Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

APATE

Dominika Porowska

— Dzisiaj, równo o dwudziestej, stwierdzicie mój zgon — damski głos rozniósł się po małym, skromnie i surowo urządzonym pomieszczeniu, zwracając uwagę mężczyzny wpatrzonego dotychczas w pliki kartek zapisanych drukowanymi literami. Blondyn podniósł wzrok i spojrzał na kobietę siedząca po drugiej stronie drewnianego stołu. Patrzyła na niego swymi jadeitowo-zielonymi oczyma, trzymając ręce skrzyżowane na piersi. Ubrana była w szary, prosty strój, jaki nosili wszyscy aresztanci. Worki pod oczami, podkreślone przez bladość jej młodej cery, zdradzały zmęczenie i niewyspanie. Mimo że obecnie przedstawiała wyglądem wcielenie porażki, z jej wyprostowanej postawy i błyszczących, żywych oczu biły determinacja i duma.

Mężczyzna ledwo powstrzymał się od westchnienia. Niejeden przesłuchiwany szantażował go groźbą popełnienia samobójstwa. Liczyli, że w ten sposób unikną konieczności odpowiedzi na pytania. Na początku swojej kariery w Inkwizycji nabierał się na tego rodzaju sztuczki, ale teraz miał za sobą lata pracy, które wiele go nauczyły.

— O twojej ewentualnej śmierci zadecyduje rada — poinformował ją znudzonym głosem, po czym, poprawiwszy okulary na nosie, wrócił wzrokiem do papierów, które trzymał  w dłoni. Były to akta dziewczyny, która — mimo młodego wieku — zdołała już zapracować sobie na pokaźną teczkę.

— Dzisiaj stwierdzicie mój zgon — powtórzyła. — A teraz ja opowiem wam wszystko, co zechcecie wiedzieć o Białej Róży.


Agent, nie kryjąc zdziwienia, gwałtownie podniósł głowę. Zazwyczaj buntownicy z grupy zwanej Białej Różą — zarówno płotki, jak i grube ryby — heroicznie odmawiali jakiejkolwiek współpracy z organami bezpieczeństwa państwa. Ta kobieta natomiast otwarcie wyrażała chęć zeznawania przeciw swoim przyjaciołom jeszcze przed rozpoczęciem przesłuchania. Mężczyzna aż zamarł z wrażenia.

— Skąd ta chęć współpracy? — zapytał po chwili bezczynnego gapienia się na dziewczynę.

— Mogę się boczyć na was przez tydzień i odmawiać sypania na swoich kolegów, jeśli bardzo wam na tym zależy — na jej twarzy pojawiło się rozdrażnienie. Poruszyła się niespokojnie, wyraźnie zniecierpliwiona.

Agent szybko się zmitygował. Włączył kamerę stojącą w kącie, tuż obok lustra weneckiego. Odchrząknął, jeszcze raz omiótł wzrokiem akta i zaczął:

— Dwudziesty czwarty października dwa tysiące dwudziestego siódmego. Przesłuchanie w sprawie,,Apate”… — uciął słysząc śmiech. Spojrzał na nią karcąco.

— Wybaczcie — powiedziała, gdy już się nieco uspokoiła. — Apate? Uosobienie zdrady i zwodniczości, tak?

— Przesłuchiwana jest oskarżona o zdradę stanu — kontynuował, ignorując jej uwagę — współorganizację i uczestnictwo w zamachu stanu, liczne morderstwa, w tym ludności cywilnej. Czy oskarżona przyznaje się do popełnienia tych zbrodni?

— Tak — spojrzała hardo w jego oczy, bez cienia skruchy — z wyjątkiem morderstw. Nikogo nie zabiłam.

Tego się spodziewał — tacy jak ona dumni byli ze swych uczynków. Przekonani, że postępowali właściwie, dopuszczali się najgorszych przewinień wykorzystując szlachetne w ich mniemaniu pobudki.

— Proszę przedstawić się pełnym imieniem i nazwiskiem oraz podać swoją pozycję pełnioną w Białej Róży — mówiąc to wyjął z kieszeni notatnik i długopis.

— Przecież znacie moje personalia — uśmiechnęła się kpiąco w odpowiedzi.

— Proszę nie utrudniać postępowania i trzymać się protokołu — spojrzał na nią znad okularów.

— Skoro musimy być tacy sztywni i trzymać się idiotycznych zasad… Nazywam się Clara Sarrina Wagner, były dowódca grupy uderzeniowej Białej Róży.

II

Stanęłam w drzwiach i omiotłam wzrokiem całe pomieszczenie, trzymając w dłoni filiżankę kawy. Szare meble ładnie prezentowały się na tle białych ścian. Przez duże okna wpadały wiązki porannego światła. Pomimo wczesnej pory dom tętnił życiem. Na kanapie siedziało trzech mężczyzn: Aleksy, Tycjan i Filip. Aleksy — wysoki młodzieniec o piwnych oczach i lśniących, długich, kasztanowych włosach. Tycjan i Filip to bliźniacy, identyczni zarówno pod względem wyglądu jak i charakteru. Błękitnoocy blondyni byli równie wybuchowi, co niecierpliwi i uparci. Nie było dnia bez sprzeczek, od których mogła rozboleć głowa. Teraz nie było inaczej. Wszyscy trzej grali w grę karcianą, podczas której jeden z bliźniaków oskarżył drugiego o oszustwo. Aleksy, jak zawsze opanowany, z zimną krwią starał się załagodzić konflikt przemawiając aksamitnym głosem. W jednym z foteli siedziała czarnowłosa dziewczyna i śmiała się do rozpuku widząc, jak bracia skaczą sobie do gardeł. To była Irys, zarozumiała, ale niezawodna członkini grupy.

Powiodłam wzrokiem po wszystkich i uśmiechnęłam się sama do siebie. Pomimo wielu niedomówień i początkowej wzajemnej niechęci, teraz, po niemal roku życia ze sobą, byliśmy prawie jak rodzina.

— Bu! — usłyszałam nagle tuż przy swoim uchu. Odskoczyłam jak oparzona i o mało nie wylewając gorącego napoju na jasny dywanik, wydałam z siebie zduszony okrzyk. Obróciłam głowę. Zobaczyłam niską blondynkę, uśmiechającą się do mnie szeroko.

— Stella, nie czas na wygłupy — upomniałam dziewczynę, na co ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Cała Stella. Mentalnie mała dziewczynka uwielbiająca dobrą zabawę. — Przez ciebie prawie poplamiłam chodnik!

— Co się tak przejmujesz? To tylko chodnik — wzruszyła ramionami.

— Fakt, to tylko dom mojego dobrego przyjaciela, zniszczmy wszystko, co napotkamy — mruknęłam.

Zorientowałam się, że uwaga wszystkich skupiona była na mnie. Nawet bliźniaki zaniechały dalszej kłótni. Odchrząknęłam i stanęłam na środku pokoju.

— No dobrze — zaczęłam. — Jutro jest wielki dzień. Mamy ważne zadanie i na pewno Tiliana będzie patrzeć mi na ręce — niczego nie byłam bardziej pewna w tej chwili. Miałyśmy różne poglądy co do wprowadzenia w naszym kraju demokracji. Z tego powodu wynikało sporo, często naprawdę ostrych, kłótni. — Mamy mało czasu, a jeszcze wiele do zrobienia.

III

Mężczyzna patrzył na nią i w zamyśleniu stukał długopisem o blat. Miał już zapisane wszystkie nazwiska, które dotąd wymieniła oraz wszystko, co tych osób dotyczyło. Tylko jedna sprawa wciąż nie dawała mu spokoju.

— Dlaczego zdecydowałaś się zeznawać? — spytał, gdy zrobiła przerwę na łyk wody.

Spojrzała na niego znad szklanki, odchyliła się na krześle i patrzyła na ścianę przed sobą, jakby myśląc nad odpowiedzią.

— Moja motywacja nie jest ważna — stwierdziła po chwili, nadal na niego nie patrząc.

— Mylisz się — odparł. — Skąd mam mieć pewność, że to, co mi przekażesz, nie jest zwykłą dezinformacją?

Obawiał się, że uparcie będzie odmawiała odpowiedzi na to pytanie. Kierowała nim zwykła ciekawość. Dlaczego człowiek, który święcie wierzył w swoje ideały, z dnia na dzień je porzuca, jednocześnie skazując na klęskę wszystkich, którzy o te ideały walczyli?

— Dlaczego zrobiłaś to, co zrobiłaś? — zapytał po dłuższej chwili ciężkiego milczenia.

Unikała jego wzroku. Po raz pierwszy od początku spotkania nie była całkowicie pewna siebie. Ręce zaczęły jej się lekko trząść, co próbowała zamaskować nerwowym pocieraniem dłoni. Czując, że trafił w sedno sprawy, uśmiechnął się do niej ciepło jak dobry wujaszek i dodał łagodnym tonem:

— Śmiało, powiedz. Chcę ci pomóc.

Jeszcze nigdy tak perfidnie nie kłamał, ale sytuacja wymagała zdecydowanych kroków. Dziewczyna prychnęła, a na jej twarzy zagościł wyraz kpiny.

— Nie wierzę ci. Ale powiem, co mi tam. Może to ja pomogę tobie…

IV

Wczesnym rankiem zmierzałam na ulicę Jubilerską, gdzie wznosiła się biblioteka, przy którą miałam spotkać się z resztą grupy. Wychodziliśmy z domu parami, w kilkuminutowych odstępach. Na miejsce spotkania szliśmy różnymi trasami. Idąc, starałam się wyrzucić z głowy wszelkie wątpliwości. Od dawna część mnie podawała w wątpliwość sens tego przedsięwzięcia, z obawy o jego przebieg i skutki. Nie chciałam zabijać ludzi, nawet jeśli ci ludzie sprzyjali tyranii. Zawsze w momentach słabości przypominałam sobie zasadę: zero niepotrzebnych ofiar. Z ulgą i radością przyjęłam aprobującą reakcję zebranych, gdy wygłosiłam ją na jednym z zebrań Białej Róży. Zerknęłam na czarną, jedwabną opaskę z wyhaftowaną błękitną różą, którą każdy z nas musiał nosić. Uśmiechnęłam się do siebie.

Gdy dotarłam na miejsce dostrzegłam, że na twarzach moich towarzyszy widnieje zmartwienie i niedowierzanie. Podchodząc do nich spytałam, czy coś się stało. Wszyscy spojrzeli po sobie, jakby nie byli zdecydowani, czy powiedzieć mi prawdę. W końcu odezwał się Tycjan.

— Tiliana i reszta… — zaczął powoli. — Oni… Cóż, zrobiłem mały zwiad i zobaczyłem, w jaki sposób traktują twoje przykazanie.

Otworzyłam szeroko oczy i aż zaniemówiłam. Nie, to niemożliwe…

— Prowadź mnie — rozkazałam.

V

To, co zobaczyłam, przerosło moje najgorsze wyobrażenia.

Zniszczone domy, ciała leżące bezładnie się na ulicy. Najbardziej zmroził mnie widok martwych cywilów. Nie mieli litości nawet dla dzieci. Poczułam, jak coś we mnie pęka. Zacisnęłam pięści, mając ochotę zamordować bestie, które dopuściły się tego czynu. Za sobą słyszałam pomruki niezadowolenia.

— Co oni zrobili? — jęknęła Stella.

Nie byłam w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Zacisnęłam pięści, a na moich policzkach pojawiły się łzy. Wtem na ramieniu poczułam męską dłoń. Spojrzałam w lewą stronę i ujrzałam Aleksego patrzącego na mnie z prawdziwą troską, zmieszaną ze smutkiem. Za nim stała reszta grupy: wszyscy wpatrzeni we mnie z niepewnością i niedowierzaniem. Uświadomiłam sobie, że muszę być silna. Silna dla nich, bo to we mnie pokładali nadzieję. Nie w Białej Róży.

— Kiedy już wypełnimy nasze zadanie i przejmiemy bramy pałacu króla — odezwałam się głucho — to pogawędzę sobie z Tilianą na temat zasad.

VI

Sprawnie przemierzaliśmy miasto. Omijając trasę, którą obrało wojsko Białej Róży, kierowaliśmy się w stronę pałacu. Wędrując, widzieliśmy przerażonych obywateli, którzy bluźnili na buntowników. Wtedy uświadomiłam sobie, że tak naprawdę lud nie potrzebuje zmian ustroju. Nie potrzebuje wolności, którą chcieliśmy im podarować. A przynajmniej nie kosztem życia ich bliskich, sąsiadów. Demokracja, o którą walczyliśmy oraz ochrona życia magów, których Inkwizycja mordowała już od dwóch stuleci, nie interesowała większości ludzi. Pomimo szerokich ograniczeń ludzie nie narzekali na swój los. Byli nawet na swój sposób szczęśliwi. Dlaczego nie dostrzegłam tego wcześniej?

Przez całą drogę nikt się nie odzywał. Grobowe milczenie panowało aż do końca naszej trasy. Za kamienicami dostrzegliśmy ogromny, piękny budynek — pałac królewski.

Skinęłam głową w stronę towarzyszy i dałam im znak, że mają tutaj zaczekać. Ja natomiast wyszłam z ciemnej uliczki wprost na aleję wiodącą do bram zamku. Nie zdziwił mnie widok licznych żołnierzy Inkwizycji. Ci, którzy jako pierwsi mnie dostrzegli, otwierali szeroko oczy. Dopiero po kilku sekundach wycelowali w moją stronę lufy broni. Uniosłam do góry ręce, trzymając w dłoni białą chustkę.

VII

Stałam na środku drogi czekając na Tilianę. Według ustaleń, już niebawem miała tędy przechodzić wraz ze swoim batalionem. Obok mnie stali moi przyjaciele: Stella, Tycjan i Filip po prawej stronie, Aleksy i Irys po lewej. Wcześniej wyjaśniłam im, co planuję i zwolniłam ze służby. Mogli odejść i zapomnieć o całej sprawie. Wzruszyłam się, kiedy jednomyślnie postanowili zostać ze mną do końca.

Panowała absolutna cisza. Wszyscy ewakuowali się ze swoich domów w głąb miasta, gdzie — jak mieli nadzieję — buntownicy nie dojdą.

Kilka minut później usłyszeliśmy nadchodzący tłum. Już po chwili dostrzegliśmy blisko setkę żołnierzy z błękitnymi różami na ramionach. Przed nimi z gracją szła kobieta w średnim wieku. Włosy miała upięte w koński ogon, a na jej twarzy widać było drapieżność i determinację. Widząc nas krzyknęła coś do swoich towarzyszy. Na jej komendę wszyscy zatrzymali się i spojrzeli na nas ciekawie. Szybko jednak stracili zainteresowanie i zaczęli żywo dyskutować między sobą. Byli wyraźnie podekscytowani.

Tiliana podeszła ku nam z uśmiechem satysfakcji na ustach. Zatrzymała się dwa metry przede mną.

— Tak szybko wykonaliście zadanie? — spytała. — Wiedziałam, że dacie radę.

Rozłożyła szeroko ramiona i zbliżyła się do mnie. W jednej chwili wyciągnęłam pistolet i wycelowałam w jej głowę.

— Nie pójdziesz dalej — wychrypiałam. Zatrzymała się, nie wiedząc, co się dzieje.

Po krótkiej konsternacji zaśmiała się gorzko.

— Od początku czułam, że jesteś słaba — uśmiech nie znikał z jej twarzy. — Innych mogłaś omamić, ja jednak nigdy ci nie ufałam.

— Złożyłaś podpis pod naszą przysięgą z myślą o jej złamaniu, czy dopiero później zdecydowałaś się na ludobójstwo? — spytałam, czując, jak zbiera się we mnie wściekłość.

— Zapomniałaś, o co walczymy? — zrobiła mały krok w moją stronę. — O wolność dla wszystkich — kolejny krok. — O upadek tyrana — jeszcze jeden. — Ofiary są nieuniknione.

Zatrzęsły mi się dłonie. W głowie kłębiło się mnóstwo wątpliwości. Przypomniałam sobie cytat, który utknął mi głęboko w pamięci.

,,Jeśli mam wybierać między złem a złem, wolę nie wybierać wcale” — powiedziałam cicho.

Sprawnym ruchem przyłożyłam pistolet do swojej skroni i pociągnęłam za spust.

VIII

Po tych słowach zapadła długa cisza.

— Nie uwierzysz — podjęła opowieść dziewczyna — ale uratowała mnie własna głupota. Tamtego ranka nie naładowałam broni. Poza tym Aleksy szybko zareagował. Wykręcił rękę, w której trzymałam pistolet. Filip wystrzelił do Tiliany. Trafił w głowę. Nie miała żadnych szans. To zwróciło uwagę pozostałych. Jedni patrzyli z niedowierzaniem to na nas, to na martwe ciało. Drudzy od razu chwycili za broń i zaczęli ostrzał. W budynkach byli jednak ukryci żołnierze Inkwizycji, z którymi wcześniej się dogadałam. Mieli przewagę liczebną. Wykorzystali element zaskoczenia. Na dodatek osłabło morale powstańców. Rebelianci zostali zgnieceni.

Późnym wieczorem, po zakończonym przesłuchaniu i papierkowej robocie, agent wyszedł z budynku komendy i zaciągnął się zimnym, orzeźwiającym umysł powietrzem. Spojrzał na zegarek. Wskazywał już dwudziestą pierwszą godzinę. Podniósł głowę i ujrzał zmierzającego w jego kierunku nieznajomego mężczyznę. Miał długie, kasztanowe włosy, lekki zarost. W jego piwnych oczach można było dostrzec zmęczenie i smutek.

Agent już wiedział, kim jest obcy.

— Popełniła samobójstwo w celi — poinformował blondyn, gdy Aleksy przed nim stanął. — Równo o dwudziestej — wyjął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów. — Palisz? — zapytał, a gdy tamten pokręcił głową, wzruszył ramionami i wsadził do ust papierosa. — Zwinęła mój długopis i przebiła sobie tętnicę szyjną. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim — mówił obmacując wszystkie kieszenie. — Cholera… — mruknął nie mogąc znaleźć zapalniczki. W końcu jednak udało mu się i zapalił papierosa. — Wracając do Apate… Znaczy Clary — szybko się poprawił. — Nie dostaniesz jej prochów. Otrzyma je rodzina, jeśli takową znajdziemy. A oboje dobrze wiemy, że tak się nie stanie. — W związku z tym — ciągnął obojętnym tonem — nie masz tu czego szukać. Jej już nie ma. Sprawa zamknięta na amen. I tak wiemy już wystarczająco dużo.

Nie czekając na reakcję chłopaka, agent ominął go i skierował się do swojego samochodu. Gdy otworzył drzwi auta, spojrzał w stronę drzwi komendy. Zobaczył, jak ze środka wychodzi młoda, czarnowłosa kobieta, ubrana w ciemną kurtkę, jeansy i czarne glany. Na jej twarzy malował się uśmiech, gdy swymi jadeitowo-zielonymi oczami napotkała młodzieńca, z którym przed chwilą rozmawiał. Podeszła do niego, a ten objął ją czule, szepcząc jej coś do ucha. Po pewnym czasie oboje odeszli w kierunku grupy młodych ludzi, którzy stojąc nieopodal przyglądali im się z ulgą.

Detektyw otrząsnął się i wsiadł do samochodu. Król będzie wściekły, gdy się dowie — pomyślał. Spojrzał w lusterko i uśmiechnął się do siebie.

Jak dobrze, że nigdy do tego nie dojdzie.

Myśl za­nim stra­cisz al­bo stra­cisz za­nim pomyślisz

Magdalena Kulikowska

Leżę na swoim łóżku zastanawiając się, kiedy tak właściwie to wszystko się zaczęło. Dwa, trzy lata temu? Z jakiego powodu? I najważniejsze… Co mi odbiło?

Odkąd pamiętam, nie było lekko. Ojciec alkoholik, matka próbująca za wszelką cenę odbudować zniszczone małżeństwo, a także siostra, która była w drodze.

Nie było nawet dnia, żebym nie słyszał łkania mamy i odgłosów paska uderzającego o ciało. Jej lub moje.

Do dziś nie wiem, co nim kierowało. Jakie demony w sobie skrywał, z czym sobie nie radził. Szkoda, że już się nie dowiem…


Pomogła nam babcia. Zajmowała się mną i siostrą, kiedy mama wkuwała materiał. Ciężko jest pogodzić wychowanie dwójki małych dzieci z nauką, mając jedynie osiemnaście lat.

Później, gdy już trochę dorośliśmy, mama wyjechała za granicę. Widzieliśmy się z nią dwa, trzy razy do roku, co było dla mnie prawdziwą męczarnią. Jednak z miesiąca na miesiąc łatwiej było sobie z tym poradzić mając świadomość tego, że robi to wszystko z myślą o nas. Chodziłem do szkoły, zdobywałem dobre oceny. Żyłem z dnia na dzień, wyczekując jakiejś zmiany.

Monotonia zakończyła się z momentem ukończenia pierwszej klasy gimnazjum. Mama zabrała nas za granicę. Zamieszkaliśmy w nowym, obcym miejscu z obcym facetem, który był jej partnerem. Na początku podchodziłem dość sceptycznie do tego gościa, ale z biegiem czasu stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Po prostu…

Pierwszy rok zleciał bardzo szybko. Język został opanowany do perfekcji. W szkole — żadnych problemów. Mnóstwo znajomych, imprez… Alkoholu.

W sumie, nie wiem, czemu nie odmawiałem. Najprawdopodobniej dlatego, że nie zależało mi na niczym i na nikim. Na żadnych opiniach, na zdrowiu. Żyję? Ok. Umrę? Ok. Bardzo niemądre i nieodpowiedzialne, ale cóż…

Częściej niż po alkohol sięgałem po papierosy. Od jakiegoś czasu szła już paczka dziennie. Uzależnienie robi swoje. Ale skoro w pewnym stopniu mi to pomagało, to dlaczego miałbym to rzucić?

Krótko potem wpadłem w największy szajs jaki tylko istnieje. Marihuana. Codziennie, po kilka skrętów i tak przez cztery miesiące. Aż poznałem ją…


Był Sylwester. Szedłem właśnie do kumpla, zdenerwowany do granic możliwości, bo oczywiście nie miałem już towaru. Zaślepiony gniewem wpadłem na jakąś dziewczynę. Przewróciliśmy się i jak to ja, zacząłem kląć jak szewc.

— Taki ładny chłopiec a tak brzydko mówi — odparła. Próbując wstać, rzuciłem:

— Tak, masz rację. Ale to jest tylko i wyłącznie twoje zdanie, a ja mam je w … — i wtedy spojrzałem na najsłodszą istotę na całym świecie.

Jakieś sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, szczupła sylwetka, długie, brązowe włosy, wysokie kości policzkowe, pełne usta i największe niebieskie oczy jakie kiedykolwiek widziałem. Stała i patrzyła na mnie, czekając, aż coś powiem.

— Zabrakło ci języka w gębie, co? — uśmiechnęła się chytrze, ukazując rząd białych, równych zębów.

Ah, więc mieliśmy cięty języczek?

— … w głębokim poważaniu. — dokończyłem — Ale dziękuję za komplement — nie pozostając dłużnym, puściłem oczko.

Uniosła jedną brew i spojrzała na mnie z politowaniem. Odwróciła się z zamiarem zakończenia rozmowy, ale coś podpowiadało mi, że nie mogę do tego dopuścić.

— Rany boskie, gdzież się podziały moje maniery? Panienka raczy wybaczyć moje niestosowne zachowanie. — Ukłoniłem się, chwyciłem ją za dłoń, którą ucałowałem, jednocześnie patrząc jej głęboko w oczy — Jestem Aaron. — Zdziwienie na jej twarzy było przekomiczne, więc nie pozostało mi nic, jak tylko wybuchnąć śmiechem.

— Vida. Miło mi cię poznać, dżentelmenie od siedmiu boleści — ścisnęła moją dłoń i uśmiechnęła się.

Niedługo po tym spotkaniu zostałem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Lecz, do czasu…


Nie wytrzymałem długo bez narkotyków. Po sześciu miesiącach naszej znajomości znów zacząłem brać. Marihuana, LSD, MDMA, ekstazy, haszysz, amfa, kokaina i Bóg wie, co jeszcze… Popadłem w depresję. Im częściej brałem, tym bardziej zacząłem „odstawiać” Vidę. Ona oczywiście o niczym nie wiedziała, ponieważ byłem zbyt dumny, by przyznać się do popełnionego błędu i zbyt przestraszony, że ją stracę. Więc przez następne dwanaście miesięcy starałem się ogarnąć i przestać okłamywać zarówno siebie jak i ją, ale coś mi nie wychodziło… Było tylko gorzej. Nabrałem jakiś dziwnych podejrzeń, że może mnie zdradzać albo być ze mną nieszczera, więc zabroniłem jej kontaktu ze znajomymi, groziłem rozstaniem, gdy coś mi się nie podobało. Rozmawialiśmy coraz rzadziej, bo uparcie wierzyłem w brak szczerości z jej strony. Znów byłem przekonany, że tylko prochy sprawiają, że człowiek jest szczęśliwy. Tak więc, coraz bardziej zaabsorbowany narkotykami, krok po kroku niszczyłem trwający już od półtora roku solidny związek.

Przez cały ten czas ona próbowała podtrzymywać mnie na duchu, wspierać, po prostu być tylko i wyłącznie dla mnie. Poświęcała mi każdą wolną chwilę, pomimo tego, że sama nie trzymała się dobrze. Codziennie wysyłała mi wiadomości w każdym wolnym momencie. Dzwoniła, bo nie wytrzymywała ze strachu. Stawiała mnie na pierwszym miejscu, przez co zaniedbywała samą siebie. A ja dalej byłem „zranionym” i niedocenianym chłopcem… Aż w końcu zadzwoniłem i powiedziałem coś, co złamało jej serce:

— Nie zastanawiałaś się, czemu milczę? Czemu coraz mniej ze sobą rozmawiamy? Znudziło mi się. Nie wnosisz nic nowego w ten związek. Cały czas tylko „kocham cię, tęsknię, martwię się”. Ile można? Wszystko się z czasem wypala.

I w ten oto sposób wszystko zniszczyłem.

Ćpałem jeszcze więcej i coraz częściej. Z różnymi ludźmi. Praktycznie nie było dnia, żebym nie był pod wpływem.

Spotkałem wiele dziewczyn, które wykorzystywałem, mając nadzieję, że wybiję sobie Vidę z głowy. Jak zwykle, z marnym skutkiem.

Pewnego wieczoru, jakoś pięć miesięcy po jej stracie spędziłem czas w towarzystwie mojego kumpla i jego dziewczyny, wyjątkowo trzeźwy i bez skręta w dłoni. Luźne spotkanie mające na celu poprawę humoru.

Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Oglądaliśmy filmy, jedliśmy wysokokaloryczne rzeczy i śmialiśmy się z głupot. W pewnym momencie wyszedłem na balkon, aby zapalić papierosa. Wiatr wiał mi prosto w twarz, więc obróciłem się w stronę okien. Zobaczyłem jak Oli wpatruje się z czystym zachwytem na twarzy w Nadię, która właśnie układała się u jego boku, coraz bardziej senna. Ujął ją za twarz i delikatnie pocałował, po czym oboje spojrzeli na siebie ze spokojem i  miłością w oczach. Stałem niczym zahipnotyzowany, zastanawiając się, jak można być tak szczęśliwym i spokojnym jednocześnie, nie będąc pod wpływem narkotyków. Wtedy jak na zawołanie pomyślałem o Vidzie. O tym, jak za sprawą jednego spojrzenia potrafiła zmienić mój zły humor w chęć poprawy świata. O tym, jak w trudnych sytuacjach potrafiła podnieść głowę i wyprostowana stwierdzić, że nikt i nic nie jest w stanie jej pokonać. O tym, ile szczęścia i radości potrafiły przynieść jej najmniejsze rzeczy i kilka dobrych słów… I wtedy, jakby trafiony piorunem zdałem sobie sprawę z tego co zrobiłem: przesadna zazdrość i strach o nią, wyolbrzymianie wszystkiego, szukanie problemów, a wszystko to spowodowane chorą ilością narkotyków. Chciałem dać jej szczęście, a dałem łzy, których paradoksalnie nigdy dać nie chciałem…

Wiem, że to ja byłem powodem wszystkich jej smutków, choć nie zasługiwała na nie. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co czuła, przez co musiała przejść…

Zawsze była cudowna. Wyrozumiała, kochana. Była ze mną, kiedy na to nie zasługiwałem. Nie mam pojęcia, jak taka wspaniała osoba jak ona mogła pokochać kogoś takiego jak ja…


Problemy są nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji. Cierpienie, ból, jakiekolwiek trudności nie są nam obce. Ba, możemy nawet określić je mianem swoich „najlepszych przyjaciół”, którzy są z nami dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Każdego dnia zmagamy się z nimi, jednocześnie wierząc, że uda nam się je przezwyciężyć. Na swój własny sposób…


I właśnie w tym momencie, kompletnie zdruzgotany, piszę do niej o wszystkim, co przed nią ukrywałem. Tłumaczę się, pięćset wyrazów. Obwiniam się, dziewięćset. Oznajmiam, że z tym skończyłem, tysiąc czterysta. Zapewniam o braku jej winy, tysiąc osiemset. Dziękuję za wszystko, dwa tysiące. Opisuję jej wyjątkowość, dwa tysiące sto. W końcu proszę o spotkanie. Być może ostatnie… Wysyłam.

Dwie godziny później dostaję odpowiedź.

Zamieram, po czym nagle wybucham płaczem.

Zgodziła się.

„Myśl za­nim stra­cisz al­bo stra­cisz za­nim pomyślisz.”

Krwawy żonkil

Victoria Tekień

Jestem Rachel Burgeois, osiemnastoletnia paryżanka, na miejscu której chciałyby się znaleźć wszystkie rówieśniczki. Licealistka, która może mieć każdego chłopaka w szkole. Jestem jedną z tych, których rodzice opływają się w luksusach. Wszyscy zazdroszczą mi takiego życia, ale prawda jest zupełnie inna.

Mieszkałam sama w willi znajdującej się nad Sekwaną, specjalnie kupioną, żeby rodzice nie musieli się mną zajmować. Prowadzili interesy, mieli swoje „ważne sprawy”. Zresztą, już w wieku 14 lat sama dbałam o siebie, robiłam zakupy, chodziłam do szkoły, opłacałam czynsz. Rodzice się mną nie interesowali, wysyłali pieniądze co miesiąc. I tyle. Czułam, że nikt mnie nie rozumie. Na szczęście miałam przyjaciółkę, Sabrinę, która pochodziła z biednej rodziny, mieszkała z matką chorą na stwardnienie rozsiane, trójką młodszego rodzeństwa i jako najstarsza całym sercem o nie dbała.

Rodzice od lat wciskali mi bajeczkę, że ludzie biedni to nieudacznicy, którzy w przeszłości roztrwonili wszystkie pieniądze na używki, a dziś „odbija” im się ubóstwem, na które zasłużyli. Ale ja miałam swoje zdanie na ten temat. W szkole starałam się chociaż w niewielkim stopniu wyrywać biedniejszych uczniów ze szponów strachu i bezradności. Oferowałam drobną pomoc, dzieliłam się kanapkami, nie oczekując niczego w zamian. W rekompensacie za te wszystkie szyderstwa moich rodziców w ich kierunku.

Każdy dzień wyglądał u mnie podobnie. Miska płatków, poranna kawa. Potem zakupy w pobliskim sklepie, szkoła. Po lekcjach udzielałam się w domu opieki, gdzie pracowałam jako wolontariuszka. Szczerze mówiąc nie nazwałabym tego pracą. Miejsce to było raczej moim prawdziwym domem, gdzie w przeciwieństwie do domu rodzinnego, czuć było miłość, którą ludzie się darzyli. Uwielbiałam wysłuchiwać historii staruszków o ich młodości, wojennych losach, miłościach, nadziejach i rozczarowaniach. To były historie dające wiele do myślenia. Późnym popołudniem, po powrocie do siebie uczyłam się, czytałam. Właściwie nie pozostawało mi dużo czasu na własne sprawy. I tak mijały kolejne dni.

Decyzja, którą podjęłam wkrótce potem zmieniła moje dotychczasowe życie…

We wtorek o szóstej rano, po trzech godzinach snu, wstawanie było nie lada wyzwaniem. Przeciągnęłam się, wyłączyłam irytujący alarm i pościeliłam łóżko. W piżamie podeszłam do salonu. Wyszłam na balkon. Zimne powietrze uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Migiem zamknęłam okno. Była dopiero połowa listopada, a miałam wrażenie, że to grudzień.

— Nie ma co, dziś ubieram się cieplej. — stwierdziłam i podeszłam do szafy. Wyjęłam mój ulubiony wełniany sweter (własnoręcznie zrobiony prezent od pani Montez z domu opieki). Kiedy myłam zęby i spojrzałam na siebie w lustro trochę się przeraziłam: siano na głowie, oczy czerwone po nieprzespanej nocy. Pomyślałam o Sabrinie. Pewnie już dawno jest na nogach, zrobiła małe zakupy na cały tydzień, delikatnie budzi trójkę rodzeństwa, pomaga im się przygotować do szkoły. Robiąc to na pewno ma świadomość, że może się spóźnić. Podziwiałam w niej to, że nie myślała o sobie. Niewykluczone, że to jej podejście do życia wzbudziło we mnie chęć pomagania innym.

Z rozmyślania wyrwał mnie dzwonek telefonu. Wyplułam pastę, wytarłam twarz i sięgnęłam po komórkę leżącą na stole w przedpokoju. Dzwoniła Sabrina. Wcisnęłam zieloną słuchawkę.

— Cześć, co tam? — przywitałam się.

— Hej, za ile będziesz? — zapytała. Spojrzałam za siebie, na zegar. Była dopiero 6:30, do szkoły miałam jakieś 5 — 10 minut piechotą. Nie musiałam się spieszyć.

— O 7:30 pod budynkiem, dobra? — odpowiedziałam pytaniem.

— Spoko. A słuchaj, masz może pracę domową z matmy?

— Dam ci przed szkołą. A co więcej? Jak maluchy? — zapytałam.

— Jak zwykle. Mama coraz słabsza, ojciec w ogóle się nie odzywa, tylko przesyła pieniądze „na naszą edukację”, jak to ujął. A co do trójki, Sophie dostała wczoraj gorączki i nie spałam do drugiej w nocy — westchnęła smutno. Pomyślałam o najmłodszej siostrze, słodkiej blondyneczce, którą czasem razem odbierałyśmy z przedszkola. Była jak mały cherubinek.

— Zostawmy moje biedne, puste życie. Myślę, że ty miałaś bogatszy wczorajszy wieczór. Jak było w twojej „pracy”? — w myślach widziałam, jak rysuje cudzysłów w powietrzu.

— Pamiętasz panią Montez spod trójki? Wczoraj opowiadała mi historię z czasów wojny. Jako sanitariuszka Czerwonego Krzyża opatrywała młodego i przystojnego Francuza, który oberwał w łydkę. Powiedział jej, że jak tylko ją zobaczył, to mu się tak polepszyło, że mógłby ją porwać do tańca. Wstał szybko i cofając się, wpadł na wiadro. Przez godzinę go wyciągali. Jak to usłyszałam obie śmiałyśmy się do łez. Aż w pewnym momencie przyszedł dyżurny i powiedział, żebyśmy były trochę ciszej. Tak się teraz zastanawiam, czy nie byłby to głupi pomysł przyłączyć się do Czerwonego Krzyża? Rodzice o niczym się nie dowiedzą, bo przecież i tak od trzech lat się mną nie interesują. Co o tym myślisz? — zapytałam. Przez dłuższą chwilę w słuchawce była głucha cisza.

— No wiesz… trochę zatkała mnie ta wiadomość. Ty wiesz z czym się to wiąże? Kupa wniosków, formalności — zaznaczyła — A co z maturą? Ja mogę ci jedynie oznajmić, że masz moje szczere poparcie. Dobra, my tu gadu gadu, a zaraz trzeba wychodzić. Do zobaczenia w szkole — dodała.

— Do zobaczenia — wcisnęłam czerwoną słuchawkę. Szybko nałożyłam lekki makijaż, zjadłam kanapkę z sałatą, wzięłam torbę i wyszłam z domu. Szybkim krokiem zmierzałam w stronę budynku liceum. Mijałam kolejne ulice, aż w końcu zauważyłam duży budynek liceum im. Voltaire’a. Na schodach stała drobna licealistka o rudych włosach, w jesiennej kurtce, z czapką i szalikiem samodzielnie dzierganym, z dużym plecakiem. Na obsypanej drobnymi piegami twarzy Sabriny, pod dużymi okularami, pojawił się uśmiech, który prawie nigdy nie znikał. Przypomniałam sobie, że za miesiąc święta, zrobię jej miły prezent. Podeszłam bliżej.

— Cześć, mam dla ciebie zadanie z matmy — podałam jej zeszyt. — Wchodźmy do środka, bo całkiem zmarzniemy — dodałam z uśmiechem i weszłyśmy do budynku.

Powiesiłyśmy kurtki na haczykach, zmieniłyśmy buty i poszłyśmy pod salę. Sabrina wyciągnęła swój zeszyt z plecaka i położyła na kolanach. Ja w międzyczasie zerknęłam na telefon i zauważyłam, że mam jedną nieprzeczytaną wiadomość. Była od Toma, kolegi z domu opieki:

— Na tablicy ogłoszeń piszą, że jest nabór do Czerwonego Krzyża. Od razu pomyślałem, że będziesz tym zainteresowana. Wpadnij po lekcjach.

— Spoko. Jak skończę lekcje, od razu przyjdę- odpisałam. Nagle ekran telefonu zasłonił banknot o wartości dwudziestu euro. Odwróciłam wzrok w stronę przyjaciółki. Patrzyła na mnie podejrzliwie.

— Co to jest? — zapytała.

— Banknot — odpowiedziałam.

— A dlaczego ten banknot znalazł się akurat w twoim zeszycie od matematyki? — dopytywała się rudowłosa.

— Tam również jest przyklejona karteczka, jeśli zauważyłaś — widać, że nie da za wygraną — Dobra. To na leki dla Sophie. Nie waż się mi ich oddawać, bo i tak ich nie przyjmę — dodałam z uśmiechem.

— Nie mogę tego przyjąć. Wiem, że chcesz jak najlepiej, ale naprawdę nie mogę. — zaznaczyła, próbując mi wcisnąć banknot w dłoń. Siłowałyśmy się tak przez jakieś 10 minut, aż po moich długich namowach, w końcu przyjęła pieniądze. Zadzwonił dzwonek i klasa weszła do sali. Lekcje minęły dość szybko. „Pracy domowej jak zwykle dużo, ale zrobię ją później.” — pomyślałam. Po ostatnim dzwonku pożegnałam się z Sabriną, pobiegłam do szatni po kurtkę. Po wyjściu z budynku pędem udałam się na ulicę Chopina, gdzie znajdował się dom opieki. Weszłam do budynku i pierwsze co przykuło moją uwagę to tablica korkowa, na której wisiało wspomniane rano ogłoszenie. Cały dzień myślałam o tym, co będzie, jeśli się zgłoszę. W końcu miałam szansę pomóc ludziom najbardziej potrzebującym. Zrobiłam zdjęcie ogłoszenia i poszłam po swój kitel.

Wyszłam trochę wcześniej. Moje myśli nie przestawały krążyć wokół informacji o naborze. Pomyślałam, że jutro się z nimi skontaktuję. I tak później zaczynałam lekcje.

We środę rano zadzwoniłam na wskazany numer telefonu. Po rozmowie dowiedziałam się, że będę miała przez cztery miesiące trzy razy w tygodniu darmowe spotkania udoskonalające w zakresie pierwszej pomocy i postępowania podczas wojny. Na koniec odbędzie się sprawdzian teoretyczny oraz praktyczny, polegający na symulacji zdarzenia podczas wojny. Po zdaniu obu egzaminów otrzymam certyfikat i z grupą sanitariuszy wyruszę na tydzień do jednego z miejsc, gdzie rozgrywa się wojna i występują ataki na ludność cywilną. Ustaliłam spotkania we czwartki i piątki w godzinach 16:30 — 19:00 oraz soboty od 12:00 do 13:30. Pierwsze zajęcia wypadały w najbliższy weekend.

W sobotę zaopatrzona w gruby zeszyt A4, dwa długopisy i małą butelkę wody poszłam pod wskazany adres. Stał tam tylko wysoki i przystojny brunet. Oparłam się o drzwi i wyjęłam komórkę. Dostałam wiadomość od Sabriny:

Hej, jak tam pierwsze spotkanie?

Na razie czekam, ale coś myślę, że nudzić się nie będę — odpisałam, zerknąwszy na chłopaka. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Serce waliło mi w piersi. Po sekundzie dobiegł mnie dzwonek powiadomienia.

Powodzenia

Dzięki — odpisałam.

Dziesięć minut później zaczęło się zbierać coraz więcej osób. Punktualnie o 12:00 przyszedł mężczyzna po czterdziestce, popatrzył na nas i bez słowa otworzył drzwi. Weszłam pierwsza, a za mną pozostali. Kiedy mężczyzna jako ostatni wszedł do pomieszczenia, kazał nam wziąć krzesła i ustawić je w okrąg. Kiedy wykonaliśmy jego polecenie, wystąpił na środek i przedstawił nam plan naszych spotkań. Przez pierwsze dwa miesiące sama teoria, kolejne dwa — praktyka na manekinach, bądź z udziałem kogoś z zebranych. Rozejrzałam się po wszystkich i zauważyłam, że brunet siedzi po mojej prawej stronie. Postanowiłam przedstawić się mu po zajęciach. Przez pozostałą godzinę rozmawialiśmy na temat pierwszej pomocy. Dowiedziałam się, że mniej niż połowa naszej grupy to wykwalifikowany personel medyczny. A reszta, plus ja, to laicy.

Po skończonych zajęciach wszyscy wyszli z sali oprócz mnie oraz bruneta, który jeszcze rozmawiał z wykładowcą. Zaniosłam krzesła na koniec sali gimnastycznej i podeszłam do drzwi. Obejrzałam się na dwóch mężczyzn i poszłam w stronę domu. Wychodząc z budynku szkoły, nagle poczułam uścisk na ramieniu. Odwróciłam się i ujrzałam bruneta. Serce znowu zaczęło bić szybciej. Chłopak zdjął dłoń z mojego ramienia

— Cześć, jestem Nathan — przedstawił się. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

— Rachel. Miło poznać. — uśmiechnęłam się lekko.

Porozmawialiśmy przez chwilę, po czym Nathan zaproponował kawę w pobliskiej kawiarni. Śmialiśmy się, żartowaliśmy, wymieniliśmy się numerami, wypiliśmy cappuccino. Spojrzałam na zegarek, było po 15:00, a miałam jeszcze pomóc Tomowi w papierkowej robocie. Przeprosiłam Nathana i udałam się do domu opieki.

Przez cztery miesiące udawało mi się połączyć szkołę, „pracę” w domu opieki oraz ćwiczenia z pierwszej pomocy. Przed świętami przyjechali do mnie rodzice. Powiedziałam im w końcu, że od ponad miesiąca uczęszczam na te zajęcia. Byli wściekli, ojciec prawie wyszedł z siebie, ale nie przejmowałam się tym za bardzo. Przewidywałam taką reakcję.

Z Nathanem rozmawiałam coraz częściej, dzwoniliśmy do siebie, spotykaliśmy się po zajęciach. Staliśmy się sobie bardzo bliscy. Podczas świąt odwiedziliśmy razem Sabrinę. W pewnym momencie Nathan podszedł do mnie, spojrzał w górę, ja podążyłam za jego wzrokiem i ujrzałam zwisającą nad naszymi głowami jemiołę. Strasznie się zarumieniłam. On pochylił się i szepnął do ucha:

— Kocham cię.

Nie wiedziałam co powiedzieć, miałam motyle w brzuchu. Czułam łzy płynące po moich policzkach. On pochylił się i pocałował mnie delikatnie. Chcąc więcej oddałam pocałunek, który stał się bardziej namiętny. Aż w końcu musieliśmy przerwać, bo ktoś zaczął ciągać mnie za rękaw. Okazało się, że była to Sophie, a tuż za nią weszła pozostała dwójka dzieciaków i Sabrina. To były moje najpiękniejsze święta.

Na spotkaniach zaliczaliśmy praktykę. Raz pojechaliśmy na wojskowy tor przeszkód i mieliśmy możliwość sprawdzenia swoich możliwości. Ja i Nathan byliśmy jednymi z lepszych, ale pozostali też nieźle się wykazywali. Cierpliwie czekałam na sprawdzian końcowy pod koniec lutego.

Aż nastał ten dzień. Wszyscy życzyli mi powodzenia, Sabrina mnie wyściskała. Przed wejściem czekał Nathan. Pocałowałam go delikatnie, a on zapytał:

— Gotowa?

— Zawsze. — odpowiedziałam cały czas trzymając go za rękę. Weszliśmy do budynku.

Na salę trzeba było wchodzić pojedynczo i alfabetycznie, więc ja byłam pierwsza, a Nathaniel tuż po mnie. Po wejściu zauważyłam manekina. Podeszłam do stołu, gdzie siedziała komisja. Pierwsze pytanie dotyczyło wyjaśnienia, czym jest Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża. Odpowiedziałam jeszcze na parę pytań, a potem przyszedł czas na część praktyczną. Moim zadaniem było bezpieczne przeprowadzenie poszkodowanego przez pole minowe. Szybko wykonałam polecenie. Podziękowano mi i pozwolono wyjść z sali.

Po wpuszczeniu kolejnej osoby odszukałam wzrokiem Natha. Stał pod ścianą i czytał coś w telefonie. Na wyniki czekałam do połowy marca. Jak tylko dostałam informację, że mam się jutro stawić w Urzędzie Miasta o godz. 12:30 po odebranie certyfikatu, myślałam, że zemdleję. Nie zastanawiałam się nawet nad miejscem, do którego musiałam pojechać już za dwa dni. Gdy odbierałam swój certyfikat nagle zauważyłam sylwetkę Nathana i jakiejś kobiety. Nie mogłam uwierzyć w to co widziałam: czule się do siebie przytulali. Serce mi pękło jak rozbite szkło. Po odebraniu dyplomu podeszłam do nich i uderzyłam Natha w twarz.

— Ty dupku! — krzyknęłam — Ty skończony łajdaku! Nie chcę cię znać!

Z płaczem wybiegłam z budynku. Jak ja mogłam być tak naiwna? Jak długo ukrywał to przede mną? Pobiegłam szybko do domu. Włączyłam komórkę. Miałam 10 nieodebranych połączeń, większość od tego łajdaka. Oprócz tego dostałam informację od Czerwonego Krzyża:

W sobotę staw się o 8:00 na wojskowym lotnisku. Jedziesz do Donbasu.

Nathan próbował się do mnie dodzwonić, nagrywał się na pocztę. Olałam go zupełnie. Pożegnałam się z Sabriną. Obie płakałyśmy gorzkimi łzami. Rodzice po tym jak powiedziałam, że wyjeżdżam na tydzień oznajmili, że przyjadą na lotnisko. Wychodząc z domu w sobotę miałam wrażenie, jakbym opuszczała to miejsce na zawsze, ale nie poczułam żalu. Jak tylko dojechałam na miejsce, zobaczyłam rodziców. Myślałam, że to będzie — jak zwykle — szybkie, chłodne pożegnanie. I właściwie było szybkie, ale po raz pierwszy zobaczyłam w ich oczach łzy. Ze wzruszenia nie mogłam z siebie wydusić ani słowa.

Dostałam własny ekwipunek, identyfikatory, strój sanitariuszki i szybko zmierzałam do wojskowego helikoptera. Tam czekał już skład sanitariuszy jadących na wschodnią Ukrainę. Nagle wśród nich rozpoznałam bruneta. On też mnie zauważył i szybkim krokiem zbliżył się do mnie. Czułam zbierające się łzy. Nie chciałam dać po sobie poznać jak bardzo cierpiałam z jego powodu.

— Rach, musimy porozmawiać. To nie jest tak jak myślisz — powiedział, ale wyminęłam go szybko bez słowa.

Chwycił mnie za ramię, a gdy się odwróciłam zobaczyłam ból w jego oczach.

— Już pokazałeś na co cię stać — zdecydowanie wyrwałam rękę i szybko wsiadłam do maszyny.

Po ponad dwóch godzinach lotu byliśmy na miejscu. Z góry widzieliśmy zniszczenia spowodowane przez wojnę. Wszędzie koleiny, rozwalone lub spalone domy. Było o wiele gorzej niż sobie wyobrażałam. Zaprowadzono nas do dawnego budynku szkoły przerobionego na prowizoryczny szpital. Przechodząc od łóżka do łóżka widziałam coraz to gorsze przypadki: rozerwane kończyny, ciężkie rany postrzałowe. Najgorsze było wymalowane na twarzach tych ludzi cierpienie. Gdzieniegdzie wśród ofiar były także dzieci, bezbronne i niewinne. Przechodząc dalej poczułam lekkie pociągnięcie za fartuch. Odwróciłam się i zobaczyłam małą dziewczynkę, w wieku Sophie, która miała zabandażowaną prawą rączkę, a w lewej trzymała szmacianą lalkę bez prawej ręki. Patrzyła się na mnie wielkimi oczami.

— Uratuje pani moją lalkę? Zgubiła rączkę — zdołałam zrozumieć z wypowiedzi dziecka.

— Zaraz ją znajdziemy — odpowiedziałam łamanym rosyjskim, zaglądając za materac i wyjmując rączkę szmacianej lalki. — O mam. Jeszcze tylko igła i nitka. Zaraz przyjdę.

Idąc w stronę dyżurnej pielęgniarek z rozprutą częścią zabawki, usłyszałam nagle krzyk dobiegający z zewnątrz. Pędem pobiegłam w tamtym kierunku, minęłam Nathana, który najpierw popatrzył na mnie zdziwiony, potem jednak szybko wstał i biegł w moim kierunku. Zatrzymałam się od tylnej strony szpitala skąd dochodził krzyk. Moim oczom ukazało się pole żonkili, a na nim mężczyzna, pewnie jeden z separatystów i kobieta w białym fartuchu, sanitariuszka. Krzyczał do niej po rosyjsku. Za każdym razem jak się cofała, on podchodził coraz bliżej. Nagle wyciągnął pistolet i skierował go prosto w głowę kobiety. Błyskawicznie, bez zastanowienia podbiegłam do sanitariuszki i krzyknęłam:

— Uciekaj.

Kobieta szybko wstała z ziemi i pobiegła w stronę Nathana. Mężczyzna skierował lufę w moją stronę. Głośno przełknęłam ślinę, skierowałam wzrok w stronę bruneta, jego oczy skupione były na mojej twarzy, jakby wiedział, że chcę coś powiedzieć. Poruszyłam więc bezgłośnie ustami:

— Kocham cię.

Usłyszałam strzał i poczułam ostry ból w lewym boku. Potem kolejny strzał. Mężczyzna, który do mnie strzelił padł martwy. Nie miałam wtedy pojęcia, kto go zabił. Spojrzałam na fartuch, na którym powiększała się czerwona plama krwi. Na mojej dłoni również była krew, której gęste krople spadały powoli na płatki żonkila. Nogi miałam jak z waty. Opadłam bezładnie na plecy. Patrzyłam na niebo i pamiętam, jak się zdziwiłam, że jest tak intensywnie błękitne. Czułam, że gdzieś się osuwam, coraz niżej i niżej, aż ktoś mnie złapał. Jak przez mgłę widziałam Nathana, trzymającego mnie w swoich silnych ramionach. Potem była tylko ciemność.

Minął rok od tamtych wydarzeń. Uratowano mi życie w szpitalu, w którym ja miałam ratować innych. Zaprzyjaźniłam się z Niną, sanitariuszką, której uratowałam życie.

Po powrocie do Francji poznałam Catherine, przyrodnią siostrę Nathana, z którą widziałam go tamtego feralnego dnia w Urzędzie Miasta. Mimo tragicznych doświadczeń nie zrezygnowałam z pracy w Czerwonym Krzyżu. W przyszłym miesiącu jedziemy z Nathanem do Syrii.

Spokój w wyrzeczeniu

Milena Cimoch

Michał zajął miejsce na sali gimnastycznej i cierpliwie czekał, aż pan dyrektor zabierze głos. Wiedział co usłyszy, ponieważ to samo przemówienie wygłaszano na apelu dokładnie co miesiąc. Po chwili na rzutniku pojawiły się obrazy, które od dawna tkwiły w jego pamięci. Gdy był młodszy, nie chciał na nie patrzeć i zamykał oczy, ale za każdym razem powtarzano mu: „Nie bój się. Takie rzeczy mają miejsce tylko tam, gdzie ludzie mogą robić, co im się podoba. Tutaj nic ci nie grozi.”

W głębi duszy współczuł dzieciom, zmuszonym patrzeć na śmierć, łzy i cierpienie. Jednakże wiedział, że każdy powinien poznać konsekwencje nieposłuszeństwa wobec zasad, które panowały w najbezpieczniejszym i najspokojniejszym kraju na świecie — w Rutynie.

Po chwili usłyszał głos dyrektora, komentującego wciąż pojawiające się, coraz bardziej drastyczne zdjęcia:

— Na początku światem zawładnął chaos. Ludzie prowadzili wojny a brat zabijał brata. Nieobce im było okrucieństwo i samozagłada, a wszystko dlatego, że człowiek mógł decydować o sobie i losie innych. Odmienne zdania rodziły konflikty, które prowadziły do klęski. Odmienność, słowo na szczęście nam obce, w tamtych czasach stała się przyczyną niedoli i cierpienia. Nasi przodkowie, aby ocalić swe pokolenia, postanowili stworzyć szczęśliwe społeczeństwo, wolne od wojen, bólu i strachu. Twierdzili, że życie należy przeżyć spokojnie, w zgodzie z samym sobą i innymi ludźmi. To właśnie im zawdzięczamy stworzenie tego cudownego kraju, w którym możemy witać każdy dzień ze spokojem, bez obaw, że cokolwiek go zburzy. Pamiętajcie, że w życiu najważniejsze są spokój, harmonia i równowaga.

— Spokój, harmonia i równowaga — powtórzyli jednym głosem wszyscy uczniowie, a na ekranie pojawiły się zdjęcia tak samo wyglądających ulic, po których jeździły zielone autobusy, budynków wybudowanych na ten sam wzór i identycznie ubranych ludzi. Na twarzach uczniów pojawiły się uśmiechy.

Jedynie Michał odczuwał smutek i niepokój. Żal mu było ludzi, którzy żyli w innych krajach. Zastanawiał się, dlaczego nie wzięli przykładu z Rutyny i nie wprowadzili tych samych zasad w swoich państwach. Tamten świat nie został dokładnie opisany w szkolnych podręcznikach, dlatego chłopiec nie wiedział o nim zbyt wiele. Powszechnie wiadomo było, że ludzie „po tamtej stronie” nie umieją odnaleźć szczęścia i wymyślają różne rzeczy, aby umilić sobie życie. Obraca się to jednak przeciw nim, bo im bardziej starają się zaspokajać swój apetyt na życie, tym większą odczuwają pustkę.

Po apelu skończyły się lekcje. Michał był zadowolony, ponieważ według planu dnia miał dodatkowe dwie godziny tylko dla siebie. Postanowił je wykorzystać i wrócić do domu pieszo, nie korzystając z autobusu. Nie codziennie zdarzała się taka okazja, ponieważ jego plan dnia, tak jak innych obywateli, był ściśle określony.

Od poniedziałku do czwartku chodził do szkoły. Lekcje zaczynały się o godzinie dziewiątej, a kończyły około piętnastej. Później uczniowie sprzątali sale lekcyjne i byli zwalniani do domu. Tak więc Michał wracał mniej więcej o siedemnastej, sprzątał pokój, bawił się z psem i odrabiał lekcje, a kiedy skończył, kąpał się i szedł spać. W piątki i soboty pracował razem z innymi uczniami; pomagał w produkcji kredek, długopisów i ubrań. Z pracy wracał późno, za każdym razem czuł się bardzo zmęczony i od razu zasypiał. Niedziela była dniem przeznaczonym na spędzenie czasu z rodziną. Rodzice i siostra Michała najbardziej lubili uprawiać sport. Chodzili razem na basen, biegali, grali w piłkę lub koszykówkę i jeździli rowerami, jeśli pozwalała im na to pogoda. Wieczorem odwiedzali punkt sprzedaży, pokazywali kartki i otrzymywali to, co było im potrzebne; ubrania, jedzenie i przedmioty codziennego użytku. Po niedzieli nadchodził poniedziałek i tak toczyło się życie Michała. Raz w roku, w okresie letnim był czas wakacji. Trwał dwa tygodnie, podczas których chłopiec robił z reguły to, co w niedzielę.

Michał nigdy nie odczuwał znudzenia. Lubił swoje życie i jak każdy mieszkaniec Rutyny, nie bał się, że może wydarzyć się coś złego. Był spokojny i szczęśliwy, jednak za każdym razem, gdy wracał z apelu, odczuwał współczucie dla tych, którzy żyją poza granicą. Z lekcji wiedzy o społeczeństwie wiedział, że jest tam bardzo źle. Ludzie nienawidzą siebie nawzajem, niektórzy są bogaci, a inni biedni, bo w tamtym świecie rządzi pieniądz. Michał nigdy go nie widział, ale słyszał, że miał ogromną wartość, bo dzięki niemu można było zbudować sobie dom, nosić drogie ubrania, jeździć samochodami i czuć się lepszym od tych, którzy tych dóbr nie posiadają. Nie mógł zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, uważał, że równość i spokój są o wiele ważniejsze od wszelkich dóbr materialnych. Czyż nie lepiej żyć w świecie, w którym każdy ma to samo, mieszka w takim samym domu i jeździ takimi samymi, zielonymi autobusami?

Idąc chodnikiem, rozglądał się wokół siebie. Pod stopami leżały kolorowe liście, a drzewa miały piękne, ciepłe barwy. Michał bardzo lubił jesień. Nagle zobaczył różową karetkę, jadącą do pobliskiego szpitala. Oznaczało to, że któraś kobieta zaczęła rodzić. Michał zastanawiał się, czy na świat przyjdzie chłopczyk, czy dziewczynka i jakie imię oraz zawód zostaną mu przydzielone. Gdy był niemowlęciem, wylosowano mu pracę lekarza. Wiedział, że w wieku osiemnastu lat wstąpi do szkoły medycznej, a po jej ukończeniu otrzyma pracę i przydzieloną na podstawie testów życiową partnerkę. Nieznacznie obawiał się tych zmian, ale był pewien, że jego życie, mimo wszystko będzie spokojne i ułożone.

Doszedł do swojego osiedla szybciej, niż się spodziewał. Zauważył, że pozostało mu jeszcze sporo wolnego czasu i postanowił pospacerować dłużej. Miasteczko, w którym mieszkał, znajdowało się niedaleko granicy. Była nią wysoka, kolczasta, metalowa siatka. Nie chciało mu się wierzyć, że po drugiej stronie panuje tak wielkie cierpienie.

Szedł ponad pół godziny, z nadzieją, że nie spotka żadnego strażnika. Próba przejścia przez granicę była bardzo surowo karana, ale na szczęście w historii kraju znalazło się niewielu ludzi, którzy chcieli dostać się na drugą stronę. Po dotarciu na miejsce zauważył chłopca w jego wieku, zbierającego liście, który, o dziwo, nie wyglądał na przygnębionego. Michał nieśmiało zbliżył się do siatki.

— Czy u ciebie wszystko w porządku? — zapytał go.

— Jest jesień. Spójrz, jak wszystko pięknie wygląda — odparł.

— Taka sama jesień jest co roku. Z czego się cieszyć? Nie wiesz, że takim zachowaniem zaburzasz swój wewnętrzny spokój?

— Jesteś dziwny — odpowiedział chłopiec i oddalił się, podrzucając liście.

— Przepraszam! — zawołał. — Nazywam się Michał, a ty?

— Jestem Paweł. Co tu właściwie robisz?

— Poszedłem na spacer. W mojej szkole był apel, dlatego mam dwie godziny wolnego czasu. A ty, dlaczego tu jesteś?

— Mój tata pracuje w straży granicznej, pozwolił mi przyjechać dziś ze sobą. Nie byłby zadowolony, gdyby dowiedział się, że z tobą rozmawiam. Żyjecie inaczej niż my, bo bierzecie udział w eksperymencie.

Michał nie rozumiał, o czym Paweł do niego mówił. Nie wiedział, co oznacza słowo „eksperyment”, ale postanowił o to nie pytać.

— Ile masz lat? — odezwał się po chwili.

— Trzynaście, a ty?

— Piętnaście. Jak jest w waszym świecie? Słyszałem, że prowadzicie wojnę.

— Wojnę? — zdziwił się Paweł. — Nie ma jej od ponad stu lat.

Michał poczuł się dziwnie. Czy to możliwe, aby oszukiwano go od dzieciństwa?

— Chciałbym zobaczyć, jak wygląda wasze życie. Zabierz mnie ze sobą — poprosił w przypływie nagłego impulsu. Paweł zastanowił się chwilę i wreszcie odpowiedział:

— Przyjadę tu z tatą w sobotę. Postaram się ukryć cię w naszym samochodzie, bądź w tym samym miejscu o osiemnastej. Będzie niezła zabawa.

Michał wrócił do domu. Przez następne dni obmyślał plan ucieczki. Nie przestawał myśleć o tym, co się stało. Eksperyment? Brak wojny? Nie był pewny już absolutnie niczego. A może ten chłopak go oszukał? Pozostała mu jedynie nadzieja, że podróż do innego kraju udzieli mu odpowiedzi na nurtujące go pytania. W sobotę w pracy był rozkojarzony, ale starał się to ukryć, aby nikt niczego nie podejrzewał. Wieczorem zabrał z domu najpotrzebniejsze rzeczy i przepełniony wyrzutami sumienia, wyruszył w drogę. Paweł pomógł mu przejść przez siatkę i ukrył w samochodzie taty.

Michałowi wydawało się, że podróż trwa wiecznie. Po jakimś czasie kolega wypuścił go na zewnątrz. Chłopiec rozejrzał się i doznał szoku. Mimo tego, że było bardzo ciemno, dzięki oświetlającym drogę latarniom zauważył domy, które nie były do siebie ani trochę podobne. Nie wyglądały tak, jak w Rutynie.

— Powiem rodzicom, że będziesz dziś u mnie nocował. Jutro wieczorem mój tata wyjeżdża pod granicę, ponieważ ma nocną zmianę w pracy. Wrócisz więc do swojego kraju, dobrze? — zapytał Paweł.

Michał nie wiedział, co odpowiedzieć. Kiwnął nieśmiało głową i wszedł do domu Pawła. Na jego prośbę starał się zachowywać tak, jakby wszystko wokół było normalne, jednak zadanie okazało się nad wyraz trudne. Dom przepełniony był nadmiarem kolorów i przedmiotów, których nigdy wcześniej nie widział. Nie mógł nadziwić się, że istnieje coś takiego jak telewizja, gry i internet, w którym, jak to ujął Paweł, znajdowało się wszystko, co istniało na całym świecie.

Tej nocy Michał nie mógł zasnąć, był podekscytowany jutrzejszym dniem. Paweł obiecał mu, że odwiedzą galerię handlową i kino. Nie miał pojęcia, co znaczyły te słowa i chociaż po części wypełniał go strach, nie mógł oprzeć się ciekawości.

Następnego dnia chłopcy pojechali do galerii. Jadąc autobusem, Michał patrzył przez okno. Wypatrywał płaczących i zabijających się ludzi, jednak zamiast tego, widział zwykłych przechodniów, którzy bezustannie gdzieś się spieszyli. Każdy z nich wyglądał inaczej, kobiety miały piękniejsze twarze, a ich odzież była tak różnorodna, że chłopca zaczęły boleć oczy. Nie mógł nad tym wszystkim nadążyć. Po ulicach jeździły różnokolorowe samochody, każdy szczegół wręcz błagał o poświęcenie mu uwagi.

— Spójrz, te budynki wyglądają podobnie do moich — powiedział Michał.

— To są bloki. Ludzie mieszkają albo w domach, albo w takich właśnie blokach, w zależności od tego, ile mają pieniędzy.

— U nas nie ma pieniędzy. Każda rodzina ma swój dom w bloku, wszystkie wyglądają tak samo, są niebiesko-zielone.

— Jak je odróżniacie?

— Budynki mają swoje numery. Ja mieszkam w bloku o numerze 897, a moja szkoła ma numer 119 i jest pomarańczowa, jak pozostałe szkoły w kraju. Nie ma u nas czegoś takiego, jak galeria. Ubrania dostajemy w punkcie sprzedaży.

— Mieszkańcy się na to zgadzają? Ja nie chciałbym żyć w miejscu, w którym każda rzecz jest aż tak do siebie podobna.

Michał powtórzył w głowie najważniejsze słowa: spokój, harmonia i równowaga. W świecie, na który patrzył, nie odnalazł żadnej z tych rzeczy.

Chłopcy byli w kinie i na kręglach, grali w piłkę na boisku i spacerowali po okolicy. Wieczorem Michał poczuł się zmęczony. Wiedział, że nie zrobił jeszcze wszystkiego, co było dozwolone w tym miejscu, chciał wypróbować mnóstwo rzeczy, jednak nie wystarczyło mu na to czasu, a oczy same się zamykały.

— Podobało ci się? — zapytał Paweł, zanim chłopcy się rozstali.

— Tak. Robiłem, co chciałem, a jednak nikomu nie stała się krzywda. Dlaczego inni nie są tu szczęśliwi?

— Myślę, że każdemu czegoś brakuje. Mamy tak wiele, ale to nam nie wystarcza, bo wciąż chcemy więcej.

— Czy można chcieć czegoś więcej? Tu jest tak wiele rzeczy, że w ciągu jednego dnia nie da się wszystkiego spróbować. Nie wiem nawet, czy wystarczyłoby na to całe moje życie.

— Masz rację, zbyt dużo jest tu do zrobienia. A gdybyś miał wybór, gdzie wolałbyś mieszkać?

Michał nie zdążył odpowiedzieć na pytanie, bo Paweł, widząc przez okno ubierającego się tatę, szybko ukrył kolegę w samochodzie.

Ruszyli w drogę. Podczas jazdy chłopiec zrozumiał, że nie chce wrócić do dawnego życia, bo wszystko, co przeżył do tej pory, nie było nic warte. Jego codziennych dni nie wypełniały żadne uczucia, obce mu były smutek i zachwyt. Żył po to, aby żyć, nie po to, aby to życie docenić. Nie chciał też zostać w poznanym świecie, który zmęczył go swoją różnorodnością i dynamiką.

Gdy tata Pawła zatrzymał się, aby kupić coś na stacji benzynowej, Michał niezauważenie wyszedł z pojazdu. Znajdował się już poza miastem, a za stacją rozpościerał się ciemny i gęsty las. Chłopiec wszedł między drzewa i ruszył przed siebie w poszukiwaniu czegoś pomiędzy. Pomiędzy spokojem a zamieszaniem, harmonią, a chaosem, równowagą, a szaleństwem…

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę