Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

APATE

Dominika Porowska

— Dzisiaj, równo o dwudziestej, stwierdzicie mój zgon — damski głos rozniósł się po małym, skromnie i surowo urządzonym pomieszczeniu, zwracając uwagę mężczyzny wpatrzonego dotychczas w pliki kartek zapisanych drukowanymi literami. Blondyn podniósł wzrok i spojrzał na kobietę siedząca po drugiej stronie drewnianego stołu. Patrzyła na niego swymi jadeitowo-zielonymi oczyma, trzymając ręce skrzyżowane na piersi. Ubrana była w szary, prosty strój, jaki nosili wszyscy aresztanci. Worki pod oczami, podkreślone przez bladość jej młodej cery, zdradzały zmęczenie i niewyspanie. Mimo że obecnie przedstawiała wyglądem wcielenie porażki, z jej wyprostowanej postawy i błyszczących, żywych oczu biły determinacja i duma.

Mężczyzna ledwo powstrzymał się od westchnienia. Niejeden przesłuchiwany szantażował go groźbą popełnienia samobójstwa. Liczyli, że w ten sposób unikną konieczności odpowiedzi na pytania. Na początku swojej kariery w Inkwizycji nabierał się na tego rodzaju sztuczki, ale teraz miał za sobą lata pracy, które wiele go nauczyły.

— O twojej ewentualnej śmierci zadecyduje rada — poinformował ją znudzonym głosem, po czym, poprawiwszy okulary na nosie, wrócił wzrokiem do papierów, które trzymał obecnie w dłoni. Były to akta dziewczyny, która — mimo młodego wieku — zdołała już zapracować sobie na pokaźną teczkę.

— Dzisiaj stwierdzicie mój zgon — powtórzyła. — A teraz ja opowiem wam wszystko, co zechcecie wiedzieć o Białej Róży.


Agent, nie kryjąc zdziwienia, gwałtownie podniósł głowę. Zazwyczaj buntownicy z grupy zwanej Białej Różą — zarówno płotki, jak i grube ryby — heroicznie odmawiali jakiejkolwiek współpracy z organami bezpieczeństwa państwa. Ta kobieta natomiast otwarcie wyrażała chęć zeznawania przeciw swoim przyjaciołom jeszcze przed rozpoczęciem przesłuchania. Mężczyzna aż zamarł z wrażenia.

— Skąd ta chęć współpracy? — zapytał po chwili bezczynnego gapienia się na dziewczynę.

— Mogę się boczyć na was przez tydzień i odmawiać sypania na swoich kolegów, jeśli bardzo wam na tym zależy — na jej twarzy pojawiło się rozdrażnienie. Poruszyła się niespokojnie, wyraźnie zniecierpliwiona.

Agent szybko się zmitygował. Włączył kamerę stojącą w kącie, tuż obok lustra weneckiego. Odchrząknął, jeszcze raz omiótł wzrokiem akta, i zaczął:

— Dwudziesty czwarty października dwa tysiące dwudziestego siódmego. Przesłuchanie w sprawie,,Apate”… — uciął słysząc śmiech. Spojrzał na nią karcąco.

— Wybaczcie — powiedziała, gdy już się nieco uspokoiła. — Apate? Uosobienie zdrady i zwodniczości, tak?

— Przesłuchiwana jest oskarżona o zdradę stanu — kontynuował, ignorując jej uwagę — współorganizację i uczestnictwo w zamachu stanu, liczne morderstwa, w tym ludności cywilnej. Czy oskarżona przyznaje się do popełnienia tych zbrodni?

— Tak — spojrzała hardo w jego oczy, bez cienia skruchy — z wyjątkiem morderstw. Nikogo nie zabiłam.

Tego się spodziewał — tacy jak ona dumni byli ze swych uczynków. Przekonani, że postępowali właściwie, dopuszczali się najgorszych przewinień wykorzystując szlachetne w ich mniemaniu pobudki.

— Proszę przedstawić się pełnym imieniem i nazwiskiem oraz podać swoją pozycję pełnioną w Białej Róży — mówiąc to wyjął z kieszeni notatnik i długopis.

— Przecież znacie moje personalia — uśmiechnęła się kpiąco w odpowiedzi.

— Proszę nie utrudniać postępowania i trzymać się protokołu — spojrzał na nią znad okularów.

— Skoro musimy być tacy sztywni i trzymać się idiotycznych zasad… Nazywam się Clara Sarrina Wagner, były dowódca grupy uderzeniowej Białej Róży.

II

Stanęłam w drzwiach i omiotłam wzrokiem całe pomieszczenie, trzymając w dłoni filiżankę kawy. Szare meble ładnie prezentowały się na tle białych ścian. Przez duże okna wpadały wiązki porannego światła. Pomimo wczesnej pory dom tętnił życiem. Na kanapie siedziało trzech mężczyzn: Aleksy, Tycjan i Filip. Aleksy — wysoki młodzieniec o piwnych oczach i lśniących, długich, kasztanowych włosach. Tycjan i Filip to bliźniacy, identyczni zarówno pod względem wyglądu jak i charakteru. Błękitnoocy blondyni byli równie wybuchowi, co niecierpliwi i uparci. Nie było dnia bez sprzeczek, od których mogła rozboleć głowa. Teraz nie było inaczej. Wszyscy trzej grali w grę karcianą, podczas której jeden z bliźniaków oskarżył drugiego o oszustwo. Aleksy, jak zawsze opanowany, z zimną krwią starał się załagodzić konflikt przemawiając aksamitnym głosem. W jednym z foteli siedziała czarnowłosa dziewczyna i śmiała się do rozpuku widząc, jak bracia skaczą sobie do gardeł. To była Irys, zarozumiała, ale niezawodna członkini grupy.

Powiodłam wzrokiem po wszystkich i uśmiechnęłam się sama do siebie. Pomimo wielu niedomówień i początkowej wzajemnej niechęci, teraz, po niemal roku życia ze sobą, byliśmy prawie jak rodzina.

— Bu! — usłyszałam nagle tuż przy swoim uchu. Odskoczyłam jak oparzona i o mało nie wylewając gorącego napoju na jasny dywanik, wydałam z siebie zduszony okrzyk. Obróciłam głowę. Zobaczyłam niską blondynkę, uśmiechającą się do mnie szeroko.

— Stella, nie czas na wygłupy — upomniałam dziewczynę, na co ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Cała Stella. Mentalnie mała dziewczynka uwielbiająca dobrą zabawę. — Przez ciebie prawie poplamiłam chodnik!

— Co się tak przejmujesz? To tylko chodnik — wzruszyła ramionami.

— Fakt, to tylko dom mojego dobrego przyjaciela, zniszczmy wszystko, co napotkamy — mruknęłam.

Zorientowałam się, że uwaga wszystkich skupiona była na mnie. Nawet bliźniaki zaniechały dalszej kłótni. Odchrząknęłam i stanęłam na środku pokoju.

— No dobrze — zaczęłam. — Jutro jest wielki dzień. Mamy ważne zadanie i na pewno Tiliana będzie patrzeć mi na ręce — niczego nie byłam bardziej pewna w tej chwili. Miałyśmy różne poglądy co do wprowadzenia do naszego kraju demokracji. Z tego powodu wynikało sporo, często naprawdę ostrych, kłótni. — Mamy mało czasu, a jeszcze wiele do zrobienia.

III

Mężczyzna patrzył na nią i w zamyśleniu stukał długopisem o blat. Miał już zapisane wszystkie nazwiska, które dotąd wymieniła, oraz wszystko, co tych osób dotyczyło. Tylko jedna sprawa wciąż nie dawała mu spokoju.

— Dlaczego zdecydowałaś się zeznawać? — spytał, gdy zrobiła przerwę na łyk wody.

Spojrzała na niego znad szklanki, odchyliła się na krześle i patrzyła na ścianę przed sobą, jakby myśląc nad odpowiedzią.

— Moja motywacja nie jest ważna — stwierdziła po chwili, nadal na niego nie patrząc.

— Mylisz się — odparł. — Skąd mam mieć pewność, że to, co mi przekażesz, nie jest zwykłą dezinformacją?

Obawiał się, że uparcie będzie odmawiała odpowiedzi na to pytanie. Kierowała nim zwykła ciekawość. Dlaczego człowiek, który święcie wierzył w swoje ideały, z dnia na dzień je porzuca, jednocześnie skazując na klęskę wszystkich, którzy o te ideały walczyli?

— Dlaczego zrobiłaś to, co zrobiłaś? — zapytał po dłuższej chwili ciężkiego milczenia.

Unikała jego wzroku. Po raz pierwszy od początku spotkania nie była całkowicie pewna siebie. Ręce zaczęły jej się lekko trząść, co próbowała zamaskować nerwowym pocieraniem dłoni. Czując, że trafił w sedno sprawy, uśmiechnął się do niej ciepło jak dobry wujaszek, i dodał łagodnym tonem:

— Śmiało, powiedz. Chcę ci pomóc.

Jeszcze nigdy tak perfidnie nie kłamał, ale sytuacja wymagała zdecydowanych kroków. Dziewczyna prychnęła, a na jej twarzy zagościł wyraz kpiny.

— Nie wierzę ci. Ale powiem, co mi tam. Może to ja pomogę tobie…

IV

Wczesnym rankiem zmierzałam na ulicę Jubilerską, gdzie wznosiła się biblioteka, przy którą miałam spotkać się z resztą grupy. Wychodziliśmy z domu parami, w kilkuminutowych odstępach. Na miejsce spotkania szliśmy różnymi trasami. Idąc, starałam się wypchnąć z głowy wszelkie wątpliwości. Od dawna część mnie podawała w wątpliwość sens tego przedsięwzięcia, z obawy o jego przebieg i skutki. Nie chciałam zabijać ludzi, nawet jeśli ci ludzie sprzyjali tyranii. Zawsze w momentach słabości przypominałam sobie zasadę: zero niepotrzebnych ofiar. Z ulgą i radością przyjęłam aprobującą reakcję zebranych, gdy wygłosiłam ją na jednym z zebrań Białej Róży. Zerknęłam na czarną, jedwabną opaskę z wyhaftowaną błękitną różą, którą każdy z nas musiał nosić. Uśmiechnęłam się do siebie.

Gdy dotarłam na miejsce dostrzegłam, że na twarzach moich towarzyszy widnieje zmartwienie i niedowierzanie. Podchodząc do nich spytałam, czy coś się stało. Wszyscy spojrzeli po sobie, jakby nie byli zdecydowani, czy powiedzieć mi prawdę. W końcu odezwał się Tycjan.

— Tiliana i reszta… — zaczął powoli. — Oni… Cóż, zrobiłem mały zwiad i zobaczyłem, w jaki sposób traktują twoje przykazanie.

Otworzyłam szeroko oczy i aż zaniemówiłam. Nie, to niemożliwe…

— Prowadź mnie — rozkazałam.

V

To, co zobaczyłam, przerosło moje najgorsze wyobrażenia.

Zniszczone domy, ciała leżące bezładnie się na ulicy. Najbardziej zmroził mnie widok martwych cywilów. Nie mieli litości nawet dla dzieci. Poczułam, jak coś we mnie pęka. Zacisnęłam pięści, mając ochotę zamordować bestie, które dopuściły się tego czynu. Za sobą słyszałam pomruki niezadowolenia.

— Co oni zrobili? — jęknęła Stella.

Nie byłam w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Zacisnęłam pięści, a na moich policzkach pojawiły się łzy. Wtem na ramieniu poczułam męską dłoń. Spojrzałam w lewą stronę i ujrzałam Aleksego patrzącego na mnie z prawdziwą troską, zmieszaną ze smutkiem. Za nim stała reszta grupy: wszyscy wpatrzeni we mnie z niepewnością i niedowierzaniem. Uświadomiłam sobie, że muszę być silna. Silna dla nich, bo to we mnie pokładali nadzieję. Nie w Białej Róży.

— Kiedy już wypełnimy nasze zadanie i przejmiemy bramy pałacu króla — odezwałam się głucho — to pogawędzę sobie z Tilianą na temat zasad.

VI

Sprawnie przemierzaliśmy miasto. Omijając trasę, którą obrało wojsko Białej Róży, kierowaliśmy się w stronę pałacu. Wędrując, widzieliśmy przerażonych obywateli, którzy bluźnili na buntowników. Wtedy uświadomiłam sobie, że tak naprawdę lud nie potrzebuje zmian ustroju. Nie potrzebuje wolności, którą chcieliśmy im podarować. A przynajmniej nie kosztem życia ich bliskich, sąsiadów. Demokracja, o którą walczyliśmy oraz ochrona życia magów, których Inkwizycja mordowała już od dwóch stuleci, nie interesowała większości ludzi. Pomimo szerokich ograniczeń ludzie nie narzekali na swój los. Byli nawet na swój sposób szczęśliwi. Dlaczego nie dostrzegłam tego wcześniej?

Przez całą drogę nikt się nie odzywał. Grobowe milczenie panowało aż do końca naszej trasy. Za kamienicami dostrzegliśmy ogromny, piękny budynek — pałac królewski.

Skinęłam głową w stronę towarzyszy i dałam im znak, że mają tutaj zaczekać. Ja natomiast wyszłam z ciemnej uliczki wprost na aleję wiodącą do bram zamku. Nie zdziwił mnie widok licznych żołnierzy Inkwizycji. Ci, którzy jako pierwsi mnie dostrzegli, otwierali szeroko oczy. Dopiero po kilku sekundach wycelowali w moją stronę lufy broni. Uniosłam do góry ręce, trzymając w dłoni białą chustkę.

VII

Stałam na środku drogi czekając na Tilianę. Według ustaleń, już niebawem miała tędy przechodzić wraz ze swoim batalionem. Obok mnie stali moi przyjaciele: Stella, Tycjan i Filip po prawej stronie, Aleksy i Irys po lewej. Wcześniej wyjaśniłam im, co planuję i zwolniłam ze służby. Mogli odejść i zapomnieć o całej sprawie. Wzruszyłam się, kiedy jednomyślnie postanowili zostać ze mną do końca.

Panowała absolutna cisza. Wszyscy ewakuowali się ze swoich domów w głąb miasta, gdzie — jak mieli nadzieję — buntownicy nie dojdą.

Kilka minut później usłyszeliśmy nadchodzący tłum. Już po chwili dostrzegliśmy blisko setkę żołnierzy z błękitnymi różami na ramionach. Przed nimi z gracją szła kobieta w średnim wieku. Włosy miała upięte w koński ogon, a na jej twarzy widać było drapieżność i determinację. Widząc nas krzyknęła coś do swoich towarzyszy. Na jej komendę wszyscy zatrzymali się i spojrzeli na nas ciekawie. Szybko jednak stracili zainteresowanie i zaczęli żywo dyskutować między sobą. Byli wyraźnie podekscytowani.

Tiliana podeszła ku nam z uśmiechem satysfakcji na ustach. Zatrzymała się dwa metry przede mną.

— Tak szybko wykonaliście zadanie? — spytała. — Wiedziałam, że dacie radę.

Rozłożyła szeroko ramiona i zbliżyła się do mnie. W jednej chwili wyciągnęłam pistolet i wycelowałam w jej głowę.

— Nie pójdziesz dalej — wychrypiałam. Zatrzymała się, nie wiedząc, co się dzieje.

Po krótkiej konsternacji zaśmiała się gorzko.

— Od początku czułam, że jesteś słaba — uśmiech nie znikał z jej twarzy. — Innych mogłaś omamić, ja jednak nigdy ci nie ufałam.

— Złożyłaś podpis pod naszą przysięgą z myślą o jej złamaniu, czy dopiero później zdecydowałaś się na ludobójstwo? — spytałam, czując, jak zbiera się we mnie wściekłość.

— Zapomniałaś, o co walczymy? — zrobiła mały krok w moją stronę. — O wolność dla wszystkich — kolejny krok. — O upadek tyrana — jeszcze jeden. — Ofiary są nieuniknione.

Zatrzęsły mi się dłonie. W głowie kłębiło się mnóstwo wątpliwości. Przypomniałam sobie cytat, który utknął mi głęboko w pamięci.

,,Jeśli mam wybierać między złem a złem, wolę nie wybierać wcale” — powiedziałam cicho.

Sprawnym ruchem przyłożyłam pistolet do swojej skroni i pociągnęłam za spust.

VIII

Po tych słowach zapadła długa cisza.

— Nie uwierzysz — podjęła opowieść dziewczyna — ale uratowała mnie własna głupota. Tamtego ranka nie naładowałam broni. Poza tym Aleksy szybko zareagował. Wykręcił rękę, w której trzymałam pistolet. Filip wystrzelił do Tiliany. Trafił w głowę. Nie miała żadnych szans. To zwróciło uwagę pozostałych. Jedni patrzyli z niedowierzaniem to na nas, to na martwe ciało. Drudzy od razu chwycili za broń i zaczęli ostrzał. W budynkach byli jednak ukryci żołnierze Inkwizycji, z którymi wcześniej się dogadałam. Mieli przewagę liczebną. Wykorzystali element zaskoczenia. Na dodatek osłabło morale powstańców. Rebelianci zostali zgnieceni.

Przeczytałeś bezpłatne 25% książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę