E-book
6.83
drukowana A5
31.76
drukowana A5
Kolorowa
58.32
Powrót na Wschód

Bezpłatny fragment - Powrót na Wschód

Wojenne losy mojej Babci


Objętość:
180 str.
ISBN:
978-83-8221-602-8
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 31.76
drukowana A5
Kolorowa
za 58.32

Pamięci mojej Babci, której nigdy nie poznałam.

Od autorki

W moim dziecięcym pokoju nad łóżkiem wisiała czarno-biała fotografia w metalowej oprawce. Lekko nieostre zdjęcie przedstawiało roześmianą młodą kobietę pozującą na łące wśród wysokich traw i kwiatów. Burza czarnych, długich, potarganych loków i promienny uśmiech. Niemal całe życie byłam święcie przekonana, że to Mama. Dopiero kiedy dorosłam, dowiedziałam się przy okazji jakieś rozmowy, że to portret Babci wykonany jeszcze przed wojną. Kiedy Mama wyprowadziła mnie z błędu, nie czułam się zawiedziona, że nie dostrzegałam dotąd między nimi różnicy — w końcu to Babcia, mama Mamy. Są do siebie bardzo podobne. Mimo że nigdy nie było mi dane jej poznać, bo zmarła, zanim się urodziłam, czułam zawsze jej bliskość — za sprawą samego faktu istnienia Mamy. Była osobą na swój sposób niezwykłą i od zawsze miałam potrzebę opowiedzenia o jej losach. Będę po tę jej historię sięgać do listów, które pisała do rodziny, i które zachowały się w rodzinnych biurkach. A czasami po prostu spytam ją wprost, odpowiedzi szukając w snach.

Anna Sikora

Krótkie wprowadzenie

Północno-wschodnie obszary Chin będące krajem Mandżurów od zawsze leżały w sferze zainteresowań Japonii i Rosji oraz Chin. Zerwanie przez ZSRR paktu o nieagresji zawartego z Japonią w 1941 roku i przystąpienie w sierpniu 1945 do wojny z nią doprowadziło do okupacji Cesarstwa Mandżukuo, które pozostawało do tej pory pod protektoratem Japonii.

Na terenie zajętego kraju utworzono Mandżurską Bazę Rewolucyjną, która stanowiła podstawę działań Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej przeciwko wojskom japońskim Kuomintangu. Cesarstwo Mandżukuo zostało zdobyte zaledwie w dwanaście dni.

W efekcie marionetkowe Mandżukuo stało się na powrót częścią Chin i przestało istnieć. Stanowi ono po dziś dzień część Chińskiej Republiki Ludowej.

Ostatni chiński cesarz Puyi z mandżurskiej dynastii Qing został schwytany przez Armię Czerwoną, wywieziony do Chabarowska i tam uwięziony.

Zaczęły się aresztowania i wywózki. W stolicy Cesarstwa, Xinjingu, jak i w innych miastach zapanowały głód i epidemie.

Prolog

Płatki śniegu, wielkie jak kawałki waty, lecą z nieba, wolno opadają na parapet i pokrywają go białą, puszystą warstwą. Mróz maluje kanciaste wzory na szybie, skrzące się milionem kryształów. Słońce, starając się przeniknąć do środka pomieszczenia, rzuca jasne, ostrzegawcze błyski. Przyjechał lekarz, lecz ja ledwo mogę unieść głowę, a co dopiero wstać. Trawi mnie gorączka i czuję przyspieszone bicie serca. Boli mnie dosłownie każda część ciała. Jestem przez to nieco oszołomiona. Zastanawiam się, czy dzidziuś też odczuwa ból. Ostre kopanie w dole brzucha, powtarzające się co jakiś czas, uspokaja mnie w pewnym sensie. Co chwila ktoś podchodzi i pyta o przeróżne sprawy — gdzie leży palteczko Ani, gdzie mogą być ciepłe ubranka na zmianę i buciki dla Jurka.

Nie słuchają moich mętnych wyjaśnień, tylko patrzą na mnie uważnie i odchodzą, jakby nie po odpowiedź tu przyszli. Krzątaninę za ścianą słychać nieco z oddali.

Przez moment zdaje mi się, że słyszę płacz Ani.

Później wszystko cichnie. Leżę teraz w czystej, białej pościeli w pozycji na wznak i ciężko mi się przewrócić na bok, bo wielki brzuch utrudnia ruchy.

W przebłyskach świadomości znów się zastanawiam, czy dzieci, gdziekolwiek przebywają, są razem. Chyba nie jestem już w klasztorze sióstr Franciszkanek, w którym znaleźliśmy azyl po aresztowaniu Mietka. Nie mogę tego stwierdzić na pewno, ale specyficzny zapach każe mi się domyślać, że to szpital. Japonka w białym fartuchu co jakiś czas pojawia się w drzwiach, mówi szybko i niewyraźnie. Boże, o co jej chodzi? Nie ma przy mnie syna, który wszystko potrafi przetłumaczyć. Popadam w coraz większe odrętwienie. Jednak dociera do mojej świadomości, że choruję na tyfus. Tyfus. Czy dzieci też są chore? Czy leżą niedaleko mnie?

Nie potrafię o to zapytać.

Zdaje mi się momentami, że śnię, a tak naprawdę leżę u Irki w Aninie, w tym pokoju, gdzie sufit jest skośny, że się budzę zupełnie zdrowa i wszyscy jesteśmy razem…

Słońce w końcu przebija się do pokoju i udaje mi się obserwować jego wędrówkę po ścianie. Maluje na niej dziwne tańczące postaci. Prawdziwy teatr chińskich cieni.

Chcę myśleć tylko o dzieciach, a tymczasem nie potrafię skupić się na niczym, nawet na nich. Wątki się urywają. Nie wiem, ile czasu już tu jestem.

Nieoczekiwana wizyta

Nadszedł koniec marca 1940 roku. Mojego męża, Mieczysława, nie było już z nami od ostatnich dni września poprzedniego roku. Został zmobilizowany, gdy do Polski weszli Sowieci. Któregoś razu wrócił wcześniej do domu, pośpiesznie spakował walizkę i tyle. Nawet nie wyściskałam go wystarczająco na pożegnanie. To miała być pierwsza nasza tak długa rozłąka. Wtedy jeszcze nie przypuszczałam, że czeka nas druga, znacznie gorsza od tej.

Po tym zdarzeniu opuściliśmy z synem nasz dotychczasowy dom i zamieszkaliśmy w Aninie, u siostry Mietka, Ireny Szumowskiej, oraz jej męża Wacława i dzieci.

Jakiś czas po wyjeździe Mietka wydarzyło się coś, co miało bardzo istotny wpływ na nasze dalsze losy.

Szalałam właśnie w ogrodzie, bawiąc się z moim czteroletnim Jurkiem w berka, gdy nagle Irenka zawołała przez otwarte okno kuchenne, żebym natychmiast przyszła. Ton jej głosu wskazywał na to, że stało się coś ważnego. Zabawa w berka się zakończyła, a ja, zziajana i zgrzana, poleciałam, co koń wyskoczy, do domu.

W drzwiach stało dwóch nieznajomych mężczyzn. Tylko jeden z nich mówił po polsku. Obaj byli Japończykami. Uśmiechali się miło i kłaniali. Irenka miała niepewną minę, bo nie wiedziała jeszcze, o co chodzi. Mimo wymiany kilku zdań i ja nie mogłam zrozumieć, czemu zawdzięczam tę wizytę, do momentu, w którym zobaczyłam adresowaną ręką Mietka kopertę. Pospiesznie rozdarłam ją i zaczęłam przesuwać wzrokiem po rzędach liter, próbując jednocześnie odgarnąć z oczu potargane loki. Zapadła cisza. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich obecnych w kuchni i to przeszkadzało mi się skupić.

O losach mojego męża od kilku miesięcy nie za wiele było wiadomo, jedynie to, że przedostał się wraz z Wojskiem Polskim przez Rumunię do Francji. Z listu wynikało, że zaproponowano mu posadę oraz wyjazd wraz z rodziną do Cesarstwa Mandżukuo.

Przede wszystkim poczułam ogromną ulgę, że nie jest to zawiadomienie o jego śmierci.

Mąż był szyfrantem w Biurze Szyfrów Sztabu Głównego, w sekcji II. Zlecano mu pracę w wywiadzie, przeciwko Rosji sowieckiej, na mocy porozumienia Wojska Polskiego i Japonii. Japończycy potrzebowali specjalistów. Mąż wyraził zgodę na tę propozycję, ale uzależnił wyjazd do Cesarstwa Mandżukuo od zgody na emigrację całej rodziny.

Pisał, a w zasadzie błagał, żebym zdecydowała się na wyjazd.

Nikt nie wiedział, ile czasu potrwa wojna ogarniająca świat i jak dalej potoczą się losy poszczególnych narodów, i szczerze mówiąc, nie miałam żadnej pewności, kiedy i czy się jeszcze spotkamy. Ta propozycja dawała realną szansę na dalsze wspólne życie. Chociaż spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba, byłam mu za nią wdzięczna. A jednocześnie postawiona niejako przed faktem dokonanym, bo jak mogłabym nie przystać na tak sformułowaną prośbę. Miecio chyba o tym wiedział. Znał mnie dobrze. Obiektywnie rzecz biorąc, nie było lepszej alternatywy niż zdecydowanie się na wyjazd. Tęskniłam za mężem bardzo. Jureczek, który z początku pytał często o ojca, teraz zapominał o nim. Długie rozstania nie służą rodzinom. Powzięłam zatem zamiar jak najszybszego załatwienia formalności i wyruszenia w drogę. Biurokracji było całkiem sporo. Potrzebowałam przepustek, odpowiednich papierów, i pieniędzy, by opuścić Polskę. Zostało to zorganizowane w większości drogą dyplomatyczną.

Atmosfera w domu anińskim stała się poważna. Rodzinne dywagacje mogłyby tylko wprowadzić zamęt i być jedynie stratą czasu, bo z mojej strony zmiana planów nie wchodziła w rachubę. Uznałam, że najważniejsi byliśmy my, nasza trójka, więc klamka zapadła. Należało zwyczajnie przygotować się na daleką podróż w nieznane. Uciekałam się do różnych sposobów, żeby udobruchać Babunię, ale jednocześnie byłam stanowcza. Aby stawić czoła całej reszcie, musiałam użyć argumentów absolutnie niepodważalnych, odwołać się do rodziny jako instytucji nierozerwalnej, przy czym bardziej oznajmić o wyjeździe niż pytać o pozwolenie, obłaskawić całusami, zapewnić, że się będzie pisało, odzywało tak często, jak to tylko możliwe, że będziemy o siebie dbać, no i w końcu — przekonać, że to przecież nie jest znowu aż tak daleko. Tylko pociągiem do Berlina, z Berlina do Rzymu, Neapol, a potem statkiem, ogromnym i bezpiecznym, rzecz jasna.

Nie było to dla nich takie oczywiste. Pogodzenie się z naszym wyjazdem okazało się procesem. Niestety, nie obyło się bez wyciągania żali, wydawałoby się dawno już zapomnianych. „Po co ja w ogóle za tego Mietka wyszłam”, odradzano mi to od początku, a teraz „Stało się, do Japonii nam Hanusię wywozi i Jureczka małego”. „Podróż bardzo niebezpieczna, Jurek może zachorować, to samo i ja, no i nie znam obcego języka, żadnego obcego języka, w ogóle to katastrofa jedna wielka”.

— A nie mówiłam, że tak będzie! — zakrzyknęła potężnie, zazwyczaj słaba, Babunia.

Krótko mówiąc, podniósł się ogólny lament. Ewidentnie wsparcia z ich strony nie miałam.

Moja starsza siostra Wanda także ciężko to przeżywała. Byłyśmy dość mocno związane ze sobą. Zawsze się o nią troszczyłam, zwłaszcza, że chorowała na gruźlicę i była w ciągłej depresji.

Musiałam zmierzyć się z rodziną sama, z ich niepokojami, ale i ze swoimi, które — siłą rzeczy — zaczęły w końcu nachodzić i mnie. Te niepokoje wzbudzały lekkie podniecenie, które działało uskrzydlająco w szczególny sposób i pomagało mi pozytywnie myśleć. Wyzbyłam się wszelkich wątpliwości, czy dobrze robię, wyjeżdżając do męża. To przecież było moje święte prawo, a także obowiązek. Podróż, w czasach wojennej zawieruchy, była niebezpieczna — zdawałam sobie z tego sprawę. Ale nie mogłam oprzeć się przeczuciu, że będzie też fascynująca. Próbowałam sobie wyobrażać naszą przeprowadzkę, błahostka — do Japonii, czyli prawie na koniec świata, w tak odmienne warunki od tych, które znałam. Myślałam wtedy o najdrobniejszych szczegółach, tych wszystkich, które są dla nas ważne w codziennym życiu: co będziemy jedli, gdzie będziemy spali i na czym (słyszałam, że tam śpi się na matach, więc czy będzie nam wygodnie i czy przywykniemy do tego).

Perspektywa spotkania się z mężem cieszyła mnie bezdyskusyjnie i dodawała siły na przygotowania i te liczne urzędowe procedury, które w okupowanej Warszawie były dojmujące.

Dodatkowo, radość na myśl spotkania z Mietkiem, mieszała się z cichym pragnieniem przeżycia przygody, skrupulatnie chowanym dotychczas w głębi duszy. A teraz okazja sama się pojawiła. Nie wzbraniałam myślom uciekać z dala od domu, od tych wszystkich rodzinnych spraw codziennych, od tych chorób Wandzi, narzekań. Jak bardzo mogła to być podróż także w głąb siebie, ku odnalezieniu swoich pragnień, nie wiem, ale postanowiłam potraktować ją jako życiową szansę.

Pociąg przez Europę

Spojrzałam w lustro ostatni raz by skontrolować, czy wszystko jest na miejscu. Moje ujarzmione czarne loki zebrane w kok nieposłusznie wymykały się spod wiosennego kapelusika. Nie było już czasu na poprawki. Na dole Jureczek głośno chichotał. Najwyraźniej coś go rozbawiło, co wyraźnie kontrastowało ze smutnym nastrojem wszystkich, którzy nas żegnali. Tony wylanych łez i dobrych rad wymęczyły mnie bardziej niż same przygotowania do podróży. Oddałam serdeczny uśmiech mojemu lustrzanemu odbiciu i nie odwracając się, wybiegłam z pokoju.

Anna Sikora z synem Jerzym

Na dworcu głównym w Warszawie, dokąd dotarliśmy samochodem, korzystając z uprzejmości sąsiada, panował spory ruch i zamieszanie, a naturalne w takim miejscu zdenerwowanie podróżujących potęgował jeszcze widok przechadzających się dwójkami tam i z powrotem Niemców. I mnie udzieliły się emocje. Nieczęsto podróżowałam sama, a tu jeszcze z małym dzieckiem. Nie był to przecież wypad za miasto. Nasza wyprawa zaczynała się w Warszawie, wiodła przez Berlin, Rzym, Neapol, Ocean Indyjski, wreszcie Tokio. Nie potrafiłam jej sobie „narysować” w głowie. Moja wyobraźnia sięgała w tym momencie nie dalej niż do Rzymu. Ostateczny cel naszej podróży jawił mi się jak sen, jak bajka, jak nierealna zupełnie historia. Trzeba było myśleć etapami i powoli przyzwyczajać umysł, w miarę pokonywania odległości, do tego, na razie nierzeczywistego, odległego miejsca.

Oprócz waliz, które oddałam na bagaż, miałam torbę, którą z niemałym trudem dźwigałam na ramieniu. Przez drugie ramię przewiesiłam małą damską torebkę — trzymałam w niej dokumenty i połowę zabranych ze sobą pieniędzy. Nie powiem, gdzie ukryłam drugą połowę. Nie wypada. Postąpiłam tak oczywiście ze względów bezpieczeństwa, których zasady moja ukochana siostra wpajała mi przez cały ostatni miesiąc.

Jureczek targał swój plecak z ulubionymi i „niezbędnymi” zabawkami. Musiałam odpowiadać na tysiące jego szczegółowych pytań dotyczących pociągu i dworca, w między czasie odszukać odpowiedni peron i jednocześnie pilnować tej małej istotki. Istotki, która w mgnieniu oka mogła zejść do poziomu butów i oddalić się na czworaka we wszystkich możliwych kierunkach. Drżałam na tę myśl i kurczowo trzymałam drogą rączkę syna.


Wszystkich naszych ukochanych najbliższych pożegnaliśmy w domu. Nie chciałam ich zapamiętać z okna odjeżdżającego pociągu, ich widoku machających nam na pożegnanie.

Zapowiedziano pociąg do Berlina. Zrobił się straszny szum, ludzie zaczęli gwałtownie się przemieszczać, polując na najodpowiedniejsze miejsce. Ja zaczaiłam się z Jureczkiem za filarem, tak że byliśmy nieco oddzieleni od napierającego tłumu i, jak to oceniłam, znaleźliśmy się w miejscu, gdzie zatrzyma się nasz wagon. Wzmógł się huk i łoskot nadjeżdżającego składu, mój syn przytulił się do mnie mocno, dygocząc z podniecenia, ale nie chciał, bym wzięła go na ręce. Pociąg przeraźliwie zapiszczał, sapnął i się zatrzymał. Istotnie, nasz wagon, a nawet jego drzwi, znalazły się dosłownie naprzeciwko nas. Natychmiast stłoczyło się przy nich kilka osób i gdy tylko konduktor dał sygnał, by wsiadać, zaczęły pośpiesznie ładować się do środka. My również podeszliśmy bliżej Jureczek, ciągnąc mnie za rękę, próbował zajrzeć pod pociąg, ale to nie był najlepszy moment, więc musiałam go przywołać do porządku. Jakiś pan, który pojawił się ni stąd, ni zowąd za nami, pomógł mi unieść walizkę po schodkach pociągu, i przy tym spojrzał mi w twarz w taki sposób, że się lekko zmieszałam, po czym zwrócił się do Jureczka:

— Wskakuj mały, brawo!

A ja pomyślałam o Mietku i o tym, jak bardzo za nim w tym momencie tęsknie.

W przedziale Jureczek usiadł przy oknie, ja znalazłam się obok synka. Wkrótce wszystko się uspokoiło, bagaże leżały na półkach, podróżujący zajęli swoje miejsca. Czekaliśmy w milczeniu na gwizdek konduktorski oznajmiający początek naszej wędrówki.

Świat za oknem zaczął przyspieszać, z początku pozwalając nam oglądać smutną Warszawę i zatrzymywać wzrok na domach i na ludziach podążających ulicami okupowanej stolicy. Jureczek wstał, żeby wszystko lepiej widzieć, i żywiołowo reagował na każdy oglądany szczegół, aż w końcu, nie nadążając już za znikającymi obrazami, z powrotem przycupnął na swoim miejscu, ja zaś próbowałam odnaleźć w sobie radość z tej podróży, wierzchem dłoni ścierając z twarzy obficie płynące łzy. Warszawa nieubłaganie się oddalała.

Czy będę umiała sprostać tym wyzwaniom, jakie sama sobie narzuciłam? To pytanie powoli zaczynało kiełkować w mojej głowie.

Pociąg już się rozpędził i jego miarowe stukanie zaczęło usypiać podróżnych. Jurek również, dzięki Bogu, zasnął. Widocznie dały o sobie znać wczesna pora odjazdu i ogromne emocje. Patrzyłam przez okno na budzące się do życia drzewa. Delikatna zieleń przykryła już pola, ale w powietrzu czuć było wojnę, nie wiosnę. W pociągu jechało bardzo dużo Niemców; SS-mani przeszli dwa razy przez nasz wagon, kontrola dokumentów była bardzo szczegółowa i przepełniała nas strachem. Nigdy nie można było czuć się pewnie. Słyszałam, że wyprowadzano ludzi z pociągu bez podania przyczyny. Ciemne loki i ogólnie mało słowiańska uroda powodowały, że się martwiłam. Odniosłam wrażenie, że kontrolujący nas gestapowiec zawiesił na mnie wzrok dłużej niż na innych pasażerach.

Ciocia Mania w osobliwy sposób podkreślała, że z powodu mojego wyglądu czekają mnie w podróży same kłopoty:

— Haniu, pamiętaj, wyglądasz na Żydówkę, choć nią nie jesteś. Nie każdy Niemiec to wyłapie.

Mając więc tę świadomość, uważałam, że każdy, kto choć przez chwilę dłużej mi się przypatruje, widzi we mnie Żydówkę. Zwyczajnie się bałam. Niemcy strzelali do Żydów bez ostrzeżenia.

Dodatkowo świadomość, że jestem jedną z nielicznych kobiet podróżujących tym pociągiem, i to z dzieckiem, powodowała ogromne poczucie niepewności i wyobcowania. W naszym przedziale jechali sami mężczyźni, chociaż do wagonu wsiadły w Warszawie dwie panie. Miałam wrażenie, że gdybym mogła z nimi porozmawiać, poprawiłoby mi to humor. Musiałam się jednak bardzo pilnować, by nie wyjawić nikomu prawdziwego celu naszej podróży. Nie wolno mi było mówić o mężu, za nic w świecie nie mogłam się wygadać. Na wszelki wypadek przygotowałam sobie gotową wersję odpowiedzi w razie jakichkolwiek pytań.

Brzmiało to mniej więcej tak: „Jadę do ciotki do Neapolu, gdzie zamierzamy osiąść, bo tam mieszka jedyna nasza rodzina. Dawne dzieje, nie warto opowiadać o szczegółach. W Polsce nie mamy już nikogo”. Wymyśliłam tę bajeczkę z siostrą Wandzią. Ćwiczyłyśmy taką sytuację kilka razy. Wandzia udawała cudzoziemkę i ze śmiesznym akcentem próbowała na wszelkie sposoby wyciągnąć ode mnie informację o celu mojej podróży. Wandzia bywała czasami komiczna — z jednej strony poważna, mądra, a z drugiej, kiedy chciała być dowcipna, to wszyscy śmiali się z niej, a nie z żartu. Tak trudno jej było grać nie swoją rolę.

Trzeba było też przygotować w jakiś sposób Jurka na podobną okoliczność. Przecież dziecko spytane wprost zazwyczaj mówi prawdę. I taką ewentualność przewidziałam. Po naradzie rodzinnej powiedzieliśmy mu, uznając to małe kłamstwo za jedyne w tym momencie mądre posunięcie, że wybieramy się w podróż do Włoch, ani słowem nie wspominając małemu o ojcu. Chciałam oswoić go z myślą o spotkaniu z tatą i wyjaśnić całą tę naszą przeprowadzkę dopiero na statku. Tam istniało znacznie mniejsze prawdopodobieństwo spotkania Polaków. Nie chciałam, żeby w pociągu do Berlina Jureczek głośno pytał:

— Mamo, kiedy wreszcie dojedziemy do Japonii?

Albo:

— Czy tata w Japonii już na nas czeka?

Zazwyczaj dziecko dopytuje się głośno, uporczywie i szczegółowo, a wszyscy wokół uważnie przysłuchują się odpowiedziom, choć udają, że nic ich to nie obchodzi. Często też niestety się wtrącają.

Byłoby to dość ryzykowne.

Tymczasem Jurek mocno spał. Jeden pan w przedziale czytał w skupieniu jakieś dokumenty, czterech pozostałych drzemało. Pewnie wszyscy z ulgą odetchnęli, kiedy zorientowali się, że dziecko nie będzie zakłócać ich spokoju. Nikt nie miał nastroju na pogawędki. Oparłam głowę o zagłówek i zaczęłam śledzić krajobraz. Uświadomiłam sobie, że nigdy w życiu nie byłam w tych okolicach. Na wakacje jeździło się w Tatry, do Zakopanego i Rabki. Trochę tu było inaczej niż na wschodzie, skąd pochodziłam i który tak dobrze znałam. Łapałam wzrokiem każdy kawałek lasu, pasmo rzeki wijącej się krętym korytem, zieleniejące pola i wiejskie obejścia. Zapisywałam te swojskie obrazy głęboko w pamięci, bo kto wie, kiedy to wszystko miałam ponownie zobaczyć. Żegnałam się z tą krainą i z perspektywy dłuższego rozstania dostrzegałam, jaka jest wyjątkowa. Pierwszy raz jechałam za granicę, nie licząc rzecz jasna naszej przeprowadzki z Moskwy do Polski. Polska też była wtedy dla mnie zagranicą, choć Ojczyzną. Znałam ją jedynie z opowieści Babuni, siostry mamusi — cioci Mani, oraz z listów tzw. cioć warszawskich, sióstr Babuni: Stanisławy i Justyny Misiągiewicz. Twer, miasto, w którym się urodziłam i mieszkałam do śmierci rodziców, wspominam jako czas prawdziwego, beztroskiego dzieciństwa. Ja, Wanda i mój brat Jerzy stanowiliśmy szczęśliwą trójkę rodzeństwa, nad którą rodzice roztaczali pełną miłości pieczę. Obydwoje rodzice zmarli, jedno po drugim, na gruźlicę, gdy miałam siedem lat. Babunia z ciocią Manią i ciocią Zosią mieszkały w Moskwie. Mania i Zosia, siostry mojej mamy Hani — trzy kobiety o różnych charakterach, osobowościach i inklinacjach. Mania — zawsze surowa i mało czuła, może ze dwa razy w życiu tak naprawdę mnie przytuliła, Zosia — piekielnie uzdolniona plastycznie, niestety chorowała na schizofrenię, niezdolna do samodzielnego życia, przebywała zawsze przy rodzinie lub w specjalnym zakładzie.

Moją mamę zapamiętałam jako lekko roztargnioną, zawsze, podkreślam, zawsze pogodną; nigdy się na mnie nie gniewała i niemal codziennie powtarzała mi, że jestem śliczna. Byłam dla niej najpiękniejsza na świecie. Ciocię Manią niezmiennie to złościło, mówiła, że mama mnie psuje. Nie mogłam zrozumieć, o co jej chodzi. Kto, jak nie matka, może ocenić, czy jej własne dziecko jest piękne? Widziałam niejednokrotnie zachwyt na twarzach przypadkowych ludzi na mój widok. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że mama mówiła prawdę. Więc jeśli urodzę córkę, postanowiłam, nie omieszkam, jak mama, prawić jej komplementów. Myślę, że człowiekowi łatwiej jest iść w świat, jeśli czuje pełną akceptację ze strony najbliższych. To ważne w przypadku obu płci, nieodzowne w przypadku kobiet. Dziękuję mojej matce, że mi podarowała pewność siebie.

Anna Milicer z matką Jadwigą Eleonorą Górnicką-Milicer


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 31.76
drukowana A5
Kolorowa
za 58.32