E-book
28.67
drukowana A5
39.94
Zapiski sponsora

Bezpłatny fragment - Zapiski sponsora


Objętość:
295 str.
ISBN:
978-83-8221-343-0
E-book
za 28.67
drukowana A5
za 39.94

Wstęp — jak się to wszystko zaczęło

Za dzień narodzin Wspólnoty Anonimowych Alkoholików uznaje się (umownie) 10 czerwca 1935, to jest dzień, w którym współzałożyciel AA, Robert Holbrook Smith, zwany doktorem Bobem, ostatni raz w życiu pił alkohol. Drugim współzałożycielem był William Griffith Wilson, makler albo spekulant giełdowy, znany jako Bill W., główny autor książki „Alcoholics Anonymous” i innych.

Czterdzieści lat później Wspólnota Anonimowych Alkoholików w Polsce, rozwijała się zupełnie inaczej niż w Stanach, co wynikało z faktu, że u nas Wspólnotę AA zakładali profesjonaliści, a nie anonimowi alkoholicy czy choćby alkoholicy. Pierwsza grupa AA zaczęła działać w Polsce w Poznaniu. Zakładamy, znowu umownie, że odbyło się to w 1974 roku — wtedy to usamodzielniła się pierwsza grupa, dotąd psychoterapeutyczna, prowadzona eksperymentalnie w oparciu o założenia Programu 12 Kroków AA, przez psycholożkę, mgr. Marię Grabowską, w sposób w jaki ona ten Program rozumiała.

Kwestia „kto zakładał AA?” wydaje mi się szczególnie ważna. Duchowy Program AA (tak, duchowy, a nie religijny!) zaczyna się w chwili, gdy jeden alkoholik mówi do drugiego o tym, że jest sposób, że istnieje rozwiązanie problemu alkoholizmu, na czym ono polega, w jaki sposób je zastosował, wdrożył we własnym życiu z pomocą sponsora itd. U nas tego elementu zupełnie nie było. O rozwiązaniach problemu z nadużywaniem alkoholu mówił alkoholikom nie inny, trzeźwy, doświadczony alkoholik, ale psychoterapeuta; mówił nie o tym, co sam zrobił, ale co i jak oni (zgodnie z teoretyczną, psychologiczną wiedzą) powinni zrobić, żeby jakoś przestać pić. Nie ma możliwości, żeby przekazywał duchowy Program AA, bo i skąd miałby go znać/mieć? Z lektury? Niestety, samodzielna lektura książki „Anonimowi Alkoholicy”, której zresztą też wówczas u nas jeszcze nie było i to długo, całymi latami, do tego celu nie była i nie jest wystarczająca.

Jak zapewne wyraźnie widać, rozróżniam problem z piciem i alkoholizm. Spektakularne nadużywanie alkoholu przez alkoholika jest objawem choroby alkoholowej, a nie samą jej istotą. Inaczej mówiąc — problemem alkoholika nie jest alkohol, więc abstynencja nie leczy choroby alkoholowej, choroby, moim zdaniem, zdecydowanie bardziej psychicznej, bo przecież nie gastrycznej (wenerycznej, ortopedycznej itd.). Czasem porównuję ją do gruźlicy — jeśli gruźlikowi podać stosowne leki, to może przestanie kaszleć, ale jego gruźlica będzie się rozwijała nadal.


Tymczasem najczęściej okazuje się, że samo niepicie — jakkolwiek w całym procesie zdrowienia najważniejsze — nie wystarcza. W wielu przypadkach, już nie pijąc, w wyniku egocentryzmu, egoizmu, niedojrzałości emocjonalnej alkoholika i wielu innych jego wad, nie tylko nie naprawia on relacji z innymi ludźmi, a często — wbrew sobie — nadal je niszczy. Przejawia się to w tym, że mimo zaprzestania picia alkoholik nadal rani innych ludzi, także najbliższych, często wbrew swojej woli. Alkoholik, mimo iż nie pije, często swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem nadal pozostawia wokół siebie zgliszcza i popiół. Okazało się jak mawiał jeden z rozmówców — że, jak pił, był pijanym draniem, jak przestał pić, stał się trzeźwym draniem. A przy tym wszystkim opanowana do perfekcji umiejętność zakłamywania rzeczywistości pozwala alkoholikowi odsuwać problem od siebie, przerzucając, jeżeli nie całość, to przynajmniej dużą część odpowiedzialności za zaistniały stan rzeczy na innych. I przede wszystkim o tego typu „niekierowaniu własnym życiem” mówi druga część Kroku Pierwszego.


Rażące niedobory duchowości AA-owskiej zaczęły na naszych spotkaniach wypełniać obrzędy i ceremonie, odbywające się według rozbudowanych scenariuszy, najeżonych różnymi zakazami i nakazami, które z Anonimowymi Alkoholikami nie miały i nie mają kompletnie nic wspólnego — były to zalecenia obowiązujące podczas zajęć grupowych psychoterapii odwykowej, która zresztą na rodzącą się w bólach wspólnotę miała, i ma nadal, wpływ znaczący. Trudno w to uwierzyć? Przykład z poznańskiej grupy „Ster”:


…w załączonym do scenariusza wykazie proponowano takie tematy mityngów, jak np. Etiologia choroby alkoholowej — próba indywidualizacji przyczyn alkoholizmu, Próba charakterystyki typowych trudności w małżeństwie AA, Prezentacja postaw małżonek w okresie abstynencji partnera (próba syntezy) czy Kształtowanie się nowego modelu stosunków towarzyskich rodziny AA.


Oczywiście jest on aż groteskowy i łatwo stwierdzić, że te czasy dawno minęły, ale…


Od 1935 roku Anonimowi Alkoholicy dysponują rozwiązaniem problemu alkoholizmu. Siłą Wspólnoty i nadzieją dla osób uzależnionych jest Program Dwunastu Kroków AA. W roku 1998 (abstynencję utrzymuję od stycznia 1999) zupełnie nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Były to lata, kilka następnych zresztą też, w których wydawało nam się, że Wspólnota AA = mityng AA i nic więcej. Dwanaście Kroków było rytualnie odczytywane na początku każdego takiego spotkania i wydawało się, że o to właśnie chodzi, że to jest wszystko, co trzeba, należy i wystarczy robić: uczestniczyć w mityngach, słuchać/czytać tekst Kroków oraz Tradycji AA, ale przede wszystkim opowiadać, co się takiego w życiu wydarzyło od poprzedniego spotkania (mityngu). Anonimowi Alkoholicy mieli chyba być czymś w rodzaju poterapeutycznej grupy wsparcia połączonej z klubem abstynenta. Psychoterapeuci przekonywali nas, że każda terapia się kiedyś kończy, a Wspólnota AA zostanie nam do końca życia, jako element absolutnie niezbędny, bo jako uzależnieni, jesteśmy co najwyżej trzeźwiejącymi alkoholikami, że nie wytrzeźwiejemy w pełni nigdy — z założenia, więc też jakiejś formy wsparcia będziemy potrzebowali zawsze. Co do tego też mam pewne wątpliwości, ale o tym może będzie kiedyś w innych tekstach.


Ówcześni uczestnicy AA nie uważali mityngów za czynnik niezbędny do zachowania trzeźwości. Były on po prostu pożądane. Za to poranne skupienie i modlitwa były do tego konieczne.


Stwierdzenie to, z którego wynika wyraźnie, że mityngi nie są sprawą najważniejszą, i na pewno nie jedyną w ofercie AA, nadal w wielu grupach wywołuje szok, złość i protesty.

Do roku 2018 we wszystkich polskich wydaniach Wielkiej Księgi (oficjalnie niby było ich cztery, naprawdę — znacznie więcej, może siedem, osiem), to jest książki pod tytułem „Anonimowi Alkoholicy”, pod dyktando przekonań psychoterapeutów, określenie „wytrzeźwieliśmy” anonimowi alkoholicy zajmujący się tłumaczeniami pracowicie i metodycznie zamieniali na „trzeźwieliśmy”, „trzeźwy” na „trzeźwiejący” itd. Podobnych ingerencji w nasz tekst było znacznie więcej.


Latem 1998 roku trafiłem na swój pierwszy mityng. Zgodnie ze stanowczym poleceniem psychoterapeutki z opolskiej poradni odwykowej (za co nadal jestem jej wdzięczny) zacząłem regularnie uczęszczać na spotkania, zwane u nas mityngami, wspólnoty, która Wspólnotą Anonimowych Alkoholików była wtedy chyba jedynie z nazwy. Oczywiście wówczas zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale zalecono, więc chodziłem. Właściwie nawet bez większych oporów. Od tego momentu minęło dwadzieścia lat.


Wydaje mi się, że większość ludzi, trafiających do nowego, zupełnie dotąd nieznanego środowiska, stara się je poznać, zrozumieć i dostosować — mniej lub bardziej. Tak było i ze mną w latach 1998—2000. Słuchałem uważnie, uczyłem się, starałem się naśladować. Pod koniec tego okresu coraz więcej zasłyszanych informacji uznawałem za… wolałbym nie używać określenia kompletne bzdury, więc niech będzie, że były to przekonania mało sensowne, nie oparte na faktach i rzeczywistości, jakieś dziwne przekonania najczęściej bezrefleksyjnie powtarzane, wypowiedzi, z których kompletnie nic nie wynikało i które nie miały żadnego odzwierciedlenia w literaturze, a więc w doświadczeniach Wspólnoty AA na świecie. Oto kilka z nich:

Ile picia, tyle trzeźwienia.

Jeden Krok — jeden rok.

Mityngi są najważniejsze.

Nie dokonuj istotnych zmian w życiu podczas pierwszego roku trzeźwienia.

We Wspólnocie AA nie ma autorytetów.

Wspólnota AA jest nie tylko dla alkoholików.

Podczas mityngów nie należy używać słów „my”, „wy”, „się”.

Zmyślam? Źle pamiętam? To tylko w moim mieście były takie cudactwa? Niestety nie. Powyższe stwierdzenia pochodzą z książeczki, broszury „Prawdy i zasady Wspólnoty Anonimowych Alkoholików” (ISBN 83-86636-00-9), która to pozycja została oficjalnie zaaprobowana i zaakceptowana do druku przez Służbę Krajową Wspólnoty AA w Polsce; roku publikacji tego… arcydzieła niestety nie znalazłem.


W tych całych „Prawdach i zasadach” oprócz zupełnie nieprawdziwych i szkodliwych, jak wyżej, były też stwierdzenia „tylko” wątpliwe i problematyczne, np. Alkoholik to ktoś, kto sam się tak nazwał (a ci, co się tak nie nazwali, to alkoholikami na pewno nie są?). AA-owcy dzielą się na studentów i profesorów. Profesorami są ci, którzy mają wpadki (a to co takiego?!). Bądź łagodny dla siebie (w jakim zakresie, jak długo?). Bezalkoholowe piwo i szampan są tak samo niebezpieczne jak pierwszy kieliszek (nie, chyba jednak nie tak samo).


Tak to było… Wydaje mi się, a nawet jestem pewien, że w większości grup Anonimowych Alkoholików w Polsce takie właśnie lub bardzo podobne przekonania panują nadal, przynajmniej niektóre.


Ta książka jest wysoce subiektywną opowieścią o dwudziestu latach, jakie spędziłem we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików, co najprawdopodobniej uratowało mi życie. W krótkich rozdziałach, przypominających obrazki, migawki, starałem się zaprezentować zmiany, jakie następowały we mnie, ale jeszcze bardziej Wspólnotę AA w Polsce, choć głównie w Opolu, i jej ewolucję — tak, jak ja ją postrzegam i rozumiem. Powtórzę, bo to bardzo ważne — to są jedynie moje osobiste, prywatne zupełnie przekonania, poglądy, wnioski, przeżycia i doświadczenia. Anonimowy alkoholik, uczestnik mityngów AA innej grupy, w innym mieście, może je mieć zupełnie odmienne, co jednak wcale nie znaczy, że nieprawdziwe albo lepsze czy gorsze. Jednak przede wszystkim jest to książka o tym, że istnieje skuteczne rozwiązanie problemu alkoholizmu. Być może nie jest ono dostępne na każdej grupie AA w Polsce, ale może kiedyś to nastąpi, choć wątpię. Wreszcie jest to opowieść o rozwoju duchowym, który jest, a przynajmniej na pewno może być, nieskończony.

Ważne! Temat sponsorowania w zakresie konkretnych Kroków zawarłem już wyczerpująco w książce „Dwanaście Kroków od dna. Sponsorowanie” — tutaj znajdzie czytelnik doświadczenia, rozważania, uwagi, wątpliwości, zapiski AA-owskiego sponsora na tematy… różne.


Podczas mityngu spikerskiego, którego bohaterką była Sydney z Oregonu, wiele razy pytano ją, jak coś tam wygląda w AA w Ameryce. Uparcie odpowiadała, że nie wie, jak wygląda Wspólnota AA w Stanach Zjednoczonych, doświadczenia ma z Oregonu oraz może trochę z Kalifornii, bo tam bywała. Wtedy zorientowałem się, że i ja nie mógłbym twierdzić, że wiem dobrze, jak działają Anonimowi Alkoholicy w Polsce; tu jest pewnie ze 2600 grup, a ja mam pojęcie może o kilkudziesięciu. Nie mogę już nawet twierdzić z całkowitą pewnością, że wiem, jak działa AA w Opolu — w ostatnich latach miało miejsce naprawdę całe mnóstwo zmian, a ja nie biorę udziału w spotkaniach wszystkich grup w mieście; ostatecznie mogę być pewien funkcjonowania trzech grup w Opolu, bo w ich mityngach (spotkaniach) uczestniczę w miarę regularnie.


Wiele razy słuchałem opowieści alkoholików o tym, jak w ich lokalnym środowisku AA zaczęły się zmiany. I jakoś tak dziwnym trafem bardzo często wychodzi na to, że zmiany te zaczęły się od nich. Dość szybko przestałem się z tego śmiać, bo zrozumiałem, że to jest element ich postrzegania rzeczywistości — z naturalnych zapewne powodów mocno jeszcze egocentryczny. W takim razie nie będę spekulował, kiedy zmiany SIĘ zaczęły, a skoncentruję na tym, kiedy ja sam zacząłem mieć na nie jakiś wpływ. O tym, że głównym problemem alkoholika nie jest alkohol wiedziałem cztery lata przed zaprzestaniem picia (wiedziałem z książki Wiktora Osiatyńskiego). O tym, że we Wspólnocie AA najważniejszy jest Program dowiedziałem się w 1998 roku od pierwszego sponsora (kazała mi go sobie znaleźć psychoterapeutka), jednak z tych informacji nic albo niewiele wynikało wtedy, kiedy do mnie one docierały; zresztą… do połowy stycznia 1999 co pewien czas wracałem do picia, nijak nie potrafiłem utrzymać abstynencji, a na niej głównie byłem skoncentrowany.


Na początku, przez kilka miesięcy, wydawało mi się, że najważniejszym dokumentem Wspólnoty AA jest scenariusz mityngu. Podejrzewałem, że pochodzi on z tajemniczej Wielkiej Księgi, której nie widziałem ani przed prowadzącym spotkanie alkoholikiem, ani u nikogo innego. W codziennym użyciu był scenariusz, kartka, zwykle laminowana, z tekstem Kroków i Tradycji AA, do rytualnego odczytywania w koło (stąd określenie „dzielenie się laminatem”) oraz „Dwadzieścia cztery godziny” — trzytomowe wydanie Opolskiego Duszpasterstwa Trzeźwości. Myśl przewodnia, medytacje i modlitwa na dany dzień z tej książki były obowiązującym u nas tematem mityngu. Przyznanie się, że któregoś z czytanych tekstów nie rozumiem albo się z nim nie zgadzam świadczyło ewidentnie o nawrocie choroby alkoholowej oraz chęci powrotu do picia. Tak to się już sami terroryzowaliśmy i zastraszali.

Literatury Wspólnoty AA nie widziałem dość długo, może z rok, jednak już samo tylko czytanie i rozważanie treści Trzeciej Tradycji AA skłoniło mnie w drugiej połowie roku 2000 do poważnych wątpliwości co do pytań zadawanych nowicjuszom — wtedy jeszcze na porządku dziennym był niecny zwyczaj przyjmowania do Wspólnoty AA (albo i nie), pod warunkiem, że nowy prawidłowo odpowiedział na dwa pytania: Czy zauważyłeś, że picie alkoholu komplikuje twoje życie i masz kłopoty? Czy masz szczerą chęć zaprzestania picia? Skoro według Trzeciej Tradycji jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia, to dlaczego pytania są dwa, a nie jedno (jedyny warunek)? Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że absolutnie nikt we Wspólnocie AA nie jest upoważniony do stawiania komukolwiek jakichkolwiek pytań i od odpowiedzi na nie uzależniania, czy potrzebujący pomocy człowiek może zostać członkiem Wspólnoty. W każdym razie, zakładając z kolegą nową grupę AA w mieście („Wsparcie”) na przełomie 2000—2001, w jej scenariuszu mieściliśmy jedno tylko pytanie: Czy chcesz przestać pić? Po pewnym czasie, gdy już nieco lepiej zapoznałem się z Tradycjami Wspólnoty, zostało ono zastąpione przez coś w rodzaju pytania/stwierdzenia: Trafiłeś na zamknięty mityng AA, jeśli tu właśnie chciałeś się znaleźć i jeśli chcesz przestać pić, to witamy cię serdecznie we Wspólnocie AA i cieszymy, że jesteś dziś z nami (oklaski). Jeszcze później zniknęło z naszego scenariusza zupełnie.

W taki sposób proces zmian z moim udziałem rozpoczął się u nas, w Opolu. Oczywiście nie dotyczył jeszcze wtedy (ani później) wszystkich grup w mieście, a na sponsorowanie z prawdziwego zdarzenia przyszło nam poczekać jeszcze dłużej.


Nie jest prawdą, że sponsorowanie nie było znane w środowisku polskich AA-owców 15—20 lat temu. Ależ było! Przypominam, że mnie kazała sobie znaleźć sponsora w AA psychoterapeutka w 1998 roku i na pewno nie mnie pierwszemu ani ostatniemu. Tyle tylko, że do pewnego momentu określenie to oznaczało coś zupełnie innego niż obecnie.


Oferta Anonimowych Alkoholików zawiera się w trzech punktach:

1. Poznawanie i realizacja w życiu Programu AA z pomocą sponsora,

2. Służby pełnione na różnych szczeblach struktury Wspólnoty AA, w tym sponsorowanie,

3. Mityngi, to jest spotkania, podczas których można wymienić się doświadczeniami z dwóch pierwszych punktów.


Jeśli jednak pierwszy punkt nie istniał, drugi w zakresie minimalnym i najczęściej też niezgodnie z Tradycjami AA, to i na mityngach poruszaliśmy zupełnie inne tematy — zwykle wypowiedzi uczestników przypominały „rundkę terapeutyczną”, to jest relację klientów grupowej psychoterapii odwykowej z wydarzeń ostatniego tygodnia. W tych warunkach sponsor miał być kolegą, przyjacielem z AA, alkoholikiem z nieco większą niż moja abstynencją, który pomagał mi w pierwszym okresie zrozumieć, co na mityngach się dzieje i dlaczego, miał też być powiernikiem, takim kumplem od rozmów od serca. O tym, że ze sponsorem realizuje się w jakiś określony sposób Program AA, że wymaga to specjalnych i regularnych zwykle spotkań, dowiedziałem się znacznie później.

Na szczęście coraz mniej jest alkoholików w Polsce, którzy uważają, że sponsorowanie jest jakąś nową modą w AA. Takim, jeśli mam okazję, tłumaczę, że kolejność była inna niż się to im wydaje — najpierw było sponsorowanie, a więc najpierw jeden alkoholik spotykał się z drugim i opierając się na własnym doświadczeniu instruował, co i jak należy zrobić, żeby przestać pić, naprawić relacje z bliskimi, zadośćuczynić za krzywdy, rozpoznać i przestać używać wady charakteru, a ostatecznie stać się przyzwoitym, trzeźwym człowiekiem. Dopiero kiedy takich ludzi było kilkudziesięciu i więcej, zaczęli tworzyć Wspólnotę. Sztandarowa pozycja AA pt. „Anonimowi Alkoholicy” napisana została, gdy rodząca się Wspólnota skupiała 78—83 alkoholików. Na fakt, że spotkania (mityngi) nie były wtedy najważniejsze, zwracałem uwagę już wcześniej.

Mocno żałuję, że słowo mityng (ang. meeting) nie zostało przełożone na język polski w początkach istnienia Wspólnoty w Polsce. Być może, gdyby było to po prostu spotkanie zorganizowane po to, żeby pogadać o tym jak wytrzeźwieć, jak rozwiązać wspólny problem alkoholizmu, nie stałoby się ono bardzo szybko pojęciem oznaczającym jakiś specjalny obrzęd, rytuał, z drobiazgowo opracowanym scenariuszem. Pamiętam czas, w którym wypadało, żeby ktoś na mityngu powiedział: nie wiem, jak to działa, ale działa.


Rytuały to powtarzające się wymiany następujące w określonym i przewidywanym porządku. Transakcje bez niespodzianek. Stosuje się je, by osiągnąć fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Często sami sądzimy, że go potrzebujemy, a inni usilnie próbują nas o tym przekonać.


Spotkania, mityngi AA, pomagają alkoholikom utrzymać abstynencję, to prawda, a jak to się dzieje, jak to działa? Alkoholizm to także choroba emocji, z zaburzonymi emocjami łatwiej sobie radzić mówiąc o nich, opowiadając, relacjonując. Jeśli pracodawca mnie oszukał i jestem wściekły, ale na mityngu opowiem o tym, wyrzygam całą tą swoją złość, żal, poczucie krzywdy itp., a na dokładkę usłyszę podobne relacje innych, to jest spora szansa, że uspokoję się na tyle, żeby rozhuśtanych emocji nie musieć sobie regulować alkoholem. Tyle tylko, że jest to rozwiązanie tylko na chwilę; krótkotrwałe zyski zamiast długofalowych efektów. Trochę przypomina mi to tabletkę od bólu zęba. Połknąłem — przestało boleć, o to zresztą chodziło. Jeśli przyjąłem ten lek, żeby wytrzymać jakoś noc, a rano idę do dentysty, to wszystko w porządku, ale jeżeli następnego dnia do dentysty się nie wybieram, bo po co, przecież już nie boli, to coś tu chyba nie jest w porządku z moim myśleniem. Tak właśnie działają same tylko mityngi AA: pomagają utrzymać abstynencję, ale — zmniejszając doraźnie poziom cierpienia — utrudniają alkoholikowi (na szczęście nie każdemu, nie zawsze) realne wytrzeźwienie. Dopóki mocno cierpimy, jesteśmy zdeterminowani i gotowi podjąć konkretne, choć trudne działania, ale jeśli cierpieć przestajemy, nasz zapał do ciężkiej pracy wyraźnie maleje. Przecież następny mityng już za tydzień, za kilka dni, tyle to zawsze jakoś się wytrzyma. I tak życie płynie od mityngu do mityngu.

O sponsorach i sponsorowaniu

Nasłuchałem się definicji więcej niż potrafię spamiętać, bo to i przyjaciel w AA, i mentor, i przewodnik duchowy, i nauczyciel, i przewodnik w procesie indywidualnego rozwoju osobistego, i guru… Określenie wielu ludziom kojarzy się z pieniędzmi, z finansowaniem czegoś; zrozumienia nie ułatwia informacja, że sponsorowanie jest służbą, a sponsor to zaufany sługa, bo wiadomo, że swojemu podopiecznemu (sponsorowanemu) proponuje, sugeruje jakieś działania, a przecież służący nie są od wydawania rozkazów. Chaos kompletny. A jeśli nieporozumienia i brak zrozumienia, to zawsze i lęk. Naturalny lęk przed czymś nieznanym, niezrozumiałym. Dlatego wymyśliłem porównanie. Możliwe, że nie jest ono najlepsze na świecie, ale lepszego na razie nie mam.

Sponsor we Wspólnocie AA

Sponsorowanie we Wspólnocie AA jest służbą, a sponsor to zaufany sługa, który zresztą za to co robi nie pobiera żadnego wynagrodzenia. Czy sponsor wydaje polecenia? Przyznam, że wolę określenia: sugestie, podpowiedzi, czy porady. Tym niemniej sprzeczać się o to nie zamierzam, bo rzeczywiście czasem, niektóre sugestie sponsora podobne są do tych, jakich pasażerom udziela kapitan tonącego statku: proszę państwa statek tonie, sugeruję założyć kamizelki ratunkowe. Pasażerowie mają wybór. Do samego końca. Nie, to nie jest drwina — przecież nie jest wykluczone, że wśród pasażerów statku jest jakiś znakomity pływak, który rzeczywiście może być w stanie dopłynąć do brzegu sam, bez kamizelki.


Powiedzmy, że zaplanowałem sobie, że urlop spędzę wędrując po Tatrach. Ale… ja tam jeszcze nigdy nie byłem, nie wiem, jak, gdzie, którędy itd. Co w tej sytuacji zrobi człowiek trzeźwy, normalny? Bo nietrzeźwy zapewne uzna, że sam sobie poradzi, że wie najlepiej i albo zginie w tych górach, albo będzie fatygował GOPR. Co więc robi człowiek trzeźwo myślący? Ano, wynajmuje przewodnika tatrzańskiego, specjalistę od takich wędrówek. Nie ulega chyba wątpliwości, że przewodnik jest na służbie u turysty, ale to przewodnik udziela turyście wskazówek i zaleceń dotyczących stroju, ekwipunku, wyposażenia. To przewodnik decyduje, którą drogą pójdą i w jakim schronisku zatrzymają się na noc. Dobry przewodnik musi brać pod uwagę możliwości turysty, na przykład jego mniejszą wytrzymałość, ale jednak to on odpowiada za bezpieczeństwo ich obu i to on podejmuje ostateczne decyzje. Człowiek przy zdrowych zmysłach słucha przewodnika i stosuje się do jego zaleceń. Alkoholik… alkoholik natychmiast zaczyna przekonywać przewodnika, że on sam wie lepiej, właściwie wszystko, że świetnie zna się na wspinaczce, na szlakach, wie, gdzie znaleźć schroniska, a w ogóle jest przypadkiem tak wyjątkowym, że właściwie to przewodnik powinien słuchać jego, a nie odwrotnie. Przewodnik, zakładając, że nie ma skłonności samobójczych, na takie rozwiązania się nie godzi, a wówczas alkoholik odchodzi obrażony na wszystkich przewodników świata. Śmieszne to? Nie, tragiczne, a nawet przerażające. Zwłaszcza, że — przypominam! — podopieczny sponsorowi nie płaci, a więc nawet zasada płacę i wymagam też nie ma w tym przypadku zastosowania.


Kilka razy w życiu prosił mnie o pomoc alkoholik, przyznając tym samym, że on nie wie, nie rozumie, nie potrafi i bez pomocy z zewnątrz sam sobie nie poradzi. Chwilę po tym, jak wyraziłem zgodę, zaczynał mnie informować o swoich warunkach oraz wyliczać, co ewentualnie gotów jest zrobić i w jaki sposób. Kiedy taktownie informowałem, że jeśli mam mu pomagać, to zrobimy to po mojemu, a nie według jego wyobrażeń i przekonań, które przecież mu się w praktyce nie sprawdziły, bo inaczej nie prosiłby mnie o pomoc, odchodził śmiertelnie obrażony. To nie jest zabawne, to pułapka uzależnionego umysłu.

Sponsorowanie i internet

Niedawno, podczas jakiegoś spotkania, gdy grzecznie się przedstawiając wyjawiłem też, że jestem z Opola, jeden z rozmówców zawołał: Ah! To znaczy z miasta specjalistów od sponsorowania przez Internet! W tym momencie zorientowałem się, że chyba jednak raz jeszcze powinienem podjąć temat internetowego sponsorowania.


Opole jest najmniejszym pewnie miastem wojewódzkim, tym niemniej mieszkańców ma około 120 tysięcy i chyba siedem grup AA; nie wszystkich tutaj znam, nie we wszystkich mityngach uczestniczę. Być może dlatego jakoś dotąd nie spotkałem tych… specjalistów od internetowego sponsoringu. Jestem jednym z bardzo niewielu alkoholików w Opolu, którzy ze sponsorem przez Internet pracowali; z kilkoma alkoholikami (płci obojga) sam pracowałem przez Internet na Programie jako ich sponsor, a więc pewne doświadczenia mam, jednak specjalistą nazwać bym się nie odważył. I właśnie dlatego, że doświadczeń raczej mi przybywa niż ubywa przyznaję wprost, że co do sponsorowania internetowego mam coraz więcej wątpliwości. Oczywiście nadal uważam, że nieśli inaczej się nie da, to nie ma co grymasić i wybrzydzać, trzeba po prostu radzić sobie stosownie do realnych możliwości, ale chyba niepokoi mnie trochę wizja pracy z podopiecznym przez Internet, bo… bo on mieszka w odległej dzielnicy miasta, a do tego jeszcze deszcz pada.


Siłę przekazu sponsor-podopieczny stanowi, między innymi, język serca i prostota, więc wydawać by się mogło, że nie ma wielkiego znaczenia, czy porozumiewamy się modem-to-modem czy tradycyjnie face-to-face, ale jednak nie jest to chyba takie proste, choć we wstępie do czwartego wydania oryginalnego Big Book napisano, że face-to-face jest tak samo dobre jak modem-to-modem. Mam inne doświadczenia. Zupełnie inne.


Wiosną 2013 roku zakończyłem pracę z alkoholiczką. Realizacja Programu 12 Kroków AA zajęła jej mniej niż osiem miesięcy. Możliwe to było głownie dzięki jej determinacji, gotowości i uczciwości, ale ważne były też elementy następujące:

a) Nie musieliśmy przebijać się przez wieloletnie nawyki terapeutyczno-abstynenckie, bo trafiła do mnie na swoim drugim mityngu w życiu, z kilkunastodniową abstynencją.

b) Intensywność naszej pracy szacuję na jakieś 10—12 godzin tygodniowo: dwa mityngi, w których uczestniczyliśmy razem, po nich zwykle rozmowa na temat usłyszanych oraz zrozumianych treści i wydarzeń, przynajmniej jedno w tygodniu spotkanie robocze (WK i 12x12), codzienne — w początkowym okresie — kontakty telefoniczne.


Dziesięć i więcej godzin tygodniowo na Skype? I to tylko z jednym podopiecznym? Jakoś trudno jest mi to sobie wyobrazić. Podczas pracy z podopiecznym proponuję pewne działania. Ich weryfikacja nie nastręcza żadnych problemów, jeżeli spotykamy się dwa-trzy razy w tygodniu i w ogóle obracamy w tym samym środowisku, jeśli jednak dzieli nas kilkaset kilometrów, okazuje się to właściwie niewykonalne. Przykład: sugeruję podopiecznemu uczestnictwo w dwóch mityngach tygodniowo. W Opolu albo się na tych mityngach spotkamy, albo prędzej czy później — nawet bez wypytywania — dowiem się, czy był na nich obecny; na dalekich dystansach, gdy zupełnie nie znam jego miasta, grup AA, innych alkoholików w miejscu zamieszkania podopiecznego — można mnie zwodzić całymi tygodniami. Poza tym w takiej sytuacji odpada zupełnie — ważny według mnie — element wspólnych doświadczeń, wynikających z uczestnictwa w tym samym spotkaniu i możliwości ich omówienia, przedyskutowania na bieżąco. Praca przez Internet wymaga na pewno więcej czasu, z czym ostatecznie można się pogodzić, ale też znacznie większej samodyscypliny ze strony podopiecznego, niż w przypadku częstych spotkań osobistych, ale czy rzeczywiście, u każdego alkoholika, można na nią liczyć?


Reasumując: sponsorowanie przez Internet uważam za rozwiązanie możliwe, ale jednak wyjątkowe i szczególne, które zalecać można tylko i wyłącznie wtedy, kiedy inaczej po prostu się nie da; ważne jest też, żeby mieć w takiej pracy jakieś własne doświadczenia. Zauważam też, że z czasem mam coraz więcej przekonania do sponsorowania, nie tylko w obrębie jednej miejscowości/dzielnicy, ale nawet — jeśli to możliwe — jednej grupy AA.

Czy oferta AA jest atrakcyjna?

Alkoholiczka doszła do wniosku, że dopóki musi (zalecenie jej psychoterapeutki odwykowej) prowadzić dzienniczek głodu alkoholowego, to nie może pracować ze sponsorką na Krokach, bo to nieustannie produkowałoby stany, uczucia i myśli, które w tym dzienniczku musiałaby odnotowywać; wiadomo przecież, że podczas pracy ze sponsorką, to się stale o alkoholu, piciu i jego konsekwencjach mówi — to są dość częste przekonania, które z rzeczywistością wspólnego mają w sumie niewiele, ale… popularne.

Alkoholik stwierdził, że na zajęciach terapeutycznych właśnie zaczęła się praca z ciałem, cokolwiek to znaczy, a to mu robi tak dobrze, tak poprawia mu samopoczucie, że czuje, że już żadnego Programu AA robić nie musi i nie potrzebuje.

Alkoholiczka uznała, że nie może realizować Programu AA ze sponsorką, bo właśnie na psychoterapii, lada moment, za kilka tygodni albo miesięcy, ma nadzieję dokopać się do najgłębszej istoty swojego alkoholizmu, poznać ją i zrozumieć, a to jest zajęcie tak ciekawe i absorbujące, że na rozmowy ze sponsorką nie ma już siły, czasu ani ochoty.

Klient zgłosił się do poradni odwykowej, bo przeszkadzać mu zaczęły narastające konsekwencje picia. Rozumiał i gotów był (choć bez entuzjazmu oczywiście) na pełną abstynencję. Po długiej rozmowie z psychologiem usłyszał, że nie jest jeszcze tak mocno uzależniony, więc proponują mu naukę kontrolowania picia. Oczywiście z propozycji skorzystał… skoro okazało się, że nie jest z nim jeszcze tak źle, to i czemu nie? To jednak oznacza, że nie może uczestniczyć w zamkniętych mityngach AA, bo tam warunkiem jest chęć zaprzestania picia, a on najwyraźniej przestawać nie musi, więc i nie chce. Praca ze sponsorem odpada w tych warunkach automatycznie.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 28.67
drukowana A5
za 39.94