Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Sprawa pomiędzy nimi

Natalia Bac

Zamknąłem się w sobie, kolejny raz odgrzebując w pamięci całą tę historię z Shin’em. Nie był jakimś tam pierwszym lepszym chłopakiem, lecz moim bratem i zarazem najlepszym przyjacielem. W mojej głowie włączył się „replay” od momentu, kiedy usłyszałem wyrok wypowiedziany profesjonalnym i beznamiętnym głosem lekarza.

— W wyniku wypadku poszkodowany ma dziewięć złamanych żeber, złamanie otwarte kości przedramienia w prawej ręce, pęknięcie lewej kości udowej oraz… — zawiesił się. Westchnąłem, przeczesując włosy palcami. Cierpliwie czekałem, aż skończy, chociaż większą uwagę poświęcałem wyobrażaniu sobie skrzywionej twarzy brata, gdy dostanie pierwszy posiłek ze szpitalnej stołówki. — Doszło do przerwania rdzenia kręgowego, czego skutkiem jest całkowite sparaliżowanie kończyn — oznajmił. Szybko spuścił głowę w chwili, gdy obrzuciłem go zszokowanym spojrzeniem.

— Dlaczego? — wydukałem nie oczekując odpowiedzi.

Zerwałem się do biegu. Biel. Tak dużo bieli. Szpitale już pod tym względem wzbudzały mój niepokój. Ich wystrój był taki chłodny. Mijałem długie rzędy idealnie czystych krzeseł oraz zdezorientowane twarze ludzi, którzy może przyszli tam jedynie na wizytę kontrolną lub z powodu lekkiego przeziębienia. Wiele takich osób było niekompetentnie skierowywanych na SOR i blokowało kolejkę tym pilnie potrzebującym. Zapadł mi w pamięć mężczyzna, który chyba przeciął sobie dłoń jakimś ostrym przedmiotem. Krew mocno sączyła się z rany, a on siedział po prostu na końcu korytarza, czekając na swoją kolej. W tym samym czasie pewna kobieta przy gabinecie lekarskim kłóciła się z doktorem o „konieczność” wypisania lekarstw na sen. Skrzywiłem się na samą myśl. Żałosne.

Zatrzymałem się przy pokoju 4. Sapnąłem donośnie. Nie wiedziałem, co robić. Moje myśli wydawały się być takie bez wyrazu, puste niczym próżnia. Pośpiesznie szarpnąłem klamkę, otwierając gwałtownie drzwi.

— Dlaczego? — powtórzyłem zadane wcześniej medykowi pytanie, a głos mi się załamał na widok Shin’a. Wyglądał jak żywa definicja słowa „wrak człowieka”.

— Podczas wyścigu koło mojego motocykla poluzowało się, a gdy do mety pozostało jedynie kilka gwałtownych zakrętów — oderwało — zaczął spokojnie. — Gdy zorientowałem się, co się dzieje, było już za późno na to, aby cokolwiek zrobić — usłyszałem w jego głosie narastającą irytację. Wiedziałem, że gdyby tylko mógł poruszać rękami, zacisnąłby mocno dłonie w pięści, jak miał to w zwyczaju robić, aby stłumić złość. W tamtym momencie po prostu leżał w pozycji, której samodzielnie nie mógł zmienić. Zrezygnowany. Bezradny. Zdany na łaskę losu. Zaniosłem się histerycznym śmiechem.

— I dlaczego od razu się załamujesz? — zapytałem. –To do ciebie niepodobne! — zdziwiłem się, że palnąłem taką głupotę. Nie znałem osoby, która na jego miejscu po prostu zaakceptowałaby to, co ją spotkało. Chyba chciałem jeszcze raz ujrzeć uśmiechniętą twarz brata, który wcześniej zawsze działał na mnie jak koc w mroźny, zimowy poranek.

— Żyjesz. Oddychasz, a twoje serce bije — szepnąłem, niepewnie zerkając mu w oczy. Patrzył na mnie beznamiętnie.

— Nie chcę tak żyć, Tae — wybełkotał. Poczułem, jak łzy napływają mi do oczu i nie mogłem ich powstrzymać. Próbowałem się uspokoić, robiąc głębszy oddech.

— Proszę, powiedz mi, że żartujesz — moje serce zaczęło boleśnie obijać się o żebra wskutek nagłego przypływu strachu.

— Chciałbym, żeby to były żarty…

Przeklinałem jego miłość do tych jednośladowych maszyn oraz moment, kiedy z ojcem postanowiliśmy sprezentować mu jedną z nich.

— Pamiętasz poranek tego dnia, w którym wygrałem swoje pierwsze zawody? — napomknął nagle. Skinąłem głową, gdy wspomnienie odżyło w mojej pamięci. — Opowiedz mi o nim, chcę usłyszeć coś dobrego.

W głowie miałem pewną niedorzeczność. Z mahoniowego stolika w kuchni szybko podkradłem dwa kubki mlecznej bubble tea i schowałem się za obszerną, szkarłatną kanapą. Uśmiechnąłem się szeroko, słysząc coraz głośniejsze kroki dochodzące z korytarza.

— Tae! — krzyknął mój starszy brat. — Ile razy jeszcze mam ci powtarzać, żebyś zostawiał coś dla innych?

Zaśmiałem się w odpowiedzi. Szkoda, że zza starego mebla nie mogłem dostrzec wyrazu twarzy Shin’a. Cicho, na palcach czmychnąłem do ogrodu. Wciągnąłem nosem powietrze, wdychając zapach kwiatów unoszący się w powietrzu. Nagle znieruchomiałem. Mój wzrok utknął w jednym punkcie. Puszyste, białe chmury tańczyły subtelnie po bezkresie bladego błękitu. Słońce połyskiwało radośnie wśród letnich obłoków. Upiłem łyk ulubionego napoju, opierając się biodrami o krawędź drewnianej ławki. Przeciętny, idealny dzień. Żyłem właśnie dla takich chwil.

— Nigdy ci się to nie uda — usłyszałem niespodziewanie zza pleców. Gdy się obróciłem, zobaczyłem Shin’a z drugą mleczną bubble tea w ręku. Kiedy? Jak? Zastanawiałem się, spoglądając to na jego, to na swoją dłoń. — To chyba moje — dodał po prostu.

Żadna chwila się nie powtórzy… Wyrywając się ze wspomnień, napotkałem błędny wzrok Shin’a.

— Chcę eutanazji — oświadczył raptem. Zacisnąłem zęby. Pierwszy raz tak bardzo chciałem go walnąć, aby się otrząsnął. — Tylko tak mogę przerwać to cierpienie.

— I życie, idioto! — warknąłem. Nie wierzyłem, że to działo się naprawdę. — Sądzisz, że rodzice się na to zgodzą?!

— Wiem, że nie — przyznał. — Dlatego chciałem prosić ciebie o zrobienie zastrzyku trucizny, Tae…

Udawałem, że nie słyszę i powtarzałem w myślach niczym mantrę: „Przestań”. Wtedy do szpitalnego pokoju wbiegła mama, za nią wlókł się ojciec, który zdawał się jeszcze nie rozumieć całej sytuacji. Nie zapamiętałem, jak dokładnie wyglądali, ani co mówili. Zapamiętałem, jak płakali nad łóżkiem starszego syna. Natomiast ja zrobiłem krok w tył. A potem następny. Powoli się wycofałem. Oderwałem od tego. Na chwilę.

Mijały dni, a ja wciąż byłem świadkiem cierpienia brata i rodziców, oraz ich bezradności wobec potwornego losu. Szloch najważniejszych dla mnie osób cały czas obijał się głuchym echem w mojej głowie. Myślałem. Dużo myślałem. Nad absurdalną prośbą Shin’a. Tej nocy księżyc w pełni rzucał jasne, hipnotyzujące światło na pusty korytarz. Wszyscy goście poszli już do swoich domów. Jako jedyny zostałem mimo tego, że pora odwiedzin już dawno się skończyła. Czułem się do tego miejsca dziwnie przywiązany.

— Cholera — przekląłem cicho, uderzając mocno pięścią o ścianę. Wpatrywałem się w dłoń, po której spływały wąskie strużki krwi. Oplotłem głowę ramionami, zsuwając się po ścianie. Skuliłem się tak, jak robiłem to jako dziecko, gdy bałem się burzy. Postanowiłem. Wiedziałem, że tego wyboru będę żałować, jednak godzinę później ściskałem kurczowo w prawej dłoni skradziony ze szpitalnego magazynu tiopental, pankuronium i chlorek potasu, lewą ręką otwierając drzwi do pokoju 4.

— Lekarze na pewno coś wymyślą — próbowałem jeszcze przekonać go do zmiany decyzji, zastanawiając się, czy rzeczywiście wierzę w wypowiadane przez siebie słowa. Shin krótko zaprzeczył, wiedząc, że nie ma szans na to, aby kiedykolwiek odzyskał władzę nad swoim ciałem. Po jego policzku spłynęła pojedyncza łza, chowając się po chwili za białą koszulą, którą miał wtedy na sobie. Jego postawa mówiła sama za siebie. Już się poddał. Zwyczajnie zmusiłem się do uśmiechu, by nie widział jak bardzo trzęsą mi się dłonie.

— Po tym, co ci teraz podam, po prostu zaśniesz — powiedziałem najcieplej, jak potrafiłem, aplikując kolejno 5 g tiopentalu, 100 mg pankuronium oraz 100 mEq chlorku potasu. Z ulgą opuścił powieki, a jego kąciki ust uniosły się nieznacznie do góry. Rzeczywiście wyglądał jakby po prostu zasnął.

Noc jeszcze nigdy nie była tak długa. W pierwszej chwili myślałem, że ta sytuacja po prostu mi się przyśniła. Tak, myślałem, że to sen. Mroczny, koszmarny sen, z którego kiedyś w końcu się obudzę. Chciałem w to wierzyć. Wmawiałem to sobie. Ale nigdy się nie obudziłem…

Nawet nie zauważyłem, kiedy po wyjściu ze szpitala znalazłem się na opuszczonej, nadmorskiej wieży obserwacyjnej. Zawsze kierowałem się tam ze swoimi zmartwieniami. Shin pokazał mi to miejsce, gdy wygrał swoje pierwsze zawody motocyklowe. Często wracałem pamięcią do tego wydarzenia, ponieważ nigdy nie widziałem, aby mój brat był tak szczęśliwy, jak wtedy. Od tamtego czasu często spotykaliśmy się tutaj, omijając szkolne zajęcia. Jeden fragment wspomnień prowadził do następnego… Wiedziałem, że w moim sercu powstała kolejna rana, której się nie pozbędę. Zanim pierwszy szok minął, dotarło do mnie, że już nigdy nie będzie tak, jak dawniej. Uzmysłowiłem sobie, co się stało. Zrozumiałem, co zrobiłem i kim się przez to stałem. Poczułem na skórze kropelki deszczu. Krzyknąłem. Tym razem chciałem powiadomić świat o swoim wewnętrznym bólu. Musiałem się zmierzyć nie tylko z rzeczywistością, ale także z sobą. Śmierć brata była dla mnie ogromnym ciosem. Ciosem, który sam sobie zadałem.

— Co zrobiłeś? — spytałem z wyrzutem samego siebie, szarpiąc się mocno za włosy. Zabiłem człowieka. Swojego brata.

— Co zrobiłeś… — powtórzyłem zrozpaczony.

W momencie, gdy doszedłem do przekonania, że moje życie straciło sens, niespodziewanie poczułem delikatny dotyk na skórze, dwie drobne dłonie zakrywające mi oczy oraz ciepły oddech na policzku. Znieruchomiałem. To było tak nierealne.

— Najpiękniej jest tu wieczorami, prawda? — nie odpowiedziałem, byłem zbyt zaskoczony nagłym obrotem spraw. Zapamiętałbym ten głos, gdybyśmy kiedykolwiek wcześniej się spotkali. Był przyjemny dla ucha, melodyjny. Obróciłem się gwałtownie. Za mną stała piękna dziewczyna, chyba w moim wieku. Wyglądała na uczennicę szkoły średniej. Natychmiast rzucił mi się w oczy zdumiewający, fiołkowy odcień jej tęczówek. Z jakiegoś powodu od razu wzbudziła moją sympatię. Była tak inna już od samego pierwszego wrażenia.

— Od zawsze wiedziałam, że to miejsce przyciąga zagubionych — skomentowała, siadając obok mnie. Zacząłem zastanawiać się, od jak dawna tutaj była. Zamknąłem oczy, przygryzając dolną wargę. Poczułem metaliczny smak krwi.

— Wiesz… — zaczęła. Usłyszałem jak wstaje i podchodzi do barierki. Pierwszy raz zwróciłem uwagę na morską bryzę i cichy szum fal. — Gdy ja się zgubię… czymś, co daje mi nadzieję na uporządkowanie własnych spraw, jest niebo — uniosłem powieki, rzucając jej przelotne spojrzenie. — Wiem, że gdy spojrzę do góry, ono zawsze tam będzie.

— Jestem Tae.

— Spencer — odpowiedziała, posyłając mi ciepły uśmiech.

Spędziłem tam z nią kilka godzin. Byłem biernym rozmówcą. Ze śmiechem opowiadała o swoich ulubionych książkach komediowych. Dowiedziałem się także, że nienawidzi matematyki, a przekazała to słowami: „między mną a tym przedmiotem nigdy nie zaiskrzyło”.

Deszcz nie przestawał padać. Włosy Spencer przykleiły się jej do twarzy, a mokra koszula prześwitywała, co w moich oczach tylko dodawało jej uroku. Poczułem jakąś potrzebę bliskości. Była taka niewinna.

— Mam zamiar cię pocałować — powiedziałem i przyciągnąłem ją za łańcuszek, który oplatał jej szyję.

Postanowiliśmy przenocować w jakimś domku, który podobno od dawna był pusty. Nie miałem pojęcia, kto tu mieszkał. Położyliśmy się na łóżku. Przez kilka minut leżałem, nie myśląc zbyt wiele. Byłem zmęczony. Zasnąłem szybciej, niż się spodziewałem.

Pisk opon. Dźwięk łamanych kości. Biel. Szpital. Szloch. Śmierć. Jeden koszmar. Tyle wystarczyło, abym przypomniał sobie o wszystkim, co przez ostatnie kilka godzin zepchnąłem w najgłębsze zakamarki umysłu. Zerwałem się gwałtownie z łóżka, głośno dysząc.

— Tae, co się stało? — to był głos Spencer. Drżący głos Spencer. Obudziłem ją.

— Zabiłem swojego brata — wyznałem. Podniosłem na nią wzrok.

— Zabiłeś swojego brata? — spytała. Zapewne chciała się upewnić, czy dobrze usłyszała. Przytaknąłem. Odsunęła się ode mnie.

— Tae, na pewno dobrze się czujesz? Wiesz, co właśnie powiedziałeś? — bała się. Bała się mnie. Przytuliłem ją, żeby nie uciekła. Nie chciałem zostawać sam. Jej ciało dygotało. Opowiedziałem jej wszystko, co się stało. Wyrzuciłem z siebie to, czego nie mogłem nikomu wcześniej powiedzieć. Czekałem na okrutny osąd z jej strony, lecz nic takiego nie nastąpiło. Jej mięśnie przestały nerwowo się napinać. Rozluźniła się.

— Prawdopodobnie zrobiłabym to samo… To była wola twojego brata, ty po prostu użyczyłeś mu swoich rąk — wtuliła się w zagłębienie w mojej szyi. Ulżyło mi.

Spencer musiała być naprawdę bardzo wyczerpana, bo po chwili ponownie zasnęła w moich ramionach. Czułem jej miarowy oddech. Ostrożnie ułożyłem ją na łóżku uważając, żeby po raz drugi jej nie zbudzić. Na zniszczonym stole, z którego odchodziła farba, zobaczyłem kilka kartek papieru. Obok leżał ołówek. Naszkicowałem jej profil. Była naprawdę piękna, gdy spała. Na odwrocie rysunku napisałem dwa proste słowa. Podjąłem pewną decyzję. Miałem nadzieję, że zrozumie…

Droga do raju

Oliwia Bartkowiak

Było zimno. Jedyne co czuł, to przenikający do szpiku kości, przeraźliwy chłód. Choć serce biło mu jak młotem, nie bał się. Brak strachu, a odwaga to dwie różne rzeczy. Szedł z głową uniesioną ku górze. A później nastała ciemność. Bardzo przyjemna ciemność.

Kiedy się obudził, było już południe. Wywnioskował to po ułożeniu słońca. Rozejrzał się dokoła, próbując przypomnieć sobie, jak znalazł się w tym dziwnym pomieszczeniu. Duże okna przysłonięte były ciemnymi kotarami, ściany pomalowane na jakiś zielonkawy odcień zdobiły stare obrazy, a podłogę pokrywały dębowe panele. Pokój był średniej wielkości. Sądząc po wyposażeniu, ten kto tu mieszkał, bardzo lubił starocie. Łóżko, na którym leżał, miało cztery kolumny z przymocowanym do nich baldachimem.

Drzwi skrzypnęły lekko i do pokoju weszła dziewczyna. Pomyślał, że ubrana w długie spodnie, kremowy sweterek i z rozpuszczonymi włosami wygląda jak anioł. Szybko odwrócił głowę, aby nie widziała jego okropnej poparzonej twarzy.

— Witaj — jej głos był niczym tysiące delikatnych dzwoneczków — pomyślałam, że możesz być głodny i przyniosłam ci późne śniadanie.

Postawiła tacę z jedzeniem na stoliku nocnym i podeszła do okien, aby całkowicie odsłonić kotary. Następnie skierowała się w stronę drzwi. Zanim zamknęła je za sobą, odwróciła się na chwilę. — Gdybyś czegoś jeszcze potrzebował wystarczy zawołać, jestem tuż obok.

Jedno musiał przyznać — jedzenie było pyszne. Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz jadł coś domowej roboty. Od czasu pożaru był sam jak palec i żywił się wyłącznie znalezionymi gdzieś resztkami. Od czasu do czasu spotykał także jakiegoś dobrego człowieka, który dawał mu kanapkę — ale na tym się kończyło.

Wrócił do rozmyślań nad tym, jak mógł się tu znaleźć. Ostatnie co pamiętał, to opustoszała ulica, którą szedł, próbując znaleźć jakieś schronienie przed przeraźliwym zimnem..Później chyba zemdlał z głodu i wyziębienia. Do czasu, gdy otworzył oczy i ujrzał ten dziwny pokój, przebywał gdzieś między jawą a snem. Chociaż teraz, gdy światło w pełni dostawało się do środka, musiał przyznać, że pomieszczenie było o wiele większe i ładniejsze niż mogłoby się wydawać w półmroku. Ściany, które myślał że są zielonkawe, były tak naprawdę w odcieniu bezchmurnego nieba. Obrazy wiszące na nich przedstawiały pejzaże malowniczych wschodów słońca, urodzajnych łąk, gór oraz lasów. W nogach łóżka dostrzegł beżową kapę uszytą z jedwabiu. Szafa, biurko oraz regał wykonane były z tego samego drewna co łóżko. Wszystko było takie jasne — z wyjątkiem paneli, które swoim ciemnym odcieniem idealnie pasowały do tego pokoju.

Postanowił wstać i rozejrzeć się po domu. Z zaskoczeniem odkrył, że ma na sobie tylko bokserki. Ktoś musiał go rozebrać, zanim położył się do łóżka. Miał nadzieję, że to nie była ta dziewczyna, która przyniosła mu jedzenie. „No cóż, jedyne co pozostaje, to wyjść stąd i zapytać, co się stało z moimi rzeczami” pomyślał i okrył się kocem leżącym na łóżku. Delikatnie uchylił drzwi i wyjrzał na korytarz. Podszedł do pierwszych drzwi i przyłożył do nich ucho nasłuchując. Nic. Cisza. Przy kolejnych dokładnie to samo. Zaczął się zastanawiać, czego właściwie szuka, kiedy usłyszał głos. Anielski, wspaniały i jedyny taki. Jak małe dzwoneczki na wietrze. Podążył za melodią, która doprowadziła go do końca korytarza. Najciszej, jak potrafił, uchylił drzwi. Tyłem do niego w fotelu siedziała dziewczyna, która przyniosła mu jedzenie. Oparł się o futrynę i wsłuchał w nieznaną mu piosenkę.

— Ojejku, długo już tak stoisz?

Otworzył szeroko oczy zastanawiając się, kiedy ostatnim razem coś zafascynowało go do tego stopnia, że stracił poczucie czasu i rzeczywistości. Odwrócił szybko głowę w stronę futryny, tak, aby nie widziała jego poparzonej twarzy i odchrząknął.

— Ja, n...nie. Szukałem tylko łazienki i swoich rzeczy. — Jego głos był niczym papier ścierny.

— A… no tak. Miałam ci wcześniej powiedzieć, że wyprałam twoje rzeczy. Mam nadzieję, że się nie gniewasz…

On, gniewać się? Za to, że ta dziewczyna wyprała mu rzeczy? Od czasu pożaru nikt nigdy nie zrobił dla niego czegoś tak miłego. Odwróciła się i gestem pokazała, że ma iść za nią. Pierwsze drzwi po lewej prowadziły do łazienki.

— Tu masz czysty ręcznik i rzeczy. Dałam Ci koszulę brata, bo szczerze mówiąc ta twoja Danielu, nie nadawała się do niczego.

— Jasne, dzięki — „kurcze ta dziewczyna to cud.” — Ale zaraz, momencik. Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Skąd znasz moje imię? — Nie miał przecież przy sobie żadnych dokumentów, ani nie mówił jej, jak ma na imię.

— No jak to skąd? Nie pamiętasz mnie? Chodziliśmy razem do szkoły, a potem był ten pożar i nagle zniknąłeś. Nie widziałam cię od dwóch lat. Gdzie się podziewałeś przez ten czas?

— Anastazja? To ty? Naprawdę?

Dziewczyna kiwnęła potakująco głową. Jeżeli to faktycznie ona, to zmieniła się i to bardzo. Kiedy ostatni raz ją widział, nosiła okulary i aparat na zęby. Dzisiaj wyglądała jak zupełnie inna osoba. — Kurde dziewczyno nie poznałem cię. Dobrze wyglądasz.

— Dzięki, niestety nie mogę powiedzieć tego o tobie. To jak? Powiesz mi, czemu tak nagle zniknąłeś?

Podrapał się po karku zastanawiając nad odpowiedzią. Jak miał jej powiedzieć, że przez dwa lata tułał się po kraju walcząc o przeżycie? Było mu wstyd z tego powodu. Po śmierci jego rodziny został sam jak palec. Wszystkie pieniądze, jakie posiadali, musiał wydać na leczenie szpitalne (gdyby nie to, jego twarz wyglądałaby o wiele gorzej) i pogrzeb. To go totalnie wycieńczyło i tak wylądował na ulicy.

— Ja… no wiesz… Trochę tu, trochę tam… — nie kłamał, przynajmniej nie do końca.

— Jasne — pokiwała tylko głową. — Wykąp się i później porozmawiamy. Będę w kuchni na dole.

Wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Daniel zrzucił koc i bokserki i wszedł pod prysznic. Woda była dla niego niczym leczniczy balsam. O ile dobrze pamiętał, ostatni raz miał możliwość wykąpania się miesiąc temu. Stał pod strumieniem rozkoszując się ciepłem. Dokładnie umył włosy, ciało i wyszedł z kabiny. Ręcznik, który zostawiła Anastazja był bardzo miły i ciepły. Ubrał się i wyszedł z łazienki. Musiał przyznać, że nowa koszula była bardzo wygodna. Znalazł schody i zszedł na dół. Był w samych skarpetkach, więc nie było słychać kroków. Zatrzymał się przed wejściem do kuchni, bo usłyszał głos.

— Nie. Mówię ci, że nie. Wczoraj wieczorem. Nie wiem. A miałam go tak zostawić? Też byś tak zrobił na moim miejscu… — Anastazja rozmawiała z kimś. Najwidoczniej przez telefon, ponieważ nie słyszał żadnych odpowiedzi. Wycofał się do salonu i udawał, że ogląda kolekcję zdjęć i różnych pamiątek, najpewniej z wakacji.

Kiedy zrobiło się cicho zaryzykował i wszedł do kuchni. Dziewczyna stała tyłem do niego mieszając coś w garnku.

— Bardzo ładnie pachnie — powiedział, a ona podskoczyła przerażona.

— Przestraszyłeś mnie.

— Przepraszam, nie chciałem — „ciekawe czy to dlatego, że przed chwilą o mnie z kimś rozmawiała” pomyślał.

— Wyglądasz o wiele lepiej niż wczoraj. Mogę cię zapytać co robiłeś w nocy na takiej parszywej ulicy?

„Szukałem ciepłego schronienia.”

— Spacerowałem.

— Sam? Dlaczego mam wrażenie, że nie mówisz mi prawdy? Gdzie mieszkasz Danielu?

— Słuchaj, to skomplikowane i nie mam ochoty o tym rozmawiać. Jestem ci bardzo wdzięczny za pomoc i w ogóle, ale chyba już pójdę. Nie chcę robić więcej problemów. Powiesz mi, gdzie moje buty?

Jej mina nic nie zdradzała. Patrzyła po prostu w oczy Daniela szukając w nich odpowiedzi. W końcu zrobiła jeden niepewny krok do przodu. Potem drugi i trzeci, aż znalazła się przy nim. Była teraz tak blisko, że czuł zapach jej ciała. Powoli wyciągnęła rękę i dotknęła nią jego poparzonego policzka. Wzdrygnął się niepewny, co chce zrobić, ale nie odsunął się. Czekał z pewnym napięciem na to, co wydarzy się dalej. Jedyne na co mógł patrzeć, to jej oczy. Miały niesamowity odcień zieleni i były niczym magnesy.

— Co takiego się stało te dwa lata temu Danielu? — szepnęła. — Myślisz, że nie widzę w twoich oczach, że coś ukrywasz? Że nie widzę tego, jaki jesteś spięty? Dlaczego tak bardzo starasz się zrazić mnie do siebie? Przecież wiesz, że chcę ci pomóc. I dlaczego zawsze, kiedy na ciebie patrzę, odwracasz głowę, tak abym nie widziała twojej poparzonej twarzy?

— Nie wiem, jak możesz tak spokojnie dotykać mojej twarzy. Patrzeć na nią i nie uciekać z krzykiem. Przecież wyglądam jak potwór. I to nie tylko twarz taką mam. Całe moje ciało pokryte jest bliznami po oparzeniach. I chcesz wiedzieć, co robiłem przez ostatnie dwa lata? — to pytanie zadał tak cicho, że nie był pewien czy dziewczyna go usłyszała. Jednak pokiwała tylko głową. Daniel wypuścił powietrze z płuc i odchrząknął. — Przez dwa lata tułałem się i szukałem własnego miejsca. Nie mogłem znaleźć pracy, więc wylądowałem na ulicy. Na każdym kroku ludzie patrzyli na mnie, jak na monstrum przysłane z innej planety. Przez dwa cholerne lata jedyne o czym marzyłem, to znaleźć dom albo przynajmniej jakieś schronienie. W sumie to sam już nie wiem kiedy przestałem mieć nadzieję. Ale kiedy dziś rano obudziłem się u ciebie w domu, przez chwilę poczułem jakby moje sny się spełniły…

— W porządku Danielu, już w porządku.

Anastazja objęła go i mocno przytuliła do siebie. Nawet nie wiedział, kiedy po policzkach zaczęły mu płynąć łzy. Trwali tak objęci na środku kuchni. Po kilku minutach dziewczyna odsunęła się od niego i popatrzyła prosto w oczy.

— Danielu nie musisz nigdzie odchodzić. Możesz zostać tutaj ze mną, jak długo zapragniesz.

— Nie mogę. Nie chcę robić ci problemu.

— Nie wygłupiaj się. Oczywiście, że możesz. Mieszkam w tym wielkim domu zupełnie sama i szczerze mówiąc przyda mi się towarzystwo — dała mu kuksańca w bok i uśmiechnęła szeroko.

— Jesteś pewna? Bo wiesz, mieszkanie ze mną może okazać się bardzo trudne — jej uśmiech był tak zaraźliwy, że teraz i Daniel się uśmiechał. Nagle zrobiło mu się bardzo ciepło.

— Zaryzykuję. Witamy w domu.

Uśmiechał się tak, dopóki nie usłyszał wołania.

— Halo? Halo, proszę pana.

— Słyszałaś to? — zapytał Anastazji i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.

— Ale co? Nikogo poza nami tu nie ma.

„To dziwne” pomyślał.

— Halo, proszę pana. Proszę się obudzić. — Poczuł szarpnięcie za ramię i z zaskoczeniem zobaczył, że to wcale nie była ręka dziewczyny. Jej już nigdzie nie było, a wszystkie przedmioty w pomieszczeniu zaczęły się rozpływać. Zamknął oczy i przez chwilę balansował w ciemności. Kiedy je otworzył, poraziły go promienie słońca i musiał osłonić się ręką. Skupił wzrok na sylwetce przed sobą. To nie była Anastazja, tylko jakiś zupełnie obcy mężczyzna kucający nad nim. Ten, gdy zauważył, że Daniel ma już otwarte oczy, odetchnął z ulgą. Niestety, nie trwała ona długo, ponieważ chłopak, wstając opuścił rękę na dół i tym samym ukazał swoją zdeformowaną twarz. Nieznajomy wzdrygnął się ze wstrętem i odsunął o kilka kroków. „Witamy w rzeczywistości” pomyślał chłopak i zrezygnowany opuścił głowę.

Miłość ponad obywatelstwo

Patrycja Cieleń

Gdy ktoś jest wyjątkowy, ludzie często obdarzają go niekontrolowaną nienawiścią. Przykładowo moi pracujący za granicą rodzice, którzy nigdy nie tolerowali mojego azjatyckiego chłopaka. Praktycznie od zawsze byłam sama. Mój los zmienił się, gdy go poznałam. Na imię miał JaeJoong. Był wysokim brunetem, z ciemnymi brązowymi oczami, seksownymi ustami, małymi skośnymi oczami. Pochodził z Korei Południowej, a dokładniej z największego miasta portowego, Pusanu. Przyjechał do Polski, aby się tu uczyć.

Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy pierwszy raz go spotkałam. Wczesnym porankiem poprawiałam w szkole kartkówkę z angielskiego. Z dźwiękiem dzwonka na przerwę wszyscy wyszli z sali na korytarz szkolny. Idąc w ciemnościach, które panowały na tym piętrze, potknęłam się o czyjś plecak. Osoba siedząca na ziemi przeprosiła, ale nie zwróciłam na nią uwagi i poszłam dalej. Po chwili ktoś chwycił mnie za nadgarstek. Odwróciłam się. Zapytałam, czy coś się stało. Osłupiałam, gdy powiedział, że zepsułam jego telefon. Obrzuciłam go zdziwionym spojrzeniem. Nie za bardzo wiedziałam, o co mogło mu chodzić. Wyjął z kieszeni telefon. Szybka wyświetlacza była rozbita. Powiedział, że uszkodziłam go, gdy weszłam na jego plecak. Przeprosiłam go dwukrotnie, na co uśmiechnął się ze zrozumieniem. Oczywiście chciałam odkupić jego komórkę, lecz odmówił. Zaskoczył mnie tym. Jako rekompensatę chciał spotkania ze mną. Poprosił, abym po szkole poszła z nim do kina. Zgodziłam się. Nie tylko ze względu na lekkie poczucie winy za zniszczenie jego telefonu. Spodobał mi się. To była tak zwana miłość od pierwszego wejrzenia. Ciekawy był sposób jego mówienia. Ten koreański akcent był naprawdę czarujący. Dowiedziałam się o nim wielu niesamowitych rzeczy.

Szybko zorientowałam się, że byliśmy do siebie bardzo podobni, wręcz identyczni. Oboje lubiliśmy śpiewać, pisać, uprawiać sporty. Jednak najlepiej ze wszystkiego wychodziło nam jedzenie kimchi. Uznaliśmy to za przeznaczenie. Dlatego po dwóch miesiącach zaczęliśmy się spotykać. Nasza miłość rozkwitała z czasem. Byliśmy naprawdę szczęśliwi… Do czasu.

Do czasu kiedy pewnego wieczoru umówiliśmy się z Jae w restauracji. To miał być wspaniały dzień. Zamierzaliśmy przedstawić siebie nawzajem swoim rodzicom. I to był błąd. Nasi rodzice widząc nas razem zaniemówili. Nie trwało to długo, ponieważ już po chwili pomieszczenie wypełniło się ich krzykami. Moja matka podeszła do mnie i wylała mi na twarz wodę ze szklanki, którą trzymała w ręce. „Żebym otrzeźwiała”.

Mogłam się tego spodziewać. Moi rodzice nigdy nie byli tolerancyjni. Chcieli, abym ułożyła sobie życie z — jak to twierdzili — „normalnym” chłopakiem. Normalnym, czyli Polakiem. Dla mnie to po prostu rasizm. Rodzice Jae byli oburzeni, widząc naszą kłótnię. A mnie było wstyd za moich bliskich, którzy nie wykazali się kulturą osobistą, robiąc kłótnię w restauracji. Było jednak oczywiste, że i jedna i druga strona nie popiera tego związku. Kazali nam się rozstać. Próbowałam przekonywać i walczyć o nasz związek, lecz poddałam się, gdyż nie miałam oparcia w Jae. Jego posłuszeństwo względem rodziców było silniejsze, niż nasza miłość. Zostawił mnie, wychodząc z lokalu z rodzicami. Straciłam sens życia.

Rodzice załatwili mi nauczanie w domu, abym już nigdy więcej nie spotkała JaeJoonga. Zakazali mi wychodzenia z domu. Kilka dni później dostałam od niego wiadomość. Napisał, że jest mu przykro, ale nie mógł nic zrobić. Oczywiście, tak sobie to tłumaczył. Nie mógł nic zrobić? A może po prostu nie chciał. Napisał także, że wraca do Korei. Poprosił mnie, abym znalazła osobę, którą pokocham i z którą będę szczęśliwa. Jednym słowem, miałam o nim zapomnieć.

I tak też zrobiłam. Było to trudne, ale osiągalne. Kilka miesięcy później życie zaczynało wracać do normy. Poznałam Bartka. Przystojnego blondyna, z którym chodziłam na lekcje śpiewu. Po roku znajomości zostaliśmy parą. Nie byliśmy do siebie podobni, ale dogadywaliśmy się świetnie.

Krótko po tym, jak zaczęliśmy się spotykać, dostałam sms od nieznanego numeru, gdy robiłam sobie śniadanie. Wpatrywałam się w wiadomość. „IDENTYCZNI”. Za pierwszym razem pomyślałam, że ktoś może się pomylił, więc zignorowałam to. Jakiś czas później dostałam kolejną wiadomość od tego samego anonima. Jej treść przeraziła mnie. „ŚMIERĆ”. Natychmiast zadzwoniłam do Bartka. Byłam przerażona, a on nie odbierał. Pobiegłam do mojego pokoju i zamknęłam się tam do czasu, kiedy przyszedł Bartek. Zanim to się stało, dostałam kolejną wiadomość. Ostatnią z tego numeru. Bałam się ją otworzyć, ale ciekawość była silniejsza, niż strach. „INNOŚĆ”? Co to mogło znaczyć? O co w tym wszystkim chodziło? Ktoś po prostu się pomylił, tak to sobie tłumaczyłam. Postanowiłam w końcu nie mówić niczego Bartkowi. Po co? Powiedziałby pewnie, że to pomyłka lub jakiś głupi żart.

Jakiś czas potem, gdy akurat czesałam swoje długie blond włosy, usłyszałam, że ktoś wszedł do mieszkania. To był Bartek. Ucieszyłam się na jego widok. Jednak on nie był w humorze. Zapytałam, czy coś się stało, jednak jego odpowiedź była oczywista: „Nie”. Wiedziałam, że coś ukrywa, byłam tego niemal pewna. Zabrał mnie na spacer. Spędziliśmy miło dzień. Gdy słońce już zaszło, postanowiliśmy pójść nad mały staw w parku. Usiedliśmy na ławce niedaleko starego drzewa, najstarszego w tym parku. Choć było stare, to wciąż piękne. Bartek chwycił mnie za rękę, pytając, czy zostanę jego żoną. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Po chwili z kieszeni granatowej marynarki wyjął piękny, cenny pierścionek zaręczynowy. Byliśmy tak młodzi, lubiłam go, ale nie byłam gotowa na małżeństwo… Odmówiłam. Bartek uśmiechnął się lekko, akceptując moją decyzje. Zawsze przyjmował wszystko ze spokojem. Powiedział, że poczeka na mnie. Po nieudanych zaręczynach, odprowadził mnie do domu.

Wieczorem, gdy leżałam na łóżku, myślałam nad dzisiejszym dniem. Nie wiedziałam czy dobrze postąpiłam. Przecież tak dobrze było nam razem. Jednak gdy myślałam o naszym związku, czułam niepewność. Czegoś mi brakowało. Wtedy rodzice wrócili do domu i zawołali mnie na rozmowę do kuchni. Gdy zeszłam na dół, zapytali czemu odmówiłam Bartkowi. Tak, jak myślałam, Bartek nie zrobił tego z własnej woli. Teraz znałam przyczynę jego dziwnego zachowania. Nasi rodzice mu kazali. Żałosne. Nie odpowiadając im na pytanie, wyszłam z domu.

Byłam zdenerwowana. Udałam się na plac zabaw, na który zawsze chodziłam, jak było mi smutno. Przypomniałam sobie, że tam zawsze pocieszał mnie Jae. To było nasze miejsce. Bujałam się na starej, drewnianej huśtawce i rozmyślałam nad swoim życiem. Co powinnam zrobić?

Nagle zza drzewa wyszedł jakiś mężczyzna. Przyglądnęłam mu się uważniej. Nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. To był on, Jae. Byłam rozdarta — z jednej strony szczęśliwa, z drugiej bardzo zła. Jego widok wystarczył, aby łzy zaczęły spływać po moich policzkach. Podbiegłam do niego i wymierzyłam pięścią cios w klatkę piersiową. Uderzając go, wyładowywałam wszystkie negatywne emocje, które w sobie tłumiłam. Krzyczałam, płakałam, a on stał ze spuszczoną głową. „Dlaczego mi to zrobiłeś, co? Dlaczego! Zostawiłeś mnie samą. Jedynym śladem po tobie była jakaś głupia wiadomość. Nienawidzę cię… Myślisz, że kim jesteś, aby znikać i pojawiać się, kiedy tylko ci się podoba?” Chyba nadal bardzo kochałam Jae. Właśnie dlatego gdzieś w głębi duszy nasze ponowne spotkanie bardzo mnie ucieszyło. Miałam ochotę go wyściskać, lecz duma mi na to nie pozwalała. Jae chwycił mnie za dłoń i przyciągnął do siebie. „Przepraszam” powiedział, wtulając mnie w swoje ciepłe ramiona. Poczułam się w nich naprawdę bezpieczna. „Nie chciałem cię zranić. Jesteś dla mnie wszystkim. Wybacz mi.” Nie mogłam opanować łez. Tak bardzo cierpiałam, kiedy odepchnęłam go mówiąc, iż nigdy mu nie wybaczę. Gdy chciałam odejść, chwycił mnie za rękę mówiąc: „Nie odchodź, musimy być razem. Jesteśmy IDENTYCZNI”. W odpowiedzi jedynie spojrzałam na niego złowrogo, wyrywając dłoń z jego ręki. Pobiegłam w stronę domu.

Następnego dnia późnym rankiem miałam spotkać się z Bartkiem. Czekałam na chłopaka przed jego domem. Mieliśmy iść razem, aby wybrać prezent na rocznicę ślubu jego rodziców. Bartek zauważył, że byłam jakaś nieobecna, inna. Wiedział, że coś jest ze mną nie tak, ale nie zwracał na to większej uwagi, jak to on. Nigdy nie był dobry w pocieszaniu, nie to, co Jae… Nie mogłam przestań o nim myśleć i sama myśl, że Jae jest tu, na wyciągniecie ręki, nie dawała mi spokoju. Tak bardzo go pragnęłam.

Poszliśmy z Bartkiem do sklepu z biżuterią. W końcu wybraliśmy dwa srebrne zegarki dla jego rodziców. To był tak zwany „bezpieczny wybór”. Zarówno jego matka, jak i ojciec nie lubili tandety. Potem Bartek wrócił do domu, a ja wybrałam się do kawiarni, niedaleko naszej szkoły. Zamówiłam ciepłe cappuccino z czekoladą i usiadłam przy stoliku obok okna. Wyciągnęłam z torby swoją ulubioną książkę i zaczęłam ją czytać. Po chwili ktoś się do mnie dosiadł. A tą osobą był nie kto inny jak Jae. „Możemy porozmawiać?” Chciałam odejść, ale on nieoczekiwanie uklęknął i poprosił jeszcze raz. Ludzie patrzyli na niego jak na idiotę. Tak strasznie było mi wstyd, że zgodziłam się.

— Chciałem wytłumaczyć ci, dlaczego wtedy poszedłem z rodzicami, a nie zostałem z tobą. Czemu im się nie sprzeciwiłem. Powód był prosty. Gdybym to zrobił, to oni zniszczyliby ci życie. Nie chciałem tego. Uwierz mi, są zdolni do wszystkiego. Zwłaszcza moja matka. Już niejedna osoba przez nich cierpiała. Jesteś moją pierwszą i, mam nadzieję, ostatnią miłością — nagle przyszedł do niego sms. Przeprosił na chwilę i odpisał. Spojrzałam na niego i zapytałam wprost, dlaczego wrócił.

— Dlaczego? Dla ciebie… Wyparłem się rodziców, którzy wyrzucili mnie z domu po tym, jak zostawiłem swoje dotychczasowe życie. Wróciłem, żeby cię przeprosić i prosić o wybaczenie. Chcę… Żebyśmy do siebie wrócili.

Zamarłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Byłam z Bartkiem, ale kochałam Jae i to on był tym jedynym. „Ale mam chłopaka”, powiedziałam. Ku mojemu zdziwieniu Jae o tym wiedział. Jeszcze bardziej zadziwiające było to, iż domyślał się, że nic do tamtego nie czuję. Wiedział wszystko o wszystkim, taki właśnie był.

Zaproponował mi spacer po parku. Zgodziłam się. Na moje nieszczęście, właśnie tam spotkaliśmy Bartka. To była dobra okazja, by zacząć wszystko od nowa. Zostawiłam Jae samego i poszłam porozmawiać z Bartkiem o tym, co naprawdę czułam. Przyjął to bardzo spokojnie. Czy on mnie w o ogóle kochał? Po chwili zdałam sobie sprawę, że zadałam to pytanie na głos.

— Sam nie wiem, czy cię kochałem, czy też nie. Myślę, że byłaś tylko częścią, która miała wypełnić pustkę w moim sercu po stracie mojej poprzedniej dziewczyny. Przepraszam. To było nasze ostatnie spotkanie.

Wróciłam do Jae, który wpatrywał się w błękitne niebo. Przyglądnęłam się mu, zastanawiając dlaczego jest aż tak czarujący. Usiadłam obok niego. „To, co było między mną, a Bartkiem… Przed chwilą się skończyło” — wyznałam. Uśmiechnął się ciepło. Gdy nasze oczy się spotkały, przyciągnął mnie do siebie i zaczął namiętnie całować. Uczucie, które wtedy mi towarzyszyło, było nie do opisania. Spędziliśmy bardzo miło dzień, a noc była jeszcze bardziej namiętna, niż wspomniany pocałunek.

Jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Gdy rozmawialiśmy w parku, Jae powiedział, że bał się, iż nasza miłość umarła. Gdy zapytałam, o co dokładniej mu chodzi, odpowiedział tylko: „Śmierć”. Na tym skończyła się nasza rozmowa. Wtedy przypomniały mi się te smsy. IDENTYCZNI, ŚMIERĆ i INNOŚĆ. Coś mi tu nie pasowało… Jednakże wtedy nie spytałam go wprost, wiedziałam, że sama muszę się dowiedzieć, o co w tym chodzi.

Następnego dnia wszystko się wyjaśniło, ale zarazem wszystko się zakończyło. Wraz z Jae cieszyliśmy się sobą. Cały dzień przesiedzieliśmy w domu, rozmawialiśmy, a wieczorem postanowiliśmy wybrać się na spacer nad staw. Tam, gdzie poszliśmy na naszą pierwszą randkę.

Na ciemnym niebie świeciło pełno gwiazd. Atmosfera była cudowna, a od nas aż tryskało erotyzmem i pożądaniem. To były wspaniałe chwile. Ostatnie wspólne chwile… Gdy wracaliśmy do domu… Gdy przechodziliśmy przez ulice… Jae… Jae zepchnął mnie na chodnik, a on sam… Został potrącony. Uratował mnie przed nadjeżdżającym samochodem. Ulica zrobiła się czerwona. Na ciele mojego ukochanego były liczne zadrapania. Ubrania były skąpane we krwi, a on sam… On sam już nie żył. Był martwy.

Niewiele pamiętam z tamtego dnia. Chciałam o nim zapomnieć. Chciałam wierzyć, że Jae żyje, ale tak nie było. Przez to wydarzenie popadłam w depresję. Chciałam umrzeć. Wierzyłam, że tylko śmierć ukoiłaby mój ból po stracie Jae.

Parę dni po śmierci Jae dowiedziałam się, że za wysyłanymi anonimowanymi wiadomościami stała jego matka, która nie pojawiła się nawet na jego pogrzebie. Zostawiła jedynie list z wiadomością. Jej treść była przerażająca.

Myślę, że to pora, abyś wreszcie wszystko zrozumiała, niemądra dziewczyno. Nigdy nie odpuszczę. To właśnie przez ciebie Jae porzucił swoje dotychczasowe życie. Zaprzepaścił czas i pieniądze, które w niego zainwestowaliśmy. Zhańbił swoją rodzinę. Naiwnie myśleliście, że jesteście IDENTYCZNI. Żyliście w przekonaniu, że się kochacie. Chcieliście być razem do końca i właśnie ŚMIERĆ was rozdzieliła. Teraz towarzyszy wam INNOŚĆ. Ty jesteś tutaj, w świecie żywych, a on…


„Nigdy nie odpuszczę” powtórzyłam w głowie słowa — analizując je. Nie mogłam powstrzymać łez. Jae miał rację. Będę cierpieć. Zrozumiałam, że jego rodzicielka właśnie tak chciała mnie ukarać. Jednak nigdy nie przestanę się zastanawiać nad jedną rzeczą… Dlaczego z ust Jae wydobyły się takie słowa jak IDENTYCZNI i ŚMIERĆ? Czyżby to był tylko przypadek? Tego chyba nigdy się nie dowiem…

Inna

Aleksandra Michalewska

W środę, jak zwykle, Lena wstała o ósmej rano, przeczesała ręką włosy i poszła do kuchni. Stojąc na środku, starała się przygotować w głowie cały plan dnia, począwszy od wyjścia z domu. Zaczęła zalewać wrzątkiem herbatę i nie zauważyła, kiedy woda poczęła się wylewać z jej ulubionego porcelanowego kubka. Pochłonięta myślami patrzyła za okno, jak mgła pokrywa cały ten szary świat. Po chwili woda zaczęła spływać po szafce i skapywać na jej gołe stopy.

— Ała! — syknęła z bólu i od razu przestała lać wodę. Odłożyła czajnik na miejsce i popatrzyła na mokrą kałużę na blacie i dywanie. Westchnęła zrezygnowana. Czemu to zawsze w samym środku tygodnia musi wstawać tak wcześnie? Nie mogła się ruszyć, czuła się, jakby miała zaraz z tego wszystkiego się rozpłakać. Była inna niż jej koleżanki. Zbyt wrażliwa na bodźce, na kłótnie, na zbyt mocne światło. Bała się, że kiedyś z tego wszystkiego zostanie sama. Nie mogła nic na to poradzić, jak czuła się w każdej minucie życia. Jakby w ogóle do tego świata nie pasowała, a jednak musiała istnieć, bo wydawało jej się, że ma jakąś misję do wypełnienia.

Stała tak patrząc na małą powódź, gdy wtem do pomieszczenia weszła mama.

— Lena… musimy porozmawiać o tym, co się stało wczoraj, tata zapłaci za szkody, ale resztę trzeba wyjaśnić, nie szwędaj się po szkole nigdzie, tylko wróć prosto do domu — powiedziała zmartwiona i zmęczona. Dziewczyna przytaknęła, wzięła parującą herbatę i podreptała do pokoju modląc się, by mama o nic już nie pytała i nie prosiła.

Zamknęła za sobą drzwi, rozejrzała się po pokoju. Szukała czegoś, ale kompletnie wyleciało jej z głowy czego. Westchnęła zrezygnowana i usiadła na łóżku. Doszła do wniosku, że dziś niczego konkretnego nie da rady zrobić. I wtedy zalała ją fala wspomnień z poprzedniego wieczoru. Mocno zacisnęła oczy, by odpędzić od siebie napływające obrazy. Wróciły emocje, które wówczas czuła. Znowu była pod domem Mateusza trzymając kamień w zaciśniętej z gniewu pięści. Wczorajsze nigdy nie powinno się wydarzyć, ale musiał zapłacić za to, co jej zrobił. Przerażała ją wizja rozmowy, którą miała odbyć z mamą dziś wieczorem. Mając ciągle zamknięte oczy, znów widziała, jak Mateusz szarpie ją i popycha do Janka, a ten znów do Igora i z powrotem do Mateusza. Miała wrażenie, że szarpanina nigdy się nie skończy, a jej krzyk sprawiał im jakąś dziką satysfakcję. W głębi duszy, w tamtej chwili budziły się w niej mocno skrywane żądze i uczucia, które tłumiła w sobie, bo wiedziała, że inaczej ludzie wsadziliby ją do szpitala psychiatrycznego. Gniew rozrywał jej duszę. Ostrymi paznokciami drapała powietrze, ich kurtki i ohydne twarze, które śmiały się prosto w jej zapłakane oczy. W ich oczach nie było nic ludzkiego. Czysta złośliwość, chęć zrobienia jej fizycznej i psychicznej krzywdy. Leną targały okropne emocje, począwszy od rozpaczy z bezsilności, przez żal do otoczenia, które jej nie rozumiało i nie słuchało, po gniew, który podpowiadał: Zrób wszystko, by cierpieli, jak ty…

Kiedy w końcu ją puścili, rżąc ze śmiechu, gdy ona ze łzami w oczach upadła na brudną ziemię, krzyczeli jej do ucha raniące słowa: „dziwadło”, „beksa”, „cicha żmija” i tym podobne. Lena wstała i ostatkiem sił rzuciła się na Mateusza, który odrzucił ją z podwójną siłą i krzyknął: „Jeszcze raz obrazisz moją matkę albo mnie na oczach innych, to pamiętaj, że to, co się teraz wydarzyło… to nic w porównaniu z tym, co mogę ci zrobić!”. Z tymi słowami ją zostawił. Było pewne, że następnego dnia wszystkim rozpowiedzą, co się stało. Bolało ją, tym bardziej, że z Mateuszem kiedyś bardzo mocno się przyjaźnili.

Nie rozumiała, o co im wszystkim chodziło. To prawda, żyła w swoim świecie, bo rzeczywistość ja nudziła i ograniczała. Inni natomiast całą jej osobę postrzegali, jako dziwną, zdystansowaną, raz za głośną a raz za cichą. Drażniło ich, że czasem na lekcjach dało się słyszeć cichy szmer dobiegający z tyłu sali — kiedy Lena mówiła do siebie. Robiła to nieświadomie, ale dlatego siedziała sama. Nikt nie wykazywał inicjatywy, by z nią dłużej porozmawiać. Może gdyby ktoś to zrobił, chociaż jedna koleżanka lub kolega, to stałoby się jasne, jak świetną osoba jest Lena Denarczyk.

Denerwowało ją schematyzowanie wszystkich i wszystkiego. Nienawidziła pustych słów, prób przypodobania się każdemu i tego, że ludzie nie widzą nic złego w udawaniu kogoś, kim nie są. Ludzi natomiast denerwowała jej szczerość i to, że mówiła, co myśli, nie bacząc na uczucia innych i ewentualne konsekwencje. Denerwowało ich, że niekiedy skrycie czują zazdrość, ponieważ Lena była wolna. Wolna od strachu przed oceną. Była postrzegana jako dziwna, bo nie bała się i stawała przed szereg. Sytuacją, która tak rozeźliła Mateusza, była kłótnia z jego matką — panią Ochocińską, najbardziej wymagającą nauczycielką w szkole. Każdy się jej bał, ale ukrywał to przed innymi, bo strach oznaczał słabość, a nikt nie chciał być słaby.

Wczoraj, przy wszystkich, pani Ochocińska zaczęła nabijać się z dziewczyny, która nie radziła sobie z materiałem i nie potrafiła ukryć strachu przed nauczycielką. W pewnym momencie żarty stały się naprawdę niemiłe i godziły w uczucia dziewczyny oraz w nią samą.

Nauczycielka usiadła na wolnej ławce i zwróciła się do dziewczyny słowami:

— Pani Magda po raz kolejny nieprzygotowana, tak? No jakże by mogło być inaczej…. Zawiodłam się na tobie dziewczyno nie pierwszy raz — tu zrobiła małą przerwę. Wtedy odezwała się Magda:

— Tak, wiem, proszę pani… ja się postaram na następny raz — i dziewczyna spuściła głowę. Nauczycielka prychnęła i podniesionym tonem stwierdziła: — Wiesz co, tak czasem patrzę na ciebie i zastanawiam się, gdzie ty zajdziesz w życiu… No, bo na pewno nie na studia, Magdaleno, przykro mi to stwierdzić, ale jesteś po prostu… za głupia.

— Przypuszczam, że nie tylko ona — oczy klasy oraz spojrzenie pani Ochocińskiej zwróciły się ku Lenie, która była nonszalancko oparta o ścianę. Nogi miała na krześle obok i patrzyła z drwiącym uśmieszkiem na całą sytuację

— Co powiedziałaś? Powtórz, skoro jesteś taka odważna — kobieta wstała z ławki i podeszła do dziewczyny.

— Ależ proszę bardzo. Twierdzi pani, że Magda jest głupia, pragnę wtrącić, że nie tylko ona. Wygląda na to, że cała klasa jest poniżej normy. A zwłaszcza pani syn, Mateusz. Przedwczoraj na korytarzu, dla zabawy, wyrwał kanapki chłopcu z pierwszej klasy. Tak w ogóle, to nie wiem, dlaczego pani uczy w tej szkole, skoro nie lubi pani uczniów. Jaki pożytek ma przynieść takie dokuczanie Magdzie? — wydawało się, jakby nikt już nie oddychał. W oczach kolegów czaiła się złość i niedowierzanie. A oczy pani Ochocińskiej prawie wyszły z orbit. Stan pewnego rodzaju osłupienia trwał kilka chwil, aż w końcu nauczycielka drgnęła, zamrugała parę razy, oparła dłonie o ławkę Leny i patrząc jej w oczy powiedziała cichym tonem:

— Proszę… nie, ja żądam, aby jutro w szkole zjawili się twoi rodzice. Nie pozwolę sobie, aby uczeń taki jak ty, zwracał się do mnie w ten sposób! I nie pozwolę sobie, aby pomawiano mojego syna. — Po tych słowach pani Ochocińska odwróciła się na pięcie, w ciszy podeszła do tablicy i zaczęła zapisywać temat lekcji.

Tego samego dnia Lenę pobito.

A potem, samo wybicie okna w domu Mateusza nie wyraziło całego gniewu dziewczyny. Mimo wszytko nie podobało się jej, że znowu dała się wyprowadzić z równowagi. Mateusz pamiętał, że jeśli się Lenę „podpuści” — wpada w szał. Chciał odegrać się, pokazując innym, do jakiego stanu można ją doprowadzić. Dziś natomiast dziewczyna podjęła decyzję, że czas skończyć z poniżaniem. Postanowiła, że gdy pójdzie do szkoły, będzie szła z podniesioną głową, dumna z siebie i swojej inności, a gdy wróci do domu, powie o Mateuszu, traktowaniu przez nauczycielkę i innych uczniów, aż po szarpaninę przy starej fabryce. I przyzna się do wybicia okna.

Jednak Lena wciąż nie mogła wstać z łóżka, a herbata już dawno wystygła i była całkiem zimna. Trzeba było powoli wstawać, ale zamiast tego dziewczyna położyła się na plecach i wesoło roześmiała bez konkretnego powodu. Kiedy już się uspokoiła, uśmiechnęła się i wstała. Wypiła herbatę paroma łykami i nagle poczuła, że ten dzień będzie inny.

Gej

Aniela Sroka

Pierwszy września. Stoję przed lustrem i sprawdzam czy mój wygląd mieści się w heteronormatywnych ramach, czy aby na pewno ani trochę się nie wyróżnia, czy nie daje podstaw do zakwestionowania czegokolwiek. Dziwnie się czuję przywiązując tak bardzo wagę do ubioru. I do samego stylu bycia. Ach, i dziwnie czuję się z moim przymusowym towarzyszem kłamstwem, którego strach trzyma mocno w uścisku, by ani na chwilkę się nie wyślizgnął.

Wcześniej nie zwracałem uwagi na sposób, w jaki noszę koszulę, bądź układam włosy. Może nieświadomie, mimo woli, zacząłem stylizować się na geja, inspirując się gej-vlogerami oglądanymi w internecie. I chyba stąd te niewygodne, trochę groźnie brzmiące pogłoski wśród ludzi o moim ukrywaniu prawdziwej orientacji. Ktoś z pewnością musiał to wyłapać w sposobie, w jaki się ubieram i gestykuluję. Dzisiaj jednak staram się za wszelką cenę uniknąć tego typu pogłosek. Idę do nowej szkoły i nie chcę, by ktokolwiek choćby zaczął się domyślać. Ubrania wybrałem odpowiednie, bardziej heteronormatywnej białej koszuli żadnej chłopak nie będzie miał. Muszę też zapanować nad gestami. Nie wymachiwać dłonią jak kobiety, nie robić „póz” etc. etc…

Myślę, że moje życie wcale nie musi być takie. Ale coś musi się zmienić. Ja albo ludzie. A może wystarczy zmienić kraj? Podobno w Danii uczą tyle tolerancji w szkołach, ile u nas religii. Ale zanim te pobożne życzenia będą miały jakiekolwiek szanse na spełnienie, muszę skończyć liceum, które zaczyna się właśnie dzisiaj.

*

Ze szkoły wróciłem z mieszanymi uczuciami, a najbardziej przebijała się przez nie świadomość popełnienia błędu. Wszystko wzbudziło moje obawy. Już na wejściu zauważyłem przeładowanie symbolami polskości, na każdej ścianie Katyń bądź Smoleńsk, flagi, herby Polski, dawne i nowsze. Wiem, że zadaniem szkoły jest uczyć patriotyzmu, ale ta szkoła wygląda bardziej jak muzeum, niż miejsce przyjazne wszechstronnemu rozwojowi ucznia. Nie ma tu normalnej gazetki szkolnej, ogłoszeń, plakatów. Wszystko przypomina ci tu o ochronie ojczyzny przed złym najeźdźcą, a ściany skandują hasło: „Bóg, honor, ojczyzna”. Naprawdę nie jestem antypolakiem, ale nie podoba mi się to przeładowanie polskością. Po prostu idąc po nitce do… patriotyzm często wiąże się z konserwatyzmem, a konserwatyzm z nietolerancją. I nienawiścią. Do gejów zwłaszcza. Dlatego się niepokoję. Sam apel też mnie trochę przestraszył. Spodziewałem się ciepłego przywitania i odczytania listu od kuratora, a trafiłem na godzinny, zupełnie nieskładny wykład o zdrajcach Polski i koszmarnego obecnego rządu oraz o przeklętej Unii Europejskiej.

*

Już drugiego dnia szkoły, na lekcji wiedzy o społeczeństwie, tak bardzo chciałem się ujawnić, wyrazić sprzeciw wobec słów nauczycielki, zrobić cokolwiek, by zamknąć jej usta.

Tematem lekcji były różne postawy i rozmawialiśmy między innymi o tolerancji. Nauczycielka powiedziała coś w stylu, że można tolerować „homosiów”, bo oznacza to tyle, co zupełnie ich ignorowanie, ale nie można ich już akceptować, bo to oznacza przejmowanie ich postaw i zachowań. Podśmiechiwała się pogardliwie przy słowie „homosie”, pewnie mając przed oczami tych z parady równości, których media kreują na diabelskich sodomitów i dewiantów. Zirytowałem się, bo mówiła do nas, zakładając, że w naszym uroczym gronie możemy obśmiać innego, bo wszyscy jesteśmy „normalni”. W ogóle nie wiem, skąd ona wzięła tą definicję akceptacji, ale dla mnie jest zupełnie błędna. Dla mnie akceptacja to mówienie „tak” dla unikalności. By mogła zaistnieć, nie szykanowana i ośmieszana. To wspieranie każdego w jego dążeniu do bycia tym, kim naprawdę jest. Ale jej przecież tego nie powiem. Ciężko rozmawia się o tych sprawach z kimś, kogo głównym argumentem jest „Bóg stworzył to tak i tak, i jeśli człowiek próbuje to zmienić, to jest nienaturalne”. Więc próbuję zapomnieć o całym zdarzeniu.

*

Po dwóch tygodniach nauki w nowej klasie wychowawczyni, którą niestety jest nauczycielka wosu, planuje integracyjną wycieczkę do Warszawy. Oczywiście wszystkich uczniów śmieszy ten pomysł, bo w Warszawie jest instalacja artystyczna w kształcie tęczy, przez co mówią, że „jedziemy do stolicy zboczeńców”. Przez takie zachowania w ogóle nie integruję się z tymi ludźmi. Grupki już powoli zaczynają się tworzyć i każdy ma się z kim trzymać, oprócz mnie. Może to trochę z mojej winy, bo jestem przesadnie ostrożny, skryty i nie jestem sobą, ale lepiej być odrzutkiem niż kozłem ofiarnym. Nie jestem tak zupełnie samotny, mam w końcu znajomych w internecie, którzy wiedzą o mojej orientacji i nie mają z tym problemu. Nie wiem, co bym zrobił bez społeczności LGBT, bez całego wsparcia i zrozumienia, które mi dają ci ludzie. Boże, jeśli jesteś i mną nie gardzisz, dziękuję ci za nich.

*

Cała wycieczka minęła jakoś niepostrzeżenie. I zdecydowanie za szybko. Chciałbym spędzić tam co najmniej tydzień, dłużej rozmawiając z Adrianem o wszystkim i o niczym. Właśnie, Adrian. Chyba mam na niego crusha. Kiedy już byłem pewny, że w tej klasie nie znajdę nikogo wartościowego, pojawił się on. Po prostu dosiadł się do mnie w autobusie, bo wszystkie miejsca były zajęte i zaczęliśmy się poznawać. Nie od razu myślałem o nim w kategoriach związku, ale zauroczenie pojawiło się później mimo woli. Nie ma w sobie raczej żadnej cechy mojego idealnego chłopaka, czasami nawet mnie irytował, ale po okresie długiej samotności, chyba zauroczyłbym się każdym, kto by do mnie usta otworzył. I akurat padło na niego. Gdy jestem w szkole, ciągle czuję niedosyt jego obecności. Mało poświęca mi czasu, bo ma swoją grupę przyjaciół, z którymi zazwyczaj się trzyma. Oni chyba uważają mnie za dziwnego outsidera i nie wykazują chęci zintegrowania się. Zazwyczaj rozmawiamy po szkole, w drodze do domu. Nie chcę, żeby ta relacja sama z siebie umarła, ale wszystko niestety idzie w tym kierunku.

*

W końcu wyznałem mu swoje uczucia. Naprawdę nie wiem, co mnie do tego podkusiło. Jakoś tak wyszło. Wyśmiał mnie, poniżył i wszystkim rozpowiedział. Czuję te pogardliwe spojrzenia na sobie, słyszę poszeptywania. Zdecydowałem się zmienić szkołę. Od samego początku czułem się w niej wyobcowany, a teraz moje samopoczucie tylko się pogarsza. Boję się zostać tutaj. Dzisiaj odbieram papiery i zanoszę je do innego liceum.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę