Rozdział 1
Autobus zatrzymał się z głośnym syknięciem, a klasa 6B niemal wysypała się na leśny parking. Powietrze pachniało inaczej niż w mieście — wilgocią, żywicą i czymś jeszcze, czego Ania nie potrafiła nazwać. Jakby las oddychał.
— Ale tu cicho — mruknął Stasiek, zarzucając plecak na jedno ramię.
— I creepy — dodała Wiktoria, rozglądając się nerwowo. — Serio, kto normalny wymyślił wycieczkę tu?
Paweł nic nie powiedział. Stał kilka kroków dalej i patrzył w głąb puszczy. Drzewa były ogromne, starsze niż cokolwiek, co znał. Ich pnie wyglądały jakby pamiętały rzeczy, o których ludzie dawno zapomnieli.
— Paweł, idziesz? — zawołała Ania.
Chłopak drgnął, jakby wyrwany z transu.
— Tak… jasne.
Nauczycielka szybko ustawiła klasę w dwuszeregu i zaczęła mówić coś o regulaminie, bezpieczeństwie i trzymaniu się grupy. Ania słuchała tylko połowicznie. Miała dziwne wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Odwróciła się, ale zobaczyła tylko gęste krzewy i cień między drzewami.
— Ej, widzieliście to? — zapytała cicho.
— Co? — Stasiek zmarszczył brwi.
— Nic… nieważne.
Ruszyli szlakiem. Na początku było nawet fajnie — śmiechy, zdjęcia, żarty. Po kilkunastu minutach ścieżka zwęziła się, a drzewa zaczęły rosnąć coraz gęściej. Zasięg w telefonach zniknął.
— Super — mruknęła Wiktoria. — Jak z horroru.
Paweł zauważył coś po prawej stronie. Między drzewami mignęło światło, jakby słońce odbiło się od czegoś metalowego… albo jakby coś poruszyło się zbyt szybko.
— Tam coś jest — powiedział.
— Pewnie zwierzę — stwierdził Stasiek, ale już zboczył kilka kroków ze szlaku.
— Stasiek, co ty robisz? Wracaj! — syknęła Ania.
Wtedy rozległ się trzask. Głośny, suchy, jak łamana gałąź. Klasa poszła dalej, nie zauważając, że czwórka została w tyle.
— Halo? — zawołała Wiktoria, przyspieszając krok.
Ścieżka nagle się rozwidliła. Znaki szlaku… zniknęły.
— Przecież tu ich nie było — powiedział Stasiek, coraz mniej pewny siebie.
Las ucichł. Nie było ptaków, nie było wiatru. Tylko ich oddechy.
— Dobra, wracamy — zdecydowała Ania. — Już.
Odwrócili się.
I wtedy Paweł poczuł to pierwszy — delikatne mrowienie na karku. Jakby las się uśmiechał.
— My… nie jesteśmy tu sami — wyszeptał.
Gdzieś głęboko między drzewami coś poruszyło się powoli. Zbyt powoli.
A puszcza zamknęła się za nimi bezgłośnie.
Ania odwróciła się. Zobaczyła, że za nią są głębokie krzewy zamiast wyjścia z powrotem na szlak.
— — Ej! — krzyknęła Ania do reszty przyjaciół.
— Co się drzesz, Anka? — syknął Stasiek.
— Nie widzisz, że chyba… utknęliśmy?
Stasiek, Paweł i Wiktora zauważyli, że nagle zniknęło wyjście na szlak.
— Ej, faktycznie! — krzyknęła Wiktoria.
— To wszystko wina Stasia, że tu wlazł! — krzyknęła oburzona Ania.
Cała czwórka zaczęła się nawzajem obwiniać za to, że odłączyli się od klasy.
— Pani Kwaśny nas zabije! — krzyknęła spanikowana Wiktoria.
— Nie panikuj! Boże, dziewczyny z wami to naprawdę, wejść w krzaczki i już panikują jakby świat się zawalił. — powiedział zirytowany Stasiek na Wiktorię i Anię.
— To co teraz robimy? — zapytał Paweł dosyć spokojnie.
— Będziemy musieli tu jakoś wytrzymać, trochę przetrwać, jeśli nie wrócimy za 24 godziny to zaczną nas szukać, wiecie wszczą „Child Alert” i tak dalej.
Nagle… coś w krzakach znów zaczęło się poruszać i w dodatku cała czwórka poczuła powiew wiatru na swojej skórze. Wszyscy zaczęli nerwowo rozglądać się i nagle wiatr zaszeptał „Witajcie w naszej Puszczy, dzieciaki”. Głos ten był nieprzyjemny i zdecydowanie o kpiącym tonie.
Rozdział 2
— Słyszeliście to co ja, prawda? — spytała Wiktoria.
— Tak! — odpowiedziała cała reszta.
— To coś z nas chyba kpi… — powiedział lekko zaniepokojony Paweł.
— Dajcie spokój, wiatr sobie zawiał, a wy już robicie pod siebie. — Stasiek jako jedyny nie brał sytuacji na poważnie.
— Znajdźmy lepiej jakieś puste miejsce na rozbicie małego obozu. — powiedział stanowczo do reszty przyjaciół.
Cała trójka posłuchała Stasia i ruszyli za nim w głąb Puszczy. Po godzinie sromotnej wędrówki, zaczęło im burczeć w brzuchach. Pech był taki, że cała czwórka miała bardzo mało prowiantu. Wiktoria miała tylko kanapkę z szynką, Ania tylko solone prażynki, Paweł miał tylko pizzerinkę a Stasiek miał tylko kanapkę z nutellą.
— Mamy bardzo mało jedzenia — stwierdził Paweł.
— Jakbym tego nie zauważył, no cóż będziemy musieli zdobyć jedzenie w tej dziczy, na szczęście co nieco wiem i znam się na survivalu.
— Oglądałeś pewnie poradniki na YouTube, mam rację Stasiek? — zakpiła Ania.
— Nie! — Stasiek stanowczo szybko zaprzeczył słowom przyjaciółki.
— Jak się oburzył! — zaśmiała się Wiktoria.
— Tak się składa, że mój tata często jeździ w góry i tak uprawia sobie survival z innymi tatami jak prawdziwy mężczyzna. — przechwalał się Stasiek.
— Ale oceny z biologii mówią co innego. — zakpił Paweł.
— Dosyć! — krzyknął Stasiek.
Stasiek zaczął swoim przyjaciołom omawiać plan. On i Paweł będą szukać jedzenia, a Wiktoria i Ania mają się nie ruszać i nie oddalać nigdzie. Wiktoria i Ania odłożyły na trawę lub raczej jakąś ściółkę z zeszłorocznych liści swoje plecaki, dosyć biednie wyposażone.
— Jesteś pewien, że powinniśmy ich zostawić? — zapytał zmartwiony dziewczynami Paweł.
— Odejdziemy tylko kawałek stąd, nic im nie będzie, musimy coś jeść. — odpowiedział Stasiek zmartwionemu przyjacielowi.
— A ognisko? — dopytał Paweł.
— Racja! Kurde, ognisko! — podskoczył Stasiek na myśl o tym, że potrzebują ogniska.
— Dobra! Sam poszukam jedzenia, a ty zbierz chrust, gałęzie czy cokolwiek, abyśmy się mogli ogrzać.
Paweł złapał za prawe ramię Stasia i powiedział
— Uważaj tylko na siebie, stary.
— Nie martw się, nic mi nie będzie to tylko kawałek w lewo, tam są jakieś krzaki z owocami, szybko do was wrócę — uśmiechnął się do przejętego przyjaciela Stasiek.
Stasiek ruszył powolnym krokiem w kierunku kilku krzewów na którym prawdopodobnie rosły jagody no właśnie jagody… ale tylko jakie? Mogły to być zwykłe ale mogły to być te trujące — wilcze jagody. Stasiek podszedł i uklęknął na kolana przy pierwszym krzaku. Zdjął plecak i rozsunął zasuwak i wyjął pusty woreczek. Patrzył na krzak i martwił się. Czy to dobre jagody? Czy to te złe, wilcze?
Nagle zawiał wiatr, i znów odezwał się szept który wypowiedział
— Co się wahasz, dzieciaku? Zrywaj jak Puszcza daje!
Stasiek wciąż klęczący zaczął nerwowo kręcić głową w lewo, prawo i w górę.
— Kto tu jest? Pokaż się! Ze mną nie ma żartów! Nie wierzę w żadne duchy i inne bzdury!
Szept, który niósł wiatr odpowiedział
— Albo zbierasz dary Puszczy albo ty i przyjaciele… głodujecie…
Stasiek musiał wybrać. Ryzykuje jagodami na których się nie zna, albo wraz z przyjaciółmi głoduje.
Szept z wiatru znów się odezwał
— Wybieraj chłopcze, Puszcza nie lubi długo czekać.
Tymczasem Paweł kawałek dalej od Stasia zbierał suche gałęzie, chrust i kawałki odpadniętej kory z pobliskiego wyglądającego na umierającego, drzewa. Cały czas czuł ten dziwny niepokój panujący wokół niego. Bał się o wszystkich. O Stasia, o Anię, o Wiktorię, że jednak oni gdzieś się oddalą zbyt daleko i cała grupka przyjaciół całkowicie zniknie w gęścinach puszczy.
Nagle… w zaroślach coś się poruszyło i to dosyć gwałtownie tak, że aż Paweł poczuł jak ogarnia go zimny pot.
Paweł zaczął panikować w myślach
— Co to było? Błagam oby nie wilk, niech to będzie króliczek, zajączek, lis, cokolwiek tylko żeby to było coś niegroźnego!
Miał chłopak szczęście. Przez krzaki przeszła tylko zwyczajna młoda sarna. Paweł odetchnął z wielką ulgą i postanowił wrócić do dziewczyn. Jednak ten sam szept o kpinie w tonie głosu go zatrzymał.
— Twój kolega ma kłopoty…
— Co… co to było?! — podskoczył Paweł ze strachu, prawie upuszczając z rąk gałęzie które nazbierał.
— Kim jesteś i gdzie jesteś i co zrobiłeś Stasiowi?! — zaczął nerwowo pytać szeptu
— Jestem wszystkim co widzisz dookoła, chłopcze — odpowiedział szept
Stasiek tymczasem dalej wahał się czy na pewno zrywać jagody. Bał się, że jeśli zerwie je a okażą się one wilczymi jagodami, to otruje swoich przyjaciół i siebie przy okazji. Przy nim wciąż był obecny szept tak jak u Pawła.
— Nie każ Puszczy na siebie czekać, chłopcze. Nie wahaj się, zrywaj i wracaj do przyjaciół.
Stasiek w końcu otrząsnął się, klepnął się obiema dłońmi w policzki westchnął dodatkowo i powiedział
— Co ma być to będzie. Jak się otrujemy to trudno, będziemy rzygać jak koty. Raz się żyje.
Stasiek przełamał się i zaczął zbierać jagody do woreczka wciąż jednak martwiąc się czy to te dobre czy nie. Wstał z kolan, założył z powrotem plecak na plecy i ruszył w kierunku dziewczyn. Szept nic w tym czasie nie odpowiedział na wybór Stasia.
Rozdział 3
Paweł próbował rozmawiać z tym tajemniczym szeptem, który raz pojawiał się wraz z powiewem wiatru, a raz pojawiał się jakby z szumu liści na drzewach.
— Czyli ty dziwny szepcie… jesteś Puszczą, tak? — domyślał się Paweł.
Szept nie odpowiedział ale zawiał za to mocniejszy wiatr. Paweł uśmiechnął się i powiedział
— Więc to prawda. Jesteś głosem Puszczy ty dziwaczny szepcie.
Szept odpowiedział trochę groźniej
— Przekonacie się czym jest Puszcza, wy którzy zakłócacie jej porządek i harmonię łona natury.
Tym razem Paweł już nie był taki odważny jak przed chwilą. Zlęknął się, przycisnął zebrane gałęzie i chrust do klatki piersiowej i pobiegł w kierunku dziewczyn a te na to;
— Dzik cię dopadł czy co? — zapytała się Ania
— Właśnie, przyleciałeś jakby cię poparzyli. — dogryzła Wiktoria.
Paweł na to
— Wystraszyłem się, w tej puszczy gada jakiś szept czy coś, nie wiem do końca co to ale zagroziło nam, że jeszcze przekonamy się czym jest puszcza.
Wiktoria i Ania spojrzały po sobie i nerwowo przełknęły ślinę.
— Widzieliście Stasia? Wrócił już? — spytał zaniepokojony Paweł.
— Właśnie wraca — zauważyła Ania wychylając się lekko w lewo.
— Cały jesteś? — zapytała Ania
— Tak, mam dla nas jagody… — odpowiedział Stasiek.
Wiktoria lekko oburzyła się.
— Jagody?! Tylko jagody?! Nie było cię 30 minut i przynosisz tylko jagody?! Ładny mi survivalowiec.
— Nie było łatwo, okej?! — zbulwersował się Stasiek. — Jakiś durny szept czy coś kazał mi wybierać, a to nie było łatwe bo nie znam się na jagodach! Zadowolona?!
Paweł próbował załagodzić atmosferę w grupie.
— Spokojnie, ważne że przyniosłem nam drewno na ognisko.
Wiktoria wciąż wzburzona burknęła
— Chociaż tyle.
— Skończmy się sprzeczać. Jesteśmy przyjaciółmi, musimy się wspierać i współpracować — oznajmiła Ania.
— Ania ma rację — wsparł przyjaciółkę Paweł.
— Przygotujmy miejsce na ognisko — powiedział Paweł do przyjaciół.
Wiktoria i Stasiek wciąż na siebie krzywo patrzyli ale zaczęli wszystko ogarniać na wieczór.
— Co macie jeszcze w plecakach? — spytał Stasiek
— Ja mam śpiwór — pokazała Ania
— Ja też — pokazała Wiktoria
— Ja też mam śpiwór, gdybyście pytali — pokazał Paweł
— No to na szczęście ja też mam śpiwór, mogę odetchnąć z ulgą. Bo namiotów nie macie?
Wszyscy jednogłośnie
— Nie!
Stasiek przypomniał sobie, że jedną z atrakcji tej wycieczki miało być spanie obok drewnianego domku czyli przy Dębowej Dziupli pod gołym niebem w śpiworach więc to jasne, że nikt nie miał namiotów.
Zaczynało się ściemniać. Paweł miał przy sobie zapalniczkę, nie pamiętając już przez to wszystko skąd. Ognisko rozpaliło się. Od razu całej grupie przyjaciół zaczęło robić się ciepło. Wiktoria i Ania przygotowały za to śpiwory. Zanim wszyscy położyli się zjedli to co mieli w plecakach i zaczęli ze sobą rozmawiać. Głównie o tym czy w ogóle ich nauczycielka Jolanta Kwaśny skapnie się, że tylko tej ferelnej czwórki nie ma na wycieczce i czy w ogóle ruszy za nimi jakaś ekipa ratunkowa. W końcu szept Puszczy zapowiedział się, że przekonają się czym jest Puszcza Białowieska.
Rozdział 4
Cała czwórka przyjaciół czyli Stasiek, Paweł, Ania i Wiktoria zapadli w sen w swoich śpiworach. Puszcza wydawała się ciemniejsza od nocnego nieba. Jedyny świecący punkcik w tym gąszczu to właśnie było starannie zrobione i przygotowane słabo już dające światło bo dogasające, ognisko.
Tymczasem Jolanta Kwaśny zamiast spać z dziećmi w śpiworach siedziała w środku ciepłego domku Dębowej Dziupli. Trzymała w ręku kartkę z listą nazwisk dzieci i przejechała od niechcenia niebieskim zamkniętym długopisem po kartce gdzie były pozaznaczane haczyki obecności. Zwróciła uwagę na cztery nazwiska kolejno Anna Śmiałek, Wiktoria Kamińska, Stanisław Malec i Paweł Potaczek i brak odnotowanej u nich obecności. Kobieta była zmęczona codziennością i darciem się na niesforne dzieci. Wzruszyła tylko ramionami i rzuciła niedbale kartkę na stolik nocny i położyła się spać. Od powiewu kołdrą, kartka spadła ze stolika na podłogę. W myślach kobieta stwierdziła, że z samego rana zajmie się sprawą ferelnej czwórki zagubionych w puszczy.
Tymczasem puszcza nie zamierzała dać spokojnie spać naszym bohaterom. Dziwne dźwięki, trzaski gałęzi i lekki wiatr wyciągały ze snu głównie dziewczyny, najbardziej noc w takim miejscu drażniła Wiktorię, a Ania tylko wierciła się na boki. Chłopaki za to spali jak zabici, nawet trzask obalonego drzewa by ich za nic nie wybudził, mimo że byli niedojedzeni.
Najgłośniejszy dźwięk czyli coś w stylu wycia wilka wyrwało Wiktorię ze snu całkowicie. Wyszła powoli ze śpiwora i odeszła parę kroków od reszty przyjaciół. Wokół niej było coraz mniej światła aż tlący się ogień w ognisku kompletnie zgasł. Został tylko dym, popiół i żar oraz zapach spalenizny unoszący się w chłodnym powietrzu.
— Halo? Jest tu ktoś? — powiedziała zduszonym głosem blondynka.
Wiatr znów zawiał tak jakby ktoś się w tej chwili mrocznie zaśmiał. Wszystko dookoła szeleściło jakby coś miało zamiar osaczyć grupę przyjaciół.
Nagle rozniosły się ciche obce głosy
— No i co teraz? Co z nimi zrobimy? — powiedział pierwszy głos męski ale z ochrypniętym tonem
— Nie wiem, może ich zjemy albo przestraszymy na śmierć, co ty na to? — odpowiedział drugi głos bardziej brzmiał na młodego dorosłego
Wiktoria nerwowo rozglądała się, lecz nikogo nie było, w zasadzie to guzik widziała w końcu ognisko całkowicie zagasło.
— Widzisz tą młodą przestraszoną dziewczynkę? — odezwał się pierwszy głos
— Widzę ją no i co? — odezwał się drugi głos
— Może to ją jako pierwszą sobie upolujemy, co? Wygląda na smaczną. — odezwał się pierwszy głos, który miał widocznie chrapkę na naszą biedną Wiktorię.
— Możemy spróbować. — odezwał się drugi głos
Wiktoria słysząc te przerażające rozmowy miała kolana jak z waty, cała się trzęsła w głowie już czuła czyjeś zęby na swojej skórze aż biedna pacnęła tyłkiem na ściółkę. Dostrzegła jednak cztery błyszczące oczy w ciemnościach zarośli puszczy. Jedne oczy były wyżej a drugie niżej. Powoli zbliżały się w kierunku przerażonej Wiktorii no i nagle stało się to…
— Aaaaa, co się dzieje?! — zakrzyczał pierwszy głos
— Co to za czary?! — wykrzyczał drugi głos
Przez chwilę dwie nieuważne nieznane postacie, które zbliżały się do Wiktorii i jej śpiących przyjaciół wpadli na… żar z ogniska. Zapachniało smażącymi się stopami no i nasze dwie dziwne postacie w te pędy nawiały. Właśnie ta wpadka uratowała im życie.
Wiktoria zemdlała ze strachu, upadając głową na ściółkę. W oddali dojrzała zakapturzoną postać trzymającą lampę, chyba naftową nie do końca można było to dostrzec, bo obraz jej się całkowicie rozmazał.
Puszcza po tym zapadła w nienaturalny spokój.
Rozdział 5
Dzień 1
Nad Puszczą Białowieską wstało słońce. Pierwsze promienie słonecznego światła spadły na amatorskie mini-obozowisko naszych przyjaciół. Wszyscy spali w śpiworach oprócz naszej Wiktorii, która zemdlała ze strachu. Po dziesięciu minutach, gdy zaczynały odzywać się pierwsze ptaki Ania, Stasiek i Paweł obudzili się. Jako pierwsza ze śpiworu wyskoczyła Ania. Widok leżącej Wiktorii poza śpiworem ją przeraził. Brunetka padła na kolana do blondynki i zaczęła potrząsać całym jej ciałem. Wiktoria przebudziła się ale wciąż nie mogła wymazać sobie z głowy nocnego przerażającego doświadczenia. Wiktoria poderwała się do Ani wtulając się w nią.
— Już dobrze, Wiki, no już — wsparła wystraszoną blondynkę Ania
— Co się stało? — zapytała z troską brunetka
— W nocy… w nocy… — Wiktoria nie mogła się ze strachu wysłowić
W tym momencie Stasiek podniósł się do pozycji siedzącej. Otarł oczy i zauważył drżącą ze strachu Wiktorię w objęciach Ani. Uderzył pięścią w brzuch Pawła, aby ten też wstał.
Paweł jęknął i od razu zbulwersował się na przyjaciela
— Stary, odbiło ci?!
— Spójrz lepiej na Wiktorię, matołku. — odpowiedział mu Stasiek
— Co jej się stało? — zapytał Anię Stasiek
— Nie wiem, jest tak roztrzęsiona, że aż nie może się wypowiedzieć. — odpowiedziała zatroskana przyjaciółką Ania
— Powiesz co się stało w nocy? — zapytała blondynkę jak najłagodniej się dało.
— Przebudziłam się, bo usłyszałam… usłyszałam okropne wycie… potem… potem pojawiły się jakieś głosy… one polowały na nas… w sensie no… chcieli nas zjeść…
— Nie mogę co za bzdury — prychnął Stasiek.
— Zamknij się, Stasiek! — skarciła bruneta Ania.
— Wierzysz jej?! — krzyknął
— Tak, wierze jej! Sama rzucałam się na boki, bo coś nie dawało mi spać! — krzyknęła oburzona na Stasia Ania.
— Kobiety… — powiedział zrezygnowany wykłócaniem się z brunetką
— Powinieneś się opanować Stasiek, ta puszcza moim zdaniem nie jest normalna. — próbował przemówić brunetowi do rozsądku zaspany Paweł.
— Dobra, dosyć. Przyznaję trochę mnie poniosło. Wysłuchajmy do końca Wiktorii. — powiedział Stasiek.
— Dziękuję! — krzyknęła Ania w podzięce za to, że przyjaciel postanowił się opanować.
Wiktoria zaczęła opowiadać dalej, że dwa głosy ostatecznie nie dopadły ich i opowiedziała o tajemniczym zakapturzonym mężczyźnie, który stał w oddali z lampą zanim zemdlała ze strachu.
Wszyscy poczuli na plecach dreszcze i przełknęli nerwowo ślinę. Stasiek dalej w myślach szedł w zaparte. Zwalał te wszystkie rzeczy na to, że to ich straumatyzowane i zestresowane mózgi płatają im figle. Lecz prawda była zupełnie inna.
— Pora zjeść śniadanie — powiedział Stasiek takim tonem jakby wcześniej opowiedziana przez Wiktorię sytuacja go kompletnie nie ruszyła.
— Mamy tylko te nieszczęsne… jagody… — pokazał woreczek pełen jagód. Po czym wysypał każdemu po cztery sztuki na ręce.
— To kto próbuje pierwszy? — zapytał Paweł
Wszyscy byli zmieszani, próbować? Nie próbować? Ryzykować? Głodować resztę dnia? Choć i tak parę jagód by im żołądków nie nasyciło.
Jako pierwszy przełamał się Paweł. Wziął garść jagód prosto do buzi jakby miał łykać TikTaki, żuł trochę i połknął owoce.
— I jak? — spytała Ania
— Chyba są git te jagody, póki co nic mi nie jest — odparł Paweł.
Po tym reszta zjadła jagody, lecz ich miny wciąż były z dozą niepewności.
— Dobra, przyjaciele, zbieramy się — zwrócił się do wszystkich Stasiek
— Gdzie ty chcesz iść? — zapytała o wiele już spokojniejsza Wiktoria
— Szukać wyjścia stąd! Przecież nie możemy tu siedzieć Bóg wie ile! — krzyknął zirytowany pytaniem brunet
— Stasiek ma rację. — odparł Paweł.
— Mamy się szlajać po tym gęstym lesie bez… praktycznie niczego?! — zapytała zirytowana Ania
— Nie jesteśmy odcięci od wszystkiego, mamy swoje telefony. — odparł z dziwnym spokojem Stasiek
Cała czwórka wyciągnęła z kieszeni swoje telefony. Nie było kolorowo.
— Szlag, pięć procent — powiedział Paweł
— Ja mam trzy procent — odparła Ania
— Mój się całkowicie rozładował — odparła Wiktoria
— Szlag by to! Mój też się rozładował, a powerbank został w autobusie! — krzyknął zakłócając łono natury
— Bez mapy, bez kompasu, bez jedzenia jednym słowem… jesteśmy zgubieni. — powiedział zasmucony Paweł wyraźnie widzący brak wszelkiej nadziei.
Tymczasem Jolanta Kwaśny podjęła działania w sprawie zaginionej czwórki… praktycznie od niechcenia można by powiedzieć, że ta kobieta to takie małe odbicie Johnsona z opowieści Okruchy. Powiadomiła ona służby. Na teren Dębowej Dziupli przyjechał patrol policji jakieś 30—40 minut od wezwania. Dzieci zaczęły się okropnie nudzić, to miała być luźna wycieczka a zaraz ona stanie się nudną katorgą i to w coraz to ostrzejszym słońcu, które tego dnia daje popalić w końcu był środek maja.
Policjanci spisali nauczycielkę a potem zaczęli również od niechcenia przesłuchiwać dzieci, kiedy ostatnio widzieli Stasia, Pawła, Wiktorię i Anię. Tylko jeden chłopak Kuba Wroński opowiedział dwóm policjantom, że widział jak czwórka wchodzi w gęściny i tyle ich było widać. Grubszy policjant zapisywał wszystkie słowa jakie wypowiadał chłopiec ze spokojem w głosie, opowiadał też, że ta czwórka nie była zbyt lubiana w klasie, najbardziej nielubianym chłopakiem był Paweł bo wiecznie się czegoś bał, zawodził wszystkich na WF-ie, bał się wszelkiej maści piłek, nie potrafił grać w kosza ani w siatkówkę, oceny miał kiepskie. Nigdy nie dostał wyższej oceny niż dostateczny.
Następnie przeszedł do opowiadania o Stasiu, że chłopak jak jest w szkole to zawsze się przechwala jaki to on jest we wszystkim obeznany. Często jak nie przechwalał samego siebie, to chwalił swojego ojca jaki to on jest super leśniczym i survivalowcem. A jego ojciec tak naprawdę to tylko od czasu do czasu robił sobie wypady na łono natury jego częstym kierunkiem były oczywiście… bieszczady no bo gdzie a normalnie pracował jako motorniczy w lokalnym MPK. Dopowiedział też, że najczęściej dogryza swojej przyjaciółce Wiktorii i ma podejrzenia, że ci mogą mieć coś ku sobie ale jak to określił „Nie jestem w 100% pewien jak coś”.
Dalsze opowieści o Ani i Wiktorii były tak nudne, tak monotonne, że aż mu chudszy policjant przerwał mówiąc, że tyle im wystarczy.
Policjanci poprosili nauczycielkę o kontakt do rodziców, aby odpalić „Child Alert”, stwierdzili że Puszcza Białowieska może stwarzać zagrożenie życia dla 11—12 latków. W końcu w takim gąszczu mogą kryć się kleszcze, węże i ogólnie niebezpieczna zwierzyna. Po tym policjanci odjechali i wrócili na komisariat do Białowieży. A nasi bohaterowie postanowili spakować śpiwory do plecaków i iść dalej nie wiedząc, że pakują się w jeszcze większe głębiny puszczy i ewentualne… kłopoty.
Rozdział 6
Stasiek, Paweł, Wiktoria i Ania szli dalej zagłębiając się coraz bardziej w puszczę. Męczyli się okropnie, było im duszno a miejscowe robactwo kleiło im się do spoconych skór. W pobliżu nie było ani grama wody. Żadnej kałuży, strumyku czy chociażby mokradeł czy zalanych terenów. Same wysokie drzewa oblepione zielonym mchem, grzybami i innymi porostami w dodatku trzeba było uważać na wystające korzenie. Naprawdę nie było łatwo. Postanowili zrobić pauzę.
— Męczarnia — skomentowała krótko Wiktoria.
— I do tego jeszcze ten upał — odparła Ania.
— A coś cie myśleli, że na każdym kroku będą leżały butelki z wodą?! — zdenerwował się Stasiek.
Nagle coś zwróciło uwagę Pawła. To było coś nie do pomyślenia i w sumie nie powinno to być realne ale na jednym suchym obalonym pniu leżały dokładnie cztery średniej wielkości butelki z wodą.
— Ej! — krzyknął blondyn.
— Co?! — odpowiedzieli wszyscy.
— Tam są butelki wody! — krzyknął uradowany Paweł do reszty przyjaciół.
— Ej, faktycznie, woda! — odparła uradowana Ania.
— Żartujecie sobie?! Woda nie wyrośnie wam nagle z suchego pnia!
Ania, Wiktoria i Paweł podbiegli do obalonego pnia i chwycili butelki wody, których tu za nic nie powinno być.
W tej chwili odezwał się głos Puszczy.
— Znajcie moją łaskę, dzieciaki. Jeśli mnie zawiedziecie albo zdenerwujecie żadnej pomocy ode mnie już nie dostaniecie… prędzej zaznacie piekła jakiemu nikomu się jeszcze nie śniło.
Tylko Paweł odezwał się do głosu Puszczy
— Rozumiemy, puszczo, dostosujemy się.
Głos Puszczy odpowiedział
— Trzymam was za słowo….
W tym czasie butelka wody Stasia zniknęła, zanim ten zdążył podejść do przyjaciół.
— Ej, gdzie moja woda? — zdziwił się brunet.
— Widocznie na nią nie zasłużyłeś, niedowiarku — prychnęła Wiktoria.
— Wiecie co? Wsadźcie sobie te wszystkie butelki, głosy, szepty i inne dziwne cholerstwa głęboko w dupsko, o! — wybuchł złością brunet.
Reszta nie przejęła się kompletnie słowami wściekłego bruneta, bardziej szydzili z niego, że za te swoje grubiańskie zachowanie puszcza go ukarała brakiem butelki wody.
— — Jeszcze wam miny zwiędną, jak upoluje sobie jakiegoś dzika, czy sarnę czy cholera wie co! — w tej chwili podniósł z leśnej ściółki kawałek szkła i pokazał go reszcie.
— To jest szkło! Widzicie? Wezmę sobie zaraz jakąś gałąź, naostrzę i pójdę na polowanie! Tak!
— Nigdzie nie pójdziesz! — krzyknęła Ania — Musimy trzymać się razem, nie wolno nam się rozdzielać bo się wszyscy naraz zgubimy.
— W sumie bez was może byłoby mi łatwiej, ale zostanę przy was bo wy beze mnie to jak owce we mgle, tylko ja się znam tu dobrze na survivalu.
Komisariat policji w Białowieży. Policjanci, którzy byli u nauczycielki Jolanty Kwaśny zamiast uruchomienia „Child Alertu”… wydrukowali plakaty z wizerunkami czterech zaginionych dzieci. Nawet nie zadzwonili do rodziców naszej czwórki urwisów. Fotografie na plakaty wyciągnęli z… ich legitymacji szkolnych. Więc nie pokazywały aktualnego stanu wyglądu dzieci. Wnet porozklejali wszędzie w całym mieście i po kilku godzinach odezwała się do policjantów trójka ochotniczych pomocników. Pełni pewności siebie mężczyźni w składzie Zdzisław „Żądło” Motyka, Andrzej „Zakapior” Łopata i Wacław „Czesio” Mel. Faceci wyglądali na nieźle doświadczonych w kwestii spraw poszukiwawczych. Jednak… ogłosili policjantom, że potrzebują co najmniej dnia, aby się przygotować i ruszyć w misję poszukiwawczą. Policjanci mieli i tak wywalone i wprost zaakceptowali trzech gości gotowych rzucić się w paszczę Puszczy.
W Puszczy wszyscy cieszyli się darem, który zafundował im głos. Butelki z wodą Pawła, Ani i Wiktorii były jak wyjęte prosto z zimnej lodówki. Szli dalej oszczędzając oczywiście to co mają w butelkach, brali po jednym łyku na sto metrów drogi. Trójka przyjaciół trzymała się blisko siebie, tylko Stasiek był o pięć kroków od nich. Narzekał pod nosem i cicho przeklinał przyjaciół. On jako jedyny nie miał żadnej butelki z wodą. Jedynie co trzymał w rękach to kawałek szkła i gałąź o grubości kijka od szczotki. Z każdym krokiem agresywnie ostrzył gałąź.
Wiktoria spojrzała do tyłu czy ich pseudo survivalowiec nie oddalił się zbyt daleko, na szczęście dzielnie szedł, może był parę kroków do tyłu ale szedł, nie oddzielił się. Wiktoria uznała zatem, że można zażartować sobie z przyjaciela i zatrzymała się.
— Chcesz łyka, frajerze? — spytała blondynka bruneta z uśmiechem na ustach.
Reszta też się zatrzymała, nie było im do śmiechu.
— Zamilcz kobieto, nie potrzebuję waszej zasranej wody, nawet nie wiecie gdzie te butelki były, nawet nie mają etykiet! Może wy tak naprawdę chlejecie jakieś siki, albo to jest woda do której nasrał wcześniej jakiś żubr! — zbulwersował się brunet na Wiktorię.
Wiktoria pokazała Stasiowi gest „puknij się w ten pusty łeb” a ten jej odpowiedział środkowym palcem.
— Lecz się, frajerze, to zwykła woda, może i nawet źródlana… a nie czekaj, przecież nie jesteśmy w górach… — powiedziała Wiktoria nie kończąc zdania bo za Stasiem pojawił się nie kto inny jak żubr nie byle jaki bo… gadający.
— Te, synek, synek — żubr zwrócił się do Stasia
— Nie no… albo to halucynacje albo jestem na haju… albo jednak te jagody mi zaszkodziły… — brunet nie dowierzał w to co widzi.
— Wy też słyszycie żubra, co? — zapytał przyjaciół.
Wszyscy jednogłośnie
— Tak!
Żubr głębokim głosem powiedział
— Jestem, panie ja ciebie szlachetnym zwierzęciem i nie oddaje fekaliów do rzek, jezior i strumyków, jasne?
Stasiek skinął głową potwierdzająco i przeprosił żubra, wciąż nie wierząc co tu się do ciężkiej anielki wyprawia.
— No! A teraz spierdzielać mnie stąd, bo pogonie! — pogroził żubr
Wszyscy w lekkim szoku uciekli marszobiegiem dalej przeskakując połamane gałęzie i wystające korzenie w oddali zaczął majaczyć wśród zarośli Dąb Jagiełły. W tym momencie niebo zachmurzyło się, zbierało się na deszcz i to w sumie nie lekka mżawka, czy taki przelotny deszczyk. Miała rozpętać się ulewa stulecia. W puszczy natychmiast się zaciemniło.
— Co teraz? — zapytał Paweł
— No jak to co? Zatrzymamy się przy tym powalonym, o tam drzewie, usiądziemy, zakryjemy się plecakami i przeczekamy ulewę. — odpowiedział dalej lekko wkurzony Stasiek.
Wszyscy mieli mieszane uczucia co do planu Stasia, w końcu… jego plany zaczynają przynosić tylko kłopoty.
Rozdział 7
W puszczy rozpętała się okropna ulewa, która dosięgła naszą grupę przyjaciół zanim zdążyli dojść pod Dąb Jagiełły. Przez zarośla przechadzał się okropnie brudny z poszarpanymi ubraniami chłopak. Wyglądał na siedemnastolatka, był lekko wychudzony i głodny więc zwrócił uwagę na idące moknące dzieciaki trzymające plecaki na głowach. Omamy chłopaka wzięły górę i uznał Stasia, Anię, Wiktorię i Pawła za przechadzające się… dziki. Tak dziki. Dobiegł do nich i omamy mu przeszły gdy zauważył dzieciaki aż mu się wymskło z ust
— Aaaa, ech, to tylko jakieś bachory, a już myślałem, że to pożywne żarełko. — chciał odejść zrezygnowany ale odezwała się Wiktoria…
— A ty co, tarzan? — spytała brudnego chłopaka, blondynka
— A wy co, podróżnicy czy bawicie się w „Martynę na krańcu świata”? — odpalił im chłopak.
— My… się zgubiliśmy w tym lesie…. — odpowiedział niepewny Paweł
— Aaa, czyli zrobiliście to co ja? W sensie oddzieliliście się od wycieczki, tak? — dopytywał brudny chłopak.
— Taaa… — odpowiedział Stasiek
— Aha, no to witajcie w klubie — powiedział z dziwnym uśmiechem brudny chłopak
— Pomóc wam? Tu całkiem niedaleko jest mój taki… własnoręczny szałas — zaproponował chłopak
Przyjaciele spojrzeli po sobie nie wiedząc czy ufać dziwnemu gościowi pseudo tarzanowi czy zostać na miejscu. Decyzję za wszystkich podjął jak zwykle Stasiek.
— Idziemy z tobą.
No i ruszyli. Brudny chłopak idąc przecierał ręce i twarz. Trwająca ulewa była dla niego jak zimny prysznic. Dziewczyny patrząc na chłopaka czuli niesamowite obrzydzenie.
— Opowiesz nam coś o sobie? — próbował zagadać chłopaka Stasiek.
— Pewnie, ale jak dojdziemy do mojego szałasu. — odpowiedział chłopak.
Droga do szałasu zajęła im niespełna dwadzieścia minut, gdy zaszli cała grupa dzieciaków ujrzała drobne obozowisko. Wygaszone ognisko, pniaki jako swego rodzaju ławeczki no i cały szałas zbudowany z gałęzi, drewna i coś co przypominało glinę… oby to w ogóle była glina bo mogło to być coś z dolnego odcinka pokarmowego. W końcu to dzicz. Dzieciaki weszły do szałasu chłopaka było tam skromnie. Było łóżko samoróbka z suchą trawą jako posłanie, młotek zrobiony z kawałka liny, kamienia i grubego patyka no i też kilka włóczni ręcznie robionych.
— Bardzo tu… skromnie — odezwał się Stasiek, tak aby nie urazić chłopaka.
— Wszystko co tu widzicie… zrobiłem sam — wskazał rękami na cały szałas.
— Jak masz na imię? — spytała Ania.