drukowana A5
60.22
(Znów) zaginęła blondynka

Bezpłatny fragment - (Znów) zaginęła blondynka


5
Objętość:
400 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8189-180-6

Obecnie — wtorek

Björn Bengtson leniwie zaparzył poranną kawę i postawił przed sobą laptopa. Zawsze najpierw przeglądał pocztę, później wychodził z psem na spacer, a dopiero przed południem zjadał śniadanie. Tym razem jednak zrezygnował ze spaceru i śniadania. W e-mailu, który przyszedł z nieznanego mu adresu ktoś napisał po angielsku:

Wiola wróciła i zniknęła. Anna też zniknęła. Dzieje się coś bardzo złego. Nie szukaj mnie.

Björn  zadzwonił do Agnety, żeby zajęła się psem i zarezerwował najbliższy lot do Polski. Pakował się w pośpiechu. Gdy co chwilę nerwowo poprawiał druciane okulary, drżały mu dłonie.

*

Kazia Wiśniewska zaparkowała przed samym sklepem, a mimo to, nim zdążyła wejść do środka, wiatr i mżawka zniszczyły jej fryzurę. Na szczęście do otwarcia sklepu zostało jeszcze dwadzieścia minut, a na zapleczu Kazia miała suszarko-lokówkę. Zdąży się doprowadzić do porządku zanim zjawią się klienci. Kazia wiedziała, że nie jest może zbyt ładna i na pewno jest trochę zbyt pulchna, ale przecież to nie znaczy, że nie powinna o siebie dbać. Zawsze o siebie dbała. I zawsze się opłacało. Jej świętej pamięci mąż, Heniek, umiał to docenić. A teraz ten pan Marcin, co to się tu przeniósł niedawno, to też przecież nie po te świeże bułki co rano przychodzi, tylko żeby sobie z Kazią pogadać. O, już jest. Dobrze, że zdążyła zrobić włosy.

— Już, już otwieram.

— Dzień dobry pani. Jak zwykle pięknie pani wygląda. W taki pochmurny, deszczowy dzień jest pani w tym sklepie jak promień słońca.

— A pan to zawsze jak coś powie… — zaśmiała się. — Co podać?

— Cztery duże bułki z ziarnem, poproszę, i dwa jogurty. Które mi pani dziś poleci?

— Może te wiśniowe?

— Niech będą dwa wiśniowe. Będę je jadł i myślał o pani pięknych włosach w kolorze wiśni.

— Ale z pana to musi być kobieciarz.

— Skądże znowu! Ja w ogóle nie mam śmiałości do kobiet. Ale panią to tak od pierwszego razu zaraz jakoś polubiłem. A pani wie, że ode mnie z okna widać, jak pani o świcie wychodzi z bloku i wsiada do samochodu? Lubię tak na panią patrzyć, od razu mi się weselej robi.

— A z mojego okna widać jak pan wieczorami przyjeżdża z pracy. I tą blondynkę, co z panem przyjeżdża też widać. Bardzo szykowna.

— Ta blondynka, to jest stażystka z mojej firmy. Bardzo chce dostać u nas etat i poprosiła, czy bym jej nie pomógł po godzinach nauczyć się, jak się obsługuje program magazynowy. Bo jak nie odstanie etatu, to będzie musiała wrócić gdzieś tam na wioskę, a tam dużo rodzeństwa i bieda aż piszczy. To jak miałem odmówić?

— Z pana to dobry człowiek. A ja myślałam, że to narzeczona.

— Ale gdzie tam! Czy ja wyglądam na człowieka, który by się uganiał za takimi pannicami? Ja to cenię dojrzałe, stateczne kobiety, a nie takie smarkule, co to mają pstro w głowach, a hałaśliwe i przemądrzałe są przy tym, jakby wszystkie rozumy pozjadały.

— No, to prawda, ta blondynka to się tak głośno zawsze śmieje, że nawet u mnie ją słychać.

— No widzi pani. To trzeba mieć cierpliwość, żeby przez te dwie czy trzy godziny taką czegoś nauczyć, a pani myśli, że ja bym z taką narzeczoną wytrzymał.

— Tak tylko pomyślałam, bo zawsze się pana pod rękę trzymała.

— A pani nie wie, że to taka moda teraz? One tak każdego pod rękę łapią, że to niby kolega z pracy. Nie patrzą, że by mógł ich ojcem być. Nie okażą żadnego szacunku nawet siwym włosom — pogładził się po szpakowatej już z lekka czuprynie.

— Oj tam, zaraz siwym… Mężczyzna to zawsze elegancko wygląda, jak ma takie trochę przyprószone skronie. Nawet tym młodym się to podoba: że taki dystyngowany.

— Pani to zawsze umie człowiekowi humor poprawić, pani Kaziu. Od razu się cieplej człowiekowi robi na sercu. No, ale muszę lecieć, bo się do pracy spóźnię, a pani też nie mogę dłużej przeszkadzać.

Wskazał spojrzeniem klientki zbliżające się do drzwi, pożegnał się i wyszedł. Klientki musiały jednak chwilę poczekać na świeże pieczywo, bo Kazia najpierw wykręciła numer zaprzyjaźnionej fryzjerki i umówiła się na strzyżenie po pracy.

*

W urządzonej, jak całe mieszkanie, z dyskretną elegancją garderobie stało od początku dwumetrowe lustro w białej drewnianej ramie. Nie lubiła go. Podobnie jak reszty mieszkania. Nie było w jej stylu. To był jego styl. Teraz przyglądała się swojemu odbiciu z taką samą dezaprobatą jak wnętrzu, w którym od niedawna mieszkała. Klasyczny popielaty kostium, mocno dopasowany, podkreślał co prawda figurę, ale jakiś taki był ponury i nudny. Do tego szare rajstopy, szare buty, biała bluzka, a wszystko tak samo nijakie. No, ale on uważał, że tak powinna się dziś ubrać… Wiedziała, że powinna wybrać równie dyskretny makijaż, jednak bez namysłu wyjęła z torebki krwistoczerwoną szminkę i grubą warstwą pociągnęła usta. Na to nałożyła jeszcze błyszczyk z brokatem. Na powieki intensywny błękit. Sporo błękitu. Rzęsom też nie poskąpiła tuszu. Nareszcie poczuła się trochę bardziej kobieco. Na usprawiedliwienie szepnęła do siebie z przekonaniem:

— Przecież nawet pudru i różu nie nałożyłam na policzki. Jestem prawie nieumalowana.

Uśmiechnęła się zalotnie do odbicia w lustrze i wyszła, trzaskając drzwiami tak głośno, że starsza pani otwierająca drzwi naprzeciwko aż podskoczyła z przestrachu. Ale ona tylko popatrzyła na wyblakłą staruszkę z politowaniem i zeszła po schodach, nucąc po angielsku aktualny przebój radiowy.

*

Jak to nie przyjechała?! — grzmiał potężnym basem kierownik Dzielnicowego Domu Kultury. — Bilety wyprzedane, stroje czekają, projektanci czekają, dziennikarze czekają! Co ja mam im powiedzieć?

— Prawdę.

Jego zastępczyni była opanowana i rzeczowa. Nie wdając się w dyskusję z przełożonym odszukała jakiś numer w notesie i pogodnie zawołała do słuchawki:

— Mamy najpiękniejszą katastrofę roku: słynna modelka się zapowiedziała, a teraz się nie pojawiła. Mamy znanych projektantów, kolekcję ciuchów w rozmiarze 34, a do tego pół sali dziennikarzy. Jesteś w stanie w pięć minut podesłać mi ze dwie rezolutne dziewczyny? No dobrze, niech będzie w piętnaście. Zacznę od aukcji strojów podarowanych przez celebrytki, chociaż to miał być ostatni punkt imprezy… Dzięki! — odłożyła słuchawkę.

— Jakie dziewczyny? — spytał z rozpaczą w głosie kierownik.

— Z zespołu taneczno-baletowego. Chude. Zmieszczą się w ciuchy. Jeszcze nie są sławne, ale wcale nie brzydsze od tej całej Dagmar.

— Nie rozumiesz, że Dagmar Erikson to międzynarodowa sława? Nie można jej zastąpić jakimiś tam baletnicami…

— Można — przerwała mu szybko — a nawet trzeba.

Wyszła pospiesznie i za chwilę usłyszał jak tłumaczy przybyłym nieobecność gwiazdy:

— Nie wiemy, co się stało. Dagmar zapewniała, że nasza akcja charytatywna jest bardzo bliska jej sercu i z radością weźmie udział w pokazie. Wiemy, że wczoraj przyleciała do Krakowa, bo dzwoniła do nas prosto z lotniska. Ale na razie się nie zjawiła i nie możemy się do niej dodzwonić. Pokaz odbędzie się mimo wszystko. Stroje zaprezentują nasze piękne modelki-amatorki, a tymczasem zaczniemy od aukcji przedmiotów podarowanych przez nasze polskie gwiazdy. Jeśli ktoś z państwa czuje się rozczarowany i nie chce zostać z nami do końca, może oczywiście zwrócić bilet w kasie, ale w ten sposób odbierze sobie możliwość obejrzenia kolekcji przygotowanej przez naszych najlepszych projektantów specjalnie na tę okazję… Wszyscy zostają? Wspaniale! Zaczynajmy więc.

*

Komórka ćwierkała uparcie. Drobna, dziecięca ręka wysunęła się z łóżka, po omacku szukając telefonu na stoliku nocnym. Znalazła i wciągnęła go w stos poduszek.

— Weronika?

— Lena, gdzie jesteś?

— Jak to gdzieeee? — ziewnęło coś niemiłosiernie rozczochranego i jeszcze szczelniej otuliło się kołdrą.

— Nie mów, że jeszcze śpisz!

Głos przyjaciółki zabrzmiał taką ekscytacją, że czupiradło wyłoniło się spod kołdry z nagłym zainteresowaniem na szczupłej twarzyczce.

— Wróciłam z koncertu nad ranem. A co?

— Dzwoniła pani Wiera. Dagmar Erikson nie dojechała na ten pokaz i chcą żebyśmy my dwie zaprezentowały te ciuchy, które dla niej zaprojektowano.

— My…? — Lena wyglądała już na całkowicie obudzoną, jednak zaskoczenie odebrało jej mowę.

— My, dobrze słyszałaś. A teraz zbieraj się. Zamówili nam taksówkę. Zaraz po ciebie przyjadę. Masz być gotowa za pięć minut.

Choć Weronika już się rozłączyła, blade dziewczę z burzą nastroszonych naturalnych loków siedziało wciąż pośrodku łóżka, przyciskając komórkę do ucha.

*

Redaktor Piotr Leśniewski wcale się nie zmartwił nieobecnością skandynawskiej modelki na pokazie zorganizowanym dla niej. Przynajmniej będzie o czym pisać: gwiazdka nie dotarła, polskie amatorki, które pokazały kreacje, okazały się rewelacyjne i piękne, poruszały się tanecznym krokiem, były bystre i udzielały interesujących wywiadów: jedna zamierzała zostać aktorką, a druga… policjantką. Materiał na pewno będzie ciekawszy niż z tradycyjnego pokazu. Wypatrzył moment, kiedy tłum wokół dziewcząt nieco się przerzedził i zapytał:

— Czy mógłbym umówić się z paniami na jutro, na dłuższy wywiad i sesję fotograficzną na krakowskim rynku?

Dziewczyny spojrzały na siebie porozumiewawczo, po czym blondynka z prostymi długimi włosami rzekła lekko:

— Sądzę, że tak, ale proszę w tej sprawie zatelefonować do pani Wiery Morozowej i z nią omówić szczegóły.

Blondynka z długimi kręconymi włosami wyglądała jakby miała za moment wybuchnąć śmiechem, wyjęła jednak z torebki wizytówkę Morozowej — szefa artystycznego grupy tanecznej „Tęcza” — i nonszalanckim gestem podała ją dziennikarzowi. Leśniewski poważnym tonem obiecał, że ustali wszystko z panią Wierą i pożegnał się. Figlarny nastrój dziewcząt udzielił się wszakże i jemu — wyszedł z domu kultury, pogwizdując coś wesołego.

*

Po udanym pokazie dziewczyny wybrały się jeszcze wspólnie na kawę i lampkę wina. Wyszły z kawiarni razem, na przystanku tramwajowym jednak się pożegnały i każda ruszyła w inną stronę. Lena nie mogła się oprzeć wrażeniu, że ktoś ją śledzi. Już od domu kultury. Choć sama sobie perswadowała w myślach, że to zapewne „woda sodowa uderzyła jej do głowy”, wrażenie było bardzo realne i nieprzyjemne. Na tyle realne, że zrobiła coś, na co nigdy w innych okolicznościach by się nie zdecydowała: zamiast wejść w ciemną bramę swojej kamienicy weszła do jasno oświetlonej restauracji tuż obok i zdecydowanym głosem zapytała kelnera czy Ivo jest u siebie. Kelner zaprowadził ją na zaplecze. Tam, w przytulnie urządzonym gabinecie siedział nad jakimiś dokumentami przystojny, ciemnowłosy mężczyzna po czterdziestce. Na jej widok uśmiech rozpromienił mu twarz.

— Tak się cieszę, że przyszłaś. Zjesz ze mną kolację? Porozmawiamy.

— Dobrze — w jej głosie nadal brzmiało zdecydowanie.

— A czy… — zawahał się — czy później mogę zaprosić cię do siebie, do domu?

— Tak — spokojna pewność tej odpowiedzi sprawiła, że rozbłysły mu oczy.

*

Inge Majewski zamyśliła się i patrzyła gdzieś w przestrzeń, ponad monitorem swojego komputera i stojącymi na parapecie okiennym donicami, pełnymi kwitnących kwiatów. Zastanawiała się właśnie czy po rozwodzie powinna pozostać przy polsko brzmiącym nazwisku męża, czy wrócić do swojego nazwiska, dość jednoznacznie wskazującego na żydowskie pochodzenie jej przodków. W Polsce chyba wygodniejsza byłaby opcja pierwsza, ale jeśli zamierza zaistnieć w międzynarodowym biznesie, to nazwisko rodowe będzie chyba bardziej przydatne. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk dzwonka. Podniosła się więc leniwie, przeciągnęła jak kot i niespiesznie skierowała do drzwi wejściowych. Jednak kiedy na ekranie wideofonu zobaczyła przystojnego mężczyznę z kolorową apaszką na szyi jej wzrok spochmurniał. Niechętnie otworzyła drzwi.

— Czego jeszcze ode mnie chcesz? — zapytała nienaganną polszczyzną z silnym niemieckim akcentem.

— Musimy porozmawiać. Nie kończy się małżeństwa w taki sposób. I to zupełnie bez powodu.

— Nie mamy o czym ze sobą rozmawiać. A decyzję o zakończeniu małżeństwa podjąłeś ty sam, kiedy zdecydowałeś się na romans z tą tancerką.

— Inge, to nie tak. Kocham ciebie i tylko ciebie — Michał miał najprawdziwsze łzy w oczach, co dodatkowo umocniło jej przekonanie, że jest doskonałym oszustem. — Wszystko ci wyjaśnię, już wkrótce.

— Proszę, wyjaśnij — powiedziała spokojnym, zimnym głosem. — Teraz. Masz kwadrans.

— Teraz nie mogę, ale proszę, zaczekaj kilka dni. Daj nam szansę. Przecież…

— Nie — przerwała ostro. — Złożyłam już papiery. Będę ci wdzięczna, jeżeli nie będziesz utrudniać rozwodu. Chociaż tyle mi jesteś winien. A teraz, bardzo cię proszę, wyjdź.

— Proszę… — szepnął cicho, ale nie skończył zdania. Podszedł do drzwi i już w progu zapytał czy ma jej zostawić klucze.

— Nie trzeba. To wciąż jeszcze nasze mieszkanie. Jeśli czegoś potrzebujesz, możesz w każdej chwili to zabrać. Ale najpierw zadzwoń do drzwi, a z kluczy skorzystaj, jeśli mnie nie będzie.

Skinął w milczeniu głową i wyszedł. A ona stała nadal, wpatrując się w drzwi wejściowe i nieświadomie gryząc jasne pasmo błyszczących, długich włosów.

*

Aleksander, życiowy partner Wiery Morozowej, dopiero przed chwilą wrócił do ich mieszkania i z ciężkim westchnieniem odebrał komórkę Wierki, bo odkąd wszedł nie przestawała dzwonić.

— Dzień dobry, Piotr Leśniewski, dziennikarz, czy zastałem panią Wierę?

— Niestety, żona gdzieś wyszła i zapomniała telefonu. Czy coś przekazać?

— Tak, proszę jej przekazać, że chciałbym się na jutro umówić na wywiad z dziewczętami z jej grupy tanecznej, tymi dwiema, które wystąpiły dziś na pokazie mody.

— Oczywiście, przekażę jej i powiem, żeby do pana oddzwoniła. Niestety, żona często wraca do domu dosyć późno, dlatego może się zdarzyć, że oddzwoni dopiero jutro.

— Nie ma problemu. Będę czekać na wiadomość. Dziękuję. Do widzenia.

— Do widzenia.

Odłożył komórkę i zmartwiony spojrzał w gęstniejący mrok za oknem. Rzeczywiście, Wiera wraca często bardzo późno, ale nigdy dotąd nie zdarzyło jej się zapomnieć telefonu. Chociaż stale czegoś zapomina i jest strasznie roztrzepana.

— Prawdziwa artystka — mruknął do siebie i uśmiechnął się ciepło, uspokajając się w myślach, że właściwie należało się spodziewać, iż telefon podzieli kiedyś los licznych parasolek, rękawiczek i innych drobiazgów nieustannie zapodziewających się gdzieś Wierce.

Z czułością spojrzał na wiszący nad kanapą w salonie czarno-biały plakat przedstawiający jego piękną, jasnowłosą przyjaciółkę w tańcu.

*

Weronika, zaraz po rozstaniu z Leną, pojechała na randkę z Radkiem. Nie ukrywał, że jest z niej dumny. Postawił kolejkę wszystkim gościom w pubie, a później zabrał ją spacer dorożką po nocnym mieście. Pili szampana, a on znowu obiecywał, że na zawsze będą już razem. Chyba przestała mu wierzyć już dawno temu, ale imponował jej: był sławny, bogaty, zakochany w niej po uszy i… taki dla niej dobry, delikatny. To jej dodawało wiary w siebie. Jednak nad ranem, kiedy odprowadzał ją do domu, przycisnął ją mocno do siebie i jakimś takim obcym, złym głosem powiedział:

— Teraz się zaczną wywiady i sława. Należą ci się. Tylko pamiętaj, nie daj się poderwać jakiemuś wielbicielowi, bo cię zabiję. Własnymi rękami.

I choć zaraz potem roześmiał się głośno, ten chłód, który nagle ją ogarnął pozostał w niej jeszcze bardzo długo. Siedziała w swoim pokoju, ciasno otulona kocem, i w milczeniu wpatrywała się w okno.

*

Pociąg z Kijowa przyjechał z dwugodzinnym opóźnieniem. Wysiadła powoli, ciągnąc za sobą ciężkie walizy. Pierwszy raz była w Warszawie. W ogóle po raz pierwszy w życiu była w Polsce. Ale musiała przyjechać. Musi wreszcie dowiedzieć się, co się kryje za ogólnikami i grzecznościowymi formułkami w listach od siostry i kuzynki. Od tak dawna w żadnym z tych listów nie znalazło się nic naprawdę osobistego — żadnych zwierzeń, żadnych faktów, żadnych wzruszeń. To niby nic takiego, ale niepokoiły ją te listy sformułowane tak, jakby były adresowane do dalekiej, niezbyt dobrze znanej ciotki, a nie do jednej z najbliższych sobie osób. Tak, rozumiała, że czas i odległość robią swoje, że dziewczyny mają już swoje sprawy, żyją własnym życiem, mają rodzinę, przyjaciół, znajomych, obowiązki… A jednak coś nie dawało jej spokoju. Postanowiła złożyć im nieoczekiwaną wizytę.

Tymczasem jednak stała na zatłoczonym peronie, przyglądając się swoim trzem walizkom. Odgarnęła wpadające do oczu długie, jasne włosy, wyjęła z torebki frotkę i wsuwki, szybkim ruchem upięła nisko kucyk, zapięła kosmyki za uszami i skierowała się w stronę ruchomych schodów.

— Pomogę pani — uśmiechający się do niej mężczyzna w garniturze miał na ramieniu jedynie torbę z laptopem.

Wziął w ręce dwie największe walizki i wskoczył na stopień schodów. Nie wyglądał na złodzieja, jednak na wszelki wypadek, ze swoją najmniejszą walizką, wolała trzymać się blisko niego.

— Dziękuję, to miło z pana strony.

— Pani jest Rosjanką? Bardzo dobrze mówi pani po polsku — nie lubiła, kiedy ktoś obcy od razu zbyt wiele chciał o niej wiedzieć, ale tym razem brzmiało to po prostu jak początek uprzejmej konwersacji.

— Nie, jestem Polką, moi dziadkowie i rodzice byli Polakami, ale od urodzenia mieszkam na Ukrainie.

— Często pani odwiedza ojczyznę?

— Niestety, dopiero po raz pierwszy.

— No to będzie pani musiała zostać na dłużej, żeby zwiedzić przynajmniej najciekawsze miejsca.

— Zostanę na dłużej, ale najpierw mam zamiar odwiedzić rodzinę.

— Tutaj, w stolicy? Pomóc pani zanieść te walizki na postój taksówek albo na przystanek tramwajowy, czy może ktoś na panią czeka przy dworcu?

— Nie, nie tutaj. Teraz jadę do Zakopanego. Rano mam autobus. Może przenocuję gdzieś w hotelu.

— Cóż za zbieg okoliczności! Przed dworcem czeka na mnie żona. Mamy duży samochód i jedziemy do Poronina. Może się pani z nami zabierze? Żona byłaby zachwycona. Straszna z niej gaduła. Całą drogę będzie coś opowiadać. A ja pewnie zasnę po dziesięciu kilometrach, bo mam za sobą już jedną nieprzespaną noc. Co pani na to? Jedzie pani z nami?

— Jeżeli żona rzeczywiście nie będzie mieć nic przeciwko temu, to właściwie dlaczego nie. Tym bardziej, że to wyjątkowy zbieg okoliczności, bo ja też jadę do Poronina — uśmiechnęła się. — Mam tam bliskich krewnych.

— No proszę, to pani dobrze trafiła.

Szczęście jej sprzyjało od pierwszych minut w rodzinnym kraju. I na rodakach też się nie zawiodła.

— Zobaczy pani, jak żona się ucieszy. O, już prawie jesteśmy.

Postawił na chwilę walizkę i pomachał do kogoś. Wysoka blondynka obok wiśniowego samochodu uśmiechnęła się szeroko i wyszła im naprzeciw.

*

Kobieta leżała naga na zimnym, wilgotnym betonie. Bolała ją głowa, bolały związane mocno ręce i nogi. Miała na oczach zawiązaną chustkę, która zasłaniała jej twarz, trochę co prawda przekrzywioną, ale i tak nie widziała nic poza swoimi zmierzwionymi, pokrwawionymi blond włosami.

Nie wiedziała jak długo tu leży, ale pewnie zapadła już noc, bo wkoło zrobiło się zupełnie ciemno.

— Trzeba było tu nie wracać. Sama sobie jesteś winna. Wszyscy myśleli, że dawno gdzieś zdechłaś, a tutaj taka miła niespodzianka. Myślałaś, że jak zmienisz nazwisko, to cię nikt nie pozna? Poznali cię, suko.

Mężczyzna kopnął ją twardym, skórzanym buciorem w plecy. Zawyła z bólu, ale nie odpowiedziała nic. Miał rację — trzeba było nigdy tu nie wracać. Zapomnieć o tym życiu. Zapomnieć o przeszłości i wszystkim, co ją z tą przeszłością wiązało. Miała wszystko, o czym tylko mogła marzyć: karierę, faceta, pieniądze. A jednak wróciła. Ale jak mogła nie wrócić? Miała czekać z założonymi rękami? Zwłaszcza teraz, kiedy była tak blisko celu. Tak blisko… A teraz leży tu, sama już nie wie od ilu godzin, i nie chce uwierzyć, że już stąd nie wyjdzie, że to koniec.

*

Rafał nie miał tego dnia szczęścia. Nie dość, że nie udało mu się wyżebrać paru złotych na flaszkę, to jeszcze kontrolerzy znaleźli go w toalecie pociągu i wysadzili na dworcu w Pszczynie. Gdyby mu się udało wrócić do Katowic, to na pewno znaleźliby się jacyś kumple i poratowali go chociaż piwkiem. Niepotrzebnie się zapuścił aż do Bielska. Teraz musi gdzieś się przekimać, bo o tej porze nie ma już pociągów w stronę Katowic, a z poczekalni, gdzie przysnął na krześle, go przepędzili. Opróżniają na noc. Ruszył powoli w stronę parku, gdzie czekała go całkiem miła niespodzianka. Na ławce leżało pudełko z całkiem jeszcze ciepłą pizzą, prawie całą, brakowało tylko jednego kawałka, a do tego butelka czerwonego wina. Nienaruszona. I ani żywej duszy. Rozejrzał się, bo przecież właściciel mógł tylko pójść w krzaki, ale w pobliżu nie było nikogo. Rafał nie miał oporów, by skorzystać z nieoczekiwanego prezentu od losu. Zjadł spokojnie pizzę, popijając winem, po czym uznał, że trzeba trochę się zdrzemnąć. Było mu chłodno, więc wyjął z brudnego plecaka równie brudny śpiwór, owinął się nim i po kilku minutach chrapał już w najlepsze. Gdy się obudził było całkiem ciemno. Właściwie nie wiedział, co go zbudziło, ale poczuł się nieswojo. Nie pierwszy raz sypiał na parkowych ławkach i nie bał się byle czego. Tym razem jednak instynkt podpowiedział mu, żeby się nie ruszać. Leżał więc, nie otwierając oczu, kiedy ktoś zaświecił mu w twarz latarką. Strumień światła skierował się po chwili na leżącą pod ławką butelkę po winie i zwilgotniałe od rosy pudełko po pizzy. Wtedy dopiero zdecydował się otworzyć oczy. Przed sobą widział kontury wysokiego, potężnego mężczyzny. Światło latarki oświetlało jedynie nogi w ciemnych wąskich dżinsach i eleganckie skórzane buty. Później padło na stojące obok mężczyzny wielkie torby. Zaraz potem latarka zgasła, a jej właściciel wziął jedną z toreb i zniknął z nią w głębi parku. Szedł powoli i ostrożnie. Kiedy umilkły jego kroki, Rafał postanowił sprawdzić, co jest w drugiej z toreb i czy warto zaryzykować ucieczkę z nią. Podniósł powolutku śpiwór i na palcach podszedł do torby. Wyjął z kieszeni zapalniczkę i delikatnie rozpiął suwak. Nie krzyknął tylko dlatego, że przerażenie odebrało mu głos. Stał wrośnięty w ziemię, aż usłyszał w oddali kroki. Zgasił zapalniczkę, która już parzyła go w palce i ostatkiem woli zmusił się do powrotu na ławkę. Drżał na całym ciele i z całej siły zaciskał powieki. Na szczęście mężczyzna nie przyglądał mu się tym razem. Zabrał drugą torbę i powoli się oddalił. Rafał przez dłuższy czas leżał jeszcze w ciemności, szczękając zębami. Dopiero upewniwszy się, że jest sam, zerwał się i nie zabierając nawet plecaka ani śpiwora pobiegł w kierunku przeciwnym do tego, w którym zniknął mężczyzna. Na szczęście zaczynało właśnie świtać, a on w Pszczynie był nie po raz pierwszy i bez problemu trafił do najbliższego komisariatu. Chociaż początkowo nie potraktowano go tam poważnie — niestety, tamtejsi gliniarze też już mieli okazję nieraz go spotkać — po chwili, widząc jego przestrach, ktoś zdecydował się wysłać patrol do parku. Po dłuższej chwili zadzwonił telefon. Policjant, który go odebrał przełączył na tryb głośnomówiący:

— Znaleźliśmy ławkę. Jest śpiwór, plecak, butelka i pudełko po pizzy. A obok jest spora kałuża. To rzeczywiście wygląda na krew.

— No przecież wam mówię. W torbie była głowa. Z długimi, jasnymi włosami. Bardzo piękna. Kobieta piękna, głowa upiorna — głos mu się załamał i zaczął drżeć jeszcze mocniej.

Cztery lata wcześniej

Irina stała na korytarzu najlepszej kijowskiej kliniki i pustym wzrokiem wpatrywała się w lekarza, który dwoił się i troił, żeby ją pocieszyć. Przekonywał ją, że teraz powinna leżeć i wypoczywać, ale ona wiedziała, że musi teraz być ze swoimi dziećmi. W końcu zaprowadził ją do sali, w której leżała Angela, wciąż nieprzytomna, cała w bandażach, a później do izolatki, w której dwie pielęgniarki starały się uspokoić jej krzyczącego z bólu syna. Uklękła przy jego łóżku, wzięła w dłonie jego spoconą od gorączki dłoń i choć kolana na twardej terakocie ścierpły jej tak, że niemal przestała je czuć, nie odeszła od łóżka dopóki zmęczenie i leki przeciwbólowe nie sprawiły, że chłopiec zapadł wreszcie w niespokojny sen. Wtedy kazała się zaprowadzić do ordynatora. Kiedy potwierdził, że jej dzieci przeżyją, ale Denis ma uszkodzony kręgosłup i nigdy nie będzie chodzić, a Angelę czekają liczne operacje plastyczne, nie ma jednak możliwości, by przywrócić jej wygląd sprzed wypadku, wyszła z gabinetu bez słowa. Z kieszeni szlafroka wyjęła telefon, wykręciła numer mężczyzny, który kiedyś był jej mężem, a gdy odebrał wysyczała w słuchawkę:

— Straciłam ciążę. Moja córeczka i synek do końca życia będą kalekami. Przez ciebie. A ty sobie pewnie gdzieś popijasz z koleżkami. Nienawidzę cię. Nie chcę cię nigdy więcej widzieć — rozłączyła się, nie czekając na odpowiedź, i wyłączyła telefon. Ciężko opadła na stojącą w korytarzu ławkę, zakryła twarz poparzonymi dłońmi o jaskrawo czerwonych paznokciach, które zaraz potem zanurzyła w potarganych i nadpalonych jasnych włosach.

*

Wołodia stał na zgliszczach spalonego domu na podkijowskiej wsi i zaciskając pięści wygrażał komuś niewidzialnemu.

— Znajdę cię! Choćby na końcu świata! A wtedy pożałujesz tego, co zrobiłaś!

Jego przyjaciel stał tuż obok, oparty o swoją terenówkę. Jak zwykle elegancki, opanowany i zimny.

— Znajdziemy ją — przytaknął cichym, spokojnym głosem, w którym nikt obcy nie usłyszałby cienia emocji.

Jednak Wołodii nie zmylił jego spokój. On widział w oczach przyjaciela tę samą nienawiść i determinację, które w tej chwili miotały nim samym.

*

Nie lubiła dzieci. Były hałaśliwe i wścibskie. Sama nie wiedziała, dlaczego została przedszkolanką. Chyba dlatego, że jej kuzynka wybrała ten zawód. Jako dziewczynki były nierozłączne. Ich rodzice mieszkali w tym samym bloku, a one chodziły do tej samej klasy, choć kuzynka była prawie o rok młodsza i do szkoły poszła o rok za wcześnie. Mimo to przyjaźniły się. Razem chodziły na dyskoteki, do kina i razem zdecydowały, że to będzie dobry zawód. A teraz mąż znalazł w gazecie ogłoszenie i załatwił jej pracę. Od kilku tygodni opiekowała się synem jakiejś Rosjanki, która traktowała ją jak służącą. Sama nie miała czasu dla swojego dziecka, ale ją ciągle pouczała, że wszystko robi nie tak. Dobrze, że stale była w podróży, a jej dwuletni synek był bardzo spokojnym dzieckiem. Tego dnia zabrała go na plac zabaw i już od godziny stawiał babki w piaskownicy, mrucząc coś do siebie pod nosem. Chyba śpiewał sobie jakąś rosyjską kołysankę. Dzień był dosyć chłodny i ku jej zadowoleniu byli na placu zabaw sami. Siedziała na ławce i czytała magazyn dla kobiet. Jak zwykle wyglądała pięknie i wiedziała o tym. Elegancka sukienka, szpilki, makijaż. Na pewno nikt by się nie domyślił, że jest niańką, a nie matką tego ładniutkiego jasnowłosego cherubinka.

— Popatrz na nią — usłyszała za plecami wypowiedziane po ukraińsku słowa.

Nie zdziwiło jej to. Wiedziała, że żaden mężczyzna nie przejdzie obok niej obojętnie.

— Myślisz, że to jej syn? — szeptem zapytał po ukraińsku drugi ze stojących za jej plecami ludzi.


Zignorowała ich, zagłębiając się w lekturze artykułu o trendach w modzie na nadchodzący sezon. Nagle usłyszała rozpaczliwy krzyk dziecka. Nie zdążyła spojrzeć w jego stronę, bo ktoś zarzucił jej na głowę jakąś szmatę i przyłożył do szyi ostrze noża.

— Nie szarp się suko, bo ci poderżnę gardło — powiedział po ukraińsku.

Wsadzili ją do samochodu. Dziecka już więcej nie widziała i nie słyszała. Wywieźli ją do lasu. Tam przez kilka godzin bili ją i kopali, ale tak, żeby jej nie zabić. Wreszcie usłyszała warkot samochodu. Miała nadzieję, że jej oprawcy przestraszą się i uciekną, a tymczasem z samochodu wysiadł wysoki, wysportowany mężczyzna, któremu porywacze zaczęli usłużnie nadskakiwać. Podszedł do niej i zapytał czy wie, co teraz z nią zrobią. A ona zrozumiała, że to ich szef i zaczęła błagać go o litość. Wydawało jej się, że mężczyzna jest zaskoczony jej słowami, więc nie przestawała go prosić. A on nachylił się nad jej posiniaczoną twarzą, uniósł ją w dłoniach i zdziwionym głosem oświadczył po ukraińsku:

— To nie ta. Podobna, ale nie ta.

— To co z nią zrobić?

— Zostawcie ją tu i spadamy.

Wsiedli do samochodów i odjechali.

*

Tamtego dnia wróciła do domu około dwudziestej drugiej. Miała wrócić dzień później, bilety miała wykupione na poranny pociąg, ale akurat ktoś ze znajomych jechał z Warszawy przez Białystok, więc zabrała się z nim po drodze. Zdenerwowała się, kiedy nie zastała w domu tej zarozumiałej, leniwej Polki i swojego dziecka, ale była pewna, że niańka po prostu zabrała jej syna do swojego mieszkania. To było w jej stylu. Zadzwoniła na jej domowy numer, ale mąż dziewczyny nie wiedział, gdzie ona jest. Sądził, że jest w pracy. Zawiadomiła policję. Obdzwoniła szpitale i znajomych niańki. Razem z mężem dziewczyny szukali jej, objeżdżając samochodem wszystkie zakamarki miasta. Mężczyzna nie budził jej zaufania, ale wyglądał na szczerze zmartwionego zaginięciem żony. Chyba nie udawał.

*

Całą noc szukał jej i syna tej ruskiej. Było już widno, kiedy zadzwoniła jego komórka — policja znalazła jego żonę. Żyje, ale zabrali ją na pogotowie. Pojechali tam, a kiedy zaparkowali przed budynkiem pogotowia, to ruska zostawiła te swoje buty na ogromnych obcasach w samochodzie i boso pobiegła przodem. Ale okazało się, że dziecka nie było. Nie znaleźli go. Ruska o mało nie pobiła jego żony, choć ta już i tak była ledwie żywa. Dwóch policjantów musiało ją trzymać. Tą ruską.


Później przez kilka miesięcy ciągnęły się przesłuchania, a ludzie patrzyli na jego żonę jak na porywaczkę albo morderczynię dzieci. Sąsiadki spluwały jej pod nogi, kiedy szła. Przestała więc w ogóle wychodzić z domu. I w dodatku bała się każdego dzwonka do drzwi, skrzypnięcia na schodach, dźwięku telefonu. W końcu sprzedał swoje mieszkanie i przeprowadzili się na drugi koniec Polski.

*

To było kilka miesięcy po zaginięciu jej dziecka. Padał deszcz, wiał silny wiatr. Było jeszcze dość wcześnie, ale już ciemno. Wracała ze spożywczego do pustego domu. Rzadko wychodziła, wciąż czekała, że ktoś się odezwie, że zażąda okupu, choć coraz częściej prześladowała ją myśl, że ta Polka zabiła jej synka i upozorowała napaść na siebie. Tego dnia przed furtką jej domu stała kobieta w ciemnych dżinsach, bluzie z kapturem i foliowym płaszczu przeciwdeszczowym, takim tanim z bazaru. Stała z pochyloną głową wpatrzona w kałużę. Już miała ją minąć, kiedy kobieta pozdrowiła ją po rosyjsku.

— Nie patrz na mnie — powiedziała — i udawaj, że szukasz klucza od furtki.

Posłuchała, bez sprzeciwu, choć sama nie wiedziała dlaczego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.