E-book
14.99
drukowana A5
49.99
drukowana A5
Kolorowa
80.1
Z widokiem na ocean

Bezpłatny fragment - Z widokiem na ocean


5
Objętość:
361 str.
ISBN:
978-83-8245-322-5
E-book
za 14.99
drukowana A5
za 49.99
drukowana A5
Kolorowa
za 80.1

Pięć minut życia to wieczność.

— Víctor Jara „Te recuerdo Amanda”


Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną; nie pracują ani przędą.

A powiadam wam: Nawet Salomon w całej chwale swojej nie był

tak przyodziany, jak jedna z nich.

— Mt, 6, 28

Prolog

Oto historia, którą opowiedział mi przyjaciel. Jej bohaterem jest Carlos. Zdrobniale wołano na niego Carlinhos. „Wołano”, nie „mówiono”, bo nie istniały jeszcze wtedy przenośne telefony i ludzi się wołało. Ściślej mówiąc, było to w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym, kiedy Portugalia prowadziła swoje wojny kolonialne, a młodzież na całym świecie buntowała się przeciwko władzy. W Portugalii, gdzie wciąż panowała dyktatura, jedną z najprostszych form nieposłuszeństwa wobec państwa była dezercja. Mój przyjaciel poznał więc Carlosa w pociągu, gdy uciekali przed powołaniem do wojska wraz z paroma rówieśnikami, których wejście w dorosły wiek też przypadło na ten niefortunny moment. Osią wspomnianej historii nie jest jednak polityka, lecz pieniądze, zatem warto przytoczyć pewne liczby.

Carlinhos dostał swój bilet od ojca, a do tego czterysta tysięcy escudo na utrzymanie się przez pewien czas za granicą. Owe czterysta tysięcy stanowiło równowartość dzisiejszych dwóch tysięcy euro. Trudno powiedzieć, czy to duża suma, lecz z pomocą odrobiny szczęścia oraz przyjaciół, którzy mieli czekać na naszych bohaterów w Holandii, powinna wystarczyć na kilka miesięcy. Tymczasem cała grupa uciekinierów miała umówione spotkanie w określonym miejscu w Lizbonie. Problem w tym, że Carlos najwyraźniej nie zapamiętał adresu tego miejsca, a telefony, jak zaznaczyłem, nie były czymś powszechnym, więc połowę kwoty podarowanej przez ojca wydał na prywatny samolot z Lizbony do Faro, by tam po raz kolejny zasięgnąć informacji. Mając na uwadze jak cenna była każda minuta, Carlos z lotniska wziął taksówkę a następnie wrócił do Lizbony wynajętym wcześniej samolotem. Z racji tego, że lot pochłonął wszystkie posiadane przezeń środki, zapożyczył się tym razem u ojca mojego przyjaciela.

Wkrótce, zapewne po wielu perypetiach i z jeszcze bardziej nadwątlonym budżetem, nasz bohater dotarł do Holandii. Co stało się z pozostałymi pieniędzmi, które Carlinhos dostał na wyjazd?


Omówmy to po kolei.

Pierwszym poważny zakupem Carlinha był motocykl. Trochę nim pojeździł, po czym stwierdził, że stan jego portfela niebezpiecznie się kurczy. Motocykl więc po paru dniach został sprzedany i nasz Carlinhos wpadł na pomysł, by odkuć się finansowo, grając muzykę w klubach. Potrzebował do tego instrumentu, a jego wybór padł na elektroniczne pianino. Warto wspomnieć, że elektryczne instrumenty tego typu istniały już nieco wcześniej, podczas gdy elektroniczne, inaczej zwane syntezatorami, były nowym wynalazkiem, hitem sezonu. Jeśli pamięć mojego przyjaciela nie myli i był to w istocie instrument elektroniczny, musiał on kosztować również sporą sumę. Niestety nie przyniósł Carlosowi spodziewanego sukcesu, więc wkrótce trzeba było go sprzedać, ale dzięki temu udało mu się odzyskać część zainwestowanych pieniędzy. O ile jednak nadzieje Carlosa na muzyczną karierę przeminęły bezpowrotnie, nie można powiedzieć tego samego o jego zamiłowaniu do muzyki, czego dowodem był kolejny zakup — gramofon. Mimo to Carlos, jako człowiek pełen pasji i o wszechstronnych zainteresowaniach, nie mógł ograniczać się wyłącznie do jednej dziedziny i w związku z tym, gdy coraz bardziej pochłaniała go sztuka fotografii, postanowił sprawić sobie aparat. Jak wiemy, szastanie pożyczonymi pieniędzmi nie jest rzeczą godziwą moralnie, poza tym nie zawsze wykonalną, dlatego w celu nabycia aparatu, Carlos zdecydował się pozbyć gramofonu. Ów aparat, drogi polaroid, był jego ostatnią inwestycją, o której pamięta mój przyjaciel. Potem ich ścieżki się rozeszły. Wspomnianych transakcji Carlinhos dokonał w odstępie dwóch tygodni. Wszyscy także pamiętają, że w owym czasie często używał dzwoneczka, który w holenderskich barach oznaczał chęć postawienia drinka dla całej klienteli.

Ponowne spotkanie Carlinha z moim przyjacielem miało miejsce również w pociągu. Było to wiele lat później. Carlinhos miał już rodzinę i dzieci, ale nie był zbyt wylewny w rozmowie o tym, czym aktualnie się zajmował. Napomknął coś o handlu nieruchomościami — kupno, sprzedaż, tego typu sprawy. Jakie nieruchomości bądź nieruchomość miał na myśli, niestety nie powiedział. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuścić, że chodziło o jego własną.

Carlinhos był więc dezerterem. Był też trochę maminsynkiem. Był jednocześnie nieudacznikiem i człowiekiem, który czerpał z życia pełnymi garściami. Dla mnie przede wszystkim był artystą, po którym nie pozostanie żadne dzieło.

Tak samo jak mój przyjaciel Paulo.

Santiago

Rozdział I

Stajesz się religijny, gdy przybywa ci lat,

Nie zaznałeś zbawienia, bo może jeszcze nie czas?

— Robert Earl Keen „Lonely Feeling”

1

Było niedzielne przedpołudnie. W garnuszku gotował się ryż, a ja sączyłem z miseczki zieloną herbatę i wsłuchiwałem w szum drogi, która wiła się tuż pod zboczem wzgórza, podczas kiedy gdzieś za płotem brzęczał dzwonek zawieszony na szyi konia. Wrząca woda i przemykające w oddali auta zlewały się w prawie jednolitą melodię. Znałem ją z wielu podobnych wycieczek, natomiast dzwonki stanowiły dla mnie nowość. Początek szlaku przewędrowałem nocą i ich charakterystyczny odgłos towarzyszył mi przez całe pięć kilometrów z Oviedo aż do pierwszego kraniku z wodą pitną. Myślałem, że tutejsza ludność ma zwyczaj wieszania dzwonków feng-shui, by umilały pracę w polu. Takie było moje najbliższe skojarzenie.

Podobny błąd poznawczy popełniłem, wypatrując muszli porozmieszczanych tu i ówdzie na słupkach lub ścianach budynków. Założyłem bowiem, że drogę na szlaku wskazuje ich gwieździsta część. Myśl, że idę w przeciwną stronę niż sugerowały znaki, wprawiała mnie w lekkie zakłopotanie, ale z pomocą mapy oraz latarki bez trudu dotarłem do celu. Dopiero w świetle dnia spostrzegłem dzwoneczki na szyjach zwierząt hodowlanych, a mijając po raz drugi ten sam słupek, doszedłem do wniosku, że najwyraźniej to spód muszli pokazuje właściwy kierunek. Noc była trochę chłodna, więc przed wsunięciem się do śpiwora ubrałem koszulę podszytą polarem, a stopy owinąłem kurtką. O poranku obydwa elementy odzieży wisiały już po bokach mojego plecaka, a ja stawiałem kolejne kroki w stronę Santiago de Compostela.


Pierwsze kilometry pachniały sadem jabłkowym i był to dokładnie taki sam zapach, jaki zapamiętałem z gospodarstwa prababci. Nigdy nie mieszkałem na wsi, ale składaliśmy tam z rodziną sporadyczne wizyty. Okoliczne pastwiska także coraz mocniej przywoływały we mnie wspomnienia z dzieciństwa. Oprócz sadu z jabłkami przypomniałem sobie mały ogródek, gdzie wydłubywałem zielony groszek ze strączków, oraz sklep z artykułami spożywczymi, do którego szło się jeden lub dwa kilometry w dół, a potem wracało pod górę z zakupami. W gospodarstwie był też drewniany wychodek, gdzie nie sposób było się dostać, nie słysząc po drodze złowrogiego poszczekiwania psa. Za każdym razem dygotałem na myśl, że zerwie łańcuch i rzuci się na mnie, sprawiając że przedwcześnie załatwiłbym swoją fizjologiczną potrzebę. Na szlaku do Santiago również niekiedy słychać było psy, ale przestałem się ich bać, mając na koncie dwa pogryzienia z wcześniejszych lat, gdy pracowałem jako listonosz. Nie wiem, co stało się z psem, z jabłkami, zielonym groszkiem oraz czy sklep jeszcze istnieje, czy zamienił się w nowoczesny market, ponieważ moja prababcia przeniosła się do miasta. Kiedy żegnaliśmy się, babcia Władzia trzymała mnie przez kilka minut za rękę i składała życzenia, zachwalając moją ówczesną pobożność oraz coniedzielne wizyty w kościele. Dziś byłaby jedną z osób najmocniej kibicujących mi podczas pielgrzymki, choć nie do końca zrozumiałaby moje motywacje. Wierzyła bowiem całym sercem w Boga i jego przykazania. Wiara prababci szczególnie ujawniała swoją moc, gdy po przeprowadzce oglądała w telewizji ulubiony tasiemcowy serial Moda na sukces i przy każdym ekranowym pocałunku kazała sobie zasłaniać oczy.

Ostatnią religią, jaką ja wyznawałem, była specyficzna odmiana chrześcijaństwa głoszona przez bohatera książki Grona gniewu, który twierdził, że Bóg objawia się we wszystkim, co nas otacza. W końcu kazania Jima Casy przestały wywierać na mnie wpływ. Wielu ludzi, wykręcając się niejako od pytania, czy wierzą w Boga, mówią że obiektem ich wiary jest człowiek. Ja zadałem sobie inne: „Dlaczego musimy w coś wierzyć?” i od tamtej pory nie podzielałem nawet tej wiary, nie wierzyłem w nic. Nie czyniło mnie to bynajmniej cynikiem, lecz było prostym wyrazem mojego sceptycyzmu wobec wszelkich nienaukowych i nieracjonalnych pojęć. Z trzech boskich cnót, o których uczono mnie na lekcjach religii, akceptowałem nadzieję oraz miłość, ale nie wiarę.

Druga prababcia od początku mieszkała w mieście, a raczej małym miasteczku, co pewnie wpłynęło na jej zgoła odmienne obyczaje. Na pole musiała przechodzić przez ruchliwą obwodnicę, a tuż po drugiej stronie jej niewielkiego gospodarstwa znajdował się kościół. Aby dotrzeć na mszę, także wystarczyło przekroczyć ulicę i zazwyczaj babci Polci się to udawało, ale nie przypominam sobie, by stanowiło najważniejszy punkt jej harmonogramu dnia. Łatwiej było ją spotkać przy kapliczce z figurką Jezusa, którą się opiekowała, a jeszcze bardziej niż Jezusa i całą Świętą Trójcę, ceniła sobie papieża. Można posunąć się do stwierdzenia, że była jego fanką. Kiedy w telewizji przemawiał Jan Paweł II, a prababcia przebywała w tym czasie w mieszkaniu swojej córki i zięcia, musiała panować absolutna cisza. Jeśli ktoś próbował ją zakłócić, imiona Jezusa, jego matki oraz wszystkich pozostałych świętych rozbrzmiewały po całym pokoju, przy czym najczęściej przywoływana była profesja Marii Magdaleny. Pod fotelem prababci zawsze stał wiklinowy kosz. Trzymała tam doskonały na wszelkie bolączki preparat Amol na bazie alkoholu oraz pieniądze, których sporą część przeznaczała na klocki lego dla mnie i mojego brata. Fotel obok zajmował jej zięć, czyli mój dziadek, zaś naprzeciwko ich dwojga stał telewizor. Problem pojawiał się, gdy jednocześnie przemawiał papież, a na innym kanale rozgrywały się mistrzostwa świata lub Europy w piłce nożnej. Nigdy nie pomyślałbym, że akurat Watykan i FIFA to instytucje, które mogą wchodzić sobie wzajemnie w drogę, lecz w mieszkaniu moich dziadków toczyły nieustanną batalię. Zdaje się, że przy meczach finałowych dziadek miał pierwszeństwo, ale przy eliminacjach wygrywała prababcia ze swoim papieżem. Osobiście mocniej kibicowałem piłce nożnej, gdyż przemówienia Jana Pawła II bywały dosyć długie i monotonne, a mecz trwał bądź co bądź jedynie dziewięćdziesiąt minut z piętnastominutową przerwą. O ile dziadkowi nie udało się wynegocjować oglądania komentarzy, to w trakcie tych piętnastu minut również przemawiał papież.

Pewnie właśnie te walki o telewizor spowodowały, że wiele lat później na wieść o śmierci papieża siedziałem zamknięty w pokoju, oglądając Anatomię morderstwa Ottona Premingera, podczas gdy reszta ludzkości pogrążona była w żałobie. Piszę o całej ludzkości bez ironii, ponieważ nawet lewicowe czasopismo „Robotnik Śląski” miało tamtego dnia czarną okładkę. Fanem futbolu też nigdy nie zostałem, a babcia Polcia nie dożyła momentu śmierci Jana Pawła i być może dzięki temu zmarła szczęśliwa. Obydwie prababcie odeszły ze świata w tym samym roku i obydwie los obdarzył spokojną śmiercią, podobnie jak długim i względnie spokojnym życiem.

Moim ostatnim łącznikiem ze sprawami boskimi stał się natomiast dziadek. Przedmiotem jego konfliktu z babcią Polcią był tylko telewizor, za to z jej córką, babcią Anulą, kłócili się niemal o każdą inną rzecz. Dawała mu czasem pieniądze i wysyłała na piwo, by przez chwilę mieć spokój, lecz taktyka ta tworzyła błędne koło, ponieważ po powrocie dziadek jeszcze bardziej ją irytował. Zawsze było mi przykro i czułem się niezręcznie na myśl o tym, że babcia Anula nie będzie płakać na pogrzebie dziadka. Moje przewidywanie, że umrze przed nią, okazało się trafne, niemniej w kwestii pogrzebu zdarzyło się coś zupełnie nieprzewidzianego. W dzień, kiedy miał się odbyć, babcia złamała rękę. Na grób wybraliśmy się razem dopiero w Święto Zmarłych. Najbardziej było mi żal, że nigdy nie miałem szansy napić się z dziadkiem piwa, bo pierwsze w swoim życiu wypiłem po jego śmierci. Znalazłem ku temu jednak inną okazję i, połączywszy swoją pasję do długich spacerów oraz nietypowego spędzania czasu, pewnego dnia kupiłem dwie puszki i przewędrowałem z nimi dwanaście kilometrów na drugi kraniec miasta, gdzie znajdował się cmentarz. Piwo otworzyłem przy nagrobku, co drugi łyk odlewając po trochu na ziemię. Po drodze udało mi się nawet kupić znicz, pomimo tego, że było po godzinie dwudziestej trzeciej. Zapaliłem więc tę jedną, jedyną w swoim życiu świeczkę dla zmarłej osoby i poczułem chyba to, co czują ludzie, którzy w coś wierzą. Nagle pośród ciemności rozległ się wielki huk i niebo rozświetliły kolorowe fajerwerki. Był Nowy Rok, a my piliśmy z dziadkiem nasze drugie piwo.

2

Pierwszą noc pielgrzymki spędziłem na polu pod drzewem. O poranku cała okolica była pusta. Następnie, po niestrudzonej, trwającej cały dzień wędrówce, położyłem się przy drodze, dopiero gdy zapadał zmrok i trzeciego dnia wstałem na tyle późno, że udało mi spotkać na szlaku innych ludzi. Kilkoro powitało mnie, kiedy jeszcze w półśnie wynurzałem się ze śpiwora, a potem już pełen energii mijałem ich na trasie.

Prawie każdy pielgrzym posiadał książeczkę, w którą wbijał pieczęcie z przydrożnych kafejek, kościołów i schronisk, by otrzymać pod koniec zaświadczenie o przebytym szlaku. Ja pierwszą pieczęć zdobyłem zupełnym przypadkiem w Santander w oczekiwaniu na autobus mający mnie zabrać do miasta Oviedo, które stanowiło początek zaplanowanej trasy. Zwiedziłem w tym czasie miejską katedrę i przechadzający się boczną nawą ksiądz zapytał po prostu, czy nie potrzebuję pieczęci. Wcześniej nawet nie widziałem, czy będę miał ochotę je zbierać, ale ten miły gest zachęcił mnie do rozpoczęcia kolekcji. Postanowiłem więc, że postaram się przynajmniej o dwie lub trzy na dzień, ponieważ wedle opisu w książeczce, uprawniało to do zdobycia certyfikatu. Drugą pieczęć wbiłem sobie samemu w kapliczce, gdzie jakaś miła osoba pozostawiła ją w skrzynce wiszącej przy drzwiach, natomiast trzecią otrzymałem w hostelu w miasteczku Salas. Tam również dowiedziałem się, że po hiszpańsku pieczęć to nie estampo, jak mogłoby się zdawać osobie posługującej się na co dzień językiem angielskim, lecz sello. Jeśli słuch mnie nie mylił, nie tylko ja popełniałem ten błąd.

Gdzieś niedaleko miejscowości Tineu dorównałem kroku sześćdziesięciopięcioletniemu Koreańczykowi, który był już w podróży drugi miesiąc. Widzieliśmy się wcześniej w barze, gdzie ja zjadłem kanapkę, a on zamówił piwo i zaczął zagadywać barmana świeżo poznanymi słówkami po hiszpańsku. My nawiązaliśmy ze sobą kontakt dopiero na szlaku. Zawsze spotykając kogoś z obcego kraju, próbuję sobie przypomnieć tytuł jakiegoś pochodzącego stamtąd filmu. W tym przypadku było łatwo, ponieważ niedawno obejrzałem w kinie koreański film Płomienie, po czym — jak to mam w zwyczaju, kiedy coś mi się spodoba — zaznajomiłem się z całą twórczością reżysera. Wśród jego dzieł natrafiłem na należący od tamtej pory do moich ulubionych Miętowy cukierek. Tytułowego cukierka bohater dostaje od ukochanej podczas służby w wojsku i wydarzenie to jest osią całej fabuły, która rozgrywa się na przestrzeni kilku dekad.

— Pamiętam ten film — powiedział mój koreański kolega. — Akcja dzieje się w czasach wojskowej dyktatury, którą wtedy mieliśmy — dodał, po czym zaczął wyjaśniać mi niuanse najnowszej koreańskiej historii. — Mój ulubiony film to jednak Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna, znasz go?

— Pewnie! — odparłem z zadowoleniem. — Ale jeśli chodzi o tego twórcę, to wolałem Samarytankę.

Okazało się, że Koreańczyk nie zna Samarytanki, co było dla mnie dziwne. Moim zdaniem to najbardziej trafna alegoria cierpienia Chrystusa, a może nawet najlepsze streszczenie zasad całej religii chrześcijańskiej. Film, o którym wspomniał, w podobny sposób można było odnieść do religii buddyjskiej.

Przez kolejne minuty rozmowy odbiegliśmy nieco od tematyki religii oraz kina i poznałem jedną z przyczyn zanieczyszczenia powietrza w Korei Południowej. Otóż część smogu przenoszona jest do tego kraju przez Chińczyków, stawiających fabryki na wschodnim wybrzeżu. Odpowiedziałem, że jestem pełen nadziei wobec deklaracji Xi Jinpinga, który ogłaszał rozwiązanie problemu smogu do dwa tysiące trzydziestego roku, lecz… cóż… nie przypuszczałem, że może się to odbywać takimi metodami. O ile lokowanie odpadów przemysłowych w biedniejszych krajach było rzeczą znaną od dawna, o tyle pierwszy raz dowiedziałem się o takiej formie outsourcingu zanieczyszczeń w atmosferze. Poniekąd ekologicznej, bo z wykorzystaniem naturalnego zjawiska, jakim jest wiatr.

— A co na ten temat mówią Chiny? — zapytałem.

— Chińczycy udają, że problem ich nie dotyczy. Smog jest przecież w Korei, więc to Korea powinna się z nim uporać.

Dyskutowaliśmy jeszcze trochę o ekologii, doszedłszy do wniosku, że kluczową sprawą dla przetrwania świata w takiej formie, jaką znamy, jest ograniczenie konsumpcji. Przy wyjściu z lasu na polanę natknęliśmy się na grupę trzech dziewczyn.

— O Boże, to jest wąż! — krzyknęła jedna z nich.

Mój towarzysz podszedł do niej i stwierdził, że to rzeczywiście wąż. Bohater całego zamieszania tymczasem szybko zniknął gdzieś w trawie i mogliśmy przejść bezpiecznie. Ja nawet nie miałem okazji go zobaczyć.

— Nie bójcie się, dziewczyny — powiedział Koreańczyk. — Będziemy iść przodem i w razie spotkania kolejnego węża, ja będę pierwszy, a ty — wskazał na mnie — drugi.

— Jak macie na imię?

— Daniel — odpowiedziałem.

— Li — odrzekł Koreańczyk.

— O, dobrze wiedzieć, jak masz na imię — zwróciłem się do Li, a potem do dziewczyn i wytłumaczyłem im: — Jakoś przez całą godzinę żadnemu z nas nie przyszło do głowy, żeby o to spytać.

Roześmiały się.

— To nie takie ważne. W każdym razie ja jestem Stephanie. — odparła jedna z nich i od razu zapytała: — Skąd jesteś? Bo ja z Toronto.

— Ja jestem z Polski. Ale byłem w Toronto! W zasadzie nie tak dawno odbyłem spacer z lotniska do centrum miasta.

— Z Pearson Airport? Przecież tam niczego po drodze nie ma!

— Wiem, ale zawsze wolę przejść się i upewnić — broniłem się. — Było to zresztą dość zabawne. Prosto i raz w lewo. Tyle musiałem zapamiętać, żeby przejść całą trasę aż do wynajętego pokoju.

Faktycznie, niewiele by mnie ominęło, gdybym pojechał autobusem, ale co miałem robić samemu w tak dużym mieście? By nie czuć się zbyt obco w nowym miejscach, wolę poznawać je kawałek po kawałku, a najlepszym na to sposobem jest pójście z lotniska do centrum na pieszo. W ciągu ostatnich trzech lat przewędrowałem sporo ścieżek z rozmaitych lotnisk do centrów miast, nie zdając sobie sprawy, jak wielką szkodę moje „spacery” wyrządzają środowisku naturalnemu. W erze tanich biletów lotniczych niemal co miesiąc trafiałem na nadzwyczajne okazje. Powrotny bilet z Berlina do Toronto za osiemset złotych był tylko jedną z wielu. Jeszcze taniej, bowiem za sześćset pięćdziesiąt złotych, poleciałem z Amsterdamu do Ameryki Środkowej, a za niecałe trzysta udało mi się odbyć podróż z Budapesztu do Kazachstanu. Trochę podbił te ceny lot z pięcioma przesiadkami do Indii, kosztujący tysiąc trzysta złotych, za to z Warszawy na wyspę Mauritius taką samą kwotę pochłonęła już cała wycieczka. Tysiąc za lot i trzysta za jedzenie oraz dwa noclegi podczas tygodniowego spaceru południowym wybrzeżem. Były to naprawdę szalone lata. W tamtych czasach mnóstwo osób przemieszczało się samolotami po całym świecie. Nie wszyscy jednak traktowali to jako hobby.

Kraje, w których byłem na lotnisku (powyżej)
oraz wszystkie kraje, które zwiedzałem (poniżej).

Taki obrót wydarzeń umożliwiał rodzaj pracy, którą wykonywałem. Nie pracowałem zdalnie, jak wielu podróżników, lecz w biurze. Dwunastogodzinne zmiany pozwalały mi za to na wygospodarowanie sporej liczby wolnych dni. Niektórzy, choć była to mniejszość, traktowali te dwanaście godzin jako przekleństwo, ja natomiast uczyniłem z tego sposób na życie. Nawet nieprzychylnie nastawiony wobec klasy pracowniczej rząd Donalda Tuska przysłużył się mimochodem mojej sprawie. Ustawa, którą wprowadził, pozwalała na to, by nieprzepracowane w danym miesiącu godziny można było przełożyć na następny. Ważne, aby co kwartał zgadzała się miesięczna średnia wynosząca około stu siedemdziesięciu godzin. Pracowałem przez cztery dni z rzędu, a po dwudniowej przerwie kolejne cztery i dzięki temu już w półtora tygodnia miałem wyrobioną ponad połowę normy. W miarę możliwości prosiłem o jak najwięcej zmian w jednym miesiącu, by w dwóch pozostałych mieć dłuższe okresy wolnego. Wraz z przysługującym mi rocznie urlopem, nie najgorszym zarobkiem oraz minimalistycznym podejściem do życia, dawało to okazję do comiesięcznych podróży. Przerwy w podróżowaniu miałem tylko w wakacje, gdy bilety były najdroższe, ale wówczas mogłem nacieszyć się słońcem we własnym, zazwyczaj pokrytym smogiem i chmurami mieście. Zabawa ta trwała, dopóki nie zrezygnowałem z pracy. Do tego momentu udało mi się odwiedzić prawie siedemdziesiąt krajów.

Kanadyjka Stephanie też postanowiła się zwolnić i przylecieć do Europy. Towarzyszyła jej Niemka studiująca medycynę w Rumunii oraz Rosjanka Natalia. Natalia po studiach w Petersburgu przeniosła się do Madrytu. Tam kontynuowała naukę oraz pracę, którą to również ledwie co porzuciła.

— No świetnie się składa — mówię. — Ja niedawno złożyłem wypowiedzenie i od tego miesiąca jestem wolny. Wychodzi na to, że szlak Santiago stworzony jest dla takich jak my, którzy chcą sobie zrobić miesiąc przerwy.

Powód mojego odejścia z firmy był całkiem błahy. W zasadzie zadecydował ślepy traf i rzecz rozegrała się o niecałe sto złotych. Chciałem zmniejszyć etat do trzech czwartych, by mieć jeszcze więcej czasu na podróże i dzielenie go z najbliższymi. Obiecałem sobie, że jeśli wystąpią w związku z tym problemy, to uznam je za znak, by po prawie sześciu latach zrezygnować i poszukać czegoś innego. Nie było problemów ze sporządzeniem nowej umowy, lecz w ramach jej ustaleń firma zaproponowała mi obniżenie o jedną czwartą skromnego dodatku nocnego, który moim zdaniem należał mi się w całości. Nie mogłem tego zaakceptować i, po bezskutecznych próbach negocjacji, złożyłem wypowiedzenie. Tak to wyglądało w skrócie, a rozwijając temat, trzeba by powołać się na scenę z animowanego filmu Dwanaście prac Asteriksa, którego bohaterowie krążą po biurowych pomieszczeniach w celu załatwienia zbędnych, choć rzekomo koniecznych, formalności. Ich jednak odsyłano z jednego miejsca w drugie, a u mnie drzwi pozostawały najczęściej zamknięte. Nawiązanie kontaktu z działem kadr wydawało się niekiedy trudniejsze niż uzyskanie audiencji u zwierzchnika Watykanu. Po kilku miesiącach poddałem się.

Brak pracy nie miał wpływu na moje samopoczucie. W wolnym czasie i tak bardzo rzadko zdarzało mi się o niej myśleć. Jedynym moim zmartwieniem mógł być stan konta, lecz na tym etapie życia miałem dość pieniędzy. Moją rezygnacją kierowało przede wszystkim poczucie godności. Nigdy nie porzuciłem pracy ze względu na zarobek, nawet kiedy dostawałem sześćset złotych miesięcznie jako stróż na całodobowym parkingu. Prawdą jest, że wówczas byłem w stanie za taką kwotę przeżyć wyłącznie dzięki mieszkaniu z babcią, a wielu ludzi takiej możliwości nie posiada. Nie przeceniałbym więc uniwersalnego znaczenia słowa „godność”, ale póki była ona jedną z wartości, jakie mogłem ocalić we własnym życiu, starałem się to robić.


Dotarłszy do miejscowości Campiello, przysiedliśmy w kawiarni połączonej z albergue i minimarketem. W moim przypadku był to odpoczynek przed dalszą drogą, Li szybko poszedł szukać upatrzonego wcześniej hostelu, w którym mógł na podwórku rozbić namiot, a dziewczyny po długich dywagacjach stwierdziły, że również tu zostaną. Zastanawiały się, na jakim etapie jest ich znajomy z Niemiec, z którym wędrowały wcześniej, ale musiał zatrzymać się ze względu na uczucie ogólnego wyczerpania. Jedna z dziewczyn wspomniała, że po drobnym skaleczeniu zadzwonił do mamy, gdyż nie wiedział, co w takiej sytuacji zrobić. Wkrótce jednak i on pojawił się w Campiello ze swoją żółtą książeczką-przewodnikiem, po której zawsze można było rozpoznać mieszkańców naszego sąsiedniego kraju.

— Czyli jak widzę tę książeczkę, mogę od razu mówić guten morgen? — zapytałem.

— Dokładnie.

Natalia wahała się, czy iść dalej i ostatecznie ruszyła ze mną w kierunku Borres. Po drodze minęliśmy Li, który siedział przy stoliku z nowo poznaną Koreanką. Pomachali nam na pożegnanie. Potem już żadnej z tych osób nie spotkałem.

— Tak naprawdę to chciałam uwolnić się od dziewczyn — przyznała Natalia. — Idziemy razem od trzech dni, a warto by poznać także innych ludzi.

— Rozumiem to uczucie. Mimo że dziewczyny były bardzo fajne, też cenię sobie wolność.

Z Natalią pożegnaliśmy się, gdy skręciła do schroniska przed Borres, a ja, ponieważ wciąż było widno, kontynuowałem wędrówkę. Powiedziano mi o dwóch drogach, które wieńczyły kolejny etap szlaku. Jedna prowadziła przez stare szpitale dla pielgrzymów. Była bardziej popularna, lecz zarazem trudniejsza i trochę dłuższa, bowiem liczyła aż piętnaście kilometrów. Gdy stanąłem przed znakiem na rozwidleniu, na zegarku wybiła godzina ósma i wybór stał się prostszy. Zdecydowałem się na drugą trasę, nieco mniej widowiskową, za to pozostawiającą mi do przejścia nie więcej niż dziesięć kilometrów. Dzięki temu jeszcze przed zmrokiem byłem dwa dni do przodu w stosunku do czasu opisanego w przewodniku, nocując w pobliżu niewielkiego strumyku przed wioską Polo de Allende. Szpitale zostawiłem sobie na przyszłość. Musiałem mieć jakiś powód, by tutaj wrócić.

Trzeciego dnia po raz pierwszy spotkał mnie deszcz. Na razie tylko zaczynało kropić, mimo to schowałem się przy wejściu do opuszczonej zagrody z widokiem na pasmo górskie. Deszcz szybko ustał i ruszyłem dalej. Co pewien czas mijałem pielgrzymów, wołając do nich buen camino, a pod wieczór, z racji tego, że wyprzedziłem przewodnik już prawie o trzy dni, postanowiłem odpocząć w pięknie położonym hotelu nad tamą w górskiej dolinie. Gdy wszedłem do środka i spytałem o cenę, przy barze siedziało trzech mężczyzn.

— On też jest z Polski — odezwał się po angielsku najstarszy z nich, wskazując na kolegę obok.

— O, naprawdę? — pytam.

— Tak, jestem Achim.

— Miło cię poznać.

— Chodź, możesz mieć pokój ze mną. Zaprowadzę cię, a potem zapłacisz.

Zostawiłem w pokoju rzeczy, wziąłem prysznic, następnie poszliśmy z Achimem na piwo.

— Nietypowe imię — mówię.

— Śląskie. Joachim — odparł.

— Ja też jestem ze Śląska — odrzekłem z zadowoleniem na twarzy. — Przynajmniej tak można to określić.

— A gdzie się urodziłeś?

— W Toruniu, ale większość dzieciństwa spędziłem na Śląsku. Szkoła podstawowa, liceum…

— Ja wprawdzie jestem spod Opola, ale mieszkam już od dawna w Niemczech.

— A gdzie mieszkasz w Niemczech? Ja mieszkałem w Westfalii.

Dzięki tym zbiegom okoliczności coraz łatwiej było nam nawiązać kontakt.

— No nie mów, stary, ja także w tej okolicy. Paderborn.

Joachim przeniósł się do Niemiec przed tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym rokiem i po pobycie w obozie przesiedleńczym zaczął pracę przy obsłudze tokarki. Ja natomiast przez siedem miesięcy rozwoziłem paczki dla firmy kurierskiej Hermes Logistike, nie znając ani trochę języka niemieckiego. Wspominam to jako dość zabawne doświadczenie.

— Nauczyłem się tylko dwóch zdań: „mam dla państwa paczkę” i „poproszę o podpis”.

Joachim roześmiał się.

— Zrezygnowałem, bo pracy było za dużo. Pracowaliśmy od rana do wieczora, łącznie z sobotami, za to przywiozłem do Polski tyle pieniędzy, że wystarczyło mi na samochód, pierwszy w życiu lot samolotem i zostało dziesięć tysięcy.

— Ja tak naprawdę dopiero teraz zacząłem podróżować. Przez dziesięć lat zbieraliśmy na remont domu i jeździliśmy na wakacje do Polski. W zeszłym roku pojechałem na pielgrzymkę z Porto, a za rok może zabiorę żonę.

Do Santiago prowadziło siedem szlaków posiadających nazwy i jeden z nich, Camino Portugués, przechodził właśnie przez Porto. Nasz nazywał się Camino Primitivo, jako że był pierwszym pokonywanym przez pielgrzymów. Wybrałem go ze względu na dobre połączenie samolotem i możliwość pokonania w dwa tygodnie. Z Santiago według planu miał zabrać mnie autobus do Porto i stamtąd zamierzałem wylecieć do Polski.

Joachim powiedział, że ostatniego wieczora był w schronisku, w którym nocowała dziewczyna z Rosji o imieniu Natalia.

— Niesamowite! Znam Natalię, wczoraj spotkaliśmy się na szlaku.

— Z Petersburga i mieszka w Madrycie?

— Dokładnie!

— Tyle udało mi się zrozumieć, bo nie znam angielskiego, a po rosyjsku też nie za bardzo…

Kolejne zbiegi okoliczności mnożyły się wraz z postępem rozmowy.

— Po drodze jednak spotkałem Polkę — kontynuował Joachim — która zrezygnowała z pracy w banku na jednym z wyższych stanowisk i poszła na Camino. Później wyjechała na Wyspy Kanaryjskie popracować, a wkrótce dostała cynk, że zwolnił się hostel, więc wynajęła go i prowadzi od dwóch lat. Wiesz, ja jestem bezpośredni, więc wchodzę i mówię: „Kasiu, chodź na kawę”. No i poszliśmy na kawę, i pogadaliśmy trochę po polsku.

— Kurczę, czy to był hostel Texu w mieście Espina?

— Tak.

— W takim razie chyba was słyszałem, jak rozmawialiście na piętrze — odrzekłem.

— Serio? To dlaczego nie wszedłeś?

— Ach, nie chciałem nikomu przeszkadzać. Wstąpiłem tylko po pieczątkę, ale widziałem, że nikogo nie ma, a skoro pieczątka leżała na stole, to wbiłem ją sobie sam.

Siedzieliśmy z Joachimem na hotelowym tarasie. Recepcjonista przyniósł nam kilka gałązek z małymi czarnymi owocami i powiedział, że możemy sobie zerwać więcej, gdybyśmy mieli ochotę. Były bardzo dobre, ale nie przypominały w smaku ani jagód ani czarnych porzeczek.

— To czereśnie, też mam takie w ogrodzie — oświecił mnie.

— Ojej, nie wiem, czy sam bym zgadł, co to jest i czy w ogóle jadalne, ale są pyszne.

Niebawem w drzwiach pojawił się potężny mężczyzna w białym fartuchu oraz czapce kucharskiej i spytał nas, czy będziemy jeść kolację. Spojrzałem na zegarek, było po ósmej. Uznaliśmy, że to najwyższy czas na wieczorny posiłek i przenieśliśmy się do jadalni w środku. Przy wejściu zaczepił mnie starszy człowiek, którego wcześniej widziałem przy barze.

— Słuchaj, czy mógłbyś mi pomóc? Jak wytłumaczyć im, żeby zadzwonili na pocztę i poprosili o transport bagażu do najbliższej miejscowości?

Powiedziałem, że nie ma sprawy. W hotelu nie działało wifi, a jego telefon nie łączył się z żadną z siecią, więc po niedługiej naradzie z kucharzem i recepcjonistą ustaliliśmy, że pozwolą mu skorzystać z ich telefonu. Kucharz podszedł wkrótce do stolika i zaczął recytować menu. Po obszernych wyjaśnieniach stwierdziłem jednak, że chcę danie z karty wywieszonej nad barem. Joachim poprosił o to samo. Oczekując na posiłek, omówiliśmy jeszcze ostatni dziwny przypadek, który połączył nas na tej trasie.

— Słuchaj, a nie widziałeś może po drodze czapki? — zapytał mnie.

— Tak, widziałem.

— Taka niebieska?

— Dokładnie. To twoja?

— Tak, zgubiłem ją po drodze.

— Ojej, a ja zastawiałem się, czy ją wziąć, ale pomyślałem, że w takiej sytuacji już prawdopodobnie nigdy nie znalazłaby właściciela, więc lepiej niech pozostanie na swoim miejscu. Może ktoś po nią wróci.

— No trudno. Wielkiej straty nie ma.

Kucharz przyniósł dla każdego z nas talerz z frytkami i filetem. Niestety filet, wbrew moim przypuszczeniom, okazał się mięsny, a nie rybny.

Zaraz, gdy zaczęliśmy jeść, przy stoliku obok usiadł Jim. Był to ten sam staruszek, który prosił wcześniej o pomoc z telefonem. Przyszedł kucharz, a on znów skierował zatroskany wzrok w moim kierunku.

— Może chcesz to, co my? — zapytałem.

— No pewnie, może być — odparł z zadowoleniem.

Joachim zamówił jeszcze czerwone wino i rozlał wszystkim po równo do kieliszków. Potem zwrócił się do mnie, zerkając na pochodzącego z USA staruszka:

— Zapytaj go, co myśli o Trumpie.

Przetłumaczyłem pytanie na angielski i wnet usłyszeliśmy odpowiedź:

— Powinien już dawno siedzieć w więzieniu!

Obydwaj twierdzili, że gdyby tylko Trump ujawnił swoje rozliczenia podatkowe, wyszłyby na jaw powiązania z Rosją. Tymczasem mimo wyroku sądowego od kilku lat skutecznie odmawia ich upublicznienia.

— Wiesz — dodał Jim. — W Stanach system prawny pozwala na to, by w razie sprzeciwu takie procesy ciągnęły się latami.

— A może potrafiłbyś zapytać — wtrącił Joachim — co sprawiło, że ludzie wybrali takiego człowieka na prezydenta?

Zaczęliśmy wtedy z Jimem dyskutować o tym, że media społecznościowe uruchomiły po prostu machinę, która sztucznie napędzała strach przed nieistniejącymi lub marginalnymi problemami. Takimi, jak negatywny wpływ imigracji z Meksyku czy też obawa przed islamem. Niestety jedno z rozdmuchiwanych zagrożeń było realne, a mianowicie lęk przed dalszą utratą miejsc pracy przez amerykańskich robotników oraz konkurencję ze strony Chin, która zżerała gospodarkę tego kraju. Trump wygrał, dlatego że inni popularni politycy lekceważyli problemy zwykłych ludzi. Przyczyny były więc podobne do tych, które doprowadziły do zwycięstwa partię rządzącą obecnie u nas.

Jim był chudym facetem w okrągłych okularach z grubymi szkłami i dopasowaną do ich kształtu okrągłą, łysiejącą głową. Miał siedemdziesiąt jeden lat, więc pokonywał trasę bez pośpiechu. Gdy pytał za moim pośrednictwem barmana o telefon, ów zdziwił się, że plecak ma zostać przetransportowany zaledwie pięć kilometrów dalej.

— Wiesz, ja chodzę powoli. Po drodze lubię pomedytować, kontemplować krajobraz. Nie jest dobrze chodzić zbyt szybko. Wiele rzeczy cię wtedy omija.

Przyszło mi na myśl, że Jim mógłby zrobić niezłą karierę, prowadząc bloga lub kanał na YouTube. Slow walking szybko stałoby się nową modą, jak slow food i slow life. Wszyscy biją dziś rekordy w byciu pierwszymi. Czemu więc nie delektować się faktem, że jest się ostatnim? Ja byłem już trzy dni do przodu, Joachim dwa, a Jim wedle tej samej miary miałby kilka tygodni opóźnienia. Idealny materiał na współczesnego hipstera.

O poranku w moim pokoju było pusto. Joachim najwyraźniej ruszył w trasę, ja natomiast kontynuowałem przy śniadaniu rozmowę z Jimem. Miał interesującą biografię. Wykładając na kalifornijskich uniwersytetach, był świadkiem rozkwitu Doliny Krzemowej i w pewnym zakresie informatyka stała się przedmiotem jego pracy zawodowej.

— To musiało być trochę ciekawsze, jeśli śledziłeś wszystko od początku. Ja teraz tylko myślę o tym, jak oderwać się od komputera.

Zapytałem go też, czy przemierzył szlaki górskie biegnące wzdłuż całych Stanów Zjednoczonych, lecz odparł, że udało mu się przejść jedynie fragmenty. Sam zacząłem niedawno marzyć o kilkumiesięcznej wędrówce przez Sierra Nevada i Góry Kaskadowe po obejrzeniu filmu Dzika droga oraz przez Appalachy, gdy zobaczyłem Piknik z niedźwiedziami. Pozostawał jeszcze biegnący środkiem kraju Continental Divide Trail, ale nie widziałem filmu, który by mnie do tego zainspirował. Na wszystkie trzy, nazywane „Potrójną Koroną”, potrzebny był co najmniej półtoraroczny urlop, choć myślę, że z moim tempem miałbym szanse pokonać je w rok.

Jim tymczasem miał już za sobą inne moje niespełnione marzenie. Mianowicie posiadał kiedyś dużego GMC w wersji kempingowej.

— W końcu stwierdziłem, że więcej przy nim roboty niż jeżdżenia. Zresztą w latach siedemdziesiątych wypuścili je na rynek i szybko przestali produkować, gdy rozpoczął się kryzys naftowy. Z tego względu przenieśliśmy się z Kalifornii do Minneapolis.

— A co was do tego skłoniło?

— W Kalifornii problem stanowiły narkotyki i te sprawy, więc zaczęliśmy szukać nowego miejsca do życia. Mówiono wtedy, że Minneapolis to dobry wybór. Było prężnie rozwijającym się ośrodkiem miejskim, więc tam wyjechaliśmy. Cóż, wkrótce narkotyki i tam przywędrowały.

Jim powiedział, że jego synowi odpowiadałby mój styl życia. Też lubi dużo podróżować.

— A czym się zajmuje?

— Jest barmanem w klubie. Takim, wiesz, ze striptizem. Potrafi wyciągnąć z napiwków dwieście dolarów dziennie.

Jim istotnie podał zbliżoną do tego kwotę. Może było to nawet pięćset, ale na pewno nie mniej od dwustu.

— Boi się jednak zakładać rodzinę i mieć dzieci. Zbyt często widział, jak ludzie niszczą sobie życie przez różne uzależnienia, więc boi się, że podobnie stałoby się z nimi.

— Ja myślę — powiedziałem do Jima — że dzieci da się odpowiednio wychować, ale najgorsze są nieprzewidziane zdarzenia jak wojny, kryzysy lub zagrożenia związane z użyciem broni atomowej. Tego najbardziej się boję, jeśli chodzi o przyszłość moich ewentualnych dzieci — skwitowałem.

Swoją myśl chciałem podeprzeć cytatem Donalda Rumsfelda, tłumacząc że to właśnie te rzeczy, „o których nie wiemy nawet, że ich nie wiemy”. Cytat ów najlepiej oddałby istotę moich obaw. Niestety kompletnie w tym momencie wypadł mi z głowy i nie dołączę już do zacnego grona naukowców, uwielbiających go przytaczać w swoich książkach. Wrota naukowej chwały po raz kolejny zostały przede mną zamknięte.

Jim powiedział, że niedawno zapisał się na kurs chińskiego malarstwa pejzażowego, co traktował jako swoje nowe hobby. Pokazał mi kilka własnych szkiców i poprosiłem go o wysłanie rysunku drzewa przez elektroniczną pocztę. Po zjedzeniu tostów Jim zebrał się do marszu, a ja wyszedłem na taras i siedziałem tam aż do jedenastej, by podarować nogom odrobinę odpoczynku.

Idąc lasem w kierunku Salimas de Grande, nie spotkałem Jima. Być może na chwilę zniknął gdzieś pośród drzew, zająwszy się medytacją. Miałem nadzieję, że tak się stało, gdyż to najlepiej odpowiadałoby wizerunkowi Jima zachowanemu w mojej wyobraźni. Jeśli chodziło o mnie, to nie byłem pewien, czy smród świeżych odchodów końskich lub krowich porozrzucanych po ścieżce sprzyjałby zbieraniu myśli, więc wolałem uruchomić swój cudowny wynalazek z Chin — głośnik z latarką i powerbankiem — i włączyłem Grateful Dead. Przy czwartej piosence, na której również poprzedniego dnia zakończyłem odsłuchiwanie płyty, natknąłem się na dziewczynę z różowym plecakiem, parą kijków i włosami przewiązanymi chustą.

— Natalia, jak miło znów cię widzieć!

Okazało się, że to jedna z dziewczyn spotkanych przedwczoraj. Ta, z którą kontynuowałem drogę, gdy pozostała dwójka padła ze zmęczenia. Ta sama, którą Joachim poznał w schronisku, lecz nie mogli się porozumieć ze względu na problemy językowe. My dogadywaliśmy się dobrze i znaleźliśmy sporo wspólnych tematów. Podczas długiej, całodniowej wędrówki doszliśmy do wniosku, że Joachim mógł być jedynym ze spotkanych przez nas ludzi, którego powody do podjęcia pielgrzymki były ściśle religijne lub przynajmniej miały jakiś związek z religią. Dziewczyny, z którymi szła wcześniej Natalia, były ateistkami, a ona dopiero poszukiwała wiary. Chodziło jej o coś na wzór pobożności, która charakteryzowała bohatera jej ulubionej powieści, Aloszę.

— Tak właśnie nazwę swojego syna, jeśli kiedyś będę miała. Jak jeden z Braci Karamazow.

— Niestety nie udało mi się przeczytać tej książki — przyznałem. — Znam tylko Notatki z podziemia, bo często wspominał o nich Jack Kerouac, jeden z moich ulubionych pisarzy.

Dzień upłynął nam na rozmowach o literaturze, filmach i sztuce. Natalia wyjaśniła mi, że bracia w powieści Dostojewskiego reprezentują różne postawy wobec dziewiętnastowiecznej Rosji i żadna inna książka nie przekazuje więcej wiedzy o tym kraju. Wzięła ze sobą jeszcze Biblię, ale znudziły ją pierwsze rozdziały i zamiast tego zaczęła czytać Siddharthę Hermana Hessego. W tej kwestii przynajmniej mogłem wtrącić swoje parę zdań:

— Siddhartha to też religijna opowieść — zauważyłem. — Dużo dała mi jej lektura, gdy byłem młodszy i sam interesowałem się religią. No cóż, tematem jest troszkę inna religia, ale sens podobny.

Obiecałem, że przeczytam Braci Karamazow. Tego rodzaju lektura prawdopodobnie przyniosłaby mi wielką ulgę po Kuszeniu świętego Antoniego Gustawa Flauberta, które ja zabrałem na szlak, próbując przedrzeć się przez kolejne strony i nie zyskując nawet mglistego pojęcia, o czym opowiada ta książka. Nie przepadałem za modnymi powieściami z gatunku fantasy, a ona w zasadzie niewiele się od nich różniła prócz tego, że była niemodna.

Kiedy temat literatury się wyczerpał, spytałem Natalię o dziewczyny i powiedziała, że dzisiaj też utknęły parę miejscowości wcześniej. Nie widziała ich po drodze, ale wymieniały ze sobą wiadomości.

— Co za mięczaki — dodała.

Opowiedziałem jej wtedy o Jimie.

— Pięć kilometrów, i to bez plecaka!? Co za mięczak.

— Ale on ma siedemdziesiąt jeden lat.

— No to co, siedemdziesięciojednoletni mięczak — skonkludowała.

Po drodze natknęliśmy się na grupkę krów, które zastawiły nam ścieżkę. Mnie udało się przecisnąć pomiędzy nimi, ale Natalii nie chciały przepuścić.

— Przepraszam, czy potrzebuję wizy? — spytała, uśmiechając się.

Krowy stały niewzruszone.

— Pokaż im paszport pielgrzyma! — krzyknąłem z drugiej strony.

— Proszę, pozwólcie mi tylko przejść.

W końcu rozeszły się na boki i grzecznie podziękowała im za to, że mogliśmy iść dalej.

Natalia z uwagi na to, że zaczęła wędrówkę przede mną, zrobiła do wieczora czterdzieści trzy kilometry. Więcej niż maraton. Postanowiliśmy zostać na noc w albergue w Fonsagrada, gdzie Natalia szybko poszła pod prysznic, a mnie udało się uzyskać połączenie z internetem i od razu na Facebooku odszukałem Joachima. Dodałem jego profil do znajomych, a on po chwili zaakceptował zaproszenie. Napisałem do niego, przypuszczając że przecież może być na piętrze w dokładnie tym samym schronisku, do którego właśnie trafiliśmy z Natalią. Rzeczywiście po otrzymaniu mojej wiadomości zszedł na dół i spotkaliśmy się w kuchni. Joachim układał się do snu, ale zdążyliśmy przynajmniej uściskać się i przez parę minut pogadać.

— Pozdrów Natalię — powiedział.

— Może jutro spotkamy się na śniadaniu, choć przypuszczam że ruszysz dużo wcześniej od nas i będziesz już dwa miasta dalej, zanim się obudzimy.

Roześmiał się.

Następnego dnia ja i Natalia zwlekliśmy się z łóżek jako ostatni. W przedsionku albergue czekał na nas jeszcze Rosjanin, Sasza, z którym Natalia nawiązała kontakt poprzedniego wieczora. Zjedliśmy śniadanie w kawiarni i podążyliśmy za żółtymi strzałkami na ścianach budynków, które wskazywały nam drogę na szlak świętego Jakuba.

Tym razem we trójkę ubolewaliśmy nad faktem, że nie udało nam się natknąć na nikogo poza Joachimem, kim kierowałyby względy religijne, gdyż warto byłoby poznać ich opinie oraz szczegółowe motywacje. Siłą rzeczy rozmowa zeszła na temat wiary.

— Słyszałem, że w Polsce jest największy odsetek osób wierzących w całej Europie — odezwał się Sasza. — Niedawno wygrała u was wybory ta prawicowa partia, nie?

— Owszem — odparłem. — Wierzących katolików jest dużo, ale i tak coraz mniej ludzi chodzi do kościoła. Trendy są podobne jak na całym świecie. Na prawicową partię głosowali raczej z powodu socjalnych obietnic i trzeba przyznać, że część tych obietnic spełniono. Przedłużenie wieku odejścia na emeryturę, około stu dwudziestu euro wsparcia dla rodzin posiadających dziecko, to całkiem sporo jak na polskie warunki… — zacząłem swój wywód.

— Wiesz, z tymi emeryturami to nie może być tak… — próbował włączyć się Sasza.

— Rozumiem, o co ci chodzi. Żyjemy dłużej, więc powinniśmy dłużej pracować, żeby utrzymać gospodarkę i cały system, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie sześćdziesięcioparoletniego faceta odczytującego małe literki na monitorze i stukającego w klawiaturę.

— Są różne opcje, można założyć własną firmę.

— Nie znam się na ekonomii — odrzekłem, chcąc ukrócić te utopijne moim zdaniem dywagacje. — Ale, co chciałbym dodać, to że partia ta przywróciła jedynie wiek emerytalny do stanu, jaki był przedtem. Poprzednie rządy, które go wydłużyły, nie miały kompletnie nic do zaoferowania zwykłym, pracującym ludziom, nie posiadającym własnych firm. Dlatego zrozumiałe jest, co doprowadziło do powstania obecnego rządu. Było to po prostu zgodne z interesem większości.

— Ale skąd brać pieniądze?

— Z podatków. W Polsce mamy jedne z najniższych podatków dochodowych w Europie. W wielu rozwiniętych krajach Europy zachodniej jest kilka progów podatkowych, u nas tylko dwa.

— A jakie są u was podatki? — zapytała Natalia.

— Osiemnaście i trzydzieści dwa procent. To niewiele, by utrzymać publiczne usługi na wysokim standardzie. U was jest jeden próg, prawda?

— Tak, Putin go wprowadził — odrzekł Sasza. — Myślę, że tak jest najlepiej.

Z jednej strony Sasza myślał logicznie. Jest coraz więcej ludzi starszych i coraz więcej pieniędzy potrzeba na ich utrzymanie. Z drugiej strony nigdy nie usłyszałem sensownej odpowiedzi na to, dlaczego brakuje pieniędzy na cokolwiek. To fakt, że przez ostatnie stulecie populacja wzrosła ponad trzykrotnie. Czy jednak liberałowie biorą pod uwagę, o ile w tym czasie zwiększył się światowy dochód? Pięć razy? Dziesięć razy? Wikipedia podaje, że w dwudziestym wieku wzrost był ponad czterdziestokrotny, natomiast do dziś osiągnęliśmy niemal osiemdziesięciokrotny przyrost tego wskaźnika.

Nawet nie zarejestrowałem momentu, kiedy nasza rozmowa utknęła na polityce, ale wkrótce powróciliśmy do tematu religii. Sasza wyjaśnił, że przez rok studiował Biblię na uniwersytecie w Łotwie. Przybliżył nam problem pominiętych ksiąg i nieścisłości w przekładach.

— Widzisz, Daniel, czy twoja żona nie zerwie teraz z tobą, jak dowie się, że skończyliśmy na rozmowach o religii? — wtrąciła Natalia.

Moja żona, również nosząca imię Natalia, nie była w przeszłości w żaden sposób związana z religijnymi wierzeniami. Kościół poznała tylko jako zniewalającą i ograniczającą ją instytucję, a chodzenie na msze kojarzyła z nudnym przymusem ze strony rodziców. Ja kiedyś wierzyłem w wyższy byt oraz kościół, jako jego ziemską reprezentację i dopiero na studiach zacząłem w to wątpić. Być może to zaważyło na odmienności naszych obecnych poglądów.

Opowiedziałem wczoraj Natalii, jak przed moją podróżą do Rzymu żona straszyła, że rozstanie się ze mną, gdy dojdą do niej słuchy o tym, że specjalnie poszedłem do Watykanu, by zobaczyć papieża. Oznajmiłem więc po powrocie z Włoch, że papieża wprawdzie osobiście nie widziałem, lecz słyszałem, jak ludzie mówili o jego niedzielnym kazaniu na temat korupcji wśród polityków i że podobno — choć naocznie nie miałem okazji tego doświadczyć — kazanie było bardzo dobre. Tak samo teraz obiecywała rozstanie, jeśli zobaczy, że biorę ze sobą Biblię. Początkowo miałem taki zamiar, pragnąc przypomnieć sobie treść czterech Ewangelii, ale na szczęście książka była zbyt duża i nie zmieściłem jej w podręcznym bagażu. Na ściągnięcie elektronicznej wersji w odpowiednim formacie zabrakło czasu. Miałem więc nadzieję, że żona będzie czekać na mnie po powrocie z otwartymi ramionami.

— Nie. Powiem, że tematem naszych rozmów były głównie narkotyki, seks, alkohol i imprezy — odpowiedziałem na pytanie Natalii.

Zareagowała śmiechem.

— I że mówiliśmy o gejach i lesbijkach oraz o feminizmie — dodałem.

— I że doszliśmy do wniosku, że bóg jest kobietą.

— Tak, czarnoskórą kobietą.

Kolejna godzina minęła nam na dyskusjach o tym, jakie każde z nas miało motywacje do podjęcia wędrówki Szlakiem Świętego Jakuba. Sasza rozstał się niedawno z dziewczyną i chciał zmienić pracę, a Natalia wybrała się w poszukiwaniu jakiegoś rodzaju mistycznych wrażeń. Ja nie zdążyłem wypowiedzieć się w tej kwestii, ponieważ nagle zdarzyło się coś niespodziewanego. Przeszliśmy już we trójkę ponad siedem kilometrów. Zauważyłem wtedy rękawiczkę leżącą przy ścieżce i przypomniała mi się historia z czapką Joachima.

— Bierzemy, czy nie? — zapytałem.

— Może lepiej zostawmy.

Zaraz później odruchowo dotknąłem swojego plecaka, chcąc upewnić się, czy wszystko mam i okazało się, że zgubiłem kurtkę. Dotychczas najczęściej zwijałem ją w rulon i przyczepiałem z boku.

— No cóż, musimy się rozstać. To moja jedyna ochrona przed deszczem — powiedziałem.

Natalia zadzwoniła do kawiarni, w której byliśmy rano, lecz kurtki nikt tam nie widział. Potem wykonała telefon do albergue, gdzie wczoraj spaliśmy, ale nikt nie odbierał. Sprawdziła w Internecie, że mają czynne od godziny pierwszej, a była dopiero jedenasta.

— Trudno, wrócę tą samą ścieżką, popytam ludzi i będę z powrotem na miejscu akurat jak otworzą. Jeśli oczywiście okaże się, że nikt po drodze jej nie znalazł.

Dokładnie tak zrobiłem, ale po spotkaniu z kilkoma pielgrzymami, którzy nie natknęli się na kurtkę, postanowiłem wyjść na drogę i podjechać autostopem. Od razu, gdy wybiegałem na jezdnię, zatrzymał się kierowca betoniarki i podwiózł mnie do Fonsagrady. Albergue, tak jak sądziliśmy, było zamknięte. Przykleiłem więc na drzwi kartkę z informacją, że za dwie godziny wrócę po kurtkę, która prawdopodobnie została przy łóżku lub w łazience. W międzyczasie zrobiłem zakupy i, z racji tego, że zbliżała się pora obiadu, poszedłem do baru na kanapkę z serem oraz jajkiem.

W hiszpańskich barach zwykle były do wyboru trzy podstawowe przekąski, które można uszeregować według wielkości. Najmniejszy zestaw na śniadanie, pomijając te podawane na słodko, to tostadas. Składał się zazwyczaj z dwóch grzanek z pomidorowym miąższem i oliwą, albo mieszaniną ziemniaków i jajka, co nazywa się tutaj tortillą. Drugi pod względem wielkości był sandwich, którego jadłem, występujący w wersjach z różnymi dodatkami. Gdybyśmy natomiast chcieli coś jeszcze większego, należałoby poprosić o bocadillo.

Delektując się kanapką, liczyłem na to, że będę mógł opisać, jak po powrocie do albergue nie było już kartki, a zamiast tego w drzwiach stała pani z recepcji, trzymająca w ręku moją kurtkę. Podziękowałbym jej za to serdecznie i zadowolony wrócił na szlak. Tego najbardziej w tamtej chwili pragnąłem i mniej więcej taki przebieg miały zdarzenia po moim wyjściu z baru. Kurtka się odnalazła, a ja skierowałem swoje kroki w stronę wylotowej trasy z miasteczka Fonsagrada. Była tam stacja paliw, na której spytałem kilkoro ludzi, czy zabraliby mnie z powrotem. Niestety większość z nich zawracała tuż za rogiem. Wyszedłem więc na drogę i po parunastu minutach siedziałem na fotelu pasażera, kierując się do punktu zaznaczonego wcześniej na mapie. Przygoda z kurtką zajęła mi prawie trzy godziny, ale dość szybko dotarłem do miejsca, w którym miał nocować Sasza z Natalią. Napisałem do Natalii:

Właśnie się zbliżam. Może przejdziesz się ze mną do kolejnego miasteczka? Nie bądź mięczakiem!

Odpowiedź nie przychodziła, więc poczekałem piętnaście minut w holu schroniska, po czym zarzuciłem plecak na ramiona i ruszyłem dalej. Ostatecznie okazało się, że Natalia w tamtym momencie spała, ale i tak zabrakło jej sił, by tego dnia kontynuować wędrówkę.


Gdyby mnie ktoś zapytał, dlaczego robiłem Camino, przytoczyłbym dialog, jaki zdarza nam się prowadzić z żoną, kiedy ma dojść między nami do intymnej sytuacji:

— Ale przecież nie przepadnie ci, jeśli teraz pójdziemy spać, a zrobimy to jutro. Ty myślisz, że jak dzisiaj tego nie zrobimy, to już na zawsze ci przepadnie. Na tym polega błąd w twoim rozumowaniu.

We wszystkich takich momentach czułem, że próbuje mnie oszukać. Uruchamiałem wtedy swój wewnętrzny kalkulator i wiedziałem, że jeśli to, czego nie zrobimy, mielibyśmy normalnie zrobić jeszcze — załóżmy — dwa tysiące czterdzieści sześć razy, to znaczy, że pozostanie tylko dwa tysiące czterdzieści pięć razy, a więc będę stratny. Dla neutralnego czytelnika strata może wydawać się niewielka, jako że sięga ledwie dwóch promili. Gdyby jednak ów czytelnik zobaczył moją żonę i zyskał pełny ogląd sprawy, nawet jeden promil straty wydawałby się nie do powetowania.

— Właśnie że przepadnie — odpowiadam. — Czytałaś Pod osłoną nieba Paula Bowlesa? Pisał, że każdą czynność powtórzymy w życiu określoną liczbę razy. Będzie ich sto, dwieście może trzysta, ale to określona liczba. Dlatego jeśli dziś tego nie zrobimy, to przepadnie.

Pielgrzymka była dla mnie nie tylko jedną z rzeczy, które po prostu raz w życiu warto zrobić, ale czymś w rodzaju przerwy, jaka występuje w teatrze między dwoma aktami sztuki, a w Portugalii także i w kinie. Zawsze z utęsknieniem jej wyczekuję, gdyż można wtedy napić się kawy, załatwić fizjologiczne potrzeby, przemyśleć i przedyskutować, to co widziało się do tej pory. Taką rolę odegrała moja wędrówka do Santiago. W końcu zostawiłem dobrą pracę, w której spędziłem prawie sześć lat i rozpoczynał się nowy etap mojego życia. Miałem trzydzieści trzy lata. Jezus w tym wieku umarł, a mnie czekało prawdopodobnie jeszcze raz tyle. To prawie jakby od razu doznać łaski zmartwychwstania bez śmierci i bez cierpienia. Łaski tej doznaje większość z nas, lecz być może właśnie brak cierpienia tak łatwo pozwala nam przeoczyć doniosłość tego momentu.

3

W piątek nie spotkałem żadnego pielgrzyma, nie licząc rowerzystów. W odróżnieniu ode mnie, sypiali w albergue, a nie w polu lub przy drodze, więc kiedy budziłem się, to część startowała ze schroniska w poprzednim miasteczku, a część wyruszała z kolejnego. Ja znajdowałem się gdzieś pomiędzy, dlatego ci z tyłu mieli nikłe szanse, by mnie dogonić, a mnie udawało się dogonić tych z przodu dopiero pod wieczór.

Może wielu spaceruje tym szlakiem, szukając kontaktu z ludźmi, ale przecież tak naprawdę powstał on w celu nawiązania kontaktu z Bogiem. Nikt z nas nie wie, kim lub czym jest Bóg. Nawet naukowcy nie potrafią wykluczyć jego istnienia, a jedynie oszacować prawdopodobieństwo, które zdaniem większości jest bardzo małe. Część jednak umie pogodzić swoją pobożność z nauką, tłumacząc że są to po prostu dwie nieprzenikające się wzajemnie sfery. Richard Feynman pisał, że nauka mówi wprawdzie dużo o istocie zjawisk, ale nie pomaga ani trochę w kwestii tego, jak należy interpretować ich sens oraz jak w związku z tym należy żyć. Mój pogląd na religię nie zmienił się pod wpływem doznanych na szlaku objawień, za to jedno doświadczenie być może choć odrobinę zbliżyło mnie, przynajmniej intuicyjnie, do poznania Boga.

Wyszedłszy z Café O Meson, którą poleciła mi przez esemesa Natalia, przelałem resztki kawy i mleka do plastikowej butelki po wodzie. Następnie wbiłem leżącą na ladzie pieczątkę w paszport pielgrzyma i włączyłem głośnik. Leciała piosenka o człowieku, który samotnie ogląda Ziemię z powierzchni Księżyca i nie może nadziwić się jej pięknu. Przy tej melodii dotarłem do rozwidlenia dróg. Znad rozciągającej się przede mną doliny wyrastało pasmo górskie, pokryte częściowo zielenią, a częściowo mgłą. Całość robiła wrażenie czegoś naprawdę monumentalnego, jak te amerykańskie krajobrazy, o których śpiewał Jerry Garcia. W tym momencie prawie zacząłem płakać. Przystanąłem na chwilę, ogarniając jeszcze raz ten widok wzrokiem, wziąłem głęboki oddech i ruszyłem przed siebie.

Za zakrętem stała grupa Portugalczyków zgromadzona wokół białego vana. Zapytali mnie, czy nie chcę się napić.

— Nie, właśnie piłem.

— A coś zjeść?

— Dziękuję, chyba jestem pełny, ale życzę wam miłej drogi!


W Lugo szlak przechodził przez uliczkę, na której kusiły pielgrzymów panie do towarzystwa. Być może i szlak tamtędy nie przechodził, ale jakimś sposobem trafiłem w tę okolicę. Na szczęście miałem łatwiejsze zadanie niż święty Antoni z książki Flauberta, jako że ich wdzięki, delikatnie mówiąc, nie dorównywały cudom, które ów widział w swoich halucynacjach. Mimo że od prawie tygodnia nie zaznałem intymnego towarzystwa kobiety, udało mi się przejść ten etap szlaku, nie popełniając grzechu nawet w myślach.

Niedługo potem znalazłem się w wiosce O Burgo, gdzie telefon nie łapał sieci wifi, a mapa nie potrafiła określić mojej dokładnej lokalizacji. W barze jednak panował tłok. Usiadłem przy jedynym wolnym stoliku, gdyż reszta zajęta była przez grupki ludzi siedzących czwórkami. Barman, starszy szczupły pan z brodą, podał mi kawę z mlekiem i dwie przysmażone kanapki z miodem. Miód leżał obok w osobnym pojemniku.

— Nie chcesz trochę galicyjskiego sera?

Odrzekłem, że nie potrzeba, ale i tak przyniósł na talerzyku i powiedział, żebym sobie polał miodem, jeśli mi zasmakuje. Nade mną wisiał telewizor pokazujący wiadomości z Madrytu, a znad stołu naprzeciwko spoglądała przymocowana do ściany głowa dzika. Nad barem zaś rozstawione były trofea, być może także pochodzące z polowań. Bar ze swoją blaszaną ladą i obiciami imitującymi drewno bardziej przypominał te spotykane na północy Portugalii niż w pozostałych częściach Hiszpanii. Język, którym się tutaj posługiwano, również podobny był do portugalskiego.

— Jak smakuje ser? Dobry, nie?

Odparłem, że tak.

Camino Primitivo kończyło się w mieście Melide, gdzie droga krzyżowała się z najpopularniejszym szlakiem francuskim, co widać było po przepełnionych kawiarniach, licznych sklepikach z pamiątkami i hostelach dla pielgrzymów. Do Santiago od tego miejsca zostały siedemdziesiąt dwa kilometry.

Usiadłem w restauracji Ezequiel, w której podobno serwowano najlepszą ośmiornicę. Rzeczywiście była smaczna, ale dość tłusta i droższa niemal dwukrotnie w stosunku do ceny z przewodnika wydanego dwa lata temu. Spokojnie jednak można było pojedynczą porcją nakarmić dwie osoby. Dlatego, czując że jestem już najedzony, wyciągnąłem z plecaka zamykany plastikowy woreczek, w którym znajdowały się plastry i zamiast nich włożyłem kilka kawałków ośmiorniczki. Woreczek owinąłem w chusteczkę i umieściłem dodatkowo w reklamówce, licząc że przyda się na kolację. Moje zapasy żywnościowe, poza kaszką kuskus i makaronem, wyczerpały się. Poprosiłem o rachunek. Podeszła starsza pani, której głos i aparycja nie wskazywały na to, że należy do obsługi baru, ale wymieniła jakieś zdanie z ubraną w służbowy, różowy strój kelnerką, więc wręczyłem jej dziesięć euro, z czego wydała mi pięćdziesiąt centów. Poszedłem do toalety i ruszyłem w dalszą drogę.

Na szlaku francuskim też widziałem niewielu pielgrzymów. Po południu w zasadzie ciągle maszerowałem sam. Pod wieczór, dwadzieścia trzy kilometry przed Santiago, wiedząc że i tak nie dotrę przed dwudziestą drugą do najbliższej publicznej albergue, postanowiłem napić się herbaty w przydrożnej kafejce. W takich chwilach żałuję, że nie jestem fanem piłki, gdyż grała akurat Hiszpania z Polską, więc mógłbym pokibicować swojemu krajowi, prawdopodobnie jako jedyna z przebywających w środku osób. Może jednak powinienem z tego powodu się cieszyć, jako że pod koniec pierwszej połowy Hiszpania wygrywała trzy do zera.

Jedyny mecz, jakim choć trochę się ekscytowałem, to oglądana na żywo w hiszpańskiej stolicy rozgrywka Realu Madryt z Celtą Vigo. Pojechaliśmy tam przed trzema laty z dwójką znajomych z pracy, będących od pewnego czasu parą. Zobaczenie samego stadionu od dawna było marzeniem mojego kolegi, gdyż w bardzo nietypowy sposób już w wieku szkolnym stał się fanem tego zespołu. Dzieci szalały wtedy za AC Milan i połowa jego klasy nosiła koszulki w barwach włoskiej ekipy. Poprosił mamę, żeby i jemu kupiła koszulkę. Oczywiście zgodziła się, ale nieświadomie popełniła drobną pomyłkę. Zamiast koszulki AC Milan, przyniosła do domu koszulkę Realu Madryt. Skoro przymierzył i koszulka pasowała, zaczął się interesować historią hiszpańskiej drużyny i pasja ta pozostała do dziś.

Oprócz obejrzenia fragmentu meczu, wysłałem poznanej na szlaku Natalii zdjęcie polpa de polaco con calamares, którą sporządziłem na leśnej ścieżce, łącząc makaron z kalmarami w puszcze i resztkami ośmiornicy. Potem umyłem w toalecie zęby, a gdy w telewizji zaczęły się reklamy, ruszyłem w kierunku Santa Irene. Kolega poinformował mnie, że w drugiej połowie dzisiejszego meczu Polska straciła kilka kolejnych goli, dzięki czemu jeszcze bardziej ucieszyłem się, że nie jestem kibicem. Na dworze zapanowała zupełna ciemność i ktoś krzyknął z okna mijanej albergue:

— Wow, nadal maszerujesz?

— Tak, dopóki nie zajdzie słońce.

Dalej natknąłem się na dwójkę pielgrzymów śpiących pod drewnianym zadaszeniem. Pewnie nie zdążyli na dziesiątą do znajdującego się nieopodal publicznego schroniska. Nie chciałem im przeszkadzać, więc wszedłem w las, rozświetlając drogę latarką, i ułożyłem się w śpiworze na jego skraju. Niestety już wcześniej słyszałem dobiegające z oddali dźwięki dyskoteki, a z każdym metrem wzrastała liczba decybeli. Dyskoteka znajdowała się zaraz po drugiej stronie ulicy. Podobnie zdarzyło się przy powrocie ze wspomnianego meczu Realu Madryt. Przez pół godziny szukaliśmy spokojnego miejsca na nocleg, aż dotarliśmy do niewielkiej polanki na wzniesieniu, na którym stały stare wiatraki przypominające te z ekranizacji powieści o Don Kichocie. Miejsce było raczej jak z bajki niż powieści, a temperatura idealna do spania nawet poza samochodem. Wokół natomiast nie można było uświadczyć obecności żywej duszy. Tymczasem w momencie, gdy opadały nam ze zmęczenia powieki, podjechał inny samochód, a potem kolejny. Samochody miały uruchomione silniki, co przeszkadzało w zaśnięciu, ale jednocześnie dawało nadzieję, że wkrótce odjadą. Zamiast tego wyszli z nich ludzie i zaczęli ze sobą donośnym głosem rozmawiać, jeszcze skuteczniej odrywając nas od snu. Następnie ktoś włączył muzykę i podkręcił regulator tak głośno, że nie można było spać przez całą najbliższą godzinę.

Tym razem udało mi się usnąć, ale przebudziłem się przed piątą nad ranem i muzyka nie przestawała grać. W dodatku mój śpiwór przesiąkł wilgocią od padającego w nocy deszczu, więc nie potrafiłem z powrotem zamknąć oczu. Przy świetle latarki zwinąłem bagaż i ruszyłem przed siebie. Mijałem młodzież wychodzącą z dyskoteki, po czym okazało się, że nie jestem jedynym rannym ptaszkiem na szlaku. Starszy facet z plecakiem zapytał o drogę do Santiago i dowiedziałem się, że też jest pielgrzymem, który miał problemy z zaśnięciem. Był to Giovanni. Wymieniliśmy się podstawowymi informacjami, jakie dało się przekazać za pomocą słów brzmiących podobnie po włosku i po hiszpańsku, a potem szliśmy dwa lub trzy kilometry w milczeniu. Myślałem, że będziemy dziś w Santiago pierwsi, lecz na ostatnim fragmencie szlaku już o tej wczesnej porze pojawiło się paru pielgrzymów. Rozstałem się z Giovannim, gdy nastał czas mojego porannego posiłku.

Do Santiago dotarłem chwilę przed południem. Zostawiwszy plecak w Seminario Menor, gdzie były najtańsze noclegi, pospieszyłem na mszę. Wyglądało na to, że jestem jednym z dwóch pielgrzymów, a spośród tej dwójki jedynym, który dotrwał do końca. Kolega z plecakiem wyszedł w trakcie, a dwoje nowych weszło w międzyczasie. Ludzie często wchodzili i wychodzili, więc było to doświadczenie podobne do wizyty w bollywoodzkim kinie, z tym wyjątkiem, że nie wyświetlali filmu. Brakowało jeszcze rozmów przez telefon, za to niektórzy robili telefonem zdjęcia. Stali bywalcy wiedzieli jednak, kiedy wstać, kiedy uklęknąć, mieli eleganckie koszule i po kilkoro dzieci w idealnie dopasowanych strojach. Dzieci, nie zważając zanadto na powagę tej sytuacji, bawiły się na podłodze i biegały po całym kościele. Czułem się więc trochę jak w Bollywood, a trochę jak na zlocie zwolenników Partii Ludowej. W tych niezwykłych okolicznościach z jednym z nich nawet podaliśmy sobie rękę.

Obrządek nie różnił się w znacznym stopniu od naszego, poza tym, że wokół ołtarza siedziały zakonnice oraz, co najdziwniejsze, nie było zbiórki na ofiarę. Odczytany został, jeśli dobrze zrozumiałem, fragment Ewangelii Łukasza, a kazanie dotyczyło dzielenia się chlebem, który Chrystus cudownie pomnożył i rozdał apostołom. Po mszy odbył się również pochód z okazji święta Bożego Ciała. Zerknąłem na kartkę, którą rozdawali młodzi chłopcy tuż przed pochodem i zorientowawszy się, że są tylko dwa przystanki, zdecydowałem się przyłączyć. Z jednej strony miałem szczęście, bo trafiła się okazja do obejrzenia kościelnego dziedzińca, z drugiej pecha, gdyż ta pierwsza msza, na jakiej pojawiłem się od dobrych kilku lat, trwała aż półtorej godziny. Mógłbym jednak uczynić z tych dwóch niedawnych wydarzeń swoją dewizę. Jeśli iść na mecz, to na stadion Santiago Bernabéu, a jeśli na mszę, to do Santiago de Compostela.


— Wiesz, co zrobiłem? — mówię Natalii, którą spotkałem dwa dni później, niedługo przed odjazdem mojego autobusu.

— Co takiego?

Natalia tego wieczora miała wracać do Madrytu i był to koniec jej wycieczki. Mnie pozostały trzy noce.

— Wynająłem na dwa dni auto za siedem i pół euro. Dziś spędzę noc w hostelu w Porto, natomiast na dwie kolejne przejadę się na północ. Razem z paliwem wyjdzie taniej niż hostel!

— Genialnie! — odparła lekko zdziwiona. — I masz zamiar spać w samochodzie?

— Jedną noc tak, a drugą w hostelu przy Parku Narodowym Gerês. Słyszałaś o tym miejscu?

— Nie.

— Ja też nie, ale w Porto byłem już kilka razy, a tam nigdy, więc wyszło super. Cena się wyrówna, jeśli doliczę dojazd, a zobaczę coś nowego.

— Genialnie — powtórzyła.

Rozstaliśmy się, rozmawiając jeszcze przez chwilę o pierwszych rozdziałach Braci Karamazow, które zdążyłem przeczytać, i pobiegłem na autobus. Następne trzy dni minęły mi na realizacji planu.

Starzec Zosima w książce Dostojewskiego radzi wiernym, by nie okłamywali siebie ani bliźnich, bo jedynie prawda pozwoli im wytrwać w szczęściu. Muszę więc przyznać, że o ile co do samochodu rzeczywiście miałem rację — kosztował niecałe osiem euro — to w innej kwestii pojawiła się drobna nieścisłość. Natalia bowiem napisała do mnie nazajutrz:

Poszłam na mszę i wydaje mi się, że byli tam sami pielgrzymi. Tylko plecaków nie wolno było wnosić. Musiałam zostawić w schowku. Ksiądz dał niewiarygodnie piękne kazanie. Wspomniał, że kiedy spotykały nas trudności na szlaku, używaliśmy kijków i nawet nie przyszło nam na myśl, by się wycofać. Tak samo powinno być w codziennym życiu. Kiedy mamy problemy, musimy coś znaleźć, jak te metaforyczne kijki, i iść dalej. To kazanie tak mnie zainspirowało, że naprawdę chcę teraz dowiedzieć się czegoś więcej o religii, a kolejna pielgrzymka z pewnością nabierze większego sensu.

Wysłałem jej mapę z lokalizacją kościoła, do którego mnie pokierowano na mszę. Gdy Natalia wcześniej pytała, gdzie to jest, wskazałem jej ten sam kościół, jednocześnie przyznając, że msza nie wyróżniała się niczym wyjątkowym. Ot, taka zwykła ceremonia jak u nas w Polsce.

To nie ten kościół — odpisała. — Nazwa tego, w którym byłam, to kościół Świętego Franciszka. Dobrze, że cię nie posłuchałam i poszłam na mszę wbrew temu, co mówiłeś. Byłam parę razy na zwykłej hiszpańskiej mszy i nie da się jej porównać do tego, co widziałam dzisiaj. Oni naprawdę docenili wysiłek ludzi, którym udało się tu dotrzeć.

Cała moja opowieść o braku pobożnych pielgrzymów legła w gruzach. Okazało się, że byli, tylko nie w tym kościele co ja. Być może los słusznie nas w ten sposób rozdzielił, a ja uzyskałem pretekst, by kiedyś tu wrócić. Bądź co bądź i jedna, i druga msza odbyła się w Santiago. Dewiza pozostaje więc ta sama.


Podsumowując, przewędrowałem około trzystu dwudziestu kilometrów, przespałem się pięć razy pod gołym niebem, jeśli uwzględnić pierwszą noc w Oviedo, dwie noce spędziłem w schroniskach, a jedną w hotelu. Zużyłem jedną butelkę z gazem i wydałem sto dziewięćdziesiąt cztery euro na wyżywienie i noclegi. Razem z biletami lotniczymi i autobusowymi wyszło trzysta trzydzieści. Nieco więcej niż w trakcie dawnych wycieczek, ale niedużo, zważając na to, że w ogóle nie oszczędzałem. Na dworze spałem, gdy zmierzch zastał mnie z dala od miasta, a gotowałem, kiedy po prostu nie było w okolicy baru. Z uwagi na moje tempo, poznałem maksymalnie dziesięcioro ludzi, z czego dwójka zostawiła mi swoje dane kontaktowe.

Po drodze zdarzyła się jeszcze jedna niezwykła rzecz, o której wcześniej nie miałem okazji wspomnieć. Dostałem mianowicie odpowiedź na moje zgłoszenie do pracy w Portugalii, wysłane dwa miesiące temu. Przed pójściem na szlak napisałem do kilkunastu innych firm, ale dziwiło mnie, dlaczego nikt nie odezwał się z tej pierwszej, gdyż potencjalnym pracownikom nie stawiano wielu wymagań prócz znajomości języka polskiego. Mimo to nie sądziłem, że ktoś skontaktuje się ze mną akurat teraz. Najpierw przyszedł elektroniczny list z prośbą o ustalenie terminu telefonicznej rozmowy. Odpisałem, że ze względu na zasięg sieci będzie to możliwe, dopiero gdy dotrę do Santiago, i podałem przewidywaną datę. Podczas rozmowy umówiliśmy się na wideokonferencję, której z uwagi na dalsze plany nie mogłem odbyć przed powrotem do Polski. Od tamtego momentu, zakładając że przyjęto by mnie do nowej pracy, miałbym tylko tydzień na spakowanie się i wyjazd do Portugalii.

Portugalia

Rozdział II

Gdzie nie spojrzeć, młody człowiek

W modnym stroju, z kasą w głowie.

Jeździ nowiusieńkim mercem

I wciąż pragnie więcej, więcej.

— Tom Pacheco „Hippy on the Highway”

4

Na samym początku muszę wyznać, że miałem pieniądze. Prawdę mówiąc, wcale nie było ich dużo, lecz starczały na znacznie więcej niż pokrycie codziennych potrzeb. Wziąwszy pod uwagę fakt jak skromne były moje niecodziennie potrzeby, miałem możliwość zrealizowania niemal każdej zachcianki. Doszło do tego, że na mojej liście zakupów sporządzonej na telefonie pomiędzy marchewką i cebulką znajdowały się nieraz akcje spółek. Inwestowałem w badania kosmosu, satelity, baterie, odnawialne źródła energii oraz wszystko, co zdawało się mieć przyszłość. Były to bardzo skromne kwoty. Richard Branson za mój wkład finansowy prawdopodobnie nie kupiłby nawet okna do jednego ze swoich kosmicznych pojazdów, by umożliwić pasażerom oglądanie Ziemi. Mimo to z zainwestowanych niespełna pięciu tysięcy zrobiło się nagle siedem, a ja za te dwa tysiące zysku potrafiłem niegdyś zorganizować dwumiesięczne wakacje. Parafrazując słynne zdanie — loty Virgin Galactic były na razie małym krokiem dla ludzkości w historii podboju nieznanych lądów, za to dla człowieka takiego jak ja stanowiły wielki skok do przodu. Wcześniej robiłem jednak tyle szalonych rzeczy, nie dysponując złamanym groszem, że tym razem mogłem sobie wybaczyć to minimum komfortu.


Od chwili ponownego zamieszkania na Śląsku, skąd wyrwałem się prawie na dziesięć lat, dałem się wciągnąć w tryb życia, który mimowolnie naśladował typową klasę średnią. Towarzyszyła mi w tym partnerka i wkrótce mieliśmy wziąć ślub. Choć nasze początkowe zarobki były niewielkie, sama rezygnacja z zakupu mieszkania lub nowego samochodu wystarczała, by pozwolić sobie na takie życie. Dla wielu właśnie to stanowiło wyznacznik społecznego statusu, a nas ten drobny szczegół wyróżniał od innych. Była to jedyna różnica widoczna z zewnątrz. Aby nadrobić ten mankament, chodziliśmy często do kawiarni, kina i jeździliśmy na wycieczki. Raz wybraliśmy się na film Paterson, który jota w jotę odzwierciedlał nasze codzienne drobne troski, a występująca w nim para stanowiła nasze lustrzane odbicie. On pracował jako kierowca autobusu, a ona piekła muffinki i każdego dnia zostawiała mu jednego w śniadaniówce, którą zabierał do pracy. Wieczorem wychodził na spacer z małym pieskiem i po drodze wypijał piwo, zawsze w tym samym barze. Gdy wracał, kładł się do łóżka obok partnerki, a rano opowiadali sobie sny o podobnie abstrakcyjnych tematach jak nasze. Jej śniły się słonie, natomiast mojej Natalii rybka, którą przyniosłem do domu w akwarium, oznajmiwszy że kosztowała siedem tysięcy złotych. Fakt, że cały majątek zgromadzony na giełdzie wart był jednej rybki mówił aż zbyt wiele o naszej kondycji.

— Ale tej rybki nawet nie było widać! — dodała Natalia, relacjonując mi treść swojego snu.

Miałem więc nadmiar szczęścia, nadmiar snu, nadmiar pożywienia oraz nadmiar rodzinnego ciepła. Wydawało się, że mimo to żyłem skromnie, lecz kiedy wyliczyłem pozostawiany przez siebie ślad węglowy, mój wynik dorównywał z wolna Amerykanom, którzy niechlubnie przodowali pośród wszystkich narodów w tej dziedzinie. W moim przypadku w dużej mierze przyczyniły się do niego wakacyjne loty, a cała reszta stanowiła niewielki odsetek. Natalia, latając o połowę mniej niż ja, nadrabiała straty w produkcji dwutlenku węgla swoim zamiłowaniem do długich kąpieli w gorącej wodzie i ponad setką stosowanych przy tej okazji specyfików. Któregoś dnia przeliczyłem pojemniki, tubki oraz saszetki znajdujące się w łazience i wyszło ich osiemdziesiąt parę, pomijając drugie tyle poukrywane w kosmetyczkach. Trudno jednak wysunąć przy tym wniosek, że sam odmawiałem sobie dóbr materialnych. Miałem przecież komputer, zegarek na rękę, do tego radiobudzik, ekspres do kawy, przenośny głośnik oraz niezliczoną ilość kabli i ładowarek. W naszym gospodarstwie domowym był także telewizor, mobilna drukarka, zdalnie sterowany odkurzacz, oczyszczacz powietrza i różne zamawiane przez internet gadżety. Całkiem niedawno wyposażyłem się też w telefon komórkowy z dostępem do internetu i dopiero wtedy można było stwierdzić, że moje możliwości konsumpcyjne się wyczerpały. Wiedziałem, że jeśli nadejdzie katastrofa ekologiczna, jej przyczyną nie będą sterty śmieci w krajach Trzeciego Świata, czy zanieczyszczane przez miejską biedotę rzeki, ale życie dobrze usytuowanych rodzin na przedmieściach. Ludzi, którzy dążą do zagarnięcia coraz większej przestrzeni, a następnie wypełniają ją przedmiotami. Przez długie lata tyją, po czym cały wolny czas poświęcają próbom schudnięcia, a jedyną stałą charakteryzującą ich egzystencję jest ciągły brak. My pomimo naszej świadomości ekologicznej byliśmy tak naprawdę o włos od osiągnięcia tego etapu. Jeżeli cokolwiek mogło nas rozgrzeszyć, to stanięcie na mecie w tym długodystansowym wyścigu, podczas gdy inni myśleli, że pozostawało w nim jeszcze kilka okrążeń.


Moja codzienność również nacechowana była pewnym brakiem. Na szczęście brakowało mi wyłącznie jednej rzeczy, o której marzyłem od dzieciństwa a niedawno znalazła się w zasięgu ręki. Nie był to dom, własna firma ani bynajmniej nowe auto. Raczej nie wpadłbym na pomysł, by gromadzone przez cały rok oszczędności wydać na jakiegoś mercedesa. Kupiłem za to używanego volkswagena. Była to dwudziestoletnia ciężarówka LT35 z zabudową kempingową firmy Karmann. Niestety nie udało mi się trafić na produkowany niegdyś model o dumnie brzmiącej nazwie Distance Wide, lecz nieco nowszy, Missouri. Sto tysięcy przejechanych kilometrów na liczniku było prawie niczym w porównaniu z poprzednimi autami, którymi wzdłuż i wszerz przemierzałem nasz kontynent. Tym razem nie tylko chciałem dotrzeć na jego zachodni kraniec, ale poczynić też pierwsze kroki ku osiedleniu się tam na stałe. Wszedłem w posiadanie czegoś w stylu domu z ogrodem, gdzie rolę ogrodu pełnił cały świat, a psa zastępowały koty. Ze względów zawodowych naszymi kotami nie mogła zająć się Natalia, dlatego musiałem wziąć je ze sobą w podróż.

— Daniel, ale kiedy kupisz tego kampera, to… będzie można powiedzieć, że jesteś człowiekiem spełnionym — stwierdził kolega z pracy krótko przed moim wyjazdem. — Jaki wtedy będzie twój cel?

Odpowiedź na to pytanie rzeczywiście nie była łatwa.

— Nie wiem, może wynajmę garaż, wstawię go tam i będę polerował, naprawiał mebelki, coś w ten deseń. Pamiętam z dzieciństwa wujka, którego zawsze można było spotkać w garażu. Najpierw miał dużego fiata. Stale go czyścił, naprawiał, schodził do kanału i wymieniał jakieś części. Chcąc odwiedzić wujka, szło się do garażu zamiast mieszkania. Potem kupił mercedesa, ale przy nim też ciągle siedział i robił dokładnie to samo.

Na szczęście w moim przypadku brak garażu rozwiązywał przynajmniej połowę problemu.

5

Dni liczone od powrotu ze szlaku Santiago do kolejnej, tym razem dłuższej, a być może najdłuższej w życiu podróży, były istnym szaleństwem. Pożegnałem się z żoną, która wybierała się na parę miesięcy do USA, odbyłem dwie zapowiedziane rozmowy na temat pracy i wysłano mi do podpisania umowę. W międzyczasie zadzwonił brat.

— Masz wolne w sobotę?

— W sobotę… — namyśliłem się przez chwilę — Tak, jasne!

— Po co cię zresztą pytam. Zapomniałem, że już nie pracujesz.

— No tak, ale wiesz co? Ja sam zapomniałem — zorientowałem się. — Gdy zapytałeś, to po prostu zacząłem się zastanawiać, czy mam wtedy wolne i stwierdziłem, że tak. Ale wcale nie pamiętałem, że to z powodu braku pracy.

Śmialiśmy się obydwaj do słuchawki.

— To może wpadłbyś do nas?

— Jasne, nie ma sprawy.

Brat dostał po ślubie i wyremontował mieszkanie, którego jeszcze nie widziałem. Umówiliśmy się na wieczór.


Zanim zacząłem być bezrobotny, też niezupełnie zdawałem sobie sprawę z tego, że gdzieś pracuję. Zawsze udawało mi się tak organizować urlopy i zarządzać wolnym czasem, że nawet po rezygnacji nie odczułem, że to koniec. Przerwa w pracy i tym razem była zbyt krótka, bym mógł doznać tego uczucia. Kilka dni przed wyprawą do Portugalii wjechałem windą na dwudzieste siódme piętro wieżowca, w którym pracowałem i dopiero wtedy zacząłem o tym rozmyślać.

Od momentu, gdy ten przytulny klub dla biznesmenów mających problemy ze snem przerobiono na hotelowy lokal, w którym serwują również śniadania i obiady, pomieszczenie wyglądało dość sterylnie. Straciło nieco uroku z czasów, kiedy przypominało bar z filmu Między słowami, gdzie mieliśmy w zwyczaju spędzać z żoną walentynki. Pod warunkiem, że w powietrzu nie unosił się akurat smog, można było stąd zobaczyć wszystkie miasta górnośląskiej konglomeracji. Przy dobrej pogodzie, dało się nawet dostrzec góry Beskidu Śląskiego. Obecnie, ze względu na przyciszoną, relaksującą muzykę, czułem się trochę jak w samolocie albo w kawiarni na lotnisku z widokiem na pas startowy. Było to idealne miejsce na spędzenie popołudnia przed długą podróżą.

Usiadłem na fotelu koło jednego z wielkich okien, które otaczały całe wnętrze, poczekałem na kelnera i zamówiłem cappuccino. Starałem się pić jak najwolniej ze wzrokiem wtopionym w odległy krajobraz. W biurze znajdującym się kilka pięter niżej miałem podobny widok, z tym że moja pozycja społeczna niewiele się różniła od pozycji średnio wykwalifikowanego pracownika z drugiej połowy dwudziestego wieku. Była prawdę mówiąc nieco gorsza, ponieważ nie mieliśmy związków zawodowych, a zagrożenie utratą pracy — mimo długoterminowych umów — wydawało się czymś bardzo realnym. Z dnia na dzień określony dział firmy mógł przenieść się do innego kraju, gdyby tylko zaoferowano w nim tańszą siłę roboczą lub niższe podatki. Jeśli pracownik nie zgodziłby się na relokację bądź pracę w nowym dziale, która zazwyczaj oznaczała pogorszenie warunków, pozostawało mu wyłącznie odejście. Na szczęście ja zdążyłem zwolnić się dobrowolnie, a do tego czasu udało mi się nacieszyć widokiem setek wschodów oraz zachodów słońca. Zobaczyłem ich na tyle dużo, by stwierdzić, że już wystarczy. Wiele osób, choć było to zabronione, robiło zdjęcia i potem zamieszczali je na portalach społecznościowych. Mnie natomiast wydawało się, że jestem dość przykładnym pracownikiem, stosującym się do większości reguł, aczkolwiek w momencie opuszczenia biura stawałem się mistrzem lenistwa. Życie w Katowicach przypominało okres studiów w Poznaniu z wyjątkiem tego, że babcię zastąpiła żona. Zawsze po przebudzeniu czekało na mnie pudełko z obiadem, a po powrocie z pracy miałem przygotowaną kolację. Pod tym względem, dzięki słodkiej i uczynnej partnerce, byłem usytuowany podobnie jak pracownik zakładów produkcyjnych z epoki prosperity. Wolne dni spędzałem na spacerach po mieście, czytaniu książek, a kilka razy w tygodniu wychodziłem do kina. Piwo ze studenckich czasów zamieniłem wprawdzie na kawę, a wieczorne wyjścia na poranne, ale było to podyktowane raczej wiekiem niż sytuacją.

Usłyszałem, jak barman mówi do klientów, zupełnie jakby podchwycił moją myśl:

— Nigdy nie pracowałem tak, żebym musiał wstawać rano.

Dwaj mężczyźni stojący przy kontuarze odpowiadali mu po angielsku z delikatnym akcentem, który pochodził prawdopodobnie z innego germańskiego języka. Otworzyłem laptopa, starając się coś napisać, lecz przerywały mi dalsze fragmenty ich rozmowy. Tym razem toczyła się dyskusja o drinkach.

— Nie rozumiem, czemu ludzie nie lubią próbować nowych rzeczy. Gdy przychodzi facet z dziewczyną i pytam, jakiego chcą drinka, ona prawie zawsze wybiera mojito. Kiedy proponuję coś innego, przez chwilę zastanawia się i w końcu zamawia mojito. Mojito albo Aperol Spritz. Powiedzcie mi, czy dla kobiet inne drinki nie istnieją?

Uśmiechnąłem się pod nosem, gdyż z moją żoną było dokładnie tak samo. Ja gustowałem w najbardziej wymyślnych napojach, szukając zazwyczaj czegoś, czego jeszcze nie piłem, a ona za każdym razem brała mojito. Albo Aperol Spritz. Niekiedy wychodziłem z inicjatywą, by przekonać ją do jakiejś nowości i wówczas grymas na jej twarzy zdawał się zamiast niechęci wskazywać na głębokie zamyślenie. Przypuszczam, że rzeczywiście głęboko nad tym rozmyślała, ale na ostateczny wynik algorytmu, który wprowadzała do mózgu po usłyszeniu mojej sugestii, nie miało to wpływu.

— Mimo wszystko zdecyduję się na mojito — mówiła.

Przypomniało mi to pewną historię, kiedy cztery lata wcześniej ruszaliśmy samochodem na południe Europy celem zwiedzenia szesnastu krajów i dotarcia do Gruzji, czyli najdalej, gdzie się dało bez załatwiania formalności w ambasadach i wnoszenia niebotycznych kaucji wjazdowych. Nasze auto było zwykłym kombi, więc spaliśmy w części bagażowej, a potem na fotelach, gdy moja małżonka odkryła, że można je ustawić w niemal całkowicie poziomej pozycji. Tylko co drugi lub trzeci dzień mieliśmy zarezerwowany hostel, a ja obiecywałem, że owe niedogodności podróży zrekompensuje jej mojito. Drinków jednak nie było w miejscach, w których zatrzymywaliśmy się po drodze: ani w Chorwacji, Bośni, Czarnogórze, Albanii, Macedonii, Grecji ani w Turcji. Dopiero przy pierwszym dłuższym pobycie w Tbilisi trafiliśmy do lokalu, gdzie białą kredą na czarnej tablicy było napisane MOJITO. Podeszliśmy do lady i, chcąc złożyć zamówienie, usłyszeliśmy że musimy poczekać na kolegę barmanki, który potrafi przyrządzać drinki, bo ona jest nowa. Kolega pojawił się po paru minutach, by poinformować nas, że nie ma limonki. Wyszliśmy zawiedzeni.

Gruzja była krajem charakteryzującym się niezbyt wysokim poziomem obsługi klienta, o ile w ocenę jej jakości nie wliczymy uśmiechów i dobrych chęci, a jedynie faktyczny stan wykonania usługi. Gdy jeszcze przed odwiedzeniem stolicy szukaliśmy myjni, zatrzymaliśmy się przy budynku z wielkim szyldem MYJNIA. Istotnie była to myjnia, ale siedzący w środku ludzie powiedzieli, że szef ma przerwę obiadową i przyjdzie za jakiś czas. Bez niego, z początkowo niezrozumiałych przyczyn, nie mogliśmy zostać obsłużeni. Wyszło bowiem na jaw, że przerwa obejmuje także dostawę prądu, a zatem myjni nie da się uruchomić. Czekaliśmy kilkanaście minut do umówionej godziny, gdy szef miał wrócić z obiadu, ale wciąż nie pokazywał się. Po telefonie od pracowników zszedł z piętra, oznajmiając że jest już prąd. Ucieszyliśmy się, że nasze stare volvo niedługo będzie wyglądać jak nowe, lecz niestety podczas próby odkręcenia kranu nie poleciała ani kropla. Tym razem był prąd, za to nie było wody. Szef znalazł na to radę — zaoferował nam wyczyszczenie auta w środku. Środek jednak był względnie czysty. Na szczęście pracownicy innej myjni przy wjeździe do Tbilisi wyszorowali nasze volvo zarówno w środku jak i na zewnątrz aż do połysku. Wyniosłem z tego naukę, że nie należy się zniechęcać po pierwszych niepowodzeniach i wysuwać pochopnych wniosków. Podobnie było z mojito. W Gruzji zorientowaliśmy się, że mamy czas i pieniądze, aby pojechać jeszcze kawałek dalej, do Azerbejdżanu lub Armenii. Wybór padł na ten drugi kraj. Był to naprawdę ostateczny cel naszej podróży i właśnie tam, gdy usiedliśmy w barze na jednym z deptaków podczas wieczornego spaceru w Erywaniu, bez żadnych obiekcji podano mojej żonie mojito.

Lokal wypełniała spokojna, eteryczna muzyka, a ja zerkałem od czasu do czasu znad ekranu laptopa przez okno, wspominając te wieczne, niemające końca wakacje. Pode mną rozpościerały się dachy miasta, które opuszczałem po sześciu latach. Mimo że praca zawsze była w moim życiu tylko efektem ubocznym konsumpcyjnych potrzeb, niezbyt zresztą wygórowanych, uważano mnie za dobrego pracownika. Starałem się robić wszystko jak należy, ponieważ zapewniało mi to spokój. W przeciwnym razie ktoś musiałyby nadrabiać moje zaniedbania i tym samym byłbym narażony na częstą konfrontację z kierownictwem. Chęć jej uniknięcia była najlepszą motywacją do wykonywania obowiązków w prawidłowy sposób, w wyniku czego kontakty z „górą” pozostawały ograniczone do minimum. Pomijając ten fakt, mój osobisty stosunek do efektów pracy był raczej ambiwalentny. Gdy czegoś nie dało się zrobić lub, wbrew wszelkim staraniom, nie udawało się zrobić w wyznaczonym czasie, stwierdzałem że przecież nie pracujemy w straży pożarnej lub szpitalu, więc niczyje życie nie zależy od naszych działań. Koledzy z koleżankami potakiwali, lecz miałem wrażenie, że to ja przejmuję się najmniej. Przez ostatnie tygodnie zacząłem im opowiadać o kamperze, o wyjeździe i innych szalonych planach. Pokazywałem zdjęcia rozmaitych modeli, mówiłem o firmach, do których porozsyłałem zgłoszenia w związku z pracą i od których tygodniami nie dostawałem odpowiedzi. Wtedy nawet i mnie wydawało się to nierealne, ale czułem, że wszelkie przepowiednie się spełnią. Zauważyłem, że istnieje na to prosta recepta. Wystarczy nie wspominać nic o końcu świata, skupić się na prostszych, konkretnych celach i po prostu zrobić to, co się powiedziało. Zamiast magicznej kuli spojrzeć do kieszeni, potem na zegarek i wybrać odpowiednią kombinację zdarzeń, najlepiej dopasowaną do czasu oraz środków, jakimi się dysponuje. O ile żaden z bohaterów naszej wizji w międzyczasie nie zachoruje ani nie umrze, wielkie mocarstwa nie wypowiedzą nam wojny, sztuczna inteligencja nie zastąpi ludzi, a lody arktyczne nie zdążą się roztopić, to mamy całkiem spore szanse powodzenia.


Niedługo przed wyjazdem napisałem koledze z dawnej pracy, że jestem człowiekiem spełnionym. Obejrzałem dwa kampery, a trzeciego kupiłem. Gdy podjechałem pod bramę, w oddali zauważyłem stojącego pod drzewem dużego volkswagena. Brama była zamknięta, więc zadzwoniłem.

— Już panu otwieram.

Wjechałem do środka i przywitał mnie szczupły, opalony człowiek w białej koszulce polo i jasnych spodniach. Ubiór dodatkowo podkreślał jego opaleniznę. Miał lekko rozwichrzone ciemne włosy, a w ręku trzymał małą butelkę piwa. Zgodnie z tym, co mówił, od pewnego czasu stał się zapalonym golfistą i opowiadał mi o ostatnich rozgrywkach. Nawet bez tej wiedzy, gdyby ktoś zapytał mnie, jakim sportem zajmuje się ten człowiek, mój pierwszy strzał padłby właśnie na golfa. Weszliśmy do kabiny, a on włożył butelkę do uchwytu, którego rozmiar wskazywał, że prawdopodobnie przeznaczony był na gaśnicę.

— Widzi pan, to jest najlepszy schowek.

Powiedziałem, że trochę tęsknię za dawnym volvem, którym przejechałem pół Europy. On na to odparł, że Volkswagen LT z tego rocznika wyposażony jest w dokładnie ten sam pięciocylindrowy silnik. Miałem świadomość, że silnik z mojego volvo był montowany w volkswagenach, a jednak byłem przekonany, że dotyczy to tylko vana T4. O ciężarówce LT nigdy nie myślałem, ale odkrycie to sprawiło, że zacząłem o niej marzyć. Przy pierwszej wizycie nie zdecydowałem się na zakup, gdyż samochód był droższy od pozostałych, choć zauważyłem, że wizualnie nieco prześciga konkurentów i posiada idealne dla mnie rozstawienie mebli, łózka oraz kuchni. Do tego zauroczyła mnie oryginalna tapicerka foteli, przyozdobiona kolorowymi wizerunkami kaktusów. Dowiedziałem się jak mocno właściciel będzie w stanie opuścić cenę, wynegocjowałem około dziesięciu procent i postanowiłem, że przekonam Natalię do tego zakupu jako ostatecznego wyjścia, jeśli nie znajdę w ciągu tygodnia lepszych okazji.

Po tygodniu zadzwoniłem znowu.

— To możemy się umówić na czterdzieści sześć tysięcy? Jutro albo pojutrze bym podjechał.

— Tak, poniżej tej ceny nie zejdę. Najlepiej po południu, bo do południa będę grał w golfa. Może się trochę przedłużyć, więc w razie czego do pana zadzwonię.

Tym razem samochód stał podłączony długim kablem do prądu i spędziłem ponad godzinę, słuchając instrukcji, jak obsługuje się różne sprzęty. Byłem na to przygotowany, dlatego wziąłem notes z długopisem.

— Widzi pan, kiedy ja kupowałem ten samochód trzynaście lat temu, to właściciel mówił mi jak wszystko działa i następnego dnia połowę zapomniałem.

Auto miało kilka usterek. Lodówka czasem nie uruchamiała się na gaz, nie działały wskaźniki poziomu brudnej oraz czystej wody, z kuchennego kranu woda płynęła bardzo powoli i rozbita była przednia szyba, na której naprawienie zostało mi parę dni. Najważniejsze jednak, że działało ogrzewanie, prysznic oraz panel słoneczny, gdyż na zreperowanie tych elementów nie miałbym ani czasu, ani pieniędzy. Część pożyczyłem od taty, część od brata, a jeszcze wieczorem przed wyjazdem, obliczając koszty paliwa i wydatków na jedzenie, poprosiłem ciocię o dodatkową pożyczkę w wysokości pięciuset złotych. W zasadzie po raz pierwszy miałem w ręku tak dużą kwotę i wyciągnięcie jej z bankomatu trwało niemal cały kwadrans. Pomiędzy kolejnymi wypłatami po cztery tysiące złotych przepuściłem co najmniej dwie stojące za mną osoby.

Wsiadłszy do kabiny od strony kierowcy, początkowo czułem się trochę niepewnie. Posiadałem od kilku lat uprawnienia na tira, ale po zdaniu prawa jazdy nigdy nie jeździłem ciężarówkami. Kamper nie miał kamery, a czujniki cofania od dawna nie działały, więc musiałem sobie radzić wychodząc z kabiny i sprawdzając, co jest za mną. Jednakże już po pierwszym zawracaniu, które nastąpiło bardzo szybko, gdy pomyliłem drogę, nabrałem pewności siebie i pomyślałem, że to marzenie, jak każde, musiało się kiedyś spełnić. Miałem zwyczaj częstego wybiegania myślami naprzód, kiedy o czymś opowiadałem, a teraz okazało się, że wcale nie jest ono bezpodstawne. Byłem dumny i szczęśliwy.

6

— Jak mają na imię? — spytał Valentin.

— Pixie i Puppy — odparłem.

Valentin był kolejnym autostopowiczem, którego zabrałem. Pierwsza para czekała przy zjeździe na autostradę we Wrocławiu. Młoda, blondwłosa dziewczyna i chłopak w przeciwsłonecznych okularach. Nie wiedziałem, w jaki sposób najszybciej wpuścić ich do pojazdu, żeby w międzyczasie nie uciekły koty, więc wyskoczyłem z kabiny, szybko otworzyłem boczne drzwi i czekałem aż wsiedli. Któreś z dwojga potknęło się o położoną na progu kuwetkę.

— Ojej, przepraszam, posprzątamy.

— Nie trzeba.

To już trzeci raz, kiedy ktoś w nią wdepnął. Pierwszy byłem ja, druga mama, a później ta dwójka. Valentina zdążyłem ostrzec. Postanowiłem jednak nie ruszać kuwetki, ponieważ idealnie wpasowała się w to miejsce oraz łatwo było ją uprzątnąć. Każde z nas miało szczęście, że włożyło tam nogę, zanim tego samego dnia zrobiły to koty. Ich druga kuwetka, większa i zakryta, znajdowała się w tylnej części pojazdu.

Dwójka Polaków, których niedawno wysadziłem, jechała na festiwal muzyczny, a Valentin do swojego rodzinnego miasta, Moguncji. Był drugi miesiąc w podróży. Chciał zrobić sobie tygodniową przerwę, a potem ruszyć dalej w kierunku Francji i Hiszpanii. Cała podróż miała trwać rok, zanim rozpocząłby kolejny etap studiów.

— Wiesz, kiedyś myślałem, że wszystkie koty są takie same, ale okazało się, że każdy ma odmienny charakter — odezwałem się głośno przez ramię.

Valentin siedział przy stoliku znajdującym się za fotelem kierowcy. Mogliśmy rozmawiać tylko, jeśli był odwrócony bokiem. „Już wiem, czemu jeden facet, który sprzedawał kampera, miał oprócz tego w ofercie walkie-talkie”, pomyślałem sobie. Przy Valentinie obydwa koty swobodnie przechadzały się po wnętrzu pojazdu. Niestety, kiedy wsiadał, fotel pasażera zajmowała Pixie, więc nie mogłem go tam wpuścić. Pixie w innych wypadkach chowała się na progu pod drzwiami kabiny, gdzie znalezienie jej nawet mi sprawiało problem. Valentina się nie bała.

— Wyjechałem godzinę później niż planowałem, bo próbowałem przypiąć te koty do foteli — dodałem. — Niestety nie udało się. Na szczęście są grzeczne i do tej pory mi nie przeszkadzały.

W moim życiu niewiele było zwierząt, a jednak więcej niż kobiet i mężczyzn, z którymi łączyły mnie bliskie relacje. Pewnie dlatego Pixie miała zwyczaj siadać mi na kolanach i spać obok mnie. Po prostu wyczuła, że może liczyć na moją wierność. Jak próbowałem pogłaskać Puppiego, ona od razu podbiegała, także domagając się pieszczot. Podobnie gdy tylko moja dłoń dotknęła łagodnie jakiejś części ciała małżonki, po chwili obok nas pojawiała się Pixie. Obcy ludzie onieśmielali ją i zaraz chowała się po kątach, kiedy ktoś wchodził do pomieszczenia. Za to nas uwielbiała. Musiało to być spowodowane jakąś traumą z dzieciństwa, bo koleżanka, od której dostaliśmy Pixie, znalazła ją mocno wystraszoną na ogródkach działkowych. Najwyraźniej ukrywała się tam przed kimś, kto wyrządził jej krzywdę. Obydwa koty dostały się w moje ręce przypadkiem, ponieważ nigdy nie byłem zwolennikiem zwierząt domowych. Koleżanka, trzymając ich w swoim domu kilkanaście, nie miała gdzie pomieścić kolejnych, więc zawsze pytała wszystkich wokół, czy nie przygarną małego kotka. Zbieranie kotów z ulicy było jej pasją. Mówiła, że bierze tylko te biedne, opuszczone, chore, ale przypuszczam że jej kryteria kwalifikowania kotów do którejś z tych kategorii, były bardzo szerokie. W pierwszym momencie stwierdziłem, że nie ma mowy, by trzymać w naszym mieszkaniu kota, ponieważ mieliśmy już szynszyla, który niszczył kable, obgryzał meble i biegał wszędzie jak szalony, przypominając Diabła Tasmańskiego z kreskówek o Króliku Bugsie. Obecność jeszcze jednego zwierzęcia stanowiłaby w takim wypadku poważne naruszenie rodzinnego miru. Mimo to wymsknęła mi się myśl:

— Gdybym nie miał tego szynszyla, to może przygarnąłbym kotka, ale w tej chwili jest to niemożliwe.

Następnego dnia Monika, bo tak było na imię koleżance od kotów, dopytała:

— Mówisz, że gdybyś nie miał szynszyla, to przygarnąłbyś kotka?

— No tak, ale nie zapowiada się, by nasz szynszyl prędko umarł.

Szynszyl był grzechem mojej młodości i zakochania w Natalii. Zapytała, ot tak sobie, czy kupię jej szynszyla i po paru dniach szynszyl pojawił się u niej w domu. Był dosłownie grzechem, ponieważ uważam dziś, że kupowanie zwierząt jest rzeczą moralnie naganną. Długo musiałem odpokutowywać tę decyzję, aż tamtego dnia Monika stwierdziła:

— W takim razie problem rozwiązany. Rozmawiałam z Adą, która właśnie się przeprowadza, i ona weźmie twojego szynszyla, a ty będziesz mógł zabrać kota.

Kot na zdjęciach koleżanki wyglądał na bardzo małego. Dlatego jadąc go odebrać, wziąłem torbę używaną wcześniej do przewożenia Betty Blue. Tak wabił się nasz szynszyl, od nazwy filmu, który oboje z Natalią lubiliśmy. Okazało się jednak, że od momentu zrobienia fotografii, zwierzę nieco urosło i koleżanka musiała nam pożyczyć swój transporter. Zgodnie z tradycją, kota nazwaliśmy Hushpuppy, bo takie imię nosiła bohaterka innego z naszych ulubionych filmów. Hushpuppy, w skrócie Puppy, przez parę tygodni dzielił mieszkanie razem z Betty. Gdy wypuszczałem Betty z klatki, bajka o Diable Tasmańskim zamieniała się w Kojota i Strusia Pędziwiatra. Gonili się jak szaleni po całym domu, wzniecając jeszcze większy popłoch niż Betty w pojedynkę. Po pewnym czasie zaś doświadczyliśmy scen z kreskówki o kocie Sylwestrze i ptaszku Tweetym, gdyż Puppy nauczył się otwierać klatkę szynszyla i wyciągać go stamtąd, by rozpocząć polowanie. Z początku stawali naprzeciwko siebie w nieruchomych pozach, próbując wzajemnie się przechytrzyć, a potem wracali do rutynowej gonitwy, siejąc podwójne zniszczenie. Działo się tak, dopóki Ada nie wzięła szynszyla do siebie. Puppy został wtedy sam. Z racji tego, że nie przepadałem za zwierzętami, pomyślałem, że należy mu znaleźć nowego przyjaciela, z którym by się bawił, a który nie przysporzy nam tyle kłopotów co szynszyl. Najlepszym rozwiązaniem był zatem drugi kot. Długo nie trzeba było czekać. Monika zbierająca koty po kilku tygodniach miała kolejnego.

— Zobacz, też taki czarny, będą do siebie pasować — powiedziała.

Tym sposobem w naszym mieszkaniu pojawiła się Pixie. Przed wyjazdem zapytano mnie, dlaczego komuś nie oddam tych kotów, skoro sprawiają tyle problemów logistycznych. Taka myśl jednak ani przez chwilę nie pojawiła się w mojej głowie. Nie byłem fanem zwierząt, ale te po prostu mieszkały ze mną, stanowiły jakąś część mojej własnej historii i codziennego życia, więc naturalną rzeczą było zabranie ich ze sobą w sytuacji, gdy zmieniałem tylko scenerię. Zmiana obsady nie wchodziła w rachubę. Właściwie to im zawdzięczałem kupno kampera, jako że w innych okolicznościach trudno byłoby usprawiedliwić taki wydatek przed żoną. Stanowiły główny argument w dyskusji, dlaczego kamper jest mi niezbędny.


Sceneria w drodze do Portugalii była piękna. Niestety nie mogłem nacieszyć się widokami, ponieważ ciągle martwiły mnie drobne usterki w kamperze i nurtowało pytanie, czy w ogóle uda się dojechać. Nie miałem bowiem pojęcia o stanie technicznym nowo zakupionego pojazdu. Podstawowym problemem do rozwiązania było nie działające oświetlenie z tyłu. Postanowiłem zreperować je jeszcze w Polsce. W razie niepowodzenia, prowadziłbym auto za dnia i o zmroku chodził spać. Był czwartek, a miałem dotrzeć do poniedziałku rano. Trasa liczyła ponad trzy tysiące kilometrów, więc w najgorszym wypadku spóźniłbym się o jeden dzień. Wprawdzie nie byłoby to powodem uznania wyjazdu za porażkę, ale z pewnością przysporzyłoby niepotrzebnego stresu.

We Wrocławiu znalazłem uliczkę pełną warsztatów samochodowych i pytałem w każdym z nich, czy ktoś ma czas, by rzucić okiem na moje tylne światła. W jednym miejscu powiedziano mi, że mają zbyt dużo pracy, w drugim również odmówiono, aż w końcu znalazł się człowiek, który kazał mi tylko trochę poczekać, a potem zajął się usterką. W międzyczasie poszedłem do bankomatu i gdy wróciłem, oznajmił:

— Ten pana kot wyrwał się z szelek i próbował uciec. Na szczęście zauważyłem go i złapałem.

„I na tyle zdały się poranne zabiegi”, pomyślałem, „które odwlekły mój wyjazd o godzinę”. Przeprosiłem mechanika, zarazem dziękując za czujność. Szukanie Puppiego w nieznanej dzielnicy Wrocławia mogło spowodować o wiele większe opóźnienie.

Przy okazji w warsztacie naprawiono radio, którego ustawienia resetowały się zawsze przy uruchamianiu pojazdu. Niestety, gdy elektryczne usterki zostały po mniej więcej dwóch godzinach usunięte, już po przekroczeniu polskiej granicy pojawiały się kolejne. Przy każdym przystanku spod auta kapało trochę wody. Raz pośrodku, raz z lewej strony, raz z prawej. Póki była to woda, a nie olej, nie odczuwałem nazbyt wielkiego zaniepokojenia. Najważniejsze, że mogłem jechać, a przyczynę awarii postanowiłem sprawdzić w warsztacie u celu podróży. Od czasu do czasu zaglądałem do komory z przenośną toaletą, by upewnić się, że wszystko gra, lecz i tam trafiałem na drobne wycieki. Z lekkim obrzydzeniem przecierałem je ręcznikiem papierowym, po czym szybko wracałem do auta nacisnąć przycisk nad drzwiami uruchamiający pompę wody i od razu biegłem do łazienki umyć ręce. Woda z kranu przestała nagle lecieć, w związku z czym musiałem wyposażyć się w pięciolitrowe butelki. Na szczęście auto nadal odpalało i jechało, osiągając momentami prędkość stu czterdziestu kilometrów na godzinę, więc nie było powodu, by odczuwać wewnętrzną rezygnację. Mimo to powracające zmartwienia nie pozwalały mi się skupić na mijanych krajobrazach.

Dopiero gdy pod wieczór zobaczyłem dziesiątki wiatraków przy autostradzie migających światełkami poprzez mgłę i zaczęła się lekka mżawka, mocno zatęskniłem za domem. Przypominały mi się teledyski przestawiające amerykańskie bezdroża z tęskną folk-rockową muzyką w tle. Był to mistyczny, na swój sposób zniewalający widok, a zarazem smutny. Amy Helm śpiewała o stanie Michigan oglądanym przez lusterko wsteczne, a ja myślałem o żonie, o naszym skromnym mieszkanku i drinkach, które latem piliśmy na małym balkonie. Również i te myśli ciężko było zebrać, ponieważ Puppy co pewien czas przerywał utwory puszczane w radiu swoim pomiaukiwaniem, a Pixie kręciła się po kokpicie lub wskakiwała mi na kolana. Okazało się, że właśnie te dwa, niezbyt mądre i niespecjalnie urokliwe koty, w każdej minucie miały stawać się moim ratunkiem przed samotnością.


Licznik w samochodzie nabijał kolejne kilometry, a ja zacząłem zastanawiać się, czy na pewno będę na czas. W połowie trasy zadzwonił telefon z firmy weryfikującej mój życiorys i musiałem potwierdzić, że w ostatnim miesiącu byłem dwukrotnie na wycieczce w Hiszpanii i nie wykonywałem żadnej pracy zawodowej. Pierwotny plan zakładał, że w czerwcu, po zakończeniu mojej umowy z poprzednią firmą, wyjedziemy odwiedzić znajomych w Walencji, a w drodze powrotnej Natalia wysadziłaby mnie w jakimś miejscu na trasie, z którego miałem rozpocząć wędrówkę do Santiago. Ona wróciłaby do domu sama. Wizyta u znajomych doszła do skutku, jednak szybko wyobraziłem sobie jak mógł wyglądać samotny powrót w wykonaniu mojej żony. Noclegi w hotelach i przejazdy autostradami kosztowałyby przecież więcej niż bilet lotniczy, dlatego postanowiłem pojechać razem z Natalią do Polski, skąd wyleciałem po kilku dniach z powrotem do Hiszpanii. We dwójkę byliśmy w stanie pokonać tę trasę szybciej i dzięki temu uniknąć zarówno płatnych autostrad jak i hoteli. Zajęło nam to niewiele ponad dobę.

Obecnie stało przede mną nieco trudniejsze zadanie z co najmniej trzech powodów. Przede wszystkim dystans z Polski do Lizbony był o jedną trzecią dłuższy niż do Walencji. Po drugie musiałem albo spać, albo jechać, bo w tym przypadku nie było możliwości znalezienia się w obydwu stanach jednocześnie, choć momentami się do tego zbliżałem. W takich chwilach próbowałem jak najszybciej zjechać na parking, ale okazało się, że również i to nie było prostym zadaniem. Większość Francuzów zaczynała teraz wakacje, więc zanim znalazłem wolne miejsce na którymś z przydrożnych parkingów, licznik zdążył przesunąć się niekiedy nawet o sto kilometrów a wskazówka zegarka o godzinę. Tym sposobem skróceniu ulegał także czas przeznaczony na odpoczynek. Po trzecie, mój samochód z trudem potrafił osiągnąć dozwoloną prędkość stu dwudziestu kilometrów na godzinę, co chyba najbardziej wydłużało podróż. Szczęśliwie jednak w niedzielny poranek byłem już niedaleko portugalskiej granicy i późnym popołudniem dojeżdżałem do Lizbony. Przed moimi oczyma najpierw ukazał się zarys Mostu Vasco da Gamy, najdłuższego w Europie, następnie wysoki akwedukt, a spoza niego wyłaniały się czerwone przęsła Mostu 25 Kwietnia. W pobliżu tego ostatniego znajdowała się siedziba firmy, w której miałem pracować. Postanowiłem przed dojazdem na kemping zajrzeć tam i sprawdzić, czy będzie dało się zaparkować pod nową pracą. Powoli, śledząc wskazania nawigacji, dotarłem do budynku nad brzegiem rzeki i ku mojemu uradowaniu stało przed nim kilka kamperów. Wjechałem na maleńki parking z myślą o tym, by stanąć na chwilę i rzucić okiem na okolicę, lecz nie znalazłem wolnego miejsca. Pomyślałem, że to nie szkodzi, bo pewnie po weekendzie coś się pojawi. W trakcie wykonywania manewrów wyszedłem na moment, nie wyłączając silnika, i spytałem człowieka, który akurat krzątał się koło swojego vana, czy parkowanie jest darmowe. Nie zrozumiał po portugalsku, więc powtórzyłem po angielsku i odpowiedział, że tak. Moje uczucie zmęczenia po długiej nużącej podróży przeobraziło się w nagły entuzjazm: „Podjeżdżam pod samą pracę, a tutaj okazuje się, że inni ludzie też koczują w kamperach i w dodatku nie trzeba za to płacić. Co za doskonałe zrządzenie losu!”. W przekonaniu, że dziś nie uda mi się zaparkować, zacząłem powoli i ostrożnie cofać. Gdy mijałem tego samego kampera, którego właściciel podzielił się ze mną radosną nowiną, spostrzegłem w lusterku, że macha do mnie ręką. Cofnąłem jeszcze kawałek i uchyliłem okno:

— To ty z Polski jesteś? — zapytał. — Teraz zauważyłem rejestrację, jak cofałeś.

Słysząc to, zgasiłem silnik i wysiadłem, żeby się przywitać.

— Cześć, Romek jestem — przedstawił się. Był pierwszą osobą, którą spotkałem w Portugalii.

— Ja jestem Daniel. Zaraz jadę na kemping, ale chciałem zorientować się, jak wygląda tutaj sprawa z parkowaniem, bo od jutra mam w tym budynku zacząć pracę.

— I będziesz mieszkać w kamperze?

— Tak… — nieśmiało odparłem.

— No nie gadaj! Pracuje tu taki Wadim, może się znacie.

— Nie, nie znam jeszcze nikogo.

— On też mieszkał w kamperze. Wynajmował coś u gościa po drugiej stronie rzeki za, nie chciałbym cię skłamać, ale chyba sto euro miesięcznie. Z prądem, wodą i ze wszystkim.

Odpowiedziałem Romkowi, że w takim wypadku koniecznie musi mnie z nim zapoznać, bo cena stu euro przekraczała moje najbardziej optymistyczne oczekiwania, biorąc pod uwagę fakt, iż postawienie auta na kempingu w Lizbonie na cały miesiąc kosztowałoby ponad tysiąc.

— Co ty, tu jest za darmo — odezwał się. — Tylko w weekendy czasem głośno. No i ciężko o miejsce, ale jak przyjedziesz z rana, to na pewno coś będzie. Ten teren należy do portu i chyba dlatego miasto nie wprowadziło opłat.

Romek był niewysokim człowiekiem w okularach w wieku około sześćdziesięciu lat. Jego pojazd, nieco mniejszy od mojego, wyglądał na vana samodzielnie przerobionego na kampera. Właśnie przyrządzał jakiś posiłek, siedząc na krzesełku wystawionym obok rozsuwanych drzwi. Mimo że słońce zbliżało się już do krańca horyzontu, Romek poruszał się bez wierzchniego okrycia powyżej pasa, co uwidaczniało jego niewielką nadwagę. Głos miał za to przepełniony serdecznością i optymizmem. Gdy jednak zapytałem, co tutaj robi, nie ujawnił zbyt wielu szczegółów. Potwierdził tylko, że minęło parę miesięcy, odkąd przyjechał. Ani nie pracował, ani nie był na emeryturze. Na wakacjach też nie był, a wnioskując po jego aparycji mogłem domyślić się, że nie była to również wymiana studencka. Nie chciałem być nachalny, więc pozwoliłem temu pytaniu pozostać bez odpowiedzi. Dopytałem zamiast tego o Wadima.

— Podjeżdża tu jakąś hybrydą, honda albo toyota, nie wiem. Musisz go kiedyś złapać.

Romek poinstruował mnie jeszcze o alternatywnych miejscach parkingowych, po czym pożegnaliśmy się, a w zasadzie powiedzieliśmy sobie „do jutra” i ruszyłem w stronę Cascais, gdzie znajdował się mój kemping.

7

Pierwszego dnia powitała nas długowłosa piękność o imieniu Tânia. Miała na sobie niebieską sukienkę w białe groszki, włosy zafarbowane lekko na fioletowo i dopasowane do tego koloru paznokcie. Usiadłem w przednim rzędzie. Gdy ukradkiem spoglądałem na nią, ktoś wszedł do sali.

— Trzecie piętro! — zawołała.

Potem zadzwonił telefon na biurku, podniosła go i odłożyła, powtarzając to samo.

— Ach, szalony ten dzień, naprawdę szalony — westchnęła. Ja tymczasem pomyślałem, że po drugim takim powitalnym dniu, zdążyłbym się nauczyć czytać z ruchu warg.

— Dobrze, przejdźmy więc do rzeczy — kontynuowała. — Na początku może się przedstawmy.

Tânia była administratorem budynku, lecz okazało się, że większość z nas miała pracować w innym, a tutaj odbywały się tylko szkolenia. Niestety i ja znalazłem się w tej grupie.

Po mojej krótkiej prezentacji, uchyliły się na moment drzwi do sali.

— Trzecie piętro!

Kiedy po raz kolejny zadzwonił telefon, który leżał na ławce przede mną, przyszło mi go głowy, by wyjść z inicjatywą — zapytać Tânię, czy nie mógłbym odebrać za nią i po prostu powiedzieć do słuchawki, że chodzi o trzecie piętro. Niestety pierwszy dzień nie sprzyjał żartom z mojej strony.

Tymczasem trwały dalsze prezentacje.

— Nie wiem, gdzie będę pracował, nie wiem dla jakiej firmy, nic mi nie powiedziano, o niczym nie poinformowano — odezwał się ktoś z tyłu, na co kolega odparł pełnym przekonania głosem, że będziemy pracować dla Facebooka.

— Ale Facebook nie jest naszym klientem — zaprzeczyła Tânia.

Prawdopodobnie pomyliło mu się z inną firmą, do której wysłał zgłoszenie. Kiedy wszyscy przedstawili się, przed każdym z nas pojawił się stos dokumentów zapakowanych w żółtą teczkę. Następna godzina minęła na ich wypełnianiu.

Siedziałem obok Franka, który co chwilę o coś pytał i Tânia musiała powtarzać mu parokrotnie te same informacje. Powiedział mi, że kiedyś wynajmował tanio mieszkanie w miasteczku Azambuja. Miał tam basen, kilka pokoi, oddzielną łazienkę i kuchnię dla każdego lokatora oraz udogodnienia, o jakich dziś może sobie najwyżej pomarzyć. W dodatku właściciel nie potrzebował żadnych zaliczek, ufając mu z racji tego, że jest Niemcem, a Niemcy przecież zawsze płacą.

Po oddaniu formularzy, Tânia odbyła z nami wycieczkę po siedzibie firmy.

— Tylko, proszę, idźcie za mną — ostrzegła. — Bo często zdarza się, że jak liczę pod koniec ludzi, to jest ich mniej niż na początku. Gdzieś po drodze czasem ktoś się gubi i potem musimy go szukać.

Wydawało się to zabawne, ponieważ budynek nie był duży. Składał się z dwóch pięter oraz piwnicy, a na dachu znajdował się bar z drinkami, o tej porze jeszcze nieczynny. Mimo to w trakcie przerwy pozwalano korzystać pracownikom z przestrzeni na dachu. Dla nas nie miało to znaczenia, ponieważ za tydzień, po prezentacjach, mieliśmy przenieść się na obrzeża Lizbony, gdzie były biura mogące pomieścić nowych ludzi. Z jednej strony zmartwiło mnie, że nie będę mógł w tym wypadku korzystać z miejsca, w którym stał Romek, a również i to, które wynajmował Wadim, za mostem, byłoby zbyt odległe. Z drugiej strony na przedmieściach prawdopodobnie łatwiej będzie znaleźć taki parking. Bez względu na to, postanowiłem podejść do Romka i spytać o możliwość kontaktu z Wadimem, bo do tej pory w pracy nie natknąłem się na osobę o takim imieniu. Romek znów siedział bez koszulki i właśnie gotował coś na elektrycznej kuchence. Cały jego van obklejony był panelami słonecznymi, a z przodu i po bokach zamocowane miał kamery.

— Wszystko mam na elektrykę, więc potrzebuję dużo energii.

— Kurczę, ale ta kamera to dobry pomysł. Sam to wszystko zrobiłeś?

— A co w tym trudnego?

— No ja się w ogóle na takich rzeczach nie znam, ale jakbyś znalazł kiedyś chwilę, to miałbym dla ciebie kilka zleceń.

— Mam taką zasadę — odrzekł stanowczo, lecz z uśmiechem — że za pieniądze nie robię i dla innych też nie robię, bo roboty wystarcza mi u siebie.

Zerknąłem na szkice, papiery i narzędzia porozrzucane po wnętrzu auta. Rzeczywiście zdawało się, jakby miał ręce pełne pracy. Jednocześnie wciąż zastanawiało mnie, co robi poza tymi wiecznymi wakacjami, podczas których najwyraźniej zajmował się wyłącznie swoim hobby. Podał mi za to namiar na serwis, gdzie jego koleżanka reperowała zabudowę kampera, a ja zostawiłem mu swój numer, by przekazał Wadimowi, jak go spotka.

— Jasne, nie ma sprawy!

Wadim wkrótce miał zostać moim kierownikiem.


Po tygodniu szkoleń, pierwszy raz poszedłem do portugalskiej kawiarni, znajdującej się w odległości niecałego kilometra od mojego kempingu. Zamówiłem kawę „do połowy z mlekiem”, rogalika z czekoladą i cieszyłem się porannym słońcem. Z wnętrza lokalu dobiegały dźwięki klasycznego amerykańskiego rocka. Przychodzili tu głównie turyści, więc mój zestaw kosztował ponad dwa euro. Zazwyczaj są o jedną trzecią tańsze.

Kemping był na przedmieściach Cascais. Codziennie do tej pory szedłem sześć kilometrów do stacji kolejowej, stamtąd jechałem czterdzieści minut pociągiem i jeszcze pozostawał kilometr do pracy. Cała droga trwała dwie godziny. W sobotę miałem opuścić kemping, a od poniedziałku zaczynaliśmy pracę w innej lokalizacji, gdzieś pomiędzy Cascais a Lizboną — odległej od centrum, ale dzięki temu bardziej sprzyjającej znalezieniu dobrego miejsca do zaparkowania auta. Mnie to odpowiadało, lecz sprawiło zarazem, że większość osób, które przyjechały tu do pracy, będzie musiało zmagać się z podobnymi trudnościami z dojazdem, jakie ja miałem na początku. Obliczyłem, że jeśli postawię mojego kampera gdzieś w pobliżu, to zaoszczędzony w ów sposób czas pozwoli mi w skali roku nacieszyć się prywatnym życiem o miesiąc dłużej. Szkolenie z zarządzania czasem najwyraźniej nie było mi już potrzebne. Poszczęściło mi się także, jeśli chodzi o finanse, gdyż posiadaczy certyfikatu odbycia pielgrzymki do Santiago obowiązywała aż pięćdziesięcioprocentowa zniżka. Niemniej zasmucił mnie fakt, że ze względu na wysokie ceny wynajmu mieszkań, ludzie pracujący w jednej z europejskich stolic spotykają się z warunkami bardziej przypominającymi kraje trzeciego świata.

Polubiłem okolice swojego kempingu. Po drodze do Cascais widać było w oddali wzgórza, nad którymi unosiło się kłębowisko białych chmur. Upodobniało je to do wielkich szczytów górskich pokrytych śnieżnym całunem. Mocne podmuchy wiatru przypominały jednocześnie, że jesteśmy nad oceanem. Podczas wieczornych powrotów, mijając stadniny koni i pola golfowe, przechodziłem obok ławeczki, na której zawsze siedziała para starszych ludzi o azjatyckich rysach. Patrzyli w milczeniu na samochody przejeżdżające przez rondo. Być może też spoglądali na ten fałszywy górski pejzaż, który mógł wykazywać pewne podobieństwa z obrazem małych azjatyckich wiosek. Na przykład tych, jakie często bywają miejscem akcji japońskich kreskówek. Mnie widok horyzontu przywoływał dokładnie takie skojarzenia. Począwszy od drugiego dnia zacząłem mówić im „dobry wieczór”. Pani odpowiadała tym samym, a pan w geście pozdrowienia unosił otwartą dłoń.

Na weekend przeniosłem się do Lizbony. Obok Romka nie było miejsca, więc stanąłem kilkaset metrów dalej, przy dworcu Santos, gdzie opłatę za parkowanie pobierano wyłącznie w dni robocze. Ruszyłem od razu w stronę placu Martim Moniz. Portugalska koleżanka powiedziała mi, że znajdę tam wszystko, w związku z czym pomyślałem o filiżance do kawy z zamykanym wieczkiem. Potrzebowałem takiej do pracy, jako że nie wolno nam było do pomieszczeń biurowych wnosić otwartych naczyń. Zupełnie inaczej niż w dawnej firmie, gdzie zawsze po uruchomieniu komputera urządzałem sobie własne, prywatne biuro. Wykładałem gazetę, książkę, a potem z kuchni przynosiłem ciepłą herbatę oraz talerzyk z ciastkiem, i zapalałem lampkę. Kolega, przychodzący na zmianę w zimowy wieczór, zastawszy mnie w takim otoczeniu i dodatkowo w bordowym zapinanym pod szyję sweterku, stwierdził, że brakuje mi jeszcze tylko kominka. W istocie niewiele brakowało mi tam do szczęścia. Warunki pracy w obecnej firmie miały się pod tym względem diametralnie różnić.

Poszukiwany przeze mnie przedmiot okazał się tak unikatowy, że nie znalazłem go nawet na placu Martim Moniz, choć lokalizacja ta autentycznie miała w sobie coś wyjątkowego. Nie wyróżniała się liczbą imigrantów, gdyż w każdym zakątku Lizbony można spotkać ludzi o wszystkich kolorach skóry, lecz tu, w samym centrum, mieszkali lub przynajmniej pracowali ci biedniejsi. Na środku placu toczyła się rozgrywka krykieta, a w okalających go alejkach odbywał się uliczny handel. W jednej z nich natrafiłem na bengalską restaurację, w której udało mi się zjeść tani obiad, a następnie ruszyłem ulicą Almirante Reis w poszukiwaniu przyjemnego miejsca na poobiednią kawę. Gdy siedziałem już we wnętrzu kawiarni, za witryną przemknęła sylwetka znajomej mi osoby.

— Julia! — zawołałem przez szybę.

Odwróciła się w moją stronę i weszła do środka. Była to dziewczyna z Polski, która wraz ze mną odbywała szkolenia.

— Jaki zbieg okoliczności! Właśnie niedawno widziałam Ricarda.

Ricardo był Brazylijczykiem, mającym również z nami pracować. Okazało się, że wiele osób wynajmuje mieszkanie lub pokój w tej dzielnicy, czemu trudno było się dziwić, biorąc pod uwagę ceny najmu w ładniejszych miejscach. Ricardo przeniósł się tutaj z Porto, więc wiedział czego może się spodziewać po Portugalii, za to Julia była zaskoczona, że tak wygląda jedna z europejskich stolic. Kamienice z obdrapanym tynkiem, ludzie chodzący w łachmanach, nagromadzenie sklepów z przedmiotami za jedno euro — wszystko to zarazem przyciągało coraz większe tłumy turystów, znudzonych zachodnioeuropejską modą na nowoczesność i sterylność. Niestety sprawiało też, że pośród tych wąskich lizbońskich uliczek, ich mieszkańcom żyło się coraz ciaśniej.


Tego samego dnia mój portugalski przyjaciel wysłał mi deklarację, o którą go poprosiłem, poświadczającą fakt, że jestem stałym mieszkańcem jego posesji na południu kraju. Oznaczało to, że wraz z innymi przywilejami przysługuje mi darmowy wstęp do muzeum. Większość muzeów oferowało bowiem bezpłatne wizyty dla osób mających rezydencję w Portugalii, pod warunkiem, że chcieli je zwiedzić w niedzielę w okołopołudniowych godzinach. Wybrałem się zatem do Narodowego Muzeum Sztuki Dawnej, które mieściło się tuż przy moim parkingu. Pokazałem skan dokumentu oraz paszport i rzeczywiście wpuszczono mnie bez opłaty za bilet. Na piętrze znajdowało się odwzorowane w pełnej skali dziewiętnastowieczne pomieszczenie z eksponatami przywiezionymi z Wiednia. Pokój ten zajmowała niegdyś bogata austriacka rodzina, która zbiła majątek na świadczeniu usług pocztowych. Opis na tabliczce mówił, że po utworzeniu narodowej poczty, rodzinę spotkały kłopoty finansowe i w końcu zaczęła wynajmować pokoje przyjezdnym arystokratom oraz dyplomatom. W pozostałych salach można było obejrzeć elementy wyposażenia ówczesnych kuchni i łazienek. Rozśmieszyła mnie walizka podróżna, do której w specjalnie wyżłobione wgłębienia wkładano bidet i inne akcesoria do załatwiania fizjologicznych potrzeb. Przebiegłem szybko przez kolejne wnętrza pełne szafek, komód i porcelanowych naczyń, aż znalazłem się na drugim piętrze z obrazami. Ekspozycja została zorganizowana w bardzo tradycyjnym stylu, przypominającym Narodową Galerię Sztuki w Londynie, co odpowiadało mi, gdyż dzięki temu mogłem skupić się na obrazach. Pierwszym, który przyciągnął mój wzrok na dłużej, było skromne dzieło włoskiego artysty, Alessandra Magnasca, pod tytułem Poeta i ptak. Przedstawiało dziwnie prezentującego się osobnika, który siedział w medytacyjnej pozie, owinięty niedbale kolorową szmatą i opaskami wokół głowy. Kojarzył się z mnichem uprawiającym modły na ulicy, lecz miejsce wyglądało raczej na jego prywatną, minimalistycznie urządzoną pracownię. Poeta trzymał wyciągnięte w górę ręce i obserwował ptaka, który przysiadł na jego biurku. Jednocześnie jego wzrok celował trochę wyżej i wydawał się, jak gdyby na wpół przymknięty, a zatem ów ptak mógł być chwilowym wytworem wyobraźni lub poetyckiego natchnienia. W dzień przed moim wyjściem do muzeum odbyliśmy w pracy krótką lekcję tak zwanej mindfulness, czyli skupiania naszej uwagi na momentach, które aktualnie przeżywamy. Myślę, że właśnie ten obraz był doskonałą ilustracją owej praktyki.

Po przemierzeniu kolejnych sal, nagle coś wprawiło mnie w takie osłupienie, że zatrzymałem się na kilkanaście minut w bezruchu i nie mogłem skupić się ani na tym, co ujrzałem, ani na niczym innym. Myśli krążyły jak szalone po wszystkich stronach książek, które przeczytałem, a jedną z nich była powieść Flauberta, zabrana ostatnio na szlak do Santiago. Przed moimi oczyma ukazało się bowiem Kuszenie Świętego Antoniego w interpretacji Hieronima Boscha. Obraz ów sprawiał, że chciałbym odlecieć na namalowanej tam wielkiej rybie, która wiozła po niebie parę szukającą schronienia przed nadciągającą zagładą. Może byli to turyści, którzy przypadkiem znaleźli się w tym upiornym miejscu przedstawionym na tryptyku. Turystyka raczej nie była prężnie rozwijającą się branżą w czasach Hieronima Boscha, ale obraz pozostawiał ogromne możliwości interpretacyjne. W muzeum natknąłem się jeszcze na dwie inne wersje historii świętego Antoniego, pustelnika, którego uznano pierwszym w historii mnichem. Ta jednak najbardziej przemówiła do mojej wyobraźni. Paru ludzi, podobnie jak ja, stało zapatrzonych w owo tajemnicze dzieło, a spośród nich usłyszałem głos pani tłumaczącej po polsku swojemu dziecku historyczne i religijne zawiłości związane ze średniowiecznym malowidłem.

— Zdecydowanie lepsze niż powieściowa adaptacja — powiedziałem. — Flaubert nieco gorzej to przedstawił. Nic nie zrozumiałem z jego książki.

Odbąknęła coś, lecz moje myśli wciąż skupione były wokół obrazu.

Po powrocie z muzeum pojechałem w stronę miasta Oeiras, w którym miała się znajdować nowa siedziba firmy i zaparkowałem przy plaży. Zauważyłem w międzyczasie, że Pixie jest bardzo spłoszona i ciągle chodzi z wystawionym języczkiem. Dotknąłem noska — był ciepły, co w przypadku kotów podobno nie jest dobrym znakiem. Wziąłem ją na kolana i zacząłem głaskać, by sprawdzić, czy będzie mruczeć, jak to zazwyczaj robiła, jednak po kilku chwilach wyrwała się, siadając nieruchomo na podłodze. Jeszcze raz podniosłem ją i dokładnie się przyjrzałem. Wtedy natrafiłem na ponad trzycentymetrowy fragment rozciętej skóry pod lewą nogą. „O, nie! Z tym gamoniem stale są jakieś kłopoty”, pomyślałem. Ledwie wykaraskała się z obrażeń doznanych po upadku kaktusa, którego tuż przed naszym wyjazdem sama strąciła wraz z doniczką, a teraz to. Poszukałem szybko weterynarza przyjmującego w weekend, pozamykałem okna i ruszyłem, próbując przecisnąć się na milimetry przez samochody zagradzające wyjazd z parkingu.

Pixie dostała znieczulenie, antybiotyk i wynosiłem ją w śmiesznym plastikowym kapturku na głowie. Zabiegi trwały ponad godzinę.

— To będzie sporo kosztować, wie pan? — ostrzegł mnie młody doktor w białym stroju.

Napisałem Natalii, że nie dosłyszałem, czy rzucił kwotą zbliżoną do siedemdziesięciu euro czy stu siedemdziesięciu. Gdy wróciłem po Pixie, zjadłszy kolację w kamperze, okazało się, że jednak chodziło o kwotę trzycyfrową. Z tego względu mógłbym polecić posiadanie gapowatego kota zwłaszcza przeciwnikom powszechnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Być może jest szansa, że po uprzednim przetestowaniu swoich poglądów na zwierzętach, zmieniliby zdanie.

W samochodzie Pixie przewróciła się przy próbie wyjścia z transportera. Była lekko oszołomiona po znieczuleniu. Postanowiłem, że zamiast na plaży stanę bliżej pracy i ustawiłem nawigację na jeden ze znalezionych wcześniej na mapie punktów będących potencjalnym parkingiem. Pixie próbowała włożyć swój otoczony plastikowym kapturem łepek do schowka na szczotkę. Zapomniała, że nawet bez niego się tam nie mieści. Kilka razy zatrzymywałem się na światłach awaryjnych, doglądając czy wszystko jest z nią w porządku, aż w końcu dotarliśmy do małego placu postojowego w miejscowości Laje przy ośrodku sportowym oraz przedszkolu. Był całkowicie pusty, więc przypuszczałem, że także w dni robocze nie będę nikomu zastawiał miejsca. Z okna kampera widziałem budynki składające się na nowoczesny park technologiczny z szyldami różnych światowych marek.

Do parku Lagoas według mapy szło się zaledwie pięć minut, ale na wszelki wypadek wolałem zrobić krótkie rozpoznanie terenu. Pogłaskałem Pixie i wyszedłem. Po chwili musiałem wrócić do samochodu po kurtkę, bo w okolicy wiał dość silny wiatr. Cały obszar metropolitalny Lizbony pnie się w górę od ujścia rzeki w głąb lądu, co sprawia, że lokalne mikroklimaty mogą być mocno zróżnicowane. Zasada jest taka, że im wyżej, tym bardziej wietrznie i zarazem taniej, jeśli chodzi o ceny mieszkań oraz lokalną rozrywkę.

Dzieliło mnie teraz od firmy rzeczywiście tylko pięć minut drogi. Przy okazji spaceru oznaczyłem na mapie dwie inne lokalizacje do zaparkowana auta w podobnej odległości i zamówiłem małe piwo w lokalnym barze należącym do klubu sportowego, by wniknąć trochę w tutejszą społeczność. Było po dziewiątej i bar pozostawał jedynym miejscem, gdzie paliło się światło, poza nielicznymi domami oraz logami korporacji w oddali. Wewnątrz siedziało kilkoro ludzi oglądających mecz oraz parka paląca papierosy w sali ze stołem bilardowym. Tam właśnie usiadłem, otworzyłem komputer i zacząłem pisać. Młoda czarnoskóra dziewczyna szybko podeszła do mnie i powiedziała, że wkrótce zamykają. Jak większość portugalskich dziewczyn, oznajmiła to ze szczerym uśmiechem. Miała bardzo zgrabną sylwetkę, a jej szczególne walory podkreślały szare dresowe spodnie, w które była ubrana. Zamknąłem więc dopiero co uruchomiony komputer i wróciłem do auta. Kolejne piwo czekało w kamperze, a w zastępstwie dziewczyny posadziłem na kolanach chorego kotka i pisałem dalej.

8

Dobiegał końca drugi tydzień mojego pobytu w Portugalii i po tym czasie odgadłem, dlaczego jest mi tutaj dobrze. Doszedłem do wniosku, że chodzi o pewne luźne powiązanie z dzieciństwem spędzonym w małym miasteczku. Kiedy byłem mały, mama ze względu na nieukończone jeszcze studia a tata na pracę, którą dostał w innym mieście, zostawiali mnie często u swoich własnych rodziców. Stamtąd pochodzi większość moich wspomnień.

Babci, jak już wiadomo, niespecjalnie układało się z dziadkiem. Kiedyś zapytałem ją, po jakim czasie zaczęło się dziać źle i powiedziała, że „po roku się na nim poznała”. Nie rozstali się jednak z uwagi na dzieci oraz fakt, że rozwody nie były wówczas tak popularne jak obecnie. Dlatego kilkadziesiąt lat przeżyli pośród kłótni, krzyków i nieporozumień w niemal każdej drobnej sprawie. Próbując uczynić wspólne bytowanie nieco lżejszym, wynajdywali różne metody na to, by w codziennym życiu nie wchodzić sobie nawzajem w drogę. Najbardziej specjalizowała się w tym babcia, zachęcając dziadka do spacerów lub spędzania czasu na ławce. Ławka pod blokiem była stałym miejscem spotkań z mieszkańcami osiedla. Zazwyczaj siedział tam ktoś, z kim dziadek prowadził rozmowy o polityce i rozwiązywał krzyżówki. Ja wtedy bawiłem się w usypanej naprzeciwko piaskownicy lub na stojącej obok zjeżdżalni. Spacery natomiast najczęściej kończyły się w barze, gdzie dziadek nawiązywał kontakty z przypadkowymi ludźmi, choć niekiedy byłem przekonany, że zna ich od lat. Dziadek zamawiał piwo, a ja z zadowoleniem zjadałem chipsy i popijałem je gazowanym napojem, przysłuchując się dyskusjom na rozliczne tematy. Myślałem, że tak samo będzie wyglądało moje życie, gdy dorosnę — że też będę wychodził na spacer, na piwo i spotykał ludzi. Niestety przyszłość ludzkości została zaprojektowana w inny sposób. Już w momencie gdy dziadek z babcią przeprowadzili się do nowocześniejszego osiedla w nowoczesnym mieście, zauważyłem pierwsze różnice. Pod blokiem nie było ławki, a na osiedlu nie było żadnego baru.

Początkowo próbowałem zagadywać ludzi w pociągach lub knajpach, siadając specjalnie przy kontuarze, gdzie była największa szansa na poznanie kogoś. Zwykle w tych sytuacjach odnoszono się do mnie przyjaźnie. Choć miałem niespełna osiemnaście lat, czułem się wtedy doroślejszy, jednakże niedługo po tym, jak dziadek umarł, zamknąłem się bardziej we własnych myślach. Tak po prostu ewoluowała moja osobowość. Nie było w tym żadnego mistycznego powiązania ze śmiercią dziadka, za to sądzę, że istniał pewien związek symboliczny. W tym samym czasie bowiem umierała w naszym kraju kultura nawiązywania znajomości z przypadkowym ludźmi z ulicy oraz spędzania popołudni poza ścianami własnego domu. Widziałem często, jak starsi ludzie wałęsają się bezradnie, próbując zagadać jakiegoś przechodnia i nawet mnie zdarzało się zbyć ten serdeczny gest uśmiechem oraz krótką, wymijającą odpowiedzią. Smutno mi było, gdy przestałem widywać tych ludzi siedzących na ławce lub przy barowym stoliku, pogrążonych w dyskusji. Dopiero tutaj, nad oceanem, odczułem ponownie tę atmosferę kawiarnianych pogawędek i przyjacielskich sprzeczek o sprawy wielkie i błahe, utrzymywanych jedynie po to, by każdemu dniu nadać jakiś sens.

— O, idzie prezydent Laje! — zawołał mężczyzna siedzący obok mnie, pogrążony w lekturze „Correio da Manhã”, gdy do kawiarni zbliżał się inny człowiek, z którym zaraz poklepali się po ramieniu i tamten wszedł do środka po piwo.

— Na kogo będziesz głosował? — zapytał, wróciwszy do stolika.

— Nie wiem, na pewno nie na tych „Pol Potów”.

Spekulowałem w myślach, czy wyraził się tak o rządzącej Partii Socjalistycznej, najbardziej prawdopodobnego faworyta zbliżających się wyborów, czy też o rzeczywiście bardziej lewicowych opcjach, dostępnych tu w postaci Bloku Lewicy lub Partii Komunistycznej. Portugalska scena polityczna była w istocie przesunięta nieco na lewo w stosunku do naszego kraju, jednak mówienie o którejkolwiek z partii w ten sposób wydawało się komiczne, gdyż ich nazwy niezupełnie pokrywały się z programem, a były wyłącznie schedą po rewolucji.

— Polityka to nie dla mnie — kontynuował. — Lewica, prawica, wszystko jedno, byleby się ludziom dobrze żyło.

Mimo tej pozornej obojętności, polityka zdawała się bardziej eksponowanym w mediach i bardziej szanowanym w codziennych rozmowach tematem niż w Polsce. Raz z ciekawości włączyłem na RTP Play tutejszy dziennik telewizyjny i pokazywano kongres rządzącej partii. Minęło piętnaście minut, a kongres dalej się odbywał. Wiadomości trwały godzinę, zatem mniej więcej po połowie, sprawozdanie z kongresu dobiegło końca. Ucieszyło mnie, że dowiem się czegoś o sytuacji na świecie, ale wtedy dziennikarz podążył za premierem António Costą i zaczął przeprowadzać z nim wywiad w rządowej limuzynie na temat zakończonego właśnie spotkania. Wywiad zajął kolejne piętnaście minut, po czym pokazano wiadomości ze świata w postaci ostatnich rozgrywek sportowych.


Pixie siedziała ciągle na fotelu kierowcy. Pewnie dlatego, że nie zagoiła się jej jeszcze dawna ranka, a na domiar złego, tuż obok pojawiła się nowa. Dwa dni temu, gdy chciałem wyprowadzić dużego kota na spacer, mała niespodziewanie wymknęła się bokiem. Szybko wyskoczyłem za nią i zacząłem się rozglądać, w którą stronę mogła pobiec.

— Pixie, Pixie… Piksulku! — wołałem. — Kici, kici…

Odnalezienie jej kryjówki było proste. Schowała się pod samochodem, w takiej odległości od krawędzi, że nie potrafiłem po nią sięgnąć ręką. Nie mogłem też wrócić do środka po kij od szczotki z obawy o to, że w międzyczasie uciekłaby w nieznanym kierunku. Dlatego postanowiłem wypłoszyć ją spod auta i złapać w biegu. Niestety Pixie okazała się zwinniejsza ode mnie i pobiegła w stronę pnącej się wysoko skały, na której krańcu znajdował się płot wyznaczający granice boiska. Był wieczór, więc w przypadku ucieczki pod górę nie miałbym szans jej odnaleźć. Pixie zamiast tego znalazła schronienie w skalnej wnęce, a ja — nie mając pojęcia, jak bardzo może być głęboka — włożyłem rękę do środka i brutalnie złapałem ją za ogon, próbując stamtąd wyszarpnąć. Udało mi się chwycić część tułowia i nie zważając na drapanie, piski oraz ugryzienia, wyciągnąłem ją zdecydowanym ruchem, a potem prędko zaniosłem do samochodu. Prawdopodobnie wtedy pojawiło się to drugie zadrapanie. Nie miałem jednak wyboru, gdyż znając Pixie, mogłem wyobrazić sobie, że siedzi tam przez kolejne dni bez picia i jedzenia, a wtedy wyjąłbym ze szczeliny co najwyżej jej szkielet. Byłem w obliczu tego jednocześnie zły na siebie i szczęśliwy, że akcja ratunkowa zakończyła się sukcesem. Za to Pixie zezłościła się na mnie o wiele bardziej. Kiedy tylko znalazła się we wnętrzu auta, wskoczyła w jedną ze swoich kryjówek na półce pod sufitem. Próbowałem co pewien czas zbliżyć się, by wyczuć jej nastrój, lecz warczała wtedy jak lew, obnażając dwa wystające kły. Gdy natomiast podsuwałem rękę, ona wyciągała swoją, drapiąc mnie tak mocno, jak potrafiła. Pomyślałem wtedy, że powrót do dawnego zachowania może zająć jej co najmniej tydzień.

Kiedyś zdarzyło się, że zabrałem Puppiego do domu rodziców, bo właściciel naszego mieszkania miał przyjechać po czynsz, a o kotach nic nie wiedział. Pixie w tym przypadku bardzo ułatwiała sprawę, gdyż sama się chowała. Z Puppym niestety było trudniej. Gdy wróciłem zaledwie po kilku godzinach, Pixie zmieniła się nie do poznania. Najwyraźniej zapomniała, kim jest Puppy. Doszła do wniosku, że przywiozłem jej z powrotem innego kota i również na niego zaczęła warczeć i się wściekać. On bał się jak małe dziecko. Trwało to dokładnie tydzień. Wówczas jednak Puppy w niczym jej nie zawinił, a ja miałem powody, by przypuszczać, że agresywna postawa Pixie w stosunku do mnie nie ustąpi. Postanowiłem więc, pogrążony w smutku, nie denerwować jej i poczytać książkę przy stoliku, co parę chwil zerkając, czy nie zmienia pozycji. Liczyłem na ruch Pixie, by móc sprawdzić, czy w trakcie naszej szamotaniny nie pogorszyła się jej rana i czy nie wypadły szwy. Ona tylko spozierała na mnie swoimi wystraszonymi oczami. Czasem wstawałem i z bezpiecznej odległości próbowałem udobruchać ją jakimś miłym słowem. Odpowiadała mi na to, otwierając swoją lwią paszczę albo w ogóle nie reagowała. „No trudno, poczekam do jutra”, stwierdziłem. „Po pracy może się coś zmieni. Może przypomni sobie, że nie jestem taki zły”. Zgasiłem w końcu światło i wdrapałem się na górne łóżko, przykrywając śpiworem i układając do snu. Po chwili usłyszałem jakiś szelest i widziałem, jak Pixie zeskakuje z półki, kładąc się obok mnie.

— Piksulku mój mały, już wszystko dobrze!

Prawie popłakałem się.

Tak nagle, spontanicznie szczęśliwy bywam w wyjątkowych, choć występujących cyklicznie w moim życiu momentach. Jeden z nich, to gdy po całodniowych poszukiwaniach odnajduję obrączkę lub ulubiony, zgubiony już trzykrotnie długopis. Drugi to, kiedy udaje mi się odzyskać co najmniej większą część utraconych przypadkiem danych lub skasowanego fragmentu pliku w komputerze. Jeszcze inny zdarza się, jak moja żona po parunastu nieudanych połączeniach odbiera ode mnie telefon i słyszę, że tym razem nie omdlała, nie rozbiła sobie głowy ani nie leży w szpitalu. Dziś nastąpił kolejny i Pixie z powrotem była moim ukochanym kotkiem.

9

Niby nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad, a jednak kierując się z pracy na godzinną przerwę do kampera właśnie taki obiad dostałem, zupełnie za darmo. Na placu pomiędzy biurowcami stała dziewczyna z lodówką i widziałem, jak komuś wręcza duże opakowanie z sałatką.

— To za darmo? — spytałem.

— Tak.

Tym sposobem udało mi się zaoszczędzić trzydzieści minut, które musiałbym przeznaczyć na gotowanie. Jedzenie w Portugalii jest smaczne, choć bardzo proste. Jeśli zamawiamy zupę z fasolką i kanapkę z jajkiem, możemy się spodziewać, że dostaniemy dokładnie to, co w opisie. Zupę, w której pływa tylko fasolka oraz kanapkę, w której wnętrzu jest jajko i nic poza nim.

Moje dania przyrządzone w kamperze też nie były specjalnie wyszukane. Wprawdzie od dziesięciu lat, które minęły od ostatniego pobytu w Portugalii, opanowałem podstawowe elementy obsługi kuchni, ale nie należało to do moich ulubionych zajęć. Najczęściej stosowany przeze mnie autorski przepis obejmował takie składniki jak: makaron, puszka z tuńczykiem lub sardynkami i — w zależności od stanu szafki z zaopatrzeniem — pokrojony w paseczki ziemniak, marchewka, cebulka lub czosnek. Pod koniec dodawałem magiczną bulionową kostkę, która służyła mi jako mieszanka przypraw i było gotowe.

Perspektywa wyjazdu do Portugalii skłoniła mnie do porzucenia wegetariańskiej diety. W kraju, gdzie większość dań zawiera owoce morza lub ryby, osobie tak chudej jak ja niełatwo byłoby utrzymać wagę, unikając ich spożywania. Niemniej jednak przez minione dwa lata, gdy obiady gotowała mi żona, wegetarianizm nie miał na to wpływu. Z moich sześćdziesięciu kilogramów ani nic nie ubywało ani nie potrafiło przybyć. Nietypowy był za to sposób, w jaki podjąłem decyzję o zostaniu wegetarianinem. Pewnego razu, podczas zakupu używanego czytnika elektronicznych książek, zauważyłem że zapisana była na nim tylko jedna pozycja.

— Jonathan Foer, znam tego autora! — powiedziałem z entuzjazmem, do pary młodych ludzi, od których odbierałem urządzenie. Nie wiem, czy celowo pozostawili na nim książkę Zjadanie zwierząt, czy było to dziełem przypadku, w każdym razie wkrótce po jej przeczytaniu przestałem jeść mięso.


Moja praca w Portugalii miała polegać na sprawdzaniu zamieszczanych w internecie filmików i ocenianiu, czy nie naruszają regulaminu. Aby nasza ocena nie była zbyt subiektywna, przygotowano dla nas trwający ponad miesiąc program szkoleń. Tego dnia oglądaliśmy zdjęcia oraz filmy pokazujące próby samobójstw i samookaleczeń. Przewijały się obrazy pociętych dłoni i ramion, a ja spojrzałem na swoje i stwierdziłem, że to wszystko przecież może być oszustwem. Wracając z obiadowej przerwy, spotkałem dwie koleżanki i powiedziałem:

— Zobaczcie, nie potrzebny jest nóż, wystarczy mieć kotka.

Roześmiały się, a jedna z nich dodała:

— No tak, wyobraź sobie, że pokazują te pokaleczone ręce, leci smutna muzyka, a potem, na końcu… zdjęcie kota!

Jedną z pierwszych osób w pracy, do których poczułem sympatię, był Vincenzo. Zadawał dużo pytań i mówił po angielsku z akcentem, który kojarzył mi się raczej ze wschodnioeuropejskimi krajami niż z Włochami, skąd pochodził. Miał lekki zarost i mocną opaleniznę, a jego głowę pokrywała łysina. Chodził zazwyczaj w T-shircie, który mocno przylegał do ciała przy rękawkach. Być może tylko odniosłem takie wrażenie ze względu na nieco bardziej umięśnione ramiona od moich. Pewnego dnia na jednym z nich zauważyłem cytat:

WIDZIAŁEM NAJLEPSZE UMYSŁY MEGO POKOLENIA ZNISZCZONE SZALEŃSTWEM.

— To z Ginsberga, prawda? — zapytałem.

Zaczęliśmy wtedy rozmawiać. Ja poleciłem mu płytę Toma Russella z bitnikowską poezją, on zaś polecił mi film o człowieku, który chce wypić kawę w Berlinie, lecz nigdzie nie może jej dostać.

— Berlin jest moim ulubionym miastem — powiedział Vincenzo. — Zawsze tam wracam, gdy chcę doładować baterie.

Moim ulubionym miastem chyba mimo wszystko pozostawała Lizbona i wkrótce okazało się, że i mnie uda się tutaj „doładować baterie”. Gdy w niedzielną noc włóczyłem się po jej zaułkach, w oczy wpadł mi plakat JAZZ W SIERPNIU. Wśród wykonawców, jacy mieli pojawić się na festiwalu, znalazło się znajome mi nazwisko Marca Ribota. Koncerty odbywały się w tygodniu, jednak dopiero po dwudziestej pierwszej, a pracę kończyłem o osiemnastej. Przez moment analizowałem tę myśl, stawiając kolejne kroki po małych kamyczkach, którymi wybrukowane były tutejsze chodniki. Marc Ribot zatytułował swój występ Pieśni oporu, co jeszcze bardziej wzmogło moje zaciekawienie. Wyjąłem z kieszeni telefon, wstukałem na klawiaturze treść plakatu i po paru chwilach byłem o dwadzieścia euro biedniejszy, ale miałem bilet. Nigdy nie słuchałem solowych nagrań Ribota. Znałem go jedynie z płyt, na których występował jako gitarzysta Toma Waitsa.

— Znasz tego wykonawcę? — zapytałem następnego dnia Vincenza, wskazując na ekran mojego komputera.

— Nie, ale… — zawahał się, po czym wymienił nazwisko włoskiego muzyka, któremu Marc Ribot również asystował przy nagrywaniu jakiejś płyty.

— To nasz włoski Tom Waits — dodał. — Naprawdę świetny.

Cechą charakterystyczną każdego współczesnego kraju jest chyba to, że ma swojego własnego Toma Waitsa. Nie wiedziałem jednak, że niektórzy z tych lokalnych Tomów Waitsów byli w stanie przygarnąć do swojego zespołu Marca Ribota. Zapowiadał się dobry koncert. Niestety Vincenzo nie mógł pójść, bo był w tym czasie umówiony ze znajomymi. Wybrałem się więc sam. Koncert miał się odbyć w otwartym amfiteatrze ogrodu Gulbenkian w górnej części Lizbony.

— To miejsce jest bardzo ładne — powiedział. — Jest dużo zieleni i są tam stawy, w których pływają kaczki, dużo kaczek.

Szybko po pracy pozamykałem okna w kamperze, sprawdziłem, czy zatrzaśnięte są wszystkie szafki, wklepałem w nawigację jakieś losowe miejsce nad rzeką, gdzie było najwięcej parkingów i ruszyłem w kierunku Lizbony. Na stacji Cais do Sodré już od paru dni czekał na mnie bilet miesięczny na komunikację publiczną. Odebrałem go, zamówiłem w Pingo Doce dorsza z ryżem za niecałe trzy euro, szybko zjadłem i podążyłem w poprzek pnącego się w górę starego miasta, licząc na to, że załapię się jeszcze na jakąś przekąskę przed koncertem nad jednym ze stawów, o których wspomniał Vincenzo. Widok kaczek zawsze napełniał mnie pozytywnymi emocjami. To tak głupie stworzenia, że spoglądając na nie, mogę poczuć się dumny z posiadania mojej dwójki niezdarnych kotów. Niestety przed amfiteatrem zgromadziła się tak duża kolejka, że musiałem pogodzić się z myślą o samym koncercie, bez dodatkowych atrakcji.

— Państwo na Marca Ribota? — spytałem jednego z oczekujących.

— Przepraszam, nie mówię po portugalsku.

— Czekacie na koncert Marca Ribota? — powtórzyłem.

— Przepraszam, ale nie wiem — odpowiedział, usłyszawszy to samo pytanie po angielsku.

— Tak, na Marca Ribota — odezwała się stojąca obok dziewczyna.

Widać, że podobnie jak ja, nie wszyscy do końca wiedzieli, co może ich na tym koncercie spotkać. Choć zostało pół godziny, to stwierdziwszy, że i tak nie uda mi się w tym czasie wejść na teren amfiteatru, ruszyłem prędko po wodę do pobliskiego centrum handlowego El Corte Inglés. Gdy chwilę przed dziewiątą trzydzieści wracałem, zauważyłem że połowę osób już wpuszczono. Sam również szybko znalazłem się za ogrodzeniem. Atmosfera przypominała bardziej knajpiany ogródek niż lokal, w którym odbywają się koncerty. Jedyną różnicą było rozstawienie stolików oraz to, że pomimo wielkiego tłumu panowała niezwykła cisza i skupienie. Sposób, w jaki oświetlone były drzewa za sceną, wywoływał wrażenie, jak gdyby ciągle trwał dzień. Ciszę przerwało dopiero wejście członków zespołu i pierwsza folkowa piosenka, którą zagrali. Po tym utworze Marc Ribot wywnioskował, że z jego gitarą jest coś nie tak i zarządził parę minut przerwy. Trudno ocenić, czy byłem zadowolony z tego wykonania, czy nie, ale raczej niewielu słuchaczy zorientowało się, że przyczyną może być gitara, a nie po prostu fakt, że piosenka była słaba. Biliśmy jednak zachęcające prawa, a Marc dodał, że polubił to miejsce i występuje tu po raz czwarty, dlatego ma nadzieję, że wybaczymy mu tę usterkę.

Po przerwie dostawiono do gitary jakieś dodatkowe urządzenie, Marc zagrał kilka akordów i stwierdził:

— Teraz lepiej, prawda? Mnie się wydaje, że już słychać normalnie.

Wkrótce potem zaczęli mu wtórować pozostali członkowie zespołu. Nie powiedziałbym, że było „lepiej”. Było niesamowicie. Temat drugiej piosenki stanowiły podnoszące się wody oceanu, płonące lasy i inne projekcje z nieodległej przyszłości. Wszystkie te plagi pojawiły się z rozkazu „wielkiego głupca” uosabianego zapewne przez współczesnych polityków. Ja od razu wyobraziłem sobie hydrę z głowami Donalda Trumpa, Borisa Johnsona i Kim Dzong Una. Nasza zakładowa psycholożka, Rosa, mówiła, że ci trzej panowie mają ze sobą dużo wspólnego, jakby byli kolegami ze szkolnej ławki. Widziałem w myślach tego wielogłowego głupca, jak uderza w przycisk uruchamiający broń jądrową, Tak zresztą sugerowałoby dwojakie znaczenie słowa push on w języku angielskim. Skojarzenia te jeszcze mocniej przywoływał łomot i dudnienie instrumentów, które można było przyrównać do prawdziwej broni jądrowej.

Po tej apokaliptycznej wizji Marc starał się, niczym bitnik z lat sześćdziesiątych w rytm jazzowej muzyki, przywrócić do życia Emmę Goldman i Malcolma X, by „przypomnieli nam, jak być wolnym”. Podczas tej piosenki zmartwychwstał nawet Lew Trocki, Lenny Bruce i inni idole mojej młodości. Najbardziej w tym momencie szkoda było mi Vincenza, że nie poszedł ze mną na koncert. Cała reszta występu utrzymana była w podobnym stylu. Amfiteatr znajdował się niedaleko lotniska i, kiedy chwilami spoglądałem w zamyśleniu w niebo, pojawiał się na nim samolot, jak gdyby kolejny instrument w zespole. Przypomniał mi się wtedy występ Leroi Jonesa, którego miałem okazję posłuchać na żywo ponad dziesięć lat wcześniej w Katowicach. Leroi Jones był jedną z ostatnich żyjących legend rewolucji obyczajowej lat sześćdziesiątych i udało mi się go zobaczyć bardzo krótko przed śmiercią. Miałem talent w rzucaniu klątw na autorów wielkich dzieł. Twórca Amerykańskiej sielanki też umarł rok po tym, jak przeczytałem jego książkę. Podobnie stało się ze sławnymi fizykami, Leonem Ledermanem i Stephenem Hawkingiem. Niedługo po zapoznaniu się z ich pracami doszła do mnie wiadomość o śmierci.

Marc Ribot natomiast zdążył trzy razy zmartwychwstać w trakcie tego jednego koncertu. Aplauz był dość długi, lecz mało kto przypuszczał, że będą bisy. Zaraz po ucichnięciu braw, ponownie pojawił się na scenie, wykonując balladę o zamordowanym rok temu sikhu, którego wzięto przez pomyłkę za muzułmańskiego imigranta. Znów rozległy się gromkie oklaski, a piosenkarz zniknął gdzieś pod sceną. Po paru minutach z powrotem wyszedł, by zaśpiewać balladę poświęconą prześladowanym mniejszościom seksualnym w Brazylii. Część widowni już po pierwszym zakończeniu opuściła amfiteatr, a ja nawet po trzecim dodatkowym występie cierpliwie stałem i wzruszony biłem brawo. Wreszcie wszystkie światła zgasły, wyniesiono cały sprzęt i powędrowałem w kierunku stacji metra.


Mijał trzeci tydzień mojego zatrudnienia i wraz z pozostałymi pracownikami kończyłem oceniać szkoleniowy zestaw filmików. Naszą rolą była bowiem weryfikacja, czy powinny zostać dostępne, czy usunięte z internetu. Niektórym, jak w przypadku Giovanniego, zabrakło filmów, gdyż zdążył ich zobaczyć aż czterysta. Większości jednak, podobnie jak jemu, zabrakło też punktów, by ukończyć kurs z pozytywnym wynikiem. Podczas jednej z przerw podszedł do mnie Frank, mówiąc uradowanym głosem:

— Mam już ocenionych parędziesiąt filmów i sto procent dobrze.

— Tak? — odparłem, udając zdziwienie. — To cieszę się.

Szczerze mówiąc nie wierzyłem ani w podaną liczbę ani wynik, choć wiem, że inni byli w stanie to osiągnąć. Wszak na pewno nie zaliczyłbym do tych szczęśliwców Franka.

— Wiesz, mam swoje lata, znam się na różnych rzeczach. Wiem, o co w tym wszystkim chodzi, potrafię to wyczuć.

Pomyślałem, że o ile ocena kotów komandosów ratujących świat może być dosyć prosta, to już w przypadku schowanego za drzewem, przyłapanego przez obiektyw kamery na masturbacji Malezyjczyka z podpisem „ciężka praca”, wcale nie jest to tak łatwe zadanie. Usunąć ze strony? Ograniczyć wiekowo? Takie wątpliwości pojawiały się przy niemal każdym materiale wideo, z którym miałem do czynienia. Nawet popularny taniec wykonywany tylną częścią ciała dawał możliwość podjęcia trzech odmiennych decyzji, w zależności od rozmaitych czynników. Czy pośladki wyświetlane były w zbliżeniu przez więcej niż kilka sekund, czy zajmowały większą część ekranu, czy można było stwierdzić, że taniec jest motywowany erotycznie czy też nie. Podobnie było z każdym elementem, o którym decydowaliśmy, czy ma być widoczny dla użytkowników internetowego serwisu.

Frank zaczepił naszego szkoleniowca, opowiadając mu o mieszkaniu wynajętym przed paroma laty, a ja dopiłem kawę i wróciłem do swoich filmów. Przewijały się wśród nich sceny gwałtów, pobić, duszenia małych dzieci, przerywane reklamami erotycznego masażu i scenami, w których chłopak oczyszcza gołymi rękami klozet. Zabronić, zabronić, oznaczyć jako spam, zostawić i tak w kółko co paręnaście minut aż do przerwy na kolejną kawę. Przez tydzień obejrzałem ponad trzysta filmów, lecz skończyłem z wynikiem o sześć punktów niższym od wymaganego. W przyszłym tygodniu mieliśmy powtarzać test i Juan powiedział, żeby się nie przejmować, bo na pewno pójdzie dobrze, jeśli przeanalizujemy nasze dotychczasowe błędy. Ja nie martwiłem się w ogóle, licząc na wynik bliski stu procentom. Jedynym moim zmartwieniem było, jak zrobić, aby nie okazał się za bardzo zbliżony do stu procent, co mogłoby skierować na mnie podejrzenia o oszustwie. Wpadłem bowiem na doskonały pomysł, by wszystkie moje poprawne wyniki, które wyświetlały się obok numerów filmów, wyeksportować do dokumentu tekstowego. Na czas testu w przyszłym tygodniu miały zniknąć, a ja nie musiałbym się tym faktem przejmować. Pomimo wielu innych restrykcji korzystanie z narzędzi, w które wyposażył nas klient, nie było zabronione. Do tych narzędzi należał zarówno edytor tekstu jak i tabela z wynikami. Stwierdziłem, że — skoro zgodnie z powiedzeniem, że co nie jest zabronione, jest dozwolone — najlepiej będzie po prostu skopiować je i potem wyszukiwać po numerycznych oznaczeniach. Dla niepoznaki zrobiłbym parę błędów, ale osiągnięcie pożądanego wyniku nie byłoby problemem. Gdyby ktoś zapytał, w jaki sposób tak dobrze mi poszło, powiedziałbym że skrupulatnie zapisywałem swoje błędy, więc czemu miałbym je powtórzyć?

— Oczywiście w przyszłym tygodniu dostaniemy zupełnie nową pulę filmów — dodał Juan, gdy opuszczaliśmy salę.

Mój plan spalił na panewce jeszcze przed momentem wykonania.

10

Byłem już trzy razy w kinie. Po obejrzeniu najnowszej produkcji Quentina Tarantino zaobserwowałem, że Vincenzo opublikował post na Facebooku, wyrażający rozczarowanie filmem. Film bazował na historii morderstwa przyjaciół oraz żony Romana Polańskiego, i odpisałem Vincenzowi, że jest to najlepszy hołd, jaki można było złożyć jego ofiarom, a podczas zakończenia uroniłem nawet kilka łez. Vincenzo na to:

Biorąc po uwagę fakt, że film dopiero się ukazał, nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo każde słowo mogłoby stać się spojlerem dla moich znajomych… Jutro ci opowiem.

Następnego dnia po przywitaniu się, nie mogąc powstrzymać swojej ciekawości, zapytałem:

— Więc mówisz, że jesteś zawiedziony filmem?

— Tak, ale nie chciałbym teraz poruszać tego tematu, bo na sali są osoby, które mogły go jeszcze nie widzieć. Pogadamy później.

Zauważyłem potem, że Vincenzo przegląda recenzje i na jego monitorze wyświetliła się obsada filmu. Wskazałem na aktorkę, odgrywającą rolę Sharon Tate.

— Była słodka, nie?

— Tak, ale pogadajmy o tym na przerwie, jak będziemy sami.

Rzeczywiście przerwa, gdy siedzieliśmy w kuchni, była dobrą ku temu okazją. Luis z Ricardem mówili do siebie coś po portugalsku, Julia z Saaną prowadziły rozmowę o zwyczajach żywieniowych oraz kawie, a z oddali dobiegał też głos Franka:

— Basen, kilka pokoi, oddzielna łazienka i kuchnia dla każdego z lokatorów! — opowiadał. — I właściciel nie chciał żadnej zaliczki, gdzie tam.

Ja zatem ponownie spytałem Vincenza, który zajmował miejsce naprzeciwko mnie:

— To powiedz, co konkretnie nie spodobało ci się w tym filmie Tarantino?

— Wiesz, nie jesteśmy teraz sami — odparł Vincenzo — więc może omówimy to innym razem?

Poddałem się. Szczegółowa opinia Vincenza do dziś pozostała dla mnie tajemnicą. Mnie bardzo poruszył ten film, jednak w przeciwieństwie do Vincenza, nie miałem wobec niego żadnych oczekiwań, bo przedtem nie byłem nawet świadomy, że ma wejść do kin. Gdy spojrzałem po raz kolejny na post Vincenza umieszczony na Facebooku, znalazłem następujący dopisek: Uwaga, spojlery w komentarzach. Rozwinąłem listę i okazało się, że nikt niczego nie dodał. Był tylko mój, w którym napisałem, że wzruszyło mnie zakończenie i nic ponadto.

Po przerwie zacząłem przeglądać ofertę kina Cinema Monumental, które Vincenzo mi polecił. Wyświetlali tam filmy Buñuela. Prawie wszystkie widziałem, więc moją uwagę zamiast tego przykuła włoska produkcja o zachęcającym tytule Nasze najlepsze lata. Film był z dwa tysiące trzeciego roku, zatem większość osób, które miały go zobaczyć, zapewne już zdążyła to zrobić. Dlatego bez obawy zapytałem Vincenza:

— Słuchaj, a to jest dobre?

— Widziałem dawno temu. Dobre, ale w dużym stopniu odnosi się do tematyki ściśle związanej z Włochami. Niektóre sceny mogą być niezrozumiałe.

Wahałem się przez długi czas, czy pójść na ten film, gdyż składał się z dwóch części trwających ponad trzy godziny i trzeba było prawdopodobnie zakupić dwa bilety. Na szczęście obydwa seanse były w weekend, więc zdecydowałem się obejrzeć pierwszą część i ewentualnie pominąć drugą, gdyby nie spodobało mi się, lub miałbym problemy ze zrozumieniem. Zwłaszcza, że film był po włosku z portugalskimi napisami. Tymczasem znów wyszedłem z kina oczarowany i wzruszony. Była to historia rodziny, a w jej tle przewijały się losy całych Włoch od lat sześćdziesiątych aż do współczesności. Bohaterowie byli braćmi, którzy stanęli po przeciwnej stronie barykady, gdy wybuchły zamieszki związane z nowymi żądaniami klasy pracowniczej w miarę wzrostu światowego dobrobytu. Jeden wybrał pracę policjanta, natomiast drugi po ukończeniu studiów został psychiatrą i za pośrednictwem żony zaangażował się w ruch rewolucyjny. Co ciekawe, to jednak ten pierwszy okazał się większym indywidualistą i buntownikiem, a życiowe losy doprowadziły go do burzliwego romansu z fotografką poznaną na wyspie Stromboli. Podczas przypadkowego spotkania zakochali się w sobie. Gdy Nicola pewnego dnia odnajduje fotografię swojego brata, Mattea, i jej tropem trafia na autorkę, zadaje jej pytanie:

— Ile czasu przedtem się znaliście?

Tamta odpowiada:

— Może jakieś pięć minut.

Film obfitował w tego rodzaju dialogi sięgające głębi człowieczeństwa i ludzkich pragnień. Pomimo nierealności niektórych scen oraz telewizyjnego formatu zachwycał swoim scenariuszem. Z niecierpliwością czekałem na drugą część filmu, która przedstawiła historię rodziców dwójki braci. Poznali się na targu, gdzie ojciec Nicoli i Mattea miał stoisko z pomarańczami. Ktoś w filmie pyta ich matkę, co zdarzyło się po tym, jak go zobaczyła.

— Jak to co? Kupiłam pomarańcze i wyszłam za niego.

Obok Tacy byliśmy zakochani Ettore Scoli, Nasze najlepsze lata stały się moim ulubionym dziełem włoskiej kinematografii.


Treningi, zanim pojawił się Juan, mieliśmy z Chiarą. Jej uroda nie była tak wyzywająca, jak w przypadku Tâni. Mimo to Chiara była równie piękna, a osobliwego uroku dodawał jej nadzwyczaj serdeczny, dosyć głośny śmiech. Myślę, że wszyscy chłopcy na sali skrycie się w niej podkochiwali. Przypuszczam, że plasowała się tuż pod kreską dopuszczalnych dla jej wzrostu wskaźników BMI, lecz zgrabna sylwetka i przeurocza twarz całkowicie maskowały ten fakt. Była bardziej niż Tânia typem kobiety, który określaliśmy z Natalią jako „mysię pysię”, czyli dziewczynę doskonale pasującą w roli kandydatki na drugą połówkę. Tym bardziej, że miny, jakie czasem robiła, przypominały mi miny mojej własnej, niedoścignionej w tej kategorii żony. Z Natalią kiedyś doszliśmy do wniosku, że chyba najczęściej używanym wyrażeniem podczas naszych rozmów przez internet jest krótkie „pfr”. Pisaliśmy tak zawsze, jeśli nie wiedzieliśmy co powiedzieć, jak zareagować lub po prostu nabijaliśmy się z drugiej osoby. Było dla nas odpowiednikiem emotikony przedstawiającej buzię z wystawionym językiem. W ten sposób przypisaliśmy jej dodatkowe znaczenia. Chiara natomiast, gdy chciała wyrazić swoje zdziwienie i zakończyć jakiś temat bez jednoznacznej odpowiedzi, wzruszała ramionami i w tej samej chwili potrafiła wyartykułować to nasze „pfr”, nadać mu dźwiękową formę. Jak zrobiła to po raz pierwszy, sam zacząłem potajemnie się w niej zakochiwać. Chiara tydzień później wyjechała na wakacje i zastępował ją Igor. Był długowłosym chłopakiem o urodzie Chrystusa-intelektualisty. Najpierw pomyślałem, że pochodzi z Rosji i Dostojewski inspirował się nim, kreując postać Aleksieja, lecz oznajmił nam, że podobnie jak Chiara, jest Włochem. Dopiero na końcu przyszedł zastąpić go Juan.

Juan kazał każdemu z nas sporządzić krótką notkę, by przedstawić nasze sylwetki osobom, które pracowały w firmie dłużej. Powiedział, abyśmy wysłali mu wiadomość z informacją, jaki jest nasz ulubiony zespół muzyczny, film oraz co lubimy robić w wolnym czasie. Napisałem, że moim ulubionym filmem jest Paryż, Teksas, choć prawda była nieco inna. Otóż trzynastego października dwa tysiące piątego roku, wychodząc z jednego z poznańskich kin, zaczepiłem dziewczynę, która była poza mną jedyną osobą obecną na sali. Wyświetlano film Nie wracaj w te strony, uważany za kontynuację Paryż, Teksas. Po krótkiej wymianie zdań odezwałem się:

— Ja chyba lubię wszystkie filmy.

— A ja nie — odpowiedziała.

Być może dlatego rozmowa nie potoczyła się dalej. Mam tę datę zaznaczoną w kalendarzu, ponieważ była to moja pierwsza wizyta w kinie po tym, jak udało mi się wyrwać z domu rodziców, którzy rzadko pozwalali mi nawet w telewizji oglądać filmy po godzinie dwudziestej. Wolałem więc tym razem wybrać jeden tytuł z nadzieją, że ktoś również uwielbia ten film i nawiążemy ze sobą kontakt. Było bowiem tak, że bliższe relacje z innymi ludźmi potrafiłem nawiązywać tylko poprzez filmy. Musiało to być albo miejsce zajmowane obok w kinie, albo długa dyskusja w kawiarni na temat czegoś, co niedawno oboje widzieliśmy. Zwykle miałem wtedy więcej do powiedzenia od swojego rozmówcy. We wszelkich innych sytuacjach po krótkim czasie milkłem.

Gdy jednak odebrałem mail, który Juan rozesłał pracownikom firmy, ujrzałem w nim następującą informację na swój temat: „Jednym z jego ulubionych jest film pod tytułem Paryż, a drugim Teksas”.

Rozdział III

Wypłata poszła na kwiaty i szampana,

Jazdę za dnia i tańce do białego rana.

Życie było jak marzenie

W moim starym volkswagenie.

— Martin Sexton „Gypsy Woman”

11

W celu przybliżenia czytelnikom postaci mojego przyjaciela Paula, najłatwiej będzie przytoczyć pewną anegdotę. Otóż, przyjechawszy do Portugalii, nie dysponowałem żadnym adresem, a nadal potrzebne mi było kilka przedmiotów, których nie mógłbym dostać w stacjonarnym sklepie. Oprócz tego rodzice mieli mi wysłać dokumenty od samochodu, bo nie zdążyłem ich odebrać w kraju. Pomyślałem więc, że najlepszym sposobem będzie skorzystanie z adresu przyjaciela, gdyż tak czy inaczej zamierzałem go odwiedzić.

Zdając sobie sprawę z niefrasobliwości Paula, w dzień przed nadejściem pierwszej paczki poinformowałem go, że łącznie ma się spodziewać trzech — dwie z internetowych sklepów oraz jedna od mojego taty. Napisałem również, by dał znać, gdy je otrzyma, co pozwoliłoby mi ustalić odpowiedni moment wyjazdu do Algarve, rejonu w południowej części Portugalii, w którym Paulo mieszkał. Śledząc paczki w Internecie po numerze nadania, zauważyłem że dwie z nich już nadeszły, lecz mój przyjaciel wciąż się nie odzywał. Zaniepokoiło mnie to. Poza tym zbliżał się wolny od pracy weekend, podczas którego mogłem odbyć planowaną podróż na południe, więc ponowiłem moje zapytanie do Paula, czy część paczek dotarła, czy jeszcze nie. Odpowiedź była następująca:

Cześć, Daniel!

Poprzez słowo parceiro (po portugalsku partner) zrozumiałem, że chodzi o twoich znajomych. Owszem, przyszły dwa tajemnicze zamówienia pocztą: jedno ze szkłem do telefonu i jedno z miniaturowym telefonem. Jedno ze Szwecji a drugie z Hiszpanii, lecz nie miałem pojęcia, czemu je dostałem. Szkło jest u mnie, ale telefon dałem Xavierowi, który z kolei sprzedał go swojemu szefowi. Poproszę go o zwrot. Powinieneś był podać przy zamówieniu swoje nazwisko zamiast mojego. Do zobaczenia wkrótce, P.

Napisałem do Natalii, co skomentowała słowami:

— Oto cały Paulo.

To właśnie był Paulo, a moja pierwsza styczność z jego osobą miała miejsce w równie zadziwiających okolicznościach, jak ta ostatnia. Było to dziesięć lat temu. Zakończyłem pracę na stacji paliw w mieście, w którym studiowałem, czyli w Poznaniu, wyruszyłem za zarobione pieniądze w dwumiesięczną podróż i po powrocie zacząłem szukać nowego zajęcia. Mój wybór nie ograniczał się do Polski, więc rozsyłałem zgłoszenia także do innych krajów, choć ani razu nie przemknęło mi przez myśl, że odezwie się ktoś z Portugalii.

Portugalia była jednak krajem, który zajmował nie tylko moje myśli, ale również sny. Zdarzyło mi się raz, po obejrzeniu filmu Lisbon Story, dojechać autostopem do samego krańca kontynentu, na Przylądek Roca. Parę nocy spędziłem pod gołym niebem pośród wąskich lizbońskich uliczek, gdzie budziło mnie słyszane jeszcze wówczas pianie kogutów. Gdy zobaczyłem czerwony most, podobny do tego z San Francisco, zakochałem się w tym mieście. Obraz Portugalii, który powracał do mnie w snach, najczęściej nie przypominał widoków ujrzanych tam własnymi oczyma, lecz scenę z plakatu, wiszącego w toalecie jednego z poznańskich pubów. Scena ta przedstawiała człowieka, siedzącego z opuszczoną głową pod jakimś murem, być może w trakcie sjesty, która niegdyś istniała w Portugalii. Nad nim wisiał znak ze strzałką i napisem LISBOA. Właśnie ten obdarty mur, te odcienie, które nawet w czerni i bieli wydawały się mieć kolor, i ten spokój, były scenerią wielu moich marzeń sennych, a ów drogowskaz nieustannie kierował moje myśli w tamte strony. Chciałem kupić plakat, ale po pewnym czasie zniknął, zastąpiony reklamą filmu Jima Jarmuscha.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 14.99
drukowana A5
za 49.99
drukowana A5
Kolorowa
za 80.1