Dedykacja
Dla Marysi — za jej siłę, wytrwałość i serce, które dźwigało tamte 103 dni za nas oboje.
Dla Piotrusia i Asi — żebyście zrozumieli historię, która zaważyła na losach naszej rodziny.
Prolog
13 grudnia 1981 roku Polska z dnia na dzień przestała być krajem, który znaliśmy. Telefony zamilkły, ulice opustoszały, a tysiące ludzi — działaczy, związkowców, studentów, robotników, nauczycieli — zostało wyrwanych z domów i wywiezionych w nieznane. Stan wojenny był nie tylko decyzją polityczną, lecz próbą złamania ducha narodu — narodu, który po raz pierwszy od dziesięcioleci poczuł, że może mówić własnym głosem.
Wśród tych, których zatrzymano tamtej nocy, byłem i ja.
Nie wiedziałem wtedy, że przede mną sto dni, które zmienią mnie na zawsze. Sto dni w zimnych celach, na spacerniakach, wśród ludzi, których wcześniej nie znałem, a którzy stali się moją drugą rodziną. Sto dni, które nauczyły mnie, że solidarność nie jest hasłem ani strukturą — jest doświadczeniem, które rodzi się między ludźmi w najtrudniejszych chwilach.
Ta książka (choć oparta na moich szczegółowych notatkach spisanych w formie listów) nie jest ani opracowaniem historycznym, ani politycznym manifestem. To zapis codzienności internowanego człowieka: listów pisanych do żony i dzieci, obserwacji, rozmów, strachu, humoru, nadziei i zwątpienia. To opowieść o ludziach, którzy — choć zamknięci za drutami — potrafili zachować godność, przyzwoitość i okazywać wzajemną troskę.
Chciałem, by te zapiski ocalały nie tylko jako świadectwo tamtego czasu, ale także jako hołd dla tych, którzy byli obok mnie: dla kolegów z celi, dla lekarzy i pielęgniarek, dla księży, dla rodzin, które jeździły setki kilometrów na krótkie widzenia, dla tych wszystkich, którzy pomagali, ryzykując własnym bezpieczeństwem.
Jeśli ta książka ma jakiś cel, to właśnie ten: by ocalić pamięć o tamtych dniach i o tych, którzy je przetrwali.
Część I. Aresztowanie i pierwsze godziny stanu wojennego
Niedziela, 13 grudnia 1981 roku
godzina 00:01, Bielsko-Biała, Osiedle Karpackie
Gwałtowny łomot w drzwi.
— Otwierać! Milicja! — rozlega się rozkazujący głos za progiem.
Dzieci śpią w sypialni. Zrywamy się z Marysią z łóżka. Ona, zaspana i wystraszona, patrzy na mnie pytającym wzrokiem — jakby przeczuwała, że coś złego właśnie się zaczyna.
Wstaję powoli. Idę w stronę przedpokoju, staram się opanować i uspokoić natarczywe pukanie. Otwieram drzwi.
— Proszę ciszej, dzieci śpią — mówię, choć wiem, że moje słowa nie mają znaczenia.
W progu stoją milicjant w mundurze, obok niego cywilny „pomocnik” — zapewne funkcjonariusz ZOMO.
— Proszę się ubrać. Zabieramy pana na Komendę Wojewódzką Milicji w Bielsku-Białej.
Nie pierwszy raz mam do czynienia ze Służbą Bezpieczeństwa. Nie panikuję. Spokojnie proszę o wyjaśnienie, o dokument uprawniający ich do zatrzymania mnie w środku nocy. Wiem, że to nie będzie zwykła rozmowa.
Zapalam światło i zapraszam ich do kuchni. Widzę po ich twarzach, że są nieco zażenowani sytuacją i moim opanowaniem. Już mniej szorstko tłumaczą, że to tylko na kilka godzin, że wrócę do domu po złożeniu wyjaśnień.
Siadam przy stole, ale stanowczo oznajmiam, że nigdzie nie pójdę bez okazania dokumentu nakazującego zatrzymanie. Po krótkiej wymianie zdań, ku mojemu zdziwieniu, mundurowy wyciąga dokument — decyzję o internowaniu na czas stanu wojennego, o którym, nawiasem mówiąc, oficjalnie dowiemy się dopiero za sześć godzin.
Teraz już wiem, że to nie przelewki. Wszelka dyskusja, wszelki opór — nie mają sensu.
Powoli się ubieram. Wkładam szczoteczkę do zębów do kieszeni, jakby to miała być zwykła podróż. Ściskam i całuję Marysię na pożegnanie.
— Nie martw się, wszystko się jakoś ułoży. Niedługo wrócę — mówię, choć podświadomie czuję, że nasza walka o demokrację i Solidarność właśnie wchodzi w najtrudniejszy etap.
Zjeżdżamy windą z siódmego piętra. Na dole czeka cywilny samochód, za kierownicą — kolejny tajniak. Mróz szczypie w twarz, osiedlowa droga pokryta jest śniegiem.
Po drodze mijamy wojskowe opancerzone transportery, blokady na ulicach, żołnierzy i oddziały ZOMO w pełnym rynsztunku. Powoli dostaję gęsiej skórki. Dociera do mnie powaga sytuacji.
Wojewódzka Komenda Milicji Obywatelskiej, Bielsko-Biała
1:00–3:00 nad ranem
Pomimo późnej pory przed budynkiem komendy panował spory ruch. Jeden po drugim zajeżdżały samochody z internowanymi działaczami Solidarności. Z aut prowadzono nas na dziedziniec, ustawiano w grupach, w szeregu — jak do apelu.
Niektórzy byli skuci kajdankami, innych wyciągnięto prosto z łóżek, w samych piżamach mimo siarczystego mrozu — minus dwanaście stopni Celsjusza. W powietrzu czuć było napięcie, choć niektórzy próbowali podtrzymać ducha politycznymi dowcipami.
Dopiero po latach z opublikowanych dokumentów dowiedzieliśmy się, że tej jednej nocy zatrzymano w naszym regionie aż 99 osób. Od 13 grudnia 1981 roku do końca 1982 roku liczba internowanych i uwięzionych z Podbeskidzia wzrosła do 295.
Cała operacja w naszym regionie, prowadzona pod kryptonimem „JODŁA”, była dziełem Urzędu Spraw Wewnętrznych, czyli politycznej policji. Dowodził nią pułkownik Jerzy Siejek.
Po kilku godzinach stania na mrozie zapakowano nas do milicyjnych ciężarówek. Cała kolumna ruszyła w drogę. W grupach po kilkanaście osób, w nieogrzewanych sukach, przytuleni do siebie, próbowaliśmy choć trochę się ogrzać.
Po kilku godzinach jazdy poczuliśmy, że zjeżdżamy na polną drogę. Ciężarówki podskakują na wybojach, napięcie i niepewność narastają. W końcu cała kolumna się zatrzymuje. Każą nam wysiadać.
13 grudnia 1981, Zakład Karny w Jastrzębiu-Zdroju Szeroka
Niedziela, około 4:00 rano
Przemarznięci do szpiku kości wychodzimy z ciężarówek. Przed nami wysoki mur z drutem kolczastym i ciężka, metalowa brama Zakładu Karnego Jastrzebia-Zdrój Szeroka.
Wchodzimy do środka. Ustawiają nas w szeregu na więziennym placu. Z góry oślepiają nas silne reflektory, a kilka metrów przed nami stoi sznur mundurowych w pełnym uzbrojeniu i ujadające psy na uwięzi.
Po chwili zastraszenia dzielą nas na małe grupki i rozprowadzają do tymczasowych cel.
Trafiam do ciasnej, jednoosobowej celi razem z Mirkiem Styczniem — rzecznikiem prasowym Solidarności Podbeskidzia i przyszłym wojewodą Bielska (lata 1990–1994). Cela ma tylko jedną pryczę, więc razem usadawiamy się na niej i, zmęczeni, usypiamy.
Szósta rano
Ze snu zrywa nas hymn narodowy płynący z głośnika na ścianie. Generał Jaruzelski ogłasza całemu narodowi — i nam, zamkniętym w celach — wprowadzenie stanu wojennego. Powołano wojskową juntę WRON (Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego), zdelegalizowano nasz związek zawodowy Solidarność, działacze opozycji zostali internowani, a czołgi wjeżdżały na ulice polskich miast.
Zaczynamy rozumieć, co wydarzyło się tej nocy. Wciąż jednak mamy nadzieję, że to tylko tymczasowa sytuacja, która wkrótce zostanie wyjaśniona. Wierzymy, że dziesięciomilionowa Solidarność wynegocjuje nasze uwolnienie. Okaże się jednak, że junta wojskowa ma inne plany…
Więzienie było od miesięcy przygotowywane na nasz przyjazd. Trzy duże pawilony zwolniono, a dotychczas przetrzymywanych tu więźniów przeniesiono do pozostałych pięciu pawilonów lub do innych zakładów karnych.
Po kilku godzinach i porannym apelu zaczęto nas rozprowadzać do pawilonów i cel. W końcu trafiam do pawilonu nr 1, cela — 26. Według mojego rozeznania — później potwierdzonego — w trzech pawilonach przebywać będzie (w różnych okresach) około 350 internowanych.
Cele są ośmioosobowe, mają około 16 metrów kwadratowych powierzchni. W każdej znajdują się cztery piętrowe łóżka, stół, kilka taboretów, odsłonięty sedes („klozecik”) oraz umywalka, z której trzy razy dziennie leci zimna woda. Kaloryfer, najczęściej zapowietrzony, grzeje od czasu do czasu. Drzwi zamykane są na klucz i zasuwę, a w oknie znajdują się kraty.
W naszej celi przebywają
— Jerzy Baltakis (ja) — Apena, również zarząd regionu Solidarności Podbeskidzia, kierownik Sekcji Informacji Związkowej, Bielsko-Biała;
— Marian Styczyński — Apena, Bielsko-Biała;
— Zbigniew Baron — Apena, Bielsko-Biała;
— Oswald Dobrzański — Apena, Bielsko-Biała.
Wszyscy wymienieni należą do naszej Komisji Zakładowej „Solidarności” w Fabryce Aparatów Elektrycznych Apena.
Następna czwórka to:
— Mirek Styczeń — zarząd regionu Solidarności Podbeskidzia, rzecznik prasowy, Bielsko-Biała;
— Janusz Warchalowski — WPK (komunikacja miejska), Bielsko- Biała,
— Ireneusz Kóska — zarząd regionu Solidarności Podbeskidzia, Bielsko-Biała;
— Tomek Łagowski — Bewelana, Bielsko-Biała (tymczasowo na izbie chorych).
Mój numer internowanego: 7/81.
Zakład Karny Jastrzębie-Zdrój
Z uwagi na bardzo bliskie położenie do wsi Szeroka, internowani najczęściej używali nazwy Zakład Karny Jastrzębie-Szeroka, w skrócie Szeroka.
Część II. Życie za drutami — pierwsze tygodnie w Szerokiej
14–31 grudnia 1981, Zakład Karny Jastrzębie-Szeroka
Powoli zaczynamy przyzwyczajać się do życia za kratami. Od pierwszych dni jesteśmy całkowicie odcięci od świata zewnętrznego. Nie docierają do nas żadne informacje o tym, co dzieje się w kraju, w naszych zakładach pracy, a co najważniejsze — jak mają się nasze rodziny i czy wiedzą, gdzie się znajdujemy.
Pisaliśmy pierwsze listy — raczej skąpe notatki z informacją o internowaniu i adresem naszego więzienia. Przekazaliśmy je służbie medycznej z więziennej izby chorych w nadziei, że dotrą do naszych bliskich. Po czasie dowiedzieliśmy się, że te pierwsze wiadomości nigdy nie zostały wysłane — ugrzęzły w aktach Służby Bezpieczeństwa.
Pierwszy tydzień upływa nam na poznawaniu się, zacieśnianiu więzi naszej „celowej” ósemki, organizowaniu protestów i oporu w pawilonie oraz wymianie informacji z dwoma sąsiednimi pawilonami pełnymi internowanych. Na początku obowiązuje nas rygor więzienny — włącznie z apelami całego pawilonu. Po śniadaniu (o jadłospisie będzie w następnym rozdziale) nie wolno leżeć na łóżkach.
Wieczorami dajemy o sobie znać, stając w oknach i śpiewając patriotyczne oraz religijne pieśni. „Boże, coś Polskę” w wykonaniu trzystuosobowego chóru niesie się daleko poza druty kolczaste naszego więzienia.
Po kilku protestach i negocjacjach ze służbą więzienną odnosimy pierwszy mały sukces — w ciągu dnia możemy mieć otwarte cele i poruszać się po pawilonie.
Mija już dziesięć dni od czasu naszego internowania. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Wraz z pierwszymi paczkami od rodzin docierają do nas długo wyczekiwane informacje z zewnątrz.
Niestety, dowiadujemy się, że po pierwszych strajkach i protestach junta wojskowa zdołała opanować sytuację. Wojskowe rogatki na ulicach, godzina policyjna i zakazy podróży pozwalają jedynie na bierny opór. Solidarność schodzi do podziemia.
Pierwszą paczkę od Marysi otrzymuję tuż przed Wigilią. To ogromna radość, ale przede wszystkim uspokojenie, że jesteście cali i zdrowi. Że dajesz sobie radę, Marysiu, w tych trudnych czasach, choć masz na głowie dom, Asię, która ma już pięć miesięcy, i pięcioletniego Piotrusia.
Wigilia Bożego Narodzenia
Otwarte cele w ciągu dnia umożliwiły nam zorganizowanie podwójnej Wigilii. Około godziny 18:00 w świetlicy pawilonowej odbyła się religijna uroczystość dla wszystkich internowanych. Zrobiliśmy prowizoryczny ołtarz — był to stół z białym obrusem i świeczką (oba akcesoria były w paczce od Marysi), drewniany krzyż oraz zielona gałązka jodły.
Pomimo naszych starań i pertraktacji nie wpuszczono lokalnego księdza na tę wyjątkową okazję. Przygotowaliśmy fragmenty z Pisma Świętego, wspólną modlitwę w różnych intencjach (łatwo się domyślić, które były najczęściej wypowiadane), a na zakończenie śpiewaliśmy kolędy. Wszyscy płakali jak bobry.
Później, w naszej celi, w ósemkę zasiedliśmy do skromnej, ale wzruszającej wieczerzy wigilijnej. Dzięki kreatywności kolegów udało się przygotować tradycyjne „12 potraw” — choć w tym przypadku było to pięć rodzajów kanapek i kilka innych improwizowanych dań. Furorę zrobiły wypieki od Marysi. Wieczór zakończył się wspólnym śpiewaniem kolęd.
Pierwszy dzień świąt
Radość trwała dalej. Kolejne osoby otrzymały paczki od rodzin. Po niemal dwutygodniowej więziennej diecie w końcu poczuliśmy smak prawdziwego jedzenia. Niestety, zapasy wystarczyły tylko na dwa dni. Po świętach trzeba było zadowolić się więziennym jadłospisem.
Trzy posiłki dziennie
Śniadanie — około godziny 8:00, po apelu całego pawilonu. Zazwyczaj była to zupa obiadowa: grochówka lub krupnik. W niedziele serwowano zupę mleczną… nadającą się jedynie do muszli klozetowej.
Obiad — około godziny 13:00. Oczywiście ta sama zupa co na śniadanie. Na drugie danie podawano tzw. beton — zgęszczony groch, w którym łyżka stała pionowo.
Kolacja — przynoszona razem z obiadem: chleb, czarna kawa i margaryna. Z czasem, dzięki tzw. wypisce z kantyny więziennej, udawało się zdobyć cebulę i smalec — to było najlepsze danie.
Raz w tygodniu — rozpusta: kotlet mielony.
Styczeń 1982, Zakład Karny Jastrzębie-Szeroka
Z nowym rokiem otrzymujemy „wspaniałomyślnie” kilka dodatkowych udogodnień. Raz w tygodniu maszerujemy całym pawilonem do więziennej łaźni, gdzie przez kilka minut puszczają nam ciepłą wodę. Raz w miesiącu możemy też wysłać jeden list i — co najważniejsze — odbyć jedno widzenie z bliską osobą. W świetlicy więziennej pojawił się stół do ping-ponga. Dla zabicia czasu chodzimy tam z Marianem Styczyńskim na kilka setów.
Te drobne udogodnienia sugerują, że po początkowym chaosie junta wojskowa powoli stabilizuje sytuację w kraju. Zakaz strajków, godzina policyjna, specjalne zezwolenia na przemieszczanie — wszystko to chwilowo tłumi wzburzone nastroje społeczne.
Na Nowy Rok administracja więzienna wyraziła zgodę na odwiedziny biskupa Czesława Domina z Katowic wraz z miejscowym proboszczem. W naszym pawilonie zorganizowaliśmy spotkanie z biskupem połączone z Mszą Świętą. Przygotowaliśmy ołtarz — podobny do wigilijnego — i przetrenowaliśmy pieśni oraz kolędy. Stuosobowy chór zatrząsł murami naszego pawilonu.
Po kazaniu biskup był bardzo wzruszony, my też ocieraliśmy łzy z policzków. Podarowaliśmy mu ołtarzyk z drewna ze świeczką, którą Marysia przysłała przed Wigilią. Powiedział, że zachowa ją do końca swoich dni.
To spotkanie było nam wszystkim bardzo potrzebne. Dodało nam wiary i otuchy. Poczuliśmy, że o nas nie zapomniano, że nasze internowanie ma jakiś sens — że jesteśmy ważną częścią oporu przeciwko stłamszeniu demokratycznych przemian w Polsce.
Indoktrynacja
Powoli, ale systematycznie zaczynają nas wzywać na tzw. rozmowy z SB — Służbą Bezpieczeństwa, specjalną służbą do walki z polityczną opozycją. Najczęściej prowadzi je kapitan Modrzyński z bielskiej SB. Uczestniczą w nich również „opiekunowie zakładowi” — tajniacy SB zatrudnieni na etatach w zakładach pracy.
Z ramienia mojego zakładu Apena „opiekunem zakładowym” byl funkcjonariusz SB, pan Paciejewski, zatrudniony na etacie w centrum obliczeniowym.
Rozmowy mają charakter wywiadu środowiskowego — służą poznaniu naszych poglądów na obecną sytuację oraz rozeznaniu naszej podatności na ewentualną współpracę. Często kończą się propozycją podpisania Deklaracji Lojalności (tzw. lojalki) jako warunku zwolnienia z internowania. Deklaracja to pisemne zobowiązanie do przestrzegania prawa i przepisów stanu wojennego, wprowadzonego 13 grudnia 1981 roku.
Podobno deklarację podpisało kilkanaście osób — na około 300 internowanych w naszym więzieniu.
Dziś, w piątek 8 stycznia, w świetlicy naszego pawilonu odbyło się spotkanie z kapitanem Modrzyńskim. Poinformował o zwolnieniu 12 osób, między innymi z pawilonu nr 2 zwolniono Leszka Putka i Bogdana Rolę z naszej Apeny. Z nutą ironii dodał, że nasze rodziny „dają sobie radę”, bo otrzymują kartki na zakupy podstawowej żywności.
Sobota, 9 stycznia 1982, Szeroka
Dzisiaj mieliśmy poważny incydent ze służbą więzienną, tzw. klawiszami. Od dwóch dni kaloryfery nie grzeją. Temperatura na zewnątrz — około minus 12 stopni.
W celi jest okropnie zimno, a na dodatek nie ma bieżącej wody w kranie. W porozumieniu z innymi celami zaczynamy bierny protest. Łamiąc więzienny regulamin, leżymy na pryczach i nie wstajemy do porannego apelu.
W odwecie klawisze zamykają nam cele, które po ostatnich negocjacjach powinny być otwarte od 8:00 do 22:00. Po zamknięciu cel przechodzimy do eskalacji i zaczynamy co parę minut walić w metalowe drzwi, domagając się widzenia z „opiekunem pawilonu”.
W pawilonie nr 2 protest jest jeszcze bardziej intensywny. Tam non stop walą metalowymi taboretami w drzwi cel.
Po godzinie wszystkie cele się otwierają i zostajemy poinformowani o awarii systemu ogrzewczego oraz o postępach w jego naprawie.
Pozytywnym skutkiem ubocznym protestu było przymknięcie oka przez służbę więzienną na powieszony przez nas dwumetrowy krzyż na białym płótnie, upiększający korytarz naszego pawilonu. Na krzyżu tajemniczo pojawia się również znaczek Solidarności.
Z czasem dowiadujemy się, że te małe ustępstwa mają na celu uspokojenie nastrojów przed wizytą wysłanników Czerwonego Krzyża, którzy i tak dowiedzą się o pchłach, pluskwach i myszach, o problemach z ogrzewaniem, brakiem ciepłej wody oraz o obostrzeniach wobec internowanych — znacznie surowszych niż wobec zwykłych więźniów mieszkających w sąsiednich pawilonach.
10 stycznia 1982. Urodziny
Moje urodziny — i miła niespodzianka. Nie wiem, skąd moi „współlokatorzy” dowiedzieli się o tej dacie, ale dostałem wspaniałą kartkę urodzinową i gromkie „Sto lat”.
Ta kartka pozostanie ze mną do końca moich dni.
Drogi Jurku!!!
Dziś obchodzisz urodziny
Składamy Ci z tej przyczyny:
(choć masz już lata Jezusowe)
Abyś łysą nosił głowę
Abyś dziatek miał dwanaście
Zęby mywał w czarnej paście
Byś miał to, co Mirek — sadło
I by przez następne lata
Nieobca Ci była krata
I betonu pełen plater
A pod kocem słodki „wiater”
Tych i innych moc słodyczy
Siedmiu Ci internowanych życzy
13–22 stycznia 1981, Szeroka
W środę minął już miesiąc od tej pamiętnej nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. W porozumieniu z pozostałymi pawilonami internowanych o północy przy otwartych oknach śpiewaliśmy patriotyczne pieśni. To jedna z niewielu form protestu, które możemy tu wspólnie przeprowadzić. Dodaje nam trochę otuchy i energii do przetrwania.
Paczka od Marysi
Dziś, w czwartek, uśmiechnęło się do mnie szczęście. Dostałem paczkę od Marysi. Wszyscy tu bardzo doceniamy każdą przesyłkę, bo wiemy, ile wysiłku kosztuje was zakup czegokolwiek przy pustych półkach sklepowych — a szczególnie Ciebie, Marysiu, z dwojgiem małych dzieci na głowie.
Paczka była okropnie poobijana. Słoik z powidłami i mięsem potłuczony, torebka z cukrem rozerwana. Domowymi sposobami udało się jednak wszystko uratować. Zrobiliśmy prowizoryczną maszynkę do podgrzewania: metalowa puszka, trochę smalcu i dwa szmaciane knoty, a do tego sitko z gazy. W ten sposób pozbyliśmy się większości kawałków szkła. Nic się nie zmarnowało.
Choroba i zimno
Ostatnie cztery dni spędzam w łóżku — mam zapalenie oskrzeli. Dostałem antybiotyk, makrocyklinę. Chyba zaczyna pomagać, bo powoli czuję się lepiej.
Był taki okres (awaria albo „siły nieczyste”), że przez kilka dni nie działało ogrzewanie. Zima jest ostra, temperatury często spadają poniżej minus 10°C. Nasze więzienne pawilony szybko się wyziębiają. W niektórych celach pojawiają się nawet sople wewnątrz okien. Często trzeba spać w dodatkowych ciuchach.
Po rozmowach ze służbą więzienną przeniesiono kilka osób do cieplejszych cel, a jedną z najzimniejszych zamieniono na kaplicę pawilonową. Z powodu zimna nie musimy już zrywać się do apelu o 7:00 rano — wystarczy, że jedna osoba zamelduje stan obecności.
Ostatnio w naszej celi jest nas tylko sześciu. Tomek Łagowski i Marian Styczyński są na więziennej izbie chorych. Brakuje mi Mariana — do gry w ping-ponga i naszych dyskusji brydżowych.
Zmiana tonu SB
Daje się odczuć drobną zmianę w zachowaniu Służby Bezpieczeństwa wobec internowanych. Rozmowy z przedstawicielami SB są bardziej uprzejme. Podobno sami proszą o pisanie podań do Komendanta MO o zmianę decyzji internowania.
Pytają głównie o sprawy zakładowe, próbują wywnioskować, jaka będzie nasza działalność po powrocie do pracy. Chodzą słuchy, że pod koniec stycznia mają zwalniać z internowania pracowników fizycznych. Większość z nas jednak nie wierzy w szybkie zwolnienia i traktujemy to jako próbę ostudzenia nastrojów.
Nowi internowani
Ostatnio przywieziono do naszego więzienia wielu nowych internowanych. Najpierw siedzieli w zakładzie karnym w Zabrzu, potem — w ciężkim więzieniu w Raciborzu.
W Zabrzu mieli świetną organizację: własną służbę wywiadowczą, wewnętrzną dyscyplinę i zachowaną strukturę związku Solidarność. Nie dopuszczali do żadnych indywidualnych rozmów ze służbą więzienną i SB. Niestety, po pewnym czasie przy pomocy milicji (ZOMO) rozdzielono ich na mniejsze grupy i przewieziono do innych ośrodków internowania.
Powrót do celi
Dziś, w czwartek, wracają z izby chorych Tomek i Marian. Znów w celi będziemy mieć pełny skład — osiem osób. Będzie więc weselej, a dni staną się bardziej urozmaicone. Jedyny mankament — dużo dymu nikotynowego, bo obaj sporo palą.
Wiadomości z zewnątrz
Widzenia z bliskimi, oprócz wsparcia duchowego, mają jeszcze jedną dobrą stronę — docierają do nas wiadomości z zewnątrz.
Ostatnim takim rarytasem była homilia Prymasa Glempa wygłoszona 6 stycznia, na Trzech Króli. Mówił w niej o stanie wojennym i jego wpływie na społeczeństwo, o przedłużającym się internowaniu opozycji i zwolnieniach z pracy z powodów ideologicznych. Apelował o złagodzenie rygorów stanu wojennego.
Społeczeństwo oczekuje szybkiej normalizacji, a tymczasem władza — junta wojskowa — przeprowadza masowe czystki w zakładach pracy, wymuszając podpisywanie „poddańczych” deklaracji. Piękne kazanie. Po jego przeczytaniu lżej się tutaj siedzi.
Jak wynika z homilii Prymasa, stan wojenny nie rozwiązał problemów, z jakimi borykało się społeczeństwo przed 13 grudnia 1981 roku. Cała gospodarka dalej leży na łopatkach, a obecny przewrót tylko pogłębia ten kryzys. Nie wydaje się, by junta miała jakikolwiek plan wyjścia z tej patowej sytuacji — co nie wróży dobrze, jeśli chodzi o zakończenie naszego internowania.
Najgorsza jednak jest ta niewiadoma i niepewność naszego losu.
Jak wspominałem wcześniej, mimo utrudnień coraz więcej bliskich przyjeżdża na wizyty — czasem nawet z dziećmi. W ostatnim liście proszę Marysię, by w miarę możliwości przyjechała z Piotrusiem. Ma już prawie sześć lat. Bardzo mi go brakuje, choć zawsze w listach do Marysi piszę do niego parę słów. Asia ma zaledwie osiem miesięcy — pewnie już o mnie zapomniała.
22 stycznia. Z kolejnego listu do Marysi
Piszę, bo nie wiem, czy przyjedziesz w tę sobotę. Bardzo dziękuję za przesyłki, które przekazałaś przez żony kolegów internowanych z Podbeskidzia. Z docierających do mnie wiadomości wynika, że krążą pogłoski — zapewne rozsiewane przez SB — jakoby Zbyszek Pryjda, który was odwiedza i wam pomaga, miał być podejrzewany o współpracę z bezpieką. Koledzy radzą zachować ostrożność, choć ja podświadomie czuję, że Sławka i Zbyszek pomagają wam z potrzeby serca.
W styczniu 1981 roku Prezydium Solidarności Podbeskidzia ogłosiło w naszym regionie strajk generalny. Głównym postulatem było usunięcie skorumpowanych władz wojewódzkich i miejskich. Negocjacje długo nie przynosiły żadnych rezultatów — aż do momentu, gdy Zbyszek Pryjda jako prawnik dowiedział się o istnieniu materiałów przygotowanych przez Najwyższą Izbę Kontroli (NIK) w bielskich urzędach państwowych. Zawierały one szczegółowe dowody ogromnej korupcji lokalnych władz. Oczywiście w czasach komuny schowano je do szuflady i nie wyciągnięto żadnych konsekwencji.
Dzięki tym dokumentom nasze postulaty nabrały realnej wagi. Po interwencji Lecha Wałęsy i Kościoła zawarto porozumienie z rządem uwzględniające nasze żądania i kończące strajk, który sparaliżował Podbeskidzie na dziesięć dni.
Kilka słów do Piotrusia
Mam nadzieję, że sprawujesz się dzielnie i wzorowo. Na pewno opiekujesz się wszystkimi, a najbardziej swoją siostrzyczką Asią. Odmawiaj codziennie paciorek za całą rodzinkę, a szczególnie za tatusia, żeby jak najszybciej wrócił do was i żebyśmy znowu byli wszyscy razem.
Powrót do codzienności więziennej
Kilka dni temu wysłałem pismo do komendanta z prośbą o widzenie z dziećmi, szczególnie z Piotrusiem, który ma wyjechać do Wrocławia do babci. Niestety po paru dniach otrzymałem odmowę. Podobno moja prośba została negatywnie zaopiniowana przez SB.
Jeśli chodzi o zwalnianie internowanych, na razie panuje cisza. Wychodzą pojedyncze osoby — zapewne te, które podpisały Deklarację Lojalności wobec władz wojskowych. Zdecydowana większość jednak nie daje się złamać.
Wizyty duchownych i gości
Wczoraj odwiedził nas biskup Bednarz z Katowic. Bardzo bezpośredni, serdeczny i towarzyski. Z każdym się przywitał, zamienił kilka słów. Przed wizytą u nas był już w pięciu innych więzieniach. Powiedział, że wszędzie widział dużo wiary i ludzkiej solidarności.
Dodał nam otuchy, mówiąc, że tutaj, wśród internowanych, rodzi się przyszła wolna i demokratyczna Polska. Droga do tego celu będzie długa i trudna, ale nie ma od niej odwrotu. Na koniec zaśpiewaliśmy wspólnie kilka patriotycznych pieśni.
Tego dnia esbecy już nas nie przesłuchiwali — widocznie zorientowali się, że ludzie są „zbyt napompowani”.
Przedwczoraj odwiedził nas sędzia penitencjarny z Katowic. Zbierał informacje o warunkach, w jakich żyjemy. Kiedy zapytano go o jego kompetencje, okazało się, że… nie ma żadnych.
Dziś z kolei odwiedzili nas przedstawiciele z Polskiego Czerwonego Krzyża. Wyglądali na wstrząśniętych warunkami, w jakich tu żyjemy. Na zakończenie dostaliśmy paczki ze środkami higieny osobistej. Możemy więc trenować mycie zębów — co prawda nadal zimną wodą, ale za to nowymi szczoteczkami.
Powrót do monotonii dnia
Po tych kilku wizytach wracamy do codzienności: ping-pong, czytanie książek, pisanie listów. Ostatnio wielką atrakcją był turniej brydżowy zorganizowany przez Mariana Styczyńskiego, który — jak pisałem wcześniej — wrócił do naszej celi z izby chorych.
28 stycznia 1982, Szeroka
41. dzień internowania
Na miejsce kilkunastu zwolnionych z internowania ciągle przywożą nowe osoby. Dziś (28 stycznia) do naszego pawilonu trafiły trzy osoby z Katowic. Tam, na komendzie milicji, jest jak w Chile: zwoje kolczastego drutu wokół budynków. Internowanych najpierw rozbierają do naga i dokładnie przeszukują. Następnie — według ich opowiadań — ustawiają ich w szeregu na czworaka i leją po tyłku pałami, śmiejąc się i ubliżając. Już w celach jest podobnie jak u nas, ale za byle co obrywają policyjnymi pałkami. Chcą im w ten sposób wybić z głowy ewentualną przyszłą działalność w związkach i opozycji.
U nas, na Komendzie Milicyjnej w Bielsku, było trochę spokojniej. Przypuszczam, że nasz styczniowy strajk generalny na Podbeskidziu przynajmniej na jakiś czas powściągnął brutalność funkcjonariuszy i zmusił ich do ostrożniejszego traktowania ludzi.
Kilka dni temu, z nieznanych nam powodów, opróżniono naszą izbę chorych. Przebywających tam kolegów przewieziono do szpitala więziennego w Cieszynie. Po badaniach i selekcji kilka osób wróciło z powrotem do naszych cel. Niektórzy z nich są poważnie chorzy. Dla przykładu pan Matejko z Oświęcimia ma ropień w płucach, ale według oceny lekarza więziennego „nie jest to zaraźliwe” i może przebywać w zimnych celach. Wrócił też pan Zając z WPK Bielsko — bardzo zawiedziony, bo spodziewał się wyjścia na wolność.
Propaganda junty
W celach mamy głośniki na ścianach, podłączone do więziennego radiowęzła. Główny cel: przekaz propagandy junty wojskowej.
Dzisiaj puszczono nam na żywo sejmowe wystąpienie szefa junty, generała Jaruzelskiego. Choć nasze oczekiwania były niewielkie, w duchu żywiliśmy nadzieję, że może los się do nas uśmiechnie.
Niestety, oprócz zapowiedzi częściowego złagodzenia rygorów stanu wojennego do końca lutego — niewiele się zmieni. Z tonu wypowiedzi generała widać było wyraźnie, że naciski międzynarodowe i sankcje (między innymi Reagana, prezydenta USA) jak na razie nie odnoszą większych sukcesów.
Dyskusja sejmowa po wystąpieniu generała doprowadziła do wybuchu gniewu w naszym pawilonie. Skończyło się na szczęście tylko okrzykami i wyzwiskami pod adresem lokalnych klawiszy. Za karę świeży chleb na kolację nie został dostarczony na czas, a wieczorny apel przesunięto na 20:00 — szukano prowodyrów protestu. Nie chciano nam uwierzyć, że winny był sam, generał Jaruzelski.
Kontrowersyjna propozycja wyjazdu z kraju
W swoim wystąpieniu generał zapowiedział, że rząd nie będzie stawiać przeszkód osobom internowanym, które zechcą osiedlić się w innych krajach.
Ten fragment wywołał w naszej celi burzliwą dyskusję do późnych godzin nocnych. Przeważały dwa możliwe powody, dla których generał to powiedział:
— Próba ośmieszenia nas w oczach kolegów, którzy zeszli do podziemia i działają w konspiracji, oraz w oczach tych, którzy pomagają naszym rodzinom. Granie na strunie patriotyzmu.
— Próba wysondowania nastrojów i stworzenia listy chętnych do wyjazdu. Z takim spisem łatwo będzie odizolować mniej zdecydowane osoby i przekonać do współpracy, wykorzystując utrudnienia w otrzymaniu paszportów.
Podobno — jak opowiadają koledzy wzywani na przesłuchania z kapitanem SB Modrzyńskim — już wcześniej sugerowano sporządzenie takiej listy.
Wspominam o tym wszystkim w liście do Marysi, bo to poważny dylemat, a ewentualne decyzje mogą zaważyć na dalszych losach całej rodziny.
Drobne przyjemności dnia powszedniego
Dziś, w piątek 29 stycznia, na otarcie łez dostaliśmy możliwość zrobienia zakupów (tzw. wypiski) w więziennej kantynie. Jeszcze po starych cenach — bo w lutym będą duże podwyżki. Na dodatek, dla osłody, Tomek Łagowski dostał dwie paczki. Uczta była więc wyjątkowa jak na nasze warunki.
Ostatnio z naszego pawilonu wyszło kilka osób. Z przecieków od klawiszy wynika, że jutro prawdopodobnie wyjdzie Marian Styczyński. Być może dały tu o sobie znać starania Małgosi, żony Mariana. Dodam, że za czasów Solidarności urodziły im się bliźniaki — Małgosia ma więc urwanie głowy. Marian jest „twardzielem” i na pewno nie podpisał żadnej lojalki. Jeśli się to sprawdzi, okaże się pierwszą zwolnioną osobą z naszej celi. Będzie nam go brakować.