E-book
5.46
drukowana A5
30.09
drukowana A5
Kolorowa
53.01
Życie jest cudem

Bezpłatny fragment - Życie jest cudem

od poczęcia po naturalną śmierć aż po wieczność


Objętość:
97 str.
ISBN:
978-83-8221-079-8
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 30.09
drukowana A5
Kolorowa
za 53.01

Słowo wstępne — „Ogrójec”

„Ogrójec” — tak ośmieliłam się nazwać jedną z mych najtrudniejszych nocy, gdy poczułam się przez Boga opuszczona, wręcz — potępiona. Chociaż trwoga i boleść w duszy przeszywała mnie na wskroś, niewiele miało to wspólnego z cierpieniem naszego Zbawiciela w ogrodzie Getsemani. Nie potrafiłam rzec jak Jezus — „nie moja, ale Twoja wola niech się stanie”. Potrafiłam tylko krzyczeć niemym głosem serca — Maryjo ratuj! Chociaż nie pociłam się krwią, byłam wyczerpana i trudno po ludzku wyobrazić sobie, co wycierpiał Pan Jezus oblany krwawym potem.

Po tej strasznej nocy — o dziwo — w ciągu dnia czułam nawet spokój… To była jakby świeża rosa, która niestety zanikła, lecz pozostawiła nadzieję — bardzo cenną cnotę. Przekonałam się, że wytrwała modlitwa w pocie czoła posiada wielką moc. Ta noc była jedyna w swoim rodzaju. Podczas wielu kolejnych bezsennych nocy nie byłam już taka strwożona, lecz z ufnością przesuwałam paciorki różańca. Bardzo wzmacniały mnie nocne modły przed starym obrazem, który niegdyś wisiał w sypialni moich rodziców. Jednym słowem — obraz towarzyszył już od poczęcia. Wierzę że Matka Boska otoczyła mnie wtedy troskliwą opieką, gdy moi rodzice modlili się o prawidłowy rozwój ciąży i szczęśliwe rozwiązanie.

Czuwania fatimskie

Pewnego dnia podczas spaceru, wstąpiłam do kościoła Salezjan pw. Matki Boskiej Częstochowskiej, gdzie na stoliku z prasą leżał listopadowy numer „Rycerza Niepokalanej”. Mój wzrok spoczął na barwnej okładce ze św. o. Maksymilianem Kolbe i Matką Bożą ze łzami w oczach. Te Postacie, przedstawione za ogrodzeniem z drutu kolczastego, zachęciły mnie do kupna tego miesięcznika. Numer zwiastował rozpoczynający się 2008 Rok św. Pawła, w którym córka przygotowywała się do swej I Komunii Świętej. Wówczas, w nieco oddalonej parafii pw. Znalezienia Krzyża Świętego, razem z córką wzięłyśmy udział w czuwaniach fatimskich. Czuwanie odbywało się z 12/13 dnia miesiąca od maja do października. Rozpoczynało się o godzinie 20 i kończyło nocą następnego dnia około godziny 2. Byłam zachwycona tak przeżytą „pasterką”, w czasie której zostały powierzone Matce Bożej liczne prośby zgromadzonych wiernych. Po modlitwie różańcowej każdy miał okazję złożyć przed figurą Matki Bożej Fatimskiej skromny dar — bukiecik kwiatów. Mój pierwszy dar ofiarowany Maryi był rzeczywiście bardzo skromny — tylko jeden kwiat z własnego ogrodu. Córka, pomimo że miała zaledwie 8 lat, wykazała się wielką wytrwałością. Cieszyła się, gdy podczas dłuższej przerwy można było odwiedzić sklepik parafialny, w którym zaopatrywała się każdorazowo w małą figurkę aniołka, których kolekcja z upływem czasu się powiększała. Najczęściej na czuwania fatimskie wybierałam się sama, a córkę zabierałam tylko wówczas, gdy wypadały weekendy np. z piątku na sobotę lub z soboty na niedzielę oraz w miesiące wakacyjne. To były dla mej duszy bardzo cenne noce, które zaowocowały większym nabożeństwem do Matki Bożej.

W roku św. Pawła zaczęłam codziennie uczestniczyć w ofierze Mszy świętej, a po jednej z nich zaskoczyła mnie zelatorka Żywego Różańca. Potrzebowała akurat nowego członka i zachęciła, abym została różą. Nie odmówiłam i zaangażowałam się w to pierwsze w moim życiu dzieło modlitewne. Czułam się wówczas, w dosłownym tego słowa znaczeniu, jak róża — jak bardzo ciernista, dzika róża! Na początku każdego miesiąca wybierałam się do kościoła pw. Matki Boskiej Częstochowskiej, by zaopatrzyć się w kolejny numer „Rycerza Niepokalanej”. Zbliżał się czas podwójnej uroczystości — w dniu 9 rocznicy urodzin, córka obchodziła także swą I Komunię Świętą. Na dziewięć dni przed tym wydarzeniem, modliłam się nowenną z modlitewnika do Matki Bożej Płaczącej z Syrakuz o nawrócenie i przemianę życia. Bolało mnie, że moja dusza jest wciąż w fatalnym stanie, wszak wiele swych wad opanowałam. Nadal trwała gonitwa negatywnych, czasem bluźnierczych i wrogich myśli (wbrew mojej woli). Mimo to odczuwałam, że Matka Boża płacząc — wysłuchuje mnie. Od pierwszego dnia nowenny zaczął padać przez kilka dni rzęsisty deszcz, który w moim zrozumieniu — odzwierciedlał Matczyne Łzy. Poczułam się warta Jej gorzkich Łez.

Niedługo po I Komunii, ksiądz zorganizował dla dzieci i rodziców, pielgrzymkę do Krakowa-Łagiewnik. Byłam tam po raz pierwszy, zewsząd pachniało wielką tajemnicą. Skruszyłam się przed obrazem Pana Jezusa Miłosiernego, ale niestety — burza w mym umyśle spotęgowała się jeszcze bardziej. Co za tym idzie — nie wróciłam stamtąd zbyt podbudowana, a raczej zawiedziona. Nie minął miesiąc, gdy na drzwiach kościoła parafialnego, zauważyłam afisz o Pieszej Pielgrzymce na Jasną Górę. Przeor, który akurat wyszedł na zewnątrz, zachęcił mnie i córkę do udziału w wędrówce. Córka oczywiście od razu była zdecydowana i tą nowinką podzieliła się z księdzem na lekcji religii. Jak się okazało, ów kapłan także miał zamiar wziąć w niej udział. Wszystko nam załatwił… Przywiózł prosto do domu bluzki, emblematy, chusty i śpiewniki pielgrzymkowe.

Piesza pielgrzymka pod hasłem: „Otoczmy troską życie” — 2009 rok

Nie będę teraz zdawała relacji z naszej wędrówki, ale nie mogę pominąć kilku ważnych faktów. Było bardzo upalnie, ale mimo zmęczenia, wstępowała również jakaś siła i nadzieja — szczególnie po skorzystaniu z tzw. żywego konfesjonału. W drodze i na postojach miałam dosyć czasu, by odkryć to co czai się w najtajniejszych i zarazem najboleśniejszych zakamarkach duszy. Wyspowiadałam się między innymi z grzechu antykoncepcji — zabezpieczenia spiralą wewnątrzmaciczną z obawy przed nieplanowaną ciążą. Starszy wiekiem ksiądz nie zganił mnie i z największym spokojem zapewnił, że Pan Jezus mi wszystko wybacza. Zalecił codziennie odmawiać, prócz Modlitwy Pańskiej, egzorcyzm do św. Michała Archanioła. Zapewnił też o swej pamięci modlitewnej w mojej intencji. Było mi o wiele lżej, ale być może komuś obok mnie… trudniej! Kapłan dał mi do zrozumienia, że podczas pielgrzymki pokutnej — jedni drugim noszą brzemiona. Niestety w ostatnim dniu opadłam z sił i wzdychając posuwałam się powolnym, ślimaczym tempem. Przypomniał mi się refren śpiewanej podczas marszu piosenki — „… dżdżownica i ślimak nas mija, lecz kto by przejmował się tym”. Przejęłam się tym, bo córka już dawno mnie wyminęła, prowadzona za rękę przez starszą wiekiem pątniczkę. Z pewnością nie dałabym rady, gdyby nie pewien młody chłopak, który się zlitował. Zawiesiwszy mój dosyć ciężki plecak na swych piersiach, poniósł go przez cały jeden etap. Dzięki chętnemu „Cyrenejczykowi” ochłonęłam i wypoczęłam w drodze. Podziękowałam mu, ale właściwie do dnia dzisiejszego powinnam mu dziękować. Niestety nie znam nawet jego imienia. Przed Cudownym Obrazem Jasnogórskiej Pani prosiłam tylko o jedno — aby wzięła mnie w Swoją opiekę. Może nie tak od razu odczułam Jej pieczę, lecz wzrosła nadzieja.

Minęło parę miesięcy, gdy grudniowy numer z Matką Bożą z Guadalupe na okładce, zachęcił mnie do stałej prenumeraty „Rycerza Niepokalanej” — prosto na domowy adres.

Piesza pielgrzymka na Jasną Górę — 2011 rok

W sierpniu 2011 roku po raz trzeci z rzędu uczestniczyłam z córką w Pieszej Pielgrzymce do Częstochowy, która okazała się wielką łaską. Decydującym momentem był zaledwie jeden etap wędrówki… na boso. Córka co prawda panikowała, że zrobię sobie krzywdę, ale nie słuchałam jej. To było coś niesamowitego! Przy tej okazji przypomniałam sobie słowa pątnika sprzed dwóch lat, który wędrując w ten sposób przez sześć dni, powiedział że „idąc boso nie odczuwa żadnego ciężaru ani bólu — jakby bez plecaka”. Cóż on plecie? — pomyślałam z ironią. A mówił prawdę, której doświadczyłam na własnej skórze! Czułam się tak lekko, jakbym nie miała żadnego bagażu, a ból pleców, który mnie wcześniej przeszywał — całkowicie ustąpił. Przeszłam sobie tak lekko 5,5 km w dosłownym tego słowa znaczeniu. Na postoju okazało się, że rzeczywiście części bagażu byłam pozbawiona. Zgubiłam portfel z plikiem dokumentów, a nawet ślubną obrączkę, którą schowałam w portfelu, gdyż nadmiernie spuchnęły mi palce rąk. Zostałam bez grosza i niestety nikt z pątników nie odnalazł mej zguby. Na kolejnym postoju musiałam pójść na najbliższy Komisariat Policji poinformować o zgubie. U stóp Jasnej Góry córka znalazła — ku pocieszeniu nas obojga — piękny krzyżyk wysadzony kryształkami różowego kwarcu. Może ktoś miał większego pecha od nas! Kapłan z uśmiechem uspakajał, że odtąd jest naszą własnością. Nagle mnie oświeciło! Kto chce iść za Chrystusem, musi wpierw wszystko utracić… Czy rzeczywiście wszystko utraciłam? Na pielgrzymce byłam odziana w bardzo cenną, aczkolwiek skromną „szatę” — Zielony Szkaplerz Niepokalanego Serca Maryi (uzdrawiający). Szkaplerz był pobłogosławiony przez kapłana, lecz nie wiązał się z przynależnością do bractwa. Wystarczyło dwa razy dziennie odmówić krótki akt. Odkąd go nosiłam coś wyraźnie zaczęło się zmieniać…

W następnych trzech pieszych wędrówkach nie wzięłyśmy udziału. Przeszkodą było akwarium ze złotymi rybkami, którymi nikt nie chciał się zająć na czas nieobecności. Tak miało być! To był bezcenny czas, w którym takie stare „drzewo” jak ja, mogło wreszcie zaowocować.

Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego — 2012 rok

Prawdę mówiąc, chociaż wszystkie ważne zgubione na pielgrzymce dokumenty i portfel z kasą, nie tak trudno „odzyskać” tzn. wyrobić nowe, w moim sercu pozostała jakaś pustka. Zastanawiałam się, jak się pozbyć tego dyskomfortu i czym go wypełnić. Trwało to dosyć długo — niespełna 8 miesięcy. Los tak chciał, że 26 marca 2012 roku wybrałam się do oddalonego kościoła pw. Znalezienia Krzyża Świętego. Ten dzień był okazją do uroczystego podjęcia Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego przed Figurą Matki Bożej z Fatimy. Proboszcz krótko przedstawił obowiązki, które czekają adoptujących i zachęcał, aby oprócz dziesiątki różańca, podjąć jakieś dodatkowe umartwienie np. w piątki pościć o chlebie i wodzie. Bez zastanowienia skorzystałam z tej oferty — nie było nawet czasu na dłuższe zastanawianie się. Dwa miesiące później w Duchowej Adopcji towarzyszyła mi Matka Boża Brzemienna z Matemblewa, która spoglądała z obrazka w ozdobnej ramce, poświęconego na majowym czuwaniu fatimskim. Zaopatrzyłam się wcześniej w modlitewnik do Matki Bożej z Matemblewa, z którego codziennie korzystałam. Pomimo opieki najlepszej z Matek, w sercu doznawałam rozdarcia. Szczególnie swym rodzajem umartwienia wzbudzałam wśród bliskich zbyt wiele sensacji, a co za tym idzie — komentarzy, nieraz bardzo uszczypliwych. Wzbudziły się w duszy wątpliwości, czy mądrze postąpiłam i czy jestem godna ponosić odpowiedzialność za czyjeś życie — i to takie niewinne?! Bałam się, że gdy ja upadam, to także temu dziecku i jego matce mogę wyrządzić krzywdę. Kilkakrotnie w ciągu dnia wzdychałam do Boga: „czy to malutkie serce jeszcze w ogóle bije?” Po niedługim czasie otrzymałam jakby odpowiedź, której nie od razu skojarzyłam ze swymi wątpliwościami. Pewnego przedpołudnia, gdy uklękłam jak zwykle do modlitwy przed poświęconym obrazkiem, nagle usłyszałam stukanie. Absolutnie nie porównałabym go wówczas do bicia serca. Od razu domyśliłam się, że to dzięcioł. Nie był to jednak taki zwyczajny dzięcioł! Zagadkowe było to, że codziennie gdy tylko rozpoczynałam o stałej porze modły, ptak rozpoczynał stukanie i co dziwniejsze — po około dziesięciu minutach kończył swą pracę… Zamilkł! Dla mnie z każdym dniem ta zagadka zaczęła się rozwiązywać, a i moje serce biło radośniej i pewniej z nadzieją, że to serduszko zagrożonego poczętego życia — także bije! Tak upłynęło około 6 miesięcy, w czasie których aż za bardzo przyzwyczaiłam się do stukania. Klękałam do modlitwy z myślą, czy dzięcioł znów się odezwie i przez chwilę nasłuchiwałam. On, ku mojej pociesze, mnie nie zawiódł! Zawsze przyłączył się do różańca. Co dziwne, raz się złożyło, że chciałam zrezygnować z modlitwy o stałej przedpołudniowej porze i odłożyć na godzinę wieczorną. To mi się nie udało! Oto niebawem po swej decyzji, nagle usłyszałam głośny stukot, dochodzący od zewnętrznej strony drzwi wejściowych do domu. Weszłam do przedpokoju, ażeby otworzyć i czyniłam to z pewnym lękiem… Któż tak uparcie stuka skoro u drzwi jest dzwonek? Czyżby przestał działać! Ledwo otworzyłam drzwi, a tu odfrunął mój przyjaciel, który zdążył wydrążyć swym solidnym dziobem niemałe wgłębienie. Tę „pamiątkę” po dzień dzisiejszy bardzo sobie cenię! Kolejne miesiące upływały stałym rytmem i co ciekawsze, w grudniu po upływie 9 miesięcy, zniknął także ślad po tym wdzięcznym ptaku. Dał mi jakby znak, że dzieło duchowej adopcji zostało ukończone. Czułam radość, ale i smutek… Bardzo przywiązałam się do jego towarzystwa. Górę wziął jednak zachwyt, że takie stworzenie potrafiło mnie duchowo wesprzeć i rozwiać wątpliwości. Ta przygoda pozostawiła w mej pamięci jeszcze jeden ślad — mianowicie sen. Pojawił się na samym początku Adwentu i był związany z modlitwą koronką do Dzieciątka Jezus. Gdy następnego dnia nie odmówiłam owej modlitwy, tej samej nocy przyśniło mi się maleństwo bardzo dobrze odżywione, lecz z obrażoną minką. Dało mi tym samym znak, że ta modlitwa była mu bardzo miła i potrzebna. Kontynuowałam więc modlitwę koronką do 24 grudnia, polecając Jezuskowi to dziecko i jego matkę. Po zakończeniu duchowej adopcji postawiłam sobie pytanie — kto komu uratował życie? Wydaje mi się, że to dziecko uratowało także i mnie. Puste serce się wypełniło, a negatywne natrętne myśli się ulatniały. Na nowo odkryłam wartość postu. Adwent, przygotowujący do tych szczególnych Świąt, spędziłam ze św. o. Pio. Po Bożym Narodzeniu poczułam się o wiele dojrzalej i mogłam postąpić krok do przodu, wkraczając jakby w kolejną porę roku.

Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego — Wielki Post 2013 rok

Nie wiem jak wyglądałaby jesień mojego życia, gdyby na samym jej początku, nie zaskoczyła mnie ingerencja św. o. Pio. Często sięgałam do modlitewnika, który podarował mi pewien kapłan — „Modlitwy do św. o. Pio”. Korzystałam z owej książeczki głównie przy odmawianiu Różańca czy Drogi Krzyżowej. To wystarczyło, by bliżej poznać Tego Świętego, a co za tym idzie — jeszcze bardziej się Nim zainteresować. Kolejną lekturą, w którą się zaopatrzyłam był „Adwent z Ojcem Pio”, a ponieważ byłam zachwycona przeżyciem okresu Adwentu u boku św. Kapucyna, wkrótce zamówiłam w księgarni wysyłkowej SERAFIN podobny modlitewnik, pomagający w dobrym przeżyciu kolejnego, nadchodzącego okresu — Wielkiego Postu. Przy okazji zamówiłam dwumiesięcznik „Głos Ojca Pio”. Mało tego! Katalog „Weltbild” także miał ofertę nie do odrzucenia — albumowe wydanie Drogi Krzyżowej ze św. o. Pio za jedyne 10 złotych.

W środę popielcową 13 lutego zaadoptowałam duchowo zagrożone życie. Przyrzeczenie złożyłam w mojej parafii przed głównym ołtarzem, w którym na drewnianej mozaice jest zawieszony ogromny Krzyż oraz trzy figury — Matki Bożej Bolesnej, św. Jana Apostoła i św. Pawła od Krzyża. Spoglądająca z bocznego ołtarza figura Matki Bożej Świętej Nadziei bardzo mnie umocniła i zmotywowała, że uratuję kolejne zagrożone życie. Tego roku w intencji adoptowanego dziecka nie pościłam w piątki o chlebie i wodzie, lecz zrezygnowałam z wszelkich słodyczy. O dziwo, gdy inni delektowali się łakociami, ja także odczułam swego rodzaju słodycz… Nie na podniebieniu… lecz w sercu!

Wraz z rozpoczęciem duchowej adopcji, rozpoczęłam Wielki Post u boku św. Stygmatyka. Do zamówionej przesyłki z wydawnictwa SERAFIN z modlitewnikiem i „Głosem Ojca Pio” dołączono gratis ścienny kalendarz. Zawiesiłam go w kuchni na boku lodówki… I już po kilku dniach usłyszałam na własne uszy głos św. Ojca Pio we własnym mieszkaniu. Rano zbudził mnie głośny warkot jakby traktora i to nie z zewnątrz, ale w czterech ścianach domu. Zlękłam się i przestraszona zbiegłam po schodach na parter. Głos dochodził z kuchni i od razu skojarzyłam, że coś nie tak z lodówką. Oczy moje spoczęły wpierw na kalendarzu z uśmiechniętym wizerunkiem św. o. Pio, po czym w duszy zadałam sobie pytanie — „a może to Ojciec Pio tak warczy? Może nie podoba mu się coś w mojej lodówce?!”. Z lektur i Jego „złotych myśli” dowiedziałam się, że ów Święty bardzo się umartwiał i ostrzegał przed nadmierną troską o jutro, o to co się będzie jadło. Jeszcze tego samego dnia listonosz wręczył mi przesyłkę z zamówionym albumem Drogi Krzyżowej. Odmówiwszy wpierw koronkę do Bożego Miłosierdzia od razu przystąpiłam do odprawienia Męki Pańskiej z Ojcem Pio. Podczas czytania rozważań do VI stacji — włos zjeżył się na mej głowie. Były to słowa Alessandrio Pronzato na temat św. Kapucyna cyt: „(…) Jeśli chce sprowadzić na dobrą drogę kogoś pogubionego, nie używa z pewnością pieszczot, ale chwyta go bezlitośnie w szpony, warczy na niego, ośmieliłbym się powiedzieć, że chwyta go zębami za kostkę i już nie puszcza zdobyczy (…) Nie waha się wbijać paznokci w sumienie, jeśli trzeba wyrwać z niego uparte skłonności do złego (…)”. To wystarczy! Nie miałam najmniejszej wątpliwości, że Jego warczący głos odnosił się bezpośrednio do mnie. Zdałam sobie sprawę, że przyczyna tkwi rzeczywiście w lodówce. Co prawda już od kilku lat „całkowicie” zerwałam z „cudownym” modelem żywienia i wyspowiadałam się z tego, lecz to oderwanie było tylko pozorne! Pozostały złe przyzwyczajenia, nadal często marnowałam żywność, uznając niektóre „odpadki” za niejadalne — niezdrowe. To najwidoczniej, bardzo nie podobało się Świętemu, a jeszcze bardziej Panu Bogu. Warkot lodówki i jakby rozlegające się jeszcze echo w przeczytanych słowach z albumu, na szczęście mną do głębi wstrząsnęły. Lodówka mimo krótkiej dwuletniej eksploatacji, nie nadawała się już do naprawy. Trzeba było kupić nowe urządzenie, lecz nie przyłożyłam do tego swego palca. Zdałam się zupełnie na wybór dokonany przez męża. Nowy sprzęt zobaczyłam dopiero, gdy dostawca przyjechał pod nasz dom. Okazało się, że lodówka — mimo tych samych rozmiarów — jest wewnątrz o wiele ciaśniejsza. Tym samym trzeba było bardziej ograniczać zakupy! Pozostałe dni Wielkiego Postu ze Stygmatykiem z Pietrelciny upływały wśród wzlotów i upadków. Jego nadzwyczaj skromne, wydawałoby się ubogie w treść słowa zamieszczone w modlitewniku, potrafiły pobudzić sumienie. Z drugiej strony były pokrzepieniem — jakby balsamem miłości. W jednym dniu potrafił mocno skarcić, a już następnego dnia obracał je w humor. Dziś z całego serca dziękuję św. o. Pio, że dopomógł mi zerwać z grzesznymi i obrzydliwymi w oczach Bożych nawykami. Szatana nie tak łatwo pokonać! Jego jad potrafi głęboko wniknąć i aby się go pozbyć, trzeba zetrzeć wszelkie, nieraz bardzo tłuste ślady tak, aby nic nie pozostało. Dla spokoju wolałam spalić książkę kucharską, z której kiedyś nagminnie korzystałam „lecząc” swoje ciało. Autor tej książki i zarazem twórca diety uważał, że nie wolno się głodzić ani pościć! A właśnie dzięki dzieciom adoptowanym duchowo przekonałam się, że postem można się prawdziwie nasycić, a nie spożywając słodyczy — odczuć słodycz.

7 listopada zakończyłam duchową adopcję podjętą w środę popielcową… Finałem była czwartkowa „Godzina Święta z bł. Janem Pawłem II”. Pod tym tytułem posiadam modlitewnik bardzo pomocny w odprawieniu owej Godziny — od 23 aż do północy. Postanowiłam po raz ostatni polecić to dziecko i jego rodziców Bożej opiece przez wstawiennictwo bł. Jana Pawła II. Byłam pełna zdumienia, ponieważ pierwsze słowa tekstu 16 rozdziału - „We wszystkim do nas podobny oprócz grzechu”- nawiązywały do narodzin Syna Bożego z Maryi Dziewicy. Ufam, że nasz Papież - Jan Paweł II wysłuchał mnie, gdy codziennie przez 9 miesięcy wzywałam także Jego wstawiennictwa.

Nie minęło wiele czasu, gdy 1 grudnia po raz trzeci zaadoptowałam zagrożone życie. Niestety tym razem niczego nie potrafię bliżej opisać ponieważ z powodu przeprowadzki i ogromu pracy, nie miałam nawet czasu, aby robić notatki. Dziś nie pamiętam nawet, w którym kościele i przed jakim obrazem Matki Bożej złożyłam przyrzeczenie duchowej adopcji.

Apostolstwo Pomocy Duszom Czyśćcowym i Apostolstwo Dobrej Śmierci — 2013 rok

Tak naprawdę dopiero po śmierci swojej matki zaczęłam bardziej zastanawiać się nad swoim życiem, a jeszcze bardziej — dokładnie dwa lata później 2.04.2005 roku. Śmierć Jana Pawła II dała mi o wiele do myślenia. Co będzie, jeśli zmarnuję swoje życie i co po mnie pozostanie?! Angażując się w Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego odrzucałam myśl, aby zapisać się do Apostolstwa Pomocy Duszom Czyśćcowym czy Apostolstwa Dobrej Śmierci, do którego zelatorki namawiały pątników na pielgrzymim szlaku. Po cóż za życia modlić się o dobrą śmierć?! Modlitwę za dusze cierpiące w czyśćcu także lekceważyłam. Nawet po śmierci matki uznałam, że skoro zmarła ze spokojem na twarzy, jest w gronie zbawionych i niewiele modliłam się w jej intencji. Po jej śmierci byłam bardziej zajęta swoją własną, niespokojną duszą. Dopiero po lekturze „Dzienniczka” św. Faustyny, zdałam sobie sprawę, jak ważna i potrzebna jest modlitwa w intencji dusz czyśćcowych. W maju 2013 roku zapisałam się drogą internetową do Apostolstwa Pomocy Duszom Czyśćcowym, a parę miesięcy później — do Apostolstwa Dobrej Śmierci. Zdałam sobie sprawę, że bardzo ważna jest troska już za życia o dobrą śmierć.

Na początku października 2013 roku miałam zagadkowy sen, na który nie od razu znalazłam odpowiedź. Przyśniła mi się moja matka, która razem z moją rodziną i swoim mężem — podążała do kościoła na niedzielną Mszę św. Po drodze zatrzymała się przy straganie z różnymi płótnami i zaczęła w nich przebierać. Na nic zdały się nasze ponaglenia, że spóźnimy się na Mszę… Pozostała jakby głucha. Skończyło się na tym, że weszliśmy do kościoła sami bez mamy… Przebudziłam się! Byłam strwożona tym snem, a jeszcze bardziej jej postawą. To prawda, że moja mama miała zdolności krawieckie i często kupowała materiał, aby samodzielnie coś uszyć. W dzieciństwie uszyła mi wiele sukienek, można rzec — niepowtarzalnych. Nieprawdopodobne było jednak to, że pozostała głucha i nie chciała pójść dalej do kościoła. Dopiero wieczorem odmawiając różaniec zdałam sobie sprawę, że moja mama nie jest jeszcze w Domu Ojca. Posiadałam już trzy numery kwartalnika „Do domu Ojca” — biuletynu dla członków Apostolstwa Pomocy Duszom Czyśćcowym i ten tytuł był odpowiedzią na moje wątpliwości. Zrozumiałam, że muszę pomóc cierpiącej duszy swej matki żarliwą modlitwą, a z racji października — różańcową. Przed Świętem Zmarłych odprawiłam nowennę w jej intencji, a także w dniu uroczystości Wszystkich Świętych ofiarowałam Mszę i Komunię św, aby uzyskać dla mamy odpust zupełny. Po Mszy św. i odwiedzeniu grobu, wróciwszy do domu zauważyłam, że w sypialni na ścianie nie ma Krzyża z San Damiano. Nie musiałam długo szukać, bo wpadł za łóżko i niestety po tym upadku Pan Jezus ma lekką rysę na Swej ręce. To była odpowiedź, że moja mama jest już w gronie zbawionych, że skończył się „krzyż” trwającej ponad 10 lat męki czyśćcowej. Ucałowawszy krzyż, zawiesiłam go z powrotem na ścianę i wisi już nieprzerwanie 7 lat.


W okresie Wielkanocnym będąc na zakupach w „biedronce” zwróciłam uwagę na książkę pt: „Święci — sylwetki wybrane” wyd. Bellona. Rozwarłam strony i trafiłam na rozdział o św. Urszuli. Nie zastanawiając się, od razu włożyłam do wózka z zakupami. W domu na spokojnie zajrzałam do spisu treści, aby zacząć od poznania sylwetki tej Świętej. Z ostatnich zdań dowiedziałam się, że św. Urszula jest patronką nauczycielek, szczęśliwych małżeństw i cierpiących z powodu poparzeń, a także patronką handlarzy suknem… I tu na dobre zrozumiałam sen sprzed ponad pół roku. Nie mam wątpliwości, że to sama św. Urszula zatroskana o duszę mojej matki Urszuli, zesłała ów zagadkowy sen. Warto dodać, że dawniej św. Urszula była czczona jako patronka młodzieży żeńskiej i dobrej śmierci w czasie wojny.

Krucjata Obrony Życia Człowieka

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 30.09
drukowana A5
Kolorowa
za 53.01