nas? Przecież one nie dadzą nam nawet oddychać”. Wtedy wszystkie się śmiały.

Teraz nikt się nie śmiał.

A najgorsze było coś innego. Nie gwizdy, nie jedenaście sekund, nie remis. To, że nawet Wiktoria nie wyglądała na przekonaną.

* * *

Zuza cofnęła się na linię bramkową i dotknęła lewego słupka. Potem prawego. Metal był chłodny pod palcami.

— No dobra — powiedziała cicho do bramki. — Ty i ja.

Tak robiła zawsze. Od dziesiątego roku życia, od pierwszego meczu w ostrowieckiej hali, gdzie zimą z sufitu kapało na parkiet. Bramka nie była przedmiotem. Była wspólniczką. Wystarczyło się z nią dogadać.

Oddech. Wdech na cztery, zatrzymanie, wydech na sześć. Ewa nauczyła ją tego w czasie rehabilitacji, kiedy Zuza płakała ze złości nad gumową taśmą, której nie potrafiła naciągnąć chorą ręką. Wdech na cztery. Serce waliło jak po sprincie. Zatrzymanie. Hala odsuwała się powoli, jakby ktoś ściszał telewizor w innym pokoju. Wydech na sześć.

Łydki napięte. Uda gotowe. Palce stóp wbite w podeszwy. Bark — ciepły, pulsujący, ale posłuszny.

Wiktoria stanęła za linią siedmiu metrów i podrzuciła piłkę w dłoni. Raz. Drugi.

Zuza patrzyła na jej biodra, nie na ręce. Ręce kłamią. Biodra rzadko. Wiktoria stała szerzej niż przy poprzednich karnych, z ciężarem przeniesionym na lewą nogę. Była zmęczona — po sześćdziesięciu minutach wszystkie były — a zmęczone rozgrywające wracały do nawyków. Nawyk Wiktorii Zuza znała z trzech nagrań, które obejrzała w autokarze zamiast spać: przy wyniku na styku, w końcówce, Wiktoria zawsze robiła zwód górą, a potem rzucała nisko, przy prawej nodze bramkarki. Zawsze. Nawet jeśli sama o tym nie wiedziała.

Zuza przesunęła się pół kroku w lewo. Otworzyła prawą stronę. Zaproszenie.

Sędzia stała przy linii, dwa metry od słupka. Zuza nie zamierzała na nią patrzeć. Naprawdę nie zamierzała.

Spojrzała.

Sędzia też na nią patrzyła.

Nie na Wiktorię, nie na piłkę, nie na linię. Na nią. Z bliska jej oczy były jaśniejsze, niż Zuza się spodziewała — szare albo zielonkawe, trudno powiedzieć w świetle jarzeniówek. Twarz spokojna, szczęka zaciśnięta, gwizdek w ustach. Nic szczególnego. Profesjonalny chłód, którego Zuza nie znosiła u połowy sędziów w tej lidze.

A jednak.

Przez ułamek sekundy coś się w tej twarzy przesunęło. Coś bardzo małego. Mrugnięcie o jedną klatkę za późno. Napięcie w kąciku ust, jakby sędzia chciała coś powiedzieć i w ostatniej chwili ugryzła się w język.

Ty wiesz, pomyślała Zuza z zadziwiającą jasnością. Ty wiesz, że tam nic nie było.

Sędzia odwróciła wzrok pierwsza. Uniosła rękę i zagwizdała.

Czas ruszył.

Wiktoria uniosła piłkę nad głowę. Zwód górą — Zuza drgnęła ramionami, ale nie nogami, nie dała się, stała, stała, stała…

Nisko. Przy prawej nodze.

Zuza wyrzuciła nogę w bok, zanim mózg zdążył wydać polecenie. Piłka uderzyła ją w łydkę tak mocno, że poczuła to aż w biodrze, i odbiła się w górę, w stronę pola bramkowego. Zuza złapała ją w powietrzu obiema rękami i przycisnęła do piersi.

0:08.

Nie było czasu na krzyk. Nie było czasu na nic.

Pola już biegła. Oczywiście, że biegła. Pola biegła zawsze, nawet kiedy Renata krzyczała, żeby została w obronie, nawet kiedy nie miało to sensu, bo Pola wierzyła, że każda piłka może jeszcze do niej przylecieć. Była już przy linii środkowej, na lewym skrzydle, sama, z rozłożonymi ramionami.

Zuza wzięła zamach.

Bark zaprotestował. Ostro, jak nóż wbity pod łopatkę. Rzuciła mimo to, całym ciałem, z wykrokiem, z krzykiem, którego sama nie usłyszała.

Piłka poleciała wysoko i daleko, przez pół boiska. Zuza patrzyła, jak zawisa nad głowami zawodniczek Hetmana, które dopiero odwracały się w biegu. Za wysoko, pomyślała. Za długo. Zaraz wyleci na aut.

Pola wyskoczyła.

Złapała piłkę jedną ręką, dociągnęła do piersi i pobiegła, kozłując. Raz, drugi, trzeci, czwarty. Dwie zawodniczki Hetmana goniły ją z tyłu, coraz bliżej, ale Pola była szybsza. Pola zawsze była szybsza.

Zuza zerknęła na tablicę. 0:04. 0:03.

Na dziesiątym metrze Pola złapała piłkę, zrobiła dwa kroki i wyskoczyła. Bramkarka Hetmana wybiegła jej naprzeciw, rozkładając ręce jak ptak skrzydła — i Pola rzuciła lobem, miękko, bezczelnie, ponad jej głową.

Syrena.

Piłka w siatce.

Zuza nie wiedziała, co było pierwsze. Nikt w hali nie wiedział. Przez jedną straszną sekundę wszystkie głowy obróciły się w stronę drugiej sędzi, która zdążyła dobiec pod bramkę Hetmana.

Wskazała środek boiska.

Bramka.

Dwadzieścia osiem do dwudziestu siedmiu.

* * *

Hala eksplodowała drugi raz, tym razem inaczej. Zuza nie zdążyła nawet wyjść z pola bramkowego, kiedy uderzyła w nią fala ciał. Dorota, która minutę wcześniej chciała kogoś zabić, teraz płakała i biła ją pięścią w plecy. Oliwia zbiegła z ławki i zawisła Zuzie na szyi z okrzykiem, który brzmiał jak „Jezu, Jezu, Jezu”. Ktoś nadepnął jej na stopę. Ktoś inny pocałował ją w ucho.

Pola przybiegła ostatnia, z rękami w górze, i rzuciła się na stos kobiet, jakby skakała do jeziora.

— Widziałaś to?! — wrzasnęła Zuzie prosto w twarz. — Widziałaś, jak ja to złapałam?!

— Widziałam, jak prawie tego nie złapałaś.

— Prawie się nie liczy! — Pola ujęła jej twarz w obie dłonie i potrząsnęła nią. — Prawie się nie liczy, Zuza!

Zuza się śmiała. Naprawdę się śmiała, całym brzuchem, którego mięśnie jeszcze pamiętały tamten wyrzut. Adrenalina rozlewała się po niej jak gorąca woda, kolana miała miękkie, bark pulsował w rytm serca i nic jej to nie obchodziło.

Renata przepchnęła się przez zawodniczki i przyłożyła czoło do jej czoła. Tylko na moment. Renata nigdy nie przytulała.

— Dobra noga.

— Dobra noga — powtórzyła Zuza.

Ponad głową trenerki, ponad ramionami, szyjami i rozczochranymi kucykami szukała czegoś wzrokiem. Nie wiedziała czego, dopóki tego nie znalazła.

Sędzia stała przy stoliku sekretarza, obok partnerki i delegata związku. Pochylała się nad protokołem z długopisem w dłoni. Wyglądała dokładnie tak jak przez cały mecz: chłodno, sucho, poza zasięgiem hałasu. Jakby wokół niej nie szalało trzy tysiące ludzi, z których połowa jeszcze pięć minut temu życzyła jej wszystkiego najgorszego.

Zuza patrzyła na nią tak długo, aż sędzia uniosła głowę.

Spojrzały na siebie przez całą szerokość boiska.

Tym razem nic się w tej twarzy nie przesunęło. Nic nie drgnęło. Sędzia patrzyła na nią pustym, zawodowym wzrokiem przez dwie, może trzy sekundy, a potem wróciła do protokołu.

I właśnie to — ten brak, ta staranna pustka — przekonało Zuzę bardziej niż cokolwiek wcześniej.

* * *

— Pokaż bark.

— Nic mi nie jest.

— Nie pytałam, czy coś ci jest. — Ewa już ciągnęła ją za rękę w kąt szatni, gdzie stał składany stół do masażu. — Powiedziałam: pokaż bark.

Szatnia pachniała potem, maścią rozgrzewającą i bezalkoholowym szampanem, który Zuza od lat uważała za zbrodnię przeciwko ludzkości. Ktoś puścił muzykę z telefonu. Pola stała na ławce i odgrywała swoją bramkę w zwolnionym tempie, z coraz bardziej fantastycznymi szczegółami. W jej wersji lob przelatywał nad bramkarką Hetmana o włos, a syrena milkła dokładnie w chwili, gdy piłka dotykała siatki, co według Poli było „metafizycznie potwierdzone”.

Ewa wbiła kciuki w mięsień pod łopatką Zuzy. Zuza syknęła.

— Nic ci nie jest — powtórzyła Ewa słodko. — Widzę.

— To było jedno podanie.

— Na trzydzieści metrów. Z barkiem po operacji obrąbka. — Ewa nacisnęła mocniej. — Jutro lód co dwie godziny. I nie rób takiej miny, bo zadzwonię do twojej matki.

— Nie zrobisz tego.

— Mam jej numer od trzech lat, skarbie. Ona lubi mnie bardziej niż ciebie.

Zuza oparła czoło o przedramię i zamknęła oczy. Muzyka dudniła. Dorota opowiadała komuś, że „stała jak słup, jak pieprzony słup, możecie sobie obejrzeć”. Oliwia pytała, czy to prawda, że na trybunie siedział ktoś z Danii.

Zuza otworzyła oczy.

— Kto tak mówi?

— Kierowniczka — odparła Oliwia. — Że jakiś facet w kurtce z logo. Ale może to była kurtka narciarska.

— Na pewno narciarska — mruknęła Ewa i klepnęła Zuzę w plecy.

— Gotowe. Idź pod prysznic, zanim ci wszystko zesztywnieje.

Zuza wstała. Wzięła ręcznik. Spojrzała na drzwi do pryszniców, a potem na drugie drzwi — te na korytarz.

Pod powiekami wciąż miała tamto spojrzenie. Ułamek sekundy, mrugnięcie o jedną klatkę za późno. I pustkę po meczu, starannie ułożoną jak kartka wsunięta do teczki.

— Zaraz wracam.

Ewa uniosła brew, ale nic nie powiedziała. Ewa nigdy nic nie mówiła od razu. Ewa czekała, aż człowiek sam się wygada, co było znacznie gorsze.

* * *

Korytarz pod trybunami był wąski, oświetlony dwiema jarzeniówkami, z których jedna mrugała. Pachniał farbą olejną i chlorem z basenu za ścianą. Szatnia sędziowska znajdowała się na samym końcu, za pokojem delegata i schowkiem na piłki.

Zuza oparła się plecami o ścianę i czekała.

Nadal miała na sobie bramkarską koszulkę, mokrą na plecach i pod pachami. Włosy kleiły się jej do karku. Ręce drżały — nie ze strachu, tylko od tego, co jeszcze w niej krążyło, od gorącej, elektrycznej energii, która po wygranym meczu nie chciała się nigdzie podziać. Wiedziała, że powinna iść pod prysznic. Wiedziała, że jeśli ktoś z klubu ją tu zobaczy, będzie musiała tłumaczyć się z czegoś, czego sama nie umiała nazwać.

Drzwi pokoju delegata otworzyły się po dziesięciu minutach.

Sędzia wyszła sama. Jej partnerka musiała zostać w środku, bo zza drzwi dobiegał jej chrapliwy śmiech i niski głos delegata. Sędzia niosła torbę na ramieniu i teczkę pod pachą. Szła szybko, przez pierwsze kroki lekko oszczędzając lewą nogę — albo Zuza tylko tak to widziała, bo po chwili chód wyrównał się i wyglądał całkiem zwyczajnie.

Zobaczyła Zuzę po kilku metrach. Nie zatrzymała się. Nie zwolniła.

Zuza odepchnęła się od ściany i stanęła na środku korytarza.

Sędzia zatrzymała się metr przed nią. Z bliska była odrobinę niższa, niż Zuza zakładała. Miała drobną bliznę nad brwią i zmęczone oczy — teraz wyraźnie szarozielone — i pachniała czymś chłodnym, mydłem albo miętą. Nie wyglądała na zaskoczoną. Wyglądała raczej na kogoś, kto się tego spodziewał i przez całą drogę korytarzem układał sobie odpowiedzi.

— Pani pozwoli — powiedziała spokojnie.

Zuza nie pozwoliła. Zrobiła krok do przodu. Potem jeszcze pół kroku, o pół za dużo, tak że sędzia musiała lekko unieść brodę, żeby utrzymać jej spojrzenie.

— Obie wiemy, że nie było tam przewinienia — powiedziała Zuza.

Cisza. Jarzeniówka nad nimi zabrzęczała i mrugnęła.

— Moje decyzje nie podlegają negocjacjom po zakończeniu meczu — odparła sędzia. — Jeśli klub ma zastrzeżenia, zna procedurę.

Powiedziała to gładko. Za gładko. Jak zdanie przećwiczone przed lustrem. Ale zanim je wypowiedziała — tuż zanim otworzyła usta — zawahała się. Na pół oddechu. Tyle, ile trwa mrugnięcie.

Zuza to zauważyła. Sędzia również dostrzegła, że jej reakcja nie umknęła Zuzie..

— Nie pytam, czy zmienisz decyzję — powiedziała Zuza ciszej. — Pytam, dlaczego ją podjęłaś.

— Nie przechodziłyśmy na ty.

— Właśnie przeszłyśmy.

Palce sędzi zacisnęły się na pasku torby.

— Podjęłam ją, ponieważ tak widziałam sytuację. Obrończyni weszła w linię biegu zawodniczki, która miała czystą sytuację rzutową. To wszystko.

— Dorota stała.

— Z mojej perspektywy nie stała.

— Z twojej perspektywy. — Zuza przechyliła głowę. — Ciekawe. Bo z mojej perspektywy przez całą drugą połowę nie patrzyłaś na zawodniczki.

Sędzia milczała.

— Patrzyłaś na mnie — ciągnęła Zuza. — Przy każdej akcji. Przy każdym rzucie. Nawet kiedy piłka była na skrzydle, a ty miałaś pilnować linii.

— Stałam przy twojej bramce. — Głos sędzi nie podniósł się ani o ton, ale coś w nim stwardniało. — Obserwowanie bramkarki należy do moich obowiązków. Tak samo jak obserwowanie linii, pola bramkowego i tego, czy zawodniczki nie przekraczają granic.

— Nie tak.

— Słucham?

— Nie tak się obserwuje bramkarkę. — Zuza uśmiechnęła się krótko, bez ciepła. — Wiem, jak patrzą sędziowie. Na stopy, na linię, na ręce. Ty patrzyłaś mi w twarz. A przed karnym… — urwała, bo nagle nie była pewna, jak to dokończyć, i ta niepewność zirytowała ją bardziej niż cokolwiek tego wieczoru. — Przed karnym wyglądałaś, jakbyś chciała cofnąć ten gwizdek.

Przez moment sądziła, że trafiła.

Sędzia nie cofnęła się. Nie odwróciła wzroku. Ale jej oddech zmienił rytm — Zuza, która od połowy życia czytała oddechy rzucających, usłyszała to wyraźnie — i przez sekundę, może dwie, stały w tym wąskim korytarzu tak blisko, że Zuza widziała drobne cienie pod jej rzęsami i puls bijący tuż pod linią szczęki.

Potem sędzia odezwała się bardzo cicho i bardzo spokojnie:

— Jest pani zmęczona i pełna adrenaliny. Rozumiem to. Właśnie wygrała pani ważny mecz. — Przerwa. — Ale jeśli zrobi pani jeszcze jeden krok albo powie jeszcze jedno zdanie o tym, na co patrzę, w protokole znajdzie się adnotacja o niesportowym zachowaniu po zakończeniu zawodów. Z nazwiskiem. Wtedy tę rozmowę będzie pani prowadzić z komisją dyscyplinarną, a nie ze mną.

Znowu „pani”. Mur, cegła po cegle.

Zuza powinna była się cofnąć. Każda rozsądna zawodniczka by się cofnęła. Zamiast tego stała jeszcze sekundę — tylko po to, żeby było jasne, że cofa się z wyboru, a nie ze strachu — i dopiero wtedy zrobiła krok w tył.

— Rozumiem — powiedziała. — To groźba.

— To informacja.

— U ciebie to chyba jedno i to samo.

Coś mignęło w oczach sędzi. Nie złość. Coś bliższego zmęczeniu. Albo rozbawieniu, stłumionemu tak szybko, że Zuza nie była pewna, czy go sobie nie wymyśliła.

— Dobranoc — powiedziała sędzia.

Wyminęła ją. Jej ramię otarło się o ramię Zuzy — przypadkiem albo nie, tego również nie dało się rozstrzygnąć — i Zuza poczuła przez mokrą koszulkę chłód jej kurtki. Kroki oddaliły się w stronę szatni sędziowskiej. Drzwi się zamknęły.

Zuza została sama pod mrugającą jarzeniówką.

Dopiero teraz zauważyła, że zaciska pięści tak mocno, że paznokcie wbijają się jej w dłonie. Rozprostowała palce. Drżały jeszcze bardziej niż przedtem.

Na tablicy korkowej obok pokoju delegata wisiała przypięta pinezką kartka z obsadą meczu. Zuza podeszła bliżej, choć przecież wiedziała. Wszyscy w lidze wiedzieli. Mimo to przeczytała jeszcze raz, jakby czarny druk mógł jej cokolwiek wyjaśnić.

Sędziowie: Ada Rudnicka, Iwona Pietrzak.

Ada, pomyślała. Sprawdziła to imię w głowie jak nową piłkę: jego ciężar, jego chwyt. Za krótkie dla kogoś, kto tak długo potrafi milczeć.

— Zuza? — Pola wychyliła się zza drzwi szatni, z mokrymi włosami i ręcznikiem na szyi. — Co ty tu robisz? Idziemy na pizzę. Renata stawia, co się nie zdarzyło od epoki kamienia łupanego.

— Już idę.

— Wszystko okej? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

Zuza oderwała wzrok od kartki.

— Wygrałyśmy — powiedziała. — Wszystko jest okej.

Pola zniknęła za drzwiami. Zuza jeszcze przez chwilę stała w korytarzu i patrzyła w stronę zamkniętej szatni sędziowskiej.

Obroniła karnego, którego nie powinno być. Wygrała mecz, który mogła przegrać. Za kilka godzin obudzi się z barkiem jak rozgrzany gwóźdź, a za tydzień nikt już nie będzie pamiętał tej akcji.

Ona będzie pamiętać.

Nie gwizdek. Nie jedenaście sekund na zegarze.

To mrugnięcie o jedną klatkę za późno.

ROZDZIAŁ 2

Jedna klatka za późno

Drzwi zamknęły się za nią i coś w Adzie wreszcie puściło. Oparła się o nie plecami.

Szatnia sędziowska w Toruniu miała cztery metry na trzy, jedną ławkę, lustro z pękniętym rogiem i kaloryfer, który grzał tak, jakby ktoś postanowił ukarać wszystkich sędziów za wszystkie decyzje świata. Ada postawiła torbę na ławce. Teczkę położyła obok, równo, krawędź do krawędzi. Potem usiadła i wyprostowała lewą nogę.

Kolano pulsowało. Nie bolało — ból był czymś, co znała i umiała nazwać — tylko pulsowało, ciepło i miarowo, jak zawsze po meczu, w którym musiała często zmieniać kierunek biegu. Położyła na nim dłoń. Pod palcami wyczuła dwie blizny, stare i gładkie. Dawno przestała myśleć o nich jak o czymś, co ma swoją historię.

Oddychaj, pomyślała. Wdech. Wydech.

Nie pomagało.

Ręce jej nie drżały. Sprawdziła. Wyciągnęła je przed siebie jak na badaniu neurologicznym i przez kilka sekund patrzyła na palce. Nieruchome. Dobrze. Przynajmniej to.

Obie wiemy.

Nie wiedziała, co ją bardziej zirytowało: same słowa czy to, że zostały wypowiedziane tak spokojnie. Zawodniczki krzyczały. Trenerzy krzyczeli. Kibice rzucali butelkami i wypisywali w internecie rzeczy, których nikt nie powiedziałby nikomu w twarz. Na to wszystko Ada była przygotowana. Miała gotowe zdania, gotowe miny i gotowy spokój, ćwiczony przez jedenaście sezonów w halach od Szczecina po Przemyśl.

Nikt jednak nigdy nie stanął przed nią, pół kroku za blisko, i nie powiedział cicho, jakby łączyła je jakaś tajemnica: obie wiemy.

I nikt nigdy nie zobaczył, że się zawahała.

Ada zdjęła gumkę z włosów, rozczesała je palcami i związała z powrotem, ciaśniej. Potem wyjęła z torby notes.

Czarny, w linie, format A5. Dwunasty z kolei. Od pierwszego sezonu zapisywała w nich każdy mecz: minutę, sytuację, decyzję, uwagi. Co zobaczyła, skąd, co mogła zobaczyć lepiej. Edyta śmiała się kiedyś, że Ada prowadzi protokół z protokołów. Potem przestała się śmiać.

Ada otworzyła notes na czystej stronie i wpisała datę. Iskra Toruń — Hetman Zamość 28:27. Pod spodem zaczęła wypisywać sytuacje. Czternasta minuta, dwie minuty kary dla obrotowej Hetmana — słusznie. Dwudziesta trzecia, błąd kroków — dyskusyjny, widziała z daleka, Iwona z bliska, Iwona miała rację. Czterdziesta druga, rzut z drugiej linii, piłka minimalnie za linią — potwierdzone. Pisała szybko i czysto, tak jak zawsze.

Doszła do ostatniej minuty.

59:49. Rzut karny.

Długopis zawisł nad papierem.

Pozycja: linia, prawa strona bramki. Kąt:

Ktoś zapukał dwa razy, szybko, i drzwi otworzyły się, zanim Ada zdążyła odpowiedzieć.

— Delegat pyta, czy chcemy kawę na drogę, bo automat… — Iwona zatrzymała się w progu. — Co ty robisz?

— Notatki.

— Teraz? — Iwona weszła, zamknęła drzwi biodrem i rzuciła swoją torbę obok torby Ady. Była od niej wyższa o głowę, szeroka w barkach, z siwiejącymi włosami ostrzyżonymi krótko, „żeby nie tracić czasu na głupoty”. Na boisku wyglądała jak ktoś, z kim nie warto się kłócić. Poza boiskiem też, dopóki się nie uśmiechnęła. — Ada, jest wpół do dziesiątej. Mamy przed sobą dwie godziny jazdy.

— Wiem.

— To pisz w samochodzie. — Iwona zaczęła ściągać koszulkę przez głowę i jej głos stłumiła czarna tkanina. — Z kim rozmawiałaś na korytarzu?

Ada zamknęła notes.

— Z bramkarką Iskry.

— Z szesnastką? — Iwona wynurzyła się z koszulki i spojrzała na nią z zainteresowaniem. — Czego chciała?

— Porozmawiać o karnym.

— I?

— I nie porozmawiała.

Iwona parsknęła. Sięgnęła do torby po bluzę, a potem po paczkę żelków, którą zawsze miała przy sobie, bo „cukier to legalny doping dla ludzi po czterdziestce”. Włożyła jednego do ust.

— Była nieprzyjemna? — zapytała.

Ada zastanowiła się nad tym słowem. Nieprzyjemna. Pół kroku za blisko. Spocona, z mokrymi kosmykami przyklejonymi do skroni, z tym uporem w oczach, który Ada znała, bo kiedyś widywała go codziennie w lustrze. Pytanie zadane cicho. Nie o decyzję. O powód.

— Natarczywa — powiedziała w końcu.

— Wpisujemy?

To było proste pytanie. Kosy zawsze wpisywały. Na tym polegała ich reputacja: niczego nie przepuszczały, ani na boisku, ani poza nim. Zawodniczka, która po meczu zaczepia sędzię w korytarzu, trafia do raportu delegata. Tak wyglądały zasady. Ada ustaliła je sama, na długo zanim ktokolwiek zaczął nazywać ją i Iwonę Kosami.

— Nie — powiedziała.

Iwona przestała żuć.

— Nie?

— Nie przekroczyła granicy. Powiedziała, co myśli, i się cofnęła. — Ada wstała i zaczęła rozpinać koszulkę. — Jeśli to wpiszemy, zrobi się z tego sprawa. A z tej hali i tak wyjdzie jutro wystarczająco dużo spraw.

To była dobra odpowiedź. Rozsądna. Taka, jaką Ada przyjęłaby od każdego.

Iwona przyglądała się jej jeszcze przez sekundę. Potem wzruszyła ramionami i wyciągnęła paczkę w jej stronę.

— Żelka?

— Nie, dzięki.

— Nigdy nie chcesz żelka. To podejrzane. — Iwona wrzuciła paczkę z powrotem do torby. — Przebieraj się. Kawę kupimy na stacji. Ta z automatu smakuje jak woda po myciu parkietu.

* * *

Autostrada w listopadową noc była pusta i czarna.

Iwona prowadziła tak, jak sędziowała: pewnie, szybko i bez zbędnych ruchów. Radio grało cicho stare przeboje, które Iwona nuciła pod nosem, od ośmiu lat fałszując w tych samych miejscach. Ada siedziała obok z notesem na kolanach i nie pisała.

Telefon w jej kieszeni zawibrował. Raz. Drugi. Piąty.

— Nie czytaj — powiedziała Iwona, nie odrywając wzroku od drogi.

— Nie czytam.

— Czytasz. Widzę, jak zaciskasz szczękę.

Ada wyjęła telefon, włączyła tryb samolotowy i pokazała ekran Iwonie. Iwona kiwnęła głową z aprobatą.

Przez kilka kilometrów jechały w milczeniu. Za oknem przesuwały się ekrany dźwiękochłonne, stacja paliw, tablica z nazwą miejscowości, której Ada nigdy nie potrafiła zapamiętać.

— Iwona.

— Mhm.

— Co widziałaś? Przy karnym.

Iwona nie odpowiedziała od razu. Ada ceniła to w niej bardziej niż cokolwiek innego: Iwona nigdy nie mówiła niczego tylko po to, żeby coś powiedzieć.

— Plecy — odparła wreszcie. — Byłam za akcją. Widziałam, jak rozgrywająca wchodzi, i widziałam, jak obie lecą. Samego kontaktu nie widziałam czysto. Dlatego do ciebie podeszłam.

Ada pamiętała. Iwona obok niej przez kilka sekund, w samym środku tego ryku, pochylona, żeby dało się ją usłyszeć. „Nie widziałam czysto. Jesteś pewna? Możemy dać wolny”. I Ada, która pokręciła głową. Raz, krótko.

Nie. Zostaje karny.

— To była twoja decyzja — dodała Iwona. — Ty byłaś bliżej. Miałaś lepszy kąt.

— Wiem.

— To czemu pytasz?

Ada patrzyła na światła przed nimi. Czerwone punkty ciężarówki, która od kilku minut jechała równo, jakby ktoś zawiesił ją na niewidzialnej linie.

— Bo z mojego kąta obrończyni weszła w linię biegu — powiedziała powoli. — Jeszcze się przesuwała, kiedy doszło do kontaktu.

— No to było przewinienie.

— Tak.

— I czysta sytuacja rzutowa.

— Tak.

— Czyli siódemka.

— Tak.

Iwona zerknęła na nią z ukosa.

— Mówisz „tak” jak moja Hania, kiedy pytam, czy odrobiła lekcje.

Ada się uśmiechnęła. Wbrew sobie i krótko.

— Twoja Hania ma dziesięć lat.

— I kłamie dokładnie tak samo jak ty. Z tą samą miną. — Iwona włączyła kierunkowskaz i wyprzedziła ciężarówkę. — Słuchaj. Za dwa tygodnie w Lubinie będzie obserwator z EHF. Wiesz o tym.

— Wiem.

— To nie jest moment, żeby rozkładać każdy gwizdek na czynniki pierwsze. Gwizdnęłaś to, co widziałaś. Obroniła, wygrali. Nikt nie przegrał przez ten karny. Jutro ktoś napisze, że jesteśmy ślepe, pojutrze, że jesteśmy przekupione, a za tydzień wszyscy będą się kłócić o coś innego. Znasz to.

Ada znała. Jedenaście sezonów nauczyło ją, że najlepszą obroną przed hałasem jest cisza. Nie odpowiadać. Nie tłumaczyć się. Nie pokazywać, że cokolwiek dotarło.

— Ta bramkarka — odezwała się Iwona po chwili, już innym tonem. — Wiesz, że ona wróciła po operacji barku? Czternaście miesięcy przerwy. Tomek mówił, że wszyscy ją skreślili, a Iskra dała jej szansę.

— Wiem.

— Skąd?

Ada otworzyła usta i zamknęła je.

Wiedziała, bo czytała. Czytała wszystko o zawodniczkach, które wracały po ciężkich kontuzjach. Artykuły, wywiady, posty w mediach społecznościowych. Czytała je późno w nocy, z nogą na poduszce, i nigdy nikomu o tym nie mówiła.

— Z przygotowania do meczu — odparła.

Iwona skinęła głową i nie drążyła. W radiu ktoś śpiewał o miłości, która nigdy nie umiera. Iwona zafałszowała refren w tym samym miejscu co zawsze.

* * *

Mieszkanie we Wrzeszczu było ciemne i ciche. Ada zamknęła drzwi najciszej, jak umiała, ale i tak usłyszała z sypialni ciężkie, powolne kroki i stukanie pazurów o panele.

— Cześć, staruszku.

Aut wyłonił się z ciemności, siwy wokół pyska, z ogonem kołyszącym się tak, jakby każdy ruch kosztował go sporo wysiłku, ale był tego wart. Czternaście lat. Wzięły go ze schroniska osiem lat temu, ona i Edyta, kiedy wszystko wydawało się jeszcze proste. Imię wymyśliła Edyta. „Bo znaleźli go przy boisku, za linią. Na aucie”. Ada śmiała się wtedy do łez.

Kiedy Edyta odchodziła, nie zabrała psa. Powiedziała, że Ada potrzebuje go bardziej.

Ada ukucnęła — ostrożnie, na prawej nodze — i przytuliła twarz do jego szyi. Pachniał kurzem i starym kocem.

— Dobry chłopak — szepnęła. — Wygrały. Wiesz? Nikt nie przegrał.

Aut polizał ją po brodzie i powlókł się z powrotem do sypialni.

Ada zdjęła buty. Wyjęła z zamrażarki okład żelowy, owinęła go ręcznikiem i usiadła na kanapie z nogą na stoliku. Zimno wgryzło się w kolano, najpierw ostro, potem tępo i kojąco.

Była za dwadzieścia północ. Jutro niedziela, pierwsza od trzech tygodni bez meczu.

Włączyła telefon i wyłączyła tryb samolotowy.

Czterdzieści siedem powiadomień. Ada nie otworzyła żadnego oprócz jednego — wiadomości od mamy, wysłanej o 20:14.

„Tata oglądał w internecie. Mówi, że dobrze się ustawiałaś. Całuję”.

Ada przeczytała to trzy razy. Tata mówi. Nie: tata napisał. Nie: tata zadzwoni. Tata mówi, a mama przekazuje, tak jak od jedenastu lat, niczym tłumaczka między dwoma krajami, które kiedyś były jednym.

Nie odpisała. Odłożyła telefon ekranem do dołu.

Potem sięgnęła po laptopa.

Mówiła sobie, że to rutyna. Że zawsze przegląda kluczowe sytuacje z każdego meczu, na spokojnie, z notesem. Że nie ma nic dziwnego w tym, że robi to w nocy, zamiast spać.

Klub udostępnił już zapis transmisji. Ada przewinęła do ostatniej minuty.

Hala na ekranie wydawała się mniejsza i cichsza, niż ją zapamiętała. Kamera stała wysoko, na trybunie głównej, z boku. Hetman przerzuca piłkę. Wiktoria dostaje ją na dziewiątym metrze. Zwód. Obrończyni Iskry wychodzi. Kontakt. Obie lecą.

Ada zatrzymała nagranie. Cofnęła. Puściła jeszcze raz, w zwolnionym tempie.

Z tej perspektywy obrończyni stała. Albo prawie stała. Jej prawa stopa mogła się jeszcze przesuwać. Albo nie. Kamera była za daleko, obraz za miękki, a między obiektywem a stopą przebiegała akurat inna zawodniczka Hetmana i zasłaniała wszystko na trzy klatki. Trzy klatki. Dokładnie te, które mogły cokolwiek rozstrzygnąć.

Ada cofnęła. Puściła. Cofnęła.

Z jej miejsca przy linii kąt był inny. Widziała biodro obrończyni przesuwające się w bok. Widziała to, prawda? Pamiętała ten ruch. Pamiętała pewność, która przyszła razem z gwizdkiem, czysta i natychmiastowa jak odruch.

Tyle że pamięć była świadkiem, któremu Ada nigdy do końca nie ufała. Po to właśnie prowadziła notesy.

Otworzyła notes na zaczętej stronie.

59:49. Rzut karny. Pozycja: linia, prawa strona bramki. Kąt:

Nie dopisała nic.

Puściła nagranie dalej. Gwizdek. Protesty. Iwona pokazuje żółtą kartkę trenerce Iskry. Realizator zrobił zbliżenie na bramkę przed karnym — na bramkarkę dotykającą słupków, na jej usta, które się poruszały, jakby do kogoś mówiła.

Do kogo? — pomyślała Ada. Do bramki?

Zuza. Tak wołały na nią koleżanki przez cały mecz. Zuza, wracaj! Zuza, dobra! Zuza obroni. Ada nie chciała znać jej imienia. Ale ono było w protokole, w składzie, na szalikach kibiców. Nie dało się go nie znać.

Na ekranie bramkarka przesunęła się pół kroku w lewo. W rogu kadru, tuż za jej ramieniem, stała sędzia w czarnej koszulce.

Ada nachyliła się do ekranu.

Realizator trzymał to ujęcie przez cztery sekundy. Przez cztery sekundy bramkarka patrzyła w stronę linii, a sędzia przy linii patrzyła na bramkarkę. Nie na rzucającą. Nie na pole bramkowe. Na nią.

Z zewnątrz wyglądało to dokładnie tak, jak powiedziała tamta w korytarzu.

Ada zatrzymała nagranie.

Stopklatka. Dwie kobiety w rogu ekranu, rozmyte przez kompresję, połączone jednym spojrzeniem. Twarz sędzi była zbyt mała, żeby cokolwiek z niej wyczytać. Mimo to Ada wiedziała, co na niej jest. Pamiętała to lepiej niż ruch biodra obrończyni.

Pamiętała, jak bramkarka odwróciła głowę i spojrzała prosto na nią. Jak to spojrzenie przeszło przez gwizdek, przez chłód, przez jedenaście sezonów wyćwiczonego spokoju i dotknęło czegoś, czego Ada nie pokazywała nikomu. Pamiętała też, jak przez ułamek sekundy, patrząc w te uparte, bezczelne oczy, pomyślała: a jeśli ona ma rację?

Nigdy wcześniej tak nie myślała. Nie w trakcie meczu. Decyzja zapadała i była decyzją. Wątpliwości należały do notesu, do nocy, do ciszy. Nie do boiska.

A tamta to zobaczyła.

Ada patrzyła na stopklatkę tak długo, aż ekran przyciemnił się, żeby oszczędzać baterię.

Potem zamknęła laptopa.

Siedziała w ciemności z okładem na kolanie, który dawno przestał być zimny. Z sypialni dobiegało chrapanie Auta. Za oknem przejechał nocny tramwaj, a jego światła przesunęły się po suficie jak reflektory przeczesujące trybuny.

Ada podniosła notes i jeszcze raz spojrzała na niedokończony wiersz.

Kąt:

Mogłaby wpisać: dobry. Mogłaby wpisać: ograniczony. Mogłaby wpisać cokolwiek i zamknąć ten mecz, tak jak zamykała wszystkie poprzednie, równo, krawędź do krawędzi.

Odłożyła długopis.

Obie wiemy, powiedziała tamta.

Ada nie wiedziała.

I po raz pierwszy od jedenastu sezonów nie potrafiła postawić kropki.

ROZDZIAŁ 3

Mimo gwizdka

Budzik zadzwonił o siódmej, a Zuza przez pierwsze trzy sekundy nie wiedziała, dlaczego ktokolwiek miałby jej to robić w niedzielę.

Potem poruszyła lewą ręką i przypomniała sobie.

Bark nie bolał, tylko istniał — ciężki, gorący i obrażony, jakby przez noc ktoś wymienił go na cudzy, o dwa rozmiary za mały. Na ekranie telefonu świeciła notatka, którą Ewa ustawiła jej wczoraj w pizzerii, zanim Zuza zdążyła zaprotestować: „LÓD. Co dwie godziny. Wiem, że nie śpisz”.

— Śpię — powiedziała Zuza do telefonu.

Telefon nie uwierzył. Zawibrował trzy razy z rzędu.

Zwlekła się z łóżka, wyjęła z zamrażarki woreczek z mrożonym groszkiem, który od trzech lat pełnił w tym domu funkcję sprzętu medycznego i nikt nie odważyłby się go ugotować, i wróciła pod kołdrę. Przyłożyła groszek do barku. Syknęła. Dopiero wtedy odblokowała ekran.

Kuba, 6:52: „siostra jesteś na tiktoku Poli”.

Kuba, 6:53: „200 tys wyświetleń”.

Kuba, 6:53: „ta noga była chora”.

Kuba, 6:58: „mama mówi żebyś zadzwoniła jak się obudzisz i że wie że się już obudziłaś”.

Zuza uśmiechnęła się mimo woli. Siedemnaście lat, metr dziewięćdziesiąt i ani jednej wielkiej litery ani znaku interpunkcyjnego od dnia, w którym dostał pierwszy telefon.

Otworzyła link. Pola zmontowała całą akcję w pionowym formacie: gwizdek, karny, obrona, wyrzut, lob, syrena, stos ciał. Wszystko podbite dramatyczną muzyką z jakiegoś filmu o superbohaterach i napisem „KTO WĄTPIŁ?” wielkimi literami. Zuza musiała przyznać, że wyglądało to nieźle. Przy obronie ktoś w komentarzach napisał „ta bramkarka ma chyba magnes w łydce”, a ktoś inny „ślub”.

Przewinęła dalej.

Nie powinna była.

Pod filmikiem Poli trwała wojna. Kibice Iskry pisali, że karny był „z kosmosu”, że Kosy „gwiżdżą, co im się podoba”, że „ktoś powinien wreszcie zrobić porządek z tą parą”. Kibice Hetmana odpowiadali, że karny był oczywisty, a ostatnia bramka padła po syrenie, więc Iskra powinna się cieszyć, że w ogóle wygrała. Ktoś wkleił zatrzymaną klatkę z transmisji z czerwonym kółkiem wokół stopy Doroty. Ktoś inny wkleił tę samą klatkę z kółkiem w innym miejscu i podpisem „okulista się kłania”.

Niżej zaczynały się komentarze, które nie miały już nic wspólnego z piłką ręczną.

O sędzi. Nie o decyzji — o niej. O tym, co powinna robić zamiast gwizdać, gdzie powinna siedzieć, jak wygląda i czego jej brakuje. Jeden użytkownik napisał coś tak obrzydliwego, że Zuza przez sekundę po prostu gapiła się w ekran, zanim zrozumiała, co czyta.

Zablokowała telefon.

Leżała z groszkiem na barku i patrzyła w sufit. Coś nieprzyjemnego przewracało się jej w żołądku. Nie wyrzuty sumienia — nie miała sobie przecież nic do zarzucenia. Raczej to uczucie, które pojawia się, kiedy człowiek krzyczy w pustej hali i echo wraca do niego głośniejsze, niż się spodziewał.

To nie ja to napisałam, pomyślała.

Potem zadzwoniła do matki.

— Bark — powiedziała mama zamiast „dzień dobry”. W tle słychać było czajnik. Mama wróciła właśnie z nocnego dyżuru i zamiast iść spać, parzyła sobie herbatę, jak zawsze.

— Dzień dobry, mamo. Też cię kocham.

— Bark, Zuza.

— Jest w porządku. Lód co dwie godziny. Ewa pilnuje.

— Ewa do mnie pisała.

— Oczywiście, że pisała.

— Napisała, że rzuciłaś na trzydzieści metrów z barkiem po operacji. — Mama zrobiła pauzę, w której zmieściło się dwadzieścia lat pracy na chirurgii. — Wiesz, ile ja widziałam takich barków po czterdziestce?

— Nie mam czterdziestki.

— Jeszcze. — Czajnik zagwizdał i ucichł. — A teraz powiedz mi, czy to prawda, że o jedenastej idziesz do radia.

Zuza zamknęła oczy.

— Kuba ci powiedział?

— Kuba wie wszystko. Jak on to robi, nie mam pojęcia. — Głos mamy złagodniał. — Kochanie. Obroniłaś, wygrałyście. Pięknie. Tylko nie mów tam nic, czego jutro będziesz żałować.

— Nigdy nie mówię takich rzeczy.

Mama roześmiała się tak szczerze, że Zuza aż odsunęła telefon od ucha.

* * *

Studio Radia Kopernik mieściło się na trzecim piętrze biurowca przy Szosie Chełmińskiej i pachniało kawą z ekspresu przelewowego. Redaktor Bogdan, który prowadził „Sportową niedzielę” od czasów, kiedy Zuza jeszcze nie umiała czytać, powitał ją uściskiem dłoni i komplementem o nodze.

— Pół Torunia o niej mówi — powiedział, sadzając ją przed mikrofonem. — Drugie pół mówi o karnym. Porozmawiamy o jednym i o drugim, dobrze?

— O nodze chętnie.

— A o karnym?

— O karnym nie mam nic do powiedzenia.

Bogdan uśmiechnął się tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy słyszeli to zdanie tysiąc razy i wiedzą, jak zwykle się kończy.

Czerwone światło nad drzwiami zapaliło się o jedenastej zero dwie.

Przez pierwsze dziesięć minut szło dobrze. Zuza opowiadała o przygotowaniu do meczu, o nagraniach Wiktorii obejrzanych w autokarze, o tym, że Pola jest jedyną zawodniczką na świecie, która biegnie do kontry, zanim bramkarka w ogóle złapie piłkę. Śmiała się we właściwych miejscach. Mówiła „drużyna” zamiast „ja”. Była wzorową bramkarką na wzorowym wywiadzie i gdzieś w głowie słyszała, jak Renata mruczy z aprobatą.

Potem Bogdan odchrząknął.

— Mam tutaj nagranie — powiedział. — Pozwoli pani, że odtworzymy słuchaczom fragment wczorajszej wypowiedzi trenerki dla telewizji klubowej.

Zuza nie wiedziała, że Renata cokolwiek mówiła do kamery. Z głośnika popłynął głos trenerki, zachrypnięty i ostry: „…nie będę komentować, bo dostanę karę, ale każdy, kto ma oczy, widział, co się stało w ostatniej akcji. Moje zawodniczki wygrały ten mecz dwa razy”.

Bogdan zatrzymał nagranie.

— Trenerka mówi, że wygrałyście dwa razy — powiedział łagodnie. — Zgadza się pani z tym?

Zuza otworzyła usta, żeby powiedzieć to, co powinna: że nie komentuje pracy sędziów, że liczą się dwa punkty, że drużyna patrzy do przodu.

Zamiast tego zobaczyła korytarz. Mrugającą jarzeniówkę. Szarozielone oczy, które przez ułamek sekundy nie były pewne, a potem przez trzy sekundy były puste. Staranne „pani”. Mur, cegła po cegle. I komentarze pod filmikiem Poli, w których kibice Hetmana pisali, że Iskra powinna się cieszyć.

Powinna się cieszyć.

— Nie będę komentować pracy sędziów — powiedziała.

— Rozumiem.

— Powiem tylko tyle — ciągnęła, zanim zdążyła się zatrzymać — że niektóre mecze wygrywa się dzięki drużynie, a niektóre mimo gwizdka. Wczoraj wygrałyśmy mimo.

Bogdan uniósł brwi. Nie odezwał się. Był za dobry, żeby się odzywać. Po prostu czekał, a cisza w studiu rosła, aż Zuza poczuła, że musi ją czymś wypełnić.

— Moja obrończyni stała — dodała. — Stała przepisowo, przodem, z rękami przy sobie. Dorota ćwiczy to od dziesięciu lat. Każdy, kto zna się na piłce ręcznej, widział to na powtórce.

— Czyli uważa pani, że decyzja sędziowska była błędna?

— Uważam, że w ostatnich sekundach remisowego meczu decyzja powinna być pewna. A ta nie była.

— Mówi pani o…

— Nie mówię o nikim z nazwiska — przerwała Zuza. — Mówię o sytuacji. Wszyscy wiedzą, jak się nazywa. Nie muszę tego powtarzać.

Dopiero kiedy to powiedziała, usłyszała, jak zabrzmiało.

Bogdan uśmiechnął się i płynnie przeszedł do pytania o wtorkowy trening. Zuza odpowiedziała na nie, a potem na trzy kolejne. Nie pamiętała później żadnej z tych odpowiedzi.

* * *

Do czternastej cytat był wszędzie.

„Bramkarka Iskry: Wygrałyśmy mimo gwizdka”. „Burza po meczu w Toruniu. Zawodniczka uderza w sędzinę”. „Kosy znowu pod ostrzałem”. Jeden z ogólnopolskich portali wrzucił jej zdjęcie z obrony obok zdjęcia pary sędziowskiej z jakiegoś wcześniejszego meczu. Obie sędzie patrzyły w obiektyw z tym samym kamiennym wyrazem twarzy. Pod spodem podpis: „Ada Rudnicka i Iwona Pietrzak, para sędziowska nazywana w środowisku Kosami”.

Zuza powiększyła zdjęcie. Potem je zmniejszyła. Potem odłożyła telefon na drugi koniec kanapy, jakby był gorący.

O szesnastej zadzwoniła Dorota.

— Wiesz, że cię kocham — powiedziała bez wstępów.

— Ale?

— Ale Renata dzwoniła do mnie, żeby zapytać, czy ja cię do tego namówiłam. — Dorota westchnęła. — Zuza, ja wiem, że stałam. Ty wiesz, że stałam. Po cholerę mówić to w radiu?

— Bo ktoś powinien.

— Ktoś. — Dorota zamilkła na chwilę. — Wiesz, co ja zrobiłam wczoraj po meczu? Poszłam do domu, wypiłam piwo i zapomniałam. Bo wygrałyśmy. A ty…

Nie dokończyła. Nie musiała.

* * *

W poniedziałek o dziewiątej Renata wezwała ją do gabinetu.

Gabinet trenerki był małym pokojem nad halą, z oknem wychodzącym na parkiet, tablicą magnetyczną i szafą pełną segregatorów, których nikt poza Renatą nie miał prawa dotykać. Renata siedziała za biurkiem. Nie wstała, kiedy Zuza weszła. Nie wskazała jej krzesła.

Zuza stanęła przy drzwiach.

Przez dłuższą chwilę Renata tylko na nią patrzyła. Renata umiała patrzeć tak, że najtwardsze zawodniczki w lidze zaczynały sobie przypominać wszystkie swoje grzechy od przedszkola.

— Prezes złożył wczoraj wieczorem pismo do Kolegium Sędziów — powiedziała wreszcie. — Formalną skargę na pracę pary sędziowskiej w meczu z Hetmanem. Z wnioskiem o analizę nagrania i o to, żeby ta para nie prowadziła naszych spotkań do końca sezonu.

Zuza poczuła coś, co przez sekundę przypominało satysfakcję.

— To dobrze — powiedziała.

— Dobrze? — Renata oparła łokcie o biurko. — Wiesz, dlaczego to zrobił? Bo od wczoraj od jedenastej rano ma telefon od każdego sponsora, każdego kibica z klubu kibica i każdego radnego, który kiedyś przeciął u nas wstęgę. Wszyscy pytają, dlaczego klub milczy, skoro nawet nasza bramkarka mówi, że nas skrzywdzono. Nie złożył tej skargi, bo tak chciał. Złożył ją, bo mu nie zostawiłaś wyboru.

— Wygrałyśmy tamten mecz przez…

— Wygrałyśmy tamten mecz — przerwała Renata. — Kropka. Koniec zdania. Dwa punkty są w tabeli. Nikt nam ich nie zabrał. Wiesz, co zrobiłaś w radiu? Zamieniłaś wygraną w aferę.

Zuza zacisnęła szczęki.

— Powiedziałam prawdę.

— Powiedziałaś swoją prawdę. W radiu. Dzień po meczu. Kiedy wszyscy jeszcze krzyczą. — Renata wyjęła z teczki kartkę i położyła ją na biurku. — A to przyszło dziś o ósmej. Komisja dyscyplinarna związku prosi klub o stanowisko w sprawie publicznej wypowiedzi zawodniczki podważającej bezstronność sędziów. Wiesz, co to znaczy?

Zuza wiedziała. Kara finansowa, jeśli dobrze pójdzie. Jeśli źle — mecz zawieszenia. Albo dwa.

— Nie wymieniłam nazwiska — powiedziała. Głos zabrzmiał jej słabiej, niż chciała.

— Nie musiałaś. — Renata odchyliła się na krześle. — „Wszyscy wiedzą, jak się nazywa”. Myślisz, że w komisji siedzą idioci?

Zuza milczała. Za oknem, na parkiecie, Oliwia rozgrzewała się z trenerem bramkarek. Skakała przez płotki, lekka i szybka, jakby jej ciało nie miało żadnej historii.

— Jesteś najlepszą bramkarką, jaką miałam od piętnastu lat — powiedziała Renata ciszej. — Wiem, ile kosztował cię powrót. Wiem, że nie znosisz, kiedy ktoś ci coś odbiera. Ale jesteś bramkarką, Zuza. Nie rzeczniczką prasową, nie adwokatką Doroty i nie komisją sędziowską. Twoją robotą jest bronić. Nie wygrywać każdej wojny, która się nawinie.

— To nie była wojna.

— Każda rzecz, którą mówisz z taką miną, jest wojną. — Renata przysunęła do siebie laptopa. — W środę gra Oliwia. Cały mecz.

Zuza poczuła, jak coś zimnego osiada jej w brzuchu.

— To kara?

— To bark. — Renata nie podniosła wzroku. — Ewa przysłała mi raport. Dwa dni bez rzutów, potem zobaczymy. A teraz idź na siłownię. I Zuza.

— Tak?

— Jeśli jeszcze raz usłyszę cię w radiu bez mojej wiedzy, obejrzysz resztę sezonu z trybun. Obojętnie, co będzie mówił raport.

* * *

Filip zadzwonił, kiedy była w połowie serii ćwiczeń z gumą.

Zuza odebrała na głośniku i położyła telefon na macie. Filip był jej menedżerem od czterech lat. Mówił szybko, myślał jeszcze szybciej i nigdy nie zaczynał rozmowy od dobrej wiadomości, jeśli miał też złą.

— Bronisz genialnie — powiedział. — Gadasz fatalnie.

— Cześć, Filip.

— Cześć. Słuchaj. Ten facet w kurtce na trybunach to nie była kurtka narciarska.

Zuza przestała ciągnąć gumę.

— Duńczycy?

— Skovby. Czołówka ligi, w tym sezonie grają w Lidze Mistrzyń. Szukają bramkarki od lata. Oglądali cię w sobotę. Dzwonili do mnie w nocy, zachwyceni. Noga, wyrzut, mentalność w końcówce, wszystko. — Filip zrobił pauzę. — A dziś rano zadzwonili jeszcze raz.

— I?

— I pytali o wywiad. Ktoś im przetłumaczył. Pytali, czy masz, cytuję, „historię konfliktów z sędziami”.

Guma wysunęła się Zuzie z ręki i plasnęła o podłogę.

— Co im powiedziałeś?

— Że masz charakter. Że jesteś liderką. Że w Polsce to normalne. — Filip westchnął. — Zuza, Skandynawowie lubią bramkarki z charakterem. Nie lubią bramkarek z aferami. To jest różnica, którą musisz zrozumieć przed końcem sezonu, bo przez najbliższe miesiące będą oglądać wszystko. Każdy mecz. Każdy wywiad. Każdy post.

— Rozumiem.

— Nie, nie rozumiesz. Ale zrozumiesz. — Jego głos trochę złagodniał. — Jeśli komisja ci coś da, powiem im, że to jednorazowe. Tylko niech to będzie jednorazowe, dobra?

Kiedy się rozłączył, Zuza długo siedziała na macie i patrzyła na leżącą gumę.

Skovby. Liga Mistrzyń. Wszystko, na co pracowała od czternastego roku życia. Wszystko, co po operacji barku uznała za stracone, a potem, w tym sezonie, zaczęła po cichu, bardzo ostrożnie, znowu sobie wyobrażać.

I jedno zdanie w radiu, które nie musiało paść.

* * *

Wieczorem przyszła Ewa, z torbą zakupów i miną, która zapowiadała, że nie wyjdzie, dopóki nie dostanie odpowiedzi.

Zrobiły makaron. To znaczy Ewa zrobiła makaron, a Zuza siedziała na blacie kuchennym z lodem na barku i podawała jej rzeczy, na które Ewa wskazywała palcem. Przez pierwsze pół godziny rozmawiały o wszystkim poza radiem. O Oliwii, która podobno w szatni płakała ze stresu przed środą. O Poli, która dostała od jakiejś firmy propozycję współpracy i nie wiedziała, co to znaczy „barter”. O Kubie, który chciał iść na AWF, a mama chciała, żeby poszedł na informatykę.

Potem Ewa wyłączyła gaz, oparła się o kuchenkę i spojrzała na nią.

— Dobra — powiedziała. — Dlaczego?

— Co dlaczego?

— Znam cię trzy lata. Widziałam, jak po złym gwizdku kopiesz w ławkę, klniesz w szatni i dwa dni później zapominasz. Nigdy nie poszłaś z tym do radia. — Ewa przechyliła głowę. — Więc dlaczego teraz?

Zuza wzruszyła jednym ramieniem — tym zdrowym.

— Bo to była ostatnia akcja. Bo mogłyśmy przegrać przez…

— Bzdura.

— Bo Dorota stała.

— Dorota stała przy trzech innych karnych w tym sezonie. — Ewa nie odpuszczała. — Co się stało w sobotę, Zuza?

Zuza spojrzała na swoje dłonie. Na woreczek z lodem, z którego kapała woda.

— Ona wiedziała — powiedziała w końcu. Cicho, jakby do siebie. — Przed rzutem. Popatrzyłam na nią i zobaczyłam, że nie jest pewna. A potem w korytarzu udawała, że nic takiego nie było. Że wszystko jest protokołem, procedurą i… — urwała. — I mnie to wkurzyło. To udawanie.

Ewa milczała przez chwilę.

— Ona — powtórzyła.

— Co?

— Powiedziałaś „ona”. Nie „sędziny”. Nie „Kosy”. Ona. — Ewa odwróciła się do garnka i zaczęła odcedzać makaron. — I jaki korytarz?

Zuza otworzyła usta i zamknęła je.

— Nieważne — powiedziała.

— Mhm — odparła Ewa, nie odwracając się. Para z garnka owinęła jej twarz. — Oczywiście.

* * *

Po jedenastej, kiedy Ewa już wyszła, Zuza leżała w łóżku z laptopem na brzuchu i robiła coś, czego nie zamierzała robić.

Wpisała w wyszukiwarkę imię i nazwisko.

Wyników było niewiele. Obsady meczów. Lista sędziów związkowych. Dwa krótkie artykuły o parze, która „zbiera wysokie oceny obserwatorów”. Zdjęcie z jakiegoś szkolenia, na którym Ada stała w drugim rzędzie, z rękami skrzyżowanymi na piersi, i nie uśmiechała się. Żadnych mediów społecznościowych. Żadnych wywiadów. Żadnego „prywatnie uwielbia”. Kobieta bez historii.

Zuzę irytowało to bardziej, niż powinno. Każdy miał jakąś historię. Tę ktoś musiał bardzo starannie schować.

Na samej górze wyników pojawił się nowy artykuł, sprzed godziny.

„Kolegium Sędziów rozpatrzy skargę Iskry Toruń. Para Rudnicka–Pietrzak może zostać odsunięta od meczów klubu”.

Zuza kliknęła. Tekst był suchy i krótki. Przewodniczący kolegium zapewniał, że nagranie zostanie przeanalizowane „z pełną starannością”. Nazwiska sędzi padały w nim cztery razy. Jej nazwisko padało raz, w cytacie z radia.

Pod artykułem było sto dwanaście komentarzy.

Zuza nie powinna była ich czytać. Przeczytała.

Większość powtarzała to, co już znała: ślepe, przekupione, do wymiany. Kilka broniło sędzi. Jeden, anonimowy, był o Adzie — tylko o niej, z imienia — i był tak podły, że Zuza zamknęła laptopa jednym ruchem, jakby coś ją ugryzło.

W ciemnym pokoju słychać było tylko tykanie zegara w kuchni.

Zuza leżała nieruchomo i myślała o szarozielonych oczach. O cichym „dobranoc”. O tym, jak sędzia szła korytarzem, oszczędzając lewą nogę, zanim zauważyła, że ktoś patrzy.

Nie wymieniłam nazwiska, pomyślała.

Nie musiała.

ROZDZIAŁ 4

Cudzy dom

Sala posiedzeń Kolegium Sędziów miała okna od podłogi do sufitu, długi stół z jasnego drewna i widok na parking, na którym ktoś od dwudziestu minut bezskutecznie próbował zaparkować tyłem.

Ada siedziała wyprostowana, z dłońmi złożonymi na teczce. Iwona obok niej wierciła się na krześle, które było o dwa rozmiary za małe na jej wzrost. Naprzeciwko siedziały trzy osoby: Leszek, przewodniczący kolegium, siwy i uprzejmy jak dyrektor banku, który za chwilę odmówi kredytu. Grażyna, obserwatorka z dwudziestoletnim stażem, która nigdy się nie uśmiechała, bo — jak mówiono — uważała uśmiech za formę stronniczości. I Marian.

Marian był pierwszym obserwatorem, który jedenaście lat temu napisał w raporcie o Adzie: „Wybitna czytelność gry. Do obserwacji”. Od tamtej pory pilnował jej kariery z uporem, którego nigdy nie nazwał i za który Ada nigdy mu nie podziękowała, bo oboje uznaliby to za niezręczne.

Teraz nie patrzył na nią. Patrzył na ekran.

Nagranie leciało po raz czwarty. Z kamery na trybunie głównej, potem z kamery za bramką, której obraz klub przysłał dopiero wczoraj — rozmazany, z dołu, z połową kadru zasłoniętą przez plecy fotoreportera. Wiktoria wbiega. Obrończyni wychodzi. Kontakt. Obie lecą. Gwizdek.

Leszek zatrzymał obraz.

— Pani Ado — powiedział. — Proszę nam jeszcze raz opisać, co pani widziała i skąd.

Ada opisała. Pozycję przy linii, dwa metry od słupka. Kąt, z którego widziała biodro obrończyni i jej prawą stopę. Przesunięcie w bok w momencie kontaktu. Czystą sytuację rzutową rozgrywającej. Mówiła spokojnie i dokładnie, tak jak ćwiczyła w pociągu, tak jak zawsze mówiła w takich salach. Każde słowo było prawdziwe. Każde było jej własne.

— Pani Iwono? — Leszek odwrócił się do jej partnerki.

— Byłam za akcją — powiedziała Iwona. — Kontaktu nie widziałam czysto. Podeszłam do koleżanki i zapytałam, czy jest pewna. Była pewna. Ufam jej. Pracujemy razem osiem lat i nigdy nie dała mi powodu, żeby było inaczej.

Powiedziała to prosto, bez nacisku, jakby podawała godzinę rozpoczęcia meczu. Ada poczuła, jak coś ściska ją w gardle, i spojrzała na swoje dłonie.

Grażyna pochyliła się nad notatkami.

— Kamera za bramką pokazuje prawą stopę obrończyni w momencie kontaktu — powiedziała. — Albo jej nie pokazuje. Zależy, kogo zapytać. Ja widzę tu cień, który może być przesunięciem. Kolega Leszek widzi cień, który może być podłogą.

— Podłoga też się czasem rusza — mruknął Leszek. — Szczególnie w Toruniu.

Nikt się nie roześmiał.

Marian odchrząknął. Pierwszy raz od początku posiedzenia podniósł wzrok i spojrzał prosto na Adę.

— Pani Ado — powiedział. Zawsze mówił do niej „pani”, nawet po jedenastu latach. — Obejrzała pani to nagranie po meczu?

— Tak.

— Ile razy?

Ada zawahała się. Tylko na moment.

— Kilka.

— I dzisiaj, po tych kilku razach, ma pani jakiekolwiek wątpliwości co do swojej decyzji?

W sali zrobiło się bardzo cicho. Za oknem ktoś wreszcie zaparkował.

Ada widziała przed sobą stopklatkę. Nie tę z nogą obrończyni. Tamtą drugą. Dwie kobiety w rogu kadru, rozmyte przez kompresję. Niedokończony wiersz w notesie. Kąt: i nic więcej.

— Nie — powiedziała.

Marian patrzył na nią jeszcze przez sekundę. Potem skinął głową i coś zanotował.

Leszek przewrócił kartkę.

— Jeszcze jedno, formalnie. — Poprawił okulary. — W związku z publiczną wypowiedzią zawodniczki Iskry pytam, czy po zakończeniu spotkania miały miejsce jakiekolwiek incydenty z udziałem zawodniczek lub osób towarzyszących, które nie zostały ujęte w raporcie delegata.

Ada poczuła, jak Iwona nieruchomieje obok niej.

Korytarz. Mrugająca jarzeniówka. Pół kroku za blisko. Nie pytam, czy zmienisz decyzję. Pytam, dlaczego ją podjęłaś.

— Nie — powiedziała Ada.

Iwona nie odwróciła głowy. Ale Ada czuła jej spojrzenie na skroni, ciepłe i ciężkie jak dłoń.

* * *

Czekały na korytarzu czterdzieści minut. Automat z kawą był zepsuty. Iwona zjadła pół paczki żelków i ani razu nie zaproponowała Adzie jednego, co było bardziej wymowne niż cokolwiek, co mogłaby powiedzieć.

Potem Leszek zaprosił je z powrotem i odczytał decyzję.

Materiał wideo nie pozwala w sposób jednoznaczny ocenić sytuacji z 60. minuty spotkania. Kolegium nie stwierdza rażącego błędu sędziowskiego ani naruszenia zasad bezstronności. Kolegium nie nakłada na parę sędziowską żadnych sankcji. Jednocześnie, mając na uwadze napiętą atmosferę wokół spotkania i dobro rozgrywek, kolegium postanawia czasowo nie wyznaczać pary do prowadzenia meczów z udziałem Iskry Toruń do odwołania.

— To nie jest kara — dodał Leszek, zdejmując okulary. — Chcę, żeby to było jasne. To zabieg ochronny. Dla was i dla ligi.

— Wiem, jak to będzie wyglądało — powiedziała Ada.

— Tak. — Leszek spojrzał na nią ze zmęczoną życzliwością. — Będzie wyglądało tak, jakbyśmy coś wiedzieli, ale nie chcieli powiedzieć. Właśnie dlatego nie wydamy żadnego komunikatu poza suchym zdaniem. Za dwa miesiące nikt o tym nie będzie pamiętał.

Ada skinęła głową. Za dwa miesiące. Jedenaście sezonów nauczyło ją, że internet pamięta znacznie dłużej niż dwa miesiące i znacznie gorzej, niż było naprawdę.

Kiedy wychodziły, Marian dogonił je przy windzie.

— Lubin jest aktualny — powiedział cicho. — Obserwator z EHF przyjeżdża. Pytali mnie, czy jest jakaś sprawa. Powiedziałem, że nie ma.

— Dziękuję.

— Nie dziękuj. — Marian przeszedł na „ty” pierwszy raz, odkąd go znała, i chyba sam się tym speszył. — Po prostu nie daj im powodu, żeby pomyśleli inaczej.

* * *

W pociągu do Gdańska Iwona milczała do Iławy.

Ada patrzyła na pola za oknem, szare i płaskie pod listopadowym niebem, i czekała. Znała Iwonę. Iwona milczała tylko wtedy, gdy wybierała słowa, a wybierała je tylko wtedy, gdy chodziło o coś ważnego.

— Nie było żadnych incydentów? — zapytała w końcu, nie odrywając wzroku od gazety, której nie czytała od pół godziny.

— Nie było nic, co warto by wpisać.

— To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

— To jest odpowiedź na pytanie kolegium.

Iwona złożyła gazetę. Położyła ją na stoliku. Odwróciła się do Ady całym ciałem, na ile pozwalał ciasny fotel.

— Posłuchaj mnie — powiedziała bardzo spokojnie. — Mnie nie obchodzi, co ta bramkarka powiedziała ci na korytarzu. Naprawdę. Pewnie coś głupiego. One wszystkie mówią głupie rzeczy po meczu, sama byłam taka w wieku dwudziestu lat. Ale jesteśmy parą, Ada. Jak kłamiesz komisji, to kłamiesz za nas dwie.

Ada poczuła, że się rumieni. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz jej się to zdarzyło.

— Nie kłamałam.

— Mhm.

— Nie przekroczyła granicy. Mówiłam ci już. Gdybym to wpisała, dałabym komisji dyscyplinarnej kolejny powód, żeby ją ukarać. Ona i tak dostanie za radio.

— A od kiedy ciebie obchodzi, co dostanie zawodniczka, która publicznie mówi, że nie umiesz gwizdać?

Ada otworzyła usta. Zamknęła je.

Iwona przyglądała się jej jeszcze przez chwilę. Potem westchnęła i sięgnęła po gazetę.

— W sobotę kolacja u nas — powiedziała. — Tomek robi gołąbki. Nie odmawiasz.

— Iwona…

— Nie odmawiasz. Dzieci pytają o ciebie. Hania chce ci coś pokazać.

* * *

W piątek rano szefowa wezwała Adę do swojego gabinetu i zamknęła drzwi.

Monika była dobrą szefową — rzeczową, konkretną, niezainteresowaną niczym poza tym, czy modele ryzyka są policzone na czas. W ciągu sześciu lat wspólnej pracy nie zapytała Ady ani razu o życie prywatne. Ada ceniła to bardziej niż jakąkolwiek premię.

Teraz Monika obracała w dłoniach długopis i wyglądała na zakłopotaną.

— Dział bezpieczeństwa przekazał mi coś, co przyszło wczoraj na ogólny adres banku — powiedziała. — Nie będę ci tego czytać. Jest anonimowe i… nieprzyjemne. Ktoś twierdzi, że „wasza pracownica ustawia mecze”. Dołączył twoje zdjęcie z jakiegoś meczu i link do artykułu.

Ada siedziała nieruchomo. Czuła, jak krew odpływa jej z twarzy, a potem wraca, gorąca i ciężka.

Przez jedenaście lat trzymała te dwa światy osobno. W banku była analityczką, która dobrze liczy i nie spóźnia się na spotkania. W hali była sędzią. Nikt w pracy nie wiedział, gdzie spędza weekendy. Nikt w hali nie wiedział, gdzie spędza tygodnie. Dwa pudełka, szczelnie zamknięte, stojące na dwóch różnych półkach.

Ktoś właśnie zdjął je obydwa i wysypał zawartość na podłogę.

— Przepraszam — powiedziała Ada.

— Za co? — Monika spojrzała na nią ze zdziwieniem. — Nie musisz się z niczego tłumaczyć. Bezpieczeństwo już to zgłosiło, adres jest zablokowany. Chciałam tylko, żebyś wiedziała. I zapytać, czy nie potrzebujesz kilku dni wolnego.

— Nie, dziękuję.

— Na pewno?

— Na pewno.

Monika skinęła głową. Kiedy Ada była już przy drzwiach, szefowa odezwała się jeszcze raz, innym tonem:

— Nie wiedziałam, że sędziujesz. To musi być trudne. Wszyscy na ciebie krzyczą.

Ada zatrzymała się z dłonią na klamce.

— Przyzwyczaiłam się — powiedziała.

Dopiero w łazience, przy umywalce, pozwoliła sobie oprzeć czoło o chłodne lustro. Na dwadzieścia sekund. Potem umyła ręce, poprawiła włosy i wróciła do biurka.

Po południu, między dwoma raportami, przeczytała krótką notkę na portalu sportowym. Komisja dyscyplinarna ukarała bramkarkę Iskry Toruń upomnieniem i karą finansową w wysokości dwóch tysięcy złotych za publiczną wypowiedź podważającą bezstronność arbitrów.

Ada przeczytała to dwa razy. Czekała na satysfakcję, która powinna przyjść. Zawodniczka, która publicznie ją skrytykowała, poniosła konsekwencje. Sprawiedliwość, procedura, porządek. Wszystko, w co wierzyła.

Satysfakcja nie przyszła.

Przyszło za to wspomnienie: spocona twarz pod mrugającą jarzeniówką i pół kroku w tył, zrobione z wyraźnym namysłem. Jakby tamta chciała, żeby Ada wiedziała, że cofa się z wyboru, a nie ze strachu.

Zamknęła notkę i wróciła do raportu.

* * *

Dom Iwony w Pruszczu Gdańskim był głośny, ciepły i zawsze pachniał czymś pieczonym.

Drzwi otworzył Tomek — wielki, brodaty, w fartuchu z napisem „Najlepszy tata na świecie (według jury złożonego z trójki dzieci)”. Uściskał Adę tak mocno, że poczuła, jak coś strzyka jej w plecach.

— Nasza ulubiona przestępczyni! — zawołał. — Wchodź, wchodź, zanim bliźniaki zjedzą wszystkie gołąbki.

Bliźniaki, Staś i Franek, dwunastoletni i identycznie rozczochrani, kłócili się w salonie o konsolę. Hania, dziesięcioletnia i poważna jak mała księgowa, zbiegła po schodach w koszulce z numerem i rzuciła się Adzie na szyję.

— Ciocia Ada! Zapisałam się na piłkę ręczną!

— Naprawdę?

— Od września! Jestem na skrzydle! — Hania odsunęła się i spojrzała na nią z troską. — Ciocia, a czy to prawda, że was nazywają Kosami, bo kosicie wszystkich?

— Hania! — zawołała Iwona z kuchni.

— No co? Franek tak powiedział!

— Franek mówi wiele rzeczy — odparła Ada, zdejmując płaszcz. — Nazywają nas tak, bo jesteśmy dokładne.

— Czyli kosicie wszystkich — podsumowała Hania z zadowoleniem.

Tomek ryknął śmiechem. Ada, wbrew sobie, też się uśmiechnęła.

Kolacja trwała dwie godziny. Gołąbki były doskonałe. Bliźniaki pokłóciły się o ostatni kawałek ciasta i pogodziły, dzieląc go na pół linijką. Tomek opowiadał historie ze swojej szkoły, gdzie uczył historii i gdzie — jak twierdził — nastolatki były groźniejsze od najbardziej agresywnych kibiców. Nikt nie wspomniał o Toruniu. Nikt nie wspomniał o kolegium. Ada podejrzewała, że Iwona wydała w tej sprawie ścisły zakaz.

W pewnym momencie, kiedy wszyscy mówili naraz, Ada zauważyła, jak Tomek, wstając po sól, przechodzi za krzesłem Iwony i mimochodem kładzie jej dłoń na karku. Na sekundę. Iwona nawet nie podniosła głowy. Po prostu oparła się lekko o tę dłoń, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie, i mówiła dalej.

Ada odwróciła wzrok.

Nie zazdrościła im. Tak sobie powtarzała. Nie zazdrościła im domu, hałasu ani dzieci. Nie była pewna, czy chciałaby tego wszystkiego. Zazdrościła im tylko tej jednej rzeczy: że można się o kogoś oprzeć, nie patrząc, i wiedzieć, że ten ktoś tam będzie.

Z Edytą nigdy tak nie było. Edyta mówiła, że Ada zawsze najpierw sprawdza, czy ktoś tam jest, a dopiero potem się opiera. I że zanim skończy sprawdzać, ten ktoś zdąży już odejść.

Po kolacji Hania pociągnęła ją za rękę do ogrodu.

— Ciocia, chodź. Pokażę ci rzut.

W ogrodzie było ciemno i zimno. Lampa nad tarasem oświetlała kawałek trawnika i starą bramkę do piłki nożnej, którą Tomek przyciął na wymiar ręcznej. Hania wzięła piłkę, rozpędziła się na trzy kroki i rzuciła. Piłka odbiła się od poprzeczki i poleciała w krzaki.

— Prawie! — krzyknęła Hania.

— Prawie — zgodziła się Ada. — Pokaż jeszcze raz. Tylko łokieć wyżej.

Hania rzuciła jeszcze raz. Łokieć był za nisko.

Ada podeszła, podniosła piłkę z krzaków i obróciła ją w dłoni. Była mała, dziecięca, miękka. Chwyt przyszedł sam. Palce ułożyły się na szwach, zanim zdążyła o tym pomyśleć.

— Patrz — powiedziała.

Zrobiła krok. Tylko jeden, żeby oszczędzić kolano. Łokieć w górze, bark do tyłu, obrót bioder, nadgarstek na końcu jak trzaśnięcie bicza.

Piłka wpadła w lewe górne okienko tak mocno, że siatka zafalowała.

Hania stała z otwartymi ustami.

— Ciocia — wyszeptała. — Ty rzucasz jak zawodniczka.

Ada poczuła, jak coś w niej nieruchomieje.

Za plecami usłyszała skrzypnięcie drzwi tarasowych. Iwona stała w progu z dwoma kubkami herbaty i patrzyła na bramkę.

— Kiedyś trochę grałam — powiedziała Ada. Do Hani. Do Iwony. Do nikogo.

— Wiem — odparła Iwona spokojnie. — W juniorkach. Mówiłaś mi kiedyś.

Nie dodała nic więcej. Podała Adzie kubek i przez chwilę stały obok siebie, patrząc, jak Hania biegnie po piłkę.

— Ada — odezwała się Iwona cicho. — Odsunęli nas obie. Mnie to nie boli. Naprawdę. Iskra to jeden klub, w lidze jest ich dwanaście. Tylko nie rób z tego swojego krzyża.

— Nie robię.

— Robisz. Widzę. Nosisz go od soboty. — Iwona napiła się herbaty. — I nie wiem, co jest w środku, ale jest ciężkie.

Ada nie odpowiedziała. Patrzyła na siatkę, która wciąż się lekko kołysała.

* * *

Nie pojechała prosto do domu.

Skręciła z obwodnicy w stronę Oliwy, zanim zdążyła się zastanowić, i dziesięć minut później zaparkowała przed halą, której nie widziała od lat.

Budynek był ciemny. Stary, z łuszczącym się tynkiem i nowym, zbyt jaskrawym szyldem, który do niego nie pasował. Nad wejściem wisiał baner z logo młodzieżowej akademii. Na parkingu nie było nikogo.

Ada wyłączyła silnik i siedziała w ciemności.

Tutaj trenowała od dwunastego roku życia. Tutaj ojciec stał przy linii bocznej z gwizdkiem na szyi i mówił, że prawa rozgrywająca musi widzieć całe boisko naraz, bo inaczej nie ma sensu, żeby w ogóle wychodziła na parkiet. Tutaj rzucała do zmroku, kiedy wszystkie inne już poszły. Tutaj pierwszy raz powołano ją do kadry juniorek i tutaj, na tym parkiecie, w tej hali, jedenaście lat temu…

Nie dokończyła myśli. Nigdy jej nie kończyła.

Kolano pulsowało. Nie od rzutu w ogrodzie. Po prostu pulsowało, jak zawsze, kiedy za długo patrzyła na ten budynek.

Gwizdek pozwolił jej zostać w hali. Nie pozwolił wrócić na boisko. Przez jedenaście lat uważała, że to uczciwa wymiana. Że lepsze to niż nic.

Pomyślała o bramkarce z Torunia. O czternastu miesiącach rehabilitacji, o których czytała w nocy, zanim jeszcze wiedziała, jak ta kobieta patrzy z bliska. O tym, że tamta wróciła. Że dalej stoi na linii, dotyka słupków i rozmawia z bramką, jakby była jej wspólniczką.

Ada siedziała w samochodzie, dopóki szyby nie zaparowały od jej oddechu.

I po raz pierwszy od bardzo dawna pozwoliła sobie przyznać, że zazdrości komuś, kogo zna tylko z jednego spojrzenia.

ROZDZIAŁ 5

Ktoś młodszy

Oliwia wymiotowała w łazience przy szatni, a Zuza stała pod drzwiami i nie wiedziała, co zrobić z rękami.

Do meczu z Nadwiślanką Płock zostało czterdzieści minut. Reszta drużyny była na rozgrzewce. Zuza wróciła do szatni po taśmę, której wcale nie potrzebowała, bo od rana nie mogła usiedzieć w miejscu, i usłyszała zza drzwi dźwięk, który znała aż za dobrze. Sama wydawała go przez pierwsze dwa lata gry w seniorach, przed każdym meczem, w każdej hali w Polsce.

Spłuczka. Woda z kranu. Cisza.

Zuza zapukała.

— Oliwia?

— Zaraz! — Głos był zduszony i o pół tonu za wysoki. — Zaraz wychodzę!

— Nie musisz się spieszyć.

Drzwi otworzyły się po minucie. Oliwia była blada, z mokrą grzywką i oczami zaczerwienionymi od wysiłku. Na widok Zuzy spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszło z tego coś pomiędzy grymasem a przeprosinami.

— Przepraszam — powiedziała. — To nic. Zawsze tak mam. Znaczy, nie zawsze. Tylko jak gram od początku. Znaczy…

— Oliwia.

— Tak?

— Wiem.

Oliwia zamrugała. Potem usiadła ciężko na ławce i ukryła twarz w dłoniach.

Zuza patrzyła na nią. Dwadzieścia jeden lat. Metr osiemdziesiąt dwa. Refleks, jakiego Zuza nie miała nawet w najlepszym sezonie, i zdrowe barki, które nigdy nie widziały skalpela. Wszystko, czego Zuza bała się od miesięcy, siedziało teraz na ławce w szatni, trzęsło się i próbowało nie płakać.

Byłoby tak łatwo nic nie powiedzieć. Wziąć taśmę i wyjść.

Zuza westchnęła i usiadła obok niej.

— Posłuchaj — powiedziała. — Nie patrz na trybuny. W ogóle. Nawet przy hymnie. Patrz na parkiet przed sobą.

Oliwia podniosła głowę.

— Przy rzutach z drugiej linii nie patrz na ręce, tylko na biodra. Ręce kłamią. Biodra rzadko. Ich lewa rozgrywająca, ta z dziewiątką, rzuca zawsze tam, gdzie ma otwarte biodro, nawet jak ręką pokazuje coś innego. — Zuza zrobiła pauzę. — I jak puścisz pierwszą bramkę, a puścisz, bo wszyscy puszczają, nie patrz na ławkę. Na mnie też nie. Dotknij słupka i idź dalej.

— Słupka?

— Słupka. — Zuza wzruszyła ramionami. — Pomaga. Nie pytaj dlaczego.

Oliwia patrzyła na nią przez dłuższą chwilę. Potem zapytała cicho, jakby się bała odpowiedzi:

— Wiesz, że to twoje miejsce, prawda? Ja tylko… ja nie chcę, żebyś myślała, że…

— Dzisiaj jest twoje — przerwała Zuza. Wstała i wzięła taśmę, której nie potrzebowała. — Wracaj na rozgrzewkę, zanim Renata przyjdzie cię szukać.

Dzisiaj, powtórzyła w myślach, idąc korytarzem. Dzisiaj.

Słowo brzmiało jak zaklęcie, które przestaje działać, gdy zbyt długo się je powtarza.

* * *

Z ławki hala wyglądała inaczej.

Zuza zapomniała już, jak to jest. Od powrotu po kontuzji siedziała tu tylko wtedy, gdy Renata zdejmowała ją na chwilę z boiska, albo podczas przerw na żądanie. Teraz siedziała od pierwszej minuty, w bluzie zarzuconej na koszulkę, z woreczkiem lodu na barku, i patrzyła, jak ktoś inny dotyka jej słupków.

Oliwia dotknęła lewego. Potem prawego. Potem spojrzała w stronę ławki — jednak spojrzała — i Zuza uniosła kciuk, zanim zdążyła się zastanowić, czy chce.

Sędziowie wyszli na parkiet. Zuza odruchowo spojrzała w stronę linii przy bramce Iskry.

Stał tam łysy mężczyzna koło pięćdziesiątki, z brzuchem opinającym czarną koszulkę. Para z Kielc. Porządni, spokojni, nudni.

Zuza poczuła coś, czego nie potrafiła nazwać. Płaskie, głupie rozczarowanie, jakby przyszła do kina na film, a wyświetlali reklamę.

Zirytowała się na siebie tak bardzo, że przez pierwsze pięć minut meczu prawie nie widziała, co się dzieje na boisku.

Dopiero kiedy Oliwia obroniła pierwszy rzut, hala zawyła i Zuza drgnęła.

Potem Oliwia obroniła drugi. I trzeci — rzut z dziewiątego metra, od lewej rozgrywającej z dziewiątką, która pokazała ręką prawy róg, a biodro miała otwarte na lewy. Oliwia nawet nie drgnęła w prawo. Poleciała w lewo i zgarnęła piłkę, jakby czekała na nią od godziny.

— O cholera — powiedziała Pola, siedząca akurat obok Zuzy na dwuminutowej karze. — Ona broni jak ty.

— Nie broni jak ja.

— No nie. — Pola przechyliła głowę. — Broni jak ty, tylko ciszej. Nie drze się na obronę. Nie gada do słupków. Jakby ktoś ciebie ściszył.

Zuza zacisnęła palce na krawędzi ławki.

Do przerwy Oliwia miała dziewięć obron. Po przerwie jeszcze siedem. Hala zaczęła skandować jej imię gdzieś w połowie drugiej połowy — najpierw nieśmiało, z sektora rodzin, potem coraz głośniej, aż zabrzmiało to jak skandowanie, które Zuza słyszała dotąd tylko dla siebie.

Iskra wygrała 31:24.

Zuza klaskała. Naprawdę klaskała, szczerze, całymi dłońmi, i kiedy Oliwia po syrenie pobiegła w stronę ławki, to Zuza pierwsza ją złapała i uniosła nad ziemię — zdrowym ramieniem.

— Słupek — wydyszała Oliwia prosto w jej ucho. — Słupek działa!

— Mówiłam.

Kiedy ją postawiła, uśmiechała się. Uśmiech był prawdziwy.

Pod spodem coś w niej powoli, spokojnie gniło.

* * *

Na konferencji prasowej Renata powiedziała, że Oliwia „rozegrała wielki mecz” i że „Iskra ma dwie bramkarki na poziomie reprezentacyjnym”. Zuza słyszała to przez uchylone drzwi sali konferencyjnej, stojąc w korytarzu z torbą na ramieniu.

Dwie bramkarki. Nie jedną i jej zmienniczkę. Dwie.

Kiedy wszystkie poszły, wróciła na pustą halę.

Oświetlenie było już przygaszone, trybuny puste, na parkiecie leżały porzucone butelki po wodzie. Zuza wzięła piłkę z kosza przy ławce i stanęła w bramce. Rzuciła piłkę o ścianę za linią końcową, złapała, rzuciła znowu. Potem spróbowała wyrzutu, takiego jak w sobotę — z zamachem, na połowę boiska.

Bark krzyknął.

Piłka poleciała krzywo i odbiła się od band reklamowych. Zuza zgięła się wpół, z ręką przyciśniętą do łopatki, i zaklęła tak głośno, że echo wróciło do niej spod dachu.

— Dwa dni bez rzutów — odezwał się głos z trybun.

Zuza podniosła głowę. Ewa siedziała w trzecim rzędzie, z nogami opartymi o krzesełko przed sobą i kurtką na kolanach. Pewnie siedziała tam od początku.

— Dwa dni już minęły — powiedziała Zuza przez zęby.

— A bark nadal boli. — Ewa wstała i zaczęła schodzić po schodkach. — A ty rzucasz jak ktoś, kto chce coś komuś udowodnić. Komu?

Zuza nie odpowiedziała. Ewa zeszła na parkiet, podeszła do niej i bez słowa zaczęła badać bark. Palcami, powoli, tak jak podczas rehabilitacji, kiedy Zuza nie mogła unieść ręki do wysokości ramienia.

— Mam dwadzieścia dziewięć lat — powiedziała Zuza cicho, patrząc na pustą bramkę. — Ona ma dwadzieścia jeden.

Ewa nie przerwała badania.

— I obie macie po dwie ręce.

— Ona ma dwie zdrowe ręce.

— Ty też. — Ewa nacisnęła jedno miejsce i Zuza syknęła. — Po prostu jedna z nich musi odpocząć. To nie jest wyrok, Zuza. To jest bark.

— Wiesz, co mówi Renata? Że Iskra ma dwie bramkarki na poziomie reprezentacyjnym.

— Bo ma.

— I co ja mam z tym zrobić?

Ewa puściła jej ramię. Spojrzała na nią tym spojrzeniem, które Zuza pamiętała z najgorszych dni rehabilitacji. Z dnia, w którym po trzech miesiącach ćwiczeń nadal nie mogła zapiąć stanika bez pomocy i rozpłakała się ze złości w gabinecie fizjoterapii.

— Pamiętasz, co ci wtedy powiedziałam? — zapytała Ewa. — Jak rzuciłaś we mnie taśmą?

— Że mam przestać rzucać w ciebie taśmą.

— Potem.

Zuza milczała. Pamiętała.

— Że z czasem nie wygrasz — powiedziała w końcu. — Że możesz się z nim najwyżej dogadać.

— No właśnie. — Ewa podniosła piłkę i wrzuciła ją do kosza. — Oliwia to nie jest twój wróg. Oliwia to jest czas. Możesz z nią walczyć i przegrać. Albo możesz zrobić to, co zrobiłaś dziś w szatni.

Zuza spojrzała na nią ostro.

— Skąd wiesz, co zrobiłam w szatni?

— Oliwia mi powiedziała. Przed meczem. Że mówiłaś jej o biodrach. — Ewa zarzuciła kurtkę na ramiona. — Była tak wzruszona, że o mało znowu nie zwymiotowała.

* * *

W czwartek przyszło pismo z komisji.

Upomnienie. Dwa tysiące złotych kary. Zuza przeczytała je w autobusie, w drodze na trening, i schowała do plecaka. Dwa tysiące. Mniej więcej tyle, ile zostawało jej co miesiąc po opłaceniu czynszu, raty za samochód i przelewu dla mamy.

Filip napisał tylko: „Jednorazowe. Pamiętasz?”.

Zuza odpisała: „Pamiętam”.

Po południu Dorota wrzuciła na grupę drużyny link do krótkiej notki. Kolegium Sędziów rozpatrzyło skargę Iskry. Materiał wideo nie pozwala jednoznacznie ocenić sytuacji. Kolegium nie stwierdza błędu. Para sędziowska czasowo nie będzie prowadzić spotkań z udziałem Iskry.

Pod linkiem Dorota dopisała: „No i wygrałaś, Zuza”.

Ktoś wstawił emotkę z pucharem. Pola wstawiła gif z tańczącym kotem.

Zuza patrzyła na ekran i czekała, aż poczuje satysfakcję.

Nie poczuła.

Materiał niejednoznaczny. Nie: sędzia się pomyliła. Nie: Dorota stała. Niejednoznaczny. Nic nie zostało rozstrzygnięte, nic nie zostało powiedziane na głos. Tylko Kosy zniknęły z meczów Iskry, cicho, bez komunikatu, jakby ktoś zamiótł coś pod dywan i postawił na nim stolik.

Zuza pomyślała o tym, jak ktoś taki jak Ada — ktoś, kto całe życie zamienił w protokół — czyta słowa „czasowo nie będzie prowadzić”. Pomyślała o komentarzu pod artykułem, tym, po którym zamknęła laptopa. O tym, że tamten człowiek też przeczyta tę notkę. I że przyjmie ją jako potwierdzenie.

Napisała na grupie: „Nic nie wygrałam”.

Potem skasowała to przed wysłaniem i wstawiła kciuk w górę.

* * *

Kuba zadzwonił w piątek wieczorem, co samo w sobie było podejrzane. Kuba nie dzwonił. Kuba pisał bez wielkich liter i wysyłał memy.

— Siostra — powiedział. — Masz chwilę?

— Dla ciebie zawsze.

— Mama chce, żebym szedł na informatykę.

Zuza oparła się o poduszki.

— A ty?

— A ja chcę na AWF. — Kuba zawahał się. — Na trenerstwo. Albo fizjoterapię, jak twoja Ewa. Nie wiem jeszcze. Ale nie informatykę. Ja nie umiem siedzieć osiem godzin przed kompem, Zuza. Zwariuję.

— Wiem.

— Mama mówi, że na AWF nie ma pieniędzy. Że widziała, jak ty… — urwał.

— Jak ja co?

— No, jak się męczysz. Z kasą. Z barkiem. Z tym wszystkim. — Kuba mówił coraz szybciej. — Ona się po prostu boi, że ja też tak będę miał. Ale ja nie chcę grać. Ja chcę uczyć. Albo leczyć. To co innego, prawda?

Zuza zamknęła oczy.

Ona się po prostu boi, że ja też tak będę miał. Z kasą. Z barkiem. Z tym wszystkim.

— To co innego — powiedziała. — Porozmawiam z mamą.

— Serio?

— Serio. W święta. Przy pierogach. Nie ma takiej rzeczy, której mama nie zgodziłaby się wysłuchać przy pierogach.

Kuba odetchnął tak głośno, że usłyszała to w słuchawce.

— Dzięki, siostra.

— Nie ma za co.

Przez chwilę milczeli. Zuza słyszała w tle telewizor i głos mamy, która na kogoś krzyczała, prawdopodobnie na teleturniej.

— Zuza? — odezwał się Kuba, innym tonem.

— No?

— A ty co będziesz robić? Jak skończysz grać?

Pytanie spadło na nią jak piłka z dziewięciu metrów, na którą nie zdążyła się przygotować.

— Nie skończę — powiedziała.

— Każdy kończy.

— Ja jeszcze nie.

— No wiem, że nie teraz. — Kuba nie odpuszczał, z tym niewinnym uporem siedemnastolatka, który nie wie, w co trafia. — Ale kiedyś. Za pięć lat. Za siedem. Co wtedy?

Zuza patrzyła w sufit.

— Nie wiem, młody — powiedziała w końcu, szczerze. — Naprawdę nie wiem.

* * *

W sobotę, w wyjazdowym meczu z Jantarem Słupsk, Renata dała jej pierwszą połowę.

Pierwszą połowę. Nie cały mecz.

Zuza obroniła siedem rzutów. Niezły wynik. Nie wybitny. Przy jednym, z dziewiątego metra, spóźniła się o ułamek sekundy, bo bark zawahał się, zanim ręka poszła w górę, i piłka przeleciała jej nad łokciem. Nikt poza nią i Ewą nie zauważył, dlaczego.

W przerwie Renata powiedziała tylko:

— Dobrze. Oliwia, druga połowa.

Oliwia obroniła dziewięć rzutów w trzydzieści minut. Iskra wygrała trzema bramkami.

W autokarze Filip przysłał wiadomość: „Skovby oglądało. Pytają, czemu tylko połowa”.

Zuza odpisała: „Bark. Nic poważnego”.

Filip: „Mam nadzieję. Bo ta mała broni jak szatan”.

Zuza wyłączyła telefon i oparła czoło o szybę. Za oknem przesuwała się ciemna, mokra pomorska wieś. Pola spała z głową na ramieniu Doroty. Oliwia siedziała dwa rzędy dalej ze słuchawkami w uszach i uśmiechała się do swojego telefonu — pewnie czytała gratulacje.

Zuza nie zazdrościła jej gratulacji. Zazdrościła jej tego, że jeszcze nie wie, jak szybko to wszystko może się skończyć.

* * *

W niedzielę po południu zadzwonił nieznany numer.

Zuza prawie nie odebrała. Po tygodniu telefonów od dziennikarzy odbierała tylko od ludzi, których miała w kontaktach. Ale numer zaczynał się od kierunkowego Gdańska, a Zuza przez sekundę pomyślała o czymś, o czym nie powinna była myśleć — i odebrała, zanim zdążyła się za to skarcić.

— Pani Zuza? — Głos był kobiecy, starszy, z chrypką kogoś, kto przez czterdzieści lat krzyczał na hali. — Beata Król. Nie wiem, czy mnie pani kojarzy.

Zuza usiadła prosto.

Kojarzyła. Wszyscy kojarzyli. Beata prowadziła kadrę juniorek przez piętnaście lat. Połowa reprezentacji seniorek przeszła przez jej ręce. Mówiło się, że potrafi jednym spojrzeniem sprawić, że szesnastolatka zacznie biegać szybciej, i drugim, że przestanie płakać.

— Oczywiście, że kojarzę — powiedziała Zuza. — Dzień dobry.

— Dzień dobry. Przejdę do rzeczy, bo nie lubię tracić czasu, pani pewnie też nie. W grudniu, w przerwie na mistrzostwa, organizuję obóz dla dziewczyn z akademii i klubów młodzieżowych. Kaszuby, ośrodek nad jeziorem, sześć dni. Szukam kogoś do treningów bramkarskich. Kogoś, kto nie tylko broni, ale umie powiedzieć dziewczynom, jak się broni. Słyszałam, że pani umie.

Zuza zamrugała.

— Od kogo pani słyszała?

— Od jednej z moich dawnych zawodniczek. Pracuje u was w sztabie. — Beata zrobiła pauzę. — Ewa. Wasza fizjoterapeutka.

Oczywiście, pomyślała Zuza. Oczywiście, że Ewa.

— Nie wiem, czy mam czas — powiedziała. — Sezon, bark, ja…

— Obóz jest w przerwie. Ligi i tak nie ma. Bark pani nie będzie potrzebny, dziewczyny będą rzucać, pani będzie mówić. A co do czasu — Beata zaśmiała się krótko — pani menedżer powiedział mi, że Skandynawowie bardzo lubią zawodniczki, które pracują z młodzieżą. Dobrze wygląda w życiorysie. Szczególnie po tygodniu, w którym ktoś wygląda w nim gorzej.

Zuza otworzyła usta. Zamknęła je.

— Rozmawiała pani z Filipem?

— Rozmawiam ze wszystkimi, zanim do kogoś zadzwonię. — W głosie Beaty słychać było uśmiech. — No więc?

Zuza pomyślała o Oliwii skandowanej przez całą halę. O Kubie i jego pytaniu, na które nie znała odpowiedzi. O tym, że po raz pierwszy od lat nie wie, gdzie jest jej miejsce — w bramce, na ławce, gdzieś pomiędzy. Sześć dni nad jeziorem, z dziewczynami, które jeszcze nie mają historii kontuzji. Sześć dni, w których nikt nie będzie jej porównywał z nikim.

— Kto jeszcze będzie prowadził zajęcia? — zapytała.

— Ja. Dwoje trenerów z akademii. Psycholożka sportowa. I ktoś od przepisów i fair play. Chcę, żeby dziewczyny wiedziały nie tylko, jak grać, ale też jak się zachować, kiedy gwizdek jest przeciwko nim.

— Ktoś z kolegium?

— Ktoś z doświadczeniem sędziowskim — odparła Beata gładko. — Kto zna przepisy lepiej niż pani. Czyli, jak słyszałam, prawie każdy.

Zuza roześmiała się mimo woli.

— Ma pani dobrych informatorów.

— Mam najlepszych. — Beata nie czekała dłużej. — Wyślę pani szczegóły mailem. Umowa, terminy, dojazd. Jeśli do piątku nie odpisze pani, że nie, uznam, że tak.

Rozłączyła się, zanim Zuza zdążyła cokolwiek powiedzieć.

Zuza siedziała z telefonem w dłoni i patrzyła na wygaszony ekran.

Ktoś z doświadczeniem sędziowskim.

Przez sekundę coś zaświtało jej na krawędzi myśli. Coś małego, drażniącego, jak kamyk w bucie.

Potem wzruszyła ramionami. Sędziów w tym kraju były setki. Beata znała połowę z nich osobiście. Szansa, że…

Nie. Kolegium odsunęło Kosy od meczów Iskry. Nikt rozsądny nie zestawiłby ich teraz na jednym obozie.

W piątek nie odpisała, że nie.

ROZDZIAŁ 6

Lista

Beata zadzwoniła we wtorek o siódmej rano, bo Beata uważała, że każda godzina po siódmej to godzina zmarnowana.

— Obóz w grudniu — powiedziała bez powitania. — Kaszuby, ośrodek nad jeziorem, sześć dni. Czterdzieści dziewczyn od czternastu do siedemnastu lat. Potrzebuję kogoś do przepisów i fair play. Dwie godziny dziennie, reszta czasu wolna. Płacę mało, karmię dobrze. Wchodzisz?

Ada stała w kuchni z kubkiem kawy w jednej ręce i smyczą Auta w drugiej. Aut siedział przy drzwiach i patrzył na nią z wyrzutem, bo spacer powinien był zacząć się pięć minut temu.

— Dzień dobry, Beato.

— Dzień dobry. Wchodzisz?

— Muszę sprawdzić kalendarz.

— Sprawdziłam za ciebie. Przerwa na mistrzostwa. Nie masz meczów. Zaległy urlop w banku masz, bo nigdy nie bierzesz urlopu. — Beata zrobiła pauzę. — I po ostatnim tygodniu przyda ci się sześć dni z dala od internetu. Tam nie ma zasięgu. Prawie.

Ada odstawiła kubek.

— Wiesz o Toruniu.

— Wiem o wszystkim. O Toruniu, o radiu, o kolegium. — Głos Beaty był suchy jak zawsze, ale gdzieś pod spodem kryło się coś cieplejszego. — Nie dzwonię z litości, jeśli o to pytasz. Dzwonię, bo nie znam nikogo, kto lepiej wytłumaczy czternastolatce, dlaczego gwizdek nie jest jej wrogiem. Wchodzisz czy nie?

Ada spojrzała na Auta. Aut spojrzał na nią. Żadne z nich nie miało argumentów przeciw.

Odkąd poznała Beatę, nie widziała, żeby komukolwiek udało się jej odmówić. Ona sama też nigdy nie próbowała.

— Wchodzę — powiedziała.

— Dobrze. Listę prowadzących i plan wyślę ci po weekendzie. — Beata już się rozłączała, ale w ostatniej chwili dodała: — Ada?

— Tak?

— Weź ortezę. Wiem, że nie nosisz. Weź.

* * *

Hala w Lubinie była pełna i gorąca, a obserwatorka z EHF siedziała w pierwszym rzędzie trybuny honorowej z tabletem na kolanach i twarzą, z której nie dało się wyczytać zupełnie nic.

Ada poznała ją przed meczem. Słowenka, pięćdziesiąt kilka lat, była sędzia międzynarodowa, krótki uścisk dłoni i angielski tak precyzyjny, że każde zdanie brzmiało jak punkt regulaminu. Powiedziała tylko: „Proszę sędziować tak, jakby mnie tu nie było”. Ada skinęła głową. Nigdy nie sędziowała inaczej.

Przez czterdzieści minut wszystko szło idealnie.

Ada czuła to w ciele, tak jak czuje się dobry dzień na treningu. Ustawienie przychodziło samo. Przejścia z pola na linię i z linii w pole były płynne, jakby ona i Iwona były dwiema połówkami jednego mechanizmu. Gwizdki padały we właściwym momencie, ani za wcześnie, ani za późno. Zawodniczki protestowały, ale mało i bez przekonania. Dwie kary, jedna żółta kartka dla ławki, zero sytuacji, które ktokolwiek mógłby jutro wklejać do internetu z czerwonym kółkiem.

W czterdziestej pierwszej minucie bramkarka gospodyń odbiła rzut z koła i zerwała się z parkietu z krzykiem.

Była młoda, drobna, z rozczochranym kucykiem. Podbiegła dwa kroki w stronę linii, przy której stała Ada, i krzyknęła coś o faulu obrotowej. Nie było w tym nic niezwykłego. Bramkarki zawsze krzyczą. Ada odwróciła głowę, żeby dać jej krótki, uspokajający gest.

I zobaczyła oczy tamtej, bardzo blisko, bardzo uparte.

Na ułamek sekundy nie była w Lubinie. Była w Toruniu, przed rzutem karnym, pod spojrzeniem, które przechodziło przez nią na wylot.

Ułamek sekundy wystarczył.

Obrotowa przyjezdnych, która właśnie przejęła piłkę, wbiegła stopą w pole bramkowe. Ada to widziała. Wiedziała, że to widzi. Gwizdek dotarł do jej ust o jedno uderzenie serca za późno.

Iwona zagwizdała pierwsza. Z pola, z dziesięciu metrów, ostro i czysto, dokładnie w tym momencie, w którym powinna była zagwizdać Ada. Ich gwizdki nałożyły się na siebie, a z trybun brzmiało to tak, jakby zagwizdały razem, zgodnie, jak zawsze.

Ada miała nadzieję, że nikt poza nimi dwiema nie zauważył różnicy.

Ada wyprostowała się, pokazała wejście w pole bramkowe i gra potoczyła się dalej. Do końca meczu nie popełniła już żadnego błędu. Nie pozwoliła sobie nawet na jedno spojrzenie w stronę bramkarek.

* * *

Obserwatorka przyszła do szatni sędziowskiej pół godziny po meczu, z tabletem pod pachą.

— Bardzo dobre zawody — powiedziała. — Wybitne ustawienie. Doskonała współpraca w parze. Czytelne decyzje. — Spojrzała na Adę. — Mam dwie uwagi.

— Słucham.

— Pierwsza. Czterdziesta pierwsza minuta. Wejście w pole bramkowe. Pani gwizdek przyszedł z opóźnieniem. Koleżanka to uratowała. — Obserwatorka nie zmieniła tonu ani o włos. — To zdarza się każdemu. Zapisuję to, bo to mój obowiązek, nie dlatego, że to poważne.

— Rozumiem.

— Druga uwaga jest ważniejsza. — Słowenka przechyliła głowę. — Pani komunikacja z zawodniczkami. Jest pani… jak to się mówi… nieprzenikniona. Jak ściana. Czasem to pomaga. Zawodniczki wiedzą, że nie da się pani złamać. Ale czasem odbierają to jako arogancję i to podnosi temperaturę zamiast ją obniżać. — Zamknęła tablet. — Sędzia nie jest ścianą, pani Ado. Sędzia jest człowiekiem, który podejmuje decyzje. Zawodniczki powinny to widzieć.

Ada skinęła głową. Nie odpowiedziała. Nie miała nic do powiedzenia, co nie brzmiałoby jak obrona.

Kiedy obserwatorka wyszła, Iwona przez chwilę pakowała torbę w milczeniu. Potem zapięła zamek, usiadła na ławce i spojrzała na Adę.

— Co to było w czterdziestej pierwszej?

— Nic.

— Ada.

— Nic. Zagapiłam się na bramkarkę. Krzyczała.

— Bramkarki zawsze krzyczą. Nigdy się na nie nie gapisz. — Iwona patrzyła na nią długo i uważnie. — Od Torunia nie jesteś sobą.

— Jestem sobą.

— Nie. Jesteś sobą, tylko jakby ktoś cię przestawił o pół kroku. — Iwona wstała i zarzuciła torbę na ramię. — Nie wiem, o co chodzi, i nie będę cię męczyć. Ale następnym razem możesz nie mieć mnie w polu.

* * *

Mail od Beaty przyszedł w poniedziałek o 7:02.

„Obóz szkoleniowo-sportowy, grudzień. Plan zajęć i lista prowadzących w załączniku. Pokoje dla kadry w budynku B. Kolacja powitalna o 18:00, odprawa o 20:00. B.”

Ada otworzyła załącznik w przerwie między dwoma spotkaniami. Siedziała przy swoim biurku, z widokiem na szare dźwigi portowe za oknem, i przewijała dokument bez szczególnej uwagi. Harmonogram dnia. Zasady bezpieczeństwa. Lista uczestniczek. Lista prowadzących.

Beata Król — kierowniczka obozu, trening indywidualny rozgrywających.

Dwoje trenerów akademii — przygotowanie motoryczne, gra w obronie.

Psycholożka sportowa — warsztaty radzenia sobie ze stresem.

Ada Rudnicka — przepisy gry, fair play, odpowiedzialność sportowa.

Zuzanna Wilk (Iskra Toruń) — trening bramkarski.

Ada przeczytała ostatnią linijkę trzy razy.

Potem zamknęła dokument, otworzyła go jeszcze raz i przeczytała czwarty raz, jakby literki mogły się przez te kilka sekund przestawić.

Nie przestawiły się.

Wstała od biurka tak gwałtownie, że krzesło odjechało na kółkach i uderzyło w szafkę. Kolega z sąsiedniego stanowiska podniósł głowę. Ada przeprosiła go gestem, wzięła telefon i wyszła na klatkę schodową, gdzie o tej porze nigdy nikogo nie było.

Beata odebrała po pierwszym sygnale.

— Spodziewałam się ciebie wcześniej — powiedziała.

— Wiedziałaś — odparła Ada. Głos miała spokojny. Za spokojny. Taki, jakim mówiła do trenerów, którzy za chwilę mieli dostać czerwoną kartkę. — Wiedziałaś we wtorek, kiedy do mnie dzwoniłaś.

— Oczywiście, że wiedziałam.

— I nie powiedziałaś.

— Nie pytałaś.

— Beata.

— Ada. — Beata westchnęła, jakby rozmawiała z juniorką, która po raz dziesiąty pyta, czy naprawdę musi zrobić jeszcze jedną serię. — Zadzwoniłam do niej przed tobą. Potrzebuję dobrej bramkarki, która umie mówić. Ona umie. Za bardzo, jak się okazało, ale umie.

— Kolegium odsunęło mnie od meczów Iskry.

— Kolegium odsunęło cię od prowadzenia meczów Iskry. Nie od przebywania w jednym ośrodku z zawodniczką Iskry, która będzie uczyć czternastolatki, jak bronić rzutów w lewy róg. — Beata mówiła szybko, jakby miała te zdania przygotowane od dawna. — Sprawdziłam regulamin. Nie ma w nim ani słowa o obozach.

— To nie jest kwestia regulaminu.

— To czego?

Ada otworzyła usta i zamknęła je.

Czego? Tego, że zawodniczka publicznie podważyła jej bezstronność i zapłaciła za to dwa tysiące złotych? Tego, że jedno spojrzenie tej zawodniczki kosztowało ją gwizdek w Lubinie, pod okiem obserwatorki z EHF? Tego, że od dwóch tygodni w jej notesie wisi niedokończony wiersz, a pod powiekami rozmazana stopklatka?

Nie mogła powiedzieć żadnej z tych rzeczy. Nikomu. A już na pewno nie Beacie.

— Tego, że to będzie niezręczne — powiedziała w końcu. — Dla dziewczyn. One czytają internet. Wszystkie wiedzą, co się stało w Toruniu.

— No właśnie — odparła Beata z satysfakcją, jakby Ada właśnie dała jej argument. — Wszystkie wiedzą. I wszystkie widziały, jak dorośli wyzywają się w komentarzach. Sześć dni, Ada. Sześć dni, w których zobaczą dwie dorosłe kobiety, które się nie znoszą, a mimo to potrafią zachować się jak profesjonalistki. Nie ma lepszej lekcji fair play. Nie wymyślę lepszej, choćbym siedziała nad tym do emerytury.

— Mogę zrezygnować.

— Możesz. — Beata na moment ucichła. — Ale nie zrezygnujesz.

— Skąd wiesz?

— Bo nigdy niczego nie przerwałaś. Poza jednym. I to nie z twojej winy.

Ada oparła się plecami o zimną ścianę klatki schodowej.

Kolano pulsowało. Oczywiście, że pulsowało.

* * *

Miała osiemnaście lat, kiedy pierwszy raz leżała na noszach, a Beata trzymała ją za rękę.

Turniej juniorek w Czechach. Hala w małym mieście, którego nazwy Ada później nie potrafiła wymówić. Druga połowa półfinału, wejście w lukę, lądowanie na jednej nodze i dźwięk, który usłyszała, zanim poczuła ból. Suchy trzask, jakby ktoś złamał gałąź w lesie.

Pamiętała sufit hali. Pamiętała, że lampy były za jasne. Pamiętała, że nie płakała, bo ojciec zawsze mówił, że prawa rozgrywająca nie płacze na parkiecie, tylko w szatni, jeśli już musi.

Potem Beata uklękła przy niej i powiedziała: „Możesz płakać. Tu nikt cię nie ocenia”.

I Ada płakała, całą drogę do szpitala, z twarzą wtuloną w kurtkę trenerki.

Ojciec przyjechał następnego dnia. Stanął w drzwiach sali szpitalnej, wysoki, w swoim klubowym dresie, spojrzał na nogę w szynie i zapytał lekarza: „Ile miesięcy?”.

Nie zapytał, czy boli. Nie zapytał, czy się boi. Zapytał, ile miesięcy.

Beata stała wtedy przy oknie. Ada pamiętała, jak trenerka odwróciła się powoli i powiedziała do jej ojca bardzo cichym, bardzo lodowatym głosem: „Jerzy. Twoja córka płakała całą noc. Może najpierw zapytaj ją”.

Ojciec się nie odezwał. Wyszedł na korytarz porozmawiać z lekarzem.

Ada wróciła po dziewięciu miesiącach. Grała jeszcze pięć lat. W wieku dwudziestu trzech lat, w hali w Oliwie, kolano poddało się drugi raz i tym razem nikt nie pytał, ile miesięcy, bo wszyscy znali odpowiedź.

Beata była jedną z nielicznych osób z tamtego świata, które nadal do niej dzwoniły. Wiedziała o obu kontuzjach. Nigdy nie zapytała, dlaczego Ada została sędzią, bo znała odpowiedź, zanim Ada sama ją poznała.

* * *

— Dobrze — powiedziała Ada do telefonu. — Przyjadę.

— Wiem — odparła Beata. — Jeszcze jedno.

— Tak?

— Dziewczyny, które mam na obozie, to nie tylko talenty. Kilka z nich jest po kontuzjach. Jedna po złamaniu, jedna boi się piłki od czasu, jak dostała w twarz. — Beata zawahała się, co zdarzało się jej rzadziej niż zaćmienia słońca. — Pani Zuza mówi otwarcie o swoim barku. W wywiadach, w mediach. Mówi, że po kontuzji jest życie.

— Wiem — powiedziała Ada, zanim zdążyła się ugryźć w język.

Cisza w słuchawce trwała o sekundę za długo.

— Wiesz — powtórzyła Beata powoli.

— Czytałam.

— Oczywiście, że czytałaś. — Głos Beaty zmiękł, ale tylko odrobinę. — Ty nie mówisz o swoim kolanie nikomu. Ona mówi o swoim barku wszystkim. Może sześć dni w jednym ośrodku dobrze wam obu zrobi.

— Beata, to nie jest…

— Do zobaczenia w grudniu — powiedziała Beata i się rozłączyła.

* * *

Wieczorem, w domu, Ada otworzyła regulamin kolegium i przeczytała go jeszcze raz od początku do końca.

Beata miała rację. Nie było tam ani słowa o obozach, szkoleniach ani jakiejkolwiek pozaboiskowej działalności z udziałem zawodniczek klubów, od których para została odsunięta. Nie było żadnego przepisu, który trzeba by złamać. Żadnego, który trzeba by nagiąć.

Mimo to Ada otworzyła skrzynkę i napisała do Leszka.

„Szanowny Panie Przewodniczący, uprzejmie informuję, że w dniach… wezmę udział jako prowadząca warsztaty z przepisów gry w obozie szkoleniowym dla młodzieży, organizowanym przez panią Beatę Król. Wśród prowadzących znajduje się zawodniczka klubu Iskra Toruń. Informuję o tym z ostrożności, w związku z decyzją kolegium z dnia… Z poważaniem, Ada Rudnicka”.

Przeczytała to trzy razy. Wysłała.

Odpowiedź przyszła po dwudziestu minutach, co u Leszka było tempem wręcz sprinterskim.

„Pani Ado, dziękuję za informację. Nie widzimy żadnych przeszkód. Doceniam pani skrupulatność. Proszę tylko pamiętać, że internet widzi wszystko, a rozumie niewiele. Pozdrawiam, L.”

Ada zamknęła laptopa.

Formalnie wszystko było w porządku. Zgłosiła. Otrzymała odpowiedź. Procedura zamknięta, krawędź do krawędzi.

Tylko że zgłosiła fakt, który nie miał znaczenia. A tego, co miało — niedokończonego wiersza, stopklatki, spóźnionego gwizdka w Lubinie — nie zgłosiła nikomu. Bo nie istniał formularz, na którym można by to wpisać.

* * *

Pakowała się w noc przed wyjazdem.

Dres. Gwizdek, choć nie będzie jej potrzebny. Książka z przepisami, oznaczona żółtymi karteczkami. Laptop z prezentacją, którą przygotowywała przez trzy wieczory. Sześć kompletów ubrań, równo złożonych. Kostium kąpielowy, bo ośrodek miał basen, a Ada pływała codziennie od jedenastu lat, zamiast biegać.

Na końcu wyjęła z szafy ortezę.

Czarna, z zawiasami, lekko wytarta. Kupiona dziewięć lat temu, kiedy lekarz powiedział, że bez niej kolano może nie wytrzymać wysiłku na hali. Ada nosiła ją przez pół sezonu. Potem schowała ją do szafy, bo uznała, że sędzia z ortezą wygląda jak ktoś, kto nie powinien być na boisku.

Obracała ją w dłoniach przez dłuższą chwilę.

Potem włożyła ją do torby, na samo dno, pod dres, tak żeby nie było jej widać.

Aut przyglądał się temu z posłania, z łbem na łapach. Zostawał z sąsiadką, panią Teresą, która piekła mu wątróbkę i pozwalała spać na kanapie, więc Ada podejrzewała, że nie będzie za nią szczególnie tęsknił.

Na samym końcu wyjęła z szuflady nowy notes. Trzynasty. Czarny, w linie, format A5. Otworzyła go na pierwszej stronie i napisała: „Obóz. Kaszuby. Grudzień”.

Pod spodem zawiesiła długopis nad papierem.

Chciała napisać coś jeszcze. Cel. Plan. Zasadę, której będzie się trzymać przez sześć dni. Coś w rodzaju: zachować dystans. Albo: profesjonalizm. Albo po prostu: nie patrzeć.

Nie napisała nic.

Zamknęła notes, wsunęła go do torby obok ortezy i zgasiła światło.

Długo nie mogła zasnąć.

ROZDZIAŁ 7

Sześć dni

Ośrodek stał nad jeziorem, którego nazwy Zuza nie umiała wymówić, i wyglądał jak coś, co ktoś zbudował w latach siedemdziesiątych z myślą o wczasach pracowniczych, a potem przez pięćdziesiąt lat dobudowywał, nie patrząc na plan.

Stary budynek z drewnianym balkonem. Nowa hala sportowa ze szkła i blachy. Basen w łączniku między nimi. Kilka domków kempingowych, zamkniętych na zimę. I wszędzie sosny, ciemne i mokre, z których przy każdym podmuchu wiatru spadały na parking krople wody zmieszanej z pierwszym śniegiem.

Zuza wysiadła z samochodu, przeciągnęła się i skrzywiła, kiedy bark przypomniał jej o dwóch i pół godzinach jazdy z Torunia. Powietrze pachniało igliwiem, dymem z komina i czymś jeszcze — zimną, czystą wodą. Jezioro było szare, gładkie, przy brzegu obrośnięte cienką warstwą lodu.

Telefon pokazywał jedną kreskę zasięgu. Potem zero. Potem znowu jedną, jakby się zastanawiał.

— No to pięknie — mruknęła Zuza.

Z budynku wyszła Beata.

Zuza widziała ją dotąd tylko w telewizji i na zdjęciach: niewysoka, siwa, w granatowym dresie reprezentacji z czasów, kiedy dresy reprezentacji były jeszcze brzydkie. Na żywo wyglądała na mniejszą i jednocześnie groźniejszą, jakby cała jej siła była ściśnięta w za małym ciele i tylko czekała, żeby wybuchnąć.

— Pani Zuza. — Beata uścisnęła jej rękę tak mocno, że Zuza poczuła to w nadgarstku. — Punktualnie. Dobrze. Pokój w budynku B, klucz na recepcji. Kolacja o osiemnastej, odprawa o dwudziestej. Dziewczyny przyjeżdżają autokarami za godzinę. Ma pani pytania?

— Gdzie jest zasięg?

— Na pomoście. Jeśli się pani wychyli w lewo. — Beata nie uśmiechnęła się, ale kąciki jej oczu drgnęły. — Coś jeszcze?

— Nie. Chyba nie.

— To dobrze. — Beata odwróciła się już w stronę budynku, ale zatrzymała się na moment. — Ewa mówiła, że pani się nie boi dzieci.

— Nie boję się dzieci.

— To dobrze — powtórzyła Beata. — Bo one boją się pani. Czytały internet.

Zanim Zuza zdążyła zapytać, co to znaczy, trenerka zniknęła za drzwiami.

* * *

Autokary przyjechały z półgodzinnym opóźnieniem i wysypały na parking czterdzieści dziewczyn z walizkami, plecakami, poduszkami w kształcie zwierząt i poziomem hałasu, który Zuza znała dotąd tylko z szatni po wygranym finale.

Najmłodsze miały po czternaście lat i wyglądały na dwanaście. Najstarsze miały siedemnaście i wyglądały na dwadzieścia pięć. Wszystkie w klubowych bluzach z różnych stron Polski: Gdańsk, Lublin, Kielce, Kalisz, Bielsko. Kilka z nich zauważyło Zuzę stojącą przy drzwiach i zaczęło szeptać, trącając się łokciami.

— To ona — usłyszała Zuza. — Ta z Iskry.

— Ta od karnego?

— No. Ta, co obroniła nogą.

— Ta, co dostała karę za radio.

Zuza udała, że nie słyszy. Uśmiechnęła się do najbliższej grupki, a grupka natychmiast ucichła i spuściła wzrok, jakby Zuza przyłapała je na ściąganiu.

Boją się pani. Czytały internet.

No pięknie, pomyślała drugi raz.

* * *

Stołówka mieściła się w starym budynku, na parterze, i wyglądała jak stołówka w każdym ośrodku wypoczynkowym w Polsce: długie stoły, ceraty w kratkę, kompot w dzbankach i zapach kotletów, który przenikał wszystko.

Kadra jadła przy osobnym stole pod oknem. Zuza przyszła trochę spóźniona, bo zasięg na pomoście okazał się mitem. Przez dziesięć minut wychylała się w lewo, w prawo i nad wodę, zanim udało jej się wysłać Ewie jedno zdanie: „Dojechałam. Zabiję cię”.

Przy stole siedziało już pięć osób. Beata na czele. Dwoje trenerów z akademii — Marek, szeroki i łysy, i Kasia, szczupła i wiecznie uśmiechnięta. Obok nich psycholożka, Justyna, w dużych okularach i swetrze w renifery.

I kobieta, która siedziała plecami do drzwi.

Zuza zatrzymała się w pół kroku.

Poznała ją, zanim ta się odwróciła. Po karku. Po sposobie, w jaki siedziała — wyprostowana, z łokciami przy sobie, jakby nawet przy kotletach obowiązywał ją regulamin. Po ciemnych włosach związanych nisko, dokładnie tak samo jak wtedy, w Toruniu.

Beata podniosła głowę.

— Pani Zuza! Proszę, siadać. Znacie się chyba.

Kobieta przy stole odwróciła się powoli.

Szarozielone oczy. Mała blizna nad brwią. Twarz, która przez ułamek sekundy nie była pewna, a potem, bardzo szybko, stała się uprzejmym murem.

Przez chwilę żadna z nich się nie odezwała. Marek zawiesił widelec w powietrzu. Justyna przestała kroić kotleta. Nawet Kasia przestała się uśmiechać.

Zuza przypomniała sobie mail od Beaty, ten, którego nie przeczytała dokładnie, bo przewinęła go na telefonie w autobusie, szukając tylko adresu i godziny. Przypomniała sobie „ktoś z doświadczeniem sędziowskim” powiedziane gładkim, zbyt gładkim głosem. I kamyk w bucie, który zignorowała.

Oczywiście. Oczywiście, do cholery.

— Znamy się — powiedziała Zuza. Usiadła naprzeciwko, bo to było jedyne wolne miejsce. — Pani sędzina.

— Pani bramkarka — odparła Ada.

Znowu „pani”. Mur, cegła po cegle, postawiony w pół sekundy.

Zuza nalała sobie kompotu. Ręka jej nie drżała. Była z tego dumna.

— Przyjechałaś sprawdzić, czy dzieci stoją przepisowo? — zapytała, zanim zdążyła pomyśleć.

Marek parsknął w serwetkę. Beata posłała mu spojrzenie, po którym natychmiast zaczął się krztusić.

Ada nie mrugnęła.

— Przyjechałam uczyć przepisów — powiedziała spokojnie. — Mam nadzieję, że pani też się przyda. Na przykład jako ilustracja do punktu o wypowiedziach publicznych.

Justyna schyliła się nad talerzem tak nisko, że prawie włożyła do niego okulary.

Zuza poczuła, jak coś w niej rozgrzewa się od środka. Nie złość. Coś szybszego i jaśniejszego. To samo, co czuła przed rzutem karnym, kiedy rzucająca wreszcie przestawała udawać i pokazywała, co naprawdę zamierza.

— Chętnie — odparła. — A pani może zilustrować punkt o decyzjach podejmowanych w ułamku sekundy.

Ada zmrużyła oczy. Tylko odrobinę.

— Każda decyzja sędziowska zapada w ułamku sekundy.

— Niektóre w mniejszym ułamku niż inne.

— Panie — powiedziała Beata bardzo spokojnie, nie podnosząc głosu. — Za godzinę mamy odprawę. Proponuję zjeść kotleta, zanim wystygnie. W tym ośrodku zimne kotlety to przestępstwo, za które kucharka nie daje upomnień.

Przez resztę kolacji Zuza i Ada nie odezwały się do siebie ani słowem.

Ale Zuza czuła na sobie jej wzrok. Raz, kiedy sięgała po chleb. Drugi raz, kiedy śmiała się z żartu Marka. Trzeci raz, kiedy odruchowo roztarła bark pod bluzą.

Za każdym razem, kiedy podnosiła oczy, Ada patrzyła w talerz.

* * *

Odprawa odbyła się w sali konferencyjnej na piętrze, z rzutnikiem, który działał dopiero po trzecim kopnięciu, i czterdziestoma dziewczynami siedzącymi na krzesłach, parapetach i podłodze.

Beata stanęła na środku i czekała, aż zapadnie cisza. Nie musiała długo czekać. Wystarczyło, że stała.

— Nazywam się Beata Król — powiedziała. — Część z was mnie zna. Pozostałe poznają mnie jutro o siódmej rano, na rozruchu, i pożałują. — Kilka dziewczyn zachichotało nerwowo. — Przez sześć dni będziecie trenować, jeść, spać i słuchać. Przede wszystkim słuchać. Przyjechało tu sześć osób, które w piłce ręcznej widziały więcej niż wy wszystkie razem wzięte. Przedstawię je.

Przedstawiła Marka, Kasię i Justynę. Każde z nich powiedziało kilka zdań. Potem Beata wskazała Zuzę.

— Pani Zuza prowadzi treningi bramkarskie. Gra w Iskrze Toruń. Wiele z was widziało, jak broni. Wiele z was czytało też, co mówi. — Beata zrobiła pauzę. — Przez sześć dni możecie się od niej nauczyć jednego i drugiego. Jak bronić. I jak się zachowywać, gdy coś idzie nie po waszej myśli.

Zuza poczuła, jak rozgrzewają się jej policzki. Czterdzieści par oczu patrzyło na nią jednocześnie. Uśmiechnęła się, pomachała i powiedziała, że bramkarki zbierają się jutro o dziewiątej przy hali i że nie przyjmuje żadnych zwolnień z powodu „bolącego paznokcia”. Kilka dziewczyn się roześmiało. Lody trochę puściły.

Potem Beata wskazała Adę.

— Pani Ada prowadzi warsztaty z przepisów i fair play. Jest sędziną Superligi. Z panią Zuzą, jak wiecie, już się spotkały. — Nikt się nie roześmiał. Na sali zapadła cisza tak gęsta, że Zuza słyszała brzęczenie rzutnika. — Dlatego mam dla was niespodziankę.

Zuza poczuła, jak coś zimnego zsuwa się jej po kręgosłupie.

— W czwartek — ciągnęła Beata — odbędzie się wspólny moduł. „Bramkarka i sędzia przy rzucie karnym”. Poprowadzą go obie panie. Razem. Pokażą wam, jak wygląda karny z dwóch stron. Z bramki i z linii. Jak się ustawić, na co patrzeć, jak zachować się po gwizdku. — Beata uśmiechnęła się pierwszy raz tego wieczoru. — Myślę, że to będzie bardzo pouczające.

Po sali przeszedł szmer. Kilka dziewczyn wyciągnęło szyje, żeby zobaczyć reakcję Zuzy. Kilka innych patrzyło na Adę.

Zuza nie patrzyła na żadną z nich. Patrzyła na Adę.

Ada siedziała na krześle pod ścianą, wyprostowana jak zawsze. Twarz miała nieruchomą. Tylko palce, położone na kolanie, zacisnęły się na materiale spodni tak mocno, że pobielały kostki.

Przez chwilę ich spojrzenia się spotkały.

Tym razem to Zuza odwróciła wzrok pierwsza.

* * *

Dogoniły Beatę jednocześnie, na korytarzu po odprawie, z dwóch różnych stron.

— Pani Beato… — zaczęła Zuza.

— Beato — powiedziała Ada w tym samym momencie.

Zatrzymały się. Spojrzały na siebie. Ada zrobiła krok w tył, gestem wskazując, że Zuza może mówić pierwsza. Uprzejmie. Zimno. Zuza miała ochotę coś kopnąć.

Beata spojrzała na jedną, potem na drugą, i założyła ręce na piersi.

— Słucham — powiedziała. — Obie. Po kolei albo razem, wszystko mi jedno.

— To nie jest dobry pomysł — powiedziała Zuza.

— To jest zły pomysł — powiedziała Ada.

— Wreszcie coś, w czym się zgadzacie. — Beata skinęła głową z satysfakcją. — Dobry początek.

— Pani Beato, one wszystkie wiedzą, co się stało w Toruniu — powiedziała Zuza. — Będą patrzeć tylko na to, czy się pokłócimy.

— Oczywiście, że będą. — Beata nie mrugnęła. — I zobaczą, że się nie pokłócicie. Bo jesteście dorosłe. Prawda?

— Beato — odezwała się Ada cicho. — Te dziewczyny przyjechały się uczyć. Nie oglądać…

— Czego? — Beata spojrzała na nią ostro. — Nie oglądać dwóch kobiet, które po publicznym konflikcie potrafią ze sobą pracować? Ada, w internecie oglądają dorosłych, którzy się wyzywają. W telewizji oglądają trenerów, którzy rzucają butelkami. Na meczach słyszą kibiców, którzy mówią o was obu rzeczy, których nie powtórzę. Macie szansę pokazać im coś innego. Nie wymyślę lepszej lekcji fair play. Już ci to mówiłam.

Ada zacisnęła szczękę. Zuza zauważyła to z jakąś dziwną, cichą przyjemnością. A więc to nie był pierwszy raz, kiedy się o to kłóciły. A więc Ada wiedziała wcześniej.

Wiedziała i przyjechała mimo to.

— A jeśli się nie da? — zapytała Zuza.

— Wszystko się da — odparła Beata. — Macie trzy dni na przygotowanie. Spotkajcie się. Ustalcie scenariusz. Rozdzielcie role. Wymyślcie coś mądrego. — Odwróciła się i ruszyła w stronę schodów. — I, na litość boską, przestańcie mówić do siebie „pani”. Brzmicie jak dwie urzędniczki w kolejce do jednego okienka.

Zniknęła na schodach.

Zuza i Ada zostały same na korytarzu.

Było tu ciemniej niż na sali. Jedna lampa na końcu, druga przy schodach. Za oknem wiatr szarpał sosnami. Gdzieś na piętrze dziewczyny śmiały się i trzaskały drzwiami.

Zuza pomyślała o innym korytarzu. O mrugającej jarzeniówce. O tym, jak stała pół kroku za blisko.

Tym razem to Ada stała bliżej.

Nie za blisko. Na odległość, którą dałoby się uznać za przypadkową. Ale bliżej niż przy kolacji. Bliżej niż na odprawie.

— Wiedziałaś — powiedziała Zuza.

Ada nie zaprzeczyła.

— Od kiedy?

— Od listy prowadzących.

— I przyjechałaś.

— Zgłosiłam to kolegium — odparła Ada, jakby to była odpowiedź. — Nie widzą przeszkód.

— Oczywiście, że zgłosiłaś. — Zuza nie mogła powstrzymać uśmiechu. Krótkiego, trochę krzywego. — Masz na to jakiś formularz?

Ada patrzyła na nią przez chwilę. Coś mignęło w jej oczach. To samo, co w Toruniu, na samym końcu. Zmęczenie albo rozbawienie. Tym razem Zuza była prawie pewna, że rozbawienie.

— Mam — powiedziała Ada. — Na wszystko.

Wyminęła ją i poszła w stronę schodów. Tym razem ich ramiona się nie otarły.

Zuza została na korytarzu i słuchała, jak jej kroki cichną na schodach. Nierówne. Na trzecim stopniu lewa noga trochę się zawahała.

* * *

Następnego dnia Zuza obudziła się przed szóstą, bo tak się budziła, odkąd skończyła czternaście lat, i żadne wakacje ani obozy tego nie zmieniały.

Za oknem było jeszcze ciemno. Bark bolał trochę mniej niż zwykle, pewnie przez to, że wczoraj nic nim nie robiła. Zuza leżała chwilę i patrzyła w sufit. Potem przypomniała sobie o ćwiczeniach w wodzie, które Ewa kazała jej robić, „jeśli tylko trafi się basen”.

Basen się trafił.

Wstała, zarzuciła szlafrok na strój kąpielowy i poszła łącznikiem do budynku z basenem. Korytarz był pusty, oświetlony tylko zielonymi lampkami wyjść awaryjnych. Pachniało chlorem i wilgocią.

Drzwi na halę basenową były otwarte.

W środku paliło się tylko światło nad wodą. Tafla falowała. Ktoś już pływał.

Zuza zatrzymała się w progu.

Kobieta w ciemnym czepku płynęła kraulem, długimi, równymi ruchami, od ściany do ściany, bez przyspieszania i bez zwalniania. Na każdym nawrocie odbijała się od ściany tylko prawą nogą. Lewą trzymała nieruchomo, jakby oszczędzała ją odruchowo, od lat.

Zuza wiedziała, kto to jest, zanim pływaczka zatrzymała się przy drabince.

Powinna była wyjść. Wrócić za dwadzieścia minut. Albo w ogóle zrezygnować z ćwiczeń.

Zamiast tego stała w progu i patrzyła, jak Ada wychodzi z wody.

Bez dresu, bez sędziowskiej koszulki, bez muru ze słów była inna. Szczuplejsza, niż się wydawało. Z mocnymi ramionami pływaczki i plecami kogoś, kto kiedyś dźwigał więcej niż tylko teczkę z protokołami. Woda spływała jej po karku, po łopatkach, po udach.

I po kolanie.

Lewe kolano miało dwie blizny. Jedną długą, pionową, przez środek rzepki. Drugą krótszą, z boku, wyraźniejszą, jaśniejszą od reszty skóry. Zuza znała takie blizny. Widziała je u połowy swoich koleżanek z szatni. Widziała je u siebie, tylko na barku.

Takich blizn nie ma się od potknięcia na schodach.

Ada zdjęła czepek, potrząsnęła głową i odwróciła się.

Zobaczyła Zuzę.

Przez sekundę stała nieruchomo, z wodą kapiącą z włosów, z czepkiem w dłoni. Potem, bardzo szybko i bardzo spokojnie, sięgnęła po ręcznik z ławki i owinęła się nim w pasie, tak że materiał opadł aż do kostek.

— Nie wiedziałam, że sędziny pływają — powiedziała Zuza. Głos zabrzmiał jej dziwnie w pustej hali. Za głośno.

— Nie wiedziałam, że bramkarki wstają przed szóstą — odparła Ada.

— Bark. — Zuza uniosła lewe ramię. — Fizjoterapeutka kazała.

Ada skinęła głową. Nie zapytała, co z barkiem. Zuza podejrzewała, że i tak wie.

— A ty? — zapytała Zuza.

— Co ja?

Zuza spojrzała na ręcznik. Na miejsce, pod którym było kolano. Potem znów na twarz Ady.

— Kolano? — zapytała cicho.

Coś się w tej twarzy zamknęło. Nie gwałtownie. Tak, jak zamyka się drzwi w domu, w którym ktoś śpi.

— Kolano nie jest tematem — powiedziała Ada.

Wzięła klapki, bluzę i torbę z ławki i wyszła drugim wyjściem, do szatni. Nie spieszyła się. Szła równo. Ale na mokrych kafelkach Zuza znowu zobaczyła to wahanie — lewa noga stawiana o włos ostrożniej niż prawa.

Drzwi szatni się zamknęły.

Zuza została sama nad basenem. Woda uspokajała się powoli, fala za falą, aż tafla znów stała się gładka, jakby nikt w niej nie pływał.

Kolano nie jest tematem.

Zuza zsunęła szlafrok, usiadła na krawędzi i opuściła nogi do wody. Była zimniejsza, niż się spodziewała.

Każdy temat, którego ktoś bardzo nie chciał poruszać, był dla niej zaproszeniem. Tak było od zawsze. W szatni, na boisku, w życiu.

Wiedziała, że to nie jest jej zaleta.

Wiedziała też, że przez najbliższe pięć dni nie przestanie o tym myśleć.

ROZDZIAŁ 8

Ciało pamięta

Dwadzieścia dziewczyn siedziało w sali konferencyjnej i patrzyło na Adę tak, jak patrzy się na sędzię, która za chwilę podyktuje karnego przeciwko twojej drużynie.

Ada znała to spojrzenie. Widziała je na tysiącu twarzy, w setkach hal, od jedenastu lat. Nieufność. Czujność. Ciche przekonanie, że osoba z gwizdkiem jest z definicji przeciwko tobie.

Tyle że te twarze miały po piętnaście lat i siedziały na krzesłach z pluszowymi poduszkami na kolanach.

— Dzień dobry — powiedziała Ada. — Przez najbliższe dwie godziny porozmawiamy o przepisach gry.

Ktoś w ostatnim rzędzie ziewnął. Głośno i ostentacyjnie.

Ada włączyła prezentację. Pierwszy slajd: zasady ogólne. Drugi: gesty sędziowskie. Trzeci: kary progresywne. Mówiła jasno i precyzyjnie, tak jak ćwiczyła przez trzy wieczory przed lustrem w łazience. Dziewczyny notowały. Albo udawały, że notują. Jedna z nich, drobna brunetka w pierwszym rzędzie, rysowała w zeszycie konika.

Po dwudziestu minutach w drugim rzędzie podniosła się ręka.

Wysoka, szczupła dziewczyna z Kalisza, z krótko obciętymi włosami i wyrazem twarzy kogoś, kto od dawna czekał na swoją kolej. Ada zapamiętała jej imię z listy. Maja. Szesnaście lat. Lewa rozgrywająca.

— Tak?

— Czy pani się kiedyś pomyliła? — zapytała Maja.

W sali zrobiło się cicho. Konik w zeszycie przestał rosnąć.

— Każdy sędzia się myli — odparła Ada. — To część tej pracy. Dlatego mamy analizy nagrań, obserwatorów i…

— A w Toruniu?

Cisza zgęstniała. Kilka dziewczyn zerknęło na siebie. Ktoś w ostatnim rzędzie przestał ziewać.

Ada poczuła, jak wszystkie mięśnie jej twarzy układają się w znany kształt. Spokój. Mur. Odpowiedź przygotowana dawno temu.

— Decyzja z meczu w Toruniu została przeanalizowana przez Kolegium Sędziów — powiedziała. — Materiał wideo okazał się niejednoznaczny. Kolegium nie stwierdziło błędu.

Maja kiwnęła głową, powoli. Nie wyglądała na przekonaną. Wyglądała raczej na kogoś, kto dostał dokładnie taką odpowiedź, jakiej się spodziewał, i jest tym rozczarowany.

„Sędzia nie jest ścianą, pani Ado”.

Ada spojrzała na kolejny slajd. Kary progresywne. Tabelka. Strzałki. Dwadzieścia twarzy, które za chwilę przestaną słuchać, bo właśnie się dowiedziały, że osoba z gwizdkiem jest dokładnie taka, jak w internecie.

Wyłączyła rzutnik.

— Dobrze — powiedziała. — Zmieniamy plan. Wszystkie na halę.

* * *

Hala była pusta i jasna. Ada podzieliła dziewczyny na trzy grupy. Sześć zawodniczek na boisko, trzy na trzy, na połowie parkietu. Reszta na linie boczne.

— Wy — wskazała na te przy liniach — jesteście sędziami. Każda ma gwizdek. — Rozdała gwizdki z torby, którą Beata dała jej rano z komentarzem „na wszelki wypadek”. — Gwiżdżecie to, co widzicie. Nie to, co wam się wydaje. Nie to, co chciałybyście zobaczyć. Tylko to, co widzicie. Jasne?

— A jak się pomylimy? — zapytała drobna brunetka od konika.

— To się pomylicie — odparła Ada. — I wtedy porozmawiamy, dlaczego.

Pierwsze pięć minut było chaosem. Gwizdki odzywały się jednocześnie z trzech stron, każdy w innej sprawie. Zawodniczki na boisku protestowały. Sędzi przy liniach protestowały przeciwko protestom. Maja, która grała w pierwszej szóstce, trzy razy zatrzymała się w pół akcji i rozłożyła ręce w geście, który Ada znała na pamięć z dziesiątek ligowych meczów.

Po dziesięciu minutach zrobiło się ciszej.

Po piętnastu dziewczyny przy liniach zaczęły się przesuwać. Same, bez polecenia. Szły za akcją, zmieniały kąt, pochylały się, żeby lepiej widzieć stopy przy linii. Jedna z nich zagwizdała błąd kroków, a potem, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, sama podniosła rękę i powiedziała: „Nie, przepraszam, jednak nie. Źle widziałam”.

Ada zatrzymała grę.

— Dlaczego zmieniłaś decyzję? — zapytała.

Dziewczyna się zaczerwieniła.

— Bo… stałam za nią. Nie widziałam jej nóg. Zgadłam.

— Dobrze — powiedziała Ada. — Bardzo dobrze. Teraz wiesz, dlaczego sędziowie się ruszają. Żeby nie zgadywać.

Maja stała na boisku z rękami opartymi na biodrach. Patrzyła na Adę uważnie.

— A jak ktoś stoi dobrze — odezwała się — i widzi dobrze, a i tak się myli?

Ada spojrzała na nią. Tym razem nie sięgnęła po gotową odpowiedź.

— Wtedy ma problem — przyznała. — Bo nie wie, że się pomylił. Myśli, że widział. A potem ogląda nagranie i nie jest już pewny, co widział. I nie ma nikogo, kto mógłby mu to rozstrzygnąć.

W hali zrobiło się bardzo cicho.

Maja przyglądała się jej przez dłuższą chwilę. Potem kiwnęła głową, inaczej niż w sali konferencyjnej. Jakby tym razem dostała odpowiedź.

— Gramy dalej — powiedziała Ada.

* * *

Stało się w dwudziestej minucie ćwiczenia.

Maja rzuciła z drugiej linii, mocno, trochę za wysoko. Piłka minęła bramkę i poleciała dalej, prosto w stronę linii bocznej, gdzie stała drobna brunetka od konika.

Ada zobaczyła to w zwolnionym tempie. Piłka nie była groźna. Leciała półtora metra nad głową dziewczyny, łukiem, i miała uderzyć w ścianę daleko za nią.

Ale dziewczyna tego nie zobaczyła.

Zobaczyła tylko piłkę lecącą w jej stronę.

Zamarła. Zacisnęła oczy. Zasłoniła twarz oboma przedramionami i skuliła się, jakby ktoś rzucił w nią kamieniem. Piłka przeleciała wysoko nad nią i odbiła się od ściany z głuchym łomotem.

Dziewczyna nie wstała.

Siedziała w kucki, z rękami na twarzy, i trzęsła się. Najpierw cicho. Potem coraz mocniej. Potem Ada usłyszała szloch, zduszony, taki, jakim płacze ktoś, kto bardzo nie chce, żeby inni słyszeli.

Na hali zapadła cisza. Maja stała na środku boiska z przerażoną miną.

— Ja nie… — zaczęła. — Ja nie celowałam…

— Wiem — powiedziała Ada. — Nic się nie stało. Grajcie dalej. Maja, prowadzisz. Sędziny przy liniach, zmiana co pięć minut.

Podeszła do dziewczyny.

Ta już się podnosiła. Szybko, niezgrabnie, z twarzą czerwoną i mokrą. Zanim Ada zdążyła cokolwiek powiedzieć, dziewczyna wyminęła ją i wybiegła z hali, w stronę korytarza z szatniami.

Ada poszła za nią.

* * *

Znalazła ją w pustej szatni na końcu korytarza, na podłodze, w kącie między ławką a ścianą, z kolanami przyciśniętymi do piersi.

Nikola. Ada przypomniała sobie imię z listy. Piętnaście lat. Prawoskrzydłowa. Klub z Bielska. Przy nazwisku Beata dopisała długopisem jedno słowo: „uwaga”.

Ada stanęła w drzwiach. Nie weszła od razu. Pozwoliła dziewczynie zobaczyć, kto przyszedł.

— Mogę? — zapytała.

Nikola nie odpowiedziała. Wzruszyła ramionami, z twarzą wciąż ukrytą w kolanach.

Ada weszła. Zawahała się przy ławce. Potem zrobiła coś, czego nie robiła od lat: usiadła na podłodze.

Kolano zaprotestowało. Ada zignorowała je, wyprostowała lewą nogę przed sobą, prawą podciągnęła i oparła się plecami o ścianę, pół metra od Nikoli. Nie bliżej. Tyle, żeby było jasne, że jest obok, ale niczego nie wymaga.

Przez długą chwilę żadna z nich się nie odzywała. Z hali dobiegały przytłumione gwizdki i piski butów o parkiet.

— Przepraszam — odezwała się wreszcie Nikola, nie podnosząc głowy. Głos miała ochrypły. — Zepsułam pani zajęcia.

— Nic nie zepsułaś.

— Wszystkie widziały. — Nikola pociągnęła nosem. — Teraz będą się śmiać.

— Nie sądzę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.