E-book
7.88
drukowana A5
57.76
16

Bezpłatny fragment - 16


Objętość:
299 str.
ISBN:
978-83-8467-483-3
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 57.76

Dla Babette Döge… gdziekolwiek jesteś.

CZĘŚĆ I

10 kwietnia 1976 r.


Pociąg U-Bahnu wyjechał z tunelu przy stacji Podbielskiallee i mknął dalej na południowy zachód Berlina Zachodniego. Torowisko znajdowało się w porośniętym zielenią obniżeniu terenu, lecz w środku nocy zza brudnych szyb wagonu i tak wszystko wyglądało niczym przesuwające się z zawrotną prędkością plamy czarnej farby i rozlanego pomiędzy nimi granatowego tuszu, wśród których co jakiś czas migały jakieś światła — nienaturalnie jasne i oślepiające. Tak przynajmniej odbierała to Tatiana, a widok ten jeszcze bardziej pogarszał jej i tak już fatalne samopoczucie. Trzymała się ostatkiem sił. Nogi miała jak z gumy, ledwo widziała na oczy, a jej mokra od potu dłoń co chwilę ześlizgiwała się po metalowym relingu, którego trzymała się kurczowo, coraz bardziej starając się nie przewrócić na brudną podłogę wagonu. Na koncercie było z nią jeszcze całkiem nieźle — David Bowie skutecznie odwrócił jej uwagę od powracającego bólu mięśni, kolejnych fal mdłości i następujących po sobie uczuć gorąca i chłodu. Teraz jednak nie była już pewna, czy da radę dotrzeć do domu o własnych siłach. Nie była też zresztą do końca pewna, gdzie właściwie się znajdowała i czy nie powinna była przesiąść się na inną linię kilka stacji wcześniej. Gdy tylko pociąg wyhamował, a drzwi wagonu rozsunęły się, poczuła na twarzy orzeźwiający powiew chłodnego nocnego powietrza, jednak już w kolejnej sekundzie powróciła silna fala mdłości i Tatiana niemal wyskoczyła na peron, żeby tylko nie zwymiotować w wagonie. Przez chwilę stała nieruchomo, starając się głęboko oddychać i raz za razem przełykając ślinę, aby powstrzymać odruch zwrotny. Dłonią przetarła oczy i spojrzała na tablicę z nazwą stacji: Oskar-Helene-Heim. To, że właśnie się tam znajdowała, oznaczało, że już od dłuższego czasu musiała jechać w niewłaściwym kierunku.

— Kurwa… — jęknęła, po czym opadła na kolana i zwymiotowała.

Gdy spróbowała się wyprostować i wstać, jej ciało przeszyła fala paraliżującego bólu tak silna, że opadła znowu na zimny beton, podpierając się w ostatniej chwili łokciami, aby nie upaść twarzą we własne wymiociny. Syknęła z bólu, po czym podpełzła do jednego z filarów, na których opierało się zadaszenie stacji, usiadła przy nim i podciągnęła nogi jak najbliżej klatki piersiowej. Zamknęła oczy starając się zapanować nad drżeniem całego ciała i nie myśleć o bólu. Objawy, które brała za głód narkotykowy, nie dawały o sobie jednak zapomnieć, a ona miała w kieszeni zaledwie kilka marek, które nie wystarczyłyby jej na kupno nawet jednej działki heroiny.

A więc to jest dno — pomyślała — A nawet więcej. Dno dna. I udało ci się tutaj dotrzeć.

Zastanawiała się, jak zareagowałaby na ten widok jej matka, ale dość szybko doszła do wniosku, że raczej zbytnio by się nie przejęła. Prędzej sięgnęłaby po te swoje prochy uspokajające, które Tatiana podbierała jej już od dawna, jeszcze zanim poznała świat twardych narkotyków. A ojciec? Zaśmiała się krótko do siebie. Jego obchodziły tylko te jego cholerne wędki, kołowrotki i inne bzdety. Zapewne siedział właśnie w jakimś hotelu gdzieś w Alpach i planował jutrzejszy wypad na pstrągi.

W tej chwili była tylko samotną, całkowicie uzależnioną od heroiny szesnastoletnią narkomanką siedzącą na stacji U-Bahnu jak bezdomna, nieopodal własnych wymiocin. Przez chwilę przyszło jej na myśl, aby dotrzeć pod Mur Berliński, wyjść pod lufy karabinów wschodnioniemieckich pograniczników i zakończyć tym sposobem to ciągnące się już od dawna studium upadku, jak czasami określała swoje życie. Rzecz w tym, że najpierw musiałaby znaleźć się w obrębie pasa śmierci — skrawka ziemi pomiędzy wyższym murem zewnętrznym a niższym wewnętrznym — a w tej chwili nie była nawet w stanie się podnieść, a co dopiero forsować wysoką zaporę graniczną dzielącą jej miasto niczym blizna po źle zagojonej ranie od ponad dwóch dekad.

Dłużej niż żyję — pomyślała. Zaczęła się zastanawiać, czy jeśli nie zrealizuje swojego pomysłu, to uda jej się dożyć upadku Muru. Albo chociaż kolejnego roku. Z zadumy wyrwało ją nagle uczucie, że ktoś ją obserwuje, i faktycznie — tuż obok jej stóp na betonie rozlał się cień jakiegoś intruza.

— Czego chcesz? — rzuciła nawet na niego nie patrząc.

Nie odpowiedział, jednak teraz Tatiana już całkiem wyraźnie czuła na sobie jego wzrok.

— Słuchaj, jeśli liczysz, że obsłużę cię za parę marek, to… — zaczęła w końcu obracając ku niemu głowę i nagle przerwała w pół zdania.

Jej ciało przeszył nieprzyjemny dreszcz. Nieznajomy był bardzo wysoki. Na oko miał około dwóch metrów wzrostu, a że był przy tym wyjątkowo chudy, to sprawiał wrażenie jeszcze wyższego, a jego ciało zdawało się nienaturalnie wyginać ponad nią w łuk. Był ubrany na biało, miał też bladą cerę i utlenione włosy, ale więcej szczegółów Tatiana nie była w stanie dostrzec. Nieznajomy zdawał się bowiem rozmywać w świetle wiszących pod zadaszeniem stacji lamp.

— Kim jesteś? — spytała — I czy w ogóle tutaj jesteś czy ja…

Nie dokończyła zdania, a on bez słowa usiadł koło niej i odezwał się głębokim, radiowym głosem:

— To nie od heroiny. Sądzę, że to miłość — zrobił krótką pauzę, a następnie nie przestając się uśmiechać trącił ją ramieniem — Miłość do heroiny.

Roześmiał się, a ciałem Tatiany wstrząsnął kolejny, dużo silniejszy dreszcz, po którym przyszła fala bólu.

— Zostaw mnie — jęknęła słabym głosem, a gdy obcy nie przestawał się śmiać warknęła głośniej — Odpieprz się!

Odwróciła się od niego i zapominając na chwilę o wszystkich swoich objawach, zerwała się na równe nogi. W tej samej chwili cały świat wokół niej zawirował i rozmył się niczym rozlane farby we wszystkich możliwych kolorach. Barwny wir momentalnie przyprawił Tatianę o mdłości, lecz już po chwili zaczął stawać się coraz ciemniejszy i ciemniejszy, aż wreszcie otaczała ją tylko nieprzenikniona, gęsta czerń. Tatiana zamknęła oczy, starając się nie myśleć o zawrotach głowy. Znów zebrało jej się na wymioty, ale w pustym żołądku czuła tylko nieprzyjemny ucisk.


— Hej, wszystko w porządku? — usłyszała nagle za sobą czyjś znajomy głos.

Przestrzeń powoli wypełniła się innymi dźwiękami — gwarem rozmów i muzyką. Gdzieś dalej rozległ się trzask tłuczonego szkła, a ktoś głośno zaklął.

Tatiana otworzyła oczy. Stała oparta o ścianę, ale już nie na peronie stacji U-Bahnu, a w czyimś mieszkaniu. Nie miała pojęcia, kiedy i jak się tam znalazła, ale w tej chwili najważniejsze było dla niej to, że większość objawów głodu — ból, dreszcze i mdłości — nagle zniknęła. Zniknął też intruz ze stacji.

— Hej, Tatiana — znowu ten sam dziewczęcy głos, pełen niepokoju.

Dopiero w tej chwili Tatiana zorientowała się, że wiedziała, do kogo należał. Odwróciła się, oparła plecami o ścianę i spojrzała na szczupłą brunetkę o pofalowanych włosach i brązowych oczach. Miała na sobie znoszoną koszulkę Deep Purple, którą wycyganiła od amerykańskiego żołnierza, którego poznała kiedyś w klubie Quartier Latin przy Potsdamer Straße, a którą on sam dostał wcześniej od kolegi z brytyjskiej Berlińskiej Brygady Piechoty. Nazywała się Kessi. Chodziły razem do szkoły zawodowej i na praktyki, a w tym mieszkaniu i na tej imprezie była jakieś pół roku wcześniej.

— Tak, w porządku — wydusiła z siebie w końcu Tatiana niepewnym tonem — Czekam aż łazienka będzie wolna.

Kessi nagle jakby spochmurniała. Nerwowo przygryzła dolną wargę, wymownie spoglądając na pokłutą rękę Tatiany.

— Za dużo ładujesz tego gówna — powiedziała.

Tatiana spojrzała na nią z niedowierzaniem, po czym odwróciła wzrok. Poczuła znajome napięcie w żołądku. Najgorsze było to, że przez sekundę pomyślała dokładnie to samo, co Kessi. Przypomniała jej się chwila, która przecież dopiero miała nastąpić — jakieś pół roku później, kiedy obolała i wyniszczona, na głodzie narkotykowym wytoczy się z pociągu U-Bahnu na stacji Oskar-Helene-Heim, zwymiotuje i upadnie na zimny, brudny beton. Zrobiło jej się wstyd, ale natychmiast odepchnęła od siebie tę myśl. Nie chciała myśleć o tym, ile bierze. Nie chciała myśleć o tym, co będzie, kiedy zabraknie jej towaru, ani o tym, że kiedyś mogła przeżyć cały dzień, nie zastanawiając się, kiedy znowu będzie mogła wziąć.

— Wyluzuj, panuję nad tym — powiedziała w końcu, zbyt szybko i bez przekonania, co Kessi natychmiast zauważyła.

Nie musiała nawet niczego mówić — Tatiana bez najmniejszego trudu wyczytała to z jej spojrzenia. Nagle zdała sobie sprawę, ile razy to powtarzała. Większość jej znajomych wiedziała, że po narkotyki sięgała regularnie. Niektórzy byli nawet na tyle spostrzegawczy, że zauważyli, że nałóg zaczynał być dla niej coraz większym problemem, ale tylko Kessi zależało na ich przyjaźni na tyle, żeby coś na ten temat powiedzieć.

Tatiana doskonale pamiętała, co było dalej.

— Może sama strzel sobie dawkę, to wreszcie wyluzujesz — tak wtedy powiedziała Kessi, starając się obrócić całą sytuację w żart.

Pamiętała też, że Kessi wcale to nie rozbawiło. Wręcz przeciwnie, w jej oczach zakręciły się łzy, a już kilka minut później wyszła z imprezy pośpiesznym krokiem, z nikim się nie żegnając. Wtedy Tatiana niczym się nie przejęła, a gdy tylko z łazienki wytoczył się mocno podpity chłopak, weszła do środka i zamknęła drzwi. Z wewnętrznej kieszeni swojej dżinsowej bluzy wyciągnęła foliową torebkę ze sprzętem, a z portfela małe zawiniątko ze srebrnej folii. Położyła wszystko na pralce z tą samą ostrożnością, z jaką inni przygotowywali sobie kawę. Ręce trochę jej drżały. Co chwilę zerkała w stronę drzwi, choć te były przecież zamknięte. Kiedy wreszcie podgrzała działkę, cała jej uwaga skupiła się na tym jednym momencie.

— Witajcie w magicznym świecie opioidów — powiedziała półgłosem napełniając strzykawkę.

Zawsze tak robiła. Powtarzała to niczym zaklęcie, nieomal wierząc, że w ten sposób dodatkowo wzmocni działanie narkotyku. Już kiedy wypowiadała te słowa, napięcie zaczynało znikać. Nagle ktoś kilkakrotnie szarpnął za klamkę, po czym zapukał do drzwi, a zaskoczona Tatiana nieomal podskoczyła i wypuściła z ręki napełnioną strzykawkę.

— Kurwa — zaklęła pod nosem, po czym krzyknęła — Moment, do cholery!

Wiedziała, że zareagowała zbyt nerwowo — w końcu ktoś, kto stał akurat pod drzwiami, nie wiedział, że była akurat w środku, ani tym bardziej, co tam robiła. Teraz nie miało to jednak najmniejszego znaczenia. Tatiana drżącą dłonią podniosła strzykawkę i delikatnie położyła na krawędzi umywalki.

— Dalej mała, dajże szansę nam… — zanuciła pod nosem fragment utworu „The End” Doorsów, ściągając bluzę i starannie podwiązując prawą rękę paskiem od spodni — Dalej mała, dajże szansę nam, w błękitnym autobusie spotkajmy się…

W końcu sięgnęła po strzykawkę, coraz bardziej drżącą dłonią wkłuła się w żyłę i powoli docisnęła tłoczek. Muzyka dobiegająca zza drzwi zdawała się cichnąć, a w jej głowie coraz głośniej rozbrzmiewał kolejny utwór Doorsów — „The Soft Parade”:

— To jest najlepsza część tej jazdy! — grzmiał głos Jima Morrisona — To jest jazda, najlepsza część!

Kilka chwil później napięcie zniknęło z twarzy Tatiany. Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy, wsłuchując się w piosenkę, pozwalając jej płynąć przez swoje ciało i umysł, docierać do najdalszych zakamarków duszy:

— Parada szaleńców właśnie ruszyła! Słyszysz, jak szumi machina?

Przyjemne rozluźnienie rozlewało się falą po jej szyi i ramionach wraz z kolejnymi dźwiękami. W tej chwili nic już nie miało znaczenia. Nawet Kessi i to, jak bardzo zaledwie chwilę wcześniej Tatiana zraniła jej uczucia.

Kilka chwil później Tatiana zawinęła strzykawkę w kawałek papieru toaletowego i wyrzuciła do kosza na śmieci. Nigdy nie używała tego samego sprzętu więcej niż raz, tak jak niektóre z jej koleżanek. Każda z nich miała swoją definicję dna. Dla jednych było to oddawanie się określonym klientom, gdy na granicy desperacji nie widziały już innej możliwości zdobycia pieniędzy na kolejną działkę, czy też świadczenie usług seksualnych w jakiejś wyjątkowo podłej okolicy, a dla innych pozwalanie klientom na zbyt wiele. Jeszcze inni narkomani stawiali granicę tam, gdzie zaczynało się wyprzedawanie kolejnych sprzętów z domu, byle tylko zdobyć pieniądze na towar. Dla Tatiany liczyły się z kolei bezpieczeństwo, zdrowie i higiena — lub raczej ich pozory, bo miała jednak świadomość, co robił narkotyk z jej uzależnionym ciałem i umysłem. Trwała jednak w tym bezpiecznym kłamstwie, oszukując przede wszystkim samą siebie.

Zarzucając bluzę po raz ostatni rozejrzała się po łazience, stwierdzając z zadowoleniem, że całkiem sprawnie usunęła wszelkie ślady tego, co przed chwilą tu robiła, położyła dłoń na klamce, nacisnęła ją i…


Nagle znowu stała pod drzwiami razem z Kessi.

— Wyluzuj, panuję nad tym — przypomniała sobie swoje własne słowa.

Kessi wpatrywała się w nią w pełnym napięcia milczeniu. Tatiana wsunęła dłoń do kieszeni bluzy i wymacała w niej strzykawkę — tę samą, którą już za chwilę miała wstrzyknąć sobie heroinę, i którą potem wyrzuci do kosza w łazience. Nagle zaczęła się zastanawiać, czy wciąż jeszcze miała na to ochotę. Wiedziała, co wydarzy się pomiędzy nią a Kessi, jeśli to zrobi — przez te wszystkie miesiące, które dzieliły imprezę od wydarzeń na stacji Oskar-Helene-Heim Kessi zacznie się od niej stopniowo odsuwać, aż w końcu niemal zupełnie przestaną ze sobą rozmawiać. W otoczeniu Tatiany pozostaną jedynie inni narkomani. Z drugiej strony była przecież uzależniona i wiedziała, że rano będzie już na głodzie. Znała skutki obu decyzji — bądź co bądź, była już kiedyś w tej sytuacji i jej wiedza nie opierała się na zwykłych domysłach.

Czyżbym właśnie dostała od losu drugą szansę? Jak to możliwe? — pomyślała. Wiedziała, jak bardzo skrzywdziła i rozczarowała Kessi decyzją, którą podjęła za pierwszym razem. Nagle wbrew nałogowi zapragnęła, aby tym razem było inaczej.

— Kessi — zwróciła się do niej, po czym złapała ją za rękę i gdy tylko z łazienki wytoczył się podpity chłopak, pociągnęła ją za sobą — Chodź ze mną.

Kessi była z początku tak zdezorientowana, że zupełnie nie opierała się, gdy Tatiana wepchnęła ją do środka i zamknęła drzwi. Dopiero w łazience odzyskała nad sobą panowanie, a jej twarz przybrała gniewny wyraz.

— Co ty robisz? — spytała — Wiesz, że ja nie zamierzam…

— Stoczyć się, tak jak ja? — przerwała jej Tatiana.

Kessi nie odpowiedziała, lecz znowu wyraźnie posmutniała. Jej milczenie było aż nadto wymowne. Tatiana ciężko westchnęła.

— Słuchaj, masz rację — powiedziała — Przegięłam. Przepraszam.

— Odstawisz herę? — spytała Kessi, spoglądając jej prosto w oczy.

Tatiana nerwowo przełknęła ślinę. Czy wciąż mogła uniknąć przyszłych wydarzeń? Nagle zaczęła się bać. Wiedziała, że rano będzie z nią źle. Już za kilka godzin przyjdą ból, dreszcze, potliwość i uczucie zimna, a wraz z nimi mdłości tak silne, że pół dnia spędzi w toalecie. Nie miała też w domu zachomikowanej żadnej dodatkowej działki, którą mogłaby się wtedy poratować. A jednak wciąż chciała, żeby tym razem — choćby miał to być ten jeden, jedyny raz — wszystko było inaczej. Wbrew lękowi, sięgnęła do kieszeni po torebkę ze sprzętem i wrzuciła ją do kosza. Następnie wyciągnęła zawiniątko z towarem, podniosła deskę klozetową, wysypała całą zawartość do muszli i spuściła wodę.

— Właśnie spuściłam w kiblu czterdzieści marek — uśmiechnęła się — To chyba niezły początek, co?

Kessi odwzajemniła jej uśmiech, ale Tatiana już teraz z lękiem zastanawiała się, co będzie dalej. Czy tak naprawdę zamierzała ostawić narkotyki? W końcu niczego nie obiecała. Może więc znowu oszukiwała samą siebie tylko po to, żeby następnego dnia urwać się z praktyk i szukać swojego stałego dilera, prowadzić wyścig z czasem zanim jej ciałem zaczną wstrząsać pierwsze dreszcze, a potem pojawi się ten nieznośny ból? Tego nienawidziła w głodzie najbardziej.

— O, Tatianka-narkomanka! — wyrwał ją z zadumy tubalny głos, a tuż obok niej i Kessi pojawił się nagle chłopak, którego znała ze szkoły.

Nazywał się Jo. Był wysokim, przystojnym brunetem i podobał się wielu dziewczynom, ale miał paskudny charakter. Wraz z nim podszedł do nich jego nieodłączny kompan, Dirk. Był raczej cichym i spokojnym chłopakiem i na pierwszy rzut oka trudno było pojąć, co robił u boku kogoś takiego jak Jo, lecz i on potrafił z tym swoim stoickim spokojem i swoistą wyższością ranić słowami niczym nożem.

— Walnęłaś już sobie? — spytał bez cienia emocji w głosie.

— Kurwa, na pewno tak — stwierdził Jo, po czym pochylił się ku Tatianie, aby bliżej przyjrzeć się źrenicom jej oczu.

— Kiedyś skończysz jak Max — kontynuował tymczasem Dirk, a po krótkiej pauzie dodał — Ale wiesz co? Nie zmieniaj się. Na trzeźwo straszna z ciebie ponuraczka, ale po herze jesteś całkiem spoko.

Tatiana dobrze pamiętała Maxa — Bogu ducha winnego, udręczonego przez życie chłopaka. Sama nie była pewna, kto gnębił go bardziej — silniejsi koledzy, którzy codziennie spuszczali mu łomot w szkole, czy też rodzice, dla których słabsze wyniki w nauce nie były oznaką problemów, a doskonałym powodem do domowych awantur. Dość, że Max najwcześniej z jej znajomych sięgnął po heroinę. Najpierw ćpał tylko po szkole, potem i pomiędzy zajęciami, a w końcu zamiast nich. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co się z nim stało. Max — niczym duch, którym stopniowo się stawał — rozpłynął się w bezkresnym labiryncie tuneli U-Bahnu. Czasami ktoś mówił, że widział go na jakiejś stacji — wyniszczonego i zupełnie już nierozpoznającego znajomych twarzy, ale wszystko to były jedynie niepotwierdzone plotki.

— Hej, chcesz na kolejną działkę? — spytał nagle Jo ze złośliwym uśmiechem, sięgnął do kieszeni spodni, wydobył z niej kilka monet o drobnych nominałach oraz zmiętą, zużytą chusteczkę i cisnął tym wszystkim prosto w Tatianę.

Tatiana zamknęła oczy. Brzęk upadającego na podłogę bilonu wydał jej się nienaturalnie głośny. Poczucie wstydu i upokorzenia zdawało się palić ją od środka niczym ogień, ale nie odezwała się ani słowem.

— Odpierdol się — syknęła Kessi ze złością i odchyliła się, aby wymierzyć roześmianemu Jo siarczysty policzek, ale Tatiana schwyciła ją w ostatniej chwili za nadgarstek i przytrzymała.

Sama nie wiedziała, czemu to zrobiła. Być może nie chciała, aby Kessi narobiła sobie kłopotów, a być może instynktownie czuła, że Jo pomimo całej swojej złośliwości i okrucieństwa miał odrobinę racji. Była przecież w drodze na dno.

— Jo, odpieprz się od nich — stojący nieopodal chłopak z puszką piwa w ręce zawtórował Kessi.

Był wyraźnie starszy od agresorów, a do tego wyższy i dobrze zbudowany. Tyle wystarczyło — żaden z nich nie chciał ryzykować konfrontacji z silniejszym przeciwnikiem.

— Dobra, już — odezwał się Jo po chwili milczenia, unosząc dłonie w geście kapitulacji, po czym obaj wraz z Dirkiem odwrócili się i przeszli do innego pokoju, znikając w półmroku.

— Kessi? — odezwała się po dłuższej chwili Tatiana.

— Tak?

— Dzięki, że jesteś — powiedziała, po czym objęła ją i z całej siły przytuliła.

— Chodźmy stąd — zaproponowała Kessi i dodała z uśmiechem — Ta impreza i tak jest do dupy.

Tatiana skinęła głową potakująco.

— Masz wszystko? — spytała.

— Zaczekaj, skoczę tylko po kurtkę — Kessi obróciła się na pięcie i przecisnęła się pomiędzy kilkoma podpitymi chłopakami w stronę salonu.

Tatiana niecierpliwie wodziła za nią wzrokiem. Nie mogła przestać myśleć o tym, jak została upokorzona przy innych i marzyła tylko o tym, żeby wyjść z tej imprezy. Mieszkanie — choć duże i przestronne — nagle wydało jej się niesłychanie ciasne, jak gdyby ściany zbliżyły się do siebie, a dźwięki muzyki i głosy ludzi wokół niej stały się przerażająco głośne. Nagle kątem oka dostrzegła stojącego przy oknie nienaturalnie wysokiego, szczupłego mężczyznę w bieli — tego samego, którego widziała w przyszłości. Spojrzał w jej stronę, skinął i uniósł trzymany w dłoni kieliszek, jak gdyby wznosił toast za jej zdrowie.

— Już — głos nieświadomej niczego Kessi zadziałał jak zaklęcie, a otaczająca dziewczyny rzeczywistość nagle wróciła do poprzedniego, zupełnie normalnego stanu.

— Spadajmy stąd — rzuciła Tatiana, po czym chwyciła ją za rękę i pośpiesznie poprowadziła w stronę drzwi.


Tatiana zatrzasnęła za sobą drzwi mieszkania i… zamiast trafić na klatkę schodową budynku, w którym odbywała się impreza, nagle znalazła się na środku szerokiego chodnika przy ruchliwej, wielopasmowej ulicy. Na całym ciele poczuła przenikliwy nocny chłód. W dodatku była sama. Przez chwilę rozglądała się w poszukiwaniu Kessi, ale wokół niej przemykali tylko jacyś obcy ludzie. W mroku alei rozświetlanej jedynie przez stojące wzdłuż jezdni latarnie, przypominali jej postacie z teatru cieni, wyłaniające się z ciemności tylko na chwilę, aby przemknąć przez kolejne snopy bladego światła i na powrót stać się niewyraźnymi, czarnymi sylwetkami. W oddali Tatiana dostrzegła kilka innych dziewczyn, ewidentnie czekających na klientów. Kessi nie było jednak nigdzie.

Tatiana zapięła swoją dżinsową bluzę pod samą szyję, postawiła kołnierz, wcisnęła ręce w kieszenie i lekko zgarbiona ruszyła przed siebie. Wciąż nie wiedziała, jakim cudem znalazła się w zupełnie innej części miasta, kawał drogi od domu, ale nagle zapragnęła wrócić do swojego pokoju, rzucić się na łóżko i leniwie wodzić wzrokiem po ścianie, którą wykleiła plakatami i zdjęciami ulubionych zespołów, marząc o ich koncertach. Znad łóżka spoglądali na nią Marc Bolan z jej ukochanej grupy T. Rex, David Bowie, Jim Morrison, Robert Plant i wielu innych. W chwilach takich jak ta boleśnie uświadamiała sobie, że mimo wszystko wciąż była jeszcze dzieckiem, które wpakowało się w bagno, które dość szybko zaczynało je przerastać.

Idąc dalej przed siebie zaczęła cicho nucić „Metal Guru”, jeden ze swoich ulubionych utworów. Przypadł jej do gustu nie tylko ze względu na melodię, ale i prosty tekst, który znała na pamięć zaledwie po kilku odsłuchach. Jeszcze nie tak dawno sama marzyła zresztą o pisaniu tekstów, z których powstawałyby takie utwory. Teraz miała jednak wrażenie, że to było wiele lat temu, a w ostatnich miesiącach wszystkie jej sny, plany i ambicje zawęziły się do zdobywania kolejnych dawek heroiny. A że ostatnią, jaką miała, spuściła w toalecie na imprezie, nie chciała nawet myśleć, co będzie się z nią dziać za kilkanaście godzin. Zastanawiała się nawet, czy to, że teraz było jej tak zimno, nie było jednym z pierwszych objawów narkotykowego głodu, ale przypomniała sobie, że jej zaćpany umysł stworzył wyjątkowo wiarygodną iluzję wydarzeń sprzed jakichś sześciu miesięcy — z jesieni 1975 roku — a przecież wtedy nie było z nią jeszcze aż tak źle. Nie była uzależniona fizycznie.

— Musi być jakieś wyjście stąd, do złodzieja trefniś rzekł… — zanuciła pierwsze słowa „All Along The Watchtower” Jimiego Hendrixa.

Kilka chwil później poczuła na twarzy pierwsze krople deszczu. Zaklęła cicho i przyśpieszyła kroku, jednak deszcz dość szybko przybierał na sile, wobec czego zaczęła rozglądać się za jakimkolwiek schronieniem. Kilka minut później z ulicy zniknęli niemal wszyscy oprócz niej, a ona maszerowała dalej, czując jak powoli przemakają jej buty i bluza. Ze względu na późną porę musiała przejść jeszcze kilka przecznic, aż wreszcie z ulgą wypatrzyła czynny bar na parterze starej kamienicy.


Bar w niczym nie przypominało klubów i dyskotek, do których Tatiana chadzała, żeby spotykać się z innymi narkomanami. Tutaj panował przyjemny gwar, bez dudniącej muzyki z podkręconymi basami. Półmrok przełamywany ciepłym światłem lamp sprawiał, że lokal wydawał się wręcz przytulny. Siedzący przy stolikach i przy barze goście mówili głównie po niemiecku, ale Tatiana słyszała też angielski. Przede wszystkim jednak w barze było sucho i ciepło, a to liczyło się dla niej w tej chwili najbardziej.

Aby nie rzucać się zanadto w oczy przeszła przez całe pomieszczenie, do samego kąta, i wgramoliła się na wysoki stołek przy barze. Westchnęła ciężko i rękawem bluzy starła z twarzy ostatnie krople deszczu. Barman, który nagle pojawił się tuż przed nią, bez słowa podał jej ręcznik.

— Dziękuję — powiedziała z przyjaznym uśmiechem, zarzucając go natychmiast na głowę i wycierając włosy — Poproszę herbatę.

— Oczywiście — przytaknął barman i już po chwili wrócił z filiżanką gorącego, parującego naparu.

Czekając, aż napój choć trochę ostygnie Tatiana ściągnęła przemoczoną bluzę i mimowolnie spojrzała na telewizor ustawiony na półce nad barem. Dźwięk był wyciszony, ale ujęcia, które właśnie widziała na ekranie, mówiły same za siebie: amerykańscy żołnierze zabezpieczający lądowisko przy jakimś kompleksie budynków, płonące miasto w tle, tłum zgromadzony przed zamkniętą i obstawioną przez żołnierzy bramą tego samego kompleksu, pełne wietnamskich cywilów śmigłowce lądujące na pokładzie lotniskowca…

— Trzydziesty kwietnia 1975 roku… — wyszeptała Tatiana — Ale jak…

Zaciekawiona, rozejrzała się dookoła, ale spośród wszystkich gości lokalu jedynie ona i siedzący obok niej mężczyzna wpatrywali się w ekran. Dla pozostałych to, że był to właśnie ten dzień, a na drugim końcu świata właśnie padł Sajgon, wydawało się najzupełniej oczywiste.

Tatiana przyjrzała się mężczyźnie dokładniej. Był na oko po trzydziestce, miał na sobie dżinsy i oliwkowozieloną amerykańską bluzę wojskową, zupełnie inną niż te, jakie nosili żołnierze Brygady Berlińskiej, których często widywała w Berlinie Zachodnim. Miał też zresztą zupełnie inne naszywki. Zanim zdążyła obejrzeć je dokładniej, nagle kichnęła i niemal rozlała swoją herbatę.

— Na zdrowie — powiedział mężczyzna.

Choć odezwał się po niemiecku, to już ten jeden zwrot wystarczył, aby po akcencie rozpoznała w nim Amerykanina.

— Dzięki — odpowiedziała głośno pociągając nosem.

Przez chwilę oboje znów wpatrywali się w milczeniu w ekran telewizora. Tatiana uśmiechnęła się do siebie. Ten bar był dla niej niemal niczym obcy świat. Nikt nie patrzył tu na nią z góry, nie traktował jej wyłącznie jako obiektu seksualnego, nie próbował wcisnąć jej kolejnej działki narkotyków ani okraść z tej, którą akurat mogłaby mieć przy sobie.

— Słuchaj… — zwróciła się dyskretnie do Amerykanina — Nie poratowałbyś mnie paroma markami?

Mężczyzna przez chwilę nie odpowiadał, tylko wpatrywał się w nią ze zdziwieniem.

— Jak się nazywasz? — spytał w końcu.

— Tatiana.

— Ja jestem Chris — przedstawił się — Zbierasz na działkę, Tatiana?

— Na tę herbatę — wskazała stojącą na blacie filiżankę z oburzeniem — I na taksówkę.

Chris kompletnie zaskoczył ją swoim pytaniem, choć tym razem mówiła akurat prawdę — w kieszeniach miała jedynie jakieś drobniaki, którymi nie byłaby w stanie zapłacić ani za herbatę, ani tym bardziej za taksówkę.

— Przestań, dziewczyno — uciął spoglądając wymownie na ślady wkłuć w zgięciu jej prawej ręki, po czym sięgnął do kieszeni bluzy, pochylił się w jej stronę i wsunął jej do ust papierosa — Skoro już chcesz się truć, to chociaż wybierz jakiś mniej szkodliwy nałóg.

Tatiana poczuła, że ze wstydu zaczęła się rumienić, lecz mimo, że Chris właśnie ją ośmieszył, nie było w tym nawet cienia złych intencji czy wręcz okrucieństwa, z jakimi Jo potraktował ją na imprezie. On po prostu z niej zażartował, bez chęci poniżenia jej. Postanowiła więc spróbować czegoś innego.

— Słuchaj, a może masz ochotę… — zaczęła wypowiadając kolejne słowa coraz ciszej, aż wreszcie przerwała w pół zdania i z zalotnym uśmiechem przesunęła dłonią po jego udzie.

— Daj spokój — nieomal warknął, chwycił ją za nadgarstek i przesunął jej dłoń na blat baru — Ile ty masz lat?

— Szesnaście — przyznała po chwili milczenia i znowu zrobiło jej się wstyd.

— No właśnie — westchnął ciężko Chris — Ale jak chcesz, to możesz ze mną posiedzieć. Akurat przyda mi się towarzystwo. A tobie czego potrzeba?

Wiedziała, że nie chodziło mu ani o narkotyki, ani o pieniądze. Kompletnie ją zaskoczył. Odwykła od takiego traktowania, od normalności, a co gorsza czuła się wobec niej zupełnie bezradna. Po raz kolejny uświadomiła sobie boleśnie, jak bardzo wypaczony był jej tryb życia i sposób myślenia.

— Chyba… poczucia bezpieczeństwa. Tego, że gdzieś pasuję… — przyznała, zrobiła krótką pauzę i dodała — Zawsze tak było, odkąd tylko pamiętam.

— Od tego potrafi człowiekowi nieźle odwalić — zgodził się Chris — Kilka lat temu byłem w najpiękniejszym miejscu, jakie w życiu widziałem, ale wtedy to było prawdziwe piekło na Ziemi. Czasami miałem wrażenie, że cały kraj po prostu…

Odwrócił się i po raz kolejny spojrzał na śmigłowce na ekranie telewizora.

— Po prostu płonął — dokończył myśl wzruszając ramionami.

Tatiana cierpliwie czekała aż powie coś jeszcze. Tymczasem na ekranie amerykański żołnierz ściągał rannego kolegę do leja po bombie, podczas gdy dżungla w oddali zniknęła w oślepiającej kuli ognia.

— A my płonęliśmy razem z nim — podjął w końcu Chris — Nie będę cię oszukiwać, że będzie lepiej, łatwiej… Ale jeśli Wietnam czegoś mnie nauczył, to na pewno tego, że zawsze może być nowy początek…

Przerwał i spojrzał w jej brązowe oczy. Mimo, że tak wiele ich różniło, oboje doskonale wiedzieli, czym jest piekło.

— Nawet dla takich jak my — powiedział.


Tatiana myślała o spotkaniu i rozmowie z Chrisem. Nie chciał od niej seksu, narkotyków ani posłuszeństwa. Po prostu pozwolił jej siedzieć obok siebie, a na koniec dał jej pieniądze i wsadził ją do taksówki. Mimo że był dla niej kimś zupełnie obcym, przez te kilka chwil czuła się przy nim bezpiecznie, a nawet…

Dobrze — pomyślała, nieomal ze zdziwieniem. Teraz jednak narastały w niej obawy, przede wszystkim o to, jak potoczy się kolejny dzień. Bardzo pragnęła nowego początku, o którym mówił Chris, ale czy w ogóle jeszcze dopuszczała do siebie taką możliwość? Póki co była fizycznie uzależniona od heroiny, nie miała w zapasie nawet jednej działki, a każda mijająca godzina nieubłaganie przybliżała ją do pierwszych objawów głodu. Nie miała też pieniędzy na towar, co oznaczało, że w ciągu dnia będzie musiała poszukać sobie jakiegoś klienta, a jeszcze lepiej dwóch, żeby móc kupić od razu działkę na kolejny dzień. Nagle na samą myśl o tym poczuła odrazę do samej siebie — jak mogła pozwolić sobie na taki upadek? Wpaść w nałóg i puszczać się z jakimiś obcymi facetami za pieniądze? Tyle że póki co nie widziała wyjścia z tej pułapki.

Znajdę wyjście — pomyślała, skupiając się jeszcze raz na słowach Chrisa.


Tatiana wysiadła z taksówki pod swoim blokiem i powiodła wzrokiem po oknach. Światło paliło się tylko w jednym, na drugim piętrze, czyli jej matka jeszcze nie spała. Tatiana westchnęła ciężko i weszła do budynku. Po chwili była już u siebie i delikatnie zamknęła za sobą drzwi.

— Mamo, już jestem! — zawołała od wejścia, po czym nie czekając na odpowiedź przeszła do łazienki, zdjęła przemoczoną dżinsową bluzę i powiesiła na sznurze do prania.

Usiadła na krawędzi wanny i zaczęła ściągać mokre buty. W przedłużającej się ciszy było coś niepokojącego. Tatiana poczuła, jak mięśnie jej twarzy nieprzyjemnie się napięły.

— Mamo? — zawołała jeszcze raz.

— Ciszej, jest późno — odpowiedziała jej w końcu matka, stając w drzwiach łazienki — Gdzie byłaś tak długo?

Tatiana dobrze znała ton, jakim mówiła. Za pozorami spokoju i opanowania krył się jakiś głęboki żal lub gniew, który — dobrze o tym wiedziała — tłumiły jedynie środki uspokajające. Co gorsza, już za chwilę miał się na nią wylać.

— U Kessi — powiedziała starając się nie okazywać zdenerwowania.

Jej matka pokręciła głową z niedowierzaniem, jak gdyby od razu zorientowała się, że Tatiana nie mówiła prawdy. Zwykle nie interesowało jej to, co robiła poza domem, więc Tatiana praktycznie od razu pojęła, że tak naprawdę chodziło o coś zupełnie innego.

— Dzwoniła pani Hauser — podjęła po chwili jej matka — Znowu opuściłaś praktyki.

Tatiana poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Teraz już wiedziała, skąd wziął się jej podły nastrój. Wiedziała, że była na straconej pozycji, ponieważ jej matka nie uznawała dyskusji, ale mimo to postanowiła podjąć próbę obrony.

— To nic — powiedziała pojednawczym tonem — Mam dobrą średnią, więc…

— Spieprzysz sobie życie, a właściwie to już je sobie spieprzyłaś, bo nawet zawodówki nie skończysz! — wydarła się nagle jej matka, nie dając jej nawet dokończyć zdania — A ja nie będę cię wiecznie utrzymywać!

Następnie obróciła się na pięcie, poszła do kuchni i wzięła z blatu talerz z kilkoma kanapkami. Gdy wróciła do Tatiany, ta zauważyła, że na kromkach chleba leżały plastry najtańszej, najpodlejszej kiełbasy parówkowej.

— Masz! — niemal warknęła jej matka, wciskając jej talerz w ręce — Przyzwyczajaj się do żarcia biedoty, bo na nic innego nie będzie cię stać!

Tatiana po raz kolejny tej nocy poczuła się upokorzona i poniżona. Rana była tym bardziej bolesna, że zadała ją jej własna matka. Tego było już za wiele. Tym razem postanowiła jej się odwdzięczyć.

— A ty idź nałykać się jeszcze więcej tych swoich prochów na uspokojenie, jak zawsze! — odpysknęła, stając odruchowo na równe nogi.

Jej matka zacisnęła zęby, a po chwili przygryzła drżącą wargę. Wyglądała jak gdyby za chwilę miała eksplodować, ale zanim się odezwała, wymierzyła Tatianie siarczysty policzek, potem drugi, a na koniec uderzyła ją na odlew. Tatiana zachwiała się, ale nie upadła, chociaż wolną ręką musiała przytrzymać się framugi drzwi. Łzy napłynęły jej do oczu w jednej sekundzie.

— Ty niewdzięczna gówniaro… — syknęła jej mam z obrzydzeniem w głosie.

— Ty i tak nic o mnie nie wiesz — powiedziała cicho Tatiana i zanosząc się łzami minęła ją i poszła do swojego pokoju.

Drzwi zamknęła za sobą szybkim ruchem, ale bez trzaskania. Nigdy tego nie robiła. Jej pokój był w końcu jej azylem. Matka po awanturach stosowała wobec niej technikę pasywnej agresji — milczenia, ignorowania i utrzymywania w domu nieznośnej, pełnej napięcia ciszy — więc Tatiana spędzała w nim sporo czasu i chciała, aby dawał jej na tyle duże poczucie bezpieczeństwa i komfortu, na ile było to w ogóle możliwe w takiej sytuacji.

Talerz z kanapkami postawiła na szafce obok łóżka. Gdyby chociaż miała kota, oddałaby mu całą tę podłą kiełbasę, ale jej matka nigdy nie chciała się zgodzić na żadnego czworonoga — rzekomo ze względu na dobro Tatiany, u której we wczesnym dzieciństwie zdiagnozowano alergię na sierść. Było to jednak tak dawno, że sama Tatiana nawet tego nie pamiętała, a ilekroć bywała u kogoś, kto miał koty, nie działo się z nią nic złego. Już dawno temu obiecała sobie, że gdy tylko się usamodzielni i wyprowadzi, będzie miała koty — może tylko dwa, a może i osiem. Ile tylko zechce.

Przez chwilę miała ochotę włączyć muzykę, żeby dodatkowo odegrać się na matce, ale była na to zbyt zmęczona. Zdjęła resztę przemoczonych ubrań, zarzuciła znoszoną luźną koszulkę ze spranym logo T. Rex i rzuciła się na łóżko.


Tatiana poczuła silne zawroty głowy. Choć nic nie widziała, miała nieprzyjemne wrażenie, że opada coraz głębiej w bezdenną, czarną czeluść i że nie był to zwykły sen. Odruchowo wyciągnęła ręce na boki, aby znaleźć cokolwiek, czego mogłaby się złapać, ale wokół niej była tylko nieprzenikniona, czarna nicość. Żołądek podszedł jej do gardła i poczuła, że zaraz zwymiotuje. Szarpnęła się, ale w tej samej chwili jej ciało przeszyła fala paraliżującego bólu. Czekając, aż minie, Tatiana opadła bezwładnie na miękką poduszkę, którą dopiero teraz wyczuła pod głową. Mrok wokół niej zaczął nagle blednąć, odsłaniając jasnozielone kafle na ścianach, biały sufit, błękitne niebo za uchylonym oknem i stojak z kroplówką.

— Spokojnie — usłyszała przyjazny kobiecy głos, a już po chwili ujrzała nad sobą twarz młodej pielęgniarki — Pewnie niewiele pamiętasz, ale ten sukinsyn nieźle cię poturbował, więc nie szalej. A już na pewno nie próbuj wstawać.

Tatiana skinęła tylko głową potakująco. Po ostatniej fali bólu nie miała najmniejszego zamiaru oponować.

— Pójdę powiedzieć lekarzowi, że się obudziłaś — powiedziała pielęgniarka, uśmiechnęła się do Tatiany i wyszła.

Tatiana rozejrzała się dookoła. Była w pokoju sama — pozostałe dwa łóżka były wolne. W pomieszczeniu było czysto i spokojnie — zupełnie inaczej niż w jej życiu — a w powietrzu unosił się zapach środków dezynfekujących. Czekając na lekarza, obserwowała swoją kroplówkę — kolejne krople skapywały z butelki do komory kroplowej, a następnie spływały wężykiem wprost do wenflonu, który miała założony na rękę. Mimo że była w fatalnym stanie, po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła się bezpiecznie. Ktoś zadbał o to, aby nie umarła, ktoś dbał o jej powrót do zdrowia, a przede wszystkim tutaj nie była zeszmaconą narkomanką, którą można było poniżać i wykorzystywać. Przyszło jej nawet do głowy, że gdyby miała umrzeć tu i teraz, nie czułaby się z tym aż tak źle. To dużo lepsze niż jej codzienność, która doprowadziła do wydarzeń, z powodu których trafiła z poważnymi obrażeniami do szpitala. Znacznie gorsza była zresztą świadomość, że gdy tylko zostanie wypisana, najprawdopodobniej wróci do tej codzienności.

Tatiana zmrużyła oczy. Przeleżała tak dłuższą chwilę, pogrążona w przyjemnym półśnie, aż nagle wyczuła czyjąś obecność. Gdy obróciła głowę, jej serce zamarło. Z przerażeniem stwierdziła, że obok jej łóżka nie było lekarza — stał tam jej upiorny, widmowy towarzysz w bieli, który teraz najspokojniej w świecie wpatrywał się w jej kroplówkę.

— Podają ci tu dobry towar — stwierdził kiwając głową z uznaniem — Dużo lepszy niż ten, który kupujesz na ulicy.

Obszedł jej łóżko, wpatrując się w nią nieprzyjemnym przeszywającym wzrokiem.

— Myślisz, że się nie zorientują, że jesteś ćpunką? — spytał w końcu, zrobił krótką pauzę i kontynuował, choć Tatiana wcale mu nie odpowiedziała — Pewnie masz rację. Masz tyle obrażeń i siniaków, że nikt nie zwróci uwagi na te ślady wkłuć na twoich rękach, a poza tym sami wpompowali w ciebie taki koktajl opioidowy, że…

— Kim ty jesteś? — spytała Tatiana słabym głosem, niewiele głośniejszym od szeptu, nie pozwalając mu skończyć — Byłeś na stacji Oskar-Helene-Heim, ale to się wydarzy dopiero za rok.

— Jestem człowiekiem majętnym i o dobrym guście — odpowiedział z tym swoim przeklętym uśmiechem, na widok którego Tatianę przeszył zimny dreszcz — Jestem tu od bardzo, bardzo dawna i niejednemu już odebrałem duszę i wiarę.

Tatiana nie wiedziała, co myśleć o tej zagadkowej odpowiedzi. Z jednej strony jego słowa brzmiały niedorzecznie, ale z drugiej — jej życie, odkąd znalazła się wraz z nim na stacji U-Bahnu, przypominało niekontrolowaną jazdę rozpędzoną paranormalną kolejką górską.

— I ze mną chcesz zrobić to samo? — spytała.

— Być może — wzruszył ramionami, a po chwili dodał — Ale w co ty właściwie wierzysz, Tatiano?

Przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, a on cierpliwie czekał. Czy w ogóle miała jeszcze w co wierzyć? Czy miała jakiekolwiek podstawy, by wierzyć, że kiedyś wyjdzie z nałogu, ułoży sobie życie, będzie szczęśliwa i bezpieczna? Nagle przypomniała sobie słowa Chrisa, którego spotkała w barze w dniu upadku Sajgonu.

— Wierzę, że zawsze może być nowy początek — powiedziała starając się, aby jej głos nie brzmiał tak słabo jak jeszcze przed chwilą.

— Dla takich jak ty? — powtórzył jej towarzysz i zaśmiał się krótko — Jesteś pewna? Mam ci przypomnieć, w jakich okolicznościach się poznaliśmy? Albo jak tu trafiłaś? Nie ma sprawy.


Pstryknął palcami i zanim Tatiana zdążyła zareagować, jej czysty i bezpieczny szpitalny pokoik zniknął. Zamiast tego znalazła się w niedużym, dość obskurnym mieszkaniu, które znała aż nazbyt dobrze. Należało do Aiko — jej o kilka lat starszego kolegi. Aiko był dobrze zapowiadającym się studentem medycyny, ale rzucił studia po pierwszym roku i od tamtej pory imał się najróżniejszych zajęć, byle tylko zdobyć środki na zaspokojenie swojego heroinowego nałogu. Gdy wszystkie inne sposoby zawodziły, kradł lub wyprzedawał kolejne sprzęty ze swojego coraz bardziej zaniedbanego mieszkania. Nie licząc podstawowego wyposażenia, było ono już niemal puste, ponieważ zdążył opchnąć większość zbędnych — przynajmniej według niego — przedmiotów. Na brudnych ścianach, pokrytych złuszczoną żółtą farbą, w kilku miejscach dało się zauważyć szare obrysy po obrazach oraz pokryte kurzem i pajęczynami haki. Zniknęła też większość półek, wszystkie książki i bibeloty z regału, a w kącie jednego z dwóch pokojów stała szafka pod telewizor, na której od dawna nie było już odbiornika. Jego miejsce zajmował przenośny magnetofon, zaś na podłodze walały się porozrzucane kasety. W pokojach panował półmrok — zasłony były zaciągnięte niemal przez cały czas, a wrażenie potęgowały brudne, pożółkłe od papierosowego dymu firanki. Wyjątkiem w tej brudnej melinie był komplet czystej białej pościeli na starym łóżku z metalową ramą i trzeszczącymi sprężynami, na którym właśnie leżała Tatiana.

Często korzystała z mieszkania Aiko, kiedy trafiali się jej klienci, zwłaszcza że on sam rzadko się w nim pojawiał. Przeważnie był zajęty zdobywaniem pieniędzy na narkotyki, przesiadywał z kolegami na jednej ze stacji U-Bahnu albo leżał zaćpany w którymś z miejskich szaletów. Aiko zdawał się nie mieć ograniczeń i nie przejmował się czystością towaru. Potrafił strzelić sobie działkę najbardziej zanieczyszczonej heroiny, która wśród wielu innych narkomanów wzbudziłaby strach, byle tylko poczuć jeszcze silniejszego kopa niż poprzednio. Tatiana by sobie na to nie pozwoliła, choć czasami zastanawiała się, czy z ręką na sercu mogłaby powiedzieć, że nie zrobi tego nigdy czy też tylko na razie. Teraz jednak miała pieniądze — pięćdziesiąt marek od klienta, który właśnie dopinał śnieżnobiałą koszulę i poprawiał krawat. W swoim eleganckim szarym garniturze wyglądał w tym ponurym mieszkaniu jak przybysz z innego świata. Spotkała się z nim pierwszy raz, a że jej nie znał, to bez trudu okłamała go, że miała osiemnaście lat.

Tatiana odrzuciła kołdrę i również zaczęła się ubierać. Zaczęła od skarpetek, żeby tylko nie stawać boso na brudnej podłodze, a dopiero potem sięgnęła po bieliznę, dżinsy i obcisłą czarną koszulkę.

— Dobra, oddawaj forsę — rzucił elegancik oschłym tonem, gdy sznurowała trampki — To nie było to, czego oczekiwałem.

Tatiana wstała.

— Chyba żartujesz — odpowiedziała.

Potrzebowała tych pieniędzy, tak samo jak potrzebowała kolejnej działki heroiny. Wiedziała, że nie zdąży znaleźć i obsłużyć kolejnego klienta zanim pojawią się u niej pierwsze objawy głodu, a nikt przy zdrowych zmysłach nie pójdzie do łóżka z dziewczyną, której zlanym potem ciałem co chwilę wstrząsają dreszcze i której każdy ruch sprawia wyraźny ból.

— Tak ci się wydaje? — spytał, a w jego oczach pojawił się jakiś złowrogi błysk.

Tatiana dobrze znała to spojrzenie i tyle wystarczyło, żeby zmieniła zdanie co do zwrotu pieniędzy. Lepsze to niż wybite zęby. Nie chciała kłopotów — tym bardziej, że była w mieszkaniu sama. Uniosła dłoń w pojednawczym geście, ale zanim zdążyła się odezwać elegancik wymierzył jej pierwszy cios — silne uderzenie pięścią w twarz. Zamroczona Tatiana straciła równowagę i runęła do tyłu, wprost na łóżko. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, doskoczył do niej, złapał ją za włosy i uderzył jej głową o metalową ramę — raz, drugi i trzeci. Tatianie pociemniało przed oczami i z cichym jękiem osunęła się na podłogę. Przyłożyła dłoń do skroni i syknęła z bólu. Pod palcami wyczuła krew. W tym samym momencie otrzymała kolejny cios, a po nim następne. Bił ją po całym ciele, bez opamiętania, a ona kuliła się na podłodze starając się osłonić rękoma twarz i głowę. Była pewna, że to już koniec, że za chwilę umrze. Chciała jedynie zachować resztki godności — nie błagać, nie płakać, nie krzyczeć, a przede wszystkim nie dawać mu tym sposobem satysfakcji — więc zaciskała zęby i pozwalała sobie jedynie na ciche jęknięcia. Gdy wreszcie się uspokoił, przez dobrych kilka minut stał nad nią z zaciśniętymi pięściami i ciężko dyszał. Dopiero gdy ochłonął, sięgnął do kieszeni jej wiszącej na oparciu krzesła bluzy i wyciągnął swoje pieniądze.

— Suka — rzucił z pogardą, po czym odwrócił się, podszedł do lustra, poprawił ubranie i przygładził włosy.

Gdy skończył, nie patrząc nawet na Tatianę ruszył do przedpokoju. Po chwili rozległ się głuchy huk, gdy wychodząc trzasnął drzwiami.


Tatiana nie była w stanie się ruszyć. Wbrew temu, czego obawiała się jeszcze chwilę wcześniej, wciąż żyła. Przypominał jej o tym ból i posmak krwi w ustach. Czy jednak świadomość, że nie stała się ofiarą furiata w szarym garniturze była powodem do radości lub chociaż ulgi? Tego nie była pewna. Po prostu żyła — ot, suchy fakt, pozbawiony w tej chwili jakiegokolwiek większego znaczenia.

— Masz teraz szesnaście lat — usłyszała nad sobą znajomy głos.

Nie była w stanie obrócić nawet głowy, ale kątem oka dostrzegła białe skórzane buty i nogawki białych spodni.

— Jesteś ćpunką i dziwką — kontynuował jej towarzysz — A teraz w rezultacie swoich decyzji leżysz tu półprzytomna, krwawisz i nie jesteś nawet w stanie się ruszyć. Wciąż wierzysz w ten swój nowy początek?

Tatiana chciała odpowiedzieć, że wierzy, ale słowa uwięzły jej w gardle. Chciała wierzyć, ale za każdym razem jej determinacja kończyła się wraz z nadejściem głodu narkotykowego. Wtedy wszystko inne przestawało się liczyć — oprócz kolejnej działki i ucieczki od objawów.

— W końcu pójdziesz ze mną, zobaczysz — uśmiechnął się jej towarzysz, a ona zamknęła oczy, osuwając się w czarną nicość.


Był pogodny marcowy dzień. Tatiana siedziała na schodach kaplicy przy Breitscheidplatz, tuż przy zachowanej trwałej ruinie Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma, której uszkodzona podczas wojny wieża — choć okaleczona — wciąż strzelała dumnie w niebo. Przy placu panował spory ruch — kręcili się tam obwieszeni aparatami fotograficznymi turyści, grupka amerykańskich i brytyjskich żołnierzy, dziesiątki podróżnych zmierzających na pobliski dworzec Berlin Zoologischer Garten, a wśród nich niczym duchy snuli się okoliczni narkomani. Niektórzy byli już zupełnie wyniszczeni nałogiem — wychudzeni, o zapadniętych policzkach, podkrążonych i szklistych oczach. Rozpoznawała też część dziewczyn szukających klientów, choć sama nigdy nie pracowała w tej okolicy. Tatiana była teraz jednak czysta. W szpitalu spędziła dość dużo czasu i oczywiście pojawiły się u niej objawy zespołu odstawiennego. Zniosła je całkiem nieźle, ale właściwie tylko dzięki temu, że i tak przez większość czasu była półprzytomna. Osłabienie spowodowane obrażeniami po pobiciu i koktajle ze środków przeciwbólowych, które dostawała w kroplówkach, zrobiły swoje. Resztę leków dobrał jej lekarz prowadzący, który momentalnie rozpoznał jej książkowe wręcz objawy.

— Poszliśmy ci na rękę i nie zgłosiliśmy nikomu, że mamy na oddziale narkomankę — powiedział Tatianie, kiedy widzieli się po raz ostatni — Nie zmarnuj tego.

Czy to jest ten nowy początek? — zastanawiała się, opierając się na łokciach i wyciągając się wygodniej na schodach. Na pewno mógł nim być, a jednak już wkrótce — zaledwie miesiąc później — miała znaleźć się na stacji Oskar-Helene-Heim, na ciężkim głodzie, czyli zdołała się wyzwolić jedynie od uzależnienia fizycznego. Jej organizm przestał potrzebować heroiny — kolejnych, coraz częstszych i mocniejszych dawek. Chcąc, nie chcąc, Tatiana przeszła w szpitalu detoks. Pozostawała jeszcze kwestia uzależnienia psychicznego, choć ono póki co nie dawało o sobie jeszcze znać.

Tatiana wstała, otrzepała spodnie, wsunęła dłonie w kieszenie skórzanej kurtki i spokojnym krokiem ruszyła w stronę pobliskiego centrum handlowego Europa-Center. Kiedyś znajdowało się tam nawet lodowisko, ale zlikwidowano je w roku 1974. Była tam kilka razy z matką. Przechadzając się wzdłuż sklepowych wystaw Tatiana zastanawiała się, czy jeśli uda się jej wytrwać bez narkotyków, to zasłuży w końcu na jej bezwarunkową miłość. Pod względem materialnym nigdy niczego jej nie brakowało i czasami faktycznie czuła się kochana, a jednak… Myślami wróciła do rozmowy z Chrisem i do tego, jak odpowiedziała mu, gdy spytał, czego jej potrzeba:

— Chyba… poczucia bezpieczeństwa. Tego, że gdzieś pasuję… Zawsze tak było, odkąd tylko pamiętam.

Przypomniała sobie pierwszą klasę podstawówki. Ukończyła ją z wyróżnieniem, tak samo zresztą jak i kolejne, ale i tak nie potrafiłaby nawet zliczyć, ile razy słyszała od matki:

— Wszystkie koleżanki chwalą się, jak ich dzieci dobrze się uczą, a ja nie mam czym się pochwalić.

A do tego ten jej cholerny ton męczenniczki. Tatiana już chyba wolała awantury, które następowały w późniejszych latach, choć wtedy również była prymuską. Wciąż pamiętała, z jaką wściekłością matka darła się jej nad głową, kiedy była w trzeciej klasie:

— W pierwszej i drugiej klasie jakoś dałaś sobie radę, a teraz będzie dno!

Co ty w ogóle wiesz o byciu na dnie? — myślała teraz ze złością. Jej ojciec nie był zresztą wcale lepszy. Gdyby miała opisać go pokrótce, powiedziałaby, że to wiecznie nieobecny patałach, uzależniony psychicznie od własnej matki. Już więcej szacunku miała do jego brata-alkoholika, który wyniósł się na drugi koniec kraju, byle tylko żyć w spokoju z dala od toksycznej matki. Zresztą pić zaczął właśnie przez nią i przez jej metody wychowawcze, które Tatiana również poznała jako jej wnuczka. Nienawidziła jej z całego serca i nie rozumiała, jak ktokolwiek mógł czuć cokolwiek innego do osoby, która przez całe życie potrafiła jedynie sączyć jad wprost w dusze innych.

Tatiana nerwowo przełknęła ślinę i wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni kurtki papierosa i zapalniczkę. Przypalając go z zaskoczeniem stwierdziła, że trzęsą jej się dłonie.

— To tylko nerwy — wyszeptała sama do siebie — Tylko nerwy…

Bez heroiny dopadały ją znacznie częściej. Potrafiła być spięta i czuć nieprzyjemny ucisk żołądka nawet bez wyraźnej przyczyny. Jej myśli uciekały ku nieprzyjemnym sprawom takim jak jej sytuacja rodzinna. Wiedziała, co mogło jej pomóc, ale nie chciała tak łatwo się poddawać. Pośpiesznie wypaliła papierosa i ruszyła szybkim krokiem w stronę dworca Zoologischer Garten. Chciała jak najszybciej przemknąć jego korytarzami bez nawiązywania kontaktu z narkomanami i dilerami, zejść na peron U-Bahnu i wskoczyć do pociągu, który powiezie ją do domu. Gdy dotarła do hali dworca i ruszyła schodami w dół, była już cała w nerwach i czuła, że szyja zaczęła jej drętwieć, a dłonie miała wilgotne od potu. Celowo nie rozglądała się na boki, tylko wbiła wzrok w brudną podłogę i szła dalej przed siebie. Po drodze kilkakrotnie szukała schronienia w większych grupach przypadkowych osób, jak gdyby właśnie przed kimś uciekała.

Być może przed samą sobą — pomyślała, z ulgą obserwując pociąg wyjeżdżający z tunelu i zatrzymujący się przy krawędzi peronu, na którym stała.


Tatiana weszła do swojego pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Była zmęczona fizycznie i wyczerpana psychicznie, a w dodatku za nic nie mogła uciszyć gonitwy myśli, która przetaczała się raz za razem przez jej głowę. Postanowiła więc, że spróbuje ją zagłuszyć. Zabrała z biurka magnetofon, postawiła na szafce obok łóżka i sprawdziła, jaką kasetę zostawiła w środku. Był to „The Slider” — siódmy album T. Rex, a zarazem trzeci od chwili, gdy grupa skróciła nazwę do obecnej. Przewinęła taśmę do samego początku, włączyła odtwarzanie i podkręciła głośność. Czekając na pierwsze dźwięki, rzuciła się na łóżko i wbiła wzrok w swoje plakaty. Już po chwili z głośnika popłynęły pierwsze dźwięki utworu „Metal Guru”. Tatiana tymczasem przypomniała sobie, jak Marc Bolan opisał go w wywiadzie, który kiedyś czytała:

— To piosenka o święcie życia. Metalowy Guru odnosi się do wszystkich bogów. Ja sam wierzę w jakiegoś boga, ale nie wyznaję żadnej religii. Metalowy Guru to ktoś wyjątkowy, musi być bóstwem. Zastanawiałem się, jak to jest z takim bogiem, i na pewno jest zupełnie sam i nie ma telefonu. Ja też już nie odbieram telefonu. Mam specjalne kody, a ludzie dzwonią do mnie o określonych porach.

Przez chwilę śpiewała razem z Bolanem, pozwalając, aby muzyka wypełniła nie tylko przestrzeń wokół niej, ale i ją samą. Dawniej uwielbiała spędzać czas w ten sposób — po prostu cieszyć się dźwiękami muzyki z kaset lub płyt winylowych. Lepsza była jedynie muzyka na żywo — nic nie mogło się równać z energią zespołu na scenie. Pod tym względem najwspanialszym rokiem w jej krótkim życiu był 1973, kiedy to w hali Sportpalast w styczniu występowali Deep Purple, a w lutym T. Rex. Teraz miała wrażenie, że to było wiele lat temu, a od tamtej pory w jej życiu tak dużo się pozmieniało — niekoniecznie na lepsze. Samą halę zresztą zamknięto jeszcze w tym samym roku i wkrótce potem wyburzono, aby zrobić miejsce pod olbrzymi blok z mieszkaniami socjalnymi.

Nagle Tatiana o czymś sobie przypomniała. Przetoczyła się na drugą stronę łóżka i sięgnęła do szuflady szafki, która przy nim stała. Odsunęła na bok rozrzucone w niej szpargały, wydobyła nieduży plik zdjęć i odszukała to, na którym stała obok plakatu koncertowego T. Rex, zaś w tle widoczna była hala Sportpalast, przed którą stała spora grupa fanów. Była na tym koncercie z ojcem i faktycznie jednego nie mogła mu zarzucić — na muzyce akurat się znał. Szkoda, że poza tym był skończonym palantem.

Tatiana przyjrzała się sobie sprzed trzech lat — miała wtedy wyraźnie zdrowszą cerę, pełniejsze policzki, starannie ułożone włosy, ale przede wszystkim jej twarz rozjaśniał szeroki uśmiech.

— Tęsknię za tobą — powiedziała do siebie samej ze zdjęcia.


Kolejne dni mijały Tatianie nadzwyczaj spokojnie, wręcz monotonnie. Wróciła do szkoły i przestała opuszczać praktyki. Wśród większości kolegów i koleżanek czuła się teraz jednak obco, jak gdyby przeniosła się do nich z innej placówki. Jedynie Kessi wydawała się zawsze cieszyć na jej widok. Chyba była naprawdę zadowolona — być może nawet dumna — że Tatianie udało się uwolnić od uzależnienia od heroiny.

Gdyby tylko znała całą prawdę — myślała często Tatiana. A prawda była taka, że wraz z nałogiem przepadła jej iluzja bezpieczeństwa i najskuteczniejszy mechanizm ucieczki od otaczającej rzeczywistości. Straciła też kontakt ze środowiskiem narkomanów, dilerów i klientów, którzy korzystali z jej usług seksualnych, a wraz z nim kolejną iluzję — iluzję przynależności. Zostało jedynie wyobcowanie i ciągły strach, że któregoś dnia nie wytrzyma i znowu wpadnie w ciąg. Często patrząc w lustro czuła też obrzydzenie na samą myśl o tym, co robiła z tymi wszystkimi obcymi mężczyznami, o wiele starszymi od niej. Czasami z tego powodu przemykała szkolnymi korytarzami tuż pod ścianą, ze spuszczonym wzrokiem, byle tylko uniknąć spojrzeń innych uczniów. Bała się, że wciąż widzieli w niej jedynie narkomankę i że jako taka zostanie przez nich brutalnie odtrącona.

— Tatianka-narkomanka! — jak gdyby na potwierdzenie swoich obaw usłyszała za plecami znajomy szyderczy głos Jo — Gdzie byłaś? Czyżby w końcu w mamrze?

Gdy odwróciła się w jego stronę, śmiał się z własnego żartu niczym z najlepszej komedii, a w niej już się gotowało. Stojący obok Dirk spojrzał na nią z lękiem w oczach, jak gdyby szybciej od swojego kolegi wyczuł, że tym razem nie pójdzie im tak łatwo jak ostatnio.

— Odpieprz się! — krzyknęła Tatiana na cały korytarz, podciągnęła rękawy bluzki i pokazała zgięcia rąk bez nowych śladów wkłuć — Jestem czysta! Widzisz, ty cholerny tępaku?!

Na korytarzu zapanowała pełna napięcia cisza. Z pokoju nauczycielskiego wyjrzała pani Hauser. Wszyscy nagle znieruchomieli, niczym na zatrzymanym filmie, i utkwili wzrok w Tatianie i Jo.

— Widzisz, kurwa, czy nie?! — krzyknęła znowu Tatiana, unosząc prawą rękę, aby mógł się jej lepiej przyjrzeć.

— Widzę — odburknął w końcu zupełnie zbity z tropu Jo, po czym mocno niepocieszony wcisnął ręce w kieszenie spodni i pośpiesznie się oddalił.

Tatiana ciężko westchnęła. Czuła, że jej serce waliło tak, jak gdyby wbiegła właśnie co najmniej na ósme piętro, a dłonie jej drżały.

— Nie przejmuj się nim — odezwał się nagle Dirk, który wciąż stał obok niej — On po prostu ma ciężkie poczucie humoru.

Tatiana nie odpowiedziała. Ponieważ Jo i Dirk byli nierozłącznymi kompanami, podejrzewała, że i on za chwilę zechce wbić jej jakąś szpilę.

Słuchaj — podjął znowu Dirk po krótkiej pauzie — Może wpadniesz w sobotę na imprezę do Theo? Jo się do niego nie wybiera. Nie lubi go. Mówi, że to kujon i nudziarz.

Jego słowa zaskoczyły ją o wiele bardziej niż kolejny atak, którego się spodziewała, więc przez chwilę stała w milczeniu zastanawiając się, co powiedzieć.

— Dobra, czemu nie — wzruszyła w końcu ramionami.

— Fajnie — uśmiechnął się Dirk — Zobaczysz, że przy bliższym poznaniu Theo to naprawdę spoko gość.


Theo mieszkał w starej kamienicy z początku wieku — jednej z tych, które jakimś cudem przetrwały drugą wojnę światową, alianckie naloty i późniejsze walki o Berlin, choć jej elegancka fasada do tej pory była podziurawiona pociskami. Theo, drobnej postury chłopak w okularach w drucianej oprawce, faktycznie już na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie kujona. W dodatku każdy nowy gość w jego mieszkaniu musiał przed wejściem wysłuchać krótkiego historycznego wstępu.

— Tutaj, na półpiętrze — wskazał palcem, stojąc w drzwiach mieszkania, oparty o framugę — było w czterdziestym piątym stanowisko karabinu maszynowego. Nasz dozorca był wtedy w Volkssturmie i donosił chłopakom amunicję. Podobno utrzymali się aż do samej kapitulacji.

Opowiadał o wydarzeniach sprzed trzech dekad z taką pasją, jakby sam był ich świadkiem. Dla Tatiany był to jednak zupełnie inny świat, który w dodatku interesował ją o wiele mniej niż na przykład muzyka, więc i ona postanowiła zbić go nieco z tropu.

— A masz może Led Zeppelin? — spytała słysząc dobiegające z głębi mieszkania Theo dźwięki „Viola Lee Blues” Grateful Dead.

Lubiła ich, ale nigdy nie potrafiła wkręcić się w ich twórczość tak bardzo jak w T. Rex czy Zeppelinów. Theo zaśmiał się krótko.

— Pewnie, są najlepsi, ale T. Rex też są spoko — wskazał palcem na jej koszulkę — Chodź do środka.

Tatiana uśmiechnęła się i przestąpiła próg mieszkania. Musiała przyznać, że Theo pozytywnie ją zaskoczył. Jakieś dziesięć minut później igła adaptera prześlizgiwała się już po wydanym przed rokiem albumie Led Zeppelin „Physical Graffiti”. Tatiana uwielbiała ostatni utwór na drugiej stronie pierwszej płyty — „Kashmir”. Page, Bonham i Jones brzmieli na nim potężnie, a do tego nieziemski wokal Planta sprawiał, że dosłownie dostawała gęsiej skórki.

— Mówię ci, tego kawałka będą słuchać jeszcze za pół wieku — powiedziała, gdy Theo usiadł obok niej na kanapie.

— Albo i jeszcze dłużej — przytaknął.

Przez kolejnych kilkadziesiąt minut rozmawiali wyłącznie o muzyce i koncertach, a jej sprawiało ogromną przyjemność to, że ktoś słuchał jej opinii o poszczególnych wykonawcach i utworach z autentycznym zainteresowaniem. W pewnej chwili jednak Theo dyskretnie pochylił się ku niej i powiedział nieco ciszej:

— Słyszałem, że rzuciłaś herę.

Tatiana zamarła. Nagle, w jednej sekundzie, cały czar tego wieczoru i przyjemnej rozmowy dosłownie prysnął.

— Zgadza się — wydusiła z siebie w końcu, choć jej głos brzmiał nieco sztywno i nienaturalnie.

— W takim razie musisz sobie dzisiaj walnąć — uśmiechnął się Theo.

— Co ty bredzisz? — odwarknęła i odruchowo spojrzała w stronę drzwi.

— Posłuchaj, wyjaśnię ci — Theo uniósł dłonie w pojednawczym geście, rozejrzał się dookoła jak gdyby miał jej wyjawić jakąś wielką tajemnicę, po czym ponownie ściszył głos — Ja nigdy nie ładowałem tyle co ty. Biorę tylko rekreacyjnie, raz na jakiś czas, ale poza tym jestem czysty.

Tatiana uśmiechnęła się pod nosem i pokręciła głową z niedowierzaniem. Wiedziała, jak to jest oszukiwać siebie, a Theo właśnie to robił. Najwyraźniej nie był jeszcze uzależniony fizycznie, ale jego słowa jasno wskazywały na uzależnienie psychiczne.

— I wiesz co? — kontynuował — Nic nie daje lepszego kopa. To tak jakbyś za każdym razem przeżywała ten pierwszy strzał. Nie musisz od razu dawać w żyłę. Po prostu sobie niuchnij.

Jego propozycja brzmiała coraz bardziej kusząco i po chwili Tatiana przyłapała się na tym, że nie zastanawiała się już nad tym, czy chce z niej skorzystać, ale nad tym, czy na pewno jest gotowa ot tak ją odrzucić. Na pewno miała na Theo jedną przewagę — przerobiła już uzależnienie fizyczne, wiedziała, kiedy można się go spodziewać i jakie są pierwsze objawy, a zatem… mogła spokojnie w porę przestać.

— Dobra — zgodziła się wreszcie — ale tylko ten jeden raz.

— Pewnie — ucieszył się Theo — Chodź.


Tatiana i Theo przeszli pomiędzy innymi uczestnikami imprezy do jego pokoju. Theo zamknął za sobą drzwi, usiadł po turecku na łóżku i otworzył szufladę stojącego tuż obok biurka.

— Pomyślą, że poszliśmy na szybki numerek — uśmiechnęła się Tatiana.

Theo zaśmiał się krótko i machnął ręką.

— Chrzanić ich — rzucił lekceważąco — Poza tym chcesz wciągać herę przy otwartych drzwiach? Może od razu zaprosimy też resztę?

W odróżnieniu od Jo, w jego głosie nie dało się wyczuć nawet cienia złośliwości. On po prostu naprawdę miał gdzieś, co pomyślą sobie inni. Nie miało to najmniejszego znaczenia, dopóki mógł sobie strzelić działkę. Tatiana znała ten mechanizm aż nazbyt dobrze.

Theo tymczasem pochylił się nad szufladą, odsunął na bok walające się po niej przybory piśmiennicze i wyciągnął z niej eleganckie okrągłe metalowe pudełeczko.

— Puderniczka? — spytała Tatiana, zaskoczona tym widokiem — Nikogo w rodzinie nie dziwi, że masz swoją puderniczkę?

— Mam problemy z trądzikiem — wzruszył ramionami Theo i uśmiechnął się — Trzeba się maskować.

Odchylił wieczko z lusterkiem i ostrożnie wyciągnął aplikator i wkład z pudrem, osłaniając kilka malutkich srebrnych zawiniątek ukrytych pod spodem. Tatiana też miała swoje sposoby na ukrywanie towaru w domu, ale musiała przyznać, że ten był całkiem pomysłowy. Ona przeważnie wciskała swoje działki do paczek z gumą do żucia, pomiędzy pachnące miętą listki pozawijane w bardzo podobne sreberka.

— Częstuj się — Theo podał jej puderniczkę — Możesz skorzystać z lusterka.

— Oddam ci działkę — rzuciła bez zastanowienia, dopiero po chwili uświadamiając sobie, jakie konsekwencje miały te słowa.

Jej deklaracja wiązała się z tym, że będzie musiała chociaż na chwilę wrócić do świata, z którego nie tak dawno się wyrwała — odłożyć pieniądze, złapać kontakt z którymś z dilerów, a przy okazji zapewne odpowiadać na masę pytań narkomanów zdziwionych jej zniknięciem i ponownym pojawieniem się.

Pewnie myśleli, że wykorkowałam — pomyślała — Ciekawe, czy któryś się nad tym zastanawiał, czy ktokolwiek się w ogóle przejął?

Domyślała się odpowiedzi. Śmierć narkomanki lub narkomana nie była w tym środowisku niczym nadzwyczajnym. Gazety opisywały wiele takich przypadków, począwszy od dzieciaków młodszych nawet od niej, a kończąc na starych ćpunach, którzy jakimś cudem wytrzymali w nałogu przez wiele lat.

— Kiedyś tam — machnął ręką Theo.

Oboje zabrali się za szykowanie towaru — ona wysypywała na lusterku w miarę równą kreskę, a on podgrzewał swoją działkę na łyżeczce. Po chwili proszek na dnie zaczął znikać w mętnej cieczy, którą do niego dodał. Trzymał ją nad płomieniem jeszcze przez chwilę, wpatrując się w drobne bąbelki. Potem odłożył zapalniczkę. Jego ruchy były spokojne — wykonywał te czynności niemal automatycznie. Sięgnął po strzykawkę, nabrał przygotowany roztwór i przez moment przyglądał się jej zawartości. Cała reszta była już tylko kwestią kilku mechanicznych ruchów.

— Gotowa? — spytał, a gdy skinęła głową, uśmiechnął się i przyłożył igłę do zgięcia ręki — No to jedziemy. Odlot za trzy, dwa, jeden…


Tatiana czuła, że wszystkie zakończenia nerwowe w jej ciele płonęły. Ogień wypełniał całe jej ciało przy każdym ruchu, gdy szła środkiem długiej, pogrążonej w mroku, ulicy. Wokół szerokiej kilkupasmowej jezdni nie widziała żadnych budynków, a jedynie nieprzeniknioną czerń i nawet snopy bladego światła, pomiędzy którymi się przemieszczała, zdawały się pochodzić nie z latarni, a wprost z mroku gdzieś ponad nią. Po pewnym czasie — a nie wiedziała nawet, ile go upłynęło — zorientowała się, że nie była sama. Obecność intruza gdzieś za sobą wyczuła instynktownie. Zatrzymała się wpół kroku i powoli odwróciła. Domyślała się, kogo za chwilę zobaczy i faktycznie był tam — jak zawsze odziany w nieskazitelną biel widmowy towarzysz, którego blada twarz po raz kolejny rozmywała się w smugach światła tak, że nie była w stanie opisać żadnych jej charakterystycznych cech poza upiornym uśmiechem, który już tak dobrze znała.

— Tęskniłaś za mną? — zapytał, choć zrobił to tonem tak pewnym, że zabrzmiało to raczej jak stwierdzenie faktu — Brakowało ci tego, co?

— Nie — pokręciła głową, odwróciła się i ruszyła przed siebie.

Nie minęło nawet kilka sekund, a jej towarzysz w jakiś niezrozumiały dla niej sposób bezszelestnie zrównał się z nią i kontynuował:

— Możesz się oszukiwać, ile tylko zechcesz, ale sama ochoczo pchasz się wprost w moje ramiona.

Tatiana nie odpowiedziała, tylko przygryzła nerwowo wargę. On tymczasem nie odpuszczał.

— Ciekawe, co powie Kessi, kiedy dowie się, że znowu ćpasz — mówił spokojnie, bez cienia emocji w głosie, a po krótkiej pauzie dodał — Myślisz, że dalej będzie chciała się z tobą przyjaźnić?

Tym razem Tatiana była bliska reakcji, ale domyślała się, że o to mu właśnie chodziło — aby ją sprowokować, sprawić jej ból i cieszyć się grą na jej emocjach. Przyśpieszyła więc tylko kroku i starała się nawet na niego nie patrzeć. On zaś zatrzymał się pośrodku jezdni, ale wbrew pozorom wcale nie dał za wygraną.

— Spójrz prawdzie w oczy! — zawołał za nią — Jestem twoim głodem i twoim hajem! Jestem każdym kłamstwem, którym karmisz innych i siebie! Zawsze będę z tobą! Masz tylko mnie!

— Nie, to nieprawda! — wrzasnęła Tatiana i rzuciła się biegiem naprzód.

Chociaż mijała kolejne znaki poziome na jezdni, kolejne pęknięcia i dziury w asfalcie, kolejne snopy bladego światła, a jej towarzysz nie ruszał się z miejsca, to dzieląca ich odległość ani trochę się nie zwiększała. Jedynie otaczający Tatianę mrok zdawał się z każdą chwilą gęstnieć, aż wreszcie przestała widzieć cokolwiek oprócz bladej postaci, od której tak bardzo chciała uciec.

— To nieprawda! — krzyknęła zapadając się w czerń.

Mała, do domu odstawię cię

Mała, do domu odstawię cię

W piwnicy jest jakiś cień

I boję się spać samotnie

Utwór „Cadillac” rozbrzmiewał w ciemności coraz głośniej i wyraźniej, a Tatiana wciąż biegła przed siebie, aż wreszcie szarpnęła się i… omal nie spadła z łóżka. Wciąż zdezorientowana rozejrzała się dookoła i po chwili uświadomiła sobie, że jest w swoim pokoju, choć zupełnie nie pamiętała, kiedy i jak się tam znalazła. W dodatku czuła się fatalnie. Leżała naga w pościeli, cała oblana potem, a jednocześnie drżała z zimna. Najgorsze były jednak zawroty głowy i mdłości. Oddychała głęboko i przełykała ślinę, starając się nad nimi zapanować, ale na wszelki wypadek podczołgała się do krawędzi łóżka, żeby w razie czego zwymiotować na podłogę, a nie na kołdrę.

Mała, chcę kupić ci Cadillaca

Mała, chcę kupić ci Cadillaca

Zapłaciłem piosenką swą

A ty mówisz, że zaraz go zwracasz

Muzyka wciąż płynęła z głośnika magnetofonu. Tatiana skupiła się na głosie Marca Bolana, lecz tym razem nie miała siły, żeby śpiewać razem z nim. Mimo to, piosenka bardzo jej pomogła — zakotwiczyła ją w rzeczywistości. Gdy jednak ucichły ostatnie dźwięki, Tatiana przetoczyła się po łóżku do magnetofonu i wcisnęła przycisk „Stop”. Choć bardzo nie chciała opuszczać swojej bezpiecznej przystani, to pamiętała o swoim długu u Theo z poprzedniego wieczora. Nienawidziła robić sobie długów, a to oznaczało, że musiała zdobyć dla niego działkę heroiny. Musiała zatem wrócić na dworzec Zoologischer Garten. Wiedziała, że tam zdobędzie towar najszybciej, ale konfrontacja z tym wszystkim, przed czym nie tak dawno chciała uciec, napawała ją przerażeniem.

— Kurwa… — westchnęła ciężko.

Najpierw jednak musiała doprowadzić się do porządku. Zaczęła od prysznica, po którym poczuła się znacznie lepiej, choć wciąż miała dreszcze, a ręce nie przestawały jej się trząść. Na to miała na szczęście swój sposób. Zaletą tego, że jej matka była — jak to określała Tatiana — „pieprzoną lekomanką” było to, że w domu zawsze było pod dostatkiem środków nasennych i uspokajających. To od nich zresztą Tatiana rozpoczęła swoją narkotykową „przygodę”. Z czasem jednak znienawidziła je i sięgała po nie jedynie w wyjątkowych sytuacjach. Nienawidziła ich przede wszystkim za to, co robiły z umysłem jej matki, a jeszcze bardziej dlatego, że ta zrobiła z nich narzędzie szantażu emocjonalnego.

— Postanowiłam, że moje życie musi się skończyć — powiedziała kiedyś do Tatiany, obwieszczając swój zamiar w ten dziwnie formalny sposób — Jeszcze nie wiem, kiedy to zrobię, ale zrobię na pewno.

Brawo, ty suko — myślała potem Tatiana, gdy minął już pierwszy szok — Ze wszystkich ludzi w swoim otoczeniu mówisz to akurat dziecku. I czego oczekujesz? Że co niby zrobię?

Innym razem usłyszała od niej z kolei:

— Mam jeszcze zapas tabletek. Nałykam się i będzie koniec.

Śmiało — myślała Tatiana, wspominając tamten dzień — Wyświadczysz mi tylko przysługę.

Otoczona tymi wszystkimi obrazami, wrytymi brutalnie w pamięć, Tatiana stanęła przed lustrem i łyknęła kilka tabletek diazepamu.


Gdy tylko weszła do hali głównej dworca Zoologischer Garten, rzucił się jej w oczy krążący po niej bez celu brodaty mężczyzna w brudnych ubraniach. Wymachiwał rękami i robił wokół siebie mnóstwo hałasu, choć nie licząc pojedynczych, w miarę zrozumiałych słów, to tylko raz po raz ryczał niczym dzikie zwierzę.

Kilka osób przebywających w budynku udało się Tatianie nawet rozpoznać, choć wszyscy wyglądali już na mocno wyniszczonych. Snuli się pomiędzy podróżnymi, siedzieli na ławkach, a niektórzy po kątach na brudnej podłodze. Podkrążone, szkliste oczy, pozapadane policzki, skóra wyniszczona tak bardzo, że niektórzy z nich przypominali raczej trędowatych z dawnych czasów niż współczesną młodzież i dorosłych. Ich świat przeplatał się ze światem korzystających z dworca podróżnych, choć łączyło ich jedynie to, że znajdowali się w tym samym miejscu o tym samym czasie i nawet niewprawiony obserwator mógł się w tym wszystkim połapać zaledwie po kilku minutach. Pełni tego obrazu upadku dopełniał unoszący się w powietrzu, drażniący nozdrza zapach moczu, potu i niedomytych ludzkich ciał.

— Hej, Tatiana! — zawołał do niej mężczyzna o ciemnych, kręconych włosach z pierwszymi śladami siwizny, ubrany w skórzaną kurtkę i dopasowane czarne spodnie.

Zaśmiał się, podszedł do niej i poklepał ją przyjaźnie po ramieniu, po czym pochylił się ku niej i dodał nieco dyskretniej:

— Jasna cholera, już myśleliśmy, żeś trafiła do jakiegoś zakładu zamkniętego, albo nie wiem… — zrobił krótką pauzę — Do piachu!

— Cudownie, Rolf — uśmiechnęła się gorzko Tatiana i pokręciła głową.

Znali się dość dobrze i choć Rolf był od niej sporo starszy, to byłaby nawet skłonna zaryzykować stwierdzenie, że się kumplowali. Zresztą jako diler Rolf pozwoliłby sobie na takie podejście do byle kogo. W relacji biznesowej nie mógł sobie pozwolić na bycie dla wszystkich najlepszym przyjacielem, bo szybko zostałby bez towaru i bez pieniędzy.

— Daj spokój, jaja sobie robię — uśmiechnął się znowu — Naprawdę cieszę się, że cię widzę.

— A gdzie Frank? — spytała Tatiana rozglądając się po hali za jego nieodłącznym kompanem.

— Wpadł przy ostatniej obławie — Rolf pokiwał głową — Kręci się tu teraz sporo tajniaków w cywilkach. Właściwie to nie powinienem narzekać, bo wykosili mi sporo konkurencji, a część zmieniła rejon, ale wiesz, jak to jest. Cholera wie, kiedy i mnie szczęście opuści. Myślałem nawet, żeby przenieść się z interesem do Kreuzberga, ale tam musiałbym szukać klientów od nowa.

— Jasne, rozumiem — przytaknęła.

— Potrzebujesz czegoś?

— Hery, jednej działki. Jestem komuś winna.

— Jednej? — zdziwił się Rolf wsuwając dłonie do kieszeni kurtki — Wiesz co? Dam ci dzisiaj dwie. Ta druga będzie na koszt firmy. Pod twój szczęśliwy powrót do syfu. Może być?

To powiedziawszy, wyciągnął ku niej dłoń na znak, że dobili właśnie targu. To był jego stały numer i Tatiana dobrze go znała. Towar, który wydobył dyskretnie z kieszeni, miał ukryty między palcami i czekał teraz aż ona w taki sam sposób przekaże mu pieniądze.

— Interesy z tobą to przyjemność, Rolf — powiedziała wyciągając dłoń ze zwiniętymi banknotami wciśniętymi pomiędzy palce.


Krótka wizyta w tym, co Rolf nazwał syfem — a co było starym światem Tatiany — wypadła nawet całkiem znośnie, a darmowa działka heroiny, którą miała teraz w kieszeni, zaczęła kusić ją jeszcze zanim zdążyła opuścić dworzec. Bądź co bądź, jej poranne złe samopoczucie nie mogło się równać choćby z ułamkiem tego, czego doświadczała w najgorszych dniach uzależnienia. Dlaczego więc nie miałaby sobie podarować jeszcze jednego dobrego dnia na haju?

No właśnie. Czemu by nie? — pomyślała i skierowała się w stronę dworcowej toalety.

Przed wejściem, w kałuży własnych wymiocin leżał nieprzytomny mężczyzna w zasikanych spodniach. Odór był tak nieznośny, że Tatiana musiała wcisnąć nos i usta w zgięcie ręki, ale mimo to nie zrezygnowała ze swoich zamiarów, ominęła go i weszła do środka.

Toaleta była wyjątkowo obskurna — brudne ściany pokryte były bazgrołami, a w pomieszczeniach panował nieprzyjemny półmrok i zaduch, w którym smród moczu mieszał się z chemicznym zapachem środków czyszczących. Tatiana przeszła wzdłuż kabin szukając takiej, która byłaby akurat wolna i miałaby sprawny zamek. Gdy wreszcie na taką trafiła, zamknęła się w środku i przez chwilę stała bez ruchu, opierając się plecami o chłodną ściankę. W toalecie było strasznie duszno. Z jednej z sąsiednich kabin dobiegał szum wody i przytłumione dźwięki, ale tutaj wszystko nagle wydawało się odległe, jakby świat został po drugiej stronie cienkich drzwi.

Wyjęła z kieszeni mały pakiecik i przez kilka chwil wpatrywała się w niego. Palce lekko jej drżały. Usiadła na opuszczonej desce klozetowej, pochyliła się i zabrała się za przygotowanie swojej działki. Serce waliło jej coraz szybciej, choć starała się oddychać spokojnie. Gdy wreszcie wciągnęła heroinę, poczuła najpierw krótkie, nieprzyjemne pieczenie, a potem fala gorąca przeszła jej przez twarz i kark.

Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy. Przez moment nie myślała o niczym. Ani o matce, ani o szkole, a już tym bardziej o tym, co będzie jutro. Siedziała po prostu w ciasnej kabinie, wsłuchując się w monotonny szum niesprawnej, ledwo działającej wentylacji.

Na zewnątrz ktoś się roześmiał. Tatiana otworzyła oczy i wstała. Było jej coraz goręcej, a ciasnota kabiny zaczęła nagle przyprawiać ją o klaustrofobię. Czuła, że wilgotna od potu koszulka zaczynała kleić się do jej ciała. Pośpiesznie spuściła wodę i wyszła na zewnątrz. Podeszła do jednej z umywalek i spojrzała na swoje odbicie w małym, porysowanym lustrze. Wyglądała blado i obco. W tej chwili nie zamierzała jednak zastanawiać się nad tym. Odkręciła zimną wodę, pochyliła się i zaczęła obmywać twarz. Krople ściekały jej po czole, policzkach i szyi, przyjemnie chłodząc skórę.

Tatiana powtórzyła czynność kilkakrotnie, aż w końcu zakręciła wodę, przetarła twarz rękawem kurtki, otworzyła oczy i… stanęła oko w oko ze swoim widmowym towarzyszem, który wpatrywał się w nią bez słowa z porysowanego lustra. Tatiana otworzyła usta, ale krzyk uwiązł jej w gardle. Znowu poczuła, że jej serce zaczęło walić niczym młotem. Niewiele myśląc zacisnęła dłoń w pięść i z całej siły uderzyła towarzysza prosto w wyszczerzone w szyderczym uśmiechu zęby. Rozległ się głośny brzęk tłuczonego szkła, a jego odłamki posypały się do umywalki. W pajęczynie pęknięć Tatiana widziała teraz tylko swoje rozbite, zniekształcone oblicze. Gdy opuściła wciąż zaciśniętą pięść, pośrodku lustra pozostała plama krwi. Przerażona, spojrzała na swoją dłoń.

— Kurwa żesz… — zaklęła na widok krwi cieknącej pomiędzy palcami — Kurwa mać!

Dopiero teraz poczuła przeszywający ból, a do oczu napłynęły jej łzy. Przez chwilę zastanawiała się, czym zabezpieczyć ranę, lecz nagle usłyszała za sobą czyjś pełen złości głos:

— A tu co się do ciężkiej cholery wyrabia?

Tatiana odwróciła się, trzymając się za krwawiącą dłoń i zobaczyła przed sobą kobietę w roboczym ubraniu, z mopem w jednej ręce i wiadrem w drugiej. Bez chwili zastanowienia rzuciła się naprzód i niemal ją przewracając, przecisnęła się przez drzwi.

— Wracaj tu, do cholery! — wrzasnęła za nią kobieta — Pieprzona ćpunka!

Tatiana zupełnie się nią nie przejęła. Chciała tylko wydostać się stamtąd jak najszybciej, więc pobiegła korytarzem prosto do schodów i dalej w dół, na peron U-Bahnu. W miejscu takim jak dworzec — tym bardziej tak duży węzeł przesiadkowy, jakim był Zoologischer Garten, przez który przejeżdżały pociągi regionalne, kolejka podziemna i autobusy — widok biegnących ludzi nie był dla nikogo żadnym zaskoczeniem. Każdy gdzieś się śpieszył, więc nikt nie zwracał na nią uwagi.

Gdy tylko znalazła się na peronie, Tatiana zwolniła kroku i wsunęła zakrwawione dłonie do kieszeni kurtki. Starała się uspokoić oddech i wmieszać w tłum. Celowo wypatrywała większych, zwartych grup ludzi i przeciskała się pomiędzy nimi — byle tylko nie zwracać na siebie uwagi, rozpłynąć się, zniknąć. Przez chwilę wszystko szło zgodnie z jej planem — ludzie napływali ze wszystkich stron, ktoś czytał gazetę, ktoś inny ciągnął za sobą walizkę. W ogólnym gwarze znikały nawet zapowiedzi pociągów. Nagle poczuła czyjąś ciężką dłoń na ramieniu.

— Stój.

Głos za jej plecami był spokojny, niemal cichy. Tatiana odruchowo zatrzymała się i odwróciła głowę.

Mężczyzna stojący za nią nie wyróżniał się niczym szczególnym. Miał na sobie ciemną kurtkę, zwykłe dżinsy i sportowe buty. Przez chwilę Tatiana patrzyła na niego z niezrozumieniem. Dopiero gdy wyciągnął z kieszeni odznakę, zrozumiała, z kim tak naprawdę miała do czynienia — policjant po cywilnemu, tajniak. Serce zabiło jej mocniej.

— A dokąd to się tak śpieszymy? — zapytał niemal żartobliwym tonem.

Nie odpowiedziała. Nagle cały dworcowy gwar niemal zniknął. Zdawał się dobiegać gdzieś z daleka. Ludzie nadal przechodzili obok nich, ktoś śmiał się, ktoś wołał dziecko, a ona stała nieruchomo, czując ciężar dłoni na swoim ramieniu. Przez moment przemknęła jej przez głowę myśl, żeby po prostu wyrwać się i spróbować uciec.

— Nie rób tego — pokręcił głową, jak gdyby potrafił czytać w jej myślach.

Tatiana poddała się. Westchnęła ciężko i wbiła wzrok w ziemię. Najgorsze było to, że wciąż miała przy sobie działkę heroiny, którą kupiła dla Theo, czyli nie dość, że wpadła naćpana, z dłońmi lepkimi od krwi, to jeszcze z towarem, którego nie miała, jak się pozbyć.

Teraz to już chyba naprawdę koniec — pomyślała, a jednak los miał dla niej kolejną niespodziankę w zanadrzu.

— Ernst, łap gnoja! — rozległ się nagle czyjś krzyk gdzieś z drugiej strony peronu.

Tajniak rozejrzał się nerwowo. W oddali zaczynało się tworzyć jakieś zamieszanie.

— Kurwa mać! — zaklął, puścił Tatianę i rzucił się biegiem naprzód, przeciskając się pomiędzy ludźmi.

Tatiana odwróciła się w tym samym kierunku. W kierunku tajniaka biegł jakiś chłopak — jeden z tych, których widziała w hali głównej, wśród narkomanów. Gdy tylko zorientował się, że za chwilę wpadnie w jego ręce, nagle zawrócił i puścił się pędem wzdłuż peronu, przemieszczając się coraz bliżej i bliżej jego krawędzi.

— Stój, policja! — krzyknął do uciekiniera drugi tajniak.

Osaczony chłopak przestał zachowywać się logicznie. Zatrzymał się w pół kroku i desperacko szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki, skierował wzrok na wylot tunelu. Następnie przebiegł jeszcze kilka metrów i zeskoczył na tory. Lądując poślizgnął się na wilgotnym podkładzie, stracił równowagę i runął twarzą prosto na tor. Tatiana widziała jeszcze, jak uniósł powoli głowę i spojrzał prosto w światła pociągu, który — wciąż rozpędzony — właśnie wytaczał się z tunelu. Zahamował gwałtownie, z głośnym zgrzytem metalu. Koła zapiszczały na szynach, a cały skład zatrząsł się, zanim z hukiem zatrzymał się w połowie długości peronu. Dla chłopaka było jednak już za późno — zniknął gdzieś pod nim, zgnieciony i rozerwany przez elementy podwozia.


Na peronie zapanował kompletny chaos. Komendy wydawane przez dwóch tajniaków zniknęły wśród krzyków przerażonych ludzi. Podczas gdy większość ruszyła ku schodom, byle tylko znaleźć się jak najdalej od makabrycznego spektaklu, który właśnie stał się ich udziałem, inni przepychali się pomiędzy nimi w przeciwnym kierunku, aby obejrzeć wszystko z najbardziej makabrycznymi szczegółami. Jeszcze inni stali po prostu osłupiali, z przerażeniem obserwując rozwój wydarzeń.

Tatiana postanowiła skorzystać z okazji, aby ulotnić się z dworca. Nie było to zresztą trudne, ponieważ napierający tłum praktycznie wepchnął ją na schody i zmusił do szybkiego marszu. Już po chwili była w hali głównej, gdzie było znacznie więcej umundurowanych funkcjonariuszy. Obawiając się, że za chwilę któryś z nich znowu zwróci uwagę akurat na nią, Tatiana przyśpieszyła kroku, lecz policjanci najwyraźniej byli już całkiem zadowoleni z wyników obławy — kątem oka dostrzegła, jak bocznymi drzwiami wyprowadzali kilku zakutych w kajdanki narkomanów i co najmniej jednego dilera, którego znała z widzenia. Zapewne dopiero na komendzie będą ustalać, kto jest kim.

Tatiana wyszła na zewnątrz od strony dworca autobusowego, przeszła na jeden z przystanków i usiadła na ławce. Przed oczami wciąż miała wpadający na peron pociąg U-Bahnu rozjeżdżający leżącego na torach chłopaka. Widywała już martwych ludzi — po raz pierwszy, kiedy miała zaledwie pięć lat czy sześć lat i z okien autobusu dostrzegła miejsce wypadku samochodowego na przeciwległym pasie. Ofiarą śmiertelną była wtedy kobieta, na oko po pięćdziesiątce. Tatiana do tej pory pamiętała jej buty na obcasie, jasny płaszcz i zwróconą ku niej twarz zastygłą w grymasie przerażenia. Martwy mężczyzna, którego widziała kilka lat później, był zupełnie inny — zginął na przejściu dla pieszych, ale wyglądał, jak gdyby po prostu leżał na pasach i spał. Oczy miał zamknięte, a twarz zupełnie spokojną. Tym razem jednak po raz pierwszy ktoś zginął na jej oczach, i to w tak straszny sposób. Mimo to, nie zbierało jej się na łzy. Zastanawiała się, czy to z powodu narkotyku w jej organizmie, ale w tej chwili czuła nieomal radość. Dzięki tamtemu chłopakowi gliniarz musiał ją puścić, na peronie wybuchł chaos, a ona była teraz wolna. Jej największym problemem były teraz rany, które sama sobie zafundowała, i lepkie od krwi dłonie.

Na dworzec nie chciała już wracać — zresztą tamtejsze obskurne łazienki nie były odpowiednim miejscem, żeby czyścić rany — więc postanowiła pójść do pobliskiego Europa-Center i ogarnąć się tam.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 57.76