Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Rozdział 1. Kim ja jestem?

Przez ten kaszel i nocne przebudzenia Najduszek był w złym humorze. Akurat gdy mi zależało, żeby sprawnie się pozbierać do przedszkola, on robił awanturę o wszystko. Najpierw zażądał dwóch delicji. Nie chciałam mu tylu dać, przecież on ma mały żołądek, jak zje dwie delicje, to nie zostanie mu miejsca na śniadanie w przedszkolu. A śniadania im robią bardzo urozmaicone i odżywcze, ja mu takich nigdy nie robiłam, chociaż przecież wychodzę z siebie, żeby wszystkich w tym domu dobrze odżywiać. Więc stał w kuchni i płakał, a potem tupał, że on chce dwie delicje. A ja z ręcznikiem na głowie, w samych majtkach mu tłumaczyłam, że przecież nie mogę mu dać dwóch. Ale do niego racjonalne argumenty nie docierają. Mówiłam, że od słodyczy się nie rośnie, że cukier podnosi poziom insuliny w organizmie i że jak mu się za dużo tej insuliny naprodukuje, to potem jej zabraknie i cukrzyca gotowa. I będzie musiał dostawać zastrzyki w brzuch. Na to on uderzył w jeszcze większy płacz. Rozpacz totalna trzylatka. Wyglądało to okropnie. Zła matka, nie chciała dziecku dać dwóch delicji i ono teraz biedne płacze.

A to przecież moja wina, w ciąży miałam deprechę jak się patrzy i codziennie wcinałam czekoladę albo dwie. I urodziłam dziecko uzależnione od cukru. W telewizji reklamy czekolady, w sklepie przy kasie czekolady, babcie częstują czekoladami z miłości. I jak tu teraz dziecku wytłumaczyć, że to nie z miłości, tylko z wyrachowania? Że babcie muszą zasłużyć na miłość wnuków i przekupują ich nachalnie? Że w sklepie i telewizji marketing? Że czekolada nie jest naturalną częścią życia każdego człowieka?

I teraz Najduszek swoje babcie kocha, a najbardziej to je kocha, jak zje całą bombonierkę.

Nie dałam się. Dziecko płakało w kuchni, a ja poszłam do łazienki zdjąć ten ręcznik z głowy i założyć resztę ubrania.

Potem była jeszcze jedna awantura o mycie zębów. On nie może umyć zębów, bo jeszcze się nie nabawił tymi klockami, co mu też babcia kupiła, żeby ją kochał. Wołałam i wołałam, a Najduszek nie przychodził. Cholera, już miałam niezły wnerw. W końcu Edek wstał z łaskawości swojej i po prostu przestawił Najduszka z pokoju do łazienki, jak się przestawia warcaby na planszy. W jednej chwili dziecko było przy klockach, a w drugiej chwili w łazience. Potem jeszcze musiałam zamknąć drzwi łazienki na skobel, bo Najduszek chciał uciekać od tego mycia zębów. Dopiero jak się zorientował, że jest w potrzasku, zmienił zdanie.

Następna awantura była o ubieranie butów. Na tym etapie już otwarłam drzwi szeroko na korytarz i miałam gdzieś, co sądzą o nas sąsiedzi. Musiałam te drzwi otworzyć, bo już robiło mi się gorąco. Z nerwów i z tej nerwowej ruchawki dookoła zasmarkanego od płaczu Najduszka. Nie poddałam się, czekałam na progu, aż buty założy sam, bo nie będę go obsługiwać w wieku lat trzech, kawał chłopa, sam może sobie buty założyć, ma przecież na rzepy.

Na dole wsadziłam go do wózka. Uspokoił się, ja prawie też. Zadowolona, powiedziałam:

— Jak przyjdzie śnieg, to przestanę cię wozić w wózku do przedszkola. Wszystkie inne dzieci chodzą pieszo. A przez śnieg wózek nie przejedzie, będziemy szli na nogach.

— Mamo, przecież jak spadnie śnieg, będziesz mnie mogła zawieźć na sankach.

No i tak. Jak się nie obrócisz, z tyłu dupa. A mój syn, król życia, Najduszek jeden, inteligencję i sztukę wywodu tudzież retoryki odziedziczył po matce, razem z litrami płynnej czekolady, płynącymi pępowiną.

Poczułam, że jak natychmiast nie pójdę na spacer do lasu, to mnie rozerwie. Odprowadziłam pusty wózek do domu, włożyłam dodatkowy polar i wyszłam.

Przeszłam jakieś dwa kilometry, zanim mi przeszedł ten wnerw. Ja tak mam. To się fachowo nazywa zaleganie afektu. Edek się w jednej chwili wścieka, a w drugiej uśmiecha, tak mu szybko przechodzi. A ja hołubię w sobie ten wnerw/lęk/złość, czy co tam jest akurat na tapecie, niepotrzebne skreśl, noszę w sobie godzinami. Tłumaczę, że musi mi opaść poziom kortyzolu we krwi. To taki hormon, który wydostaje się z nadnerczy, jak Najduszek nie chce myć zębów albo Edek wyda za dużo pieniędzy. Wydostaje się z tych nadnerczy i biega we mnie jak szalony sprinter, najpierw do głowy, potem do rąk, żeby się trzęsły, a potem do nóg, żeby poniosły jak wystraszonego konia. Czasem próbuje wydostać się oczami, przez gruczoły łzowe, a czasem zahacza o brzuch i napinkala tam w tych kilometrach jelit jak oszalały, jak w labiryncie bez wyjścia, puszcza bąki, rozdyma, boli.

Tym razem moje własne życie przestało mnie boleć nad stawem. Usiadłam na pniu zwalonego drzewa i spojrzałam na staw.

Jestem stąd. Tak pomyślałam, kiedy obudził mnie dziś rano kaszel Najduszka. Kaszlał i kaszlał. Kazałam mu położyć się na brzuszku. Zasnął, ale ja już nie. Zastanawiałam się, czy moje pochodzenie jakoś mnie określało. Niby jestem stąd, urodziłam się w Katowicach, ale rodzice nauczyciele, nigdy nie mówili gwarą, dziadkowie z całej Polski, a nawet niemieckie państwo baronostwo gdzieś się w przeszłości mojej babki po mieczu zapałętało.

Nie mówię gwarą, ale przecież też mam prawo przyznawać się do narodowości śląskiej, nie? Mam. Wszystko rozumiem, co kto do mnie godo, bo się nasłuchałam. Ale odpowiedzieć nie umiem. Obudziłam się więc o piątej nad ranem z naglącą potrzebą odpowiedzenia sobie na pytanie o to, kim jestem, ja — kobieta po trzydziestce, matka Najduszka, żona Edka. Leżałam obok męża i wpatrywałam się w ciemność. Nagle niepewność co do tego, jak się określić, zaczęła mi bardzo doskwierać. Bo weźmy taką sąsiadkę Hannę, na przykład. Dumna absolwentka zasadniczej szkoły zawodowej handlowej. Fach w ręku ma, od lat pracuje w spożywczaku. Gdy się pokłóci z właścicielem, zmienia pracę. Mówi, że od początku coś jej nie pasowało i bez trudu staje za kolejną ladą. Albo Patrycja, z pierwszego piętra. Krawcowa, u niej to rodzinne, skłonności do maszyny do szycia odziedzicza się po kądzieli. Najpierw pracowała dla innych, teraz dla siebie. Otworzyła budkę z napisem „Pogotowie Krawieckie” i codziennie się uśmiecha, pokazując resztki kawy „po turecku” na zębach, bo tylko taką pije. Roztyła się, ale wcale się nie przejmuje, bo wszywa sobie kliny do ubrań i dalej co rano kołysze radośnie wielkim tyłkiem. Albo Judyta, o! Skończyła polonistykę, ale nie chciała być nauczycielką. Znalazła pracę w szkole językowej, w sekretariacie. Wszystkie one takie poukładane, wiedzą, czego chcą od życia. A ja? Każda moja decyzja wydaje się z perspektywy czasu pomyłką.

Tak więc — na czym to ja skończyłam? — ja też jestem stąd, z Katowic. Ten las, ten staw, zwierzęta w nim, ja też mogę się nim cieszyć. Mogę się cieszyć szybami wentylacyjnymi kopalni, spodniami, które po jednym dniu w centrum stają się brudne, smrodem komunikacyjnym też się mogę cieszyć, a co. Nie będę sobie tego odbierać, tej śląskiej kultury, filharmonii, galerii sztuki, teatrów, co z tego, że nie chodzę, ale mam wybór. Nie godom. Urodziłam się w Katowicach-Ochojcu, nie w Rudzie Śląskiej czy na Załężu, to gdzie się miałam śląskiego nauczyć? I teraz mam się sama wydyskryminować z tej śląskości, która do mnie też od narodzin należy? Rozterka — to jestem Ślązaczką, czy nie?

Nie godom, ale też pięknem języka codziennego nie zachwycam, jestem, jaka jestem — normalna. Wyrwie mi się „ja pierdzielę”, czasem nawet „ja cię sunę”, choleruję na porządku dziennym i kurwować mi się zdarza też, nawet przy dziecku, bo skoro nie raz słyszę, że złą matką jestem, to nie zgrywam przy nim świętej. Jaką matkę masz, każdy widzi. Jak ma wnerw, to rzuca przedmiotami, dlatego synu parkiet w dużym pokoju uszkodzony, bo twoja matka rzuciła tam miską z nowej zastawy, bo szlag ją trafił, jak ojciec znowu się spóźniał z pracy i musiała znowu dłużej z tobą siedzieć. Sama.

Rozejrzałam się po stawie, szukając kaczek. Kaczek nie było. Poziom wody strasznie niski. Ach, tama się zawaliła! Teraz cała woda ze Ślepiotki przecieka i ucieka, nie ma już stawu, jest cuchnące bajoro. A co z rybami, łapczywie chwytałam powietrze, kiedy siebie pytałam, jakbym tą rybą była, zdychającą od braku tlenu w wodzie. Strasznie się przejęłam. Od razu usłyszałam w głowie głos Edka, co ty nie masz innych problemów?

Nie mam. Skoro jestem stąd, to ten las też może być moją radością i odskocznią od problemów dnia codziennego, a ktoś musi o niego dbać. Dlaczego więc nie ja? Dlaczego nie mam wziąć za niego odpowiedzialności? Tylko oczekiwać, aż ktoś, jakaś uprawniona instytucja, się nim zajmie? Ale przecież to ja z tego lasu korzystam. I chcę, żeby Najduszek też mógł tu przyjść za kilka lat i usiąść na stawem utworzonym przez Ślepiotkę i zdecydować, czy też się przejąć stanem tego lasu, czy mieć to w dupie.

Jestem stąd i już, będą tego konsekwencje. Zaraz się wezmę za przeszukiwanie internetu, muszę ustalić, kto jest odpowiedzialny za rezerwat „Ochojec”, czy ten, kto go stworzył, jest nadal obciążony tą decyzją. To jak z dzieckiem. Stworzyłeś, wychowuj. Drzyj koty o nieubrane buty, nieumyte zęby, dwie delicje.

Mam tylko nadzieję, że pani z przedszkola nie zadzwoni dziś i nie powie, że Najduszek strasznie kaszle i że mam go zabrać z tego przedszkola, bo rozsiewa choróbsko. Tego bym nie przeżyła. Właśnie znalazłam sobie coś do roboty i żaden trzylatek mnie nie powstrzyma.

Rozdział 2. Rezerwat

Rezerwat przyrody Ochojec został utworzony w 1982 roku w kompleksie Lasów Murckowskich, wyczytałam. Tworzy go prawie 27 hektarów lasu w dolinie rzeki Ślepiotki. Jego nazwa pochodzi od nazwy dzielnicy Katowic — Ochojca — w rejonie której rezerwat się znajduje.

Jest jednym z nielicznych w Polsce stanowisk liczydła górskiego (Streptopus amplexifolius). Jest to najliczniejsze, poza obszarami górskimi, nagromadzenie tego gatunku w Europie. Ponadto występują tu inne gatunki roślin chronionych: ciemiężyca zielona, kalina koralowa, konwalia majowa, kruszyna pospolita i ponad 200 gatunków innych roślin naczyniowych. Spotkać tu można też inne rośliny górskie, takie jak starzec kędzierzawy, starzec Fuchsa, ciemiężyca zielona, lepiężnik biały czy kokoryczka okółkowa.

Świat zwierzęcy reprezentują między innymi dziki, sarny, daniele oraz wiele gatunków ptaków, w tym jastrzębie, kruki, bażanty, a także sójka, rudzik, dzięcioł duży, kwiczoł, pierwiosnek, mysikrólik, drozd, strzyżyk, kos.

Nas stawem można spotkać ropuchę szarą (największa z krajowych ropuch). W niektórych partiach rezerwatu występuje jaszczurka żyworodna.

Ja bardzo dużo czytam. Wszystko wynajdę i wszystkiego się dowiem. Zawsze znajdę drogę. Jestem specjalistką od zdobywania informacji, informacjonistką, tyle że nikt mi za to nie płaci, a użytek z wiedzy robię tylko i wyłącznie sama. To jest moja ambicja, bo skończyłam tylko liceum i nie mam żadnego fachu w ręku, ale wszystkiego mogę się nauczyć. To akurat o sobie wiem. Różne rzeczy można mi wmówić, ale nie to, że jestem głupia.

A jeszcze kilka lat temu żartowałam, że w lesie można co najwyżej znaleźć szczury. Chociaż raz po raz czytałam w prasie lokalnej o problemach z dzikami, chociaż obserwowałam karmniki dla zwierząt. Jaki człowiek był głupi. A raczej — niepoinformowany. Tia, największym grzechem jest ignorancja, wcale nie największym błogosławieństwem. Wstyd. Tak, trochę mi wstyd, że tego wszystkiego nie widziałam, nie wiedziałam, choć mieszkam tu od trzydziestu ośmiu lat.

Dziś rano na balkonie siadła najpierw sójka, a potem dwie sikorki. Najpierw zawołałam Najduszka, żeby mu pokazać, a potem Edka, żeby mi powiedział, co widzę, bo się nie znam (wstyd).

Rozdział 3. Judyta

Zaprosiłam na kawę Judytę, koleżankę z osiedla. Zaprowadziłam Najduszka do przedszkola i dawaj robić ciasto z przepisu mojej świętej pamięci babci Ludwiki. Tylko zamiast margaryny dałam olej rzepakowy, bo margaryna w żadnej postaci by mi przez gardło nie przeszła. Bo jest zabójcza. Tak uważam.

Od margaryny się umiera. Ma za dużo tłuszczów trans. Nie wiem, jak moja babcia mogła te babki cale życie piec na tej Palmie i dożyć swojego wieku. Z informacji w internecie na temat tłuszczów trans wynika, że kto je zjada, na chorobę straszną zapada! A potem od razu jest śmierć, znienacka, łup! Więc ja się margaryny boję.

Judyta przyszła z Weroniką. Bo Weronika tego akurat dnia postanowiła, że nie chce iść do przedszkola. Judyta wzięła więc urlop na żądanie. Mój Najduszek codziennie nie chce iść do przedszkola, ale ja się nie poddaję. To jest taki uparciuch, że gdybym raz zrobiła wyjątek, nie pozbierałabym się już potem od niekończących tłumaczeń, dlaczego akurat ten wyjątek był lepszy od innego. Nie. To nie dla mnie.

Judyta zawsze zdejmuje buty, kurtkę, czapkę i pomaga rozebrać się Weronice w całkowitym milczeniu. Wielokrotnie próbowałam do niej wtedy zagadywać, ale ona się po prostu nie odzywa, skupiona tylko i wyłącznie na tym, co robi. Potem zazwyczaj przeczesuje swoje krótkie, czarne włosy palcami, głośno wzdycha, uśmiecha się i dopiero jest gotowa do jakiejkolwiek komunikacji międzyludzkiej. Zupełnie jak by potrzebowała tych szalików, kurtek, butów, jako rekwizytów do rytuału przejścia, z niebezpiecznego świata ulicy do pieleszy ciepłego domu.

Upiekłam ciasto na mące pszennej, bo się spieszyłam i nie chciałam eksperymentować z kukurydzianą. Ponoć kukurydziana inaczej się zachowuje, więc wolałam nie bawić się w odkrywanie jej właściwości akurat, jak mam mieć najazd gości. A ja nie mogę pszennej, nie mogę jeść glutenu. Glutenu też się boję, nawet bardziej niż margaryny, bo mam nadwrażliwość na gluten i potem umieram w boleściach, nawet jak zjem jednego herbatnika. Przynajmniej tak mi się wydaje, że to od tego glutenu. Ale żadnej pewności nie mam.

Siedziałam więc z Judytą i tylko wąchałam to ciasto. Jadłam jabłka i piłam herbatę. Weronika na podłodze bawiła się klockami, od czasu do czasu wchodziła swojej mamie na kolana lub prosiła o pomoc w ułożeniu jakiejś trudniejszej konstrukcji. Judyta, polonistka z wykształcenia, dawała wtedy instrukcje:

— Tak, Weroniczko, tutaj należy włożyć ten wyższy klocek, albowiem tylko on pasuje do tej wielce skomplikowanej konstrukcji, która sobie tak pięknie wykreowałaś. Zobacz: ten klocek jest mniejszy od tego, a ten jest większy, albowiem klocki istnieją w różnych rozmiarach i kolorach, a ich wielkość jest nam nieobojętna w budowie tej prześwietnej kreatywnej konstrukcji.

Kiedy Judyta zaczyna przemawiać swą kreatywną, wielce poprawną polszczyzną, oddycham głęboko, bo zbiera mi się na wymioty. Nie wiem, jak jej dzieci to znoszą. I nie wiem, jakie będą wychowawcze reperkusje i efekty tych wielce kreatywnych przemówień, ale wiem jedno: że ja tak do Najduszka przemawiać nie chcę. Albowiem, aczkolwiek, jednakowoż. Ależ Najduszku zauważ. Iż przecież.

Nie.

— Och, Julka — zastanowiła się na chwilę Judyta i przemówiła do mnie już całkiem normalnym językiem. — Ja to już w ogóle nie wiem, co jeść i czym dzieci karmić. Ponoć drobiu nie powinno się dawać dzieciom, bo jest nafaszerowany hormonami. Czerwone mięso jest niezdrowe, bo za tłuste. Ryby niby dobre, bo mają tłuszcze omega, ale za to rtęć, nie wspominam już o nafaszerowanych antybiotykami pangach. Wędliny zeszły na psy. Warzywa są pryskane. Owoce też. Ziemniaki należą do psiankowatych, które wywołują stany zapalne w organizmie. Zboża rosną na zanieczyszczonych terenach i zubożonych glebach. Słodycze są niezdrowe, mąka pszenna też. Sól powoduje nadciśnienie.

— Nie jesteś w tym sama. Ja akurat wiem, co jeść, ale strasznie się z tym męczę — przyznałam.

— Jak to — męczysz się?! A ja byłam przekonana, że ty jesteś spełnioną weganką! — zdziwiła się koleżanka.

(Weroniczko słoneczko, tutaj masz czerwony klocek tak? Czerwień to piękny kolor miłości, krwi, ale też złości i agresji. A tu masz zielony. Taki ekologiczny. Ekologia to piękna filozofia współistnienia wszystkich istot na ziemi. A tu masz niebieski, jak niebo, jak poezja, jak dżinsy).

— Tak, jestem spełniona — przyznałam jej rację, podczas gdy ona wciąż przemawiała do swojej córki. — I głodna. Ciągle głodna. I gruba. Ciągle gruba, uzależniona od cukru, alkoholu i…

— I czego? — przerwała swój wywód Judyta.

— No właśnie zapomniałam od czego…

— Od czytania jesteś uzależniona!

— Ano jestem.

Judyta westchnęła.

— Ja mogę bez alkoholu żyć — przyznała.

— A ja nie.

Judyta podniosła naraz obie brwi.

— Ja mam taki stan, że jak się nie napiję albo nie zjem czekolady, to boję się, że wyskoczę przez okno.

Oj, przesadziłam ze szczerością. Judyta spojrzała na mnie badawczo. Atmosfera w pokoju zmieniła się na ciężką, ołowianą nieomal. Nie można było z niej wyskoczyć z powrotem w miłe, radosne pitu-pitu. Przekroczyłam granicę. Podjęłam jednak próbę.

— A wiesz, że w czekoladzie mlecznej jest zwierzęca krew?

Judyta zamarła w swoim przerażeniu.

— Dodają ją, żeby czekolada wydawała się bardziej gładka na języku.

— Nie! — Judyta chwyciła się obiema rękami za głowę.

— Tak — potwierdziłam.

Udało się. Nie musiałam teraz wchodzić w meandry moich powrotów z przedszkola z Najduszkiem, który całą drogę marudzi, że chce jogurcik z cukiereczkami z Biedronki, a przecież mu nie kupię, bo go zabiją te cukiereczki powlekane rakotwórczym błękitem brylantowym. Więc Najduszek rozpacza, tupie, płacze, chce uciekać do tej Biedronki, sam i przecież bez pieniędzy, taki jest zdesperowany. A ja za nim i chwytam go w pół, żeby go auto nie przejechało i niosę go, chociaż mnie wszystko boli od tego, bo jest ciężki jak cholera. Jak już nie mogę go dalej nieść, to go stawiam, a on nadal nie chce iść i się maże. Tłumaczę mu, że od cukierków się nie rośnie, że mu dam w domu owoce, bo z tego jest energia, powinien już przecież wiedzieć, że owoce to słodycze dla sportowców. Ale on nie chce, żeby mu wciskać takie kity, ale skoro nie kupiłam mu jogurtu, to on chce miesięcznik dla dzieci z dołączoną zabawką. Tłumaczę mu, że mu nie kupię tego miesięcznika, bo jest drogi, bo nie mam tylu pieniędzy. On wyczuwa fałsz, bo przecież mam tę kasę w portfelu i on o tym dobrze wie. Tłumaczę mu więc, że te zabawki dołączone do miesięczników dla dzieci są robione w Chinach przez inne dzieci w okropnych warunkach i że nie będziemy się przyczyniać do takiego złego traktowania. Ale on ma gdzieś inne dzieci, on uważa, że jedynym dzieckiem na świecie, które jest źle traktowane, jest on sam, bo nie dostał jogurciku z cukiereczkami ani miesięcznika z szajsowata zabawką.

I tak nam mija droga do domu, idziemy prawie godzinę trasą, którą można pokonać w 7 minut.

Ja wtedy wkraczam do domu i bez zdejmowania butów idę do lodówki. Na górnej półce jest wódka. Piję z gwinta, na granicy płaczu, bo ja przecież nie chcę tej wódki. Ale to jest moje lekarstwo. Wypijam tak z setkę i się uspokajam. Najduszek w tym czasie idzie w butach do pokoju, bo go nie dopilnowałam, żeby zdjął. Zanim Edek wróci z pracy, wódka ze mnie wywietrzeje.

Ale czasem nie jest tak źle. Czasem mam jeszcze energię na to, żeby pójść do „Ilony” po piwo. Kupuję pięć, jedno wypijam natychmiast, a jak wraca Edek mówię mu, że kupiłam dla nas cztery, po dwa na głowę do obiadu.

I jakoś funkcjonuję, spacyfikowana procentami, do wieczora.

(A tutaj, Weroniczko, mamy klocek okrągły jak walec, czyli nie tak do końca okrągły jak Ziemia, matka nasza, natura. Walec to też taki kształt, ale sześcian, przyjrzyj się dobrze i zapamiętaj, sześcian różni się od prostopadłościanu, widzisz tę różnicę? Albowiem życie składa się z różnic, kolorów, kształtów. Słów).

Rozdział 4. Dolina Ślepiotki

Najduszek rano pozbierał się nadzwyczaj szybko, bez awantur, nawet udało mi się mu wcisnąć suszone, ekologiczne żurawiny zamiast biszkopta. Co niewątpliwie jest moim sukcesem wychowawczym.

Nogi poniosły mnie do Ochojca, zamiast do lasu. Zrobiłam sobie wycieczkę na Stare Osiedle, do mojego pierwszego domu, miejsca, gdzie spędziłam całe dzieciństwo. Stare Osiedle naprawdę nazywa się osiedle Szenwalda, ale odkąd pamiętam, zawsze z siostrą nazywałyśmy go Starym Osiedlem. Po drodze znalazłam piękny, czerwony liść, podniosłam go i schowałam do torby myśląc, och, jaka jestem niepraktyczna, po co mi taki śmieć. Potem znalazłam jeszcze żołędzie i też je wepchałam do torby, bezwiednie. Całą drogę przeszłam pieszo i bardzo mnie zaskoczyło to, że tak szybko przemierzyłam tę trasę — widocznie gdy byłam dzieckiem, wszystko wydawało mi się większe i dalsze.

W dolinie Ślepiotki wszystko ładnie-pięknie zrekultywowane, jak obwieszcza stosowna tablica: w ramach projektu REURIS CE nr 1CE050P3 (Program dla Europy Środkowej) „Rewitalizacja miejskich przestrzeni nadrzecznych”. Pachniało moją dawną drogą do szkoły. Drzewa te same, rzeka ta sama, co wiele lat temu, tylko że już nie śmierdzi. Cały teren dolinki uporządkowany, ścieżki żwirowe usypane, mostki porobione, tabliczki informacyjne jak w zoo. Tu rośnie to, a tam tamto. Byłam w tym miejscu w zeszłym roku z Najduszkiem. Jedyne, co pamiętam z tej wizyty, to wnerw, bo wzięłam mu hulajnogę, a potem musiałam tę hulajnogę nieść, bo za cholerę nie chciał na niej jeździć, za to strasznie chciał niby-przypadkiem-wpaść do błota, ciągnęły go te zrekultywowane mokradła jak jakiego legendarnego śląskiego utopca.

Zaraz przy zejściu do dolinki, przy moście na ulicy Jankego, jest zrobiony słoneczny amfiteatr. Usiadłam w słońcu i przymknęłam oczy. Koło mnie przeszła matka z dwulatkiem, co zakonotowałam nawet bez otwierania oczu, bo wszystkie matki małych dzieci pachną płynem do płukania typu Sensitive. Znam ten zapach w odmianach wszystkich marek. Kobieta fotografowała synka na tle młodych drzewek, które w przyszłości mają utworzyć tu sad. Oczywiście nie rozpoznaję drzewek, wszystkiego dowiaduję się z tabliczki informacyjnej. Nazwy jabłoni brzmią jak imiona średniowiecznych dam dworu: Królowa Renet, Piękna z Rept, Jabłoń Księcia Alberta Pruskiego, Inflancka. Grusza Bera Liegla, Krasanka. Śliwa Dobra z Bry.

Przeszłam dolinką aż do nasypu kolejowego. Gdzie zostałam znienacka zaatakowana przez dzikie zwierzę! Na drzewie siedział jakiś ptak, oczywiście nie wiem, co to za gatunek, bo się nie znam (wstyd), ale trząsł gałęzią i rzucał we mnie żołędziami. Oberwałam dwa razy w głowę i ratowałam się ucieczką.

Nie chcą mnie tam. Ale nie dam sobie wmówić, że las jest dla zwierząt, a miasto dla ludzi.

Wiał wiatr, włosy wchodziły mi do oczu. Czego nie cierpię. Już dawno nie byłam u fryzjera, a chłopak, który strzygł mnie tak, jak lubię, złamał prawą rękę w dwóch miejscach i zamknął zakład. Przypomniało mi się, że Judyta mówiła o Adamie, za którym wszędzie podąża. Dzwoni na przykład do „Lovely Look” i dowiaduje się, że Adam już tam nie pracuje. Dzwoni wtedy na komórkę Adama, a on jej mówi, że strzyże już w „Marginesie”. Tak robią wszystkie jego klientki. Może warto, żeby ktoś miał pomysł na moją głowę, bo ja go nie mam. Zadzwoniłam więc najpierw do Judyty, potem do fryzjera. Odebrał bardzo miły, spokojny, męski głos. W tle nie słyszałam pracy suszarek, co mnie całkiem zbiło z pantałyku. Odchrząknęłam i w końcu wydobyłam z siebie pełne zdanie, ale w ostatniej chwili zrejterowałam i umówiłam na strzyżenie… Najduszka. Co się ze mną dzieje?

Po południu Edek wrócił z pracy i od razu chciał się kochać. On by chciał pięć razy dziennie, co mi pochlebia, ale ja nie mam takiego samego temperamentu. A może zresztą i mam, tylko o tym nie wiem, bo jestem ciągle zmęczona. Ciągle nie mam energii, ciągle doły, psycha mi szwankuje. W przypływie miłości upiekłam dla niego żeberka w musztardzie. Mój mąż jest jak kocur — nie sposób go odzwyczaić od mięsa. Jeśli nie zje mięsa do posiłku, za godzinę jest głodny i poddenerwowany. A on nie lubi być głodny, bo woli się zajmować ciekawymi sprawami w życiu, a nie ciągle myśleć o jedzeniu.

Ja za to ciągle jestem głodna i ciągle coś wkładam do otworu gębowego, migdały, nerkowce, jabłka, papryki, fasolki szparagowe ze słoika, ogórki kiszone, a jak mnie dopadnie dół psychiczny to oczywiście czekoladę w ilościach hurtowych. Taki dół mnie dopada średnio raz dziennie. Dlatego tak wyglądam: wylewam się z dżinsów. Jak kluska śląska. I słyszę głos Edka w głowie, że gdybym zjadła kawałek kiełbasy, podwawelskiej na przykład, proszę bardzo, smacznego, to bym tak ciągle nie podjadała.

Ale ja nie chcę zabijać. Nie chcę wykorzystywać zwierząt. Brzydzi mnie to. Jestem homo sapiens cywilizowany, współczujący, empatyczny, myślący, podejmujący pokojowe decyzje o współistnieniu ze wszystkimi gatunkami. I jak mi ktoś wyjeżdża z argumentem, że rośliny też się przecież komunikują i wyrażają emocje, co jest udowodnione naukowo, po to im się puszcza Mozarta, żeby się nie stresowały, a ja je przecież zjadam, to roślin też nie mogę jeść przez kilka dni, dopóki o tym nie zapomnę. Taka jestem wrażliwa.

Przedszkole Najduszka bierze udział w konkursie na zbieranie żołędzi dla bizonów w zoo. Na mój sygnał poszliśmy więc wszyscy do lasu, ale nie od strony rezerwatu — broń Boże. W rezerwacie nie można niczego zbierać. Pozbieraliśmy całą torbę żołędzi, w niektórych miejscach ściółka była wyraźnie zryta przez dziki i tam było tych żołędzi znacznie mniej. Dopiero gdy wróciliśmy do domu, zorientowałam się, co zrobiliśmy — ukradliśmy jedzenie dzikim zwierzętom, żeby je podarować tym żyjącym w niewoli.

Rozdział 5. Boję się

Od chwili, kiedy mnie oświeciło w lesie ochojeckim, staram się określić, po co mi ten las. Co chcę dla niego — dla siebie — zrobić? Co chciałam powiedzieć przez to, że ten las jest mój, że chcę wziąć za niego odpowiedzialność? Co oznacza moje przeczucie, że las staje się centrum mojego życia, tu i teraz?

Bo tak właśnie czuję — że na tę chwilę znalazłam dla siebie miejsce nowego dla mnie początku. Mój weganizm, moja auto-edukacja ekologiczna, moje macierzyństwo — wszystko doprowadziło mnie do tego lasu. Teraz ten las wprowadzam do swojego życia. Tylko tak mogę to ująć, ale jeszcze nie mam zielonego pojęcia, co dalej. Obawiam się kolejnej pomyłki, źle wybranej drogi życiowej.

Edek przygnębiony. Nie chce mówić, co się dzieje. Zapowiedział, że postara się wyjaśnić wieczorem, gdy położymy Najduszka spać.

Boję się.

Wieczorem się okazało, że u Edka w pracy szykują się zwolnienia.

Byłam przerażona, kiedy o tym usłyszałam.

Do poprzedniej pracy wrócić już nie mogłam, bo się sama zwolniłam po urlopie wychowawczym. Zdecydowałam, że nie mogę pracować w firmie, która zanieczyszcza środowisko, wciska ludziom produkty, których nie potrzebują i uciska pracowników. Przez trzy lata byłam na urlopie wychowawczym i jakoś daliśmy radę przeżyć na jednej pensji. Edek mnie wspierał, gdy postanowiłam dać sobie czas na wymyślenie tego, kim jestem i co chcę w życiu robić. Najpierw, po maturze, pracowałam przez kilka lat jako przedstawicielka handlowa firmy tytoniowej. Rozwoziłam po kioskach i sklepach papierosy, zbierałam zamówienia. Wszyscy dziwili się, że nie palę. Kiedy doszłam do wniosku, że nie pasuję do tej pracy, zwolniłam się. Nie wiedziałam, co robić dalej. Po kilku miesiącach zastanawiania się nad sobą, wyjechałam z koleżanką do pracy w domu spokojnej starości, do Anglii. Nikomu nie przeszkadzała moja podstawowa zaledwie znajomość języka. Szybko nauczyłam się komunikować ze swoimi podopiecznymi. Praca była ciężka, ale bardzo ją lubiłam. Kiedy skończył nam się kontrakt, wróciłam do Polski. I co? I znowu znalazłam pracę jako przedstawicielka handlowa, w firmie produkującej środki czystości. Ta praca znacznie bardziej mi odpowiadała, pod względem ideologicznym, bo przynajmniej nie trułam ludzi nikotyną i smołą. Nie namawiałam nikogo, żeby kupił więcej trucizny, żebym ja mogła wykonać plan sprzedaży. Wydawało mi się, że to miłe, pomagać ludziom w utrzymaniu porządku w domu. Do czasu, kiedy wyczytałam, że proszki do prania zanieczyszczają środowisko naturalne i mogą powodować uczulenia u dzieci. Ta praca też więc okazała się pomyłką. Powiedziałam Edkowi, że potrzebuję czasu, żeby podjąć decyzję o tym, co chcę w życiu robić.

Jednak do tej pory nie myślałam, że będę musiała wrócić do pracy ze względów czysto finansowych. Owszem, mówiłam, że w każdej chwili mogę pójść do Tesco towar rozkładać albo do Werandy piwo lać. Tak mówiłam, żeby uchodzić za osobę odpowiedzialną. Ale nigdy nie sądziłam, że będę kiedykolwiek do tego zmuszona.

Tego wieczora Edek mówił, a ja trzymałam się obiema rękami za głowę. Chciałam nimi zatkać sobie uszy, żeby nie słyszeć tego, co on mi ma do powiedzenia. Słów, które wwiercały się w moją wrażliwą głowę, których nie chcę słyszeć. Faktów, których nie chcę znać. Lęków, które przychodzą, zanim jeszcze jest się czego obawiać.

Tak mijała mi noc.

Powiedziałam, a w zasadzie wypłakałam, że potrzebuję czasu, żeby sobie siebie poukładać, że ja nie wiem, czego chcę od życia i jakiej pracy dla siebie pragnę. A nie chcę pracować w miejscu, które nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Nie chcę więcej tracić życia na zwykłe zarabianie pieniędzy.

Skoro są ludzie, którzy robią to, co lubią, i jeszcze na tym zarabiają, dlaczego mnie miałoby się nie udać, pytałam.

Ale co ty lubisz i na czym chcesz zarabiać, odpowiadał pytaniem na pytanie Edek.

A ja w głowie miałam tylko jedno słowo: las. Las, las. Ja chcę coś robić w oparciu o ten las, jakąś pracę.

A co ty chcesz robić w tym lesie, odbiło ci?

I on nie żartował.

Pójdę do leśniczego, odpowiedziałam.

A potem, bez kozery, poszłam do lodówki i nalałam sobie wódki z colą, bo czułam, że nie wytrzymam ani minuty dłużej bez tej wódki. Bo znowu byłam głodna, choć niespełna godzinę przedtem jadłam sałatkę. Kiedy kończę jeść jedno, jestem już głodna na drugie.

Nalej mi też, Edek szedł za mną do kuchni, ja też potrzebuję.

Ale tylko jednego drinka, powiedziałam, bo nie możemy pić oboje naraz, bo mamy Najduszka, a Najduszek musi mieć chociaż jednego trzeźwego rodzica.

A cóż by miało się stać, pytał Edek przy drugim drinku.

I tak piliśmy, aż wódka się skończyła, a ja zasypiałam słysząc, jak mocno szumi las w mojej głowie.

A rano wstałam z pytaniem: i co ja mam teraz, kurwa, zrobić?!

Daj mi jakiś termin — poprosiłam Edka. Daj mi jeszcze kilka tygodni na zastanowienie się, a potem obiecuję, że pójdę do agencji pracy tymczasowej, żeby mnie zatrudnili w fabryce ciastek za rogiem, od zaraz.

Masz czas do końca roku, powiedział Edek.

I wyszedł do pracy niepocałowany.

Rozdział 6. Czy jestem leśnym ludkiem?

Zaprowadziłam Najduszka do przedszkola bez większych przeszkód, mam teraz większy problem niż przejmowanie się tym, że syn nie chce włożyć czapki.

Poszłam do lasu. Pachniało grzybami. Całą drogę myślałam, co za luksus! Ktoś musi kupować co raz to nową torebkę od Prady, żeby doświadczyć tego samego. A kto ma ten luksus, żeby w środku dnia iść sobie na spacer do lasu? Ręka w górę? Las rąk widzę, las rąk! Mówiła moja wychowawczyni z podstawówki, kiedy nikt się nie zgłaszał.

Dotarłam nad staw Ślepiotka i usiałam na pniu, żeby wszystko sobie w głowie poukładać. Po tafli pływało dziewięć kaczek. Najpierw myślałam, że to kaczka z młodymi, już podrośniętymi, ale potem pomyślałam, że to może samce i samiczki, tylko ja się nie znam (wstyd). Trochę mnie pocieszyła obecność tych kaczek. Nie jest źle, powtarzałam sobie, jeszcze nie jest źle.

Muszę mieć plan. Jeśli Edka zwolnią pod koniec roku i nie znajdzie innej pracy, oboje stracimy ubezpieczenie zdrowotne. Będziemy musieli natychmiast się zarejestrować w Urzędzie Pracy, żeby to ubezpieczenie mieć. Potem pójdę do agencji pracy tymczasowej i zapytam o pracę w fabryce ciastek. Jeśli ją znajdę, przestanę być bezrobotna. Najduszek będzie w przedszkolu, a ja będę kombinować pomiędzy zmianami, żeby go odprowadzać i przyprowadzać. Bo zakładam, że Edek będzie w tym czasie aktywnie poszukiwał pracy, a nie siedział w kapciach cały dzień przed telewizorem.

Mam teraz kilka tygodni, żeby zdwoić wysiłki, żeby dojść do tego, co ja, do cholery, mam robić… Żeby w tej fabryce jednak nie wylądować.

Tak sobie pomyślałam, że może chciałabym uczyć dzieci na Śląsku o tym lesie. Fajnie by było, jeździć od szkoły do szkoły i opowiadać. Opowiadać co? Nic. Ja nic nie wiem. Uczę się na uniwersytecie Google. To mogłabym robić więc za trzy lata, jak już ustanowię swoją pozycję specjalistki od Lasu Ochojeckiego na rynku światowym (oświatowym).

W drodze powrotnej wyjęłam ze skrzynki pocztowej gazetkę osiedlową. Konkurs na najpiękniejszy balkon i rabatę został rozstrzygnięty. Niestety nie znalazłam się w gronie laureatów, bo nikt nie docenił mojej doniczki z samosiejkami. A wysłałam przecież zdjęcie z komentarzem: że to, co w niej rośnie, jest niezwykle ważne. Bo samosiejne, ekologiczne, samowystarczalne. Nie sadziłam, nie podlewałam, nie nawoziłam. A rośnie. Ech, nie znają się. Wygrała różowa rabatka pana Henryka i żółty balkonik pani Zosi. A co będzie, jak te żółciutkie kwiatuszki z balkonu pani Zosi pójdą z wiatrem w świat? I zaszkodzą rekultywowanym terenom nad Ślepiotką, tym pieczołowicie odnowionym łęgom? Nie wystarczy, że wydano mnóstwo unijnych pieniędzy na pozbycie się niecierpka Roylego, niezwykle upierdliwego z powodu wielkiej zdolności do regeneracji? I nawłoci kanadyjskiej, ekspansywnej i trudnej do zwalczenia? I co mi po tym, że jej duże, żółte kwiatostany sprawiają, że jest to jedna z niewielu roślin zielonych, których zasięg można śledzić na zdjęciach satelitarnych?

A mojego balkonu nie widać z satelity? Widać. Za pomocą satelity można zrobić zdjęcie każdemu przedmiotowi na Ziemi, który ma wielkość co najmniej pudełka zapałek. I dlatego mówię Edkowi, żeby zawsze zasłaniał okno, kiedy się kochamy.

Edek wyjechał w delegację, znowu. Cały dzień mi mózgownica pracowała nad celem mojego życia.

I co? I nic.

Ja wiem, że to się tak szybko nie da, ale ja bym chciała już. Całe życie byłam nikim. Potem stałam się żoną. Potem byłam matką. A teraz jestem Panią, Która Codziennie Chodzi do Lasu?

Rozdział 7. Fryzjer

Odebrałam Najduszka z przedszkola trochę wcześniej niż zwykle. Kiedy zajrzałam do sali, jadł kanapkę. Okazało się, że nie zjadł obiadu, bo mu nie smakował i godzinę później poprosił panią Halinkę o coś do jedzenia, więc zrobiła mu kromkę chleba z dżemem i kakao. Był w siódmym niebie. Wcale się nie ucieszył, gdy mnie zobaczył, tak był zajęty jedzeniem

Pokonaliśmy drogę do Atelier Włosa dość szybko, ale nie mogliśmy znaleźć wolnego miejsca parkingowego. W końcu udało mi się zatrzymać po drugiej stronie ulicy, a ruch był tak wielki, że żeby przejść z dzieckiem na drugą stronę, musiałam się wrócić jakieś trzysta metrów do świateł. Najduszek marudził. Oboje nie lubimy fryzjera bardziej chyba niż dentysty. Do tej pory strzygliśmy syna maszynką „na rekruta”, bo nigdy nikomu nie pozwolił zbliżyć się do siebie z nożyczkami. Byłam pełna obaw.

Pchnęłam ciężkie drzwi i nagle znalazłam się w ciepłym pomieszczeniu, które bardziej przypominało pub niż zakład fryzjerski. Od razu pojawił się przy mnie wysoki, szczupły, młody chłopak o szarych, krótkich włosach. Podszedł, żeby się z nami przywitać i szarmanckim gestem odebrał moją kurtkę, a potem pomógł rozebrać się Najduszkowi. Wszystko robił z naturalnym wdziękiem, a ja, zamiast czuć się ośmielona jego ciepłym podejściem, stałam sztywno jak słup soli i głupio się uśmiechałam. Adam kucnął przy Najduszku.

— Ja jestem takim specjalnym fryzjerem od małych chłopczyków — powiedział. — Jak chcesz, to obetnę ci włosy, żebyś miał taką fajną fryzurę, jak ja. Ale jak nie będziesz chciał, to sobie tu tylko posiedzimy. Chcesz zwiedzić mój zakład?

Najduszek aż podskoczył z radości.

— Rower, mamo, on ma tu rower, ten fryzjer! — krzyczał ośmielony. — A tu jest taka umywalka! Możesz mi tu nalać wody, a ja będę kąpał w niej autka?

— Możemy tak kiedyś zrobić — zgodził się Adam. — A teraz chciałbym cię zaprosić na krzesełko, które specjalnie dla ciebie przygotowałem.

Najduszek podążył za Adamem, a ja za nimi, nadal nic nie mówiąc, jak duch.

— Zobacz — fryzjer wskazywał na włosy przykrywające uszy Najduszka. — Tu masz takie „uszaki”. Niefajne. Zobacz, ja takich nie mam. Mogę Ci je obciąć, jak chcesz.

— Tylko nie nożyczki! — krzyczał mój syn. — Nie chcę nożyczek!

— Nie ma sprawy — zgodził się Adam. — A może być maszynka?

— Może — rezolutnie odpowiedział chłopiec.

I dziesięć minut później wyglądał jak bardzo przystojny przedszkolak.

— Czy pani życzy sobie coś dla siebie? — zapytał fryzjer, patrząc mi w oczy.

Oczy też miał szare.

— Ja… — odchrząknęłam, żeby wydobyć z siebie głos. — Nie wiem…

— Można by pani zrobić taką fajną, lekką fryzurkę z charakterem — zaproponował i przeczesał dłonią moje włosy.

Instynktownie zrobiłam krok w tył. Zaschło mi w ustach.

— Przemyślę to — powiedziałam cicho.

— Proszę, to moja wizytówka — podał mi małą, czarną karteczkę.

Rzuciłam okiem — Atelier Włosa, Adam Ryniecki. Spojrzałam na niego, jak pomagał zejść Najduszkowi z krzesełka. Westchnęłam. Facet ma teraz swój zakład. Pewnie nie ma jeszcze trzydziestki i pewnie wziął duży kredyt, ale teraz wie, na czym stoi. A ja? Chciało mi się płakać.

Kiedy wychodziłam, czułam na plecach jego wzrok. Odwróciłam się, natychmiast uśmiechnął się szeroko.

Na dworze było zimno i musiałam natychmiast włożyć Najduszkowi czapkę, czym zniszczyłam mu misternie ułożoną fryzurę w stylu postaci z kreskówki, Bena 10.

Rozdział 8. Wernisaż

Edek w delegacji. Jak sobie pomyślałam, że mam spędzić całe popołudnie z Najduszkiem sama, natychmiast musiałam coś wymyślić. Nie zniosłabym jego ciągłego biegania: „Mamo, zobacz to” i „Mamo, zobacz tamto” i „Mamo, włącz” i „Mamo, wyłącz”, „Mamo, podaj”, „Nie będę tego jadł!” i „Chcę cukiereczka”. Poszłam do kiosku po gazetę, żeby zobaczyć, czy w okolicy mnie dzieje się coś ciekawego.

I tak postanowiłam wprowadzić Najduszka w wielki świat. I pójść z nim na wernisaż.

Po przedszkolu, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, syn dał się ubrać w eleganckie spodnie, kamizelkę, białą koszulę i muszkę. Ja założyłam nową bluzkę ze szmateksu, z fajnym dekoltem. Przymierzałam do niej wszystkie staniki, żeby wybrać ten najlepiej pasujący i wychodząc z domu byłam prawie pewna, że wyglądam wystrzałowo.

Mały zasnął w aucie. W jednej chwili ze mną rozmawiał, a w drugiej już pochrapywał. Idiotka, puściłam mu pościelowe radio Chilli Zet i miałam za swoje. Jeśli Najduszek zaśnie w ciągu dnia choć na pięć minut, potem całe wieki wieczorem nie może zasnąć. Nie przewidziałam, nie pomyślałam, trudno. Jakoś mi się udało go dobudzić na parkingu pod Muzeum Historii Katowic i kiedy wchodziliśmy na wystawę fotografii, był już całkiem rozbudzony i w dobrym humorze.

Wernisażowi miał towarzyszyć koncert na fortepian i flet. Pomyślałam, że jeśli Najduszek nie wytrzyma na tym koncercie, to dobrze byłoby obejrzeć wszystkie fotografie, zanim zaczną grać, a potem się cicho ewakuować. Mój syn wzbudził na miejscu powszechne zainteresowanie (chyba przez tę elegancką muszkę), po czym zażądał siedzenia w pierwszym rzędzie. Ja w tym czasie biegałam dokoła sali i oglądałam fotografie Piotra Topperzera, machając dziecku od czasu do czasu. Zdążyłam ze wszystkim, zanim rozpoczęły się przemówienia.

— Najduszku, w takim miejscu jak to ludzie się umówili, że będą siedzieć cichutko, rozumiesz? — tłumaczyłam mu szeptem, gorączkowo.

— Tak, rozumiem — kiwał głową.

Wyszła przedstawicielka muzeum, żeby zapowiedzieć wystawę.

— A po koncercie, jak to mamy w zwyczaju, zapraszamy państwa na poczęstunek — powiedziała.

— Co?! — zawołał zachwycony Najduszek. — Ale super! Proszę pani, a czy będą jakieś słodycze?

Sala w śmiech, ja cała w pąsach. I do tego coś się stało z bluzką, zaczęła rozsuwać się na dekolcie, ukazując kawałek stanika z prawej strony. Jakiś fotograf z lokalnej prasy podskoczył, korzystając z zamieszania i zrobił kilka zdjęć siedzącemu w pierwszym rzędzie dziecku z elegancką muszką w grochy. Najduszek pozował, rozbawiony.

Na scenę wyszła flecistka, żeby zapowiedzieć koncert.

— Ten utwór ma trzy części… — zaczęła.

— Co?! — przerwał jej głośno Najduszek. — Ja tego nie wiedziałem!

Ludzie znowu w śmiech, a ja wzięłam syna na kolana, nie zważając, że bluzka wyraźnie zaczęła rozłazić mi się na wszystkie strony.

Kiedy zaczął się koncert, mój syn wiercił się i wypróbowywał swoje krzesło w różnych pozycjach. Kiedy skończyła się pierwsza część utworu, wyprowadziłam go na korytarz, nie zważając po drodze, że moja bluzka już kompletnie zaczęła żyć swoim własnym życiem.

I tak wprowadziłam Najduszka w wielki świat kultury.

A na ulicy zaczęła się awantura, bo miał być poczęstunek. I gdzie ten poczęstunek?! On się pytał i ciągnął mnie za połę płaszcza z powrotem. W piekarni, odpowiedziałam, wściekła. Chodź, synu, znajdziemy jakąś piekarnię i dostaniesz ten swój poczęstunek. Wpadliśmy do pierwszej z brzegu Żabki, gdzie najpierw musiałam go wynieść na siłę na zewnątrz, bo zażądał miesięczników dla dzieci z zabawkami i dopiero jak zagroziłam, że żadnego pieprzonego poczęstunku nie będzie, jeśli natychmiast nie skończy płakać, uspokoił się i zdecydował na drożdżówkę z marmoladą.

I znowu, cukier w górę, co z kolei powoduje wyrzut insuliny do krwi, żeby obniżyć ten cukier, a jak w końcu spadł poziom cukru — Najduszek w aucie znowu spał.

A potem wieczorem nie mogłam go zagonić do łóżka. Gdybym została z nim w domu po południu, po prostu by się trochę pobawił, może obejrzał jakąś bajkę i poszedł spać o ósmej. A tak — w okresie, gdy ja jestem najbardziej zmęczona — on śpiewał jakieś durne przedszkolne piosenki tak głośno, że nie mogłam oglądać telewizji.

A niech to.

Przed snem pamiętałam jeszcze, żeby wyciągnąć soczewicę z szafki. Będzie z niej zupa. Której nikt nie lubi, którą dziecko pluje, a mąż narzeka, że go pali tyłek na następny dzień. Którą gotuję, bo jest zdrowa i rzekomo odżywcza, a która mi kompletnie nie smakuje. Ale soczewicę mam ekologiczną i musimy ją zjeść, choćby przez nią ta rodzina się rozpadła i basta.

Rozdział 9. Gorączka

Szpital w domu, tak się mówi, nie? Odebrałam Najduszka z przedszkola z gorączką. Pocałowałam go na powitanie, a on rozgrzany do czerwoności.

— Pani Halinko — zawołałam woźną. — Niech no pani też sprawdzi, chyba mi się nie wydaje, że on ma gorączkę?

Pani Halinka fachowym gestem przyłożyła dłoń do czoła Najduszka.

— No — ma gorączkę — skonstatowała i wzięła się pod boki. — To co — one tam — w górze — nie zauważyły?

I kręciła głową, z niedowierzaniem, z niezadowoleniem.

A Najduszek skakał i wygłupiał się jak zawsze.

— Nie wygląda mi na chore dziecko — powiedziałam.

— Pewnie dlatego nic nie zauważyły — pani Halinka westchnęła i wróciła do mycia schodów.

Zamiast do domu, poszłam do przychodni. A Najduszek całą drogę popłakiwał. Chyba ze zmęczenia. Okazało się, że ma chore gardło i zapalenie migdałów. Dostał antybiotyk.

Potem z pracy wrócił Edek. Bez głosu. Wysłałam go do lekarza, póki jeszcze przyjmował. Okazało się, że miał wirusowe zapalenie krtani.

Spędziłam więc bezsenny weekend, ale przynajmniej bez gderania męża.

W nocy wstawałam kilkakrotnie, żeby sprawdzić, czy Najduszek ma gorączkę. Nie do razu mogłam potem zasnąć, bo po głowie biegały mi przelęknione myśli o braku pracy, pieniędzy. Czarniej nie mogło być.

A od samego rana:

— Mamooo! Ja chcę oglądać bajki!

Puściłam mu Mańka Złotą Rączkę, ale nie. On chciał Bakugan Bitwa. Tłumaczyłam, że to jest film pełen przemocy, że życie wcale tak nie wygląda, że potwory nie walczą za ludzi. Ale to jest kanał dla dzieci, przekonywał Najduszek. Ale to rodzice decydują, co mogą puścić swoim dzieciom, upierałam się. Najduszek w płacz, jego od zawsze stosowany oręż, ja żołądek w supeł. Podszyte szantażem emocjonalnym negocjacje zakończyliśmy na włączeniu Jake i Piraci z Nibylandii. Po czym Najduszek po pięciu minutach wstał i zajął się czym innym, wołał, żeby podawać mu różne zabawki (choć niektóre z nich znajdowały się w jego zasięgu), żądał ciastek z galaretką.

I tak dwa dni. Edek w tym czasie udawał, że się tak źle czuje, że nie jest w stanie palcem kiwnąć. Ja też powinnam kiedyś tak zrobić, położyć się plackiem i oświadczyć, że, kurwa, umieram. I mam w dupie obiadki, wycieranie Najduszkowi nosa, szukanie kółka od wozu strażackiego, mycie umywalek.

W poniedziałek zaprowadziłam dziecko do przedszkola, a męża wysłałam do pracy. Obaj byli bez gorączki. A ja wróciłam do domu i położyłam się. Spałam, aż nadszedł czas odebrać Najduszka.

To był dzień wyjęty z życia.

Rozdział 10. Biblioteka

Bezczynność — czy też inaczej — zajmowanie się dzieckiem, domem i mężem — doprowadza mnie na skraj rozpaczy, bo w tym czasie powinnam chociaż starać się wykombinować coś dla siebie. Dni płyną, a ja nadal nie mam planu. Wybrałam się więc do osiedlowej biblioteki.

— Dzień dobry — powitałam wszystkich z uśmiechem.

Wybrałam uśmiech numer pięć, bo on mi zawsze załatwia sprawy w urzędach. Ale trafiłam na złą chwilę, bo bibliotekarki akurat parzyły kawę, żeby sobie urozmaicić wypełniony ploteczkami dzień. Za kontuarem, nawet zauważyłam „Panią Domu”. Jedna z nich była ruda i miała na głowie utworzony przez nadmiar lakieru kask, a druga, z szarą cerą bez makijażu, z włosami w tłustych strąkach. Postawiłam na tę rudą — bo wyglądała na kierowniczkę. Obie powitały mój entuzjazm z przekąsem.

— Szukam czegoś o lesie — powiedziałam. — Czy mogłaby mi pani powiedzieć, który to regał?

— Ale chodzi o leśnictwo, ochronę przyrody czy coś innego?

A skąd ja mam wiedzieć, o co mi chodzi?

— A gdzie znajdę coś o Rezerwacie Ochojec? — zawężyłam pole poszukiwania.

— Do szkoły dla dziecka pani potrzeba?

— Tak — skłamałam. — Dla znajomej.

A co jeśli one szybko się zorientują, że mam w domu trzylatka?

Ruda wstała z krzesła, stękając. Pokazała palcem dwa regały. Przeglądałam dział biologiczny, geograficzny, ekologiczny. Znalazłam o Puszczy Białowieskiej i coś o owadach minujących, nic poza tym.

— Jakby pani miała nazwisko autora, byłoby łatwiej — powiedziała ta z tłustymi włosami.

— A może — nagle mnie oświeciło. — Może macie panie jakiś elektroniczny katalog? Może mogłabym tam sprawdzić, powiedzmy, słowo kluczowe?

— E tam, tak pani nic nie znajdzie — skwitowała ruda. — Elka, włącz komputer.

Elka (z tłustymi włosami) włączyła komputer, trwało to chwilę.

— Jest opcja „znajdź według słowa kluczowego” — poinformowała swoją szefową.

— Może pani wpisać „las”? — zaproponowałam.

Elka westchnęła. Spojrzała na mnie, na szklankę z kawą, na rudą kierowniczkę, czytającą „Panią Domu”, wreszcie — podjęła decyzję.

— Niech sobie pani sama poszuka — odstąpiła mi krzesło.

Do katalogu OPAC wpisałam hasło „las”. Znowu znalazłam mnóstwo pozycji o Puszczy Białowieskiej i owadach minujących. Hasło „Rezerwat Ochojec” nie występuje.

— A pani to ma takiego małego w domu, nie? — podniosła głowę znad „Pani Domu” kierowniczka.

— Tak — rzuciłam z uśmiechem numer cztery (jeden rozmiar niżej niż numer pięć).

— I co, jak w przedszkolu?

— Super, bardzo mu się podoba.

— A nie płacze?

— Nie. Podoba mu się.

— A chce tam jeść?

— Tak, jedzenie też mu się podoba.

— A na panie nie narzeka?

— Nie, panie też mu się podobają.

— A on chodzi do grupy Pszczółek?

— Tak.

— I panie mu się podobają?!

Wstałam. Uznałam, że udzieliłam wystarczającą ilość informacji, żeby starczyło na duchową zapłatę za te usługę, jaką było samodzielne wyszukiwanie w elektronicznym katalogu haseł, których w nim nie ma. Dałam wystarczającą pożywkę do rozmowy i musiałam szybko uciekać, żeby nie być wciągniętą w obgadywanie pań przedszkolanek. Pewnie zaraz po moim wyjściu zastanawiały się, czy mówiłam prawdę, bo to przecież niemożliwe, żeby lubić panie z Pszczółek, skoro inne matki wkoło na nie narzekają.

A ja przecież błogosławię każdego, kto mi Najduszka z domu zabierze na choć parę godzin.

Dopiero za progiem przypomniało mi się, że miałam szukać jeszcze czegoś o rzece. W domu odkryłam, buszując w internecie, że sama mam dostęp do OPAC. Ale nie znalazłam nic. OPAC nie reagował wcale na hasła: „Ochojec”, „rzeka Ślepiotka”.

Nie wiem, gdzie szukać. Czy to możliwe, że nikt nic na ten temat nie napisał?

Rozdział 11. Roztargnienie

Edek przygnębiony. Rozmijamy się, omijamy się. Kiedy Najduszek zaśnie, pytam go:

— Co chcesz oglądać?

— Może mecz.

— A jaki dziś mecz?

— Nie wiem.

— A o której?

— Nie wiem. A ty?

— Ja bym coś obejrzała… Może jakiś film.

— No to ja może jednak pójdę spać.

A potem zaglądam do niego, już wykąpana, a on robi na komputerze jakieś tabelki, potrzebne do pracy.

I ja zasypiam pierwsza.

Zaprowadziłam Najduszka do przedszkola, jak zwykle w wózku. I potem, jak zwykle, wracając z pustym już wózkiem, wstąpiłam od kiosku po gazetę. Wózek postawiłam pod kioskiem, kupiłam gazetę, wyszłam. Pod blokiem zorientowałam się, że nie mam wózka i nie potrafiłam sobie przypomnieć, gdzie go zostawiłam… Spojrzałam w stronę kiosku — ale tam go nie było. Ukradli! Wróciłam się więc. Wózek się znalazł, bo pani z kiosku wstawiła go do środka — właśnie, żeby nikt go nie ukradł. Uśmiałyśmy się obie z tego incydentu, choć mi wcale do śmiechu nie było. W każdym razie, zapewniłam ją, że gdyby w wózku było dziecko, nie zapomniałabym o nim.

Potem wieczorem poszłam do Judyty, miałam tylko coś odebrać w progu. Nie działał domofon. Wysłałam jej więc smsa, żeby otworzyła drzwi. Nic się nie działo. Zaczynałam marznąć, przekonana, że może domofon wyłączony, bo mała Weronika śpi, a Judyta nie słyszy komórki. Zadzwoniłam więc — z mojej komórki. A Judyta na to: „Jesteś pewna, że stoisz pod moim blokiem?” Rozejrzałam się. Oczywiście, że stałam pod obcym blokiem i z uporem maniaka naciskałam dzwonek domofonu obcych ludzi, których nie było akurat w domu. Znowu więc było śmiesznie, ale tylko trochę, bo zdałam sobie sprawę już teraz, że coś jest ze mną nie tak.

I całą drogę powrotną zastanawiałam się, czego mam szukać. Wiedziałam, już, że „las” to nie było moje słowo-klucz. Bo nie otworzyło żadnych drzwi. Ale przecież nie sprawdziłam jeszcze słowa „rzeka”.

Google to piękna rzecz. Sprowadza wszystko do parteru. Ma gdzieś metafory, ludzkie rozterki, wrażliwość, symbolikę. Na hasło „rzeka, kobieta” otrzymałam: CIAŁO KOBIETY ZNALEZIONE W RZECE, ELBLĄG. Oraz: KOBIETA Z DZIECKIEM UTKNĘŁA W RZECE, CHORWACJA.

Ja też, płynę z nurtem życia, utknęłam na mieliźnie.

Rozdział 12. Wysypka

Siedziałam sobie spokojnie w domu. Na wolnych obrotach wkładałam naczynia do zmywarki. W planach miałam prasowanie, odkurzanie i gapienie się przez okno. Drzewa w lesie odmieniają brąz przez wszystkie przypadki. Chmury suną grubym dywanem tuż nam moimi oknami. Zanim zadzwonił telefon, miałam bardzo wyraźne przeczucie, że zaraz coś zepsuje mi dzień. Telefon z przedszkola — Najduszek ma jakąś straszną wysypkę, mam go natychmiast odebrać. Natychmiast wypytałam, czy ma gorączkę, czy się słania na nogach, czy się dusi. Nie. To po co ta panika, powiedziałam opryskliwie. Oczywiście się pozbierałam i natychmiast przyszłam. Jeszcze w przedszkolu zdjęłam z niego koszulę, miał czerwone plamy na ciele w miejscu, gdzie ubranie ociera się o skórę. Wytłumaczyłam pani przedszkolance, że:

— przy chorobach zakaźnych najczęściej najpierw dziecko ma wysoką gorączkę, a potem następuje wysypka,

— Najduszek nie ma gorączki, ma apetyt i energię do zabawy,

— żeby nie wyszło, że jestem złą matką, zabiorę go do domu, ale

— zapewniam ją, że po kilku dawkach wapna mu ta wysypka zejdzie,

— bo jest alergiczna, koszula jest nowa i nie zdążyłam jej wyprać, a syn się uparł dziś rano, żeby ją założyć,

— ubrania są nasączane kilkunastoma różnymi środkami, między innymi przeciwgrzybiczymi i przeciwpalnymi, żeby chronić kolor tkaniny i jej ewentualne zniszczenie podczas transportu i przechowywania,

— wszystkie te środki są toksyczne i dlatego należy nowe rzeczy prać przed pierwszym założeniem, a ja tego nie zrobiłam.

Bo niby złą matką jestem, ulegam kaprysom mojego dziecka, źle oceniam ryzyko zakładania nowej koszuli na gołe ciało i taki jest efekt.

Poszłam z Najduszkiem prosto do przychodni, po drodze fundując mu bułkę, bo w przedszkolu — panikarze — nawet nie dali mu zjeść obiadu. Najduszek, ogólnie zadowolony z takiego obrotu sprawy, czarował panie w rejestracji, podczas gdy ja zrobiłam z siebie idiotkę, prezentując paniom kartę biblioteczną zamiast karty NFZ. Gdy zdjęłam synowi czapkę, okazało się, że wysypka zawędrowała na jego policzki. W poczekalni, na nasz widok, wszystkie matki, gestem bojowych wilczyc, nagle przygarnęły swoje młode i skuliły się pod ścianami.

— To nie różyczka, to alergia. Spokojnie.

W odpowiedzi usłyszałam chóralne westchnięcie.

— A swędzi go to? — zapytała korpulentna blondyna, huśtająca na nodze swojego bobasa.

— Jeszcze nie — odparłam.

— To zacznie — dodała inna, elegancka mamuśka, z córeczką usypiającą na jej kolanach.

— Niech mnie pani nie straszy — powiedziałam.

— Ja panią nie straszę, zobaczy pani sama. Ja miałam taką wysypkę, jak karmiłam małą piersią. Przez trzy tygodnie myślałam, że zwariuję. Niech się pani nastawi na najgorsze.

— No ale zaraz, przecież chyba można takie dziecko czymś smarować?! — uprzedziła mnie blondyna.

— Ta… Dostanie pani maści ze sterydami, to sama pani stwierdzi, że nie będzie dziecka truć i woli przeżyć nieprzespane noce z dzieckiem ryczącym wniebogłosy niż smarować jakimś świństwem — elegancka mamuśka postanowiła się trochę nade mną poznęcać.

— Niechże pani z nim idzie od razu, bo jeszcze się okaże, że to nie uczulenie, tylko jakaś szkarlatyna. I potem się wszyscy pochorujemy — odezwała się z rogu starsza pani z wnukiem w wózku sportowym.

— Swędzi cię? — zapytałam syna.

— Nie — odparł.

— Pokrzywka zawsze swędzi — elegancka paniusia nie odpuszczała.

— Niechże pani już idzie do tego gabinetu, bo jeszcze nas pani wykończy — ponagliła mnie starsza pani.

— Dobrze, dobrze — popchnęłam Najduszka w stronę gabinetu.

Za biurkiem siedziała doktor Wolska. Bardzo gadatliwa, starsza kobieta, wścibska do granic mojej asertywności. Nie lubiłam jej. Kiedy Najduszek miał pół roku, wezwaliśmy ją do domu na prywatną wizytę. Przyjechała, od razu z nastawieniem, że chodzi o ucho. Podczas gdy poza gorączką dziecku nic nie było. Kazała nam jechać na ostry dyżur do szpitala w Chorzowie. Wydało nam się podejrzane, że jeszcze nie przekroczyła dobrze progu naszego domu, a już miała gotową diagnozę i na kartce napisany adres szpitala. Nie pojechaliśmy wtedy. Uznaliśmy, że mamy większe doświadczenie w obcowaniu z naszym dzieckiem i że z uchem to akurat u niego wszystko w porządku. Okazało się tylko, że dawaliśmy mu za małą dawkę leku przeciwgorączkowego. Za dwa dni Najduszek dostał wysypki, więc przyszłam do przychodni tylko po to, by potwierdzić diagnozę: trzydniówka.

Potem chciała nam nieomal obrzezać syna i kazała jeździć z nim po innych z kolei szpitalach z powodu zwężonego napletka. Tym razem też — na szczęście — jej nie posłuchaliśmy i skonsultowaliśmy się po prostu u innego pediatry. Najduszek dostał maść i problem przestał istnieć po kilku dniach.

Kiedy więc tym razem ją zobaczyłam z tym samym fałszywym uśmieszkiem na twarzy, od razu zrobiłam się podejrzliwa.

— Jezus Maria, jakie to dziecko wysypane! — krzyknęła.

Natychmiast wstała od biurka i sama zaczęła Najduszka rozbierać. Rzuciłam się do pomocy, zaprowadziłyśmy dziecko pod okno i rozebrałyśmy prawie do naga. Na tym etapie to i ja sama zaczęłam się bać. Świergotałam pogodnie, żeby nie wystraszyć syna, nie potrzebowałam jeszcze do całej tej historii dodawać jego płaczu i biernej agresji w postaci zapierania się nogami i zaciskania szczęk.

— No tak — lekarka wzięła się pod boki. — Musi pani z nim jechać do szpitala. Potrzeba by konsultacji dermatologicznej.

— To pani nie wie, co mu jest? — zapytałam.

— Przepiszę mu lek przeciwhistaminowy, ale dobrze by było, żeby zobaczył go dermatolog. Proszę jechać do szpitala na Raciborską, tam mają też takie mazidła, dadzą pani, bo mają gotowe. Żeby on się nie drapał.

— Ale przecież jego nie swędzi — powiedziałam.

— Niech pani potem mi da znać — zignorowała moje słowa lekarka.

— Nie rozumiem, to pani nie wie, co mu jest? Przecież ja wiem, że to uczulenie od koszuli. Już raz podobne miał, skonsultowałam się u dermatologa dziecięcego, nic nie przepisał, a wysypka przeszła po tygodniu — tłumaczyłam.

— Proszę jechać do tego szpitala — nastawała lekarka.

— Ale po co?! — nie dawałam za wygraną. — Przecież to się wiąże z wielogodzinnym oczekiwaniem w poczekalni pełnej chorych ludzi! Ja go nie będę na to narażać! Skoro potrzeba konsultacji dermatologicznej, nie mogę po prostu pójść do tego dermatologa, co zwykle? On przyjmuje codziennie.

— Niech pani jedzie na Raciborską, tam mają chłodzące mazidła — upierała się lekarka.

— Ale przecież jestem w domu, prawda? Nie wychodzę i nie zostawiam dziecka z byle kim, tylko siedzę przy nim i mogę go obserwować. Gdyby mu się pogorszyło, pojadę do szpitala dziecięcego. Tylko wtedy nastawię się na wielogodzinne oczekiwanie, zabiorę picie i jedzenie, zabawki, książeczki i przenośny odtwarzacz dvd z bajkami.

Lekarka nic, tylko wypisywała kupony.

Na tym etapie naszej rozmowy byłam już wściekła. Nagle przestałam mówić, bo widziałam, że to nie ma sensu. Lekarka wyczuła mój opór.

— Przecież chyba nie zaniedba pani dziecka, prawda? Niech pani jedzie na Raciborską — powiedziała jeszcze raz na odchodnym.

Ubrałam Najduszka i wyszliśmy na zewnątrz, na zimne powietrze. Całą drogę do domu zapominałam oddychać ze złości. Po drodze wstąpiliśmy do apteki, wykupiłam syrop przeciwuczuleniowy i dałam dziecku pierwszą dawkę na miejscu. Potem, w domu, sprawdziłam w internecie numery telefonów do szpitala na Raciborskiej i zadzwoniłam. Szybko dowiedziałam się, że mazidła to dawali może ze trzydzieści lat temu i kto mi takie bzdury naopowiadał. Że jest poradnia z terminami zajętymi na kilka miesięcy do przodu, a jak dziecko mam w ciężkim stanie, powinnam jechać do Centrum Zdrowia Dziecka, a nie włóczyć się po poradniach.

Czyli lekarka znowu nam nie pomogła. Boi się własnego cienia, nie bierze odpowiedzialności ani za diagnozę, ani za leczenie.

Po dwóch godzinach od pierwszej dawki syropu antyhistaminowego Najduszek wyglądał, jakby wysypka była odległym wspomnieniem.

Naciągnęłam oczyma wyobraźni niewidzialną kuszę i wystrzeliłam z niej wielką strzałę, która przyszpiliła gruby tyłek lekarki do jej krzesła w przychodni na wieki.

Późnym popołudniem pojechaliśmy na konsultację do „naszego” dermatologa. Przyjął nas spokojnie, z uśmiechem, bez niepotrzebnej nikomu nerwowości. Powiedział, że nie przepisałby nic innego. Przybił Najduszekowi piątkę, dał naklejkę „Dzielnego Pacjenta” i pomachał na pożegnanie.

Znowu jakaś baba chciała mi udowodnić, że jestem złą matką. I jej nie wyszło.

Wracałam z Najduszkiem z parkingu, oboje byliśmy zmęczeniu po całym dniu wizyt lekarskich. Przy chodniku zatrzymał się samochód i wyszła z niego jakaś zaaferowana, chuda kobieta. Zapytała, którędy dojechać do kliniki. Wskazałam jej drogę, a ona podziękowała i jakoś tak się odwróciła, że nadepnęła Najduszkowi na stopę. Dziecko wrzask, baba w krzyk. Gdy tylko się zorientowała, co się stało, zaczęła Najduszka przytulać i przepraszać go, po czym wycofywać się do auta. Chciałam, żeby zabrała jak najszybciej swoją chudą dupę i odpieprzyła się od mojego dziecka. Była wystraszona i naprawdę speszona. Powiedziałam jej, że nic się przecież nie stało. Kobieta wsiadła do samochodu z przepraszającym uśmiechem przyklejonym do twarzy i odjechała. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że mogła przecież zrobić Najduszkowi krzywdę, złamać mu kości śródstopia albo coś, a ja ją zapewniłam, że jest okej, zamiast stanąć w obronie mojego dziecka.

Że co, że niby jednak złą matką jestem?

Rozdział 13. Jak to jest z tym weganizmem?

Zadzwoniłam do Judyty zaraz po śniadaniu. Zawsze, kiedy uzbiera mi się opowieści o życiu codziennym, lubię się z nią spotkać i ponarzekać, a ona słucha, kiwa głową, wzdycha, po czym przyznaje, że to wszystko przenajświętsza prawda. A najmilsze w tych naszych spotkaniach jest to, że ona naprawdę się ze mną zgadza.

Judyta już od progu wydawała mi się jakaś taka — zbyt milcząca. Weszła, zdjęła kozaki, powiesiła kurtkę, odłożyła na półkę czapkę i rękawiczki, wszystko bez ani jednego słowa, jak zwykle, tylko w większym nasileniu. O ile to w ogóle możliwe, być jeszcze bardziej milczącą. I do tego lekko pociągała nosem. Obserwowałam ją równie milcząco i intensywnie. Przeszłyśmy do kuchni. Judyta usiadła za stołem i dalej ani słowa.

— No i teraz nie wiem, mam cię pytać, czy ci ktoś umarł, czy zamierzasz mi o tym sama powiedzieć?

Judyta zatrzepotała rzęsami, jakby nie zrozumiała ani słowa z tego, co przed chwilą powiedziałam.

— Wyglądasz, jakby, za przeproszeniem, kot ci zdechł — wyjaśniłam.

— Przepraszasz kota czy mnie? — odezwała się w końcu koleżanka.

— Posłuchaj, w tym domu się nie owija w bawełnę — wycelowałam w nią palec. — Radzę ci skorzystać z tej okazji.

— No dobra, zbieram myśli, zrób mi proszę mocną kawę, to zaraz się rozgadam.

Kawa wylądowała na stole.

— Wiesz co, bo takie mam wrażenie, że się ostatnio zbliżyłyśmy — Judyta ogrzewała dłonie o kubek. — A czytam teraz coś, co mną wstrząsnęło. To coś dotyczy również ciebie, więc nie wiem, jak z tobą o tym porozmawiać, żeby cię nie urazić.

— Wiesz co? Teraz to już musisz mi powiedzieć.

Usiadłam obok niej i piłam kawę małymi łykami.

— Czytam książkę, której autorką jest była weganka — wyjaśniła Judyta, tępo patrząc w stół.

— Była? — zdziwiłam się.

— Tak.

— Pożyczysz mi?

— To po angielsku.

— Oj, to nie dam rady. Mów dalej — zachęciłam ją.

— Była weganką przez dwadzieścia lat. Jadła głównie to, co sama wyhodowała w ogródku.

— To jeszcze nie jest wstrząsające — przerwałam.

— Słuchaj dalej. Po dwudziestu latach życia zgodnie ze swoją piękną filozofią życiową doprowadziła swój organizm do wycieńczenia.

— Nie mogę tego słuchać! Gdzieś ty takie bzdury wyczytała? — znowu przerwałam.

Judyta machnęła ręką, odganiając niewidzialną muchę.

— Czy ja wyglądam na kogoś, kto się przejmuje bzdurami? — spojrzała mi prosto w oczy.

— No… nie — przyznałam.

— Słuchaj, bo teraz będzie ciekawie. Ona była całkowicie przekonana, że tryb życia, jaki prowadzi i to, co zjada, doprowadzą ją do stanu pokojowego współistnienia ze wszystkimi stworzeniami na świecie. Zwykła była mówić: nie jadam niczego, co ma matkę lub twarz.

— Mocne — wtrąciłam, rozważając jednocześnie formę „zwykła była”, której nie użyłby nikt, kto nie byłby choć przez chwilę Judytą.

— Ale okazało się, że myliła się. We wszystkich swoich przekonaniach. Myliła się w tym, że hodowla bydła jest bardziej szkodliwa dla Matki Ziemi od uprawy zbóż. Myliła się twierdząc, że produkty roślinne dostarczą jej wszystkich składników odżywczych, zapewniając zdrowie i energię. Myliła się także w tym, że…

— Judyta — szepnęłam. — Czy ty siebie słyszysz? Co ty za bzdury mi tu opowiadasz? Powiedz mi lepiej prawdę, co cię tak przygnębiło, bo nie wierzę, że wyznania jakiejś pomylonej kobiety, która zwykła była być weganką!

Och, jaka byłam z siebie zadowolona, że użyłam formy „zwykła była”.

— Julka, pamiętasz, jak oglądałyśmy kiedyś razem taki program, w którym otyła weganka jadła liście ze swojego ogrodu?

— Pamiętam.

— Pamiętasz, jak zastanawiałyśmy się, skąd ona taka gruba?

— Doszłyśmy do wniosku, że to pewnie od słodkich napojów gazowanych. I od wegańskich słodyczy.

— I chleba, w dużych ilościach.

— No, pamiętam.

— Więc z tej książki, o której ci cały czas próbuję powiedzieć, dowiedziałam się jeszcze, że weganami rządzi ciągły głód, bo zbożami i innymi roślinami trudno się nasycić. Zmienia się też gospodarka hormonalna w organizmie, wytwarza się więcej kortyzolu, który wzmaga zachowania agresywne.

— I dlatego weganie potrafią być bardzo napastliwi?

— Tak.

— Wiesz co? Jakoś trudno mi w to uwierzyć — wstałam od stołu i chodziłam po kuchni. — Promocja zdrowia i pokoju na świecie opiera się na diecie wegańskiej, a ty mi tu mówisz, że od tego traci się zdrowie i jest się agresywnym?

— Właśnie tak.

— I że jakaś była weganka tak twierdzi? A czy ona nie wydała ci się czasem w tej książce lekko stuknięta? — zdenerwowałam się.

— Nie, autorka podaje bardzo wiele logicznych, wyważonych argumentów, które potwierdzają jej tezy.

— Judyta, czy ty mi chcesz powiedzieć, że ja się mylę, że etyczne i filozoficzne podwaliny całej mojej egzystencji powinny teraz runąć?

Och, jaka znowu byłam z siebie zadowolona, że użyłam tylu trudnych słów w jednym zdaniu. Jednak potrafię, pochwaliłam siebie w myślach.

— Julka, ja ci tylko opowiadam, że to czytałam. Że są ludzie, którzy myślą inaczej niż wszyscy. Widzisz, ja też zawsze uważałam, że weganizm jest moim niedościgłym ideałem. Zawsze myślałam o sobie raczej tak, że skoro nie mam ambicji, aby temu ideałowi sprostać, muszę pozostać na swojej przegranej pozycji.

— Judyta, co ty mówisz? To ja sobie ciebie stawiam za wzór! Wzięłaś odpowiedzialność za rodzinę i jej dobrobyt, pracujesz jako sekretarka w szkole językowej, a jednocześnie starasz się znaleźć pracę bardziej odpowiadającą twoim zdolnościom. Nie tak jak ja, miotam się wymyślając, czego pragnę od życia, pozwalam Edkowi nas utrzymywać, a sama nie mam żadnych gotowych rozwiązań!

Judyta też wstała od stołu i obie zaczęłyśmy kręcić się po kuchni, jak nakręcone bączki.

— Ale ja przecież męczę się w tej pracy, każdego dnia odczuwam jej bezsens. Mogłabym iść na staż do Gazety Wyborczej i zdobywać ważne umiejętności, zamiast kisić się w dusznym sekretariacie, bez perspektyw na cokolwiek. I ty mówisz, że mi zazdrościsz takiego wyboru?

— A ty mówisz, że moje wegańskie zapędy są dla ciebie niedościgłym wzorem?

Obie umilkłyśmy.

— Julka, o czym my teraz już rozmawiamy?

— Bo teraz już nie o książce? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

— Teraz to już o nas — powiedziała Judyta i usiadła ciężko na krześle.

— Chcesz powiedzieć, że obie się mylimy, czy tylko jedna z nas?

— A może nigdy nie znajdziemy odpowiedzi na pytania, jak powinno się żyć?

— Mam ochotę wyć do księżyca — powiedziałam.

Rozdział 14. Czy to kolejna pomyłka?

Obudziłam się o czwartej nad ranem i już nie mogłam zasnąć. Nie tyle nie mogłam, co nie chciałam. Czułam się całkiem wyspana i najpierw wsłuchiwałam się w miarowe pochrapywanie Edka, a potem wstałam, przymknęłam drzwi do pokoju Najduszka i poszłam do kuchni. Nastawiłam ekspres na kawę i odsłoniłam okno. Było ciemno. I cicho. Ekspres mruczał miarowo, a zapach świeżej kawy szybko dotarł do moich nozdrzy. Przez głowę przebiegało mi mnóstwo słów z poprzedniego wieczoru, które Judyta na bieżąco tłumaczyła z angielskiego przez telefon. Historie o produktach zbożowych, które powodują uzależnienie i nabiale, który zagęszcza śluz i niszczy odporność. Trochę się z tego śmiałyśmy, Judyta po swojej, a ja po swojej stronie słuchawki. Siedziałyśmy, każda w swojej sypialni, z lampką wina w dłoni i cicho się śmiałyśmy, bo przecież jak tak można myśleć, że bułki powodują narkotyczny haj? Jak można podejrzewać, że biały ser, którym z lubością karmimy nasze dzieci, jest powodem ich ciągłych przeziębień?

— Judyta, autorka tej książki jest stuknięta — powtórzyłam po raz kolejny.

— Tak, ale wsłuchaj się w jej argumentację — mówiła Judyta gorączkowo.

— Liryczna — podsumowałam.

— Przerażająca, szokująca — dodała moja interlokutorka, stukając brzegiem kieliszka o zęby.

— Mam łzy w oczach, kiedy czytam o tym, że ona zbierała robaki z sałaty ręcznie, delikatnie, żeby ich nie uszkodzić, a potem wymyśliła, że musi wywieźć je do lasu, żeby nie zjadały jej ogródka. Nie miała przecież sumienia ich zabić. Wsiadła na rower, wywiozła do lasu, wysypała delikatnie z kosza na ściółkę i… Zapłakała.

— Tak. Biedne robaczki. W lesie nie przeżyją. Potrzebują sałaty, by wzrastać i się rozwijać, rozmnażać. Ona im zafundowała wysiedlenie, eksterminację, śmierć głodową.

— Okrutna ogrodniczka.

— Zła, zła weganka.

— Zła na wskroś.

Dopisywał nam czarny humor. Ale nad ranem już nie było mi do śmiechu. Czegokolwiek bym nie myślała o autorce tej książki i jej błyskotliwej argumentacji uświadomiłam sobie, że gdzieś żyją ludzie, którzy na własnych doświadczeniach przekonali się, że świat jest inny, niż im się dotychczas wydawało. Obawiałam się, że mój poranny lęk poprzedzał jakąś zmianę w życiu, myśleniu, postępowaniu. Która zaraz się dokona. Obawiałam się tej nieuchronności odmiany losu. Obawiałam się, że nastąpi ona poza moim świadomym działaniem. Coś we mnie pękło — coś się zmieniło, chociaż nie wiedziałam jeszcze, co.

Edek wstał, rozczochrany.

— Nie możesz spać? — zapytał.

— Nie.

— Coś się stało?

— Chyba tak.

Edek usiadł przy stole i potarł oczy.

— Ale chyba nikt nie umarł? — upewnił się.

— Nie. To o mnie chodzi. Tak mi się wydawało, że mam rację, a jednak…

— Ależ kochanie, ty zawsze masz rację, a jak nie masz racji, patrz punkt pierwszy: żona zawsze ma rację — błaznował Edek.

— Kochanie, uwielbiam twoją zdolność obracania wszystkiego w żart i na wesołą nutę. Ale ja mówię poważnie — podniosłam palcem jego brodę. — Spójrz mi w oczy, kochanie, ja już teraz nie jestem pewna, czy wybrałam dobrą drogę w życiu.

— To znaczy? — Edek wstał i nastawił ekspres na filiżankę kawy dla siebie.

— To znaczy, że być może myliłam się, że dieta wegańska jest najlepsza dla homo sapiens i że… — tu się na chwilę zawahałam. — Że moja praca musi być jednocześnie moją pasją…

— I że chodzi o las? O twoją ekologiczną duszę, tak? — Edek jedną ręką drapał się po tyłku, a drugą wlewał mleko do kawy.

Zaniemówiłam na kilka sekund.

— Jak ty mnie dobrze znasz — powiedziałam cicho.

— Mówiłem ci to już wiele razy, że nie jestem twoim wrogiem. Że możemy o wszystkim rozmawiać. Że to od nas zależy, czy nasza rodzina będzie szczęśliwa.

Na progu kuchni stanął zaspany Najduszek.

— Rodzina szczęśliwa? No pewnie że szczęśliwa, ciągle mi mówicie, że jesteśmy silną drużyną! — powiedział, przestępując z nogi na nogę.

— Przybij piątkę, spryciarzu! — Edek kucnął przy synku. — A potem leć sikać, bo zaraz nam tu zrobisz kałużę!

Spojrzałam za okno. Znowu nie dokończyłam myśli. Nie szkodzi. Uśmiechnęłam się do siebie. Edek, ku mojemu zaskoczeniu, wrócił do kuchni, dokończyć rozmowę.

— Może mogę ci w czymś pomóc? — zapytał.

— Nie. Ja sama dam radę. Chciałabym do kogoś zadzwonić, do jakiejś instytucji może, zapytać, kto jest — administracyjnie — odpowiedzialny za ten las. I przy okazji zapytać o pracę. Chcę poczynić jakieś konkretne kroki. Dowiedzieć się jak najszybciej, czy znowu idę w złą stronę.

— Ja wiem, że kiedyś ci powiedziałem, że masz kilka tygodni na podjęcie decyzji. Odwołuję to. Nie musisz się na razie spieszyć — mąż pogłaskał mnie po włosach. — Przecież nawet jak mnie zwolnią z końcem roku, dostanę kilkumiesięczny okres wypowiedzenia, a potem odprawę. Jeśli będziemy tak oszczędnie żyć, jak teraz, minie pół roku, zanim skończą nam się pieniądze.

— Tak, kochanie — zgodziłam się. — Ale ja jestem dorosła, odpowiedzialna, mam dziecko. Chcę znaleźć pracę, która przyniesie pieniądze i mnie nie zabije nudą. A ja jeszcze nie mam konkretnego pomysłu.

— Spokojnie, bejbe — Edek westchnął. — Zrobisz mi śniadanko?

— A ten mały pan też coś chce?! — krzyknęłam do postaci ze spuszczonymi spodenkami od piżamy, przemykającej w przedpokoju.

— Ja? — zdziwił się Najduszek. — Ja chcę delicję!

No tak.

Rozdział 15. Nowa fryzura

Zawsze przychodzi ten dzień, w który nie jestem w stanie ułożyć sobie włosów. I to był jeden z tych dni, które wymagały natychmiastowej interwencji. Ze złością wystukałam numer do Atelier Włosa. Udało mi się umówić w samo południe. Musiałam jeszcze jakoś przetrwać te kilka godzin do wyjazdu i nie pogorszyć sobie humoru, zabrałam się więc za sprzątanie. Potem spędziłam następną godzinę, przeglądając ubrania. Każda wizyta w salonie fryzjerskim to dla mnie stres. Zupełnie nie rozumiem kobiet, które potrafią się tam rozluźnić. Obcinanie włosów traktuję jak zadawanie bólu. Całe ciało zwykle mam napięte, boję się, że zostanę źle ostrzyżona, oszpecona. Do tego lampy fluorescencyjne, w których świetle zawsze ma się niebieską twarz, a wszystkie niedoskonałości cery stają się doskonale widoczne.

Bałam się, że spotkają mnie same okropności. Chciałam więc ubrać się tak, żeby mnie spodnie nie uciskały. Wiedziałam już, że od tego napięcia wszystkich mięśni i nerwów przez trzy dni wszystko będzie mnie boleć jak przy grypie. Bólu brzucha od ciasnych spodni wolałam uniknąć.

Adam powitał mnie radośnie. Najpierw umył mi włosy pachnącym szamponem. Ku mojemu zaskoczeniu, fotel przy myjce okazał się bardzo wygodny.

— Zdarzało mi się już nieomal krzyczeć ze złości, tak bardzo bolał mnie kark — zwierzyłam się.

— Ja tu wszystko sam przetestowałem — odpowiedział. — Chciałem, żeby moje klientki nie czuły nic poza przyjemnością i komfortem.

Zobaczymy, przebiegło mi przez myśl. Najpierw spędziłam niewiarygodnie długi czas, omawiając kształt nowej fryzury. Mieliśmy skupić się na włosach, ale żeby wybrać dla mnie odpowiedni styl uczesania, mówiłam o swoim stylu życia zabieganej, sfrustrowanej matki, która niby szuka pracy, ale tak naprawdę nie wie, co ze sobą zrobić. Adam przerzucał moją grzywkę z jednej strony głowy na drugą, badał, w jakim kierunku układają mi się włosy, negocjował, przekonywał. Gdy w końcu wziął nożyczki w dłoń, pół godziny później zobaczyłam w lustrze całkiem nową siebie. W ciepłym świetle, które podkreślało czerwień moich ust i zieleń oczu.

Uśmiechnęłam się do swojego odbicia i zeszłam z fotela, odprężona. Kiedy Adam podawał mi płaszcz, musnęłam jego dłoń. Była ciepła. Chciałam się pożegnać, ale zatrzymałam się wpół słowa. Spojrzeliśmy sobie w oczy odrobinę za długo.

— Do zobaczenia — wyrzuciłam z siebie i nieomal wybiegłam na zewnątrz.

Zimne powietrze wcale mnie nie otrzeźwiło. Powtarzałam sobie w myślach urywki rozmowy, uśmiech Adama, jego profesjonalny luz. Nie byłam pewna, czy zazdroszczę mu tego etapu w życiu, na którym właśnie się znalazł, czy po prostu miałam ochotę zobaczyć się z nim jeszcze raz.

Rozdział 16. Weranda

Edkowi tak bardzo podobała się moja fryzura, że jeszcze długo w noc mi to udowadniał. Obudziliśmy się rano splątani, niewyspani, zadowoleni. Poczułam, że mam w sobie nadmiar energii. Jeszcze niedawno były takie dni, kiedy nie miałam siły nic zrobić, zadbać o siebie, o dom. Nie potrafiłam wykrzesać z siebie żadnej radości. A tego ranka poczułam się jak… No właśnie. Jakbym się zakochała.

Odprowadziłam Najduszka do przedszkola w asyście narzekań, że jeszcze nie ma soboty i dlaczego przedszkole nie jest zamknięte. Postanowiłam, że nie pozwolę, że zły humor mojego dziecka wyprowadził mnie z równowagi. W drodze powrotnej wstąpiłam do spożywczego, kupiłam twaróg i w domu zrobiłam z niego pastę na słodko, z kakao i cukrem. Zakleiło mnie to do południa, więc mogłam nie myśleć o jedzeniu, tylko o rzeczach przyjemnych. Czyli o wizycie u fryzjera.

Patrzałam na siebie przelotnie za każdym razem, gdy mijałam lustro w przedpokoju. Nie jest ze mną tak źle, pomyślałam. Mam gładką skórę, promienną cerę, wcięcie w pasie (no, prawie) i kształtny tyłeczek. Dawno nie byłam tak z siebie zadowolona. Miałam ochotę się podobać.

Zadzwoniłam do Judyty. Odebrała natychmiast. Ochrypniętym i zdegustowanym głosem.

— Mam syndrom piątkowego przedpołudnia — powiedziała.

— Czyli?

— Czyli że od samego rana myślę tylko o tym, że chcę, żeby już był piątek wieczór.

— Czyli weekend.

— Czyli mam ochotę na jakieś małe piwko.

— Czyli symboliczne dwanaście piwek?

— Nie przesadzaj — roześmiała się Judyta. — Ale przecież sama przyznasz, że nigdzie nie wychodzimy razem? To może spotkamy się dziś w pubie Weranda? Zrobimy sobie babski wieczór, co? Koło wpół do dziewiątej, jak położymy dzieciaki spać?

— Dobry pomysł — przyznałam. — Skonsultuję się z Edkiem i dam ci znać.

Nie było na całym świecie lepszego pomysłu na ten dzień. Miałam nową fryzurę i świeże spojrzenie na siebie. Potrzebowałam nieco rozrywki, spokojnego spędzenia czasu z przyjaciółką przy grzanym winie.

Edek odniósł się do tego pomysłu entuzjastycznie.

— Idź, kochanie i przed północą nie wracaj! — pogroził mi palcem. — Ja będę pilnował domowych pieleszy.

— Może ty też się kiedyś umówisz na piwo z kolegami, co?

— Dobry pomysł nie jest zły — ucieszył się mąż.

Wystrojona, wypachniona, znalazłam się w Werandzie punktualnie o dwudziestej trzydzieści. Zamówiłam grzane wino i usiadłam przy kominku. Judyta spóźniała się, więc obserwowałam ludzi w pubie. Pary, grupki przyjaciół, młodych mężczyzn. Sala tętniła muzyką. Barman przyniósł mi do stolika czarkę z winem. Zauważyłam go dopiero, gdy przechwyciłam jego spojrzenie. W pierwszej chwili pomyślałam, czy my się znamy? Ale nie, to nie o to chodziło. Ja mu się po prostu podobałam. Uśmiechnął się do mnie spontanicznie, szeroko. Lekko zawstydzony odszedł, drapiąc się nerwowo w kark. Zauważyłam, że jest młody, szczupły, wysportowany. Włosy obcięte maszynką na trzy milimetry, jak mój Edek. Zawsze podobali mi się tacy mężczyźni. Dlaczego ich do tej pory nie zauważałam? Co się zmieniło?

Judyta dotarła na nasze spotkanie rozluźniona, zadowolona. Błyszczące oczy. Pomyślałam, że już była po co najmniej dwóch lampkach wina.

— Ja też zamówię sobie takiego grzańca — zdecydowała i podeszła do baru. Pozostała przy nim dłuższą chwilę, udając, że nie może się zdecydować pomiędzy czipsami a paluszkami. Widziałam wyraźnie, że udawała. Nie wyglądało to naturalnie.

— Matko boska Masłowska, widziałaś tego barmana? — zapytała.

Nie zdziwiło mnie, że Dorota Masłowska to ulubiona pisarka Judyty, ale postanowiłam, że powinnam sobie zapamiętać to powiedzenie.

— Widziałam — przyznałam.

— Ale ciacho, co?

— Owszem, miły, młody człowiek.

— Mówisz jak moja babcia.

— Bo może nie jestem bezpośrednio zainteresowana..?

— Nie gadaj! Mogę go przejąć?

Judyta była już wyraźnie wstawiona, mimo że jej grzaniec jeszcze nie wylądował na stole.

— Możesz z nim zrobić, co chcesz — przyznałam. — Flirtuj, ile wlezie — zachęciłam ją.

Nie sądziłam, że Judyta potraktuje moje słowa dosłownie.

— Jezu, nie mogę od niego oczu oderwać — gapiła się na barmana.

— To nie odrywaj — roześmiałam się.

— No proszę, ledwo się wyrwałam z tego kieratu domowego, a tu taka niespodzianka. Naprawdę mogę? W końcu byłaś tu pierwsza…

— Judyta, nie gadaj głupot. Ja nie jestem nim zainteresowana. Nic a nic.

— Naprawdę?

— Naprawdę.

— Nie zachwycasz się nim?

Wzięłam łyk wina, żeby zrobić przerwę w słowotoku koleżanki. Spojrzałam przelotnie w stronę baru. Faktycznie, przystojny chłopak z tego barmana. Ale dziś… Ma jedną podstawową wadę — nie jest Adamem.

Zakrztusiłam się brunatnym płynem i uciekłam do łazienki. Spojrzałam na siebie w lustrze, prosto w oczy. Wpadłaś — powiedziałam do swojego odbicia — wpadłaś jak śliwka w kompot, naprawdę się zakochałaś, wariatko.

Kiedy wróciłam do stolika, Judyta obciągała bluzkę, powiększając dekolt.

— Może nie mam tak pokaźnego przodu jak ty, ale też mi niczego nie brakuje, co nie? — powiedziała, oblizując usta.

— Jesteś sexi, jak zwykle — przyznałam.

— Jesteśmy sexi mamuśki, co nie? — powiedziała Judyta, rozbawiona.

Wtedy uświadomiłam sobie, że Judyta przed wyjściem musiała wypić całą butelkę wina, żeby tak się zachowywać, jak teraz.

Do stolika podszedł barman. Moja przyjaciółka odebrała od niego czarkę z gorącym napojem tak, by dotknąć jego dłoni. Prawdę mówiąc, aż do teraz nie podejrzewałam jej o taką bezpośredniość.

— Jak masz na imię? — zapytała chłopaka.

— Tomek — uśmiechnął się i… spojrzał na mnie, po czym po prostu odszedł.

— No wiesz co?! — oburzyła się Judyta. — Uciekł!

— Może go troszeczkę spłoszyłaś — powiedziałam.

— Naprawdę? — ucieszyła się. — Oj, ma się te sposoby. Działa się na chłopców, działa…

Zachichotała. Rozejrzałam się po sali, zrobiło się tłoczno. Nie bawiłam się najlepiej. Nastawiłam się na wieczór pełen dziewczyńskich pogaduszek, a miałam przed sobą pijaną koleżankę, zainteresowaną tylko i wyłącznie barmanem.

— Jak ci się podoba moja fryzura? — zapytałam.

— Fajna. Adam ci ją zrobił?

— Tak.

— Dobrze strzyże, skubany, chociaż wygląda jak pół nieszczęścia, co nie?

— Co masz na myśli? — zdziwiłam się.

— No — taki mały, chudy, do psa podobny…

— Nie uważam tak — zaperzyłam się. — Przecież jest wysoki…

— Oj, tak się tylko mówi, że mały, chudy i tak dalej. Tak się mówi o nieatrakcyjnych facetach, to takie porównanie, czaisz — Judyta machała ręką trochę zbyt szeroko.

— Czaję — powiedziałam. — Ale nadal tak nie uważam.

— Idzie, idzie! — Judyta wyrwała się nagle z krzesła i udawała, że kieruje się w stronę łazienki, żeby przeciąć drogę barmanowi i trącić go lekko biodrem.

Ze swojego miejsca obserwowałam, jak go przeprasza, dotykając w ramię, jak zbyt głośno się śmieje. Nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Po raz pierwszy widziałam Judytę w roli podrywaczki.

— Jesteś dziś niesamowita — przyznałam, kiedy wróciła od stolika.

— A co, nie mogę? Ja nie mogę? Mnie się też coś od życia należy! Pokłóciłam się z Robertem przed wyjściem.

I znów odwróciła się w stronę sali, jakby całkowicie wyjaśniła już swoje zachowanie. W kącie przy barze pojawił się didżej. Ludzie zaczęli wstawać od stolików i tańczyć pomiędzy nimi.

— Bosko! — Judyta wyrzuciła ramiona w górę. — Idę zaszaleć, a ty?

I poszła.

Siedziałam w swoim kącie i patrzyłam na bawiących się. Wybijałam rytm stopą, ale nie chciałam tańczyć. Nie po to tu przyszłam. Pocieszałam się, że przynajmniej mam czas na to, żeby pobyć ze swoimi myślami. Judyta podchodziła od czasu do czasu do stolika, brała łyk wina i wracała w wir zabawy. Za jakiś czas barman przyniósł kolejną czarkę grzańca. Celowo unikałam jego wzroku, bo przypominał mi bardziej Edka niż Adama, a porównanie tych dwóch mężczyzn psuło mi humor. Siedziałam tak, aż pub zaczął się powoli wyludniać. Bar zamknięto, więc cała obsługa ruszyła do tańca, a o to tylko chodziło Judycie.

Wyszłam na chwilę do łazienki, a kiedy z niej wracałam, kątem oka zobaczyłam, jak jakaś dziewczyna, z wyglądu przypominająca Judytę, całuje się namiętnie z barmanem przy stoliku w drugiej sali. W pierwszej chwili myślałam, że źle widzę, że to nie oni. Podeszłam bliżej, choć czułam się jak podglądaczka. Nie zwrócili na mnie uwagi, zajęci sobą, pochłonięci w uściskach i pocałunkach.

Wyszłam. Kiedy znalazłam się na zewnątrz, ogarnęło mnie zimno. Zaczął padać śnieg. Czułam się jak najsmutniejsza, najsamotniejsza, najbardziej opuszczona Julka na świecie. Beznadziejnie zakochana w chłopaku, którego wcale przecież nie zna. Nadal przekonana, że jej małżeństwo będzie trwało po wsze czasy. Bez możliwości znalezienia pomocy, w impasie. Zmarznięta Julka z nową fryzurą.

Oj, było mi siebie bardzo żal. Stanęłam przy głównej ulicy i rozejrzałam się wokoło. Jedyne, czego w tej chwili pragnęłam, to zobaczyć Adama, jak zbliża się do mnie lekkim krokiem, z uśmiechem na twarzy.

Rozdział 17. Ja chcę do taty!

Niestety, efekt moich rozterek uczuciowych był taki, że najpierw nie mogłam zasnąć, a potem budziłam się o czwartej nad ranem i wpatrywałam w ciemność szeroko otwartymi oczami. Bez szans na sen.

Koło siódmej wstawałam, przymykałam drzwi do sypialni i do pokoju Najduszka i parzyłam kawę w ekspresie, a potem wypijałam ją przy oknie. Obserwowałam autobusy i zastanawiałam się, czy którakolwiek z kobiet, które nim zdążają do pracy, jest w takiej samej sytuacji, jak ja? Czy którejkolwiek, kiedykolwiek wydawało się, że się zakochała w innym mężczyźnie, nie przestając jednocześnie kochać swojego męża? Czy któraś z nich tam, na dole, na przystanku? Może ta w czapce i ciepłym szaliku nie ma pracy i zastanawia się, co ze sobą począć?

Najduszek przeziębiony, spędzał ze mną w domu większość dnia. Ja miotałam się między lepieniem cukierków z ciastoliny a przygotowywaniem obiadu. Każdego dnia wieczorem kłótnia.

— Najduszek, idziemy do kąpieli! — wołałam, jak tylko dobranocka się skończyła.

— Nie! — odpowiadał rezolutnie mój syn.

— Chodź się myć, masz przecież całą buzię z keczupu!

— Ja lubię keczup, mi to nie przeszkadza!

— Będziesz spał i będzie ci całą noc buzia śmierdziała tym keczupem!

— Fajnie! Będę miał keczupowe sny.

I zaczynało się skakanie po kanapie. Punkt dziewiętnasta dwadzieścia siedem odzywały się hormony szalejące w czteroletnim chłopięcym ciałku, które nie miało szans się wyżyć w ciągu dnia. Hop, hop, wciąganie śpików, kaszlnięcie, hop, hop, kaszlnięcie, hop hop, kaszlnięcie.

— Najduszek, pieronie jeden, złaź z tej kanapy! — wołałam, zdesperowana.

— Nie chcę!

— Ale synu!

— Ale mamo! Mnie to bawi!

Kiedy udawało mi się go zdjąć z kanapy, zaczynały się wyścigi po mieszkaniu. Najduszek zaczynał w przedpokoju, rozpędzał się aż do dużego pokoju i tam zatrzymywał na drzwiach balkonowych. Kiedy udawało mi się go złapać po drodze, wił się jak piskorz i już za chwilę biegł ponownie, ale tym razem na przykład bez rajstopek. Następnym razem bez koszulki, potem bez majtek, a na końcu całkiem na golasa.

— Marsz do ubikacji, żebyś mi się znowu nie wysikał do wanny! — komenderowałam.

I wtedy Najduszek kierował siusiaka w moją stronę i krzyczał:

— Mama ja cię obsikam! Ale będzie fajnie!

I tak niby zachowuje się chore dziecko, tak?

Edek w delegacji, a ja od rana do nocy cała w negocjacjach, namawianiu, sprzątaniu, nakłanianiu, proszeniu, grożeniu, chwaleniu. I tak w koło Macieju. Kiedy w końcu udawało mi się nakłonić syna do położenia się, zasypiał w trzy minuty, a ja miałam tylko tyle energii, żeby wziąć prysznic i doczołgać się do łóżka. Byłam na siebie zła, że nie starczało mi siły nie tylko na poszukiwanie pracy idealnej, ale nawet na szukanie inspiracji w internecie.

Na czwarty dzień nie wytrzymałam tego domowego terroru i postanowiłam, że zabiorę dziecko na zakupy do marketu. Zdecydowałam, że do przedszkola z gilami wiszącymi do pasa nie mógł pójść, ale do sklepu — owszem. Skuszony obietnicą kupienia paczki delicji, synek zdecydował się pomimo to przetestować jeszcze moją miłość i cierpliwość w ostatniej chwili, przy ubieraniu.

— Proszę, załóż buty — poprosiłam.

Najduszek niezdarnie starał się wsunąć stopę do buta.

— Synu, najpierw trzeba rozpiąć rzepy — wskazałam.

— Nie dam rady! — i buzia w podkówkę.

Zła, rozpięłam rzepy.

— Dalej nie dam rady — te buty są głupie! Dlaczego kupiłaś mi takie głupie buty?! Ja ich nie chcę! Wywalę je przez okno!

— Najduszek! Nie przesadzaj! Usiądź na tyłku i włóż buty na siedząco, skoro na stojąco nie dasz rady!

— Nie!

— Tak!

Najduszek usiadł na podłodze i… rzucił butem za siebie, aż uderzyły w drzwi łazienki. Na tym etapie bardzo już starałam się pozostać kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora, ale nie za bardzo mi to wyszło. Ze łzami w oczach wycedziłam przez zęby:

— Synu, bardzo cię proszę, załóż buty, bo jedziemy zrobić zakupy. Kupię ci delicje, zapomniałeś?

— Mam gdzieś twoje delicje! Nie chcę tych głupich butów!

„Licz do dziesięciu”, „oddychaj miarowo”, „mów do dziecka krótkimi zdaniami”, „bądź stanowcza”, „to ty jesteś matką tego dziecka, więc to ty decydujesz” i tym podobne fragmenty poradników o tym, jak przeżyć macierzyństwo i nie zwariować. Ale stać mnie było tylko na to:

— To pójdziesz bez butów. Bardzo dobrze.

Wcisnęłam zaskoczonemu Najduszkowi czapkę na głowę, kurtkę na grzbiet i wystawiłam w skarpetkach na korytarz.

— Mamooo! Zmarzną mi stópki! — krzyczał, przerażony.

— Tak, bardzo. Na dworze jest śnieg i lód, ostry jak szkło — dodałam.

Najduszek w płacz.

— Nie płacz, bo ci się śpiki zrobią, a dopiero co zakropliłam ci nos — powiedziałam.

Najduszek w jeszcze większy płacz.

— Założysz buty? — zapytałam.

Kiwnął głową. Podałam mu buty, założył je bez słowa.

W samochodzie nie odezwał się do mnie ani słowem. W sklepie okazało się, że nie mieści się do wózka. Za bardzo urósł!

— Trudno, będziesz chodził z mamą jak dorosły — postanowiłam, co wywołało zachwycony uśmiech na twarzy czterolatka.

I tak chodziliśmy między półkami, chłopiec z zasmarkanymi rękawami i jego matka, bez makijażu i w dżinsach brudnych na kolanach. Mleko, mąka, marchew, jogurty. Delicje. Dwie paczki, ale drugą wziął sam, korzystając z mojej nieuwagi. Już byliśmy prawie przy kasie, kiedy Najduszek zauważył regał z zabawkami. Obrałam taką trasę, żeby go uniknąć, ale teraz… Już było za późno, Najduszek już biegł w tamtą stronę z przeraźliwym piskiem: „Gormitiiii!!!”. Nie, synów, Gormitów mieć nie będziesz, to są potwory z bajki nieodpowiedniej dla twojego wieku, powodują idiotyczne, agresywne zachowania i koszmary nocne, ADHD, dysortografię i dysleksję, zatwardzenie, zaburzenia aury i Bóg sam jeden wie co jeszcze.

Nagle zobaczyłam siebie, jak stoję nad dzieckiem i tłumaczę rzeczy w ogóle dla niego niepojęte, jak wcale mnie nie słucha, jak zafascynowany plastikowymi figurkami za niebotycznie wysoką cenę, znajduje się w zupełnie niedostępnym dla mnie świecie.

Kucnęłam, żeby moja twarz znalazła się na poziomie jego twarzy.

— Idziemy do kasy.

— Naprawdę? Kupisz mi tego Gormita?

— Nie, nie kupię, idziemy do kasy zapłacić za jedzenie.

Najduszek w płacz. Próbowałam go odciągnąć, wyrywałam Gormita z małych rączek, ale on tak mocno go trzymał, jakby jego życie od tego zależało.

I wtedy to zrobiłam.

Wyrwałam mu zabawkę i wzięłam dziecko po pachę. I wyniosłam, wierzgającego, ze sklepu, zostawiając koszyk z zakupami na środku hali. Jeszcze się mocowałam, starając się umieścić wściekłego, zaplutego i zasmarkanego synka w foteliku samochodowym. Wyglądało to tak, jakby miał atak złego ducha, a ja odprawiam nad nim egzorcyzm. Siedzieliśmy jeszcze w aucie jakiś czas, oddychając głośno z wysiłku.

— Nie kocham cię. Chcę do taty! — powiedział Najduszek.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę