E-book
6.83
drukowana A5
22.8
53 kilometry duszy

Bezpłatny fragment - 53 kilometry duszy

Przeczytaj Skrytykuj Wyrzuć


Objętość:
58 str.
ISBN:
978-83-8104-155-3
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 22.8

Tomik wierszy i przemyśleń dedykuję tym, którzy czują, że muszą coś zmienić w swoim życiu. Ktoś ich popycha, szepce do ucha, zerka zza rogu. Bez ustanku. Lecz co i gdzie tego nie wiedzą, szukają. Nie martwcie się. On wie.


Dedykuję mojej ukochanej żonie Danusi, która nauczyła mnie, że mądrość a inteligencja to dwa różne pojęcia.


Dedykuję moim dzieciom: Bartkowi i Karolinie, dzięki którym nareszcie zrozumiałem sens wyrażenia „zaraz mnie trafi jasny szlag”.

Od  autora

Poezja to nie zapasy z Bogiem w kategorii opisanie świata. W tych zawodach nie ma dla nas miejsca na podium. Pokona nas makami nad potokiem i motylem co usiadł na ławeczce. Wiersze z słów niedoskonałych są jak plastry, którymi staramy się posklejać okruchy chwil. Pochwycić motyla nie zdołamy lecz może moment kiedy przelatuje. Bóg dał nam duszę niczym przepełniająca się czara, z której wylewa się nadmiar wrażliwości.

Skąd taki tytuł? Kocham chodzić, spacerować, odkrywać nowe miejsca. 53 kilometry to obwód jeziora Genezaret. Tam wszystko się zaczęło. Jezus prawdopodobnie musiał przejść tyle kilometrów aby je okrążyć i dotrzeć do każdego z nas (jeśli nie szedł na skróty).

Tomik powstawał spontanicznie przez wiele lat. Głównie w biegu do autobusu, na przystankach, w drodze do pracy i w chwilach zachwytu gdy zadziwić się potrafimy. Pozbierałem wszystkie zapiski w jedną całość i wysłałem do wielu wydawnictw. Wiecie co otrzymałem w informacji zwrotnej? Proszę Pana, niestety te wiersze to sztampa, banały, schematy, tak się nie pisze dziś poezji. Dziwne. Myślałem zawsze, że wiersz to wyraz najgłębszych pokładów wrażliwości naszej duszy i nie ma: Kiedyś, Jutro, Dziś. To jak się pisze poezję? Szymborska, Mrożek, Norwid, Twardowski czy Stachura od początku wiedzieli jak się pisze?

Wiecie co? Kocham te wiersze bo są moje. Dzięki nim jestem sobą. Poprzez wiersze wyrażam siebie. Jeżeli poprzez lekturę moich zapisków choć jedna osoba spróbuje tej sztuki i odnajdzie w tym pasję to będzie „moje własne Idaho”.

Podsumowując. Możesz tą książkę skrytykować i wyrzucić do kosza. Zapakować w nią kanapki (choć  będzie to pewnie najdroższy w twym życiu papier śniadaniowy) lub przeczytać, odstawić na półkę i sięgnąć po nią ponownie za kilka lat.

Preludium deszczowe

Zaczęło się w nucie codzienności

szarością kształtowanie

Zimną kryształu metalicznością

w chłodzie spływa

Drwiną tak naturalną, prostotą

w całości cząsteczek

Gonitwą w nieuchwytnej, przejmującej

surowości elementów bezliku

Pragnieniem stawania się doskonałością,

by zawrzeć się w obrysie

Spaść w schemacie odstępu, zmierzonym

prawdziwym zachwytem

Bębnić o stałość trwania, domagając się

pierwszeństwa w zmianach

Padając, pędzić niepowstrzymanym

bezmiarem, mnogością chwili powtarzalnych

Stawać się potrzebą istoty ponurego zimna,

nieboskłonu rozdarcia

Tkwić nieruchomo sekundą zaokrągloną

w blasku światła opisanego

Zniknąć tak po prostu, dzwoniąc w niemocy

swej ulotności,

kroplo

Starość

Starość schodzi powolutku ze schodów kościoła

Starość na fotografii wciąż w modnej fryzurze

Starość łysinę zagłaska gdy tylko okulary znajdzie

Starość stuka laseczką w słoiki konfitur

co palce ich nie zakręcą

Starość zbiera wspomnienia starym grzebieniem

co zęby pogubił

Starość nie zrywa kartek z kalendarza

wciąż piekąc te same ciasta

Starość upycha w skarpetkowe konta jesieni liście

Starość puka do sąsiadów co dawno już wyszli

Starość na czworakach goni wnuczka z łyżeczką

Starość zawsze dla czasu ma czas

Niepokój

Niespokojnie czekałem bez zmienności nasycenia

Ciało me gotowe Panie, oczekujące, niespełnione

Brać garściami zachłannie co moje, moje

Pragnąć Ciebie nawet za cenę odrzucenia

Sycić się myślami dręczącymi o niemożliwym

Spełnić się nie móc i lękliwie prosić, dość

Miejsca swojego szukać w strzelistości i zakamarkach

Kochać rozdając siebie

Miotać się między pragnieniem a koniecznością

Wypuścić serce oszalałe, wybacz

Wciąż mało

Przebrzmiałymi krzykami świat mnie zachwycił

Tym co odbiło się, stoczyło, upadło

Z cienia omszałego wypełznąć nie chciało

Cieniem przydługim wróbelka co dziś tak rzadki

Zziajanym latem co ze starej listy wykreśla marzenia

Rzeką z nurtem nie w tym kolorze

Krzyżem samotnym z moim zegarkiem

Duszą pod głazem, który zepchnąć by wypadało

Moralnością co strzepnięta okruchem z koszuli

Kocham a to wciąż mało

I stanie się

Pisząc wiersze jesteśmy jak złodziej kradnący piękno swego Stwórcy. Pragniemy uwięzić poranek w fotografii słowa. Opisać. Ograniczyć, by umysł pojął doskonałość. Wyrywamy sobie serce z piersi karząc się za wulgarność słów opisujących Ciebie. Niedopasowanymi okularami wysilamy wzrok by w rymach i strofach kreślić to co już stworzone. Gdy znajdę TO słowo być Cię opisać wreszcie odpocznę. Usiądę i będzie NIC.

Chłód

Skradasz się mgłą, z szczytów wilka srogiego toczysz

Cud pod progiem chaty na kamieniu sadzasz

Kroplami tkasz pajęczyny w nagości traw

Szalem na szydełku w dźwięku kobz coś tkasz

Granice między Tobą a niebem gubisz

Chłodu igły z zapachem zieleni łączysz

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 22.8