Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

WYBRANA

Joanna Westerlich

Nazywam się Mori. Skończyłam 14 lat i mam dla was radę. Jeśli w dniu swoich urodzin spotkacie brodatego faceta, to lepiej uciekajcie. Z krzykiem. Chyba, że chcecie, żeby wasze życie diametralnie się zmieniło. Było pełne magii, wróżek i błędów. Było inne niż wszystkich. Mnie to spotkało i teraz jestem zupełnie inną osobą. Wierzcie mi…

Otworzyłam oczy i spojrzałam na zielone korony drzew. Wakacyjna pogoda dopisywała. Między gałęziami ścigały się wężoptaki, a po korze wspinały się skrzydlate wiewiórki. Park tętnił życiem i błyszczał jakby posypany brokatem. Podniosłam rękę i wystrzeliłam z czubka palca maleńką śnieżynkę. Potem pomachałam ręką. Naznaczyła w powietrzu złocisty ślad. Kochałam to robić, a tak się składało, że z osób które znałam, nikt inny tego nie potrafił.

Nagle usłyszałam nawoływanie Suzan i Tobiasa. Moja przyjaciółka zaczęła paplać podekscytowana, a ja i Tobi przysłuchiwaliśmy się temu ze spokojem. Nagle przerwałam jej.

— A o czymś nie zapomnieliście? — powiedziałam naburmuszona.

— Nie, wiem przecież, że jutro jest premiera ”Stalowego Wilka”! Jupiiii!!! — wykrzyknęła Suzi i wyszczerzyła się do mnie. — Jak mogliśmy o tym zapomnieć?! Mamy dla ciebie superową niespodziankę! A Viktor… — urwała w pół zdania i wytrzeszczyła oczy.

— Będzie Viktor?! — zerwałam się z miejsca i uścisnęłam Suzan.

— No, będzie. Miałam się nie wygadać, więc teraz mnie zabije — mruknęła w odpowiedzi wyraźnie niezadowolona.

— Przynajmniej będzie spokój — Tobias mrugnął do mnie z żartobliwą miną. W odwecie Suzi klepnęła go w ramię.

Teraz parę słów wyjaśnień. Suzan i Tobias chodzą ze sobą już od 10 miesięcy i są moimi najlepszymi przyjaciółmi. Są różni jak ogień i woda. Suzi — energiczna, żywiołowa i strasznie roztrzepana szatynka o brązowych oczach, a Tobi cichy, spokojny, roztropnie myślący blondyn z zielonymi oczami. Ale łączy ich takie samo, niecodzienne poczucie humoru, które często daje mi się we znaki. A Viktor… Vik wyjechał dwa lata temu do Lanmornionu, natomiast dzisiaj wrócił.

Przyjaciele zostawili mnie w parku i poszli dokończyć niespodziankę, którą dla mnie zrobili. Westchnęłam. Jak jest trójka przyjaciół, to zawsze jeden zostanie sam. Akurat to jestem ja. Usiadłam z powrotem na ławce i zaczęłam czytać. Odruchowo strzelałam drobnymi śnieżynkami z palców. Akcja zaczynała się rozkręcać, kiedy usłyszałam czyjś głęboki i donośny głos

— Mogę się przysiąść? — zaskoczona i równocześnie niezadowolona, że ktoś przeszkadza mi w takim momencie, spojrzałam w stronę skąd dobiegał głos.

Pierwsze co zobaczyłam to była wielka, gęsta, szara broda, która jak przypuszczam, należała do faceta za nią. Chociaż jak to w życiu, nic nie jest pewne.

Zdumiona i osobą, i pytaniem, niepewnie przesunęłam się w prawo. Brodacz uśmiechnął się i usiadł.

— Co czytasz? — spytał, zerkając mi na książkę.

— A czy to ważne? — mruknęłam w odpowiedzi, zaczytana i poirytowana. Nienawidzę jak ktoś mi czyta przez ramię.

— Pewnie nic. Po prostu mam ciekawski charakter. A jak masz na imię? — te ciągłe pytania zaczynały działać mi już na nerwy.

— A kim pan jest? Płatnym zabójcą? Detektywem? Dziennikarzem? Po co panu te informacje? — zapytałam podenerwowana i zbita z tropu.

— Nie jestem żadnym z nich. Jestem czarosiejem* To zamierzona nazwa. Tutaj nie ma błędu.. I jak już mówiłem, jestem ciekawski. Ale pytam z innego powodu. Od dawna już cie obserwuję i uznałem, że masz odpowiednie cechy, żeby zostać moją uczennicą — brodacz spojrzał teraz na mnie poważnie szarymi oczami, w których igrało światło.

— Że co?! Na jaką uczennicę?! Kim pan, do jasnej marchewki, jest?! — zaczęłam mówić podniesionym głosem. Ten człowiek kompletnie wyprowadził mnie z równowagi.

— Już ci powiedziałem. Jestem czarosiejem. Od dawna szukałem kogoś takiego jak ty i wreszcie znalazłem — wyjaśnił mężczyzna. Wokół niego powietrze migotało i iskrzyło się jakby ktoś rozpylił tam trochę brokatu. Coś podobnego widziałam wokół skrzydlatych wiewiórek.

— Chyba czarodziejem? — zapytałam, gdy się trochę opanowałam i zaczęłam logicznie myśleć.

— Nie, czaroSIEJEM. Czarodzieje umieją zajmować się tylko sobą i żyją teraźniejszością. Natomiast czarosieje myślą przyszłościowo i bardziej przejmują się przyrodą. Powiedzmy, że stworzę chmarę motyli. Umrą na drugi dzień, ale przedtem złożą jajeczka, z których zrodzi się więcej motyli. Ich życie, chociaż jednodniowe, wciąż trwa. Rozumiesz?

— Nie, nie rozumiem. Takie prawdziwe czary istnieją tylko w książkach, no i w filmach. A pan jest dziwny. Mam dosyć tej pokręconej rozmowy. Do widzenia — wstałam z ławki.

— Do zobaczenia. Mam nadzieję, że to szybko nastąpi. Jakbyś chciała się czegoś więcej dowiedzieć, to przyjdź tu jutro, dobrze? — zaproponował mi brodacz. Odpowiedziałam, że nie mam zamiaru i już chciałam odejść. Usłyszałam jeszcze jak ten człowiek (a może nie człowiek?) za mną coś woła.

— Zawiąż sznurówki, bo się wywalisz — krzyczał. Spojrzałam na swoje trampki, które były dokładne zasznurowane i usłyszałam za sobą śmiech. Prychnęłam w odpowiedzi i ruszyłam w stronę przystanku autobusowego.

Miałam dużo do przemyślenia, a według mnie autobus jest dobrym miejscem do tego. Myśli w mojej głowie kotłowały się jak szalone. W końcu niecodziennie ktoś mówi ci, że jest jakimś czarosiejem i proponuje ci zostanie jego uczennicą. I raczej nie wszystkim to się przytrafia. To się nazywa urodzinowe szczęście… Chciałam z kimś o tym pogadać. Czas minął mi szybko na rozmyślaniach i zaraz znalazłam się w domu.

Niespodzianka, przygotowana przez mych przyjaciół (i mamę oczywiście), była wspaniała. Mam upiekła wielki, oczywiście zielony, tort. Potem dostałam cudowne prezenty. No i był Viktor, którego nie widziałam dwa lata. Pod koniec imprezy włączyliśmy film, przyniesiony przez Tobiasa.

Zmęczona harmidrem i rozgardiaszem, usiadłam w kuchni na krześle. Nie chciało mi się oglądać, a stąd był dobry widok. Dalej nie pojmowałam wydarzeń, które spotkały mnie w parku. Nagle przysiadł się do mnie Viktor i spytał o samopoczucie. Niby takie niewinne pytanie, ale wytrąciło mnie zupełnie z równowagi. Miałam ochotę wykrzyczeć mu, że dzisiaj w parku napastował mnie jakiś magiczny dziadek, ale w porę się opamiętałam. Zamiast tego wybuchnęłam płaczem. Widząc w jakim jestem stanie, Vik zaproponował mi spacer.

Wyszliśmy na dwór. Był ciepły, lipcowy wieczór, a nad nami świeciły gwiazdy. Postaliśmy trochę przed domem, a kiedy udało mi się uspokoić, ruszyliśmy w stronę parku.

— Mori, musze cię przed czymś ostrzec — nagle odezwał się Viktor. Spojrzałam na niego zdziwiona. Błagam, żeby teraz jemu coś nie odbiło. Na dzisiaj mam już dosyć dziwactw.

— Posłuchaj. Nigdy, przenigdy nie gadaj z takim brodatym facetem. On jest wyjątkowy, więc go rozpoznasz — nic nie powiedziałam, więc dodał — A jeśli już to zrobiłaś to nie rób tego, co ci powiedział. Obiecasz mi, proszę? — spojrzał na mnie błagalnie. Czyli jednak jemu też odbiło. Ehhh…

— Dlaczego mi to mówisz? I skąd wiesz o tym człowieku? I skąd w ogóle wiesz, że ze mną rozmawiał?

— Mam swoje sposoby — zmieszany, odwrócił wzrok — Zapomnijmy o tym… Okej?

Coraz mniej z tego wszystkiego rozumiałam. Czułam się zagubiona, co prawie nigdy mi się nie zdarza. Przystałam na propozycję Viktora. Ale zamierzałam, tylko o tym nie mówić. A co zapamiętałam, to już moja sprawa. Przeszliśmy się jeszcze kawałek w milczeniu. Później zaproponował mi, że mnie odprowadzi. Przez resztę drogi gadaliśmy o jakiś nieistotnych sprawach, lecz w głowie, ja i mój mózg, pracowaliśmy ciężko, próbując rozwikłać te wszystkie zawiłości. W końcu doszliśmy do mojego domu. Viktor powiedział, że musi już iść, a ja jakoś specjalnie go nie zatrzymywałam. Nie miałam ochoty na większą ilość paplaniny. To nie w moim stylu. Film właśnie się kończył, więc wyrobiłam się idealnie. Pochłonęliśmy jeszcze pizzę i goście rozeszli się do domu.

Zmęczona i wyczerpana, poszłam spać. Jak na złość, nie mogłam zasnąć. Grubo po północy wreszcie mi się udało. Następnego dnia zerwałam się z samego rana. Zjadłam szybko śniadanie i pożegnałam się z mamą. Raźnym krokiem ruszyłam w stronę parku. Idąc miałam małe wyrzuty sumienia, ale przypomniałam sobie, że nic Vikowi nie obiecywałam. Na szczęście się wykręciłam od przyrzeczenia. Naprawdę byłam ciekawa o co chodzi temu brodaczowi. Jednak w dołku nadal ściskało mnie poczucie winy. Viktor raczej bez powodu mnie nie ostrzegał. Jednak jak to powiedział Cezar, kości zostały rzucone.

Skierowałam się w stronę mojej ulubionej ławeczki. I sytuacja ze wczoraj powtórzyła się. Brodacz uśmiechnął się do mnie.

— No to jednak się zdecydowałaś… — powiedział z zadowoleniem.

— Na co się zdecydowałam? Na zostanie pańską uczennicą? No może. Ale nadal nie wiem o co w tym wszystkim chodzi — popatrzyłam na niego. Staruszek zaśmiał się i powiedział, że może mi wytłumaczyć wszystko jutro na lekcjach. I jeśli chcę na nie uczęszczać, to muszę przyjść tutaj. Później wstał i ruszył w stronę fontanny. Przeszedł parę kroków i nagle zniknął. PUF! Rozpłynął się w powietrzu.

Aż podskoczyłam ze strachu. Niecodziennie ktoś tak po prostu znika. Byłam totalnie oszołomiona. Ale od razu nabrałam chęci, żeby jutro też tu przyjść. Do domu wróciłam trochę później i od razu poszłam spać. Musiałam przecież nabrać sił przed jutrzejszym dniem. Rano zebrałam się szybko i znów popędziłam do parku. Bardzo podekscytowana usiadłam na ławeczce i czekałam. I nagle oczywiście PUF! i staruszek stał obok mnie.

— Myślałem, że jesteś większym tchórzem. Jeśli nie przyszłaś tutaj, żeby mnie męczyć i zabierać mój cenny czas, to chodź za mną — ruszył w stronę fontanny, a ja nie mając za bardzo wyboru, poszłam za nim. I wtem — PUF! — znalazłam się przed małą chatynką z uroczym ogródkiem.

Jednak kiedy mu się bliżej przyjrzałam, już nie był taki uroczy. Z doniczek wyrastały małe kwitnące roślinki, które wyglądały jak oczy małych, brzydkich i złośliwych dzieci. Znając parę takich osóbek, cieszyłam się, że te rośliny mają buzie zasypane ziemią. Niedaleko rosły jakieś jaskraworóżowe kwiaty z zębami, bulwiastymi łodygami i długimi mackami. Było więcej tych roślin-mutantów, a żadne nie wyglądały przyjaźnie. Natomiast po drugiej stronie płotu rosło parę drzew z nietypowymi owocami, trochę kwiatów o nietypowych kolorach i kształtach. Na szczęście one wyglądały bardziej pokojowo.

Brodacz wszedł do domku, a ja nie wiedząc za bardzo, co mam robić, poszłam za nim.

— Kto tu ci pozwolił wchodzić?! Wynocha!!! — wrzasnął dziadek zanim zdążyłam przekroczyć próg i zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Dosłownie zatkało mnie. Nie wiedziałam czy zacząć wrzeszczeć ze złości, czy płakać. Rozejrzałam się wokoło. Zauważyłam zieloną ławeczkę, która wyglądała na bardzo przyjazną. Chociaż ona. Siadając, zastanawiałam się jednak, czy mnie nie pogryzie. To byłoby bardzo w stylu tego miejsca.

Po chwili staruszek wyszedł. Byłam pewna, że widziałam jak paliły mu się włosy. Przytaszczył ze sobą grubachną księgę. Na okładce widniało drzewo. Na jego czubku siedział fenix z rozłożonymi skrzydłami, a przy korzeniach szkarłatny smok z czerwona lilią w pysku. Cała okładka była bardzo starannie wykonana. Szczególnie rysunek, który był dopracowany w najmniejszych szczegółach.

Położył ją na blacie stołu, niedaleko swoich ”niezwykłych” grządek i zaczął ją wertować.

— Proszę pana… — po chwili odezwałam się nieśmiało.

— Mistrzu. Masz mówić mi mistrzu.

— No, dobrze. Mistrzu, jak mistrz ma na imię?

— Greenby. Mistrz Greenby — odpowiedział zdecydowanym tonem.

I tak zaczęła się moja nauka. Codziennie rano szłam do parku, a wieczorami wracałam. Mama się temu dziwiła, ale jednocześnie cieszyła, że spędzam duża czasu na świeżym powietrzu z przyjaciółmi. Suzi i Tobias także nic nie podejrzewali, myśląc, że spędzam czas z mamą. A Vik jakby zapomniał o całej sprawie, cóż w końcu tak się umówiliśmy.

Każdego dnia powtarzałam te same czynności. Ławka, PUF!, księga, nauka, podlewanie upiornego ogródka, przerwa na jedzenie, nauka, nakarmienie i zabawa z oswojonym wilkiem, powrót do domu, sen.

Uczyłam się jak pomagać rosnąć roślinom, sprawiać żeby motyle się mnie słuchały, wyczarowywać coś z niczego, w ciągu sekundy, (towarzyszyło temu ciche PUF!). Dowiedziałam się jak uspokajać umysły zwierząt i zyskiwać ich zaufanie, jak przenosić rzeczy i zmieniać ich kolor siłą własnego umysłu. Nauczyłam się jak leczyć małe rany i wyciągać koszmary ze snów. Umiałam także robić maleńką, cudną tęczę i opanowałam mój śnieżny dar (PUF!). Mogłam wywołać nawet śnieżyce, ale wolałam zbyt często tego nie robić. To z czego byłam najbardziej dumna, to umiejętność porozumiewania się ze zwierzętami (rośliny nie myślą za dużo, więc nie można się z nimi dogadać) i… z wróżkami. Wróżki są bardzo złośliwe, egoistyczne i zadufane w sobie. Można się z nimi jednak nieźle powygłupiać. Roztaczają tą samą złocistą aurę, jakby rozpylony w powietrzu brokat, co wszystkie magiczne stworzenia. Dowiedziałam się od nich, że to doskonale mi znane PUF!, to dźwięk towarzyszący silniejszym wydarzeniom magicznym, a przemieszczanie to teleportacja.

Któregoś dnia mistrz przyszedł po mnie trochę później niż zwykle. Bardzo się tym zdziwiłam, bo Greenby jest nadzwyczaj punktualny (i wredny).

— Dzisiaj, Mori nauczę cię czegoś zupełnie odmiennego od tresowania pszczół i… — PUF! -byliśmy już u niego… — zamieniania królikom ogonów na kwiatki. Dzisiaj nauczę cię jak zamieniać samą siebie. Przemienisz się w zwierzę najbardziej do ciebie pasujące. Tu zadecyduje magia, a ty otrzymasz swoją pierwszą przynależność. To transmutacja. No to do roboty — mruknął na koniec. Byłam bardzo ciekawa co z tego wniknie. Pierwszy raz miałam to robić i coś mogło pójść nie tak, ale wolałam o tym nie myśleć. Byłam ciekawa swego symbolu.

Greenby przyniósł „Księgowidło”* Nazwa jest zapożyczona z kreskówki ‘Pora na Przygodę’ i zaczęłam się uczyć. Po jakimś czasie, gotowa i podekscytowana, wypowiedziałam zaklęcie. Poczułam, że ramiona mi się wydłużają, nos rośnie i łączy się z ustami, nogi stają się patykowate i chude, a ja się zmniejszam. To było dosyć dziwne uczucie. Usłyszałam westchnienie mistrza. Zaniepokoiłam się, bo nie wiedziałam, co może ono oznaczać.

— No, no, no — zacmokał z zadowoleniem — Od razu widać, że jesteś inna niż wszyscy. Przyniosę ci lusterko, żebyś mogła siebie zobaczyć — wszedł do domku i po chwili wyszedł z małym lusterkiem oprawionym w złotą ramkę. Postawił mi je na ziemi obok ławeczki. Podeszłam do niego.

Byłam ptakiem. Byłam dużym, białym ptakiem o przenikliwych, czarnych oczach. Byłam białym krukiem. Skupiłam się i zaczęłam zmieniać się z powrotem w dziewczynę o niebieskich oczach i ciemnoblond włosach z czerwonymi końcówkami. Po chwili zobaczyłam w lustrze siebie w czarnych ubraniach i takich samych trampkach (cóż na glany za gorąco). We włosach zostało mi jeszcze kilka wplecionych białych piórek. Cóż za żart losu. Biały kruk w czarnych ubraniach. Uznałam jednak, że piórka są ładną ozdobą, więc postanowiłam je sobie zachować.

Mistrz burknął, że raczej mam co innego do roboty niż podziwianie się przed lustrem, a sam usiadł na ławeczce i zamyślił się. Ja z braku zajęć poszłam nakarmić Hottest i Min.

Hottest to mały, żywy płomyk, którego udało mi się wyczarować. Jest strasznie łakomy, dlatego musiałam zamknąć go w słoiczku. Min jest śnieżną sową. Przynajmniej będziemy się dogadywać. Wsypałam płomykowi trochę trocin, a Min dałam marchewkę. Ona jest przeciwko zabijaniu zwierząt, więc została wegetarianką, tak jak ja.

Nazajutrz musiałam się sama teleportować. PUF! Gdy tylko przybyłam, wiedziałam, że coś jest nie tak. Greenby’a zastałam przy podlewaniu ogródka. O mało nie przelał mandragor, a one tego nie znoszą i gubią nać. Niepewnie zapytałam go co się dzieje. Westchnął i kazał mi usiąść obok siebie. Co jak co, ale zawsze opowiadał dobrze.

— Istnieje przepowiednia — zaczął. O Globie… — Nie pamiętam jej dokładnie, bo jest rymowana, ale mówi o tym, że biały król niesie na swych skrzydłach wojnę, a śnieżny pomocnik Tajemnicy przyleci ze zwycięstwem i pokojem. Czy coś w tym stylu — popatrzył na mnie wyczekująco. Zrozumiałam, że oczekuje ode mnie, żebym rozgryzła o co w niej chodzi.

Biały król ze skrzydłami? Na Dalasii nie panuje żaden skrzydlaty król. Nagle doznałam olśnienia, jakby w głowie eksplodowała mi mała petarda. Orły przecież nazywa się królami wszystkich ptaków. Jakiś czarosiej, który przybiera postać białego orła rozpęta wojnę. A pomocnikami Tajemnicy nazywa się kruki! Śnieżny kruk. A śnieg jest biały. Ktoś z czarosiejów, przemieniający się w białego kruka, ze śnieżnymi mocami przyniesie pokój. W tej chwili zaniepokoiłam się. I to bardzo.

— Mistrzu…? — zaczęłam cicho — czy na Dalasii jest jeszcze jakiś inny biały kruk ze śnieżnymi mocami? — wtedy Greenby popatrzył na mnie smutno.

— Na Dalasii jest tylko jeden biały kruk. To ty — westchnął i popatrzył przed siebie. — Od ciebie zależą losy Tormadoru i całej Dalasii, a znając ciebie czeka nas zagłada.

Poczułam się źle po tym, co powiedział. Zagłada, wojna, walka. A mistrz zupełnie we mnie nie wierzył, albo znów dawał popis swojej złośliwości. Kolejny raz zaczęłam się zastanawiać czemu on taki jest. Czy jego sposób bycia ma mnie też czegoś nauczyć? Uodpornić na ból? Tak czy inaczej nie dam się zranić, nie dam się sprowokować, postanowiłam. Z resztą nie to jest teraz najważniejsze. Dalasia, cała Dalasia, na której dzięki zderzeniu z meteorytem istniały te wszystkie cudowne stworzenia. Czasem nazywana Ziemią, ale to takie pospolite.

— Ten biały orzeł? Kto to jest? — zapytałam, żeby nie myśleć o moim obowiązku wobec świata.

— To mój dawny uczeń. Miał wielki potencjał. Podczas transformacji zamienił się w białego orła. Z początku razem z Radą Czerwonej Lilii myśleliśmy, że to on jest Wybawcą. Tym, o którym mówi Przepowiednia Śniegu. Niestety nie przeszedł Próby Drzewa i nie został Naznaczony. Wściekły uciekł z kraju. Podobno teraz wrócił i planuje zemstę. Jeśli to prawda, nie wiem co z nami będzie — schował twarz w dłoniach, wzdychając ciężko.

— Jak on się nazywa — zapytałam pełna najgorszych obaw. Coś mi mówiło, że nie chcę znać odpowiedzi.

— Viktor. Viktor Barrans — na dźwięk tych słów o mało nie spadłam z ławeczki. Przez te wszystkie lata przyjaźniłam się z czarosiejem, który pragnie zniszczyć Dalasię. Co więcej, prawie się w nim zakochałam. Chodziłam z nim do szkoły. A teraz mam z nim walczyć. W głowie miałam istną gonitwę myśli. Moje przeczucia mnie nie zawiodły, nie chciałam znać tej prawdy. Nie chciałam tego wszystkiego.

Jak przez mgłę usłyszałam zatroskany głos Greenby’a, który pytał czy wszystko ze mną dobrze. Zatroszczył się o mnie! Zaskoczyło mnie to tak, że wytrzeszczyłam oczy. Musiałam mu powiedzieć, że wcześniej przyjaźniłam się z Viktorem, a teraz przyjechał na moje urodziny i jest cały czas w kraju. Gdy mistrz to usłyszał, zbladł, po czym szybko poszedł naradzić się z Radą Czerwonej Lilii. Po powrocie był jeszcze bardziej poważny niż zwykle, chociaż myślałam, że to już nie możliwe. Był też zdecydowanie wkurzony.

— Rada zadecydowała, że będziesz musiała przyśpieszyć naukę, wszystko dwa razy szybciej. I będę musiał ci gotować, żebyś nie opadła z sił. Ta Rada to banda zarozumiałych glonów — mruknął na koniec i poszedł do ogródka narwać trochę pretlów.

Byłam już i tak zmęczona. Moje życie przecież stanęło na głowie, wszystko było nowe i fascynujące, nawet przerażające i potrafiło nieźle zmęczyć. A teraz jeszcze wszystko szybciej, więcej bardziej. Zaczęłam wątpić czy sobie poradzę, czy wytrzymam. Jednak nie za bardzo miałam wybór. Nawet ze specjalnymi zupkami z pretlów i gorgorbanów. Z sałatkami z tridów z dodatkiem natki mandragory, chodziłam wiecznie zmęczona. Zaniepokojoną mamę kłamałam, że chodzę na siłownię, pływam i biegam. Intensywny trening wakacyjny. Kłamałam z reszta nie tylko mamę, ale i przyjaciół. Suzi zaliczyła kryzys, płacząc do telefonu, że z pewnością mam już inna przyjaciółkę. Jak im to wszystkim wytłumaczyć?

Mój staruszek Greenby dał mi nawet jeden dzień wolnego, co było straszliwym marnotrawstwem i Rada by się wściekła. Powiedział, że zasłużyłam, bo moje postępy są zaskakujące. Tak potrzebowałam tego dnia, a później nie wiedziałam co z nim robić. Spać, spędzić go z rodzicami, przyjaciółmi, czytać, rysować?

Nauka szła mi coraz lepiej. Pracowałam ciężko i sama sobie nie odpuszczałam. Chciałam to wszystko potrafić jak najlepiej, być w tym doskonała. Musiałam przygotować się do czekającego mnie zadania idealnie. Inaczej byłam bez szans, bez szans była pewnie i Dalasia. Przerażało mnie jednak to, że wciąż umiem za mało. Umiałam nawet przywoływać smoki i jeździć na nich. Mojego ulubionego, szmaragdowego smoka nazwałam Ventus. Pewnego razu przez pomyłkę wyczarowałam dziwne skrzyżowanie lamy i jednorożca, które dla żartu dostało nazwę lamorożec. Teraz błąka się gdzieś po parku i obgryza drzewka. Szkoda, że nie mogę wykorzystać go jako broni. Magiczny Wypluwacz Tęczowego Gluta, w skrócie MWTG, to by było coś — no tak, już widać jaka jestem zmęczona…

Parę dni po tym znowu musiałam się sama teleportować, co wciąż było dla mnie ogromnym przeżyciem, ale i odpowiedzialnością. PUF! Nagle z domku wybiegł podenerwowany Greenby.

— Przybyli członkowie Rady! Postaraj się dzisiaj niczego nie zepsuć, może w końcu ci się uda. Chociaż wątpię, żeby było to możliwe… — powiedział uprzejmie i czule.

Po całym dniu nauki i obserwowaniu mnie przez tych sztywniaków z Rady, jeden z wyższych rangą Liliowców podszedł do mnie.

— Mori Satya Diamondstone czy chcesz zostać pełnoprawną czarosiejką i być poddana Próbie Drzewa? — zapytał uroczystym tonem.

Za plecami członka Rady mój mistrz poruszał bezgłośnie ustami. Odczytałam jego słowa, były zgodne z tym, co nosiłam w moim sercu.

— Tak, chcę — odpowiedziałam.

— Mori Satya Diamondstone czy chcesz być Naznaczona? — mój mistrz energicznie kiwał głową przy tych słowach.

— Tak, chcę — potwierdziłam.

— A zatem witam cię Nowicjuszko — uścisnął mi dłoń i wręczył mi zwój papieru. -I weź coś zrób z tymi włosami, te piórka są nie na miejscu — dodał i teleportował się z wielkim dostojeństwem, a po nim pozostali. Został tylko jeden grubiutki czarosiej, który wyściskał mnie tak mocno, że aż nie mogłam oddychać. Pomyślałam, że on musi się transmutować się w słonia, kiedy rozcierałam obolałe żebra. A może powiedziałam to głośno, bo mistrz odpowiedział

— Tu się akurat nie mylisz — mój najwredniejszy pod słońcem mistrz zaśmiał się (!). — Chodź upiekłem pyszne ciasto. Jest bardzo, bardzo odżywcze. 79% to twoje fioletowe jabłka –dodał z precyzją.

Po całym tym dniu, po tych wszystkich ostatnich wydarzeniach, tym całym szaleństwie kawałek ciepłej szarlotki należał mi się z pewnością. Byłam obolała, zmęczona, oszołomiona i szczęśliwa. Udało się mi zostać nowicjuszką, w co wydaje mi się nie wierzył Greenby. Ogarnęłam to wszystko i nauczyłam się. Jestem z siebie dumna.

Nazywam się Mori. Skończyłam 14 lat. Niedługo zostanę poddana Próbie Drzewa. A jeśli uda mi się ją przejść, zostanę Naznaczona. Ode mnie zależą losy Dalasii i ludzkości. Będę musiała walczyć przeciwko mojemu przyjacielowi, potężnemu wrogowi. O mnie mówi przepowiednia. Jestem jedynym śnieżnym krukiem, pomocnikiem Tajemnicy i Słońca. Moje dzieciństwo skończy się błyskawicznie.

Na razie jednak wolę się śmiać z przepychanek Ventusa i Min, z wygłupów Hottesta z Blackie. Opychać się przepyszną, fioletową szarlotką z moim mistrzem. Wolę czytać, spać, rysować i przede wszystkim śmiać się. To wszystko niebawem się zmieni.

ADEPT MAGII

Bartosz sieradzan

„Dawno temu, w krainie Sihiir nikt z mieszkańców nie umiał korzystać z magii, aż do dnia, kiedy w roku 500 przybył do krainy „Szkarłatny Mag”. Wtedy wszystko się zmieniło. Nauczył on ich, jak korzystać ze starożytnych run, których nazwy zostały następnie zamienione na żywioły magii. Główne żywioły nosiły nazwę: Ea (powietrze), erde (ziemia), kasai (ogień) i mizu (woda). Po ich odpowiednim połączeniu powstawały niesamowite czary. Dzięki nim rolnicy mogli przyśpieszać rozwój roślin, a kowale przyśpieszać swoją pracę. Wkrótce magia przybrała postać kul umieszczonych na dłoniach. I tak oto powstały początki magii. Dzięki ciężkim ćwiczeniom, ludzie doskonalili swoje umiejętności. Zaledwie 100 lat później powstała Nolamia — główne centrum magów, ich stolica. Po „Szkarłatnym Magu” słuch zaginął, a historia Nolami ciągnie się, aż po dzisiejsze czasy. Ludzie mieszkający w niej prowadzą szczęśliwe życie, używając magii do sprzątania i budowania domów, a naukę o magii przekazują z pokolenia na pokolenie.

— Halo … Envy, czy ty mnie słuchasz? — spytał staruszek

— Emmm … co … a tak, historia itd. — stwierdziłem

— Drogie dziecko, nie nauczę cię podstaw magii, póki nie wykujesz się na pamięć tej historii — powiedział mistrz Mechemiasz.

— Dobra, dobra. Na dzisiaj koniec. Idę do nowo otwartej restauracji, w japońskiej dzielnicy — „Attadakimasu”

W końcu doszedłem, japońska restauracja „Attadakimasu”. Hmm … spójrzmy. Dzisiejsze danie dnia, to ramen z ostrym sosem. Ha, proste, a zarazem dobre. — powiedziałem sam do siebie.

Wszedłem do środka i zamówiłem danie dnia. Po 10 minutach przyszła kelnerka z moim jedzeniem i położyła je na stoliku. Wziąłem pałeczki w rękę i zanurzyłem je w misce pełnej klusek. Kiedy już miałem włożyć jedzenie do buzi, zorientowałem się, że jest one zatrute. Szybko wywaliłem miskę i uciekłem z budynku. Co chwile oglądałem się, patrząc, czy nie gonią mnie Ci, którzy chcieli mnie zabić. Na szczęście nikt za mną nie szedł. Zwolniłem tempo i skierowałem się w stronę domu mojego najlepszego przyjaciela — Edwarda Kierlicha.

Nie pochodził on z zamożnej rodziny, ale mi to pasowało. Przy nim czułem się jak normalny nastolatek. Zresztą nic mu nie powiedziałem, że jestem synem króla Nolamii. Mogę się założyć, że traktowałby mnie jak swojego pana, a chciałbym być widzianym przez innych jako normalny nastoletni chłopak.

Aby dojść do jego domu, zmuszony byłem przejść do innej dzielnicy. Nolamia była podzielona na trzy części. Pierwsza z nich była najuboższa i znajdowała się na zachodzie. W drugiej, która położona była na wschodzie, mieszkał Edward. W trzeciej, centralnej części mieszkam ja.

— Ok., nareszcie jestem. Czas się trochę ubrudzić. — stwierdziłem. Tak zamożnym ludziom jak ja nie wolno wchodzić do dzielnicy biedniejszych. Uważano, że ubożsi członkowie kraju mają na nas zły wpływ. Dlatego zawsze, gdy zbliżam się do bramy drugiej grupy, brudzę się w pobliskim wysypisku.

— Stać. Kim jesteś? — krzyknął strażnik przy bramie wejściowej.

— Jestem mieszkańcem tej grupy. Chciałbym wejść do mojej dzielnicy. — powiedziałem z lekkim strachem.

— Niemożliwe! Wracasz z centrali, a takim jak TY nie wolno tu być. Kto cię wypuścił!?

— Eee … poprzedni strażnik. — powiedziałem szybko.

— No dobra, pewnie był nowy. Otworzyć bramę! — krzyknął drugi strażnik — Wchodź

— Tak jest.

„He, dali się nabrać. Ale zaraz! Od kiedy postawiono tu straż?” — pomyślałem.

— Co tu się dzieje? — krzyknąłem.

Cała dzielnica była na skraju upadku. Wszyscy głodowali, nosili jakieś szmaty i spali na ziemi zamiast w domach.

— Co jest grane?! Przecież to średnio zamożna grupa, powinni wszyscy mieć dom i pożywienie, a nie kupę gruzów i kurz. — krzyknąłem zdziwionym głosem.

— I tak było. Dopóki nie zjawili się ci z centrali.

— Hmm … Burmistrz!

— Witaj, Envy. Może dasz się zaprosić na herbatę? Wszystko ci wtedy opowiem. — spytał staruszek.

— Właściwie to szedłem do Edwarda, ale na chwilę mogę wstąpić — stwierdziłem.

Staruszek zasmucił się, słysząc imię mojego przyjaciela. „Może coś mu się stało?” pomyślałem. Ale szybko porzuciłem tę myśl.

W ciszy doszliśmy do namiotu.. Żaden z nas się nie odezwał. Cały czas myślałem, do czego mogło tu dojść. Bunt? Nie, nie wierzę! A burmistrz ciągle się uśmiechał.

— Proszę — powiedział starzec i odsłonił wejście do namiotu.

Kiwnąłem głową i wszedłem do pomieszczenia.

— Usiądź chłopcze. Zacznijmy od tego, że wiem, kim tak naprawdę jesteś. Syn króla, jak mnie- mam.

— Zgadza się, ale skąd wiesz? — spytałem.

— Przede mną nic się nie ukryje. Haha … zachowujesz się inaczej niż my, a twoje słownictwo jest zbyt … jak wy to mówicie … wykwintne.

— Cóż, najwyraźniej moje przebranie nie jest najlepsze.

— Zapewne chcesz wiedzieć, do czego tu doszło? — spytał burmistrz. — Zatem zacznę od początku. Trzy dni temu przyszli tu wojskowi i powiedzieli, że muszą zniszczyć dzielnicę za zgodą samego króla. Na samym początku stawialiśmy opór, ale co my, tacy prości mieszkańcy drugiej grupy mogliby zrobić. Mieliśmy zaledwie dziesięciu magów i w dodatku samouków, nie mieliśmy żadnych szans.

Zniszczyli nas. Następnie, abyśmy nie wszczynali kolejnego buntu, wzięli kilku zakładników. Większości z nich udało się uciec, ale … porwali jeszcze kogoś …

— Kogo? — spytałem przerażonym głosem.

— Edwarda — powiedział staruszek.

— Nie! Nie wierzę! Jak on mógł, mój ojciec … — krzyknąłem ze złością i zacisnąłem dłonie.

— Uspokój się, chłopcze. Jeśli chcesz go uratować, musisz włamać się do lochów, ukraść klucze i uwolnić Edwarda.

— Nawet jeśli bym chciał, to nie mogę, nie znam jeszcze magii …

Nagle burmistrz klęknął przede mną i zaczął prosić o pomoc. Poczułem się dziwnie. Nie chciałem się tak czuć. On klękał przede mną.

— Przestań! Wstań. Proszę! — krzyknąłem.

Staruszek stanął i popatrzył na mnie z dziwną miną.

— Co się stało? Jeżeli cię to uraziło, to przepraszam. Nie chciałem, ja tylko…

— Zrobię to! Uwolnię mego przyjaciela, ale już nigdy więcej nie klękaj przede mną. — powiedziałem.

— Dziękuję ci, Envy — odparł wzruszony starzec.

Szybko wybiegłem z namiotu i pobiegłem w kierunku tajnego wyjścia.

„Dowiem się, co mój ojciec kombinuje i powstrzymam go. Ale … co to było za uczucie. W dodatku ta trucizna … Muszę szybko pobiec do mistrza Mechemiasza i o wszystkim mu opowiedzieć. Musi nauczyć mnie magii, chociaż podstaw” — pomyślałem


„Cholera … zbliża się noc. Nie zdążę dobiec do mistrza”.

Nagle usłyszałem głos:

— Hej!! Paniczu, wracaj do zamku, niebezpieczne jest szwendanie się po zmroku po ulicach Nolamii. — krzyknął strażnik.

„Nie mogę się sprzeciwiać. Muszę udawać, że nic nie wiem” — pomyślałem.

— Dobrze, prze pana — krzyknąłem i skierowałem się do domu.

Strażnik odprowadził mnie do mieszkania i pożegnał się.

Wszedłem po wielkich schodach prowadzących do domu i od razu skierowałem się do swego pokoju.

— Hej, synu! Zjesz ze mną kolację?! — krzyknął ojciec z jadalni.

— Nie, dziękuję ojcze. Nie jestem głodny. Pójdę do pokoju i się położę — stwierdziłem i poszedłem dalej.

— Dobranoc Envy — powiedział z pełną buzią

— Dobranoc — odpowiedziałem z udawanym entuzjazmem i uśmiechem.

„Wydaję się być taki miły” — pomyślałem.

Następnego dnia wstałem o 6 rano i wyszedłem przez okno, aby nikt nie widział, jak się wymykam. Biegłem przez miasto do chaty Mechemiasza.

Gdy dobiegłem do mistrza, szybko wszedłem do domu i krzyknąłem:

— Mistrzu! Nie mam czasu uczyć się tej historii. Musisz szybko nauczyć mnie magii. Muszę uratować przyjaciela!

— Co? Jakiego przyjaciela? — spytał mistrz.

— Edwarda. Został wzięty za zakładnika przez mego ojca. Siedzi teraz w zamkowym lochu. W dodatku ktoś chciał mnie otruć. — powiedziałem na jednym tchu.

— Otruć? — spytał starzec.

— Tak — odpowiedziałem.

„Cholerny Sentor (król Nolamii, ojciec Envy’ego), już rozpoczął swój plan. Chyba już pora …” — powiedział w myślach Machemiasz.

— No dobra! Zaczynajmy.

Kiwnąłem głową na zgodę.

— Tak, jak już wcześniej mówiłem, magia dzieli się na cztery żywioły podstawowe: Mizu, Ea, Erde i Kasai — wytłumaczył mistrz. — Podstawowym z nich jest Mizu. Aby opanować kolejne, wpierw musisz nauczyć się magii Mizu — powiedział staruszek. — Aby wydobyć chi ze swojego ciała, musisz skupić moc na swojej dłoni, ponieważ stamtąd najczęściej i najłatwiej zebrać całą energię. Zobacz.

Mechemiasz skupił chi na ręce i zaraz na jego dłoni urosła kulka z napisem „Mizu”. Następnie mistrz podszedł do donicy z akacją i ścisnął przy niej kulkę. Zaczęła lać się z niej woda i zaraz kwiat stanął do pionu.

— To nie jest zwykła woda — stwierdziłem.

— Masz rację. Żaden z tych żywiołów nie jest normalny. Ma o wiele mocniejsze możliwości niż ich pierwowzory — wytłumaczył mistrz — spróbuj teraz ty, chłopcze.

— Dobrze.

Wyciągnąłem rękę przed siebie i skupiłem swoje chi na dłoni. — MIZU! — wykrzyknąłem. Po chwili pojawiła się na mojej dłoni galaretowata kulka, która za chwilę pękła.

— Co się stało? — spytałem zdziwiony.

— Brawo Envy. — pogratulował mi Mechemiasz. „Nie sądziłem, że tak szybko ją opanuje. Zwykłemu, początkującemu magowi zajmuje to kilka miesięcy, a on nauczył się ją tworzyć tak szybko. Twój ojciec był taki sam, mam nadzieje, że nie staniesz się taki jak on” — pomyślał w myślach staruszek. — Twoja magia nie jest do końca stabilna, musisz pomedytować w ciszy. Wycisz się, zrelaksuj, a w tedy twoja magia będzie silniejsza. — powiedział mistrz.

— Dobrze mistrzu — rzekłem.


Następnego dnia przyszedłem do mistrza spokojny i wyciszony. Tak jak mistrz kazał. Mam nadzieję, że tym razem utrzymam dłużej moją magię wody.

Wszedłem do mieszkania Mechemiasza i obudziłem staruszka.

— Mistrzu… mistrzu — szepnąłem. Nie reagował — MISTRZU!

— O-o-o co się dzieje, ewakuacja!? — krzyknął zdziwiony.

— Nie, to tylko ja, Envy. Kazałeś mi dzisiaj być wcześniej, abyśmy mieli więcej czasu na poćwiczenie — wytłumaczyłem.

— Ah no tak… No dobrze. Słuchaj chłopcze, spróbuj teraz utworzyć magię wody.

— Ok.

Skupiłem energię chi na swojej dłoni i krzyknąłem zaklęcie. Tym razem kulka znowu się pojawiła, ale nie wybuchła tak jak wcześniej.

— Brawo, Envy! Mimo, że jest dość mała to z czasem będzie rosła. Musisz tylko codziennie ćwiczyć

— Jasne — powiedziałem uradowany.

— Chyba nie ma co przedłużać. Pora nauczyć cię innych żywiołów magii. — powiedział mistrz — „Czym prędzej tym lepiej, może przeciwstawi się Sentorowi.”

— No dobra, opanowanie kolejnych etapów magii to nie byle co. Musisz skupić się, jaki żywioł tworzysz. Jeżeli nie będziesz o tym myślał, może pójść nie po twojej myśli. Skup się na dłoni i myśl o czymś, co przypomina ci florę, może to być cokolwiek, kwiat, drzewo czy chociażby trawa. A teraz spójrz…

Starzec wyciągnął dłoń przed siebie i po chwili ponownie pojawiła się u niego kula. Tym razem przybrała kolor ziemi i było na niej napisane „Erde”. Kucnął i znowu zgniótł kulkę. Tym razem na podłodze pojawiła się ziemia i urosła roślinność.

— Teraz spróbuj ty. Skup się na dłoni i uwolnij chi ziemi.

Pokiwałem głową i i spróbowałem. Tym razem od razu się pojawiła kula z napisem „Erde”. Kucnąłem i ścisnąłem kulę. Tak samo jak u mistrza pojawiła się ziemia i urosłą roślinność.

— „Uczy się szybciej niż jego ojciec. Czy on może być

kolejnym …?” — gadał w głowie mistrz.

— Super, to co lecimy dalej? — spytałem staruszka.

— Nie.

— Cooooooooo?! Ale czemu? Przecież dobrze mi idzie.

— Tak, to prawda, ale Twoje ciało nie wytrzyma jeśli będziesz tak bezmyślnie wypuszczał z siebie chi. Nauczyłeś się magii zbyt gwałtownie, twoje ciało nie jest gotowe na takie obciążenie, w przeciwnym wypadku możesz stracić przytomność, a nawet … umrzeć — wytłumaczył Mechemiasz

— Wcale nie, jestem silny, dam radę.

W tym samym momencie użyłem magii wody i podlałem rośliny, które wcześniej „wyhodowałem”.

— Envy, uspokój się! Zużyłeś za dużo chi. Zaraz …

Mistrz nie dokończył, bo musiał mnie złapać. Zemdlałem. Jednak szybko odzyskałem przytomność. Wstałem i przeprosiłem mistrza za moje bezmyślne zachowanie.

Nagle Mechemiasz utworzył magię ziemi. Nie wiedziałem, co on robi. Po chwili jednak mistrz uderzył w ziemię. Wielkie łodygi wyszły z podłoża na zewnątrz i kogoś złapały. Szybko wyszliśmy i zobaczyliśmy trzy osoby. Nie wiedziałem, o co tu chodzi i dlaczego nas obserwowali.

— Envy, to oni chcieli cię otruć w restauracji.

— Co?

— Ha, ha, ha … nieźle wnioskujesz staruszku. Może powinieneś zostać detektywem. Chociaż nie, w końcu oni muszą szybko się poruszać, a ty ledwo co stajesz z … Aghhh.

— To prawda, starość nie radość, ale moja siła jest wystarczająca duża, by was zgnieść — powiedział ze wściekłością starzec. Zaczął ściskać dłoń, a razem z nią korzenie. — Spójrz chłopcze, co można zrobić jeszcze z magią.

— Nic ci nie po-wie-my — powiedział jeden z nich.

— O,j uwierz, Ja nie chce od was informacji, ja chce was zabić.

Wszyscy troje się przestraszyli.

— O-kej po-wie-my wszystko, ty-lko nas pu-ść. — wydusił ich lider.

— Ha ha … zatem gadajcie … kto was nasłał i dlaczego chcieliście otruć tego oto chłopca.

Mistrz rozluźnił dłoń, a łodygi zniknęły.

— Gadać — powiedział mistrz.

— Nasłał nas Sentor, kazał nam zabić tego chłopca, a wtedy dobrze nas wynagrodzi. Nie powiedział szczegółów. Kazał to zrobić, aby nikt się nie dowiedział.

— Sądząc po waszym ubiorze, jesteście z dzielnicy najuboższej, zatem chcieliście zdobyć pieniądze, aby pomóc swoim rodzinom, a ewentualnie resztę dać mieszkańcom, prawda? — wywnioskowałem.

— Tak, robiliśmy to dla naszych rodzin, nie chcieliśmy posuwać się do takich środków, ale jak trzeba, to i kogoś zabijemy. Myśleliśmy, że jesteś jakimś dzieciakiem bez obrony. Chcieliśmy wykorzystać sytuację i cię zabić naszymi shurikenami. Ale jak widać się nie udało. Zabijecie nas? — spytał jeden z jeńców.

— Nie, czemu byśmy mieli was zabijać. Mieliście dobre chęci. Puścimy was wolno, tylko następnym razem wypróbujcie innej metody zarabiania.

— Dobrze — powiedzieli chórkiem i uciekli.

„Byłem oszołomiony. Własny ojciec chce mnie zabić. Co ja mam teraz zrobić?” — powiedziałem w myślach.

— Najpierw uratuj Edwarda. Dzięki swoim umiejętnościom poznanym dzisiaj przedrzesz się do lochu. Następnie razem wrócicie do mnie, a ja pokażę wam gdzie macie uciekać. W Nolamii nie jest już bezpiecznie.

Pokiwałem głową i postanowiłem, że dzisiaj w nocy wyruszę na zamek i uwolnię przyjaciela.


— Zobaczmy… 11 strażników wokoło zamku. 5 przy bramie, 2 po obydwu stronach budynku i dwóch z tyłu. Hmm … nie będzie łatwo. Przedostanę się przez okna prowadzące na dolny korytarz. Zapewne już mają świadomość, że o wszystkim się dowiedziałem, dlatego będzie wzmocniona ochrona. A sam ojciec się mnie spodziewa. Muszę działać szybko i cicho. — wyszeptałem do siebie. — Ruszam.

W chwili kiedy ruszyłem ujrzałem przyglądającego się mnie kruka. Wyglądał jakby podsłuchiwał wszystko co powiedziałem i w dodatku to rozumiał! Miałem jednak nadzieję, że się mylę.

Zszedłem z punktu obserwacyjnego i ruszyłem w stronę okna. Ptak poleciał za mną. Na szczęście żaden ze strażników mnie nie zauważył, ani tego zwierzęcia śledzącego mnie. W środku było dwa razy więcej straży niż na zewnątrz. Szybko wślizgnąłem się i schowałem w najbliższy cień, kruk został na zewnątrz. Przechodzący wartownik mnie nie spostrzegł. Na schodach był tylko jeden strażnik. I dobrze, gdyby było ich więcej, byłoby większe prawdopodobieństwo, że mnie ktoś zauważy. Schodziłem coraz niżej, aż w końcu doszedłem do drzwi prowadzących do lochu. Ponownie schowałem się w cień i podszedłem do wartownika pilnującego kluczy.

„Przypomnij sobie, co mówił mistrz … „Używaj magii rozsądnie, a odkryjesz wiele innych jej zastosowań.” Dobra, skup chi i rozłóż ją po całej długości dłoni. Super, w ten sposób magia wody rozłożyła się równomiernie na mojej ręce. Dzięki temu mogę po cichu unieszkodliwiać przeciwników. Wypróbujmy.” — powiedziałem w myślach.

Wyciągnąłem rękę przed siebie i przyłożyłem ją do ust ochroniarza. Od razu zapadł w długi sen, a ja zdobyłem klucze. Otworzyłem drzwi i wszedłem do lochu. Zobaczyłem wiele cel, a w środku nich śpiących więźniów. Całe więzienie ciągnęło się głęboko w dół. Nie chciałem wiedzieć, co jest najniżej. Zacząłem szukać Edwarda. Po jakiś 10 minutach znalazłem przyjaciela.

— Edward, Edward. To ty? — spytałem szeptem.

— Kto tam? — odpowiedział kolega.

— Ja, Envy. Przyszedłem cię uwolnić. Chodź szybko.

— Envy, ale jak ty tu? I skąd wiedziałeś, że się tu znajduję? — spytał ponownie Edward.

— Przyjaciele wiedzą o sobie wszystko, nie? Ale nie pora na pytania. Musimy szybko uciekać, zanim straż się zorientuję, że tu jestem.

Otworzyłem klatkę i uwolniłem przyjaciela. Obaj wybiegliśmy prze okno znajdujące się przy frontalnym wyjściu z lochu. Niestety, strażnicy nas zauważyli.

— Envy, uważaj! — krzyknął Edward — celują w nas.

— Cholera, już się dowiedzieli. Chłopie, trzymaj się — powiedziałem.

„Kurde, żywiołu ziemi nie opanowałem do końca, ale może uda mi się wyhodować dwa rodzaje rośliny” — pomyślałem zakłopotany.

— Erde! Dzikie pnącza! — krzyknąłem.

Po chwili na moich dłoniach pojawiły się kule z magią ziemi. Od razu wcisnąłem je w podłożę. Bardzo szybko spod nóg żołnierzy wyrosły pnącza, które zatrzymały strażników.

— Co?! Ten smarkacz zna magię! — krzyknął jeden z nich.

— Ale jak ty to…? Envy — spytał ze zdziwieniem Edward.

— Powiedziałem, pytania odłóż na później. Musimy uciekać, póki są uwięzieni.

Zaczęliśmy biec w stronę domu mistrza. Po kilku sekundach zorientowałem się, że wartowników było mniej niż wcześniej. Czyżby…?!

— Przyśpieszamy! — krzyknąłem.

Gdy dobiegliśmy do chaty, okazało się, że jej już tam nie ma, tylko pozostała kupa gruzu.

— Mistrzu! Jesteś tu? — krzyknąłem z przerażeniem

— Chłopcze… podejdź tu — odezwał się czyjś głos.

To był głos mistrza. Cały był w krwi i leżał pod częścią zawalonego dachu.

— Edward, chodź. Pomóż mi to podnieść! — krzyknąłem.

— Nie trzeba, Envy. Dla mnie nie ma już ratunku. Jestem jedną z pierwszych ofiar Sentora. Gratuluję ci uratowania przyjaciela, ale nacieszycie się później. Teraz musicie uciekać, uciekać poza państwo.

— Bez ciebie nigdzie się nie ruszam! –krzyknąłem ze łzami w oczach.

— Musicie odnaleźć Szkarłatnego Maga. Poproście go o pomoc. Nie wiem, co planuje ten przeklęty Sentor, ale trzeba go powstrzymać. Musicie stworzyć trzyosobowy zespół, znajdźcie jeszcze jedną zaufaną osobę. Wiem, że razem się wam to uda. Natomiast mój czas dobiegł końca. Żegnam was jako ja, ale w waszych sercach będę żył wiecznie. Obserwuję także was z góry, więc nie martw się, że nie będę widział twoich postępów w nauce. A do ciebie, Edwardzie, mam jedną prośbę. Nie gniewaj się na Env’ego. On chciał cię tylko bronić. Wybacz mu. Żegnajcie.

— Nieeeee … jak on mógł. Zabiję go, zabiję mego ojca.

— Chodźmy, Envy, nie możemy tu dłużej zostać. Posłuchajmy twojego mistrza i niech spoczywa w spokoju.

Nie daruje mu tego, gdy nadejdzie czas, wypełnię słowa staruszka, a wtedy zmiotę mego ojca z powierzchni Ziemi. Daję ci słowo, mistrzu.

I tak oto zaczęła się moja przygoda. Poszukiwania nowego kompana rozpoczęły się. A samego legendarnego maga znajdziemy, choćby nie wiem co.

Spojrzawszy w górę zauważyłem coś dziwnego. Nad naszymi głowami fruwał czarny kruk, ten sam, który przyglądał się mi przed akcją. Uznałem, że będzie to nasz nowy kompan. Nazwałem go Mori. Podobno tak nazywała się moja babcia.

Nie wiem co sobie w tedy myślałem, ale wiedziałem coś na 100%. Możemy pokonać króla tylko jako drużyna, która niedługo zdobędzie ostatniego członka. Pora rozpocząć bitwę na śmierć i życie.

SŁOWIAŃSKI HEROS

Wioleta Walesiak

— Dobrze, to następny będzie Theodor. Opowiedz nam o swojej historii. -powiedziała pani Johnson.

Powoli podniosłem się z krzesła i ruszyłem na środek sali z zeszytem w ręku.

— Pewnie każdy z was kojarzy z bajek różne magiczne postacie. Czarownice, wróżki, krasnoludki i księżniczki. W dzieciństwie magią żył każdy z nas, odgrywając w zabawie ulubioną rolę, no ale nie o tym tu teraz mowa. Przedstawię wam pewną historię, moją historię, w której uczestniczyłem. Nie było tam żadnych wróżek i krasnoludków, ale coś o wiele bardziej ciekawszego — mitologia słowiańską…. No więc zaczynając od początku… Mam na imię Theodor Grace i pochodzę z Białego Stoku. — Pani Johnson kazała mi, jako że jestem nowy, opowiedzieć swoją historię. Mam 17 lat. Wychowuje mnie mama — Alyssa, ponieważ mój tata jest słowiańskim bogiem — w tym momencie wszyscy w klasie wybuchnęli śmiechem, a ja dodałem — Tak, dobrze usłyszeliście. Jestem synem jednego z bogów.

— Theodor, może opowiesz nam coś realistycznego, na przykład jak nauczyłeś się jeździć na rowerze? — zaproponowała nauczycielka.

— Ale ja mówię prawdę. — zaprotestowałem i kontynuowałem moją historię. Mam troje przyjaciół, w tym moją dziewczynę. Wszyscy chodzimy do obozu herosów, nazywanym też obozem Skalvonic Camp znajdującym się w Krakowie. Uczęszczają tam młodzi słowiańscy herosi, aby podszkolić swoje umiejętności w walce z potworami…

W tym momencie zamilkłem, bo nagle coś huknęło w szkołę. Budynek się zatrząsł, a z ławek pospadały książki i przypory do pisania. Po chwili wszystko ucichło. Chciałem kontynuować moje opowiadanie, gdy nagle wszedł dyrektor do klasy i powiedział:

— Macie się natychmiast udać do schronu. Naszą szkołę zaatakowali terroryści. Ustawcie się w pary i idźcie za nauczycielem — rzekł dyrektor. — Oprócz ciebie, Theo.

Zamurowało mnie. Nie wiedziałem, co zrobić. Czego on ode mnie chciał?


Gdy wszyscy wyszli z sali, dyrektor stanął nade mną i patrzył. Tylko tyle. Patrzył. Chciałem zapytać, o co chodzi, ale w tym momencie do klasy wparował chłopak z czarnym krukiem na ramieniu. Był może w moim wieku, a z potarganymi czarnymi włosami i wysokim wzrostem wyglądał na jakiegoś siatkarza. Trzymał w rękach patyk i przedmiot o kształcie talerza. Spojrzał na mnie i na mój miecz wzrokiem mówiącym:,,weź wyjdź, tam są drzwi”. Celował w dyrektora patykiem, a talerz trzymał w drugiej ręce i wyglądał na naprawdę poważnego, choć dla mnie było to bardzo dziwne.

Rzucił talerzem w dyrektora. Trafił. Odepchnęło go aż na sam koniec sali. Chłopak wziął mnie za rękę i zmusił do wybiegnięcia z sali.

— Co ty zrobiłeś! To był dyrektor mojej szkoły! Teraz to na pewno zostanę w kozie — powiedziałem zażenowany. 
— Nazywam się Micheal, jestem magiem i przybyłem tu, aby cię chronić.

— Magiem? Chronić mnie? Przed czym?

— Przed potworem. Różdżka wskazała mi, że w tym pomieszczeniu jest potwór i osoba, którą muszę chronić.

— Tam nikogo nie było.

— A ten facet?

— Nie słuchałeś!? To mój dyrektor…

— Albo Shape Shifter

— Kto taki?

— Później ci wytłumaczę.

— A po co ci ten ptak? -To jest John. Na każdej misji jest ze mną. Był ze mną od dzieciństwa. Niektórzy w wiosce nazywali go Mori, ale ja dałem mu na imię John. A teraz chodź, mamy coś do zrobienia.

Pozornie wszystko wyglądało normalnie. Nie licząc tylko wielkiej fioletowej pokrywy, okrywającej naszą szkołę i chodzącym po niej naszym kumplem. Michael próbował rzucić swoim magicznym frisbee w fioletową ochronkę, aby ją zniszczyć, ale to nic nie dało.

-Jestem z Crysky, mała wioska niedaleko Warszawy. Dostałem zadanie od rady najwyższej, aby zniszczyć Shape Shiftera. Potrzebny mi do tego specjalny naszyjnik, który znajduje się tu. W twojej szkole. Potwór szuka syna Swarożyca. Ciemna strona powoli morduję wszystkich Herosów. Naszym zadaniem jest was chronić. Dlaczego? Z moich danych wynika to, że jesteście jedyną bronią, która może zniszczyć ciemną stronę. Jak sądzę, jesteś synem Swarożyca? Ugh… zaszedł mi kiedyś za skórę. Potwór nie może dostać w swoje ręce tego naszyjnika. Inaczej kolejny artefakt będzie po Ciemnej Stronie.

— Po co im te całe artefakty?

— Aby zniszczyć resztę wymiarów. Oprócz naszej planety istnieje wiele więcej. Opowiem ci o nich później. Pora, aby wytłumaczyć ci, co trzymam w dłoniach. Ten, jak ty go nazwałeś, patyk, to moja różdżka. Gdy wypowiadam formułki czarów, pojawiają się one nad moim narzędziem, a następnie dzieją się cuda. Wszystko zależy od czaru, jaki wypowiem. Πλάκα to magiczny przedmiot. Nasączony jest magią ognia. Każdy, kto go dotknie lub zostanie nim uderzony, automatycznie poczuje ból tysiąca stopni Celsjusza. Jest to jeden z artefaktów. — wytłumaczył Micheal.

— Kurczę, masz ciekawą historię… nie to co moja zaprezentowana przed klasą — powiedziałem pod nosem.


-Dobra, jak myślisz, gdzie może być ukryty ten naszyjnik? Został schowany jakieś 10 lat temu, więc…? -zapytał Michael, gdy obchodziliśmy mury szkoły już kolejny raz. 
— Jedyne miejsce, w którym nie szperałem, to piwnica, więc pewnie tam jest ukryty. Może w niej poszukamy? — zaproponowałem.
-A więc ruszajmy.

Nigdy nie widziałem tak pustych korytarzy. Nikogo nie było. Słychać tylko nasze kroki i… jeszcze czyjeś! Zza rogu wyszedł dyrektor. Pewnie sprawdzał, czy wszyscy wyszli bezpiecznie. Wszyscy oprócz nas. Najwidoczniej dyrektor nas zauważył bo zaczął iść w naszą stronę.

— Co wy tu jeszcze robicie? Powinniście być na zewnątrz z resztą uczniów.

Momentalnie wybiegliśmy z kryjówki i zaczęliśmy biec w różne strony.

— Spotkamy się w piwnicy — powiedział Micheal.

— Dobra, a wiesz gdzie to?

— Znajdę. Postaraj się nie dać złapać.

— Ok.


Dobiegłszy do drzwi prowadzących do piwnicy, zauważyłem stojącego już tam Micheal’a.

— Zgubiłeś go? — spytał najwyraźniej przejęty.

— Tak, kto to był?

— Shape Shifter.

Otworzyliśmy drzwi i weszliśmy do środka.

— Potwór ten umie zamieniać się we wszystko, co zobaczy.

— Niezłe bydlę — skomentowałem.

— Zgadzam się.

Kiedy zeszliśmy na sam dół i weszliśmy w ciemność naszej szkolnej piwnicy, moje oczy zauważyły tony kurzu. Śmierdziało szczurami. Po prawej stronie od schodów, tak jak mówiłem, stały szafki, w których leżały jakieś papiery i zeszyty. Po lewej w starej zakurzonej szafie były ustawione zapomniane puchary. Pod ścianą stały, czekając na „drugie życie”, zniszczone stoliki i krzesła. Pod każdym naciskiem stopy skrzypiała wiekowa podłoga.
-Czy tu ktoś sprząta czasem? — zapytał Michael z obrzydzeniem, przechodząc obok zdechłego szczura.
-No i jak myślisz, gdzie może być ten naszyjnik? — On chyba nawet mnie nie słuchał bo skupił się na jakimś punkcie na ścianie, więc i ja podążyłem za jego wzrokiem i zobaczyłem wielką wyrytą omegę- Ω. Już chciałem się go zapytać, czy wie, o co chodzi, ale mój towarzysz bez większego zastanowienia podbiegł do ściany i wyciągnął różdżkę z kieszeni. Podszedłem bliżej, aby lepiej widzieć, co zaraz się wydarzy, i już miałem otwierać usta, ale Michael uciszył mnie tylko jednym,,cii” i tyle w temacie. Zdecydowanie za bardzo się rządził. Powiedział coś w stylu,,otwórz się” i dotknął różdżką ściany, ale nie podziałało.

-Może zadziała,,sezamie, otwórz się” — zażartowałem, a ten tylko zabił mnie wzrokiem i wrócił do wcześniejszego zajęcia. Szeptał coś,,że to jest starodawny, słowiański symbol” — To może powiedz po słowiańsku to swoje,,otwórz się” — podpowiedziałem mu, a ten uśmiechnął się. Dotknął różdżką ściany i wyszeptał formułkę,,odpri za” a moim oczom ukazało się to, o czym mówił wcześniej, czyli wielki holograficzny napis, który zaraz wniknął w mur. Omega wypełniła się niebieskim światłem i ukazała mały schowek, a w nim… nasz naszyjnik.

Gdy wyszliśmy z piwnicy, zobaczyliśmy dyrektora, który chyba nas szukał.
-Theodor, co za miłe spotkanie? — nagle zaczął się zmieniać. Jego głos stał się ciężki i skrzypiący. Głowa złączyła się z barkami tak, że nie było szyi. Ubrania zniknęły, a za to pojawiła się zgniłozielona skóra, oślizgła jak u ślimaka. Nogi zmieniły się w wielki i długi ogon pokryty łuskami. Oczy zrobiły się dwa razy większe, a uszy przylgnęły do głowy. Jednym słowem- wyglądał obrzydliwie. Zaczął nas gonić. Biegliśmy ile sił w nogach na dwór, aby jak najszybciej pozbyć się tego potwora i uwolnić ludzi z mojej szkoły, którzy byli uwięzieni pod wielką fioletową kopułą. Wybiegliśmy na dwór, a zmutowany ślimak za nami.


— To Shape Shifter!Nazwa zapożyczona z kreskówki Gravity Falls — krzyknął Micheal.

— Kim on jest?

— Potwór, który umie zmieniać się we wszystko, co zobaczy. W dodatku może tworzyć nowe kształty.

— Okropne bydlę.

— Ja się nim zajmę, a ty bierz naszyjnik i rób wszystko, aby go zniszczyć.- krzyknąłem i pobiegłem prosto na potworka. -Hej ślimaczku, tu jestem! — chyba go wkurzyłem tym stwierdzeniem, bo zaczął pełznąć do mnie jeszcze szybciej niż przedtem. Ruszył w moim kierunku, a ja pomyślałem o magicznym ognistym mieczu, który zaraz pojawił mi się w dłoni. Dzięki ci, ojcze. Zrobiłem unik w prawo i przeciąłem mu kawałek skóry na brzuchu. Ryknął i zamachnął się długim i potężnym ogonem tak szybko, że nie zdążyłem już nic zrobić. Przeciął mi ostrymi jak brzytwa łuskami koszulkę, zostawiając czerwony ślad na moim lewym ramieniu, z którego ciekła krew. Zasyczałem z bólu i podniosłem się z ziemi, bo cios był tak mocny, że aż mnie odrzuciło. Zaraz potem potwór skoczył na mnie, a swoim ciężarem przygniótł moje ciało do ziemi. Odepchnąłem go, ale był naprawdę potężny i wiedziałem, że długo na pewno tak nie wytrzymam. Zauważyłem kruka krążącego nad nami. Dostrzegłem też Michaela, który wyglądał jakby był pogrążony w jakimś transie. Wokół niego latały niebieskie hologramy, a naszyjnik unosił się w powietrzu.

— Pośpiesz się! Długo tak nie wytrzymam! — krzyknąłem do niego.

Podniósł na mnie wzrok i kiedy zobaczył, w jakim jestem stanie, wystraszył się i rzucił w potwora swoim frisbee, a ten odrzucił go ode mnie na jakieś pięć metrów. Miejsce, w które trafiło frisbee, było zwęglone. Spojrzałem szybko na swoją ranę i mało co nie zemdlałem. Wyglądała okropnie. Krew z głębokiej rany lała się szerokim strumieniem. Wszystko działo się z prędkością światła. Michael krzyknął, abym powstrzymał go jeszcze przez dziesięć sekund, na co ja wyciągnąłem ręce przed siebie, skupiłem się, a ziemia zaczęła się rozstępować. Wydobywały się z niej wielkie pomarańczowe płomienie, które ogarniały szybko zmutowanego ślimaka. Michael ruszył biegiem w moim kierunku, nadal rzucając formułki zaklęć, które zdawały się przenikać w ciało potwora i ten zaczął słabnąć. W końcu mag krzyknął na całe gardło:,,pokopališče Vampir”, a wielki, chyba największy, holograficzny napis powalił obrzydliwe cielsko, wciągając je do dziury w ziemi. Zamknąłem ją, a wszystkie płomienie zniknęły. Opadłem na kolana, ponieważ było tak męczące jak żadne inne zadanie domowe. Nigdy wcześniej nie wydobywałem płomieni z podziemi, a tym bardziej nie otwierałem ziemi na tak długi czas, a do tego jeszcze ta rana na lewym ramieniu…

-Theo! Wszystko w porządku? Twoja ręka! — wyjął z kieszeni jakąś chustkę i owinął wokół mojego ramienia. Nagle fioletowa kopuła zniknęła. Ludzie z mojej szkoły zaczęli się śmiać i cieszyć się, że niebezpieczeństwo minęło. Podeszli do nas i gratulowali.

-No to co tam, Theo? Spotkamy się jeszcze, nie? — zapytał Michael, kiedy staliśmy na wzgórzu z widokiem na miasto.
-No jasne, że tak. Podaj mi swój numer telefonu, to się zdzwonimy.

— Zanim jednak pójdę, chcę przekazać ci wiadomość od Rady Najwyższej. Muszę skończyć moją historię. Ciemna strona niszczy nie tylko nasz wymiar, a także inne. Przybyłem tu, aby cię zwerbować do Rady.

— Mnie? Czemu? — powiedziałem lekko zaniepokojony.

— Nie tylko ciebie, Theo. Zapewnie tego nie zauważyłeś, ale John obserwował cię od kilku dni. John podróżuje po wymiarach i namierza odpowiednich ludzi. Ciemna strona wpłynęła już na wiele wymiarów, chociażby krainę Sihir, gdzie król jest jednym z przedstawicielem Ciemnej strony, albo wymiar, w którym znajduje się Dalasiia, ta Ciemna Strona niszczy przyjaźnie.

— To okropne.

— Tak, to prawda. Ale dzięki wam możemy uratować wszystkie światy. Potrzebujemy tylko drużyny. Wchodzisz w to? — zapytał i wyjął rękę przed siebie.

— Jasne! Pójdę się tylko spakować.

— Świetnie! No to do zobaczenia jutro- rzekł.

Początek końca. Co za ironia losu. Myślałem, że to już koniec mojej historii, a tu okazuje się, że to dopiero początek. Ciekawe, jak zareaguje na to mama. Cóż, nie mam innego wyboru. Ruszam w podróż po innych wymiarach! Czeka mnie wiele przygód.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę