E-book
9.56
drukowana A5
Kolorowa
60.85
50 plus Nordkapp challenge

Bezpłatny fragment - 50 plus Nordkapp challenge


4.5
Objętość:
200 str.
ISBN:
978-83-8245-162-7
E-book
za 9.56
drukowana A5
Kolorowa
za 60.85

W roku 2019 postanowiliśmy wybrać się motocyklem na Nordkapp. Nie mieliśmy zamiaru wcześniej się przygotowywać zbytnio do tej wyprawy, a nawet można powiedzieć, że chcieliśmy pojechać z marszu, czyli spakować się, wsiąść na motocykl, wyzerować licznik i do przodu. Zdarzało nam się jeździć ze sprzętem biwakowym, więc uznaliśmy, że taki żywioł będzie dobry. Mówię „pojechaliśmy”, ponieważ wziąłem na tylne siedzenie własną żonę. „Wziąłem” to jednak tylko takie moje osobiste stwierdzenie, gdyż nie było takiej opcji, żeby mi z siedzenia chciała zejść. Jest miłośniczką wszelakiej jazdy i praktycznie nie było takiej możliwości, abym pojechał sam. Można więc powiedzieć, że to ona wzięła mnie i pozwoliła, abym mógł ją zawieźć, być jej kierowcą.

Objuczony osiołek gotowy do wyjazdu

Jedynym elementem mającym związek z przygotowaniem do wyjazdu był zakup lekkich materacy. Dodam może jeszcze wzmiankę o rzeczach oczywistych, takich jak przegląd motocykla czy ubezpieczenie Assistance. Jak się później okazało, tych przygotowań można by wyliczyć więcej.

Po drugie, mówię, że pojechaliśmy, ponieważ oprócz małżonki całą wyprawę od dawna planował Andrzej, motocyklista, którego poznałem kiedyś na zlocie. Może z lenistwa, może z powodu mojego lekkiego podejścia do takich tematów pomyślałem sobie, że dzięki niemu ja niczego nie muszę analizować, gdyż cały plan podróży, jaki mi Andrzej przedstawi, zaakceptuję. Tak też się stało, jednak plan był dosyć ambitny jak na nas, czyli motocyklistów ze średnim doświadczeniem, do tego w mocno „średnim” przedziale wiekowym. Można tylko powiedzieć, że Andrzej bardziej romantycznie był do wyprawy nastawiony, ja natomiast bardziej realistycznie. Mówię tak, bo jak inaczej interpretować na przykład planowane dość długie odcinki albo nawet takie części trasy z przebiegiem dziennym rzędu 500 kilometrów, podczas gdy cała ta trasa była jakby śladem kogoś, kto tak już ją kiedyś próbował przejechać? Ktoś powie, że to nic takiego. Oczywiście, zgadzam się z tym, ponieważ są miłośnicy jazdy, którzy mają całkiem inne doświadczenie i stosunek do bycia w drodze. Tym stosunkiem najbardziej chyba różniliśmy się z Andrzejem. Jednak w przypadku tamtego autora tej trasy, o wiele młodszego od nas motocyklisty, akurat ten konkretny, pięćsetkilometrowy odcinek — naraz — nie był pokonany. Andrzej na moje pytanie, dlaczego ma w planie odcinek, który realnie nawet dla człowieka młodszego od nas nie był do zaliczenia, odpowiedział:

— On wtedy akurat źle się poczuł i musiał odpocząć.

— Dlaczego my mielibyśmy czuć się dobrze? Przecież jesteśmy starsi, dużo starsi — zapytałem.

— Twardym trzeba być i my to pokonamy, Tomek!!! — odpowiedział.

— Ujmij, Andrzej, ujmij trochę z tych atrakcji, bo to jest za dużo wszystkiego naraz. Ja chciałbym jechać na urlop, a nie na ciągłą jazdę, do tego dojdą warunki pogodowe i może być lipa.

— Damy radę! — Odpowiadając, poklepał mnie po ramieniu i zaczął się śmiać.

— Czy damy, czy nie damy, to akurat trudno stwierdzić. Zdarzyć się mogą do tego okoliczności nieprzewidziane i na takowe zawsze trzeba zostawić spory margines.

— Mamy ponad trzy tygodnie czasu! — odpowiedział z uśmiechem.

Takiego romantycznego podejścia do życia jednak trochę mi brakowało. Szykowałem się na żywiołowy wyjazd, lecz później okazało się, że nie do końca należę do tych, którzy jechaliby na złamanie karku bez jakiejkolwiek analizy. Być może to też jest różnica w doświadczeniu. Andrzej miał mniej takich wyjazdów za sobą, chociaż nie wiem, czy już nie zdążył mnie wyprzedzić w ilości wyjeżdżonych kilometrów.

Co do moich wyjazdów dalszych czy bliższych, to motocyklem zdobyłem niewielkie doświadczenie. Nie licząc kawalerskich czasów i jazdy wueską kobuzem oraz drobnych epizodów z motocyklem MZ 250 ES1, czyli popularną jaskółką, dopiero po latach zakupiłem drag stara 650, którym przejechaliśmy, z małżonką jako „plecakiem”, około 50 tysięcy kilometrów w ciągu 10 lat. Były to przeważnie krótkie wypady po kraju. Do trochę dłuższych mógłbym zaliczyć tylko dwa wyjazdy do Chorwacji. Do tego jeszcze jeden, trzeci, nad jezioro Faaker See na imprezę Harley Davidson Week, podczas której objeździłem okoliczne Alpy łącznie z mekką motocyklistów, czyli Grossglockner Hochalpenstasse.

Pomarańczowa strzała, która woziła nas przez 10 lat

Pomimo tego wydaje mi się, że potrafiłbym w miarę obiektywnie ocenić i zaplanować na tej podstawie wyjazd tak, aby to była jakaś przyjemność, a nie jeden wielki maraton.

To motocyklem. Samochodem natomiast staram się zawsze gdzieś pojechać, dzięki temu wiem, jak wygląda Europa w częściach turystycznie atrakcyjnych. Jedynie Skandynawia była dla mnie do tej pory nieznana. Nieznana z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że zawsze były inne miejsca i plany, dokąd można było pojechać i takowe w miarę możliwości się realizowało, a drugi to ten finansowy, ponieważ kraje skandynawskie są — co by tu dużo nie mówić — dość drogie jak na kieszeń przeciętnego Kowalskiego czy też, jak ktoś inny woli, kieszeń przeciętnego zjadacza chleba.

Motocyklowa turystyka tak bliska, jak i ta dalsza, w moim wyobrażeniu to spokojna jazda z przystankami. Wszystko to w przedziale czasowym od godziny 8.30 do maksymalnie 18.00. Po tym czasie jakaś kwatera czy kemping i spokojne rozmowy oraz kontemplowanie świata i okolicy. W przypadku bardzo napiętego planu mogło to wyglądać inaczej. Do tego trzeba dodać współczynnik dni deszczowych, których liczba psująca przyjemność wyjazdu, moim zdaniem, to 50 procent. Tak więc jeśli będzie 10 dni lało na 21 dniowym wyjeździe, wtedy jeszcze będzie dobrze.

Spotykając po raz pierwszy Andrzeja, kiedy oznajmił mi o swych planach, wtedy jeszcze dalekosiężnych, bo to było trzy lata wcześniej, odpowiedziałem:

— Norwegia bardzo mnie kręci i miałbym wielką ochotę na taki wyjazd. Nordkapp to jednak raczej nie. Po co pchać się aż tak daleko na północ? Najciekawiej jest w południowej części, w okolicy Bergen. Dla mnie samego marzeniem wysuniętym najdalej na północ są Lofoty.

— Nordkapp jest dla motocyklisty jak dla katolika pielgrzymka do Częstochowy! — oznajmił.

— Nie mówię nie, ale jeśli przyjdzie czas, to pomyślimy — odpowiedziałem wtedy.

Katolikiem akurat jestem, do Częstochowy mam około 85 kilometrów, ale na pielgrzymce nigdy nie byłem i takowa nie była i nie jest w moich planach podróżniczych. Owszem, motocyklem na rozpoczęcie sezonu, które odbywa się na przyklasztornych błoniach, pojechałem nie raz.

Tamtego dnia wymieniliśmy się telefonami, a nuż wyjazd dojdzie do skutku, zobaczymy. Przyjdzie czas, to pomyślimy.

Podczas rozmowy, już kiedy byliśmy w domu, żona stwierdziła:

— Jak nie pojedziemy z Andrzejem, to z kim? Jak chcesz jechać, to myśl nad tym, bo nie znamy nikogo, kto miałby takie plany. Sami będziemy mieć ciężko, żeby wsiąść i pojechać.

— Masz rację, pomyślę — odpowiedziałem, po czym w głowie zaczął roić się plan.

— Jak chcesz, to ostatni dzwonek, z roku na rok będzie tylko gorzej, starzejemy się przecież.

Nie pocieszała mnie takimi stwierdzeniami, lecz miała rację, czas mijał, a człowiek robił się coraz starszy i czasem nawet udawał zdziwionego, że niby dlaczego i z jakiej przyczyny tak się dzieje. Patrząc natomiast w lustro, widziałem, że to się dzieje, a proste matematyczne działanie, w którym były nam dane dwie liczby w postaci dat, również potwierdzały ten fakt. Ambitne i dalekosiężne plany podróżnicze mogłyby umknąć niepostrzeżenie i już nigdy by się ich nie dogoniło.

Nie miałem w planach jakichkolwiek przygotowań ani nawet oglądania, co też takiego można by zwiedzić, czy planowania trasy. Chciałem zobaczyć Norwegię i tyle. Dokąd dokładnie i gdzie — nie analizowałem, tam podobno wszędzie jest ładnie. Moja wiedza ograniczała się do podstawowych atrakcji, takich jak Droga Trolli, Geirangerfjord czy Droga Orłów, jakieś skalne atrakcje w postaci kamienia Kjerag czy Preikestolen. Jednak również miałem świadomość, że akurat te skalne atrakcje wymagają większego wysiłku, aby je zdobyć, a w motocyklowym ubraniu byłoby trudno, więc nie należało ich brać pod uwagę. Od czasu do czasu, kiedy włączałem YouTube w telewizorze, wpisywałem temat „Norwegia” i oglądałem jakiś film. Jednak bez ukierunkowywania się na konkretne miejsca, ponieważ nie chciałem Andrzejowi burzyć misternie układanego planu. Wychodziłem z założenia, że jest tam tyle ciekawych miejsc, że wszędzie będzie dobrze i wszędzie będzie pięknie. Pod jednym warunkiem — jeśli trafimy na pogodę.

Do tamtej pory każdy, kto widział mnie jeżdżącego już jedenasty sezon na tym samym drag starze, do tego we dwójkę, dziwił się, że nie zmieniłem maszyny na inną, może większą. Prawda była taka, że nawet jak miałbym ochotę, to nie wiedziałem, co by to miało być. Poczciwy drag star spełniał moje potrzeby na tyle, że zmiana na innego choppera, tylko większego, niczego nie wnosiłaby w podróżowanie. Pozycja taka sama, a moc? Skoro te 38 koni było dla mnie wystarczające, to po co zmieniać? Przyznam się, że chodziła mi po głowie myśl o jakimś turystycznym motocyklu. Wszystkie argumenty za i przeciw na wysokim miejscu uplasowały BMW GS1200. Cena i koszty eksploatacji tego motocykla przeważyły jednak szalę przeciw, dlatego uznałem, że jeśli podołam zadrzeć nogę wyżej na tego typu motocykle, to wybiorę suzuki V-strom. Posiada on, co prawda, napęd łańcuchem, ale co mi to szkodzi, przecież większość motocykli na całym świecie to te z napędem łańcuchowym. Natomiast jeśli chodzi o pochlebne opinie i ekonomię, znów mniejszy V-strom wygrał z większym. Kierowałem się myślą, że jeśli do tej pory wystarczyło mi 38 koni, to teraz, pomimo tej samej pojemności, tych koni będzie znacznie więcej. Po zakupie i pierwszym roku eksploatacji już wiedziałem, że tej większej mocy w ogóle się nie czuje. Osiąga rzeczywiście inne prędkości, ale słabiej to wygląda przy rozbiegu i reakcji na manetkę gazu. Po założeniu kufrów jest też bardzo wrażliwy na boczne podmuchy wiatrów. Mimo że wrażenie robi inne, to prześwit nie jest jakiś specjalnie wyższy, gdyż drag star pozwalał sobie na dużo cięższy teren, nie zawadzając niczym. Tutaj zdarzało mi się jakimś żelastwem zawadzić o szyny tramwajowe czy krawężnik. Tak więc same minusy, można powiedzieć, jednak nie do końca, ponieważ oprócz minusów ma jedną wielką zaletę, a mianowicie siedzisz i jedziesz dzień, dwa, tydzień i żadne plecy, kręgosłup czy pośladki nie dają się we znaki. Można więc podsumować, że jest to dobry turystyk na równy asfalt lub autostradę. Wyrażam swą opinię oczywiście przy nadmiernym użytkowaniu tego osiołka, ponieważ zgodnie z przeznaczeniem — jak mówi instrukcja — motocykl jest przeznaczony do jazdy solo z niewielkim bagażem lub do jazdy z pasażerem bez bagaży. Cóż można powiedzieć, skoro sam kierowca już waży tyle, co średniej wagi kierowca z pasażerem. Do tego pasażer, czyli żona normalnych rozmiarów (chociaż jej BMI też odbiega lekko od prawidłowego indeksu, ale o tym ciii…), o bagażach na dalszą wyprawę nie wspomnę. Więc ta moja opinia o tym, że V-strom radzi sobie średnio, jest lekko przesadzona. Porównuję go tylko do poprzednika, ponieważ nie mam innych doświadczeń. Wygoda kierowcy podczas jazdy, jak i też wygoda pasażera — co znam z opowieści małżonki — pozwalały na stwierdzenie, iż jest to pojazd rokujący w przyszłym osiągnięciu takiego celu, jakim była prawie dziesięciotysięczna runda wokół Skandynawii.

Gdy zbliżał się wyjazd, od samej zimy kolega Andrzej podsyłał mi różne linki do sprzętu i do relacji z wypraw, sugerując, co też może być niezbędne. Powiem szczerze, że przecież jeżdżę na biwaki, to sprzęt jakiś posiadam. Jeśli chodzi o ubranie, to też z gołym tyłkiem nie jeżdżę, tak więc jakieś termiczne rzeczy znanych marek, które kosztują krocie, a o których Andrzej wypowiadał się pochlebnie, nie interesowały mnie wcale. Linki do filmów, w których nudno i po kolei ludzie opisywali gdzie, co, za ile i takie ple, ple, też mnie nudziły. Wiem, że trzeba liczyć się z kosztami i tyle w temacie, a czy to będzie tysiąc, czy dwa, w jedną czy drugą stronę, to już nieistotne i nie powinno psuć radości z tak wyjątkowej wyprawy. Za każdym razem, kiedy dzwonił Andrzej, czy też ja do niego dzwoniłem, padało z moich ust zdanie:

Pakowanie butów. Dobrze, że jesteśmy z żoną tak dopasowani

— Andrzej, ujmij trochę z tej trasy.

— Tomek, co to jest dla takich twardzieli jak my? Damy radę! — zawsze słyszałem znajomą odpowiedź.

Byłem nastawiony na to i uwielbiam turystykę mniej komfortową, świadomie więc na to się decydowałem. „Tym samym będę się starał zaliczyć ten plan, próbując ewentualnie sprężyć się i dostosować” — tak sobie myślałem.

Wakacje 2019 zbliżały się wielkimi krokami, a Andrzej, planując, kilometrów nie ujmował, a nawet, gdy zauważył coś ciekawego w necie, to jeszcze dołożył. Niby był to argument, ponieważ drugiej takiej okazji może nie być i człowiek potem będzie zawsze żałował. Wszedłem więc w to — i to można porównać do określenia podczas gry w pokera — wszedłem w ciemno.

Pewnego razu zadzwonił do mnie kolega, motocyklista jeżdżący na wielkich turystykach, i kiedy usłyszał, że mam zamiar spędzić wakacje na północy w Norwegii, usłyszałem w słuchawce takie zdanie:

— Czy ty się dobrze czujesz? Stare kości w tamtą stronę wozić? Mam znajomego, który tam mieszka, to czasem opowiada. Przecież tam deszcz nawet nie pada z góry, tylko w poziomie leje.

— Zdaję sobie sprawę, że może być kiepsko, ale aż tak bardzo nie musisz mnie pocieszać przed wyjazdem — odpowiedziałem. — I nie takie stare jeszcze!

— Ha, ha, ha! — usłyszałem w słuchawce. — Nie o kościach mówię, tylko o pogodzie!

— Pogoda zawsze będzie! Niekoniecznie dobra, ale będzie! — odpowiedziałem.

Niby w duszy człowiek nosił nadzieję na lepszą aurę, ale takie wieści nie napawały optymizmem. Szczególnie że nawet jadąc po nizinnych drogach, kiedy leje, człowiek czuje się niekomfortowo, jeśli chodzi o jazdę i prowadzenie, nie mówiąc o wszechobecnej wodzie próbującej wlać się w każdy zakamarek. Na górskich serpentynach byłoby już o wiele trudniej utrzymać się i nie ślizgać na jezdni. Tego więc się obawiałem — związanych z deszczem wszelkich ślizgów i upadków w czasie jazdy. Tym bardziej że wraz z żoną zdarzyło nam się doświadczyć wspólnego upadku w czasie ulewy, na prostej w zasadzie drodze. No może nie na drodze, tylko poprzez moją nieuwagę, kiedy sięgnąłem przednim kołem trawiastego pobocza. Nic wielkiego się nie stało, ale pojęcie o „fikołkach” w deszczu już jakieś miałem. Po tym incydencie córka mnie tylko pocieszyła, że to bardzo dobry znak. Analogicznie nawiązała do wywrotki, jaką jej kiedyś zafundowałem, kiedy kupiłem drag stara.

— Lepiej leżeć na początku i zacząć traktować maszynę poważnie… Niż na końcu.

Tym optymistycznym akcentem posługujemy się jako mottem towarzyszącym nam przy każdym kolejnym wsiadaniu na motocykl.

Bardzo dobrym rozwiązaniem dla mnie byłoby jeszcze rozjeżdżenie się przed wyjazdem i zrobienie jakiejś konkretnej trasy. Akurat nadarzyła się ku temu okazja, ponieważ zaplanowaliśmy wyjazd w Bieszczady na festiwal Zew Się Budzi, odbywający się w Cisnej, w czasie majowego weekendu. Przed samym wyjazdem wszyscy mi odradzali, ponieważ pogoda zapowiadała się wyjątkowo kiepsko. Na szczerą podpowiedź znajomego:

— Lepiej może zrezygnuj, bo tyłki wam przetrzepie.

Odpowiedziałem:

— Właśnie im gorzej, to dla mnie lepiej, ponieważ jadę na Nordkapp i chciałbym przetestować warunki. Chcę po prostu sprawdzić, czy sprzętowo jestem przygotowany.

— Pianki do nurkowania widziałem w markecie, to może kupcie sobie — zaczął ironizować.

Festiwal i cały weekend w moim odczuciu był bardzo udany. Dwa razy przestawialiśmy namiot, ponieważ woda nas podlewała, a ubrania były mocno przemoczone, natomiast temperatura oscylowała w granicach dwóch stopni na plusie. Powrót w niedzielę rozpoczęliśmy już znacznie lepiej, bo w trzech stopniach Celsjusza przy ciągle padającym deszczu… Chociaż nie! Skłamałbym! Od Kielc już nie padało.

Z takim parkietem pod nogami aż chce się tańczyć :)
Deszczowa aura wcale nie przeszkadzała tym, którzy chcieli się bawić

Po tym wyjeździe wiedziałem już, że powinienem mieć nową deszczówkę i co najważniejsze — podczas serwisu zamówiłem ogrzewane manetki. Dla zmniejszenia gabarytów, jak już wspominałem, kupiłem też w Decathlonie dwa małe materace, które dmucha się ustami. Odszedł mi w ten sposób tamten, który zajmował dużo miejsca, i odeszła pompka do jego pompowania.

Wiele osób po naszym przyjeździe z Bieszczad współczuło mi, że niby musiałem mocno po tyłku dostać, że lepiej było siedzieć w domu. Ja natomiast odpowiadałem, że jestem wyjątkowo zadowolony. Byłem w Bieszczadach, to już był wielki plus, a drugi plus — miałem warunki norweskie i dzięki temu wiedziałem, co mogło mi być jeszcze potrzebne. Tak więc jedni marudzili i psioczyli na pogodę, a ja byłem uszczęśliwiony. Wszystko zależy od tego, jak ktoś do tematu podchodzi. I to do każdego tematu. W moim przypadku były to same „plusy dodatnie”.

Z tego tytułu przypomniała mi się scena z kabaretu Tey, kiedy to ciągnik się zepsuł… Przepraszam, ciągnik był dobry, to koło się zepsuło. I tak powinno się podchodzić nie tylko do wyprawy weekendowej, nie tylko do wyjazdu trzytygodniowego, ale do całego życia.

Kupiłem nową deszczówkę, więc do wyjazdu już byliśmy całkiem przygotowani, ponieważ oprócz tego nie przewidywaliśmy jakichkolwiek rezerwacji promów czy kwater. Wystarczyło wsiadać i jechać, gdyż cały wyjazd miał być spontaniczny.

Wcześniej, na Facebooku, zauważyłem wydarzenie, które ktoś udostępnił, a był nim wyjazd na Nordkapp, starą, polską WSK125. Po skontaktowaniu się za pomocą Messengera zamieniłem kilka zdań z tym nietypowym podróżnikiem. Chłopak wyjechał dwa tygodnie przed nami i pomyślałem sobie, że jego tempo jest wolniejsze, on może mieć inne objazdowe plany, to czy może go gdzieś dogonimy? Była to niewiadoma, a druga sprawa — mentalnie w mojej głowie Nordkapp wydawał mi się wtedy daleko, gdzieś bardzo daleko na północy, za nim już tylko Spitsbergen. My mieliśmy jechać szybciej (tak mi się wydawało), to mogliśmy się spotkać.

Podczas rozmów z Andrzejem do samego końca nie obiecywałem mu, że pojadę. Zawsze mówiłem, że deklaruję chęć i zapowiada się, że ta moja chęć zostanie zrealizowana. Kiedy się coś mówi, warto ważyć słowa, i jeśli coś powiem, to zawsze musiałbym tego słowa dotrzymać. Ten wyjazd był dosyć poważny, trzytygodniowy, i nie chciałbym, żeby cokolwiek stanęło na przeszkodzie, przez co wtedy moje słowa rzucone byłyby na wiatr. Dlatego deklarowałem chęć i wraz z chęcią przyszedł przeddzień wyjazdu.

Umówiliśmy się na czwartkowy wieczór. Andrzej miał przyjechać, przespać się u nas i rano mieliśmy wyjechać. Ja z małżonką w zasadzie już byliśmy przygotowani dzień wcześniej, lecz Andrzej, w ferworze przygotowań, nie zdążył do nas zajechać wieczorem. Przyjechał bezpośrednio rano, przez co miał już najechane 150 kilometrów. Oczywiście nic się nie zmieniło, plan podróży, jaki mi przedłożył, był napięty i przewidywał 10 tysięcy kilometrów przejechanych przez trzy tygodnie. Ja tylko ciągle powtarzałem i mówiłem Andrzejowi:

— Słuchaj, biorąc tylko skandynawską prędkość maksymalną plus przystanki, to wychodziłoby czasem i dziesięć godzin jazdy non stop.

— Ja mogę jechać i trzydzieści godzin! — odpowiedział.

— Trzydzieści na dobę? — zapytałem ironicznie.

— Non stop trzydzieści. Ja jestem na jazdę nastawiony!

— Podejrzewam, że możesz, ale nie o to w podróżowaniu chodzi — oznajmiłem.

— Tam jest widno, to spać się nie chce. Kiedyś jechałem całą dobę i dałem radę.

— Dla mnie taki styl jazdy nie wchodzi w grę, ja chcę jechać na urlop, a nie na wyścig czy nawet rajd.

Nadeszła ta chwila, kiedy wyruszyliśmy w drogę. Andrzej miał motocyklową nawigację, więc prowadził. Ja oczywiście nawet aparatu fotograficznego nie wziąłem, miałem tylko telefon i to było najlepsze rozwiązanie. Nie miałem wielu gadżetów, a sam telefon zbyt wiele miejsca nie zajmował. Naszym pierwszym celem miał być Augustów i tam mieliśmy sobie znaleźć nocleg. Mijaliśmy rozlewiska Biebrzy i kierunkowskaz na Goniądz. Tutaj akurat chciałbym kiedyś przyjechać docelowo, gdzieś na Biebrzę na spływ, a i sam Goniądz sprawiał wrażenie miejsca o dość klimatycznym charakterze, do tego twierdza Osowiec jest niedaleko. To mogłoby być miejsce na kolejny wyjazd, niekoniecznie na cały tydzień. Wystarczyłby przedłużony weekend z wolnym poniedziałkiem.

Jadąc dalej i przejeżdżając obok Tykocina, postanowiliśmy skręcić zgodnie z kierunkowskazem informującym o tej niezwykłej miejscowości, aby zajechać na rynek pod pomnik Czarnieckiego. Trzeba przyznać, że charakter tego miasteczka kiedyś był i do tej pory jest jeszcze wyjątkowy, lecz zmienił się przez ostatnie 25 lat, od czasu, kiedy tu byłem ostatnio. Korzystając z okazji, odwiedziliśmy również Alumnat, czyli lokal dobrze znany z filmu U Pana Boga w Ogródku, zrobiliśmy kilka fotek i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zamku za Narwią też nie kojarzyłem. Od tamtego czasu zdążył go ktoś wybudować, ale trzeba przyznać, że całkiem nieźle to wyszło. Zrobiony tak, że nie sprawia wrażenia współcześnie budowanego.

Na dziedzińcu tykocińskiego zamku
Tykociński Alumnat, znany z filmu „U Pana Boga w ogródku”

Wyjeżdżając z Tykocina, przypadkiem pojechaliśmy w kierunku Kiermusów i Nieciec, co pozwoliło nam zobaczyć uchylony rąbek tego prawdziwego Podlasia. Mijaliśmy bocianie gniazda znajdujące się na drzewach i słupach elektrycznych, musieliśmy omijać poganiane, a idące środkiem drogi krowy. Tutaj warto byłoby przyjechać i zaplanować trasę po najbardziej zapomnianych wioskach Podlasia. To ukazałoby nam, co jeszcze gdzieś istnieje, ale już tak szybko zamienia się w nowoczesną i zmechanizowaną wieś.

Dojeżdżając do Augustowa, stanęliśmy przy jednej z pierwszych napotkanych tablic reklamujących pokoje. Wybrałem numer i jak się okazało, pani była gdzieś w drodze, ale podała nam adres i informację, gdzie znajduje się klucz. Tak więc zamieszkaliśmy na tę jedną noc nad jeziorem Białym.

Jeśli pierwszy dzień nocowaliśmy w Augustowie, pomimo że nie wspominałem, to każdy może się domyślić, że jechaliśmy przez Pribałtykę, czyli republiki nadbałtyckie, lub, jak ktoś woli, Unię Europejską, która za komuny była Związkiem Radzieckim. Do Finlandii natomiast planowaliśmy dotrzeć promem z Tallinna.

Same republiki mieliśmy zamiar zwiedzić tylko powierzchownie, czyli szybki tranzyt i nocleg w stolicach. Tylko Litwę, skoro najbliższa nam i sąsiednia, przewidywaliśmy obejrzeć w trzech miejscach, takich jak Troki, Wilno i Góra Krzyży.

Z Augustowa udało nam się wyjechać około godziny 10.00. Pierwszy przystanek wypadł nam spontanicznie, niedaleko za miastem, w miejscu upamiętniającym obławę augustowską. Wprawdzie tego nie mieliśmy w programie, ale skoro takie miejsce znajdowało się przy drodze, to grzechem byłoby nie stanąć i nie przemilczeć chociaż minuty ku czci tutaj pomordowanych. Jest to miejsce upamiętniające śmierć ponad 600 obywateli, którzy zginęli z rąk NKWD, wspomaganych przez polski UB.

Miejsce upamiętniające obławę augustowską znajduje się przy samej drodze

Granicę z Litwą przekracza się swobodnie, ponieważ oba kraje należą do strefy Schengen. Stanęliśmy na chwilę, aby ten wyczyn upamiętnić fotografią. Pomijając tak zwany „popas”, czy to dla naszych „koni”, czy dla kierowców, kolejnym przystankiem w naszej podróży miał być zamek w Trokach. Pierwotnie podjechaliśmy pod stary zamek, gdzie znajduje się muzeum. Skorzystaliśmy przy tej okazji ze zwiedzenia tego obiektu i dopiero potem podjechaliśmy pod ten właściwy zamek, który jest głównym punktem wycieczek. Sam zamek rzeczywiście wyglądał ładnie i niewątpliwie był atrakcją. Dookoła stało mnóstwo straganów z handlem i gastronomią, było też pełno ludzi oferujących przepłynięcie się różnego rodzaju łajbami. Przechodząc, minęliśmy również różnorodnych grajków, którzy wykonywali znane szlagiery. Widać było wśród tych wykonawców szczególne upodobanie do akordeonu. Czy to przypadek, czy to pozostałość po byłym Związku Radzieckim, gdzie ten instrument był traktowany wyjątkowo?

Pogoda nam dopisywała, jechać mogliśmy dość płynnie i czas przejazdu był dosyć przyzwoity, więc po małym odpoczynku i przekąszeniu kartaczy, które zamawiam za każdym razem, gdy tylko wyjeżdżam gdzieś dalej na wschód od Warszawy, zebraliśmy się dalej. W Wilnie mieliśmy być przed wieczorem. Pierwszy raz korzystaliśmy z aplikacji Booking. Znaleźliśmy kwaterę gdzieś na osiedlu, kawałek drogi od centrum. Na miejscu już czekała na nas pani, aby odebrać pieniądze i dać nam klucze. Nigdy nie byłem w tym mieście, więc nie mieliśmy tu tylko nocować. Obowiązkiem, tym bardziej Polaka, jest zajście do Ostrej Bramy. Tak też i my zrobiliśmy.

Nad jeziorem w Trokach

Tu też wspomnieć muszę, że zawsze ze sobą warto brać powerbank i odpowiedni kabel. Andrzej swój powerbank wziął, ale kabel miał inny, niepasujący do jego — już rozładowanego — telefonu, więc pożyczyłem mu swój. Jak zbawienna to była przysługa, okazało się potem. Zawieruszyliśmy się gdzieś w tłumie. Ja miałem adres w telefonie, ponieważ dokonywałem rezerwacji, a Andrzej miał klucze do pokoju. Po czasie zadzwonił, aby podać mu adres do nawigacji, bo się zgubił. Co by nam dało dojście do kwatery, skoro nie byłoby jak zadzwonić do Andrzeja, a klucza nie mielibyśmy? Śmieszny przypadek, ale tak by mogło być. Prąd do telefonu jednak zawsze warto mieć.

Jeśli już jesteśmy przy temacie zasilania, to wspomnę o gniazdach i kablach. Wiele się mówi o tym, aby takie rzeczy kupować dobrej jakości. Ja, jak zwykle, podczas takiej dyskusji na forum stwierdziłem, że na tyle, na ile jest mi potrzebne, to wszystko będzie działać. Gniazdo do zasilania na 12 voltów, owszem, działa, bo to prosta sprawa jest. Co innego gniazda USB. Na Litwie już nie działało to kupione za 50 złotych. Nie było to dla mnie problemem, ponieważ dodatkowo miałem kupioną ładowarkę USB wkładaną do gniazda zasilającego. Niestety, to też okazało się słabym wyborem, chociaż kosztowało 30 złotych. Musiałem kupić na stacji benzynowej nową ładowarkę za 8 euro, ale ta już posłużyła mi do końca wyjazdu. Drugą sprawą są kable. Ich działanie było zagadkowe, szczególnie podczas gdy zostawiałem pod siedzeniem ładujący się powerbank. Zbawiennym dla mnie okazało się to, że wziąłem tylko telefon i powerbank do jego ładowania. Nie miałem żadnych kamer i większych aparatów, więc do samego telefonu zawsze prądu wystarczało. Dzięki temu nie miałem problemu z prądem, ale były problemy z niedoładowaniem powerbanku, nawet gdy ładował się przez całą noc. Kiedy spaliśmy w pokojach, gdzie był dostęp do zasilania 230 voltów, wtedy wchodziła w grę inna ładowarka, lecz podczas biwaków na dziko kable i gniazda USB oraz ładowarki muszą być „lepszego sortu”. Muszą, ponieważ podczas ewentualnych, mocnych ulew, mogłyby się okazać i tak niewystarczające. W moim przypadku kłopotu nie było, dałem sobie radę, a teraz, gdy piszę tę relację, gniazdo USB w motocyklu mam wymienione i to na jakie? Ktoś jest w stanie zgadnąć? Ano, znów na to słabej jakości, ponieważ gdzie ja tam będę się wybierał. Przecież tu, na niedalekie wyjazdy, może mi wystarczy. Raczej śmieszne, ale akurat takie znów miałem pod ręką.

Po odnalezieniu się z Andrzejem i po powrocie do kwatery drugiego dnia rano spakowaliśmy się w dalszą drogę. Wtedy w planie mieliśmy odwiedzić na chwilę cmentarz na Rossie, a potem już jechać w kierunku Góry Krzyży, która była również obowiązkowym punktem na mapie naszej podróży, a dalej już prosto do Rygi. Jeszcze tylko podjechaliśmy pod Ostrą Bramę w ciągu dnia. Nawigacja poprowadziła nas dokładnie i najbliżej, tylko… że od tyłu. Nie można było tam wjechać motocyklem, ale wejść pieszo mogliśmy. Chcieliśmy podjechać tak, aby było widać maszyny pod bramą, ale trudno, tak wyszło. Nie chcieliśmy błądzić, aby to zrealizować, ponieważ czas płynął, a trasa czekała.

Już na Rossie, po spacerze pomiędzy nagrobkami położonymi na pagórkowatym terenie, słuchaliśmy, co mówił przewodnik oprowadzający polską wycieczkę. Samemu trzeba mieć dokładny opis, aby wiedzieć, gdzie i jakich nagrobków szukać. Tutaj przewodnik choć trochę ułatwił nam zadanie. Na dole oczywiście znajduje się znany nagrobek matki Józefa Piłsudskiego wraz z sercem syna. Jeszcze tylko chwila zadumy i tym akcentem skończyliśmy nasze zwiedzanie. Teraz już tylko ubrać się i w dalszą drogę.

Widok na starą Rossę

Próbowaliśmy ustawić nawigację na Górę Krzyży. Niby wszystko oczywiste, jednak w przypadku dobrej, profesjonalnej nawigacji motocyklowej, jaką miał Andrzej, nie było to takie proste. Tam należało wpisywać adres, jednak nijak nie mogliśmy tego zrobić. Mnie już nerwy ponosiły, ponieważ uznałem, że za żadne pieniądze nie chciałbym takiego urządzenia, z którym tyle kłopotu. Nie pomagały żadne nazwy, numery i kody wpisywane z przeglądarki w telefonie. Ani Szawle, ani miejscowość najbliższa, czyli Meszkucie, ani litewska nazwa góry: Kryziu Kalnas. Cenny czas uciekał, my już ubrani, a nawigacji nie można było ustawić. Ten problem z wyborem adresu wyjaśnił się później w Helsinkach, ale to potem o tym. Włączyłem swój telefon i tak pojechaliśmy, nawigując moim. Pomimo tego, że telefon prowadził dobrze, to też nie uniknąłem błędu przy zjeździe, kiedy to dwa zjazdy z głównej trasy były bardzo blisko siebie. Wydaje mi się, że wjechałem w ten niewłaściwy, ale dzięki temu poznaliśmy kawałek litewskiego krajobrazu wiodącego szutrową, bardzo wyboistą drogą, wśród pól i malowniczych lipowych drzew.

Góra Krzyży to wyjątkowo magiczne miejsce dla osób wierzących. Przyjeżdżają tutaj, aby pomodlić się i pozostawić swój krzyż z intencją. My się wcale nie przygotowaliśmy, choć można było chociażby malutki krzyżyk zostawić w tym miejscu z intencją, dajmy na to — o szczęśliwy powrót z wyprawy. Krzyży różnego rodzaju było tam mnóstwo. Stały, wisiały, leżały, były stare i nowe, jakie tylko można sobie wyobrazić. Dla mieszkańców kontynentu azjatyckiego jest to jeden z głównych punktów podczas zwiedzania Litwy. Przynajmniej tamtego dnia miałem takie wrażenie, bo wycieczek było sporo. Temperatura sprzyjała nam wyjątkowo, a nawet powiedziałbym, że aż nadto. Jechanie jeszcze było w porządku, ale postój i zwiedzanie dawało się we znaki. Było bardzo gorąco. Pomimo tego, że odzież z góry zdjąłem i została mi tylko sama koszulka oraz spodnie, dalej się pociłem. Spodnie jednak, z myślą o zimnej północy, wziąłem skórzane, na szelkach. Kiedy było chłodniej, spisywały się dobrze, podczas upałów jednak to było za wiele.

Góra Krzyży to magiczne miejsce

Chociaż musieliśmy nadrobić trochę drogi, aby tę górę zobaczyć, uważam, że było warto. Jest to ciekawy punkt na turystycznej mapie Litwy. U nas w Polsce jest podobna góra dla wyznających prawosławie — Święta Góra Grabarka. Nie byłem tam nigdy, ale z tego, co wiem, krzyży znajduje się tam zdecydowanie mniej.

Kolejny, wynajęty pokój w Rydze zabukowaliśmy jeszcze rano, będąc na kwaterze w Wilnie, tak więc spod Góry Krzyży pozostała nam prosta jazda na miejsce, bez zbędnych przystanków i bez szukania atrakcji. Nizinny krajobraz nie oferował nam po drodze zbyt wielu wrażeń. Droga i teren wokół przypominały Polskę centralną. Zatrzymaliśmy się tylko w przydrożnej restauracji na posilenie się, jak również napełnić musieliśmy rumaki, gdzie przy okazji, dla bezpieczeństwa i świętego spokoju, sprawdziliśmy ciśnienie w oponach. Okazało się, że niewiele brakowało, bo około 0,2 atmosfery. Lepiej jednak wiedzieć i trzymać rękę na tak zwanym pulsie.

Mały postój na zdjęcie przy tablicy granicznej Litwy z Łotwą i przed wieczorem byliśmy w ryskim pensjonacie. Na miejscu spotkała nas miła niespodzianka, ponieważ tam również byli zakwaterowani pracownicy z Polski. Rozpoznali rejestrację Andrzeja i okazało się, że mieszkają w jego mieście. Jednak do nocnych rozmów Polaków nie doszło.

Samej Rygi nie zwiedziliśmy dokładnie. Zrobiliśmy tylko krótki spacer. Ciekawym obiektem był budynek należący do Akademii Nauk, ponieważ przypominał nasz Pałac Kultury. Nie ma się jednak czemu dziwić, przecież to ta sama bratnia ręka w latach pięćdziesiątych zbudowała go na chwałę Sowieckiego Sojuza.

Charakterystycznym dla ryskiej starówki jest dom kotów. Jest to secesyjny budynek zbudowany w 1909 roku z rzeźbami czarnych kotów. Koty te, na znak zemsty, były zwrócone ogonami w kierunku siedziby ówczesnego klubu bogatych przemysłowców, do którego nie chcieli przyjąć właściciela budynku. Okazało się, że zabieg ten przyniósł efekt, ponieważ obrażony prezes tego klubu wytoczył proces, który potrwał dziesięć lat, po wyroku którego właściciel musiał odwrócić rzeźby kotów w drugą stronę.

Jeden ze słynnych ryskich kotów

Na stare miasto postanowiliśmy pojechać tramwajem. Teraz już nie wiem, jak było z biletem. Wiem, że dla trzech osób kosztował 6 euro. Nie jestem jednak w stanie powiedzieć, czy to była cena za jednorazowy przejazd, czy ten bilet był ważny na dłużej. W każdym razie wracać postanowiliśmy taksówką i kierowca zażądał za cały kurs 5 euro. Dałem mu z zadowoleniem sześć, mówiąc, żeby chociaż miał tyle co za tramwaj. Uśmiechnął się i podziękował również bardzo zadowolony. Wieczorem wstawiłem na Facebooka jedno z nielicznych zdjęć, jakie udało mi się zrobić na mieście, i podpisałem znanym tekstem z piosenki Artura Andrusa, oczywiście rozwiniętym o swoje doświadczenia i z celowymi literówkami: „Spałem w Pile, piłem w Spale i rygałem w Rzydze”.

Jeżeli już jesteśmy przy zdjęciach, to mam ich w domu tyle z różnych wyjazdów i nie oglądam ich zbyt często, dlatego też teraz nastawiłem się tylko na wizualny odbiór krajobrazu, bez nadmiernego ich utrwalania. Również dlatego postanowiłem nie brać żadnego sprzętu do tego przeznaczonego oprócz zwykłego telefonu, jakim jest samsung galaxy J4 plus. U Andrzeja wyglądało to inaczej: aparat, statyw, kamera i do tego telefon. Nie powiem, żeby to wszystko nie zajmowało więcej miejsca, nie mówiąc o dodatkowym ładowaniu. W takich przypadkach mój minimalizm okazywał się bardzo praktyczny.

Fragment ryskiej starówki

Teraz kolejnym punktem na mapie naszych przystanków był Tallinn. Tutaj, bukując pokój, mieliśmy problem z płatnością. Do tej pory podawałem numer karty, ale tylko w celu zabezpieczenia rezerwacji. Tym razem opłatę ściągało od razu, a nie mogłem dokonać transakcji. Okazało się, że moja karta nie była aktywna i nie dało się jej używać do internetowych transakcji robionych za granicą. Po telefonie do banku i odblokowaniu potrzebnych funkcji wszystko przebiegło sprawnie.

Wcześniej rozmawiałem za pomocą Messengera z kilkoma osobami podążającymi w tym samym kierunku. Akurat odpisał jakiś kolega, który wyprzedził nas i już płynął promem do Helsinek. Jak się później okazało, udzielił mi cennych wskazówek. Powiedział, jakimi liniami płynąć, a jakich unikać. W Tallinnie jest sporo terminali, z których odpływają promy różnych przewoźników. My, kierując się poradą, podjechaliśmy pod terminal pierwszy i zamówiliśmy bilety na pierwszy ranny prom. Nie pamiętam już teraz dokładnie, ale kosztował około 60 euro za dwie osoby i motocykl. Tamten kolega przysłał mi skan swojego biletu, który zakupił z marszu, i okazało się, że był dużo droższy, chyba nawet ponad dwa razy. Nie wiem, kto to był, musiałbym przejrzeć wiadomości w Messengerze, ponieważ należałoby się dla niego co najmniej jakieś litrowe „płynne podziękowanie”.

Zanim jednak ogarnęliśmy terminal i uświadomiliśmy sobie, że kasy akurat były zamknięte i ponownie otwierają je później (chyba o godzinie 19.00), moglibyśmy poszukać tej naszej kwatery, ponieważ przystanek tutaj, jakieś dodatkowe pierdoły i toaleta zajęły nam trochę czasu.

Otworzyłem w telefonie swoją skrzynkę pocztową i okazało się, że mam mnóstwo informacji w języku angielskim. Należę do grupy takich ludzi, gdzie języka obcego uczyłem się, owszem, i może nawet dobrze mi to szło, jednak był to wtedy całkiem inny język. Pomimo że Estonia też kiedyś była całkiem inną republiką, to należy porzucić wszelkie mrzonki, ażeby w tamtym języku się porozumieć. Mam wrażenie, że nawet jak znają rosyjski, to z pogardy go unikają, albo też unikają w ogóle obywateli rosyjskich, a każdy, kto otworzy usta w takim języku, za takiego jest odbierany.

W skrzynce pocztowej dopiero przeczytałem wiadomość, a potem na miejscu pod drzwiami potwierdziło się, że pod tym adresem nikogo żywego nie było, kto mógłby poinformować nas jakoś, jak mamy skorzystać z tego z góry zapłaconego apartamentu. Usiedliśmy więc i powoli czytaliśmy, co tam jest napisane… Czytaliśmy to jednak za dużo powiedziane. Dobrze tylko, że wraz z tekstem było pismo obrazkowe w postaci dokumentacji fotograficznej. Tak więc było zdjęcie naszej skrytki wiszącej na ścianie i zaznaczonej strzałką, a pod tym zdjęciem był numer do tego zamka. W środku był klucz do drzwi wejściowych. Potem numer pokoju i następny e-mail z szyfrem do zamka w drzwiach pokoju. Po sforsowaniu tego, uff!, jesteśmy w domu! Jednak hola, hola. Pan przed domem powiedział, że tu parkować nie wolno. Spokojnie, przecież pokój był z miejscem parkingowym. Okazało się, że w pokoju leżała mapa i kartka z szyfrem i pilotem do podziemnego garażu. Nie było problemem znaleźć garaż, problemem było, jak tam dojechać, ponieważ z jednej strony schody, z drugiej również, jakieś różnice w poziomach, blokady, barierki. Chociaż garaż zlokalizowany był blisko, bo oddalony tylko o dwa budynki, to aby tam dojechać, trzeba było nadłożyć drogi. To tyle naszych problemów, a sam apartamencik piękny i zlokalizowany w nowo wyremontowanym lofcie. Dodatkowo do portu dosłownie rzut beretem z tego miejsca.

Po rozpakowaniu i zainstalowaniu się w pokoju wieczorem poszliśmy na miasto. Sam Tallinn i jego stare miasto prezentowały się pięknie. Chodząc tak i zwiedzając jego zakamarki, wtedy pierwszy raz odczuliśmy, że zmierzamy w kierunku północnym. Życie na rynku tętniło w najlepsze, a zbliżała się godzina 23:00 i było jeszcze dosyć widno. Potem w nocy okazało się, że tak całkiem ciemno nie było wcale. Środek nocy wyglądał tak jak mocno pochmurny dzień w Polsce.

Stare miasto w Tallinnie jest piękne

Kiedy rano zaczęliśmy zwijać swoje bagaże, musieliśmy się uwijać, ponieważ mieliśmy zamiar odpłynąć pierwszym promem o godzinie ósmej rano. Tu kolejna niespodzianka, ponieważ na drzwiach zauważyłem napis mówiący o tym, aby przy wychodzeniu zabrać śmieci. Wychodząc dalej, na głównych drzwiach wyjściowych znów wisiała kolejna zagadka dla harcerzy bawiących się w jakieś podchody, ponieważ widniała tam mapa informująca o miejscu usytuowania kosza i kod cyfrowy do zamka umożliwiającego wejście do tego pomieszczenia. Tak więc na koniec jeszcze małe poszukiwania.

Jak już mówiłem, bilet na prom mieliśmy wykupiony w pierwszym terminalu, dokąd było dość blisko. Chwila jazdy i już pasami mocowaliśmy rumaki do pokładu, aby nam nie wierzgały zbyt mocno przy niesprzyjającej pogodzie. Na każdym promie są takie specjalne miejsca do parkowania i przytwierdzania motocykli. Teraz tylko usiąść spokojnie gdzieś na kanapie i delektować się rejsem. Podróż nie trwa długo, bo w sumie tylko niecałe trzy godziny. Odpływając, jeszcze spojrzeliśmy na panoramę całego Tallinna. Dokładnie widać było, gdzie wczoraj chodziliśmy po starym mieście, jak również tę nowoczesną część miasta, której nie odwiedziliśmy.

W Tallinnie promy są niewielkie, za to odpływa ich sporo

Siedząc tak i robiąc zdjęcia, zobaczyłem w telefonie na Messengerze informację od jakiegoś Marcina. Przyjrzałem mu się ze zdziwieniem i nie rozpoznałem, kto to był. Nadana wczoraj wieczorem informacja brzmiała:

Hej jak tam, ja już w Tallinnie. Zostaję na city camping. Jak macie namiot, możecie podjechać.

Co prawda pisałem z kilkoma osobami, które wybierały się na Nordkapp, ale tutaj od tego Marcina nie miałem żadnej historii rozmów. Kto by to jednak mógł być? To już trudno było ustalić, w każdym razie przegapiliśmy spotkanie z kimś zmierzającym w tym samym kierunku. Przegapiliśmy tym samym nocną Polaków rozmowę, lecz jednak może trzeba było być pozytywnej myśli, gdyż istniało prawdopodobieństwo, że po takiej rozmowie trudno byłoby dotrzeć wcześnie rano na prom.

Droga minęła dość szybko i już naszym oczom ukazało się wybrzeże. Dla mnie Helsinki to była wielka niewiadoma, ponieważ nawet nie zadałem sobie trudu obejrzenia czegokolwiek o tym mieście w Internecie. Nieświadomy więc myślałem, biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców, że to niewielkie miasto, a do tego nieciekawe i położone całkiem na nizinnym terenie. Po prostu w mojej głowie Helsinki były takim małym, prowincjonalnym miasteczkiem. Samo przybijanie do brzegu już było dla mnie zaskoczeniem, ponieważ dookoła znajdowało się mnóstwo wysepek o skalistych brzegach. Tych skał wcześniej moja wyobraźnia nie brała pod uwagę, ponieważ skoro nizina i lasy, to i linia brzegowa powinna być tylko ewentualnie porośnięta trawą. Oto więc po raz kolejny potwierdziła się prawda, że podróże kształcą.

Za chwilę wpłyniemy do portu w Helsinkach

Samo miasto również było bardzo ciekawe. Na mnie wielkie wrażenie zrobiły nowoczesne rzeźby, które mijaliśmy, czasem nawet przypadkowo. Warto dla nich tu przyjechać spokojnie na cały weekend, pod warunkiem dobrej pogody. Nam pierwszy dzień nie pozwolił na wiele, doszliśmy tylko do placu Senackiego, gdzie mogliśmy podziwiać białą katedrę. Niestety, potem zaczęło padać, przez co przesiedzieliśmy część dnia w restauracji. Gdy deszcz ustał, pozwoliło to na komfortowe dotarcie do kolejnego punktu wyznaczonego przez Andrzeja w planie podróży, a mianowicie do kościoła Temppeliaukio. Jest to nowoczesna budowla z roku 1969 wykuta w skale. W środku — dla zobrazowania akustyki tego obiektu — odbywają się występy chóru. Po zaliczeniu tej atrakcji pozostało nam już tylko wskoczyć na koń i jazda w kierunku zarezerwowanego pokoju gdzieś na peryferiach Helsinek.

Pokój na ulicy Kutomotie był zarezerwowany, lecz nie pobrało nam pieniędzy z karty, co znaczyło, że ktoś miał być na miejscu i pobrać od nas gotówkę. Do tego w zaznaczonych opcjach była mowa o porozumiewaniu się w takim języku obcym, który jest mi znany. To zrozumiałe, w końcu był to język fińskich sąsiadów. Powiedziałem, że to zrozumiałe? Więc w drugą stronę, biorąc pod uwagę moją osobę, niezrozumiałe jest i nie zdarzyło się, abym znał chociażby język niemiecki. Nie ubolewajmy jednak nad własnym lenistwem i niechęcią do języków, ważne, że na ulicy Kutomotie miał być ktoś, z kim miałem dogadać się po rosyjsku.

We wnętrzu kościoła Temppeliaukio
W Helsinkach jest dużo ciekawych rzeźb. Tutaj akurat jedna ze skromniejszych

Sielanka i hormony szczęścia wynikające z delektowania się przejazdem przez Helsinki po przyjeździe pod wskazany adres prysnęły jak bańka mydlana. Okazało się bowiem, że pod adresem, gdzie miał znajdywać się nasz pokój, stał wielki motel typu robotniczego. To niby znów zrozumiałe, biorąc pod uwagę nasze kryteria wyszukiwania. W krajach bałtyckich, wpisując kwotę do 400 złotych, wyświetlało się nam kilka stron ofert. Tu, w Helsinkach, tych ofert było tylko osiem. Osiem ofert, nie stron. Spodziewaliśmy się tego i nie mieliśmy z tym problemu, jednak to, co nas zaskoczyło, to zamknięte na zamek cyfrowy drzwi i numer infolinii wypisany na drzwiach. Co więc mieliśmy z tego, że ktoś mówił po rosyjsku, skoro infolinia dotyczyła całej sieci hoteli i z automatem trudno było się dogadać inaczej niż po angielsku? Lecz nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wszak to miała być wyprawa, a nie przejażdżka. Moim zdaniem, jeśli ktoś w dzisiejszych czasach zna angielski perfekcyjnie, to każdy kraniec świata jest dla niego wycieczką wokół komina. Brak znajomości języka za granicą robi z człowieka wielkiego kalekę, dając mu jednak w zamian olbrzymią satysfakcję, że radzi sobie inaczej, na wszelkie inne możliwe sposoby. Po wysłuchaniu rozmowy z automatem infolinii połączyłem się z fizycznym głosem, który coś chyba zrozumiał, że mówiłem o tym rosyjskim. Kazali mi poczekać 20 minut.

Rzeczywiście po dwudziestu minutach przyszła pani mówiąca po rosyjsku, która pobrała od nas pieniądze i podała numery do drzwi wejściowych, drzwi pokoju i drzwi podziemnego garażu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
Kolorowa
za 60.85