drukowana A5
33.81
Borelioza

Bezpłatny fragment - Borelioza

Strach i nadzieja


4.5
Objętość:
117 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8126-357-3

Wstęp

A jednak. Zdarzyło się. Nie wymyśliłam swojej choroby. To mnie spotkało. W najgorszych snach i przeczuciach nie było o tym mowy. Borelioza dorwała także mnie. Choroba podstępna i mordercza. Mogę śmiało powiedzieć, że w rankingu najbardziej niebezpiecznych jednostek chorobowych powinna zajmować ważne miejsce. Borelioza jest w dalszym ciągu niedoceniana, często bagatelizowana, omijana i przemilczana. Takie jej traktowanie, a w pewnym sensie udawanie, że nie ma problemu powoduje, że pastwi się na dobre i zbiera coraz większe żniwo.

Przedstawiam historię swojej choroby, wieloletniego poszukiwania diagnozy, zmagania, którym towarzyszy strach i nadzieja. Pokazuję wyraźnie jak przebiega moja walka, która zapewne nie zakończy się na kartach tej książki, tylko będzie trwać dalej. Ile czasu? W tym momencie trudno powiedzieć, bo w boreliozie nic nie jest pewne na 100%. Szkoda, bo to dawałoby poczucie spokoju, a tym samym równowagi.

Nikogo nie osądzam, nie krytykuję. Natomiast kwestie, które poruszam stanowią wyłącznie mój punkt widzenia, a książka ma charakter informacyjny.

Nie wstydzę się tego, co myślę. Nikomu nic nie narzucam, mówię możesz, ale nie musisz. Nie namawiam do nadmiernej troski o zdrowie, zmiany stylu życia, sposobu odżywiania. Każdy sam podejmuje decyzje i powinien mieć świadomość ich skutków. Na samym początku swoich zmagań wiedziałam bardzo niewiele. Dzisiaj jestem bogatsza o mnóstwo nowych doświadczeń. Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa boreliozy, a przede wszystkim jej skutków. Ten, kto się nie boi tej choroby nie zdaje sobie sprawy o czym mówi i jest szaleńcem.

Może komuś pomogę, chociaż trochę, albo otworzę oczy na dobre. Nie chcę absolutnie straszyć. Przekonasz się po przeczytaniu mojej historii. Jeśli jesteś chory/a na boreliozę, to już wiesz co czuję i nie jesteś sam/a w swoim smutku i cierpieniu. Jeśli jesteś zdrowy/a, pamiętaj, że ta choroba może spotkać nie tylko Ciebie, ale też osoby z najbliższego otoczenia, te które znasz, a także pozostałych. Nie można pozostać obojętnym. A może podejrzewasz, że jesteś zarażony/a borrelią? Organizm zawsze wysyła sygnały. Pytanie czy je odczytasz? Wszystko zależy od Ciebie.

Opisuję bardzo trudny dla siebie i najbliższych czas. Wszystkie te chwile nie były wyłącznie przepełnione lękiem, ale również optymizmem. Pojawiało się mnóstwo łez powstałych z bezsilności, pytań co i jak będzie dalej. Przecież jakoś musi być. Podjęłam bardzo ciężką walkę, okupioną mnóstwem wyrzeczeń i bardzo obciążającą organizm. Nie było innego wyjścia. Właśnie ten brak wyjścia na szczęście okazał się rozwiązaniem. Znalazłam przysłowiowe światło w tunelu.

To czego się boisz może w każdej chwili się pojawić. Bądź gotowy/a. Niebezpieczeństwo może być wszędzie. Trzeba tylko temu stawić czoło. Borelioza jutro może przyjść po Ciebie.

Początek

Bóle głowy nie okazały się migrenami, bóle stawów nie były wywołane reumatyzmem, bóle zębów nie wiązały się z problemami stomatologicznymi, zaś problemy z koncentracją nie były spowodowane uwarunkowaniami charakteru. Tachykardia, zmęczenie, problemy ze stawami i kręgosłupem, zła kondycja psychiczna oraz szereg innych dolegliwości, które wracały.

Towarzysząca temu niemoc, jak i poczucie braku perspektywy poradzenia sobie z dolegliwościami, ich okiełznaniem, okazały się być drogą niełatwą. Wszystkiemu winna „ona”, która dezorganizuje życie, plany i zaburza funkcjonowanie. Totalnie przestawia wszystko. Jeśli już jest i zdajemy sobie sprawę z tego to połowa sukcesu.

Gorzej jest chyba wtedy, gdy nie wiemy i borykamy się z szeregiem dolegliwości, których powody występowania trudno odnaleźć. Po jakimś czasie przechodzi w stan uśpienia, ale potrafi zaatakować w najmniej oczekiwanym momencie. Jednego dnia lub przez kilka następujących po sobie samopoczucie jest wyśmienite, ale ten stan nie jest ciągły. Pewnego razu można po przespanej nocy obudzić się z bólami mięśni, stawów, głowy, gardła itd. Dolegliwości przejdą, zdążymy już zapomnieć, ale intruz nie śpi, tylko czeka żeby znowu „dać w kość”. Ta dynamika zmiany samopoczucia, natężenia dolegliwości sprawia, iż zaplanowanie codziennych obowiązków staje się w pewnym sensie niemożliwe. Na ile mamy pewność, że w czasie natłoku zajęć nie zostaniemy znowu przez nią osaczeni i będziemy walczyć jak bokser na ringu? Czy pozwoli spokojnie i normalnie żyć? Teraz wiem, że będzie odwrotnie.

Czy nie zakłóci nam to realizowania się w życiu osobistym i zawodowym? To nie jest możliwe, jeśli wróg ciągle jest w nas, możemy o tym zapomnieć, ale ona czuwa. Nigdy nie będziemy wykonywać naszych obowiązków najlepiej jak to możliwe, bo zawsze pojawi się jakaś przeszkoda, na przykład zmęczenie albo będą to bóle mięśni, stawów, czy zaburzenia pamięci. Nigdy nie będziemy żyć na 100%, a przecież tego czasu, który mija nic nie zdoła przywrócić. To jak rzeka, która wciąż płynie, a jeśli będziemy chcieli zatrzymać nurt to i tak nic nie da.

Jest czymś co hamuje, osłabia i powoli niszczy ludzki organizm. Jak wampir żywiący się ludzką krwią, a kiedy już ją wypije doprowadza do agonii. I mówi się, że wampiry nie istnieją. Prawdziwych wampirów nie ma, ale czy wiele chorób nie jest nimi. Tak samo ona kiedy już zaatakuje i ma odpowiednie warunki bardzo trudno będzie ją zniszczyć. Żyje naszym kosztem, wędrując po ludzkim ciele, niczym groźne zwierzę. Natomiast jeśli staniemy z nim w twarzą w twarz to jesteśmy na przegranej pozycji.

Jest jak jeden z najgorszych pasożytów, a właściwie do nich należy, bo żywi się nami. Bawi się ludzkim kosztem i bardzo oszukuje. Jest jak złodziej, kradnie nam wszystko to, co najcenniejsze — kondycję psychiczną i fizyczną, a tym samym radość i szczęście, pozbawia tego co najważniejsze. Odziera ze wszystkiego. Nie pozwoli czerpać z życia pełnymi garściami. Pokrzyżuje wiele planów, które runą niczym domek z kart. Tak house of cards. Jak już kogoś dorwie na dobre, to będzie trzymać w swoich szponach, które niestety czasami są silne. Dotrze wszędzie. Nie ma chyba bariery, której by nie pokonała. Znajdzie miejsce, gdzie można się schować i poczekać na dogodny czas, żeby pokazać swoją siłę, a nas osłabić. Chce przejąć nad nami kontrolę.

Po rozwoju cywilizacji widać do czego jako ludzie jesteśmy zdolni. Znamy kosmos, tworzymy nowe wynalazki, technologie, potrafimy przeszczepiać organy, a tak trudne jest rozprawienie się z nią. A może w dalszym ciągu nie jesteśmy na tym etapie rozwoju, aby znaleźć skuteczny sposób na pokonanie i zwalczenie wielu chorób. Prawdopodobnie tak musi być, że nie jesteśmy nieśmiertelni. Tylko można się zastanawiać po co rozwój medycyny, pojawianie się szeregu nowych leków i szczepionek. Tak jak szereg dolegliwości, również i ona była obecna bardzo dawno, ale kiedyś to natura dokonywała selekcji. Słabsze organizmy, które nie radziły sobie same musiały „zginąć”.

Dzisiaj chcemy być w dobrej formie i żyć jak najdłużej. Propagujemy kult pięknego ciała, przeoczamy sygnały, które wysyła niejednokrotnie organizm, nie mówiąc już o pomijaniu a nawet niesprawiedliwym traktowaniu sfery niematerialnej, równie ważnej. Może po prostu nieświadomie nie dopuszczamy pewnych myśli do siebie i tego, że coś może dotknąć wszystkich innych, tylko nie mnie.

Niech ta opowieść nie będzie tylko zwykłym opisem, ale i motywacją. Zobaczysz jaką drogę przeszłam, ile czasu szukałam rozwiązania. Już teraz mogę jednak powiedzieć, iż było warto. Chociaż nic w życiu nie jest pewne. Nawet chwilowa dobra kondycja, świetne samopoczucie i szczęście. Los potrafi zaskakiwać, a rzeczywistość podsuwa rozwiązania. Wszystko zależy od tego jak odczytamy pewne sygnały i kogo spotkamy na swojej drodze. Trzeba dobrze obserwować. Ostatecznie i tak wszystko zależy od nas samych. To my w gruncie rzeczy kierujemy własnym życiem a więc sferą materialną i duchową, życiem prywatnym i zawodowym.

Zobaczysz, że nie od razu przychodzi rozwiązanie, a powodzenie jest obarczone niejednokrotnie wieloma wysiłkami. Dużo zależy od charakteru, bo los niejednokrotnie go weryfikuje. Sprawdza czy jesteśmy silni, czy się nie poddamy albo nie zniechęcimy.

Wtedy to się wydarzyło — 1994 rok. Jesień tego roku pozostawi na zawsze ślad, bo jeśli wszystkie rany się zabliźnią, a jej już nie będzie, albo będzie na dobre wyciszona, to ów ślad zostanie może w kodzie genetycznym, a na pewno w mojej pamięci. Przyroda nie będzie synonimem odpoczynku, zieleń nie uspokoi, a piękne powietrze i widoki nie zrelaksują. Powrót z wycieczki nie będzie kojarzył się z radością tylko niepokojem i strachem o siebie, swoje zdrowie, życie i przyszłość. Niejednokrotnie przez moją głowę będą przemykały pytania: Co? Jak? Dlaczego? Pozostające bez odpowiedzi i przeplatane chwilami zwątpienia.

Zostałam naznaczona. Chociaż nigdy go nie widziałam ani nie czułam. Kleszcz to sprawca i wróg, który wyrządził mi tyle zła. Pokrzyżował wiele pomysłów i planów. W tym czasie, czyli od (końca września) 1994 roku nie czuję się najlepiej, często się przeziębiam, mam problemy z zatokami, boli mnie głowa i mięśnie. Czuję ogólne rozbicie.

Kilka tygodni wcześniej przebywałam na dłuższej wycieczce w lesie. Po powrocie nie widzę u siebie żadnego kleszcza ani ugryzienia. Nawet po jakimś czasie nie pojawia się rumień. Po kilku tygodniach mam wrażenie, że chyba coś bardzo dziwnego zaczyna się dziać z moim organizmem. Nie za bardzo zdaję sobie sprawę z tego, co to może być.

Nieświadoma funkcjonuję na miarę swoich możliwości. Złe samopoczucie, zmęczenie, problemy zdrowotne od tej chwili będą mi już towarzyszyć. Nawet jeśli miną, to będzie to tylko chwilowe, a atak powróci ze zdwojoną siłą.

Żadna pora roku ani miesiąc nie będą już takie same jak przedtem. Każdy najmniejszy nawet wysiłek okaże się nie lada wyzwaniem, obarczonym łzami i przerażeniem. Jeszcze kilkukrotnie, od tego czasu przemkną mi przez głowę myśli co robić, jak żyć, którędy pójść, żeby dobrze się czuć i czy to w ogóle możliwe? Dowiem się i doświadczę tego jak się traci siły, pamięć, spokój i optymizm. Poczuję z czym zmagają się osoby borykające się z wieloma poważnymi schorzeniami.

Czy dane mi będzie mi od tej chwili zaznać spokoju? Czy los pozwoli mi czerpać z życia pełnymi garściami, tak jak powinno mieć to miejsce? Czy będę mogła żyć pełnią życia? Przez jakiś czas chyba tak, ale przyjdzie grudzień 2006 roku, ten bardzo trudny czas.

Szkoda, że to nie sen. Tak bardzo żałuję, że wówczas nie wiedziałam tyle, ile wiem obecnie. Jak zgubna jest nieświadomość i brak wiedzy. Dopiero teraz zdaję sobie z tego sprawę. Tę opowieść napisało samo życie. Chciałabym się przenieść w czasie, ale to niemożliwe. Tych chwil nie można cofnąć, nikt nie ma na to żadnego wpływu. Szkoda…

Krótka historia

Grudzień 2006 — wtedy w sumie wszystko zaczyna się na dobre. Chociaż lata 1994—2006 to również okres złego samopoczucia, ale w gruncie rzeczy ze wszystkimi dolegliwościami, czyli bólami mięśni, stawów i głowy, a także częstym zmęczeniem jakoś sobie radzę. Po prostu łykam tabletki przeciwbólowe, a kiedy jestem bardzo osłabiona czas ten spędzam w łóżku i przesypiam. Od 1994 roku do 2006 roku nie szukam przyczyny moich dolegliwości. Aczkolwiek w tym czasie wykonuję kilkanaście razy zwykłe badania krwi, wyniki są wyśmienite. Już wtedy czuję, że nie zmierza to w dobrym kierunku, gdyż złe samopoczucie nie chce minąć na stałe. Problemy zdrowotne powracają. Zaczynam się powoli przyzwyczajać do swoich dolegliwości. Żyć w cierpieniu, to chyba nienormalne.

W 2006 roku jeszcze nie przypuszczam co zdarzy się za pięć, czy dziesięć lat. Będzie to trudny czas dla mnie oraz osób z najbliższego otoczenia. Czas okupiony nie tylko cierpieniem, ale i niepewnością, a nawet niejednokrotnie zwątpieniem, że jest rozwiązanie, tylko trzeba je znaleźć. Upływające miesiące nie pomagają. Wiemy to doskonale, iż w przypadku wielu dolegliwości, które w porę zostają wykryte, stają się wówczas niemal całkowicie uleczalne. Widzimy to w odniesieniu do bardziej rozwiniętych krajów Europy, jak tamtejsi lekarze i badacze przyjeżdżają do Polski oglądać niektóre przypadki zdrowotne, gdyż u nich nie dopuszcza się do tak zaawansowanego rozwoju niektórych chorób.

Zapraszam do przeczytania mojej historii, opisanych pokrótce zmagań i nieustannego poszukiwania diagnozy. Dzięki upartości udało się. Już znam ją. Ja wiem co mi jest, a ile osób znajduje się w odwrotnej sytuacji. Co jest lepsze? Żyć w nieświadomości czy zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa? Wyszłam z mroku, bo sama znalazłam światło w tunelu i wiedziałam w którą stronę mam iść.

Jednak nie tylko wiedza, ale również przeczucia i intuicja są niezmiernie istotne. Mnie to pomogło. Wewnętrzny głos, który podpowiadał żeby się nie poddawać, bo każdą zagadkę można rozwiązać. Posiadane wiadomości, uwarunkowania charakterologiczne, a do tego pierwiastek niematerialny pomogą nam zmierzyć się z trudnościami i osiągnąć cel. Trzeba tylko tego chcieć. Bardzo ważne są odwaga i wytrwałość. Zaś ów cel w przypadku każdego z nas jest inny. Wszystko zależy od sytuacji, w której się znajdujemy i priorytetów. Dla jednych będzie to praca, dla innych wykształcenie, szczęśliwe życie, realizowanie marzeń i pasji.

W moim przypadku celem okazało się być zdrowie i wszystko co z nim związane, a więc samopoczucie czyli dobra kondycja fizyczna i psychiczna. Priorytet stanowiło znalezienie przyczyny moich dolegliwości. Nie chciałam słuchać już, że wymyślam choroby, bo tylko takie zdanie pojawiało się najczęściej w 90% gabinetów lekarskich. Żądałam, aby wysłuchano mnie do końca i trafnie sprecyzowano, co się ze mną dzieje. Chciałam po prostu czuć się dobrze i stosownie do stylu życia, który prowadzę. Czy to normalne, żeby osoba w młodym wieku nigdy nie czuła się dobrze, zmagała się z dziwnymi problemami zdrowotnymi i tak bardzo trudne było znalezienie ich powodu? A jednak, to co niemożliwe stało się możliwe. Jeśli nie wierzysz, to się zaraz przekonasz.

Wszystko zaczyna się spokojnie, jak cisza przed burzą. Nic nie zapowiada nadchodzącej katastrofy. Bo tylko tym słowem można określić, to co już później działo się ze mną, czyli ciałem i umysłem. Niesamowite jak wielką tworzy jedność umysł, ciało i duch. Jeśli któryś z tych elementów jest zakłócony i nie pasuje do całości nie możemy prawidłowo funkcjonować. Stąd tak istotna jest harmonia tych trzech komponentów, bez nich organizm ludzki nie działa właściwie. Teraz już jestem tego pewna.

Wiem co znaczy stać nad przepaścią i na dole widzieć czarną otchłań. Lepiej nie skakać, gdyż stamtąd nie ma powrotu. Znam uczucie zamkniętego umysłu w klatce i niemożności ucieczki z niej. Doświadczyłam tego jak to jest mieć zniewolone ciało, które odmawia posłuszeństwa. Ból różnych części ciała za każdym razem wywołuje dezorientację. Błądzę dosłownie jak we mgle.

Czuję się jak zagubiona w ogromnym lesie, z którego nie mogę się wydostać. Strach przed zasypianiem i lęk przed budzeniem się nie są mi obce. To jak kajdany, czy kamień uwiązany u nogi. Jeszcze ta niemożność uzyskania pomocy. Trudno mi wytłumaczyć istotę, a innym to zrozumieć. Niemoc jest okropna i przytłaczająca, ale chyba niezrozumienie przygnębia o wiele bardziej. Cóż tu po empatii. Nie jest potrzebna mi również litość. Chcę pomocy!

Jesień 2006 roku nie była dla mnie łaskawa (wszystko zaczęło się we wrześniu 1994 roku, ale aż do 2006 roku w zasadzie pozostawało w pewnym uśpieniu w porównaniu do tego co miało miejsce po 2006 roku). Jesienne popołudnia oraz wieczory można było spędzać aktywnie na rowerze, spacerach, gdy pozwalały na to warunki meteorologiczne. Cały świat wydawał się być w jasnych barwach. Często świeciło słońce, więc każdą wolną chwilę spędzałam poza czterema ścianami. Wybierałam się na wycieczki do lasu albo nad wodę.

Już pod koniec września ogarniały mnie dziwne chwile słabości w sensie fizycznym, jak i psychicznym. Byłam bardzo zmęczona, czułam się jakby podduszana i powoli „pozbawiana tlenu”. Zaczęły się coraz częstsze infekcje, które po jakimś czasie mijały, a wtedy wszystko było w jak najlepszym porządku. Powtarzające się problemy z zatokami i to najgorsze poczucie ogólnej bezsilności zaczęło mnie niepokoić. Bolały mnie również tak zwane korzonki, ręce oraz nogi. Dolegliwości stawały się bardzo uciążliwe. Niejednokrotnie znowu zastanawiało mnie to, czy to możliwe żeby młoda kobieta, dobrze odżywiająca się, prowadząca higieniczny tryb życia, która nie zarywa nocy, nie lubi używek, bez nadwagi, tak często czuła się okropnie? Czy jestem wyjątkowo delikatna, mało odporna? Czy jestem pechowa? Co się dzieje? Już wtedy zapaliła się przysłowiowa lampka kontrolna. Szkoda, że tylko w mojej głowie, a nie specjalistów, których odwiedzałam. Sama wiele razy zadawałam sobie niejedno pytanie i szukałam na nie odpowiedzi.

Wraz z upływem czasu pojawiało się coraz częściej wspominane już przeze mnie zmęczenie bez powodu, które też z trudem ustępowało. Zresztą wcześniejsze kilka lat też było takie sobie, a nawet nieciekawe. Niejednokrotnie odczuwałam brak energii, apatię i przeróżne bóle. Po przejściu kilkuset metrów czułam się jak po maratonie, a po kilku godzinach snu tak jakbym nie spała kilka nocy. Były też dni, że bolało mnie wszystko, każda kość. Miałam wrażenie, że funkcjonuję na granicy dwóch rzeczywistości i jestem rozdwojona. Czuję się dobrze, nic mi nie dolega, a potem następuje radykalna zmiana toru. Ja w jednym miejscu, a z boku ta druga bezsilna, skrępowana, uwięziona i schorowana oraz zmagająca się z brakiem zrozumienia zupełnie inna osoba. Niestety, zamiast nadmiaru energii i chęci życia tak typowych dla młodego wieku byłam totalnym zaprzeczeniem młodości, zarówno w sensie kondycji fizycznej jak i stanu psychicznego.

Wszystko zrzucałam na coraz mniejszą ilość promieni słonecznych, deszcze, jesień. Nieraz szukałam wytłumaczenia i właściwych argumentów, które usprawiedliwiałyby stan w jakim się znajduję. Wydawało się, że wraz z końcem zimy i początkiem wiosny, wtedy kiedy przyroda budzi się, znikną dolegliwości i na nowo będę cieszyć się energią oraz mieć motywację do podejmowania nowych wyzwań. Świat zacznie wydawać się bardziej kolorowy, ale nie było mi dane w tamtym momencie tego doświadczyć.

Los przygotował mi inną niespodziankę. To niesamowite, jak dziwna jest ludzka egzystencja. Jak pokręcone są losy człowieka. Niczego nie otrzymujemy od życia raz na zawsze. Nawet dobre samopoczucie, zdrowie, czy szereg innych kluczowych wartości mogą być ulotne. Trzeba liczyć się z tym i „łapać” każdą chwilę. Dobre momenty należy wykorzystywać maksymalnie. Z tej trasy nie da się zawrócić i przejechać drugi raz. Życie to bilet w jedną stronę, a jaka to będzie podróż, zależy w dużym stopniu od nas samych.

Grudzień 2006. W czasie jednego z zimowych wieczorów mam bardzo podwyższony puls, a ponadto od kilku dni zmagam się z silnymi bólami głowy. Do tego dochodzi wzmożone napięcie karku bez wyraźnego powodu i nie jest winna temu niewygodna poduszka, czy materac. Chyba zwariuję. Odczuwam silne zmęczenie oraz bardzo bolą mnie mięśnie. Kiedy mocno podwyższony puls (160 uderzeń) staje się uciążliwy pewnego grudniowego wieczoru o godzinie 23.00 zmierzam do nocnej opieki lekarskiej. Mam wykonane EKG. Słyszę tachykardia. Dostaję leki oraz jakiś zastrzyk. Otrzymuję informację, że to pewnie od stresu, zmęczenia, może braku magnezu, problemów z tarczycą. Po jakimś czasie dolegliwości ustępują. Od razu myślę, że muszę jeszcze bardziej wypoczywać, jeszcze nie wiem, że to nie do końca pomoże. Wykonuję podstawowe badania krwi. Wyniki są bardzo dobre. Tak mija koniec 2006 roku. Sam jego finisz to nieustające migreny, które trudno wyciszyć. Czuję, że chyba nigdy nie miną.

Każda noc staje się męczarnią, bo w połowie budzę się, gdyż bóle głowy są tak silne, że uniemożliwiają mi normalny sen i wypoczynek. Nie znajduję nigdzie pomocy, słysząc że silne bóle głowy są spowodowane stresem albo problemami z odcinkiem szyjnym kręgosłupa. Nawet wizyty w gabinecie neurologicznym oraz wielu innych okazują się nieskuteczne. Nie przynoszą rezultatu, bo mimo iż lekarze pochylają się nad moim problemem, to w gruncie rzeczy nie znajduję odpowiedzi, a do tego co najgorsze dolegliwości ciągle są i powoli pojawiają się jakby następne problemy zdrowotne. Zastanawia mnie kiedy wreszcie one miną. Wśród wszystkich dolegliwości prym wiodą zmęczenie, bóle mięśni oraz stawów.

One strasznie komplikują mi normalne funkcjonowanie. Nie mogę skupić się na nauce i pracy, bo nie pozwala mi na to moja kondycja fizyczna ani psychiczna. Ileż można myśleć i zastanawiać się nad tym jak będę czuła się następnego dnia, czy za tydzień, nie mówiąc już o kilku miesiącach, bądź roku. Cały czas coś się ze mną dziwnego dzieje. Nie mam dobrych przeczuć, ale może to tylko moja wyobraźnia. Myślę, że kolejny rok będzie lepszy od poprzedniego. Każdy chyba zresztą ma takie myśli. On verra…

2007

Pod względem zdrowotnym ten rok nie zaczyna się dobrze. Czuję, że powoli tracę kontrolę nad swoim organizmem. Już na początku stycznia zaczynają się intensywne dolegliwości. Są nimi silne bóle głowy, które są do tego stopnia uporczywe, że przerywają normalny sen. Nie wiem co mam robić. Trafiam w międzyczasie do neurologa, który stwierdza, iż jest to spowodowane stresem, siedzącym trybem życia, a nawet dynamiczną osobowością. W międzyczasie wykonuję szczegółowe badania krwi i RTG kręgosłupa. Badania nic nie wykazują. Objawy po pewnym czasie ustępują. Żyję jakby nic mi nie dolegało. Po kilku tygodniach pojawiają się silne bóle zatok. Rozsadza mi głowę, czoło i szczęki. Czuję że mój organizm wariuje. Każdy ruch głową, czy umycie twarzy to silny ból. Natomiast RTG zatok nie wykazuje niczego niepokojącego. Wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. A mimo to zostaje mi przepisany antybiotyk, który biorę przez siedem dni. Powoli przechodzi, ale ogólnie jest beznadziejnie.

W połowie 2007 roku wracają silne bóle głowy i wzmożone napięcie karku. Wypadają mi bardzo mocno włosy. Wszystkie leki przeciwbólowe dostępne bez recepty są zbyt słabe, aby zniwelować ból. W natłoku obowiązków i ważnych egzaminów nie mogę wszystkiego zostawić z powodu owych dolegliwości. Z bardzo obolałym karkiem i głową zdaję egzaminy z francuskiego. Jestem niczym zmęczony kajakarz, czy narciarz przed metą. Nie mogę się poddać ani wycofać. Wiem, że muszę się skupić, bo w przeciwnym razie nie dość, że źle się czuję to jeszcze nie wywiążę się z obowiązków.

Przez kilka dni czuję się okropnie. Nie mogę nic jeść. Boli mnie już całe ciało, więc każdą wolną chwilę przesypiam. W związku z tym śpię praktycznie większość doby, myśląc że to sen okaże się najlepszym lekiem na całe moje zło. Spuchnięta i obolała funkcjonuję nieefektywnie. Zaczyna mnie boleć już każda mała kostka. Po wizycie u lekarza otrzymuję leki przeciwzapalne i uzyskuję diagnozę: bóle stawów i kości spowodowane są przebytą infekcją, czyli przeziębieniem. Jest lipiec i zastanawiam się, o którą infekcję chodzi. Zaczynam stwierdzać, iż coraz więcej jest dni kiedy czuję się fatalnie aniżeli tych, gdy jestem w pełni sił.

W pewnym momencie odczuwam obojętność. W lipcu 2007 roku dołączają silne bóle brzucha bez konkretnych powodów, powtarzające się bardzo często, które zmuszają mnie niejednokrotnie do powrotu z kilku wyjazdów i totalnego przeorganizowania życia. Odżywiam się dość zdrowo, dlatego nie wiem co może być tego powodem? Nie mogę wypocząć, bo zawsze coś mnie boli, to jeszcze owe dolegliwości generują ciągłe i niespodziewane koszty. Kolejna wizyta u lekarza. USG jamy brzusznej i gastroskopia bez zarzutów, wszystko ok. Słyszę, że to od nerwów. Dostaję leki wyciszające, które nic nie pomagają. W międzyczasie bolą mięśnie i najpierw mam drętwienie jednej, a po jakimś czasie drugiej dłoni.

Jesienią dochodzi drętwienie nogi, tak zwana rwa kulszowa. Mam problemy ze sprawnym wykonywaniem wszystkich czynności. Już czuję wyraźnie, że z każdym miesiącem pojawia się coraz więcej objawów. Dołącza jeszcze drętwienie całej ręki, boli mnie bark. Nie mogę normalnie funkcjonować, ciągle coś mi dolega. Mam dziwne nastroje, jakieś stany nerwowości. Co się dzieje? Czemu nikt mi nie może pomóc? Czy jakakolwiek pomoc jest w ogóle możliwa?

Powoli tracę nad sobą kontrolę. Jestem wystraszona, bo nie wiem się ze mną dzieje, a do tego nigdzie nie uzyskuję konkretnej odpowiedzi. Pojawiają się myśli, że może nie jest stawiana właściwa diagnoza. Czy jest to spowodowane małą wiedzą lekarzy? Przecież w Polsce mamy świetnych specjalistów. Brakiem intuicji z ich strony, doświadczenia, słabą diagnostyką? Na ten moment nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć.

Wiem tylko jedno, iż muszę szukać do skutku przyczyny moich dolegliwości. W tym momencie zaczynam sama przeglądać literaturę medyczną i artykuły w prasie specjalistycznej. Jednocześnie wykonuję znowu wiele badań krwi. Wtedy po raz pierwszy przemyka mi przez myśl refleksja — borelioza. To słowo pojawia się wyłącznie w mojej głowie. Lekarze nie dość, że nie wspominają o tym, iż być może jest to ta właśnie choroba, to nawet nie próbują mnie zrozumieć.

Intuicja mi podpowiada, aby zrobić test na boreliozę. Wykonuję test Elisa, bo tylko o takim wówczas dowiaduję się w laboratorium. Wynik jest negatywny. Dolegliwości związane z kończyną nie ustają, więc przyjmuję leki przeciwzapalne. Poza tym zostają mi przepisane zastrzyki. W końcu bóle znikają.

Jeszcze wtedy nie wiem, że dolegliwości nie ustąpią na zawsze, że nie będę mogła cieszyć się pełnią sił. Nie zdaję sobie sprawy z tego co będzie dalej. W tym momencie jestem pewna, że dolegliwości zniknęły na dobre, ale w dalszym ciągu nie daje mi spokoju nieznajomość przyczyny moich dolegliwości. I tak mija 2007 rok, który niestety kończę bólami głowy i mięśni. Po chwilowym odpoczynku od problemów zdrowotnych, który trwał prawie dwa tygodnie, znowu czuję się źle. Boli mnie cały kark, głowa, szyja i jestem ciągle senna. Mam dość.

Z pozytywną energią wkraczam w 2008 rok, który mam nadzieję będzie lepszy od poprzedniego, szczególnie w kontekście zdrowotnym. Jednak czas nie jest dla mnie łaskawy. Wiem czym jest tykająca bomba i ten strach, że kiedyś ona wybuchnie. Kiedy to nastąpi? Czy zdołam to wszystko zatrzymać?

2008

Już na samym początku 2008 roku powtarzają się migreny, które trwają tygodniami. Jest to tak straszne, że po kilku godzinach snu zazwyczaj dwóch, czy trzech z powodu bólu nie mogę zasnąć. Nie wiem co robić. Wtedy kiedy inni śpią sama wychodzę na spacer, łykam garść środków przeciwbólowych i piję litrami melisę. Ukojenie przychodzi tylko na chwilę. Po takiej nieprzespanej nocy nie mogę się skoncentrować. Piję kilka kaw dziennie, lecz wiem że tak dłużej nie dam rady z pewnością funkcjonować. Dopiero wówczas zdaję sobie sprawę z tego co czują ludzie, którzy nie mogą spać. Po ośnieżonym chodniku spaceruję w jedną i drugą stronę, patrząc na światła włączone tylko w kilku mieszkaniach. Zastanawia mnie czy w tamtych miejscach ludzie też nie mogą spać, a może męczą się ta jak ja? Może nie jestem sama tylko wydaje mi się, że to co dolega mi jest unikalne. Organizm potrzebuje wypoczynku i snu, bo w przeciwnym razie zaburzone jest normalne funkcjonowanie. Znam to z autopsji. Nie wiem jak można nie spać kilka nocy. To musi być okropne.

Do drętwienia nogi, uczucia wzmożonego napięcia karku, pojawiają się bóle zębów i dziąseł (mimo, iż według stomatologa stan jamy ustnej jest bardzo dobry). Daje o sobie znać jeszcze drętwienie całej ręki. Latem 2008 roku dołączają silne bóle stawów i częste zmęczenie. Mimo stosowania leków objawy na jakiś czas znikają, ale wracają. Te wszystkie dolegliwości sprawiają, że nie cieszą mnie normalne rzeczy, z których każda kobieta powinna być zadowolona. Bo przecież lubimy chodzić do fryzjera, kupić nowy ciuch, czy zrobić maseczkę. To normalne. Nie zadowala mnie to, bo nawet najbardziej nowoczesna fryzura i najmodniejsze ubranie nie sprawią, że moje problemy zdrowotne rozpłyną się.

To ja trzymam swoje życie w swoich rękach i muszę choćby trwało to kilka, a może nawet kilkanaście lat znaleźć powody swojego cholernego samopoczucia, tych bólów, które wstrzymują mi normalne kontynuowanie życia prywatnego i zawodowego. Postanawiam, że odpowiedzi będę szukać nie tylko w najbliższej okolicy, ale jeśli będzie trzeba pokonam setki kilometrów. Mam dość życia na granicy dwóch światów i balansowania w jakiejś dziwnej rozdwojonej rzeczywistości. Nie chcę zwariować. Jestem w desperacji. Jednego dnia wszystko jest w porządku, natomiast drugiego jestem osaczona przez boreliozę, o czym jeszcze nie wiem, obezwładniona i pozbawiona sił.

Ona zabiera mi energię i krąży po moim całym ciele. Czuję, że chce przejąć całkowitą kontrolę. Dlaczego mój układ odpornościowy jest ślepy i nie reaguje? Nie mogę się poddać, bo w przeciwnym razie mnie zniszczy. Wiem co znaczą bezsenne noce, a jeśli już sen przychodzi, to czuję jak po moim ciele w środku krąży cała zgraja robaków. To niczym dżdżownice przesuwające się na świeżo skopanym gruncie. Najpierw są w gardle, następnie w uszach, a zaraz potem kierują się w stronę kończyn, żeby znowu zacząć swój maraton, który trwa niekiedy pół nocy. Czuję strach, że one dobiorą się do moich organów i niczym zombie będą je powoli konsumować. Niestety to nie jest wycięte z horroru. Wszystko jest realne.

2009—2015

Te lata to bardzo ciężki etap, jak i czas, który chciałabym chyba na dobre wykreślić. Kondycja psychiczna i fizyczna są nieciekawe. Borykam się z wieloma dolegliwościami, a do wszystkich wymienionych w poprzednich latach dołączają częste i silne bóle gardła. Bardzo szybko się męczę. Po przejściu kilkuset metrów pieszo lub przejechaniu kilometra rowerem jestem potwornie spocona i tracę siły. Z każdym dniem jest coraz gorzej. Sprawdzam ciepłotę ciała. Występuje stan podgorączkowy. Natomiast za kilka dni temperatura jest poniżej normy. Niebywałe skoki temperatury wywołują u mnie podejrzenie. Jak młoda sprawna osoba może być w takim stanie? Co jest? Na pewno nie zwiastuje to niczego dobrego. To musi być coś poważnego.

Mam silne bóle kręgosłupa i korzonków. Przecież się nigdzie nie przeziębiłam, nie nadwyrężyłam, to dlaczego borykam się tymi dolegliwościami? Już na własną rękę stosuję maści i silne leki dostępne bez recepty. Niejednokrotnie dołączają tak zwane prądy przechodzące wzdłuż kręgosłupa. Bardzo często odczuwam mrowienie na plecach. Owego odczucia nie potrafię w tej chwili dokładnie sprecyzować, tak aby dokładnie oddać to z czym się zmagam.

Wieczorem przed pójściem spać jestem osłabiona, mam bardzo niskie ciśnienie i czuję jakby bezwładne ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Nie wiem czy następnego dnia się obudzę, zasypiam i czuję jak dosłownie pogrążam się w toni snu. Chyba ulatuje ze mnie dusza. Co się dzieje! Do tego jeszcze ten powtarzający się, przyspieszony i to nawet bardzo rytm serca, który czuję, że jest nie do wytrzymania. Nie chcę słyszeć w momencie odpoczynku mego rozszalałego serca, które nie może się uspokoić i nie mogę nic z tym zrobić. Czasami mam też szumy w uszach. Po raz kolejny czuję jak bardzo jestem bezradna. Przychodzi mi do głowy myśl, że wciąż jako ludzie możemy naprawdę niewiele.

W sytuacji, gdy dolegliwości są nie do wytrzymania odwiedzam wielu lekarzy. I znowu historia zatoczy koło. Nikt nie potrafi mi pomóc, uleczyć i uzdrowić. Żaden specjalista nie może mnie zrozumieć, twierdząc, że owe problemy zdrowotne to wytwór mojej bujnej wyobraźni, a innym razem mówiąc, iż przyczyny mają podłoże psychogenne. Mam wrażenie, że chyba część lekarzy chce zakwalifikować mnie do osób chorych psychicznie. Na szczęście nie zwariowałam, a moje problemy zdrowotne są prawdziwe. Tylko dlaczego nikt nie potrafi dokładnie nazwać choroby?

Ze strony lekarzy pada szereg słów, które nie mają uzasadnienia i potwierdzenia zarówno w wiedzy naukowej jak i moich objawach. Słyszę następujące diagnozy: nerwica, zaburzenia neuroprzekaźników — taka już skłonność do depresji. Zresztą po co miałabym oszukiwać specjalistów. Byłabym nie w porządku przede wszystkim wobec siebie. Można kłamać, ale w mojej sytuacji byłoby to pozbawione najmniejszego sensu. Przecież ciągle poszukuję diagnozy, a nie wmawiam sobie choroby. Nie sprawia mi przyjemności odwiedzanie kilkudziesięciu gabinetów lekarskich miesięcznie i wykonywanie mnóstwa badań. Mam dosyć krążenia od jednego lekarza do drugiego, a na dodatek niczego konkretnego się nie dowiaduję. Tymczasem dosłownie tracę siły.

Co jest? Wydawałoby się, że medycyna nawet w Polsce jest na bardzo wysokim poziomie. Ale czy aż tak wysokim, aby bezbłędnie stawiać diagnozę? Co zawodzi? Może to procedury, brak doświadczenia lekarzy? Być może istnieją jeszcze inne czynniki? Gdzie popełniam błąd, a może nieodpowiednio postępują specjaliści? W końcu przecież to fachowcy w swojej dziedzinie, mistrzowie naprawy tego wspaniałego mechanizmu, jakim jest ludzki organizm. Do chwili obecnej nie wiem. Natomiast mój upór pozwoli rozwikłać mi wiele zagadek, związanych z dolegliwościami, które mnie dotknęły.

Na ten moment jedno nie daje mi spokoju. Chcę czuć się dobrze i normalnie funkcjonować. Chyba uzmysławiam sobie, czego doświadczają osoby przewlekle chore, zmagające się z niemocą. Wiem jak silna jest wola żeby żyć. Nikt nie chce więdnąć jak kwiaty, czy rośliny bez wody.

Wracają coraz silniejsze bóle zębów, badania RTG nie wykazują niczego złego. W ostateczności decyduję się na zaleczenie kilku zębów, oczywiście tylko tych, które tego wymagają, mając nadzieję, że problemy stomatologiczne ustąpią. Ponadto po wypiciu kilku saszetek leku przeciwzapalnego w ciągu pięciu dni dolegliwości nieznacznie ustępują. Na szczęście są jeszcze „normalni” stomatolodzy, do których należy moja Pani Doktor, bo w przeciwnym razie miałabym porozwiercane i pozbawione nerwów wszystkie zęby. Jestem tego pewna i zresztą słyszałam, że wielu stomatologów bez chwili namysłu w przypadku takich bólów, z którymi się zmagałam, wzięłoby się za leczenie kanałowe. A bolą mnie wszystkie zęby. Na początku na zmianę, a potem już cała szczęka. Można dostać pomieszania zmysłów.

Nikt nie wie gdzie tkwi przyczyna. Nie ma osoby, która potrafiłaby mi pomóc. Dlaczego? Nie spożywam alkoholu, ale po wypiciu lampki wina na urodzinach u znajomych czuję się jakbym była bezwładna. Poza tym mam bardzo silne bóle żołądka i jelit. Słyszę, że to zespół jelita drażliwego. Wykonuję znowu szereg badań, w tym te wykluczające pewne rodzaje nowotworów. Wyniki są bez zastrzeżeń. Mam pełne szuflady w których jest mnóstwo wyników badań, prześwietleń itd.

Dlaczego więc borykam się z tym wszystkim? Czemu nikt nie może mi pomóc? Zawsze w sposób precyzyjny opisuję swoje dolegliwości specjalistom. Gdzie tkwi problem? Tracę mnóstwo czasu, cierpliwości, nerwów i pieniędzy. Nie mówiąc już o tym co dzieje się z moim żołądkiem, wątrobą, trzustką i nerkami kiedy brałam te wszystkie leki i zastrzyki. Mam poza tym Hashimoto (które w moim przypadku jest zwykłą konsekwencją obecności bakterii borrelia w organizmie, jak się później dowiedziałam), więc jeszcze jestem zmuszona codziennie brać leki, oczywiście na tarczycę, bo o boreliozie wtedy jeszcze nic nie wiem.

W mojej głowie kłębi się szereg myśli, nie zawsze pozytywnych. Zresztą trudno się temu dziwić. Powoli tracę chęci, jeśli chodzi o szukanie diagnozy, ale wiem, że muszę ją znaleźć. Cały czas przemyka mi myśl, iż może to być borelioza. Jest to niewytłumaczalne, ale czuję to podświadomie. Ale chyba najgorsze jest to, że inni nie potrafią mnie zrozumieć. Borykanie się z brakiem zrozumienia jest gorsze niż brak współczucia. Ten krzyk rozpaczy podobny jest do wołania na pustyni. Okropne uczucie, bo wiesz, że krzyczysz z całych sił, a nikt Cię nie słyszy. Możesz stracić głos, pęknie Ci serce, a i tak nikt tego nie zauważy. Czyżby wszyscy w jednym momencie stracili słuch. A może ja za cicho i niewyraźnie wołam o pomoc?

Może mnie tylko zrozumieć ktoś, kto ma identyczne problemy. Nie jest prawdą, że inni ludzie utożsamiają się z naszą sytuacją, kłopotami z którymi się zmagamy. Chyba nie ma czegoś takiego. Nie zrozumie ten, kto nie doświadczy i nie spotka się ze ścianą, murem który tak ciężko pokonać. Dotyczy to nie tylko zdrowia, ale wielu płaszczyzn. Ciągle szukam odpowiedzi, a mijają już nie dni, miesiące, a całe lata. Przeraża mnie ta okropna niemoc.

2016

Z tym rokiem kojarzy mi się mnóstwo trudnych chwil. Jest to chyba czas, kiedy jestem w bardzo złym stanie. Zdarzają się momenty, kiedy tracę nadzieję, że kiedykolwiek będzie mi dane poznać diagnozę. Czy kiedyś nadejdzie ta chwila? Dolegliwości jest coraz więcej. Bóle mięśni i stawów są coraz bardziej intensywne, tak samo jak i napięcie karku. Bardzo bolą i drętwieją na zmianę nogi i ręce. Odczuwam prądy przechodzące po plecach albo wzdłuż kręgosłupa, które trwają kilka godzin, a potem na tydzień czy dwa znikają. Mam często obrzęk węzłów chłonnych na szyi i w pachach.

Zaczynam mieć poważne kłopoty z nadgarstkami. W myślach czuję tylko jedno. One nie mogą odmówić mi posłuszeństwa. Jak będę pisać na komputerze albo trzymać długopis? To pozbawi mnie realizacji wielu obowiązków. Przecież błahe nadgarstki są niezwykle istotne. Znowu kilka, a raczej kilkanaście wycieczek do lekarzy, badań. Czasami zastanawiam się kiedy to się skończy? Jaki koniec jest możliwy? Bóle głowy stają się ponownie uporczywe.

Mimo relaksu nie odczuwam regeneracji, bardzo często czuję się zmęczona. Po spacerach, słuchaniu muzyki relaksującej nie widzę poprawy. Pojawia się jeszcze coś nowego, co rzeczywiście obudzi moją czujność. Dołącza drętwienie twarzy — dziwne uczucie jakbym była porażona. Dopiero później dowiaduję się, że to porażenie nerwu trójdzielnego. Zaczynam mieć problemy z sercem i ciśnieniem. Puls jest bardzo przyspieszony, natomiast ciśnienie ulega nieustannym wahaniom. Dość często pojawiają się duszności. Mam wrażenie, że zemdleję. Wykonuję kilkukrotnie EKG, Holtera i znowu szereg badań krwi. Wszystkie wyniki są idealne.

Ale to, co dopiero pojawi się w najbliższym czasie wystraszy mnie na dobre. Spowoduje ogromne przerażenie i myśl co dalej. Tego nie było wcześniej. Zaczynam mieć problemy z koncentracją, pamięcią, brakiem słów. Nie pamiętam co mam kupić, mylę klucze, godziny, kierunki, dosłownie wszystko. Nie przypominam sobie co wydarzyło się kilka dni temu. Zapominam połowy słów w języku obcym. Mam problem z odnalezień rzeczy w szafie, które nie wiem kiedy znalazły się na półkach w innym pokoju. Nie rozumiem tekstu czytanego, konkretny fragment muszę przeczytać kilka razy, aby wiedzieć o czym jest. Mam ogromne luki w pamięci. Sformułowanie kilku zdań staje się problemem, nie mówiąc już o napisaniu fachowego pisma. Jest to tak przytłaczające i przykre, że nawet w towarzystwie bliskich mi osób nie podejmuję dyskusji z obawy o to, że mogę nie pamiętać jaki temat poruszyłam. Zdarzają się sytuacje, że muszę kłamać. Swoje problemy z koncentracją tłumaczę innym ludziom brakiem wypoczynku i stresem, bo tylko to w tym momencie mogę zrobić. Już wiem a przynajmniej próbuję wyobrazić co dzieje się z chorymi na Alzheimera. Przecież mózg to podstawa. Już chyba paradoksalnie lepszą sytuacją w najgorszym wypadku są dolegliwości fizyczne, aniżeli natury umysłowej.

Zresztą ów mózg odpowiada za wszystko. Jest niczym struny w najlepszym instrumencie. To swoiste centrum zarządzania organizmu. Najbardziej tajemnicze miejsce w naszym ciele i chyba nie do końca poznane. Bo przecież nie wykorzystujemy 100% jego możliwości.

Niejednokrotnie zmagam się z uczuciem tak zwanego odlotu — chwilowego odrealnienia. Wiem, co to znaczy mieć rozdwojoną osobowość. Dwie ja, okropne i dziwne uczucie. Mojego krzyku w rozpaczy nikt nie słyszy, a to wielka szkoda. Czuję, że moja głowa jest ściśnięta w klatce, z której nie może się wydostać, a do tego jeszcze kark, który odmawia posłuszeństwa. Dobrze, że po kilku dniach dolegliwości ustępują. W przeciwnym razie zwariowałabym w dosłownym znaczeniu tego słowa, dostała pomieszania zmysłów.

Boli mnie każdy włos na głowie. Próba czesania się czy zrobienia jakiejkolwiek fryzury okazuje się niemałym wysiłkiem. Często miewam na przemian występujące stany depresyjne, wzmożonej nerwowości lub zadowolenia. Nie jest to zależne od konkretnej sytuacji, albo panujących warunków atmosferycznych. Czasami w nawet najbardziej słoneczny dzień jestem przygnębiona, a kiedy jest brzydko, pochmurno czy pada deszcz odczuwam radość.

Dołączają coraz silniejsze bóle kolan, barku, nadgarstków, stawów biodrowych. Boję się, że będę miała problemy z poruszaniem się. Pojawia się ogromny strach. Nie dość, że jestem w okropnym nastroju, rozdrażniona, nic nie pamiętam, to jeszcze nie będę mogła chodzić i wykonywać prostych czynności jak przygotowanie posiłków.

Jestem uważną obserwatorką swego organizmu. Bacznie spisuję wszystkie odczuwane dolegliwości, ale też zwracam uwagę na swoje ciało. Jeśli sobie z trudem przypomnę to wiem jak wyglądałam i czułam się jeszcze przed rokiem, dwoma, pięcioma etc. Wizualnie jest coś, co mnie niepokoi. Widzę jak zmienia się stan mojej skóry, która jest coraz cieńsza, a siatka naczyń staje się coraz bardziej widoczna. Nie wiem co robić. Jeszcze jakiś czas, a będę miała ciało jak pergamin, pokryte niebieskimi linijkami. Czasami wyskakują dziwne wrzody, również nie wiadomo z jakiego powodu. Do tego jeszcze pojawia się trzeszczenie w kościach i znowu szumy w uszach. W nocy słyszę dziwne dźwięki, włączam niejednokrotnie radio. W przeciwnym razie nie usnęłabym. One nie pozwoliłyby mi usnąć. Jestem w szoku i się boję.

Granica mojej wytrzymałości fizycznej i psychicznej jest coraz bliżej. W dalszym ciągu wertuję stertę książek medycznych. Mnóstwo czasu zajmuje mi szukanie informacji w internecie, nie tylko na polskich stronach, ale także na amerykańskich, brytyjskich, francuskich i kanadyjskich. Wiem, że muszę coś robić, gdyż jest ze mną źle, a im gorzej się czuję, z tym większym niezrozumieniem się spotykam. Od lekarzy niejednokrotnie słyszę, że to z powodu braku magnezu, a może nerwica czy depresja. Padają również diagnozy: stwardnienie rozsiane, fibromalgia, polineuropatia, Choroba Alzheimera, Choroba Parkinsona, reumatoidalne zapalenie stawów, zespół jelita drażliwego, endometrioza choroby psychiczne, hipochondria, toczeń, migrena, zespół przewlekłego zmęczenia. Zaczynam obawiać się o stan swego zdrowia.

Znowu nieustannie poszukuję diagnoz. Chodzę do wielu specjalistów, wykonuję szereg badań krwi, USG, RTG. Nigdzie nie znajduję powodów występowania moich dolegliwości. Usilnie kolejny raz poszukuję informacji w internecie. Ponownie czytam, iż może być to borelioza. W międzyczasie odwiedzam specjalistę chorób zakaźnych, który stwierdza, że moje objawy nie świadczą o boreliozie. Słyszę coś, co jest warte śmiechu, a mianowicie, iż bolą mnie za słabo stawy, żebym miała boreliozę, a poza tym przecież nie miałam rumienia. Jestem wściekła. Dlaczego specjalista chorób zakaźnych, a borelioza do nich należy, nie jest w stanie mnie trafnie zdiagnozować? Chyba należy pozostawić to bez komentarza.

Już mam wyraźne przeczucia i konkretne objawy. Wszystkie badania wykonuję na własny koszt. Decyduję się zrobić Western Blot w obu klasach (Igg i Igm). Wynik jest negatywny. Po raz kolejny trafiam do lekarza. Za każdym razem szukam pomocy u innego specjalisty.

Tym razem chyba już znam diagnozę. Znalazłam odpowiedniego lekarza. W końcu udało się. Pada stwierdzenie, że najprawdopodobniej jest to borelioza. Świadczą o tym objawy i ich dynamika. Dowiaduję się, że nie jest to wczesna postać i ma charakter rozsiany. Test Western Blot wskazał na negatywny wynik, gdyż bakteria jest już w tkankach. Muszę wykonać badanie LTT — Lymphocyte Transformation Test. Krew jest pobierana tylko na terenie kilku laboratoriów — Synevo, a następnie transportowana do Berlina. Badanie nie należy do tanich, bo jego koszt to 500 zł. Nie trzeba być na czczo. Wynik można odebrać na trzy sposoby: osobiście, upoważniając kogoś lub otrzymać drogą elektroniczną.

Czekam na wynik (14 dni roboczych). Natomiast czas dłuży się niesamowicie. Przez kilkanaście nocy przemykają mi przez sen dziwne obrazy. Po bezsennych nocach funkcjonuję tylko dzięki kawie. Jesienią 2016 roku po odbiorze koperty z laboratorium siadam na ławce, otwieram ją, spoglądam na wynik.

Widzę i czytam. Borelioza ( łac. borreliosis, krętkowica kleszczowa). To ona tak mi dokuczała w poprzedniej dekadzie i wycięła tyle lat. Sprytnie się kamuflowała, żywiąc się moim ciałem, osłabiając je i próbując powoli wyłączyć. Do perfekcji opanowała naśladowanie innych chorób. Na szczęście jeszcze się jej to do końca nie udało. Teraz czas na rozprawienie się z nią, walkę okupioną wyrzeczeniami i wymagającą wytrwałości. Rumień, który ma świadczyć o boreliozie nigdy nie pojawił się i nie widziałam na sobie kleszcza.

Borelioza to imitator wszelkich chorób. Na liście objawów przygotowanej przez dra J. Burrascano znajduje się aż 60 objawów oraz dolegliwości, które mogą występować w przypadku tej choroby. Aczkolwiek dodaje on, że nie jest to pełna lista, ponieważ borelioza wywołuje przeróżne objawy, tak samo jak choroby, które imituje.

Chyba nikt nie chce być niszczony przez nią, tak jak drzewa czy rośliny, które mają podgryzane korzenie. Boję się chodzić po łąkach, siadać na trawie, przebywać wśród drzew. Na szczęście to jeszcze nie fobia, tylko chwilowy strach, zresztą uzasadniony, podszyty chęcią życia w pełni.

Muszę podjąć leczenie, oczywiście komercyjnie, bo przecież według państwowej służby zdrowia jestem zdrowa. Testy, które honoruje publiczna służba zdrowia (Elisa i Western Blot) w moim przypadku dały wyniki negatywne, więc jestem okazem zdrowia. Nie mogę zostać zakwalifikowana jako pacjentka z boreliozą, a tym samym podjąć leczenia w ramach NFZ, bo mi ono nie przysługuje. Natomiast moje dolegliwości to tylko „chory” wymysł w opinii lekarzy. Nie wiem jak wygląda leczenie proponowane przez państwową służbę zdrowia, gdzie trzeba się udać, ile czasu czekać, trudno mi powiedzieć.

Bakteria boreliozy dzieli się niezwykle powoli, stąd też potrzeba o wiele więcej czasu na jej zniszczenie. Po dłuższym pobycie w organizmie, jeśli nie zostanie zwalczona, bytuje w formie przetrwalnikowej, czyli tak zwanych cystach. Borrelia nie ma jednej formy, bo występuje jako krętek, forma bez ściany komórkowej (L) oraz jako cysta. Dlatego jest ona polimorficzna. Jej formy ulegają transformacji. Najprościej mówiąc przekształcają się. Wszystko zależy od warunków w jakich bytują. Pod wpływem innych leków giną krętki, a co innego niszczy cysty. Najgorsze i przerażające mnie jest to, że bakteria w momencie stosowania antybiotyków, które niszczą krętki może przechodzić w cystę.

Borrelia, jak już wspominałam, bardzo powoli się dzieli w porównaniu do innych bakterii. Tym innym wystarczy kilkanaście minut, a tutaj niestety potrzebne są 12—24 godziny. Oznacza to, że w momencie brania antybiotyków, które uszkadzają ścianę komórkową bakterie mogą ulegać zniszczeniu tylko wtedy, gdy się dzielą, czyli tworzą nową ścianę komórkową. Jeśli bakteria jest w stanie uśpienia to żaden antybiotyk nie zadziała na nią. Dlatego konieczne jest podjęcie kroków mających na celu nie tylko zwalczenie bakterii, ale i rozbicie wspomnianych cyst. Borrelia jest bardzo mądra, zresztą skoro znaleziono ją już w ciele człowieka z lodu, to miała dużo czasu żeby się „wyedukować”.

Bądźmy bacznymi obserwatorami swojego organizmu. Przyglądajmy się temu, co dzieje się w naszym ciele i umyśle. To sprawi, że będziemy świadomi zachodzących procesów, czających się na nas wrogów, a wtedy szybciej będzie można się z nimi zmierzyć. W przeciwnym razie, to one zawładną naszym ciałem i umysłem, a stąd niedaleka droga do utraty zdrowia, siły i siebie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.