Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Oliwia Jędras

Autor grafiki: Martyna Bartoszek

Wciąż widzę ją w snach

Siedziałam w ciemnym pokoju i wsłuchiwałam się w ciszę wypełniającą ciemną noc w okupowanej przez Niemców Warszawie. Pojedyncze latarnie oświetlały zniszczone, niegdyś piękne fasady budynków. Wspominałam jak kiedyś z bratem i kuzynką chodziliśmy za róg do sklepu, do naszej ulubionej pani Marysi, która sprzedawała nam słodycze. Jak środkiem ulicy przemaszerował tłum ludzi, kiedy świętowaliśmy koniec szkoły. Kamienie zasłane wtedy były dywanem z płatków kwiatów, które dziewczyny zerwały, wracając znad rzeki. Teraz wszystko wyglądało inaczej. Po kamiennych ulicach co dzień przejeżdżały ciężarówki wypełnione ludźmi, fasady nosiły ślady kul po rozstrzeleniach, a mój ulubiony sklep został zamknięty na zawsze. Usłyszałam gdzieś za sobą skrzypnięcie drzwi.

— Eliza, czemu jeszcze nie śpisz? — zapytała moja mama.

Westchnęłam i odwróciłam się do niej powoli. Miała na sobie koszulę nocną i ciepły sweter.

— Nie mogę zasnąć… — mruknęłam, opadając na łóżko.

Usiadła obok mnie i pogłaskała mnie lekko po ramieniu. Starała się wyglądać na silniejszą niż jest, mimo że marnie jej to wychodziło. Oparłam głowę na jej ramieniu.

— Wszystko będzie dobrze — szepnęła, obejmując mnie i przyciągając do siebie lekko.

Przymknęłam oczy, chcąc zapamiętać tę ulotną chwilę spokoju. Nie było mi dane cieszyć się nią długo. Ciszę nocy przerwał nagły ryk syren alarmowych. Uniosłam wzrok na mamę.

— Będzie dobrze — uśmiechnęła się. — A teraz musimy się ukryć.

Pociągnęła mnie za rękę i wyprowadziła z pokoju. W biegu zabrałyśmy spakowane torby z najważniejszymi rzeczami. Razem poszłyśmy po mojego braciszka.

— Co się dzieje mamo? — zapytał Janek, przecierając piąstkami oczy.

— Musimy się schować, synku. — odparła.

Wyszliśmy z budynku i tak jak nasi sąsiedzi ruszyliśmy w stronę schronu. Już mieliśmy się ukryć, kiedy usłyszałam szum silników samolotów. Uniosłam głowę i mój wzrok padł na formację samolotów z niemieckimi oznaczeniami na skrzydłach.


***


Otworzyłam oczy, czując rozkoszne ciepło, które zapewniała mi kołdra. Przetarłam oczy, pozbywając się resztek snu z twarzy. Wstałam i przeciągnęłam się. Pokój wypełnił dźwięk strzelania moich stawów. Zarzuciłam na plecy sweter i podeszłam powoli do okna. Ulica była pełna ludzi spieszących za swoimi sprawami, samochodów tłoczących się w korku na czteropasmowej ulicy i blasku słońca odbijającego się od okien wieżowców. Przeszłam do salonu, gdzie zastałam mamę z kubkiem kawy w ręku oglądającą wiadomości w telewizji.

— Dzień dobry, mamo — przywitałam się z nią z uśmiechem.

— Dzień dobry, słońce. Jak ci się spało? — zapytała, odwracając głowę w moją stronę.

Usiadłam obok niej na kanapie i westchnęłam ciężko.

— Ciągle śnią mi się czasy wojny. — mruknęłam.

Uśmiechnęła się do mnie dobrotliwie. To nie pierwszy raz kiedy jej to mówię.

— Naczytałaś się książek, więc teraz śnią ci się takie rzeczy. — odparła, po czym przeniosła swoją uwagę znów na ekran.

Ile razy jej to mówiłam, słyszałam zawsze to samo. Zgadza się, przeczytałam wiele książek o tematyce wojennej. Ale nigdy nie były one tak dokładne jak moje sny. Szkicowniki w moim pokoju były pełne rysunków fasad budynków, pojedynczych ludzi i wydarzeń, które widziałam we śnie. Szybko zrobiłam sobie śniadanie i wróciłam do mamy.

— Umówiłam się z Nikodemem. Wrócę na obiad. — powiedziałam, kiedy skończyłam jeść.

— Dobrze, uważaj na siebie. — odparła.

Pobiegłam do pokoju, szybko się wyszykowałam i wyszłam z domu. Szłam wzdłuż jednego ze starszych budynków na tej ulicy. Okiennice były zwieńczone motywami twarzy otoczonych liśćmi. Jeden z niewielu przykładów, które widziałam na własne oczy i narysowałam. Obserwowałam tłum ludzi tłoczących się pod wejściem do banku. I nagle moje oczy jakby przesłoniła woalka, a to, co widziałam, zmieniło się kompletnie. Mężczyźni mieli na sobie przybrudzone garnitury i kapelusze na głowach. Stojące na uboczu kobiety ciągle poprawiały zakręcone na wałkach włosy i podwiewające sukienki w kwiaty. W korku pojawił się Mercedes 770, znany bardziej jako Großer. Na jego tylnym siedzeniu siedział blond-włosy mężczyzna z czapką oficerską na głowie. Wodził wyniosłym wzrokiem po szarej ulicy za oknem. Spojrzał w końcu na moją osobę, w efekcie czego po moich plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Uśmiechnął się do mnie kpiąco. Odetchnęłam głęboko, przymykając oczy, a kiedy je otworzyłam, znów patrzyłam normalną ulicę. Podskoczyłam zaskoczona, kiedy w mojej kieszeni zaczął dzwonić telefon.

— Cześć — mruknęłam do słuchawki.

— Gdzie ty jesteś, co? — usłyszałam wzburzony głos Nikodema.

Przewróciłam oczami, ruszając w stronę parku, w którym mieliśmy się spotkać.

— Przepraszam. Trochę się zamyśliłam, ale zaraz tam będę — powiedziałam.

— To dobrze. Co ty na to, żebyśmy poszli coś zjeść? — zaproponował.

Uśmiechnęłam się pod nosem, myśląc o tym, jakim żarłokiem jest mój przyjaciel.

— Jeden warunek, żadnych fast foodów — oznajmiłam.

W słuchawce rozległo się przeciągłe jęknięcie, co było wyrazem jego niezadowolenia.

— Niech będzie. Porozmawiamy, jak się zobaczymy… o widzę cię! — połączenie się urwało, a chwilę później objęły mnie silne ramiona. Staliśmy tak chwilę, aż w końcu Nikodem postanowił mnie puścić.

— Cześć — uśmiechał się szeroko, pokazując rząd białych zębów. — Myślałem nad tym, gdzie zjemy i tu niedaleko jest kawiarnia. Nie masz nic przeciwko naleśnikom, prawda? — zapytał.

Szliśmy w stronę owej kawiarni, a on opowiadał o wszystkim i niczym. Po tym jak dotarliśmy i złożyliśmy zamówienie, w końcu zapytał się, co u mnie słychać.

— Dobrze. Ciągle śnią mi się te sceny z czasów wojennych. Czasem jest to spacer po parku albo wycieczka nad rzekę, a zaraz potem widzę bombardowanie, zniszczone budynki. — pokręciłam lekko głową.

— Powiem ci szczerze, że czasem serio zachowujesz się jakbyś była z innej epoki — zażartował.

Uniosłam na niego wzrok i zaczęłam poważnie zastanawiać się nad tym, co powiedział.

— Co? Mam coś na twarzy? — zapytał, podnosząc dłoń do ust.

Pokręciłam głową, a on odetchnął z ulgą. Kelnerka przyniosła nam naleśniki. Były naprawdę smaczne, ale nie potrafiłam o nich teraz myśleć.

— Nikodem… — zwróciłam na siebie jego uwagę. — A co jeśli ja jestem z innej epoki?

Zapatrzył się na mnie, myśląc nad odpowiedzią. Po chwili uśmiechnął się głupkowato.

— To niemożliwe — stwierdził, po czym wrócił do naleśników.

— To jest możliwe — odparłam.

Spojrzał na mnie z powątpiewaniem.

— Nawet jeżeli to możliwe, trudno mi będzie w to uwierzyć — mruknął, wpychając to ust kiwi w czekoladzie.

Przewróciłam oczami, patrząc, jak kończy swoje naleśniki. Zaciągnęłam go potem do biblioteki publicznej. Nikodem zniknął gdzieś między półkami oznaczonymi słowem „fantastyka”, a ja usiadłam do komputera. Szukałam nazwiska Szymanowski. Znalezienie go i odpowiednie osadzenie w czasie zajęło mi dobre kilka godzin. Dziewczyna, którą pamiętałam, w momencie wybuchu wojny nie mogła mieć więcej niż dwanaście lat, więc urodziła się mniej więcej w roku 1927. Niestety archiwa z tamtego okresu nie są dostępne w wersji elektronicznej. To znaczy, że zostały zniszczone w trakcie wojny lub są w wersji papierowej, a dostanie się do nich nie będzie takie proste.

— Znalazłaś to, czego szukałaś? — zapytał Nikodem, stając za moimi plecami.

— Jeszcze nie, ale znajdę. — obróciłam się do niego. — Udowodnię ci, że sobie tego nie wymyśliłam.

Uniósł ręce w geście poddania.

— Jak chcesz. — mruknął.

Spojrzałam na książki w jego rękach.

— Zamierzasz to wszystko przeczytać? — zapytałam zdziwiona.

Pokiwał tylko głową, po czym odszedł, by formalnie wypożyczyć książki. Mój wzrok padł na zegar na ścianie. Uniosłam brwi zaskoczona. Zbliżała się pora obiadu, czyli mniej więcej piętnasta. Podeszłam do biurka bibliotekarki, która obrzuciła mnie znudzonym spojrzeniem.

— Zbieramy się. Obiecałam mamie, że wrócę na obiad.

Nikodem pokiwał głową, nie odwracając wzroku od rosnącego przed nim stosiku książek. Pożegnaliśmy się przed biblioteką i ruszyliśmy w stronę swoich domów. Nie mogłam przestać myśleć o Elizie Szymanowskiej. Byłam bardzo zdeterminowana, żeby ją znaleźć.


***


Uśmiechnęłam się triumfalnie, słysząc tak długo wyczekiwane słowa.

— Niech będzie, zadzwonię do Anety i zapytam, czy będziesz mogła wejść do archiwum, ale nie chcę więcej o tym słyszeć — zażądała mama.

— Dobrze. Dziękuję — powiedziałam, ruszając do pokoju.

Przez te dwa tygodnie nie zdołałam ustalić nic, co przybliżyłoby mnie do celu. Oszacowałam tylko datę urodzenia Elizy Szymanowskiej i jej brata. Nie zaspokajało to mojej ciekawości. Dlatego zaczęłam wypytywać mamę, czy nie ma znajomych pracujących w archiwach Urzędu Stanu Cywilnego. Miałam szczęście, kiedy okazało się, że jedna z jej koleżanek zajmuje się odzyskiwaniem i odtwarzaniem zniszczonych pism. Chwilę później rozległo się pukanie do drzwi, a moja mama stanęła w progu mojego pokoju.

— Dopięłaś swego. Aneta jest moją dobrą koleżanką i tylko dlatego będziesz mogła wejść do archiwum. — przewróciła oczami patrząc na mnie.

Podskoczyłam w miejscu ze szczęścia. W końcu będę mogła wznowić poszukiwania.

— Spotka się z tobą przed Urzędem o godzinie 10, ma wtedy przerwę i będzie mogła po ciebie wyjść. — dodała, po czym wyszła.

Opadłam na łóżko. Moja mama nie chciała uwierzyć w moją teorię, co pozbawiało mnie dobrego nastroju. Zasnęłam, myśląc o tym, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień.


Obudziłam się dokładnie dwie godziny przed umówionym spotkaniem. Wszystkie czynności wykonywałam automatycznie, nie zwracałam na nic uwagi. Można powiedzieć, że miałam głowę w chmurach. Na miejsce dotarłam dokładnie pięć minut wcześniej. Podeszła do mnie niska kobieta z papierosem w dłoni.

— Ty jesteś Amelia, prawda? — zapytała, poprawiając wolną ręką brązowe włosy.

— Tak, pani Aneta? — uśmiechnęłam się lekko.

Pokiwała głową w odpowiedzi, zaciągając się mocno papierosem.

— Powiedz mi, jak to się stało, że nowoczesną nastolatkę zainteresowała wizyta w archiwum?

Zamyśliłam się na chwilę, rozważając, jak mam jej odpowiedzieć.

— Interesuję się historią jednej osoby, która żyła w Warszawie podczas II wojny światowej.

— I zaprowadziła cię ona tutaj? — zapytała zdziwiona.

Pokręciłam głową, uśmiechając się lekko.

— Uważam, że jeśli chce się poznać czyjąś historię, to należy ją poznawać od początku — odparłam.

Pani Aneta zaprowadziła mnie do Urzędu. Był to budynek państwowy jak każdy inny. Panowała w nim cisza, czasem słychać było odgłos obcasów stukających o posadzkę, gdy sekretarka w pośpiechu niosła szefowi kawę. Wsiadłyśmy do windy, a Pani Aneta wcisnęła guzik z napisem -1.

— Archiwum jest w piwnicy? — zapytałam.

— Częściowo. Ten dział, który cię interesuje, jest na tyle odległy od czasów teraźniejszych, że nie ma sensu wjeżdżać na górę — powiedziała.

Winda zatrzymała się i Pani Aneta otworzyła zasłaniającą wyjście kratę z głośnym zgrzytem. Poprowadziła mnie do przedsionka. Zatrzymała się na chwilę obok szafy i wyciągnęła dwa białe fartuchy i rękawiczki.

— Załóż je — powiedziała, wręczając mi jeden z fartuchów i parę lateksowych rękawiczek. — W życiu nie widziałaś tyle kurzu, wierz mi.

Zaśmiałam się, wciskając rękawiczki na ręce.

— W kieszeni powinnaś znaleźć maskę — dodała, naciągając materiał na twarz.

Tak jak powiedziała, w prawej kieszeni znalazłam białą maskę na twarz. Kiedy otworzyła drzwi do archiwum, uderzyła nas fala kurzu.

— A nie mówiłam? — mruknęła cicho Pani Aneta.

Następne dwie godziny spędziłyśmy na przeszukiwaniu roku 1936, czyli, jak sądziłam, roku urodzenia Jana Szymanowskiego. Miałam szczęście. Jego akt urodzenia znalazł się w obszernej teczce opatrzonej nazwą „MARZEC”. Dołączona była do niego mała notatka, której nie mogłam odczytać. Pani Aneta pomogła mi, analizując zeskanowany dokument w komputerze.

— Tu jest napisane, że miał krewnych, rodziców i siostrę. Napisano tylko, że siostra urodziła się w 1924. Pozostałe dokumenty musiały zostać zniszczone.

— Podali może imię siostry? — zapytałam, czując jak z nerwów trzęsą mi się dłonie.

Pani Aneta uważniej przyjrzała się notatce.

— Myślę, że tak. Ale atrament w tej części kartki nie zachował się dobrze. Wydać tylko zarys pierwszej litery. Wygląda jak F lub E… — mruknęła.

— Eliza — oznajmiłam, odsuwając się od jej stanowiska. Spojrzała na mnie pytająco. — Może mnie pani uznać za wariatkę, ale przyszłam tutaj, by dowiedzieć się czy istniała osoba o imieniu Eliza Szymanowska.

— Dlaczego? — zapytała nagle zainteresowana.

— Mniej więcej odkąd skończyłam pięć lat, śnią mi się obrazy Warszawy przed wybuchem wojny. Mogę przypuszczać, że mówimy o kresie od 1924 do 1944.

Pani Aneta zrobiła wielkie oczy słysząc co mówię.

— Mówisz o życiu Elizy Szymanowskiej? — zapytała, a ja pokiwałam głową. — Jak do tego doszłaś?

— Wiele rzeczy pamiętam, takich jak daty czy ważniejsze wydarzenia. Pamiętam 1 września 1939, kiedy doniesiono o ataku na Westerplatte i defilade Hitlera w Alejach Ujazdowskich, która odbyła się 5 października tego samego roku. Pamiętam alarmy bombowe i samoloty lecące nad Warszawą. Pamiętam, jak Eliza ratowała ludzi w szpitalu polowym przy Marszałkowskiej 71/73. Przeżyła jego dwa bombardowania i spalenie. Razem z ocalałymi udało jej się przejść ulicą Koszykową do parku, a potem do Szpitala Ujazdowskiego, który został zbombardowany 30 sierpnia. Mniej więcej w tym okresie kończą się moje wspomnienia.

Pani Aneta patrzyła na mnie jakby oczekiwała słów „to tylko żart”. Uśmiechnęłam się do niej lekko, przekonując, że mówię prawdę.

— Jak to możliwe? — zapytała.

Głęboko westchnęłam, czując zapach starego papieru.

— Sama chciałabym wiedzieć — odparłam. — Dziękuję, Pani, naprawdę mi pani pomogła.

— To nic.

Już miałam zacząć się zbierać, kiedy usłyszałam jak woła moje imię.

— Tak? — Obróciłam się w jej stronę.

— Szukałaś innych jego krewnych? — zapytała, podchodząc do mnie.

Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, co ma na myśli.

— Wiem tyle, że rozdzielili się podczas ucieczki. Ich matka zginęła, kiedy zawalił się budynek, w którym się ukrywali, a ojciec został wywieziony do Oświęcimia.

— Wydaje mi się, że już gdzieś słyszałam to nazwisko — mruknęła pod nosem. — Poszukaj jeszcze, myślę, że warto.

— Tak zrobię. Jeszcze raz dziękuję. — powiedziałam, po czym wyszłam.


***


Kiedy wróciłam do domu, od razu usiadłam do laptopa. Wpisałam nazwisko Jana do wyszukiwarki wyświetliła mi się lista osób, które przeżyły powstanie. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Pierwszym, co przyszło mi do głowy było to, że muszę się spotkać z tym człowiekiem. Poświęciłam trochę czasu na znalezienie jego adresu, ale udało mi się. Następnego dnia, jak tylko wstałam, pobiegłam pod ten adres. Kiedy zadzwoniłam domofonem, odpowiedział mi jakiś damski głos.

— Słucham?

— Dzień dobry. Nazywam się Amelia Nowak. Czy istnieje taka możliwość, bym spotkała się z panem Szymanowskim? — zapytałam zaciskając mocno kciuki.

— Czy jest pani jego krewną? — zapytała kobieta.

— Nie, ale znałam jego siostrę — odparłam.

Drzwi otworzyły się z cichym brzękiem. Po pokonaniu kilku schodków znalazłam się przed drzwiami mieszkania numer 14. Otworzyła mi kobieta w średnim wieku.

— Zapraszam — powiedziała, wskazując ręką, bym weszła.

Mieszkanie było urządzone w stylu przypominającym pomieszczenia, które pamiętałam. Weszłam do małego salonu. Na bujanym fotelu siedział Jan Szymanowski.

— Proszę pana, ta młoda dama twierdzi, że znała pana siostrę — powiedziała kobieta.

Mężczyzna odwrócił się do mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Kiedy spojrzał na mnie, jego oczy zrobiły się szerokie, jakby z niedowierzania.

— Eliza? — zapytał słabym głosem. — To niemożliwe.

W pokoju zapadła niezręczna cisza, którą przerwała kobieta, stawiając na stole dwie filiżanki.

— Herbaty?

Pokiwałam głową siadając na wersalce obok fotela.

— Nazywam się Amelia Nowak, proszę pana. — powiedziałam, patrząc mu w oczy. — Przyszłam do pana, ponieważ… — urwałam, nie wiedząc, jak ubrać myśli w słowa — ponieważ pana pamiętam.

Pan Szymanowski zrobił jeszcze większe oczy.

— Wiem, że to brzmi dziwnie, ale to prawda.

— Wyglądasz jak ona — powiedział cicho. — Ona też miała takie włosy.

Wpatrywał się we mnie jak w dawno niewidziany obrazek. Po jakimś czasie zaczęliśmy rozmowę. Opowiedział mi o tym, jak radził sobie podczas powstania, a ja jemu mówiłam o siostrze. Kiedy skończyłam, rozpłakał się.

— Dziękuję — powiedział kiedy się uspokoił.

Kobieta podsunęła mu chusteczki, które ochoczo przyjął.

— Za co? — zapytałam zaskoczona.

— Opowiedziałaś mi o Elizie. Nie wyobrażasz sobie, jak długo zastanawiałem się co się z nią stało. Dziękuję ci za to — odparł, uśmiechając się do mnie.

— Ja również panu dziękuję — odpowiedziałam, a on spojrzał na mnie, czekając aż dokończę. — Do tej pory nie wiedziałam, skąd mam te wspomnienia, ale po rozmowie z panem uświadomiłam sobie, że nic nie dzieje się bez powodu. Myślę, że gdzieś tam w niebie, ktoś chciał, by tak się stało. Bym pana poznała, a pan mógł poznać prawdę o Elizie.

Pokiwał głową, uśmiechając się pod nosem.

— Myślę, że masz rację.

Rozmawiałam z Panem Szymanowskim tak długo, że kiedy wyjrzałam za okno zauważyłam zachodzące słońce. Szybko pożegnałam się i wróciłam do domu. Na odchodnym pan Szymanowski zapewnił mnie, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie. Kiedy dotarłam na miejsce byłam tak zmęczona, że od razu położyłam się spać. Jednak tym razem we śnie nie widziałam zrujnowanej Warszawy. Na wprost mnie stała dziewczyna ubrana w przybrudzoną, niebieską sukienkę. Miała spięte z tyłu włosy, a na ramieniu opaskę z wyszytym, czerwonym krzyżem.

— Eliza? — zapytałam.

Dziewczyna popatrzyła głucho w przestrzeń. Usłyszała mnie, ale nie widziała. A może nie słyszała? Może wydawało jej się, że słyszy głos lub jego echo.

— Nie wiem, kim jesteś… — przemówiła, rozglądając się. — Ale wiem, że słuchasz. Wiem, że widzisz. Czuję cię od dłuższego czasu, wiem, że obserwujesz. Nie rozumiem, jak to możliwe, ale… Poniekąd cieszę się, że tak jest. Chcę… Wiem, że mój czas się kończy i chcę ci podziękować. Spotkałaś się z Jankiem, wyjaśniłaś mu wszystko. To naprawdę wiele dla mnie znaczy, nie mogłam darować sobie, że żył w niewiedzy. Mam też do ciebie prośbę, jeśli to nie za dużo. Proszę cię, kimkolwiek jesteś, przeżyj życie, jakiego ja przeżyć nie mogłam.

Dziewczyna rozpłynęła się we mgle wraz z donośnym hukiem. Miałam przeczucie, że już nigdy jej nie zobaczę.

Katarzyna Korycka

Autor grafiki: Martyna Bartoszek

Ona&On

To zaczęło się kilka lat temu, może trzy, albo cztery. Miał na imię Michał. Był niskim, szczupłym czternastolatkiem o ciemnych włosach i zielonych oczach. Może na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym od swoich kolegów, lecz w środku był niezwykle dobrym i empatycznym człowiekiem. Dostrzegłam to, gdy podał mi pomocną dłoń, kiedy wszyscy wokół się odwrócili.

Zawsze byłam bardzo lubianą, niską blondynką o dużych, zielonych oczach i pogodnym wyrazie twarzy. Może byłam troszeczkę za bardzo gadatliwa, ale ludzie kochali mnie za to, że potrafiłam znaleźć z każdym wspólny język. Starałam się być otwarta na ludzkie problemy i pomagać innym w potrzebie. Moi rodzice nauczyli mnie, aby zawsze dzielić się z ludźmi tym, co w nas najlepsze. Niestety miałam też wady. Jedną z nich była łatwowierność, właśnie ta cecha doprowadziła mnie do miejsca, w którym teraz się znajduję.

Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj, choć od tamtego momentu minęło już kilka lat. Słoneczny wtorek, najprawdopodobniej dzień chłopaka, wybrałam się wtedy z przyjaciółmi do kina. Niby nic nadzwyczajnego, ale miał pojawić się tam też Damian, najprzystojniejszy chłopak w szkole. Chyba każda dziewczyna się w nim podkochiwała, ja także. Niestety moje „przyjaciółki” też. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego słowo przyjaciółki są w cudzysłowie. Bo nigdy nimi nie były. Aby zdobyć chłopaka, ośmieszyły mnie na oczach całej widowni w kinie. Wiedziałam, że Damian czuje coś do Weroniki, dlatego przestałam się o niego ubiegać. Niestety Weronice to nie wystarczyło. Razem z Ewą postanowiły „upokorzyć” mi za to, że śmiałam podrywać Damiana. Dziewczyny wykrzyczały mi prosto w twarz co o mnie myślą i odchodząc wylały na mnie napój. Siedziałam w sali cała mokra i lepka od czarnego napoju, próbując powstrzymać łzy. Uciekłam do toalety, nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Obmyślając plan cichego wymknięcia się z kina, poczułam, że ktoś dotyka mojego ramienia. Przestraszyłam się, za sobą zobaczyłam Michała. Uśmiechał się, na początku myślałam, że chciał sobie jeszcze ze mnie pożartować tak jak reszta paczki. Próbując powstrzymać płacz, chciałam się uśmiechnąć i powiedzieć, że wszystko jest w porządku, niestety z mojego gardła wydobył się cichy i stłumiony jęk.

— Wiele razy wyobrażałem sobie naszą pierwszą rozmowę i sądziłem, że będziesz trochę bardziej rozmowna i żywiołowa, jak zazwyczaj.

— Sam widziałeś, co mi zrobiły. Przyjaźniłyśmy się od dziesięciu lat, a one? One mnie ośmieszyły na oczach wszystkich.

— Nie przejmuj się nimi. Skoro cię tak potraktowały, to nie zasługują nawet na twoją najmniejszą uwagę.

— Wiesz, muszę iść. Miło się rozmawiało. Pa!

Nie wiem dlaczego uciekłam, może bałam się, że kolejna osoba mnie zrani. Gdy wróciłam do domu od razu weszłam pod prysznic. Usiadłam na zimnych i mokrych płytkach, a ciepły strumień wody wymywał z moich włosów reszki pepsi light. Po wyjściu spod prysznica postanowiłam sprawdzić, jak wiele osób wie, co się wydarzyło. Niestety wiedział każdy. W momencie, gdy odkładałam telefon dostałam wiadomość od Michała. Pytał się, czy wszystko jest OK. Nie chciałam zwierzać się kolejnej osobie, więc spławiłam go, mówiąc, że nie mam czasu. Tak naprawdę przepłakałam cały wieczór, a on wciąż pisał. Tak jakby wyczuwał, że dzieje się ze mną coś złego. Wreszcie postanowiłam odpisać. Rozmawialiśmy ze sobą cały wieczór, tak jakbyśmy znali się całe życie. Na początku bałam się zaufać komuś, kogo nie znałam za dobrze, ale doszłam do wniosku, że nie mam nic do stracenia. I wiecie co? To była najlepsza decyzja w moim życiu. Zdobyłam prawdziwego przyjaciela, a później chłopaka. Z nim wszystko zaczęło się układać na nowo. Najpierw odbudował we mnie pewność siebie. Zabierał mnie na ogniska do jego przyjaciół. To oni pomogli mi wyjść z dołka. Jedno ognisko zapamiętam na zawsze. Ja, on ogień, który ogrzewał nasze twarze i nagła propozycja spaceru. Zgodziłam się. Do tej pory mam przed oczami to gwieździste niebo i jego, chłopaka, który swoją pewnością siebie mógłby obdarować dwadzieścia osób. On… on po prostu stał i bał się wypowiedzieć nawet jedno słowo. W końcu odezwał się:

— Słuchaj, bardzo mi na tobie zależy i…

Natychmiast wyczułam, o co mu chodziło.

— Nie wiem, czy to wypali. Dobrze wiesz, jaki mamy układ. Ja nie jestem gotowa na związek, zresztą ty też. Mamy po piętnaście lat.

— Proszę, daj nam szansę, będę najlepszym chłopakiem na świecie. Obiecuję.

— No dobrze, zgadzam się, ale jakby nam nie wyszło, to proszę, nie miej mi za złe.

— Niech będzie, bardzo mi zależy na tym, żebyś mi zaufała. Wiesz, tak naprawdę to… zakochałem się w tobie dłuższy czas temu, ale bałem się ci to wyznać.

I właśnie wtedy mnie pocałował, może to głupie, bo byliśmy dzieciakami, ale naprawdę to było wyjątkowe. Nigdy później nie czułam tej lawiny uczuć w środku.

Wróciliśmy do znajomych. Niestety było bardzo późno i musieliśmy wracać. Okazało się, że nie mamy transportu, więc czekał nas czternastokilometrowy spacer. W jego towarzystwie nie bałam się niczego, czułam się naprawdę bezpieczna.

— Wiesz, ja nie zaproponowałem związku bo byłem pijany, ja cię naprawdę kocham, mogę to wykrzyczeć całemu światu.

— Nie wygłupiaj się mamy jeszcze masę drogi, powinniśmy się pospieszyć, robi się już jasno.

— Proszę, to dla ciebie.

— Ooo, dostałam chwast.

— Nie znam się na kwiatach. A co jeśli to rzadka i niespotykana roślina? Teraz posiadasz ją tak naprawdę tylko ty.

— Michał, to wciąż chwast, ale dziękuję.

Gdy dotarliśmy już do mojego domu, pocałował mnie w czoło i odszedł. Miał przed sobą jeszcze siedem kilometrów. Co chwilę pisałam do niego, żeby sprawdzić czy wszystko w porządku, strasznie się o niego martwiłam. Na szczęście dotarł do domu bezpiecznie.

Wiecie co? Wciąż mam schowany w szafie ten cenny kwiat.

Następnego dnia atmosfera w szkole była dziwna. Każdy się na mnie patrzył jak na kosmitkę. Przecież nic takiego nie zrobiłam. Gdy po czterech pierwszych lekcjach miałam dość, zaczęłam płakać. Zawsze byłam bardzo lubiana, dlaczego ludzie się ode mnie odwrócili? Właśnie wtedy, gdy siedziałam skulona pod ścianą, przyszedł on. Damian złapał mnie za ramię i pomógł wstać. Chciał pogadać. Powiedział, że Weronika to żart i mu na niej nie zależy. W głębi serca cieszyłam się, że tak bardzo pomyliła się co do niego. Damian powiedział mi jeszcze, że to do mnie coś czuje, w tym momencie chciał mnie pocałować. Michał wszystko widział, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Widziałam w jego oczach niechęć do mnie i żal. Odepchnęłam Damiana, poszłam za Michałem. Niestety, nie dogoniłam go. Tydzień później wreszcie dał sobie wytłumaczyć, co zaszło. Przeprosiliśmy się, a do mnie wreszcie dotarło, że zależy mi na tym chłopaku jak na nikim innym. Po tych ciężkich chwilach ludzie znów zaczęli się do mnie odzywać. Może to dlatego, że sprawa przycichła. Niestety nic nie było już takie samo. Jedyną osobą, której mogłam zaufać, był Michał. To właśnie on wspierał mnie przez cały czas. Z jego pomocą budowałam swoją pewność na nowo. Został nam jeszcze tylko rok szkoły, trzymaliśmy się razem. Były chwile, gdy nie mogliśmy wytrzymać bez siebie dnia, były też takie, gdy nienawidziliśmy się. Wszyscy wokół się dziwili jak to możliwe, by dwie tak bardzo różne osoby tak wspaniale dogadywały się ze sobą. Rok minął bardzo szybko, postanowiliśmy, że pójdziemy do jednej szkoły. Jej wybór nie był prosty, ponieważ byliśmy zupełnie inni. Ja byłam typem ścisłowca, matematyka i fizyka nie miały przede mną tajemnic. On wolał język polski i historię. Na szczęście udało nam się znaleźć szkołę, w której oboje mogliśmy kontynuować naukę. I tym sposobem znaleźliśmy się we Wrocławiu. Początki były trudne, ale wspieraliśmy się. Niejednokrotnie miałam ochotę uciec do innej szkoły. Michał zawsze mnie powstrzymywał i mówił, że wszystko się ułoży. Rzeczywiście, miał racje. Poznawałam cudownych ludzi, zyskałam wielu nowych przyjaciół i Pawła. Był zupełnie inny niż mój chłopak i właśnie to mnie w nim oczarowało. Chyba się zakochałam. To co było między mną a Michałem nagle, straciło sens. Postanowiłam to zakończyć. Nie chciałam go oszukiwać, zwłaszcza, gdy czułam, że ten związek nie ma sensu. Przez tydzień biłam się z myślami. Wciąż miałam nadzieję, że to tylko zauroczenie. Niestety tak nie było. W końcu odważyłam się z nim rozstać. Nigdy nie czułam takiego smutku i bólu, gdy zobaczyłam jego łzy. To ciężkie zawieść kogoś, kto był dla ciebie cały światem. Czuję ten wstyd, nie podołałam. Chciałam dać mu szczęście, może i udało mi się, ale co z tego, gdy przy odejściu odebrałam to wszystko. Przykro mi, że go opuściłam i mimo tego, że chciałam odejść, nadal go szanowałam. Nic mi jego nigdy nie zastąpi, to on był moim wsparciem, bałam się momentu, gdy go spotkam. Nie chciałam zobaczyć jego smutnych oczu, szkoda, że nie patrzyły wtedy na mnie z nienawiścią, byłoby nam obojgu łatwiej.

Teraz, gdy o tym myślę, wiem, że zrobiłam źle. To, co poczułam do Pawła było tylko zauroczeniem, a to półtora roku z Michałem było najcudowniejszym czasem w moim życiu. Bardzo żałuję tego, że się z nim rozstałam. To wszystko przeze mnie. Wtedy, gdy mu o tym powiedziałam, on wyszedł, wsiadł do samochodu i odjechał. Następnego dnia dowiedziałam się, że miał wypadek. Przeżył. Od razu wsiadłam w samochód i pojechałam do szpitala. Zdążył powiedzieć mi tylko, że kochał mnie mimo wszystko. Wtedy zdałam sobie sprawę, że wciąż go kocham. Nie rozumiałam, czemu chciałam wcześniej odejść.

On umarł. Nie mogłam się z tym pogodzić, do tej pory nie mogę i choć minęło już wiele lat, ja nadal pamiętam jego oczy i uśmiech, którym codziennie pokazywał mi, jak bardzo mnie kocha.

Kacper Leszczyński

Przyjaciel

Witaj, czytelniku!

Mam na imię Katy. Mam lat dziewięć, piękne, brunatne włosy, niebieskie oczy i bardzo długie ręce. Moim mieszkaniem jest bajeczny umysł pewnej innej dziewięciolatki. Ona ma na imię Amy i jest moją najlepszą przyjaciółką. A ja jestem jej. Odkąd miała tylko pięć lat.

Wtedy też się pojawiłam. Pojawiłam się w jej głowie i już miałam przygotowaną sofę, stolik, telewizję, lodówkę i wszystko, czego można zapragnąć. Jednym słowem: dziewczyna wiedziała, jak urządzić mieszkanie! To było kilka słów. Wybacz, czytelniku, mam dziewięć lat i jestem średnia z myślenia do przodu. Ou! I oczywiście była tam stera kolorowych książek. Amy i ja uwielbiamy czytać, a kolorowe obrazki sprawiają, że jest to jeszcze lepsze!

Nie pamiętam dokładnego momentu, w którym zostałyśmy NAJLEPSZYMI PRZYJACIÓŁKAMI NA ŻYCIE! NPNŻ w skrócie. To zarezerwowany akronim, czytelniku. Chcę, żebyś to wiedział. Chyba od zawsze nimi byłyśmy. Kiedy tylko się pojawiłam, zdawało mi się, że wiem o Amy wszystko. I w sumie wiedziałam. Znałam jej ulubiony kolor, jej ulubioną rymowankę dziecięcą, jej ulubiony klocek LEGO, wszystko! A ona wiedziała wszystko o mnie.

Miałyśmy właściwie identyczne zainteresowania i prawie identyczne poglądy na większość sytuacji, które nam się przytrafiały. Ja na przykład nie rozumiem, dlaczego musiałyśmy pozbyć się oka Hazel — najpiękniejszej z naszych lalek — ale dobra, należała ona do Amy, więc jej sprawa. Moja Mary jest cała. Jeszcze.

Razem z Amy spędzamy całe dnie. Kiedy ona idzie spać i ja zasypiam. Kiedy ona wstaje i ja wstaję. Kiedy ona je śniadanie i ja jem śniadanie. Czasem te śniadania wyglądają całkiem zabawnie, jak się brechtamy cały czas z jakiejś głupoty. Tak samo sprawa wygląda ze wszystkimi innymi posiłkami. W tym samym czasie chodzimy do szkoły, w tym samym czasie się bawimy, w tym samym czasie czytamy, w tym samym czasie oglądamy bajki i w tym samym czasie robimy wszystko! No, może nie mówimy w tym samym czasie. Toby było głupie.

(Psssst… Do toalety też chodzimy w tym samym czasie).

Z Amy mamy sporo fajnych zabaw. Najbardziej lubimy się bawić w piratów. Niestety rodzice rzadko pozwalają nam pożyczać swoje szaliki, buty i kurtki, aby móc się stosownie przebrać. Najgorzej jest latem, bo wtedy te kurtki nawet nie wiszą na wieszaku. Poza tym najwięcej czasu spędzamy, bawiąc się naszymi lalkami lub klockami LEGO. Sporadycznie mamy też zabawy fabularne z pomocą miśków. Wtedy ratujemy świat przed złem!

Oczywiście poza wesołą częścią naszego życia, pojawiają się też problemy. Do tej pory największym była chyba uwaga, którą Amy dostała w pierwszej klasie. Nauczyciel polecił naszej koleżance z klasy — Emmie — aby pobiegła po kredę. Amy zapytała się, czy może iść z nią, nauczyciel jej coś odpowiedział, ale zrobiło się głośno w klasie i niedosłyszała, co on dokładnie powiedział, potem się zakręciła i w efekcie pobiegła za Emmą. Ja oczywiście z nią, bo jej nigdy nie opuszczam.

No, jak możecie się domyśleć, nauczyciel nie pozwolił jej iść. I po powrocie była uwaga. Jednak to jeszcze nic takiego. Najgorzej zrobiło się po powrocie do domu, bo, wiesz, rodzice.

Oczywiście my jako NPNŻ (mam nadzieję, że pamiętasz, czytelniku, co znaczy ten skrót, bo nie zamierzam go pisać całego, gdyż nie chcę tworzyć długiego nawiasu i głęboko wierzę, że nie potrzebujesz przypomnienia, a jeśli potrzebujesz, to wróć się stronę wcześniej, bo ja naprawdę nie chcę tworzyć długiego nawiasu) stawiłyśmy temu czoła razem. Czyli ogólnie nakłamałyśmy rodzicom, że niby Emma by tam umarła, bo jej głowa utknęła między barierkami schodów i takie tam. Nie wiem, czy w to uwierzyli, ale ogólnie zbytnio źli nie byli. Uznali, że każdemu zdarza się zakołować.

Hmmm… Właśnie sobie przypomniałam, że nie wspomniałam o bardzo ważnej rzeczy i za to cię najmocniej przepraszam, czytelniku. Mianowicie nie wspomniałam o wyglądzie Amy. Choć możliwe, że już się domyślasz jak wygląda. Moja NPNŻ wygląda bardzo podobnie do mnie z taką różnicą, że jej włosy są raczej krótkie. Zawsze zazdrościła mi moich włosów i mówiła, że wiele by oddała za takie włosy. Nieraz chciała zapuścić, ale mama jej zawsze obcinała. Amy tylko czeka aż dorośnie na tyle, aby sama móc decydować o długości swoich włosów.

Cóż… Właściwie piszę to wszystko na szybkiego przed snem i chyba już muszę powoli kończyć. Amy doczytuje już rozdział, więc niedługo będziemy kładły się spać. Na koniec jeszcze dodam, że jutro są dziesiąte urodziny Amy — a zatem też moje dziesiąte urodziny — i nie mogę się doczekać, aby dać jej mój prezent. Będzie oszołomiona. Ciekawe, co ja dostanę od niej.

Hmmm…


***


Witaj, czytelniku!

Wow… Więc tak… Minęło trochę czasu. Od tego mogę zacząć. Ponad dwa lata dokładnie. Mamy z Amy już dwanaście lat (i pół, dokładnie mówiąc) i ogólnie miałyśmy bardzo zarobione dwa lata. Dlatego też nie miałam czasu pisać, mimo że obiecywałam sobie, że postaram się pisać regularnie. Cóż, nie jest to tak łatwe, kiedy twoje życie jest na stałe połączone z kimś innym. Poza tym zawsze mnie bardziej ciągnęło do filmu, który Amy oglądała wieczorem lub do książki, którą czytała, niż do pisania tego mojego dziennika, więc chodziłam i jej towarzyszyłam. Co mogę powiedzieć, uwielbiam spędzać z nią czas.

Ogólnie to jesteśmy już szkołę wyżej, zmieniła nam się trochę klasa. Amy i ja poznałyśmy sporo fajnych dziewczyn, z wieloma się zaprzyjaźniłyśmy. Amy bardzo polubiła Hazel. Doszła ona do naszej klasy niedawno i wychowawczyni wyznaczyła właśnie moją NPNŻ jako opiekunkę Hazel. Od razu zaprzyjaźniły się ze sobą. Amy mówi, że Hazel jest po prostu super z charakteru i że mają mnóstwo wspólnych tematów do rozmów — jak seriale, które oglądają, czy książki, które czytają — ale ja uważam, że to, iż ma imię po jej ulubionej lalce, ma spore plusy. Amy oczywiście mocno temu zaprzecza.

Wydaje mi się, że Hazel mnie nie lubi. W sumie nigdy z nią tak fizycznie nie rozmawiałam. W ogóle z nią nie rozmawiałam. Ona po prostu mnie ignoruje. Kiedy przychodzi, Amy zdarza się też mniej na mnie zwracać uwagę. Z każdą wizytą coraz bardziej zapomina, że tu jestem. Ale spoko — rozumiem to. Powinnam przewidzieć, że przyjdzie moment, kiedy zaczniemy mieć też innych znajomych niż siebie. A to, że nie zawsze będziemy ich lubić również powinno być do przewidzenia.

Ale hej — trzeba patrzeć na pozytywne strony całości. Mam w końcu czas zaglądać do tego dziennika. Teraz robię to, dlatego że Amy i Hazel poszły na zakupy do galerii i, cóż, nie zostałam zaproszona. Ale spokojnie, ja naprawdę to rozumiem. I szanuję. Też niedługo będę miała znajomych, z którymi będę się spotykać bez Amy.

Najprawdopodobniej…


***


Witaj, czytelniku!

Jak się za chwilę domyślisz, więcej czasu dla siebie wcale nie oznaczało więcej czasu na pisanie dziennika. Ja chyba tak naprawdę nie lubię go za bardzo pisać. Ale jak się do czegoś zobowiązuję, to staram się być sumienna. Przynajmniej raz na kilka lat.

Więc, ogólnie to zastanawiam się, od czego powinnam zacząć. Najciekawsza rzecz, która mi się przytrafiła…

Hmmm…

Ach tak! Przestałam dorastać. Tak, nie przeczytałeś tego źle. Wciąż mam dwanaście lat! Jupi! Wszyscy wiecznie młodzi przybijają piąteczki!

Przybiliście? Super. Bo teraz kilka minusów tego. Największym jest to, że Amy nie przestała dorastać. Jest już wyrośniętą czternastolatką. I mam na myśli dosłownie wyrośniętą. Ja bym jej dała szesnaście, ale z drugiej strony nigdy nie byłam zbyt dobra w określaniu wieku.

Nie byłoby to też takie straszne, bo w końcu czym jest kilka lat różnicy między NPNŻ, prawda? Ale problem polega na tym, że Amy chyba uważa mnie za nie dość dojrzałą do tematów, o jakich teraz rozmawia z Hazel i Penny. Pisałam ci o Penny? Chyba tak. Nie chce mi się teraz wracać, żeby sprawdzić, więc w razie co przypomnę, że jest to ich nowa przyjaciółka. Teraz przyjaźnią się w trójkę. Jak u mnie z przyjaciółkami, może zapytasz? No, średnio. A nawet gorzej.

Spróbujecie zgadnąć, jakie są to tematy? Jeśli odpowiedzieliście: „chłopcy” lub coś zbliżonego, to zgadliście. Mniej więcej, kiedy Amy osiągnęła trzynaście lat i zaczęła kolejną klasę, oddaliłyśmy się od siebie jeszcze bardziej. Może „oddaliłyśmy” nie jest najlepszym słowem, bo nadal wiem o niej wszystko, ale na pewno spędzamy ze sobą jeszcze mniej czasu. A przez kogo? Przez chłopców. Już ich nie cierpię.

Najpierw był ten cały Kenny. Amy ogromnie się z nim przyjaźniła. Był nawet taki okres, że każdego dnia albo on wpadał tutaj, albo Amy szła do niego. Oczywiście ja nie zostałam nigdy zaproszona. Jednak zanim zaczęło się między nimi coś poważnego, ten musiał się wyprowadzić, bo ojciec dostał pracę w innym stanie. Potem utrzymywali jeszcze jakiś czas kontakt internetowy, ale ten zanikł.

Następnie pojawił się Albert. Tutaj już zrobiło się poważnie całkiem szybko, bo praktycznie po tygodniu. Ciężko mi określić, czy Amy była z nim szczęśliwa. Niby mówiła, że tak, kiedy pytałam, ale… Cóż, powiedzmy, że Albert miło nie wyglądał. Nasi rodzice też go nie lubili, ale Amy na nich krzyczała praktycznie za każdym razem, kiedy próbowali zniechęcić ją do Alberta. Wiadomo — wiek buntowniczy.

Ich związek zakończył się po pół roku, kiedy Albert prawie ją pobił. Całe szczęście Hazel była w pobliżu i zdążyła mu przeszkodzić oraz zawołać szybko nauczycielkę, zanim i jej zrobił krzywdę.

Amy potem długo płakała. Nie spała całą noc. Niby był to smutny moment, ale dla mnie był on bardzo szczęśliwy, bo rozmawiała ze mną całą noc, tak jak zdarzało nam się za dawnych czasów, kiedy jeszcze dorastałyśmy razem. Może jest to samolubne, ale… Czy jest to samolubne, czytelniku? Ja po prostu na nowo chciałabym być jej przyjaciółką…

Teraz od jakiegoś czasu spotyka się z Chrisem. Tutaj nie mam co narzekać. Wydaje się porządny i ułożony. Amy mówi, że to miłość. Powinnam się cieszyć, ale… Ona już nawet nie wymawia mojego imienia…


***


Mam… depresję. Tak na taki stan chyba mówią dorośli. Mówią tak, czytelniku?

Oj, przepraszam!

Witaj, czytelniku!

Tu Katy. Wybacz, że cię ponownie zaniedbałam na tak wiele lat, ale… Nie miałam weny. Tanie wytłumaczenie, ale naprawdę nie wiedziałam, o czym miałabym ci pisać. O tym, jak Amy całuje się w każdym możliwym momencie z Chrisem, czy o tym, jak chodzi z Hazel i Penny na zakupy. Teraz już nie robi właściwie nic innego. Zero książek, zero seriali…

I o czym ja mam z nią rozmawiać?

Zresztą, ona nawet już nie chce ze mną rozmawiać. Między innymi dlatego mam depresję.

Sytuacja wyglądała tak: wczoraj były osiemnaste urodziny Amy. Planowała ona wielką imprezę, więc postanowiłam, że może to będzie okazja, aby się do niej na nowo zbliżyć. Abyśmy znowu porozmawiały. Jednak najgorsze było to, że ja już nie wiedziałam o niej wszystkiego. Nie dzieliła ze mną umysłu tak, jak kiedyś. Nie byłyśmy jednakowe. Ona się zmieniła. Ja pozostałam dwunastolatką…

Ale musiałam spróbować! Przez bardzo długi czas Amy nie powiedziała do mnie ani słowa. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawiałyśmy. Chyba z rok temu… Albo nawet dwa lata… Nie wiem, w umyśle czas leci trochę inaczej. Ostatnią rozmową, jaką pamiętam, którą uznałabym za rozmowę, była ta, kiedy Amy zerwała z Albertem. A to było… Wo! Dawno temu.

Dlatego postanowiłam, że muszę coś zrobić. Myślałam naprawdę długo, aż w końcu wymyśliłam, że kupię jej kolczyki. To przecież dziewczyna w jej wieku musi lubić! No a potem sobie przypomniałam, że w tym świecie, to tak średnio ktoś na mnie zwraca uwagę. Ale to nie był żaden problem! Stworzę je sama! Zawsze byłam kreatywna!

Więc stworzyłam sama kolczyki i postanowiłam jej je dać! Ustawiłam się normalnie w kolejce z prezentami. Stałam tuż za Hazel i kiedy tylko ta dała swój prezent, podeszłam ja. Wykrzyknęłam: „Wszystkiego najlepszego!” i wręczyłam jej prezent.

I wtedy zaczęła się depresja…

Amy nie zareagowała. Nie zrobiła nic. Nie odpowiedziała. Nie widziała mnie. Nie widziała mnie, tak jak cała reszta tego świata! Ja tylko chciałam dać jej prezent, chciałam być jej przyjaciółką, chciałam być częścią jej życia! Chciałam, żeby znowu mnie lubiła, żeby mnie kochała! Chciałam nie opuszczać jej boku! Chciałam… chciałam nie być taka samotna…

Jestem samolubna, prawda? Wiem, że jestem. Powinnam myśleć o szczęściu Amy.

O szczęściu swojej najlepszej przyjaciółki. To właśnie robią NPNŻ.

Amy siedzi z Chrisem i Hazel w innym pokoju. Bawią się, pomimo tego że jest rano. Dobrze. Dobrze, że Amy jest szczęśliwa. Ja… Ja chyba pójdę jeszcze trochę popłakać…

Przepraszam, że jestem samolubna.


***


Amy ma już prawie dwadzieścia lat. Już nawet nie wiem, co dzieje się w jej życiu. Wczoraj spędzili z Chrisem całą noc w pokoju. Robili dziwne rzeczy. Nie wiem, co to dokładnie było ani jak to nazwać, ale pewnie i tak jestem za młoda, żeby to wiedzieć.

Wiem natomiast, że mnie to bolało. Każdy ich ruch był kolejnym bólem dla mnie. Teraz siedzę cała obolała. Nie wiem, co się ze mną dzieję.


***


Ból ustaje. Powoli od dołu. Chyba już nie mam nóg.


***


Przepraszam, czytelniku, za to jaką jestem osobą.

Przepraszam, Amy, że cieszyłam się, gdy ty płakałaś.

Przepraszam, że byłam taka samolubna.

Przepraszam za wszystko. Nie chciałam być taką osobą. Po prostu chciałam nie być samotna, bo samotność to okropne uczucie.

I boli… Tak bardzo boli…

Chyba znikam…


***


Wybacz, Amy. Wybacz, że nie będzie mnie przy tobie.


***


Amy zatrzasnęła drzwi przed Chrisem.

— I nigdy tu nie wracaj! — wrzasnęła na cały głos.

— Kochanie! Porozmawiajmy. To z Hazel to przypadek, byłem lekko pijany. Co z naszym synem?

Amy osunęła się po drzwiach, skuliła, otulając samą siebie i zaczęła płakać. Tyle złego

w jej życiu na raz. Tyle nieszczęścia. Tak bardzo by chciała, żeby ktoś ją przytulił. Ale ona już nawet nie ma przyjaciółki…

— Katy? — wyszlochała przez łzy. — Jesteś tam jeszcze?

Cisza.

Anna Murawska

Blok pełen osobowości

Szary, pięciopiętrowy blok był otoczony innymi, podobnymi sobie bryłami z betonu. W każdej z nich toczyło się życie kilkudziesięciu rodzin. Każde inaczej.

Byłem właśnie w drodze do jednego z takich bloków. Myśląc o żonie, która czekała na mnie w mieszaniu na piątym piętrze, liczyłem na to, iż dowiem się o ciąży. Miłość była moją żoną od sześciu lat, ale w dalszym ciągu nasza rodzina składała się z naszej dwójki.

Otwierając drzwi do klatki, zastanawiałem się czy inne pary mają takie problemy. Zaskrzypiały drzwi, ale zignorowałem niepokój, który wywołał we mnie ten dźwięk i wszedłem po czterech schodkach prowadzących na półpiętro.

Kiedy mijałem mieszkanie z jedynką na drzwiach, zacząłem wyobrażać sobie, co się za nimi dzieje, jakie tajemnice i problemy mają jego mieszkańcy. Niestety, jedyne co usłyszałem, to cisza.

Wchodząc po schodach myślałem, co takiego mnie niepokoiło. Przeczucie? Myśl? Intuicja? Los? A może zwyczajnie i prozaicznie — życie? Tylko, czym jest życie? Zbiorem chwil czy ciągłością czasu i przestrzeni? Czy nasze wybory mają na nie wpływ? Co, jeżeli jesteśmy tylko marionetkami w czyichś rękach? Jeśli ktoś napisał nam scenariusze, za którymi ślepo i nieświadomie podążamy? Czy abstrakcyjne pojęcie Boga, tudzież Bogów, nie jest jednak bajką dla naiwnych? A może inna cywilizacja stworzyła ludzi i obserwuje nas dla zabawy lub ważnych i znanym tylko im, celów naukowych?

Na rozmyślaniach nad sensem egzystencji minęła mi droga do mieszkania z numerem siedem, skąd usłyszałem krzyk. Stanąłem jak wryty i słuchałem.

To nie tak, że podsłuchiwałem ludzi. Po prostu idąc, słuchałem odgłosów bloku, który od zewnątrz wydaje się być martwym. Obserwowanie i słuchanie ludzi to obowiązkowe zajęcie każdego pisarza. Chcąc dobrze i dokładnie odzwierciedlić zachowanie lub prozaiczną rozmowę, trzeba patrzeć i zauważać ludzi. Bez tego zajęcia iście detektywistycznego wszystko, co pisarz przelewa na papier, jest martwe i sztuczne. Zupełnie, jak plastikowe kwiaty na grobach, które ludzie stawiają w listopadzie. Pamięć o zmarłych? Nie wydaje mi się. Raczej pokazanie, że umiem wyjść na zewnątrz i udawać osobę wierząca.

Pisarz powinien być obiektywny. Jednak, jak pozostać bezstronnym, kiedy zza drzwi mieszkania słyszy się krzyk? Stałem więc tak i obserwowałem drzwi prowadzące do mieszkania z numerem siedem. Żadnego innego, niepokojącego dźwięku nie usłyszałem, więc obróciłem się. Na drzwiach na przeciwko mnie była przyklejona kartka z informacją o śmierci pana Antoniego Nowackiego i szczegóły dotyczące nabożeństwa żałobnego. Nie miałem ani ochoty, ani nie czułem się siłach, aby zapukać do drzwi i złożyć kondolencje pani Zofii. W chwili, kiedy odwróciłem się z zamiarem wejścia po schodach na półpiętro, drzwi z numerem osiem otworzyły się i stanęła w nich kobieta po sześćdziesiątce.

— Dzień dobry, pani Zofio — powiedziałem. — Moje kondolencje.

— Dzień dobry, Bonifacy. Dziękuję. — Kobieta zdobyła się na słaby uśmiech, jednak jej oczy pozostały smutne i przepełnione bólem. Rozumiałem jej stratę. Może niedokładnie, bo nie zostałem wdowcem, ale jednak. Od dwóch lat, czyli od śmierci mojego ojca, ciężko było mi zrozumieć, że już nie będę miał okazji z nim porozmawiać.

— Potrzebuje pani pomocy? Mogę przynosić zakupy, chodzić na pocztę albo…

— Dam sobie z tym radę, dziecko — przerwała mi sąsiadka. — Nie jestem taka stara, jak Ci się wydaje.

— Ja nie… Ależ, pani Zofio, czy coś takiego powiedziałem? Przecież bym nie śmiał.

— Jak już tak bardzo palisz się do pomocy — zaczęła — mógłbyś czasami mnie odwiedzić razem z tą twoją… Jak jej tam było? Radością? Przyjemnością?

— Miłością — podpowiedziałem. Kobieta przytaknęła. — Oczywiście, że panią odwiedzimy. Porozmawiam o tym z żoną, może będzie miała ochotę przychodzić do pani w wolnych chwilach albo pani odwiedzi nas, jak pani sądzi, pani Zofio? — Ciągnąłem, chociaż spieszyłem się do mieszkania. Nie miałem w zwyczaju kończyć rozmowy po tak krótkim czasie.

Pani Zofia uśmiechnęła się smutno. Pożegnałem się z sąsiadką i kontynuowałem wędrówkę na piąte piętro. Przyzwyczajony do braku kilku prętów w barierce między trzecim a czwartym piętrem nie zwróciłem uwagi na to, iż pani Julianna umyła schody i runąłem jak długi na stopnie. Zbiegający na dół Krzysiek zatrzymał się i pomógł pozbierać resztki godności z ziemi.

— Powinna jakieś ostrzeżenie postawić, ale może nie zależy jej, czy ktoś zrobi sobie krzywdę? — Śmiał się nastolatek. — Chociaż pani Kwiatkowska słynie z niszczenia dziecięcych marzeń i zabaw.

Co prawda, to prawda. Pani Julianna nigdy nie przepadała za dziećmi. W podstawówce przychodziłem tutaj do kolegi z klasy i bawiliśmy się na podwórku. Baba Jaga, bo tak dzieci nazywają panią Kwiatkowską, czasami ganiała nas ze szczotką wokół bloku. Baliśmy się, że rzuci na nas zaklęcie i nie będziemy umieli grać w piłkę.

— Panie Bonifacy, muszę uciekać, bo umówiłem się z Anką. — Na twarzy chłopaka pokazały się rumieńce.

— Nie mów do mnie per pan, bo czuję się staro.

— Przepraszam, zapomniałem się — odpowiedział zakłopotany chłopak. — Naprawdę muszę biec, bo będę musiał jakieś kwiatki kupować na przeprosiny, a spłukany jestem. Do zobaczenia!

Pomachałem mu i ostrożnie wchodząc na czwarte piętro, postanowiłem poprosić panią Juliannę, żeby nie myła schodów popołudniu ani rano. Idąc do pracy lub szkoły, większość mieszkańców bloku jest na wpół śpiąca, więc nikt nie zwraca uwagi na to, czy schody są mokre, czy też nie. Łatwo o wypadek nawet na suchych stopniach.

Pod numerem dziesiątym mieszkał grafik. Drzwi do jego mieszkania zawsze przyciągały uwagę. Tydzień temu zmienił dekorację z abstrakcyjnych wzorów, które sam wykonał, na regularne, rodem z Indii. Grafiki były czarno-białe, jednak mimo tego przyciągały wzrok, jak mało co. Samą ich symetrię można nazwać sztuką.

Im bliżej byłem przekroczenia progu mieszkania, tym bardziej się cieszyłem. Może dzisiaj Miłość oznajmi, że zostaniemy rodzicami? Z tą myślą przekręciłem klucz w zamku. Zapadka odskoczyła z charakterystycznym kliknięciem. Sięgnąłem do klamki i już miałem ją nacisnąć, kiedy zostałem wręczony w tej prozaicznej czynności. Zza otwartych drzwi ukazała piękna zielonooka szatynka z uśmiechem od ucha do ucha i rzuciła mi się na szyję.

— Cześć, kochanie — wyszeptałem do ucha żony. — Aż tak się stęskniłaś w ciągu tych dziewięciu godzin, kiedy mnie nie było?

Miłość nie odpowiedziała, tylko złapała mnie za rękę i wciągnęła do mieszkania. Nie dając mi nawet zdjąć butów, zaprowadziła do swojej pracowni, gdzie na sztaludze czekał skończony obraz. Farba była jeszcze mokra, więc przed chwilą go skończyła.

Praca mojej żony przedstawiała kobietę w zaawansowanej ciąży stojąca bokiem i stojącego za nią mężczyznę, który ją obejmował. Dłonie pary znajdowały się na ciążowym brzuszku.

— Cieszysz się? — zapytała.

— Mam rozumieć, że… — przerwałem.

Miłość sięgnęła na stolik, gdzie rozrzucone były farby i pędzle, aby podnieść plastikowy patyczek. Podała mi go tak, jak gdyby był najważniejszą rzeczą na świecie. Na teście ciążowym było wyraźnie widać dwie kreski.

— Będę ojcem — zawołałem i wziąłem żonę w ramiona. Miłość śmiała się wtulona we mnie.

Wziąłem ukochaną na ręce i zaniosłem do salonu, gdzie położyłem ją na kanapie.

— A teraz, moja królowo — zacząłem z uśmiechem — przygotuję coś pysznego dla naszej rodziny.

Odwróciłem się na pięcie i poszedłem do kuchni. Myszkując w szafkach w celu zebrania składników potrzebnych do zrobienia spaghetti, nie zauważyłem, że Miłość przyszła za mną i obserwowała każdy mój ruch siedząc na wyspie na samym środku pomieszczenia. Spostrzegłem ją dopiero w momencie, kiedy z tacą skierowałem się w stronę blatu. Moja żona siedziała i patrzyła się z cudownym uśmiechem na moje poczynania. Wiedziałem, że najchętniej zabrałaby mi nóż i sama wszystko zrobiła, ale powstrzymywała się.

Żadne z nas nie odezwało się ani w czasie, gdy gotowałem, ani podczas jedzenia, jednak nie była to niezręczna cisza. Brak wypowiadanych słów nie jest równoznaczny z brakiem rozmowy. Cisza w mieszkaniu była przepełniona radością. Oboje czekaliśmy na chwilę, kiedy po raz pierwszy usłyszymy bicie serduszka naszego maleństwa. Jeszcze piękniejszym momentem będzie jednak dzień, w którym będziemy mogli powitać na świecie i przytulić tę kruszynkę. Zasnąłem, przytulając żonę do siebie i myśląc o przyszłości naszej rodziny, która za dziewięć miesięcy będzie większa o tę małą istotkę, która jest owocem naszej miłości.

Bibliografia

Autorem wszystkich zdjęć do zbioru jest Martyna Ita Bartoszek.

Okładka do opowiadania Oliwii Jędras „Wciąż widzę ją w snach” została skomponowana w oparciu o obrazy pochodzące ze stron:

http://wyborcza.pl/1,75410,16398769,_Pamietnik_z_powstania_warszawskiego__Bialoszewskiego.html

http://portfoliofotograf.com/portfolio/sesja-fotograficzna-modelki-panorama-warszawy/attachment/sesja-fotograficzna-warszawa-modelki-2/

przy czym przekształciłam go w programie Photoshop CS5; Photoscape na potrzeby książki i wzbogaciłam o elementy graficzne mojego pomysłu i autorstwa. Modelka: Oliwia Dąbrowska.


Okładka do opowiadania Katarzyny Koryckiej „Ona&On” została skomponowana w oparciu o obrazy pochodzące ze stron

http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,392164,ksiezyc-obok-aldebarana-i-jowisza.html

https://pixabay.com/pl/drzewo-drzewo-sosny-sylwetka-czarny-896611/

przy czym przekształciłam go w programie Photoshop CS5; Photoscape na potrzeby książki i wzbogaciłam o elementy graficzne mojego pomysłu i autorstwa.


Okładka do opowiadania Kacpra Leszczyńskiego „Przyjaciel” została skomponowana w oparciu o obraz pochodzący ze strony

https://pbs.twimg.com/media/Be_PWDTCAAA6bQ7.jpg

przy czym przekształciłam go w programie Photoshop CS5; Photoscape na potrzeby książki i wzbogaciłam o elementy graficzne mojego pomysłu i autorstwa.


Okładka do opowiadania Anny Murawskiej „Blok pełen osobowości” została skomponowana w oparciu o obrazy pochodzące ze stron

http://www.freeiconspng.com/free-images/window-png-23852

http://publicdomainvectors.org/pl/wektorow-swobodnych/Proste-drzwi/39273.html

https://pixabay.com/pl/dziewczyna-taniec-sylwetka-czarny-28810/

przy czym przekształciłam go w programie Photoshop CS5; Photoscape na potrzeby książki i wzbogaciłam o elementy graficzne mojego pomysłu i autorstwa.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę