Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Rozdział I

Małgorzata Sojka

Którą maskę dziś wybierzesz?

Kierując się w się w stronę starego, opuszczonego budynku, przeczesałem ręka swoje ciemne, brązowe włosy wpadające do zimnych oczu.

Kroki stawiałem powoli. Wiedziałem, że nie muszę się spieszyć. Nikt nie zobaczy tego, do czego zmierzam.

Ciemność, która spowiła dzisiejszy świat, doskonale wszystko ukrywa.

A światło?

Nie ma już światła. Ludzie zostali go pozbawieni.

A może nigdy go nie mieli? Zostaliśmy zamknięci, ograniczeni, przez naszych zbawców, którzy zostawili nas w naszych łańcuchach. Wszystkie ogniwa wykonaliśmy my sami ― strach, samotność, pycha, gniew, niepokój. To wszystko nas więzi. To wszystko nas dusi.

To wszystko nas zabije.

Maski.

Każdy nosi maski. Nawet nam trudno pojąc, co jest maską, a co prawdziwą twarzą. Tak często je zakładamy, że nie możemy być pewni, czy w ogóle mamy jakąś twarz. To wszystko jest złudzeniem.

Ludzie mówią o wierze w siebie. Dasz radę. Zrobisz to.

Ta wiara jest pusta. Dopiero gdy zaczynamy o coś walczyć, możemy w siebie uwierzyć. Ale wtedy zazwyczaj jest już za późno. Miałem dosyć czekania.


Poprawiłem rękaw dużego, czarnego swetra, nie zmieniając tempa. Patrzyłem na ludzi.

Byli pustymi skorupami z oczami bez wyrazu. Tak mało interesujący. Żądze, które kiedyś nimi kierowały i ubarwiały ich życie, teraz zniknęły, pozostawiając po sobie tylko posmak dawnych lat.

Prychnąłem pod nosem. Nikt nie zwracał uwagi na krew na ścianach budynku. Nikt nie obdarzył wzrokiem zimnych, rozkładających się ciał leżących na brudnych chodnikach. Nikt nie chciał wyrwać się z nurtu szarych postaci idących w tę samą stronę.

Wyszedłszy im naprzeciw, kroczyłem z dumnie uniesioną głową w nieznanym im kierunku, obdarzając ich pogardliwymi spojrzeniami. Szum ulicy, którą musiałem ominąć, by dotrzeć do celu, wprawiał mnie w dodatkowe zirytowanie.

Przechodziłem obok zdziwionych, szarych osób. Czyżby udało mi się wpłynąć na ich niezmienną mimikę? Zaburzyłem ich dotychczasowy porządek dnia? Wprawiłem w zakłopotanie, przeciskając się przez tłum i idąc w nieznaną im stronę?

Mało brakowało, a zaśmiałbym się pod nosem, istnie rozbawiony. Jaka szkoda, że jednak nie jestem już do tego zdolny.

Uliczki powoli przerzedzały się. To znak, że jestem coraz bliżej.

Nie jestem pewien, dlaczego się tam kierowałem. Czułem dziwną potrzebę dotknięcia chłodnych ścian rozpadającego się budynku. Przeskoczenia przez porozrzucane, zniszczone meble pokryte grubą warstwą kurzu. Rozmyślań w samotności.

Przyłapałem się na tych myślach, uśmiechając się gorzko. Rozmyślania w samotności? Przecież zawsze jestem sam.

Ludzie pragną oparcia. Chcą mieć przy sobie kogoś bliskiego. To takie naiwne pożądanie! Jesteśmy samotni. Nawet jeśli otaczają nas inni. Trudno jest znaleźć tę jedyną osobę, która sprawi, że już nie będziemy sami.

Przystanąłem przed rozpadającym się budynkiem, splatając dłonie za plecami. Tabliczka na drewnianych, spróchniałych drzwiach informowała, że budowla jest przeznaczona do rozbiórki. Och, od trzech lat nikt nie kwapi się, by zrównać tę ruderę z ziemią. Dla mnie dobrze. Lubiłem tu przychodzić.

Gdy wszedłem do środka, doszedł mnie metaliczny zapach pomieszany z wonią zgniłego drzewa. Zamknąłem drzwi. W pomieszczeniu zapanował przyjemny półmrok. Spojrzałem do okna, podziwiając ostatnie promienie zachodzącego słońca, które ustąpiło miejsca księżycowi.

Po nocy nadejdzie dzień, po dniu nadejdzie noc. Nic w kruchym życiu człowieka nie jest wieczne.

Ominąłem stary, wywrócony stolik, krytycznym spojrzeniem obdarzając ślad dłoni odciśnięty wśród tumanów kurzu. Odkąd tu wszedłem wyczułem, że nie jestem sam.

Krzyk, który doszedł mnie z górnych pięter, tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Nie spiesząc się, skierowałem się w stronę schodów. Włożyłem ręce do kieszeni szarych spodni.

Stęchłe powietrze przeszył rozdzierający wrzask bólu. Na podłodze zobaczyłem krople krwi, które, jak drogowskaz, poprowadziły mnie w stronę małego pokoiku spowitego w cieniu. Moje oczy zdążyły się już przyzwyczaić do ciemności, toteż widziałem dokładnie rozgrywającą się tuż przede mną scenę.

Na podłodze leżał mężczyzna w średnim wieku. Czarne włosy, przyprószone siwizną, opadały na czoło wilgotne od perlistego potu. Jego ręce rozstawione szeroko, były przytwierdzone do drewnianej podłogi dwoma nożami wbitymi w dłonie po rękojeść. Na jego klatce piersiowej siedziała wątła postać.


Chłopiec był odrobinę młodszy ode mnie, a w każdym razie z pewnością niższy. Kasztanowe włosy opadały na ramiona, zakrywając twarz. Z jego ubrania, poszarpanej bluzy i krótkich spodni, ciekły kropelki krwi. Jego pocięte nogi drżały, zaciskając się ponad pasem mężczyzny, dusząc go. Chłopak uniósł kurczowo trzymane ostrze. Przechylił głowę, odsłaniając swoją twarz. Blade usta wykrzywione w drwiącym, psychopatycznym uśmiechu i brązowe oczy przepełnione żądzą mordu.

Ciszę przerwał dźwięk tłumionego krzyku i noża zanurzającego się w klatce piersiowej. Oczarowały mnie jego ruchy.

Zręcznym, szybkim ruchem wyszarpał stal z ciała, by po raz kolejny wbić ją w inne miejsce. Przyspieszył.

Plusk krwi i jego urywany oddech wypełniały pomieszczenie. Odgłos dłoni, która zanurzyła się w piersi mężczyzny, wyrył się w mojej pamięci jako jeden z najdelikatniejszych i najmilszych odgłosów, jakie słyszałem.

A widokiem, którego wspomnienie do dziś napawa mnie nieopisanym uczuciem bliskim euforii, jest jeszcze bijące serce ofiary w drobnej, zakrwawionej dłoni chłopaka.

Śledziłem uważnie jego ruchy, przyglądając się mu z uznaniem. Odwrócił się w moją stronę, spinając się szybko. Jak dzikie zwierzę, które przygotowuje się do odparcia ataku. Podszedłem do niego, uśmiechając się lekko. Wyciągnąłem rękę w jego stronę.

Napotkawszy jego szaleńcze, rozbiegane spojrzenie piwnych oczu, wyjrzałem przez okno. Skuloną sylwetkę i martwe ciało otaczała poświata księżyca.

Poczułem niepewny dotyk jego dłoni. Chwyciłem ją mocniej, podciągając do pionu.


― Jego ruchy zawsze takie były. Dzikie, instynktowne. Nie zwierzęce, nie brakowało im finezji i płynności. Były piękne. Jego wątłe ciało wirowało wśród szkarłatnej cieczy w morderczym tańcu. Niczym duch, niewidoczny, oszałamiający, delikatny ale stanowczy. Tylko wtedy czuł się wolny.

― Tylko wtedy?

Uśmiechnął się delikatnie na dźwięk zadanego pytania. Nie odpowiedział, zastanawiając się nad czymś. Po chwili ciszy przymknął powieki i, powstrzymując prychnięcie, pokręcił przecząco głową.

Nie wiedziałem wcześniej, co mnie ciągnęło do tego budynku. Myślałem, że to przypadek. Naiwna potrzeba, która, narodziwszy się w mej głowie, nie chciała mi dać spokoju. Kaprys pysznej osobowości.

Ale na tym świecie nic nie dzieje się przypadkiem.

Wpatrując się w stojącego przede mną chłopaka, zrozumiałem, że przypadek nie istnieje.

Nasze życie jest zaplanowane? Od narodzin do śmierci, wyliczone, ukartowane i fałszywe?

W to też nie wierzyłem. Nikomu nie chciałoby się poświęcać tak wiele czasu, by opracować tak kruche istnienie. Jeden niewłaściwy ruch wystarczy, by zniknąć.

Wtedy cały plan posypałby się w przeciągu sekundy. Cała praca poszłaby na marne przez krok w niewłaściwą stronę.

Z rozmyślań wyrwał mnie chłopak, upadający na podłogę. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem.

―Hę? ― skomentowałem, unosząc brew. Drżał lekko. klęczał, podpierając się rękoma aby nie upaść na zimną, drewnianą podłogę. Był słaby.

Ale te oczy miały w sobie ogień.

― I co teraz? ― zapytał cicho.

Drgnąłem.

Pierwszy raz usłyszałem jego głos. Zachrypnięty ze zmęczenia, cichy, przesiąknięty uczuciem, którego nie potrafiłem nazwać. Smutek? Złość? Bezradność? Niepewność? Kpina? Czy wszystko razem?

Nie wiem.

Ale coś sprawiło, że chciałem usłyszeć go jeszcze raz. Zobaczyć po raz kolejny, jak splamia sobie krwią blade dłonie.

Jak nienagannym, szybkim ruchem odbiera życie. Sadysta. Masochista. Nie wiem, jak powinienem się określać.

Kącik ust zadrżał, gdy przyglądałem mu się z góry. Nie wyglądał zwyczajnie. Kuląc się na ziemi nie wyglądał jak reszta ludzi.

Bo parę chwil wcześniej widziałem, jak z gracją oplata nogi wokół klatki piersiowej, niczym wąż, dusząc swoją ofiarę.

― Czego oczekujesz? ― odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

Usłyszałem pusty, głośny śmiech, który odbił się od ceglanych ścian budynku.

― Mam prawo czegoś oczekiwać, tak? ― przerwał na chwilę, by nabrać oddech pomiędzy wybuchami śmiechu. ― Ktokolwiek na tym świecie może czegoś oczekiwać?

Nie odezwałem się, obdarzając go lodowatym spojrzeniem i głuchą ciszą. Spojrzał na mnie, siadając na klęczkach i uśmiechając się cynicznie.

― Jeśli cię to ciekawi ― odparł, otulając się ramionami. Zadrżał. Było mu zimno. ― Oczekuję śmierci.

Wzrok jego brązowych, nieskazitelnych oczu, zdeterminowanych, smutnych i pełnych nadziei ― wzrok skrzywdzonego dziecka ― wyrył się pod moimi powiekami.

Bezpośrednia odpowiedź, która jest tak potrzebna temu światu, wyrwała się z jego ust.

Nie wiem, czy się bał, czy na to czekał. W tamtym momencie wyglądał jak wrak człowieka, którego może zniszczyć silniejszy podmuch wiatru.

Ale te oczy mówiły, że przeszedł już znacznie więcej. Że nie tak łatwo go złamać.

Naprawdę nadal tu stałem?

W oświetlonym księżycowym blaskiem pokoju z bordowymi plamami na podłodze i drżącym chłopakiem w poszarpanych ubraniach?

Temu światu brakuje osobliwości. Jest pusty.

Wśród tej nicości znalazłem coś, czego nie chciałem zostawiać za sobą.


― Jak masz na imię? ― spytałem.

— Vincent.

Robi się coraz ciemniej.

Rozdział II

Monika Harnasz

Zagrożenie

Wszystko zaczęło się zaledwie miesiąc temu i zastanawiam się, czy to, co dzieje się wokół, nie jest przypadkiem wytworem mojej wyobraźni. Może mam jakąś chorobę i za chwilę obudzę się na oddziale zamkniętym. Nawet taka perspektywa w moim położeniu brzmi kusząco, ale wątpię, żeby była to prawda.

Dokładnie miesiąc temu pożegnałem swojego przyjaciela, Eryka. Czułem się okropnie, bo jego śmierć była również moją winą. Gdybym tylko przyszedł na umówione spotkanie… Pewnie nadal by żył. A ja? Może teraz byłbym cały i zdrowy, może byłbym w domu, a może z kumplami w centrum.

Kilka dni po jego pogrzebie wybrałem się na cmentarz. Byłem niemal niezdolny do myślenia, pustak pochłaniała mój umysł. Nie potrafiłem długo skupić uwagi na jednej rzeczy, jednak mijałem w milczeniu kolejne ulice. Przeszedłem przez bramę cmentarną. W końcu uklęknąłem nad jego grobem. Bycie tam napawało mnie dziwnym niepokojem, jednak nie miałem zamiaru odejść. Wpatrywałem się w nagrobek, przepełniał mnie smutek. Chciałem po raz ostatni porozmawiać ze swoim przyjacielem, ale wiedziałem… Wiedziałem, że już tego nie zrobię. Nigdy.

Nagle zauważyłem na ziemi coś białego. Skrawek papieru.

Wybacz. Idź do mojego pokoju. Niech nikt Cię nie zauważy. E.

Poczułem dreszcze. E. E. to skrót od Eryk. Tak, ten, który już nie żyje. Bez zastanowienia rzuciłem się przed siebie. W zastraszającym tempie dobiegłem do jego domu. Wspiąłem się na stare, ogromne drzewo, po czym przez uchylone okno wszedłem do budynku. Zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu jakiejś wskazówki, czegokolwiek. Wyrzuciłem wszystkie ubrania z jego szafy, zrzuciłem wszystkie rzeczy z jego biurka. Znalazłem pudełko, na którym napisano moje imię. Nie myślałem, czy je otwierać; po prostu zrobiłem to. Nieznanego pochodzenia dym natychmiast uniósł się w powietrze. Byłem bliski ataku kaszlu, wszystko przede mną zaczynało się rozmywać, ale wiedziałem, że muszę pozostać niezauważony. Podbiegłem do okna, przeskoczyłem na drzewo, zszedłem z niego. Czułem, jak opuszczają mnie siły. Starałem się nie upaść, jednak droga przede mną przybierała dziwne kształty, cały świat się obracał. Do domu jeszcze tylko kilka metrów ― pomyślałem. Przeszedłem jeszcze kawałek. Z ulgą nacisnąłem klamkę od drzwi, dostałem się do domu i oparłem o ścianę. Miałem się po niej osunąć, zapaść w sen, ale usłyszałem moich rodziców. Gdybym teraz stracił świadomość, później pewnie wypytywaliby o wszystko. Oderwałem się więc od ściany, chwyciłem poręczy i powoli ruszyłem na górę. Nie pamiętam, co się stało następnie, ale zakładam, że samodzielnie dotarłem do swojego łóżka.

Ze snu wyrwał mnie dopiero budzik kolejnego dnia. Pora iść do szkoły. Ubierałem się niczym robot, moja świadomość jeszcze nie do końca wróciła. Idąc do szkoły, przypomniałem sobie miniony wieczór. Zdałem sobie sprawę, że nie czuję się najlepiej, ale nie zawróciłem.

W szkole wszystko po staremu. No, może poza tym, że niektórzy nadal byli przygnębieni śmiercią Eryka. Ja też. Podszedłem do szafki, wyjąłem podręcznik i wszedłem do pracowni chemicznej. Chwilę później był tam również nauczyciel. Bez słowa zaczął pisać coś na tablicy. Ja jednak nie potrafiłem się skupić. Czułem się, jakbym śnił. Byłem tam, na lekcji, słuchając jak zwykle nudnego wykładu, a potem… Nagle i nie wiadomo dlaczego, znajdowałem się w kilkunastu niczym niepowiązanych ze sobą miejscach.

Widziałem Eryka, widziałem moich rodziców, załamanych z nieznanych przyczyn, widziałem moją dzielnicę w płomieniach. I nagle znów byłem tylko na lekcji. Nie rozumiałem, co się właśnie stało, ale poczułem, że muszę wyjść. Nauczyciel spytał, czy wszystko w porządku i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem przerażony. Nie wszystko w porządku. Czuję, że coś się stało, nie wiem co, ale to nic dobrego ― to jedyne, o czym myślałem w tej chwili, więc nie odpowiedziałem. Poprosiłem o możliwość wyjścia. Chwilę później byłem w drodze do domu.

Nie wiem, jakim cudem, ale to, co widziałem wcześniej, okazało się prawdą: przed sobą ujrzałem rozprzestrzeniający się ogień. Jeden z płonących domów był moim domem. Podbiegłem bliżej i… znowu go zobaczyłem. To był mój przyjaciel. Mój zmarły przyjaciel. Jak gdyby nigdy nic, stanął obok mnie. Uśmiechnął się, jakby z przymusu, po czym wskazał piętro mojego domu. Usłyszałem krzyk, Eryk zaczął okładać mnie pięściami. Muszę przyznać, że jego ciosy były mocne jak na kogoś, kto już nie żył. Zdałem sobie sprawę, że krew na jego rękach była moją krwią. W tej samej chwili zrozumiałem również, że krzyk, który słyszałem, był krzykiem przerażenia moich rodziców. Wszystko ułożyło się w całość. Mama i tata zostali w środku budynku. Zobaczyłem smutek w oczach przyjaciela. Strach mnie sparaliżował. Choćby nie wiem co, nie potrafiłem się ruszyć. Po prostu leżałem tam, a ból przez zadawane raz po raz ciosy był coraz bardziej nieznośny. Przy każdym uderzeniu czułem się gorzej, aż w końcu już niczego nie widziałem; niczego nie słyszałem; niczego nie czułem.

Obudziłem się w szpitalu. Nie wiem, ile minęło czasu, ale zapewne dużo. Wstałem. Zobaczyłem bladego bruneta, ubranego w biały sweter i czarne spodnie. Znowu on. Podszedł bliżej. Ja tymczasem cofnąłem się i straciłem równowagę. Wylądowałem na podłodze.

― Przestań mnie prześladować! ― krzyknąłem.

― Spokojne, niczego ci nie zrobię ― powiedział uspokajająco.

― Poprzednio też niczego mi nie zrobiłeś.

― Nadal żyjesz, jakby nie patrzeć.

― Za to ty nie powinieneś.

― Pozwól, że zignoruję tę uwagę. Przyjacielu. ―­ Ostatnie słowo wypowiedział bardzo niepewnie.

― Nieważne. Wyjaśnisz mi, co tutaj robisz i dlaczego najwyraźniej chciałem mnie zabić?

― Żebyś nie zginął.

― Tak, to ma sens ― westchnąłem ironicznie.

― Posłuchaj, może teraz tego nie rozumiesz, ale przyjdzie taki dzień, że będziesz mi wdzięczny. W tej chwili są ważniejsze rzeczy do omówienia. Czy wiesz, gdzie jesteś?

― W szpitalu.

― Błędna odpowiedź. Przyjrzyj się.

Dopiero wtedy zacząłem dostrzegać, że pomieszczenie, wcześniej wyglądające jak sala szpitalna, zamienia się w ruiny. Cały czas byłem w moim domu. Spalonym domu. Popatrzyłem zmieszany na Eryka. Cholera ― pomyślałem, po czym oparłem się o zwęgloną ścianę. Nie wierzyłem w to, co widziałem. Mój przyjaciel również zaczął znikać.

― Przepraszam, że mówię tak niezrozumiale, przepraszam właściwie za wszystko. Ale teraz posłuchaj jeszcze przez chwilę. Miałeś rację, nadal jestem nieżywy. Nie mamy więcej czasu. Nieważne, jak będziesz cierpieć, nieważne, że stracisz wszystko, co dla ciebie ważne. Twoim zadaniem jest wyeliminować zagrożenie. Musisz uratować ten świat przed ostateczną zagładą.

― Jakie zagrożenie?! ― krzyknąłem tak głośno, że aż zdarłem sobie gardło. Wiedziałem, że każde jego słowo to prawda, że to, co się dzieje, to prawda, a mimo to chciałem puścić wszystko w niepamięć i zgłosić się do zakładu psychiatrycznego.

― Zrozumiesz, gdy będziesz na krawędzi. Proszę, nie zawiedź ― odpowiedział pospiesznie, po czym zniknął.

Co to w ogóle znaczy? Na krawędzi?

Wydostałem się z ruin domu. Nie wiedziałem, co zrobić, dokąd iść. Wrócę tam, skąd przyszedłem ― postanowiłem w końcu i ruszyłem w stronę szkoły.

Wszedłem do budynku, Wokół panowała cisza. Idąc korytarzem nie zauważyłem niczego podejrzanego, jednak gdy otworzyłem drzwi prowadzące do jednej z sal, o mało nie zwymiotowałem. Ciała. Wszędzie były ciała. Znałem tych ludzi. Koledzy z klasy, nauczyciele, sąsiedzi… I rodzice. Mój oddech przyspieszył. Co się z nimi stało? Przyjrzałem się dokładniej. Nad nimi wszystkimi stała… Ona. Dziewczynka wyglądająca aż nazbyt niewinnie, z tymi swoimi jasnymi włosami, w błękitnej sukience, czarnym swetrze i z wyrazem twarzy mówiącym podejdź, zostańmy przyjaciółmi. Zaufaj mi. Przeczuwałem, że coś jest z nią nie tak, być może to, że przyglądała się stosowi zimnych ciał. Chciałem coś powiedzieć, ale w tej chwili odwróciła się w moją stronę, spojrzała na mnie, jakbym był jej kolejną ofiarą i zaczęła biec. Spostrzegłem scyzoryk w jej dłoni, a moje ciało zareagowało samo: przesunąłem się, by nie mogła zadać mi ciosu. Ta jednak wiedziała, co robić. Odwróciła się, stanęła za moimi plecami i wbiła ostrze między moje łopatki. Całe powietrze uleciało mi z płuc. Upadłem na podłogę. Leżałem tak krótką chwilę, ale teraz wstaję. Odczuwam ból całym swoim ciałem i umysłem. Boli mocniej, niż ktokolwiek może sobie wyobrazić. Krew sączy się z moich ramion. Czuję jej ciepło, czuję ciepło swojego ciała wydostające się razem z nią.

Spostrzegam dziewczynę, która po raz kolejny odwraca się w moją stronę. Nie mam niczego do obrony. Ona podchodzi. Nadal trzyma ostrze. Wbija je w moją klatkę piersiową. Zaczynam się dusić. Chwytam ją jedną ręką za włosy i… Robi się coraz ciemniej.

Przepraszam.

Rozdział III

Sara Kostępska

Jak zaczął się koniec

Kiedyś myślałem, że nie mam już nic.

Jak bardzo się wówczas myliłem.

Mam życie, jakże wielka to przewaga nad zmarłymi. Dopóki żyjesz, wszystko może się zmienić.

Stałem na polu bitwy. Wokół mnie martwe, zimne ciała. Ziemia zmieniła barwę. Z zewsząd krew płynęła wartką strugą. Padał krwisty deszcz, spływał ze mnie wraz z nadzieją na jakiekolwiek chwile szczęścia. Bóg okrywał czarną płachtą Ziemię. Czyżby czas wstąpić do trumny? Płachta ma dziury; jest jeszcze nadzieja. Przyjrzyj się; a, przepraszam, zapomniałem, ludzie są ślepi, ślepi są też na ludzkie uczucia. Dopiero w obliczu ciemności zaczynają przeglądać na oczy. Pod osłoną mroku zdejmują maski i stają się bardziej ludzcy. Kroczysz w ciężkich butach, chodzisz w twardej zbroi, zakładasz maski, nieprawdaż?

Jakżeby inaczej. Jesteś człowiekiem. Mamy największą szansę, by wszystko zmienić, a popełniamy tylko największe błędy. Zacznij walczyć! Zrzuć maskę i zacznij rozdzielać role. Pociągnij za sznurki, zanim sam staniesz się tylko bezsilną marionetką.

Jak skończy się ten dramat? Chcesz doprowadzić do tragedii, czy to tylko błaha komedia? Ludzie; cóż to za słaby gatunek. Nie nauczyliśmy się tworzyć sił z bezsilności. Zawsze widzimy tylko dwa wyjścia. Kurtyna jeszcze nie opadła. Dopiero zaczynamy. Nie ma światła bez ciemności. W mroku wypatrujesz światłości, a w świetle szukasz cienia.

Robi się coraz ciemniej, więc może nadejdzie jeszcze światłość…

Siedzieliśmy nad brzegiem rzeki i o niczym nie myśleliśmy. Robiliśmy tak każdego ranka, by później móc odkrywać coś zupełnie nowego.

Wpatrywaliśmy się w siebie. Byliśmy dla siebie całym światem. Cała nasza czwórka: Ana, Hazel, Ron i ja. Może Ron niezupełnie patrzył na nas, zapewne szukał na horyzoncie swojej wyspy, o której opowiadał nam za każdym razem.

Mieliśmy na niej zamieszkać, byłaby raczej lepszym miejscem do nocowania niż stara stodoła. I tak kochaliśmy w niej spać, bo byliśmy razem. Hazel jednak po paru minutach zawsze znikała, zatapiała się w sianie, jak to jej zdaniem dżdżownica ninja… Może lepiej nie wnikajmy. Wracając do Rona, rozpoczął swoją przemowę, ale o dziwo z minutowym opóźnieniem.

Przechadzał się tam i z powrotem w swoim zbyt długim, czarnym płaszczu, trzepiąc wciąż głową jakby go robaki oblazły (nie, Ron, to nie sprawiało wrażenia powiewu wiatru w lśniących, przydługich, kasztanowych włosach).

W wygłaszaniu mowy przerywała mu ciągle Ana, cytując fragmenty książek, wplatając gdzieś od czasu do czasu parówki czy żelki. Pokłócili się, zresztą jak zwykle. Ron bez przerwy gestykulował, po dziesięciu latach nauczyliśmy się więc, że rozmawiając z nim, trzeba zachować bezpieczną odległość, niestety drzewa dalej nie rozumiały. Biedne, małe rączki Rona (wybacz, Ron), nie zdawał sobie sprawy z tego, jak dziecinnie wyglądał z tym milionem piegów na twarzy, tak znienawidzonych, może to je próbował strzepać?

Razem z Hazel przypatrywaliśmy się tym dwojga, śmiejąc się pod nosem. Zdążyła stworzyć kolejną mapę do naszego skarbu. Mieliśmy już ruszać tam, gdzie nas nogi poniosą, zbliżając się do celu: wyspy, miejsca na Ziemi, gdzie moglibyśmy być już bez przeszkód szczęśliwi, ale trochę przedłużałem posiedzenie nad rzeką. Chciałem powiedzieć Hazel, że…

Gdy pocisk przeszył jej ciało w ułamku sekundy.

Siedziała parę centymetrów dalej.

Wciąż tak naprawdę nie wiem, co się wydarzyło. Twarze Any i Rona; przerażenie. Nie zdążyli nic powiedzieć. Hałas. Padli na twarz, tak jak kamienie, które przed chwilą ciskałem z obojętnością na drugi brzeg rzeki. Upadłem i już nie chciałem powstać. Płakałem, tak strasznie płakałem! Cały mój świat runął.

Zobaczyłem tylko odchodzących już ludzi z kamiennymi twarzami, jakby nigdy nic się nie stało. Pośród tłumu ludzi czułem się tak bardzo samotny.

Leżałem naprawdę długo. Niebo i moje serce zaczęły się ściemniać. Nie byłem w stanie spojrzeć na moich przyjaciół. Ich krew płynęła w stronę rzeki. Nie wiem, skąd zaczerpnąłem siły, może rzeczywiście z bezsilności?

Oni podążali w stronę naszej wyspy. Podniosłem się. Stałem na polu bitwy, walcząc ze swoimi uczuciami. Ana, Hazel, Ron, przyjdę do was. Ale najpierw skończę pisać tę sztukę. Przyjdzie jeszcze światłość, wcześniej jednak pozwolę sobie rzucić na świat długi okres ciemności. Pozwólcie mi zlikwidować czarne charaktery. Zrzucę każdy element ich skorupy. Ale to wam pozwolę zdecydować, co się z nimi stanie…

Ana. Hazel. Ron. Nigdy nie wątpiłem w moje przemyślenia, teraz wątpię w moje działania. Przepraszam… Przepraszam! To nie miało tak być.

Chyba stałem się złym charakterem… Chyba sam założyłem maskę! Sam jestem tylko słabym człowiekiem! Powiedzcie mi: dlaczego?!

Prawda jest taka, że nigdy się nie pozbierałem. Jak miałem poukładać układankę bez większości elementów? Najgorsze jest to, że to tylko potwierdziło moją przynależność do gatunku ludzkiego. Biada nam, ludziom. Ale to prawda, mamy największe szanse.

Miałem życie! Mogłem wszystko zmienić. I zmieniłem. Mnie nie udało się przywrócić światłości… Może… Przyjaciele?

Obawiam się, że nie odnalazłem naszej wyspy, a teraz jest już za późno…

Płaczę, płaczę, jak tego dnia, gdy wstałem i mimo wiedzy wybrałem złą drogę. Nigdy już was nie zobaczę. Próbuję jeszcze coś zmienić, ale… Robi się coraz ciemniej.

Żegnajcie.

Rozdział IV

Martyna Machoczek

Zabawa

Mamo… Mamusiu, gdzie jestem? Widzę tylko drzewa. Ich gałęzie zdają się podążać ku mnie. Jedne aby otulić mnie tarczą kory przed światem, inne aby zatopić ostre ciernie i sprawić mi ból. Mówią coś do mnie… wiesz? Jedna brzoza, którą nazwałem Panią Strojnisią, ponieważ bez przerwy strzepywała z siebie uschnięte liście narzekając, iż układała fryzurę cały ranek, wskazała mi drogę nad jezioro. Podziękowałem najpiękniejszym uśmiechem przemiłemu drzewu przy okazji komplementując wygląd. Zdawało mi się nawet, że Brzoza zachichotała na słowa jakie do niej skierowałem. Przypominała mi dziewczynki z klasy, no wiesz mamo, te, które zawsze wiążą warkoczyki na przerwach przewiązując je błękitnymi wstążeczkami. One, podobnie jak Strojnisia, zawsze chichotały po usłyszeniu komplementów, szczególnie od starszych chłopców. Przyglądając się im zza starego muru, zastanawiałem się, dlaczego, choć też są ludźmi, dziećmi, tak jak ja, wydają mi się tak bardzo odległe… Jakby były z innego świata. Może to ja jestem z innego świata, bo przecież gdzieś poza tą rzeczywistością musi być inna! Ach, jakże cudownie byłoby być zagubionym księciem jakiejś krainy! Przecież dowodziłem już wojskiem, żołnierzami w pięknych mundurach na karych wierzchowcach! Byłem na czele, sam strąciłem z konia tego okropnego stwora! Czyż władanie światem nie byłoby piękne? Szczególnie gdybym mógł odpłacić chłopakowi z sąsiedztwa za wszystkie krzywdy jakie wyrządził mnie czy mi podobnym. Wariat, tak mnie przezywa. A gdyby tak zaskoczyć go we śnie? Nic by nie poczuł… Nie! Może lepiej byłoby przetestować na nim moją nową konstrukcję, nie sądzisz mamo? Nigdy ci jej nie pokazałem. Bałem się, że nie będziesz chciała się ze mną bawić. Wiesz co stało się z Teddym? On był tylko ochotnikiem do testu… skąd mogłem

wiedzieć, że jego głowy nie będzie się dało umieścić z powrotem? Chociaż teraz podoba mi się nawet bardziej, nie muszę go upychać do plecaka, mogę rozłożyć misia na dwie części! Pamiętasz jak narzekałaś, że do starego samochodu mieściły się tylko trzy drobne osoby? Dzięki gilotynie babcia już nie będzie sprawiać kłopotu z transportem. Możemy zawsze ją zszyć, prawda?

Wyrwawszy się z zamyślenia upadam na twarz, brudząc się brunatną ziemią. O nie! Mamusia będzie zła… Przed podróżą wyszorowała mnie od stóp do głów tą szorstką, żółtą gąbką, której tak bardzo nie lubię. Otrzepuję się z pojedynczych gałązek i innych elementów ściółki. Podnoszę się, a w oddali zauważam jezioro. Tak! Moja Brzoza się nie myliła. Podchodzę powoli ku brzegowi, przyglądając się spokojnej tafli, odbijającej srebrzysty blask księżyca. W tamtej chwili ten widok wydał mi się najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałem. Nawet widok śniegu splamionego świeżą krwią nie był w stanie przebić niesamowitego światła dzisiejszej nocy. Klękam nad zbiornikiem wodnym, następnie uśmiecham się widząc chłopca po drugiej stronie. Przechylam głowę na bok z zaciekawieniem patrząc na, jak oszacowałem na pierwszy rzut oka, mojego rówieśnika. Jest bardzo blady, aureola jasnych lekko wypłowiałych loków otula twarz nieznajomego, ale piękne oblicze niszczą dziwnie podkrążone oczy, pobrudzona twarz i rozbiegany wzrok. Do tego ma tak przerażający uśmiech wykrzywiający jego twarz w nienaturalnym grymasie. Może jest chory?

― Co tu robisz? ― Pytam, bo głupio siedzieć tak w ciszy. ― Las to nie miejsce dla dzieci.

― Co więc robisz tutaj ty? ― Prycha.

Twarz chłopca przybiera teraz nieco wrogi wyraz. Marszczy delikatnie brwi, a usta tworzą łuk przypominający podkowę.

― Zgubiłem się… ― Odpowiadam rozglądając się nerwowo na boki. ― Nie mogę znaleźć mamusi.

Kiedy chcę coś jeszcze dodać, spostrzegam, że chłopiec ma zamiar coś powiedzieć, ale nie słyszę go. Zaczyna uderzać o tafle mącąc wodę. On jest tam uwięziony! Czym prędzej sięgam aby go wyciągnąć. Nagle śliskie błoto na brzegu daje o sobie znać, a ja tracę równowagę, po czym zderzam się boleśnie z lodowatą wodą.

Przez ułamek sekundy łapie mnie panika i zaczynam się szamotać, lecz po chwili przestaję. Tu jest tak cicho. Otaczający mnie chłód wprawia moje ciało i umysł w stan spokoju. Nie boję się już. Czy właśnie tak mam umrzeć? Wśród bagnistych wód jeziora? Chcę umrzeć, zaznać ukojenia. Widzę jak Śmierć podąża ku mnie, ciągnąc za sobą czarną pelerynę utkaną z dusz potępionych, przecina zmętniałą wodę potężną kosą. Chcę, aby wzięła mnie w ramiona, aby odprowadziła na koniec drogi jaką jest życie. Nie lękam się. Gdzieś tam, w innym świecie dosiądę czarnego ogiera i poprowadzę armię do walki jako dowódca. Rozkoszując się tą myślą, sennie zamykam oczy…

Czuję ból. Promieniuje na całym ciele. Przypominam sobie coś. Panna w czarnej szacie odłożyła mnie na brzeg z lekkim uśmiechem. Poruszyłeś nawet śmierć, to jeszcze nie twój czas ― rzekła ze łzami w ciemnych jak węgiel oczach. Siadam wciąż lekko oszołomiony, zerkam na jezioro. Chłopczyk uśmiecha się w moją stronę, po czym wstaje i oddala się. Ja też odwracam głowę i idę do lasu.

Siadam na małej polanie. Coś przemknęło przed mymi oczami, a po chwili zatrzymało się, świdrując moją osobę wzrokiem. Jakże przedziwne było to stworzenie. Było podobne do gargulca, ale nie miało cielesnej postaci. Przypominało czarną mgłę, unoszącą się parę centymetrów nad ziemią. A może to zbłąkana dusza tego lasu? Słyszę szelest za sobą. Odwracam głowę i to, co widzę, sprawia, iż osuwam się na ziemię, blednąc. Kobieta, zjawa w postrzępionej sukni ślubnej spoglądała na mnie pustym wzrokiem. Jakby z

chwilą śmierci straciły cały swój blask. Jeden policzek, całkowicie wyrwany stanowił pożywkę dla leśnego robactwa, a spod dziury w materiale prześwitywały nagie żebra. Widząc przerażenie w oczach dziecka, jakim byłem ja, uśmiecha się delikatnie. Musiała za życia być bardzo piękna. Gargulec podchodzi do niej łasząc się do wychudzonych nóg panny młodej. Ta tylko zerka na niego z miłością i głaszcze. Po policzku spływa mi łza. Jak tak dobrej istocie mógł przydarzyć się tak smutny los? Rzadko płaczę, ale ta scena poruszyła nawet tak zimne serce, jak moje. Przez całe życie kochałem tylko matkę. Zrozumiałem jednak podczas pobytu w lesie, że otaczają mnie też inne życzliwe istoty; chłopiec, Strojnisia, Śmierć, Kobieta, Gargulec. Dlaczego tak bardzo zamykamy się na innych? Mamusia była przy mnie zawsze, więc uznałem, że tylko ona nigdy mnie nie opuści. Czasem każdy zamyka swe serce na innych. Nie miałem przyjaciół, aż do tego momentu.

― Pobawicie się ze mną? ― Odezwałem się cichutko. ― Jestem samotny.

Spojrzeli na mnie, szeroko się uśmiechając. Fala ciepła zalała moje serce, a wtedy i ja po raz pierwszy od roku, szczerze odwzajemniam ten gest. Obojętność trawiąca mnie od środka przepadła.

― Gdy następnym razem nas odwiedzisz. ― Odparła dźwięcznie i miękko.

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zjawy rozpłynęły się w powietrzu. Nieco przygnębiony odchodzę więc z tego miejsca.


Po niedługim marszu dostrzegam coś. Niedaleko mnie, na starym dębie ktoś wisi. Z zaciekawieniem podchodzę powolutku w tym kierunku. Ten ktoś żyje, szamocząc się, z desperacją łapiąc oddech, co uniemożliwia pętla zrobiona ze zwiniętej chusty na szyi. Przechylam głowę na bok. Dostrzegam, kim jest ów wisielec i zalewa mnie fala radości!

― Mamusiu! ― Wołam.

Matka z nienaturalnie rozszerzonymi oczyma łapie za pętlę i odciąga ją od krtani, aby następnie powiedzieć:

― Pomocy ― wyszeptała te słowa bardzo cicho.

Zaśmiałem się z miny, jaką przy tym robiła, była całkiem zabawna. Zrobiłem więc zeza w rewanżu.

― Nie, zostaniesz ze mną na zawsze! ― uśmiechnąłem się nienaturalnie. ― Tutaj, mamo, w tym lesie.

Kobieta ostatkiem sił zaczęła płakać, a po chwili wszystkie ruchy jej ciała ustały. To koniec, nie żyje. Podchodzę do drzewa, wspinam się na nie, a następnie odwiązuję chustę. Ciało spada.

― A teraz pobaw się ze mną ― chichoczę w reakcji na dziwną pozycję, w jakiej martwa leżała na ziemi.

Podchodzę do niej. To dopiero początek gry. Śmierć ma mnie w opiece, nie lękam się więc, gdy…

Robi się coraz ciemniej…

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę