E-book
40.95
drukowana A5
54.44
40 ton bez alkoholu

Bezpłatny fragment - 40 ton bez alkoholu


Objętość:
83 str.
ISBN:
978-83-8440-185-9
E-book
za 40.95
drukowana A5
za 54.44

„Dziwna rzecz z tymi rzekami i drogami — rozmyślał Ryjek. — Widzi się je, jak pędzą w nieznane, i nagle nabiera się strasznej ochoty, żeby samemu też się znaleźć gdzie indziej, żeby pobiec za nimi i zobaczyć, gdzie się kończą…”.

„Kometa nad Doliną Muminków” Tove Jansson w przekładzie Teresy Chłapowskiej

Wstęp do całej książki

Opowieść „40 ton bez alkoholu” to kontynuacja mojej własnej historii, którą zacząłem spisywać około półtora roku po ostatnim spożyciu alkoholu. Poprzednia książka nosiła tytuł „40 ton w alkoholu”. Do teraz trwa czas intensywnej pracy nad sobą, wyszukiwania i nazywania swoich wad, pracy nad nimi, czas radości i smutku, czas normalizowania mojego życia, podczas którego nie ustrzegłem się popełniania błędów, ich naprawiania i popełniania kolejnych — tak jak podczas normalnego funkcjonowania. To również poszukiwanie „złotego środka”, aby nie stać się „drapieżnym” nawoływaczem do abstynencji, by nie być najmądrzejszym w tej i innych dziedzinach życia. Spotykałem i nadal spotykam takich ludzi, nie chcę taki być, bo wciąż uważam, że każdy z nas powinien odpowiadać za siebie. Oczywiście gdy chcę porady i o nią poproszę, muszę spodziewać się wskazówek, które mogą wywołać bunt, wydłużyć podejmowanie decyzji. Tyle że wtedy nie mogę mieć pretensji do kogokolwiek, sam o to prosiłem. Jednak pozostawanie mentorem i narzucanie innym sposobu myślenia jest dla mnie nie do przyjęcia, nie mogę nikomu niczego nakazać. Bardzo trudno to wypracować i w tym trwać.


Po napisaniu nowych rozdziałów wróciłem do pierwszych zapisów i dostrzegłem ogromną przemianę, która zaszła we mnie; sporo odrzuciłem, zmieniło się moje otoczenie, dopracowałem i nadal zmieniam swoje życie na lepsze, bardziej odporne na pokusę powrotu do picia alkoholu. A alkohol wcale nie znika z otaczającego mnie świata, nadal jest łatwo dostępny, pod ręką. Nie ma klosza z terapii stacjonarnej. Te dni, gdy spotykam pijących, już nie wywołują przerażenia, są niestety naturalnym elementem mojego funkcjonowania. Nie nawiązuję kontaktu z pijącymi alkohol, a gdy mimo wszystko znajdę się w niebezpiecznym towarzystwie, mówię im: „Nie przeszkadzam wam pić, to wy nie przeszkadzajcie mi nie pić”. Te momenty wymagają ode mnie ogromnego skupienia na sobie, wyostrzenie czujności i kontroli.


Przemianę sposobu myślenia symbolizuje zamiana przyimka „w” na „bez” w tytule całej książki. Aby być w zgodzie z samym sobą, podkreślić, że to dalszy ciąg, zachowałem pierwotną nazwę dla części pierwszej, która jest zachowana w oryginalnej wersji, tak jak to spisałem wówczas.


W moim życiu chodzi o kontrolę nad sobą, nad emocjami, nad towarzystwem, w którym się znajdę. To przypadkowe bywa łatwiejsze — prościej go unikać. Gorzej z najbliższymi, z którymi spędzam swój wolny czas. Każdy napotkany przeze mnie z urzędu ma mój szacunek — to, jak odnoszę się do innych, ma o tym zaświadczać. Gdy jednak dostrzegam, że ktoś nie oddaje mi szacunku, nie trwam w tej relacji, odcinam się dla mojego dobrego samopoczucia. Ten pozytywny egoizm bywa bolesny dla mnie, jednak w perspektywie chroni przed złymi emocjami. A one, moje uczucia, są dla mnie najważniejsze, zwłaszcza w tym abstynenckim życiu.


Uważam, że moja książka to uzupełnienie wiedzy z terapii, podczas której każdy, ja również, musiał wracać do czasu picia alkoholu każdego dnia. To jest niezbędne do wdrożenia siebie w pozytywne myślenie o przyszłości. Tak! Wypowiedzenie swoich błędów ma na celu to, aby później stanowiło bazę dobrego życia — wiem, co robiłem źle, bez szarpania ran. Jednak wiedzy, którą zdobywam podczas abstynencji, nie sposób było przewidzieć i na pewno ten proces u każdego przejdzie inaczej, nie mam też pojęcia, czy ktoś kiedyś znajdzie podobieństwa z moimi przeżyciami, ale uświadomienie sobie, że wcale nie będzie łatwiej po tym, jak przestanę pić, że nie wszystko albo nawet nic nie będzie takie, jak moje wyobrażenia spisane przez kogoś podobnego do mnie — to właśnie ta brakująca wówczas dla mnie teoria.


Staram się również wytłumaczyć pojęcia z terapii, które wtedy były dla mnie niezrozumiałe, jednak po czasie pojmowałem je, często metodą prób i błędów. Komuś może to ułatwić pojmowanie samego siebie i odrobinę przyspieszyć wdrażanie abstynencji. Znalezienie w sobie motywacji, nowych sposobów na zagospodarowywanie czasu wolnego, który naprawdę może być udręką po tym, gdy go nie było, bo piłem. To, w jaki sposób to zrobię, to też jest dobry czas na zajęcie siebie. Zamiast myśleć, że nie piję, że nigdy więcej nie mogę albo nie będę pić, myślę, jak z pożytkiem dla siebie korzystam z czasu, który teraz mam. Co jeszcze mogę w sobie albo w otoczeniu usprawnić, aby lepiej żyć? Każdy sposób skuteczny w utrzymaniu abstynencji jest dobry. Tyle tylko, że musi to być moim świadomym wyborem, własną decyzją, to mogę narzucić sobie sam. Radość z najmniejszych sukcesów to nagroda za moją ciężką pracę nad sobą. Ale one wcale nie przychodzą łatwo, nie są też codzienne, a czasem wręcz nic nie układa się po myśli. I co wtedy? Kiedyś istniał jedyny skuteczny sposób: upić się. Ale to nie jest wyjście, to powrót na drogę bez wyjścia, na końcu której czeka śmierć.


Nie rozumiałem, że drugi, aktywnie pijący alkoholik może stanowić dla mnie motywację do niepicia. Niestety tak jest. Gdy widzę, do czego sam się doprowadzałem, jak byłem bezsilny i zniewolony, znajduję w sobie inspirację do utrzymywania abstynencji.


Często spotykam się z takim stwierdzeniem: jesteś alkoholikiem, nie pijesz, ale i tak prędzej czy później znowu wrócisz do picia alkoholu. Ta niewiara innych, to założenie, że przecież i tak jestem złym człowiekiem, a alkohol tylko czeka gdzieś w bliżej nieokreślonej przyszłości, stanowi swego rodzaju wyzwanie. Ono wcale nie jest motywujące — owszem, może być czymś w rodzaju impulsu „ja i tak wam pokażę”, co już jest niebezpieczne, bo wciąga mnie w pułapkę niepicia dla kogoś, a nie dla samego siebie. Takie sytuacje pewnie jeszcze długo będą mnie irytować, ten brak wiary we mnie, w to, że moja praca skutkuje byciem lepszym, a nie jest to tylko wydłużona przerwa przed kolejnymi ciągami alkoholowymi. To wymaga jeszcze mojej pracy i większej uwagi. Mam nadzieję, że kiedyś oswoję te myśli. I po ostatniej kropce dodam: nie wiem, co mnie jeszcze czeka, co się wydarzy, ale dzisiaj jest zwyczajnie — dzisiaj nie piję.

Wojtek

16 listopada 2025 roku

Wstęp do części I

Piszę o tym, że alkoholizm jest nazywany we wspólnocie i niektórych kręgach terapeutycznych chorobą CUD — ciała, umysłu i duszy. Rozumiem to teraz m.in. tak: co z tego, że wiem, iż mam problem, skoro moje ciało, a najdłużej chyba umysł, domagają się nowych dawek alkoholu. Znalezienie równowagi i połączenie tych wszystkich elementów w synchroniczną maszynę jest trudne, a alkohol poczynił we mnie ogromne spustoszenie. Małymi krokami, troszkę na opak, czasem wbrew zasadom, udało mi się zatrzymać picie i dziś każdego dnia bardziej cieszyć się trzeźwieniem, które jest wynikiem najpierw utrzymania abstynencji.


Trzeźwienie nie przyszło od razu, trzeba mi było uspokoić skołatany umysł, wyciszyć wiele złych emocji. Po częściowym uspokojeniu mogłem zacząć szukać pomysłu na trzeźwe życie. Rozwiązania przyszły same, nie myślałem o nich, a dzięki na przykład pisanym wierszom odnajduję spokój. To moją poezją zastąpiłem picie alkoholu, pisanie odbywa się na moich zasadach: piszę, co chcę, kiedy chcę i jak chcę, ja decyduję o tym wszystkim.


I inaczej niż wszyscy za ten cudowny czas trzeźwienia i trzeźwości podziękuję najpierw samemu sobie — to wszystko mogło się wydarzyć tylko dzięki mojej ciężkiej pracy nad samym sobą.


Jednak bez iskierek, motywatorów nigdy nie podjąłbym tego wyzwania. W pierwszej kolejności dziękuję Ci, Siostrzyczko Doroto, to Ty pierwsza zareagowałaś i popchnęłaś mnie do działania.


Mamo i Tato, daliście mi schronienie, opiekowaliście się mną, obserwowaliście moje ostatnie picia i wbrew temu, co się mówi, że trzeba odciąć się od pomocy cierpiącemu alkoholikowi, Wy, nie słuchając tego, cierpliwie czekaliście. Dziękuję Wam, moi cudowni Rodzice.


Martyno, Córeczko, nacierpiałaś się, gdy dalej piłem, a dziś widzę, jaka jesteś ze mnie dumna.


Romanie, dziękuję, że jesteś i opiekujesz się Martyną.


Podczas terapii i do dziś wspierają mnie Panie terapeutki: Ewa oraz Lucyna. Dziękuję Wam.


Krzychu, Tomaszu „Łysy”, Rafale i Piotrze. Spotkaliśmy się w jednej sprawie. Wasza obecność, nawet tylko świadomość, że jesteście gdzieś daleko i w każdej chwili odbierzecie telefon, daje mi do dziś siłę. Pamiętam Wasze mądre rady, które są wynikiem Waszych doświadczeń. Nie są to żadne naukowe rozprawy, a zwykła, życiowa mądrość. Do dziś jesteście moją wspólnotą Anonimowych Alkoholików, tą swoistą „zgrają” Łotrów, o której mogę powiedzieć z dumą: jestem jednym z Was.


Mariko! Z powierniczki, przyjaciółki stałaś się życiową partnerką. Z Tobą mogę realizować marzenia, które uznałaś za swoje, a z nich zrodziły się kolejne, które stały się naszymi czasem nawet szalonymi marzeniami. Dziękuję, że jesteś.

Wojtek


„I Mały Książę roześmiał się wdzięcznie, co bardzo mnie rozzłościło. Życzę sobie, by moje nieszczęścia traktowano z należytą powagą.”

„Mały Książę” Antoine de Saint-Exupéry

CZĘŚĆ I 
40 TON W ALKOHOLU

CZEŚĆ

Mam na imię Wojtek i jestem alkoholikiem. Ale to niejedyna moja zaleta.


Dziś, 14 stycznia 2023 roku, mija jeden rok, sześć miesięcy i dwadzieścia dni mojej abstynencji. Chcę opowiedzieć o moim wychodzeniu z nałogu, które zacząłem w grudniu 2020 roku. Tak, od wtedy nie liczę mojej abstynencji, bo jeszcze miałem inną drogę do przejścia.


Zaczęło się od podjęcia przeze mnie leczenia na oddziale terapii uzależnień od alkoholu w trybie stacjonarnej terapii dwumiesięcznej. Teoretycznie do szpitala zgłosiłem się sam, czyli nie z nakazu sądu czy innej instytucji pomocowej. Jednakże podjąłem moje leczenie z innego nakazu — nakazu mojej siostry, która zorientowała się, że mam problem, z którym nie umiałem sobie poradzić. Zdarzyło się to w czasie, gdy od około pięciu lat piłem destrukcyjnie, bywało tak, że kilka razy w tygodniu, czasem nawet kilka razy w ciągu dnia.


Nie potrafiłem przestać, piłem najchętniej do utraty przytomności, wtedy czułem ulgę. To, że często budziłem się obsikany, nie stanowiło dla mnie problemu. Piłem w samotności, w kabinie ciężarówki, którą jeździłem. Zapijałem alkoholem swoją samotność, zapijałem swoje rozterki.


Przez trzydzieści lat picia zatraciłem swoją wrażliwość, która zmieniła się w nadwrażliwość. Wszystkie moje pozytywne cechy: właśnie wrażliwość, naiwność, umiłowanie rodziny i tradycji spotęgowały moją skłonność do picia alkoholu, który uwielbiam — świadomie używam czasu teraźniejszego, bo w tej kwestii nic się nie zmieniło. To uwielbienie sprawiło, że staczałem się po równi pochyłej na własne życzenie, chciałem żyć w niebycie, pić ciągami bez przerw do śmierci fizycznej, fundowałem sobie życie w śmierci psychicznej.


Pominę szereg okoliczności rodzinnych, wspomnę jedynie, że pijąc alkohol, stałem się sprawcą przemocy psychicznej. Stosowałem ją wtedy wobec już byłej żony i pośrednio młodszej córki. Wspomnę tylko, że rozwód nastąpił z powództwa tej pani bez orzekania o winie. Pominę więcej okoliczności, m.in. materialne, które temu towarzyszyły, z uwagi przede wszystkim na moje dobre samopoczucie, trochę też, aby uniknąć wzajemnego oskarżania, a także zdradzania innym wrażliwych rodzinnych, a czasem damsko-męskich relacji.


Chcę też uniknąć opowiadania piciorysu.


Po pierwsze: takie opowieści mogą u Ciebie, drogi Czytelniku, może nawet Kompanie w niedoli, wywołać własne wspomnienia, co spotęguje u mnie, ale przede wszystkim — u Ciebie, chęć picia.


Po wtóre: na krótkiej drodze abstynencji spotkałem, a te przypadkowe spotkania były najciekawsze, innych uzależnionych, z którymi rozmowy o piciu były krótkie, wystarczyło podać kilka haseł, mrugnąć okiem i już wiadomo, kim jesteśmy.


Największym moim odkryciem okazało się też to, że samo picie alkoholu nie było w ogóle trudne, a to, że jestem alkoholikiem, stało się oczywiste po rozwiązaniu jednego testu podczas terapii. W czasie tego testu wyszło mi, że tak naprawdę każdy, kto choć raz miał kłopoty spowodowane przez alkohol, jest już uzależniony. Ale tam nie było każdego, tego testu nie rozwiązywał każdy. Pobyt na terapii dotyczył tylko mnie.


Uporanie się z obwinianiem innych o moje niepowodzenia, wreszcie o moje picie było bardzo trudne. Przecież inni też piją! Uświadomienie sobie swojego uzależnienia przyszło łatwo, pogodzenie się z tym zajęło więcej czasu, a to, że aby żyć, nie mogę pić, zajęło jeszcze pół roku od rozpoczęcia leczenia.

CUD

Jestem chory na chorobę CUD — ciała, umysłu i duszy. To pojęcie usłyszałem podczas spotkań we wspólnocie Anonimowych Alkoholików. Mało tego, choroba jest cudowna w leczeniu również dlatego, że nie wymaga żadnej kosztownej farmakologii. Aby cieszyć się zdrowieniem, wystarczy nie pić, czyli nie wydawać żadnych pieniędzy — mało tego, te niewydane kwoty zostają w portfelu.


Wspomniałem, że jeszcze pół roku po terapii piłem alkohol i od wtedy utrzymuję abstynencję, odczuwam też pozytywne skutki zdrowienia. Wtedy właśnie dotarło do mnie, po co, a przede wszystkim — dla kogo mogę być trzeźwy. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem siebie, zrozumiałem, że jestem najważniejszy właśnie dla siebie, że nikt inny nie powinien się liczyć dla mnie w hierarchii ważności niż ja sam. Bo gdy ja jestem sam dla siebie przyjacielem, wtedy mogę być przyjacielem dla innych. Jako ważny dla siebie — mogę być ważny dla innych.


Ostatnie moje picie alkoholu zakończyło się zatrzymaniem do wytrzeźwienia przez policję. Jednak najważniejsze wydarzyło się podczas interwencji funkcjonariuszy, bo wtedy właśnie usłyszałem prawdę, na którą czekałem. Byłem załamany ich słowami, nie wiedziałem, co dalej, mieszkałem już wtedy u rodziców dzięki ich uprzejmości, a przede wszystkim dzięki ich miłości. Bo prócz siostry rodzice podali mi pomocną dłoń, im zależało na mojej abstynencji, im na mnie zależało.


Gdy wytrzeźwiałem, wróciłem do domu — „zbity”, bez planu na przyszłość… Wpierw przyjąłem, że brak planu to też plan. Ale nie był wystarczający dla mnie i dołożyłem jeszcze jeden element, najważniejszy: nie będę pił. Moja przyszłość zależała i nadal zależy od niepicia. Wtedy tylko we mgle pijanego umysłu, dziś świadomie wiem, że nie mogę pić alkoholu tylko i wyłącznie dla siebie. Między terapią a ostatnim upiciem się nie rozumiałem, że nie mogę trzeźwieć dla kogoś, więc gdy widziałem, że temu komuś nie zależy, piłem dalej. Chociaż już bardziej świadomy swojej choroby, szukałem pomocy u psychologów, psychiatrów, terapeutów — wtedy też zrozumiałem pojęcie „zajmij się sobą”, że polega ono na rozwijaniu swojej duchowości i nauki uczenia się panowania nad uczuciami i kontrolowania ich.


Jednak od zrozumienia czegoś do wprowadzenia w życie długa droga. Przeszkadzało w tym przede wszystkim to, że mimo niepicia mój umysł był nadal pijany. Znałem teorię tego zjawiska, wiedziałem z terapii, że alkohol może utrzymywać się w organizmie nawet do roku i nadal w tym czasie będę pod jego wpływem, ale nie rozumiałem, póki nie doświadczyłem na własnej skórze pozytywnych skutków odparowywania alkoholu. Umysł stawał się coraz jaśniejszy, łatwiej było zacząć myśleć o podejmowaniu decyzji.

WSPÓLNOTA

Chciałbym wspomnieć, że od wyjścia z terapii związałem się ze wspólnotą Anonimowych Alkoholików. Od początku była to dla mnie cudowna zbiorowość ludzi połączonych jednym celem — celem utrzymania abstynencji, wolna od znanej mi obyczajowości plotkowania, obgadywania. Rozmowy toczyły się tylko w jednym kierunku: jak dawać sobie radę z chorobą. Od tego czasu wiem, że w mojej chorobie najlepszym pomocnikiem, lekarzem, terapeutą, przyjacielem, powiernikiem, wsparciem jest drugi alkoholik.


We wspólnocie i podczas spotkań (świadomie unikam słowa mityng) budowałem swoją abstynencję, starałem się być pomocny, potrzebny na tyle, na ile pozwalała mi moja abstynencja. Wyjechałem też na warsztaty wsparcia w trzeźwieniu pod patronatem pewnego Kościoła, tam jeszcze widziałem romantyzm wspólnoty, ale przyszły pierwsze dylematy, rozterki. Na przykład jeden z nakazów warunkujący skuteczność trzeźwienia, według wspólnoty AA, mianowicie wypowiedzenie swoich wszystkich błędów z okresu picia drugiemu człowiekowi, nie podziałało tak, jak tego oczekiwałem, nie poczułem ulgi ani spokoju w duchu.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 40.95
drukowana A5
za 54.44