Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Eksperyment

Weronika Fiorek

— Jak ja nienawidzę takich wycieczek — warknęła Sara. Stała wraz ze swoimi koleżankami, Darią i Niką, oraz resztą klasy w korytarzu prowadzącym do wnętrza bazy polskich żołnierzy z czasów drugiej wojny światowej. Z doświadczenia wiedziała, że tego typu wyjścia z klasą są nudne jak lekcje jej nauczyciela historii.

— Lepsze to niż sprawdzian z biologii — stwierdziła Nika, wzruszając ramionami.

W tym momencie do grupy podeszła kobieta w średnim wieku, z włosami związanymi w kok i surowym spojrzeniem.

— Witajcie, moi drodzy — zaczęła. — Dzisiaj oprowadzę was po…

— O nie, nigdzie z nią nie pójdę — stwierdziła buntowniczo Sara.

— Masz lepszy pomysł? — spytała Daria.

— Tak, żebyś wiedziała, że mam.

Przewodniczka skończyła mówić i ruszyła korytarzem, szła tak szybko, że klasa prawie za nią biegła. Nikt nie zauważył, kiedy trzy uczennice schowały się za tablicą informacyjną.

— Mamy spokój — uśmiechnęła się Nika. — Lepiej idźmy stąd, trzy dziewczyny w naszym wieku przebywające tu z własnej woli to pewnie niecodzienny widok, jeszcze ktoś się nami zainteresuje.

Dziewczyny bez określonego celu włóczyły się po bunkrze, raz prawie wpadły na swoją klasę. Jak najszybciej pobiegły w przeciwną stronę, mijając dwóch mężczyzn, zbyt zaczytanych w dokumentach, by zauważyć biegnące jak wariatki przyjaciółki. Jednemu z nich coś wypadło z kieszeni.

— Proszę pana, coś pan zgubił! — krzyknęła za nim Daria, ale nie zwrócił na nią uwagi. Podniosła przedmiot z ziemi. Był to srebrny pierścionek z orłem.

— Z reguły biżuterię nosi się na sobie, a nie schowaną w kieszeniach — mruknęła do koleżanek. — Może oddamy to komuś z personelu, gdyby ten koleś po to wrócił, mógłby odebrać zgubę.

— Lepiej to zwróćmy pod koniec wycieczki. Nie chcę szukać jakiegoś pracownika i znowu się spotkać z tą przewodniczką — powiedziała Sara.

Jej prośba nie została jednak wysłuchana i po dziesięciu minutach znowu uciekały w szaleńczym tempie.

— Uwzięli się na nas?! — wydyszała Daria, gdy zatrzymały się na chwilę, by odetchnąć.

— Nie mam tak samobójczych zapędów, by ich o to spytać. Schowajmy się tutaj — Nika, słysząc zbliżające się kroki, rzuciła się na klamkę drzwi z napisem „Tylko dla personelu”. Drzwi zaskakująco łatwo ustąpiły i dziewczyny niespodziewanie wpadły do jakiegoś pokoju.

Znalazły się w dużym pomieszczeniu, zapełnionym szafkami z dokumentami, biurkami i zakurzonym, zaniedbanym sprzętem laboratoryjnym. Ściany musiały być wyciszone, ponieważ z zewnątrz nie dochodził żaden dźwięk.

— Łał, jak sądzicie, wszędzie za drzwiami z zakazem wchodzenia można znaleźć takie laboratorium? — spytała podekscytowana Daria.

— Nie można, notorycznie łażę tam, gdzie nie wolno i pierwszy raz coś takiego widzę — mruknęła Nika.

— Być może jest to laboratorium z czasów drugiej wojny światowej, nikt normalny nie pracowałby w tak… zapuszczonym miejscu, mając do dyspozycji lepsze pracownie — myślała na głos Sara. — Skoro nie udostępniono go zwiedzającym, może być bardzo ważne albo jest tu coś, czego nie powinnyśmy oglądać. Koniecznie musimy się wszystkiemu przyjrzeć.

— Czekaj — wstrzymała ją Nika. — Nie wydaje ci się to dziwne? Wchodzisz do takiego pokoju, myśląc, że znajdziesz tam mopa i wiadro, a tu pracownia. Bardzo stara pracownia. Gdybyś chciała mieć pewność, że nikt tam nie wejdzie oprócz ciebie i twoich współpracowników, zostawiłabyś wejście prawie na widoku? Ja na pewno nie i też zamierzam się rozglądać. Ciekawe komu jest potrzebny ten pokój.

Ruszyła do jednej z szafek i przyjrzała się dokumentom. Jej przyjaciółki rzuciły się na sprzęt laboratoryjny i udawały szalonych naukowców. W porównaniu z nimi Nika była o wiele bardziej poważna. Niewiele mogła wyczytać z przeglądanych papierów. Litery były wyblakłe, oprócz tekstu mogła jeszcze obejrzeć wzory i schematy zajmujące parę stron, ale niewiele z nich rozumiała. Odłożyła dokumenty i rozejrzała się. Dziewczyny zawzięcie dyskutowały, która powinna pierwsza użyć kolekcji probówek. Wtedy Nika zwróciła uwagę na przedmiot leżący koło probówek: srebrny rewolwer.

— Co to tu robi? Raczej nie leży tu dla ozdoby.

— Też się nad tym zastanawiam — wzruszyła ramionami Daria. — Może do obrony przed zmutowanymi szczurami laboratoryjnymi.

— Bardzo śmieszne.

Nika przeszła do innej szafki i przejrzała jej zawartość. Uwagę dziewczyny przykuła mała książka oprawiona w skórę. Wyróżniała się wśród góry szarego papieru. Sięgnęła po dzieło, podnosząc je, usłyszała głośne kliknięcie, po którym w całym pokoju rozległo się tykanie. Po drugiej stronie pomieszczenia pojawiły się drzwi. Zaskoczona Nika z niezbyt inteligentną miną i książką w ręce patrzyła na przeciwległą ścianę, która jeszcze przed chwilą była pusta.

— Jak to zrobiłaś?! — wykrzyknęła Sara. Ona i Daria również zaskoczone obserwowały drzwi.

— Nie mam pojęcia — wyznała Nika.

— Przez twoją miłość do papieru znalazłyśmy kolejny pokój! — Sara podeszła do szafki i przyjrzała się półce. — Ta książka stała na płytce, gdy ją podniosłaś musiałaś aktywować jakiś mechanizm.

— Istnieją mechanizmy powodujące pojawianie się drzwi w solidnie wyglądającej ścianie? — wtrąciła się Daria.

— Mnie pytasz? — zdenerwowała się Sara. — Ja nie jestem specjalistą, by wiedzieć, mówię jak jest. Nika sprawiła, że pojawiło się wejście, więcej ci nie powiem.

— Mogłabyś schować to do twojej torby? — spytała Nika Sarę, podając jej książkę.

— No dobrze, ale dlaczego? — spytała dziewczyna, chowając przedmiot do torby.

— To chyba jakiś dziennik, chciałabym go później przeczytać.

Przyjaciółki jeszcze przez chwilę obserwowały drzwi, zastanawiając się, co za nimi jest.

— Wchodzimy tam? — spytała Daria.

— Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł — wyznała Sara. — Wejście tutaj nie było zbyt pilnie strzeżone, ale to… Ktoś się mocno przyłożył. Z drugiej strony nie mogłabym spać w nocy, gdybym zrezygnowała i zatrzymała się na tym pokoju.

— Mam tak samo — westchnęła Daria. — Dobra, chodźmy.

Ona i Sara podeszły do drzwi. Nika nie była pewna, czy chce to zrobić, obawiała się jeszcze bardziej niż przyjaciółki. Od samego początku stopniowo rosło w niej przekonanie, że powinny stąd jak najszybciej odejść, ale dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę. W końcu podjęła decyzję i podeszła do koleżanek. Nacisnęła klamkę, która w przeciwieństwie do poprzedniej nie ustąpiła tak łatwo. Drzwi powoli otworzyły się, głośno skrzypiąc.

— Odsuńcie się — rozkazała Nika. Zaczęła odczuwać coś bliskiego panice, ale kompletnie nie była w stanie wyjaśnić sobie, czego tak się obawia.

Ujrzały ciemny pokój, oświetlony jedynie niezbyt dużą lampą dającą mało światła. Niewiele było widać, ale pomieszczenie wydawało się puste. Jednak dziewczyny nadal stały napięte jak struna i nasłuchiwały.

— Chyba nic tu nie ma, słabo widać. Nie wiem jak wy, ale wolę nie podchodzić bliżej — przerwała milczenie Sara.

— W takim razie po co ktoś… — zaczęła Sara.

Nagle usłyszały warknięcie, ostatni dźwięk, jakiego się spodziewały. Już prędzej wróżek albo żywych trupów, ale nie tego. Gwałtownie się cofnęły. Z ciemności wyłoniła się jedna łapa, potem druga, a za nimi wielki łeb wilka. Bestia obserwowała dziewczyny czerwonymi, dzikimi oczyma. Przyjaciółki nie miały odwagi, by zrobić cokolwiek, tym bardziej, że gdyby krzyczały o pomoc, nikt by ich nie usłyszał. Zwierzę stanęło na dwóch łapach, prawie sięgając sufitu. Jedno było pewne, to na pewno nie był zwykły wilk. Ruszył do ataku.

Koleżanki ledwo uskoczyły przed bestią, która poruszała się niesamowicie szybko. Jej pazury prawie zniszczyły twarz Darii, która w porę pochyliła głowę. Potwór szybko odwrócił się w ich stronę, ale nie zaatakował od razu. Obserwował je i zastanawiał się, jak szybko uda mu się je wykończyć.

— Sara, spójrz — szepnęła Nika. — Ten rewolwer wylądowałby obok ciebie, gdyby to coś wpadło na stół.

— Wiem, i…

Nie udało jej się dokończyć. Potwór rzucił się na nie po raz drugi. Tym razem dziewczyny wiedziały, czego się spodziewać, ale i tak niewiele dzieliło je od krwawej jatki. Wilk odbił się od stołu i wylądował po drugiej stronie pokoju, wywracając mebel. Rewolwer znalazł się na ziemi wśród roztrzaskanych probówek. Sara szybko sięgnęła po broń i wycelowała w zwierzę. Zawsze myślała, że ciężko będzie jej celować bronią lub zabić jakąkolwiek żyjącą istotę, ale zdała sobie teraz sprawę, że ten potwór nie miałby nic przeciwko wykończeniu jej i wyrzuty sumienia dziewczyny wyparowały.

Jednak okazało się, że nie musiała nic robić, wilk na widok broni zaskomlał i wycofał do swojej kryjówki. Musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tego, co się stanie, jeśli dziewczyna naciśnie spust. Daria zatrzasnęła za nim drzwi, a Nika położyła coś ciężkiego na płytki. Drzwi zaczęły znikać. Kiedy tylko ściana znów była pusta, przyjaciółki wybiegły z laboratorium, nie zastanawiając się, czy ktoś jest na zewnątrz. W tamtej chwili strach był silniejszy. Sara tuż przy wyjściu rzuciła rewolwer w kąt pomieszczenia.

Miały szczęście, nikt nie przechodził korytarzem, kiedy wybiegały. Przemierzyły kilkanaście metrów i na końcu korytarza znalazły remontowaną toaletę, do której nikt nie wchodził. Była świetną kryjówką. Wbiegły do niej i usiadły na podłodze, nic nie mówiąc. Emocje zaczęły opadać.

— Co to, kurka, było? — zapytała w miarę spokojnie Sara, chociaż jej ręce jeszcze się trzęsły.

— Myślę, że jest coś, co może nam odpowiedzieć na to pytanie — oświadczyła Nika.

Sara bez słowa podała jej dziennik. Nika przewertowała czyjeś wspomnienia, szukając informacji o właścicielu.

— Ten dziennik należał do jakiegoś naukowca. Nie znalazłam jego nazwiska, ale pisze o tym, co robił przed wojną, że martwi się o żonę i synka, o przyjaciołach którzy zginęli… — jej uwagę zwróciła jedna z ostatnich zapisanych stron. — On tu coś pisze o jakimś eksperymencie, ale… Przeczytam wam.


15 września 1941 roku

Udało nam się sprowadzić tu człowieka dotkniętego likantropią, chodzi o prawdziwe wilkołactwo. Piotr miał rację, gdyby nie odszedł tak szybko, moglibyśmy razem kontynuować jego badania. Niestety, mam tylko część jego notatek, reszta zniknęła. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że nie trafiły w niepowołane ręce. Mimo to mam większość potrzebnych informacji. Udało mi się stworzyć szczepionkę, która utrzyma tego człowieka w jego zwierzęcej postaci.

Jeśli się uda, wykonamy zabieg na kilku innych osobach. Obserwujemy innych podejrzanych o wilkołactwo. Gdyby się udało, stworzylibyśmy broń doskonałą. Wróg nie dałby rady z armią wilkołaków, one reagują tylko na srebro.

Być może nie wpadłbym na to, gdyby nie Piotr. Właściwie to on to zaczął, a ja to skończę. Zawsze widział więcej niż inni, prowadził dokładne badania i odkrył sekret strzeżony od wieków. Niestety zbyt zwracał na siebie uwagę. Ja zawsze pracowałem w cieniu i dlatego jeszcze żyję. Pewnie długo nie będę cieszyć się tym życiem, jednak najważniejsze, by moja rodzina mogła doczekać wolności. Dla nich warto. I dla Piotra. Jego praca nie pójdzie na marne, choćbym miał zginąć.


— Jest jeszcze jeden, ostatni zapis — powiedziała Nika. Po przeczytaniu ostatniego fragmentu miała załzawione oczy.


20 września 1941 roku

Udało się. Źle się czuję, rujnując temu człowiekowi życie, nawet nie znam jego nazwiska, jednak nie mam wielkiego wyboru.

Czuję, że zbliża się mój koniec. Niby nikogo nie widzę, ale wiem, że mnie obserwują. Nie jestem tylko pewny kto: Niemcy, do których trafiły zaginione notatki Piotra, czy polscy żołnierze, którzy nie mają do mnie zaufania. Nie obchodzi mnie to. W tej chwili liczy się dla mnie tylko to, by rodzina była bezpieczna. Udało mi się ich ukryć, powiedziałem, że dołączę do nich, jak tylko będę mógł. Jeszcze nie wiedzą, że widzieliśmy się ostatni raz. Przekazałem synowi ostatnią pamiątkę po mnie: pierścień z orłem. Mam nadzieję, że uwierzy, że działałem w słusznej sprawie.

Postaram się komuś zaufanemu przekazać moje badania i notatki. Nie wszystko jeszcze stracone, ale muszę się spieszyć.


— To wszystko — powiedziała Nika, nie mogąc powstrzymać łez.

— Przecież on wcale nie musiał umrzeć, być może wrócił do rodziny i nie pisał dalej dziennika. Mógł przeżyć… — powiedziała Daria, ale wszystkie dobrze wiedziały, że mężczyzna umarł. Przez chwilę siedziały w ciszy, próbując się uspokoić.

— Ten wilkołak… — zaczęła Nika.

— Pewnie niedługo umrze — dopowiedziała Sara. — Wyobraźcie sobie, jak to jest, ktoś niszczy ci życie na marne. Myślę, że ten pistolet musiał mieć naboje ze srebra, a potwór to wyczuł.

— Nie udało mu się nas zabić tylko dlatego, że był stary, inaczej pewnie zostałybyśmy jego obiadem — stwierdziła Nika. — Czyli naukowcowi nie udało się przekazać notatek…

— Wspomniał coś o pierścieniu z orłem, tak sobie myślę… — powiedziała Sara. — Może ten, kto go zgubił, to wnuk tego naukowca. Mógł dostać pierścień po swoim ojcu, a teraz kręci się tutaj, bo szuka swojego dziadka. A ten drugi mężczyzna, który mu towarzyszył, może być jego bratem.

— Istnieje taka opcja — westchnęła Nika. — Wyobraźcie sobie, jak to jest być na miejscu tego chłopca, któremu tata obiecał, że wróci, ale nigdy się nie doczekał spotkania z nim… — spojrzała na zegarek. — Już czas poszukać naszej klasy.

Dziewczyny podniosły się z podłogi i wyszły. Nie obchodziło ich w tej chwili, czy ktoś je przyłapie na włóczeniu się, dlatego szły spokojnie w stronę wyjścia.

— Dalej nie daje mi spokoju kwestia tych drzwi na widoku — wyznała Nika. — Przecież to…

— Bardziej przemyślane niż się wydaje — przerwał jej kobiecy głos.

Odwróciły się gwałtownie. Za nimi stała przewodniczka, ale jej spojrzenie nie było surowe tak jak wtedy, gdy zobaczyły ją po raz pierwszy.

— Wasza klasa jest teraz zajęta oglądaniem wystawy. Nikt nie zauważył, że was nie ma. Musimy porozmawiać. Chodźcie za mną.

Ruszyła przez korytarz, nie oglądając się za siebie. Dziewczynom pozostało tylko ruszyć za nią i zastanawiać się, jak wielkie mają kłopoty. Po przejściu wielu drzwi, korytarzy i schodów trafiły do pokoju wyglądającego na gabinet. Przewodniczka usiadła za starym, dębowym biurkiem.

— Co chcecie wiedzieć? — spytała.

— Chwila, nie rozumiem. O czym mamy chcieć wiedzieć? — spytała Nika.

— Wiem, gdzie byłyście.

— Na pani miejscu bym nas zlikwidowała, pewnie nikt oprócz wybranych osób nie powinien wiedzieć o pracowni i jej małym, dzikim lokatorze.

— Cóż, prawda jest taka — zaczęła kobieta — że odkryliśmy to miejsce niedawno i odpowiednie służby nie mają o nim pojęcia. Wolimy najpierw przeprowadzić badania, zanim powiemy komukolwiek o naszym odkryciu. Wy nic nikomu nie powiecie, my zostawimy was w spokoju. Skoro już znacie naszą tajemnicę, mogę wam przynajmniej opowiedzieć trochę więcej. Udzielając odpowiedzi na twoje pierwsze pytanie — zwróciła się do Niki — drzwi nie może zobaczyć ten, kto nie ma odpowiedniego klucza.

— Jak to? — spytała dziewczyna. — My nie mamy żadnego klucza.

— Macie… to pierścień. Ten naukowiec wymyślił coś, o czym nie napisał w dzienniku, chodzi o kamuflaż jego pracowni. Tylko mając pierścień, można zobaczyć drzwi. On był geniuszem, wykorzystał technologię wyprzedzającą nawet współczesną, która zaginęła razem z jego śmiercią.

— Jak nazywał się naukowiec, czy są tu jego wnukowie i kim był Piotr?

— Wynalazca nazywał się Adam Bielecki… Tak, jego wnukowie są tutaj, a Piotr Dobrzański był świetnym naukowcem, od którego wszystko się zaczęło. Nie znamy przyczyny ani okoliczności jego śmierci.

— Czy znaleźliście ciało Adama Bieleckiego? — Daria zadała pytanie nękające dziewczyny od samego początku.

— Szukamy go. Podejrzewamy, że został pochowany w zbiorowej mogile.

— Urządzicie mu pogrzeb?

— Tak, jeśli go znajdziemy.

— Chyba nie mamy więcej pytań — uznała Sara.

— Dobrze, została jeszcze jedna sprawa

Dziewczyny spojrzały na nią pytająco.

— Musicie obiecać, że nikomu nic nie powiecie.

Nie miały wielkiego wyboru.

— Obiecujemy.

(Nie taka) pechowa historia

Gabriela Kűster

Klara ma ciągłego pecha. To przypali sobie włosy, prostując je, to zostanie ochlapana błotem z kałuży przez pędzący samochód. Pewnego dnia spóźnia się na autobus, mający zawieźć ją do szkoły. Zrezygnowana postanawia opuścić ten jeden dzień lekcji i udaje się do pobliskiego parku. Tam, kręcąc się samotnie na karuzeli, dostrzega w oddali oślepiający błysk. Wbrew wszystkim złym przeczuciom postanawia sprawdzić, co to takiego.

Pełna sprzecznych myśli, udaje się, by zobaczyć błyszczące „coś”. Przytrzymując jedną ręką torbę z książkami, drugą podnosi z ziemi drobną zdobycz. Przygląda jej się. Po chwili już wie, co trzyma. Na dłoniach Klary spoczywa pierścień z orłem. Jest olśniewający. Orli motyw, wygrawerowany z ogromną precyzją, zapiera dech w piersiach. Sam pierścień wykonany jest ze złota. Dziewczyna nie może nadziwić się, że to właśnie ona, taki pechowiec, znalazła tak piękną biżuterię. Z blaskiem w zielonych oczach Klara wsuwa pierścień na serdeczny palec lewej dłoni. W tym momencie, w oddali, daje się słyszeć króciutka, ale jakże magiczna i pasująca do sytuacji, melodia. Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się, skąd mógł pochodzić ten dźwięk, lecz wokół niej nie ma nikogo — w parku panuje zupełna pustka. Sytuacja, która miała przed chwilą miejsce, wywołała w brunetce poczucie strachu. Na jej skórze pojawiła się gęsia skórka.

— Na pewno się przesłyszałam — powiedziała do siebie, lekko się uśmiechając. — No nic. Wracam do domu.

Przechodząc przez park, cały czas wpatrywała się w złoty pierścień. Gdy weszła już na chodnik, prowadzący do jej domu, pierścionek odbił światło słoneczne tak, że padało na oczy dziewczyny. Zdezorientowana nagłym oślepieniem, potknęła się o wystającą płytę chodnikową i upadła na ziemię. Chwilę trwało, za nim poznała miejsce, w którym się znajdowała…

— Pomogę ci.

Klara z trudem chwyciła wyciągniętą w jej stronę dłoń.

— Dziękuję. Zawsze mam takie… szczęście. Potrafię wywrócić się nawet na prostej drodze — wytłumaczyła się i dopiero teraz dostrzegła osobę, która jej pomogła. Przed Klarą stał chłopak, mniej więcej jej wzrostu, z czarnymi włosami i niebieskimi oczyma.

— Nic się nie stało. A ta droga wcale nie jest taka prosta — powiedział przystojniak i wskazał palcem wystającą płytę chodnikową, po czym dodał. — W gruncie rzeczy dobrze, że spadłaś na chodnik, niż tam. Klara spojrzała w miejsce, które wskazywał chłopak. Jej oczom ukazała się studzienka, do której łatwo można by wpaść, ale już nie tak łatwo się wydostać.

— Dominik — przedstawił się chłopak, podając dziewczynie dłoń.

— Klara — brunetka uścisnęła dłoń szatyna.

Nastolatkowie stali przez chwilę w niezręcznej ciszy. Żadne z nich nie potrafiło poprowadzić dalej rozmowy. W jednej chwili, w tle, znów dała się słyszeć krótka melodia.

— Co to było? — zapytał Dominik.

— Też to słyszałeś? — spytała zdziwiona Klara. — Nie wiem. Taki sam dźwięk usłyszałam kilka chwil temu w parku, gdy znalazłam to… — dziewczyna pokazała mu pierścionek z orłem.

— Magia?

— Nie bądź śmieszny. Nie wierzę w czary.

Klara spojrzała chłopakowi w oczy. Ostatnie słowa wypowiedziała z lekką nutką zastanowienia. Czy to możliwe, że Dominik miał rację?

— Chodźmy stąd — powiedział chłopak i ruszył przed siebie.

Nagle dało się słyszeć pełen bólu krzyk dziewczyny.

— Nie mogę chodzić! Chyba skręciłam kostkę — oznajmiła, wspierając się na ramieniu chłopaka, który natychmiast znalazł się obok niej.

— Pokaż. Zajmę się tym — ni stąd ni zowąd pojawiła się kobieta średniego wzrostu z małą walizeczką. Miała jasne włosy, zielone, spoglądające zza okularów, oczy i piegi na twarzy. Ubrana była w białą sukienkę, a na nogach miała kremowe trampki. Jednym słowem: wzbudziła niemałe zaskoczenie.

— O nic nie pytajcie. Wiem, co robić — powiedziała pewna siebie blondynka i otworzyła walizeczkę. Oczom nastolatków ukazał się malutki gabinet lekarski, składający się z biurka, niezliczonej ilości szafek i, co najważniejsze, z bardzo małych, wydawać by się mogło służących do zabawy, buteleczek z różnymi specyfikami.

Nie da się opisać, w jakim szoku pozostawali Klara i Dominik, gdy tajemnicza kobieta wyciągnęła z szafeczki tabletki przeciwbólowe, które przybrały swoje prawdziwe rozmiary. Co dziwne, zadaniem Klary nie było połknięcie leku. Dziewczyna miała delikatnie masować tabletkami bolące miejsce.

— Ale…

— Prosiłam, żebyście o nic nie pytali. Rozumiem, że to wszystko może wydawać się wam dziwne, ale o nic nie pytajcie — kobieta ponowiła swoją prośbę, wciąż wpatrując się w kostkę brunetki. Po chwili stała się zaskakująca rzecz: tabletki, którymi Klara masowała skręconą kostkę, rozpuściły się i spłynęły po jej butach, a miejsce, w którym jeszcze przed chwilą widać było opuchliznę, było teraz nienaruszone. Nastolatkowie z otwartymi ustami wpatrywali się w kobietę. Wystarczyło tylko jedno mrugnięcie oka, by blondynka mogła rozpłynąć się w powietrzu.

Dominik spojrzał na Klarę.

— Mówiłaś, że nie wierzysz w czary, więc, bardzo cię proszę, wytłumacz mi to, co się przed chwilą stało — wyszeptał chłopak, przeczesując palcami swoje ciemne włosy.

Dziewczyna spuściła wzrok. Nie umiała opisać swoich uczuć. Wydawało jej się, że przestraszyła ją ta cała sytuacja, a chwilę potem czuła radość i ulgę, ponieważ, kimkolwiek była tamta kobieta, wyleczyła jej kostkę. Właśnie — kostka! Brunetka zrobiła jeden krok przed siebie. Nic nie poczuła. Ani jednego drobnego uścisku czy innego bólu. Spojrzała na Dominika, który wydawał się być jeszcze bardziej oszołomiony niż przedtem.

— Nie mów mi, że już cię nie boli.

Klara pokręciła głową.

— Świetnie! Jeszcze tylko brakuje jednorożców i kolorowego deszczu! — wykrzyknął chłopak, łapiąc się za głowę.

Nagle w oddali znów dało się słyszeć tajemniczą melodię. Przez ciała nastolatków przeszedł dreszcz.

— Może lepiej będzie jak już pójdziemy do naszych domów i zapomnimy o tym wszystkim, co ty na to? — zapytała Klara, przeczesując dłonią włosy.

Szatyn spojrzał na pierścień, znajdujący się na palcu dziewczyny.

— Skąd to masz? — spytał.

— Znalazłam go w parku, przecież już ci mówiłam. Bardzo mi się podoba, ale jakoś teraz czuję się z nim nieswojo… No wiesz…

— Rozumiem, ale ty przecież nie wierzysz w magię.

— A czy ja mówię teraz o jakichś czarach?!

Chłopak wzdrygnął się delikatnie, słysząc uniesiony głos towarzyszki. Spojrzał na Klarę. Wyglądała co najmniej… dziwnie. Przez moment mogło się nawet wydawać, że dziewczyna stała się posągiem. Była blada, nie ruszała się i wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt, znajdujący się nad Dominikiem. Oznaką tego, że brunetka jest żywa, była jedynie unosząca się i opadająca gwałtownie klatka piersiowa. Dominik odwrócił się… i momentalnie zbladł. Jego oczom ukazała się dwumetrowa, umięśniona i wytatuowana postać. Oczywiście, nie byłoby w tym nic dziwnego, wiele jest takich osób… gdyby nie to, że nie był to człowiek. Był to ptak, a dokładniej rzecz ujmując — orzeł. O dziwo miał na nodze taki sam pierścień, jaki znalazła Klara.

Nie trzeba chyba mówić, że strach Klary i Dominika był ogromny. Co najdziwniejsze, orzeł ten był nieruchomy, wpatrywał się przed siebie i wyglądał na wystraszonego. Zupełnie jak dziewczyna, stojąca naprzeciwko.

— Jeśli okaże się, że możesz sterować… tym czymś… to obiecuję: ucieknę tak szybko, że nawet nie zauważysz — oznajmił drżącym głosem szatyn.

Klara delikatnie ruszyła palcem z pierścieniem i zrobiła krok do przodu. Nie upłynęła minuta, a orzeł powtórzył tę czynność.

— Nara! — krzyknął Dominik i już chciał odchodzić, gdy brunetka chwyciła go za ramię i przyciągnęła do siebie.

— Jeśli mnie teraz zostawisz to osobiście rozkażę temu czemuś skopać ci tyłek — wyszeptała groźnie dziewczyna, wskazując na ogromne zwierzę, które swoim skrzydłem również trzymało chłopaka za ramię.

— Ech! No dobra, nich ci będzie — powiedział zrezygnowany szatyn, po czym dodał. — Co zrobisz z tym?

Wzrok Klary powędrował na ptaka.

— Powiem mu, żeby odleciał.

— On nie wykonuje twoich słownych poleceń. Powtarza po tobie ruchy i tyle w temacie orła znikąd.

Fakt był faktem: by orzeł odleciał, Klara musiała zrobić to pierwsza.

— Czy to, że ogromny ptak pojawił się ni stąd ni zowąd i zupełnie nie wiem, jak go odesłać, zalicza się do pecha? — zapytała dziewczyna, będąc na skraju załamania. Dominik spojrzał na towarzyszkę, po czym spuścił wzrok.

— Świetnie! — zawołała brunetka, pocierając bezmyślnie pierścień.

Nagle zza pleców nastolatków wydobył się ogłuszający dźwięk. Jak na zawołanie oboje się odwrócili, zatykając przy tym uszy. Jednak nie zauważyli za sobą nikogo ani niczego, co zagłuszyłoby ich przemyślenia. Znów zwrócili się twarzami w stronę orła. Lecz jego już nie było. Klara spojrzała w niebo. Zauważyła tylko jasny punkt, oddalający się coraz bardziej od ziemi. Oszołomieni, spojrzeli na siebie i wybuchnęli niekontrolowanym, nerwowym śmiechem.

Gdy już się uspokoili, Dominik podszedł do Klary i przytulił ją.

— A to za co? — zapytała zdziwiona brunetka.

— W sumie to za wszystko. A tak dokładniej… to za dzisiaj — gdyby nie to, że jesteś taka pechowa, nie przeżyłbym z tobą takiej wspaniałej, aczkolwiek zwariowanej i totalnie magicznej przygody.

— A ja, gdybym nie była tak pechowa, nie spotkałabym ciebie.

W tle znów zabrzmiała tajemnicza melodia, lecz tym razem była radośniejsza. Bo właśnie taka była rola pierścienia z orłem — pozwalał się odnaleźć ludziom, by ludzie mogli odnaleźć siebie i przeżyć coś szalenie niezwykłego.

Jak pies

Magdalena Socha

***

Znowu poniedziałek. Nienawidzę tego dnia tygodnia jak zresztą każdy. No cóż, trzeba wstać. Wygrzebałam się spod kołdry i założyłam swoje ulubione kapcie z kocimi uszami. Jakimś cudem doczołgałam się do łazienki, ogarnęłam i zeszłam do kuchni, gdzie czekała moja mama, która rozmawiała ze swoją koleżanką o tym, jakie to piękne futro kupiła sobie na wyprzedaży i starszy brat, Tomek. Jak zwykle jadł swoje ulubione płatki śniadaniowe, a na mnie czekały jeszcze ciepłe tosty. Zjadłam je w mgnieniu oka. Kiedy wychodziłam, minęłam w korytarzu tatę, który właśnie szykował się na swoje cotygodniowe polowanie.

— Pa, kochanie. Miłego dnia w szkole — powiedział.

— Dzięki — odparłam. Czekały mnie dziś trzy kartkówki i sprawdzian, więc raczej nic nie sprawi, że ten dzień będzie przyjemniejszy.

— Tylko nie zapomnij o projekcie! — odezwał się Tomek.

Zabrałam ze sobą zwój, leżący w kącie pokoju wraz z plecakiem i skierowałam się ku drzwiom wyjściowym. Na zewnątrz czekała już moja przyjaciółka Ola.

— Cześć Laura!

— Hej! — odpowiedziałam i razem ruszyłyśmy do szkoły. Ola wyglądała podejrzanie. Z początku wydawało mi się, że jest smutna, więc zaczęłam rozmowę.

— Coś się stało? — zapytałam.

— C-co? Aaa… Nie nic — odrzekła.

— No przecież widzę, że coś się stało. Mów — drążyłam.

— Rano uciekła Frida — powiedziała łamiącym głosem.

— Twój nowy szczeniak?

— Tak — odpowiedziała.

— Przykro mi — odparłam.

Potem nie odezwała się już ani słowem. Szkoda, że jej nowy psiak się zgubił. Mam nadzieję, że niedługo się znajdzie, bo nie lubię, kiedy moja przyjaciółka się smuci. Ciekawa jestem co się z nim stało.

Lekcje dłużyły się w nieskończoność. Ledwie doczekałam dzwonka. Wyszłam ze szkoły i postanowiłam pójść przez pobliski park. Świeże powietrze dobrze mi zrobi, bo dziś dużo się działo na zajęciach. Myślę, że kartkówki poszły mi jako tako. Najgorzej wypadła ta z matematyki. Nigdy nie byłam orłem z tego przedmiotu. Po szkole mieliśmy z rodziną zaplanować nasz wyjazd na wakacje. Tym razem miały to być góry. W końcu dotarłam do parku i zauważyłam na tablicy ogłoszeń plakat. Informował on, że do naszego miasta przyjedzie cyrk. Pomyślałam, że jeśli wybiorę się tam z Olą. To z pewnością poprawi jej się humor. Podchodząc do fontanny, zauważyłam, że na jej dnie leży jakiś pierścionek. Rozejrzałam się wokół. Nikogo nie było. Korzystając z okazji, wyciągnęłam rękę i wyłowiłam drobiazg. Miał on wygrawerowany wizerunek orła. Chcąc sprawdzić, czy mi pasuje, założyłam go na palec. Wtedy nagle świat zaczął wirować…

***

— Gdzie ja jestem? Zaraz… zaraz… Dlaczego wszystko jest takie duże?

Wtedy spojrzałam na swoje ręce, ale zamiast nich zastałam łapy poryte białą w brązowe łaty sierścią. Byłam przerażona. Nie miałam pojęcia, co mam zrobić. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to skierować się do pokoju, w którym znajdowało się jakiekolwiek lustro. Znalazłam je w najbliższym pomieszczeniu. Była to sypialnia z wyjściem na balkon. Jego centrum stanowiło wielkie łóżko, a zaraz przy nim stała dębowa szafa, na której wisiał obiekt moich poszukiwań. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Wyglądałam jak Frida, szczeniak Oli! Chyba pół godziny zastanawiałam się, co się ze mną dzieję. Czy to czasem nie jest tylko pozbawiony sensu sen. Nagle dotarło do mnie, że ktoś mnie woła. Poczułam, że za mną coś lub ktoś stoi.

— Tutaj jesteś! — usłyszałam.

Odwróciłam się i zobaczyłam przed sobą małego, czarnego pieska.

— Właśnie nadeszła pora śniadania i mama szuka cię po całym domu — dodał.

— Jakie śniadanie? Jaka mama? — zapytałam zdezorientowana.

— No nasza mama — odpowiedział. — Chodź, bo nic dla nas nie zostanie!

Nie zadając więcej pytań, po prostu poszłam za nim. Wyszliśmy razem z sypialni. Po drodze podziwiałam piękne obrazy wiszące na ścianach w korytarzu. Potem zeszliśmy po schodach. Kątem oka dostrzegłam, jedzącego w kuchni dużego psa w typie owczarka niemieckiego razem z biszkoptowym szczeniakiem. Nagle starszy przerwał i spojrzał w naszą stronę.

— Azor! Frida! Ile można na was czekać? Sara już prawie wszystko zjadła.

Wszyscy dokańczali jedzenie z wyjątkiem mnie. Ja zostałam z boku i przyglądałam się. W sumie kiedyś zastanawiałam się, jak może smakować karma dla psów, ale raczej nie odważyłabym się jej posmakować. Znudzona poszłam położyć się na fotelu w pokoju obok. Rozmyślałam nad tym, co zrobić, żeby wrócić do domu, jednak nic nie przychodziło mi do głowy. Postanowiłam zachowywać się jak pies i czekać na rozwój zdarzeń. Po kilkunastu minutach podeszła do mnie psia mama.

— Coś się stało, że nie zjadłaś śniadania? Boli cię brzuch? — spytała w swoim psim języku.

— Nie, nie… Po prostu nie mam ochoty — odparłam.

— Rozumiem, ale mam nadzieję, że szybko ci wróci apetyt — powiedziała.

Koło godziny 12.00 do mieszkania przyszli ludzie. Zapewne nasi właściciele. Ja akurat bawiłam się ze swoim kudłatym rodzeństwem. Daliśmy się ponieść szczenięcemu wigorowi i goniliśmy się po całym domu. Gdy się zmęczyliśmy, postanowiliśmy odpocząć. Wtedy usłyszałam rozmowę dobiegającą z kuchni. Właściciel rozmawiał przez telefon.

— …i muszę się ich pozbyć. Nie dam rady znaleźć dla wszystkich domu. Nikt nie weźmie jakiś zwykłych kundli. Ola chce tego w łaty? Ok, załatwione. Dobra zaraz wracam. Pójdę pozbyć się problemu.

Miałam nadzieję, że się przesłyszałam. Zanim zdążyłam ostrzec resztę psów, zobaczyłam jak ten wstrętny człowiek pakuje Azora i Sarę do worka! Bez namysłu ruszyłam w ich kierunku. Razem z mamą szczekałyśmy na niego nieustannie. Próbowałyśmy go nawet powalić na ziemię, ale okazał się silniejszy.

— Oszalałyście?! Zamknąć się! W tej chwili — krzyczał.

Wtedy wyszedł i zatrzasnął nam drzwi przed nosem. Mama skomląc skuliła się na swoim legowisku. Ja szybko wskoczyłam na parapet w salonie. Spojrzałam przez okno. Żałuję, że to zrobiłam. To, co się za nim działo, przerosło moje najśmielsze wyobrażenia. Ten właściciel, który uważa się za człowieka, przywiązał wielką cegłę do worka i wrzucił go do jeziora wraz z szamocącymi w środku szczeniakami! Bezbronne próbowały uciec z pułapki. Stałam tak, opierając się przednimi łapami o szybę. Najgorsza była bezsilność. Wstrząśnięta całym wydarzeniem postanowiłam położyć się obok mamy. Co ona teraz musiała czuć? Wtuliłam się w jej miękkie futro. Nagle do pokoju wszedł właściciel z… rodzicami Oli! Co oni mają wspólnego z tym wstrętnym człowiekiem? Tata mojej przyjaciółki kucnął przede mną. Za wszelką cenę starałam się mu wyrwać, jednak on wpakował mnie do kartonu. Potem nic nie widziałam. Udało mi się uwolnić dopiero w pokoju Oli.

— To pies! — krzyknęła.

— Tak. Wiemy, że zawsze o nim marzyłaś — powiedziała mama.

— Oh! Dziękuję! Jest śliczny!

Całe popołudnie spędziłam razem z dziewczyną, aż w końcu musiała wyjść z domu, ponieważ miała zajęcia dodatkowe na 17.00. W czasie jej nieobecności poczułam, że muszę załatwić potrzebę, lecz nie za bardzo miałam gdzie. W końcu nie wytrzymałam i opróżniłam pęcherz na dywan, którego na początku nie zauważyłam. Kiedy przyszła właścicielka, bardzo się zdenerwowała. Myślałam, że to koniec. Przypominałam sobie worek…

— Tomek! Zobacz, co ten szczeniak zrobił z dywanem! — krzyknęła.

— No co ja na to poradzę? Najwidoczniej nasza córka zapomniała go wyprowadzić — odparł.

— Masz się w go w tej chwili pozbyć! — powiedziała.

Jak rozkazała, tak zrobił. Ja niestety znowu nie zdążyłam uciec. Zabrał mnie do samochodu i wywiózł. Przywiązał mi jeden koniec sznurka do szyi a drugi do drzewa w pobliskim lesie. Zostawił tylko miskę wody i trochę jedzenia. Jestem ciekawa, na ile mi to wystarczy. Próbowałam uciec ostatkiem sił jednak bezskutecznie. Odjechał z piskiem opon i zostawił mnie samą. Jak na złość rozpadało się, więc zrobiło się zimno. Bardzo zimno. Teraz chyba wiem, co stało się z psiakiem mojej najlepszej przyjaciółki. Zwinęłam się w kulkę i zasnęłam.

***

Miałam nadzieję, że kiedy tym razem się obudzę, wrócę do normalnego życia. Szkoda, że właśnie tak się ono potoczyło. Tym razem byłam zamknięta w jakimś ciasnym pomieszczeniu. Pięć ścian i jedna metalowa kratka. Teraz tak wyglądał mój świat. Zza drutów mogłam dostrzec tylko przesuwające się obrazy. W pierwszej chwili pomyślałam, że jadę jakimś transportem i nie myliłam się. Skierowałam wzrok za siebie. Zauważyłam, że z moich pleców wystaje puchaty, rudy ogon z białym pędzlem. Nie miałam wątpliwości, co do tego, w co się teraz zmieniłam. Ciekawiło mnie tylko jedno. Co tym razem mnie czeka? Nagle pod sobą usłyszałam chrobot.

— Halo? Ktoś tu jest? — zapytałam.

— Oh. Cześć — odpowiedział ktoś cichym głosem. — Nazywam się Sally. A ty? — dodał.

— J-jestem Laura. Kim tak właściwie jesteś? — odparłam.

— Ja jestem szynszylą. Wiesz może dokąd zmierzamy? — zapytała zlękniona.

Właśnie w tej chwili kierujący środkiem transportu postanowił się zatrzymać.

— Myślę, że za chwilę się tego dowiemy — powiedziałam.

Poczułam, jak nagle ktoś zabiera mnie razem z klatką w kierunku jakiegoś budynku. Po jego prawej stronie rozpościerał się makabryczny widok. Na środku trawnika leżała sterta, obdartych ze skóry, zwierzęcych zwłok. Głownie norek, szynszyli i… lisów! Nagle serce zaczęło mi szybciej bić. Chciałam jak najszybciej wydostać się z tej przeklętej klatki! Tylko jak!? Jacyś ludzie zanieśli mnie i Sally do wielkiej hali i znowu nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przede mną rozciągały się rzędy małych klatek z żywymi stworzeniami wewnątrz. Do jednej z nich trafiłam ja, a zaraz obok mnie moja towarzyszka.

— Witamy w fermie zwierząt futerkowych! — odezwał się głos z klatki po mojej lewej stronie.

Znajdowała się w niej norka. Miała bardzo zaniedbaną sierść. Była matowa, zmierzwiona i pokryta pchłami. Na jej tylniej łapie znajdowała się niemała rana, z której sączyła się krew i ropa.

— Nazywam się Borys — dopowiedziała. — Widzę, że moją nową sąsiadką jest piękny okaz lisa pospolitego.

— Skoro jestem nowa, to co się stało ze starą? — spytałam.

— Uwierz mi, nie chcesz wiedzieć — odrzekł.

Ja chyba jednak domyślałam się, co mogło się z nimi stać…

— O widzę, że twoja koleżanka wyjątkowo spodobała się ludziom, a raczej jej wspaniałe, lśniące futro — dodała norka.

— C-co? Nie! Sally! — krzyknęłam.

— Ratunku! — zawołała.

Lecz ja mogłam tylko odprowadzić ją załzawionym wzrokiem, kiedy ten potwór niósł ją na śmierć.

— Dlaczego ludzie to robią?! — spytałam z bezradności.

— Dobre pytanie. Myślę, że po prostu chcą zaspokoić swoją próżność. Myślą, że kosztem życia jakiejś istoty będą w stanie się dowartościować. Sądziłem, iż ich cywilizacja weszła na tak wysoki poziom, że ludzie zastąpią czymś innym nasze zwłoki. Jednak myliłem się, ludzie są najniebezpieczniejszymi bestiami tego świata. Źle wykorzystują swoją „inteligencję”. To bardzo przykre — powiedział.

Cała ta sytuacja bardzo mnie poruszyła, nie mogłam się pozbierać. Cały czas myślałam o tym, ile zwierząt musiało zginąć przez moją mamę? Przecież ona miała futer całą kolekcję…

***

Tego dnia przebudziłam się w cyrku, w moim mieście, jako jeden z występujących tam słoni. Na ten właśnie występ miałam udać się z Olą. Myślałam, że tym razem będzie wesoło i będę zabawiać ludzi, pokazując swoje sztuczki, ale lepiej nie dzielić skóry na niedźwiedziu. Rozejrzałam się wokoło. Moje pierwsze wrażenie nie było pozytywne. Ja oraz inne zwierzęta siedzieliśmy w ciasnych klatkach. Czułam, jakbym miała „deja vu”. Jeden z clownów zabrał mnie na zewnątrz namiotu i przypalował niedaleko. Tak samo zrobili z zebrą, wielbłądami i kucami. Zszokowało mnie, w jakim stanie znajdowały się zwierzęta. Ja sama też nie wyglądałam najlepiej. Lew i tygrys na razie zostały wewnątrz. Ludzie zaczęli się schodzić do namiotu głównego. Zewsząd dochodził gwar, krzyk i pisk dzieci. Naprawdę, sytuacja nie do wytrzymania dla czułego, zwierzęcego ucha. Nagle zauważyłam obok mnie tresera próbującego zaciągnąć zebrę do wejścia, lecz ta stawiała opór. Inny pracownik cyrku postanowił mu pomóc i mocnym uderzeniem kija zranił zwierzę w zad. Ono jednak nie dało za wygraną. Wyrwało się mężczyźnie i pobiegło wprost na szosę.

— Łapcie ją! — zawołał trener.

Zanim jednak ktokolwiek zdążył zareagować, zderzyła się z samochodem osobowym. Nikt tego nie zauważył, ponieważ niedawno zaczęło się przedstawienie i wszyscy byli w środku. Po jakimś czasie na miejsce przyjechała policja. Nie przerwała jednak dalszych działań cyrkowców. Łapówka potrafi czynić cuda. Tak działa nasza miejscowa komenda. Na razie spisali tylko właściciela i tresera, którzy następnie próbowali ukryć martwe ciało. Kierowcę również udało im się udobruchać. Po prostu nie wierzę. Po godzinie czekania, nadszedł czas na mój, końcowy występ. Kiedy wyszłam na środek, rozległa się burza oklasków. Wszyscy tylko na to czekali. Treser z batem w ręce kazał mi robić jakieś dziwne czynności. Oczywiście nie obyło się bez jego użycia, a nie ukrywam, że ważąc trzy tony, jest naprawdę trudno wchodzić na okrągłe stołki o małej średnicy. Gdy ból zmusił mnie do wykonania tych wszystkich dziwnych zachowań, jeden stołek postanowił się przewrócić, a ja razem z nim. Na nieszczęście tresera, spadłam prosto na niego. Karma prędzej czy później do każdego wróci — pomyślałam. Cała publiczność wstrzymała oddech. Ja zdołałam się podnieść, lecz mężczyzna już nie. Reszta pracowników cyrku wyniosła prawdopodobnie nieżyjącego już człowieka. Tak mi przykro, że aż wcale. Nie mogę uwierzyć, że chciałam zabrać najlepszą przyjaciółkę do takiego miejsca. Cyrk może i jest zabawny, ale jednak nie dla zwierząt.

Nagle usłyszałam jakiś strzał… potem poczułam silne ukłucie… i zasnęłam.

***

Gdy się obudziłam, okazało się, że mam cztery kopyta i jestem gniadą klaczą, która stoi w brudnej i ciemnej stajni. Odór był tak okropny, że nie dało się wytrzymać. Wszędzie kurz i pajęczyny, a w lewym rogu boksu wisiało wiadro, w którym nie było ani mililitra wody. Niespodziewanie w wejściu pojawił się krępy, brodaty mężczyzna ubrany w tradycyjny góralski strój. Wszedł do pomieszczenia znajdującego się naprzeciwko mnie. Po kilku chwilach wyszedł, a w rękach trzymał uzdę. Podszedł do mnie i wyciągnął mnie na zewnątrz. Potem zaprowadził do przyczepy, gdzie stał już jeden koń. Następnie wsiadł do auta i ruszył razem z nami.

— A więc to ty jesteś ta nowa? Ja jestem Gerwazy — powiedział mój sąsiad.

— Emm… Dlaczego nowa? — spytałam.

— W zastępstwie za Basię. Ostatnio miała niemałe problemy. Na trasie nie wytrzymała wysiłku i upadła w drodze powrotnej — odparł.

— Zaraz. Możesz mi wyjaśnić, co się tu w ogóle dzieje? — dodałam.

— Widzę, że dopiero zaczynasz pracę z ludźmi. Od dziś zastępujesz poprzedniego konia naszego właściciela, Edwarda Nowaka, który wysłał go w ostatnią drogę… Do rzeźni — powiedział.

— Do rzeźni!? — krzyknęłam, nie dowierzając.

— Niestety. Ludzie tacy są. Kiedy koń zachoruje albo jest już się za stary, aby pracować, to staje się dla człowieka niepotrzebny. Taka jest ich wdzięczność za naszą wieloletnią pracę, chociaż większość z nas i tak nie dożywa dziesięciu lat z powodu urazów i chorób. Wszyscy, którzy pracują na tej trasie, tak skończą — odrzekł.

— To straszne… — stwierdziłam.

Wreszcie dojechaliśmy na miejsce. Wokół rozciągał się krajobraz polskich Tatr. Naprawdę cudowny widok. Mój entuzjazm jednak szybko minął, gdy zobaczyłam dwustumetrową kolejkę turystów do wielkiego dwudziestoosobowego wozu, który miał być ciągnięty przez dwie wychudzone szkapy. Po kilku minutach po mnie i Gerwazego przyszedł właściciel. W pół godziny zaprzągł nas do wozu, zwanego fasiągiem. Ledwo Nowak skończyła, a pół ludzkiej kolejki znalazło się przed nami. Pierwsze dwadzieścia osób wpakowało się na nasz transport. W końcu musieliśmy ruszyć. Było bardzo ciężko. Ponieważ nie byłam przyzwyczajona do ciągnięcia trzech ton na kółkach, to przez dłuższy czas cały ciężar spoczywał na moim towarzyszu. Po drodze mijaliśmy ludzi, którzy szli do celu na własnych nogach i tylko z pogardą patrzyli na turystów wożących swoje cielska kosztem zwierząt. Po dwóch godzinach cali mokrzy dotarliśmy do celu. Nie dałabym rady, gdyby nie mój towarzysz. Całkiem zapomniałam, że przede mną jeszcze droga powrotna. Wiedziałam, że tym razem to się nie uda. Chociaż próbowałam ze wszystkich sił, w połowie drogi nie wytrzymałam i pomimo batów zadawanych przez woźnicę upadłam. Pasażerowie, zamiast przejąć się moim stanem, niecierpliwili się z powodu postoju. Zdjęto mi cały sprzęt i na moje miejsce zaprzężono innego konia. Potem, zamiast do weterynarza, zabrano mnie do handlarza końmi. Dalej moja przygoda niepokojąco przypominała los Basi… Po raz kolejny straciłam przytomność…

***

Minęła kolejna noc. Otworzyłam oczy. Dookoła otaczały mnie drzewa, a ja leżałam na miękkiej trawie, tuż obok odpoczywał wilk. Zerwałam się na równe nogi i już chciałam uciekać, kiedy wpadłam na drugiego przedstawiciela tego gatunku.

— Aaaa! Proszę! Nie rób mi krzywdy — krzyknęłam.

— Dziecko, czy ty już kompletnie straciłaś rozum? — powiedział. — Idź lepiej się z rodzeństwem pobaw, zamiast świrować.

Serce waliło mi jak oszalałe. Potem jednak zrozumiałam, że sama jestem wilkiem. A inne były członkami naszej watahy. Akurat tego dnia nasz przywódca stwierdził, że zabierze mnie na polowanie. W końcu muszę się kiedyś tego nauczyć. Razem opuściliśmy nasz „dom” i ruszyliśmy na poszukiwanie obiadu. Po drodze nasz Alfa dużo opowiadał mi o taktyce i sposobach polowania. Przyznam, że nie za bardzo mnie to kręciło. Nagle znieruchomiał. Zaczął wpatrywać się w oddalone o kilkadziesiąt metrów sarny. Byliśmy schowani za krzakami. Uważnie obserwowaliśmy każdy ich ruch. Mieliśmy już ruszyć do ataku, gdy rozległ się strzał. Jedno ze zwierząt padło, zaś reszta zaczęła uciekać w popłochu. Wszystko nagle ucichło. Po chwili z ukrycia wyszedł człowiek trzymający w dłoni strzelbę. Wtedy zrobiło mi się słabo, bo myśliwy okazał się być moim tatą! Odruchowo zaczęłam iść w jego stronę, ale powstrzymał mnie starszy z wilków.

— Co robisz!?Oszalałaś? — warknął.

— Yyy… — wydusiłam.

— Szybko! Musimy uciekać. Jeśli tu zostaniemy, to może się dla nas źle skończyć — rzekł.

Zaczęliśmy pędzić w kierunku stada. Niestety Alfa wpadł w sidła.

— Auuuuu!!! — rozległ się skowyt.

— Czekaj! Zaraz cię wydostaniemy — powiedziałam z nadzieją w głosie.

— Nie! Teraz musisz iść ostrzec innych! Na mnie już za późno — powiedział.

Na początku nie chciałam go zostawić w tym stanie, jednak dotarło do mnie, że mój ojciec zaraz może dorwać nie jednego, a całą wilczą rodzinę! Całe szczęście mam dobrą orientację w terenie i po kilku minutach byłam już na miejscu.

— Uciekajcie! Myśliwy jest niedaleko! — zawołałam.

Nie trzeba było powtarzać dwa razy. Wszyscy ruszyli w głąb lasu, a ja postanowiłam wrócić do przywódcy.

***

Miałam nadzieję, że w tym miejscu znajdę jeszcze wilka… Rzeczywiście leżał tam. Oddychał ostatkiem sił, ponieważ życie uciekało z niego kropla po kropli… Usiadłam obok niego i zaczęłam głaskać jego czerwoną od krwi sierść.

— Ludzie to najgorszy gatunek zwierzęcia na świecie — odezwał się.

— Ale przecież wy też zabijacie — odrzekłam, chcąc obronić swojego ojca.

— Zwierzęta robią to, by przetrwać. Nie dla zabawy. Uwierz mi, że gdybym miał taką możliwość, to chętnie zostałbym wegetarianinem — powiedział.

— Niektórzy ludzie rezygnują z mięsa — stwierdziłam.

— Uwierz mi, konsumpcja nie jest najgorsza, można ją niejako uzasadnić... ale to zabijanie dla zabawy, gdyby ludzie zrezygnowali chociaż z mordowania zwanego „pasją” czy też „hobby” — odparł ze smutkiem, a ja wiedziałam, że nie znajdę już żadnego argumentu.

Niespodziewanie naszą rozmowę przerwały czyjeś szybkie kroki. Alfa kazał mi się schować. Tak też zrobiłam. Udało mi się zobaczyć swojego ojca nad ciałem wilka. Widząc, że jeszcze oddycha, oddał ostatni strzał, a ja, nie mogąc już tego znieść, rozpłakałam się. Myśliwy zabrał zwłoki i pozostawił po sobie nową pułapkę. Omijając ją podniosłam dziwny błyszczący przedmiot. Tak! To był pierścień z wizerunkiem orła! Ten sam, przez który się tutaj znalazłam. Już chciałam go założyć, lecz coś mnie powstrzymało. Po dłuższym namyśle postanowiłam wyrzucić go do pobliskiego strumienia. Następnie ruszyłam na poszukiwania nowej, zwierzęcej rodziny.

Projekt

Daria Komkowska

Jesień od zawsze była moją ukochaną porą roku. Spadające, kolorowe liście i ich charakterystyczny zapach, wieczory spędzane z książką i kubkiem ciepłej herbaty! Tego roku jesień była pochmurna. Był październik. Pobliski park w moim miasteczku tonął w różnobarwnych liściach.

Podążałam właśnie alejką prowadzącą do szkoły. Przede mną szedł mój nauczyciel historii. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Miał czarny, długi płaszcz. Na ramieniu niósł torbę wypchaną po brzegi sprawdzianami i kartkówkami. Przyśpieszyłam tempa, aby go dogonić.

— Dzień dobry — powiedziałam, uśmiechając się.

— Dzień dobry. Pogoda idealna na długi, niekończący się, nudny wykład o II wojnie światowej — powiedział żartobliwie nauczyciel.

— Też tak uważam, proszę pana — dodałam z lekką ironią.

— Na dziś przygotowałem dla was nieco ciekawszy temat zajęć. Każdy z was dostanie do zrobienia jakiś projekt badawczy. Przewiduję na to dwa tygodnie.

— O rany! Ja nie umiem robić projektów — przyznałam szczerze.

— Na pewno sobie poradzisz.

W tym momencie ktoś złapał mnie za ramię. Obejrzałam się. Za mną stała nieco zdyszana Roksana.

— Cześć, ale wy szybko idziecie, nie mogłam was dogonić — wysapała.

Historyk spojrzał na nią.

— A, no właśnie. Dzień dobry, panie Piotrze.

— No, dzień doby, pani Roksano — powiedział, udając powagę. Po chwili wszyscy zaczęliśmy się śmiać.

Pan Piotr od zawsze miał dobry kontakt ze swoimi uczniami. Gdyby nie to, że pani dyrektor na to szczególnie zwracała uwagę, pozwalałby nam mówić do siebie po imieniu. Szliśmy jeszcze chwilę przez park, rozmawiając o naszych sprawdzianach. Weszliśmy do szkoły. Poczuliśmy przyjemne ciepło.

— Panie Piotrze, niech pan nam pomoże się wytłumaczyć! — zawołali jacyś trzej chłopcy, idąc w naszym kierunku. Za nimi szła pani od geografii, ich wychowawczyni. Całe szczęście mnie nie uczyła, podobno była nieprzewidywalna.

— No cóż, przepraszam was dziewczyny, ale mam robotę — powiedział historyk, po czym podszedł do chłopców. Ja i Roksana poszłyśmy do szatni. Zdjęłyśmy kurtki i przebrałyśmy buty. Po chwili usłyszeliśmy dzwonek, trzeba było iść na lekcje. Pierwsza była matematyka. Nie lubiłam tego przedmiotu, mimo to nie szło mi najgorzej. Jakoś minęły wszystkie lekcje. Została jeszcze ostatnia — historia. Była już prawie czternasta. Wszyscy odczuwali zmęczenie, między innymi przez pochmurną pogodę za oknami. Zadzwonił dzwonek, pod klasę przyszedł nauczyciel i wpuścił nas do środka. Usiadłam w swojej ukochanej ławce, pod oknem, obok kaloryfera. Za oknem padał deszcz a grzejnik był cieplutki. Kochałam ten klimat.

— Dzień dobry — powiedział pan Piotr.

— Dzień dooooobry — powiedziała ze znudzeniem klasa, nawet nie wstając z miejsc.

— Widzę, jaki jest wasz stan, dziś szybka lekcja a potem… Zobaczycie.

Przez dwadzieścia minut opowiadał o przebiegu drugiej wojny. Potem nagle przerwał. Napił się kawy, wziął jakieś kartki z biurka. Stanął na środku klasy i oznajmił:

— Moi drodzy, mam dla was niespodziankę. Będziecie mieli szansę się wykazać. Każdy z was otrzyma do wykonania coś w rodzaju projektu. Od razu wyprzedzę wasze pytania… Tak, można to robić w grupach z ograniczeniem do czterech osób. Jeszcze jakieś pytania?

W klasie nastała cisza. Nauczyciel kontynuował.

— Więc dobierzcie się w zespoły.

W klasie zrobił się ogromny harmider, słychać było tylko szuranie krzeseł i krzyki. Po paru minutach wszyscy nagle ucichli, kiedy zobaczyli pana Piotra, który właśnie usiadł w swoim fotelu i wyciągnął nogi na blat biurka.

— No tak, ja tu się dopiero wygodnie ułożyłem a wy właśnie skończyliście gadać? No śmiało pokrzyczcie sobie — odrzekł z lekkim sarkazmem. — Do rzeczy — wstał i rozdał poszczególnym grupkom kartki. Kiedy podszedł do okna, zobaczył mnie. Siedziałam sama. Nie chciałam być z nikim w grupie, to zazwyczaj tylko utrudniało mi zadanie. Moje przyjaciółki dobrały się w 4-osobowy zespół, więc dla mnie miejsca nie było. Jak zazwyczaj. Nie przeszkadzało mi to, jestem raczej typem samotnika.

Nauczyciel spojrzał na mnie z zatroskaniem.

— Znowu jesteś sama? Dołączysz do kogoś czy chcesz pracować sama? — zapytał.

— Mogę sama? — zapytałam zdziwiona. Żaden z nauczycieli nigdy nie pozwolił mi robić pracy przeznaczonej dla grupy samodzielnie.

— Jasne. Tylko jaki temat ci dać, żeby był łatwiejszy? Hm… — zaczął się zastanawiać. — Nie powinienem ci dawać TEGO, ale jednak nic innego mi nie zostało. Proszę — wręczył mi kartkę.

— Jak to nie powinien mi pan TEGO dać? Coś jest nie tak? — dopytywałam, lekko wystraszona.

— Ten temat wymaga trochę większego zaangażowania i wtrącenia się w pewną sprawę, o której nie powinniście wiedzieć, ale warto… Uwierz mi, to ciekawe — uśmiechnął się.

— Na wykonanie tego macie dwa tygodnie — powiedział głośno do całej klasy.

Wzięłam kartkę i zaczęłam czytać: „Znajdź przedmiot — książkę, ubranie — łączący Twoją miejscowość z II wojną światową. Napisz wypracowanie i przygotuj prezentację.” Zdawało mi się to szalenie trudne. Nie miałam pojęcia, jak to zrobić. W tym momencie zadzwonił dzwonek. Spakowałam się. Nagle usłyszałam wołanie.

— Adela! — tak, to moje imię. Nie lubię go, ale się z tym pogodziłam.

— Tak? — zapytałam, zakładając plecak na ramiona.

— Możemy chwilę porozmawiać? — zapytał nauczyciel.

— Jasne.

— Wiem, twoje zadanie nie jest łatwe, ale nie wymaga zbierania wielu rzeczy. Jednak, jeśli chcesz, podpowiem ci coś niecoś. Poszukaj w starej bibliotece. Pani na pewno ci pomoże. A teraz do widzenia — powiedział i spakował teczkę.

— Dziękuję, do widzenia — odparłam. Miałam bałagan w głowie, nie wiedziałam jak zacząć, co zrobić i dlaczego pan Piotr nie chciał mi na początku dać tego tematu. Poszłam do szatni. Tam czekała na mnie Roksana.

— I jak tam? Co dostałaś? — zapytała.

— Potem ci pokażę, teraz chcę odpocząć. Jestem zmęczona.

Ubrałyśmy się i wyszłyśmy ze szkoły. Na dworze panowała niepodzielnie jesienna pogoda, było wilgotno i chłodno. Poszłyśmy przez park. Rozmawiałyśmy ze sobą przez chwilę, aż doszłyśmy do miejsca, gdzie zawsze nasze drogi się rozchodziły. Pożegnałyśmy się. Każda udała w swoją stronę. Doszłam do domu. Wślizgnęłam się do środka, zdjęłam kurtkę i poszłam do kuchni. Zaparzyłam sobie herbatę i udałam się do swojego pokoju. Rodziców jeszcze nie było w domu. Mój starszy brat nadal nie wrócił do domu. Miałam spokój i mogłam się zastanowić nad swoim projektem. Jakoś mi to nie szło. Nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać. W końcu stwierdziłam, że mam jeszcze trochę czasu i pomyślę nad tym później. Zabrałam się za pracę domową i naukę. Po godzinie wrócili moi rodzice i zjedliśmy obiad. Powiedziałam im swoim zadaniu. Oni jak zazwyczaj skwitowali problem, mówiąc, że wszystko jest OK, póki nie muszą robić tego za mnie. Było po osiemnastej, a mój brat ciągle nie wracał. Czekałam na niego w salonie. Chciałam, żeby pomógł mi z zadaniem domowym w fizyki. W końcu wrócił. Tłumaczył się, że autobus się spóźnił. Kiedy rodzice poszli na górę do gabinetu pracować, my zostaliśmy w salonie. Zapytałam go o prawdziwy powód spóźnienia.

— Tomek, czemu się spóźniłeś? Powiedz prawdę — zapytałam, unosząc brew.

— Byłem w sklepie z grami. Zobacz, co sobie zafundowałem — powiedział, wyjmując z torby zdobycz.

— Skąd miałeś na to pieniądze?

— Zbierałem przez miesiąc — powiedział dumnie.

— A pomożesz mi odrobić pracę domową z fizyki? — zapytałam grzecznie.

— Jasne, pokazuj co tam masz.

Wyjęłam zeszyt i odrobiliśmy razem zadania. Potem razem z rodzicami obejrzeliśmy jakiś film. Było późno, więc poszłam się umyć. Leżąc już w łóżku i próbując zasnąć, stwierdziłam, że skoro moja praca na historię ma być o miejscowości z czasów wojny, najciekawiej byłoby przeprowadzić wywiad z kimś, kto wówczas żył. Moja sąsiadka miała babcię, która mieszkała w tej miejscowości w czasie wojny. Starsza pani jeszcze żyła, mieszkała parę ulic dalej. Czasami widywałam ją, jak spacerowała. Stwierdziłam, że jutro jest sobota i jest to idealny dzień, żeby iść do niej. Spisałam swoje plany na kartkę, mogłam już spokojnie zasnąć.

Następnego dnia od samego rana świeciło słońce. Po obiedzie udałam się w odwiedziny do staruszki. Zadzwoniłam do drzwi. Otworzyła je uśmiechnięta kobieta, która mimo swojego wieku bardzo dobrze wyglądała. Zaprosiła mnie do środka. Jej dom przypominał mi trochę muzeum. Nie mam nic do staroci, sama lubię rzeczy z duszą. Usiadłyśmy w pokoju gościnnym przy dużym stole. Opowiedziałam jej o zadaniu z historii, moim planie i spytałam, czy mogłaby mi pomóc. Zgodziła się bez problemu.

— Moja droga, gdy rozpoczęła się wojna, miałam 17 lat. Kochałam chłopaka, miał 19 lat. W dniu 18 urodzin planował oświadczyny. Do tamtego dnia było jeszcze pół roku. Tydzień po rozpoczęciu wojny przyszedł list z wojska. To była chyba najgorsza z możliwych ewentualności. Gerard, tak miał na imię mój ukochany, nie należał do tych, co chcieli walczyć, był spokojny. Unikał wszelkich bójek i walk — wzruszona staruszka mówiła, trzymając mnie za rękę.

— A co dalej było, co zrobił? Pojechał do walczyć? — pytałam.

— Nie, nie zrobił tego. Ukrywał się za każdym razem, kiedy jacyś wysłannicy z armii przyjeżdżali, żeby go zabrać… Chował się w starej bibliotece, w piwnicy. Mieszkańcy udawali, że nie wiedzą o jego istnieniu. Po dwóch miesiącach wydawało nam się, że przekonaliśmy żołnierzy o śmierci Gerarda. Niestety szczęście nie trwało długo. Był początek zimy, tuż przed świętami. Przez naszą miejscowość przechodził front. Nieprzyjaciele brali w niewolę wszystkich mężczyzn… Tych, co stawiali opór, rozstrzeliwano, dla przykładu — w tym momencie staruszka miała łzy w oczach. Ja zresztą też.

— I co było dalej? — zapytałam.

— , Zobaczyli, jak on uciekał, wpadł do mojego domu i zabrał mnie do starej biblioteki. Tam, weszliśmy za ostatni regał. Gerard otworzył klapę od piwnicy. W tym momencie zza regału wyszedł jakiś żołnierz niemiecki. Nie wiadomo było, skąd się tam wziął. Nie mogliśmy już liczyć na litość. W tym momencie Gerard wyjął małe czerwone pudełko z kieszeni. Klęknął przede mną i wyjął pierścionek. Zapytał, czy za niego wyjdę. Nie wiedziałam, co powiedzieć, zaraz mieliśmy zginąć, a on mi się oświadczał. Niemiecki żołnierz patrzył na nas ze złośliwym uśmiechem. Gerard dodał: „Jakbyś przeżyła, to poszukaj dla siebie kogoś, kto wypełni pustkę, nie męcz się całe życie. A teraz proszę odpowiedz. Wyjdziesz za mnie?” Powiedziałam: „Tak”. Na mój palec wsunął śliczny, złoty pierścionek z orłem. „Nie mogłem dostać innego’’ — wyszeptał. Ja powiedziałam mu szczerze, że jest śliczny. Niemiec wyjął karabin i zaczął celować w Gerarda, a ten objął mnie i pocałował. Ze łzami w oczach, pożegnaliśmy się. Dalej pamiętam tylko huk. Zemdlałam. Obudziłam się parę godzin później, cała i zdrowa w pobliskim szpitalu. Gerard nie żył. A po pierścionku nie było śladu, zgubiłam go. Przez długie tygodnie płakałam za ukochanym, żal mi też było, że zgubiłam tak cenną rzecz, jedyną pamiątkę. Nie wiem, gdzie on jest do dzisiaj — staruszka zamilkła.

— A potem? Co po wojnie? — dopytywałam, ze łzami w oczach.

— Znalazłam sobie innego narzeczonego, ale już nie kochałam go tak, jak Gerarda.

— A ten pierścionek, może jest jeszcze w bibliotece?

— Nie sądzę, po tylu latach?

Chwilę jeszcze rozmawiałam ze staruszką. W sumie to nie poznałam historii o miejscowości, tylko historię miłości. Jednak chciałam to koniecznie opisać i przynieść jako swój projekt. Grzecznie podziękowałam staruszce i wyszłam. Na dworze było zimno, póki było jasno, udałam się do starej biblioteki. Weszłam do środka. Poczułam ciepło i zapach starych książek. Przy biurku siedziała pani w eleganckiej sukience.

— Dzień dobry — powiedziałam.

— Dzień dobry — powiedziała kobieta, unosząc wzrok znad książki. Nie wyglądała na starą, wyglądała na taką w wieku moich rodziców. Miała ciemne włosy sięgające do ramion. Na nosie błyszczały okulary. Jej oczy trochę mnie przeraziły, kiedy tak na mnie patrzyła. Wydawało mi się, że czyta mi w myślach.

— Proszę rozejrzyj się i poszukaj tego, czego potrzebujesz — powiedziała beznamiętnie i skierowała wzrok w książkę.

Bez słowa wzięłam się za poszukiwania jakiś książek. Po chwili szperania na półkach z ciekawości poszłam na sam koniec, za ostatni regał. Nic tam ciekawego nie było. Stwierdziłam, że to nie ma sensu i dalej zabrałam się za szukanie starych książek. Zebrałam cały stos i usiadłam przy stole. Przejrzałam je i porobiłam notatki. Było już prawie ciemno. Wzięłam kilka najbardziej przydatnych i podeszłam do pani bibliotekarki.

— Chciałabym wypożyczyć te książki — powiedziałam.

— No dobrze, a masz kartę założoną?

— Tak, mam — odparłam.

— Imię, nazwisko… — zapytała kobieta.

— Adela No… — w tym momencie bibliotekarka mi przerwała.

— Mam cię, tylko ty jedna masz tak wyjątkowe imię — stwierdziła bibliotekarka, wpisując na kartę numery książek. Następnie podała mi je.

— Dziękuję — powiedziałam do niej, uśmiechając się.

— Uśmiech to ty masz po tacie — stwierdziła nagle kobieta.

— Zna go pani?

— Jasne, do szkoły z nim chodziłam.

— No proszę. Miło było… ale ja już muszę iść, do widzenia — wypaliłam.

— Do widzenia — powiedziała kobieta, delikatnie się uśmiechając.

Wróciłam do domu. Było już ciemno.

— No i gdzie się włóczyłaś? — zapytała zdenerwowana mama.

— Byłam u tej pani przeprowadzić wywiad, a potem poszłam do biblioteki i zagadałam się z panią bibliotekarką — tłumaczyłam.

— Niech ci będzie, ale nie rób więcej tak. Zadzwonić mogłaś chociaż, żebym się tak nie denerwowała — powiedziała mama, lekko uspokojona tym, że nic mi nie jest.

Z kuchni wyszedł tata.

— Rozmawiałaś z bibliotekarką? — zapytał mnie.

— No tak, a co?

— Pytała o coś?

— Nie, ale mówiła, że chodziła z tobą do szkoły.

— Tak, chodziła, nie lubiłem jej nigdy. Dziwna była, jakaś taka ponura.

— Dlaczego tak sądzisz, wydaje się być w porządku — dodałam zmęczona rozmową i poszłam spać.

Mijały kolejne dni… niedziela, poniedziałek, wtorek i środa. Jakoś przetrwałam. W czwartek rano obudziłam się z gorączką. Nie poszłam do szkoły. Spałam pół dnia. Około 14:00 obudziłam się cała spocona. Miałam dziwny sen… Śnił mi się jakiś mężczyzna, piwnica i… pierścionek, czyżby to był tylko sen? A może naprawdę jest coś na rzeczy? Z racji choroby musiałam jeszcze do końca tygodnia leżeć w łóżku. W poniedziałek w szkole opowiedziałam o wszystkim Roksanie. Zgodziła się pójść ze mną po szkole do biblioteki. Do oddania prac zostało już tylko kilka dni. Weszłyśmy do środka, było tam parę osób. Bibliotekarka rozmawiała z jakąś panią, więc niezauważone poszłyśmy na koniec regałów. Nie było tam żadnej klapy od piwnicy. Jednak Roksana słusznie zauważyła, że podłoga wyłożona jest wykładziną a jej kawałek w rogu odstawał. Położyłyśmy plecaki z boku i odwinęłyśmy materiał. Pod spodem faktycznie była klapa. Próbowałam ją otworzyć… bezskutecznie. Dopiero z pomocą Roksany udało się. Ze skrzypnięciem zawiasy puściły. Ze środka wydobywał się zapach wilgoci. Przygotowałam się na to, kazałam przyjaciółce potrzymać jedną latarkę, ja wzięłam drugą w kieszeń. Zeszłam na dół po metalowej, zardzewiałej drabinie. Czułam zapach ziemi. Zapaliłam latarkę. Za mną zeszła Roksana. Piwnica okazała się być schronem. Szukałyśmy pierścionka wszędzie. Nigdzie go nie było. Zrobiłam komórką kilka zdjęć, mimo wszystko schron był ciekawy. Gdy wychodziłyśmy pod samą drabiną zobaczyłam coś, czego nie zauważyła żadna z nas przy wchodzeniu. Coś złotawego odbijało światło latarki. Podniosłam to.

— Pierścionek! — krzyknęłam podekscytowana.

— Wow, piękny jest — powiedziała Roksana.

Nagle światło, które padało na nas z góry coś przysłoniło. Spojrzałyśmy na górę. Stała tam bibliotekarka. Brak jakiegokolwiek wyrazu na jej twarzy spowodował, że pobladłyśmy.

— Wychodzicie, czy nie? — zapytała kobieta.

Pędem weszłyśmy po drabince. Wokół dziury w podłodze zebrało się trochę ludzi. Bibliotekarka wyprosiła ich stamtąd. Opowiedziałyśmy jej o wszystkim i pokazałyśmy pierścionek.

— No proszę, nie sądziłam, że ktoś go znajdzie. Ta staruszka była tu nieraz i próbowała go odszukać — powiedziała ze zdziwieniem.

— Niech pani na razie nic jej nie mówi, oddamy to tej pani po prezentacji w szkole — powiedziałam.

— Nie ma sprawy.

Tak więc wróciłam do domu, wyczyściłam pierścionek. Był śliczny. Zrobiłam plakat z opisem i powklejałam zdjęcia. Teraz tylko pozostało mi czekać na piątek. Minuty biegły nieubłaganie szybko. Po drodze były jeszcze trzy sprawdziany i parę kartkówek. Nadszedł ważny dzień. Kolejny z ciągu pochmurnych. Nie mogłam doczekać się ostatniej lekcji, historii. Całą matematykę przesiedziałam, rozmawiając z koleżankami. W końcu doczekałam się. Pan Piotr wszedł do klasy, za nim my. Przywitaliśmy się wszyscy. Nauczyciel rozejrzał się po klasie. Jego wzrok zatrzymał się na mnie. Widząc mój wielki plakat, stos książek i pudełko, uśmiechnął się. Wszyscy po kolei przedstawiali swoje projekty. Przyszła kolej na mnie. Jednak zanim zaczęłam, pan Piotr wstał, podszedł do drzwi, otworzył je i zawołał:

— Pani Alu, pani Zofio zapraszam.

Do sali weszły bibliotekarka i staruszka. Miałam opowiadać sama przed całą klasą i jeszcze przed nimi? Nie było problemu. Nie należę do nieśmiałych ludzi. Zaczęłam snuć opowieść o wojnie, o powstańcach z naszej miejscowości, o mieszkańcach i o trudach dnia codziennego. Na koniec poruszyłam wątek miłosny pana Gerarda i pani Zofii. Gdy tak opowiadałam, staruszka się wzruszyła. Pokazałam zdjęcia piwnicy pod biblioteką, cała klasa była zachwycona. Nadszedł najlepszy moment, z pudełka wyciągnęłam pierścionek. Pokazałam go wszystkim, oniemieli z zachwytu. Był piękny, złoto świeciło się, zdobienia na nim były powalające. Pani Zofia patrzyła na mnie z otwartymi ustami. Podeszłam do niej i dałam jej pierścionek. Ta natychmiast go założyła. Popłakała się ze szczęścia. Przytuliła mnie. Cała klasa biła mi brawo. Ja byłam lekko zarumieniona. Warto było podjąć się tego wyzwania. Dostałam celujący, zadziwiłam klasę i uszczęśliwiłam starszą panią. A mówili mi, że „dogodzić wszystkim to trudno, ale jak już wkurzyć wszystkich to nie problem’’ — mieli rację dlatego, że „wyjątek potwierdza regułę’’.

Od tamtego dnia brałam udział w większości konkursów historycznych, regularnie chodziłam na herbatę do pani Zosi i niestety już nigdy nie zrobiłam żadnej pracy grupowej sama. Nie mogłam się opędzić od chętnych do współpracy.

Zmiana

Aneta Bundt

Kasia nie przepadała za zmianami. Była spokojną, wrażliwą oraz — co często powtarzali sąsiedzi — uroczą dziewięcioletnią dziewczynką o blond włosach. Rodzice zawsze powtarzali jej: „Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”, a w domu panowały niezwykle rygorystyczne zasady. Kasia czuła się szczęśliwa i kochana.

Pewnego sobotniego poranka do pokoju dziewczynki weszła mama, niosąc ze sobą ogromną tacę z pożywnym śniadaniem.

— Córeczko… Muszę ci coś powiedzieć — zaczęła. — Nasz dom nie jest już w najlepszym stanie i nawet ogólny remont nie sprawi, że będzie tu bezpiecznie. W każdej chwili ze ścian może zacząć odpadać farba, potem tynk… — ciągnęła mama, starając się być spokojna.

— To co zrobimy? — zapytała beztrosko Kasia, nie wiedząc, jaką decyzję musieli podjąć jej rodzice.

— Powinniśmy się stąd jak najszybciej wyprowadzić. Nie martw się, tatuś kupił już dom nad samym morzem, będziesz mogła codziennie chodzić po piaszczystej plaży, a latem kąpać się całymi dniami. Zobaczysz, spodoba ci się tam. A o szkołę się nie martw. Niedaleko naszego nowego domu znajduje się bardzo dobra placówka, do której cię zapiszemy. Na pewno znajdziesz przyjaciółkę. A jak będziesz chciała spotkać się ze swoimi starymi znajomymi, to bez obaw, będziesz mogła tu przyjeżdżać — mama, widząc zawiedzioną minę córeczki, wyciągnęła ku niej ręce i mocno ją objęła. — Wszystko się ułoży, obiecuję.

Kasia siedziała na łóżku, nie wierząc w słowa mamy. Bardzo lubiła swoją szkołę i koleżanki. Było jej przykro, że musi wszystko zostawić i wyjechać stąd na zawsze. Jednak była rozsądna i rozumiała decyzję rodziców. Nie poszła tego dnia do szkoły. Siedziała w swoim pokoju do południa. Zeszła na dół dopiero, gdy mama zawołała ją na obiad. Podczas posiłku panowała idealna cisza, którą przerwała Kasia. Spytała tatę:

— Kiedy mam się spakować? — tata najwyraźniej zdezorientowany pytaniem zmarszczył czoło, na znak czego dziewczynka powtórzyła swe pytanie. — Kiedy mam się spakować? Kiedy się wyprowadzamy?

— Nie mamy wiele czasu. Najlepiej jakbyś zaczęła się zbierać już dziś, ale spokojnie, wyjazd do nowego domu zaplanowaliśmy na przyszły tydzień. Wszyscy starali się uspokoić córkę, jednak ona tego nie potrzebowała. Rozumiała, że tak być musi i się do tego dostosowała.

Kasia nie miała rodzeństwa. Nie wiedziała, jak to jest dzielić z kimś pokój lub zabawki. Jedynie czasami przyjeżdżali do niej starsi kuzyni, z którymi tak naprawdę nie miała żadnych tematów do rozmów. Wiele razy próbowała namówić rodziców na kupno pieska lub kota, jednak bezskutecznie. W całym swoim życiu miała tylko jedną, malutką rybkę, która po roku zachorowała i ją opuściła. Mieszkali niedaleko Łodzi, w małej wiosce liczącej jedynie stu, może dwustu mieszkańców. Nie pochodziła z rodziny biednej, wręcz przeciwnie, miała wszystko, czego chciała. Jednak wiedziała, że wraz z kupnem nowego domu, zmieni się budżet rodziny i nie zawsze wystarczy pieniędzy na każdą jej zachciankę.

Czas szybko mijał, rodzina zaczęła pakować zawartość domu do kartonów i walizek. W piątek po południu cała trójka wyruszyła w stronę Gdańska. Pogoda była wyśmienita. Słońce grzało, a wiatr lekko powiewał, co dawało wrażenie idealnego dnia. Postoje przewidziane były mniej więcej co godzinę, więc każdy mógł się nacieszyć pogodą. Na miejsce dotarli wczesnym wieczorem, jednak nie zamierzali go spędzić na tarasie — o czym marzyła w duchu Kasia — tylko wewnątrz, rozpakowując swe rzeczy. Pomimo zmęczenia, rodzina czuła w sobie siłę na zwiedzanie miasta i kolację w wykwintnej restauracji.

Następny dzień Kasia spędziła na porządkowaniu ubrań w szafie. Powoli zaczęła rozpakowywać walizki i wyjmować z nich przeróżne bibeloty i pamiątki. Jedną z nich była mała, drewniana skrzynka, w której Kasia znalazła niegdyś niewielki pierścień z pewnym znakiem z przodu. Nigdy nie odszyfrowała, co dokładnie przedstawiał, ponieważ biżuteria ta była bardzo stara i zniszczona. Była ciekawa, skąd ten przedmiot znalazł się w jej domu, ale bała się spytać o to mamę bądź tatę, ponieważ była pewna, że każą go jej oddać. Niestety raz przy kolacji wymsknęło jej się o jedno nieprzemyślane słowo za dużo i musiała wyjaśnić wszystko domownikom:

— Kiedyś w naszym starym domu, w piwnicy, znalazłam niewielki kuferek. Kiedy go otworzyłam, zobaczyłam, że na jego dnie leży pierścionek. Spodobał mi się… więc zatrzymałam go sobie. Nie miałam pojęcia, czy jest wartościowy, czy nie. Na wszelki wypadek postanowiłam nikomu nic nie mówić. Mam go tutaj przy sobie — dziewczynka sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej tajemnicze znalezisko. — O, zobaczcie! Jest strasznie zakurzony, po posiłku pójdę go umyć. A tak w ogóle to… Skąd wziął się ten pierścionek w naszym domu? Czy wiecie coś na temat jego pochodzenia?

— To pozostałości biżuterii twojej pra pra…. Oj bardzo długa historia. Możesz go sobie zatrzymać, ale pod jednym warunkiem. Nie wolno ci go zniszczyć. On jest bardzo stary i łatwo może się rozkruszyć — oznajmiła mama z uśmiechem na twarzy, przypominając sobie swoje dzieciństwo i ukochaną babcię, która niegdyś opowiadała jej historię o pierścieniu.

— Obiecuję, że nic mu się nie stanie. A teraz pozwólcie, że pobiegnę do pokoju i wypoleruję pierścionek. — Kasia wstała z krzesła i ruszyła ku schodom prowadzącym do jej małego królestwa. Zamknęła drzwi od pokoju i usiadła przed biurkiem. Włączyła małą lampkę i zaczęłprzecierać palcem złoto. Po kilku lekkich ruchach, w pokoju niespodziewanie pojawił się rażący w oczy blask. Dziewczynka gwałtownie się odwróciła, gdyż miała wrażenie, że usłyszała jakiś szmer, jednak szybko się zorientowała, że był to tylko wytwór jej wyobraźni.

— Ugh! Ugh! — usłyszała ponownie.

— Kto tam? — Kasia zapytała może kogoś, a może tylko samą siebie.

— Ugh! Kurz! Ugh!

— Niczego nie rozumiem — powiedziała do siebie w duchu, przewracając krzesło.

— Córeczko! Wszystko dobrze? — krzyknęła mama.

— Tak, tak, to tylko radio.

Kolejne dziesięć minut dziewczynka przyglądała się pierścieniowi, który nie wydawał z siebie już żadnych oznak życia. Kasia ponownie przetarła palcem obrączkę i usłyszała:

— No nareszcie! Prawie się udusiłem!

— Przepraszam, kim jesteś? — zapytała zdziwiona. Jednak się nie myliła… a już myślała, że zmęczenie daje się jej we znaki. Skądś pamiętała te skrzydła, to dumne spojrzenie. Tak, był taki rysunek w starej książce, jakaś legenda… Tak! Bielik! W tym momencie symbol z pierścionka poruszył się. — Jak widzisz, jestem orłem. Ptak podał Kaśce skrzydło na powitanie, jednak ona przestraszyła się i natychmiast schowała pierścionek do pudełka.

Przez następne sześć dni orzeł nie ruszał się. Wreszcie następnego dnia z kuferka wydobył się cichy szmer, a następnie zamglony blask, nieporównywalny do tego sprzed paru dni. Kasia ostrożnie podeszła do drewnianego przedmiotu i powoli go otworzyła. Zauważyła, że na dnie pudełeczka leży pognieciona i trochę naderwana kartka. Dziewczyna wzięła papier do ręki i zaczęła czytać zapisaną na nim treść. Było to dla niej nie lada wyzwanie, ponieważ pismo było wręcz nieczytelne.

Witaj! Nie wiem, kim jesteś, ale skoro masz pudełko, to znaczy, że twoja rodzina wywodzi się z pradawnego rodu. Niegdyś Twoi krewni ocalili rasę Orłów Bielików przed niezwykle rzadką chorobą. W owych czasach ludzie wierzyli, że wyginięcie tego gatunku źle wróży dla przyszłości kraju. Podziękowaniem za uratowanie Polski był złoty pierścień z moim wizerunkiem. Pewnie zastanawiałaś się, dlaczego właśnie teraz się odezwałem. Czekałem na odpowiedni moment, ten, w którym znajdę kogoś młodego, z otwartym umysłem, jak Ty. Myślisz, że jesteś za mała na dalekie podróże? Muszę Cię z tego błędu wyprowadzić. Wkrótce przyjdzie do Ciebie mój posłannik, którego powinnaś uważnie posłuchać. Nie obawiaj się go. Bardzo lubi dzieci, a szczególnie tak bystre, jak Ty. Pragnę przekazać Ci tutaj parę wskazówek. Podejmuj nowe wyzwania z ochotą. Nie idź utartymi ścieżkami i podążaj za głosem serca. Przyda Ci się to w nowym świecie. Pamiętaj, że towarzysz ma zawsze rację. A trzecia rada to: Nie bój się niczego. Twoje bezpieczeństwo jest dla nas najważniejsze i nie pozwolimy, aby Ci się coś stało. Przygotuj się na nową przygodę. — wyczytała Kasia.

Następnego dnia ze snu wyrwał ją donośny dzwonek do drzwi. Dziewczynka zerwała się na równe nogi i pobiegła przywitać gościa. Za progiem stanął olbrzymi mężczyzna z targanymi przez wiatr włosami. Ubrany był w podarte spodnie i zielony płaszcz, a na nim zarzuconą miał długą pelerynę. Bez żadnego słowa wyjął z kieszeni kartkę i zaczął ją cichutko czytać, tak cicho, że żaden z domowników nie był w stanie go usłyszeć. Momentalnie świat stanął w miejscu. Rodzice Kasi znieruchomieli, drzewa nie kołysały się pod wpływem wiatru, a ptaki zawisły w powietrzu. Jednak dziewczynka mogła się swobodnie poruszać, co ją najpierw zdziwiło, a potem przeraziło.

— Oo, tutaj jesteś. Zabiorę panienkę do mojej wspaniałej machiny czasu — nieznajomy podszedł do dziewczyny i wziął ją za rękę. — Sam ją zaprojektowałem. Mam nadzieję, że w twoim świecie wszyscy o mnie mówią.

— Ymm… — dziewczynka była oszołomiona tą całą sytuacją. Próbowała ułożyć sensowne zdanie, ale nie wychodziło jej to. — J-jak masz n-na i-imię?

— Ojej, zapomniałem się panience przedstawić. Mam na imię Lech i przybywam tu z przeszłości.

Oboje wyszli z domu. Kasia na swoim podjeździe zauważyła ogromny pojazd przypominający połączenie łodzi podwodnej z samolotem. Lech zachwycony swoim wynalazkiem opisał wszystkie jego części dziewczynie. Niezwłocznie po tym wsiedli do pojazdu i wyruszyli w nieznane. Sama podróż trwała stosunkowo krótko, Kasia nawet nie zdążyła spostrzec, co się dzieje wokół niej. Jedyne, co zapamiętała, to nagła jasność, a następnie zieleń. Po przybyciu na miejsce, para ruszyła ku ogromnemu drzewu. Kasia zauważyła, że na jego szczycie znajduje się pięknie uplecione gniazdo z jajami w środku.

— Już jesteście, świetnie. Jak Kasiu podobała ci się podroż w czasie? — znienacka zapytał orzeł, który jeszcze niedawno znajdował się na pierścionku.

— Gdzie ja jestem? — odpowiedziała dziewczynka, kompletnie nie słuchając ptaka.

— Jesteś w pewnym starym grodzie polskim. To gniazdo na tym starym drzewie jest moim domem. Tam za pniem siedzą Czech i Rus. Pozwól, że cię z nimi zapoznam — w tym momencie orzeł i Lech ruszyli ku swoim kompanom, więc Kasia wykorzystała chwilę samotności i uciekła w stronę maszyny. Niestety, nigdzie nie mogła jej znaleźć. Bała się, że jej towarzysze dostrzegą jej zniknięcie. Wbiegła więc w dróżkę boczną i pędziła przed siebie, nie patrząc pod nogi. Niespodziewanie potknęła się i upadła na ziemię. Na chwilę straciła przytomność…


Tymczasem Lech, Czech, Rus i Bielik ruszyli na poszukiwania zaginionej dziewczyny. Wsiedli do swojego pojazdu i polecieli do świata przyszłości. Swą wędrówkę rozpoczęli od domu Kasi. Kolejnym punktem była szkoła dziewczyny. Następnie odwiedzili wszystkie kafejki i restauracje. Zmęczeni ciągłym chodzeniem postanowili, że pojadą do starego domu zaginionej. W tym wypadku musieli przywrócić cały świat do życia i pojechać autobusem prosto do wsi niedaleko Łodzi. Jak postanowili, tak zrobili. Po około pięciogodzinnej jeździe i nieprzynoszących żadnych pozytywnych skutków poszukiwaniach, zdecydowali, że znów wrócą do swego świata i tam pomyślą, co powinni zrobić dalej.


Kasia ocknęła się i poczuła nieswojo w nowym otoczeniu. Nie znała tu nikogo, nie miała pojęcia, gdzie jest. Usiadła obok ogromnego krzewu i zaczęła cichutko łkać. Wtem podszedł do niej pewien chłopczyk, liczący około dziesięciu lat.

— Witaj, coś się stało? — zapytał.

— Nikogo tu nie znam… nie wiem gdzie jestem… nawet nie wiem, jakim cudem się tu znalazłam — opowiadała przez łzy dziewczyna.

— Jak się zwiesz?

— Kasia. A tobie jak na imię?

— Zbyszko. Czy przybyłaś tu z przyszłości?

— Nie wiem… Przyszedł po mnie jakiś Lech i zabrał mnie jakąś tam jego maszyną do podróży w czasie. Sama nie wiem skąd jestem…

— O tak, to ty, ty jesteś tą poszukiwaną od lat dziewczyną! Wiesz jaka to wspaniała wiadomość ujrzeć cię tutaj! Losy Polski zależą tylko od ciebie! — oznajmił chłopiec, uśmiechając się szeroko. — No chodź, gdzie jest Lech, Bielik…

— Nie wiem, uciekłam… — niespodziewanie przerwała Kasia.

— Jak to uciekłaś?! Dziewczyno! Czekaliśmy na ciebie! Moi pradziadkowie całe życie byli spokojni o losy kraju, bo wiedzieli, że istnieje ktoś, kto w razie niebezpieczeństwa zaopiekuje się orłami. Wspominali o tobie, mówili, że gdzieś w innym wymiarze żyje dziewczynka, która zabezpieczy los wnuków. Tą osobą jesteś ty! Chodź! — podał rękę Kaśce. — Znajdziemy ich.

Dziewczyna postąpiła zgodnie ze wskazówkami nowopoznanego chłopca, przypominając sobie słowa Bielika. Dzieci wędrowały po polanach i lasach, ale nigdzie nie znaleźli poszukiwanych. Postanowili udać się jeszcze raz w miejsce pierwszego przylotu Kasi do świata przeszłości z nadzieją, że nareszcie znajdą orła i jego kompanów.


Tymczasem Lech, Czech, Rus i Bielik wylądowali na swojej ziemi. Niezwykle wyczerpani wysiedli z pojazdu i powędrowali w stronę domu. Nagle zza pleców usłyszeli piskliwy dziecięcy głosik:

— Hej! Lech! Zaczekajcie!! — wydyszał. Nagle wszyscy się odwrócili i ujrzeli zmachane dzieci.

— Kasiu! Gdzie ty byłaś?! — spytała oszołomiona czwórka.

— Przepraszam, uciekłam, bo się przestraszyłam, ale obiecuję, że już tego nie zrobię. Zbyszko wyjaśnił mi co nieco, ale nadal nie do końca rozumiem, dlaczego się tu znalazłam. Błagam, niech mi ktoś to wyjaśni.

— Znalazłaś się tu, ponieważ jesteś najbardziej oczekiwaną pra pra… kto by liczył… wnuczką najważniejszej niegdyś osoby w naszym grodzie. Przypominam ci kogoś? — tajemniczo zaczął orzeł.

— Prawdę mówiąc, to przypominasz mi nasze godło…

— No właśnie. To ja jestem tym orłem z godła. Znalazłaś się w przeszłości, w czasach powstania Polski. Spójrz. Tam w gnieździe są jaja. Już niedługo zobaczysz na ich miejscu pisklaki. Ja jestem już niestety bardzo stary i nie dam rady zaopiekować się taką gromadką dzieci. Ich matka niedawno zmarła. Jesteś jedyną osobą, która mogłaby mi pomóc i zaopiekować się pisklakami — Bielik spojrzał z nadzieją na Kasię.

— Ale… Ja mieszkam zupełnie gdzieś indziej, nie mogę tutaj zostać. Poza tym nie umiem zajmować się ptakami.

— Nie martw się, całe gniazdo będziesz mogła zabrać ze sobą do domu, ale nie wolno ci nikomu go pokazać ani o nim opowiadać. Jeśli pisklaki nie dostaną odpowiedniej opieki, to losy całej Polski będą zagrożone.

Kasia była oszołomiona. Nie spodziewała się takiego zwrotu akcji. Z zamyślenia wyrwał ją krzyk Lecha:

— Orle! Bieliku! Zapomnieliśmy ponownie zatrzymać czas w świecie przyszłości i rodzice Kasi zapewne martwią się o nią!

— Kasiu, musisz już wracać do domu. Jednak tylko wtedy, gdy weźmiesz ze sobą pisklaki, będziesz mogła podróżować w czasie, a my będziemy mogli ciebie odwiedzać. Musisz teraz podjąć bardzo ważną decyzję. Dziewczyna była załamana. Nie wiedziała, co ma zrobić. Powierzono jej tak ogromnie odpowiedzialne zadanie. Nie idź utartymi ścieżkami i podążaj za głosem serca - Kasia przypominała sobie słowa Bielika i była coraz bliżej podjęcia decyzji.

— Kasiu? To jak? — ponaglał ją Lech.

— Podajcie mi gniazdo z jajami i wyruszamy w podróż! — na słowa Kasi wszystkim spadł kamień z serca. Po kolei zaczęli przytulać dziewczynkę, a orzeł poleciał po swe gniazdo.

— Dziękujemy! Dziękujemy! — krzyczeli, a Kasia się zarumieniła.

— Przybędziesz tutaj jeszcze? — zapytał z nadzieją w głosie Zbyszko.

— Oczywiście, tak szybko, jak tylko będę mogła.

Bielik przyniósł swe jeszcze nienarodzone pisklaki i wpakował do maszyny. Lech i Kasia wsiedli do niej i dziewczyna ostatni raz pomachała swoim nowym przyjaciołom.

— Zaczekaj jeszcze chwilkę — oznajmiła Lechowi. Dziewczyna wysiadła z pojazdu i podeszła do zamyślonego Zbyszka. Cmoknęła go w policzek i powiedziała:

— Cieszę się, że cię poznałam. Do zobaczenia.

Przeczytałeś bezpłatne 25% książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę