Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Spotkanie pierwsze

Małgorzata Podsędek

Od zawsze byłem dumny z bycia Ateńczykiem. Dlaczego? Ponieważ nasze polis było największym, najbardziej rozwiniętym i przede wszystkim demokratycznym miastem. A ja miałem zaszczyt pełnienia roli stratega w armii. Nie było to łatwe zadanie, wymagało doświadczenia, skupienia, precyzji oraz wiedzy. Jednak od najwcześniejszych lat uczono mnie strategii, dyscypliny oraz władania różnymi rodzajami broni. Brałem udział w dziesiątkach bitew, osiągnąłem wiele sukcesów, zdobyłem zaufanie i wierność ludzi. To wszystko sprawiło, że zostałem wyróżniony.

Zbliżało się letnie przesilenie, a wraz z nim wielkie świętowanie na cześć bogów. Przygotowania były zauważalne i słyszalne w całym mieście. Jednak dla nas miała to być tylko chwila wytchnienia w trwającej wojnie ze Spartą. Moi hoplici musieli być gotowi na wszystko, dlatego nie przerywaliśmy ćwiczeń. Dzisiaj dopracowywaliśmy falangę, która wymagała zdyscyplinowania i dobrej kondycji fizycznej. Bogowie nam jednak sprzyjali i zakończyliśmy musztrę jeszcze przed południem. Wspólnie udaliśmy się na obiad. Usiadłem razem z innymi strategami i moimi przyjaciółmi, Symmachem i Ptolemeuszem.

— Jak ma się twoja jednostka, Epifanii?

— Bardzo dobrze, wszyscy są sprawni i gotowi do walki- odpowiedziałem dumny.

— Doskonale, chodzą, bowiem słuchy, że nasz wróg znowu zaczął się zbroić.

— To jeszcze niepotwierdzona informacja… — mruknął Symmach.

— Na Bogów! Co chwilę słyszymy o kolejnym konflikcie lokalnym. Jeśli nie zaczniemy szybko działać, będzie za późno i Spartanie staną pod bramami Aten — oburzył się Ptolemeusz.

— Panowie spokojnie! To nie jest czas na kłótnie, mamy świętować. Lepiej złóżmy ofiarę Aresowi i módlmy się o zwycięstwo.

We trójkę podeszliśmy do wielkiego ogniska i wrzuciliśmy do niego kawałek mięsa. Po posiłku wróciłem do mojej jednostki, musieliśmy jeszcze sprawdzić nową broń. Trening trwał do zachodu słońca, potem rozeszliśmy się do naszych domów. Wracałem samotnie, rozmyślając nad słowami przyjaciół. Co jeśli to prawda? Czy czeka nas kolejna bitwa?

Mieszkałem razem z Symmachem, znaliśmy się już w dzieciństwie. Obaj wstąpiliśmy do armii i równolegle wspinaliśmy się po jej szczeblach. Zastałem go siedzącego na łóżku — czyścił swój pancerz z wielką starannością. Ja sam postanowiłem przejrzeć mapy, zaplanować nowe formacje i ulepszyć stare. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że towarzysz coś do mnie mówi.

— A ty, co o tym wszystkim myślisz?

— Uważam, że jesteśmy gotowi do walki. Spartanie mogą zaatakować nawet jutro, a co dopiero za parę tygodni. Nie wiemy jednak, jakie siły przygotują tym razem.

— Masz rację, ale chyba obaj pomimo wszystko mamy jakieś wątpliwości…

— Niestety, ale musimy czekać. Kto wie, może nie wykonają żadnego ruchu.

— Jest sposób, by dowiedzieć się szybciej. — Spojrzałem na niego z zaciekawieniem. — Wyrocznia powie nam prawdę.

— Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. Cierpliwość jest kluczem do szczęścia.

Nie rozmawialiśmy już więcej na ten temat. W dniu przesilenia letniego wszyscy braliśmy udział w zabawach na cześć bogów. Przyjęcie trwało w najlepsze, śpiewaliśmy i tańczyliśmy wokół Partenonu. Oczywiście nie mogło zabraknąć jedzenia i dobrego wina. Siedziałem przy stole wraz z przyjaciółmi i kilkoma kobietami. Boski trunek wirował nam w głowach, więc łatwo nam się rozmawiało. W końcu jeden z nas poruszył temat wojny. Zaczęła się dość długa sprzeczka, którą po czasie postanowiłem przerwać, widząc znużenie naszych towarzyszek. Jedna z nich spytała jednak z zadziornym uśmiechem:

— Epifanii, czy jesteś przygotowany na walkę?

— Na Aresa! Zawsze! — Odpowiedziałem z uniesieniem.

— Nawet, jeśli grozi wam klęska?

— Chyba nas nie doceniasz…

— Doceniam, ale chyba sam rozumiesz, że to mojry kierują naszym losem, może… nie, lepiej bym nie mówiła.

— Jeśli zaczęłaś to dokończ, kobieto! — Odparłem, już lekko rozdrażniony.

— A co by było, gdyby pisana ci była porażka? Nadal podjąłbyś walkę?

— Ha! Zwycięstwo mam we krwi! Nigdy nie zwątpię w swoją jednostkę, prędzej umrę, niż się poddam.

Kobieta wstała i podeszła do mnie od tyłu i wyszeptała mi do ucha z drwiną:

— Nie byłabym tego taka pewna, strategu.

Potem odeszła i zniknęła w tłumie. Kim ona jest, żeby we mnie wątpić? Dawno nie czułem się tak wytrącony z równowagi i poniżony. Kobieta ma wydawać wyrok na mój los?

Nie umiałem się już bawić przez resztę wieczoru. Cały czas w głowie słyszałem jej głos, aż odniosłem wrażenie, że stoi obok mnie i powtarza tamte słowa jak pieśń. Musiałem się przejść, pożegnałem się z przyjaciółmi i udałem się w kierunku świątyni Ateny. Starałem się uspokoić, ale wewnątrz byłem wściekły. Jak mógłbym stchórzyć? Ja- wielki strateg, dowódca największego oddziału hoplitów, Ateńczyk z krwi i kości? Na bogów! To byłaby największa hańba. Nawet nie spostrzegłem, gdy minąłem mury miasta. Nogi same wiedziały, gdzie iść. Ciągnęło je do odpowiedzi, do Delf.

***

Droga nie okazała się taka łatwa. Zbliżała się noc, a ja nie wiedziałem, gdzie ją spędzę. Na szczęście Hermes mi sprzyjał, bo w oddali dojrzałem małe miasteczko. Nigdzie nie widziałem jednak mieszkańców. Przeszedłem koło kilku domów i nikogo nie spotkałem. Gdy skręciłem w kolejną ścieżkę, zauważyłem, że ktoś mnie śledzi — kobieta z długimi ciemnymi włosami. Umysł podpowiadał mi, co powinienem robić. Rozejrzałem się dookoła i znalazłem otwartą przestrzeń. Okazało się, iż jest to główna ulica. Tutaj już nie brakowało ludzi, którzy prawdopodobnie nadal świętowali. Wtopiłem się w tłum, by zgubić swój cień. Dopiero po chwili miałem szansę się odwrócić, jednak nie zobaczyłem nikogo podejrzanego. Dziwne, chyba nie powinienem był tyle pić, bo zaczynały mi się zwidy. Zobaczywszy duży budynek wyglądający na zajazd, ruszyłem do przodu. Zbudowano go z przepychem i rozmachem. Wykupiłem pokój na noc. Postanowiłem jeszcze pójść coś zjeść przed snem. Na stole stały półmiski z rybami, sałatą oraz pieczywem. Usiadłem na pierwszym wolnym miejscu obok jakiegoś staruszka. Przywitałem się z nim skinieniem głowy i zacząłem jeść. Mężczyzna przypatrywał mi się przez cały czas, aż w końcu zdobył się na odwagę i zapytał:

— Co taki młody człowiek robi w naszym mieście?

— Mam zamiar udać się do Delf do Wyroczni. Zatrzymałem się tu na noc.

— Nie musisz iść aż tam, my również mamy swoją Wyrocznię.

— Naprawdę?

— Pójdź jutro na wzgórze za rzeką, a sam się przekonasz- odparł starzec z błyskiem w oku i odszedł.

Z samego rana udałem się we wskazane mi miejsce. Za gajem oliwnym ledwo można było dostrzec małą jaskinię. Podszedłem bliżej. Przed wejściem powieszono dwie pochodnie a na skale rozciągnięto jelenią skórę. Wziąłem głęboki wdech i wszedłem do środka. Powitał mnie aromat oliwy i czosnku. Dostrzegłem kobietę mieszającą w wielkim naczyniu. Miała długie czarne włosy, białą szatę i bose stopy. Prawdopodobnie mnie usłyszała, gdyż się odwróciła. Nigdy nie widziałem tak pięknej panny, śmiałbym nawet stwierdzić, iż była bardziej urodziwa od samej Afrodyty. Uśmiechnęła się lekko i powiedziała:

— Witaj, Epifanii, spodziewałam się ciebie. Chodź za mną.

Skierowaliśmy się do głębszej części jaskini, gdzie nie docierało światło słoneczne. Wyrocznia założyła sobie na głowę złoty diadem i liść laurowy oraz usiadła na trójnogu. Zaczęła wdychać opary, nagle otworzyła szeroko oczy i przemówiła wieloma głosami

— Staniesz na pobojowisku twego przewinienia

W kajdany duszę twą zakuje strach

Przeklęty będziesz po wsze pokolenia

Tchórzostwa nigdy nie przykryje piach

Dopiero po chwili się ocknąłem. To nie mogła być prawda. Nie, nie, nie! Zacząłem chodzić nerwowo w kółko.

— Ta przepowiednia nie może mnie dotyczyć!

— Przykro mi, ale twój los został już zapieczętowany przez bogów.

— Nie! Nie zgadzam się! — Wykrzyknąłem i przyparłem kobietę do ściany.

— Radzę ci się odsunąć śmiertelniku, chyba, że chcesz poczuć mój gniew — wycedziła z furią. — A gdybym przypadkiem znała sposób, by zmienić przyszłość?

— Proszę! Nie mogę tak skończyć!

— Hm… powiedzmy, że mogłabym przekupić bogów, jednak będzie cię to srogo kosztowało.

— Zrobię wszystko, cokolwiek zechcesz! -Wykrzyknąłem, opadając z desperacją na kolana.

— Zastanowię się zatem. Wróć tutaj w południe.

Czekanie było najgorsze, nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Chodziłem po mieście bez celu, kupiłem coś do jedzenia i kilka sztuk sztyletów. Długo przed południem pojawiłem się już na miejscu. Położyłem się koło drzewa i patrzyłem w niebo. Nadal nie wierzyłem, że bogowie przypisali mi taki koniec. Byłem szkolony przez tyle lat, wygrałem wiele bitew, zdobyłem poparcie… i to wszystko miałbym stracić przez tchórzostwo?! Okryłbym hańbą nie tylko siebie, ale też rodzinę i wojsko, może nawet całe Ateny. Nie, nie, nie… Oby kapłanka mogła odwrócić to wszystko. Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem. Obudził mnie silny wiatr, spojrzałem w górę. Niebo pokryło się ciężkimi, burzowymi chmurami. Pobiegłem do jaskini, czarnowłosa już czekała. W jej oczach nie ujrzałem żadnych uczuć, były ciemne i zimne. Po moim ciele przeszedł dreszcz, miałem wrażenie, że gdzieś już widziałem to spojrzenie. Ale gdzie? Nie miałem czasu się zastanowić, gdyż gestem dłoni kazała mi podejść bliżej.

— Podjęłam decyzję, porozmawiam z bogami.

— Och, Wyrocznio! Dziękuję! Ratujesz mi życie!

— Wszystko ma jednak swoją cenę, strategu- powiedziała ironicznie.

— Sprzedam wszystko, mam wiele mieczy, zbroi, koni. Jestem gotów żyć w nędzy!

— Głupcze, takie przysługi nie są warte żadnych pieniędzy.

Zbladłem — co miałem w takim razie zrobić? Co mogłem jej ofiarować? Przecież nie oddałbym jej swojej pozycji. Nie byłem również herosem, nie wykonałbym żadnej wielkiej misji, nie zdobędę Złotego Runa, jabłka z ogrodu Hesperyd czy pasa Hipolity. Kapłanka chodziła po pomieszczeniu. Przyglądałem się jej, zastanawiając się, dlaczego wcześniej nie zauważyłem jej mrocznej strony. Jej twarz była równie piękna, co i przerażająca. W jej ruchach dostrzegłem gotowość do walki, pod chitonem skrywał się mały sztylet. Nagle poczułem, jak kładzie dłonie na moich ramionach. Pochyliła się lekko i wyszeptała uwodzicielskim tonem:

— Jest tylko jeden sposób na spłacanie takiego długu. Będziesz mi służył do końca swoich dni.

Głośno przełknąłem ślinę. Jeślibym się zgodził, musiałbym rzucić dosłownie wszystko. Tyle na to pracowałem, poświęciłem relacje z rodziną, nie znalazłem nawet żony. Z drugiej strony, jeśli bym odmówił, oznaczałoby dla mnie to samo — utratę wszystkiego, ale w gorszych okolicznościach. Nawet nie chciałem myśleć o konsekwencjach, które by mnie czekały, gdyby przepowiednia się spełniła. Kobieta przez cały czas patrzyła na mnie wymownie, czekając na odpowiedź.

— Zgadzam się.

***

Mijały dni, tygodnie, miesiące, a ja codziennie wykonywałem te same czynności. Z początku było mi trudno, brakowało mi treningów, brzęku broni, przyjaciół… jednak wiedziałem, że muszę to znieść za cenę lepszej przyszłości. Zbliżała się równonoc jesienna, szykowano się do zbiorów. Chodziły słuchy o nadciągającej wojnie. Ludzie się bali, zresztą tak jak ja. Miałem nadzieję, że mój oddział jakoś dawał sobie radę beze mnie. Niech Ares ma ich w opiece!

Było południe, a ja nadal znajdowałem się w obrębie głównego placu. Kapłanka zażyczyła sobie kolejnych błyskotek… miałem już dość spełniania jej zachcianek. Zwłaszcza, że teraz wymyśliła sobie, iż będę jej gotować i ją zabawiać. Coraz bardziej niechętnie wracałem do jaskini. Ile jeszcze miałem wytrzymać? Ostatnio wielokrotnie zdarzało jej się również ze mnie szydzić i mnie poniżać, na co niewiele mogłem poradzić. Z tego powodu szukałem pretekstów do wyjścia na zewnątrz choćby na chwilę, po mojej głowie krążył również plan ucieczki.

Nagle wśród tłumu zapanował chaos, ludzie zaczęli płakać i wzywać bogów. Ruszyłem ku centrum zamieszania. Na podeście stał hoplita i czytał coś ze zwoju.

— Spartanie wkroczyli na teren Argos, ich celem jest dotarcie do Aten. Wszyscy obywatele mają być gotowi do walki! Strategowie już przygotowują plan obrony. Kobiety i dzieci mają pozostać w domach.

To nie możliwe, naprawdę nas zaatakowali. Powinienem być razem teraz z moim oddziałem… jak mogłem ich opuścić? Szybko pobiegłem do jaskini, mając nadzieję, że uda mi się uciec bez przeszkód. Na szczęście nikogo nie było w środku. Znalazłem dużą tkaninę i pochowałem w niej najważniejsze rzeczy. Już zamierzałem wyjść, gdy poczułem, że ktoś przystawia mi miecz do pleców.

— Gdzieś się wybierasz, Epifanii?

— Muszę wrócić do Aten, armia mnie potrzebuje!

Zaśmiała się.

— Myślisz, że cię teraz przyjmą? Nie było cię dość długo, na pewno już o tobie zapomnieli, przyjaciele z pewnością zajęli twoje miejsce. Nikt tam na ciebie nie czeka!

— Kłamiesz! Jestem strategiem, przywódcą! Nikt nie ma prawa tego podważać.

— Dla nich jesteś raczej głupcem i nieudacznikiem. Porzuciłeś armię z dnia na dzień, zostawiłeś ich na pastwę losu… Zresztą mamy umowę, zapomniałeś? Nie możesz mnie opuścić.

— Nie będziesz mi mówić, co mam robić!

Obróciłem się i z całej siły pchnąłem w jej stronę tępy koniec miecza, przewracając ją. Kobieta odwróciła do mnie głowę. W oczach miała wściekłość. Wyciągnęła sztylet i ruszyła ku mnie. Dopiero teraz zrozumiałem, skąd ją kojarzę. Siedzieliśmy razem podczas przesilenia letniego, potem śledziła mnie w mieście i ten sam błysk w oku widziałem u staruszka w zajeździe. To wszystko była jej sprawka! Zapewne przepowiednia również nie była prawdziwa! Musiałem się stamtąd jak najszybciej wydostać. Moja prześladowczyni była coraz bliżej.

— Pożałujesz tego! Obrócę twoje życie w perzynę!

— Zaplanowałaś to wszystko! Zwabiłaś mnie tu… tylko, po co?

— Lubię zabawiać się losem śmiertelników, takich jak ty. Niby wielcy ludzie, ale jednak boją się tak prostych rzeczy. Łatwo ich zmanipulować i oszukać.

— Jeśli przez ciebie zginą moi ludzie, dopadnę cię i zabiję!

Wykorzystałem jej zaskoczenie i zrzuciłem ze ścian pochodnie, które zapaliły zboże leżące pod ścianą. Wybiegłem z groty i rzuciłem się w dół wzgórza. Nie zostało mi wiele czasu, lecz miałem nadzieję, że zdążę na miejsce, nim wszystkie oddziały wyruszą.

***

Strategowie od rana do wieczora planowali obronę i atak. Wszyscy ucieszyli się z mojego powrotu, jednak nikt nie miał czasu pytać, czemu zniknąłem. To nawet lepiej dla mnie. Od razu rzuciłem się w wir pracy, moi hoplici byli świetnie przygotowani do walki. Mieliśmy ruszyć następnego dnia, głównym dowodzącym został Nikostratus. Był najbardziej doświadczony z armii, dlatego nikogo nie dziwił ten wybór. Po ostatecznej naradzie udaliśmy się na odpoczynek. Ja jednak nie mogłem usiedzieć w miejscu. Poszedłem ćwiczyć, z wściekłością strzelałem z łuku. Jak mogłem tak po prostu odejść? Przeklinałem się za swoje samolubne zachowanie. Oby Ares wspierał nas w walce!

Z samego rana wszystkie oddziały opuściły Ateny. Maszerowaliśmy kilka dni. Znajdowaliśmy się koło Mantineji, a Spartanie — według doniesień gońców- tuż za wzgórzem. Hoplici rozstawiali sprzęt, podczas gdy dowódcy udali się na spotkanie organizacyjne. Na stołach rozwinięto mapy z oznaczeniami fortyfikacji naszych i wroga. Po wielu godzinach dyskusji zwolniono nas na posiłek. Do mojego stołu przysiadł się Nikostratus.

— Spartanie gorzko pożałują, że nas zaatakowali.

— Też mam taką nadzieję, Epifanii. Jesteśmy doskonale przygotowani na każdy obrót spraw. Bogowie na pewno są po naszej stronie.

— Czy wiadomo, kiedy przystąpimy do walki?

— Musimy czekać na odpowiedni moment. Nie znamy dokładnej lokalizacji obozu wroga.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę o naszym uzbrojeniu i pożegnaliśmy się, w celu udania się na spoczynek. Nie mogłem spać całą noc. W moich snach nawiedzała mnie Wyrocznia zabijająca moich przyjaciół. Śmiała się przy tym złowieszczo. Co chwila budziłem się zlany potem. Na szczęście po kilkunastu próbach udało mi się na krótko, ale spokojnie zasnąć.

Obudził mnie dźwięk fletów, wzywający do stawienia się do walki. Szybko założyłem pancerz oraz hełm i wybiegłem na zewnątrz. Bitwa już trwała, wszędzie dookoła słychać było wykrzykiwane rozkazy. Pobiegłem do mojego oddziału. Wszyscy byli zwarci i gotowi, właśnie brali swoje włócznie. Musieliśmy, czym prędzej udać się na miejsce, którego mieliśmy bronić. Falanga ruszyła, wznosząc przy tym okrzyki wojenne. Ustaliliśmy, że zaatakujemy w biegu. W moim ciele buzowała energia, chciałem rozlewu krwi. Pokażemy im, na co nas stać!

Gdy tylko znaleźliśmy się na wzgórzu, wszystkie emocje opadły. To, co zobaczyłem, mnie przeraziło. Myślałem, że mieliśmy przewagę… ale to Spartanie spychali nas z pozycji. Wśród rannych większą część stanowili nasi. Nie mogłem w to uwierzyć… zrozumiałem, że patrzę na zagładę mojego oddziału. Moje ciało jakby wzrosło w ziemię, nie mogłem się ruszyć. Sparaliżował mnie strach. Nie byłem w stanie pojąć, co dzieje się wokół mnie. Dopiero po chwili odzyskałem czucie w nogach i zacząłem powoli się cofać. Nie mogliśmy przegrać… To na pewno kolejny zły sen lub wizja nasłana przez Wyrocznię. Zbiegałem w dół coraz szybciej, gdy nagle usłyszałem znajomy złowieszczy śmiech, niosący się po okolicy. W miarę jak stawał się głośniejszy, rozglądałem się dookoła, szukając wzrokiem ciemnowłosej kobiety. Nigdzie jej jednak nie znalazłem. Chyba zwariowałem, tak, na pewno zwariowałem. Ale wtedy śmiech przeszedł w słowa znanej mi przepowiedni. Brzmiały jak pieśń żałobna. Przeczesywałem okolicę coraz bardziej nerwowo. Niebo nagle zrobiło się czarne, wzgórza pokryły się krwawą czerwienią. To tylko przewidzenia! Byłem tak skołowany, że nie zauważyłem włóczni lecącej w moim kierunku z ogromną szybkością. Przebiła mój pancerz w okolicach serca. Upadłem na kolana. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłem, była twarz kobiety, która przepowiedziała mi klęskę…

Spotkanie drugie

Agata Jasińska

Znowu był zagubiony. Nie wiedział, czy to jawa, czy to sen. Widział ją. Jej piękne i ciepłe oczy, które z niezwykłą troską przypatrywały się jemu. Czuł bijące od niej ciepło, rejestrował światło, które wręcz emanowało od jej ciała. Usłyszał śmiech. Ah, za tą symfonię nieziemskich dźwięków byłby w stanie się zabić. Tak dawno jej nie słyszał, tak bardzo tęsknił. Stęsknił się za całą anielską postacią, która stanęła przed nim w swoich białych szatach. To nie mogło być prawdą, a jednak chciał wierzyć, że podziwia teraz swoją matkę. Najukochańszą kobietę w jego nędznym życiu. Nie spotkał podczas swojej tułaczki po świecie nikogo bardziej cnotliwego i zacnego. Jego matula była uosobieniem wszystkiego, co dobre i piękne. Uchodziła za słońce w jego egzystencji. Po jej śmierci wszystko stało się szare, cała Ziemia wokół niego zamarła, a każdy byt zakończył swoje istnienie.

Chciał podejść bliżej, jednak w stanie upojenia zrobić mógł tylko dwa zataczające się kroki do przodu. Tęsknota rozdzierała jego serce na pół, żal za niesprawiedliwość tego świata znów uzewnętrznił się. Tak bardzo chciał ją przytulić. Tak bardzo marzył o tym, by znów móc się przytulić do matczynej piersi. Odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Wrócić do tego, gdy największym problemem dla niego było to, że jego miś zniknął gdzieś w czterech kątach starej chaty.

Walczył z swoim ciałem. Chęć i tęsknota były silniejsze. Nie mógł się poddać, dlatego z szczypiącymi oczami zataczał się na wszystkie strony. Jednak zamiast przybliżać się do swojego anioła, miał wrażenie, jakby był coraz dalej. Wydał z siebie bełkot słów, przeklinając swoje ciało. Po chwili potknął się o jeden z wystających konarów i runął niczym kłoda na ziemię, raniąc sobie przy tym boleśnie rękę. Wydał z siebie ryk rozgoryczenia wymieszanego z wściekłością.

— Mogłabyś mi pomóc! — Zawył, rzucając garścią ściółki leśnej w ducha. Jednak widmo nic sobie z tego nie robiło, ciągle stało w tym samym miejscu i uśmiechało się pogodnie, wręcz radośnie. — Matko… — Zapłakał.

Nie wiedział, ile czasu minęło, jak tak leżał. Dla niego mogła cała wieczność. Mógł się nie ruszać, dopóki te piękne oczy patrzyły z ukojeniem w jego stronę. Napawał się tym, jak piękna była jego matka. Tak bardzo ją kochał, a tak szybko utracił. Zaczął się cały trząść. Nie wiedział, czy to z zimna, czy od alkoholu, albo nowo rozbudzonych wszystkich uczuć. Drżał cały, cicho błagając swojego anioła o pomoc. Jakąkolwiek. Czuł się znowu mały, bezbronny, tak samo jak w dzień śmierci rodzicielki. Doznawał tej samej nienawiści, strachu, żalu, pustki i apatii. Miał wrażenie, jakby nie tylko zmieniały się jego uczucia, ale też sama postura kobiety. Znikł uśmiech, a na jego miejsce pojawił się grymas, oczy, jeszcze przed chwilą wesołe, teraz zapełnione smutkiem, strachem i łzami, które zaczęły spływać kaskadami.

Widmo przed nim zaczęło się zmieniać. Piękno jego matki ustąpiło miejsce najbrzydszemu i najpaskudniejszemu obliczu, jakie widział. Jednak wyglądało mu znajomo. Ciemne oczy zahipnotyzowały go do takiego stopnia, że zamarł. Całe trzęsące się ciało w jednej chwili zaprzestało jakimkolwiek oznakom życia. Miał wrażenie, jakby nawet nie oddychał. Cały świat zatrzymał się wraz z nim. Kobieta, a raczej stwór, stojący przed nim poruszyła się niespokojnie i nagle. Usłyszał jej śmiech doszczętnie wypełniony kpiną i szyderstwem.

— Będziesz mi służył do końca swoich dni. — Odezwało się widmo mrocznym głosem, po czym zniknęło.

Zaczął ciężko oddychać, a świat dookoła zaczął się szybko kręcić. Nie miał pojęcia, czy stoi, czy leży, jednak próbował się usilnie przemieścić w stronę domu. Gdziekolwiek on był. Oparł się o drzewo, co kosztowało go naprawdę dużo wysiłku. Z jego czoła lał się pot, gdy jego organizm zaczął się pozbywać alkoholu i jedzenia z żołądka.

***

Odkąd był mały w snach nawiedzała go pewna kobieta. W pierwszych latach jego życia objawiała mu się jako piękna wróżka, której obiecywał dozgonne rycerskie posłuszeństwo. Niestety, zaraz po tym przemieniała się w brzydką czarownicę, która pomiatała nim i wymyślała kary za nieposłuszeństwo. Nie lubił tych snów, ponieważ odkąd pamiętał, kary zawsze się wykonywały. Wraz z jego rozwojem, tematyka snów się zmieniała, jednak pewne wątki łączyły te sny — ta sama kobieta, której przyrzekał uległość i pokuta za przewinienie. Diablica, tak ją nazwał, pojawiała się w różnych postaciach — raz go uwodziła, raz zachwycała swoim majestatem, innym razem wzbudzała litość. Cokolwiek by nie zrobiła, on zawsze był jej posłuszny. Dzień, w którym mu się śniła, nazywał przeklętym.

Oton obudził się w zimnym lasie w ubraniach brudnych od wymiocin. Jego głowa była tak ciężka, że musiał odczekać parę chwil, zanim się rozejrzał dookoła. Rzeczywistość i wspomnienia, nieliczne, z poprzedniego wieczora przedzierały się do jego świadomości. Jego ciało zaczęła wypełniać wściekłość i wstyd za to, kim jest.

Wczoraj znowu zajrzał do kufla. Po dwóch latach trzeźwości złamał obietnice daną swojej ukochanej. Brzydził się sobą. Myślał, że wyszedł już na prostą. Łudził się, że po tych wszystkich latach nieszczęścia, los w końcu odwróci się w dobrą stronę. Łzy stanęły mu w oczach, jak on w takim stanie wróci do domu? Głos w głowie, pragnienie, które myślał, że już pokonał, podsuwało mu alkohol. Jeśli wypije, będzie pewniejszy.

Jeśli wypije, łatwiej będzie mu się dostać do domu. Alba zrozumie. Wytłumaczy jej to wszystko, to tylko jeden raz. Nigdy więcej już nie wypije. Już na zawsze będzie jej wierny.

Jeśli wypije, będzie się lepiej czuć. Jego humor będzie lepszy, a Alba nie lubi, kiedy jest zły lub smutny. Po jednym kuflu będzie nie tylko milszy, ale też bardziej ochoczy do igraszek. „Tak to dobry pomysł”, przekonywał siebie.

Długo zajęło mu zebranie się z ziemi po to, by ruszyć trochę chwiejnym krokiem w stronę miasta. Nie wiedział, jak daleko odszedł od swojej mieściny, ale spodziewał się, że w kompletnym stanie upojenia alkoholowego, to nie mogło być daleko. Po drodze przyglądał się swojej rozharatanej dłoni. Wyobraził sobie w głowie scenę, w której ratuje miasto przed potężnym niedźwiedziem lub wilkami. Ah, zawsze chciał być bohaterem. Jednak wiedział, że może tylko sobie pomarzyć. Od urodzenia był skazany na porażkę i niechęć otoczenia do jego osoby.

Spojrzał na zachmurzone niebo. Był to czas już ostatnich żniw wykonywanych przez chłopów. Jego matka czas ten nazywała próbą zapanowania zła nad światem. Ah, jakie życie było łatwe i beztroskie dla niego, gdy był małym dzieckiem. Przed oczami, pomiędzy pniami wielkich drzew, gałęziami krzaków wśród lekkiego półmroku, ukazało mu się jego dzieciństwo. Rodzinny dom z ojcem pijaczyną i bezbronną, piękną matką. Ah, jaka piękna była jego matula. Najpiękniejsza w całej osadzie, a może i na świecie. Mógłby przysiąść, że nigdy nie widział nikogo bardziej dorodnej urody.

Świat. Jakie to było wtedy obce pojęcie. Gdy był jeszcze małym blondaskiem, wiedział o świecie tyle, co nic. Pamiętał jak tłumaczone miał przez swoją dobrą matkę pory roku. Po lecie, czasie świetności, potęgi ciepła i światła, czyli Pana Jezuska, nastawał czas próby zrzucenia go z tronu przez zło. Każdy dzień robił się coraz ciemniejszy i chłodniejszy. Pamiętał, jak był na tyle rozumny, by wiedzieć, co jest prawdziwym złem. Bał się wtedy, że tym razem Pan Jezusek nie wygra ze złem, dzień już na zawsze będzie krótki albo zniknie, a świat (światem tym wtedy nazywał tylko i wyłącznie osadę) pochłonie zimno. Gdy nadchodziła tak przez niego oczekiwana wiosna, czas wygrywania wojny przez dobro, mógł odetchnąć z wielką radością. W jego sercu zapanowywał spokój, a on utwierdzał się w zdaniu jego mamusi, by nigdy nie wątpić w Pana Jezuska. Oczywiście, do czasu.

Ah, jakie to były piękne lata. Lata podczas, których tak namiętnie wierzył w moc dobra nad złem i to, że jak odda serce Bogu, nic złego go nie spotka. Jednak nie zdawał sobie sprawy, jakie poważne zło już go spotkało. Od urodzenia.

Słyszał od wielu ludzi z jego rodzinnej wioski, że jest dzieckiem przeklętym. Urodził się w dzień, gdy nastąpiła zagłada na wieś. Wrony wyjadły pola kukurydzy, pożar, spowodowany suszą i upałem, zniszczył kościół wraz z kilkoma chatami oraz spalił prawie całe zboże. Panował wszelki nieurodzaj, a przez długie miesiące rodziny głodowały. Nie wiedział, czy to była plotka stworzona przez osoby nienawidzące jego ojca czy też prawda. Jego matka wiernie zaprzeczała, żeby to wydarzenie kiedykolwiek miało miejsce. Jednak wszystko by wyjaśniało, dlaczego ma bliznę na prawym ramieniu — bo został przeklęty.

Dużo osób nienawidziło go tylko i wyłącznie ze względu na jego ojca. Powiadali między sobą, że stanie się taki sam jak on. Dużo się nie mylili. Nigdy nie potrafił zrozumieć tego, czemu jego matka, kobieta tak dobra, tak piękna, wręcz anioł, poślubiła jego ojca. Uosobienie zła w życiu młodego wtedy chłopaka spowodowało, że Oton sam stał się tym, czym się brzydził. Pamiętał noce, podczas których ojciec nie wracał do domu, ponieważ nie był w stanie opuścić karczmy. Były też takie, gdy brał matkę gwałtem i zachęcał do swoich zabaw. A jeszcze inne, gdy wracał wściekły i bił aż puchło, najpierw nic niewinną kobietę, a później swojego syna. Nie umiał stwierdzić, które były gorsze.

Przed karczmą zatrzymał się na chwilę. Zrzucił z siebie swoją brudną kapotę, nie chciał wchodzić do środka jak niechluj. Wierzył też, że może nie jeden, ale na pewno dwa kufle piwa go ogrzeją. Przeszukał swoje kieszenie w poszukiwaniu paru złotych monet, jednak nic takiego nie mógł znaleść. Przeklął pod nosem i zaczął kombinować, jak zdobyć trunek bez pieniędzy albo same monety. Ze względu na chłodne popołudnie postanowił najpierw wejść do gospody, a później martwić się o to, jak zdobyć alkohol.

Za drzwiami karczmy przywitał go lekki gwar, a jego ciało owiało ciepłe powietrze. Usiadł ciężko przy jednej z ław. Głowił się, skąd weźmie pieniądze na trunek. Schował twarz w dłoniach, aż wpadł mu do głowy idealny pomysł. Zerwał się z ławy i podszedł do polewającego alkohol.

— Ile waszmość da mi trunku za to? — Rzucił na blat swoją obrączkę. — Przysięgam na Boga, że ze złota!

Mężczyzna w podeszłym już wieku pokręcił głową na widok gościa, po czym wziął do ręki obrączkę. Przyglądał jej się z kilku stron, jednak wstyd mu było się przyznać, iż się nie znał kompletnie na złocie. Przyjrzał się uważnie jeszcze raz przybyłemu, który niecierpliwie czekał na odpowiedź.

— A niech no stracę, dobrodziejowi dobrze z oczu patrzy — mruknął stary pod nosem.

— Będzie ino z 6 kufli.

— Rzekliście, to niech i tak będzie.

***

Kiedy kończył swój już szósty kufel, gorączkowo próbował wytłumaczyć pojęcie piękna małostkowemu kompanowi, który wtórował mu z ilością alkoholu.

— Przecie to jest dziecinnie proste! — Krzyknął oburzony, że jego słuchacz kręcił tylko głową, powtarzając do upadłego „kochanieńki, nie, ja nie rozumiem” albo „pijta, ludzie pijta za naszą zacną królewnę Jadwidzie”. — Piękno jest to pozytywna właściwość estetyczna bytu, a wynika ona z zachowania proporcji i harmonii. Tutaj mnóstwo ludzi stara się postawić sobie pytanie, czemu pan powie, że piękne są grube, a ja na to, że chude i to jest dobre pytanie! Bo to jest cecha subiektywna. Według Arystotelesa, takiego brodacza, co biegał po ciepłych krajach wieki temu, pięknem określamy każdą dobrą rzecz, która jest przyjemna. Mówię panu, jaka moja żona jest dobra i przyjemna! Ah, ah, jaka ona jest piękna! — Umilkł na chwilę, gubiąc myśl. — A zna pan teorię piękna jak rozmawiamy tak szczerze? Bo piękno ma różne swe oblicza i jest to cecha obiektywna. Tak, tak, jak najbardziej! Dla pana piękne będą grube, a ja powiem, że piękne są chude!

W pewnym momencie nawet nie przejmował się tym, co mówi. Zapomniał nawet już, co dopiero powiedział. Zapomniał kompletnie, że posługiwał się językiem niezrozumiałym dla chłopa. Jako człowiek wykształcony używał słów zupełnie nie znanych na wsi i nie wchodzących w skład ich gwary. Snuł wywody filozoficzne i powtarzał to wszystko, czego się nauczył, żyjąc przy klasztorze po śmierci rodziców. To były lata pogrążone w smutku i próbie znalezienia ukojenia dla wyrzutów sumienia oraz serca. Ah, dobre to były lata. Tyle, ile on wiedzy pochłaniał wtedy.

— A wie pan co to estetyka? Ja panu zaraz wyjaśnię! Ja zaraz wszystko panu wyjaśnię! Pan wyjdziesz stąd tak bogaty w wiedzę, jak cały świat nie jest! — Bełkotał, cały czas poklepując swojego kompana po ramieniu. — A znasz pan Tomasza z Akwinu? To fajny księżulek był. Tylko gruby podobno. Ale kto, panie, nie jest gruby? — Zamilkł i spojrzał na biednego sąsiada. — Słuchasz mnie pan? — Potrząsnął jego ramieniem, lecz dostał w odpowiedzi tylko parę niewyraźnych słów. — A idź pan!

Machnął ręką, po czym skończył swój trunek. Policzył leżące przed nim kufle piwa, naliczył dwanaście, zapominając kompletnie o tym, że nie pił sam. Wezbrała w nim złość do samego siebie. Miał wypić tylko jeden do ogrzania się i dla lepszego samopoczucia, a nie dwanaście! Znów dał się ponieść. Jak on teraz wróci do domu? Do Alby? Ukochana będzie niepocieszona.

Z rozmachem wyszedł z karczmy na ulewę i ruszył w stronę domu. Brak schronienia przed mokrym, chłodnym deszczem zirytowała go jeszcze bardziej. Wkurzony na samego siebie i na cały świat stąpał ciężko, od czasu do czasu zataczając się na boki. Zimno przeszywało go całego, próbował się rozgrzać przez pocieranie mokrego odzienia.

Miał wrażenie, że cały świat jest przeciwko niemu. Zawsze taki był! Nigdy nic dobrego go nie spotkało, oprócz oczywiście jego matki i Alby.

Alba była jego nadzieją na nowe lepsze życie, po tym, gdy ono straciło sens. Przez ponad dziesięć lat wszystko było bez znaczenia, a cały świat był szary. Ona uczyniła, że pojawiło się w nim trochę kolorów. Przede wszystkim sprawiła, że nie pił… Przez jakiś czas.

Do chaty swojej wszedł jak burza, prawie rozwalając drzwi. Głowił się, która to pora dnia, skoro jest tu tak ciemno. Wołał swoją żonę, ale nigdzie jej nie mógł znaleść. Dom był pusty, jednak pozostawione zostało palenisko. Szybko zrzucił zimne i mokre odzienie, po czym zaczął się wygrzewać przy ogniu.

Drzwi się uchyliły, wpuszczając do pomieszczenia niską osóbkę o łagodnym wyglądzie. Dziewczyna w warkoczu, zrzuciła z siebie pelerynę i ze łzami ulgi rzuciła się ku niemu. Była taka szczęśliwa, że jej ukochany się odnalazł. Padła na kolana obok niego i płakała mu w nogi.

— Oton! Gdzieś ty był? Tak się martwiłam. — Zawyła.

— To gdzieś ty była? Puszczałaś się? — Wybełkotał i lekko się zachciał, gdy złapał za ramię Albę. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy. Znała ten głos. Wiedziała, że pił. Złamał przysięgę.

— Piłeś! — Pisnęła i chciała się uwolnić z jego silnego uścisku, lecz na nic.

Zdenerwowany podniósł dziewczynę i cisnął ją o ścianę. Nie panował nad sobą, słyszał tylko jej krzyki i łkania. Nie działały na niego w żadnym stopniu. Czuł tylko wściekłość. Jak ona śmie go oceniać? Ona? Dziewczyna, która w żadnym stopniu nie jest lepsza od niego.

***

Obudził się na środku chaty. Nie wiedział, jaka jest pora dnia. Słyszał tylko deszcz uderzający o dach chaty. Tak bardzo bolała go głowa i było mu tak zimno. Ogień już dawno zgasł. Zdziwił się, że leży w samej bieliźnie. Dziwne dla niego było też to, że Alba nie rozpaliła w palenisku, skoro na pewno widziała, że tu śpi. Usiadł i rozejrzał się dookoła. Wszędzie była krew.

Stanął przed nim obraz z dnia śmierci jego matki, później ze śmierci jego ojca. Zrobił to, co zrobił jego tato. Zabił swoją miłość…

Był mordercą i wiedział to od dawna. Od dnia, gdy jego ojciec opuścił tą ziemię. Schował twarz w dłoniach i zaczął płakać. Nie rozumiał tego. Spojrzał ze łzami w oczach na ciało swojej ukochanej. Zaschło mu w gardle. Zakręciło się w głowie od natłoku wspomnień i uczuć. Po chwili oddał się ciemności i usłyszał ten charakterystyczny szyderczy śmiech Diablicy.

Spotkanie trzecie

Klaudia Wagner

W powietrzu unosił się kurz. Wyczuwalny był zapach piwa, potu i świeżo skoszonej trawy. Wiosenny wiatr targał grzywy koni, niczym sercami mężczyzn kobiety, które wyraźnie ożywione założyły dzisiaj ołówkowe, groszkowe bądź kwiatowe sukienki. Ich głowy pokryte były ciasno opinanymi, skromnymi kapeluszami. W tle wyraźnie dominowała muzyka jazzowa. Z każdą sekundą narastała ekscytacja tłumu, który to z przejęciem komentował rozpoczynający się wyścig. Wreszcie zadzwonił dzwonek, wszyscy zerwali się na równe nogi, rozległy się okrzyki.

— Już minęli zakręt…

— Patrz! Patrz! Siwy prowadzi…

— Kary… Pędź!..

— Śliwa wysuwa się na prowadzenie…

— Ach!…

— Pędzi jak oszalały…

— Kolejny zakręt…

— Och!…

— Leć Śliwa, leć!…

— Tak.. Jest! Brawo! Brawo!

— Właściciel pan Kijowski, gratuluję! — rzekł prowadzący — prosimy zgłosić się po odbiór nagrody.

W przeciwieństwie do rozpływającego się w uśmiechu pana Kijowskiego, postać panny Ewy, która coraz częściej bywała na trybunach toru wyścigowego, niż we własnym domu, drżała. Wydawać by się mogło, że już kompletnie zzieleniała ze złości. Jej oczy zaszkliły się, a buzia nabrała nowego, dziwacznego grymasu.

— I jak ja mu teraz powiem, że straciłam jego ukochany rosyjski zegarek? Jeszcze tydzień temu tak pomyślnie mi szło — rzekła do siebie, wyraźnie stroskana i przybita.

Dziewczyna mogła nie jeść, nie pić, nie spać, byleby brać udział w zakładach pieniężnych. Dawało jej to poczucie działania. Coraz intensywniej pragnęła tej adrenaliny, napięcia, ryzyka i oczywiście pieniędzy, co wiązało się z obstawianiem coraz większych kwot. Jej zobowiązania rosły nieustannie, ze zwiększonym tempem, a ludzie poczynali patrzeć na nią krzywo i z nonszalancją.

Kiedy kładła się spać, po raz kolejny śniła jej się wyimaginowana wygrana, podróże po Europie, dostojny dworek, kabriolet… i koślawy półuśmiech na twarzy ojca. Marzyła, że w końcu go uszczęśliwi i będą spędzać razem więcej czasu.

Kochała go — jak sama twierdziła — miłością szaloną, ale nad wyraz ogromną. Lękiem napawała ją myśl, że mógł nie kochać jej. Był dla niej jedyną bliską osobą. Jej tuzinkowa uroda, ponura postawa, a także świadomość ciągłego życia w cieniu swojej siostry Konstancji, powodowały jeszcze niedawno nieustanne histerie, a wtedy nadszedł z pomocą jej największy bohater i autorytet.

Ojciec radził jej, aby stała się niezależna, zrobiła wielką karierę i nie bawiła się w gotowanie obiadów. Opowiadał o małżeństwie jako chorej instytucji. Uważał, że Ewę stać na więcej, niż mężczyznę, który z całą pewnością będzie ją tylko wykorzystywał i upokarzał.

— Pamiętaj, że w życiu możesz liczyć tylko na mnie- szeptał do niej, przebierając łyżką smakowity rosół swojej żony i dyskretnie zerkając, czy nie podsłuchuje — Popatrz, nasze społeczeństwo obcieka bezkresnym fałszem, ach dlaczego już nie ma tak dobrych i poczciwych osób jak my, kochana?

Pomimo — według jej opinii — jego najdokładniejszych starań złe emocje przytłaczały ją coraz usilniej. Świat ją przerażał. Obarczała się winą za wszelkie niepowodzenia. Prześladowały ją nocne pobudki, podczas których jedyną myślą stawały się pytania: Dlaczego żyję? Dlaczego jestem taka beznadziejna?

Jedyną ulgą w jej cierpieniach stało się oglądanie pędzących po zielonych, elizejskich polach wierzchowców prosto ku uciesze lub zasępieniu jej duszy.

***

Za drewnianym kredensem w kolorze wiśniowym, leżały ciasno ułożone butelki wódki. Jan rozłożony na szezlongu palił cygaro i zawodził nad odejściem żony. Po chwili jednak opanował go dziwny spokój i satysfakcja z interesu, jaki wymyśliła córka. Duma go rozpierała jakoby on, fenomenalny ojciec, umiał wychować tak dobre, odpowiedzialne i przedsiębiorcze dziecko. W dodatku sam nie musiał nic robić — a przez całe życie właśnie to szło mu najlepiej. Jedynie wypoczywał, dumał i cieszył się swoimi osiągnięciami. Jedynym niedociągnięciem był fakt, iż nie wiedział, jak jego córka zarabia, lecz ta wiedza wydawała mu się zbędna. Jego rozmyślania przerwała właśnie Ewa, która kierowała się ku wyjściu.

— Och Ewuniu, teraz to taka nędza i zacofanie jest! Żywność znowu podrożała, ach wszystko drożeje! Jakie nieszczęścia dzieją się w tym kraju! Jakie żałosne to moje życie! — zwrócił się do córki, nadmiernie gestykulując.

— Dzień dobry papo, ach dyrdymały gadasz! Czeka na nas najpiękniejsze życie, jakie sobie tylko wymarzysz, ale… póki co brakuje mi kapitału. Od wczoraj nic nie jadłam. Niestety interesy nie idą mi najlepiej — odpowiedziała mu z wymuszonym uśmiechem.

— Aha. Musisz wziąć się w garść — odburknął z nikłym zaciekawieniem.

— Wiem. Chyba jestem zmuszona pożyczyć trochę grosza od siostry — odezwała się w końcu z zażenowaniem.

— Mhm.

— Wychodzę. Myślę, że dzisiaj zbiję fortunę co nie miara. Au revoir!

— Och! Kapitalnie! Powodzenia Ewo! — wykrzyknął uradowany Jan.

Tak jak powiedziała, tak zrobiła i skierowała się do malowniczego mieszkania siostry, które urządziła sobie według najwyższych standardów.

Konstancja unikała utrzymywania kontaktu. Wyprowadziła się z rodzinnego domu, nie chciała być zamieszana w długi, które wytworzył ojciec tuż po śmierci matki. W dodatku wiedziała doskonale, że roztrwonił wiano Ewy na alkohol i tabakę. Oddanie siostry wydawało jej się żałosne, ale mimo to przywitała ją od progu z uśmiechem najsłodszym.

— Moja kochana! Tak dawno cię nie wiedziałam — obwieściła z przesadną euforią

— Opowiedz co tam u ciebie. Oj chyba schudłaś troszkę, oczka takież zapadnięte masz. Pamiętasz jak bawiłyśmy się kiedyś nad strumieniem rzeki z takim chłopcem żydowskim? On wtedy też takie oczęta miał. Ja myślę, że ty za mało tranu pijesz… Ach, właśnie! Mam dla papy te chińskie filiżanki, o które tak bardzo prosił. Ciekawe na cóż mu one?

I tak Konstancja potrafiła paplać w nieskończoność, rozczulając się, to znowu wzdychając. Wówczas jej pulchne policzki nabierały rumieńców, a głos stawał się wręcz piskliwy.

— Witam cię siostro… — wyrzekła w końcu Ewa.

— Powiedz, czego ci trzeba — przerwała wesoło — tyle czasu cię tu nie było. Nie mogę tak zaniedbywać mojej siostrzyczki.

— Potrzebuję pieniędzy… — zaczęła niepewnie.

— Oj, oj… Chyba jednak nie mogę ci pomóc… — ton Konstancji zmienił się znienacka

— Wiesz… Mąż mi zachorował…

— To na leki dla papy. — niespodziewanie wypaliła kłamstwo — zabrakło nam w tym miesiącu.

— Jak to? Przecież mamy dopiero początek. Jesteś pewna, że cię nie okłamuje?

— No tak… — burknęła niepewnie.

— Rozważ to. Czy nie uważasz, że próbuje cię wykorzystać?

— Nie wiem… Papę powoli siły opuszczają. Jest mocno zgorzkniały.

— Wyręcza się tobą w obowiązkach. Nie daj się zmanipulować!

— Nie wydaje mi się… To bzdury kompletne! W rezultacie nic o nim nie wiesz. Proszę cię tylko o tą małą przysługę.

— Eh… Dobrze, już dobrze… — wróciła po chwili — trzymaj… Która to już godzina? Ach, muszę się zbierać, do zobaczenia skarbie!

Tego dnia pannie Ewie również się nie powiodło. W brzuchu doskwierało jej ostre łaknienie — swoje wydatki już dawno przestała kontrolować. Po wyścigach, poczęła włóczyć się pomiędzy pustymi ulicami, które wydawały jej się w tym momencie tak bardzo mdłe i przytłaczające. Potrzeba stawała się coraz bardziej wydatna i jęła trącać obsesją. Zdała sobie sprawę, że zarówno rodzina, jak i społeczeństwo szydzą z niej, a ci ostatni nawet wytykają palcami.

Zatrzymała się. Widziała zarysy ludzi chodzących wokół niej. Dokuczał jej bezlitosny ból głowy, słyszała głosy i piski. Ulica wykreowała jej się jako zdeformowany pies, przysypany gruzami. W tym momencie poczuła żal do miasta, które pokryło tak wielu bohaterów ziemią, a jej serce zamieniło w ruinę.

***

3 tygodnie później garsoniera przy ulicy Różanej została ogołocona. Stało się to głównym tematem plotek wśród mieszkańców. Policja pukała praktycznie codziennie.

— Gdzie jest pierścionek? — zapytał zirytowany Jan.

— Przepadł, papo, ale obiecuję, że już wkrótce pojawią się ogromne pieniądze. Nie zawiodę cię! Już niedługo będziemy robić to, na co mamy ochotę i zawsze będziemy razem. Potrzebuję jeszcze trochę czasu… — odpowiedziała Ewa, której instynkt samozachowawczy dawno zanikł. W jej czerwonych oczach mienił się obłęd, a ręce drżały.

— Ach, pomylona, pomylona jesteś córko. Zara tu zwariuje! Oświadczyć się dziś miałem! — wrzeszczał, aż wrony z drzew odfrunęły.

— Jak to? Nie powiedziałeś mi, że masz nową kochankę — wycedziła zawiedziona.

— To nie jest twoja sprawa! Wynoś się stąd! Nic nie potrafisz porządnie zrobić. Jesteś jedną wielką oszustką, wstyd mi! Ach… Jak mi wstyd!

— Przepraszam!.. przepraszam!.. Daj mi jeszcze szansę… Naprawię… Wszystko naprawię!… — wołała zdyszana, pochlipując.

Jan jednakże pozbył się już wszelkich skrupułów i współczucia. Spojrzał na córkę ze wzgardą, przygryzł swoją zmarszczoną wargę i wyprowadził ją za drzwi. Panna Ewa ledwo powłóczyła nogami, w zażartym przez strach umyśle przebijały się dziewczynie fragmenty wspomnień, marzeń.

— Nie porzucaj mnie, kocham cię — krzyczała z rozpaczą — Nie możesz mnie tutaj tak zostawić, jestem taka biedna i zagubiona.

— Nie potrzebuję już twojej służby — rzekł ironicznie, jakby diabeł w niego wstąpił, po czym nieodwracalnie zamknął drzwi…

Spotkanie czwarte

Hanna Czerkiewicz

Stałem przed jej furtka stukając butami o chodnik. Nagle z domu wyszła młoda dziewczyna o jasnych blond włosach.

— Nareszcie — powiedziałem zniecierpliwiony, a ona tylko przewróciła oczami — ile można na ciebie czekać.

— Nie każę ci po mnie codziennie przychodzić — odburknęła. Zamknęła drzwi na klucz, włożyła czapkę na głowę i podeszła do mnie.

— No ale wiesz — uśmiechnąłem się do niej — przyjaźnimy się.

— Oh Marku, jakiś ty rozkoszny — odwzajemniła mój uśmiech — Ta przyjaźń musi cię wykańczać.

— Czasami — zażartowałem — Dobra chodź bo jeszcze bardziej się spóźnimy do szkoły — zwróciłem uwagę, a ona popchnęła mnie lekko ramieniem dając do zrozumienia, że nie jest to sprawa, jaką ma się zamiar przejmować. Tak samo ja. Jesteśmy zwykłymi uczniami pierwszej gimnazjum w Norwegii, których nie wiele obchodzi, a jeśli już, to na pewno nie jest to szkoła. Przyjaźnię się z Norą od kiedy pamiętam. Trzymałem się z nią, przez co nie miałem innych znajomych. Wszyscy zachowywali do niej dystans, twierdząc, że jest w niej coś niepokojącego. Mnie też czasem przeraża, ale co poradzić. Nie miałem nikogo poza nią. Mój tata nie jest zbytnio zainteresowany moim życiem. Byle bym się dobrze uczył i miał co jeść. Mamy już dawno z nami nie ma. Umarła na raka płuc. Dużo paliła. Potrafiła wypalić dwie i pół paczki papierosów dziennie. Wynikało to z tego, że praca ją zbytnio stresowała, ale nie potrafiła bez niej żyć.

Dziś był kolejny test z matematyki. Kolejna negatywna ocena. Pewnie po szkole tata mi udzieli wykładu na temat odpowiedzialności i innych bzdet.

— Jak ci poszło? — zapytała Nora — widzimy się na poprawie, co?

— Ha ha — zaśmiałem się — a jak inaczej.

— Jak ja nienawidzę szkoły. Choć w domu nie lepiej. Tata ledwo dostał wypłatę i już połowę jej przepił. Wyobrażasz to sobie? — spytała mnie. Opowieści o jej problemach w domu były na porządku dziennym. Codziennie coś. Dlatego często przesiadywała u mnie, byle nie wracać do tego piekła — Ile ja bym dała, by móc się z tego wyrwać — wyszeptała tak cicho, jakby mówienie tego było karalne, jej oczy zabłyszczały dziko, a mnie ciarki przeszły po plecach.

— Planujesz coś? — Ostrożnie zapytałem. Wiedziałem, że coś się święci.

— Co? — wyglądała na zdezorientowaną.

— Nora, co knujesz?

— Co? Markus, o czym ty mówisz — uśmiechnęła się w dziwny sposób — muszę lecieć

— odparła i gdzieś pobiegła. Nie miałem pojęcia dokąd, ale stwierdziłem, że nie będę się przejmować.

Na kolejnych lekcjach Nory nie było, więc sam wróciłem do domu.

— Jestem — rzuciłem, wchodząc do środka. Odpowiedziała mi głucha cisza. Zapewne służąca gdzieś się krzątała, a tata siedział w swoim gabinecie, dzwoniąc po klientach. W kuchni czekał na mnie obiad — ryba z ryżem. Zjadłem szybko, po czym udałem się do swojego pokoju grać w Overwatcha. Tak cały wieczór, aż rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Pobiegłem szybko, zanim zdążyła to zrobić pokojówka. W progu ukazała mi się Nora. Zalana łzami, z gilem pod nosem i podbitym okiem. Przytuliłem ją mocno, a ona rozpłakała się jeszcze bardziej.

— Nienawidzę ich — wyszeptała — nienawidzę.

— Wiem — odparłem, głaszcząc ją po głowie. Nasza służąca przyglądała się tej scenie z boku, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.

— Idź, zaparz herbaty — poleciłem jej chłodnym tonem. Skinęła głową i szybko pobiegła do kuchni. Zaprowadziłem koleżankę do mojego pokoju. Usiadła u mnie na łóżku, a ja dałem jej chusteczki i włączyłem muzykę, by nikt przypadkiem nie podsłuchiwał naszej rozmowy. W tak pustym domu głos niesie się bardzo dobrze. Po chwili została przyniesiona herbata. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy. Przyglądałem się Norze uważnie, jak powoli siorbała swój napar. Zawsze jej mówiłem, by nauczyła się pić jak człowiek, ale mnie nie słuchała. Gdyby ktoś nas zobaczył, mógłby stwierdzić, że jesteśmy rodzeństwem. Choć może nie z wyglądu. Jestem troszkę od niej wyższy, mam brunatne włosy i jasno niebieskie oczy. Zwykle noszę przyduże bluzki i jakieś jeansy. Ona natomiast jest blondynką, zwykle ubrana w te same czarne spodnie i jakąś moją koszulkę, Mógłbym jej kupić coś nowego, wiedziałem, że nie ma za wiele, ale ona nie chciała. Ma ciemne źrenice, które wydają się wręcz czarne, o ile nie są. Można wręcz zobaczyć w nich odbicie własnej duszy lub swoje największe lęki. Biła od nich groza, ale także zmęczenie jakby już wiele widziały.

— Ej Markus.

— Czego?

— Chcesz wiedzieć co mam? — zapytała i nie czekając na odpowiedź wyjęła z kieszeni coś, co wyglądało jak papieros.

— Co to? Tytoń?

— Lepiej — dziewczyna uśmiechnęła się demonicznie — skręt mój drogi.

— Ach marihuana — uniosłem brwi do góry zdziwiony — skąd to masz?

— Ma się te znajomości — pochwaliła się widocznie zadowolona z siebie. Lubiła zaskakiwać. Wyjęła z kieszeni czarną zapalniczkę. Podpaliła papierosa, po czym się zaciągnęła. Następne zaczęła się strasznie krztusić, a ja się z niej śmiałem, widząc, jak próbowała zgrywać odważną, ale jej nie wychodziło.

— Zobaczymy, jak ty zareagujesz — powiedziała zachęcająco. Efekt był ten sam, tylko tym razem ja nie mogłem oddychać, a ona się śmiała. Rzuciłem w nią poduszką, ale zdążyła się uchylić. Potem podeszliśmy do okna. Noc była naprawdę gwiaździsta. Księżyc w pełni i świecił tak mocno, że nie potrzebowaliśmy lampki, by wszystko dobrze widzieć. Przed nami roztaczał się widok na ulice, przez którą przemykali jacyś ludzie śpieszący zapewne do swoich domów. Wypuściłem z ust kłąb dymu, który uniósł się powoli do góry i rozmył. Nie przejmowałem się tym, czy tata coś zauważy. Stale ma pozamykane okna i rzadko kiedy wychodzi z gabinetu, a pokojówka, nawet jeśli wiedziała, o niczym by go nie poinformowała. Zawsze tak robiła. W tedy, gdy piłem alkohol z jakimiś gośćmi, albo gdy podbierałem tacie pieniądze z portfela. Twierdziła, że pilnowanie mnie nie należy do jej obowiązków.

— Ile koron za to dałaś?

— Nic. Ty dasz.

— A no jasne — jak mogło być inaczej — domyślam się, że nie było tanio.

— Nie — uśmiechnęła się, jakby ją to bawiło.

— Znów będę musiał tatę kłamać — odparłem. Nie byłem z tego zadowolony. Nie lubiłem, gdy Nora stawiała mnie w sytuacji, gdy musiałem rozmawiać z ojcem, a robiła mi to dosyć często.

Wpatrywała się, jak jej papieros się tli. Nikłe światełko odbijało się w jej oczach, będące jedyną radością, jaką można było w nich zobaczyć, będące pochłaniane przez ich mrok.

— Wiesz… Ogień jest taki piękny, niebezpieczny– zaczęła — potrafi zniszczyć wszystko w kilka chwil, albo uwolnić.

— Uwolnić? Niby jak?

— Nie ważne. Za głupi jesteś, by to pojąć — odparła — będę musiała chyba wracać

— zaciągnęła się po raz kolejny i wypuściła z ust smużkę dymu prosto we mnie — Tak bardzo nie chcę. Nienawidzę ich.

— To zostań — odparłem. Spojrzała na mnie pobłażliwie. Wiedziałem, że nie może. Gdyby wróciła dopiero jutro, sprawa wyglądałaby jeszcze gorzej.

— Nienawidzę — powtórzyła jeszcze raz z naciskiem. Pomimo tego, iż tylko jej tata był alkoholikiem, ona nienawidziła również matki. Za to, że nie potrafiła mu się przeciwstawić. Była na to za słaba, a Nora zawsze gardziła słabością. Kiedyś pewni kolesie postanowili mnie pobić i zabrać mi pieniądze. Przyszedłem do niej zapłakany. Ona zaś jedynie spojrzała na mnie lekceważąco, mówiąc „Cienias”. Musiałem odzyskać moje pieniądze, by chciała w ogóle ze mną rozmawiać.

Przyjaciółka wyskoczyła przez okno, a ja zapaliłem kadzidełko, by pozbyć się zapachu papierosów i poszedłem spać.

Kolejnego dnia założyłem coś porządnego, by tata pozwolił mi z nim rozmawiać. Wyszorowałem porządnie zęby i zużyłem połowę dezodorantu, aby zakryć zapach. Podszedłem do drzwi, po czym zapukałem głośno trzy razy.

— Proszę — usłyszałem głos ojca i wszedłem do środka.

— Hej tato…

— Markusie, dlaczego mi przeszkadzasz? — odparł srogo ojciec, jak tylko się odezwałem.

— No wiesz, jest składka na potrzebujące osoby. Wiesz, pomagamy biednym rodzinom

— popatrzyłem na niego niemrawo, wyczekując odpowiedzi.

— Znowu chcesz pieniędzy — podsumował.

— No na to wychodzi — wydukałem i zacząłem wodzić wzrokiem po pomieszczeniu, byle nie spojrzeć ojcu w oczy.

— Nie będę dawał na bezdomnych. Niech znajdą pracę! Czy coś jeszcze? — zapytał bezbarwnym tonem. Widziałem, że tracę szansę, a przecież Nora musiała zapłacić jak najszybciej. Nerwowo przebierałem nogami. Nie znosiłem wykłócać się z tatą, ale nie miałem wyboru.

— Tato nie możemy być egoistami — zasugerowałem.

— Egoistami są ci ludzie, którzy bezpodstawnie chcą, moje ciężko zarobione pieniądze — uderzył ręką w blat biurka — Markus, idź sobie wreszcie i nie zawracaj mi głowy!

— A gdybyś dał mi moje kieszonkowe? — spytałem. Nie chciałem tego, ale jednocześnie wiedziałem, że przyjaciółka tego potrzebuje. Domyślając się, kto może być dilerem w naszej szkole, nie chciałbym by miała z nim problem.

— Przecież dałem ci dwa miesiące do przodu. Mam ci dać jeszcze za trzeci? — zapytał ironicznie — Już wszystko wydałeś?

— Yy, no tak, bo startowałem w tej olimpiadzie z historii i musiałem kupić p książkę, ponadto była składka klasowa i rozbiłem szybę przez przypadek, ale nie chciałem cię tym martwić, więc zapłaciłem ze swoich — kłamałem, wiedząc, że tata uwierzy we wszystko. Rzadko kiedy kojarzył fakty z mego życia.

— No dobrze. Jak chcesz. Ale za czwarty miesiąc do przodu ci nie dam — mówił wręczając mi pieniądze.

— Dziękuję — odparłem i szybko wyszedłem.

Szybko poszedłem w umówione miejsce, by spotkać się z Norą.

— I jak, masz? — zapytała na mój widok.

— Przydało by się jakieś cześć — odburknąłem.

— A więc? — nie zwracała uwagi na moją wcześniejszą wypowiedź. Przewróciłem oczami i wepchnąłem jej pieniądze do dłoni.

— Nawet nie wiesz ile zachodu mnie to kosztowało. Mogłabyś podziękować.

— Ależ podziękuję ci — uśmiechnęła się — wiesz Markus, jesteś mi jedyną bliską osobą — nagle posmutniała i milczała przez dłuższy czas, rozmyślając nad czymś — Ale nie znoszę tego życia, jakie prowadzimy. Chciałabym się od tego uwolnić.

— Uwolnić? — powtórzyłem. Przypomniała mi się nasza wczorajsza rozmowa

— Nie mów mi, że ty się chcesz…

— Siebie? — zgadła moje myśli — Ależ skądże. Nie o sobie mówię — spojrzała na mnie niewinnie a mnie przeszły ciarki. Bałem się, kogo ma na myśli — Nie znoszę mojego domu. Ani ludzi, którzy w nim mieszkają.

— Nora czy ty zwariowałaś?? — krzyknąłem na nią — to przecież twoja rodzina!

— Rodzina?! Nazywasz ich rodziną?! Nie rozśmieszaj mnie — spojrzała na mnie wrogo — ale co ty wiesz o tym. Mieszkasz sobie w wielkim domu ze swoim tatusiem.

— Nora, nawet jeśli byś coś zrobiła, to co dalej? — zapytałem — Nie masz dokąd iść, co zrobić. Mamy tylko 13 lat! co ty sobie wyobrażasz!

— Moglibyśmy uciec. Masz pieniądze, więc moglibyśmy wyżyć przez jakiś czas.

— Tak, no pewnie — powiedziałem z ironią — świetny plan, a następnie umrzemy z głodu. Słuchaj, nie mam zamiaru ci pomagać i ty niczego nie rób. Jeśli chcesz, możesz mieszkać u mnie.

— A ja myślałam, że się przyjaźnimy — wymamrotała i spojrzała na mnie z wyrzutem.

— Tak i jako twój przyjaciel odciągam cię od głupich pomysłów.

— Nie rozumiesz mnie! Jesteś taki jak wszyscy! — Nadepnęła mnie z całej siły. Następnie blondynka odwróciła się na pięcie i sobie poszła.

— Fajnie! Obraź się — krzyknąłem za nią, ale nawet się nie obejrzała. Kopnąłem z całej siły w lampę uliczną, poczym syknąłem z bólu, łapiąc się za stopę. Byłem strasznie wkurzony. Po tym wszystkim, co dla niej zrobiłem, ona się tak po prostu obraziła. Nigdy nie potrafiła pojąć, że może nie mieć racji.

Kolejnego dnia nie było jej w szkole. Pojawiła się dopiero po tygodniu, ale nie odzywała się do mnie. Stwierdziłem, że nie będę robić nic w tej sprawie. Powinna być na tyle dojrzała, by przyznać się do swoich błędów. Jak wracałem ze szkoły, zobaczyłem, że siedzi na murku. Miałem zamiar ją ominąć bez słowa, gdy nagle zawołała:

— Markus!

— Hej — odezwałem się do niej — co chcesz?

— Pomyślałam sobie, że nie mogę być taka okrutna i postanowiłam dać ci drugą szanse — mówiła głosem dyplomatki. Była bardzo pewna siebie — możesz mi znowu pomagać.

— Żartujesz sobie? — zapytałem retorycznie — ja myślałem, że, może chcesz mnie przeprosić, ale nie! Ty dalej trzymasz się tego swojego idiotycznego pomysłu.

— Miałabym cię przepraszać? Za to, że zostawiłeś mnie samą w potrzebie. Dowcipny jesteś.

— Mówimy tu o poważnej sprawie! Czy ty na głowę padłaś? To twój dom, tam jest twoja rodzina, wszystko, co posiadasz!

— Ale ja mam dosyć tego. Dosyć tego, że dostaję codziennie w twarz, że nie mam w co się ubrać, że ciągle muszę pożyczać od ciebie coś do jedzenia i tego, że wszyscy mają mnie za pośmiewisko!

— Nora… — nie wiedziałem, jak ją przekonać — ale mimo wszystko to twoja rodzina. Nie jest kolorowo, ale mimo wszystko…

— Nie jest kolorowo? Jest wręcz czarno — odparła — wiesz, myślałam, że mogę na tobie polegać.

— Owszem możesz, ale są tego jakieś granice.

— Jeśli nasza przyjaźń potrzebuje granic, to ja za nią podziękuję — zarzuciła sobie plecak na plecy, po czym poszła, przy okazji trącając mnie ramieniem z całej siły. Kolejna sprzeczka. A myślałem, że gorzej być nie może. Lecz zaskoczenie spotkało mnie dopiero, gdy wróciłem do domu. Gdy wszedłem do środka, o dziwo z gabinetu wyszedł mój tata, co się zdarzało tylko na święta.

— Witaj Markusie — odezwał się na mój widok.

— Dzień dobry ojcze — szybko się wyprostowałem i nerwowymi ruchami poprawiłem koszulkę.

— Słuchaj, była tu twoja koleżanka. Mówiła, że pozwoliłeś jej pożyczyć rower, więc wysłałem ją do garażu.

— Nora tu była? — Doznałem lekkiego szoku. Obraziła się na mnie i nagle przychodziła do mnie coś pożyczać. Na co jej był rower?

— No tak. Nie wiedziałeś o tym? — zdumiał się ojciec, a mnie w tym momencie olśniło. Bez słowa pobiegłem prosto do garażu. Wpadłem do środka. Był tam jeden wielki rozgardiasz. Większość miejsca zajmowało sportowe auto taty stojące na środku, a po bokach były poustawiane najróżniejsze przedmioty, które się nazbierały przez 15 lat. Rozejrzałem się dookoła. Nie było tam mojego roweru, ale w kącie zauważyłem kanistry z benzyną. Tylko cztery. Szybko wróciłem do domu. Tata stał w kuchni, sącząc czarną kawę.

— Tato ile kanistrów benzyny kupiłeś? — Zapytałem bez ogródek. On spojrzał na mnie podejrzliwie pewnie zastanawiając się, co mogę niegodziwego planować.

— Po co ci to wiedzieć? — Powiedział ze zwykłym dla siebie spokojem i wziął kolejny łyk kawy.

— Nie mogę ci powiedzieć, ale to ważne!

— Co może być takiego ważnego? Do czego ci taka wiedza? Zadanie z matmy układasz? — to ostatnie zabrzmiało drwiąco, ale mimo wszystko nadal formalnie.

— Proszę cię, później ci wyjaśnię — mimo wszystko nie chciałem mu mówić o planie Nory. Jakaś cząstka wewnątrz mnie mówiła mi, że to zły pomysł.

— Chyba tak z pięć. Możesz mi teraz wyjaśnić, o co chodzi? — spytał z naciskiem. Mnie oczy się szeroko otwarły z przerażenia. Pięć. Nie cztery, ale pięć. Nie odpowiadając mu, pędem wybiegłem na zewnątrz. Do domu Nory miałem jakieś 15 minut, ale w tamtym momencie wydawało mi się to strasznie daleko. Biegłem ile sił w nogach, ledwo łapiąc dech. Z rozpędu przeskoczyłem furtkę i wpadłem do środka. Zacząłem się nerwowo rozglądać. Nigdzie nie widziałem Nory. Przez głowę przelatywało mi tysiące myśli. Bałem się ją stracić, nie mogłem jej stracić. Znowu stwarzała problemy od których musiałem ją ratować, tylko tym razem było znacznie gorzej. Nie chciałem żyć bez niej, nie potrafiłem, nie chciałem zostać sam, była wszystkim co posiadałem, choć tak bardzo mnie przerażała, kurczowo jej się trzymałem.

Postanowiłem poszukać jej rodziców. Nagle zatrzymałem się, gdy poczułem, jak mój but nasiąka jakimś płynem. Spojrzałem w dół. Benzyna. Oczywiście. Dopiero w tym momencie zwróciłem uwagę na jej ostry zapach, który rozchodził się po całym mieszkaniu. Popędziłem szybko do pokoju sypialnego. Mama Nory siedziała, czytając książkę, a jej tata ucinał sobie drzemkę. Kobieta była zdumiona moją obecnością. Chciała coś powiedzieć, ale jej przerwałem.

— Szybko musicie stąd uciekać! — Zawołałem.

— Ale… — zaczęła kobieta, ale znów nie dałem jej dokończyć.

— Ten dom zaraz spłonie. Musi mi pani uwierzyć na słowo — nie było czasu jej wyjaśniać.

— Co ty wyga… — nagle usłyszeliśmy huk. Matka zrozumiała co się dzieje. Podszedłem do ojca Nory i zacząłem go szarpać, by się obudził.

— Proszę pana, pali się, szybko! Musimy uciekać! — Krzyczałem, próbując wyrwać go ze snu. Jak się ocknął był jeszcze trochę zaspany, ale szybko zrozumiał, co się dzieje. Gdy wyszliśmy na korytarz, ogień był już wszędzie. Dym szczypał w oczy i było potwornie gorąco. Każdy zakrył nos rękawem, by choć trochę móc oddychać. Nagle matka Nory się zatrzymała.

— Zaraz, jeszcze nasza mała córeczka! — Wrzasnęła przerażona — jest w małym pokoju na końcu!

— Pójdę po nią — powiedziałem stanowczym tonem, zanim sama postanowiła to zrobić — Wy idźcie! — Rozkazałem, wypychając ich na zewnątrz, a sam zawróciłem. Było coraz goręcej. Ogień szalał wszędzie. Ledwo dotarłem do drzwi, gdyż prawie cały korytarz był w płomieniach. Natarłem na drzwi, ale nie chciały się otworzyć. Uderzyłem w nie z całej siły jeszcze dwa razy, aż w końcu ustąpiły. Podszedłem do kołyski, gdzie leżała mała dziewczynka, płacząca w niebogłosy. Wziąłem ją na ręce i chciałem już iść, gdy nagłe wielka szafa przewaliła się, zagradzając mi drogę. Ruszyłem w stronę okna, ale nie miałem już za wiele siły. Płuca mnie piekły i nie mogłem oddychać, ponadto wszędzie leżały jakieś rzeczy utrudniając przemieszczanie. Nagle w oknie na drodze zobaczyłem stojącą Norę. Patrzyła spokojnie na to, co się dzieje. Obojętnie oglądała swoje dzieło, jakby siedziała na przedstawieniu w teatrze. Pewnie nie wiedziała, że jej rodzice zdążyli uciec. Zacząłem kasłać coraz bardziej. Nagle płonąca lampa zaczęła spadać, prawie mnie miażdżąc, ale udało mi się uskoczyć w ostatniej chwili. Lecz nie mogłem już walczyć. Było mi tak strasznie gorąco i tak potwornie duszno. Osunąłem się na kolana. Następnie położyłem się na ziemi, dławiąc się dymem. Dziewczynka przestała płakać, a ja przestałem oddychać. Wszystko zostało strawione w płomieniach.

Spotkanie piąte

Joanna Marczyńska

Bałem się wstać. Chciałem dalej spać, pozornie odwlekać przyjście kolejnego, takiego samego dnia. Niestety, wybór nie należał do mnie. Dochodziła siódma, co oznaczało, że podawany dożylnie środek pobudzający już działał w moim krwioobiegu. Wiedziałem dobrze, że za minutę włączy się radio nadające poranne wiadomości, a ekspres zacznie robić ohydną kawę. Kontrolowali wszystko — od zdrowia, funkcji życiowych i reakcji fizjologicznych, poprzez codzienne zwyczaje, kończąc dopiero na myśleniu, w które i tak usiłowali wnikać, zachwalając postęp gospodarczy naszego „idealnego” Autonomicznego Pierwszego Państwa Odnowionej Teraźniejszości Umysłów. Nawet już sama nazwa cuchnęła na odległość przydługą propagandą, ale na szczęście istniał i skrót — A. I P.O.T.U. — równie ironiczny.

Rozpocząłem swój poranny rytuał, krzątając się po mieszkanku. Znów dobiła mnie myśl, iż skoro system, układając moją zindywidualizowaną dietę zalecił mi jedzenie otrębów, musi być ze mną źle. Kiedy na ostatnim wykazie badań miałem podwyższony cholesterol, dotarło do mnie, jak bardzo zrobiłem się stary. Zrozumiałem, że rzeczywiście jestem po czterdziestce! Pomyślałem też o ilości nanobotów, chipów i innych małych, medycznych świństw, które od dziecka mi wszczepiano. To dawało możliwość sztucznego, wydajniejszego stymulowania mojego organizmu. Oczywiście, „dla mojego dobra”, abym żył jak najdłużej i mógł pracować optymalnie.

Z zamyślenia wyrwało mnie dopiero spojrzenie na zegarek. Rzuciłem w pośpiechu parę poleceń w stronę inteligentnego bota i popędziłem na autobus. W tak leniwy poranek wydawało mi się, jakby pojazd wcale nie leciał nad ulicą, a jedynie leniwie się snuł. Nienawidziłem, kiedy musiałem patrzeć na tłum smętnych ludzi spoglądających w przestrzeń za oknem, a tak naprawdę, zagłębionych w czeluściach Internetu i portali społecznościowych. Nie mogłem ścierpieć ich rozproszonego wzroku za szkłem okularów czy soczewek poszerzających rzeczywistość. Jak zwykle, tak i tego dnia, ktoś musiał mnie obdarzyć tym pustym wzrokiem. Tym razem była to kobieta o wyjątkowo świdrującym spojrzeniu. „Przyglądała” mi się całą drogę. Myślałem, że szlag mnie trafi! Przeklęte szare masy, zapatrzone w karierę lemingi, spokojne, spełnione, nie zadające niewygodnych pytań, nieprzywykłe do samodzielnego myślenia!

Mimo że znajdowałem się w tłumie, czułem się bardzo samotny.

Chociaż, może nie to mnie tak bardzo irytowało, a to, że byli po prostu szczęśliwi, czego ja nigdy nie potrafiłem? Zawsze pragnąłem czegoś więcej. Pragnąłem dociekać prawdy kryjącej się za kłamstwami rządu. Marzyłem o tym, by żyć inaczej, nie pod linijkę bezdusznego systemu. Myślałem czasem z nadzieją: „Może wreszcie nie tylko ja zobaczę nieścisłości w bajeczkach polityków o samowystarczalności naszego społeczeństwa, źródłach odnawialnej energii, potrzebie pracy na rzecz odbudowy świata? Może ludzie zrozumieją, że jeśli ktoś podtyka im dostatek pod nos, to gdzieś musi być haczyk?” Niestety, zauważyłem również, że kiedy wreszcie pojawiał się ktoś, kto choćby tylko zaczynał snuć podobne spostrzeżenia, natychmiast znikał w tajemniczych okolicznościach… Byłem tchórzem, więc milczałem. Jednak to nie zmieniało faktu, że ta świadomość wciąż mnie dręczyła. Kiedy wyobrażałem sobie bunt — wojnę domową w jedynym, pozostałym państwie świata i skutki zaburzenia tak sterylnego systemu wartości i codziennego porządku społeczeństwa, przechodziły mnie dreszcze. To byłby chaos! Tego przecież nie chciałem. Pragnąłem sprawiedliwości, nie rozlewu krwi.

Kiedyś próbowałem być szczęśliwy. Postanowiłem, że znajdę sobie żonę. Specjalna agencja dobrała nas po 98-procentowej zgodności. Przez chwilę to rzeczywiście działało. Doczekaliśmy się nawet dwójki dzieci — córki i syna. Niestety, po trzech latach znów zaczęła dopadać mnie szara codzienność. Słyszałem tylko: „Czego chcesz? Przecież masz wszystko!”. Dalej mi czegoś brakowało, ale sam już nie wiedziałem czego, i bałem się, że nigdy tego nie odnajdę. Moja żona… cóż… była jak wszyscy. Liczyło się dla niej tylko to, by dobrze wypaść, dostosowywać się do społeczeństwa, pracować. Kłóciliśmy się kolejne trzy lata. Nie potrafiłem wziąć się w garść. Tak więc, kiedy pewnego dnia wróciłem do domu, ich już nie było. Wyjechała bez słowa, zabierając dzieci. Urwała kontakt.

Podobno na początku XXI wieku nie wszyscy mieli dostęp do sieci. Zawsze chciałem żyć w tamtych czasach, przed Wielką Wojną, jeszcze zanim dziewięćdziesiąt pięć procent planety zostało zniszczone i skażone, gdy absurdy A. I P.O.T.U. nie były potrzebne, a ludzie byli naprawdę wolni. Nikt nikogo nie śledził dronami, nie okradał z prywatności. Zamiast przydziałowego apartamentu mieszkalnego wypełnionego elektroniką, monitorującą każdy ruch, można było mieć własny dom na łonie natury. To tak, jakby mieszkać w parku! Szaleństwo! Budowali prawdziwe relacje. Rozmawiali. Mieli czas kochać…

Kiedy autobus pustoszał, wiedziałem, że zbliżam się do obrzeży miasta — do Muru. Była to bariera oddzielająca nasz nowy ład od ziem zniszczonych wojną. Wyższy od niej był tylko wieżowiec głównej siedziby prezydenta. Hamowała ona zewnętrzne promieniowanie, zanieczyszczenia i zapobiegała przedostawaniu się zmutowanych genetycznie zwierząt. Mur uznawany był za cud współczesnej techniki, który uratował nas od zagłady. Mnie wcale nie zachwycał. Zastanawiało mnie, dlaczego jest tak pilnie strzeżony, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez uzbrojonych żołnierzy, skoro poza nim nie ma życia? Po co? „Przed czym mieliby nas chronić wartownicy?” — zadawałem sobie codziennie to samo retoryczne pytanie, po czym wysiadałem z autobusu i pędziłem wiaduktem ku szkolnemu gmachowi.

Byłem nauczycielem. Cóż to za nędzna, przestarzała profesja! W dobie elektronicznych podręczników, które same dostosowywały się do postępów ucznia, zatrudnianie kogoś takiego nie było opłacalne. Właściwie, większość niegdyś istniejących stanowisk zajmowała już Sztuczna Inteligencja. Jednak był od tej reguły wyjątek, zawarty w dwóch słowach: „empatia” i „kreatywność”. W tych dziedzinach człowiek wciąż pozostawał niezastąpiony. Jak wiązało się to z systemem edukacji, skoro większość szkół była całkowicie skomputeryzowana? Otóż istniały jeszcze tzw. szkoły elitarne — prywatne placówki dla dzieciaków ze snobistycznych rodzin, dla których te dwie cechy były szalenie ważne. Moi uczniowie należeli do wyższej warstwy społecznej. Ich rodzice byli naukowcami i politykami, którzy nie mogąc dać im swojego cennego czasu, oferowali w zamian drogą edukację, perspektywy sukcesu, konto w banku i różnego rodzaju gadżety.

Byłem historykiem. Mój przedmiot uznawany był za najmniej pożyteczny i przyszłościowy. Historia to przecież nie programowanie czy mechatronika! Podręcznik był okropnie okrojony, stworzony jedynie po to, by od najmłodszych lat wpajać dumę i zadowolenie z A. I P.O.T.U. Dzięki temu, nikogo nie interesowały moje lekcje. Właśnie za to kochałem moją pracę! Pod pretekstem spełnia misji szkoły mogłem dyskutować z moimi uczniami i otwierać ich umysły. Uczyłem ich samodzielnego myślenia. Nie mogłem się powstrzymać od przemycania na swoich lekcjach prawd nie zawartych w podręczniku. Moje zamiłowanie do historii i dociekliwość były silniejsze ode mnie. Zawsze starałem się działać niepostrzeżenie, ale im byłem starszy, im dłużej uchodziło mi to na sucho, im mniej miałem do stracenia, tym bezczelniej pozwalałem sobie na tą ryzykowną grę. Chyba myślałem, że zamknięty w czterech ścianach klasy jestem bezkarny. Niestety… wreszcie się doigrałem.

Od dnia narodzin czułem, że coś wisi w powietrzu. Każdego dnia wypatrywałem prawdy… podstępu… czekałem. Przez całe życie bałem się tak wielu rzeczy, ale tak naprawdę, najbardziej przerażało mnie to, że ten chory system „idealnego” państwa mógłby kiedyś runąć. Choć nienawidziłem go z całych sił i marzyłem, by się z niego wyrwać, wiedziałem, jaką panikę spowodowałoby przywrócenie ludziom realnej wolności. Mogliby być kim chcą, jeść, ubierać się i kochać, jak im się podoba, mieszkać w parku, a nawet wyjść za Mur… Musieliby podejmować decyzje! Mieliby nieskończenie wiele możliwości, których nigdy nie mieli. Ich obowiązkiem byłoby gospodarowanie swoim czasem, czego nigdy nie robili. To byłoby dla nich zbyt wiele. To tak jakby hodować stado szczurów w inkubatorze, zapewniając im wszystko do życia, po czym zbić szklany klosz i wypuścić na wolność. Nieprzystosowane do jakichkolwiek zmian stado natychmiast by wyginęło. Nienawidziłem ustroju, od którego byłem śmiertelnie zależny. Równocześnie wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, kiedy mnie wykryje i zniszczy jak wirusa.

Ten dzień był inny. Rozpocząłem pierwszą godzinę lekcyjną z klasą IIc. Nie zdążyłem nawet wyświetlić tematu lekcji ma tablicy, kiedy rozległ się świst rozsuwanych drzwi. Do sali weszła elegancka kobieta w żakiecie z rządowym emblematem na piersi, tupiąc upiornie obcasami o posadzkę. Za nią podążało czterech postawnych mężczyzn w ciemnych okularach. Żołądek podszedł mi do gardła. Kobieta z surowym wyrazem twarzy poinformowała klasę, że przybyła na wizytację w ramach państwowego programu kontroli edukacji. Usiadła w ostatniej pustej ławce. Jej ochrona rozstawiła się strategicznie po pomieszczeniu — dwóch przy drzwiach, dwóch przy oknie. Wiedziałem dobrze, co to znaczy — nie ucieknę. Zaniemówiłem. Te cztery ściany, których byłem niegdyś władcą, zostały przejęte zaledwie paroma słowami. Ze schronienia stały się pułapką. Wysłanniczka reżimu przyszła po mnie niespodziewanie, jak kat na rozprawę sądową i z niezachwianym spokojem zasiadła na widowni, by obserwować, jak zapada wyrok śmierci. Przerażała mnie. Perfekcyjnie proste, kruczoczarne włosy opadały równo na wąskie ramiona. Idealny makijaż podkreślał wyjątkową urodę. Władczość i pewny charakter widoczne były w jej każdym kroku i geście. Była tak nieskazitelnie piękna, że aż potworna. Przyglądałem się jej zahipnotyzowany. Z transu wyrwał mnie dopiero jej odrobinę zniecierpliwiony, lecz wciąż melodyjny głos:

— Ale proszę się mną nie przejmować i prowadzić lekcję, jak co dzień, jakby mnie tu wcale nie było.

Próbowałem poskromić emocje i prowadzić kolejną, podręcznikową lekcję. Byle nie odbiegać od tematu! Liczyłem na to, że może uda mi się zrobić dobre wrażenie i wyjdę z tego cało. Jednak rozpraszało mnie przenikliwe spojrzenie jej czarnych oczu, błyszczących w końcu sali. Wydała mi się dziwnie znajoma… Dopiero po chwili zrozumiałem, że to ona jechała ze mną autobusem tego ranka. Nie miała soczewek, ona naprawdę mnie obserwowała. Kto by pomyślał, że pod płaszczem skrywała państwowy uniform?

Byłem rozkojarzony. Mówiłem coś o cudownym, ochronnym Murze dookoła miasta i wtedy popełniłem największy błąd. Nieopatrznie udzieliłem głosu jednej z uczennic.

— Pan profesor mówił już nam o tym Murze. — zauważyła pilnie. — Parę tygodni temu. Kazał pan nam zastanowić się, do czego służy. Chroni czy raczej więzi? Ja sądzę…

Nie zdążyła dokończyć zdania. Wszystko potoczyło się błyskawicznie.

— Wyprowadzić dzieciaki. Zgarniamy — rozległy się stanowcze rozkazy wizytatorki.

Do pomieszczenia wpadły służby specjalne, uzbrojone w laserową broń i zaczęły po kolei wyprowadzać przestraszone dzieci. Ktoś mnie obezwładnił, przygniatając do biurka. Poczułem krótkie ukłucie w ramię, a później była już tylko ciemność.

***

— Po co Ci było wygłaszanie tych bzdur, obmyślanie wszystkich teorii spiskowych? Chcesz zaprzepaścić wszystko, na co pracujemy?

Byłem skrępowany w niewygodnej pozycji, w jakimś zimnym, sterylnym pomieszczeniu. Spływał ze mnie pot. Serce dziwacznie łomotało. Nie mogłem myśleć. Wykańczali mnie wyrafinowaną torturą impulsami elektrycznymi kierowanymi do mózgu przez elektrody przypięte do głowy. Okrucieństwo zabiegu poległo na tym, że samo w sobie nie zadawało fizycznego bólu, lecz potrafiło wzbudzić halucynacje, skrajny strach czy ból w swojej najczystszej postaci. Równocześnie nie pozwalało ofierze choćby na chwilową, zbawienną utratę przytomności. Wydawało mi się, że to trawa w nieskończoność.

— Śledzę wrogów publicznych, takich jak ty. Wiesz, czego się dopuściłeś? Zdrady stanu, a za to grozi kara śmierci. Ja jednak będę na tyle łaskawa i wspaniałomyślna, że dam ci małą szansę. Zaproponuję pewien układ.

Nie zdążyłem odpowiedzieć, a poczułem kolejne elektryczne kopnięcie, które ugięło mi kark. Widziałem, jak uśmiecha się krzywo. Czerpała chorą przyjemność z zadawania bólu. Stała nade mną. Upokarzała. Mogłem przyjrzeć się jej z bliska. Była zaskakująco młoda. Nie mogłaby być starsza od mojej córki! Nie mieściło mi się w głowie, że taka piękna dziewczyna mogła tak wcześnie zaprzedać swoją duszę rządowej służbie. Jak mogli ją tak omamić?

— Wiedziałam, że będziesz grzecznie współpracował. Posłuchaj, składam uczciwą ofertę „życie za życie”.

— Co to za uczciwość, kiedy jedna ze stron jest skrępowana? — wybełkotałem półprzytomny z wyczerpania.

— Jeśli chcesz żyć, zadzwonisz na podany numer, do przywódcy najsilniej działającego podziemia buntowników-oszołomów, którzy chcą obalić prezydenta. Ustalisz z nim spotkanie. Zapewnimy ci obstawę i broń, a twoją rolą będzie go zabić.

— Ale dlaczego niby ktoś taki miałby się zgodzić? — snułem czysto hipotetycznie.

— Zapewniam cię, że będzie bardzo zainteresowany. Z tego co wiem, dawno się nie widzieliście. — Położyła przede mną holograficzny dokument przedstawiający akta z moim nazwiskiem. Oniemiałem wpatrzony w twarz przystojnego, młodego chłopaka na zdjęciu. — Na pewno będzie chciał wiedzieć, jak i dlaczego jego ojciec odnalazł go po tylu latach. Myślę, że to wystarczy, aby zwabić go w pułapkę.

— Nie, nie zrobię tego! Nikogo, nigdy bym nie zabił! Już na pewno nie własnego syna! Możesz mnie torturować, ile chcesz, nigdy nie pójdę na ten chory układ!!! — Szarpałem się, próbując zerwać magnetyczne kajdany.

— Domyślałam się, że tak powiesz. — Wstała i zaczęła kierować się do drzwi dumnym krokiem. — Dlatego przygotowałam jeszcze jeden argument, który powinien cię ostatecznie przekonać — zawiesiła głos dramatycznie. — Jeśli nie wypełnisz swojego zadania, cała klasa, której byłeś nauczycielem, zginie.

— Suka… — zawodziłem przez łzy niczym dziecko. Ledwo wiedziałem, co się dzieje, pod wpływem kolejnej dawki psychoaktywnych substancji. — Rzeź… Trzydzieści niewiniątek… — Powtarzałem w panice bez składu.

— Wszystko zależy od ciebie — odparła bez emocji, a jej słowa obijały się echem jeszcze długo w moim śnie.

***

— Dlaczego przyszedłeś?! To pułapka! Zabiją cię! Próbowałem cię ostrzec! Myślałem, że zrozumiałeś — krzyczałem zrozpaczony.

Umówiliśmy się na dachu głównej siedziby prezydenckiej — najwyższego budynku w mieście, gdzie zwykle nikt nie miał wstępu. Byłem w kropce, mój plan nie powiódł się. Ja, uznałem, że jestem już martwy, ale gdyby mój syn nie przyszedł, nic by nie groziło, ani jemu, ani dzieciom. Próbowałem obmyślić plan awaryjny, ale w głowie miałem pustkę. Czasu było niewiele. Według umowy mieliśmy zaledwie parę minut na rozmowę. Po upływie tego czasu na dach miała wejść ta koszmarna kobieta i w zależności od rezultatu dopełnić groźbę lub nie.

— Przecież nie mogę cię zabić! — stwierdziłem rozgorączkowany i wyjąwszy broń cisnąłem nią za krawędź budynku. Pistolet poszybował w dół. — Przepadło! Wszyscy zginiemy! — Zrozpaczony usiadłem na betonowej płycie lądowiska.

— Wiedziałem dobrze, do czego chcieli cię zmusić, dlatego właśnie jestem — przemówił spokojnym tonem i usiadł obok mnie. — Wszystkiego się domyśliłem, kiedy do mnie zadzwoniłeś. — Spojrzałem na niego pytająco. — Jest coś, co muszę ci pokazać. Właśnie dlatego wybrałem to miejsce. To jedyny punkt, z którego można to zobaczyć. — Pokierował palcem poza granice miasta.

Ku swojemu zdziwieniu spostrzegłem na linii horyzontu zarys jakiegoś miasta. Przetarłem oczy i przyjrzałem się ponownie. Wyraźnie widziałem wysokie wieże i roztaczającą się dookoła nich roślinność. Od zawsze byłem oszukiwany! Poza zniszczonymi ziemiami otaczającymi A. I P.O.T.U. istniało życie! Oniemiałem.

— Pomagam ludziom, tak jak mi kiedyś ktoś pomógł. Obserwuję społeczeństwo, odnajduję tych, którzy nie boją się wolności, którzy chcą żyć szczęśliwie i nie wystarcza im to, co mają tutaj. Jeśli tego sobie życzą, pomagam im przekroczyć Mur. To, co właśnie widzisz, to nasze państwo-miasto, miejsce, gdzie dbamy o wolność słowa i demokrację. Jest nas z każdym dniem coraz więcej. Władza wypada z rąk A. I P.O.T.U. Coraz więcej ludzi zauważa rządowe przekręty. Kiedy cię aresztowano zorientowałem się, że ty także pragniesz wolności. Tato, czy chcesz do nas dołączyć?

— Oczywiście, że chcę, ale jak to możliwe? Jak chcesz to zrobić? — pytałem zdezorientowany.

— Lada chwila będzie tu helikopter, którym uciekniemy.

— A co będzie z dziećmi? Przecież je zamordują! — Próbowałem znów zejść na ziemię.

— Dzieci są bezpieczne. Nigdy nie planowali ich zabić. Są zbyt cenną inwestycją dla rodziców. To była tylko kolejna manipulacja. Wykorzystali to jako twój słaby punkt. — Odetchnąłem z ulgą.

Pod wpływem jego pogodnego uśmiechu cały mój strach przemijał. Łzy szczęścia cisnęły mi się do oczu, a serce napełniła odwaga, jakiej dotąd nie znałem.

— Nie mogę uwierzyć. Kiedy ostatni raz cię widziałem, miałeś siedem lat, a teraz… dziękuję. — Nie mogłem powstrzymać wzruszenia. — A moja córeczka? Będę mógł ją dzisiaj spotkać? — dopytywałem podekscytowany.

— Miałem ci nie mówić, ale chyba powinieneś wiedzieć… — zawiesił głos, próbując ubrać myśli w słowa. — Już się z nią widziałeś. Ta kobieta, która zleciła ci mnie dzisiaj zabić, to twoja córka — oznajmił z ciężkim sercem. — Pogubiła się, umysł sprała jej propaganda. Jest chora z nienawiści i nikt nie jest jej w stanie pomóc. Próbowałem wiele razy, ale wolności każdy musi zapragnąć sam w swoim sercu. Wierzę, że kiedyś to zrozumie i do nas dołączy.

— Obyś miał rację.

Chwilę później poczuliśmy podmuch lądującego helikoptera. Wraz z tym, jak się oddalaliśmy, czułem coraz większą ulgę. Porzuciłem strach. Udało się! Odmieniłem wreszcie swój los! Ściskając dłoń syna, wiedziałem, że nigdy nie będę już sam. Byłem wolny!

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę