E-book
6.83
drukowana A5
93.27
Zbrodnia i kara

Bezpłatny fragment - Zbrodnia i kara


Objętość:
896 str.
ISBN:
978-83-8245-608-0
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 93.27

Część pierwsza

Rozdział I

W początku lipca, w dzień nadzwyczaj skwarny, pod wieczór pewien młodzieniec wyszedł ze swej komórki, którą odnajmował od lokatorów w zaułku S., na ulicę, i zwolna, jakby niezdecydowany, skierował się w stronę mostu K. Szczęśliwie uniknął spotkania ze swą gospodynią na schodach. Jego komórka mieściła się pod samym dachem wysokiego czteropiętrowego domu i podobna była raczej do szafy, niż do mieszkania. Gospodyni zaś jego, od której najmował tę komórkę z obiadem i usługą, mieszkała o jedno piętro niżej w osobnym lokalu, a za każdym razem, przy wychodzeniu z domu, wypadało mu koniecznie przechodzić tuż przy jej kuchni, prawie zawsze otwartej na oścież od strony schodów. I za każdym razem młodzieniec, mijając ją, doznawał uczucia jakby słabości czy strachu, co go niepomiernie gniewało i wzruszało: okropnie był zadłużony u gospodyni i lękał się z nią spotykać. Nie dlatego, żeby był istotnie tchórzliwym i zahukanym, bynajmniej, a nawet wprost przeciwnie; lecz od pewnego czasu był niezwykle rozdrażniony i znękany; jak gdyby cierpiał na hipochondrię. Tak się zagłębił sam w sobie, że usunął się od wszystkich i lękał się jakiegokolwiek spotkania, nie tylko spotkania z gospodynią.


Zgnębiła go bieda; ale nawet ta szczupłość funduszów przestała mu dokuczać ostatnimi czasy. Swymi powszednimi sprawami przestał i nie chciał się zajmować wcale. Żadnej gospodyni zgoła się nie lękał, bodajby nawet najgorsze miała względem niego zamiary. Ale zatrzymać się na schodach, słuchać byle gadaniny o tych codziennych, drobiazgach, które go nic a nic nie obchodzą, wszystkie te natrętne domagania się zapłaty, groźby, skargi, a przedtem samemu kręcić się, przepraszać, wyłgiwać, — nie, lepiej już, jak kot, prześlizgnąć się przez schody i drapnąć, nie widząc się z nikim. Zresztą tym razem obawa spotkania się z wierzycielką nawet jego samego uderzyła po wyjściu na ulicę.

„Takiego czynu chcę się dopuścić, a lękam się takich głupstw!“ pomyślał z dziwnym uśmiechem. „Hm… tak, człowiek ma wszystko w ręku i wszystko ucieka mu z przed nosa jedynie przez tchórzostwo to tak… Ciekawym, czego się też ludzie najbardziej lękają? Nowego kroku, nowego własnego słowa lękają się najbardziej… A zresztą, za dużo gadam. Dlatego nic nie robię, że gadam. Lepiej powiem: dlatego gadam, że nic nie robię. W tym to ostatnim miesiącu nauczyłem się gadać, leżąc po całych dniach w kącie i myśląc… o niebieskich migdałach. Ale poco idę teraz? Czym zdolny do tego? Czy to na serio? Wcale nie na serio. Tak, dla fantazji sam sobie płatam figle? Bardzo być może, że figle. Na ulicy straszna była spiekota, a przy tym duszność, tłok, wszędzie wapno, rusztowania, cegła, kurz i ten szczególny letni swąd, tak znany każdemu mieszkańcowi Petersburga, niemogącemu mieć willi, — wszystko to razem nieprzyjemnie dotknęło bardzo rozdrażnione nerwy młodzieńca. Nieznośny zaś odór z traktierni, których w tej części miasta niezwykłe mnóstwo, i pijani, spotykani co krok, pomimo że był dzień powszedni, uzupełniali wstrętny i smutny koloryt obrazu. Uczucie najgłębszej ohydy błysnęło na chwilę w delikatnych rysach młodzieńca. A był on bardzo przystojny, o ślicznych, ciemnych oczach, szatyn, wzrostu więcej niż średniego, szczupły i zgrabny. Ale wkrótce wpadł jakby w głęboką zadumę, a nawet, mówiąc ściślej, jakby w zapomnienie i poszedł już, nie widząc nic dokoła siebie, bo i nie pragnąc nic widzieć. Rzadko tylko szeptał coś do siebie, z przyzwyczajenia do swych monologów, do którego przyznał się przed chwilą. W tej chwili czuł on zarazem, że myśli mu się niekiedy mącą i że jest bardzo słaby: już drugi dzień jak nic prawie nie jadł.


Ubrany był tak nędznie, że inny człowiek, nawet przyzwyczajony, wstydziłby się w dzień wychodzić w takich łachmanach na ulicę. Zresztą ta część miasta była taka, że ubraniem byłoby tu trudno kogoś zadziwić. Bliskość placu Siennego, mnogość pewnych zakładów i ludność przeważnie cechowa i rzemieślnicza, skupiona w tych środkowych ulicach i zaułkach Petersburga, pstrzyły niekiedy ogólną panoramę takimi osobnikami, że dziwne byłoby się zdumiewać przy spotkaniu z którą z tych figur. Ale tyle zjadliwej pogardy skupiło się już w duszy młodzieńca, że, nie bacząc na całą swą, niekiedy arcymłodą drażliwość, on najmniej się wstydził swych łachmanów na ulicy. Co innego, przy spotkaniu z pewnymi znajomymi lub z byłymi kolegami, z którymi w ogóle spotykać się nie lubił… A jednak, gdy jakiś pijak, którego niewiadomo poco i dokąd wieziono naówczas przez ulicę na ogromnym wozie, zaprzężonym w olbrzymiego konia od ciężarów, krzyknął doń nagle, w przejeździe: „Ej ty! szwabski kapelusznik!“ i zaśmiał się na całe gardło, wskazując nań ręką — młodzieniec nagle przystanął i gorączkowo złapał się za kapelusz. Był to wysoki, okrągły, zimmermanowski cylinder, ale już strasznie zniszczony, cały zrudziały, pogięty i poplamiony, bez taśmy i najbezpieczniej przyklapnięty z jednego boku. Ale nie wstyd, lecz jakieś zupełnie inne uczucie, podobne nawet do przerażenia, owładnęło nim wtedy.

— Wiedziałem o tym! — mruknął ponuro — wiedziałem! To właśnie najgorzej! Oto takie głupstwo, taki drobiazg marny i cały plan na nic! Tak, kapelusz zanadto krzyczący… Śmieszny, dlatego zwraca uwagę… Do moich łachmanów potrzebuję koniecznie czapki, starego jakiego grata, byle nie to paskudztwo… Nikt takich nie nosi, o wiorstę go spostrzegą… będą pamiętać… to właśnie, że będą pamiętać i wydadzą. W takich razach trzeba dawać jak najmniej powodów… Drobiazgi, najgłówniej drobiazgi…! Te drobiazgi właśnie gubią zawsze i wszystko…


Iść miał niedaleko, wiedział nawet ile kroków od bramy jego domu: dokładnie siedemset trzydzieści. Jakoś razu pewnego zliczył je najmimowolniej w zamyśleniu. Wówczas sam nie wierzył w te swoje mrzonki i tylko drażnił siebie ich okropną, ale ponętną śmiałością. Teraz zaś, po miesiącu, zaczynał już patrzeć inaczej i pomimo wszystkich drażniących monologów o własnej bezsilności i niezdecydowaniu, mimo woli jakoś ową „okropną“ mrzonkę przyzwyczaił się uważać za przedsięwzięcie do urzeczywistnienia, lubo ciągle jeszcze nie dowierzał samemu sobie. Nawet teraz szedł zrobić próbę swego przedsięwzięcia, a z każdym krokiem wzruszenie jego wzrastało silniej i silniej. Z zamierającym sercem, drżąc nerwowo, zbliżył się do olbrzymiego domu, wychodzącego z jednej strony na kanał, a z drugiej na ulicę — …ą. Dom ten składał się z maleńkich lokali i był zaludniony przez rozmaitych pracowników — krawców, ślusarzy, kucharki, różnych Niemców, dziewczęta tolerowane, drobnych urzędników i t. p. Wchodzący i wychodzący tłumnie — co chwila mijali obie bramy i kręcili się na obu podwórzach domu. Nadzór spełniało trzech czy czterech stróżów. Młodzieniec był bardzo kontent, nie spotkawszy się z żadnym z tych ostatnich i niepostrzeżenie prześlizgnął się zaraz z bramy na prawo na schody. Schody były ciemne i wąskie, „kuchenne“, ale on już wiedział o tym, wszystko już zbadał, zmierzył, i całe to otoczenie bardzo mu odpowiadało: w takiej ciemności nawet ciekawy wzrok nie był niebezpieczny. „Jeżeli teraz tak się boją, cóżby to było, gdyby istotnie miało dojść co do czego?“ pomyślał mimo woli, zdążając na trzecie piętro. Tu zagrodzili mu drogę dymisjonowani żołnierze, tragarze, wynoszący meble z jednego z lokali.


Wiedział on już przedtem, że w tym lokalu mieszkał jakiś familijny Niemiec, urzędnik: „zatem ten Niemiec przenosi się, więc na trzecim piętrze i na tym placyku, przez jakiś czas, będzie zajęte tylko mieszkanie starej. To dobrze… na wszelki wypadek…“ pomyślał znowu i zadzwonił do mieszkania starej. Dzwonek brzęknął słabo, jak gdyby ulany był z blachy nie z miedzi. W małych lokalach takich domów wszędzie prawie są takie dzwonki. Zapomniał już dźwięku tego dzwonka i teraz ten dziwny brzęk jakby mu coś przywiódł na pamięć i jasno przedstawił… Zadrżał, zanadto miał już osłabione nerwy tym razem. Wkrótce potem drzwi otworzyły się na maleńką szparkę: mieszkanka oglądała przybyłego z widoczne niedowierzaniem i widać tylko było jej oczka, połyskujące w ciemności. Ujrzawszy jednak na placyku dużo ludzi, nabrała odwagi i otworzyła drzwi na oścież. Młodzieniec wstąpił przez próg do ciemnego przedpokoju, oddzielonego przepierzeniami od maleńkiej kuchenki. Stara stała przed nim w milczeniu i spoglądała nań pytająco. Była to drobna, sucha staruszeczka, lat sześćdziesięciu, o złem i ostrym wejrzeniu, o małym zaostrzonym nosku, z gołą głową. Jej brudno blond włosy, niezbyt siwe, były obficie wyłojone tłuszczem. Na jej cienkiej i długiej szyi, przypominającej kurzą łapę, wisiała jakaś flanelowa szmata, plecy zaś — pomimo upału — ustroiła sobie w wytarty i pożółkły futrzany kaftan. Młodzieniec spojrzał widać na nią jakimś dziwnym wzrokiem, gdyż w oczach jej nagle błysnęło znowu poprzednie niedowierzanie.

— Raskolnikow, student, miesiąc temu byłem u pani, — spiesznie wycedził przybyły z półukłonem, przypomniawszy sobie, że trzeba być uprzejmiejszym.

— Pamiętam, dobrodzieju, pamiętam bardzo dobrze, że pan byłeś — odparła staruszka — ani na chwilę nie spuszczając zeń swych przenikliwych oczek.

— Otóż… znowu przychodzę po to samo… zaczął Raskolnikow, trochę zmęczony i zadziwiony niedowierzaniem staruszki.

„A może ona zawsze taka, może wówczas nie uważał na to“, pomyślał z nieprzyjemnym uczuciem.

Stara zamilkła, jakby się namyślając, potem odeszła na stronę i, wskazując na drzwi do pokoju, wyrzekła, puszczając gościa naprzód:

— Wejdź pan.

Nieduża izba, do której wszedł młodzieniec, o żółtym obiciu, z geranią i perkalowymi firankami w oknach była w tej chwili jasno oświetlona promieniami zachodzącego słońca.

„A więc i wtedy będzie także słońce“, najmimowolniej błysnęło w umyśle Raskolnikowa, i bystrym wzrokiem rozejrzał się po całej izbie, ażeby jak najdokładniej wszystko zbadać i zapamiętać. Ale w pokoju nie było niczego nadzwyczajnego. Meble bardzo stare, jesionowe, żółte, składały się z kanapy z ogromnym wygiętym oparciem drewnianym, z okrągłego stołu formy owalnej, toalety ze zwierciadłem pomiędzy oknami, krzeseł przy ścianach, z dwóch czy trzech groszowych obrazków w żółtych ramkach, wyobrażających panny niemieckie z ptaszkami w rękach — oto całe umeblowanie. W kącie, przed niewielką kapliczką płonęła lampka. Wszędzie było nadzwyczaj czysto: meble i podłogi aż błyszczały od wycierania. „To praca Elżbiety“ pomyślał młodzieniec. Najmniejszego kurzu nie można było dostrzec w całymu mieszkaniu. „Taka czystość bywa tylko u złych i starych wdów“ myślał dalej Raskolnikow i ciekawie zanurzył wzrok poza perkalową portierę do drugiej maleńkiej izdebki, mieszczącej w sobie pościel staruszki i komodę. Jeszcze nigdy tam nie zaglądał. Całe mieszkanie składało się z tych dwóch pokojów.

— Czego pan chcesz? — srogo zapytała staruszka, wchodząc do izby i, jak poprzednio, stając przed nim, ażeby mu patrzeć prosto w oczy.

— Chciałem zastawić… to! — Wyjął z kieszeni stary płaski srebrny zegarek. Na jego tylnej kopercie był wyryty globus. Łańcuszek był stalowy.

— Ale i na tamten zastaw już dawno minął termin. Trzy dni temu upłynął już miesiąc.

— Zapłacę pani procent jeszcze za miesiąc: cierpliwości.

— A to już moja dobra wola: być cierpliwą, albo sprzedać zastaw choćby zaraz.

— Wiele mi pani da za zegarek?

— Z drobiazgami przychodzisz, dobrodzieju; nic prawie nie warte. Na pierścionek dałam wówczas dwa papierki, a u jubilera można by taki sam kupić za półtora rubla.

— Daj pani ze cztery ruble, wykupię zegarek po ojcu. Wkrótce przyślą mi pieniądze.

— Półtora rubelka i procent z góry, jeżeli łaska.

— Półtora rubla! zawołał młodzieniec.

— Wolna wola. — I stara podała mu zegarek. Młodzieniec wziął go i tak się rozgniewał, że chciał już odejść; ale zaraz opamiętał się, przypomniał bowiem sobie, że nie miał już dokąd iść i że przyszedł jeszcze po coś innego.

— Dawaj pani! — rzekł szorstko.

Stara sięgnęła do kieszeni po klucze i poszła do drugiej izby za portiery. Młodzieniec, zostawszy sam jeden na środku pokoju, ciekawie przysłuchiwał się i rozważał. „Widocznie górna szuflada, myślał, klucze nosi tedy w prawej kieszeni… Wszystkie na jednym kółku, w jednym pęku… I tam jeden klucz jest większy od innych, trzy razy, z zębatą główką, oczywiście nie od komody… A więc jest jeszcze jakaś szkatułka lub skrytka… To właśnie grunt. Do skrytek zawsze bywają takie klucze… A zresztą, wszystko to podłe“…

Stara powróciła.

— Tak oto, dobrodzieju; licząc po grzywnie na miesiąc od rubla, to za półtora rubla wypadnie piętnaście kopiejek, na miesiąc z góry. A za tamte dwa rubelki należy się od pana jeszcze dwadzieścia kopiejek, to razem będzie trzydzieści pięć. A więc za zegarek dostanie pan wszystkiego rubel i kopiejek piętnaście. Oto są.

— Jak to! Więc już teraz tylko rubel piętnaście!

— Tak jest.

Młodzieniec nie sprzeczał się i wziął pieniądze. Patrzał na starą i nie śpieszył się z odejściem, jak gdyby chciał coś powiedzieć, czy zrobić, ale jakby sam nie wiedział, czego chciał właściwie…

— Może ja pani w tych dniach przyniosę jeszcze jedną rzecz… srebrną… śliczną… papierośnicę… jak wrócę od przyjaciela… — zaciął się i urwał.

— A to wtedy pogadamy, mój dobrodzieju.

— Bądź pani zdrowa… A pani zawsze sama siedzi w domu, siostrzyczki niema? Zapytał, jak mógł, najprzychylniej, wchodząc do przedpokoju.

— A tobie co do niej, dobrodzieju?

— Nic szczególnego. Tak się pytam… Pani bo zaraz… Bądź pani zdrowa!

Raskolnikow wyszedł zupełnie zgnębiony. Stan ten pogarszał się z każdą chwilą. Schodząc ze schodów, zatrzymał się nawet kilka razy, jakby go coś nagle uderzyło. I nareszcie, już na ulicy, zawołał:

— O Boże! Jakie to wszystko wstrętne! I miał żebym ja… nie, nie! To żarty! To szaleństwo! — Dodał stanowczo: I czyż taka okropność mogła mi przyjść do głowy? Ach do jakiej nędzy zdolne jest moje serce!… Przecież to brud, podłość, ohyda, srom!… Ja przez cały miesiąc!…

Ale nie mógł ani słowami, ani wykrzyknikami wyrazić swego wzruszenia. Uczucie nieskończonego wstrętu, które zaczęło dręczyć i mącić mu serce jeszcze wówczas, gdy szedł do starej, doszło teraz do takich rozmiarów i stało się tak rażące, że nie wiedział, jak uciec od swej troski. Szedł po trotuarze, jak pijany, nie zwracając uwagi na przechodniów i potrącając ich, aż opamiętał się dopiero na następnej ulicy. Obejrzawszy się, zauważył, że stoi tuż przy jakimś szynku, do którego wejście było z trotuaru po schodach na dół, do suteryny. Z drzwi akurat w tej chwili wychodziło dwóch pijanych, którzy, podtrzymując jeden drugiego i wymyślając sobie nawzajem, wdrapywali się na ulicę. Raskolnikow bez namysłu zszedł na dół. Nigdy dotąd nie bywał w szynkach, ale teraz w głowie mu się kręciło, a przy tym dręczyło go palące pragnienie. Zachciało mu się wypić zimnego piwa, tym bardziej, że nagle swe osłabienie tłumaczył sobie głodem. Usiadł w ciemnym i brudnym kącie, przy lepkim stole, zażądał piwa i chciwie wychylił pierwszą szklankę. Zaraz wszystko odeszło i myśli mu się wyjaśniły. „Wszystko głupstwo“, ozwał się z nadzieją „nie było się co trapić! Po prostu rozstrój fizyczny! Jedna, druga szklanka piwa, kawał suchara — i oto w jednej chwili umysł krzepnie, myśl jaśnieje, zamiary się utrwalają! Tfu! Jakaż to marność!…“ Pomimo jednak tak pogardliwego splunięcia, patrzał już wesoło, jakby pozbywszy się nagle jakiegoś ciężaru, i przyjaźnie ogarnął wzrokiem otoczenie. Ale nawet i w tej chwili przeczuł niejasno, że cała ta otucha była także chorobliwa.

W szynku o tej porze mało już było ludzi. Oprócz owych dwóch pijanych, których spotkał na schodach, tuż za nimi wyszła cała zgraja, coś z pięciu ludzi z jedną dziewką i z harmonią. Po ich wyjściu było cicho i przestronnie. Pozostali tylko: jakiś z pozoru mieszczanin podchmielony, ale nie bardzo, siedzący przy piwie; jego towarzysz, tłusty olbrzym, w sybirce z siwą brodą, dobrze cięty, drzemiący na stołku i kiedy niekiedy, znienacka, zaczynający prztykać palcami, rozrzuciwszy ręce w różne strony, i podrzucać wierzchnią część korpusu, nie wstając ze stołka, przy czym pośpiewywał jakiś nonsens, usiłując przypomnieć sobie wiersze, w rodzaju:

Przez rok cały żonę ściskał,

Przez rok cały żonę ściskał…

Albo, nagle ocknąwszy się znowu:

Przez Podjacką szedł ulicę,

Tam odnalazł swą dziewicę…

Ale nikt nie współczuł jego rozpromienieniu, milczący towarzysz spoglądał na te wybryki nawet niechętnie i z niedowierzaniem. Był tam jeszcze pewien człowiek, z pozoru wyglądający na dymisjonowanego urzędnika. Siedział on osobno przed flaszką gorzałki, pijąc co kilka minut i rozglądając się dokoła. I on także zdawał się być bardzo wzruszony.

Rozdział II

Raskolnikow nie był przyzwyczajony do tłumu i, jak się rzekło wyżej, unikał wszelkiego towarzystwa, zwłaszcza ostatnimi czasy. Ale teraz nagle coś go ciągnęło do ludzi. Działo się w nim coś nowego i zarazem rodziło się jakieś pragnienie ludzi. Tak się znużył przez ten miesiąc swych zamkniętych w sobie utrapień, że bodaj na jedną chwilę chciało mu się odetchnąć w innym świecie, w jakimkolwiek bądź, to też pomimo całego brudu otoczenia, chętnie i z upodobaniem siedział teraz w szynku. Gospodarz zakładu był w drugiej izbie, ale często wchodził do głównej, wpadając skądciś do niej po schodkach, przy czym najprzód ukazywały się jego eleganckie buty z czerwonymi sztylpami. Miał on na sobie kolorową koszulę i strasznie zatłuszczoną czarną atłasową kamizelę, bez krawata, cała zaś, twarz jego była jakby wylana olejem, niby kłódka rdzewiejąca. Za ladą znajdował się chłopak lat czternastu; był też drugi chłopiec młodszy, który podawał, gdy czego żądano. Stały kwaszone ogórki, czarne suchary i ryby pokrajane w dzwonka, wszystko to miało fatalny odór. Było duszno, tak że trudno było wytrzymać, a wszystko do takiego stopnia tchnęło spirytusem, że już, zdaje się, od samego tego zapachu można było w pięć minut stać się pijanym.


Bywają pewne spotkania, nawet z zupełnie nam nieznanymi ludźmi, którymi zaczynamy się interesować od pierwszego wejrzenia, jakoś nagle, raptownie, zanim jeszcze powiemy słowo. Takie wrażenie wywarł właśnie na Raskolnikowie ów gość, siedzący opodal i wyglądający na dymisjonowanego urzędnika. Młodzieniec kilkakrotnie potem wspominał to pierwsze wrażenie i nawet przypisywał je przeczuciu. Bezustannie spoglądał on na urzędnika, naturalnie i z tej przyczyny, iż tamten patrzał uparcie na niego i widać było, że chciał był zacząć z nim gawędę. Na pozostałych zaś, będących w szynku, nie wyłączając gospodarza, urzędnik spoglądał obojętnie i nawet wzrokiem znudzonym, a zarazem z odcieniem pewnego poczucia wyższości, pewnej pogardy, jak gdyby na ludzi niżej położonych społecznie, z którymi nie warto było gadać. Był to człowiek lat pięćdziesięciu z górą, średniego wzrostu, silnej budowy, szpakowaty, z dużą łysiną, z nalaną od ciągłego pijaństwa, żółtą, a nawet zielonkawą twarzą i z podpuchniętymi powiekami; z głębi połyskiwały drobniutkie, jak szparki, ale żywe czerwone oczka. Ale było w nim coś bardzo dziwnego; w jego wzroku widniało nawet jakby zachwycenie — może nawet był i rozum i sens — ale zarazem błyszczał także nierozsądek. Ubrany był w stary, zupełnie podarty czarny frak z oberwanymi guzami, jeden z nich tylko trzymał się jakoś i na niego zapinał się, widocznie pragnąc być w zgodzie z przyzwoitością. Z pod nankinowej kamizelki wyglądał gors koszuli, cały zmięty, zbrukany i zlany wódką. Twarz była wygolona po urzędniczym, ale już dawno, tak że już gęsto zaczęła występować różnobarwna szczecina. Ale i w ruchach jego było coś solidnie urzędniczego. Był jednak bardzo niespokojny, targał sobie włosy i podpierał niekiedy, w strapieniu, obiema rękoma głowę, stawiając przedarte łokcie na zalanym i lepkim stole. Na koniec spojrzał wprost na Raskolnikowa i głośno i wyraźnie wyrzekł:

— Czy mogę do pana dobrodzieja zwrócić się z przyzwoitą rozmową? Gdyż lubo nie w znacznym stanie, atoli doświadczenie moje odróżnia w panu człowieka wykształconego i do napitku nienawykłego. Sam zawsze ceniłem wykształcenie, połączone z serdecznymi uczuciami, a krom tego jestem radcą honorowym. Marmeladow — moje nazwisko; radca honorowy. Śmiem spytać, czyś pan służył?

— Nie, uczę się… — odparł zagadnięty — po części zdziwiony i niezwykłym biblijnym tonem mowy i tem, że tak wprost, natrętnie, zwrócono się do niego. Pomimo, że tak niedawno pragnął jakiego bądź towarzystwa, lecz zaraz przy pierwszym istotnie do niego zwróconemu słowie, dotknęło go nagle zwykłe przykre i drażniące uczucie wstrętu do każdej obcej twarzy, dotykającej się lub chcącej się dotknąć jego osoby.

— Student tedy, lub były student! — zawołał urzędnik — tak sobie właśnie myślałem! Doświadczenie, panie dobrodzieju, niejednokrotnie doświadczenie! — i na znak pochwały przytknął palec do czoła. — Był pan studentem, albo przechodził pan szkołę uczoną. Pozwoli pan… — Wstał, zatoczył się, porwał swoją flaszkę, i przysiadł się do młodzieńca, trochę doń ukosem. Był już podchmielony, ale mówił kwieciście i ostro, rzadko tylko miejscami jąkając się nieco i wałkując gawędę. Z niejaką nawet chciwością narzucił się Raskolnikowi, jak gdyby już z miesiąc z nikim nie mówił.

— Panie dobrodzieju — zaczął prawie uroczyście — bieda nie grzech, to fakt. Wiem ja, że pijaństwo nie cnota, to też właśnie tem bardziej. Nędza jednak, panie dobrodzieju, nędza — grzech; w biedzie zachowujemy jeszcze szlachetność uczuć przyrodzonych, w nędzy zaś nikt i nigdy. Za nędzę nawet nie kijem wyganiają, ale miotłą wymiatają z kompani ludzkiej, żeby jak najdotkliwiej ubliżyć; i sprawiedliwie, gdyż w nędzy ja sam pierwszy gotów jestem ubliżać sam sobie. Stąd pije się! Panie dobrodzieju, miesiąc temu moją małżonkę zbił pan Lebieziatnikow, a moja małżonka nie to, co ja! Pojmuje pan? Pozwól się pan jeszcze zapytać, tak tylko, z prostej ciekawości: czyś pan nocował kiedy na Newie na gabarach z sianem?

— Nie, nie zdarzało mi się — odparł Raskolnikow. — Cóż to jest takiego?

— Otóż to właśnie ja stamtąd, i to po piątej nocy…

Napełnił lampkę, wypił, i zamyślił się. Istotnie na jego ubraniu i we włosach gdzieniegdzie widniały źdźbła siana. Bardzo prawdopodobne było, że już przez pięć nocy nie rozbierał się i nie mył. Zwłaszcza ręce były brudne, tłuste, czerwone, z czarnymi paznokciami.

Jego rozmowa zwróciła, zdaje się, ogólną lubo leniwą uwagę. Malcy za ladą jęli chichotać. Gospodarz, zdaje się, umyślnie zszedł z górnej izby, żeby posłuchać „zabawnika“ i usiadł opodal, leniwie, ale poważnie ziewając. Oczywiście, Marmeladow był tu znany od dawna. A i skłonność do biblijnego stylu musiał znać zdobyć wskutek przyzwyczajenia do częstych gawęd szynkownianych z różnymi nieznajomymi. Przyzwyczajenie to staje się u niektórych pijaków potrzebą, zwłaszcza zaś u tych, z którymi w domu obchodzą się surowo i którymi pomiatają. Dlatego też w pijącej kompani starają się oni zawsze jakby o pozyskanie otuchy, a jeżeli się uda, to i szacunku.

— Baj baju! — głośno przemówił gospodarz. — A dlaczego nie pracujesz! Dlaczego nie służysz, kiedyś urzędnik.

— Dlaczego nie służę, panie dobrodzieju, podchwycił Marmeladow, zwracając się wyłącznie do Raskolnikowa, jak gdyby on mu zadał to pytanie — dlaczego nie służę? A czyliż serce moje nie znosi mąk, że pełzam, jak gadzina. Skoro pan Lebieziatnikow, miesiąc temu, małżonkę moją zbił własnoręcznie, ja zaś leżałem pijaniuteńki, to czyżem nie cierpiał. Pozwól, młodzieńcze, czy ci się nie zdarzało… hm… oto na przykład beznadziejnie prosić kogo o pożyczkę.

— Zdarzało się… to jest, jak to beznadziejnie?

— No niby beznadziejnie zupełnie, to jest, wiedząc zawczasu, że nic z tego nie będzie. Więc wiesz pan, dajmy na to, z góry i doskonale, że ten człowiek, ten obywatel prawomyślniejszy i najpożyteczniejszy, za nic nie da panu pieniędzy, gdyż, pytam, poco miałby dać? Wszak wie, że mu nie oddam. Z litości? Ależ pan Lebieziatnikow, idąc za owym prądem, tłumaczył nie tak dawno, że litość w naszych czasach zabroniona jest nawet przez naukę i że tak nawet dzieje się w Anglii, gdzie istnieje ekonomia polityczna. Dlaczegóż, pytam, miałby dać? I oto, wiedząc z góry, że nie da, ruszasz pan w drogę i…

— Dlaczegóż mam ruszać? — spytał Raskolnikow.

— No, bo niema do kogo, bo niema już gdzie iść. A przecie potrzeba, żeby każdy człowiek miał pójść choćby gdziekolwiek. Bywa bowiem taka chwila, że chciałoby się pójść, bądź co bądź, gdziekolwiek, byle tylko pójść! Gdy moja córka jedynaczka poszła za żółtym biletem, i ja wtedy także poszedłem… (gdyż córka moja mieszka za żółtym biletem) — dodał nawiasem, z pewnym niepokojem patrząc na młodzieńca. — To nic, panie dobrodzieju, to nic! — pospieszył dodać, uspokojony widocznie, a chłopcy za ladą parsknęli śmiechem i uśmiechnął się nawet sam gospodarz. — To nic! Tem kiwaniem głów ja się nie zrażam, albowiem wszystkim wiadomo, wszystko i wszystko tajne staje się jawne, i nie z pogardą, lecz z poddaniem raczej stosuję się do tego. Niech tam, niech! „Oto człowiek!“ Pozwól, młodzieńcze; czy możesz, ale nie… wyrażę się jaśniej i dokładniej: nie czy pan możesz, lecz czy się ośmielisz, patrząc ma mnie w tej chwili, twierdzić stanowczo, że nie jestem świnią?

Młodzieniec nie odpowiedział ani słowa.

— Otóż — ciągnął mówca poważnie i nawet z wymuszoną tym razem godnością, przeczekawszy nowe chichoty w izbie. Otóż, niechże ja sobie będę świnią, ale ona — dama! Ja jestem stworzony na obraz bydlęcia, ale Katarzyna, małżonka moja, osoba wykształcona i urodzona córka sztabs-oficera. Niech tam, niech ja sobie będę podlecem, ale ona — to niewiasta i podniosłego serca i pełna uczuć, wychowaniem uszlachetnionych. A jednak… o gdybyż zlitowała się nade mną. Panie dobrodzieju, panie dobrodzieju, wszak każdy człowiek powinien mieć bodaj jedno miejsce, gdzie by się nad nim zlitowano! Ale małżonka moja, lubo dama wspaniałomyślna, atoli niesprawiedliwa… A chociaż ja sam pojmuję, że gdy ona targa mnie za włosy, to targa mnie jeśli tylko z żalu serdecznego (gdyż, powtarzam bez wstydu, ona mi targa włosy, młodzieńcze, potwierdził z pyszną godnością, usłyszawszy nowe śmiechy w izbie) lecz, Boże, cóżby jej szkodziło, choćby raz… Ale nie! Nie! Wszystko to na próżno i nie ma o czym mówić! Na próżno!… nieraz już bowiem było to pożądane i już nie jeden raz litowano się nade mną, ale… taki to już mój los, ja zaś z natury jestem bydlakiem!

— Oj, racja! — mruknął gospodarz.

Marmeladow uderzył pięścią w stół ze stanowczością.

— Taki mój los! Czy pan wiesz, czy pan wiesz, dobrodzieju mój, że ja jej pończochy nawet przepiłem? Nie trzewiki, gdyż toby choć jako tako przypominało zwykły porządek rzeczy, ale pończochy, pończochy jej przepiłem!… Kaftanik z koziego puchu także jej przepiłem, jej własny, dawny, nie mój; mieszkamy zaś w zimnym kącie i ona tej zimy przeziębiła się i zaczęła kaszleć, krwią nawet. A małych dzieci mamy troje i Katarzyna krwawo pracuje od rana do nocy, pierze i dzieci obmywa, do czystości bowiem od dzieciństwa przyzwyczajona, a piersi ma słabe i skłonne do suchot. O, ja to czuję! Mamże nie czuć tego? I im więcej piję, tem bardziej czuję. Dlatego właśnie piję, że w tem piciu szukam współczucia i czucia… Piję, bo pragnę ciężko cierpieć! — I jakby w rozpaczy spuścił głowę na stół.

— Młodzieńcze — ciągnął dalej, unosząc znowu głowę do góry — na pańskiej twarzy widać jakby troskę. Gdyś pan tu wszedł, wyczytałem ją zaraz i dlatego niezwłocznie zwróciłem się do pana. Komunikując panu bowiem dzieje mojego życia, nie na hańbę chcę siebie wystawić przed tymi nierobami, którzy i tak wiedzą o wszystkim, a raczej szukam człowieka uczuciowego z edukacją. Dowiedzże się pan, iż małżonka moja kształciła się w szlacheckim instytucie gubernialnym i przy wyjściu tańczyła z szalem wobec gubernatora i wobec innych osób, za co też złoty medal i list pochwalny miała zaszczyt otrzymać. Medal… no, co do medalu, tośmy go już dawno… sprzedali… hm… ale pochwała do dziś dnia leży u niej w kufrze i jeszcze niedawno pokazywała ją gospodyni. A lubo z gospodynią kłócą się nieustannie, ale korciło ją pochwalić się bodaj przed kimkolwiek i opowiedzieć o szczęśliwych minionych chwilach. Ja nie potępiam, nie potępiam, gdyż to ostatnie, to cała pozostałość jej wspomnień, a wszystko inne poszło w niwecz! Tak, ta dama gorąca, dumna i nieugięta podłogę myje sama i zadawalania się razowcem, ale nie da sobie w kaszę dmuchać. Dlatego też i panu Lebieziatnikowowi nie chciała darować jego ordynarności, a gdy pan Lebieziatnikow zbił ją za to, to nie tyle z pobicia poszła do łóżka, ile z ambicji. Wziąłem ją już, jako wdowę z trojgiem dzieci, jedno mniejsze od drugiego. Wyszła za pierwszego męża, za oficera piechoty, wyszła z miłości; i uciekła z nim z domu rodzicielskiego. Męża kochała nadzwyczaj, ale wziął się do kart, poszedł pod sąd i tak mu się zmarło. Bijał ją on pod koniec; a ona, lubo mu nie ustępowała, o czym wiadomo mi jest dokładnie i z dokumentów, atoli dotąd wspomina go ze łzami i mnie nim usta wyciera, i ja kontent jestem, kontent, albowiem chociaż w wyobrażaniu bodaj niech sobie będzie szczęśliwa… I została po nim z trojgiem maleńkich dziatek w powiecie dalekim i zezwierzęconym, gdzie i ja byłem naonczas, i została w takiej nędzy beznadziejnej, że ja choć już dużo widziałem na świecie różnych różności, tego opisać się nie podejmuję… Cała zaś rodzina opuściła ją…


A była dumna, zanadto dumna… Wtedy to, panie dobrodzieju, wtedy ja, także wdowiec, i z pierwszej żony czternastoletnią córkę mający, rękę jej swoją ofiarowałem, albowiem nie mogłem patrzeć na takie cierpienia. Możesz pan stąd wnosić, do jakiego stopnia nieszczęście jej dochodziło, skoro ona, z edukacją, ze znanego rodu, z wychowaniem, zgodziła się wyjść za mnie. Ale wyszła! Płacząc i jęcząc i ręce załamując — wyszła! Albowiem nie miała się gdzie podziać. Czy pan pojmujesz, pojmujesz pan, panie dobrodzieju, co to znaczy, gdy się już nie ma gdzie podziać? Nie! Tego pan jeszcze nie pojmujesz… I przez cały rok ja wypełniałem swoje obowiązki uczciwie i święcie i nie dotykałem się tego (wskazał palcem na flaszkę), albowiem ja mam uczucie. Atoli i tem nie mogłem jej dogodzić, a i posadę straciłem, i nie z własnej winy, ale wskutek zmiany etatów, i wtedy… dotknąłem się!… Będzie już temu z półtora roku, jakeśmy się znaleźli nareszcie, po wędrówkach i niezliczonych troskach, w tej wspaniałej i ozdobionej licznymi pomnikami stolicy. I tu dostałem posadę… Dostałem i znowu straciłem. Pojmujesz pan? Tym razem straciłem ją z własnej winy, gdyż kres mój już przyszedł… Mieszkamy zaś teraz w kącie u gospodyni Amilji Lippewechsel, a z czego żyjemy i czym płacimy — nie wiem. Toć i inni żyją… Sodoma… najobrzydliwsza… hm… tak… A tymczasem podrosła i córka moja, z pierwszego małżeństwa, a co wycierpiała ta córeczka moja od swej macochy, podrastając, o tym zamilczę. Albowiem, lubo pani Katarzyna pełna jest uczuć wspaniałomyślnych, atoli dama to gorąca i prędka, więc i oberwie… Bywało… Tak! Ale niema o czym gadać! Edukacji, jak pan możesz sobie wyobrazić, Zosia nie odebrała żadnej. Próbowałem, co prawda, przed czterema laty, przechodzić z nią geografię i historię, ale że sam nie byłem nazbyt pewny siebie w tej mierze, a i podręczników nie było dobrych, albowiem jakeśmy tylko mieli książki… hm! no ale teraz już ich niema… i tak się skończyła edukacja. Stanęliśmy na Cyrusie Perskim. Następnie, doszedłszy do wieku dojrzałego, przeczytała kilka książek romansowej treści, a niedawno nawet, z poręki pana Lebieziatnikowa pewną książkę, Fizjologię Louisa — znasz ją pan? — czytała z wielką ciekawością i nawet niektóre kawałki nam głośno odczytywała: oto jej cała oświata. A teraz zwrócę się do pana dobrodzieja, sam od siebie, z pytaniem prywatnemu: wiele może, zdaniem pana, biedna ale uczciwa dziewczyna zarobić uczciwą pracą?… Piętnastu kopiejek na dobę, dobrodzieju, nie zarobi, jeżeli uczciwa i nie ma talentów nadzwyczajnych, i to np. jeśli pracuje bez wytchnienia. Ale i tak nawet taki pan Klopstok, radca stanu — nie znasz go pan? — nie tylko pieniędzy za uszycie pół tuzina koszul do tego czasu nie oddał, lecz nawet z urazą wypędził ją, tupiąc nogami i nazywając bezczelną, pod pozorem niby, że kołnierzyki miały być uszyte nie według miary i krzywo. A tu dzieciaki głodne… A tu pani Katarzyna, załamując ręce chodzi po izbie, a czerwone plamy występują na jej policzkach — co w owej chorobie zawsze bywa: „Darmozjadzko jedna! Mieszkasz u nas, jesz, pijesz i z ciepła korzystasz“, a co ona tam je i pije, kiedy dzieciaki po trzy dni kromki chleba nie widzą! A ja leżałem wtedy… bo i cóż! leżałem pijaniusieńki, i słyszę, mówi Zosia (milcząca bo ona i głosik ma taki cieniutki… blondyneczka, twarzyczka blada, szczupła) mówi: „Ach czyż mam się puścić na taką?…“ A już pewna aktorka, kobieta zła i w policji niejednokrotnie notowana, już ze trzy razy wywiadywała się przez gospodynię. „A cóż, odpowiada moja małżonka na przekór — jest co pielęgnować? Jaki mi skarb!“ Ale nie obwiniaj jej pan, nie, nie, panie dobrodzieju, nie obwiniaj pan! Nie było to powiedziane ze zdrowego rozsądku, ale ze wzburzenia wewnętrznego, więcej dlatego, ażeby dokuczyć, jak pchnąć na złą drogę… Albowiem moja małżonka to już niewiasta takiego charakteru, że, jak rozbeczą się dzieci, to — choćby z głodu — zaraz je bić zaczyna. I widzę raz, tak jakoś o szóstej popołudniu, Zosieczka wstała, włożyła chustkę na głowę, burnusik i wybiegła z mieszkania, zaś o dziewiątej była już z powrotem. Wróciła i idzie prosto do żony i kładzie na stole trzydzieści papierków. I ani słowa przy tym nie rzekła, choćby spojrzała, wzięła tylko naszą wielką bajową zieloną chustkę (mamy taką ogólną płachtę bajową), nakryła się nią całkiem z głową i padła na łóżko, twarzą do ściany, tylko plecy i całe ciałko drgało jej co chwila…


Ja zaś, jak dawniej, ciągle leżałem w takim stanie… I widziałem wtedy, młodzieńcze, widziałem, jak moja żona, także nie mówiąc ani słowa, zbliżyła się do pościółki Zosinej i przez cały wieczór klęczała przy jej nogach, i całowała jej nożynki i wstać nie chciała, a potem obie zasnęły tak razem, w objęciach… obie… obie… tak… a ja… leżałem pijaniusieńki.

Marmeladow zamilkł, jak gdyby mu głos odmówił posłuszeństwa.

Potem nagle i raptownie nalał sobie wódki, wypił i chrząknął.

— Odtąd, mój dobrodzieju — ciągnął po chwili milczenia — odtąd, dzięki pewnou przypadkowi i doniesieniom złych ludzi, gdyż owa faktorka, jakoby za brak należytego szacunku dla siebie najwięcej intrygowała, — odtąd moja córka Zofia, zmuszoną była wziąć bilet żółty i już wskutek tych samych powodów nie mogła z nami dłużej pozostawać. Albowiem i gospodyni, pani Amalia, nie chciała na to pozwolić (a sama przedtem dopomagała faktorce) a i pan Lebieziatnikow… hm… Właśnie o Zosię poróżnił on się z moją małżonką. Z początku sam do niej się zabierał, ale potem nabrał ambicji: „Jak to — powiada — ja taki oświecony człowiek mam żyć w jednym mieszkaniu z taką tam?“ A Katarzyna nie wytrzymała, ujęła się… i nastąpił wybuch… I odwiedza nas Zosia teraz tylko o zmierzchu i pomaga mojej małżonce i środków do życia dostarcza… Mieszka zaś na stancji u krawca Kapernaumowa, a ten Kapernaumow kuleje i sepleni i cała jego liczna rodzina także sepleni. I żonę nawet też ma sepleniącą… Mieszczą się w jednej izbie, a Zosia ma kąt oddzielny za przepierzeniem.. Hm.. tak.. ludzie bardzo biedni a niezaradni… Tylko oto wstałem wonczas z rana, wciągnąłem na się łachmany, podniosłem ręce do nieba i poszedłem do pana generała. Znasz go pan? Nie? O to pan nie znasz najlepszego z ludzi!.. To wosk… wosk… na obraz Boży niby wosk roztapia się!… Pan generał aż łzy miał w oczach, wysłuchawszy wszystkiego. „No — powiada — Marmeladow, raz już zawiodłeś moje oczekiwania… Biorę cię jeszcze raz na swoją osobistą odpowiedzialność“ — tak mówił — „pamiętaj, pamiętaj!“ Ucałowałem jego stopy, w myśli, albowiem nigdyby na to nie pozwolił, jako dygnitarz i mąż nowych państwowych i oświeconych zasad; wróciłem do domu, a gdym powiedział, że znowu zaliczono mnie w poczet urzędników, Boże, co to było…

Marmeladow znów się zatrzymał w silnym wzruszeniu. W tej chwili weszła z ulicy cała partia pijaków, już i tak pijanych, i dały się słyszeć przy wejściu dźwięki wynajętej katarynki i dziecięcy, piskliwy siedmioletni głosik, śpiewający Chateczkę. Zaczęło być gwarno. Gospodarz i służba zajęli się gośćmi. Marmeladow, nie zwracając uwagi na przybyłych, ciągnął swoje opowiadanie. Zdawało się, że już bardzo osłabł, ale im bardziej był podchmielony, tem chętniej prawił. Wspomnienia o niedawnym powodzeniu na służbie jak gdyby dodały mu życia i nawet odbiły się na jego twarzy pewnym blaskiem. Raskolnikow słuchał z uwagą.

— Było to tymu, panie dobrodzieju, z pięć tygodni… Tak… Jak się tedy dowiedziały obydwie, małżonka moja i Zosia, Boże, dostałem się niby do raju. Leżę, bywało jak bydlę, nic, tylko wymysły! A dziś: chodzą na paluszkach, uciszają dziatwę: „Ojciec zmęczył się w biurze, odpoczywa, tss!“ Przed biurem dają mi kawę, gotują śmietankę! Prawdziwą śmietankę, kupowały, uważasz pan dobrodziej! A skąd się zdobyły na nowe umundurowanie dla mnie, zawszeć to jedenaście rubli z połową, nie rozumiem? Buty, mankiety perkalowe — przepyszne, wice-mundur, wszystko za jedenaście z połową nabyły w najwytworniejszym stanie. Gdym po raz pierwszy wrócił na obiad z biura, patrzę, a tu pani Katarzyna stawia przede mną dwie potrawy, zupę, panie, pekeflajsz z chrzanem, panie, pojęcia się o tym dawniej nie miało. Sukien nie ma wcale, ale to wcale żadnych, a tu, panie, jakby gdzie szła w gościnę, przybrana i to nie byle jak, mości dobrodzieju; z niczego umie zrobić coś: to się przyczesze, jakiś tam, panie, czyściutki kołnierzyk, narękawki, i zupełnie inna osoba, odmłodniała, wypiękniała, aż miło! Zosia, moja gołąbka, dostarczała tylko funduszów, sama zaś, powiada, mnie teraz u państwa bywać nie wypada, chybaby o zmierzchu, żeby nikt nie widział. Uważa pan dobrodziej? Czy pan uważa? Przyszedłem przespać się po obiedzie, i, co pan powie, małżonka moja nie wytrzymała. Jeszcze przed tygodniem wykłóciły się z panią gospodynią ząb za ząb, a dziś zaprosiła ją na kawę. Siedziały przez dwie godziny i gaworzyły po cichutku: „Mąż teraz urzęduje i pensję dostaje, chodził sam do generała, a pan generał sam wyszedł, innym czekać kazał, a jego wziął za rękę i przy wszystkich zaprowadził go do swego gabinetu“. Uważa pan dobrodziej? „Ja, powiada, naturalnie pamiętam pańskie zasługi, a chociaż pan postępowałeś sobie trochę lekkomyślnie, ale że pan teraz przyrzeka, no a wreszcie bez pana źle nam tu było, (uważasz pan!) to ufam powiada, teraz pańskiemu słowu“ — wszystko, powiadam panu memu, wzięła i wymyśliła sobie i to nie przez lekkomyślność, nie tylko dla pochwalenia się przed tamtą. Gdzie zaś, ona sama w to wierzy, sama siebie pociesza własnymi słowami, dalibóg! I ja jej nie dziwię się wcale; bynajmniej!… Gdy zaś, przed sześciu dniami, przyniosłem jej pierwszą moją pensję w całości, dwadzieścia trzy ruble czterdzieści kopiejek, nazwała mnie zacuchną. „Ach ty mój zacuchną!“ powiada. I to sam na sam, panie, pojmuje pan dobrodziej? No a przecie nie ma się czym we mnie zachwycać: bo zresztą jaki mąż ze mnie!… A jednak, uszczypnęła mnie w policzek: „Moje ty śliczności!“ powiada.

Marmeladow zatrzymał się, chciał się uśmiechnąć, lecz nagle podbródek mu zaczął skakać. Zapanował jednak nad sobą. Ten szynk, ten obraz rozpusty, pięć nocy na gabarach z sianem i wódką, a zarazem ta chorobliwa miłość dla żony i rodziny — wszystko to źle usposabiało słuchacza. To też Raskolnikow słuchał z naprężeniem, doznając jednak arcyprzykrego uczucia. Zły był na siebie, że tu przyszedł.

— Panie dobrodzieju, panie dobrodzieju! — zawołał Marmeladow, wstrząsając się znowu — o mój drogi panie, panu się to wszystko śmieszne wydaje, jak i innym, i nudzę pana tylko opowiadaniem o tych wszystkich mizernych szczegółach mojego domowego życia, ale dla mnie to nie śmieszne! Albowiem ja wszystko to mogę odczuwać… I w ciągu tego rajskiego dnia mojego życia i całego owego wieczoru, ja sam roiłem sobie błogo, cudnie: jak to ja wszystko urządzę i dzieciaki przystroję i jej dam odpoczynek, i córkę moją z drogi hańby nawrócę na łono rodziny… Czego bom nie roił!… To mi przecie wolno, panie mój. Otóż, mości dobrodzieju (Marmeladow nagle jak gdyby zadrżał, podniósł głowę i uważnie spojrzał w oczy słuchacza) otóż, nazajutrz, po tych wszystkich marzeniach (to jest będzie temu akurat pięć dni) na wieczór, ja chytrym podstępem, niby lis podły, zdobyłem klucz od żoninego kufra, wyjąłem wszystko co się z pensji zostało, wiele tam było nie pamiętam, i oto patrzcie na mnie, wszyscy! Piąty dzień z domu, a tam mnie szukają i już po urzędowaniu, i wice-mundur leży przy moście Egipskim, w zamian za który dano mi oto to odzienie — i wszystko przepadło!…

Marmeladow uderzył się pięścią w czoło, zacisnął zęby, przymknął oczy i silnie oparł się łokciem o stół. Lecz po chwili twarz mu się nagle zmieniła, spojrzał na Raskolnikowa z jakąś zmyśloną chytrością i nienaturalnym natręctwem, roześmiał się i wyrzekł:


— A dziś byłem u Zosi, chodziłem prosić na otrzeźwienie… ha, ha, ha!

— Czyżby dała? — zawołał ktoś z przybyłych, zawołał i zaśmiał się na całe gardło.

— A oto właśnie tę samą flaszkę za jej pieniążka kupiłem — wymówił Marmeladow, zwracając się wyłącznie do Raskolnikowa. — Trzydzieści kopiejek wyniosła, własnoręcznie, ostatnie, jakie tylko miała, samem widział… Nic nie rzekła, tylko w milczeniu popatrzała na mnie… Tak nie na ziemi… lecz tam… dbają o ludzi, troszczą się, płaczą, lecz nie winują! A to więcej boli, więcej dolega, gdy nie winują!… Trzydzieści kopiejek… tak… A przecie i ona ich teraz potrzebuje, co? Jak pan myślisz, drogi panie? Wszak teraz ona musi dbać o czystość. A to kosztuje, ta czystość wyszukana, pojmuje pan? To kupić pomadki trzeba, to, panie, spódniczki krochmalone, bucik taki figlarny, panie, żeby to nóżkę pokazać, przechodząc przez kałużę w czasie deszczu. Pojmujesz pan, panie dobrodzieju, co to jest ta czystość? I oto ja, rodzony ojciec, ściągnąłem jej owe trzydzieści kopiejek na otrzeźwienie! I piję! Już przepiłem!… No i któż polituje się nad takim, jak ja, któż? Żałujesz mnie pan teraz, czy nie? Mówże pan, czy żałujesz, ha, ha, ha!

Chciał nalać, ale już nic nie było. Flaszka była pusta.

— Za co cię tam żałować? — krzyknął gospodarz, stanąwszy znowu przy nich.

Dał się słyszeć śmiech, a nawet wymysły. Śmieli się i wymyślali słuchający i niesłuchający, tak, patrząc tylko na figurę byłego urzędnika.

— Żałować! Za co mnie żałować! — zaskamlał nagle Marmeladow, wstając z wyciągniętą naprzód ręką, w stanowczym natchnieniu, jak gdyby tylko czekał na te słowa. — Za co mnie żałować? Mnie ukrzyżować trzeba, przybić do krzyża, a nie żałować. Ah przybij, sędzio, przybij, ale, przybiwszy, żałuj. I wtedy sam przyjdę do ciebie na przybicie, albowiem nie wesołości szukam, lecz smutków i łez!… Czy ty sądzisz, kupcze, że ten sznaps twój poszedł mi na zdrowie? Goryczy, smutków szukałem jego na dnie flaszki, smutków i łez, i znalazłem je; a pożałuje nas Ten, który wszystkich pożałował i który wszystkich i wszystko ogarnął, On Jedyny, On Sędzia! Przyjdzie w on czas i zapyta: „Gdzie córa, co dla złej macochy — suchotnicy i dla dzieci maleńkich, cudzych dzieci się poświęciła? Gdzie córa, co ojca swego, zbytecznego pijanicę, nie lękając się jego zezwierzęcenia, pożałowała?“ I rzeknie: „Przybywaj! Przebaczyłem ci raz… Raz ci przebaczyłem… Odpuszczam ci i teraz twe mnogie winy, albowiem ukochałaś wiele…“ I przebaczy mojej Zosi, przebaczy, o, ja wiem, że przebaczy… Jam to przeczuł dawniej, kiedym był u niej, w moimu sercu! I wszystkich osądzi i przebaczy, i dobrych i złych, i najmędrszych i głupich… A gdy już skończy ze wszystkim, wtedy zawoła i do nas: „Przybądźcie i wy! Przybądźcie, pijani, słabi, nędzni!“ I my pójdziemy, bez wstydu, i staniemy. A On zawoła: „Świnie jesteście! Na obraz i podobieństwa zwierza; atoli przybądźcie i wy!“ I oburzą się najmędrsi i oburzą się mądrzy. „Panie! Dlaczego ich przyjmujesz?“ A on odrzecze: „Dlatego ich przyjmuję, najmędrsi, dlatego ich przyjmuję, rozumni, że żaden z nich nie uważał się za godnego tej łaski“… I poda nam swoje dłonie i my upadniem… i zapłaczym… i pojmiemy wszystko! Wtedy wszystko pojmiemy! i wszyscy zrozumieją… I moja małżonka zrozumie… Panie! Bądź Królestwo Twoje!

Opadł na ławkę, wyczerpany i znużony, nie patrząc na nikogo, jakby zapomniał o otoczeniu, w głębokiej zadumie. Jego słowa zrobiły pewne wrażenie; na chwilę wszyscy zamilkli, ale wkrótce dały się słyszeć nowe śmiechy i wymysły.

— Skombinował!

— Załgał się!

— Urzędnik!


— Chodźmy stąd, drogi panie — rzekł nagle Marmeladow, podnosząc głowę i zwracając się do Raskolnikowa — odprowadź mnie pan… Dom Kozela w podwórzu… Czas już… do Katarzyny…

Raskolnikow miał już dawno chęć odejść; pomóc zaś jemu, sam nawet zamyślał. Marmeladow, jak się okazało, słabszy był w nogach, niż w języku, i silnie wsparł się na ramieniu młodzieńca. Mieli przed sobą dwieście do trzystu kroków. Strapienie i trwoga coraz bardziej przejmowały pijaka w miarę zbliżania się do domu.

— Ja nie Katarzyny się lękam — mruczał we wzruszeniu — i nie tego, że mnie rwać zacznie za włosy! Co mi tam włosy! Głupstwo, powiadam! Lepiej nawet, że mi je potarga… nie tego się boję… ja… jej wzroku się boję… tak… wzroku… Czerwonych plam na twarzy także się boję… i jeszcze — jej oddechu się boję… Czyś pan widział, jak oddychają tacy chorzy… przy wzruszeniu? I płaczu dziatwy także się boję… Albowiem, jeśli Zosia nie nakarmiła, to nie wiem, za co!… Nie wiem!… A kułaków nie boję się… Dowiedz się, pan dobrodziej, że takie kułaki to mi nawet przyjemność robią… i wcale nie bolą… Albowiem ja nawet nie mógłbym się bez nich obejść… Tem lepiej… Niech zbije, duszę zbawi… tem lepiej… Otóż i dom… Dom Kozela, ślusarza bogatego Niemca… Prowadź pan!

Weszli z podwórza na trzecie piętro. Schody, im dalej, tem były ciemniejsze. Była już prawie jedenasta, a chociaż o tym czasie w Petersburgu niema prawie nocy, ale na szczycie schodów było bardzo ciemno.

Malutkie zakopcone drzwi u szczytu schodów, na samej górze, stały otworem. Ogarek oświetlał nędzną izbę, mającą z dziesięć kroków długości; Widać ją było całą z sieni. Wszystko tam było porozrzucane i w nieładzie, szczególniej zaś rozmaite szmaty dziecinne. Przez tylny kąt izby przyciągnięte było podarte prześcieradło. Za nim widocznie mieściło się łóżko. W samym zaś pokoju były jedynie dwa krzesła i ceratowa kanapa, strasznie poszarpana, przed którą stał stary kuchenny stół sosnowy, niemalowany i niczym niekryty. Na brzegu stołu stał dogorywający ogarek łojówki w żelaznym lichtarzu. Widocznie Marmeladow musiał mieszkać w oddzielnym pokoju, a nie w kącie, ale pokój jego był przechodni. Drzwi do dalszych pokojów, a raczej klatek, na które podzielone było mieszkanie Amalii Lippewechsel, były otwarte. Szumno tam było i gwarno. Śmiano się. Zdaje się, że grano w karty i popijano herbatę. Dolatywały nieraz wyrazy najbezceremonjalniejsze.

Raskolnikow od razu poznał panią Katarzynę. Była to strasznie wychudła kobieta, cienka, dość wysoka i zgrabna, z pięknymi dotąd jeszcze ciemnoblond włosami i z twarzą istotnie plamisto-czerwoną. Chodziła ona tam i na powrót po swej niewielkiej izbie, z rękami na piersiach, ze spalonemu ustami i oddychała nierówno, urywanie. Oczy jej błyszczały, jak w gorączce, ale wzrok był ostry, i nieruchomy, i chorobliwe wrażenie robiła ta twarz wzruszona, suchotnicza, przy dogasającemu świetle ogarka, które drgało na jej policzkach. Raskolnikowowi wydała się kobietą lat trzydziestu i w istocie nie była odpowiednią dla Marmoladowa… Wchodzących nie widziała i nie spostrzegła; zdawało się, że była w jakiemuś zapomnieniu, głucha i martwa. W izbie było duszno, ale okna nie otworzyła; ze schodów szedł zaduch, ale drzwi na schody były niezamknięte; z wewnętrznych pokojów przez otwarte drzwi wpadały kłęby dymu z tytoniu, ona kasłała, ale drzwi nie zamknęła. Najmniejsza dziewczynka, najwyżej sześcioletnia, spała na podłodze, jakoś siedząc, kucnąwszy i wsparłszy główkę o kanapę. Chłopczyk, o rok starszy, drżał w kącie i płakał. Widocznie wybito go przed chwilą. Starsza dziewczynka, dziewięcioletnia, wysoka i cienka, jak szczapa, w jednej lichej podartej koszulinie i w narzuconym na gołe plecy starym bajowym burnusik, który uszyto dla niej pewnie przed dwoma laty, nie sięgał jej bowiem nawet do kolan, stała w kącie przy braciszku, wziąwszy go za szyję swą długą, wyschłą, jak zapałka, ręką. Chciała go, snąć, utulić, szeptała mu coś, uspakajała najrozmaiciej, ażeby tylko znowu nie zaczął płakać, i zarazem z trwogą spoglądała na matkę swymi ogromnymi ciemnymi oczyma, które wydawały się jeszcze większe na jej wychudłej i wystraszonej twarzyczce. Marmelado, nie wchodząc do pokoju, ukląkł w samych drzwiach, a Raskolnikowa wepchnął naprzód. Kobieta, ujrzawszy obcego, niedbale stanęła przed nim, ocknąwszy się na chwilę, jak gdyby namyślając się: po co on przeszedł? Ale widać pomyślała sobie zaraz, że on idzie do dalszych pokojów, ich bowiem izba była przechodnia. Tak pomyślawszy sobie i nie zwracając już nań wcale uwagi, poszła ku drzwiom, wiodącym do sieni, ażeby je zamknąć i nagle krzyknęła, ujrzawszy na progu klęczącego męża.

— A! — wrzasnęła z gniewem — wróciłeś, łotrze! nędzniku! Gdzie pieniądze? Co masz w kieszeni, pokaż! I ubranie inne! Gdzie masz swoje? Gdzie pieniądze! Mówże!…

I zaczęła go rewidować. Marmelado z całą pokorą i posłuszeństwem rozsunął obydwie ręce, ażeby ułatwić tym sposobem przeszukiwanie kieszeni. Pieniędzy nie było ani grosza.

— Gdzie pieniądze? — wołała — o Boże, miał żeby w istocie wszystko przepić? Wszak w kufrze zostało dwanaście rubli!… I nagle, rozwścieczona, porwała go za włosy i wciągnęła do izby. Marmelado sam ułatwiał jej wysiłki, bez oporu pełzając za nią na klęczkach.

— To mnie cieszy! To mnie cieszy, panie dobrodzieju, — wołał, targany za włosy, raz nawet uderzając głową o podłogę. Dziecko, śpiące na podłodze, przebudziło się i zaczęło płakać. Chłopczyk w kącie nie wytrzymał, zadrżał, krzyknął i przytulił się do siostry w okropnej trwodze, prawie w omdleniu. Najstarsza dziewczynka trzęsła się, jak listek jesienny.

— Przepił! Wszystko, wszystko przepił! — wołała w rozpaczy biedna kobieta — i ubranie inne! Głodne! (i załamując ręce, wskazywała na dzieci). O przeklęte życie! A pan, pan, czy się nie wstydzisz! — wpadła raptem na Raskolnikowa — z szynku! Czy i ty z nim piłeś? I ty! i ty piłeś! Precz stąd!

Młodzieniec wyszedł skwapliwie, nie mówiąc ani słowa. Przy tym, drzwi wewnętrzne otwarły się nakoścież i wyjrzało z nich kilku ciekawych. Wyciągały się czelnie śmiejące się głowy w jarmułkach — z papierosami i fajkami. Widać było postacie w szlafrokach lub w zupełnym negliżu, w letnich do nieprzyzwoitości kostiumach, niektórzy z kartami w rękach. Najzabawniej śmieli się wtedy, gdy Marmelado, targany za włosy, krzyczał, że to go cieszy. Zaczęli nawet wchodzić do izby, nareszcie, dał się słyszeć pisk złowieszczy: to sama Amalia Lippewechsel przedzierała się naprzód, żeby zarządzić po swojemu i po raz setny nastraszyć biedną kobietę urągliwym rozkazem, ażeby jutro zaraz wyprowadziła się z mieszkania. Wychodząc, Raskolnikow zdążył wsunąć rękę do kieszeni, ujął ile się dało miedziaków, które mu dano przy zmianie rubla w szynku i nieznacznie położył je na oknie. Potem już na schodach namyślił się i chciał powrócić.

„Także! Głupstwo zrobiłem, pomyślał, oni mają Zosię, a mnie samemu potrzeba“. Ale doszedłszy do przekonania, liże cofnąć już niepodobna i że tak, czy owak, nużby ich nie odebrał, machnął ręką i udał się do swego mieszkania.

„Zosia przecie także potrzebuje pomady, mówił dalej, idąc przez ulicę i uśmiechnął się złośliwie: to kosztowna czystość… Hm! A może Zosia sama dziś zbankrutuje, toć to także ryzyko, łowy na grubego zwierza, na Kalifornię… a więc jutro mogliby wszyscy bez moich pieniędzy palce lizać… Ależ bo i ta Zosia!… To sobie studnię znaleźli! No, no! I czerpią z niej! Czerpią! Przyzwyczaili się! Popłakali i przywykli! Podły człowiek do wszystkiego przywyknie!“.

Zamyślił się.

— No, a jeślim skłamał — zawołał nagle mimowolni — jeżeli istotnie nie podły człowiek, a cały w ogóle, caluteczki ród ludzki… więc, to znaczy, że reszta to nic, tylko przesądy, nic tylko strachy na lachy, niema żadnych krańców, i tak być właśnie powinno!

Rozdział III

Nazajutrz obudził się już późno, po niespokojnej nocy, ale go sen nie pokrzepił. Obudził się zły, zirytowany, rozdrażniony i z nienawiścią spojrzał na swoją komórkę. Była to malenieczka klatka, około sześciu kroków długości, wyglądająca jak najnędzniej ze swymi żółtymi, zakurzonymi i wszędzie odstającymi od ścian tapetami, i tak niska, że byle mężczyzna większego wzrostu co chwila musiał się lękać, ażeby nie stuknąć głową o sufit… Meble były zastosowane do miejsca: trzy stare krzesła nieco kulawe, stół malowany w kącie, a na nim kilka kajetów i książek; już z samego ich zakurzenia można było wnosić, że dawno nikt się ich nie dotykał; i nareszcie niekształtna duża sofa, zajmująca niemal całą ścianę i połowę szerokości całego pokoju, ongi obita perkalem, dziś cała w łachmanach. Było to łóżko Raskolnikowa, często sypiał on na nim tak, jak był, nierozegrany, bez prześcieradła, przykrywając się starem, zniszczonemu paltem studencikiem i z jedną poduszeczką pod głową, pod którą podkładał wszystko, co było, z bielizny, czystą i brudną, żeby podwyższyć wezgłowie; przed sofą stał mały stoliczek.

Trudno było bardziej się opuścić i zaniedbać, lecz dla Raskolnikowa było to nawet przyjemne w obecnym stanie jego ducha. Zerwał najzupełniej ze wszystkimi, usunął się, jak żółw do swej skorupy, i nawet twarz kobiety, która miała mu usługiwać i od czasu do czasu zaglądała do jego pokoju, wzbudzała w nim wstręt i wybuchy gniewu.

Zdarza się to u pewnego typu majaków, którzy zanadto przejęli się czymkolwiek. Jego gospodyni już od dwóch tygodni przestała mu wydawać jedzenie, a on nie pomyślał jeszcze do tego czasu o tym, żeby się z nią ugodzić, chociaż siedział bez obiadu. Anastazja, kucharka i jedyna sługa gospodyni, rada była po części z takiego usposobienia lokatora i zupełnie przestała u niego sprzątać i zamiatać; i niekiedy tylko raz na tydzień brała miotłę od niechcenia. Właśnie go teraz obudziła.

— Wstawaj pan, czego pan śpisz? — zawołała nad nim — już po dziewiątej, przyniosłam herbatę. Chcesz pan herbatki? Wygłodziłeś się, niebożę?

Lokator otworzył oczy, wstrząsnął się i poznał Natkę.

— Co to? herbata? Od gospodyni? — zapytał zwolna, z osłabieniem podnosząc się na sofie.

— Gdzie tam od gospodyni!

Postawiła przed nim swój własny nadpęknięty czajnik, z zagotowaną już herbatą i położyła dwa żółte kawałki cukru.

— Masz tu, Nastusiu, przynieś mi bułkę — rzekł, poszukawszy w kieszeni (spał bowiem w ubraniu) i wyciągnąwszy garstkę miedziaków. — A weź także u rzeźnika jakiej kiełbasy, byle nie drogiej.

— Bułkę przyniosę zaraz, ale czy zamiast kiełbasy nie lepszy byłby kapuśniak? Mam dobry kapuśniak, wczorajszy. Jeszcze wczoraj zostawiłam dla pana, ale pan późno przyszedł. Dobry kapuśniak.

Gdy zupa została przyniesiona i zabrał się do jedzenia, Natka usiadła przy nim na sofie i jęła gawędzić. Była to prosta baba ze wsi, okrutnie gadatliwa.

— Pani chce skarżyć pana na policję — rzekła.

On zmarszczył się ponuro.

— W policji, za co?

— Pieniędzy pan nie płaci, a mieszka pan. Wiadomo za co!

— E! tego tylko jeszcze brakowało — wyszeptał, zgrzytnąwszy zębami — nie, to mi teraz nie na rękę… Głupia ona — dodał głośno. Zajdę do niej i pogadam.

— Głupia, może i głupia, taka ona, jak i ja, ale pan leżysz sobie, jak worek, i nic jakości od pana nie widać. Dawniej ponoć dzieci pan uczył, a dziś bez co pan nic nie robi?

— Ja i dziś robię… niechętnie, i surowo wymówił Raskolnikow.

— Co niby?

— Robotę…

— Jaką robotę?

— Myślę — poważnie odparł po chwili milczenia…

Natka aż się zatoczyła od śmiechu. Należała do rzędu śmieszek, a gdy ją rozśmieszono, śmiała się po cichu, kołysząc się i trzęsąc całymu ciałem dopóty, dopóki mogła wytrzymać.

— Może pieniędzy panek dużo wymyślił? — zdołała wymówić nareszcie.

— Bez butów nie można dzieci uczyć. A zresztą pluję na to.

— Nie pluj w studnię!

— Za dzieci miedzią płacą. Co można zrobić za kopiejki? — ciągnął z niechęcią, jakby odpowiadając na własne myśli.

— A panibyś chciał od razu mieć kapitał?

Dziwnie spojrzał na nią.

— Tak, kapitał — odparł stanowczo, po chwili milczenia.

— Zwolna, zwolna, paniczu, bo się przestraszę, wysoko sięgasz! — Po bułkę pójść, czy nie?

— Jak chcesz.

— Ale, byłabym zapomniała. List przyszedł do pana wczoraj.

— List? Do mnie? Od kogo?

— Od kogo, nie wiem. Trzy kopiejki dałam pocztylionowi, swoich własnych. Może mi pan odda.

— Ależ przynoś, kobieto, przynoś go! — zawołał Raskolnikow wzruszony.

Za chwilę zjawił się list: od matki, z guberni R. Aż pobladł, biorąc go do ręki. Dawno już nie odbierał listów; ale teraz coś jeszcze innego ścisnęło mu serce.

— Nastusiu, odejdź, proszę cię; masz swoje trzy kopiejki, tylko na litość boską, odejdź!

List drżał mu w rękach, nie chciał go rozpieczętowywać przy niej i chciał zostać z nim sam na sam. Gdy Natka wyszła, szybko podniósł go do ust i pocałował; potem długo jeszcze wpatrywał się w niego (od tak dawna już nie otrzymał listu!) ale inne względy wstrzymywały go od otwarcia koperty w obecności obcej osoby.

Zaledwie też dziewczyna wyszła, przycisnął list do ust i długą chwilę wpatrywał się w ukochane trochę ukośne pismo matki.

Długi czas nie mógł się odważyć na otwarcie listu, jak gdyby się go obawiał. — Były to tylko dwie gęsto zapisane stronice.

„Kochany mój synu! — przeczytał wreszcie — już osiem tygodni upłynęło od czasu, kiedy ostatni raz do Ciebie pisałam. Nie gniewaj się jednak, kochany Rodziu, za to na swoją matkę, której jesteś najdroższą nadzieją, bo zwierzaj mi, że nie mogłam inaczej. Wiesz przecież najlepiej, jak ja i Dunia Cię kochamy, jesteś bowiem dla nas wszystkimu, naszą jedyną nadzieją, wyłącznym przedmiotem naszych snów! — Co za męczarnie sprawia mi wiadomość, że musiałeś studia swe przerwać jedynie z tego powodu, że pieniądze, które otrzymywałeś za lekcje prywatne, zaledwie mogły ci wystarczyć na jakie takie utrzymanie! — ale pomyśl sam, czy ja mogłam Ci coś posłać z moich biednych 120 rubli pensji? Przed czterema miesiącami posłałam Ci wprawdzie piętnaście rubli, ale to była niestety pożyczka od kupca Waszruszyna, który, chociaż serdeczny przyjaciel Twego ś. p. ojca, nie pożyczył mi inaczej, jak pod zastaw mej pensji. — Musiałam przeto czekać aż do spłacenia tych piętnastu rubli. Teraz jednak spodziewam się, że będę Ci coś mogła posłać.

„U Zduni bowiem zmieniło się niejedno od ostatniego Twego listu do mnie. Na twe pytanie jak się jej powodzi u Świdrygajłowych, nie mogłam Ci dać odpowiedzi, znam Cię bowiem dobrze i wiem, że gdybyś się dowiedział, że siostra Twa jest przez obcych poniżona i dręczona, przyszedłbyś do domu choćby i pieszo! Sama byłam zrozpaczona, lecz cóż mogłam poradzić? Dunia wzięła bowiem przy objęciu posady w poczet swej płacy 100 rubli zaliczki, które w ratach miesięcznych są jej ściągane, a to właśnie było trudnością nie do zwalczenia w całej tej sprawie. — Potrzebowałeś przecie wówczas koniecznie sześćdziesięciu rubli, a niestety w żaden inny sposób dostać ich nie mogłyśmy. — Następstwem tego było, że przez cały rok musiała pozostać u Świdrygajłowych. Pisałyśmy ci wówczas wprawdzie, że Dunia zaoszczędziła sobie tę kwotę, jednak nie było to prawdą, ale jest to najlepszym dowodem, jak Cię Dunia kocha, bo, zwierzaj mi, u Świdrygajłowych rozkoszy wcale nie zaznała!! Połóż jednak mam Ci to wszystko detalicznie opisywać? Toby Cię tylko niepotrzebnie bolało i podniecało, tym bardziej, że już stosunki szczęśliwie się inaczej ułożyły. Wszystkie te cierpkie przejścia na jakie Dunia u tych ludzi była narażona, puszczamy w niepamięć, bo Dunia jest już teraz, kochany Rodziu, narzeczoną. A już o to nie gniewaj się, że bez poradzenia się Ciebie przyjęła radcę dworu Piotra Piotrowicza Dłużyna, gdyż porostu nie można było tak długo zwlekać, ażby Twego zdania można było zasięgnąć. Łużyn jest bowiem krewnym Świdrygajłowych i to Ci wytłumaczy, jak pani Marta Piotrowna Świdrygajłowa całą sprawę omotała i zaaranżowała. — Łużyn ma bardzo wiele interesów i właśnie teraz ma przed sobą podróż do Petersburga, to też, — rzecz zupełnie naturalna, — każda minuta jest mi droga. Jest to człowiek w całymu tego słowa znaczeniu solidny, zajmuje dwa urzędy i ładny kapitalik sobie uskładał. Ma lat pięćdziesiąt jeden i jest wcale przystojny, wprawdzie nieco rubaszny i szorstki, ale może nam tylko się tak zdaje. Gdy Łużyn — co prawdopodobnie wkrótce nastąpi — zejdzie się z Tobą w Petersburgu, nie wyrabiaj sobie o nim za prędkiego albo też złego sądu. Chcąc sobie wyrobić zdanie o człowieku musi się bardzo uważnie poczynać, bo inaczej następuje albo rozczarowanie, albo nawet krzywdzi się drugiego. Mogę Ci tylko powiedzieć, że Łużyn wedle mego mniemania zasługuje pod każdym względem na szacunek. Uprzedził nas, że jest nieprzyjacielem wszelkich przesądów, liczy się chętnie z nowymi kierunkami, jednak niełatwo z raz zajętego stanowiska da się sprowadzić. Mówił wówczas wiele, z czego wnioskuję, że nie jest wolny od próżności i lubi mówić; Dunia sądzi jednak, że chociaż nie posiada gruntownego wykształcenia, to jednak jest człowiekiem rozsądnym i dobrym. Ty, oczywiście, znasz Dunię, wiesz, jaka ona jest roztropna i jak silny ma charakter. Wiele może znieść i nawet w najostateczniejszych razach umie znaleźć tyle siły ducha, że się niczym nie da pokonać.

„Mnie nawet nie doniosła o wszystkimu, żeby mnie nie zaniepokoić, a przecie często korespondowałyśmy ze sobą. Epilog nastąpił niespodziewanie.

„Pani Marta niechcący podsłuchała męża w chwili, gdy błagał Dunieczkę w ogrodzie, a, zrozumiawszy wszystko naodwrót, całą winę zwaliła na nią, sądząc, że ona właśnie jest przyczyną złego. — Wynikła stąd pomiędzy niemi w ogrodzie okropna scena: pani Marta nawet uderzyła Dunię, nie chciała o niczym słyszeć, krzycząc przez całą godzinę, aż nareszcie kazała Dunię zaraz odwieść do mnie, do miasta, na zwyczajnej chłopskiej furze, na którą wrzucono wszystkie jej rzeczy, bieliznę, ubranie, słowem wszystko, jak było: niepowiązane i nieułożone. Wtem, zaczął padać ulewny deszcz, a Dunia, znieważona i zniesławiona musiała jechać z chłopem siedemnaście wiorst drogi, na otwartym wozie. Pomyśl teraz, co mogła do Ciebie pisać, w odpowiedzi na twój list, otrzymany dwa miesiące temu. O czym miałam pisać? — Sama byłam w niepewności; prawdy ci napisać nie śmiałam, gdyż mógłbyś z tego względu być bardzo nieszczęśliwy, przygnębiony i smutny, nawet nie wiem, co byś uczynić był w stanie? Jeszcze byś siebie samego zgubił, a przy tym i Dunieczka mi wzbroniła; pisać zaś list o niczym lub o głupstwach, gdy w sercu tak wielki smutek, tego nie mogłam uczynić. Przez cały miesiąc po mieście słychać było plotki o tej historii, a nawet już do tego przyszło, żeśmy do kościoła nie mogły chodzić z Dunią, tak pogardliwie na nas patrzano i szeptano, a byli nawet tacy, co i na głos przy nas o tym mówili. Wszyscy znajomi porzucili nas, wszyscy przestali się kłaniać, a ja dowiedziałam się nadto, że subiekci handlowi i niektórzy kanceliści zażartowali sobie z nas nikczemnie, wymazali bowiem dziegciem bramę naszego domu, wskutek czego gospodarz zażądał, abyśmy się wyniosły z mieszkania. A wszystkimu temu winna była pani Marta, która zdążyła oskarżyć i zmieszać z błotem Dunię we wszystkich domach. Nic dziwnego, ma ona tu bowiem masę znajomych, i w tym miesiącu co chwila przyjeżdżała do miasta, a ponieważ jest bardzo gadatliwa i lubi opowiadać o swych familijnych interesach, a w szczególności skarżyć się na swojego męża wszystkim i każdemu, co jest rzeczą wcale niedobrą, przeto rozniosła całą historię w krótkim czasie nie tylko po mieście, ale i po powiecie. — Ja zasłabłam, ale Dunieczka była o wiele silniejsza. Ach, gdybyś widział, jak ona wszystko znosiła, pocieszając i dodając mnie otuchy! — To anioł opiekuńczy! Ale z łaski Bożej męki nasze zostały ukrócone; pan Świdrygajłow rozmyślił się i pewnie przez współczucie dla Zduni, przedstawił samej pani zupełne i widoczne dowody kompletnej niewinności Dunieczki, a mianowicie list, jaki Dunia jeszcze przedtem, nim sama pani zastała ich w ogrodzie, zmuszona była napisać i wręczyć mu, ażeby zapobiec osobistym rozmowom i potajemnym schadzkom, do jakich on ją usilnie nakłaniał, a który przy wyjeździe Dunieczki pozostał w rękach pana Świdrygajłowa.

W tym liście, najszczegółowiej, z niewypowiedzianemu zgorszeniem wytykała jego nieuczciwy postępek względem żony, przedstawiała mu, że jest ojcem, człowiekiem familijnym i w końcu pisała, że to jest niegodziwe z jego strony męczyć i czynić nieszczęśliwą bezbronną dziewczynę. Jednym słowem, drogi Rodziu, list ten tak był uczciwie napisany, tak wzruszająco, że czytając go zalewałam się gorzkimi łzami i do dziś trudno mi go czytać bez płaczu. Na usprawiedliwienie Zduni wpłynęło nadto świadectwo sług, które widziały i wiedziały o wiele więcej, aniżeli przypuszczał sam pan Świdrygajłow. — Pani Marta była, jak sama się przyznawała, rażona tem i „ponownie zabita“, ale za to zupełnie przekonała się o niewinności Zduni; zaraz nazajutrz w niedzielę przyjechawszy wprost do soboru, na kolanach i ze łzami w oczach błagała Wszechmocnego, by dał jej moc znieść tę nową próbę i wypełnić swój obowiązek. — Następnie wprost z soboru, nie wstępując nigdzie przyjechała do nas, opowiedziała nam wszystko, gorzko płakała i, obejmując Dunię, prosiła ją o przebaczenie. Tego samego dnia, wprost od nas poszła do wszystkich domów po mieście i wszędzie w najlepszych wyrazach dla Zduni, wylewając łzy, przedstawiała jej niewinność i szlachetność jej uczuć i postępowania. Nie dość tego, wszystkim pokazywała i czytała na głos własnoręczny list Dunieczki do pana Świdrygajłowa, a nawet pozwalała przepisywać go na pamiątkę (co zdaje się było zbyteczne). Tym sposobem musiała kilka dni z rzędu objeżdżać wszystkich w mieście, gdyż pominięci byliby się poobrażali. Urządzone były kolejki, tak, że w każdym domu czekano swojej, a wszyscy wiedzieli, że tego i tego dnia pani Marta będzie tam i tam czytać ten list, a na każde czytanie zbierali się nawet ci, którzy list już po kilka razy słyszeli zarówno u siebie, jak i u znajomych po porządku.

„Moim zdaniem, wiele w tem, bardzo wiele było zbytecznego; ale pani Marta ma już taki charakter. — Przynajmniej w zupełności wskrzesiła dobrą sławę Zduni, i cała nikczemność tej sprawy spadła hańbą na jej męża, jako na głównego winowajcę, tak że aż mi go żal: zbyt surowo postąpiono z tym narwańcem. Dunia zaraz otrzymała kilka ofert na dawanie lekcji, ale odmówiła. W ogóle wszyscy naraz zaczęli się zwracać ku niej ze szczególnym szacunkiem. Wszystko to przyczyniło się również najbardziej do niespodzianego wypadku, wobec którego zmienia się obecnie całe nasze położenie. Dowiedz się więc, mój drogi Rodziu, że Dunia ma starającego i że zdążyła już odpowiedzieć mu przychylnie, o czym też spieszę cię zawiadomić. A lubo stało się to bez naradzenia z tobą, to pewno nie będziesz miał pretensji ani do mnie ani do siostry, ponieważ sam zobaczysz, z tej całej sprawy, że czekać i odkładać aż do otrzymania od ciebie odpisu, było niepodobieństwem. Wreszcie sam nie mógłbyś nic stanowczego o tym powiedzieć zaocznie.

„A było to tak. On już radca dworu, pan Piotr Łużyn, i daleki kuzyn pani Świdrygajłowej, która wiele przyczyniła się do tego. Zaczął od tego, że przez nią wyraził chęć poznania się z nami, został przyjęty, jak się należy, pił kawę, a zaraz nazajutrz przysłał list, w którym bardzo grzecznie oświadczył się o rękę Zduni, prosząc o prędką i stanowczą odpowiedź. Człowiek to ruchliwy, pracowity, jedzie do Petersburga, tak że mu każda chwila jest droga. Naturalnie, nie wiedzieliśmy na razie, co począć, wszystko to bowiem stało się nadzwyczaj prędko i niespodzianie. Rozprawiałyśmy o tym; rozmyślały przez cały ten dzień. Człowiek to dobrej opinii i zamożny, służy w dwóch miejscach i ma już spory kapitalik. Co prawda, ma już około czterdziestu pięciu lat, ale powierzchowność ma dosyć przyjemną i może się jeszcze podobać kobietom, zresztą w ogóle jest bardzo poważny i przyzwoity, cokolwiek tylko ponury i jakby dumny. Ale to się tak może tylko zdaje na pierwszy rzut oka. Uprzedzam cię nawet, drogi Rodziu, że jak się zobaczysz z nim w Petersburgu, co nastąpi niebawem, to nie bądź zbyt prędki i surowy, jak to masz we zwyczaju, jeżeli ci się co w nim nie spodoba na pierwszy rzut oka. Mówię to na wszelki wypadek, choć przekonana jestem, że, widząc go, doznasz bardzo przyjemnego wrażenia. Zresztą, żeby poznać kogo, trzeba postępować z nim stopniowo i ostrożnie, ażeby się nie pomylić i nie uprzedzić, co potem bardzo jest trudne do naprawienia i wygładzenia. A pan Piotr, sądząc z wielu oznak, jest człowiekiem bardzo szanowanym. Zaraz na pierwszej wizycie, oświadczył nam, że jest stanowczy, ale pod wieloma względami, jak sam się wyraził, „podziela poglądy naszych nowszych pokoleń“ i jest wrogiem wszelkich przesądów. Mówił jeszcze więcej, ma bowiem trochę pod tym względem jakby próżności i bardzo lubi, ażeby go słuchano, to trzecie nie wada. Ja tam, oczywiście, nie wiele zrozumiałam, ale rozsądny i, zdaje się, dobry. Ty znasz przecie, Rodziu, charakter swojej siostry. Jest to dziewczyna z taktem, rozważna, cierpliwa i wspaniałomyślna, chociaż ma serce gwałtowne, co doskonale w niej poznała. Oczywiście, ani z jej, ani z jego strony niema tu wielkiej miłości, ale Dunia, nie dość, że jest panienką rozsądną, jest ona zarazem istotą szlachetną, jak anioł, i uważać będzie za swój obowiązek uczynić szczęśliwym męża, któryby ze swej strony dbał o jej szczęście, a co do tego, to, jak dotąd, nie mamy jeszcze żadnych powodów wątpić, chociaż cała rzecz stała się tak pręciutko. Przy tym, jest to człowiek bardzo dobrze wychowany i oczywiście sam zobaczy, że jego szczęście małżeńskie tem będzie trwalsze, im Dunia będzie z nim szczęśliwsza. A co się tyczy jakichś tam nierówności w charakterze, jakichś starych przyzwyczajeń, a nawet pewnych różnic w poglądach (czego niepodobna uniknąć nawet w najszczęśliwszych stadłach), to co do tego, Dunia sama mi powiedziała, że rachuje na siebie; że niema się czego obawiać i że ona może dużo znieść, pod warunkiem, żeby dalsze stosunki były uczciwe i sprawiedliwe. On i mnie, na przykład, z początku wydał się trochę szorstki, ale to właśnie może być następstwem jego szczerości, otwartości i bezwątpienia, tak jest.


Na przykład, podczas drugiej wizyty już po przyjęciu go wyraził się w rozmowie, że już i dawniej, nie znając Zduni, postanowił wziąć panienkę uczciwą, ale bez posagu i bezwarunkowo taką, która już dużo wycierpiała biedy, albowiem, jak objaśnił, mąż nigdy nie powinien nic zawdzięczać żonie, a lepiej jest zawsze, ażeby żona widziała w mężu swego dobroczyńcę. Winnam dodać, że się wyraził oględniej i delikatniej, niż ja napisałem, ale już zapomniała, jak się właściwie wyrażał, a pamiętam samą tylko myśl, a przy tym wypowiedział to bez żadnego celu, ot tak z rozmowy, tak, że nawet potem starał się złagodzić wrażenie i poprawić się: mnie jednak w każdym razie wydało się to jakoś nieprzystojnemu i powiedziałam o tym Zduni. Ale Dunia z urazą nawet odparła mi, że „słowa, to jeszcze nie uczynek“ i ma oczywiście słuszność. Przed zdecydowaniem się, Dunieczka nie spała całą noc, a sądząc, że ja już śpię, wstała z łóżka i przez całą noc chodziła tam i z powrotem po pokoju; nareszcie uklękła i długo i gorąco modliła się przed obrazem, a nazajutrz oznajmiła mi, że się zdecydowała.


Wspomniałam ci już, że pan Piotr wyjeżdża do Petersburga. Ma on tam ogromne sprawy i zamierza otworzyć w Petersburgu publiczne biuro porad prawnych. Oddawana już jest on adwokatem spraw najprzeróżniejszych i w tych dniach wygrał pewien znaczny proces. W Petersburgu ma podobno przeprowadzić jakąś sprawę w senacie. Tym sposobem, drogi Rodziu, on i tobie nawet może być bardzo pomocny we wszystkimu; my z Dunią uradziłyśmy, że Ty zaraz z miejsca mógłbyś rozpocząć swoją przyszłą karierę i uważać swój los za zupełnie wyjaśniony. O gdybyż to mogło nastąpić! Byłoby to tak doskonale, że wszystko można by było wziąć za wyraźną łaskę Najwyższego. Dunia myśli tylko o tym. Jak już zaryzykowały napomnieć coś o tym panu Piotrowi. Wyraził się na to ostrożnie i powiedział, że oczywiście, ponieważ trudno mu obejść się bez sekretarza, to lepiej przecie płacić pensję kuzynowi, niż obcemu, jeżeli tylko okaże zdolności do pracy (także! Ty byś nie miał okazać się zdolnym!) ale wyraził zaraz wątpliwość, czy Twoje zajęcia uniwersyteckie zostawią ci dość czasu do zajmowania się u niego. Na teraz na tem się skończyło, ale Dunia o niczym innym odtąd nie myśli. Znajduje się ona po prostu już od paru dni jakby w gorączce i zbudowała już nawet cały szereg dalszych projektów, jak to Ty będziesz towarzyszem i nawet wspólnikiem pana Piotra w jego sprawach sądowych, tym bardziej, że sam jesteś na wydziale prawnym.

„Ja, Rodziu, we wszystkim się z nią zgadzam i podzielam całkiem jej plany i nadzieje, widząc w nich zupełne prawdopodobieństwo; nie bacząc na teraźniejszą, bardzo wytłumaczoną obojętność pana Piotra (dlatego, że on Cię jeszcze nie zna), Dunia jest jak najpewniejsza, że osiągnie wszystko swoją dobrocią względem przyszłego małżonka. Naturalnie, wystrzegałyśmy się choć w czymkolwiek zdradzić przed panam Piotrem dalsze nasze zamiary, zwłaszcza zaś co do tego, żebyś był jego przyszłym wspólnikiem. Jest to człowiek stanowczy i gotów byłby to przyjąć bardzo oschle, wszystko bowiem uważałby tylko za złudzenie. Prócz tego ani ja, ani Dunia, nawet pół słowa nie mówiłyśmy z nim o stałej naszej nadziei, że on pomoże nam wspierać Cię pieniędzmi, dopóki nie skończysz uniwersytetu; dlategośmy nic nie mówiły, gdyż po pierwsze samo przez się da się to zrobić w przyszłości, i on na pewno, bez niczego, sam zaproponuje (czyż bo takiej drobnostki miałby odmówić Duni?), tym bardziej, że Ty możesz być jego prawą ręką w kantorze i będziesz otrzymywał pomoc nie tytułem dobrodziejstwa, lecz zapracowanej pensji. Tak pragnie urządzić Dunia, a ja zgadzam się z nią w zupełności. Powtórnie, dlategośmy nie mówiły o tym, że chciałam przy pierwszym spotkaniu się Twoim z tym człowiekiem, postawić Cię na równym z nim stanowisku. Kiedy Dunia mówiła mu o Tobie z uniesieniem, on odpowiedział, że każdego człowieka nasamprzód trzeba poznać samemu bliżej, zanim się o nim wyda sąd i że on sam pragnie, zaznajomiwszy się z Tobą, wyrobić sobie należytą o Tobie opinię.

„Wiesz co, mój najukochańszy syneczku, mnie się zdaje, z pewnych kombinacji (które zresztą wcale nie dotyczą pana Piotra, ale są jedynie moim, osobistym, być może babskim kaprysem staruszki), mnie się zdaję, że może lepiej zrobię, zamieszkawszy po ich ślubie osobno, tak jak teraz, a nie razem z nimi. Jestem pewna, że on będzie na tyle wdzięczny i delikatny, że sam mnie zaprosi i zaproponuje, ażebyśmy się z córką nie rozłączały, a jeśli dotąd o tym jeszcze nie mówił, to jedynie dlatego, że to samo z siebie wypływa; ale ja odmówię. Zauważyłam już nieraz w życiu, że teściowe bywają solą w oku dla zięciów, ja zaś nie tylko nie pragnę być jakimkolwiek ciężarem, ale nadto sama chcę mieć swobodę, dopóki mam choć jaki taki własny kawałek chleba i takie dzieci, jak Ty i Dunia. Jeżeli będzie można, osiedlę się w pobliżu was obojga, ponieważ, Rodziu, najprzyjemniejszą wiadomość zachowałam ma koniec listu: dowiedz się tedy, mój najdroższy, że może już bardzo niedługo znowu wszyscy spotkamy się ze sobą i uściskamy się wszyscy troje po trzyletniej nieomal rozłące! Już stanowczo zdecydowano, że ja i Dunia wyjeżdżamy do Petersburga, kiedy, jeszcze na pewno nie wiem, ale w każdym razie, bardzo prędko, może już nawet za tydzień. Wszystko zależy od rozrządzenia pana Piotra, który, jak tylko rozejrzy się po Petersburgu, da nam znać niezwłocznie. Pragnie on, dla pewnych widoków, przyspieszyć jak można najbardziej ceremonię zaślubin, i, jeżeli to będzie możliwe, wyprawić weselisko jeszcze w bieżącym karnawale, gdyby się zaś to nie udało dla krótkości terminu, to zaraz po Wielkiej nocy. O, z jakąż radością przycisnę Cię do serca! Dunia aż skacze z radości, że Ciebie zobaczy i raz nawet żartem powiedziała, że już dla tego samego wyszłaby za mąż za pana Piotra. Aniołek! Nie przypisuje się ona teraz do mego listu, ale kazała Ci napisać, że ma tak wiele z Tobą do pomówienia, tak wiele, że teraz nawet pióro odmówiłoby jej posłuszeństwa, w kilku bowiem wierszach nic się nie napisze i tylko się człowiek nairytuje; kazała natomiast serdecznie Cię uściskać i załączyć Ci pocałunków bez liku. Pomimo jednak, że zapewne wkrótce same przyjedziemy, wyślę Ci w tych dniach pieniędzy, ile tylko będę mogła. Teraz, gdy się dowiedziano, że Dunia wychodzi za mąż, mój kredyt się powiększył i wiem na pewno, że pan Atanazy zaufa mi teraz na książkę emerytalną nawet do siedemdziesięciu pięciu rubli, tak, że Ci może poślę jakie dwadzieścia pięć do trzydziestu rubli. Przysłałabym więcej, ale się lękam o nasze wydatki w podróży; chociaż pan Piotr był tak grzeczny, że przyjął na siebie pewną część wydatków w czasie naszego wyjazdu do stolicy, mianowicie sam się oświadczył, że przewiezie nasze bagaże i duży kufer (jakoś podobno przez znajomych), ale wypada nam zawsze myśleć o tym, że przyjedziemy do Petersburga, gdzie przecie nie można się pokazać bez grosza, choćby w pierwszych dniach tylko. Zresztą, obrachowałyśmy wszystko z Dunią co do joty i wypadło, że podróż niewiele pochłonie. Do drogi żelaznej mamy wszystkiego dziewięćdziesiąt wiorst i zgodziłyśmy na wszelki wypadek jednego z tutejszych wieśniaków; a potem pojedziemy sobie jak najlepiej trzecią klasą. Tak, że może dla Ciebie na pewno nie dwadzieścia pięć, a trzydzieści rubelków wyskubię. No, ale dość: dwa arkusze zapisałam do szczętu i brak mi już miejsca; bo też i wszystko, co miałam Ci donieść; ileż bo i wypadków zaszło!


A teraz, najdroższy mój Rodziu, całuję Cię serdecznie, zanim Cię sama uściskam i błogosławię, jak matka. Kochaj Dunię, Twoją siostrę, Rodziu; kochaj ją tak, jak ona Ciebie kocha, a wiedz, że ona Cię kocha bez granic, więcej, jak samą siebie. Ona, to anioł, a Ty, Rodziu, Ty jesteś dla nas wszystkim, całą naszą obroną, naszą nadzieją. Jeśli Ty będziesz szczęśliwy, i my szczęśliwe będziemy. Czy Ty się modlisz, Rodziu, jak dawniej, czy wierzysz: w dobroć Stwórcy i Zbawcy naszego? Lękam się, ażeby się do Twego serca nie wkradła ta nowa modna niewiara! Jeśli tak, to ja modlę się za Ciebie. Przypomnij sobie, mój miły, jak jeszcze za czasów Twego dzieciństwa, za życia ojca, powtarzałeś za mną modlitwy, siedząc u mnie na kolanach i jakieś my wówczas wszyscy byli szczęśliwi. Żegnam Cię, a raczej — do widzenia! Ściskam Cię serdecznie, z całego serca i całuję po tysiąc razy.


Twoja do grobu

Pulcheria Raskolnikowa“.

Prawie przez cały ciąg czytania listu twarz Raskolnikowa mokra była od łez; ale gdy skończył, twarz miał bladą, skrzywioną konwulsyjnie i ciężki, żółciowy, zły uśmiech zawitał na jego wargach. Przyłożył głowę do biednej zmęczonej poduszczyny i myślał, długo myślał. Silnie biło mu serce i silnie wzruszone były jego myśli. Nareszcie zaczęło mu być duszno i ciasno w tej żółtej komórce, podobnej do szafy czy kufra. Wzrok i myśl domagały się szerszej przestrzeni. Porwał kapelusz i wyszedł, tym razem nie lękając się spotkać kogokolwiekbądź na schodach; zapomniał o tym. Udał się w kierunku wyspy Wasilewskiej przez prospekt W — j., jakby spiesząc tam w jakiejś sprawie, lecz według swego zwyczaju, szedł nie wybierając drogi, szepcząc do siebie, a nawet rozmawiając głośno z samym sobą, co bardzo dziwiło przechodniów. Wielu z nich brało go za pijanego.

Rozdział IV

List matki zmęczył go. Ale co do najgłówniejszego, kapitalnego jego punktu, ani na chwilę nie było wątpliwości, nawet wówczas jeszcze, gdy czytał list. Najważniejsze postanowienie zapadło w jego głowie, zapadło stanowczo: „Nic z tego związku, dopóki ja żyję, precz z panem Łużynem!“

— Rzecz to bowiem oczywista — mruczał do siebie, uśmiechając się złośliwie i przesądzając zawczasu triumf swojego postanowienia. — Nie, mateńko, nie, Duniu, wy mnie nie oszukacie!… I jeszcze przepraszają, że nie prosiły mojej rady, a całą sprawę ukartowały beze mnie! Ale! Myślą, że teraz klamka zapadła: zobaczymy! A jakie wyborne tłumaczenie: „ten pan Piotr tak zapracowany, ale tak zapracowany, że się żenić inaczej nie może, jak extra-pocztą lub koleją żelazną“.

— Nie, Duniu, wszystko widzę i wiem, o czym ty tak wiele masz do pomówienia; wiem, o czym myślałaś, przez noc całą chodząc po izbie, i o co modliłaś się przed Kazańską Matką Boską, wiszącą w sypialni mamy. Ciężko wchodzić na Golgotę. Hm… Tak więc wszystko już zdecydowane: za zapracowanego i racjonalnego człowieka raczy pani wychodzić za mąż, panno Eudoksio, za mającego swój fundusz (już mającego fundusz, to brzmi bardziej przekonywająco, poważniej), mającego posadę w dwóch miejscach i podzielającego zdania naszych nowych pokoleń (jak pisze mamunia) i zdaje się dobrego, jak podaje sama Dunia, przez to zdaje się wychodzi za mąż!… Pysznie!… Wyśmienicie!…

„...Ciekawa rzecz jednak, dlaczego mamusia pisze mi o tych „nowych pokoleniach“? Czy po prostu dla charakterystyki osoby, czy też w widokach dalszych: czy nie chce mnie zjednać dla pana Łużyna? O chytra! Ciekawym byłoby także wyjaśnienie jednego punktu: do jakiego stopnia one obydwie posunęły otwartość względem siebie wzajemnie owego dnia i owej nocy i w ciągu całego następnego czasu? Czy wszystkie wyrazy wymawiały otwarcie, czy też obydwie pojęły, że i ta i tamta mają to samo w sercu i w myślach, niema więc poco wypowiadać wszystkiego głośno i zdradzać się niepotrzebnie. Zapewne, tak było po części; z listu widać: mamie wydał on się cokolwiek szorstki, a naiwna mateczka zwróciła się do Durni ze swymi uwagami. Ta zaś, oczywiście, rozgniewała się i „zbyła ją oschle“. Zapewne! któż się nie rozgniewa, skoro rzecz jest jasna bez pytań naiwnych i skoro postanowiono, że już nie ma o czym mówić! Ale bo co ona mi pisze: „Kochaj Dunię, Rodziu, bo ona kocha cię więcej, niż siebie samą“; czy ją aby wyrzuty sumienia nie dręczą samą za to, że córkę postanowiła złożyć na ofiarę dla syna. „Tyś nasza nadzieja, tyś wszystkim dla nas!“ O, mateczko!!!

Złość potęgowała się w nim coraz bardziej i gdyby spotkał teraz pana Łużyna, zabiłby go chyba!

„Hm, to prawda — ciągnął dalej — idąc za prądem myśli, krążących mu w głowie — to prawda, że „chcąc pognać człowieka, trzeba go badać zwolna, stopniowo, ostrożnie; ale pan Łużym jest jasny. Nade wszystko „człowiek czynu i zdaje się dobry“: albo to żarty, bagaże, duży kufer przewozi swoim kosztem! Czyż to nie dobroć! One zaś, narzeczona i matka, godzą się z chłopem, pojadą na wozie krytym rogożą (o! znam ja tę jazdę)! Niczego sobie! Bagatela, wiorst dziewięćdziesiąt „a potem najwygodniej przejedziemy się trzecią klasą, wiorst tysiąc“. Rozsądnie, ani słowa: tak krawiec kraje, jak mu materii staje; ale pan, pan, panie Łużyn, cóż pan na to? Toż to pańska narzeczona… Miał żebyś pan nie wiedzieć, że matka zastawia ma drogę swoją emeryturkę? Rozumiem, to wspólny wasz obrót handlowy, przedsiębiorstwo, oparte na zyskach wzajemnych i równych kosztach, więc też i wydatki po połowie; kochajmy się, jak bracia, rachujmy się, jak żydzi — słusznie mówi przysłowie. Ale i tu człowiek czynu okpił je krzynkę, bo przewóz bagaży jest tańszy od ich przejazdu, a może nic nie będzie kosztował. Miały one tego nie widzieć, a może umyślnie nie widzą? A przecie kontente, zadowolone. I pomyśleć, że to są dopiero kwiatki, owoce zaś będą później! Ale co jest wtem najważniejszego: to nie skąpstwo, nie sknerstwo, lecz najważniejszy jest ton tego wszystkiego. A wszak to przyszły ton po ślubie, proroctwo… Ale bo i matka, czego ona tak hula! Z czym przyjedzie do Petersburga? Z trzema rublami, lub dwoma „papierkami“, jak mówi ta… ta stara… hm! i z czego spodziewa się żyć potem w Petersburgu? Wszakże już z niektórych względów zdążyła się przekonać, że nie będzie mogła mieszkać z nimi po ślubie, nawet w pierwszych dniach. Zacny człowiek bąknął pewnie coś o tym, dał się poznać, choć mamusia obydwiema rękami odpędza tę myśl od siebie: „Sama, mówi, odmówię“. Co to jest, na co ona rachuje; na sto dwadzieścia pięć rubli emerytury, za odliczeniem długu na rzecz pana Atanazego? Wprawdzie dłubie ona swoje te chusteczki, haftuje narękawki, psując stare oczy. Ale przecie chusteczki dodają rocznie ledwie dwadzieścia rubli do owych stu dwudziestu pięciu — to wiem z pewnością.

— A więc tak, czy owak, łudzi się szlachetnością uczuć pana Łużyna. „Sam, powiada, zaproponuje, będzie prosił“. „A juści! Tak to zawsze bywa u tych szylerowskich pięknych dusz: do ostatniej chwili stroją człowieka w pawie piórka, do ostatniego momentu łudzą się dobrem, a nie złem; a chociaż przeczuwają odwrotną stronę medalu, za nic nie wypowiedzą przed sobą z góry ostatniego słowa; kurczą się na samą myśl; obiema rękami odpychają prawdę, do tej samej chwili, dopóki już ceniony jegomość sam im w nos finfy nie puści. Ciekawym też, czy pan Łużyn posiada ordery; gotówek się założyć, że ma Annę w dziurce od guzika i że stroi się w nią na obiady do dostawców i kupców. Może ją weźmie i na wesele! A zresztą, niech go tam diabli!…

— Przypuśćmy jednak, matka, no, Bóg z nią, taka już jest, ale Dunia?… Luba siostrzyczko, znam cię, kochanie! Wszak już dwudziesty roczek miałaś, jakieśmy się ostatni raz widzieli ze sobą? Poznałem już twój charakter! Mateczka pisze właśnie, że „Dunia dużo strawi“. Wiedziałem o tym. Przed półtrzecia rokiem wiedziałem to dobrze, iż „Dunia może dużo strawić“. Już, jeżeli pana Świdrygajłowa, ze wszystkimi następstwami, strawić może, to istotnie strawną ma naturę. A teraz wyobraziły sobie właśnie z mamusią, że można strawić i pana Łużyna, wykładającego teorię o wyższości żon, wziętych z nędzy i obdarzanych dobrodziejstwami przez mężów, i to głoszącego prawie na pierwszej wizycie. Ale przypuśćmy, że mu się to „wymknęło“, choć niby jest to człowiek racjonalny (tak że może wcale mu się nie wymknęło, lecz chciał z góry wyłożyć swoje zasady), lecz Dunia, Dunia? Wszak dla niej ten człowiek jest zrozumiały, i żyć z takim? Wszakże chleb tylko czarny jeść będzie i wodą go popijać, ale duszy swej nie sprzeda, ale swej moralnej swobody nie odda za komfort; za całe księstwo Szlezwig-Holsztyńskie nie odda, a cóż dopiero za pana Łużyna. Nie, Dunia nie była taką, gdy ją znałem, i oczywiście nie jest taką i teraz!… Co tu gadać. Kością stoją Świdrygajłowie. Ciężko za dwieście rubli włóczyć się na guwernerce po guberniach, ale wiem ja jednakże, iż siostra moja pójdzie raczej za niewolnicę do plantatora, lub za Łotysza do Kurlandczyka, zanim spodli swego ducha i uczucie moralne związkiem z człowiekiem, którego nie szanuje i z którym nic nie ma wspólnego — na wieki, dla osobistej wygody! I niechby nawet pan Łużyn był ze szczerego złota lub z najdroższego brylantu i wtedy jeszcze nie zgodzi się być prawną nałożnicą pana Łużyna! Dlaczegóż teraz się zgadza? Na czym sztuka polega? Gdzie rozwiązanie? Rzecz jasna: dla siebie, dla swego komfortu, nawet dla ocalenia siebie od śmierci, ona się nie sprzeda, ale właśnie sprzedaje się dla czegoś innego. Dla miłego, dla ukochanego człowieka! Wszystko sprzeda! O, skorzystamy z okazji i zmiażdżymy nasze uczucie moralne; swobodę, spokój, nawet sumienie, wszystko, wszystko zaniesiemy na targowisko. Przepadnij, życie! Byle tylko te nasze ukochane istoty były szczęśliwe. Nie dość tego, wymyślimy naszą własną kazuistykę, nauczymy się od jezuitów, i na czas pewien, może się nam i uda i samych siebie uspokoić, przekonać, że tak trzeba, istotnie trzeba dla dobrej sprawy. Tacy to właśnie jesteśmy, i wszystko jasne, jak dzień. Jasne, że tu nikt inny, jego Rodion, syn Romana, Raskolnikow górą, na pierwszym planie. No jakże, można mu dać szczęście, utrzymać na uniwersytecie, zrobić wspólnikiem w biurze, cały los mu zabezpieczyć; a może z czasem, zakończy swój żywot, jako bogacz, powszechnie czczony i szanowany, a może nawet i sławny! A matka? Ale tu Rodzio, najukochańsze dziecko, pierworodny synek! No jakże dla takiego beniaminka nie oddać ma ofiarę choćby takiej córeczki! O lube i niesprawiedliwe serca! Ha cóż: zdecydujemy się może i na los Zosi! Zosia, Zosia Marmeladówna, odwieczna Zosia, jak świat stary! Lecz czyście obie zmierzyły do gruntu waszą ofiarę? Czy tak? Czyż to nie przechodzi sił waszych? Czy to korzystne, rozumne? Czy wiesz, Duniu, że los Zosi nic a nic nie jest gorszy od losu z panem Łużynem? „Miłości tam być nie może“, pisze mama. A jeżeli prócz miłości, nie może być i szacunku, lecz przeciwnie, jest już wstręt, pogarda, obrzydzenie, cóż wtedy? Wynika wówczas, że znowu wypadłoby „dbać o czystość“. Czyż nie tak? Czy pojmujecie, czy rozumiecie wy, co znaczy ta czystość? Czy pojmujecie, że czystość Łużyny to zupełnie to samo, co czystość Zosi, a może nawet i gorsza, podlejsza, lichsza, u ciebie bowiem, Duniu, wszak bądź co bądź nie zbytek komfortu stanowi ambicję, lecz po prostu idzie o śmierć głodową! „Drogo, drogo kosztuje, Duniu, ta czystość!“ No, a jeśli potem sił nie stanie, rozczarujesz się? Ileż smutku, trosk, przekleństw, łez, ukrywanych przed wszystkimi, ileż ich? Wszak żeś ty nie pani Marta? A cóż z matką stanie się wtedy? Wszak ona już teraz niespokojna, trapi się; a wtedy, gdy wszystko jasno zobaczy? A ze mną?… Ach doprawdy, co też — żeście sobie o mnie pomyślały? Nie chcę ja waszej ofiary, Duniu, nie chcę, mateczko! Nic z tego, dopóki ja żyję, nic z tego, nic z tego! Nie przyjmuję!“

Ocknął się nagle i przystanął.

„Nic z tego? A cóż ty poradzisz na to? Zabronisz? A jakie masz prawo? Cóż ty przyrzec im możesz ze swej strony, ażeby mieć jakieś prawo! Cały los twój, całą przyszłość im poświęcisz, skończywszy kurs i otrzymawszy posadę? Słyszeliśmy o tym, ale to kiedyś, a dziś? A wszak to trzeba zaraz coś zrobić, czy ty to rozumiesz? A ty co teraz robisz? Obdzierasz je same. Wszak pieniądze dostają im się za fant sturublowej emerytury lub rekomendację pp. Świdrygajłowych? Od Świdrygajłowych takich, od takich pp. Atanazych czym ich obronisz? ty przyszły milionerze, Zeusie, rozporządzający ich losem? Za lat dziesięć? Ależ za dziesięć lat matka zdąży oślepnąć od haftów, a może i od łez, posty wysuszą; a siostra? No, pomyśl, co może być z siostrą za lat dziesięć, lub w ciągu tych lat dziesięciu? Domyśliłeś się?“

Tak dręczył siebie i drażnił pytaniami, jakby z upodobaniem. Wreszcie, wszystkie te pytania, były nienowe, nienagie, lecz stare, wybolałe, dawne. Od dawna go już dręczyły one, i udręczyły mu serce. Od dawna już wylęgała się w nim cała ta jego troska, wzrastała, olbrzymiała i w ostatnich czasach dojrzała i koncentrowała się, przyjąwszy kształt strasznego, dzikiego i fantastycznego pytania, które zamęczyło mu serce i rozum, domagając się uparcie odpowiedzi. Teraz zaś list matki uderzył weń, jak gromem. Jasna rzecz, iż teraz nie należało gryźć się, nie cierpieć biernie, jednymi tylko rozprawianiami o tym, że pytania nie dają się rozwiązać, a raczej zrobić coś bądź co bądź i to zaraz, jak najspieszniej. Niech, co chce, będzie, potrzeba się zdecydować, choćby na cokolwiek, albo…

„Albo wyprzeć się życia — zawołał nagle rozwścieczony — posłusznie przyjąć los taki, jaki jest, raz na zawsze i zdusić w sobie wszystko, wyparłszy się wszelkiego prawa działania, życia i miłości’!“

„Czy pan rozumie, czy rozumiesz pan, panie dobrodzieju, co znaczy, gdy się już nie ma gdzie iść?“ przyszło mu nagle na myśl wczorajsze pytanie Marmeladowa: „każdy bowiem człowiek potrzebuje pójść choćby gdziekolwiek…“

Nagle zadrżał: pewno także wczorajsza myśl znowu przebiegła mu po głowie. Ale zadrżał nie wskutek tej myśli. Wszak wiedział, przeczuwał, że ta myśl przyjdzie mu do głowy i czekał już na nią, chociaż myśl ta nie była zgoła wczorajszą. Różnica była w tem, że przed miesiącem, a nawet jeszcze wczoraj, była ona tylko marzeniem, a teraz… teraz zjawiła się nagle, nie jako marzenie, ale w formie jakiejś nowej, groźnej i obcej mu zupełnie, i nagle sam to przyznał… Stuknęło mu coś w głowie i ściemniało w oczach.

Obejrzał się pośpiesznie, szukał czegoś. Chciał usiąść i szukał ławki; przechodził właśnie przez bulwar K. Ławkę widać było nieopodal, o sto kroków. Poszedł, jak mógł, najspieszniej; ale po drodze spotkał go mały wypadek, który na kilka minut zwrócił całą jego uwagę.

Upatrując ławkę, spostrzegł przed sobą, o dwadzieścia kroków idącą kobietę, ale z początku nie zwrócił na nią żadnej uwagi, jak i na wszelkie inne przedmioty, spotykane po drodze. Nieraz mu się już zdarzyło powracać, na przykład, do domu i wcale nie pamiętać drogi, po której szedł, i przyzwyczaił się już tak chodzić. Ale w idącej kobiecie było coś tak dziwnego i od pierwszego wejrzenia coś tak rzucającego się w oczy, że powoli jego uwaga zaczęła się do niej przykuwać — z początku niechcący i jakby z niechęcią, potem zaś coraz bardziej i bardziej. Nagle zapragnął odgadnąć, co w tej kobiecie jest tak niezwykłego? Przede wszyskiem ona, zapewne dziewczyna bardzo młodziutka, szła w taki upał z gołą głową, bez parasolki i bez rękawiczek, jakoś uciesznie machając rękoma. Miała na sobie jedwabną, z lekkiej materii („z marseliny“) sukienkę, ale także jakoś dziwacznie ułożoną, nad spódnicą, rozdartą; cały kawał materii odstawał i wisiał, chwiejąc się. Mała chusteczka była narzucona na gołą szyję, ale zawiązana jakoś krzywo i na boku. Na domiar wszystkiego, dziewczyna szła krokiem niepewnym, potykając się i nawet zataczając się na wszystkie strony. To spotkanie przykuło nareszcie całą uwagę Raskolnikowa. Zetknął się z dziewczyną przy samej ławce, ale ona, doszedłszy do ławki, runęła na nią, w kąt, odrzuciła w tył głowę i zamknęła oczy — widocznie ze strasznego zmęczenia. Wpatrzywszy się w nią, Raskolnikow od razu poznał, że była zupełnie pijana. Miał przed sobą bardzo młodziutką twarzyczkę lat szesnastu, może nawet i piętnastu, ale całą w ogniu i jakby napuchniętą nieco. Dziewczynka, na pozór, mało już miała świadomości; jedną nogę założyła na drugą, przy czym wystawiła je daleko więcej, niż wypadało, i według wszelkiego prawdopodobieństwa, wcale prawie nie czuła, że się znajduje na ulicy.

Raskolnikow nie siadł i nie chciał odejść, lecz stał przed nią w zdumieniu. Ten bulwar zawsze bywał pusty, teraz zaś o godzinie drugiej i w taki upał, nie było prawie nikogo. A jednak z boku, o jakie piętnaście kroków, na brzegu bulwaru, przystanął jakiś jegomość, którymu, jak widać było ze wszystkiego, chciało się bardzo podejść do dziewczyny z jakimiś zamiarami. On także, widać, spostrzegł ją z daleka i doganiał, ale przeszkodził mu Raskolnikow. Rzucał nań gniewne spojrzenia, starając się zresztą, żeby ten ich nie dostrzegł, i niecierpliwie czekał na swoją kolej, gdy nieznośny oberwus odejdzie. Rzecz była łatwa do zrozumienia. Jegomość ten miał do trzydziestu lat, pełny, pulchny, krew z mlekiem, z różowymi ustami i wąsikami, odziany bardzo wykwintnie. Raskolnikow strasznie się rozgniewał; zachciało mu się nagle w jakikolwiek sposób zelżyć tego tłustego franta. Opuścił na chwilę dziewczynę i zbliżył się do jegomościa.

— Ej, mości Świdrygajłow! A panu czego tu potrzeba? — krzyknął, zaciskając pięści i śmiejąc się swymi spienionymi ze złości ustami.

— Co to ma znaczyć? — surowo zapytał jegomość, zmarszczywszy brwi i dumnie dziwiąc się.

— Ruszaj pan, ot co!

— Jak śmiesz, łotrze?…

I zamierzył się laską. Raskolnikow rzucił się nań z pięściami, nie bacząc na to, że tęgi jegomość mógł poradzić dwu takim, jak on. Ale w tej chwili ktoś silnie chwycił go z tyłu; pomiędzy nimi stał stójkowy.

— Panowie — rzekł — proszę się nie bić w miejscu publicznym. Czego pan chcesz? Co za jeden? — surowo ozwał się do Raskolnikowa, oglądając jego łachmany.

Raskolnikow spojrzał nań z uwagą. Była to zacna twarz żołnierska, o siwych wąsach i bokobrodach i z rozumnym wejrzeniem.

— Pana, pana chcę właśnie — zawołał — chwytając go za rękę.

— Jestem były student, Raskolnikow… To i pan możesz wiedzieć, zwrócił się do jegomościa: — a wy, mój bracie, chodźcie, coś wam pokażę…

I, wziąwszy stójkowego za rękę, pociągnął go ku ławce.

— Oto, patrzcie — zupełnie pijana — szła tylko co przez bulwar! kto ją tam wie z jakich, ale jakoś nie wygląda, żeby z rzemiosła. Najpewniej gdzie napoili i puścili na ulicę. Zobaczcie tylko, jak ma suknię podartą, spójrzcie jak włożona ta suknia: widocznie ją ubierano, a nie sama się ubierała, i to ubierały ją nieumiejętne ręce mężczyzny. To widoczne. A teraz spójrzcie tu: ten frant, z którym o mało się nie pobił, jest mi obcym, pierwszy raz go widzę: ale on ją także spostrzega na drodze, pijaną, nieświadomą tego, co robi, i strasznie chce mu się teraz podejść do niej i porwać ją — ponieważ ona w tym stanie — zawlec gdzie… Niezawodnie tak; wierzcie mi, że się nie mylę. Sam widziałem, jak śledził za nią, tylko ja mu przeszkodziłem, a teraz czeka, dopóki ja nie odejdę. Patrzcie, patrzcie — odrzekł — niby kręci sobie papierosa… Żeby też mu jej nie dać? Może byśmy ją odstawili do domu — pomyślcie tylko!

Strażnik wszystko zrozumiał i szybko ogarnął. Intencje tłustego jegomościa były rzeczywiście łatwe do zrozumienia; pozostawała dziewczyna. Służaka schylił się ku niej, aby się bliżej jej przyjrzeć, i szczere współczucie wyraziło się w rysach jego twarzy.


— Ach, jaka szkoda! — ozwał się, kiwając głową — toż to jeszcze prawie dziecko. Oszukano ją, to pewne. Panienko, panieneczko — zaczął ją wołać — gdzie panienka mieszka?

Dziewczyna otworzyła zmęczone i osowiałe oczy, błędnie spojrzała na pytających i machnęła ręką.

— Posłuchaj pan — rzekł Raskolnikow — oto (poszukał w kieszeni i wyjął dwadzieścia kopiejek; znalazły się) oto weź pan dorożkę każ ją odwieźć do domu. Żeby się tylko o jej adres dowiedzieć!

— Panienko, panieneczko? — zaczął znowu strażnik, przyjąwszy pieniądze — wezmę zaraz dorożkę dla panny i sam odwiozę. Gdzie panienka każe. A? Gdzie panna mieszka?

— Precz!… Nie zawracaj… — wyszeptała dziewczyna — i znowu machnęła ręką.

— A, pfe, to nieładnie! Ach wstyd, wstyd, panienko! — znowu pokręcił głową, wstydząc, żałując lub gniewając się. — A to zadanie! — Zwrócił się do Raskolnikowa i zarazem, niby niechcący, obejrzał go od stóp do głowy. Znać i on wydał mu się bardzo podejrzany: w takich łachmanach, a sam pieniądze wydaje!

— Czyś pan ją stąd daleko spotkał? — zapytał go.

— Toż mówię panu: szła naprzeciwko mnie, chwiejąc się, tu po bulwarze. Doszła do ławki i od razu runęła na nią.

— Ach! Cóż to za wstyd teraz na świecie, Boże Wielki! Taka smarkata i już pijana! Oszukano ją, to pewna! O, i sukienka podarta… Ach, jaka to dzisiaj rozpusta!… A może to z jakiej szlachty, zbiedniałej… Oho, dzisiaj takich wiele… Na pozór dość delikatna — istna szlachcianeczka — i znowu schylił się ku niej.

Może i on miał także córki — „szlachcianki i z delikatnych“, edukowanych z zacięciem i z ową przejętą modną kokieterią…

— Główna rzecz — zabiegał Raskolnikow — żeby temu łajdakowi jej nie dać! Taki to ją jeszcze obedrze! Od razu widać, że ma chrapkę; a łotr, nie odchodzi!

Raskolnikow mówił głośno i wprost wskazywał nań ręką. Tamten usłyszał i chciał był znowu się rozgniewać, ale dał spokój i ograniczył się jedynie do pogardliwego spojrzenia. Poczym zwolna odszedł o jakie dziesięć kroków i znowu stanął.

— Nie dać mu jej, to można — odparł podoficer w zamyśleniu. — Żeby tylko chciała powiedzieć, gdzie mieszka… Panienko, paniusiu! — schylił się znowu.

Dziewczyna nagle całkiem otworzyła oczy, spojrzała uważnie, jak gdyby coś zrozumiała, wstała z ławki i poszła na powrót w tę stronę, skąd przyszła. — Pfu, bezwstydni! Zaczepiają! — wyrzekła i znowu machnęła ręką. Poszła prędko, ale, jak poprzednio, zataczając się silnie. Frant poszedł za nią, ale drugą stroną bulwaru, nie spuszczając jej z oczu.

— Nie bój się pan, nie dam jej — stanowczo rzekł wąsacz i udał się za nimi.

— Ech, jaka dzisiaj rozpusta! — powtórzył głośno, wzdychając. W tej chwili jak gdyby coś ukłuło Raskolnikowa; zatrząsł się gorączkowo i zawołał za strażnikiem:

— Czekaj pan, hej!

Ten odwrócił się.

— Daj mi pan pokój!, Rzuć pan! Niech się zabawi (wskazał na franta). Co się panu w to wtrącać?

Strażnik nie rozumiał i wytrzeszczył oczy. Raskolnikow roześmiał się.

— E-ech! — wyszeptał służaka — machnąwszy ręką i poszedł za frantem i za dziewczyną, przyjąwszy zapewne Raskolnikowa albo za wariata, albo za co gorszego jeszcze.

„Moje dwadzieścia kopiejek porwał“ — gniewnie wyszeptał Raskolnikow, zostawszy sam. — Niechże i od tamtego także co weźmie, potem puści z nim dziewczynę i na tem się skończy… Po co ja się w to wtrącił!… Ja mam pomagać? Czyż mam prawo pomagać? A niech się połykają wzajemnie żywcem — co mnie do tego? I jak śmiałem oddać te dwadzieścia kopiejek. Czy one moje?“

Pomimo tych dziwnych słów, ciężar go opanował. Siadł na opuszczonej ławce. Chaotycznie myślał o tych sprawach. Zresztą, w tej chwili o niczym nie mógłby myśleć spokojnie. Chciałby pogrążyć się w niebyt, zapomnieć o wszystkim a potem, obudziwszy się wszystko zacząć od nowa. Biedna dziewczynka — szepnął, spojrzawszy na opustoszałe miejsce. — Ocknie się, popłacze, potem matka się dowie… Z początku zbije pięścią, potem rózgą, dotkliwie, boląco, a może i wygna ją… A nie wygna, to przewąchają takie faktorzyce i dopieroż to zacznie włóczyć się moja dziecinka, to trudy to siudy… Potem zaraz szpital (i to zawsze spotyka te, które mieszkają u najuczciwszych matek i po cichutku przed niemi figlują), a potem… potem znowu szpital… wódka… szynkownia… i znowu szpital… za jakie dwa, trzy lata kalectwo, razem życia lat dziewiętnaście albo osiemnaście wszystkiego… Czyż nie widziałem takich? A jak się kształtowały. W taki właśnie sposób, rychtyk… Tfu! Niech tam! To ponoć tak trzeba.

Toć mówią, że taki procent musi odpaść gdzieś, pewnie do diabła, ażeby pozostałych umacniać i nie przeszkadzać im. Procent! Pyszne, doprawdy, są te ich frazesy: takie uspokajające, pouczające. Powiedziano, procent, więc niema się czego trwożyć. A gdyby tak inny wyraz — wówczas może byłoby cokolwiek niespokojniej… A nuż i Dunia stanie się kiedy procentem!… Nie tym, to innym!

„Ale gdzie to ja idę? — pomyślał nagle. — Dziwna rzecz. Wszak po coś szedłem. Przeczytałem list i poszedłem… Na wyspę Wasiljewską do Razumichina szedłem, tak, tak, teraz… pamiętam. Ale poco właściwie? I jakim sposobem myśl pójścia do Razumichina strzeliła mi teraz właśnie do głowy? To szczególne!“

Dziwił się sobie. Razumichin był jednym z jego dawnych kolegów uniwersyteckich. Ciekawe, że Raskolnikow, będąc w uniwersytecie, nie miał prawie kolegów, stronił od wszystkich, nie chodził do nikogo i u siebie niechętnie przyjmował. Ani w ogólnych zebraniach, ani w rozmowach, ani w zabawach, ani w niczym nie brał udziału. Pracował gorliwie, nie szczędząc siebie i szanowano go za to, ale nikt go nie lubił. Był on bardzo biedny i jakoś pysznie dumny i nietowarzyski; jakby coś ukrywał przed ludźmi. Niektórym z kolegów zdawało się, że on patrzy na nich wszystkich, jak na dzieci, — z góry, jak gdyby ich wszystkich wyprzedził rozwojem i wiedzą i przekonaniami, i że na ich przekonania i sprawy patrzy, jak na coś niższego.

Z Razumichinem jednak zbliżył się jakoś, to jest nie tyle zbliżył się, ile żył z nim jakoś chętniej, otwarciej. Zresztą z Razumichinem nie można było żyć inaczej. Był to chłopiec niezwykle wesoły i towarzyski, dobry aż do naiwności. Zresztą, pod tą prostotą kryło się uczucie głębsze, godność. Lepsi z jego kolegów rozumieli to, wszyscy go lubili. Był on wcale niegłupi, chociaż istotnie niekiedy był prostakim. Powierzchowność miał wyrazistą — wysoki, chudy, zawsze źle wygolony, brunet, niekiedy hulał i słynął, jako siłacz. Pewnej nocy, w kompani, jednym zamachem strącił z nóg jakiegoś stróża, sążniowego draba. Pić mógł do nieskończoności, ale mógł i wcale nie pić. Razumichin tem się jeszcze odznaczał, że żadne niepowodzenia nigdy go nie martwiły i żadne niepomyślne okoliczności, jak się zdawało, nie były w stanie go zgnębić. Mógł mieszkać bodaj na dachu, znosić głód piekielny i niezwykłe zimno. Był bardzo biedny i zupełnie sam jeden, a utrzymywał się z przeróżnych przypadkowych robót. Znał całą masę źródeł, z których mógł czerpać, oczywiście, drogą zarobku. Zdarzyło się raz, że przez całą zimę nie opalał swej izdebki i twierdził, że to nawet przyjemniej, bo w zimnie lepiej się śpi. Obecnie zmuszony był także opuścić uniwersytet, ale nie na długo i wszelkimi siłami starał się poprawić warunki swego życia, ażeby móc dalej uczęszczać na wykłady. Raskolnikow nie był u niego ze cztery miesiące, a Razumichin nie wiedział nawet, gdzie on mieszka. Raz — jakoś przed dwoma miesiącami spotkali się wprawdzie ze sobą na ulicy, ale Raskolnikow odwrócił się nawet i przeszedł na drugą stronę, ażeby tamten go nie spostrzegł. A Razumichin choć go i spostrzegł, ale minął go, nie chcąc zabierać czasu przyjacielowi.

Rozdział V

„Istotnie, nie tak dawno jeszcze chciałem prosić Razumichina o dostarczenie mi jakiej roboty, jakich lekcji, lub czegoś podobnego…“ domyślał się Raskolnikow… „ale czym on teraz może mi dopomóc? Dajmy na to, że lekcje dostanie, przypuśćmy nawet, że się podzieli ostatnim groszem, tak że się uda nawet buty kupić i ubranie poprawić, żeby chodzić na lekcje… hm… No, a dalej? Co można zrobić za dyski? Czy mnie teraz tego trzeba? Doprawdy zabawne, żem poszedł do Razumichina…“

Pytanie, dlaczego szedł do Razumichina, niepokoiło go więcej, niż mógł nawet przypuszczać; z trwogą dopatrywał się jakiejś złej wróżby w tym, na pozór, najzwyczajniejszym postępku.

„Jak to? Czyliż istotnie chciałem naprawić wszystko przez jednego Razumichina? Miał że Razumichin być jedynym moim zbawcą?“ zapytywał siebie ze zdziwieniem.

Myślał i pocierał sobie czoło, gdy nagle, ni stąd ni zowąd, tak sama z siebie przyszła mu do głowy myśl arcydziwna.

— Hm „do Razumichina“ — wyszeptał nagle całkiem spokojnie, jakby w stanowczym zdecydowaniu — do Razumichina pójdę, to fakt… ale — nie teraz… Pójdę do niego nazajutrz po tamto, gdy się już tamto ukończy i gdy wszystko pójdzie nową drogą.

I nagle zatrząsł się.

„Po tamto“ — zawołał, zrywając się z ławki — „a czyż tamto będzie? Miałożby być istotnie?“

Opuścił ławkę i poszedł, prawie pobiegł; chciał zrazu zawrócić w stronę domu, ale myśl o powrocie do domu przejęła go wstrętem: tam właśnie, w kącie, w owej fatalnej szafie dojrzewało to wszystko już przeszło od miesiąca, i poszedł na oślep.

Jego drżenie nerwowe zamieniło się niebawem w gorączkę; czuł nawet omdlenie; na takim skwarze robiło mu się zimno. Jakby z wysiłkiem, jął się, prawie nieprzytomnie, dla jakiejś wewnętrznej potrzeby, wpatrywać we wszystkie napotykane przedmioty, jak gdyby szukając wymuszonej rozrywki, ale źle mu się to udawało i co chwila wpadał w zadumę. Gdy zaś znowu, drgając, podnosił głowę i oglądał się dokoła, to zaraz zapominał, o czym myślał przed chwilą, a nawet którędy przechodził. W ten sposób przeszedł całą wyspę Wasiljewską, wyszedł na Małą Newę, przebył most i skręcił na Wyspy. Zieloność i chłodek spodobały się zrazu jego znużonym oczom, przyzwyczajonym do pyłu miejskiego, do gliny i do olbrzymich, ścieśnionych i gniotących się wzajemnie domów. Tu nie było ani swędu, ani duszności, ani szynków. Ale wkrótce i te nowe, przyjemne uczucia przeszły w chorobliwe i rozdrażniające. Niekiedy stawał przed jaką umajoną willą, spoglądał za ogrodzenie, widział z oddali, na balkonach i tarasach, wystrojone damy i dziatwę, biegającą po ogrodzie. Szczególnie zajmowały go kwiaty; patrzał na nie najdłużej. Spotykał także wspaniałe powozy, jeźdźców i amazonki; odprowadzał ich wzrokiem ciekawie i zapominał o nich pierw, zanim znikli mu z oczu. Raz zatrzymał się i przeliczył swoje pieniądze: miał około trzydziestu kopiejek. „Dwadzieścia strażnikowi, trzy Natce za list, a więc Marmeladowom dałem wczoraj coś czterdzieści siedem kopiejek, czy pięćdziesiąt“, pomyślał, rozliczając, ale zapomniał wkrótce, poco pieniądze wyjął z kieszeni. Dopiero, gdy przechodził koło jakiejś traktierni, przypomniało mu się, że jest głodny. Wszedł, wypił kieliszek wódki i zjadł nadziewany czymś pierożek. Dojadał go jeszcze po drodze. Dawno już nie pił wódki, to też, chociaż wypił jeden tylko kieliszek, podziałało to nań od razu. Nogi mu nagle ociężały i poczuł niepomierną chęć snu. Zawrócił do domu, ale doszedłszy już do wyspy Piotrowskiej, stanął w zupełnym wyczerpaniu, zeszedł z drogi, upadł na trawę i natychmiast zasnął.

W stanie chorobliwym sny odznaczają się często niezwykłą jaskrawością, plastycznością i nadzwyczajnym podobieństwem do prawdy. Składa się niekiedy obraz dziwaczny, ale otoczenie i całe przedstawienie procesu noszą przy tem tyle cech prawdopodobieństwa i odznaczają się takimi subtelnymi, niespodzianymi, ale odpowiednimi do całości obrazu szczegółami, że sam śpiący nie wymyśli ich na jawie, choćby był takim artystą, jak Puszkin albo Turgienjew. Takie sny, sny chorobliwe, zwykle pamiętne bywają na długo i wywierają silny wpływ na znękany i pobudzony już organizm człowieka.

Raskolnikow miał sen straszny. Przyśniło mu się jego dzieciństwo w rodzinnym miasteczku. Ma lat siedem i przechadza się w letni dzień z ojcem swoim za miastem. Czas szarawy, dzień duszny, miejscowość zupełnie taka sama, jak ta, która ocalała w jego pamięci; nawet w jego pamięci zatarła się ona daleko więcej, aniżeli ta, którą widział teraz we śnie. Miasteczko stoi odkryte, jak na dłoni, dookoła ani krzaku; gdzieś daleko, ma samym skraju nieba, czerni się lasek: o kilka kroków od ostatniego ogrodu miejskiego stoi karczma, duża karczma, zawsze wywołująca w nim, najprzykrzejsze wrażenie, a nawet trwogę, gdy mijał ją, spacerując z ojcem. Był tam zawsze taki tłum ludzi, tak tam krzyczano, śmiano się, wymyślano, tak obrzydliwie i ochryple śpiewano i tak często się bito; dookoła karczmy kręciły się zawsze takie pijane i straszne twarze… Spotykając się z niemi, przyciskał się do ojca i drżał na całym ciele. Przed karczmą droga, gościniec wiejski, zawsze pełen pyłu, a kurz zawsze gęsty, czarny. Gościniec ciągnie się kręto i o jakie trzysta kroków na prawo okrąża cmentarz miejski. Na cmentarzu cerkiew murowana z zieloną wieżyczką, gdzie raz czy dwa razy do roku bywał z ojcem i z matką na mszy za duszę babki, która już dawno umarła, a której on nigdy nie widział. Wówczas brali ze sobą „kutię“ na białym półmisku, w serwecie, a „kutia“’ była słodka z ryżu i rodzynków, wtłoczonych w ryżu na krzyż. Lubił tę cerkiewkę i stare w niej obrazy, po większej części bez ram, i starego popa z trzęsącą się głową. Obok grobu babki, na którym leżał kamień, była mała mogiłka jego braciszka, który zmarł mając sześć miesięcy, a którego również wcale nie znał i nie mógł pamiętać: ale powiedziano mu, że miał braciszka, więc też za każdym razem, odwiedzając cmentarz, przykładnie i bogobojnie żegnał się nad mogiłką, kłaniał się jej i całował ziemię. I oto śni mu się: idą z ojcem po gościńcu ku cmentarzowi i mijają karczmę; on trzyma ojca za rękę i z trwogą ogląda się na karczmę. Niezwykła okoliczność zwraca jego uwagę: tym razem odbywa się tu jakby jakaś zabawa, tłum wystrojonych mieszczanek, bab, ich mężów i wszelkiej gawiedzi. Wszyscy pijani, wszyscy śpiewają pieśni, a przed gankiem karczmy stoi wóz, ale wóz dziwny. Jest to jeden z tych wielkich wozów, do których wprzęga się wielkie szkapy i przewozi się niemi towary i beczki z winem. Zawsze lubił patrzeć na te ogromne konie pociągowe z długimi grzywami, muskularnymi nogami, gdy szły równym stępem i ciągnęły za sobą istną górę towarów — bez żadnego wysiłku, jak gdyby, nawet z tymi wozami było im lżej iść, niż bez nich.

Ale teraz, rzecz dziwna, do takiego wielkiego wozu zaprzężono maleńką chudą, zbiedzoną, chłopską szkapę, jedną z tych, które widywał nieraz, jak mordują się z byle wysokim wozem drzewa lub siana zwłaszcza, gdy wóz ugrzęźnie w błocie lub bruździe, i przy tym tak je okrutnie, tak boleśnie biją chłopy batami, niekiedy nawet po samym pysku i po ślepiach, a jemu tak ich żal, tak przykro patrzeć na to, że omal nie płacze, a matka zawsze, bywało, odprowadza go od okna. Aż oto nagle zaczyna być gwarno: z karczmy wychodzą takie wielkie draby z krzykami, ze śpiewami, z harmoniami, pijani, jak bele, w krasnych lub niebieskich rubaszkach, z narzuconymi na plecy armiakami.

— Siadajcie, wszyscy siadajcie! — wola jeden, jeszcze młody, z taką grubą szyją i z mięsistą twarzą, jak marchew — wszystkich odwiozę, siadajcie!

Ale zaraz daje się słyszeć śmiech i wykrzykniki.

— Taki kuc ma nas zawieźć!

— Czyś przy zdrowych zmysłach, Mikołaju: taką kobyłkę zaprząc do takiego wozu?

— Ależ chudzina musi już mieć chyba ze dwadzieścia latek, moi drodzy!

— Siadajcie! Wszystkich dowiozę — woła znów Mikołajek i, pierwszy siadając na wóz, chwyta za lejce i staje, jak długi na froncie. — Gniady dawniej poszedł z Mateuszem — woła z wozu — a ta kobyłka, moi drodzy, tylko mi serce podrywa: jakbym ją, zda się, i zabił, darmo chleb żre, bestia. Mówię siadajcie! Cwałem popędzę!

I bierze do ręki biczysko, z lubością gotując się do oćwiczenia szkapy.

— Ta i siadajmy! Co tam! — śmieją się w tłumie. — Słyszycie, cwałem pojedzie!

— Ona cwałem już z dziesięć lat nie skakała.

— Poleci!

— Nie żałujcie, moi drodzy, bierz każdy bat i jazda!

— Dobra! Wal ją!

Wszyscy pakują się na wóz Mikołajka ze śmiechem i konceptami. Wpakowało się coś ze sześcioro i jeszcze można posadzić. Biorą sobie jakąś babę, tłustą i czerwoną. Świeci się ona od paciorków na piersiach, gryzie orzeszki i chichocze. Dokoła w tłumie także się śmieją, bo, oczywiście, dlaczegóżby się nie śmiać: taka oto licha klaczynka, a taki ciężar ma powieźć cwałem? Dwóch parobczaków na wozie bierze po bacie, ażeby pomagać Mikołajkowi. Daje się słyszeć: „a nu!“ szkapa szarpie z całej siły, ale nie tylko cwałem, lecz nawet stępa zaledwie może podołać, grzebie tylko nogami, kurczy się i przysiada pod ciosami trzech batów, spadających na nią, jak grad. Śmiech na wozie i w tłumie podwaja się, ale Mikołajek zły i coraz wścieklej obdarza ciosami konia, jak gdyby istotnie wierzyli w to, że popędzi cwałem.

— Puśćcie i mnie — woła z tłumu jakiś znęcony parobczak.

— Siadaj! Siadajcie wszyscy! — drze się Mikołajek — wszystkich wytrzyma. Zaćwiczę!

I łoi ją, łoi i nie wie już czym i jak bić w rozjuszeniu.

— Tatusiu! Tatusiu! — woła malec do ojca — tatusiu, co oni robią? Tatusiu, biednego konika biją!

— Chodźmy, chodźmy — odpowiada ojciec — to pijani, dokazują głupcy! Chodźmy, nie patrz!

I chce go odprowadzić, ale on mu się z rąk wyrywa i bezwiednie biegnie do konika. Ale źle już z biedaczką. Ledwie dysze, staje, znów rusza, o mało nie padnie.

— Wal ją na śmierć! — woła Mikołajek — niech się, co chce, dzieje. Zaćwiczę!

— A czy krzyża nie nosisz, człowieku! — wyrywa się głos jakiegoś starca z tłumu.

— Widziane to rzeczy, żeby taka szkapa taki ciężar wiozła — dodaje drugi.

— Zamordujesz! — odzywa się trzeci.

— Co wam do tego! Moje dobro! Co chcę, to i robię. Siadajcie jeszcze! Wszyscy siadajcie! Chcę, żeby koniecznie cwałem poszła!…

Nagle wybucha śmiech ogólny i pokrywa wszystko: szkapa nie wytrzymała coraz częstszych ciosów i w niemocy zaczęła wierzgać. Nawet stary nie wytrzymał i uśmiechnął się. Bo i w istocie; taka licha szkapa, a jeszcze wierzga.

Dwaj parobcy z tłumu zdobywają jeszcze po bacie i pędzą do szkapy ćwiczyć ją z boków. Każdy biegnie na swoją stronę.

— Po pysku ją, po ślepiach ćwiczcie, po ślepiach! — wrzeszczy Mikołajek.

— Śpiewajmy, dalej! — woła ktoś z wozu i wszyscy na wozie podchwytują. Daje się słyszeć wesoła pieśń, brzęczy bęben, w przyśpiewkach świst. Babinka gryzie orzeszki i chichocze.

…On biegnie obok konia, zabiega naprzód, widzi, jak go biją po oczach! Serce mu faluje, łzy ciekną. Jeden z bijących uderza go po twarzyczce; on nie czuje, załamuje rączyny, krzyczy, rzuca się do starca z siwą brodą, który kiwa głową i potępia to wszystko. Jakaś baba bierze go za rękę i chce porwać: ale on się wyrywa i znowu biegnie do konika. Szkapa już ostatnich sił dobywa, ale znowu zaczyna wierzgać.

— A żeby cię diabli! — woła wściekły Mikołajek.

Rzuca bat, nachyla się i wyciąga z dna wozu długą i grubą hołoblę, bierze ją za koniec obiema rękoma i z całej siły zamierza się nad nieszczęsną.

— A to jej zada! — wołają dokoła.

— Zabije.

— Moje dobro! — drze się Mikołajek i z rozmachem opuszcza hołoblę. Daje się słyszeć ciężki cios.

— Wal ją, wal! Cóż ta stanęli! — krzyczą głosy z tłumu. A Mikołajek rozmachuje się powtórnie i drugi cios z całej siły spada na grzbiet nieszczęsnej klaczy. Ona osiada całym tyłem, ale podskakuje i szarpie, szarpie ze wszystkich sił w różne strony, ażeby wywieźć; ale ze wszystkich stron przyjęta jest przez sześć batów, a hołobla znowu się wznosi i spada po raz trzeci, potem czwarty, miarowo, z rozmachu. Mikołajek wściekły jest, że nie może zabić od jednego razu.

— Wytrzymała! — wołają dokoła.

— Zaraz na pewno padnie, moi drodzy, to jej koniec! — woła z tłumu jakiś amator.

— Toporem ją, co tam! Od razu skończyć — woła trzeci.

— Ech! Zjesz licha! Rozstąp się! — dziko wykrzykuje Mikołajek, rzuca hołoblę, znowu schyla się do wozu i wywłóczy żelazny drąg. — Na bok! — woła — i co sił razi z rozmachem biedną szkapinę. Cios spadł; kobyła zatrzęsła się, kucnęła, chciała szarpnąć, ale drąg ponownie z rozmachem spada jej na grzbiet i naraz koń, jakby mu od razu podcięto wszystkie cztery nogi, runął na ziemię.

— Dobijaj! — woła Mikołajek — i zeskakuje jak szalony z wozu. Kilku parobków, także czerwonych i pijanych, chwyta co pod ręką, baty, kije, hołoblę, i biegnie do zdychającej kobyły.

Mikołajek staje z boku i zaczyna ją walić drągiem wprost po łbie. Klacz wyciąga mordę, wydaje ciężkie westchnienie i zdycha.

— Dobił swego! — krzyczą w tłumie.

— A czemu nie szła cwałem!

— Moje dobro! — woła Mikołajek, z drągiem w rękach i z zalanymi krwią oczyma. Stoi, jakby żałując, że już nie ma kogo bić.

— Oho! Znać, że nie masz krzyża na sobie! — krzyczą z tłumu liczne już głosy.

Ale biedny malec jest już w rozpaczy. Z krzykiem przebija się przez tłum do szkapy, obejmuje jej martwą, skrwawioną mordę i całuje w ślepia, w nozdrza… Potem zrywa się nagle i z wściekłością rzuca się z piąstkami na Mikołajka. W tej chwili, ojciec, który go już dawno gonił, chwyta go nareszcie i wynosi z tłumu.

— Chodźmy! Chodźmy — mówi doń — pójdźmy do domu!

— Tatusiu! Za co oni… biednego konika… zabili… wybucha łzami, które tamują mu oddech, a słowa wyrywają mu się w krzyk ze stłumionej piersi.

— Pijani… dokazują… to nie nasz interes… chodźmy — mówi ojciec. — On obejmuje ojca rączkami, ale w piersiach pali mu, pali. Chce odetchnąć, krzyknąć i budzi się.

Obudził się cały spocony, z włosami mokrymi od potu, ciężko oddychając, i podniósł się z przestrachem.

— Dzięki Bogu, to tylko sen! — rzekł, siadając pod drzewem z głębokim westchnieniem. — Ale co to jest? Miałażby mnie znowu opanować gorączka: taki okropny sen!

Całe jego ciało było, jak rozbite; w duszy smutno i ponuro. Oparł łokcie o kolana i podparł głowę obiema rękami.

— Boże! — zawołał — miał żebym w istocie, w istocie wziąć topór, miał żebym ją uderzyć w głowę, zmiażdżyć jej czaszkę… stąpać w lepkiej, ciepłej krwi, wyłamywać zamek, kraść i drżeć; chować się, cały krwią zalany… z toporem!… Boże czyż byłbym zdolny do tego?… — to mówiąc, drżał, jak listek.

— Co też mi przychodzi do głowy? — mówił dalej, cofając się znowu i jakby w głębokim zdziwieniu — wszak wiedziałem, że tego nie zniosę, dlaczegóż więc męczyłem siebie dotąd? Wszak jeszcze wczoraj, gdy poszedłem zrobić tę… próbę wszak wczoraj dokładnie zrozumiałem, że nie wytrzymam… Dlaczegóż teraz, dlaczegóż dotąd jeszcze wątpiłem? Wszak wczoraj schodząc ze schodów, sam mówiłem, że to źle, podle, nędznie, nędznie… wszak mnie na samą myśl na jawie dreszcz przeszedł i trwoga.

— Nie, nie wytrzymam, nie wytrzymam! Dajmy nawet na to, że niema żadnych wątpliwości we wszystkich tych rachunkach, niech sobie nawet będzie to wszystko, co postanowiłem owego miesiąca, jasne, jak dzień, sprawiedliwe, jak arytmetyka. Boże! Wszak bądź co bądź nie zdecyduję się! Ach nie wytrzymam, nie wytrzymam!… Czegóż się więc dręczę… dotąd…

Wstał na równe nogi, w zdumieniu rozejrzał się dokoła, jakby dziwiąc się i temu, że się tu znalazł i poszedł na most T. Był blady, oczy mu pałały, znużenie przejmowało wszystkie jego członki, ale oddech zrobił mu się nagle jakby lżejszy. Poczuł, że zrzucił już z siebie to straszne brzemię, które go gnębiło tak długo i w duszy zrobiło mu się nagle błogo i lekko. „Panie, modlił się, — wskaż mi moją drogę, a wyrzeknę się, tej przeklętej… myśli mojej!“

Mijając most, z całym spokojem patrzał na Newę, na jaskrawy zachód świetnego słońca. Tak jakby wrzód zbierający mu się od dawna na sercu, pękł nagle. Wolność, wolność! Wolny jest teraz od tych czarów, od podszeptów, od złych duchów, od guseł i zamawiać.

Później, gdy przypomniał sobie ten czas i wszystko, co się z mim stało w te dni, chwilę za chwilą, punkt po punkcie, linię za linią, uderzała go aż do zabobonu jedna okoliczność, choć w istocie nawet nie bardzo nadzwyczajna, ale która zawsze wydawała mu się jakby przeznaczeniem losu.

Mianowicie: nie mógł żadną miarą zrozumieć i wytłumaczyć sobie, dlaczego on, zmęczony, znużony, dla którego najdogodniej było powrócić do domu najkrótszą i prostą drogą, wrócił przez plac Sienny, przez który wcale nie powinien był przechodzić. Koło niewielkie, ale najwyraźniejsze i zupełnie zbytecznie. Prawda, że mu się dziesiątki razy zdarzało wracać do domu, nie pamiętając ulic, przez które przechodził. Ale dlaczego, zapytywał zawsze, dlaczego właśnie tak ważne, tak dlań stanowcze i tak zarazem w najwyższym stopniu wypadkowe spotkanie ma placu Siennym (gdzie nie miał najmniejszego interesu), zdarzyło się właśnie teraz w takiej godzinie, w takiej minucie jego życia, w takim nastroju jego ducha i przy takich okolicznościach, przy których jedynie właśnie mogło wywrzeć stanowczy i najostrzejszy wpływ na cały los jego? jak gdyby go umyślnie tam czekało!

Było około dziewiątej wieczorem, gdy przechodził przez plac Sienny. Wszyscy handlarze po kramach, stołach, w sklepach i w sklepikach, zamykali swoje zakłady, lub zdejmowali i układali towary i rozchodzili się do domów, zarówno jak i ich kupujący. Obok traktierni w niższych piętrach, na brudnych, cuchnących podwórzach domów placu Siennego, a najwięcej przed bawarami, tłoczyło się wielu różnych przekupniów i wszelkiego rodzaju spekulantów. Raskolnikow nade wszystko lubił te miejsca, zarówno jak i wszystkie pobliskie uliczki, gdy wychodził bez celu na ulicę. Tu jego łachmany nie zwracały niczyjej dumnej uwagi i można było chodzić w jakimkolwiek stanie, nie gorsząc nikogo. Przy samej uliczce K., na rogu, mieszczanin i baba, jego żona, handlowali na dwóch stołach towarem: nićmi, tasiemkami, chustkami i. t. p. Zabierali się już także do domu, ale wstrzymała ich rozmowa ze znajomą. Tą znajomą była panna Elżbietka, jak ją nazywano, młodsza siostra tej samej starej Aliny, registratorowej kolegialnej i lichwiarki, u której wczoraj był Raskolnikow, w celu zastawienia zegarka i zrobienia owej próby… On już od dawna wiedział wszystko o tej Elżbiecie, a nawet i ona znała go trochę. Była to wysoka, niekształtna, nieśmiała i potulna dziewczyna, prawie idiotka, lat trzydziestu pięciu, będąca w zupełnej niewoli u siostry, pracująca na nią dzień i noc, drżąca przed nią i znosząca nawet jej szturchańce. Stała w zamyśleniu z węzełkiem przed mieszczaninem i babą i słuchała ich z uwagą. Ci coś do niej gadali z niezwykłem ożywieniem. Gdy ją Raskolnikow ujrzał znienacka, ogarnęło go jakieś dziwne uczucie, podobne do najgłębszego zdumienia, chociaż w tem spotkaniu nie było nic nadzwyczajnego.

— Mogłaby panna Elżbieta postanowić sama — głośno mówił mieszczanin. — Przychodź panna jutro o siódmej godzinie. I tamci przybędą.

— Jutro? — przeciągle i w zamyśleniu odparła Elżbietka, jakby niezdecydowana.

— A to pannie siostra strachu zadała! — zaśmiała się żona handlarza, dzielna babinka. — Patrzeć na pannę, to, jak na dzieciaka. I żeby to jeszcze siostra rodzona, ale przyrodnia, no…

— Ale tym razem, niech panna nic nie powiada siostrze — przerwał mąż — oto moja rada, a zachodź panna do nas, nie pytając się o pozwolenie. To interes korzystny. Potem i siostra sama przystanie.

— Może i zajdę.

— Jutro, o siódmej; i od tamtych przyjdą; osobiście panna postanowi.

— Podamy i samowarek — dodała żona.

— Dobrze, przyjdę — odparła Elżbieta, ciągle zadumana, i zwolna jęła się ruszać z miejsca.

Raskolnikow już ich właśnie minął i nie słyszał nic więcej. Przechodził spokojnie, nieznacznie, starając się nie uronić ani jednego wyrazu. Jego pierwotne zdumienie zamieniało się powoli w trwogę, jakby mu mróz przeszedł po plecach. Dowiedział się nagle znienacka i całkiem niespodzianie, dowiedział się, że jutro, punkt o siódmej wieczorem, Elżbiety, siostry staruszki i jedynej jej współlokatorki, nie będzie w domu i że tedy stara punkt o siódmej zostanie w domu sama jedna.

Do domu miał już tylko kilka kroków. Wszedł do siebie, jakby skazany na śmierć. O niczym nie myślał, jak gdyby nie mógł myśleć o niczym; ale całą swoją istotą poczuł nagle, że niema już ani swobody rozsądku, ani woli i że wszystko skończyło się ostatecznie.

Oczywiście, gdyby mu nawet całe lata wypadało czekać na lepszą sposobność, to i wtedy, mając plan, nie można byłoby rachować na okazję lepszą, niż ta, co mu się teraz nadarzała. W każdym razie trudno byłoby dowiedzieć się w przeddzień i na pewno, z większą ścisłością i z najmniejszym ryzykiem, bez wszelkich niebezpiecznych badań i poszukiwań, że jutro, o takiej a takiej godzinie, taka a taka staruszka, na której całość się czyha, będzie w domu sama jedna.

Rozdział VI

Z czasem, Raskolnikow dowiedział się wypadkiem, poco właściwie mieszczanin i baba zapraszali do siebie Elżbietę. Sprawa była bardzo zwyczajna i nie miała w sobie nic szczególniejszego. Przyjezdna i podupadła rodzina sprzedawała rzeczy, ubranie i t. p., wszystko kobiece. Ponieważ na rynku sprzedawać niema interesu, szukano więc handlarki, a Elżbieta tem się zajmowała: brała komisy, chodziła za interesami i miała znaczną praktykę, ponieważ była bardzo uczciwa i zawsze żądała ceny stałej: jaką cenę powie, od tej za nic nie odstąpi. Mówiła zaś w ogóle mało, i jak już powiedziano, była nadzwyczaj nieśmiała i potulna…

Ale Raskolnikow ostatnimi czasy zaczął być zabobonny. Ślady przesądów zostały w nim i później jeszcze na długo, prawie na zawsze. I w całej tej sprawie skłonny był zawsze dopatrywać się jakiejś nadzwyczajności, tajemniczości, jakby wszystko stać się miało przy współdziałaniu nadzwyczajnych wpływów i zbiegów okoliczności. Jeszcze zimą pewien znajomy student, niejaki Pokorew, wyjeżdżając do Charkowa, dał mu w rozmowie adres starej Aliny, na wypadek, gdyby chciał co kiedy zastawić. — Przez długi czas nie chodził do niej, miał bowiem lekcje, i jakoś się żyło. Ale przed półtora miesiącem przypomniał sobie jej adres; miał on dwie rzeczy, nadające się do zastawu: stary srebrny zegarek po ojcu i mały złoty kolczyk z trzema jakimiś czerwonymi kamyczkami, który mu siostra przy pożegnaniu ofiarowała na pamiątkę. Postanowił zanieść kolczyk; odszukawszy starą, od pierwszego wejrzenia, nic jeszcze o niej nie wiedząc szczególnego, poczuł do niej wstręt niepohamowany, wziął dwa „papierki“ i po drodze zaszedł do jakiejś nędznej bawaryjki. Zażądał herbaty, siadł i głęboko się zamyślił. Dziwna myśl kluła mu się z głowy, jak z jajka kurczę, i bardzo, bardzo go zajmowała.

Prawie obok niego na drugim krześle siedział student, którego wcale nie znał i nie przypominał sobie, w towarzystwie młodego oficera. Pograli w bilard i zaczęli pić herbatę. Nagle usłyszał, że student opowiada oficerowi o lichwiarce Alinie, sekretarzowej kolegialnej, i daje mu jej adres. Już to samo wydało się Raskolnikowi nieco dziwne, idzie akurat stamtąd, a tu właśnie mówią o niej. Oczywiście, wypadek, ale odtąd nie może on się już pozbyć osobliwego urojenia, a okoliczności jakby na złość podszczuwają go ciągle: student nagle zaczyna opowiadać towarzyszowi różne szczegóły o starej Alinie.

— Pyszna baba — mówi — tam zawsze można dostać pieniędzy. Bogata, jak żyd, może od razu wydać pięć tysięcy, a nie pogardza nawet fantem rublowym. Naszych wielu już było u niej, tylko bestia twarda…

I jął opowiadać, jaka ona zła, kapryśna, że dość jeden dzień uchybić terminu, a zastaw przepadnie. Daje zaledwie czwartą część wartości przedmiotu, a procent bierze po pięć a nawet po siedem od sta na miesiąc i t. d. Student rozgadał się i dodał nadto, że stara ma siostrę Elżbietę, którą tamta, taka mała i nędzna, co chwilę bije i trzyma w bezwarunkowej niewoli, jak małe dziecko, podczas gdy Elżbieta ma co najmniej osiem werszków wzrostu…

— To mi okaz! — zawołał student i zaśmiał się. Zaczęli mówić o Elżbiecie. Student opowiadał o niej ze szczególnym upodobaniem i śmiał się ciągle, a oficer z wielką ciekawością słuchał i prosił studenta, aby mu przysłał tę Elżbietę pod pozorem reperacji bielizny. Raskolnikow nie stracił ani słowa i od razu dowiedział się wszystkiego; Elżbieta była młodszą, przyrodnią (z innej matki) siostrą starej i miała już do trzydziestu pięciu lat. Pracowała za siostrę dzień i noc, była w domu zamiast kucharki i praczki i nadto szyła na sprzedaż, wynajmowała się nawet do mycia podłóg i wszystko oddawała siostrze. Żadnego obstalunku i żadnej roboty nie śmiała przyjąć, bez zezwolenia starej. A stara zrobiła już testament, o czym Elżbieta już była powiadomiona, mocą którego miała ona dostać jedynie ruchomości, krzesła i t. p., pieniędzy zaś ani grosza, te bowiem wszystkie były przeznaczone na rzecz pewnego klasztoru w guberni N. na wieczną pamiątkę duszy zmarłej. Była Elżbieta i mieszczanką, a nie urzędniczką, panną, strasznie niezgrabną, wzrostu nadmiernie wysokiego, z długimi, jakby wywróconymi, pedałami, zawsze w wydeptanych koszlawych trzewikach, ale ubrana czyściutko. Co najwięcej jednak dziwiło i bawiło studenta, to to, że Elżbieta co chwila bywała brzemienną…

— Jak to? Wszak mówiłeś, że to monstrum? — zauważył oficer.

— Tak, sztywna, niby żołnierz przebrany, ale wcale nie monstrum. Ma taki dobry wyraz twarzy i oczu. Nawet bardzo. Dowodem, że się niejednemu podoba. Taka cicha, łagodna, milcząca, zgodna, na wszystko zgodna. A uśmiech ma nawet bardzo miły.

— Widzę, że i tobie się podobała! — zaśmiał się oficer.

— Dla oryginalności. Nie, wiesz, co ci powiem. Ja bym tę starą kwokę zabił i zrabował, i uwierz mi, bez najmniejszego wyrzutu sumienia — dodał z zapałem student.

Oficer znowu się roześmiał, a Raskolnikow zadrżał. Jakie to szczególne!

— Pozwól, pragnę ci zadać pytanie poważne — z zapałem mówił student. — Przed chwilą żartowałem sobie, to prawda, ale uważaj tylko: z jednej strony głupia, bezsensowna, nędzna, zła, chora staruszka, całkiem zbyteczna dla świata, przeciwnie nawet, całkiem szkodliwa, sama nie wiedząca poco żyje i która jutro bądź co bądź umrze. Rozumiesz ty to?

— No, no, rozumiem — odparł oficer, z uwagą wpatrując się w rozgorączkowanego towarzysza.

— Słuchaj dalej. Z drugiej strony, młode, świeże siły, marnujące się, bez pomocy, i to tysiącami, i to wszędzie! Sto, tysiące dobrych czynów i spraw, które można urządzić lub naprawić za pieniądze starej, przeznaczone na klasztor! Setki, tysiące być może istot, skierowanych, na dobrą drogę; dziesiątki rodzin, wybawionych od nędzy, od gnicia, od zguby, od rozpusty, od szpitalów wenerycznych — i wszystko to za jej pieniądze. Zabij ją i weź jej pieniądze, z warunkiem, abyś za ich pomocą poświęcał potem siebie na usługę całej ludzkości i dobra społecznego: jak sądzisz, czy jednej martwej zbrodni nie zatrze tysiące dobrych czynów? Za jedno życie — tysiące istnień, zbawionych od gnicia i rozkładu? Jedna śmierć i sto istnień w zamian — toć to arytmetyka! Bo i cóż warte na wagach społecznych życie tej suchotniczej, złej i głupiej staruszeczki? Nie więcej od życia pchły, karalucha, a nawet nie warte i tego, bo stara jest szkodliwa. Ona morduje cudze życie! ona onegdaj Elżbietce palec ugryzła ze złości; o mało jej go nie odjęli!

— W istocie, nie warta, że żyje — odparł oficer — ale wszak to natura.

— Ech, mój bracie, wszak naturę ulepszają, doskonalą, a gdyby nie to, wypadałoby utonąć w przesądach. Bez tego, nie byłaby ani jednej wielkości na świecie. Powiadają: „obowiązek, sumienie“ — nie mam zamiaru powstawać przeciwko sumieniu i obowiązkowi — ale czyż my je należycie pojmujemy? Czekaj, zadam ci jeszcze jedno pytanie, słuchaj!

— Nie, ty czekaj; ja ci zadam pytanie. Słuchaj!

— No?

— Oto mówisz, rozprawiasz, dowodzisz, a czy sam zabiłbyś tę lichwiarkę?

— Oczywiście, nie! Głosuję tylko za sprawiedliwością… Ale cóż tam, ja…

— A moim zdaniem, skoro się sam nie decydujesz, to niema tu żadnej sprawiedliwości! Zagrajmy jeszcze partię!

Raskolnikow był w nadzwyczajnym wzburzeniu. Oczywiście, były to najzwyczajniejsze i najczęstsze, nieraz już przezeń słyszane, tylko w innych formach i na inny temat, młode rozmowy i myśli. Ale dlaczego właśnie teraz wypadło mu wysłuchać takiej rozmowy i takich myśli, gdy w jego własnej głowie rodziły się akurat… takie same myśli? I dlaczego właśnie zaraz, jak tylko wyniósł zarodek swojej myśli od lichwiarki, akurat trafia na rozmowę o niej?… Ten zbieg okoliczności wydawał mu się zawsze dziwny. Ta rozmowa nic nieznacząca, knajpiana, wywarła nań wpływ nadzwyczajny przy dalszym rozwoju sprawy; jak gdyby istotnie tkwiło w niej jakieś przeznaczenie, wskazówka…


Wróciwszy z placu Siennego, rzucił się na sofę i całą godzinę przesiedział nieruchomo. Tymczasem ściemniło się; świecy nie miał, lecz nawet na myśl mu nie przyszło zapalać światło. Nie mógł nigdy sobie potem przypomnieć, czy myślał o czym wówczas? Wreszcie, uczuł dawną gorączkę, osłabienie i z rozkoszą domyślił się, że na sofie można się także położyć. Wkrótce twardy, ołowiany sen spadł nań, przygniótł go niejako.

Spał niezwykle długo i bez snów. Anastazja, wszedłszy do niego nazajutrz o dziesiątej zrana, ledwie że się go dobudziła. Przyniosła mu herbaty i chleba. Herbata znowu była wystała i znowu w jej własnym imbryku.

— A to śpi! — zawołała ze zgorszeniem — i to śpi bez przestanku!

Podniósł się z wysiłkiem. Głowa go bolała; zerwał się na nogi, pokręcił się po swojej komórce i znowu upadł na sofę.

— Znowu spać! — zawołała Anastazja — ale czyś nie chory?

Nic nie odpowiedział.

— Herbaty chcesz?

— Później — wymówił z wysiłkiem, zamykając znowu oczy i odwracając się do ściany. Anastazja postała nad nim.

— Może i doprawdy chory — rzekła, zawróciła się i wyszła.

Po dwóch godzinach, weszła znowu z zupą. Leżał, jak przedtem. Herbaty ani dotknął Anastazja aż się obraziła i zaczęła go gniewnie poruszać.

— Coś pan taki ospały? — zawołała, patrząc nań ze wstrętem.

Podniósł się i usiadł, ale nic nie powiedział i patrzał w ziemię.

— Chory, czy co? — zapytała Anastazja i znowu nie otrzymała odpowiedzi.

— Wyszedłby pan choćby na ulicę — rzekła po chwili milczenia — choćby wiatru trochę zaczerpnąć. A jeść się chce?

— Później — słabo wyszeptał — idź sobie! — i machnął ręką.

Postała jeszcze trochę, spojrzała nań z współczuciem i wyszła.

Po upływie kilku minut, podniósł oczy i długo patrzał na herbatę i na zupę. Potem wziął chleb, wziął łyżkę i zaczął jeść.

Zjadł trochę bez apetytu, trzy czy cztery łyżki, prawie machinalnie. Głowa mniej go bolała. Nasyciwszy się, wyciągnął się znowu na sofie, ale zasnąć już nie mógł, leżał nieruchomo na brzuchu, z twarzą, ukrytą w poduszkę. Roiło mu się ciągle, a straszne były to mary: coraz częściej zdawało mu się, że jest gdzieś w Afryce, w Egipcie, na jakiejś oazie. Karawana odpoczywa, wielbłądy leżą spokojnie; dokoła rosną palmy i wszyscy obiadują. On zaś, ciągle pije wodę, prosto ze strumienia, który tuż obok płynie i szemrze. I tak chłód panuje, i cudna, taka cudna niebieska woda zimna, biegnie po różnobarwnych kamyczkach i po tak czystym ze złotymi odblaskami piasku… Wtem wyraźnie usłyszał, że zegar bije. Zadrżał, ocknął się, podniósł głowę, spojrzał w okno, zorientował się co do czasu i nagle zerwał się zupełnie przytomnie, jakby go ktoś ściągnął z sofy. Na palcach zbliżył się do drzwi, uchylił je nieco i jął nasłuchiwać na dół po schodach. Serce strasznie mu biło. Ale na schodach było zupełnie spokojnie, jakby wszyscy spali… Dziwne i zagadkowe mu się zdało, że mógł przespać w takim zapomnieniu od wczoraj i nic jeszcze nie robił, nic nie przygotował… A tymczasem może to była już szósta… I zamiast snu i martwoty, opanował go niezwykły gorączkowy, nieprzytomny pośpiech. Przygotowań zresztą było niewiele. Wytężał wszystkie myśli, żeby ogarnąć wszystko i niczego nie pominąć; a serce ciągle biło, waliło tak, że aż ciężko było oddychać. Przede wszystkim, trzeba było zrobić pętlę i przyszyć ją do palta — rzecz jednej chwili. Zapuścił rękę pod poduszkę i odszukał w napchanej pod nią bieliźnie, starą, całkiem podartą, niepraną koszulę. Z jej łachmanów, wyrwał taśmę szeroką na kilka cali i długą na kilkanaście. Tę taśmę złożył we dwoje, zdjął z siebie szerokie, mocne z jakiegoś grubego wełnianego materiału palto letnie (swoją jedyną zwierzchnią odzież) i zaczął przyszywać obydwa końce taśmy pod lewą pachą z wewnątrz. Ręce mu się trzęsły przy szyciu, ale wykonał robotę tak, że z zewnątrz nic znać nie było, gdy palto włożył na powrót. Igłę i nici miał już przygotowane od dawna w stoliku, zawinięte w papierek. Co się zaś tyczy pętli, to był to jego własny zręczny wynalazek: pętla była przeznaczona dla siekiery. Wszakże nie można było mieć w ręku, idąc przez ulicę. A gdyby ją schować pod palto, to i tak trzeba by było podtrzymywać ręką, co zwracałoby przecie uwagę. Ale teraz mając pętlę, dość jest tylko włożyć w nią rękojeść siekiery i będzie sobie wisiała spokojnie, wewnątrz pod pachą, przez całą drogę. Włożywszy zaś rękę do bocznej kieszeni palta, mógł nawet koniec rękojeści podtrzymywać, żeby się nie ruszała, a ponieważ palto było dość szerokie, istny worek, to z zewnątrz nie można było wcale spostrzec, że się podtrzymuje coś ręką, przez kieszeń. Tę pętlę wymyślił już także przed dwoma tygodniami.

Skończywszy to jedno, wsunął palce w maleńką szparkę pomiędzy swoją sofą „turecką“ a podłogą, poszperał około lewego kąta i wyciągnął przygotowany już od dawna i schowany tam fant. Fant ten, nie był, zresztą, wcale fantem, lecz po prostu, drewnianą, gładko ostruganą deszczułką, wielkości i grubości nie większej od zwykłej srebrnej papierośnicy. Tę deszczułkę znalazł on wypadkowo, w czasie jednej ze swych przechadzek, na pewno podwórzu, gdzie w oficynie mieścił się jakiś warsztat. Już następnie dodał do deszczułki gładką i cienką blaszkę — pewno jakiś odłamek od czegoś — którą także znalazł tego samego dnia na ulicy. Złożywszy obydwie deszczułki, z których blaszana była mniejsza od drewnianej, związał je razem silnie, krzyż na krzyż, nitką; potem starannie i elegancko zawiązał je w czysty biały papier i zawiązał tak, żeby jak najtrudniej było rozwiązać. To dlatego, żeby na chwilę odwrócić uwagę starej, gdy zacznie dłubać węzełek i tym sposobem przygotować wybuch. Blaszka była dodana, ażeby stara choćby w pierwszej chwili nie domyśliła się, że ten „przedmiot“ jest drewniany. Wszystko to przechowywał do czasu pod kanapą. Zaledwie wydobył fant, gdy wtem dał się słyszeć na podwórzu jakiś głos:

— Już dawno po szóstej!

— Dawno! O Boże!

Rzucił się do drzwi, posłuchał, porwał czapkę i jął schodzić na dół przez swoje trzynaście stopni, ostrożnie, niedosłyszalnie, jak kot. Miał przed sobą rzecz najważniejszą — ukraść siekierę z kuchni. To, że sprawę należy załatwić siekierą, postanowił już od dawna. Miał jeszcze przy sobie nóż ogrodniczy składany: ale nożowi, a szczególniej swoim siłom nie ufał i dlatego też wybrał ostatecznie topór. Dodajemy przy sposobności jeden szczegół z powodu wszystkich ostatecznych postanowień, już powziętych przezeń w tej sprawie. Miały one jedną dziwną cechę: im były stateczniejsze, tem głupsze, bezsensowniejsze stawały się w jego własnych oczach. Pomimo całej męczącej, wewnętrznej walki swojej nigdy ani na chwilę, w ciągu tego całego czasu nie mógł uwierzyć w możliwość spełnienia się swych planów.

I gdyby nawet zdarzyło się kiedykolwiek tak, że wszystko, aż do ostatniej godziny byłoby przezeń zbadane i postanowione ostatecznie, i nawet wątpliwości nie byłoby już żadnych — to w tej chwili, zdaje się, wyparłby się wszystkiego, jako niedorzeczności, głupoty i fantazji. Ale punktów nierozwiązanych i zwątpień zostawało jeszcze mnóstwo! Co się zaś tyczy tego, skąd wziąć siekierę, to ten drobiazg wcale go nie niepokoił, nie było bowiem nic łatwiejszego. Wszak Anastazji, szczególniej wieczorami, co chwila nie było w domu; to pobiegnie do sąsiadów, to do sklepiku, a drzwi zostawiała zawsze na oścież. Gospodyni tylko właśnie za to miewała z nią sprzeczki. I tak, należało tylko wejść po cichutku, we właściwym czasie, do kuchni i wziąć siekierę, a za godzinę (gdy się już wszystko skończy) wejść i położyć na powrót. Ale były także wątpliwości. Przyjdzie, dajmy na to, za godzinę, żeby położyć na powrót, a Anastazja akurat wróci do kuchni. Oczywiście, wypadnie minąć kuchnię i wyczekać dopóki nie wyjdzie. A jeżeli właśnie zacznie szukać siekiery, krzycząc — otóż i podejrzenie, albo przynajmniej okazja do podejrzenia.

Ale były to jeszcze drobiazgi, o których nie zaczynał myśleć, zresztą nie było i kiedy. Myślał o głównej rzeczy, a drobiazgi odkładał dotąd, aż się sam przekona o wszystkim.

Ale to ostatnie wydawało się nie do urzeczywistnienia. Tak przynajmniej jemu samemu się zdawało. Żadną miarą, na przykład, nie mógł sobie wyobrazić, że kiedyś przestanie myśleć, zerwie się — i pójdzie wprost tam… Nawet niedawno swoją próbę (to jest wizytę z zamiarem ostatecznego obejrzenia wszystkiego) usiłował tylko zrobić, lecz wcale nie na serio, a tak: „co tam, pójdę spróbuję, dość „marzeń“! — i zaraz nie wytrzymał, splunął i uciekł, wściekły na samego siebie. A tymczasem, zdawałoby się, cała analiza, w znaczeniu moralnego rozwiązania kwestiii, była już przezeń dokonana: jego kazuistyka zaostrzyła się, jak brzytwa, i sam w sobie nie znajdował już przekonywujących zaprzeczeń. Ale ostatecznie po prostu nie ufał sobie, lecz uparcie, niewolniczo, szukał zaprzeczeń na stronie i po omacku, jak gdyby go kto przymuszał i pociągał ku temu. Dzień zaś ostatni, który tak niespodzianie nastąpił i zadecydował wszystko od razu, oddziałał nań zupełnie mechanicznie: jak gdyby go kto wziął za rękę i pociągnął za sobą, bez oporu, ślepo, z nadludzką siłą, machinalnie. Zupełnie tak, jakby mu koło maszyny porwało połę surduta i zaczęło ją wciągać w siebie. Z początku — wreszcie już daleko dawniej — zajmowało go jedno pytanie: dlaczego z taką łatwością daje się odnaleźć i zdemaskować prawie każda zbrodnia i dlaczego tak jasno ujawniają się ślady wszystkich prawie przestępców? Doszedł stopniowo do licznych i ciekawych wniosków, i zdaniem jego, najgłówniejsza przyczyna zawiera się nie tyle w materialnej niemożliwości ukrycia przestępstwa, ile w samym przestępcy; sam bowiem przestępca, i to prawie każdy, w chwili zbrodni poddaje się jakiemuś upadkowi woli i rozsądku, które natomiast ustępują jakiejś dziecinnie fenomenalnej lekkomyślności, i to właśnie w tej chwili, gdy najbardziej potrzeba rozsądku i ostrożności. Według jego przekonania, wypadało, że to zaćmienie rozsądku i upadek woli opętują człowieka, jak choroba, rozwijają się stopniowo i dochodzą do swego najwyższego punktu niebawem przed samym aktem zbrodni; trwają w tym samym stanie w trakcie spełnienia zbrodni i jeszcze przez kilka chwil po spełnieniu, zależnie od osoby przestępcy; poczym przemijają tak, jak przemija każda choroba. Kwestii zaś: czy choroba wytwarza samo przestępstwo, czy też samo przestępstwo jakoś dla swej szczególnej natury zawsze ma za towarzyszkę coś w rodzaju choroby — tej kwestii nie umiał rozwiązać.

Doszedłszy do takich wniosków, uznał, że z nim osobiście, w jego sprawie, nie mogą istnieć podobne chorobliwe przewroty, że rozsądek i wola zostaną przy nim, bezwarunkowo, przez cały czas trwania tego, co zamierzył, jedynie dla tej przyczyny, że to co zamierzył — „nie jest zbrodnią…“ Opuszczamy cały ten proces, dzięki którymu doszedł do takiej konkluzji, już żeśmy i tak zaszli za daleko… Dodamy tylko, że faktyczne, czysto materialne przeszkody w całej tej sprawie, grały w jego umyśle rolę drugorzędną. Dość tylko opanować je całą siłą woli i rozsądku, a wszystkie, w swoim czasie, zostaną pokonane, gdy wypadnie poznać się do najmniejszej drobnostki ze wszystkimi szczegółami sprawy… Ale sprawa nie zaczynała się. Swym ostatecznym postanowieniom w dalszym ciągu coraz mniej ufał — i, gdy wybiła godzina, wszystko stało się zgoła inaczej, jakoś znienacka, nawet prawie niespodziewanie.

Pewien nic nieznaczący wypadek zmieszał go okrutnie, zanim jeszcze zeszedł ze schodów. Zrównawszy się z kuchnią gospodyni, otwartą, jak zwykle, na oścież, ostrożnie skierował na nią oczy, ażeby przede wszystkim skonstatować: czy niema tam, w nieobecności Anastazji, samej gospodyni, a jeżeli niema, to czy dobrze są zamknięte drzwi od pokoju, żeby ona także w jaki sposób stamtąd nie wyjrzała, w chwili gdy on wejdzie po siekierę? Jakież jednak było jego zdziwienie, gdy nagle spostrzegł, że Anastazja nie tylko jest na ten raz w domu, u siebie, w kuchni, ale jeszcze zajęta jest robotą: wyjmuje z kosza bieliznę i wiesza ją na sznurach! Ujrzawszy go, sługa przestała rozwieszać, odwróciła się doń i patrzała na niego przez cały czas, dopóki nie przeszedł. On spuścił oczy i minął kuchnię, niby nie zwracając na nią uwagi. Ale fakt nastąpił: siekiery niema! To go strasznie zmieszało.

„I skąd mogłem przypuszczać“, myślał, zbliżając się do bramy — skąd mogłem wnosić, że jej bezwarunkowo o tej porze nie będzie w domu? Dlaczego, dlaczego tak stanowczo w to wierzyłem?“

Był znękany i nawet niejako poniżony. Chciał sam ze siebie śmiać się ze złości… Dziki, zwierzęcy gniew go opanował.

Zatrzymał się w zamyśleniu przy bramie. Iść na ulicę, tak, bez celu, było dlań wstrętnemu, do domu — tym bardziej. I jaką sposobność straciłem na zawsze! szepnął bezmyślnie, stojąc przed bramą, akurat na wprost ciemnej komórki stróża, także otwartej. Nagle, drgnął. Z komórki stróża będącej o dwa kroki od niego z pod ławki na prawo coś błysnęło mu w oczy… Obejrzał się dokoła — nikogo. Na palcach zbliżył się do komórki, zszedł po dwóch schodkach i słabym głosem zawołał stróża. — „Zgadłem, niema go! Jest gdzie, blisko zapewne, bo i drzwi otwarte na oścież“. Rzucił się bez namysłu na topór (bo to był topór) i wyciągnął go zpod ławki, gdzie leżał pomiędzy dwoma polanami; zaraz go nie wychodząc, przyczepił do pętli, obie ręce wsunął do kieszeni i wyszedł z mieszkania stróża; nikt go nie widział! „Nie rozum, to diabeł!“ pomyślał z dziwnym uśmiechem. Ten wypadek dodał mu wiele ducha.

Szedł drogą powoli i ociężale, nie spiesząc się, żeby nie wzbudzić żadnych podejrzeń. Mało spoglądał na przechodniów, starał się nawet wcale nie patrzeć im w oczy i być, jak tylko można, niedostrzegalny. Wtem przyszedł mu na myśl jego kapelusz.

„Ach mój Boże! I pieniądze były trzy dni temu i nie mogłem zamienić na czapkę!“ Przekleństwo wyrwało mu się z duszy.

Zajrzawszy wypadkiem, jednym okiem, do sklepiku, zobaczył, że tam, na zegarze ściennym, już jest dziesięć minut na ósmą. Należało się spieszyć i zarazem zrobić krąg: wejść do domu od tyłu…

Dawniej, gdy mu się zdarzyło wyobrażać sobie to wszystko, myślał, że się będzie bał strasznie. Ale nie bardzo się bał teraz, a nawet wcale się nie bał. Zajmowały go w tej chwili nawet jakieś inne myśli, tylko zawsze nie na długo. Przechodząc obok ogrodu Jusupowa, zajął się nawet bardzo myślą o urządzeniu wysokich wodotrysków i o tym, jakby to one dobrze odświeżyły powietrze na wszystkich placach. Stopniowo, doszedł do przekonania, że gdyby rozszerzyć ogród Letni na całe pole Marsowe i nawet połączyć je z zamkowym ogrodem Michajłowskim, to byłaby to rzecz cudowna i olbrzymiego pożytku dla miasta. To zainteresowało go nagle: dlaczego właśnie, we wszystkich wielkich miastach, człowiek nie tyle z potrzeby, ile dla jakiejś szczególnej właściwości musi mieszkać i osiedlać się w takich właśnie częściach miasta, gdzie niema ani ogrodów, ani wodotrysków, gdzie błoto i wyziewy i wszelka nieczystość. Tu przyszły mu na myśl jego własne spacery po placu Siennym i ocknął się na chwilę. „A do licha, szeptał, już lepiej o niczym nie myśleć“.

„Tak zapewne ci, których prowadzą na śmierć, przylepiają się myślami do wszystkich przedmiotów, napotykanych, po drodze“ błysnęło mu w głowie, ale tylko błysnęło na sekundę; sam jak najspieszniej myśl tę przytłumił. Gdzieś nagle zegar uderzył raz. „Co to, miałożby to już być w pół do ósmej? To być nie może, zegar kłamie!“

Na jego szczęście, w bramie udało mu się pomyślnie. Nie dość tego, nawet jakby z umysłu, w tej samej chwili — tuż przed nim, wjechał w bramę ogromny wóz z sianem, który go zasłonił na cały czas przejścia przez bramę, i zaledwie wóz zdążył wyjechać z bramy na podwórze, on szybko prześliznął się na prawo. Tam z tamtej strony wozu, słychać było kilka głosów krzyczących i spierających się, ale jego nikt nie spostrzegł i nikt nie szedł naprzeciw niemu. Wiele okien, wychodzących na to ogromne kwadratowe podwórze, było naówczas otwartych, ale nie podniósł głowy — nie miał siły. Schody do starej były blisko, zaraz z bramy na prawo. Był już na schodach…

Tamując oddech i przycisnąwszy ręką bijące serce, namacawszy zarazem i umocowawszy jeszcze raz topór, jął ostrożnie i spokojnie wchodzić na górę, nasłuchując co chwila. Lecz i schody o tej porze całkiem były puste; wszystkie drzwi były zamknięte; nie spotkał ani żywej duszy. Na pierwszym piętrze jedno puste mieszkanie, co prawda, było otwarte na oścież: pracowali w nim malarze, ale i ci nawet go nie spostrzegli. Postał, pomyślał i poszedł dalej. — „Naturalnie, byłoby lepiej, gdyby ich tu wcale nie było, ale… nad nimi jeszcze dwa piętra“.

Otóż i trzecie piętro, otóż i drzwi, otóż i mieszkanie naprzeciwko; to puste. Na drugim piętrze, według wszelkich oznak, mieszkanie, co akurat pod mieszkaniem starej także puste: bilet wizytowy, przybity do drzwi gwoździkami, zdjęty — wyjechali. Przez chwilę przyszło mu na myśl: „czy nie uciec?“ Ale nie dał sobie odpowiedzi i zaczął nasłuchiwać w stronę pokoju starej: martwa cisza. Potem jeszcze raz, nasłuchiwał w dół po schodach, słuchał długo, uważnie… Następnie obejrzał się po raz ostatni, poprawił się, wstrząsnął całym ciałem, i jeszcze raz popróbował topór w pętli. „Czym nie blady… zanadto? — myślał — czym nie bardzo wzruszony? Ona podejrzliwa… Może by jeszcze poczekać… dopóki serce przestanie?…“

Ale serce nie przestawało. Przeciwnie, jakby umyślnie, biło coraz silniej, silniej, silniej… Nie wytrzymał, powoli wyciągnął rękę do dzwonka i zadzwonił. Po chwili zadzwonił jeszcze raz, głośniej.

Milczenie. Dzwonić ciągle niema potrzeby, zresztą i nie wypada. Stara, rozumie się, jest w domu, ale podejrzliwa i sama jedna. Poniekąd znał jej przyzwyczajenia… i jeszcze raz ściśle przyłożył ucho do drzwi. Czy słuch miał już tak zaostrzony (co w ogóle trudno przypuścić) czy też w istocie było lepiej słychać, dość, że nagle rozróżnił jakby ostrożny szelest ręki przy klamce i jakby szmer sukni, dotykającej drzwi. Ktoś po cichutku stał przy samej klamce i tak samo, jak on na zewnątrz, nasłuchiwał przytajony z wewnątrz i, zdaje się, także przyłożywszy ucho do drzwi…

Poruszył się umyślnie i coś głośniej mruknął, ażeby nawet pozoru nie dać, że ma złe zamiary; potem zadzwonił po raz trzeci, ale powoli, poważnie i zupełnie bez jakiegokolwiek zniecierpliwienia. Gdy przypomniał sobie o tym później, trzeźwo, chwila ta została w nim na wieki; nie mógł pojąć, skąd się w nim wzięło tyle przebiegłości, zwłaszcza, że umysł zaćmiewał mu się niekiedy, a ciała swego prawie że nie czuł na sobie…

Po chwili dało się słyszeć otwieranie zamku.

Rozdział VII

Drzwi, jak i wówczas, uchyliły się na malenieczką szparkę, i znowu dwa ostre i niedowierzające spojrzenia utkwiły weń z ciemności. Tu Raskolnikow zmieszał się i popełnił ważny błąd.

W obawie, iż stara zlęknie się tego, że są sami, i nie spodziewając się, że jego widok wzbudzi w niej zaufanie, ujął za drzwi i pociągnął je ku sobie, ażeby starej nie przyszło na myśl znowu je zamknąć. Ujrzawszy to, ona nie porwała drzwi ku sobie na powrót, ale też nie wypuściła z rąk klamki, tak, że o mało nie wyciągnął jej, razem z drzwiami, na schody. Widząc zaś, że stoi w poprzek drzwi i nie puszcza go do środka, poszedł wprosi na nią. Ta odskoczyła w przestrachu, chciała coś powiedzieć, ale jakby nie mogła i tylko wytrzeszczyła oczy.

— Dobry wieczór pani — zaczął jak najuprzejmiej, ale głos go nie słuchał, urwał się i zadrżał — przyniosłem pani… fancik… ale lepiej chodźmy dalej, do światła… I opuściwszy ją nieproszony, wszedł do pokoju. Stara podreptała za nim; język jej się rozwiązał.

— Na Boga! Czego pan chcesz? Co pan sobie życzy?

— Ależ, droga pani, znajomy… Raskolnikow… przyniosłem fancik, o którym pani wspominałem onegdaj… I wyciągnął do niej fant.

Stara spojrzała na przedmiot, ale zarazem zmierzyła bystrym wzrokiem nieproszonego gościa. Patrzyła uważnie, gniewnie i podejrzliwie. Minęła chwila; wydało mu się nawet w jej oczach coś w rodzaju drwiny, jak gdyby domyśliła się już wszystkiego. Czuł, że się miesza, że mu prawie straszno, tak straszno, że, zdaje się, niech jeszcze popatrzy nań, niech tak pomilczy jeszcze z pół minuty, to uciekłby od niej.

— Cóż się pani tak patrzy, jakbyś mnie pani nie poznała? — wymówił nareszcie także z gniewam. — Chcesz pani, to pani bierz, a nie, to pójdę do kogo innego, nie mam czasu.

Nie myślał nawet mówić tego, a tak, samo się powiedziało znienacka.

Stara odzyskała zimną krew, a stanowczy ton gościa widocznie dodał jej odwagi.

— Ale co pana tak przypiliło… co to jest? — zapytała patrząc na fant.

— Srebrna papierośnica: przecież mówiłem zeszłym razem.

Wyciągnęła rękę.

— Lecz coś pan taki blady? O! i ręce drżą panu! kąpałeś się pan, czy co?

— Gorączka — odparł krótko. — Mimo woli można zblednąć, gdy niema co jeść — dodał, ledwie wymawiając wyrazy. Siły znów go opuszczały. Ale odpowiedź wydała się prawdopodobną; stara wzięła fant.

— Co to takiego? — zapytała, jeszcze raz uważnie mierząc Raskolnikowa i ważąc fant w ręku.

— Przedmiot… papierośnica… srebrna… niech pani obejrzy.

— Jakoś mi się nie zdaje, może i nie srebrna?… A to zawinął.

Starając się rozwinąć sznurek i odwróciwszy się do okna, do światła (wszystkie okna były zamknięte, pomimo zaduchu), na kilka sekund opuściła go i stanęła doń tyłem. On rozpiął palto i uwolnił topór z pętli, ale jeszcze nie wyjął zupełnie, lecz podtrzymał go tylko ręką pod ubraniem. Ręce miał bardzo słabe; sam czuł, jak mu co chwila drętwiały i cierpły.

Bał, się, żeby nie upuścić toporu… gdy wtem, jak gdyby zakręciło mu się w głowie.

— Ale kto tu poradzi! — z gniewem zawołała stara i usiłowała się doń odwrócić.

Nie było ani chwili do stracenia. Wyjął topór zupełnie, chwycił go w obie ręce, ledwie czując siebie, i prawie bez wysiłku, prawie machinalnie, podniósł go do góry i spuścił z impetem na głowę lichwiarki. Dotąd sił prawie nie miał, ale gdy raz uderzył toporem, już go siły nie odstąpiły.

Stara, jak zawsze, była z gołą głową. Jej jasne z siwizną, rzadziutkie włosy, zazwyczaj obficie wyłojone tłuszczem, splecione były w „mysi ogonek“ i podebrane rogowym grzebieniem, sterczącym z tyłu. Cios spadł na samo ciemię, czemu dopomógł jej wzrost niewielki. Krzyknęła, ale bardzo słabo, i nagle przysiadła na podłogę, chociaż zdążyła jeszcze podnieść obydwie ręce do głowy, W jednym ręku trzymała jeszcze „fant“. Wtedy on znowu z całej siły uderzył raz i drugi zawsze z impetem i zawsze po ciemieniu. Krew bryznęła, jak z przewróconej szklanki; ciało runęło na wznak. On odstąpił, pozwolił upaść i niezwłocznie nachylił się ku jej twarzy: już nie żyła. Oczy stały słupem, jakby chciały wyskoczyć, a czoło i cała twarz były zmarszczone i wykrzywione konwulsyjnie.

Położył topór na podłogę, przy umarłej, i zaraz dobrał się do jej kieszeni, starając się nie zawalać płynącą krwią — do tej samej prawie kieszeni, z której tamtym razem wyjmowała klucze. Działał z całą świadomością, żadnych zaćmień ani nieprzytomności nie doznawał, chociaż ręce ciągle mu jeszcze drżały. Przypomniał sobie później, że był nawet bardzo ostrożny, uważny i że ciągle starał się rąk nie zawalać… Klucze niebawem wyjął; wszystkie, jak i wówczas, były w jednym pęku na kółku stalowym. Niezwłocznie udał się z niemi do sypialni.

Była to bardzo niewielka izdebka, z mnóstwem obrazów świętych. Przy ścianie stało łóżko, zasłane bardzo czysto i pokryte jedwabną, skleconą z kawałków, kołdrą watową. Pod drugą ścianą stała komoda. Rzecz dziwna, zaledwie zaczął dobierać kluczy do szuflady, zaledwie usłyszał ich szczęk w zamku, przebiegł go jakby dreszcz. Zachciało mu się nagle rzucić wszystko i uciec. Ale był to tylko moment; uciekać było już za późno. Uśmiechnął się nawet sam nad sobą, gdy nagle inna przerażająca myśl przyszła mu do głowy. Wydało mu się nagle, że stara może jeszcze żyje i ocknie się. Porzuciwszy klucze i komodę, pobiegł na powrót do trupa, porwał topór i zamierzył się znowu na starą, ale go nie opuścił. Nie było wątpliwości, że umarła. Zgiąwszy się i przypatrując się jej znowu bliżej, ujrzał dokładnie, że czaszka była strzaskana i nawet nieco skręcona na bok. Chciał dotknąć się palcem, ale cofnął rękę; wszak i bez tego było widać. Krwi tymczasem napłynęła spora kałuża. Wtem spostrzegł na jej szyi sznurek, targnął nim, ale sznurek był mocny i nie dał się zerwać, a przy tym nasiąknął krwią. Spróbował wyciągnąć go tak z za pazuchy, ale coś przeszkadzało, tkwiło. Zniecierpliwiony, zamierzył już toporem, ażeby rąbnąć po sznurku, po ciele, z góry, ale nie miał odwagi, i z trudnością, zawalawszy ręce i topór, po dwuminutowej pracy, przeciął sznurek, nie dotknąwszy toporem ciała i zdjął; nie pomylił się — woreczek. Na sznurku były dwa krzyże, cyprysowy i miedziany i nadto medalik błyszczący: ale tuż przy nich wisiał niewielki, zamszowy, wytłuszczony woreczek, ze stalową obwódką i kółkiem. Woreczek był dobrze wypchany; Raskolnikow wsunął do kieszeni nie oglądając, krzyże rzucił starej na piersi i zabrawszy tym razem topór ze sobą, wpadł na powrót do sypialni.

Śpieszył się strasznie, przypadł do kluczy i znowu jął je dobierać. Ale jakoś mu się nie udało: nie pasowały do zamków. Nie dlatego, żeby mu ręce drżały, ale po prostu mylił się: widzi, na przykład, że klucz zły, a jednak pcha go gwałtem. Nagle przypomniał sobie i zorientował się, że ten duży zębaty klucz, który wisiał wraz z innymi mniejszymi, najwyraźniej nie jest od komody (tak jak to mu i poprzednio przychodziło na myśl), ale od jakiejś skrzyni, i w tej skrzyni właśnie musi być wszystko schowane. Porzucił komodę i sięgnął pod łóżko, wiedząc, że skrzynie bywają zwykle u starych pod łóżkami. W istocie: była tam spora skrzynka, mająca około arszyna długości, z wypukłym wiekiem, obita czerwonym safjanem, ozdobionym stalowymi gwoździkami. Klucz zębaty przydał się wybornie i otworzył zamek. Z wierzchu pod białym prześcieradłem, leżała szubka zajęcza, pokryta czerwoną materją, pod nią była suknia jedwabna, potem szal, a dalej, w głębi, leżały na pozór same rupiecie. Przede wszystkim zaczął wycierać o czerwone pokrycie szubki swoje ręce umaczane we krwi.

„Czerwona, więc na czerwonym znać nie będzie“, pomyślał i nagle drgnął; „Boże! Zwariowałem! czy co?“ — szepnął w przerażeniu.

Ale zaledwie dotknął się owych rupieci, gdy nagle, z pod sukni, wysunął się złoty zegarek. Jął więc skwapliwie przewracać wszystko. Istotnie — pomiędzy rzeczami leżało mnóstwo złotych przedmiotów, najwyraźniej same fanty, wykupione i nie wykupione — bransoletki, łańcuszki, kolczyki, szpilki i t. p. Niektóre były w futerałach, inne po prostu zawinięte w papier gazetowy, ale starannie i dokładnie, w podwójnych arkuszach i obwiązane wkoło tasiemeczkami. Nie tracąc ani chwilki, jął napełniać niemi kieszenie spodni, palta, nie rozwiązując paczek, ani nie otwierając pudełek: ale nie zdążył nabrać wiele…

Nagle usłyszał, że po pokoju, w (którym leżała stara, ktoś chodził! Zatrzymał się i ucichł, jak grób. Ale wszystko było spokojnie, więc tylko mu się zdawało. Wtem wyraźnie usłyszał lekki krzyk, czy też jak gdyby ktoś cicho i nagle jęknął i zamilkł. Potem znowu grobowa cisza w ciągu jednej czy dwóch minut. Siedział na palcach przy kufrze i czekał, ledwie dysząc, ale nagle zerwał się, porwał topór i wybiegł z sypialni.

Na środku pokoju stała Elżbietka, z dużym węzełkiem w rękach i spoglądała w przerażeniu na zabitą siostrę, blada, jak płótno, i jakby sił jej brakło do wołania o pomoc. Spostrzegłszy go, gdy wybiegł zadrżał, jak listek, drobnym drżeniem, a po całej jej twarzy przebiegły konwulsje. Podniosła rękę, otworzyła usta, ale jednak nie krzyknęła i powoli tyłem zaczęła odsuwać się od niego w kąt, prosto, uporczywie patrząc na niego, ale wcale nie krzycząc, tak jakby jej tchu brakło do krzyku. On rzucił się na nią z toporem: usta jej wykrzywiły się tak żałośnie, jak u bardzo małych dzieci, gdy się zaczynają czego lękać, uważnie patrzą na przerażający je przedmiot i gotową się do krzyku.

I do tego stopnia ta biedna Elżbietka była zahukana, trwożliwa i nieśmiała raz na zawsze, że nawet ręki nie podniosła dla zakrycia sobie twarzy, chociaż byłby to ruch najpospolitszy, zwłaszcza w takiej chwili, gdy topór wisiał nad jej głową. Ledwie, tylko podniosła nieco lewą rękę, daleko jednak od twarzy, i zwolna wyciągnęła ją ku niemu, jakby chciała go odsunąć. Cios trafił ją prosto w czaszkę ostrzem i od razu przerąbał cały wierzch czoła, prawie do ciemienia. Ciało runęło na ziemię. Raskolnikow stracił zupełnie przytomność, porwał jej węzeł, rzucił go znowu i pobiegł do przedpokoju.

Trwoga przejmowała go coraz bardziej i bardziej, zwłaszcza zaś po tej drugiej, wcale niespodziewanej zbrodni. Pragnął jak najprędzej uciec stamtąd. I gdyby w owej chwili zdolny był prawidłowej widzieć i myśleć, gdyby był mógł ogarnąć całą trudność położenia, całą jego ohydę i bezecność, zrozumieć przy tym, ile jeszcze przeszkód, a może i zbrodni ma do zwalczenia i popełnienia, ażeby się wyrwać stąd i dostać się do domu, to bardzo być może, że byłby rzucił wszystko i natychmiast udałby się z denuncjacją sam na siebie, i to nie z obawy o siebie, lecz jedynie wskutek grozy i wstrętu do popełnionego czynu. Wstręt zwłaszcza podnosił się i wzrastał w nim co chwila. Za nic w świecie nie poszedłby teraz do kufra, a nawet do pokojów.

Ale jakieś roztargnienie, jak gdyby zaduma, jęła go powoli ogarniać: chwilami jakby zapominał się, albo raczej, zapominał o najważniejszym, a przyczepiał się do drobiazgów. Atoli, zajrzawszy do kuchni i spostrzegłszy na ławce wiadro, do połowy napełnione wodą, rzucił się, by wymyć obie ręce i topór. Ręce były pokrwawione i lepkie. Topór zanurzył żelazem w wodę, porwał leżący na oknie, na stłuczonym spodku, kawałek mydła i jął, prosto w wiadrze, myć sobie ręce. Umywszy je, wyjął z wody topór, wymył żelazo i długo, ze trzy minuty, odmywał drzewo, gdzie się pokrwawiło, próbując nawet mydłem. Następnie otarł wszystko bielizną, która tuż obok schła na sznurze, przeciągniętym przez kuchnię, i potem długo, z uwagą, oglądał topór przy oknie. Śladów się nie zostało, tylko drzewo było nieco wilgotne. Starannie włożył topór w pętlę pod paltot, następnie, o ile pozwalało światło w ciemnej kuchni, obejrzał palto, spodnie i buty. Z zewnątrz, na pierwszy rzut oka, jakby nic nie było; tylko na butach były plamy. Umoczył gałganek i otarł buty. Wiedział, zresztą, że niedobrze ogląda, że może jest coś rzucającego się w oczy, czego nie widzi. W zamyśleniu stanął na środku pokoju. Męcząca, ponura myśl trapiła go — myśl, że traci zmysły i że w tej chwili nie jest w stanie ani zastanowić się, ani się obronić, że może wypada robić teraz co innego, aniżeli to, co on robi… Boże! Trzeba uciekać!“ wyszeptał i wpadł do przedpokoju. Ale tu przejęła go taka zgroza, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie zaznał.

Stał, patrzał i nie wierzył własnym swoim oczom: drzwi zewnętrzne, z przedpokoju na schody, te same, do których tak dzwonił, wchodząc, stały otworem, uchylone nieomal na szerokość dłoni; ani zamku, ani haczyka przez cały czas, przez cały ten straszny czas! Stara nie zamknęła za nim, może powodowana ostrożnością. Ale Boże! Wszak widział potem Elżbietkę! I jak mógł, jak mógł się nie domyśleć, że przecie weszła którędyś! Wszak nie przez ścianę!

Dopadł do drzwi i założył haczyk.

— Ale nie, znowu nie to! Trzeba iść, iść…

Zdjął haczyk, otworzył drzwi i jął słuchać na schody.

Wsłuchiwał się długo. Gdzieś daleko, na dole, widać w bramie, głośno i piskliwie krzyczały czyjeś dwa głosy, kłóciły się i wymyślały sobie. „A do licha!…“ Czekał niecierpliwie. Nareszcie, wszystko od razu ucichło, jak nożem uciął, odeszli. Chciał już wyjść, gdy wtem o piętro niżej z trzaskiem otworzono drzwi na schody i ktoś jął schodzić na dół, przyśpiewując jakąś melodię. „A to hałasują!“ — błysnęło mu w głowie. Przymknął znowu drzwi za sobą i przetrzymał. Nareszcie, wszystko umilkło, ani żywej duszy. Dał już krok na schody, lecz nagle znowu dały się słyszeć czyjeś kroki.

Te kroki dały się słyszeć z bardzo daleka, jeszcze na samym początku schodów, ale pamiętał bardzo dobrze i wyraźnie, że od pierwszego stąpnięcia, zaraz jął przypuszczać nie wiadomo dlaczego, że to koniecznie tutaj, na trzecie piętro, do starej. Dlaczego? Czy dźwięki były tak szczególne, niezwykłe? kroki były ciężkie, równe, powolne. Oto tamten przeszedł pierwsze piętro, oto wstępuje dalej i coraz głośniej, głośniej! Dał się słyszeć ciężki oddech wchodzącego. Otóż i trzecie piętro. Tutaj! I nagle zdało mu się, jak gdyby skostniał, jakby to było we śnie, kiedy to śni się, że dopędzają, blisko, chcą zabić, a sam jakby przyrósł do miejsca, ani ręką ani nogą!

I w końcu, gdy gość zaczął już wchodzić na trzecie piętro, dopiero wtedy wstrząsnął się cały i zdążył jednak bystro i zręcznie wślizgnąć się na powrót z sieni do mieszkania i zamknąć drzwi za sobą. Potem, schwycił za haczyk i cichutko zatknął go na skobel. Instynkt pomagał. Skończywszy wszystko, stłumił oddech i przyczaił się tuż przy drzwiach. Nieznajomy zbliżył się także do drzwi. Stali teraz na wprost siebie, jak on wtedy ze starą, gdy drzwi ich rozdzielały i nasłuchiwali.

Gość kilkakrotnie ciężko sapnął. „Widać gruby i tłusty“, pomyślał Raskolnikow, ściskając topór w ręku W istocie, wszystko jakby snem było. Gość ujął za dzwonek i targnął nim silnie.

Zaledwie rozległ się głuchy brzęk dzwonka, wydało mu się, że coś się rusza w pokoju. Przez kilka sekund przysłuchiwał się nawet z całą uwagą. Nieznajomy zadzwonił jeszcze raz, jeszcze poczekał, i nagle z niecierpliwością jął targać za klamkę. Z trwogą patrzył Raskolnikow na skaczący w skoblu haczyk i z przerażeniem czekał, że oto lada chwila koniec haczyka wyskoczy. I istotnie, było to bardzo możliwe: tak silnie szarpano. Chciał przytrzymać haczyk ręką, ale tamten mógł się domyśleć. W głowie zaczęło się znowu mącić „Ach upadnę!“ pomyślał, ale nieznajomy zaczął mówić i to go otrzeźwiło.

— Co im się stało, czy je kto podusił? Przeklęte! — zaryczał, jak z beczki. — Ej, stara wiedźmo! Elżbietko, ślicznotko! Otwierajcie! Uf, przeklęte, śpią czy co?

I znowu, rozwścieczony, z dziesięć razy targnął za dzwonek. Oho! Musiał to być człowiek despotyczny i stanowczy.

W tej samej chwili, dały się słyszeć niedaleko na schodach drobne kroczki. Zbliżył się ktoś jeszcze. Raskolnikow z początku nie dosłyszał.

— Jak to? Niema nikogo? — dźwięcznie i wesoło zawołał przybyły, zwracając się wprost do pierwszego gościa, który wciąż jeszcze szarpał za dzwonek. — Jak się pan ma, panie Koch!

„Sądząc po głosie, musi być bardzo młody,“ pomyślał nagle Raskolnikow.

— A licho tam wie, o małą drzwi nie wywalił — odparł Koch. — A pan skąd mnie zna?

— Jak to? A toż trzy dni temu, w Gambrynusiee trzy partyjki wygrałem od pana na bilardzie!

— A a a…

— Więc ich niema? To dziwne. A i diablo nieprzyjemne! Gdzieżby się stara podziała? Mam do niej interes.

— A i ja mam także interes.

— Ha! Cóż począć? Trza rejterować. E-ech! A ja myślałem, że dostanę groszy! — zawołał młodzieniec.

— Naturalnie, idźmy, ale poco było fatygować. Sama mnie wiedźma naznaczyła godzinę. A mam kawał drogi. Ale gdzie się to ona włóczy — nie rozumiem. Jak rok okrągły, siedzi, wiedźma, kwasi się, nogi ją bolą, a dziś, jak na złość, spaceru jej się zachciało!


— Może się spytać stróża?

— O co?

— Dokąd poszła i kiedy wróci?

— Hm… do czarta… spytać się… Ale wszak ona nigdzie nie chodzi… I znowu szarpnął za klamkę. — Diabli nadali, niema co, idźmy!

— Czekaj-no pan! — zawołał nagle młodzieniec — patrz pan: widzisz pan jak drzwi odstają, jeśli szarpać?

— No?

— A więc nie są zamknięte na zamek, lecz na haczyk! słyszysz pan, jak haczyk skacze?

— No?

— Jeszcze pan nie rozumiesz? Więc ktoś jest w domu. Gdyby wszyscy wyszli, toby z zewnątrz zamknęli na klucz, a nie na haczyk z wewnątrz. A tu — słyszysz pan, jak haczyk skacze? Ażeby się zamknąć na haczyk z wewnątrz, trzeba być w domu, rozumiesz pan? A więc są w domu i nie otwierają!

— A prawda! — zawołał zdumiony Koch. — Cóż więc do licha! I zaczął wściekle targać drzwiami.

— Czekaj pan! — zawołał znowu młodzieniec — nie szarp pan! Tu się coś święci… wszak pan dzwoniłeś, szarpałeś — nie otwierają; a więc albo obie pomdlały, albo…

— Co?

— Wiesz pan co: chodźmy po stróża: niech je sam obudzi.

— Dobrze!

Obaj ruszyli na dół.

— Czekaj pan! Zostań pan tutaj, a ja pobiegnę po stróża.

— Po cóż mam zostać?

— Bywają wypadki.

— Ha, no…

— Ja bo kształcę się na śledczego! Tu wyraźnie, wyraźnie coś jest! — gorąco zawołał młody i pędem zbiegł ze schodów.

Koch został, ruszył jeszcze raz po cichutku dzwonkiem i ten brzęknął raz: potem, jakby rozmyślając i oglądając, jął ruszać klamką, przyciągając ją, dla przekonania się, że w istocie drzwi są zamknięte tylko na haczyk. Potem, sapiąc, nachylił się i zaczął patrzeć przez dziurkę od klucza; ale w zamku z wewnątrz tkwił klucz, to też nic nie mógł zobaczyć.

Raskolnikow stał i ściskał topór. Był, jak w febrze. Gotów był nawet bić się z nimi, gdy wejdą. Gdy stukali i umawiali się, kilka razy przychodziło mu do głowy skończyć wszystko od razu i krzyknąć do nich z za drzwi. Niekiedy chciał ich zwymyślać, podrażnić, zanim otworzą. „Żeby już prędzej!“ błysnęło mu w głowie.

— A to siedzi!…

Czas mijał, minuta, druga — nikt nie szedł. Koch zaczął się ruszać.

— A niech go licho!… — zawołał nareszcie i, zniecierpliwiony, opuścił swoje stanowisko, ruszył po schodach, śpiesząc się i tupiąc butami.

Kroki ucichły.

— Boże, co począć!

Raskolnikow zdjął haczyk, uchylił drzwi — nic nie słychać, i nagle, wcale nie myśląc, wyszedł, zamknął drzwi za sobą, jak mógł najlepiej, i zbiegł na dół.

— Ej, diable rogaty! Trzymaj! Łapaj!

Z krzykiem wyrwał się ktoś na dole z jakiegoś mieszkania i nie pobiegł, ale jak gdyby spadł na dół, po schodach, drąc się na całe gardło:

— Michał! Michał! Michał! Zjedzże diabła!

Krzyk skończył się świstem: ostatnie dźwięki dały się słyszeć już ze dworu; wszystko ucichło. Ale w tej samej chwili kilku ludzi, rozmawiając żywo i głośno, zaczęło wchodzić na schody. Było ich trzech czy czterech. Poznał dźwięczny głos młodego. Oni!

W zupełnej rozpaczy pobiegł na ich spotkanie; niech co chce będzie! zatrzymają, wszystko przepadło, przepuszczą, także wszystko przepadło: poznają!

Już się schodzili; oddzielało ich ledwie jedno piętro, gdy wtem zbawienie! O kilka stopni od niego, na prawo, mieszkanie puste i otwarte na oścież, to samo mieszkanie drugiego piętra, w którym malowali robotnicy, a teraz wyszli, jakby umyślnie. Oni to widocznie wybiegli przed chwilą z takim wrzaskiem. Podłogi tylko co pomalowane, w pośród pokoju stoi szkopek i garnek z farbą i pędzlem. Jednym susem skoczył do pokoju i stanął za drzwiami, a był czas wielki po tymu: oni byli już na piętrze. Następnie skręcili do góry i przeszli obok niego na trzecie piętro, głośno rozmawiając. On przeczekał, wyszedł na palcach i zbiegł na dół.

Nikogo na schodach! W bramie także nikogo. Szybko minął bramę i skręcił w ulicę na lewo.

Wiedział dobrze, wiedział doskonale, że oni, w tej samej chwili, są już w mieszkaniu, że się bardzo zdziwili, że jest otwarte, podczas gdy niedawno było zamknięte, że już patrzą na trupy, i że lada sekunda domyślą się i pojmą dokładnie, że tu tylko co był morderca i zdążył gdzieś się ukryć, prześlizgnął się obok nich, uciekł, domyślą się może i tego, że był nawet w pustym mieszkaniu, gdy oni wchodzili na górę. Atoli pod żadnym pozorem nie mógł przyspieszyć kroku, chociaż do pierwszego zakrętu zostawało jeszcze z jakie sto kroków.

— Czyby nie wpaść do jakiej bramy i przeczekać gdziekolwiek na obcej ulicy? Nie! Okropność! A może by gdzie rzucić topór? Może wsiąść w dorożkę? Okropność! Okropność!

Nareszcie uliczka! skręcił w nią ledwo żywy; tu był już w połowie uratowany i wiedział o tym; mniej podejrzeń, wreszcie ruch ludzi był tu znaczny, a on znikł w tłumie, jak ziarnko. Ale wszystkie te męczarnie tak go zmordowały, że ledwie stąpał. Pot spływał mu z czoła, całą szyję miał mokrą.

— A to się schlał! — krzyknął mu ktoś, gdy wyszedł nad kanał.

Czuł się bardzo niedobrze; im dalej, tem gorzej. Pamiętał jednak, że, gdy wszedł na nadbrzeżną kanału i spostrzegł, że tam mało ludzi, przeraził się bardzo i chciał wrócić na powrót w uliczkę. Pomimo że siły mu nie dopisywały, nałożył olbrzymi kawał drogi i przyszedł do domu z wprost przeciwnej strony.

Niezupełnie przytomny wszedł w bramę swego domu, przeszedł bowiem już na schody, gdy wtedy dopiero przypomniał sobie o siekierze.

A przecie miał przed sobą ważne zadanie: i trzeba było położyć ją na powrót i to jak można najzręczniej. Oczywiście, nie był już w stanie wyrozumować sobie, że może byłoby daleko lepiej wcale nie kłaść toporu na dawne miejsce, lecz podrzucić go, choćby później, gdziekolwiek na cudze podwórze.

Ale wszystko wypadło pomyślnie. Drzwi do izby stróża były zamknięte, ale nie na klucz, widocznie więc stróż był w domu. Ale on już do tego stopnia stracił świadomość swoich postępków, że prosto poszedł ku drzwiom i otworzył je. Gdyby go stróż zapytał: „kto tam?“ byłby mu może po prostu oddał siekierę. Lecz stróża znowu nie było w domu, zdążył więc położyć siekierę na poprzednie miejsce pod ławkę; nawet polanem zakrył ją po dawnemu.


Nikogo, ani żywej duszy, nie spotkał potem aż do samego mieszkania, nawet drzwi do gospodyni były zamknięte. Wszedłszy do siebie, rzucił się na sofę tak, jak był. Nie spał, ale był bez czucia. Gdyby ktokolwiek wszedł był do jego mieszkania, byłby się zerwał i krzyknął, majaczył, i szczątki jakichś myśli kręciły mu się po głowie; ale nic z nich nie mógł pochwycić, przy żadnej nie mógł się zatrzymać, nawet pomimo wysiłków…

Część druga

Rozdział I

W tym stanie przeleżał bardzo długo. Niekiedy jakby się budził i wówczas dostrzegał, że to już noc oddawana, ale o wstaniu wcale nie myślał. Nareszcie, spostrzegł, że już dobrze świta. Leżał na sofie na wznak, jeszcze sztywny po niedawnemu omdleniu. Dochodziły go dość wyraźnie straszne, rozpaczliwe jęki z ulicy, których, zresztą, co noc wysłuchiwał ze swego okna, około godziny trzeciej. One to zbudziły go i teraz.

— „A! Już i pijani wychodzą z bawaryj“, pomyślał — „już po drugiej“ — i nagle zerwał się, jakby go kto ściągnął z sofy. — „Jak to, już po drugiej!“ siadł na sofie — i wszystko sobie przypomniał!… Od razu, nagle, wszystko stanęło mu w oczach.

W pierwszej chwili, sądził, że zwariuje. Straszne zimno go objęło; ale zimno było także następstwem gorączki, którą już od dawna miał we śnie. Teraz nagle tak go zatrzęsła febra, że o mało zęby mu nie powyskakiwały, i wszystko się w nim trzęsło. Otworzył drzwi i zaczął słuchać; w domu wszystko mocno spało. Ze zdumieniem oglądał siebie i wszystko dokoła w pokoju. Zrozumiał: jak mógł wczoraj, wszedłszy, nie zamknąć drzwi za sobą, rzucić się na sofę, nie tylko nie rozbierając się, ale nawet w kapeluszu: ten ostatni stoczył się na podłogę; leżał tam tuż obok poduszki. — „Gdyby kto wszedł, co by pomyślał? Że jestem pijany, lecz“… Rzucił się do okna. Światła było dosyć, jął więc co żywo oglądać siebie, całego od stóp do głowy, całe swoje ubranie: drżąc więc z febry, jął zdejmować z siebie wszystko i znowu oglądać dokoła. Przewrócił wszystko, do ostatniej nitki i kawałka i niedowierzając sobie, powtórzył oględziny ze trzy razy. Ale nic nie było, zdaje się żadnych śladów; tylko na tem miejscu, gdzie pantalony wystrzępiły się u dołu, wisiały frędzle, na tych frędzlach zostały gęste ślady krwi zastygłej. Porwał duży scyzoryk i obciął frędzle. Więcej, zdaje się, nic nie było. Wtem przypomniał sobie, że woreczek i przedmioty, które wyciągnął z kufra starej, wszystkie dotąd leżą w jego kieszeniach! — Nie pomyślał dotąd, aby je wyjąć i schować! — Nie przyszło mu to nawet teraz na myśl, gdy oglądał ubranie! Cóż to jest? Natychmiast jął je wyciągać i wyrzucać na stół. Wybrawszy wszystko, wywróciwszy nawet kieszenie dla przekonania się, że już nic nie zostało — całą tę masę zaniósł w kąt. Tam, w samym kącie na dole, w jednym miejscu było oddarte od ściany obicie, zaraz więc jął wszystko pchać w ten otwór, pod papier: „weszło! wszystko z oczu, nawet woreczek!“ — z radością szepnął, wstawszy i błędnie spoglądając na jeszcze bardziej widoczny otwór. Nagle aż zadrżał z przerażenia:

— „Boże mój“ szeptał w rozpaczy — „co się ze mną dzieje? Czyż to schowane? Czyż tak się chowa?…“

Prawda, nie liczył on na przedmioty; myślał, że będą tylko same pieniądze, dlatego też nie przygotował zawczasu miejsca — „ale teraz, teraz z czego się cieszę“? — myślał. — „Czyż tak się chowa? Doprawdy, rozum mnie opuszcza!“ W znużeniu usiadł na sofie i znowu opanowała go straszna febra. Machinalnie przyciągnął ku sobie swoje stare studenckie palto zimowe, leżące na krześle, całe prawie w łachmanach, nakrył się niem i sen z maligną objęły go prawie jednocześnie. Zemdlał.

W pięć minut potem zerwał się znowu i znowu gwałtownie rzucił się do swego palta. „Jak mogłem zasnąć, skoro nic nie zrobione! Akurat, a jakże, dotąd pętli nie zdjąłem! Zapomnieć, o takiej ważnej rzeczy zapomnieć! Taki dowód!“ Zerwał pętlę i co żywo jął ją drzeć na kawałki, zapychając pod poduszkę w bieliznę. „Kawałki podartego płótna nigdy nie obudzą podejrzeń; tak się zdaje, tak się zdaje!“ powtarzał, stojąc pośród izby i wpatrując się z naprężoną aż do bólu uwagą, w podłogę, wszędzie, czy jeszcze czego nie zapomniał, świadomość, że nawet pamięć, nawet najprostsze pojęcia go opuszczają, zaczynała go męczyć niewymownie. „Co to, czyżby już się zaczęło, czy to już się kara zaczyna? A tak, a tak, nic innego!“ Istotnie, kawałki frendzli, które odciął od spodni, leżały na samym widoku! „Co się ze mną robi?“ zawołał znowu, jak nieprzytomny.

Wtem przyszła mu do głowy dziwna myśl: że może i całe jego ubranie jest we krwi, że może jest dużo plam, których tylko nie widzi, nie dostrzega, bo mu się wzrok zaćmił, bo… stracił rozum!… Nagle przypomniał sobie, że i na woreczku była krew.

— Ba! A więc i w kieszeni jest także, bom przecie mokry jeszcze woreczek wsunął wtedy do kieszeni! Natychmiast wywrócił kieszeń i — w istocie, na podszewce kieszeni są ślady, plamy.

„A więc nie całkiem go jeszcze opuścił rozum, a więc ma jeszcze pojęcie i pamięć, skoro sam spostrzegł się i domyślił!“ Szepnął z triumfem, głęboko, radośnie westchnąwszy pełną piersią: „po prostu, chwilowe osłabienie, febra, gorączka;“ i wyrwał całą lewą kieszeń ze spodni.

W tej chwili promień słońca oświetlił mu but lewy: na skarpetce, wyglądającej z buta, pokazały się jakby znaki. Zdjął but: — w istocie znak! Cały koniec skarpetki przesiąknięty krwią; widać w tamtą kałużę stąpnął nieostrożnie… „Ale co z tem począć teraz! Gdzie podziać skarpetkę, frendzle, kieszeń!“

Ścisnął wszystko to w ręku i stał pośród izdebki, „W piec? Ależ w piecu przede wszystkim zaczną szukać. Spalić? Ale czym spalić? Nie ma nawet zapałek. Nie lepiej wyjść gdziekolwiek i wszystko wyrzucić. Tak, najlepiej wyrzucić!“ — powtórzył, znowu siadając na sofie — „i to zaraz, natychmiast, bez zwłoki!…“ Ale zamiast tego, głowa mu znowu opadła na poduszkę i znowu skostniał pod wpływem strasznej febry: znowu przykrył się szynelem. I długo, przez kilka godzin ciągle mu się marzyło, że „trzeba by zaraz, nie odkładając, pójść gdziekolwiek i wszystko wyrzucić, żeby już oddalić z oczu co prędzej, co prędzej!“ Zrywał się z kanapy kilka razy, chciał wstać, ale już nie mógł. Ostatecznie zbudziło go silne stukanie do drzwi.

— Otworzyć! Umarł, czy co? Ciągle śpi wołała Anastazja, stukając we drzwi pięścią: — całe boże dnie wyleguje się, jak pies! Boć to i pies! Otworzyć! Dziesiąta godzina.

— A może go niema w domu — ozwał się głos męski.

„Ba! to głos stróża… Czego ten chce?“

Zerwał się i siadł na sofie. Serce tak mu skakało, że aż ból uczuł.

— A na haczyk kto się zamknął? — spytała Nastka — widzicie go! Zamyka się! Chyba go samego ukradną! — Otworzyć, hej, otworzyć!

— Czego oni chcą? Poco stróż. Wiedzą o wszystkim. Bronić się czy otworzyć. A, niech tam…

Nachylił się ku drzwiom, i zdjął haczyk.

Cały pokój był tak mały, że można było zdjąć haczyk, nie wstając z łóżka.

Rzeczywiście: stróż i Anastazja.

Anastazja dziwnie jakoś spojrzała na lokatora. On rozpaczliwym i wyzywającym wzrokiem zmierzył stróża. Ten w milczeniu podał mu szary, złożony we dwoje papier, zapieczętowany butelkowym lakiem.

— Awizacja, z biura — wymówił, podając papier.

— Z jakiego biura?

— Do policji pana żądają. Do biura. Wiadomo, jakie biuro!

— Do policji!… Po co?…

— A mnie tam co do tego. Żądają, to pan idź. I uważnie spojrzał na niego, rozejrzał się dokoła i zaczął odchodzić.

— Ej, coś mi pan choruje! — Zauważyła Anastazja, nie spuszczając zeń oczu. Stróż także na chwilę odwrócił głowę.

— Od wczoraj w gorączce — dodała.

On nic nie odpowiedział i trzymał w ręku papier, nie łamiąc pieczęci.

— Nie wstawaj pan, nie wstawaj — ciągnęła Anastazja ze współczuciem, widząc że lokator spuszcza nogi z kanapy. Choryś pan, to pan nie chodź: toć się nie pali. A co to pan ma w ręku?

Spojrzał: w prawej ręce trzymał szczątki frendzli, skarpetka i kieszeń wyrwana ze spodni. Tak więc spał z niemi. Później już, rozmyślając o tym, przypomniał sobie, że i budząc się w gorączce, silnie bardzo silnie wszystko to ściskał w ręku i znowu zasypiał.

— Patrzcie, jakich gałganów nazbierał i śpi z niemi, jak ze skarbem jakim…

I Anastazja wybuchnęła swoim chorobliwie nerwowym śmiechem.

Szybko wsunął wszystko pod palto i wlepił w nią oczy. Chociaż się bardzo mało mógł naówczas orientować, czuł jednak, że nie tak się z nim będą obchodzić, gdy go przyjdą brać. — „Ale… policja?“

— A może herbaty? Chcesz pan — przyniosę? Jest trochę…

— Nie… wychodzę; zaraz wychodzę, — odburknął.

— Zda się i ze schodów pan się nie zwlecze.

— Pójdę…

— Jak się panu podoba.

Wyszła za stróżem. On natychmiast rzucił się do światła dla obejrzenia skarpetki i frendzli. — „Plamy są, ale nie bardzo znaczne; wszystko się zabrudziło, zatarło i wybladło. Kto o niczym nie wie, ten się niczego nie domyśli. A więc Anastazja nic nie mogła spostrzec zdaleka, dzięki Bogu!“ Wtedy ze drżeniem rozpieczętował awizacje i zaczął czytać; długo czytał aż nareszcie zrozumiał. Była to zwyczajna awizacja z cyrkułu, wzywająca go na dzisiaj, na pół do dziesiątej do biura cyrkułowego nadzorcy.

„Co to może być? Wszak ja żadnych interesów nie mam z policją? I dlaczego właśnie dziś“ — myślał w męczącemu zakłopotaniu. — „Boże, żeby to się już raz skończyło“! Upadł na kolana, z zamiarem modlitwy, ale aż sam się roześmiał, nie z modlitwy, lecz z siebie samego. Zaczął się śpiesznie ubierać. — „Przepadnę to przepadnę, wszystko mi jedno! — Włożyć skarpetkę! pomyślał nagle — jeszcze się więcej zatrze w kurzu i ślady przepadną“. Ale ledwie włożył, gdy natychmiast ściągnął ją ze zgrozą i wstrętem. Ściągał, ale zorientowawszy się, że innej nie ma, wziął i włożył ją, i znowu się roześmiał. — „Wszystko to względne, warunkowe, same tylko formy“, pomyślał nawiasem, samym tylko brzeżkiem myśli, ale drżąc na całym ciele, „wszak przecie włożyłem ją! Wszak skończyło się na tem, żem włożył!“ Atoli śmiech zastąpiła niebawem rozpacz.

— „Nie, to nad moje siły“… pomyślał. Nogi mu drżały. — „Ze strachu“, szepnął do siebie. W głowie mu się kręciło — paliło go żarem. — „To podstęp! Chcą mnie przynęcić podstępem i potem stropić ze wszystkim“, ciągnął do siebie, wychodząc na schody. — „Źle, że jestem prawie w gorączce… mogę palnąć jakie głupstwo“…

Na schodach przypomniał sobie, że zostawił wszystkie rzeczy na łasce opatrzności, w otworze ściennym, „a może właśnie umyślnie w czasie jego nieobecności… rewizja…“ przypomniał sobie i stanął. Ale taka rozpacz i taki, rzec można, cynizm zguby owładnęły nim nagle, że machnął ręką i poszedł dalej.

— „Ach, żeby prędzej!“

Na ulicy znowu panował skwar nieznośny; żeby choć kropelka deszczu w ciągu tych wszystkich dni. Znowu kurz, cegła i wapno, znowu swąd ze sklepików i bawaryj, znów co chwila pijani, czuchny — roznosiciele i rozbite dorożki. Słońce jaskrawo biło go w oczy, tak że aż bolało od patrzenia i w głowie zupełnie mu się zakręciło — zwykłe uczucie człowieka w gorączce, wychodzącego nagle w jasny dzień słoneczny na ulicę.

Doszedłszy do skrętu na wczorajszą ulicę, z męczącą trwogą spojrzał na nią, na ów dom… i zaraz odwrócił oczy.

„Jeżeli spytają, może i powiem“, pomyślał, zbliżając się do biura.

Do biura miał jeszcze z ćwierć wiorsty. Przenieśli je niedawno na nowe miejsce, do nowego domu, na trzecie piętro; w dawnym lokalu był kiedyś wypadkiem, ale to już bardzo dawno. Wszedłszy do bramy, ujrzał na prawo schody, po których schodził jakiś prosty człowiek z książką w ręku: „widocznie, stróż, a więc to tu biuro“, i zaczął wchodzić na schody. Pytać się nikogo o nic nie chciał.

„Wejdę, uklęknę i wszystko opowiem“ — pomyślał, wchodząc na trzecie piętro.

Schody były wąskie, spadziste i całe oblane pomyjami. Wszystkie kuchnie wszystkich pięter otwierały się na te schody i były otwarte prawie przez cały dzień. Wskutek tego swąd był straszny. Z góry na dół i z dołu na górę schodzili i wchodzili stróże z książkami pod pachą, strażnicy i różni ludzie płci obojej — interesanci. Drzwi do samego biura były także otwarte na oścież. Wszedł i stanął w przedpokoju. Czekało tam mnóstwo różnych ludzi. Tu także był skwar straszny i nadto aż do mdłości biło w nos świeżą, jeszcze niewywietrzoną farbą na starym oleju, ze świeżo zaciąganych podłóg. Wyczekawszy chwilkę, postanowił ruszyć naprzód, do sąsiedniego pokoju. Pokoje wszystkie były maleńkie i niziutkie. Straszna niecierpliwość pchała go coraz dalej i dalej. Nikt ani spojrzał na niego. W drugim pokoju siedzieli jacyś pisarze, ubrani niby staranniej, ale dziwni jacyś ludzie. Zwrócił się do jednego z nich.

— Czego tam?

Pokazał wezwanie.

— Pan jesteś student? — Spytał tamten, rzuciwszy okiem na awizację.

— Tak, były student.

Pisarz obejrzał go, zresztą, bez żadnej ciekawości. Był to jakiś napuszony człowiek, z twarzą bez wyrazu.

„Od tego nic się nie dowiem, bo jemu wszystko jedno“ — pomyślał Raskolnikow.

— Idź pan tam, do referenta — rzekł pisarz, i wskazał palcem na ostatni pokój.

Wszedł do tego pokoju (czwartego z rzędu), ciasnego i przepełnionego interesantami, ludźmi, odzianymi nieco czyściej, niż w poprzednich izbach. Pomiędzy nimi były dwie damy. Jedna w żałobie, biednie ubrana, siedziała przy biurku naprzeciwko referenta i pisała coś. Druga zaś dama, bardzo otyła i fioletowo-czerwona, z plamami, okazała kobieta, i coś za bogato ubrana, z broszką wielkości spodka do szklanki na piersiach, stała na uboczu i czekała na coś. Raskolnikow podał referentowi swoją awizację. Ten ledwie spojrzał na nią, rzekł — „proszę zaczeka“ — i zajął się znowu żałobną damą.

Odetchnął swobodniej. — „Na pewno nie tamto!“ Zwolna zaczynał nabierać otuchy, i z całych sił wmawiał w siebie spokój i odwagę.

„Jakieś głupstwo, jakaś najmniejsza nieostrożność i sam się mogę wydać!… Hm… szkoda, że tu niema powietrza“ — dodał — „duszno… W głowie jeszcze się bardziej kręci… i w umyśle także…“

Czuł w całym sobie straszny nieład. Bał się stracić panowanie nad sobą.

Starał się przylgnąć do czegoś i myśleć o czymkolwiek zupełnie obojętnemu, ale wcale mu się to nie udawało. Referent zresztą bardzo go zajmował: strasznie mu się chciało odgadnąć coś z jego twarzy, rozgryźć. Był to bardzo młody człowiek, lat dwudziestu dwóch, z pociągłą i ruchliwą twarzą, wydającą się starszą, niż była w istocie, ubrany modnie i z pretensją, z rozdziałkiem na tyle głowy, ulizany i wypomadowany, z mnóstwem pierścieni i obrączek na białych starannie utrzymanych palcach i złotymi łańcuszkami na kamizelce. Z jednym z obecnych tam cudzoziemców rozmawiał nawet po francusku i to dość poprawnie.

— Niech pani spocznie — rzekł, zwracając się do otyłej fioletowo-czerwonej damy, która wciąż stała, jakby nie śmiała usiąść, chociaż krzesło stało tuż obok.

— Ich danke — odparła — i powoli, z szelestem jedwabiu opuściła się na krzesło. Jej jasno niebieska, ubrana białą koronką suknia, niby balon rozpostarła się naokoło krzesła i zajęła prawie pół pokoju. Rozszedł się zapach perfum. Ale damę krępowało widocznie, że zajmuje pół pokoju i że ją tak czuć pachnidłami, to też uśmiechała się bojaźliwie i natrętnie zarazem, ale z widocznym niepokojem.

Nareszcie, żałobna dama skończyła i zaczęła wstawać. Wtem, z pewnym szumem, z wielką brawurą i jakoś szczególnie poruszając na każdym kroku plecami, wszedł oficer, rzucił czapkę z gwiazdką na biurko i siadł na fotelu. Pyszna dama aż podskoczyła z miejsca, ujrzawszy go, i z jakimś niezwykłym zachwytem zaczęła przysiadać; ale oficer nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi, ona zaś nie śmiała już usiąść w jego obecności. Był to pomocnik nadzorcy cyrkułu, z poziomo sterczącemi w obie strony ryżawemi wąsami i bardzo drobnemi rysami twarzy, o tyle tylko wymownej, o ile czelnej. Niechętnie i nawet nieco gniewnie spojrzał on na Raskolnikowa; nazbyt bo miał już nędzne ubranie, a pomimo całej biedy i poniżenia, wygląd miał wcale nieodpowiedni do kostjumu; Raskolnikow, przez nieostrożność zbyt prosto i długo popatrzał na niego, tak że się aż tamten obraził.

— Czego chcesz? — krzyknął, zdziwiony zapewne, że taki oberwus nie myśli lękać się jego błyskawicznego wzroku.

— Miałem wezwanie… — wykrztusił Raskolnikow.

— To w sprawie ściągnięcia od tego pana pieniędzy, od studenta — pospieszył referent, odrywając się od papierów. — Oto jest! — i pokazał Raskolnikowowi książkę, wskazując na niej miejsce: — czytaj pan!

„Pieniądze? Jakie pieniądze? — myślał Raskolnikow — „ale… więc najwyraźniej ani mowy o tamto!“ i zadrżał z radości. Zrobiło mu się nagle strasznie, niewymownie błogo. Ciężar spadł mu z piersi.

— A o której to panu kazano się zjawić? — krzyknął porucznik, coraz bardziej obrażając się niewiadomo za co: — napisano o dziewiątej, a teraz już po jedenastej!

— Otrzymałem wezwanie kwadrans temu — głośno i niedbale odparł Raskolnikow, także ni stąd ni zowąd najmimowolniej rozgniewany i nawet znajdujący w tem pewne upodobanie. — I tak dobrze, że chory na febrę przyszedłem jednak.

— Proszę nie krzyczeć.

— Ja też nie krzyczę, mówię spokojnie, to pan na mnie krzyczy; jestem student i krzyczeć na siebie nie pozwolę.

Pomocnik rozgorączkował się do tego stopnia, że w pierwszej chwili nie mógł nawet wymówić ani słowa i tylko bryzgał śliną. Nareszcie zerwał się z miejsca.

— Proszę m-m-milczeć! Pan jesteś w biurze. Proszę nie być grubijaninem.

— To i pan jesteś w biurze — zawołał Raskolnikow — a oprócz tego, że pan krzyczysz, to pan jeszcze palisz, a więc pan wszystkim nam ubliżasz.

Co powiedziawszy, Raskolnikow uczuł niewymowne zadowolenie.

Referent z uśmiechem spoglądał na nich. Gorący porucznik był widocznie zmieszany.

— To do pana nie należy! — zawołał nareszcie jakoś nienaturalnie głośno: — oto lepiej zechciej pan dać zobowiązanie, którego od pana żądają. Pokaż mu pan, panie Aleksandrze! Skargi na pana! Dłużków się nie płaci! Widzicie go, jaki mi mędrzec!

Ale Raskolnikow już nie słuchał i chciwie wczytał się w podany mu papier, szukając co żywo rozwiązania. Przeczytał raz, drugi i nie zrozumiał.

— O cóż to idzie? — zapytał referenta.

— O pieniądze, które pan jesteś winien. Masz pan, albo dług uiścić ze wszystkimi kosztami, karami itp., albo dać zobowiązanie na piśmie, kiedy pan zapłacisz, a zarazem zapewnienie, że dopóki dług uiszczony nie będzie, ani pan ze stolicy nie wyjedziesz, ani nie będziesz ukrywał swego mienia. A wierzyciel ma prawo sprzedania pańskich ruchomości i postąpienia z panam według prawa.

— Ależ ja… nikomu nie jestem winien.

— To już do nas należy. Do nas przysłano tylko dla wyegzekwowania kwit pański nieopłacony w terminie na sumę piętnastu rubli, któryś pan wydał wdowie asesorowej kolegjalnej Zarnicynowej przed dziewięcioma miesiącami, a który od niej przeszedł na własność radcy dworu Czebarowa — na tej więc zasadzie my wezwaliśmy pana do siebie.

— Ależ to moja gospodyni!

— Cóż stąd, że gospodyni?

Referent patrzał nań z pobłażliwym uśmiechem współczucia, a zarazem i niejakiego triumfu, jak na nowicjusza, którego zaczyna się zaledwie ostrzeliwać: „A co? Jakże się teraz czujesz?“ Ale co go teraz, co go mógł obchodzić jakiś tam kwit, dług, zobowiązania? Czy warte było to jakiegoś niepokoju, albo nawet jakiejkolwiek uwagi? Stał, czytał, słuchał, sam zadawał nawet pytania, ale to wszystko machinalnie. Triumf samoobrony, wybawienie z grożącego niebezpieczeństwa — oto, co przepełniało owej chwili całą jego istotę, bez przewidywania, bez analizy, bez przyszłych, dalszych domysłów i dociekań, bez wątpień i pytań. Była to chwila zupełnej bezpośredniej, czysto zwierzęcej radości. Ale w tej samej chwili w biurze stało się coś w rodzaju gromu i błyskawicy. Porucznik, jeszcze przejęty nieuszanowaniem, cały gniewny i widocznie pragnący podtrzymać swój honor i ambicję wpadł wszystkimi piorunami na nieszczęsną „pyszną damę“, patrzącą nań od czasu, jak się tylko pokazał, z najgłupszym w świecie uśmiechem.

— A ty, taka — siaka, owaka, krzyknął nagle na całe gardło, (dama żałobna już wyszła) co się tam znów u ciebie w nocy porobiło? A? Znowu niepokój awantura na całą ulicę. Znowu bójka i pijaństwo. Koza ci pachnie! Wszak ci już mówiłem, wszak cię już z dziesięć razy uprzedzałem, że na jedenasty nie daruję! A ty znowu, ty taka, siaka, owaka!

Aż papier wypadł z rąk Raskolnikowa, który patrzał dziko na pyszną damę, z którą postępowano tak bez ceremonji, ale wkrótce zrozumiał, o co chodzi, i cała ta historia zaczynała mu się nawet bardzo podobać. Słuchał z zadowoleniem tak, że aż mu się chciało śmiać, śmiać się… Wszystkie nerwy dziwne wyprawiały w nim harce.

— Poruczniku! — zaczął referent z zakłopotaniem, ale wolał przeczekać wybuch, gniewnego bowiem porucznika można było powstrzymać ledwie za ręce, o czym już wiedział z własnego doświadczenia.

Co się zaś tyczy pysznej damy, to z początku aż zadrżała od gromu i błyskawicy; ale rzecz dziwna: im liczniejsze i dosadniejsze stawały się wymysły, — tem twarz jej przybierała wyraz uprzejmiejszy, tem milszy stawał się jej uśmiech, zwrócony do groźnego porucznika. Przestępowała z nogi na nogę i przysiadała, z niecierpliwością wyczekując, rychło li jej pozwolą wtrącić swoje słówko, i doczekała się.

— Żaden awantor ani bitwa u mnie nie był, pan kapitan — zapiszczała nagle, jakby kto grochu rozsypał, akcentując mocno z niemiecka, chociaż wcale biegle po rosyjsku — i żadna, żadna szkandal, i oni przyszla pijan, i to ja wszystko powiedzieć, pan kapitan, ja niewinna… u mnie dom porządna, pan kapitan i porządne goście, a ja, pan kapitan, ja sama zawsze nie chciał żadna skandal. A oni całkiem przyszla pijan i potem znowu trzy flaszki żądal, a potem jeden podniósł nogi i zaczynal nogą na fortepian gral i to wcale niedobrze w porządny dom, i on cały fortepian slamal i to calkiem, całkiem nie dobre maniery. Ja to powiedzial, a on flaszkę wziąl i zaczynal wszystkich flaszką z tylu popychal. I tu, jak ja prędko zaczynal stróża wolać i Karl przyśla, on wziąl Karl i oko wybila i Henrietta także oko wybila a mnie pięć razy po twarzy bila. A on na kanal okno otwieral i zaczynal glośno krzyczal, jak maleńka świnka? Pfuj, pfuj, pfuj! i Karl z tylu go za frak od okna ciągnęla i tu, to prawda, pan kapitan, jemu sein rock zerwala. I wtedy ona krzyczala, co jemu man mus piętnaście rubli placić za jego frak. I ja sama, pan kapitan, pięć rubli jemu sein rock placila. I to nie porządny gość, pan kapitan, i taki skandal robiła. Ja, mówil, na was dużo satyry gedrukt będzie, bo ja we wszystkich gazetach mogę wszystko o was pisal.

— To on redaktor?

— Tak, pan kapitan, i to bardzo nieporządny gość, pan kapitan, kiedy w porządny dom…

— No, no, no! Dosyć! Ja ci już mówiłem, nieraz mówiłem…

— Poruczniku! — znowu znacząco ozwał się referent.

Porucznik bystro spojrzał nań, referent z lekka kiwnął głową.

— …Otóż raz jeszcze i to po raz ostatni, ostatni, rozumiesz — ciągnął porucznik: — niech mi jeszcze w twoim porządnym domu choć jeden jedyny raz zdarzy się coś podobnego, to pójdziesz na cugunder, jak się mówi górnym stylem. Rozumiesz? Więc literat, redaktor, pięć rubli w „porządnym domu“ za połę wziął? Otóż to, panowie redaktorzy! — i pogardliwym wzrokiem zmierzył Raskolnikowa. — Przed trzema dniami w restauracji także awantura: zjadł obiad i płacić nie chce: „ja, powiada, w satyrze was wszystkich opiszę za to“. Na statku także inny, w zeszłym tygodniu, szanowną rodzinę radcy stanu zobelżył w najpodlejszych wyrazach. Z cukierni onegdaj pięściami wypędzono jednego. Tacy to są redaktorzy, literaci, studenci, heroldowie… tfu. A ty ruszaj! Ja kiedy sam zajdę do ciebie. Wtedy strzeż się! Rozumiesz?

Tłusta niemka z przyspieszoną uprzejmością jęła przysiadać na wszystkie strony i przysiadając cofała się ku drzwiom; ale we drzwiach natknęła się na pokaźnego oficera, z pogodną świeżą twarzą i pysznemi gęstymi jasno-blond faworytami. Był to sam naczelnik cyrkułu.

Niemka przysiadła skwapliwie nieomal do samej podłogi i po chwili drobnym kroczkiem, podskakując, wybiegła z biura policji.

— Znowu gwałt, znowu pioruny, błyskawice, gromy, huragany! — uprzejmie i życzliwie zwrócił się przybyły do porucznika — znowu draśnięte serce, znowu wybuch. Już na schodach słyszałem!

— E, kiedy bo… — z szlachetną niedbałością odparł zagadnięty, przechodząc z jakiemiś papierami do drugiego stołu i charakterystycznie poruszając ramionami za każdym krokiem — gdzie krok, tam i ramię: — oto patrz pan: pan redaktor, to jest niby student, były wprawdzie, długów nie płaci, weksle wystawia, z mieszkania się nie wyprowadza, ciągłe skargi, a raczył wystąpić z pretensją, żem papierosa przy nim zapalił! Sami głu… głupstwa robią, a oto proszę spojrzeć: to ich najponętniejszy wygląd.

— Bieda nie hańbi, kochanie, ale co tam o tym! Wiadomo, proch, nie mógł znieść obrazy. Musiałeś się pan sam pewnie na niego obrazić za co i nie wytrzymałeś pan — ciągnął naczelnik, uprzejmie zwracając się do Raskolnikowa — ale szkoda, żeś się pan, nie powstrzymał: człowiek, powiadam panu, najszlachetniejszy, ale proch, proch! — Wybuchnął, zakipiał, spłonął — i basta! i w pułku przezwano „porucznikiem prochem“.

— A jaki to był p-pułk! — zawołał porucznik, bardzo zadowolony, że mu tak przyjemnie pochlebiono, ale wciąż jeszcze z gniewem.

Raskolnikow powziął raptem ochotę powiedzenia im wszystkim czegoś bardzo przyjemnego.

— Ależ na miłość boską, kapitanie — zaczął bardzo swobodnie, zwracając się do naczelnika — wejdźcież panowie i w moje położenie… Gotów jestem prosić tego pana o przebaczenie, jeżelim mu w czymkolwiek uchybił, jestem biedny i chory student, udręczony (tak się wyraził: „udręczony“) przez biedę. Jestem były student, ponieważ obecnie nie mogę się utrzymać, ale ja dostanę pieniądze… Mam matkę i siostrę w gubernji… Przyślą mi i… zapłacę. Moja gospodyni dobra kobieta, ale do tego stopnia rozgniewała się, żem stracił lekcje i nie płacę już czwarty miesiąc, że mi nawet obiadu nie przysyła… I nie pojmuję nawet, jaki to kwit! A teraz domaga się ode mnie na zasadzie kwitu, cóż ja jej zapłacę, osądźcie sami panowie…

— Ale to nas nic nie obchodzi… — znowu wtrącił referent.

— Dobrze, pozwól pan, zgadzam się z panem w zupełności, ale niechże i ja powiem swoje — podchwycił znowu Raskolnikow, zwracając się nie do referenta, lecz ciągle do naczelnika, starając się jednak wszelkiemi siłami zwracać się także i do porucznika, chociaż ten uparcie udawał, że przegląda jakieś papiery i pogardliwie nie zwracał nań uwagi — pozwól pan i mnie wyjaśnić z kolei, że ja mieszkam u niej blisko trzy lata, od samego przyjazdu z prowincji i kiedyś… kiedyś… zresztą, dlaczego mam się nie przyznać — z samego początku obiecałym ożenić się z jej córką; przyrzeczenie słowne, zupełnie swobodne… Była to panienka… zresztą podobała mi się nawet… chociaż nie byłem zakochany… jednym słowem, młodość, t. j., chcę przez to powiedzieć, że u gospodyni miałem wówczas duży kredyt i prowadziłem po części takie życie… byłem bardzo lekkomyślny…

— My wcale nie żądamy od pana takich zwierzeń, wreszcie i czasu niema na to — oschle i z wyższością przerwał porucznik, ale Raskolnikow powstrzymał go z zapałem, chociaż zaczęło mu nagle być bardzo przykro.

— Ale pozwól pan, pozwól mi pan choć w części opowiedzieć wszystko, jak było i… w kolei rzeczy… chociaż, zgadzam się z panem, że te szczegóły zupełnie są zbyteczne — ale przed rokiem ta panna umarła na tyfus, ja zaś zostałem nadal lokatorem, jak byłem, i gospodyni, gdy się przeniosła na teraźniejsze mieszkanie, powiedziała mi… i powiedziała po przyjacielsku… że ufa mi zupełnie, ale czy jej nie zechcę dać tego oto kwitu na sto piętnaście rubli, to jest tyle naliczyła długu mego. Pozwól pan: powiedziała mianowicie, że skoro tylko dam jej ten kwitek, to znowu mi będzie kredytować, ile zażądam, i że nigdy, nigdy, ze swej strony — to są własne jej słowa — nie skorzysta z tego kwitu dopóki ja sam nie zapłacę… I oto teraz, gdym stracił lekcje, gdy nie mam co jeść, ona skarży mnie… Cóż panowie na to?

— Wszystko to są bardzo czułe szczegóły, ale nas one nic nie obchodzą — ostro odciął porucznik — powinieneś pan dać zobowiązanie, a żeś pan tam raczył być zakochany i wszystkie te tajemnicze szczegóły — to nam nic do tego.

— No, no, jesteś bez litości… — szepnął naczelnik, siadając za stołem i także zaczynając podpisywać papiery. Jak gdyby się zawstydził.

— Pisz pan — rzekł referent do Raskolnikowa.

— Co pisać? — zapytał jakoś niezwykle szorstko.

— Podyktuję panu.

Raskolnikowi wydało się, że referent postępował z nim jakby niedbałej po jego spowiedzi — ale, rzecz dziwna — zrobiło mu się nagle samemu wszystko jedno, jakiego kto jest o nim zdania, a ta przemiana nastąpiła w nim jakoś w jeden moment, w jednej chwili. Gdyby się chciał nieco zastanowić, to oczywiście byłby zdziwiony, jak mógł w ten sposób rozmawiać z nimi, a nawet narzucać się ze swojemi uczuciami? I skąd się wzięły te uczucia? Przeciwnie, teraz, gdyby pokój zapełnił się nie policjantami, ale jego najszczerszymi przyjaciółmi, to i wtedy nawet, zdaje się, nie znalazłby w sobie dla nich ani jednego ludzkiego słowa, do tego stopnia opróżniło mu się serce. Ponure uczucia męczącego, nieskończonego osamotnienia i obcości ujawniły się nagle jasno w jego duszy. Nie poddańczość jego wynurzeń sercowych przed porucznikiem, nawet nie lichota triumfu porucznika nad nim, wywróciły w nim serce tak nagle! O, co mu teraz do własnej podłości, do tych wszystkich ambicyj poruczników, niemek, odpowiedzialności, biur i t. p. i t. p.! Gdyby nawet został w tej chwili skazany na osiedlenie, to i wtedy jeszcze nie ruszyłby się, a nawet kto wie, czyby uważnie wysłuchał wyroku. Działo się w nim coś całkiem mu nieznanego, nowego, nagłego i nigdy niebywałego. Nietyle rozumiał, ile wyraźnie czuł, całą siłą czucia, że nie tylko z czułostkowatymi zwierzeniami, jak dawniej, ale nawet z czymkolwiek innem, nie może już zwracać się do tych ludzi, w biurze policyjnem, i choćby to byli sami jego rodzeni bracia lub siostry, nie zaś porucznicy cyrkułowi, to i wówczas nie miałby potrzeby zwracać się do nich i nawet za nic na świecie; nigdy jeszcze do tej chwili nie doznawał równie dziwnego i strasznego uczucia. Co najgorsze, że było to raczej uczucie, niż świadomość, niż pojęcie; uczucie bezpośrednie, uczucie najbardziej męczące ze wszystkich, jakich kiedykolwiek doznawał w życiu.

Referent zaczął mu dyktować formę zwyczajnego w takich razach skryptu, t. j. „zapłacić nie mogę, obowiązuję się wtedy (kiedykolwiek) z miasta się nie wydalę, rzeczy nie sprzedam ani nie podaruję“ i t. p.

— Ależ pan nie możesz pisać, pióro panu z rąk wypada — zauważył referent, ciekawie wpatrując się w Raskolnikowa. — Czyś pan chory?

— Tak… w głowie mi się kręci… dyktuj pan dalej.

— Już wszystko; podpisz się pan.

Referent odebrał papier i zajął się innymi.

Raskolnikow oddał pióro, ale zamiast wstać i wyjść, oparł oba łokcie o stół i ścisnął głowę rękoma. Jakby mu gwóźdź wbijano w ciemię. Dziwna myśl przyszła mu nagle: wstać natychmiast, zbliżyć się do naczelnika cyrkułu i opowiedzieć mu o wszystkim wczorajszem, i o wszystkim do najdrobniejszego szczegółu, następnie udać się z nim do mieszkania i pokazać przedmioty, leżące w kącie pod tapetą.

Pokusa była tak silna, że wstał już z miejsca, aby myśl tę wykonać.

— „Czyby jednak nie zastanowić się chwilkę?“ błysnęło mu w głowie. — „Nie, najlepiej bez namysłu, i z głowy! Ale nagle stanął, jak wryty: naczelnik rozmawiał żywo z porucznikiem i do jego uszu doleciały te słowa:

— To być nie może, obydwóch uwolnią. Najprzód, wszystko zaprzecza temu; pomyśl pan tylko: poco mieliby wołać stróża, jeśli to ich sprawka? Denuncjować siebie, czy co? Czy dla podstępu? Nie, toby już było za podstępnie! I nareszcie, studenta Piestrajkowa widzieli przy samej bramie obaj stróżowie i mieszczanka, w tej chwili, kiedy wchodził: szedł z trzema kolegami i rozstał się z niemi przed samą bramą, a o mieszkanie dopytywał się stróża jeszcze przy kolegach. Miał żeby się dopytywać o mieszkanie, idąc z takim zamiarem? A Koch, to nawet zanim się udał do starej, odsiedział całe półgodziny u jubilera na dole i punkt o trzy kwadranse na ósmą poszedł dopiero od niego do starej. Stąd, jasny masz pan wniosek, że…

— Za pozwoleniem, skądże się wzięła taka niedokładność w ich zeznaniach? Sami dowodzą, że stukali i że drzwi były zamknięte, a w trzy minuty potem, gdy powrócili ze stróżem, drzwi stały już otworem?

— Właśnie na tem cała sztuka: morderca musiał tam być i zamknął się na haczyk, i złapanoby go tam bezwarunkowo, gdyby nie pośpiech Kocha, który sam udał się po stróża. A on właśnie w tej chwili zdążył zejść po schodach i jakoś prześlizgnąć się koło nich. Koch żegna się obiema rękoma: „Gdybym tam był — powiada — został, on byłby wtedy wyskoczył i zabiłby mnie toporem“. Chcę dać na mszę ha, ha!…

— Mordercy nikt nie widział?

— Ale gdzie tam! Dom — istna Arka Noego — zauważył referent, przysłuchujący się ze swego miejsca.

— Rzecz jasna, jasna! — gorąco wymówił naczelnik.

— Nie, wcale nie jasna — dodał porucznik.

Raskolnikow ujął za kapelusz i skierował się ku drzwiom, ale do drzwi nie doszedł…

Gdy się ocknął, ujrzał, że siedzi na krześle, że go podtrzymuje z prawej jakiś człowiek, że z drugiej strony stoi drugi człowiek, z żółtą szklanką, pełną żółtej wody, i że naczelnik stoi przed nim i uporczywie nań patrzy; wstał z krzesła.

— Co to panu? Paneś chory? — dość szorstko zapytał naczelnik.

— I przy podpisywaniu ledwie pióro mógł utrzymać — zauważył referent, siadając na swoje miejsce i zabierając się znowu do swych papierów.

— A dawno pan jesteś chory? — krzyknął porucznik ze swego miejsca i także przerzucając papiery. — On, oczywiście, także przyglądał się choremu wówczas, gdy ten był nieprzytomny, ale zaraz odszedł, gdy odzyskał przytomność.

— Od wczoraj… — wyszeptał w odpowiedzi Raskolnikow.

— A wczoraj wychodziłeś pan na miasto?

— Wychodziłem.

— Chory?

— Chory.

— O której godzinie?

— O ósmej w wieczór.

— A dokąd, pozwól się pan zapytać?

— Na ulicę.

— Krótko i węzłowato.

Raskolnikow odpowiadał prędko, urywanie, cały blady, jak chusta, i nie spuszczając czarnych zaognionych oczu pod wzrokiem porucznika.

— On ledwie stoi na nogach, a ty… — wtrącił naczelnik.

— Nic nie szkodzi! — dziwnie jakoś wymówił porucznik. Naczelnik chciał coś jeszcze dodać, ale spojrzawszy na referenta, który także bardzo dwuznacznie patrzył na niego, zamilkł. Wszyscy nagle zamilkli. Dziwnie było.

— No, dobrze — zakończył porucznik — nie zatrzymujemy pana.

Raskolnikow wyszedł. Mógł jeszcze słyszeć, jak po jego wyjściu zaczęła się nagle ożywiona rozmowa, w której najgłośniej rozlegał się pytający głos naczelnika… Na ulicy ocknął się zupełnie.

„Rewizja, rewizja, zaraz rewizja!“ powtarzał do siebie, przyspieszając kroku — „złodzieje! podejrzewają!“ — Dawny strach znowu go przejął od stóp do głowy.

Rozdział II

„A jeżeli już była rewizja? A jeżeli ich akurat zastanę u siebie?“

Ale otóż jego pokój. Nic i nikogo; nikt nie zaglądał. Nawet Anastazja nie dotykała się. Lecz, Boże! jak mógł zostawić wszystkie te rzeczy pod tapetą?

Rzucił się do kąta zapuścił rękę w otwór i jął wyciągać przedmioty i napełniać niemi kieszenie. Wszystkiego okazało się osiemnaście sztuk: dwa małe pudełeczka z kolczykami, albo z czymś w tym rodzaju — nie rozróżniał dobrze; następnie cztery niewielkie futerały safjanowe. Jeden łańcuszek był zawinięty w gazetę, jeszcze coś w gazecie, zdaje się order…

Pokładł wszystko do rozmaitych kieszeni palta i w jedną ocalałą kieszeń spodni, starając się, ażeby było jak — najnieznaczniej. Wziął również woreczek. Poczym, wyszedł z pokoju, zostawiając go tym razem całkiem na oścież.

Szedł prędko i krokiem pewnym; choć czuł, że jest zgnębiony, ale był całkiem przytomny. Lękał się pogoni, lękał się, że za pół godziny, za kwadrans nawet wydany zostanie rozkaz śledzenia go, a więc bądź co bądź trzeba było póki czas zrobić, co się da. Trzeba było coś postanowić dopóki jeszcze zostawało choć trochę sił i choć jaki taki sens w głowie… Gdzież pójść tedy?

To już było zdecydowane od dawna: „rzucić wszystko w kanał i basta“. Tak postanowił jeszcze w nocy, w febrze, w owej chwili, kiedy to — pamięta wybornie — zrywał się i chciał iść: „prędzej, prędzej, i wszystko wyrzucić“. Ale wyrzucić okazało się wcale niełatwo.

Chodził nad brzegiem kanału Katarzyny już od pół godziny, a może i dłużej, i kilka razy spoglądał na schody do kanału, jak tylko je napotykał. Ale nawet pomyśleć nie było można o wykonaniu zamiaru: albo ławki stały nad samą wodą i na nich praczki płukały bieliznę, albo łódki tuż przy brzegu, i wszędzie taki tłok ludzi, zewsząd, z obu brzegów, wszystko widać, jak na dłoni, może kto spostrzec, boć to i podejrzanie wygląda, że człowiek schodzi do kanału i coś w wodę rzuca. A jeśli futerały nie zatoną i popłyną? A naturalnie — każdy zobaczy. Już i bez tego ludzie tak mu się przyglądają, jakby on ich tylko zajmował.

— „Co oni się tak patrzą, a może mi się tylko tylko tak zdaje?“ — pomyślał.

Nareszcie, przyszło mu do głowy, czy nie lepiej będzie pójść gdziekolwiek nad Newę? Tam i ludzi mniej i nie tak zwraca się uwagę i w każdym razie wygodniej, a co najważniejsze — od tych miejsc daleko. I nagle zdziwił się: jak to się stało, że przez całe pół godziny włóczył się w strapieniu i trwodze, po tak niebezpiecznych miejscach, a tego nie mógł wcześniej wymyśleć! I dlatego tylko całe pół godziny zmarnował, że to już raz we śnie zostało postanowione! Stawał się strasznie roztargniony, zapominał się, i wiedział o tym. Stanowczo trzeba się było spieszyć!

Poszedł ku Newie przez prospekt W-j; ale w drodze przyszła mu nagle myśl: „Poco nad Newę? Poco w wodę? Czyż nie lepiej pójść gdzieś bardzo daleko, znowu bodaj na wyspy i tam gdziekolwiek w ustroniu w lesie pod krzakiem zakopać to wszystko i, dajmy na to, zapamiętać drzewo?“ A chociaż poczuł, że nie jest w stanie ogarnąć tego wszystkiego w tej chwili, ale myśl wydała mu się nieomylna.

Ale i na wyspy nie było mu sądzone dobrnąć; wypadło co innego: wychodząc z prospektu W. na plac, spostrzegł nagle na lewo wejście na podwórze, obstawione ślepym murem. Z prawej, zaraz po wejściu w bramę, głęboko w podwórze ciągnęła się ślepa nietynkowana ściana sąsiedniego trzypiętrowego domu. Z lewej, równolegle do ślepej ściany i także zaraz do bramy, szedł parkan drewniany, na jakie dwadzieścia kroków w głąb podwórza i potem już łamał się na lewo. Było to głuche odgrodzone miejsce, gdzie leżały jakieś materjały. Dalej, w zagłębieniu podwórza, wyglądał z za parkanu kąt niskiego, okopconego, murowanego zabudowania, widocznie części jakiegoś warsztatu. Był tam widać jakiś zakład powoźniczy czy ślusarski, czy coś w tym rodzaju; wszędzie, prawie od samej bramy widniało dużo pyłu węglowego. „O tu podrzucić i drapnąć!“ pomyślał nagle. Nie widząc nikogo na dworze, przeszedł bramę i zaraz na wstępie, tuż przy bramie spostrzegł żłób (jakie często bywają urządzane w takich domach, gdzie jest wielu fabrycznych robotników, wyrobników, dorożkarzy i t. p.), a nad żłobem, tuż obok na płocie, napisany, był kredą następujący zwykły koncept: „Tu stać wzbroniono“. A więc, już to samo uchyla podejrzenie, że zaszedł i stanął. „Rzucić tu wszystko tak razem i uciec“.

Obejrzawszy się jeszcze raz, wsunął już rękę do kieszeni, gdy nagle przy samym zewnętrznym murze, pomiędzy bramą a żłobem, gdzie cała przestrzeń miała łokieć szerokości, spostrzegł olbrzymi, nieociosany kamień, z półtora puda wagi, przylegający tuż do muru ulicznego. Za tym murem była ulica, chodnik, słychać było, jak biegali przechodnie, których zazwyczaj bywa tu bardzo wielu; ale za bramą nikt go nie mógł widzieć, chybaby kto zaszedł z ulicy, co zresztą bardzo łatwo mogło nastąpić, a więc należało się spieszyć.

Schylił się do kamienia, schwycił go obiema rękoma z całej siły i odwalił. Pod kamieniem uformował się niewielki otwór, zaraz też jął w ten otwór wrzucać wszystkie przedmioty z kieszeni. Woreczek wypadł na sam wierzch, a pomimo to w zagłębieniu było jeszcze miejsce. Następnie, znowu objął kamień, jednym obrotem zawrócił go na dawne miejsce, i akurat trafił na zagłębienie, tylko kamień wydawał się nieco wyższy. Podgrzebał ziemi i przytłukł ją z boków kamienia nogą. Nic znać nie było.

Wtedy wyszedł i skierował się w stronę placu. Znowu niesłychana, olbrzymia radość, jak niedawno w biurze, ogarnęła go na chwilę. „Ani śladu! I komuż, komu może przyjść do głowy szukać pod tym głazem? On może leży tam od czasu postawienia tego domu i jeszcze długo może leżeć! Niema poszlak!“ I roześmiał się. Tak, przypomniał sobie później, że się roześmiał nerwowym, drobnym, niedosłyszalnym, długim śmiechem i śmiał się ciągle przez cały czas, gdy przez plac przechodził. Ale gdy wstąpił na bulwar K., gdzie to spotkał był ową dziewczynę, śmiech opuścił go nagle. Inne myśli przyszły mu do głowy. Wydało mu się naraz, że mu jest strasznie przykro mijać właśnie tę ławkę, na której wówczas, po odejściu dziewczyny, siedział i przemyśliwał, i strasznie przykro mu będzie spotkać się z tym wąsalem, którymu wówczas dał 20 kopiejek: „Niech go licho!“

Szedł, patrząc dokoła wzrokiem gniewnym i roztargnionym. Wszystkie myśli jego krążyły teraz wokół jednego jakiegoś głównego punktu — i sam czuł, że to istotnie jest taki główny punkt, i teraz, właśnie teraz został sam na sam z tym głównym punktem — i to w dodatku po raz pierwszy w ciągu tych dwóch miesięcy.

„A niech djabli wezmą to wszystko!“ pomyślał nagle w napadzie niewypowiedzianej złości. „No, zaczęło się, to się zaczęło, pal djabli ją i nowe życie“. Boże, jakie to głupstwo!… A ilem to ja nałgał i nakrzywdził dzisiaj! Jak nędzniem paplał i drażnił się z tym djabłem porucznikiem! A zresztą — i to głupstwo! Pluję na nich wszystkich, a i na to, com napaplał i nadrażnił się. Zupełnie co innego, co innego!“

Nagle stanął: nowe, całkiem niespodziane i nadzwyczaj proste pytanie stropiło go od razu i gorzko go zastanowiło:

„Jeżeli istotnie wszystko to było zrobione rozumnie, a nie głupio, jeżeli miałeś istotnie cel stały, ściśle określony, to dlaczegoś dotąd nie zajrzał do woreczka i nie wiesz nawet, co ci się dostało, za jakie trzy grosze przyjąłeś na siebie te wszystkie męki i świadomie szedłeś na tak podłą lichą, nędzną sprawę? Wszakżeś go przed chwilą chciał rzucić w wodę razem z innemi rzeczami, którychżeś także nie oglądał… Jakże to?“

A tak, tak jest. On zresztą wiedział o tym i dawniej, i wcale nie było to dlań nowe pytanie; wówczas jeszcze wiedział, kiedy to w nocy obmyślał i decydował tak, jakby już inaczej być nie mogło, nie powinno było być… Tak, on to wszystko wiedział; kto wie nawet, czy to już nie było postanowione jeszcze wczoraj, gdy siedział nad skrzynką i wyjmował z niej futerały… Tak było, tak!…

— To przez to, że jestem bardzo chory — ponuro wyszeptał nareszcie — sam zmęczyłem, zagryzłem siebie, i sam nie wiem, co robię… I wczoraj, i onegdaj, i przez cały ten czas mordowałem siebie… Wyzdrowieję i… nie będę się już męczył… A jeśli wcale nie wyzdrowieję? Boże! Tak mi to wszystko zbrzydło!…“

Szedł, nie zatrzymując się. Strasznie pragnął rozerwać się, ale nie wiedział, co zrobić, co przedsięwziąć. Pewne nowe niezwalczone uczucie opanowywało go coraz bardziej i bardziej, prawie za każdą minutą: był to jakiś nieskończony, prawie fizyczny wstręt do wszystkiego, co napotykał na drodze, co go otaczało, uporczywy, zły, nienawistny. Wstrętni dlań byli wszyscy przechodnie — wstrętne były ich twarze, chód, ruchy. Po prostu plunąłby na kogobądź, ugryzłby, zdaje się, gdyby go kto zaczepił.

Stanął nagle, gdy wyszedł nad brzeg Małej Newy na wyspie Wasiljewskiej, przy moście. „Tu on mieszka, w tym domu“ — pomyślał. „Co to, a toć sam przyszedłem do Razumichina! Znowu ta sama historia, co wówczas… A jednak, to bardzo ciekawe: sam przyszedłem, czy po prostu szedłem… i jestem? Wszystko jedno, powiedziałem onegdaj…, że nazajutrz po tym pójdę do niego, i pójdę! Niby to już teraz zajść nie mogę…“

Wszedł do Razumichina na czwarte piętro.

Ten był w domu, w swojej izdebce, i w tej chwili pracował, pisał, i sam mu otworzył. Nie widzieli się ze sobą ze cztery miesiące.

Razumichin siedział u siebie w połachmanionym szlafroku, w pantoflach na bosych nogach, potargany, nieogolony, nieumyty. Na twarzy jego malowało się zdziwienie.

— Cóż to? — zawołał, oglądając od stóp do głowy przybyłego kolegę; poczym zamilkł i zagwizdał.

— To już tak źle? Oho, bratku, przeszedłeś elegancją nas biedaków — dodał, patrząc na łachmany Raskolnikowa. — Siadajże, pewnieś się zmęczył! I gdy ten rzucił się na ceratowy szezląg, gorszy jeszcze od jego sofy, Razumichin spostrzegł nagle, że jego gość jest chory.

— Ależ tyś na serio chory, czy wiesz o tym? — Wziął go za puls; Raskolnikow wyrwał rękę.

— Puść — rzekł — przyszedłem… widzisz: nie mam lekcji żadnych… chciałem… wreszcie wcale nie chcę lekcji…

— A wiesz ty co? tyś w gorączce — zauważył Razumichin, nie spuszczając zeń oczu.

— Nie, nie, w gorączce… Raskolnikow wstał z kanapy. Podnosząc się do Razumichina, nie pomyślał o tym, że musi stanąć mu oko w oko. Teraz zaś, w jednej chwili, domyślił się, już przez doświadczenie, że jest teraz właśnie jaknajmniej usposobiony stawać z kimkolwiek oko w oko. Cała żółć wzburzyła się w nim. O mało się nie zaksztusił ze złości na samego siebie, zaledwie przestąpił próg Razumichina.

— Bądź zdrów! — rzekł nagle i poszedł ku drzwiom.

— Ależ stój, czekaj, dziwaku!

— Daj mi spokój!… — powtórzył znowu, wyrywając rękę.

— A więc po jakiego licha przylazłeś? Zwarjowałeś czy co? Ależ to nareszcie… obraza, ja cię tak nie puszczę.

— Niechaj więc: przyszedłem do ciebie dlatego, że oprócz ciebie nie znam nikogo, ktoby pomógł… zacząć… bo tyś najlepszy z nich wszystkich, t. j. najmądrzejszy i możesz osądzić… A teraz widzę, że mi nic nie potrzeba, słyszysz, zupełnie nic… niczyich usług i udziału! ja, sam… jeden. No i dosyć!… Zostawcie mnie w spokoju!…

— Ależ poczekaj chwilkę, narwańcze! Zupełnie warjat! Ze mną rób, jak chcesz. Lekcji, uważasz, niema, ale, pal je licho, za to na Tołkuczce jest księgarz Heruwimow, to już sam lekcja w swoim rodzaju. Ja go teraz nie zamienię na pięć kondycyj kupieckich. On się bawi w tanie wydanka i wypuszcza książeczki popularno naukowe — jak się rozchodzą! tytuły ile warte! O widzisz, tyś zawsze dowodził, żem ja głupi, dalibóg, są głupsi ode mnie! Ten na przykład ma już kierunek! Sam, oczywiście, o niczym pojęcia nie ma, a ja, naturalnie, basuję mu. Masz oto zgórą dwa arkusze niemieckiego tekstu, szarlatanizm najlichszy, jednym słowem rozstrząsa się kwestję, czy kobieta jest człowiekiem, czy nie? No i oczywiście, triumfująco się dowodzi, że jest człowiekiem. Heruwimow przygotowuje to do kwestii kobiecej; ja tłómaczę, on rozwałkuje te dwa z połową arkuszy na sześć, obmyślimy przepyszny tytuł na pół strony i puścimy po półrubelku. Ujdzie! Za tłomaczenie dostanę po sześć rubli za arkusz: za całość więc piętnaście rubli, z których sześć wziąłem zgóry. Skończymy to, zaczniemy tłumaczyć o wielorybach, potem z drugiej części Confensions, jakieś najnudniejsze bajdurzenia także są w planie, będziemy tłumaczyć! Heruwimowi ktoś powiedział, że Rousseau to w swoim rodzaju Radiszczew. Ja, naturalnie, nie zaprzeczam, pal go licho! No chcesz drugi arkusz: Czy kobieta jest człowiekiem? — do tłomaczenia? Jeśli chcesz, to bierz zaraz tekst, pióro, papier — wszystko to rządowe — i bierz trzy ruble: ponieważ ja za całe tłomaczenie wziąłem zgóry za pierwszy i za drugi arkusz, to te trzy ruble akurat przypadną tobie. Ale jeszcze słówko, proszę cię, nie uważaj tego za jakąś przysługę z mojej strony. Przeciwnie, ledwie wszedłeś, już zaraz pomyślałem, czym byś mógł mi pomóc. Przede wszystkim, ja na punkcie ortografji szwankuję, a powtóre w niemieckim bywam niekiedy szwach, tak że więcej komponuję od siebie i tylko tym się pocieszam, że dziełko na tej kompozycji zyskuje nawet. Ale kto go tam wie, może i nie zyskuje… Bierzesz, czy nie?

Raskolnikow milcząc, wziął arkusze niemieckie, wziął trzy ruble i nie mówiąc ani słowa, wyszedł. Razumichin dziwnie jakoś spoglądał za nim. Doszedłszy do pierwszej przecznicy, Raskolnikow nagle zawrócił, wszedł znowu do Razumichina i, położywszy na stole i arkusze niemieckie i trzy ruble, znowu nic nie mówiąc, wyszedł.

— Ale ty oszalałeś! — ryknął zniecierpliwiony Razumichin. — Co za komedje odgrywasz? Nawet mnie zbił z pantałyku… Pocóżeś więc przychodził, djable jeden?

— Nie chcę… tłumaczeń… — mruknął Raskolnikow, spuszczając się już ze schodów.

— Czego więc chcesz? krzyknął z góry Razumichin.

Ten milcząc, schodził dalej.

— Ej, ty! Gdzie mieszkasz?

Odpowiedzi nie było.

— Zjedzże diabła!…

Ale Raskolnikow wychodził już na ulicę. Na moście Mikołajewskim Raskolnikow nagle ocknął się zupełnie, wskutek pewnego arcy dlań przykrego zdarzenia. Zdzielił go tęgo po plecach batem stangret jakiegoś ekwipażu za to, że o mało co nie dostał się pod konie, pomimo, że stangret ostrzegał go ze trzy, czy cztery razy. Cios bata tak go rozgniewał, że odskoczył do barjery (niewiadomo dlaczego szedł środkiem mostu, gdzie jeżdżą, a nie tędy, gdzie chodzą) i zgrzytnął ze złości zębami. Dokoła, naturalnie, śmiano się.

— Słusznie!

— Hultaj jakiś!

— Wiadomo, udaje pijanego i umyślnie lezie pod konie, a ty za niego odpowiadaj.

— To ich zawód, dobrodzieju, zawód…

Ale w chwili, gdy stanął przy barjerze i ciągle jeszcze bezmyślnie i gniewnie patrzył za niknącym w oddali powozem, pocierając plecy, uczuł nagle, że ktoś mu wtyka w rękę pieniądze. Spojrzał, starsza kupcowa w kapturze i trzewikach kozłowych, a z nią dziewczynka w kapelusiku z zieloną parasolką, widocznie córeczka. „Przyjm, biedny człowieku, w imię Chrystusa“. Wziął, a one poszły dalej. Dwadzieścia kopiejek! Z ubrania i z wyglądu łatwo mogły go wziąć za zawodowego żebraka ulicznego, ofiarowanie całej monety dwudziestokopiejkowej zawdzięczał napewno uderzeniu bata, które obudziło w nich takie współczucie.

Ścisnął monetę w ręku, przeszedł z dziesięć kroków i zwrócił się twarzą ku Newie, w kierunku pałacu cesarskiego. Niebo było bez najmniejszej chmurki, a woda prawie niebieska, co na Newie bywa bardzo rzadko. Kopuła soboru, który najlepiej zarysowuje się ze strony mostu, nie dochodząc dwudziestu kroków do kaplicy, aż płonęła światłem, a przez czyste powietrze można było wyraźnie rozejrzeć nawet każdą jej ozdobę. Ból od bata zmniejszył się i Raskolnikow zapomniał już o uderzeniu; jedna niespokojna i niezupełnie jasna myśl zajmowała go teraz wyłącznie. Stał i patrzył w dal długo i uważnie, to miejsce było mu szczególnie znane. Gdy chodził do uniwersytetu, to zazwyczaj — najczęściej, wracając do domu — zdarzało mu się, że może z jakie sto razy, wpatrywać się w tę istotnie wspaniałą panoramę i zawsze dziwić się pewnou niejasnemu i nie dającemu się uchwycić wrażeniu. Jakiś chłód niewytłómaczony wiał nań zwykle z tej wspaniałej panoramy; duchem niemym i głuchym był dla niego ten pyszny obraz… Dziwił się za każdym razem swemu ponuremu i zagadkowemu wrażeniu i odkładał jego wyjaśnienie, nie dowierzając sobie, na przyszłość. Teraz nagle żywo przypomniał sobie te swoje dawne pytania i wątpliwości i zdało mu się, że nie mimowoli przypomniał sobie teraz o nich. Już to jedno wydało mu się dzikiem i cudownem, że się zatrzymał na tem samem miejscu, co dawniej, jak gdyby istotnie przypuszczał, że może myśleć teraz o tym samem, o czym myślał dawniej i zajmować się takimi samemi tematami i obrazami, jakie zajmowały go… jeszcze tak niedawno!

O mało nawet nie parsknął śmiechem, ale zaraz piersi ścisnęły mu się z bólu. W jakiejś głębi, na dole, gdzieś het, pod nogami, pokazała mu się teraz cała ta odległa przeszłość i dawne myśli, i dawne zadania, i dawne tematy, i dawne wrażenia, i cała ta panorama, i on sam, i wszystko, wszystko… Zdawało mu się, że wzlatał gdzieś do góry, a wszystko nikło mu w oczach… Uczyniwszy mimowolny ruch dłonią, uczuł nagle w garści zaciśniętą czterdziestkę. Roztworzył rękę, uważnie spojrzał na pieniądz, zamierzył się i rzucił go w wodę; poczym odwrócił się i poszedł do domu. Wydało mu się w tej chwili, że odciął sam siebie nożyczkami od wszystkiego i wszystkich nazawsze.

Przyszedł do domu już wieczorem, stracił więc razem około sześciu godzin. Jak i którędy szedł z powrotem, wcale tego nie pamiętał. Rozebrawszy się, i cały drżący, jak zmachany koń, położył się na sofie, przykrył się szynelem i zaraz stracił przytomność…

Ocknął się o dobrym zmroku, wskutek strasznego krzyku. Boże! co to za krzyk! Takich nienaturalnych dźwięków, takiego wycia, łkania, jęków, łez, razów i przekleństw nigdy jeszcze nie słyszał i nie widział. Nie mógł nawet wyobrazić sobie takiego zezwierzęcenia, takiej wściekłości. Ze zgrozą podniósł się i siadł na pościeli, cały drżący. Ale kłótnie, bicia i wymysły stawały się coraz silniejsze. I oto, ku wielkiemu zdumieniu, usłyszał nagle głos swojej gospodyni. Ona to wyła, piszczała i wybuchała w pośpiechu takim potokiem słów, że ani jej zrozumieć nie było można. Błagała o coś — oczywiście o to, ażeby ją przestano bić, bito ją, bowiem, straszliwie i męczono bez litości na schodach. Głos bijącego stał się tak straszny ze złości i gniewu, że już ochrypł, ale pomimo to i bijący także coś mówił, i także prędko, niewyraźnie, spiesząc się i ledwie dysząc. Nagle Raskolnikow zadrżał, jak liść: poznał ten głos, to był głos porucznika. Porucznik jest tutaj i bije gospodynię! Kopie ją nogami, tłucze głową o schody — to jasne, to słychać po dźwiękach, po płaczu, po uderzeniach! Co to jest, czy świat się przewrócił? Słychać było, jak na wszystkich piętrach, po całych schodach gromadził się tłum, słychać było głosy, wykrzykniki, schodzono, stukano, trzaskano drzwiami, zbierano się. „Ale za co, za co, i jak można w ten sposób?“ powtarzał, na serio myśląc, że całkiem zwarjował. Ale nie, zanadto wyraźnie słyszy!… A więc i do niego przyjdą zaraz, jeżeli tak… „bo to… napewno wskutek tamtego… wczorajszego… Boże!“ Chciał zamknąć się na haczyk, ale ręka się nie podniosła…, a wreszcie byłoby to i zbyteczne! Strach, jak lód obłożył jego duszę, zamęczył go…

Lecz oto, nareszcie, cały ten hałas, trwający pewno z dziesięć minut, jął powoli ucichać. Gospodyni jęczała i stękała, porucznik wciąż jeszcze groził i wymyślał… Ale oto nakoniec i on, zdaje się, uciekł: już go wcale nie słychać; miał żeby odejść? Boże! Tak, oto i gospodyni odchodzi, ciągle jeszcze z jękiem i płaczym…, oto już i drzwi jej się zatrzasnęły… Oto tłum rozchodzi się po mieszkaniach — spierają się, dziwią się, wołają, to podnoszą mowę — krzyczą, to zniżają do szeptu. Musiało ich być dużo; o mało cały dom się nie zleciał. „Ale, Boże, czy to wszystko możliwe? I poco, poco on tu przychodził?“

Raskolnikow w niemocy upadł na sofę, ale już nie mógł zamknąć oczu; przeleżał z pół godziny, w takiej męce, z takim nieznośnem uczuciem bezgranicznej trwogi, jakiego jeszcze nigdy nie doznawał. Nagle jasne światło oblało izdebkę. Weszła Anastasja ze świecą i z talerzem zupy. Spojrzawszy nań z uwagą, i przekonawszy się, że nie śpi, postawiła świecę na stole i zaczęła rozkładać to co przyniosła: chleb, sól, talerz, łyżkę…

— Pewnie od wczoraj pan nie jadł. Cały dzień pan przespacerował, febra pana trzęsie.

— Anastasjo… za co bili gospodynię?

Ona spojrzała nań z uwagą.

— Kto bił gospodynię?

— Niedawno… z pół godziny temu. Porucznik, pomocnik naczelnika cyrkułu, na schodach… Za co on ją tak zbił? i… poco przychodził?

Anastazja, milcząc i chmurząc brwi, przyglądała mu się i długo tak patrzyła. Zrobiło mu się bardzo nieprzyjemnie od tych oględzin, nawet strasznie.

— Nastusiu, dlaczego nic nie mówisz? — szepnął nieśmiało, słabym głosem.

— To krew — odpowiedziała nareszcie, cicho i jakby mówiąc do siebie.

— Krew!… Jaka krew?… — zawołał, blednąc i usuwając się do ściany.

Anastasja nie przestawała wpatrywać się w niego.

— Nikt nie bił gospodyni — wyrzekła znowu surowym i stanowczym głosem.

On patrzył na nią, ledwie dysząc.

— Sam słyszałem… ja nie spałem… siedziałem — jeszcze bojaźliwiej zaprzeczył Raskolnikow. — Długom słuchał… Przychodził porucznik naczelnika… Wszyscy zbiegli się na schodach, ze wszystkich mieszkań…

— Nikt nie przychodził. To krew krzyczy w panu. To zawsze, jak krew niema którędy wyjść i aż się zapiekać zacznie, to się roją cuda… Będziesz pan jadł?

On nie odpowiedział. Anastazja wciąż stała przed nim, uważnie spoglądała nań i nie odchodziła.

— Daj mi pić… Nastusiu.

Zeszła na dół i po upływie paru minut wróciła z wodą w małym glinianym garnuszku; ale on już nie pamiętał co było dalej. Pamiętał tylko, jak łyknął nieco zimnej wody i wypluł ją na piersi. Potem padł nieprzytomny.

Rozdział III

Ale nie był całkowicie nieprzytomny w ciągu całej choroby: był to stan gorączkowy, z maligną i półświadomością. Wiele sobie potem przypomniał. To zdawało mu się, że się zbiera przy nim tłum ludzi, że go chcą wziąć i gdzieś wynieść, że się bardzo o niego spierają i kłócą. To nagle sam jest w pokoju, wszyscy wyszli i boją go się, śmieją się i drażnią go. Anastazję często pamiętał przy sobie; przypominał sobie jeszcze jednego człowieka, dobrze mu znanego, ale kogo mianowicie — żadną miarą nie mógł odgadnąć i smucił się tem, aż nawet płakał. Raz zdawało mu się, że już z miesiąc leży, innym razem — że to ciągle jeden i ten sam dzień. Ale o tamto — o tamto zupełnie zapomniał; za to co chwila przypominał sobie, że o czymś zapomniał, o czym nie należało zapominać — dręczył się, męczył, przypominając, jęczał, wpadał w wściekłość, albo w okropną trwogę nie do zniesienia. Wtedy zrywał się z miejsca, chciał uciekać; ale zawsze ktoś go zatrzymywał siłą i znowu zapadał w niemoc i nieprzytomność. Nareszcie całkiem przyszedł do siebie.

Było to zrana, o dziesiątej. O tej godzinie, w dnie jasne, słońce zawsze długą smugą przechodziło po jego prawej ścianie i oświetlało róg przy drzwiach. Przy jego posłaniu stała Nastka i jeszcze jeden, jakiś obcy człowiek, przyglądający mu się bardzo ciekawie. Był to młody chłopiec w kurtce z bródką i wyglądał na robotnika. Z nawpół uchylonych drzwi zaglądała gospodyni. Raskolnikow podniósł się.

— Kto to, Nastusiu? — zapytał, wskazując na nieznajomego.

— Nareszcie, ocknął się! — rzekła.

— Ocknął się — odezwał się robotnik. Usłyszawszy, że przyszedł do przytomności, gospodyni zaglądająca przez drzwi, natychmiast je zamknęła i skryła się. Była ona zawsze wstydliwa i z trudnością znosiła rozmowy i wyjaśnienia; miała lat czterdzieści, była gruba i otyła, czarnobrewa i czarnooka, dobra z otyłości i lenistwa; nawet niebrzydka była. Wstydliwa zaś, aż do przesady.

— Czego to? — pytał dalej, zwracając się do nieznajomego. Ale w tejże chwili drzwi otworzyły się na oścież i nachylając się nieco, bo był wysoki, wszedł Razumichin.

— A to kajuta morska — zawołał wchodząc — zawsze głową uderzę; i to ma być mieszkanie! A, toś się ocknął, bracie? Mówiła mi właśnie gosposia.

— Ocknął się przed chwilą — rzekła Nastka.

— Przed chwilą — potaknął robotnik z uśmieszkiem.

— A pan co za jeden? — zapytał, zwracając się doń nagle Razumichin. — Ja bo, chciej pan wiedzieć, jestem Wrazumichin, nie Razumichin jak mnie zowią, lecz Wrazumichin, student, syn szlachecki, a on mój przyjaciel. No, a pan coś za jeden?

— A ja w naszem biurze jestem robotnikiem, od kupca Szełopajewa i tu z interesem.

— Siadaj no pan na tem krzesełku — sam Razumichin usiadł na drugim, z drugiej strony stołu.

— Dobrześ bracie zrobił, żeś się ocknął — ciągnął dalej, zwracając się do Raskolnikowa. — Od czterech dni prawie, że nie jesz i nie pijesz. Doprawdy, herbatę łyżeczką musieliśmy mu dawać. Przyprowadzałem do ciebie dwa razy Zosimowa. Pamiętasz Zosimowa? Obejrzał cię uważnie i od razu orzekł, że wszystko fraszki, że to niby jakieś uderzenie do głowy. Głupstwo jakieś nerwowe, żywność była kiepska, piwa i chrzanu mało się jadło, z tego i choroba, ale że nic, przejdzie i śladu nie będzie. Dzielny ten Zosimow! Pysznie zaczął leczyć. No, to ja pana nie zatrzymuję — zwrócił się znowu do robotnika — może pan raczysz wyłuszczyć cel przybycia. Wyobraź sobie, Rodziu, z ich kantoru już drugi raz przychodzą; tylko poprzednio inny jakiś był tutaj; myśmy tu z nim rozmawiali. Kto tu przed panem przychodził?

— A to pewno trzy dni temu? Tak, to był pan Aleksy, także pracujący w naszym kantorze.

— On mi się jakoś lepiej zaprezentował od pana.

— Tak, poważniejszy, oczywiście.

— To chwalebnie; no, mów pan dalej.

— A oto, od pana Atanazego Wachruszyna, o którym zapewne słyszał pan nieraz, na prośbę pańskiej mamy, na nasz kantor nadszedł przekaz dla pana — zaczął kupczyk, zwracając się wprost do Raskolnikowa. — W razie więc, gdyby pan już był przytomny, mamy panu wręczyć trzydzieści pięć rubli, bo o tym już dawniej, na prośbę pańskiej mamy, pan nasz otrzymał wiadomość od pana Wachruszyna. Czy pan zrozumiał o co chodzi?

— Pamiętam… pamiętam… Wachruszyn… — wyszeptał Raskolnikow w zamyśleniu.

— Słyszysz pan: kupca Wachruszyna zna! — zawołał Razumichin. — Więc przytomny. A zresztą widzę, że i pan mi się nieźle przedstawiasz. Jak kto do rzeczy mówi, to przyjemnie posłuchać.

— Ten sam właśnie, Wachruszyn, pan Atanazy, na skutek prośby pańskiej mamy, która już przez niego kiedyś w taki sam sposób przysyłała pieniądze, nie odmówił i tym razem i prosił mojego pana, aby panu wypłacił trzydzieści pięć rubli, zanim nie będzie więcej.

— O i to „zanim nie będzie więcej“ wybornieś pan powiedział, i ta „pańska mama“ niczego sobie. No, jakże pan myślisz, czy on odzyskał przytomność, czy też nie? Co?

— Dla mnie, to cóż tam! Tylko żebym karteczkę dostał, kwitek.

— Napiszę. Co pan tam masz, książkę?

— Książka, oto jest.

— Dawaj pan ją tutaj. No, Rodziu, podnieś się. Ja cię przytrzymam; podpiszże mu Raskolnikowa, bierz pióro, bo, bracie, pieniądz teraz dla nas to zbawienie.

— Nie trzeba — rzekł Raskolnikow, odpychając pióro.

— Czego nie trzeba?

— Nie będę podpisywał.

— Pfuj, do diabła, jakże to bez podpisu?

— Nie trzeba… pieniędzy…

— Pieniędzy nie trzeba? Furda, braciszku, łżesz, ja świadek!… Cierpliwości, mój panie, on tylko tak… znowu wojażuje. To się z nim zresztą zdarza i na jawie… Pan jesteś człowiek rozsądny, my nim pokierujemy, tak jest, poprowadzimy jego ręką, a on podpisze. Bierz no się pan…

— E, to już lepiej przyjdę drugim razem.

— Nie, nie; poco się pan ma fatygować. Pan jesteś człowiek rozsądny… No, Rodziu, nie zatrzymuj gościa… widzisz czeka — i zaczął na serio prowadzić rękę Raskolnikowa.

— Czekaj, ja sam… wymówił ten.

Wziął pióro i podpisał się w książce.

Kupczyk odliczył pieniądze i wyszedł.

— Brawo! A teraz bratku, chcesz jeść?

— Chcę — odparł Raskolnikow.

— Macie zupę?

— Wczorajsza — odparła Anastazja, która przez cały ten czas stała opodal.

— Z kartoflami i kaszą perłową?

— Z kartoflami i kaszą.

— Wiem na pamięć. Nieś ją tutaj i herbaty dawaj.

— Przyniosę.

Raskolnikow patrzył na wszystko z głębokim zdziwieniem i z niemą bezmyślną trwogą. Postanowił milczeć i czekać: co będzie dalej?

— Zdaje się, nie jestem w gorączce — myślał — zdaje się, że się to wszystko istotnie odbywa…

W parę minut, Nastka wróciła z zupą i oznajmiła, że zaraz będzie i herbata. Do zupy dodane były dwie łyżki, dwa talerze i cały przyrząd: solniczka, pieprzniczka, musztarda do mięsa i t. p., czego przedtem już dawno nie było. Obrus był czysty.

— Nieźle byłoby, Nastusiu, żeby pani dała ci na dwie buteleczki piwa. Wypijemy.

— O, jaki to skory! — mruknęła Nastka i poszła spełnić rozkaz.

Dziko i z naprężeniem przyglądał się nadal wszystkimu Raskolnikow. Tymczasem Razumichin przysiadł się do niego na sofę, niezgrabnie, jak niedźwiedź, objął lewą ręką jego głowę, pomimo, że Raskolnikow i sam mógłby się podnieść, a prawą podał mu do ust łyżkę zupy, dmuchnąwszy uprzednio, ażeby się Raskolnikow nie sparzył. Ale zupa ledwie że była ciepła. Raskolnikow chciwie połknął jedną łyżkę, potem drugą, trzecią. Ale podawszy kilka łyżek, Razumichin zatrzymał się nagle i oznajmił, że o dalszem trzeba się naradzić z Zosimowem.

Weszła Anastazja, niosąc dwie butelki piwa.

— Chcesz herbaty?

— Chcę.

— Dawajże prędzej herbatę, Nastusiu, bo co do herbaty, to zdaje się można bez porady. Ale oto i piwo!

Przesiadł się na swoje krzesło, przysunął do siebie zupę, mięso i zaczął jeść z takim apetytem, jak gdyby ze trzy dni nie jadł.

— Ja tu u was, Rodziu, teraz tak codzień jadam — wymówił, na ile mu pozwoliły usta, zapchane jedzeniem — i to wszystko twoja gosposia tak rządzi, tak mnie częstuje. Ja naturalnie nie nalegam, ale też i nie protestuję. A otóż i Nastka z herbatą. Prędko, ani słowa; Nastusiu, chcesz piwa?

— I, co się pana tam figle trzymają?

— A herbatki?

— Herbatki, to i owszem.

— Nalewaj. Albo nie, czekaj, sam ci naleję; siadaj przy stole.

Co mówiąc, zaczął się krzątać. Nalał jedną, potem drugą filiżankę, rzucił swoje śniadanie i przesiadł się znowu na sofę. Objął, jak przedtem, lewą ręką głowę chorego, podniósł go i zaczął go poić herbatą po łyżeczce, znowu nieustannie i nader sumiennie dmuchając na łyżkę, jak gdyby od tego dmuchania zależało wyzdrowienie chorego.

Raskolnikow milczał i nie sprzeciwiał się, pomimo, że czuł w sobie tyle sił, iż mógł nie tylko podnieść się, usiąść na kanapie bez żadnej obcej pomocy, utrzymać w ręku łyżeczkę, lub filiżankę, ale nawet może i chodzić. Ale wskutek jakiejś dziwnej, prawie zwierzęcej chytrości, przyszło mu nagle do głowy ukryć do czasu swoje siły, przyczaić się, udawać, że jest jeszcze nie zupełnie przytomny, a tymczasem wysłuchać i dowiedzieć się, co się tu dzieje. Zresztą, nie mógł panować nad swoim wstrętem: wypiwszy około dziesięciu łyżeczek herbaty, nagle uwolnił swoją głowę z ręki przyjaciela, kapryśnie odepchnął łyżkę i powalił się znowu na poduszkę.

Pod głową miał teraz, rzeczywiście, prawdziwe poduszki puchowe i w czystych powłoczkach; spostrzegł to i wziął to pod uwagę.

— Trzeba, żeby pani przysłała nam dziś konfitur malinowych, trzeba mu napój przygotować — rzekł Razumichin, siadając na swoje miejsce i znowu biorąc się za zupę i za piwo.

— A skądże ona weźmie ci malin? — spytała Nastka, trzymając spodek i pijąc herbatę.

— Malin, kochanku, weźmie ze sklepu. Widzisz, Rodziu, tu przez ciebie zaszła cała historia. Kiedyś tak niecnie umknął ode mnie, nie powiedziawszy gdzie mieszkasz, taka mnie złość wzięła nagle, żem postanowił cię odszukać i ukarać. Przystąpiłem natychmiast. Chodziłem, chodziłem, pytałem, rozpytywałem! To teraźniejsze twoje mieszkanie wyszło mi z pamięci; zresztą, nigdym go nie pamiętał, bom tu nigdy nie był. No, a dawne mieszkanie — pamiętam tylko, że przy Pięciu Węgłach, dom Charłamowa. Szukałem, szukałem tego domu Charłamowa, a jednak wyszło potem, że to wcale nie dom Charłamowa, lecz Bucha — jak to się niekiedy człowiek przesłyszy! No, i rozgniewałem się. Rozgniewałem i poszedłem, niech co chce będzie, nazajutrz do biura adresowego i wyobraź sobie: w ciągu dwóch minut znaleźli mi tam ciebie. Jesteś tam zapisany.

— Zapisany!

— A naturalnie; zato generała Kobielewa żadną miarą nie mogli tam przy mnie odszukać. Więc tedy, co długo opowiadać. Ledwiem tu wpadł, wnet się dowiedziałem o wszystkich twoich sprawkach; o wszystkich, bratku, o wszystkich, wszystko wiem; a i ona wiedziała: poznałem się i z naczelnikiem cyrkułu i porucznika mi pokazywano, i ze stróżem, i z panem Zamietowem, panem Aleksandrem, referentem tutejszego cyrkułu, a nareszcie i z Pasiunią, twoją gospodynią, to korona, o i ona wie…

— Słodki przydomek — wyszeptała Nastusia, uśmiechając się filuternie.

— Dlaczego to pani cukierka do szklaneczki sobie nie włoży, panno Anastazjo, córko Nicefora?

— Oj, figlarz, figlarz! — krzyknęła Anastazja i parsknęła śmiechem. — A toć ja córka Piotra nie Nicefora — dodała nagle, przestawszy się śmiać.

— Przyjmujemy do wiadomości. Więc tedy, bracie, żeby nie gadać po próżnicy, chciałem tu z początku puścić prąd elektryczny, tak, ażeby wszelkie przesądy w tej miejscowości wykorzenić od razu, ale Pasiunia zwyciężyła. Wiesz bracie, iż wcale nie przypuszczałem, żeby ona była taka… przyjemniutka… co? Jak myślisz?

Raskolnikow milczał, choć ani na chwilę nie spuszczał z niego swego strwożonego wzroku i teraz uporczywie wciąż się weń wpatrywał.

— I bardzo nawet — ciągnął Razumichin, nic sobie nie robiąc z milczenia i jakby, potakując otrzymanej odpowiedzi.

— Paskudnik! — zawołała znowu Nastusia, której rozmowa ta sprawiała, widać, niewysłowioną radość.

— Źle jest to, żeś ty, bracie, od razu nie umiał się wziąć do rzeczy. Z nią trzeba było inaczej. Boć to, że tak powiem, najniespodziewańszy charakter. No, ale mniejsza o jej charakter… Ale jednak, doprowadzić do tego, żeby ona ci śmiała nie przysłać obiadu. Albo na przykład ten weksel? Oszalałeś, czy co, podpisywać weksle? Lub ten, na przykład, ślub zamierzony, kiedy to jeszcze żyła nieboszczka jej córka, Natalka. — Wiem o wszystkim! Zresztą, widzę, że to drażliwa strona i żem osioł: przebacz mi. Ale à propos głupoty: jak sądzisz, wszak pani Praskowja wcale nie taka głupia, jakby się na pierwszy rzut oka mogło zdawać, co?

— Tak… — wycedził Raskolnikow, patrząc się na bok, i rozumiejąc, że lepiej jest podtrzymywać rozmowę.

— Nieprawdaż? — zawołał Razumichin — widocznie ucieszony, że mu odpowiedziano, ale wszak i nie mądra, co? Wcale, wcale niespodziewany charakter!… Ja bo, bracie, trochem zgłupiał, doprawdy… Ze czterdziestkę będzie miała z pewnością. Ona powiada trzydzieści sześć i ma do tego zupełne prawo. Zresztą, przysięgam ci, że wnioskuję o niej raczej intelektualnie, zapomocą metafizyki; bo to u nas, bracie, zawiązał się taki emblemat, kiep, twoja algebra! Nic nie rozumiem! Ale to wszystko fraszki, a tylko ona, widząc, żeś ty już nie student, że nie masz ani lekcji, ani ubrania i, że po śmierci panny niema co marzyć o powinowactwie z tobą, nagle zlękła się; a ponieważ ty, ze swej strony, cofnąłeś się, i nie podtrzymywałeś dawnego, przyszło jej na myśl, wykurzyć cię z mieszkania. Od dawna już nosiła się z tym zamiarem, ale jej weksla szkoda było. Zresztą, sam zapewniałeś, że mama zapłaci…

— Mówiłem to przez swoją podłość… Matka moja sama o mało nie żebrze… a ja łgałem, ażeby mnie trzymano na mieszkaniu i… karmiono — wymówił głośno i wyraźnie Raskolnikow.

— Tak, to bardzo rozsądnie z twojej strony. Sztuka tylko w tem, że się tu nawinął pan Czebarow, radca dworu i człowiek obrotny. Pasiunia nicby nie wymyśliła bez niego, nazbyt bo już wstydliwa; no a obrotny człeczek nie wstydliwy, i przede wszystkim, naturalnie, zadał pytanie: czy jest nadzieja zrealizowania kwitku? Odpowiedź! jest, bo taka mama żyje, co ze stu dwudziestu pięciu rubli emerytury, choć sama jeść nie będzie, ale za swego Rodzię duszę odda, żyje i siostra, co w piekło pójdzie za braciszka. Tego mu było dość… Czego się ruszasz? Ja teraz, bracie, wszystko wiem o tobie, co do joty, nie darmoś z Pasiunią bawił się w otwartość, kiedy jeszcze mowa była o powinowactwie waszem, a teraz, lubiąc cię, mówią… Tak się to zwykle dzieje: zacny i czuły człowiek wywnętrza się, a obrotny słucha i je, a potem, zje. Zcedowała wtedy weksel, pod pozorem jakiejś zapłaty, temu Czebarewowi, a ten formalnie pozwał cię, ani się zmieszał. Chciałem mu, gdym się o tym wszystkim dowiedział, puścić także finfę, już dla samego spokoju sumienia, ale właśnie wówczas zapanowała pomiędzy mną i Pasią harmonja, żem się ograniczył zaleceniem ażeby niezwłocznie sprawę umorzyć, to jest w samym zarodku, ręcząc, że zapłacisz. Ja poręczyłem bracie za ciebie, słyszysz? Wezwaliśmy Czebarewa, dziesięć papierków dostał w zęby, a dokumencik z powrotem i oto mam go panu zaszczyt przedstawić, wierzą panu teraz na słowo, bierz pan, przedarty przeze mnie jak się należy.

Razumichin położył weksel na stole; Raskolnikow spojrzał nań i nie rzekłszy ani słowa, odwrócił się do ściany. Nawet Razumichin zmieszał się.

— Widzę, bratku — wymówił po chwili — żem znowu palnął głupstwo. Sądziłem, że cię rozerwę i zabawię rozmową, a zdaje się, żółć ci tylko poruszyłem.

— Czy to ciebie nie poznawałem w gorączce? — spytał Raskolnikow, także po chwilowem milczeniu i nie odwracając się od ściany.

— Mnie, i nawet do wściekłości cię to doprowadzało, zwłaszcza, gdym przyprowadził Zamietowa.

— Zamietowa?… Referenta?… Poco? Raskolnikow szybko się odwrócił i wlepił oczy w Razumichina.

— Co ci jest… Czegoś się zerwał? Chciał cię poznać; sam chciał, bośmy dużo o tobie z nim rozmawiali… Inaczej, od kogóżbym tyle się o tobie dowiedział. Dzielny chłop, bratku, wyśmienity… w swoim rodzaju, ma się rozumieć. Jesteśmy teraz przyjaciółmi; prawie codzień się widujemy. Wszak ja się przeniosłem do tego cyrkułu. Nie wiedziałeś o tym? Niedawno. U niemki Lawizy byliśmy z nim ze dwa razy. Pamiętasz niemkę?

— Gadałem co w malignie?

— O, i jak jeszcze! Całkiem od rzeczy.

— Cóżem gadał?

— Także! Cóżeś miał gadać? Wiadomo, o czym się gada w malignie… No bratku, teraz, żeby czasu nie tracić, do rzeczy.

— Com gadał?

— A to uparty! Może się lękasz o jaki sekret! Nie bój się, o hrabinie nie było ani słowa. Raczej o jakimś buldogu, o kolczykach, a jakichś łańcuszkach, o wyspie Krestowskiej, o jakimś stróżu, o komisarzu, poruczniku, dużo było mowy. A przy tym, raczyłeś się mocno zajmować własną skarpetką, mocno! Żałośliwie mówiłeś: dajcie mi ją, dajcie. Zamietow sam we wszystkich kątach szukał twej skarpetki i własnemi naperfumowanemi rączkami, w pierścionkach, podawał ci to paskudztwo. Wtedyś się dopiero raczył uspokoić i przez całą dobę trzymałeś ją w ręku i niepodobna było jej wyrwać. Pewnie dotąd jeszcze leży gdzie pod kołdrą. A przy tym prawie ze łzami prosiłeś o jakieś frendzle od spodni. Wpadaliśmy na różne domysły, jakie to mają być frendzle? Ale nic nie można było się dowiedzieć… No więc do rzeczy! Otóż jest trzydzieści pięć rubli; z nich dziesięć biorę, a za jakie dwie godzinki przedstawię rachunek. Tymczasem dam znać i Zosimowi, chociaż i tak już dawno powinienby być tutaj, bo już dwunasta. A ty, Nastusiu, dowiaduj się tu jak najczęściej, jak mnie nie będzie, może mu się pić zechce, albo co innego… A Pasiuni powiem zaraz co potrzeba. Do widzenia!

— Pasiunią nazywa! Ach urwis, urwis! — rzekła w ślad za nim Nastusia: poczym, otworzyła drzwi i zaczęła podsłuchiwać, ale nie wytrzymała i sama zbiegła na dół. Ciekawa była strasznie, co też on powie gospodyni; w ogóle widać było, że Razumichin ją oczarował.

Ledwie się drzwi za nią zamknęły, gdy chory zrzucił z siebie kołdrę i jak półwarjat wyskoczył z pościeli. Z palącą konwulsyjną niecierpliwością czekał on, żeby poszli jaknajprędzej, żeby zaraz bez nich przystąpić do rzeczy. Ale do jakiej, do jakiej rzeczy! — jakby naumyślnie, zapomniał teraz. — Boże! Powiedz mi tylko jedno: czy oni wiedzą już o wszystkim, czy jeszcze nie wiedzą i tylko udają, drażnią, dopóki ja leżę, a potem nagle wejdą i powiedzą, że wszystko wiadome jest od dawna i że oni tylko tak… Co teraz począć? Otóż i zapomniałem, jakby naumyślnie; zapomniałem nagle, przed chwilą jeszcze wiedziałem!

Stał na środku pokoju i w męczącej niewiadomości rozglądał się dokoła; poszedł ku drzwiom, otworzył posłuchał; ale to nie to. Nagle, jakby przypomniał, przypadł do kąta, gdzie pod obiciem była dziura, zaczął wszystko oglądać, zapuścił rękę w otwór, poszperał, nie, i to nie to. Poszedł do pieca, otworzył go i jął rozgarniać popiół, i kawałki frendzli od spodni i szczątki podartej kieszeni leżały tak samo, jak je wówczas rzucił, a więc nikt nie zaglądał! Wtem przyszła mu na myśl skarpetka, o której Razumichin opowiadał przed chwilą. Prawda, toć ona leży na sofie, pod kołdrą, ale już zatarła się i zabrudziła do tego stopnia, że oczywiście Zamietow nic nie mógł dostrzec.

„Ba, Zamietow… cyrkuł!… A poco mnie wołał do cyrkułu?… Gdzie awizacja? Ba!… Poplątałem: to wtedy mnie wołano! Wtedy także oglądałem skarpetkę, a teraz… teraz byłem chory. A poco Zamietow przychodził? poco go przyprowadził Razumichin?…“ szeptał w niemocy, siadając na sofie. — Co to jest? Czy gorączka ciągle mnie jeszcze trapi, czy doprawdy? Zdaje się, że doprawdy… A, pamiętam: uciekać! Tak… ale gdzie? A gdzie moje ubranie? Butów niema! Zabrali! Schowali! Rozumiem! A, oto palto — przetrząsnęli! Oto i pieniądze na stole, dzięki Bogu! Oto i weksel… Wezmę pieniądze i ucieknę, i najmę inne mieszkanie, nie odnajdą mnie!… Tak, a biuro adresowe? Znajdą! Razumichin znajdzie. Lepiej uciec… daleko… do Ameryki i wtedy pal ich djabli! I weksel wziąć… on tam się przyda… Cóż wziąć jeszcze? Oni myślą, żem chory? Nie wiedzą, że mogę chodzić, ha, ha, ha!… Po oczach ich poznałem, że wszystko wiedzą! Gdyby tylko zejść ze schodów. A jeśli tam stoją stróże, policjanci! Co to, herbata? A, oto i piwa się zostało, pół flaszki, zimne!“

Porwał butelkę, w której zostało jeszcze piwa na całą szklankę, i z upodobaniem wypił duszkiem, jak gdyby gasząc ogień w piersiach. Ale nie przeszła minuta, jak piwo uderzyło mu do głowy, a po plecach przebiegły lekkie, lecz przyjemne dreszcze. Położył się i zakrył się kołdrą. Myśli jego, już i tak chore i bez związku, zaczęły się mącić coraz bardziej i bardziej, i wkrótce sen, lekki i przyjemny, zamknął mu oczy. Z rozkoszą wyszukał sobie głową miejsce na poduszce, dokładniej okręcił się miękką watową kołdrą, która zastępowała teraz miejsce dawnego podartego palta, cicho westchnął, i usnął snem głębokim, twardym, pokrzepiającym.

Obudził się, usłyszawszy, że ktoś wszedł do niego, otworzył oczy i ujrzał Razumichina, otwierającego drzwi na oścież i stojącego na progu, nie wiedząc, wejść czy nie? Raskolnikow szybko powstał i patrzał nań, jakby usiłując coś sobie przypomnieć.

— A, nie śpisz, no otóż i ja! Nastusiu, daj mi pakunek! — krzyknął na dół Razumichin. — Zaraz zdam ci sprawę…

— Która godzina — zapytał Raskolnikow, rozglądając się bojaźliwie.

— Pysznieś spał, bratku, już wieczór na dworze, będzie pewno szósta. Przeszło sześć godzin spałeś…

— Boże! Co się ze mną stało?…

— A cóż? Na zdrowie! Gdzie ci pilno? Schadzka, czy co? Czas do nas należy. Czekam tu już ze trzy godziny; zaglądałem ze dwa razy, ale spałeś. Dowiadywałem się dwa razy do Zosimowa: niema w domu i tyle! Ale to nic, przyjdzie!… Za swojemi interesami także chodziłem. Bom się dziś przeprowadził, zupełnie się przeprowadziłem, z wujaszkiem. Mam teraz wujaszka… Ale co tam, do rzeczy!… Dawaj pakunek, Nastusiu. Zaraz go rozwiążemy. Jakże się czujesz, bracie, co?

— Zdrów jestem; nie jestem chory… Razumichin, czyś ty tu już dawno?

— Mówię, że od trzech godzin czekam.

— Nie, ale przedtem.

— Co, przedtem?

— Od jak dawna przychodzisz tutaj?

— Wszakżem ci już opowiadał: czy nie pamiętasz?

Raskolnikow zamyślił się. Jak we śnie roiła mu się przeszłość.

Sam nie mógł sobie przypomnieć i pytającym wzrokiem patrzał na Razumichina.

— Hm! — rzekł ten ostatni: — zapomniałem. Mnie się też i wtedy zdawało, żeś jeszcze nie zupełnie oprzytomniał… Teraz po śnie zrobiło ci się lepiej… Doprawdy, aż lepiej ci z oczu patrzy. Zuch jesteś! No, ale do rzeczy. Zaraz sobie przypomniesz. Spojrzyj no tutaj, kochanku.

Zaczął rozwiązywać pakunek, którym interesował się snać nadzwyczaj.

— To bracie, nie uwierzysz jak mi leżało na sercu. Bo przecie trzebać zrobić z ciebie człowieka. Przystąpmyż: zacznijmy od góry. Widzisz ten kaszkiecik? — zaczął, wyjmując z paczki dość zgrabną ale zarazem bardzo zwyczajną i tanią czapkę: — pozwól, to ci go przymierzę.

— Potem, później — odparł Raskolnikow, odmachując się szorstko.

— Nie, mój drogi Rodziu, nie sprzeciwiaj się, potem będzie późno, odbierzesz mi sen na całą noc, bom kupował na chybił trafił, bez miary! Ubranie głowy to bratku najważniejsza rzecz w kostjumie, jest to w swoim rodzaju rekomendacja. Tołstjakow, mój przyjaciel, musi za każdym razem zdejmować czapkę, wchodząc do jakiego publicznego miejsca, gdzie inni chodzą w kapeluszach i czapkach. Wszyscy myślą, że on to robi przez nieśmiałość, a to po prostu dlatego, że się wstydzi swego ptasiego gniazda; taki wstydliwy młodzian! No, Nastusiu, oto są dwa wspaniałe nakrycia głowy, porównaj ten palmerston (dobył z kąta pomięty okrągły kapelusz Raskolnikowa, który niewiadomo dlaczego nazwał palmerstonem), czy też to cacko? Jak myślisz, Rodziu, com dał za to? A ty, Nastusiu? — zwrócił się do niej, widząc, że Raskolnikow milczy.

— Ze dwie grzywny dałeś nieboże — odparła Nastka:

— Dwie grzywny, patrzcie ją! — zawołał zgorszony, — dziś za dwie grzywny i ciebie nie kupię — osiem grzywien. I to tylko dlatego, że noszona. Prawda, że to z wymówieniem; ta się zniszczy, to na drugi rok nową dadzą, dalibóg! No, przystąpmy teraz do Amerykańskich „Sztanów“ Zjednoczonych, jak to u nas nazywano w gimnazjum. Uprzedzam, że się tem kupnem szczycę! I rozdwoił przed Raskolnikowem szare spodnie z lekkiego wełnianego materjału: — ani dziurki, ani plamki, a jednak wcale znośne, chociaż już noszone, taka sama kamizelka, jednej barwy, jak każe moda. A że noszone, to nawet, prawdę mówiąc, lepiej: bo miększe, delikatniejsze… Widzisz, Rodziu, ażeby zrobić na świecie karjerę, dosyć jest stosować się do sezonu; jeżeli nie zachcę ci się szparagów w styczniu, to ocalisz kilka rubli w kieszeni; to samo stosuje się i do tego sprawunku. Obecnie mamy sezon letni, więcem też kupił rzecz letnią, bo sezon jesienny i tak i tak będzie wymagał cieplejszego ubrania… tym bardziej, że to rozlezie się do tego czasu, jeśli już nie przez powiększenie się wykwintności wyglądu, to z powodu wewnętrznych nieporządków. No, oceń! Ile dałem? — Dwa ruble i dwadzieścia pięć kopiejek! I pamiętaj, że także z takim samym warunkiem: te się zedrą, na drugi rok inne darmo dostajesz! W sklepie Fiedjajewa inaczej nie handlują: raz zapłaciłeś i masz na całe życie, bo drugi raz sam nie pójdziesz. No, a teraz przystąpmy do butów — a co? Od razu widać, że noszone; a przecie na dwa miesiące wystarczą, bo to robota zagraniczna i towar zagraniczny; sekretarz poselstwa angielskiego w zeszłym tygodniu spuścił na rynku; całego kramu nosił je przez sześć dni, gdy mu raptem zabrakło pieniędzy. Cena jeden rubel kopiejek pięćdziesiąt. Nieźle? Hę?

— A może nie w porę? zauważyła Nastusia.

— Nie w porę? A to co? — i to mówiąc, wyciągnął z kieszeni stary, koszlawy, oblepiony dokoła zaschłem błotem, dziurawy but Raskolnikowa; ja chodziłem i właśnie na miarę tego dziwoląga dostałem to oto obuwie. Jak się do czego wezmę, to już z całego serca. A co się tyczy bielizny, tośmy się porozumieli z gospodynią. Oto przede wszystkim trzy koszule perkalowe, ale z modnym gorsem… Tak tedy: osiem grzywien kaszkiet, dwa ruble dwadzieścia pięć kopiejek reszta ubrania, razem trzy ruble pięć kopiejek; rubel pięćdziesiąt buty — o bo są bardzo dobre — razem cztery ruble pięćdziesiąt kopiejek, a pięć rubli cała bielizna — kupiona hurtem — suma równo dziewięć rubli pięćdziesiąt pięć kopiejek. Czterdzieści pięć kopiejek reszty, miedzianemi dziesiątkami, oto racz pan przyjąć — i w ten sposób, Rodziu, masz teraz kompletny kostjum, bo według mego zdania, twoje palto nie tylko może jeszcze służyć, ale ma nawet pozór szczególnej dystynkcji: co to jednak znaczy obstalowywać u Szarmera! Co się tyczy skarpetek i reszty rzeczy, to już zostawiam do twojej woli; pieniędzy zostało się nam rubli srebrem dwadzieścia pięć, a o Pasiunię i zapłacenie za komorne nie turbuj się; jak mówiłem: kredyt nieograniczony. A teraz, bracie, pozwól, że ci zmienię bieliznę, bo może choroba właśnie siedzi teraz w koszuli…

— Daj spokój! Nie chcę! Opędzał się Raskolnikow, ze wstrętem słuchający naciąganie figlarną relację Razumichina o sprawunkach…

— Nic nie pomoże, bratku! pocóżbym darł buty! — nalegał Razumichin. — Nastusiu, nie wstydź się i pomóż — o tak! i pomimo oporu Raskolnikowa, zdołał jednak zmienić mu bieliznę. Ten powalił się na wezgłowie i przez parę minut nie mówił ani słowa.

„Kiedyż się odczepią nareszcie!“ myślał. — Za jakie to pieniądze wszystko kupione? — zapytał nakoniec, patrząc w ścianę.

— Pieniądze? otóż masz! Ależ za twoje własne. Był przecie kupczyk, od Wochruszyna, mama przysłała; czyś i o tym zapomniał?

— Teraz pamiętam… — wymówił Raskolnikow po długiem i ponurem milczeniu. Razumichin spoważniał i z niepokojem wpatrywał się w niego.

Drzwi otworzono, i wszedł wysoki i tęgi mężczyzna, jakby także znany trochę z widzenia Raskolnikowi.

— Zosimow! Nareszcie! — zawołał ucieszony Razumichin.

Rozdział IV

Zosimow był to wysoki i otyły mężczyzna, z nalaną i bezbarwnie bladą, gładko wygoloną twarzą, o jasno blond gładkich włosach, w okularach, i dużym złotym sygnetem na nabrzękłym od tłuszczu palcu. Miał lat dwadzieścia siedem. Ubrany był w szerokie, wykwintne, lekkie sakpalto, w jasne letnie spodnie, i w ogóle wszystko co miał na sobie było eleganckie, wygodne i prosto z igły: bielizna bez zarzutu, łańcuch u zegarka massiw. Ruchy miał powolne, jakby leniwe, ale zarazem jakby wyuczone; zresztą, pretensjonalność, usilnie ukrywana, zdradzała się w nim co chwila. Wszyscy znający go, mówili o nim, że jest ciężki, ale że fach swój zna.

— A ja do ciebie zachodziłem dwa razy… Patrz, odzyskał przytomność! — zawołał Razumichin.

— Widzę, widzę; no jakże się mamy teraz, co? — zwrócił się Zosimow do Raskolnikowa, uważnie wpatrując się w chorego i siadając u nóg jego na sofie, gdzie zaraz rozwalił się, jak mógł najwygodniej.

— Ciągle nudzi — ozwał się Razumichin — przed chwilą zmienialiśmy mu bieliznę, to o mało się nie rozpłakał.

— Bardzo słusznie; z bielizną można się było wstrzymać, skoro sam nie chce… Puls wyborny. A głowa ciągle jeszcze boli, co?

— Zdrów jestem, zdrów zupełnie! z uporem i rozdrażnieniem wymówił Raskolnikow, podnosząc się nagle na sofie i błysnąwszy wzrokiem, ale zaraz znowu spadł na wezgłowie i odwrócił się do ściany. Zosimow bacznie go śledził.

— Bardzo jest dobrze… wszystko w porządku, — niedbale wymówił. — Jadł co?

Odpowiedziano mu i zapytano co można dawać.

— Ależ wszystko można… Zupę, herbatę… Grzybów i ogórków, oczywiście, nie dawać, no i mięsa także nie trzeba, i… no ale co tu gadać… Spojrzał na Razumichina. Lekarstwo precz i wszystko precz! Jutro zobaczę… Możnaby było i dzisiaj, lecz…

— Jutro wieczorem prowadzę go na spacer! Zadecydował Razumichin: — do ogrodu Jasupowa, a potem zajdziemy do „Palais de Cristal“.

— Jutrobym go jeszcze nie ruszał, zresztą… nie na długo… no, to się jeszcze zobaczy.

— Ach, jak mi przykro, bo dziś właśnie wyprawiam przesiedlmy, o dwa kroki stąd; i on byłby… Niechby choć na sofie poleżał między nami! A ty będziesz? — zwrócił się nagle Razumichin do Zosimowa — proszęż cię, nie zapomnij, wszak przyrzekłeś.

— Może, ale chyba późno. Cóżeś tam przygotował?

— A nic, herbata, wódka, śledź. Pierog podadzą: wszyscy będą swoi.

— Któż mianowicie?

— A wszyscy tutejsi i wszyscy prawie nowi, doprawdy — oprócz chyba jednego starego wujka, chociaż i ten nowy: wczoraj dopiero przyjechał do Petersburga za jakiemiś interesami; raz na pięć lat się widujemy.

— Co on za jeden?

— Ha, przebałaganił całe życie na poczmajsterce powiatowej… emeryturkę pobiera, lat sześćdziesiąt pięć, niema co i gadać… Ja go zresztą lubię. Przyjdzie i pan Porfirjusz, tutejszy komisarz do spraw śledczych… wychowaniec akademji prawniczej. Ale ty go znasz…

— Czy ta także twój krewny?

— Jakiś bardzo daleki; czegóż się marszczysz? Żeście się tam raz posprzeczali, to może już dlatego nie przyjdziesz?

— A co mi to przeszkadza…

— Tem lepiej. No, a dalej — studenci, nauczyciel, jeden urzędnik, jeden muzyk, oficer, Zamietow…

— Powiedz też mi, co może być wspólnego pomiędzy tobą, albo nim — Zosimow wskazał na Raskolnikowa — a tym jakimś tam Zamietowem?

— Ach, wy wybrednisie!? Zasady!… tak siedzisz cały na tych zasadach, jak na sprężynach i odwrócić się nie śmiesz z własnej woli; a moim zdaniem, człowiek dobry — oto zasada, ja więcej nie potrzebuję. Zamietow jest człowiekiem najwyborniejszym.

— Łapy grzeje.

— No więc cóż z tego, no lubi wziąć! Więc cóż że lubi! — zawołał nagle Razumichin, niecierpliwiąc się jakoś nienaturalnie — czyż ja to chwalę? Mówiłem tylko, że człowiek dobry w swoim rodzaju! O gdyby tak przenicować wszystkich ludzi pod każdym względem, to czyż wielu zostanie się dobrych? Jestem przekonany, że za mnie całego razem ze wszystkimi moimi cnotami, nie dadzą nawet jednej cebuli pieczonej, a i to jeszcze z tobą w dodatku.

— To mało; ja za ciebie jedną tylko! Podowcipkuj no jeszcze! Zosimow jeszcze młokos, ja mu jeszcze włosków naderwę, bo jego trzeba przyciągać, a nie odpychać. Z młokosem trzeba postępować dwa razy ostrożniej. Tem, że odepchniesz człowieka — nie naprawiasz go, tym bardziej młokosa. Oj wy mędrcy postępowi, nic wy nie rozumiecie! Człowieka nie szanujecie, siebie krzywdzicie… A jeśli chcesz wiedzieć, to ja z nim zawiązaliśmy spółkę.

— No, no, jaką?

— Ciągle w sprawie tego malarza, to jest malarza pokojowego… Musimy go wyratować! Zresztą, teraz nie ma już wiele kłopotów. Sprawa jasna, zupełnie już teraz jasna! Dodamy tylko pary!

— Jaki tam znowu malarz?

— Jak to, czyżem ci nie opowiadał? A może i nie? Prawda, opowiedziałem ci tylko początek… o tej zbrodni, o tym zamordowaniu starej fanciarki, urzędniczki no, więc teraz właśnie zamieszał się tam malarz…

— O tej zbrodni słyszałem ja jeszcze przed tobą i nawet obchodzi mnie ona… po części… dla pewnego powodu… i w gazetach czytałam! Ale…

— Elżbietę także zabili! — pisknęła nagle Nastka, zwracając się do Raskolnikowa. Stała ona ciągle w pokoju, oparta o drzwi, i słuchała.

— Elżbietę? — wyszeptał Raskolnikow tak cicho, że go ledwie słychać było.

— A Elżbietę, handlarkę, czy ją to pan nie zna? Chodziła tu na dół. Jeszcze panu koszulę poprawiała.

Raskolnikow odwrócił się do ściany, gdzie na brudnem żółtem obiciu z białemi kwiatkami, wybrał jeden niezgrabny, biały kwiatek z jakiemiś brązowemi kreskami, i zaczął badać ile w nim listków, jakie są ząbki na listkach i ile kresek? Czuł, że mu znieruchomiały ręce i nogi, jakby mu to odjęto, ale nie usiłował nawet ruszyć niemi i uporczywie patrzył na kwiatek.

— No więc cóż ten malarz? — z jakiemś szczególnem niezadowoleniem przerwał Zosimow pisk Nastki. Ta westchnęła i zamilkła.

— A tak, że zrobili go zabójcą! — gorąco ciągnął Razumichin.

— Były jakie dowody, czy co?

— Jakie tam dowody? A zresztą, właśnie wskutek dowodu, ale ten dowód nie jest dowodem i właśnie tego trzeba dowieść! Zupełnie tak samo, jak z początku zabrali i mieli w podejrzeniu tych jak tam… tego Kocha i Piestrjakowa. Ptfu! Jak się to wszystko głupio robi, aż się obcemu człowiekowi na płacz zbiera! Pietrjakow może do mnie dziś zajdzie… No, a ty Rodziu, ty wiesz już o tym? to się jeszcze stało przed chorobą, akurat w wilję tego dnia, jakieś zemdlał w cyrkule, gdy tam o tym opowiadano…

Zosimow ciekawie spojrzał na Raskolnikowa; ten ani się ruszył.

— A wiesz co, Razumichin? Patrzę na ciebie, jak ty jednak przejąłeś się tem wszystkim — zauważył Zosimow.

— Niech tam, ale bo widzisz muszę go wybawić! — zawołał Razumichin, stuknąwszy pięścią w stół. — Bo tu co najwięcej gniewa? Nie to, że oni się mylą: pomyłki są zawsze do przebaczenia: pomyłki rzecz nawet pożądana, bo naprowadza na drogę prawdy. Mnie to gniewa, że się mylą a jednak obstają przy swojem. Ja Porfirjusza szanuję, lecz… Bo co ich najprzód zbiło z tropu? Drzwi były zamknięte, a gdy wrócili ze stróżem — otwarte; no, więc znaczy się, Koch i Piestrjakow zabili! Taka to ich logika!

— Nie gorączkuj no się; ich po prostu zatrzymano; to przecie konieczne… A wiesz, ja tego Kocha spotykałem; on, jak się okazało, skupował nieprolongowane fanty u starej?… Prawda?

— A tak, łotr jeden! On i weksle także skupuje. Spekulant. Ale pal go licho! Mnie co do pasji przyprowadza, rozumiesz ty? Oto ich rutyna, stara, podła, bezsensowna… A tu w tej jednej sprawie można odnaleźć cały nowy kierunek. Na podstawie samych danych psychologicznych można pokazać, jak należy trafiać na ślad prawdziwy. „My, powiadają mamy fakty!“ Ależ fakty to jeszcze nie wszystko; przynajmniej połowa rzeczy na tem polega, jak umiesz obchodzić się z faktami!

— A ty umiesz obchodzić się z faktami?

— Toć nie można przecie milczeć, kiedy się czuje, kiedy się wie namacalnie, że dałoby się pomóc sprawie, gdyby… Ech!… Znasz szczegóły sprawy?

— Właśnie czekam… o tym malarzu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 93.27