Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

„O miłości wiemy niewiele. Z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbujcie zdefiniować kształt gruszki.”

Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie

I

Marcin Chojnacki

Nad zamglonym miastem unosiły się ciemne chmury. Nie było widać promyków wschodzącego słońca, przeszywających wiszący w powietrzu smog. Nie było słychać śpiewu ptaków w chłodny, wiosenny poranek. Tylko deszcz, który tłukł o beton, dziurawiący resztki topniejącego śniegu, leżące na poboczach rzadko uczęszczanych dróg. Tylko odgłos rozbijających się kropli wody o asfalt, które przepadały w kałużach, niby wielkie słowa nadużywane przez społeczeństwo.

Rzucane na wiatr, pozbawione szczerych emocji, bezwartościowe dla ludzi wyrazy, które niegdyś znaczyły tak wiele. Są dziś wszechobecne, choć niewiele osób wie, czym naprawdę są.

Miłość. Nienawiść.

Wartości, których granice się zacierają, zdają się być dla niektórych odległymi skrajnościami… dopóki ich nie doświadczą. Poznanie prawdziwości tych emocji może okazać się zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem.

Tak toczy się życie. Może składać się z chwil dobrych lub złych, bolesnych lub przyjemnych. Jednak nigdy nie wiadomo, co dzieje się dalej. Nie wiedzieli tego ani kierowcy, ani piesi zmierzający do pracy, czy szkoły. Nie wiedziała tego również para kochających się studentów, idąca w kierunku krakowskiej uczelni.


* * *


— Niechaj czterdzieści tysięcy braci połączy serca… suma uczuć… — powiedziałem, spoglądając na widniejącą przede mną, lekko unoszącą głowę, postać.

Był to wysoki, młody szatyn, naśladujący każdy mój ruch. Sądząc po wyglądzie, nie miał więcej niż dwadzieścia pięć lat. Gdy drapałem się po brodzie, jego paznokcie drażniły gładką, ogoloną skórę.

Nagle leżący na pralce smartfon zawibrował, wydobywając z siebie głuchy podźwięk. Na ekranie wyświetliło się powiadomienie, mające przypomnieć mi o dzisiejszych planach.

Odszedłem od lustra, zdejmując z naściennego wieszaka koszulę. Idąc dalej trafiłem na krótki, jasny trencz. Ubrałem się i spojrzałem na zegarek. Było koło południa. Zajęcia niedawno się zaczęły, jednak to nie one były celem mojego dzisiejszego wyjścia.

Schodząc po klatce schodowej rysowałem sobie w głowie drogę, biegnącą przez ulice zatłoczonego, ponurego miasta, którą miałem zamiar się udać, by na jej końcu stanąć przed drzwiami ulubionej cukierni. Otworzyłem drzwi.

W moją twarz uderzył chłodny wiatr, targający pojedyncze drzewa na osiedlowym trawniku. Moje krótkie, pomierzwione włosy zaczęły tańczyć, formując jeszcze bardziej chaotyczny kształt. Ruszyłem powolnym krokiem, udając się w kierunku zalanego kałużami centrum miasta.

Z początku spacer sprawiał mi przyjemność. Krajobraz miał w sobie cząstkę natury — trawę, drzewa, gdzieniegdzie pojedynczo rosnące kwiatki. Z czasem zmieniał się on jednak w jednolitą, betonową scenerię. Zielone dekoracje zostały zastąpione przez śmieci wystające z przepełnionych koszy lub leżące na chodniku. Perspektywa była jeszcze bardziej ponura, niż dzisiejsza pogoda.

Szedłem zadumany. Nie zwracałem uwagi na to, czy wdepnę w kałużę, czy też dotrę do celu we względnie suchych butach i nogawkach. Moje myśli pochłaniał dylemat. Zajmował mnie do takiego stopnia, że nawet nie zauważyłem, kiedy zatrzymałem się przed przejściem dla pieszych czekając aż przejadą samochody, bądź któryś z uprzejmiejszych kierowców się zatrzyma. Ów dylemat, dotyczył wyboru mojego śniadania. Zastanawiałem się nad tym, czy zadowolę się zwyczajną szarlotką, czy jednak zwycięży chęć spróbowania czegoś nowego i w rezultacie zaryzykuję nowego smaku.

Na słupie zamigotało zielone światło. Automatycznie ruszyłem do przodu, stawiając krok. Drugi. Byłem na przejściu sam. Nie zdążyłem się rozejrzeć, czy też postawić trzeciego kroku. Z jednej strony byłem sparaliżowany widokiem pędzącego prosto na mnie samochodu. Z drugiej czułem nagły przypływ adrenaliny. W tle słyszałem kobiecy krzyk. Mimo to, nie mogłem się ruszyć, nie byłem w stanie.

Nagle poczułem coś na plecach. Ktoś chwycił mnie za kołnierz i szarpnął do tyłu, sprawiając, że trąbiący samochód nie zahaczył o mnie, prawdopodobnie zabijając na miejscu.

— Kurwa, ślepy jesteś?! – Wydobył się stłumiony dźwięk, z przejeżdżającego za moimi plecami, samochodu.

— Człowieku, pogięło cię?! — spytał, a właściwie krzyknął, niższy ode mnie chłopak, trzymający jeszcze mój krótki płaszcz.

Miał kręcone, jasnobrązowe włosy. Patrzył na mnie zielonymi, zszokowanymi oczami. Równie zszokowanymi jak moje. Zza rozsuniętej kurtki wystawał kołnierzyk od ciemnej koszuli, opuszczonej na niebieskie spodnie. Nadal nie mogłem się ruszyć. Stałem w świadomości, że gdyby nie on, mogło być już po mnie. Stałem patrząc się prosto w zagubione, zdezorientowane, szmaragdowe oczy.

— Hej, wszystko w porządku? — spytał w końcu, puszczając mnie.

— Tak, dziękuję. Przepraszam za kłopot. — Ocknąłem się. — Sebastian — powiedziałem, podając rękę.

— Natan. Na pewno, wszystko w porządku? To wyglądało… strasznie.

— Tak, zamyśliłem się, trochę bardziej niż zwykle.

W pewnym momencie mój wzrok przykuła stojąca za Natanem dziewczyna. Była szczupłą, niewysoką brunetką z osobliwą urodą.

Nagle drgnęła, jakby zorientowała się, że na nią patrzę i zrobiła krok w moją stronę.

— Hej, Helena — powiedziała, nieznacznie podchodząc.

— Cześć — odparłem. — Przepraszam za kłopot i jeszcze raz wielkie dzięki za to.

— Nie ma spra… — zaczął Natan.

— Może… — wcięła się dziewczyna. — Może pójdziemy gdzieś na obiad, co wy na to?

— Właściwie, to planowałem iść do kawiarni, ale…

— Nie mamy nic konkretnego do jedzenia w domu i tak będziemy musieli gdzieś pójść. Czemu nie, możemy się przejść, jeśli ci to nie przeszkadza — stwierdził chłopak.

— Jasne, w porządku — zgodziłem się.

Przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Nagle poczułem wilgoć na twarzy. Za moment kolejną. I następną. Zaczęło kropić.

— Nie masz parasola? — spytał Natan.

— Nie, nie wziąłem — odparłem.

— Trudno, już niedaleko, może przestanie w trakcie jedzenia.

Deszcz padał coraz mocniej, zerwał się również silniejszy wiatr. Włosy idącej przede mną Heleny latały raz w jedną, raz w drugą stronę, udaremniając próby ich opanowania przez dziewczynę. Kałuże uformowane jeszcze ubiegłej nocy, szybko przybrały na wielkości, chlapiąc na boki wraz z krokami brunetki. Rzeczywiście, nie szliśmy długo, ale zanim dotarliśmy do lokalu, nasze ciuchy były niemalże całe mokre.

Po wejściu do środka powiesiliśmy ubrania na wieszakach i usiedliśmy przy najbliższym wolnym stole. Wnętrze nie było duże, za to ładnie udekorowane. Po chwili podeszła kelnerka i rozdała nam karty.

— Studiujesz, prawda? — spytał nagle Natan. Kiwnąłem głową twierdząco. — Co takiego?

— Filozofię — odparłem. — Ale nie traktuję tego, jako inwestycję. Nie robię tego, żeby mieć później gdzie pracować, to po prostu mój kaprys.

— Ha, nic dziwnego, po tym i tak nie ma pracy — zaśmiała się dziewczyna.

— A wy? — spytałem. — Nie łudzę się, że nie jesteście studentami, więc?

— Polonistykę. Poznaliśmy się w pierwszej klasie liceum i od tamtej pory właściwie wszystko robimy razem.

— Uroczo — mruknąłem pod nosem.

— Właśnie wracaliśmy z zajęć, kiedy cię… spotkaliśmy — odezwała się Helena. — Miałeś sporo szczęścia.

— To prawda. Pokrzyżowałem wam plany?

— Nie, i tak mieliśmy iść na obiad. Ostatnio częściej jemy w mieście, niż w domu.

Po słowach dziewczyny zapadła cisza, tłumiona przez rozbijające się o okiennice krople deszczu.

— Ładnie tu — stwierdziłem nagle, patrząc na ceglane ściany, oświetlane przez lampki na wzór świeczek. Klimatu dodawały stare meble i kilka obrazów.

— Rzeczywiście, przyjemnie. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nasze ciuchy były suche — odparła studentka. — Raczej nie zanosi się, żeby miało przestać padać. Jak zamierzasz dostać się do domu?

— Na piechotę… chyba. Nie mam strasznie daleko, parę kilometrów, przeżyję. Już dość mi dzisiaj pomogliście.

— Żaden problem, naprawdę. Mieszkamy za rogiem, nie ma sensu, żebyś szedł w taki deszcz.

— W takim razie, dzięki za zaproszenie.

Czułem się niezręcznie, ale coś we mnie nie chciało odmówić. Coś w głębi, mówiło mi, że chcę iść tą drogą, choć sam do końca nie wiedziałem, dokąd ona prowadzi.

Po przyniesieniu przez kelnerkę zamówionego gulaszu i wymianie paru zdań z parą studentów, czułem się lepiej. Coraz bardziej komfortowo, choć była to kwestia zaledwie kilkudziesięciu minut. Rozmowa była płynna, swobodna. Mimo że dopiero ich poznałem, to czułem wtedy jak nigdy wcześniej, że jestem po prostu szczęśliwy. Nieco bardziej, niż po zjedzeniu ciepłej szarlotki.

Po skończonym posiłku, wzięliśmy ciuchy z wieszaka i wyszliśmy. Na zewnątrz nadal padało. Zrobiło się ciepło i duszno, a powietrze wilgotne. Jakby to nie było już to samo miejsce, z którego weszliśmy do restauracji, nad drzwiami, której wisiał szyld z napisem „Metamorfoza”. Jakby stojąca nieopodal mnie, jeszcze godzinę temu obojętna mi dziewczyna ze specyficzną urodą, przyćmiewała teraz wszelką materię swoją postacią. Jakby wszystko wokół było jedynie przelotnym cieniem, szarym obłokiem oświetlanym przez słońce wiszące w centrum nieboskłonu. A tym słońcem była szczupła, brunetka ze szmaragdowymi, przenikliwymi oczami.

— Idziemy? — spytała retorycznie.

Dom Natana i Heleny znajdował się cztery ulice dalej. Był to nieduży, stary budynek stojący zaraz przy jednej z bardziej ruchliwych ulic w mieście. Za starą, gdzieniegdzie zardzewiałą furtką rozciągał się nieduży, zarośnięty trawą ogród.

— Zapraszam — powiedział Natan — Idźcie, ja jeszcze zapalę.

— Miałeś już nie palić — mruknęła dziewczyna, patrząc gniewnie. — Chodź, Sebastianie. Staraj się nie iść po błocie– powiedziała, po czym otworzyła skrzypiącą, schowaną w cieniu drzew, furtkę.

Nagle coś błysło. Po chwili niebo głucho zagrzmiało, zagłuszając jadące za nami samochody.

— Szybko! — krzyknęła ruszając z miejsca. Jej szybki chód przed połową dystansu zamienił się w lekki trucht.

Po chwili i ja znalazłem się pod zadaszeniem. Wnętrze domu było zdecydowanie ładniejsze, niż jego zewnętrzne ściany. Od progu powitała mnie nowa, drewniana szafka z wieszakiem, na którym wisiały już jakieś ciuchy. Śliski parkiet prowadził przez krótki korytarz z drzwiami od kuchni i od łazienki, do salonu z niedużym tarasem.

— Rozgość się. Chcesz kawy albo herbaty?

— Nie, dzięki — odparłem.

Salon był mały, jednak dobrze zagospodarowany. Mimo swoich rozmiarów, mieścił wieżę stereofoniczną, czterdziesto calowy telewizor, regał z książkami, rodzinny stół i kanapę, na której siedziałem, zostawiając jednocześnie sporo miejsca w centrum pomieszczenia.

— Wynajmujecie ten dom, czy…?

Na zewnątrz rozległ się głuchy grzmot. Po chwili drzwi od domu się zamknęły, a z przedpokoju zaczął dobiegać cichy hałas.

— Nie, to dom Natana…

— A właściwie mojego ojca — dokończył. — Zrób mi herbatę, kochanie. Tylko weź elektryczny czajnik, z kuchenki ulatnia się gaz.

— Wiem, wiem przecież.

— A ty? Mieszkasz sam? — spytał blondyn.

— Tak, wynajmuję mieszkanie w bloku.

— Pewnie nieźle zdzierają za czynsz, co?

— Nie jest źle — odpowiedziałem krótko.

W istocie — było źle. Koszt był wysoki, nawet jak na to, że znajdowało się niedaleko centrum.

Helena wyszła z kuchni niosąc filiżankę herbaty. Jej chude palce, zakończone krótkimi, starannie przyciętymi paznokciami, stawały się coraz bardziej czerwone od gorącego szkła. W drugiej ręce dziewczyna trzymała salaterkę wypełnioną po brzegi krakersami.

— Pomożesz mi, Sebastianie?

— Pewnie — odpowiedziałem, sięgając po naczynie z przekąską

Biorąc miskę poczułem nie tylko chłód szkła, ale również ciepło zgrabnych, damskich palców. Zastygłem, jakby trafiony błyskawicą, która zagrzmiała za oknem. Delikatnie podniosłem wzrok. Moje oczy zderzyły się z zielenią źrenic, ciemnowłosej studentki, stojącej w bezruchu.

— No, podaj mi tą herbatę. — Natan wyrwał nas z transu.

— T-tak, już.

Popatrzyliśmy po sobie, budując napięcie. Ciężkie, dziwne napięcie, narastające wraz z kolejnymi wyładowaniami. Wędrując wzrokiem po pomieszczeniu, moją uwagę przykuło niewielkie zdjęcie w ramce, wiszące na ścianie. Przedstawiało ono piękną kobietę w średnim wieku.

— To mama? — spytałem, wskazując wzrokiem obraz.

— Tak, ale… — odpowiedziała Helena i spojrzała na mnie wymownym wzrokiem.

— Rozumiem, przepraszam.

— Nie szkodzi — odezwał się Natan. — Mama jest chora, przez jakiś czas nie ma jej w domu.

— Przykro mi…

Chwile milczenia przerywały krótkie wymiany zdań między mną, a gospodarzami. Głównie rozmowa dotyczyła codziennego życia studenta polonistyki, które właściwie niewiele różniło się od studenta jakiegokolwiek innego kierunku. Choć przyjemnie było słuchać o usposobieniu niektórych profesorów innej uczelni, wraz z nadejściem wypogodzenia, postanowiłem pomału wracać do domu.

— Powoli będę szedł — powiedziałem nagle. — Dziękuję za gościnność, naprawdę się czegoś takiego nie spodziewałem.

— Nie ma sprawy — odparł Natan, odprowadzając mnie pod drzwi.

— Do zobaczenia — rzuciłem przechodząc przez próg.

Ciepła, duszna atmosfera wyparowała. Wróciło chłodne, ostre, poranne powietrze, a wraz z nim silny, targający włosy przechodniów, wiatr. Z nieba znikł szary, jednolity płaszcz, na rzecz pojedynczych, popielatych obłoków. Jakby miniona burza była jedynie mrzonką, towarzyszącą nadejściu jutrzenki.

Szedłem powoli, nie zważając na gęsto rozsiane kałuże.

„To był dziwny dzień” — pomyślałem.


* * *


Mężczyzna przede mną kończył właśnie myć zęby. Wypłukał usta, wytarł twarz ręcznikiem i podrapał się po policzku.

— Na czym to ja… — wyszeptał cicho.

— ...suma uczuć… suma uczuć, wciąż będzie mniejsza od mojej miłości.

Wyszedłem z łazienki, udając się do pogrążonego w mroku pokoju. Łóżko, na którym usiadłem, znajdowało się zaraz pod oknem. Skierowałem swoje oczy na diament panny, widno świecący asteryzm, w którym szczególnie mocno emanowała Spica. Położyłem głowę na poduszce. Moje powieki oświetlał blask gwiazd i księżyca.

„To był dziwny dzień” — pomyślałem.

II

Mariusz Hybel

Otworzyłam oczy. W ciemnym pokoju, między firankami przebiegało światło. Wpadające do pomieszczenia promienie porannego słońca, oświetlały unoszący się w powietrzu kurz.

Poczułam ruch przykrywającej mnie kołdry. Obróciłam głowę w kierunku budzącego się Natana. Jego jasne, kręcone włosy były lekko spocone, posklejane ze sobą. Podobnie jak moje nogi z prześcieradłem.

Wygramoliłam się z łóżka. Udałam się do łazienki, myśląc o nadchodzącym dniu, który zapowiadał się bardzo obiecująco.


* * *


Wskazówki zegara, wiszącego w rogu pokoju znalazły się w pozycji oznajmiającej godzinę dziewiątą. Słońce przebijające się przez delikatny materiał zasłon, dostarczało idealnej atmosfery potrzebnej do najlepszego rozpoczęcia dnia. Zajęłam swoje stałe miejsce przy niewielkim, dębowym stole, na którym leżały apetycznie wyglądające kanapki z mozzarellą. Spojrzałam na wesołą twarz siedzącego obok chłopaka, odwzajemniając uśmiech.

— Mógłbyś podać mi herbatę? — Wskazałam na stojący obok niego dzbanek.

Mężczyzna w odpowiedzi skinął głową i wręczył mi napój. Wzięłam do ręki ozdobioną małymi kwiatami filiżankę i napełniłam ją. Po odłożeniu gorącej herbaty, sięgnęłam po kanapkę.

— Może odsłonimy zasłony? — Odsunęłam się na krześle w celu wykonania wymienionej czynności, ale Natan mnie uprzedził.

— Niesamowite jak szybko potrafi się zmienić pogoda — stwierdził, wpatrując się w ulicę wypełnioną, pełnymi pośpiechu, ludźmi. — Na cały jutrzejszy dzień zapowiadają burze — oznajmił wyrywając się z zamyślenia

— W takim razie, co powiesz na dłuższy spacer popołudniu? Dawno nie byliśmy w parku niedaleko naszej uczelni, wiesz jak lubię tam chodzić. — Skierowałam wzrok na Natana, oczekując aprobaty.

— Czemu nie! — stwierdził po chwili.


* * *


Czułam się jakoś nieswojo, atmosfera była inna niż zwykle, podczas wspólnych spacerów.

Panowała głucha cisza, którą od czasu do czasu przerywał wesoły krzyk bawiących się nieopodal dzieci.

— Rozmawiałeś ostatnio z mamą? Jak się czuje? — zapytałam, przerywając niezręczne milczenie.

— Ostatnio rzadko się widzimy, dzwoniłem niedawno, ale wiesz jak jest… — odparł trochę zasmucony.

Chwyciłam go za rękę i przytuliłam się do jego ramienia, kontynuując powolny marsz.

— Ale lekarz mówił, że jej stan się polepsza i w niedługim czasie będzie mogła wyjść z ośrodka — dodał.

Co chwilę odzywałam się, podtrzymując rozmowę, która śmiercią naturalną, co chwilę gdzieś zanikała. Sfrustrowana, poruszałam pierwsze lepsze kwestie, takie jak pogoda, czy to, co się ostatnio działo na uczelni.

Natan, jakby widząc, że nie mamy tematów do rozmów zaproponował, aby usiąść na najbliższej ławce. Przystałam na propozycję, wymuszając uśmiech na swojej twarzy, choć czułam, że powinien on przyjść sam. Po niedługim czasie spaceru, przez wypełniony szukającymi spokoju ludźmi, park, nadal nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego miejsca, aby się zrelaksować.

— Chyba zrobiłam się trochę głodna — powiedziałam nagle, czując ewidentną chęć zjedzenia czegoś słodkiego. — Mam ochotę na jakieś ciastko.

— Może skoczymy do cukierni? Słyszałem, że „Wanilia” jest całkiem niezła.

— Jasne, znasz drogę?

— Jak własną kieszeń — odpowiedział z uśmiechem.

Powolnym krokiem opuściliśmy zatłoczony park, kierując się w stronę wąskiej, wiodącej w cieniu biurowców i bloków ponurej ulicy. Pomimo tego, że już dłuższy czas mieszkam w Krakowie, pierwszy raz znalazłam się w tej dziwnej okolicy, wszytko tu było inne, począwszy od chaotycznie porozstawianych, starych latarni po budynki porośnięte przepięknym zielonym winobluszczem. Po krótkim czasie dostaliśmy się na jedną z głównych ulic tego miasta.

Myśl o łakociach lekko poprawiła mi humor, jednak nie wypełniło ono towarzyszącego mi od rana dziwnego, osobliwego uczucia pustki.

Nagle Natan się zatrzymał i oznajmił, że jesteśmy na miejscu. Staliśmy pod niedużą kawiarnią, nieopodal centrum miasta. Weszliśmy do środka przez przeszklone drzwi. Moim oczom ukazała się przepiękna, popielata fontanna z czekoladą, leżąca na ladzie. Idealnie wpasowywała się w wystrój wnętrza. Cały sklep pomalowany był w zimnych barwach, miał niebieskie ściany, grafitowy sufit. Na podłodze leżały płytki o kolorze zbliżonym do platyny. Ściana od strony ulicy była praktycznie cała oszklona, przez co promienie słońca wyraźnie oświetlały lokal. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiających fragmenty ulic z największych miast Europy.

Zajęliśmy swoje miejsce przy jedynym wolnym, malutkim dwuosobowym stoliku, znajdującym się koło lady, z której wzięliśmy karty. Spoglądałam na menu dobre parę minut, lecz nie mogłam się na nic zdecydować, więc poprosiłam Natana, żeby mi coś polecił.

— Dawno już mnie tu nie było, ale z tego co pamiętam, to sernik był bardzo dobry — odpowiedział Natan.

— W takim razie zaryzykuję.

— Czy kiedykolwiek się na mnie zawiodłaś? — zażartował.

— Ależ skąd… — powiedziałam przeciągliwie.

Z pozoru błahy, bzdurny żart, skłonił mnie jednak do refleksji. Czuję niepokój, znudzenie, dyskomfort. Mam wszystko, czego mi trzeba do szczęścia, a jednak nie mam go. Nie jestem szczęśliwa.

W międzyczasie ukochany zamówił wspomniany wcześniej sernik. Już po chwili leżał na stoliku, przykryty czekoladową polewą.

Nagle za oknem przemknęła znajoma twarz. Po chwili w drzwiach pojawił się Sebastian.

— Patrz, to… — zaczęłam, żywym głosem.

— Cześć — przywitał się szatyn.

— Hej — odparłam.

Widziałam, jak Natan jedynie mierzy wzrokiem naszego znajomego, jak przeszywa go całym sobą. Jednak nie zwracałam na to uwagi. Z jakiegoś powodu wszystkie, jeszcze sekundy temu gnębiące mnie myśli, zniknęły.

— Codziennie chodzisz do cukierni? — spytałam.

— Właściwie, to prawie codziennie. Potrzebuję dużo cukru po wykładach albo, przed, więc uzupełniam go w taki sposób. No, ale chyba nie będę wam przeszkadzał, właściwie to i tak nie ma wolnych miejsc. Spróbuję gdzie indziej, albo wezmę coś na wynos.

— To zamów coś i poczekaj — zasugerowałam.

— W porządku, skoro tak mówisz.

Chłopak podszedł do okienka. Wzięłam na widelczyk kawałek sernika, zjadając ze smakiem. Po chwili Sebastian wrócił, trzymając w ręku niewielką reklamówkę z plastikowym pudełeczkiem, zawierającym ciastko z nadzieniem czekoladowym.

— So wziołfeś? — spytałam, z ciastem w buzi.

— Wuzetkę — powiedział z lekkim uśmiechem. — Uważaj, żebyś się nie udławiła. Na mnie czas, do zobaczenia.

— Na razie — rzuciłam na pożegnanie.

Wraz ze zwróceniem oczu na Natana, mój nagły przypływ optymizmu wyparował. Zrobiło mi się głupio, nieswojo.

— Jak smakowało? — Pytanie przeszyło ciszę między nami.

— Dobrze. Bardzo dobrze, naprawdę.

— W takim razie się cieszę. Chcesz wrócić do domu, czy jeszcze gdzieś się przejdziemy?

— Możemy powoli wracać, dłuższą drogą.

Wyszliśmy z lokalu i w milczeniu ruszyliśmy w kierunku domu.


* * *


Po spacerze już całkiem zagubiłam sie w swoich myślach, do końca nie wiedziałam, co robić, roztargniona chodziłam po domu bez celu próbując ogarnąć się. Jednak z każdą minutą było coraz gorzej. Spróbowałam się zrelaksować, robiąc sobie herbatę i czytając leżące na regale książki. Zawsze to robiłam, gdy czułam się gorzej. Tym razem jednak to nie zadziałało.

Nie chciałam, aby Natan się dopytywał o mój problem, nie chciałam go tym obarczać. Szczególnie biorąc pod uwagę to, że sama do końca nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.

Chciałam przejść się po okolicy i w spokoju zebrać myśli. Postanowiłam pójść kupić tabletkę przeciwbólową, w nadziei, że ta mogłaby okazać się pomocna. Podeszłam w stronę drzwi i ubrałam buty. Przed wyjściem powstrzymał mnie chłopak.

— Wszystko w porządku, Helen?

— Tak… Nie, nie patrz tak. Nie wiem, co się dzieje — przyznałam.

— Chodzi o Sebastiana?

— Nie wiem, nie…

Stałam w bezruchu. Obydwoje, trwaliśmy w milczeniu, patrząc po sobie ze smutkiem i żalem.

— Chodzi o to, że… — zaczął.

— Nie, po prostu potrzebuję czasu, muszę to przemyśleć — przerwałam.

— Co przemyśleć? Co się dzisiaj z Tobą dzieje?!

— Nie krzycz…

— To powiedz, o co chodzi!

— Wiem, ale do jasnej cholery, nie wiem! Nie wiem, co się dzieje! — wykrzyczałam i przyśpieszonym krokiem opuściłam budynek, idąc przed siebie.

Pogoda nie była już taka piękna jak kilka godzin wcześniej. Chmury całkowicie zakrywały słońce, przez co zapanowała smętna, szara atmosfera. Robiąc kolejne kroki zaczynałam odczuwać nieprzyjemny, przeszywający, chłodny wiatr. Powietrze było duszne, jakby zanosiło się na burzę — tak znienawidzona przeze mnie pogoda sprawiała, że czułam się przygnębiona. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić podążałam wzdłuż chodnika cały czas próbując zdefiniować ogarniające mnie dziwne uczucie, które parę minut temu, wywołało żal i płacz.

Przechodząc koło lokalnego sklepiku spostrzegłam znajomą postać stojącą po drugiej stronie ulicy. Podeszłam bliżej i rozpoznałam Sebastiana. Szybko przeszłam przez drogę, niemal nie rozglądając się, za przejeżdżającym przez jezdnię samochodem, a już znalazłam się koło niego.

— Hej — zaczęłam cicho. — Znowu…

— Cześć. Wszystko w porządku?

— Masz czas? — spytałam.

— Jasne, coś się stało?

Po tej odpowiedzi poczułam delikatną ulgę. Poczułam, jak towarzyszący mi od wyjścia z domu ciężar, opuszcza mnie, staje się lżejszy, jakby ktoś pomógł mi go dźwigać.

Nad nami rozległ się huk błyskawicy przeszywającej bure chmury.

— Pokłóciłam się — wyznałam.

Na ziemię zaczęły spadać pojedyncze krople deszczu, powoli przeradzające się w ulewę.

— Wiesz — zaczęłam — dziwnie się czuję od wczoraj. Jakbyś… Jakbyś był kimś ważnym… A przecież…

— Słuchaj, nie chcę się mieszać między ciebie, a Natana, ale… Też nie jesteś mi obojętna.

Zbliżyłam się do Sebastiana, opierając się o jego klatkę piersiową. Choć z każdą chwilą cienki, beżowy sweter, coraz bardziej mókł, koło niego czułam się, jakbym stała pod niewidzialnym zadaszeniem. W schronieniu, osłoniętym przed wiatrem i jakimkolwiek działaniem sił zewnętrznych.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Coś mną kierowało, moje ciało było sterowane przez wachlarz nieznanych emocji, które zdawały się za chwilę eksplodować.

Zbliżyłam się do bladych, różowawych ust, które powoli zaczęły się poruszać.

— Nie powinniśmy — powiedział cicho. — Nie chcę tego.

Zadrżałam.

— Nie chcę tego — powtórzył.

III

Patryk Dobrowolski

— Wyszła… Niech nie wraca! — wykrzyczałem padając na kolana.

— Boże! Co ja robię?! Nieszczęsny rozumie zgiń! Przepadnij! Udaj się w otchłań, z której głos twój głuchym będzie dla serca mego! Ileż to wspomnień każesz unicestwić, czasu zaprzepaścić, pracy rąk wspólnych porzucić! W czyje imię? Dlaczego? Przecież ona mnie kocha…

Podnosiłem się powoli. Czułem ból w klatce piersiowej. Potęgował się on wraz z każdym oddechem powodując natężenie łzotoku. Dotarło do mnie, że Helena wybiegła na dwór, gdzie w najlepsze trwa spektakl żywiołów. Przedstawienie tak przez nią znienawidzone, odbywające się w całej palecie szarości — od platyny, aż po antracyt. Szarpane przez mnogość strumieni królewskiej barwy, przyćmiewane złocistymi biczami wywołującymi dźwięk celtyckiego Carnyx’a.

Odkąd pamiętam, burza wywoływała u niej najgorsze uczucia. Pochwyciłem parasol leżący na szafce i wybiegając zarzuciłem, czym prędzej buty, aby ją doścignąć. Pozostawione otwartymi drzwi w domu, czy sąsiadka mijana na chodniku stawały się teraz czymś popadającym w niebyt. Kolejne fale deszczu spływały po mojej twarzy — można by powiedzieć, że niebo wyręczało mnie w płaczu podczas tego maratońskiego sprintu. Biegłem na oślep — tak naprawdę nie wiedziałem, gdzie udała się Helena. Na rogu Sadowej i Jabłecznej olśniło mnie! — Przed kłótnią Helena wspominała o bólu głowy i braku aspiryny w domowej apteczce. Wiedziałem już wszystko, co konieczne — musiała udać się do najbliższego sklepu spożywczego, a ten znajdował się tuż obok „Metamorfozy”. Zmieniłem kierunek.

Szaleńczy pęd rozświetlany blaskiem reflektorów mijających mnie pojazdów. Wgniatający wzrok przechodniów… Pisk kół! O ironio, wbiegłem na przejście — a wczoraj sam jeszcze ratowałem przed tym Sebastiana. Kierowca wyszedł z pojazdu — nieistotne, biegnę dalej. Widzę „Metamorfozę” i sklep. Widzę…

Siedem lat, liceum, urodziny, choroba matki, matura, wakacje, rozpoczęcie studiów, wspólny dom, sesje, dzielenie każdej chwili życia…

Nicość!

Kamień, który spada w wodę, by zaginąć gdzieś w na dnie, w mule — pominięty, zapomniany, niechciany!

— Hel…! Helen…!

Nie! Już za późno. Nie teraz. Rozmowa nic nie da. Zrobiła to. Wyrzekła się wszystkiego, co wspólne — co nasze! I ten człowiek… Czy tak odpłaca się osobie, która uratowała ci życie? Dlaczego porzuciła to wszystko? Mnie dla osoby, którą zna zaledwie jeden dzień? Mam dość! Do domu…

Otwarte drzwi — rzeczywiście, zostawiłem je w tym stanie wybiegając. W domu wszystko na swoim miejscu — straciłem wiarę w pojedynczych ludzi, ale nie we wspólnotę. Rozłożyłem kanapę w salonie… Ukojenie — sen.

Obudziły mnie kroki — to Helen wróciła. Wchodząc do salonu spostrzegła moją postać leżącą na kanapie. Wyszła — prawdopodobnie spać do naszej sypialni. Powróciłem do snu, licząc na ukojenie.


* * *


Czuję spaleniznę… SPALENIZNĘ! Poderwałem się do siedzenia — ciemność. Chwyciłem telefon, który leżał pod poduszką i włączyłem latarkę. Dym! Pożar! Pali się! Gdzie jest Helen!?

Skoczyłem na równe nogi. Ogień szalał na korytarzu. Piekielny płomień zniszczenia w swym tańcu — sakryfikujący wszystko bez wyjątku w nicości.

Ona tam jest, muszę po nią …

W moich uszach rozległo się brzęczenie. Otwieram oczy, to tylko sen. Kolejny sygnał dźwiękowy — to mój telefon. Odebrałem, dzwoni ojciec.

— Synu musimy porozmawiać. Siedzisz?

— Tak, siedzę. Coś się stało? Masz drżący głos.

— Twoja matka…

— Co z mamą? Ponoć jest coraz lepiej. Lekarz sugerował, że za niedługo zostanie zwolniona warunkowo.

— ...nie żyje.

Człowiek nie jest istotą poznaną. Granice naszej wytrzymałości psychicznej i fizycznej nie zostały jeszcze wyznaczone — są indywiduum każdego z nas. Świadomość — coś odróżniającego byt człowieczy od zwierzęcego. Zapewnia nam możliwość samostanowienia, podejmowania decyzji wbrew naturze. Dziś poznałem granice swej psychiki i siłę świadomości…

— Ale jak nie żyje, przecież… — wykrztusiłem przez ściśnięte gardło.

— Synu uspokój się, to ciężki czas dla nas obydwu. Zadzwonili do mnie godzinę temu z kliniki. Znaleźli Natalię martwą rano, w jej sali. Sami jeszcze nie wiedzą, co było przyczyną śmierci.

— Jak nie wiedzą? Przecież była pod całodobową obserwacją!

— Słuchaj. Za trzydzieści minut mam samolot do Polski, o dwunastej będę już lądował w Balicach. W trudnych chwilach rodzina musi trzymać się razem. Kończę, kontrola na odprawie czeka. Do zobaczenia synu.

Rozłączył się, w zasadzie zrozumiałe, nikt nie będzie specjalnie czekał na jedną osobę.

Nie dotarło do mnie jeszcze tak naprawdę to, co przekazał ojciec. Przecież jeszcze nie tak dawno byłem odwiedzić mamę w klinice. Zachowywała się normalnie, jak za dawnych lat. Rokowania były pozytywne. Teraz pozostał mi ojciec i Hel… W zasadzie jedynie ojciec.

Nie! Nie porzucę siedmiu lat wspólnie przeżytych ze względu na jakiegoś kochasia! Uratowałem mu życie. Każda przyzwoita istota na tym świecie jest w stanie docenić to, co się dla niej czyni. Pies ręki, która go karmi nie ugryzie, koń jeźdźca nie sponiewiera, sokół na sokolnika się nie rzuci. Ludzie nie zaliczają się do nich. Potrafią ze względu na nawet najbardziej banalne pobudki, zaspokojenie swych rządzy sprzeniewierzyć się osobie, której zawdzięczają tak elementarną wartość jak życie.

Muszę porozmawiać z Helen. Nie wierzę w to, co się stało. To był przypadek. Zmusił ją. Może była to fikcja — przywidziało mi się. Jedynie go przytuliła?

Spojrzałem na ekran telefonu — dziewiąta pięćdziesiąt siedem.

Idę z nią porozmawiać!

Przechodząc przez korytarz zauważyłem analogię pomiędzy sytuacją ze snu, a tą obecną. Wtedy śpieszyłem uratować Helen od niszczycielskiego ognia, teraz idę ją ocalić przed osobą, która zaprzepaści cały jej dorobek — nasz dorobek. Wybaczę jej! Jedna gwiazda o gwiazdozbiorze nie świadczy. Ziarnko piasku pustynią nie czyni. Kropla wody oceanem nie jest. Czym jest taki pojedynczy incydent wobec naszej więzi?

Wszedłem ostrożnie do sypialni — chciałem spokojnie porozmawiać, spróbować zrozumieć… ale jej nie było.

Dlaczego wybyła tak z rana? Czyżby wiedziała, że ich widziałem? Czy może wyrzuty sumienia nie pozwoliły jej stanąć naprzeciw mnie? Może po prostu nie chce mnie już widzieć na oczy… Wróci! Wystarczy, że zaczekam.

Nie wiem, co się ze mną dzieje. W pełnym spokoju wziąłem prysznic. Jak gdyby moje życie się nie rozpadło. Mój umysł, aby móc normalnie funkcjonować zignorował wszystkie wydarzenia. Uznał je za fikcje, zły sen nawiedzający dziecko podczas bezksiężycowej nocy.

Wysokie dawki adrenaliny spowodowane emocjami, wieczorny bieg rozpaczy w deszczu, czy w końcu niespokojna noc — to wszystko odbiło się na moim ciele. Od dłuższego czasu nic nie jadłem. Przymuszony uczuciem głodu udałem się do kuchni.

Wtedy mnie uderzyło. Przecież straciłem wszystko, co najcenniejsze! Do świadomości zaczęły docierać informacje, które wcześniej były umniejszane, lub bagatelizowane. Helen nie wróci… Odeszła do niego! Matka nie żyje! Co tak naprawdę mi zostało? Co trzyma mnie na tym świecie? Ojciec? Poradzi sobie beze mnie, założył przecież nową rodzinę w Niemczech. Samorealizacja? Wszystko, co robiłem było dla Helen. Ona była moją siłą, blaskiem w mroczne dni. Poświęcenie uznane za nałóg, ofiara pracy za fanatyzm.

Koniec!

Przekręciłem wszystkie kurki od gazu w kuchence.

Popaść w wieczny bezkres, który i tak nastąpi, czy egzystować dla samej egzystencji.

Koniec!

Tutaj, dzisiaj, teraz! Wyciągnąłem z paczki ostatniego papierosa. Otworzyłem okno… Iskra z zapalniczki!


* * *


Szmaragd oczu niewysokiej dziewczyny błysnął. Blask wypełniający jej źrenice, szybko przerodził się w ciemny, niemalże czarny dym, odsłaniający zgliszcza budynku, którego fragmenty znajdowały się niemal wszędzie. Po jej policzkach nie spływały już jedynie krople deszczu. Zmieszały się one ze słonymi łzami, zbierając niewielkie ilości krwi, wypływające spod płytkich ran powstałych w wyniku obrażeń zadanych pojedynczymi odłamkami.

Nie było już uchylonego okna, mimo panującej ulewy. Nie było w nim niskiego chłopaka z ciemnymi, kręconymi włosami. Nie było przejeżdżających szosą samochodów. Zamiast tego stały wozy strażackie i spore ilości gapiów.

Tak jak większość z tych gapiów, jak trójka studentów, tak i być może Ty.

„Kochasz”.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę