Wstęp
Kiedy patrzymy w nocne niebo, Wszechświat wydaje się nam nieskończony, uporządkowany i bezbrzeżny. Ufamy prawom fizyki, które spisaliśmy na Ziemi, wierząc, że są one uniwersalną walutą kosmosu. Co jednak się stanie, gdy Granica okaże się nie być tylko abstrakcyjnym pojęciem, lecz fizyczną, nieprzeniknioną barierą? Gdy zderzymy się z rzeczywistością zwiniętą wewnątrz czarnej dziury — światem, w którym nie obowiązują znane nam zasady, a dwadzieścia sześć słońc oświetla bezlitosną, miedzianą pustkę?
Powieść ta powstała z fascynacji granicami ludzkiej wiedzy i inżynierii. Opowiada o ósemce badaczy na pokładzie Astraei, którzy w obliczu ostatecznego uwięzienia nie ulegają panice, lecz sięgają po to, co w człowieku najpotężniejsze: chłodną logikę, twórczą wyobraźnię i naukowy hart ducha. To również historia o spotkaniu z Obcym, który nie jest ani wrogiem, ani biologicznym bratem, lecz bytem czysto metalicznym — krystaliczną strukturą, uwięzioną w eonach mozolnej, schematycznej egzystencji.
Stajesz, Czytelniku, na progu opowieści o pragnieniu przetrwania, o przełamywaniu sztywnych algorytmów i o cenie, jaką płaci się za przekroczenie nieznanego. Wewnątrz tego kosmicznego bąbla nie ma miejsca na przypadek — jest tylko fizyka, materia i wola, by znaleźć nowy dom.
Zapraszam Was do tej podróży.
— Jani Adler
1. Ziemia i punkt wyjścia
I kto by pomyślał w roku 2026, że zaledwie dekadę później — w roku 2036 — dojdzie do wynalezienia bezodrzutowego, bezpaliwowego i w pełni ekologicznego sposobu poruszania się w kosmosie? Dlaczego w ogóle do tego doszło? Dlaczego te zdarzenia nabrały tak zawrotnego tempa?
Jedną z przyczyn było tak zwane przeludnienie Ziemi, kłopoty z wyżywieniem blisko ośmiomiliardowej populacji, regionalne braki wody oraz wojny wywoływane pod najróżniejszymi pretekstami. W rzeczywistości chodziło wyłącznie o władzę, kontrolę nad surowcami energetycznymi i dostęp do wody pitnej. Na Ziemi od lat faktyczną władzę sprawowała wąska grupa kilku rodzin miliarderów. Miewali oni bardzo różne pomysły — z depopulacją na czele.
Wykorzystywano najróżniejsze metody sprawdzania, na jak wiele pozwoli sobie ludność świata. Były sterowane pandemie, inżynieria klimatyczna, straszenie ociepleniem klimatu za pomocą CO2 oraz masowe przemieszczanie ludności z regionów biednych, ale silnych genetycznie, do obszarów z narastającymi problemami demograficznymi.
Ludzie w większości początkowo wpadali w szok i strach. Manipulowano nimi jak myszami w laboratorium. Przekupywano rządy i polityków poszczególnych krajów, by cały ten proces przeprowadzić jak najłatwiej za pomocą odgórnych rygorów i obostrzeń. Przecież wystarczyło tylko regulować przyrost naturalny w dwóch kluczowych państwach, bo w tak zwanym trzecim świecie umieralność i tak była spora ze względów klimatycznych i epidemiologicznych. Patrząc z dystansem na ówczesne wydarzenia, łatwo dostrzec, że właśnie te dwa państwa z czasem stały się potęgami intelektualnymi i gospodarczymi. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa słowa mojego dziadka, który po powrocie z pracy w pewnym potężnym wówczas mocarstwie powtarzał, że „żółta rasa zaleje świat”.
Próby dostosowania świata do założeń nielicznej grupy bogaczy przybierały na sile. Napędzano je przede wszystkim wojnami, bo te przynosiły gigantyczne zyski finansowe, niszcząc przy tym ludność — a zwłaszcza jednostki zdolne do oporu. Napędzano wybrane gospodarki, bezwzględnie eliminując konkurencję. Obniżano także wartość młodego pokolenia poprzez ograniczanie rzetelnej wiedzy i uzależnianie od sztucznej inteligencji, co skutecznie ograbiało ludzi z samodzielnego myślenia. Wcześniej zlikwidowano renomowane, tradycyjne uczelnie, zastępując je komercyjnymi firmami sprzedającymi dyplomy. Społeczeństwo myślało wyłącznie o konsumpcji: praca, grill, urlop w modnych miejscach na pokaz oraz nasycenie dzieci byle czym i danie im ekranu z internetem dla własnego spokoju. Totalny konformizm przez całe dekady.
Aż w końcu coś pękło.
Młodzi ludzie zaczęli się budzić. A wraz z nimi ci starsi — ludzie z doświadczeniem, którzy znali metody polityków od podszewki. Stworzono podziemie umysłowe, wyzwolono myślenie i wybuchł powszechny bunt. Doszło do serii przewrotów na całym świecie. Naród wreszcie wziął władzę we własne ręce, tworząc hybrydowy system rozpięty między żelazną dyscypliną Singapuru a demokracją bezpośrednią Szwajcarii. Wyniki okazały się rewelacyjne. Odrzucono dominację Doliny Krzemowej i dawnych elit finansowych, przejmując ich kluczowe aktywa na rzecz prawdziwego rozwoju technologii.
Grupy młodych, zdolnych ludzi z nieograniczonym dostępem do świetnych laboratoriów zaczęły ciężko pracować, aby nadrobić wieloletnie zaległości i zwiększyć potencjał ludzkiego umysłu. Jedno z nowych centrów badawczych utworzono z dala od wielkich miast i dawnych ośrodków politycznych. Nie miało imponującej siedziby ani reprezentacyjnych gabinetów. Miało za to wszystko, czego naukowcom brakowało przez dekady: finanse, aparaturę, otwarty dostęp do wiedzy i przede wszystkim absolutną swobodę myślenia.
Nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał, że największe odkrycie tej dekady nie powstanie w wyniku realizacji wielkiego programu kosmicznego. Ono nawet nie było jego celem.
Do pierwszego zespołu wybrano ośmioro ludzi z różnych części świata. Nie dobierano ich według narodowości ani tytułów naukowych. Liczyło się to, co potrafili.
Była wśród nich fizyczka z Polski, specjalizująca się w mechanice i zachowaniu materii w ekstremalnych warunkach. Był Japończyk zajmujący się polami elektromagnetycznymi, młody matematyk z Indii, niemiecka specjalistka od materiałów, informatyk z Nigerii, chilijska astrofizyczka, chiński inżynier energetyk i Amerykanin, który przez kilka lat pracował nad konstrukcjami przeznaczonymi do lotów kosmicznych.
Różnili się niemal wszystkim. Wiekiem, charakterem, sposobem pracy, doświadczeniem, a nawet tym, co uważali za możliwe.
I właśnie dlatego ich połączono.
Nie mieli skonstruować statku kosmicznego. Ich zadanie wydawało się znacznie bardziej przyziemne: znaleźć sposób na ograniczenie ogromnych strat energii związanych z przemieszczaniem dużych mas. Świat potrzebował transportu, który nie pochłaniałby kolejnych zasobów planety. Po latach chaosu energetycznego był to jeden z najważniejszych problemów do rozwiązania.
Pracowali osobno, później parami, wreszcie wszyscy razem. Każdy próbował spojrzeć na problem ze swojej dziedziny.
Pierwsze miesiące nie przyniosły niczego szczególnego.
Aż podczas jednego z doświadczeń wydarzyło się coś, co początkowo uznano za błąd aparatury.
Niewielki obiekt znajdujący się wewnątrz stanowiska badawczego został poddany działaniu układu pól, nad którym pracował zespół. Miał się tylko nieznacznie przesunąć.
Przesunął się.
Problem polegał na tym, że urządzenia pomiarowe nie wykazały reakcji, której wszyscy się spodziewali.
Powtórzyli doświadczenie.
Wynik był taki sam.
Za trzecim razem nikt już nie patrzył na ekran komputera. Wszyscy patrzyli na obiekt.
— To jest niemożliwe — powiedział ktoś w końcu.
Nikt mu nie odpowiedział.
Bo jeśli pomiary były prawidłowe, nie mieli przed sobą nowego rodzaju silnika.
Mieli coś znacznie dziwniejszego.
Obiekt poruszył się, ale układ zachowywał się tak, jakby przez krótką chwilę część praw związanych z jego bezwładnością przestała działać w sposób, który znali.
2. Odkrycie nowego napędu
Przez następne trzy dni doświadczenie powtórzono kilkadziesiąt razy.
Najpierw zmieniano natężenie pola. Później częstotliwość. W końcu zaczęto przesuwać względem siebie fazy poszczególnych składowych. Obiekt za każdym razem zachowywał się prawidłowo — aż do chwili, gdy jedna z sekwencji została odwrócona.
Wtedy stało się to ponownie.
— Stop. Niczego nie zmieniaj — powiedziała polska fizyczka.
Japończyk oderwał rękę od pulpitu.
— Powtórzyć?
— Nie. Najpierw zapisz wszystkie parametry.
Matematyk już porównywał wykresy z poprzednimi próbami.
— Mamy tę samą wartość graniczną.
— Niemożliwe.
— Wiem. Dlatego mówię, że ją mamy.
Niewielki obiekt spoczywał nieruchomo pośrodku komory. Nie wyglądał szczególnie. Kawałek materiału otoczony czujnikami, przewodami i aparaturą wartą więcej niż niejeden dawny instytut badawczy.
Uruchomili układ ponownie.
Obiekt przesunął się.
Nie było strumienia gazu. Nie wyrzucono żadnej masy. Nic nie odepchnęło się w przeciwnym kierunku. Czujniki drgań również nie wykazały tego, czego należało oczekiwać.
— Wyłącz.
Pole zniknęło.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
— Jeżeli pomiar siły jest prawidłowy, mamy problem — powiedział inżynier.
— Nie mamy problemu — odpowiedziała astrofizyczka. — Mamy coś, czego jeszcze nie rozumiemy.
Następne próby przeprowadzali już inaczej. Zmieniali masę obiektu. Jego materiał. Kierunek ustawienia urządzenia. Powtarzali eksperyment o różnych porach, wyłączali kolejne elementy aparatury i zastępowali czujniki innymi. Szukali błędu.
Nie znaleźli.
Znaleźli natomiast coś jeszcze dziwniejszego.
Efekt nie zwiększał się proporcjonalnie do dostarczanej energii. Po przekroczeniu określonego układu parametrów następowała gwałtowna zmiana zachowania obiektu, jak gdyby nie siła działająca na niego stawała się większa, lecz zmieniały się warunki, w których miał się poruszać.
— A jeśli my go wcale nie rozpędzamy? — zapytał któregoś wieczoru matematyk.
Pozostali spojrzeli na niego.
Podszedł do tablicy.
— Cały czas zakładamy, że działa na niego jakaś nieznana siła. A jeżeli nie działa?
— To dlaczego się porusza?
Matematyk przez chwilę patrzył na zapisane równania.
— Może dlatego, że zmieniamy nie jego prędkość, tylko jego związek z przestrzenią, w której się znajduje.
Zapadła cisza.
To był moment, od którego badania poszły w zupełnie innym kierunku.
Kilka tygodni później zbudowano większą komorę. Potem następną.
Próby z obiektami o coraz większej masie potwierdziły najważniejsze przypuszczenie: do ruchu nie był potrzebny klasyczny odrzut, a wzrost prędkości nie wymagał wzrostu zużycia energii w sposób charakterystyczny dla znanych dotąd napędów.
Wtedy po raz pierwszy ktoś z zespołu powiedział głośno to, o czym pozostali od pewnego czasu bali się nawet pomyśleć.
— Jeżeli to zadziała poza laboratorium, możemy zbudować pojazd.
— Jaki pojazd?
— Kosmiczny.
Przez następne tygodnie laboratorium praktycznie nie zasypiało.
Pierwszy sukces nie wywołał euforii, jakiej można byłoby się spodziewać. Przeciwnie. Ośmioro naukowców stało się nagle niezwykle ostrożnych. Wiedzieli, że jeżeli nie popełnili błędu, znaleźli zjawisko, którego nie potrafili wyjaśnić za pomocą dotychczas stosowanych modeli.
A błędu nie znaleźli.
Zmniejszali i zwiększali masę badanego obiektu. Zmieniali materiał. Powtarzali doświadczenia w próżni. Obracali całe urządzenie. Zmieniali natężenie pola, jego kierunek, częstotliwość i wzajemne przesunięcie jego składowych.
Za każdym razem występowała ta sama granica.
Poniżej niej nie działo się nic niezwykłego. Obiekt zachowywał się dokładnie tak, jak powinien.
Po jej przekroczeniu następowała zmiana.
Najbardziej zagadkowe było jednak coś innego. Energia dostarczona do układu nie odpowiadała energii, jakiej — według znanej fizyki — wymagało przemieszczenie obiektu.
— To się nie zgadza — powiedział któregoś dnia inżynier energetyk.
— Wiemy — odpowiedziała fizyczka.
— Nie. Tym razem naprawdę się nie zgadza. Sprawdziłem bilans sześć razy.
Przesłał wyniki na główny ekran.
Przez kilka minut nikt się nie odezwał.
— Albo mamy energię, której nie mierzymy — powiedziała Niemka — albo wcale nie robimy tego, co nam się wydaje.
To drugie przypuszczenie okazało się bliższe prawdy.
Nie potrafili jeszcze powiedzieć, z czym dokładnie oddziałuje wytwarzane przez nich pole. Wiedzieli natomiast, że w określonej konfiguracji zmienia ono sposób, w jaki znajdująca się wewnątrz niego materia reaguje na próbę zmiany ruchu.
Roboczo nazwali zjawisko zmianą sprzężenia.
Nazwa była wygodna. Nie wyjaśniała niczego.
Pierwsze urządzenie przeznaczone do pracy poza laboratorium miało wielkość niewielkiej walizki. Umieszczono je w bezzałogowym próbniku wyniesionym na orbitę okołoziemską.
Nie chcieli od razu sprawdzać, jak szybko potrafi polecieć.
Chcieli sprawdzić, czy w ogóle poleci.
Pierwszy impuls trwał ułamek sekundy.
Próbnik zmienił położenie.
— Jest.
— Wyłącz.
— Już wyłączone.
Sprawdzili dane radarowe, sygnały satelitarne i zapis urządzeń pokładowych. Wyniki zgadzały się ze sobą.
Drugi impuls był dłuższy.
Próbnik przemieścił się dalej.
Nie zarejestrowano żadnego wyrzutu masy, żadnego klasycznego ciągu ani reakcji, która mogłaby wyjaśnić jego ruch.
Trzeciego impulsu tego dnia nie wykonano.
Nikt nie chciał stracić urządzenia tylko dlatego, że ciekawość okazała się silniejsza od rozsądku.
Przez następne miesiące na orbitę trafiły kolejne próbniki. Każdy był cięższy od poprzedniego. Każdy posiadał niezależne systemy pomiarowe. Zmieniano kierunki ruchu, czas działania pola i jego parametry.
W końcu przyszedł czas na Księżyc.
Tym razem nie chodziło już o samo przemieszczenie. Pojazd miał wystartować z orbity okołoziemskiej, dotrzeć w okolice Księżyca, zmienić kierunek ruchu i wrócić.
— Wysłanie go tam jest łatwiejsze niż sprowadzenie — zauważyła astrofizyczka.
— Właśnie dlatego go sprowadzamy.
Pierwszy lot trwał znacznie krócej, niż przewidywały najśmielsze wcześniejsze obliczenia.
Próbnik dotarł do wyznaczonego punktu.
Potem nastąpiła część najważniejsza.
Zmiana konfiguracji pola.
Pojazd zwolnił.
Nie gwałtownie. Nie został poddany przeciążeniu, które zniszczyłoby konstrukcję. Po prostu jego ruch zaczął się zmieniać zgodnie z parametrami pola.
Następnie próbnik zawrócił.
Kiedy ponownie znalazł się na orbicie okołoziemskiej, po raz pierwszy zaczęto mówić o napędzie, a nie o eksperymencie.
Pozostawał jednak problem, którego nie można było ominąć.
Człowiek.
Nie wystarczyło udowodnić, że urządzenie może przenieść tonę metalu z jednego miejsca w drugie. Trzeba było wiedzieć, co stanie się z delikatną strukturą biologiczną znajdującą się wewnątrz pola.
Rozpoczęto więc inną serię doświadczeń.
Najpierw umieszczano w próbnikach hodowle komórkowe, mikroorganizmy i rośliny. Badano je przed lotem i po nim. Sprawdzano uszkodzenia DNA, zmiany metaboliczne i wpływ promieniowania.
Nie znaleziono niczego, co wskazywałoby, że samo działanie pola niszczy żywą materię.
Później wysyłano coraz bardziej skomplikowane układy biologiczne.
Najważniejsze odkrycie przyszło jednak z czujników.
Wewnątrz obszaru objętego działaniem urządzenia nie występowały przeciążenia odpowiadające zmianom ruchu widzianym przez obserwatora znajdującego się na zewnątrz.
To wymagało wielu powtórzeń.
Wynik pozostawał ten sam.
Wszystko, co znajdowało się w kontrolowanym obszarze działania pola, zachowywało wspólny stan ruchu.
— Czyli człowiek nie zostanie rozgnieciony o fotel? — zapytał informatyk.
— Jeżeli wszystkie nasze pomiary są prawidłowe, nie.
— A są?
Fizyczka spojrzała na niego.
— Od pół roku próbujemy udowodnić, że nie są.
Pierwszego lotu załogowego nie powierzono przypadkowi.
Pojazd miał wykonać bardzo krótki manewr poza atmosferą. Pole uruchomiono na minimalnym poziomie, a wszystkie systemy biologiczne człowieka monitorowano bez przerwy.
Lot trwał krótko.
Pilot po powrocie był bardziej rozczarowany niż przestraszony.
— I co pan czuł? — zapytano go.
— Nic.
— Zupełnie nic?
— Wiedziałem z ekranu, że się przemieszczamy. Gdybym nie patrzył na przyrządy, nie wiedziałbym, że cokolwiek się stało.
To jedno zdanie otworzyło drogę do następnych prób.
Najpierw Księżyc.
Później Mars.
Potem przestrzeń w kierunku Jowisza.
Za każdym razem zwiększano odległość, a przede wszystkim parametry pola. Konstruktorzy przestali już pytać, czy napęd działa. Pytali, gdzie znajduje się jego granica.
I nie mogli jej znaleźć.
Im dokładniej poznawali zjawisko, tym wyraźniej widzieli, że energia potrzebna do sterowania polem nie rośnie w sposób, którego należałoby oczekiwać przy klasycznym rozpędzaniu coraz większej masy do coraz większych prędkości.
To było najbardziej niepokojące i zarazem najbardziej fascynujące.
Źródło energii zasilało urządzenie wytwarzające i modulujące pole, lecz energia ta nie była po prostu zamieniana na energię kinetyczną statku. Statek nie zachowywał się jak pocisk wyrzucony z coraz większą siłą.
Zmieniały się warunki jego ruchu.
Wtedy powróciło pytanie, które pojawiło się już podczas pierwszych doświadczeń.
Z czym właściwie oddziałuje ich urządzenie?
Astrofizycy zwrócili uwagę na coś, czego nie potrafiono wcześniej wykorzystać technologicznie. Zwykła materia stanowiła tylko część materii Wszechświata. Istniał również składnik niewidoczny, rozpoznawany dotąd przede wszystkim poprzez skutki grawitacyjne.
Ciemna materia.
Nie mieli jeszcze dowodu, że właśnie z nią oddziałuje wytworzone pole.
Mieli jednak coraz więcej powodów, aby to sprawdzić.
Zbudowano więc kolejny pojazd. Tym razem nie miał lecieć do żadnej planety. Jego zadaniem było oddalić się od Słońca tak daleko, jak pozwolą urządzenia, wykonać serię pomiarów i wrócić.
Załoga składała się tylko z dwóch osób.
Przez pierwszą część lotu zwiększano parametry stopniowo.
Potem szybciej.
Słońce przestało być dominującym obiektem otaczającej ich przestrzeni. Planety pozostały daleko z tyłu.
— Jeszcze? — zapytał pilot.
Z Ziemi odpowiedź nadeszła po czasie wynikającym już nie z możliwości statku, lecz z ograniczeń dotychczasowej łączności.
— Jeszcze.
Zwiększył wartość.
Statek ruszył dalej.
Nie poczuli przyspieszenia.
Po raz pierwszy człowiek znalazł się tak daleko od Słońca w czasie, który jeszcze kilka lat wcześniej uznano by za absurdalnie krótki.
Potem zawrócili.
Kiedy wrócili, nikt już nie pytał, czy nowy napęd może służyć do podróży międzyplanetarnych.
To pytanie było nieaktualne.
Ostatnią serię prób przeprowadzono już nie po to, aby sprawdzić możliwość podróży, lecz jej bezpieczeństwo.
Testowano długotrwałą pracę urządzeń, wielokrotne zmiany kierunku, awaryjne wyłączanie pola, utratę części zasilania, zachowanie konstrukcji przy uszkodzeniu jednego z generatorów oraz możliwość powrotu przy pracy tylko części systemu.
Zbudowano również układy wielokrotnie zdublowane. Żadna pojedyncza awaria nie mogła pozbawić statku możliwości zatrzymania się lub powrotu.
Dopiero wtedy konstruktorzy zgodzili się na ostatnią próbę.
Pojazd załogowy miał opuścić najdalszy obszar Układu Słonecznego, przekroczyć jego umownie przyjętą granicę i wrócić.
Nie był to jeszcze początek wielkiej wyprawy.
Był jej egzaminem.
Statek wrócił bez uszkodzeń.
Załoga nie wykazywała zmian, których nie można byłoby wyjaśnić zwykłym pobytem w przestrzeni kosmicznej. Napęd pracował stabilnie. System awaryjny nie był potrzebny.
Po analizie wyników odbyło się ostatnie spotkanie zespołu.
Na ekranie widniał schemat Układu Słonecznego i linia ostatniego lotu.
Przez kilka lat ta linia wydawała im się czymś niewyobrażalnym.
Teraz była tylko krótkim odcinkiem.
— A więc gdzie zrobimy następną próbę? — zapytał ktoś.
Astrofizyczka spojrzała na ekran.
— Nigdzie.
— Jak to nigdzie?
Powiększyła obraz. Układ Słoneczny malał, aż stał się niemal niewidoczny na tle najbliższego otoczenia gwiezdnego.
— Próby się skończyły.
Przez chwilę panowała cisza.
— Następnym razem już nie będziemy sprawdzać napędu — powiedziała. — Następnym razem polecimy sprawdzać Wszechświat.
3. Wyprawa
Założenia misji były równie odważne, co wypracowana technologia. Główny projekt badawczy nie przewidywał celów komercyjnych ani politycznych — chodziło o konfrontację dotychczasowej wiedzy z fizyczną rzeczywistością.
Plan wyprawy podzielono na trzy główne filary:
Statek wyposażono we wszystko, co pozwalało na wieloletnią, całkowicie niezależną obecność w kosmosie, a skład załogi / ośmioro mądrych i odważnych naukowców / był już ustalony i sprawdzony. Tylko lecieć: w nieznane, wprost na spotkanie z odpowiedziami, na które ludzkość czekała od zawsze. I na drugą Ziemię?
Statek nie mknął przez kosmos tak, jak wyobrażali sobie dawni wizjonerzy — nie było tu oślepiających smug światła ani wycia silników. Wewnątrz obszaru objętego działaniem pola czasoprzestrzeń po prostu układała się inaczej. Przeskok przez setki tysięcy, a potem miliony lat świetlnych stał się kwestią krótkiej chwili. Cała nasza Droga Mleczna, a po niej cała Grupa Lokalna Galaktyk, stała się otwartym poligonem badawczym.
Na pokładzie Astraea panował nastrój naukowej ekscytacji. Załoga nie musiała być wciskana w fotele przez potworne przeciążenia. W punkcie obserwacyjnym pod wielką kopułą z przezroczystego kompozytu fizycy i astronomowie po prostu stali z kubkami parującej kawy i patrzyli na spektakle, do których dotąd brakowało ludziom skrzydeł.
— Pomyśleć, że przez całe wieki patrzyliśmy na to wszystko przez „dziurkę od klucza” — powiedziała fizyczka, patrząc na gęstniejącą strukturę odległej mgławicy. — Najpierw Henrietta Leavitt i jej Cefeidy, bez których w ogóle nie wiedzielibyśmy, jak mierzyć odległości do innych galaktyk. Potem Hubble, potem te pierwsze, ziarniste zdjęcia z Webba… Całe to dziadostwo, te próbniki ślimaczące się przez dekady tylko po to, żeby złapać parę fotonów z przeszłości. A my dzisiaj po prostu tu podjeżdżamy.
— I nie musimy zgadywać, co jest na obrazku z teleskopu, tylko mierzymy to na miejscu — odparł astronom, wywołując na ekranie dane z czujników.
Życie na statku podczas tej wielkiej pionierskiej wyprawy przypominało pobyt w perfekcyjnie wyposażonym instytutem badawczym. Finansowanie projektu nie miało ograniczeń — naukowcy dostali wszystko, o czym marzyli. Mieli czas na analizy, badania, treningi i zwykłe zachwycanie się Kosmosem.
Przelatywali przez Mglawicę Orła, gdzie wewnątrz gigantycznych filarów pyłowych na ich oczach rodziły się nowe systemy gwiezdne. Oglądali paszcze supermasywnych czarnych dziur w centrach obcych galaktyk, z których wyrywały się potężne dżety promieniowania. Brali na warsztat pierwotne chmury wodorowe i obserwowali skład chemiczny materii, z której dopiero miały powstać przyszłe światy.
Głównym celem misji nie było po prostu „latanie po widoki”. Zespół chciał dotknąć samej tajemnicy powstania Wszechświata. Zamiast analizować mikrofalowe promieniowanie tła na ziemskich komputerach, kierowali się w stronę najbardziej odległych, najstarszych struktur kosmicznych — miejsc, w których światło i materia dopiero układały się w pierwsze historyczne galaktyki.
Planowali podróż etapami: najpierw dokładne zbadanie granic naszej lokalnej supergromady, potem przelot w stronę Głębokiej Pustki — gigantycznych, tajemniczych obszarów pomiędzy włóknami kosmicznej sieci, gdzie gęstość materii spada niemal do zera i gdzie najłatwiej badać zachowanie samej próżni oraz pierwotnej geometrii czasoprzestrzeni.
Lecieli dalej i dalej, przeskakując kolejne tysiące lat świetlnych, zbierając próbki, prowadząc pomiary i ciesząc się swobodą, jakiej żaden człowiek w historii nigdy nie doświadczył. Świat stoi przed nimi otworem, a Wszechświat dopiero zaczyna odkrywać swoje prawdziwe oblicze.
Astrofizyczka nie zdążyła dokończyć myśli o najstarszych galaktykach. Na ekranie nawigacyjnym pulsowały dane dotyczące obiektów, które według ziemskich teleskopów miały być pierwotnymi, wygasającymi skupiskami materii z samego początku czasu. Z bliska okazały się czymś zupełnie innym — młodymi, gęstymi systemami, pełnymi obfitych w ciężkie pierwiastki gwiazd. Kolejny ziemski mit kosmologiczny rozpadł się w pył na ich oczach.
Wtedy inżynier pokładowy, nie odrywając wzroku od trójwymiarowej mapy otoczenia, odchrząknął cicho.
— To wszystko jest absolutnie fascynujące — zaczął, przenosząc wzrok po twarzach pozostałych siedmiorga badaczy. — Ale powiedzcie mi jedno… Kiedy właściwie zaczynamy szukać tych naszych planet ziemiopodobnych?
W centrum kontroli zapadła nagła, niemal fizycznie odczuwalna cisza.
Naukowcy popatrzyli po sobie ze zdumieniem, jakby to jedno proste pytanie wybudziło ich z głębokiego transu. Wszyscy byli tak pochłonięci podziwianiem widoków, weryfikacją starych hipotez i zachwytem nad samą potęgą nowego napędu, że na chwilę stracili poczucie skali.
— Dziesięć minut — powiedziała cicho fizyczka, przerywając milczenie. — Dokładnie tyle zajęło nam przebycie dystansu całej naszej Galaktyki.
Astrofizyczka spojrzała na stoper systemowy i pokręciła głową z niedowierzaniem.
— Od momentu, gdy minęliśmy Cefeidy, przegoniliśmy najstarsze czerwone karły, zbadaliśmy krystalicznego diamentowego olbrzyma i zostawiliśmy za sobą granice Drogi Mlecznej… minęły zaledwie cztery godziny.
Trudno było to objąć umysłem. Pokonali dystans dziesiątków tysięcy lat świetlnych w czasie krótszym niż trwa wielogodzinny wykład akademicki. Dla obserwatora na Ziemi minęłyby eony, ale dla nich — wewnątrz ustabilizowanego pola — czas i przestrzeń straciły swoje dawne, bezwzględne reguły. Wszechświat nie przypominał już groźnej, nieprzebytej otchłani, lecz gigantyczną bibliotekę, w której wystarczyło sięgnąć po odpowiednią książkę.
— Cztery godziny… — powtórzył inżynier, kręcąc głową z cichym uśmiechem. — W takim razie przepraszam. Cofam pytanie. Mamy jeszcze mnóstwo czasu.
Siedzący przy konsoli nawigator uśmiechnął się, spoglądając na czarną, pełną gwiezdnych pyłków przestrzeń rozciągającą się za przezroczystą kopułą.
— Wprowadzam nowe współrzędne — powiedział, a jego palce szybko przeskoczyły po interfejsie. — Obieramy kurs na krawędź Lokalnej Supergromady. Zobaczmy, co kryje się dalej.
Statek gładko przyspieszył. Nikt na pokładzie nie wiedział jeszcze, że te pierwsze cztery godziny zachwytu były zaledwie spokojnym wstępem do tego, co czekało na nich na skraju znanej przestrzeni.
4. Bariera
Nie zdążyli nawet zareagować.