E-book
4.1
drukowana A5
40.24
Z piekła do trzeźwości

Bezpłatny fragment - Z piekła do trzeźwości

Wydanie drugie


Objętość:
267 str.
ISBN:
978-83-8189-387-9
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 40.24

Wstęp

Zbiór artykułów, esejów i innych tekstów o trzeźwieniu (zdrowieniu z alkoholizmu), Krokach i Tradycjach Wspólnoty AA, o wszystkim, co pomaga mi żyć bez alkoholu od około dziesięciu lat.

Teksty te dedykuję wszystkim, którzy nadal szukają swojej drogi do trzeźwego życia, sugerując przy tym, aby pod żadnym pozorem nie próbowali, żyć tak, jak ja, ale by starali się, w miarę możliwości, nie popełniać tych samych błędów…

Meszuge 2009

Uwagi do wydania drugiego. Pierwsze wydanie „Z piekła do trzeźwości” ukazało się drukiem w Poznaniu w roku 2009 i niewątpliwie odbyło się „na wariackich papierach” — w pewnym momencie na przykład, okazało się, że mam zaledwie kilka godzin na przygotowanie materiałów do tej książki. Pośpiech, jak powszechnie wiadomo, ma się zwykle odwrotnie proporcjonalnie do jakości. Drugie wydanie postanowiłem przygotować właściwie tylko z dwóch powodów: po pierwsze, by skorygować zbyt małą czcionkę, która wcześniej wielu starszym osobom wyraźnie utrudniała czytanie, a po drugie, by książkę uczynić nieco bardziej dostępną czytelnikom w Europie Zachodniej.

Podczas tej pracy nieustannie zmagałem się z ciągotkami, by coś poprawić, zmienić, napisać inaczej, lepiej… Zwłaszcza, że od momentu powstania niektórych tekstów minęło już kilka lat, a więc moje doświadczenia i przekonania w paru momentach były już nieco inne. Pokusa była silna, zwłaszcza, że wsparta realnym argumentem w postaci korzyści Czytelników, ale ostatecznie oparłem się jej i zmiany jakie wprowadziłem polegają tylko na tym, że dodałem daty powstania tekstów, wyeliminowałem kilka rażących błędów, które rzuciły mi się w oczy, natomiast cała reszta zmian ma właściwie jedynie edytorski charakter. Dlaczego? Chodzi po prostu o uczciwość. Taki kiedyś byłem, tak kiedyś myślałem, takie były moje przekonania. Te artykuły, to kawałek mojego życia, mojej historii — nie chcę przy niej manipulować.

Swoje naprawdę aktualne poglądy, doświadczenia i przekonania na temat alkoholizmu, trzeźwienia, sponsorowania oraz Kroków i Tradycji Anonimowych Alkoholików, prezentuję w kolejnych wydaniach książek: „ALKOHOLIK”, ale przede wszystkim w „12 KROKÓW OD DNA — SPONSOROWANIE”.

Meszuge 2011

Wprowadzenie

Całymi latami wszystko, co pisałem na temat picia i leczenia odwykowego (trzeźwienia), listy papierowe i elektroniczne, artykuły na forach dyskusyjnych, posty na grupy usenetowe itd. miało charakter całkowicie jednorazowy: napisane, wysłane, nie ma. Podobnie zresztą było z wierszami, które prawie zawsze pisałem w jednym egzemplarzu jako prezent dla kogoś — wręczone lub wysłane, znikały z mojego życia na zawsze. Nie przywiązywałem do tego większej albo nawet żadnej wagi.

Jesienią albo zimą 2001 roku poproszono mnie o spisanie swojej historii na potrzeby regionalnego dziennika. Powstała wtedy „Zwykła historia”. Po jej opublikowaniu kilka osób podpowiedziało mi, że szkoda, żeby moja „twórczość” była tak ulotna i jednorazowa. Sugerowano mi, żebym zachowywał kopie tego, co piszę i gdzieś tam je udostępniał, bo „może się to jeszcze komuś przydać”. Początkowo mocno mnie to wprawdzie krępowało, ale ostatecznie postanowiłem rzeczywiście „wrzucić” na stronę internetową kilka swoich tekstów. Oczywiście tych związanych z uzależnieniem od alkoholu, terapią odwykową, realizacją Programu Anonimowych Alkoholików oraz przemyśleniami z tym związanych. Strona nieco się od tamtych czasów rozrosła i obecnie, w formie bloga, znajduje się pod adresem: meszuge.blogspot.com

Nieco później moje teksty zaczęły pojawiać się w biuletynach „Mityng”, „Zdrój”, „Karlik” i „Warta”, aż wreszcie, z okazji dziesiątej rocznicy abstynencji, zdecydowałem się zebrać je wszystkie razem i wydrukować, z przeznaczeniem dla przyjaciół, w podzięce za ich wyrozumiałość wobec moich rozlicznych słabości.

Jestem ponadto człowiekiem starej daty i zdecydowanie większe zaufanie mam do słów spisanych na papierze niż do dokumentów elektronicznych. Mam też świadomość jak uciążliwe jest czytanie dłuższych tekstów z ekranu monitora.

W przeważającej większości wypadków teksty te powstały w ciągu ostatnich czterech-pięciu lat. Wiele z nich to, przerobione później na artykuły do biuletynów AA, zadania proponowane mi przez mojego sponsora. Dopiero współpraca z nim na serio przekonała mnie, że wprawdzie praca ze sponsorem to kontakt „jeden na jeden”, ale nie ma żadnego powodu, dla którego z jej efektów nie mieliby skorzystać też inni. Choćby w formie przestrogi.

Teksty w niniejszym zbiorku, a jest ich nieco około siedemdziesiąt, ułożyłem w sposób, który mnie wydawał się najbardziej sensowny i czytelny, co jednak nie znaczy, że na pewno mi się udało. W każdym razie nie jest to układ chronologiczny, a wyraźny podział dotyczy tylko trzech głównych grup tematycznych:

— teksty, które nazwałbym ogólno-alkoholowymi, taka zbieranina alkoholowych różności,

— teksty związane bezpośrednio z Programem Dwunastu Kroków AA,

— teksty dotyczące Tradycji Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.

Oczywiście wszystkie one dają się czytać w dowolnej kolejności i według potrzeb czy zainteresowań.

Styczeń 2009

Zwykła historia (piciorys)

Rok 1989 był w moim życiu wyjątkowo bogaty w wydarzenia. I to z gatunku takich paskudnych raczej. Zmarła moja matka. Na raka. Rozwiodłem się. Zmieniłem pracę, a raczej zostałem do tego zmuszony. Przerwałem studia. Mój brat wyjechał na stałe do Niemiec. I kilka innych.

Wysypało się, prawda? Jak z puszki Pandory… W tym parszywym roku jednego za to jestem pewien: wtedy jeszcze nie miałem problemów z nadużywaniem alkoholu. Kiedyś mawiałem, że tego roku nie byłem jeszcze alkoholikiem, ale później przestałem być tego taki pewny. Dziś myślę, że alkoholikiem to ja byłem od urodzenia, a przynajmniej od wczesnego dzieciństwa. Tyle, że nadużywać alkoholu zacząłem późno, bo po trzydziestce. Dotarło bowiem do mnie, że problemem alkoholika nie jest alkohol. A jest nim niedojrzałość emocjonalna, brak odporności na stresy, frustracje, rozczarowania, zawody. Nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami a nawet ich rozpoznawania i nazywania. Kompleksy, nieumiejętności i lęki. Ale alkohol — nie. Jest on jedynie skutkiem, a nie przyczyną.

Zmieniłem, więc pracę. O ile przedtem było to biuro, do którego petenci nie mieli wstępu, z jego codzienną porcją nieważnych papierów do przełożenia z kupy na kupę, to teraz był to handel, sklep, praca za ladą i kontakt z setkami ludzi dziennie. Bałem się tych ludzi. Bałem się ich żądań, pytań i tego, że nie będę umiał na nie odpowiedzieć. Bałem się stale o to, czy sobie poradzę i przede wszystkim, bałem się śmieszności, drwin. Stale byłem skrępowany, „sztywny” i sfrustrowany.

Po mniej więcej roku takiej mordęgi odkryłem, że alkohol pomaga na to wszystko. Wystarczyła jedna szklanka koktajlu o nazwie Manhattan i stawałem się pewny siebie, rozluźniony, elokwentny i swobodny. Na lekkim haju pracowało mi się świetnie. Pstryk! Pstryk — białe, pstryk — czarne.

Zmarła mama. Nie wywarło to na mnie jakiegoś porażającego wrażenia, a może swoich prawdziwych uczuć nie byłem w stanie wtedy określić? Od dawna wiadomo było, że ma raka i że w związku z tym umrze. No i umarła. Pogrzebem zajęła się moja była (była — od kilku miesięcy) żona. Na mnie spadł, już po pogrzebie, obowiązek likwidacji mieszkania po matce.

Jestem świetnym organizatorem, więc zrobiłem to wręcz idealnie. Aż za dobrze nawet. W ciągu jednego dnia miałem czas przejrzeć jej prywatne rzeczy, ciuchy, jakieś świadectwa, listy itp. i wszystkie, albo większość, wywalić na śmietnik. Następnie, na uzgodnione wcześniej godziny, przychodzili poszczególni członkowie rodziny i każdy już wiedział, co z mebli czy wyposażenia ma zabrać i w wyniesieniu, czego mi pomóc. Wszystko grało jak w zegarku. Po 6—8 godzinach w mieszkaniu matki pozostały puste ściany. I wtedy mnie „walnęło”. To tyle warte jest czyjeś życie? Garść śmieciowatych pamiątek, które miały wartość tylko dla niego samego? To wystarczy kilka, czy kilkanaście godzin pracy, żeby po człowieku (poza pamięcią tak zwanych bliskich) nie został żaden ślad? W takim razie, to wszystko jest całkowicie bez sensu!!! Na to poczucie beznadziejności i bezsensu alkohol też był świetnym lekiem.

Potem wszystko potoczyło się już błyskawicznie. W sklepie byłem już szefem, więc komfort picia miałem zapewniony. Butelka Manhattanu początkowo wystarczała mojej koleżance i mnie na dwa a nawet trzy dni. Picie w pracy uważałem za coś w rodzaju psikusa, kawału. Miało być nagrodą za ciężką pracę, awans na kierownicze stanowisko po dwóch miesiącach, stresy związane ze specyfiką pracy w handlu, a także manifestacją mojego „luzackiego” podejścia do życia, które i tak jest przecież gówno warte.

Dobry byłem w tym, co robiłem. Awansowałem na kierownika coraz to większych i lepszych sklepów. I piłem. Coraz częściej i coraz więcej. Z kimś z podwładnych lub samemu. To ostatnie jakoś nigdy nie sprawiało mi kłopotów, nie budziło oporów.

Ten żywiołowy rozwój choroby alkoholowej zahamowany został, gdy z wrzodami na żołądku wylądowałem w szpitalu. Kiedy z niego wychodziłem, lekarz prowadzący radził mi pić tylko czystą wódkę, żadnych piw, win, koniaków. Tak rozstałem się z koktajlem Manhattan. Zresztą po opuszczeniu szpitala nie piłem przez kilka tygodni w ogóle. Bałem się bólu, nawrotu choroby, operacji. Później jedna impreza, druga, jakieś imieniny… Okazało się, że nic złego mi się nie dzieje, więc… Tak wróciłem do picia.

Wydaje mi się, że wtedy, w tamtym momencie mogłem jeszcze wycofać się, wrócić. Po kilku miesiącach intensywnego picia, jakby dla odrobienia zaległości, było już na to za późno.

Dość długo nie ponosiłem żadnych, zauważalnych dla mnie, kosztów i konsekwencji swojego picia. Zarabiałem nieźle, więc tu kłopotów nie było. Mieszkałem z byłą żoną, prowadziliśmy wspólne gospodarstwo domowe, w związku z tym dom był jakoś zadbany, a czepiać się nie było, komu, bo w końcu „żonaty przecież nie jestem”.

Jak widać i od tej strony potrafiłem, choć nieświadomie, zorganizować sobie komfort picia. Tego, że gdzieś tam obok, w sąsiednim pokoju, dorasta mój kilkunastoletni syn, już nie widziałem. W końcu zabawki i sprzęt zawsze miał takie, jak niewiele dzieci znajomych, czy sąsiadów…

Mijały lata. Handel państwowy „miał się” coraz gorzej. A ja z nim. Zarabiałem cały czas tyle samo, tylko, że inflacja zjadała moje pobory miesiąc za miesiącem. W domu zaczęły pojawiać się problemy finansowe. Na to też wódka pomagała. Mogłem ich nie widzieć, albo bagatelizować, albo snuć wspaniałe plany odbicia się od dna. Zależnie od dawki alkoholu.

Żeby mieć na picie zacząłem robić najrozmaitsze szwindle, machloje i przekręty. Kiedy pracujesz w handlu, tj. od 10 do 18 (zwykle było potrzebne jeszcze przynajmniej pół godziny przed i po), nie masz zbyt wiele okazji do dorobienia sobie. Ja jednak znalazłem firmę ochroniarską, która mnie przyjęła. Pracowałem w niej po zamknięciu „swojego” sklepu, wieczorami po kilka godzin oraz w niedziele i święta. Jeździłem samochodem z kierowcą, odbierałem pieniądze w różnych punktach miasta (sklepy, urzędy, stacje paliw, itp.), czy województwa, zależnie od trasy, i odwoziłem je do banku. Jeździłem z bronią jako ochroniarz tego konwoju. I często pijany.

Raz szef firmy zorientował się, że nie jestem trzeźwy i nie pozwolił jechać. Następnego dnia miałem „mowę do narodu”. Obiecywałem sobie i jemu, że kiedy jadę, nie będę pił. Wytrzymałem w tym postanowieniu może nawet z miesiąc…

Kiedy złapano mnie następnym razem, wyleciałem z firmy na zbitą twarz. A w domu i znajomym mówiłem, że zrezygnowałem z tego zajęcia sam, bo za mało płacili. Chyba nawet i ja uwierzyłem w tą wersję po pewnym czasie…

Niedługo potem miało miejsce dość szczególne wydarzenie. W jakiś wolny dzień wybrałem się odwiedzić znajomych w ich sklepie. Nie zastałem ich, ale okazało się, że pracuje u nich moja dawna sprzedawczyni. Postanowiłem, więc poczekać i pogadać z nią o dawnych czasach. Oczekiwanie na znajomych przedłużało się, żeby się nie nudzić kupiłem sobie ćwiartkę (wypiłem ja w toalecie), potem następną, i jeszcze jedną. Kiedy znajomi wrócili do sklepu zastali mnie, jak kompletnie pijany próbuję pomagać w pracy ich sprzedawczyni. Odwieźli mnie natychmiast do domu. Następnego dnia dzwoniłem do nich z przeprosinami. Poszło bez kłopotów. Zatelefonowałem też w tym samym celu do sprzedawczyni. Powiedziała mi, że przepraszać nie ma, za co (???) i zaprosiła mnie do siebie. Poszedłem na to spotkanie. Poszedłem, choć dobrze wiedziałem, co najprawdopodobniej usłyszę. Sprzedawczyni miała męża alkoholika i kiedy jeszcze pracowaliśmy razem, często opowiadała o swoich perypetiach.

Stało się tak, jak przewidywałem. Powiedziała mi, wprost, że uważa, iż jestem chory na chorobę alkoholową. Pożyczyła książkę „Grzech czy choroba” i zaproponowała, żebym spotkał się z jej znajomym alkoholikiem i terapeutą.

Książkę przeczytałem i nie tylko tę zresztą. Z tym jej znajomym spotkałem się i rozmawiałem w jego gabinecie w poradni odwykowej i przegadaliśmy prawie dwie godziny. Ja oczekiwałem, aż on powie mi, zdecyduje: jestem czy nie jestem alkoholikiem. On tego zrobić zdecydowanie nie chciał i może nie mógł, proponował oficjalne zarejestrowanie się w poradni odwykowej, a na to ja nie chciałem się zgodzić bez diagnozy. I tak stanęliśmy w martwym punkcie. Wychodząc od niego, w jakimś przebłysku jasnowidzenia, stwierdziłem, że wydaje mi się, mam nieodparte wrażenie, że jeszcze się spotkamy. Tak się zresztą stało.

Dalej myślałem, że sobie sam jakoś poradzę i piłem nadal. Coś jednak się zadziało. Od tego momentu nie mogłem już udawać, że wszystko jest OK. Oczywiście nie przyznałbym się głośno (ani nawet cicho, czy w myślach), że jestem alkoholikiem, ale tak naprawdę ja już wiedziałem, że tak jest. Tyle tylko, że jeszcze nie byłem gotowy, czy może dostatecznie zdesperowany, żeby coś z tym zrobić. I tak, w sposób coraz bardziej destrukcyjny piłem jeszcze przez ponad trzy lata.

Styczeń 1998. Kolejny awans. Tym razem już do dyrekcji. I pierwsze próby zrobienia czegoś ze swoim życiem. Bezsensowne, czy wręcz chybione (sanatorium dla nerwicowców, szpital nefrologiczny itp.), ale jednak podejmowane. Po kilku miesiącach od tego awansu dostałem naganę za samowolne oddalenie się z miejsca pracy. W domyśle: pod wpływem alkoholu. Ale tego mi nie udowodniono, właśnie, dlatego, że wyszedłem, uciekłem. Prawdę mówiąc zupełnie nie pamiętam tego incydentu i swojego wyjścia, taki byłem pijany…

Bardzo ostra rozmowa z szefem. Posypały się moje wyobrażenia. Szef od dawna wiedział, że piję. Ostatni awans nie był wynikiem uznania, ale raczej chęcią ulokowania mnie gdzieś blisko, abym był pod kontrolą. Sugestia żebym zmienił pracę.

Prosiłem, żebrałem i przekonywałem. A co najgorsze, dałem słowo honoru, że nie będę pił w pracy. Nawet sam wierzyłem, że dam radę, że potrafię pić tylko po pracy i w weekendy.

Około miesiąc później, 30.06.98 poproszono mnie do gabinetu szefa. Czekało tam na mnie dwóch panów w mundurach i z alkomatem. Miałem we krwi 1,4 promila alkoholu, efekt picia przez pół nocy i przed południem, żeby jakoś funkcjonować, nie dygotać.

Straciłem pracę. Pozwolono mi odejść na mocy porozumienia stron, ale nie było wątpliwości, że wyleciałem za wódę. Formalności związane ze zwolnieniem załatwiliśmy w dwie godziny. Ależ musieli mnie mieć dosyć!

Kiedy wychodziłem z firmy oprócz strachu przed przyszłością, wstydu i upokorzenia czułem… ulgę. Ostatnie pół roku, może rok, a może i jeszcze więcej żyłem jak w jakimś koszmarnym śnie. Ciąg picia, 2—3 dni przerwy, ciąg, przerwa, picie… To było jak obłęd. Podświadomie czekałem aż coś się wydarzy, stanie, zadzieje. Następnego dnia zgłosiłem się do opolskiej poradni odwykowej i rozpocząłem terapię w systemie ambulatoryjnym, tj. spotkania dwa razy w tygodniu po dwie godziny.

Starałem się w tym czasie nauczyć trzeźwości. Dziś piszę o tym lub opowiadam z pewnym rozbawieniem, ale wtedy wierzyłem, że jest to możliwe.

Po około czterech miesiącach znalazłem pracę jako magazynier w hurtowni artykułów spożywczych (w tym alkoholu). Ale przedtem jeszcze napiłem się. Raz, drugi, piąty. I nie przyznałem się do tego ani na mityngu AA, ani na terapii, ani sponsorowi. Koszmarny błąd, ale ja właśnie wierzyłem, że wreszcie, jak inni, nauczę się zachowywać abstynencję. Kontakt z alkoholem w miejscu pracy spowodował, że znowu wszystko wymknęło mi się spod kontroli, nie potrafiłem się powstrzymać. Kiedy w magazynie po raz drugi złapano mnie na piciu (przez 1,5 miesiąca!), bałem się już tam wrócić. Próbowałem uciec do szpitala symulując atak wyrostka. Nie udało się.

Mogłem w tym momencie zrobić dwie rzeczy: dalej pić lub znowu poprosić o pomoc w poradni odwykowej. Zrobiłem to drugie. Poszedłem tam. „Ze spuszczoną głową, powoli”. Wreszcie doszedłem. Przyznałem się, że przez ostatnie dwa dni piłem. Tak naprawdę piłem trzy dni i nie powiedziałem, że podczas terapii nie było to po raz pierwszy, ale nawyki alkoholowego kłamania, oszukiwania i kręcenia były w tym momencie silniejsze. Lekarz zapytał, czy jestem gotów rozmawiać o leczeniu w ośrodku zamkniętym. Odparłem, że tak, było mi już wszystko jedno, wszystko mi się posypało, rozlazło, z niczym już sobie nie radziłem. Moje życie było w gruzach. Zapytałem tylko, kiedy mam jechać? Zaskoczył mnie mówiąc, że dzisiaj, ale i to przyjąłem. Ze skierowaniem w kopercie wróciłem do domu, zadzwoniłem na informację PKS, żeby dowiedzieć się o autobus, spakowałem się i pojechałem do ośrodka imienia Buxakowskiego, na odwyk zamknięty. Następny dzień, 15.01.1999 przyjąłem za pierwszy dzień swojej, nie przerwanej jak dotąd, abstynencji.

Swoje życie alkoholika podzieliłbym na trzy okresy. W pierwszym nie mogłem, nie potrafiłem, przestać pić. Wtedy właśnie zgłosiłem się po raz pierwszy do poradni odwykowej i przeprowadziłem rozmowę z terapeutą i alkoholikiem, z której nic nie wynikło. W drugim nie mogłem, nie wolno mi było pić. Był to, mniej więcej, półroczny okres terapii ambulatoryjnej z częstymi zapiciami. W trzecim, który zaczął się niezauważalnie dla mnie podczas terapii zamkniętej w ośrodku, ja już nie chciałem pić. I tak jest zresztą do dziś. Ja mogę pić, bo i któż mi zabroni? Tyle, że już nie chcę. A nie chcę, bo zdając sobie sprawę ze swojego trwałego uzależnienia wiem, że konsekwencje mojego picia mogą być zupełnie nieprzewidywalne. Opowiadając o tym okresie mówię zwykle, że Bóg, w którego wówczas nie wierzyłem, odebrał mi lub uwolnił mnie od obsesji picia.

I jeszcze jedno. Czemu nie powiodła się ta pierwsza, ambulatoryjna terapia? Myślę, że z kilku powodów. Po pierwsze — podjąłem ją trochę tak… manifestacyjne, po utracie pracy. Wydaje mi się, że chciałem udowodnić otoczeniu i sobie, że coś zrozumiałem i zaczynam działać na poważnie. Po drugie — nie do końca byłem przekonany o własnej bezsilności wobec alkoholu. Miałem to zagadnienie świetnie rozpracowane teoretycznie, ale w praktyce niewiele z tego wynikało. Po trzecie — starałem się nauczyć trzeźwości. Chodziłem na mityngi i terapię, robiłem zadania zlecone przez terapeutów i to podobno całkiem nieźle tylko, że tak naprawdę nie robiłem nic, żeby trzeźwieć. Bo pisanie zadań, udział w terapii czy mityngach, to nie trzeźwienie, a jedynie i co najwyżej narzędzia. Tyle, że ja na początku jeszcze tego nie zrozumiałem. I po czwarte — żyłem wówczas w przekonaniu, że będę w stanie żyć dokładnie tak samo, jak przedtem, ale bez alkoholu. Nie usłyszałem jeszcze, albo może słyszałem lecz nie rozumiałem, głębokiego sensu pewnego powiedzenia powtarzanego często podczas spotkań Wspólnoty Anonimowych Alkoholików: „Przestać pić? To jest najłatwiejsze ze wszystkiego — wystarczy tylko zmienić całe swoje życie”.

Czy żałuję tej przerwanej terapii? W końcu mógłbym mieć pół roku abstynencji więcej? Nie żałuję, choć na początku tak było. Wymyśliłem sobie takie powiedzenie: „Jeśli już wdepniesz w gówno, to wykorzystaj to jako okazję, żeby się nauczyć dobrze czyścić buty”. Myślę, że wykorzystałem tą lekcję. Dziś zyski z tego doświadczenia czerpię i ja i inni.

W tym roku mój syn skończył 21 lat. Nigdy nie byliśmy w lesie bawić się w Indian. Nigdy nie uczyłem go jeździć na rowerze. Nigdy… Tak wielu rzeczy nie robiłem z synem nigdy. I nigdy już nie zrobię. Czas na nie minął bezpowrotnie. Z tą świadomością muszę nauczyć się żyć.

Zima 2001—2002

Historia grupy AA „Wsparcie”

Na „wariackich papierach”, z wiatrem i pod wiatr…

Najmłodsza grupa AA w Opolu i pewnie dlatego jedyna, której narodziny i geneza są jeszcze pamiętane przez niektórych członków Wspólnoty AA w naszym mieście. Brałem czynny udział w jej zakładaniu…

Oficjalnie grupa powstała 27.01.2001, ale oczywiście wszystko zaczęło się o wiele wcześniej.

W roku 2000 powstała w Opolu grupa wsparcia dla alkoholików. Z perspektywy czasu postrzegam ją, jako twór nieco dziwny, ale wtedy wydawała się bardzo dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza dla tych z nas, którym po zakończeniu terapii odwykowej (albo blisko jej końca) brakowało podczas mityngów AA-owskich bezpośredniego kontaktu z grupą, tak zwanych zwrotów, sugestii, żywej wymiany zdań, itp. Z założenia jednak grupa wsparcia nie miała mieć nic wspólnego ani ze Wspólnotą AA, ani z terapią. Miała wspierać, cokolwiek to znaczy…

Grupa ta funkcjonowała kilka miesięcy (spotkania odbywały się w piwnicy kościoła o.o. franciszkanów, w soboty o 17:00) i po okresie dynamicznego rozwoju, zaczęła dość szybko podupadać. Zwłaszcza po tym, jak „starzy” AA-owcy zaczęli mówić, że „młodzi” bawią się tam w terapię, udzielają porad itp. Moim zdaniem, wiele w tym było racji i… ogólnie rzecz biorąc, nie był to udany eksperyment.

W tym samym czasie chyliła się też ku upadkowi grupa AA „Gawra”. Ulokowana na peryferiach miasta, funkcjonowała całkiem nieźle dopóki w samej „Gawrze” (taka nieco może lepsza noclegownia czy schronisko) mieszkali założyciele i opiekunowie grupy. Kiedy jednak dostali własne mieszkania i w „Gawrze” powoli przestawali bywać, wszystko się posypało. Mityngi tej grupy (sobota, godzina 16:00) albo w ogóle się nie odbywały i nieliczni chętni zastawali zamknięte drzwi, albo nie miał tych mityngów kto prowadzić.

W takich oto warunkach i w klimacie rosnących potrzeb, mój przyjaciel z terapii wymyślił, że założymy nową grupę AA. We dwóch, a co! Mieliśmy już na tym polu pewne doświadczenia, dla grupy AA „Asyż” zorganizowaliśmy kilka miesięcy wcześniej środowe mityngi poranne. Pamiętam jak dziś, jak zimą roku 2000 siedzieliśmy w kuchni po obu stronach pralki pełniącej wówczas rolę stołu i wymyślali nową grupę AA.

Od początku było jasne, że nowa grupa powinna spotykać się w soboty — był to ostatni dzień bezmityngowy w mieście, bo „Gawra” istniała właściwie już tylko teoretycznie. Lokalizacja — siedziba grupy wsparcia, której spotkania odbywały się rzadko, jeśli w ogóle. Godzina — 17:00. Bardzo się wówczas obawialiśmy oskarżenia o tworzenie grupy konkurencyjnej dla „Gawry”. Wymyśliliśmy więc ten godzinny odstęp dla tych, którzy pojadą jednak do „Gawry”. Jeśli mityng się tam nie zacznie, mieli mieć szansę na dotarcie na naszą grupę, w centrum miasta.

To wszystko okazało się dość proste, największy kłopot mieliśmy z nazwą nowej grupy. Odrzucaliśmy kolejno rozmaite Jutrzenki, Odrodzenia, Świty, Przebudzenia, itp. i kiedy wydawało się, że utknęliśmy w martwym punkcie, wpadłem na genialny pomysł — nazwiemy tą grupę „Wsparcie”. I to było to! W tamtym czasie, taka właśnie nazwa grupy miała szczególne, momentami dość pokrętne, znaczenie. Nawiązywała do tych nikłych resztek dobrej sławy grupy wsparcia, które jeszcze, być może, pozostały. W pewnym sensie określała charakter pracy grupy tak, jak chcieliśmy go widzieć. Miała także łagodzić transformację grupy wsparcia w grupę AA „Wsparcie” — liczyliśmy, że wielu nowicjuszy nie zauważy z początku różnicy (i tak też się działo).

Pod koniec 2000 roku zaczęliśmy w soboty o 17:00 robić w piwnicy pod kościołem o.o. franciszkanów „prawidłowe” mityngi AA. Jeśli zjawiał się tam ktoś jeszcze, co w początkowym okresie wcale nie było częste, grzecznie pytaliśmy, czy zamiast spotkania grupy wsparcia możemy zrobić normalny mityng Anonimowych Alkoholików. Sprzeciwu nie było nigdy, ale wtedy jednak wcale nie mieliśmy pewności, że cała ta operacja się powiedzie. Były to działania rozpoznawcze.

Na początku stycznia 2001, powoli zaczęli się już pojawiać ludzie, przychodzący specjalnie na normalny mityng AA. Nagłośniliśmy wtedy fakt powstania nowej grupy i rozesłaliśmy zaproszenia na założycielski i inauguracyjny mityng nowej grupy AA „Wsparcie”, na 27.01.2001. Podczas tego właśnie mityngu mój przyjaciel został skarbnikiem grupy, a ja — nieco później — jej rzecznikiem.

Staraliśmy się pełnić te służby wyjątkowo odpowiedzialnie, a w szczególności nie dopuszczać do takiej sytuacji, żeby na mityngu grupy AA „Wsparcie” nie było przynajmniej jednego z nas. Niestety, nasi następcy nie byli już tak zdyscyplinowani i zaczęły zdarzać się przypadki, że mityng się nie odbył, bo nie było nikogo z pełniących służby, a żadna z osób obecnych, nie chciała go prowadzić. Sytuacja taka powtarzała się niestety coraz częściej, spadała frekwencja podczas mityngów i wreszcie 27.01.2005 ostatni skarbnik grupy, nie znajdując już następcy, ani żadnej innej osoby gotowej pełnić jakąkolwiek służbę, przekazał resztę pieniędzy grupowych skarbnikowi grupy AA „Asyż” (mityngi obu tych grup odbywały się w tej samej salce) i działalność grupy AA „Wsparcie” została zawieszona. Na szczęście nie oznaczało to jeszcze, że sobotnie mityngi zniknęły z AA-owskiej mapy naszego miasta. Odbywały się one nadal, ale już pod opieką grupy AA „Asyż”. Taki stan rzeczy trwał prawie dwa lata.

Po dwóch zmianach lokalu i na skutek jakichś swoich własnych problemów, sumienie grupy AA „Asyż” uznało, że grupa nie jest w stanie nadal opiekować się czterema mityngami w tygodniu. Znalazły się wówczas osoby gotowe wskrzesić grupę AA „Wsparcie” i objąć w niej służby.

Mityng reaktywujący grupę AA „Wsparcie” odbył się 14.10.2006 i od tego czasu (pod opieką M. i E.) grupa, choć niewielka, działa niezwykle dynamicznie i skupia przede wszystkim AA-owców płci obojga, którzy gotowi są do odpowiedzialnej i zaangażowanej pracy nad Programem Wspólnoty AA.

Właśnie atmosfera sprzyjająca solidnej pracy „na programie”, klimat otwartego dzielenia się własnym doświadczeniem, choćby bolesnym, dla dobra innych, jest w tej grupie raczej regułą, a nie wyjątkiem. Podobnie jak fakt, że jeśli nawet na mityngu jest zaledwie 5—7 osób, to potrafi nam zabraknąć czasu.

Mityngi grupy AA „Wsparcie” prowadzi zwykle kobieta, skarbniczka grupy (stan na luty 2008) i pewnie temu właśnie należy zawdzięczać stosunkowo wysoką frekwencję kobiet. Najwyraźniej czują się tu one bezpiecznie.

Podczas inwentury grupy „Wsparcie” w lutym 2008, jej sumienie powierzyło mi służbę mandatariusza.

Historia ta była i jest nadal dla mnie nieocenionym źródłem doświadczeń, przemyśleń i wniosków:

1. Dziś już nie przyszłaby mi do głowy taka samowola i nie brałbym udziału w zakładaniu nowej grupy bez konsultacji oraz wyraźnej aprobaty czy akceptacji Intergrupy i innych grup w mieście.

2. Czy ważna była dla mnie rola jednego z „Ojców Założycieli”? To może nie, natomiast cała ta sytuacja początkowo mile łechtała moją ambicję — starzy AA-owcy miesiącami chodzili i narzekali, że w mieście nie ma mityngów w soboty, no to wreszcie dwóch nowicjuszy (miałem wtedy prawie dokładnie 2 lata abstynencji) to załatwiło, rozwiązało problem — tak to wówczas widziałem.

3. Przekonałem się doświadczalnie, że grupa bez służb w zasadzie nie ma szansy na przetrwanie. Może tak doraźnie pociągnąć kilka tygodni, może nawet miesiąc czy dwa, ale na dłuższą metę to się nie uda.

4. Nieco rozgoryczony wymyśliłem wtedy określenie „konsumenci AA”. Mieli to być ludzie prezentujący wyjątkowo konsumpcyjną i roszczeniową postawę wobec Wspólnoty AA, odmawiający konsekwentnie jakiejkolwiek pracy na rzecz grupy, z której korzystają. Oczywiście wiadomo było, że nie dotyczy to nowicjuszy, od których z oczywistych przecież względów nie można oczekiwać czegokolwiek zbyt szybko. Moje poglądy na ten temat też już są obecnie nieco inne.

5. Najdłużej miałem wtedy wątpliwości wobec sytuacji, w której właściwie czułem się przypierany do muru. Bywało, że słyszałem wprost stwierdzenie: „albo znowu podejmiesz służbę, albo grupa padnie”. Czy fakt założenia grupy (jakkolwiek by to było wówczas nieodpowiedzialne i niedojrzałe) do końca życia obliguje mnie do opieki nad nią, czyli pełnienia jakiejś służby?

Luty 2008

Absolutnie nie porównywać!

W środowisku ludzi związanych z terapią odwykową, a zwłaszcza i przede wszystkim ze Wspólnotą Anonimowych Alkoholików, krąży całkiem pokaźna liczba rozmaitych powiedzeń, przysłów i innych „prawd”. Wiele z nich, w niesamowicie prostej formie, zawiera cały ogrom mądrości życiowej wielu pokoleń trzeźwiejących alkoholików. Ale czy faktycznie wszystkie? Czy można podchodzić do nich całkowicie bezkrytycznie. Od powstania Wspólnoty Anonimowych Alkoholików (15 czerwca 1935) minęło 70 lat — na ile zadziałała zasada „głuchego telefonu”?

Tylko, broń Boże, nie porównywać i nie oceniać! Hasło to wraca jak bumerang. I prawdę mówiąc mam coraz więcej wątpliwości… Skąd mam brać opinie o ludziach, rzeczach, zjawiskach, wydarzeniach, bez oceny? W jaki sposób, nie oceniając, mam się zorientować, że ktoś jest dla mnie dobry czy zły, pomaga mi czy szkodzi? Jak mam normalnie funkcjonować bez trzeźwej oceny sytuacji?

Jak to się mówi delikatnie? Acha, no więc mam odruchy wymiotne kiedy słyszę hasło „nie oceniać”. I zawsze (no, prawie zawsze) mam wrażenie, że prawdziwy przekaz osoby coś takiego propagującej brzmi: „tylko mnie nie oceń krytycznie, tylko mi nie zwróć uwagi na moje braki, słabości i błędy, ja tak nie chcę ich zauważać, tak nie chcę znów nad czymś pracować, tak nie chcę już nic zmieniać, nie chcę burzyć błogiego spokoju i samozadowolenia”.

Często zastanawiam się skąd w AA i okolicach biorą się te wszystkie dziwolągi. A jeśli już nie całkowite dziwolągi, to cudaczne mutacje.

Zakaz oceniania jest narzędziem terapeutycznym, dzięki któremu pacjenci na zajęciach terapii grupowej mogą się czuć pewnie i bezpiecznie. Ale przecież AA to nie terapia, życie to nie terapia!

„Nie porównuj się z innymi, bo możesz…” pochodzi z Dezyderaty Maxa Ehrmanna, ale czemu alkoholicy „łyknęli” to zdanie tak gładko i zrobili z nim to, co zrobili, pozostaje dla mnie zagadką.

Cały system szkolnictwa na świecie opiera się na porównywaniu i ocenianiu: jeśli 99 dzieci w wieku lat 8 umie czytać, a jedno nie, to z tym jednym coś jest nie w porządku, być może jest dyslektykiem, może trzeba skierować je na jakieś dodatkowe zajęcia… System wynagrodzeń opiera się prawie w całości na ocenianiu i porównywaniu: jeśli dwudziestu robotników wykopało w ciągu dnia po jednej dziurze w ziemi, a robotnik numer 21 wykopał dwie, to on jest lepszym kopaczem niż pozostali i należy mu się nagroda. Czy słoń jest duży? No, to chyba zależy, do czego się go PORÓWNUJE, prawda? W PORÓWNANIU do mrówki duży, do kuli ziemskiej malutki. Na systemie porównywania i oceniania opiera się cały system prawny. Ktoś ocenił, porównał szkodliwość i zdecydował, że wódkę i papierosy można sprzedawać legalnie, a marychę — nie. Itd. itd. itp.

Myślę, że z tymi porównaniami i ocenami jest jak z… młotkiem. Młotkiem można zbić łóżko, stół i szafę, ale młotkiem można też zamordować szwagra. Z porównania i oceny: „wszyscy w życiu świetnie sobie radzą, tylko ja jestem beznadziejny” — nie wynika w najlepszym wypadku nic. W gorszym, czymś takim mogę sobie zrobić krzywdę. Ale jeśli stwierdzę, że „Marek, Wacek, Józek, Zbyszek i Wojtek potrafią pływać, a ja nie (porównanie). Nauczę się też, żebym w naszej paczce nie czuł się gorszy (ocena), żebym mógł z nimi wybierać się na żagle lub kajaki” — to to ma sens, z tego może coś pozytywnego wyniknąć.

Przez kilka lat obserwowałem przedziwną metamorfozę „Programu 24 godzin”. Nie pamiętam już, czy dostałem go „do wykonania” na terapii czy mityngu AA, nieważne. W każdym razie było to zaraz na początku mojej abstynencji.

Po latach słyszę jak facet odpowiada żonie pytającej, czy jutro załatwi hydraulika: „A skąd ja mam wiedzieć, co będzie jutro?! Jutro to ja się mogę napić lub umrzeć! Wiesz przecież, że ja muszę żyć Programem 24 godzin!”. Zaskoczyło mnie to, więc starałem się go delikatnie podpytać o ten program 24 godzin i okazało się, że dla niego jest to decyzja, że dziś nie pije, a jutro, to nie wie i nie chce wiedzieć, co będzie.

Ja jednak Program 24 godzin pamiętam w takiej formie :

• Właśnie dzisiaj chcę spróbować przeżyć ten dzień dobrze i nie od razu załatwić w nim problemy całego mojego życia. Spróbuję przeżyć go tak, jak nie miałbym jeszcze odwagi żyć przez resztę mojego życia.

• Właśnie dzisiaj chcę być szczęśliwi. Zakładam, że prawdą jest „najczęściej ludzie są na tyle szczęśliwi na ile postanowią nimi być”.

• Właśnie dzisiaj chcę dostosować się do tego co jest, a nie próbować dostosowywać wszystko do moich własnych życzeń. Chcę sprostać mojemu losowi jakikolwiek on będzie.

• Właśnie dzisiaj chcę ćwiczyć mój umysł. Chcę poznawać rzeczy godne poznawania. Chcę nauczyć się czegoś użytecznego. Chcę czytać coś wymagającego wysiłku, myślenia, skupienia.

• Właśnie dzisiaj chcę ćwiczyć moją wolę na trzy sposoby:

1. zrobię coś dobrego i nie wypomnę tego ani nie pochwalę się tym

2. dokonam co najmniej dwu rzeczy, na które zwykle nie mam ochoty

3. nie okażę nikomu, że moje uczucia zostały zranione

• Właśnie dzisiaj chcę mieć plan postępowania; mogę nie trzymać się go ściśle, lecz spróbuję uchronić się od pochopności i niezdecydowania.

• Właśnie dzisiaj znajdę spokojną chwilę dla siebie i spróbuję się odprężyć. Spojrzę wtedy na moje życie z lepszej perspektywy.

• Właśnie dzisiaj chcę pozbyć się obaw i cieszyć się tym co piękne. Ufam, że dając z siebie dużo światu, dużo przez to zyskuje.

• Właśnie dzisiaj chcę być zgodny z otoczeniem. Chcę dobrze wyglądać być odpowiednio ubrany, mówić spokojnym tonem, być uprzejmym, nie krytykować niczego, nie wyszukiwać „dziury w całym” i nie zmieniać nikogo z wyjątkiem samego siebie.

To, co teraz przez wielu młodszych uczestników mityngów znane jest jako Program 24 godzin, to chyba ten fragment „spróbuję przeżyć go tak, jak nie miałbym jeszcze odwagi żyć przez resztę mojego życia” w postaci stwierdzenia, że dziś nie piję, a jutro to ja nie wiem, co będzie. I na tym koniec. Oni po prostu nawet nie słyszeli, że Program 24 godzin to coś więcej.

Znajomy, późniejszy sponsor, zwany przeze mnie Hipnotyzerem, podsunął mi kiedyś tekst w broszurce „Mityng”, nie pamiętam już niestety, czyjego autorstwa, może jego. W opowiastce tej przychodzi nowicjusz na mityng AA. Zostaje przywitany brawami i oficjalnie przyjęty do Wspólnoty. Na tym swoim pierwszym mityngu nowicjusz niewiele rozumie, mało do niego dociera, ale udaje mu się wynieść stamtąd dwie rzeczy: po pierwsze wie, że od teraz to on też jest AA, a po drugie zapamiętał jakieś dwa-trzy zdania. Może trochę wyszarpane z kontekstu, ale z tego nie zdaje sobie sprawy.

Mijają 3—4 tygodnie. Na kolejnym mityngu nasz nowicjusz decyduje się zabrać głos — jest w końcu członkiem Wspólnoty AA. Chcąc dobrze wypaść wypowiada te zapamiętane zdania, odrobinkę przekręcone, troszkę zmienione przez własną imaginację, ociupinkę zniekształcone przez wczesnoterapeutyczne mądrości, nieco wzbogacone o własne doświadczenia…

I nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie fakt, że na tymże mityngu był kolejny, całkiem „świeży” nowicjusz. Właśnie przywitano go brawami i oficjalnie przyjęto do Wspólnoty. Na tym swoim pierwszym mityngu „świeży” nowicjusz niewiele rozumie, mało do niego dociera, ale udaje mu się wynieść stamtąd dwie rzeczy: po pierwsze wie, że od teraz to on też jest AA, a po drugie zapamiętał jakieś dwa-trzy zdania z wypowiedzi naszego trzytygodniowego AA-owca. „Mądrość AA przemówiła” pomyślał „świeży” nowicjusz i postarał się skrzętnie zapamiętać owe trzy zdania. A za cztery tygodnie, po kilku spotkaniach z terapeutą, na swoim piątym mityngu postanowił zabrać głos — jest w końcu członkiem Wspólnoty AA. Chcąc dobrze wypaść wypowiada te zapamiętane zdania, odrobinkę przekręcone, troszkę zmienione przez własną imaginację, ociupinkę zniekształcone przez przekazaną na terapii odwykowej wiedzę mądrości, nieco wzbogacone o własne doświadczenia… I tak zabawa w „głuchy telefon” trwa. Mądre i ważne sprawy przekazywane w taki sposób ulegają coraz to większym zmianom, przekręceniom i przeinaczeniom. Natomiast powtarzane wielokrotnie awansują do rangi fundamentalnych „prawd” Anonimowych Alkoholików.

W starszych scenariuszach mityngów (spotkań) czytaliśmy: „Tak powstaje skarbiec mądrości AA…” Czy rzeczywiście skarbiec? Ile jest w nim dziwolągów, wykoślawionych powiedzonek, śmieci bez większej wartości? Sprawa wydaje się być dość poważna. Z jednej strony, żeby skorzystać w pełni z propozycji Anonimowych Alkoholików, potrzebna jest całkiem niezła doza zaufania. Z drugiej, okazuje się, że bez pewnego zdroworozsądkowego sceptycyzmu można „kupić” na mityngu coś, co zupełnie nie jest nam potrzebne, a wręcz przeciwnie.

Sądzę, że między innymi z tych powodów radzi się nowicjuszom, żeby podczas swoich pierwszych mityngów wyjęli watę z uszu i włożyli do ust. Pomijając całą obrzydliwość tego powiedzonka, sens przedstawia się następująco: „przestań tyle paplać, posłuchaj tego, co mówią inni, a nie tylko siebie”. Poza tym: „starym AA-owcom krzywdy nie zrobisz, ale nieprzemyślanymi wypowiedziami możesz skrzywdzić kogoś, kto dziś jest na mityngu pierwszy czy drugi raz”.

Październik 2006

Warsztaty sponsorowania

01.03.2008 odbyły się w Strzelcach Opolskich Pierwsze Warsztaty Sponsorowania organizowane przez Intergrupę Śląska Opolskiego. Pierwsze, bo jest nadzieja, że będą następne. Może za rok…

Wszystko jednak zaczęło się od… nadmiaru pieniędzy. Podczas jednej z intergrupowych dyskusji na temat podziału kapelusza, ktoś stwierdził, że jeśli pokrywamy wydatki związane tylko i wyłącznie z funkcjonowaniem Intergrupy, a całą resztę pieniędzy radośnie i beztrosko odsyłamy dalej (do Służby Krajowej i do Regionu), to pewnie jest to bardzo wygodne, może nawet dobrze widziane, ale tak jakby nie do końca odpowiedzialne. No i wpadło komuś do głowy, żeby za część tych pieniędzy zrobić coś dla zaspokojenia realnych i palących potrzeb grup zrzeszonych w Intergrupie. Coś, czyli warsztaty.

Na terenie IŚO sponsorowanie leży. Totalna klapa. Według moich szacunków (oczywiście mogę się mylić) ma sponsora, jest sponsorowanym lub jedno i drugie, około 10—15% alkoholików. I zwykle ten „sponsoring” polega i ogranicza się do wymiany numerów telefonów i informacji: „wiesz, jakby ci się chciało pić, to możesz do mnie zadzwonić choćby w środku nocy”.

Często widzę, że kiedy pada określenie „praca ze sponsorem”, wielu przyjaciół wyraźnie nie wie, o co chodzi. Mam wrażenie, że sponsor w AA jawi się wielu AA-owcom jako coś w rodzaju koła ratunkowego przydatnego tylko na wypadek głodu alkoholowego i… to właściwie wszystko.

Opolszczyzna to kraniec Polski, ale kontaktów z resztą kraju powoli nam jednak przybywa i tak jakoś zaobserwowaliśmy podczas rozmaitych wyjazdów i spotkań, że w rejonach, gdzie sponsoring jest na dobrym poziomie, nie ma większych problemów ze służbami, z odchodzeniem grup AA od Tradycji, z łamaniem zasad, z tworami hybrydowymi typu Abstynencki Klub AA, z zapiciami, z dużą rotacją na grupach i „znikaniem” nowicjuszy, itp.

Nie muszę chyba dodawać, że i z obsadzaniem służb na grupach i w samej Intergrupie też mamy na Opolszczyźnie ogromne problemy — padło więc na warsztaty sponsorowania.

Najpierw obawiałem się, że całe te warsztaty to będzie spotkanie 4—5 osób, organizatorów z ramienia IŚO. Kiedy już warsztaty się zaczynały i okazało się, że uczestników jest około czterdziestu (z różnych miejsc w kraju i z zagranicy), to znowu martwiłem się, że to może za dużo i może nie uda się nawiązać tak bliskiej współpracy, jakby to było w małej, kilkuosobowej grupce. Potem jeszcze pośmiałem się z siebie, kpiąc w duchu, że takiemu alkoholikowi jak ja, to nie ma szansy nijak dogodzić, a za chwilę już nie było czasu na śmiechy i kpiny, bo warsztaty się rozpoczęły i trzeba było intensywnie myśleć i uważnie słuchać. A było czego!

Przebiegu warsztatów opisywał z detalami nie będę — kto był, ten pamięta, a kto nie był, ten… taką widocznie z jakichś powodów podjął decyzję; może nie mógł; może będzie następnym razem. Pozwolę sobie natomiast na kilka uwag:

— Założony program został zrealizowany w całości, choć już w trakcie okazało się, że warto byłoby, kiedyś w przyszłości, wrócić do tematu sponsorowania grupowego. Nasze spotkanie było jednodniowe i wszystkiego się w nim upchnąć nie dało, więc koncentrowaliśmy się na sponsorowaniu indywidualnym.

— Bardzo jestem wdzięczny, i chyba nie tylko ja, gościom ze Śląska i/lub Zagłębia (obawiam się, że tamtejsze lokalne podziały nie są dla mnie zrozumiałe, a nie chciałbym kogoś urazić), którzy pokazali nam rzeczy, o których, jak sądzę, niewielu z nas nawet marzyło, realizowane na co dzień tam, gdzie sponsorowanie jest normalną i nieomalże powszechną praktyką „od zawsze”.

— Temat nie skończył się w momencie wyjazdu ze Strzelec Opolskich. Idąc za ciosem przedstawiciele grup „Asyż” i „Wsparcie” z Opola, licznie uczestniczący w tych warsztatach, zdecydowali na pierwszym, powarsztatowym mityngu o zorganizowaniu specjalnej, wspólnej inwentury obu grup — 31.03 będziemy się zastanawiać, jak zacząć realizować w praktyce to wszystko, czego się dowiedzieliśmy.

— Nie słyszałem żadnych opinii krytycznych, nikt nie mówił, że wszystko to już dawno wiedział, że nic nowego z warsztatów nie wyniósł, że stracił czas, czy coś w tym stylu — wręcz przeciwnie. Podczas spotkania Intergrupy Śląska Opolskiego 08.03.2008 już słychać było wezwania i słowa zachęty do organizacji następnych warsztatów, choćby jesienią — tym razem warsztatów służb. Ja jestem za, a jeśli potrzebna będzie jakaś pomoc w organizacji, to jestem gotów. Zróbmy to!

Marzec 2008

Złe i nieprzyjemne uczucia

Podczas jakiejś dyskusji na temat poczucia winy i wyrzutów sumienia ktoś powiedział, że te złe, nieprzyjemne (negatywne) uczucia są potrzebne, bym wiedział, że coś robię źle. „Zgrzytało” mi tu coś i zacząłem się zastanawiać…

Wstyd, wyrzuty sumienia, poczucie winy, wszystkie te przykre uczucia są karą czy może konsekwencją, jeśli zrobię coś źle. Tak dla przykładu, roboczo, przyjmijmy, że to „coś źle” to kradzież (kiedy piłem, to kilka razy ukradłem kasę na wódkę swojej byłej żonie, więc przykład nie taki znowu abstrakcyjny).Mamy więc kradzież i… dwie możliwości:

1. Nie zdaję sobie sprawy, że kradzież to coś złego. Nikt mi nigdy nie mówił, ani nigdzie nie słyszałem, że to jest naganne. Czy w takiej sytuacji kradnąc będę miał wyrzuty sumienia i poczucie winy? Oczywiście — nie.

2. Nie mając świadomości popełnienia czegoś złego nie mam poczucia winy.

Zdaję sobie sprawę i wiem, że kradzież to coś złego. No, ale w takim razie, z samego założenia wynika, że skoro już wiem, to nie są mi potrzebne wyrzuty sumienia, żebym się dopiero dowiedział, prawda?

W pierwszym przypadku przykre uczucia w ogóle nie wystąpią, w drugim ja wcześniej wiem, że robię źle, więc przykre uczucia nie są mi potrzebne, przynajmniej nie do tego, żeby dowiedzieć się, że robię coś źle. Do czego więc potrzebne są wyrzuty sumienia, poczucie winy i wstyd?

Moim skromnym zdaniem kłopot polega na tym, że czasami bycie odpowiedzialnym wcale nie jest mniej przykre od poczucia winy. Czasami konsekwencje uczynku są bardziej dolegliwe niż wyrzuty sumienia. Chodzi mi o to, że używamy swoich wad (postępujemy źle), bo to przynosi określone korzyści. Zwyczajnie i po prostu czasem bardziej się to opłaci. Jeśli coś ukradnę, to moim zyskiem jest to, że mam coś, na co mnie nie stać i mam to za darmo. Po stronie kosztów występują poczucie winy i wyrzuty sumienia.

Jeśli w pracy nie przyznam się, że to ja spie… sprawę (czyli będę kłamał), to nie wywalą mnie z roboty. Koszty? Jak wyżej. Ode mnie zależy, co uznam za ważniejsze, bardziej pożądane, opłacalne…

Gdyby używanie wad (postępowanie źle) przynosiło same straty, to bym ich nie używał- to jest przecież zupełnie jasne i oczywiste.

Tak, to racja — te przykre uczucia są mi potrzebne… Oczywiście nie do tego, żebym wiedział, że coś robię źle. Jeśli nie jestem psycho lub socjopatą to ja doskonale wiem, co jest dobre a co złe: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie” — pisał kiedyś wielki samotnik z Królewca.

Tak, te parszywe uczucia są mi potrzebne do robienia interesów z samym sobą. Są mi potrzebne do targów z własnym sumieniem. Coś za coś. Kłamstwo (i zyski z niego) za powiedzmy 3-punktowe poczucie winy. Złodziejstwo (i korzyści z niego) za 7-punktowe wyrzuty sumienia.

Myślę, że takich transakcji dokonujemy, może nie każdego dnia, ale każdego tygodnia, lub miesiąca, lub roku… Myślę też, że dopóki te interesy załatwiam uczciwie, to znaczy godzę się na pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i wybory oraz konsekwencje tychże, to wszystko jest w całkowitym porządku. Gorzej, gdy w tej grze ze swoim sumieniem i z sobą samym próbuję szachrować wprowadzając tam elementy obniżające koszty w sposób oszukańczy — na przykład twierdzę, że wszyscy tak robią, że nie jestem świętym, że on/ona mi też zrobiła to czy tamto, itp. czyli wszystkie te rzeczy zwane na terapii racjonalizacją.

Wydaje mi się, że trzeźwienie to branie w pełni — bez racjonalizacji, kantów, uników i szachrajstw, odpowiedzialności za siebie — na siebie.

Styczeń 2007

Zwykły przypadek losowy

Mój syn (lat 26) wybrał się z chłopakami grać w piłkę nożną. Wrócił do domu ze złamanym obojczykiem. Gips, wiele tygodni zwolnienia chorobowego, lęk o utratę pracy w związku z tym… W jakiejś rozmowie z matką syn użył na to zdarzenie określenia „przypadek losowy”. Do samej dyskusji się nie włączałem, ale stała się ona bodźcem do rozważenia roli przypadków w życiu, a w życiu alkoholika w szczególności.

Ja osobiście w przypadki jako takie nie wierzę. Uważam, że wszystko i zawsze ma swój sens, cel i przyczynę- ja mogę ich nie widzieć lub nie rozumieć, ale to inna sprawa. Taka postawa nie przeszkadza mi zupełnie w używaniu (czasami) w rozmowie słowa „przypadkiem”. Nie narzucam swojej koncepcji nikomu, a w ten sposób określam zdarzenie, którego nie można było przewidzieć, lub którego prawdopodobieństwo było bardzo małe.

W tym jednak miejscu na alkoholika (DDA, Al-anon) czyha pułapka. Czy faktycznie czegoś tam nie można było przewidzieć? Czy rzeczywiście prawdopodobieństwo zdarzenia było tak nikłe, że można go było nie brać pod uwagę? Odpowiedzi na takie pytania wiążą się bezpośrednio z innymi: odpowiedzialność, realna ocena, konsekwencje, trzeźwość…

Nieomalże całkowicie bezpiecznie przewracać się może dziecko do lat 4—6. Czy facet o 20 lat starszy powinien przewidzieć, że podczas gry w piłkę może doznać kontuzji, albo choćby tylko przewrócić się? Jeśli ja, mężczyzna przed pięćdziesiątką, wybiorę się z dzieciakami skakać z dachu garażu na kupę piachu i podczas tej przemiłej rozrywki coś sobie złamię, to będzie to efekt mojej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni czy przypadek losowy? Granica może być niezwykle delikatna, trudna do uchwycenia i, być może, nie aż tak istotna dla tzw. normalnych ludzi, ale jeśli ja, alkoholik, będę zbyt często popełniał błędy w ocenie, to w konsekwencji może mnie to kosztować życie.

Wiąże się to ściśle z odpowiedzialnością (głównie za siebie), którą to strefę zarówno alkoholicy, jak i DDA czy osoby wspołuzależnione mają, delikatnie mówiąc, mocno zaburzoną.

Jeśli coś stało się przypadkiem, to nie ja ponoszę za to winę, nie odpowiadam za to. Ale, jeżeli konsekwencje lub efekty, działania lub zaniechania, myślenia lub postępowania, mogłem przewidzieć, to…

Gdy efekty swojego braku wyobraźni i/lub rozsądku, popędliwości, lekkomyślności, zachłanności, lenistwa i stu innych wad, zacznę nazywać „przypadkiem losowym”, to znowu wkroczę w krainę iluzji i ułudy, w której funkcjonowałem w czasach picia. A stąd do kieliszka już tylko jeden mały krok…

Kiedy szedłem ulicą spadła mi na głowę dachówka. Przypadek losowy czy moja wina? Przypadek — nie da się chodzić ulicami z głową zadartą tak wysoko, żeby móc obserwować krawędzi dachów. Poza tym dachówki spadają same raz na sto lat.

Na przejściu dla pieszych potrącił mnie pijany kierowca. Czy to też tylko przypadek losowy? Oczywiście wina była kierowcy, ale… Czy do wypadku doszłoby, gdybym bardziej uważał? W końcu nikt mi nie obiecywał całkowitego i absolutnego bezpieczeństwa na pasach.

Oczywiście nie chodzi o to, by brać na siebie odpowiedzialność za całe zło świata, tak by się nie dało żyć. Natomiast istotne jest dostrzeganie własnego udziału w tym, co nam się przydarza… „przypadkiem”.

Znasz takie niesamowite słowo jak „proaktywność”? To tylko dzięki niemu mogę się czuć człowiekiem wolnym. To, niewielka czasem, chwila zastanowienia pomiędzy bodźcem, a moją na niego reakcją, pomiędzy zachcianką, a działaniem. W tej chwili daję sobie czas na zastanowienie, na rozważenie, na odwołanie się do mojego systemu wartości, na realną ocenę sytuacji i w końcu na podjęcie decyzji. I tak się jakoś składa, że im bardziej potrafię być proaktywny, tym mniej „losowych przypadków” zdarza mi się w życiu.

Czerwiec 2006

„Branżowy” język alkoholików

O patetycznym i udziwnionym języku zdrowiejących alkoholików.

Nie dalej jak kilka dni temu miałem okazję rozmawiać z ludźmi z rozmaitych stron Polski. Może właśnie dlatego słuchałem ich uważniej niż swoich znajomych z mityngów. W każdym razie przy okazji tego słuchania przypomniał mi się temat „Trzeźwość, a normalność” i wpadło mi do głowy, że my (alkoholicy) często wcale nie pragniemy tej normalności — nawet język tworzymy jakiś swój własny, niezbyt normalny i na pewno z trudem rozumiany przez zwykłych ludzi.

1. Zadziało się — w normalnej polszczyźnie oznacza, że coś się zgubiło, zapodziało. W polszczyźnie alkoholowej określamy tym mianem coś, co się stało, wydarzyło kiedyś, działo w bliższej lub dalszej przeszłości. Od niedawna rejestruję jeszcze inną odmianę: zadzieje się, czyli coś określającego zdarzenia z przeszłości teraz także opisuje przewidywaną przyszłość.

2. Służebny, służebni — wyrażenie staropolskie i dopuszczalne tylko w takim kontekście (np. dziewka służebna). We współczesnej poprawnej polszczyźnie traktowane jako błąd, gdyż obecnie słowo „służebny” nie występuje już w formie osobowej. Człowiek może ewentualnie pełnić rolę służebną, a więc to rola jest służebna, a nie osoba. No cóż… mnie też duma i pycha dość długo nie pozwalała mówić o sobie „sługa” czy „służący”, ale tak chyba właśnie jest poprawnie zważywszy na cytat: „…są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą”.

3. Chcę się podzielić — w normalnym znaczeniu chodzi o ofiarowanie komuś, za jego zgodą oczywiście, części tego, co sami posiadamy, na przykład jabłka, wygranej, ale także doświadczenia czy przeżycia. Zwracam jednak uwagę na niezbędność zgody osoby lub osób, z którymi chcę się dzielić. Na mityngach zgoda ta nie jest ani wymagana, ani potrzebna. Uczestnikowi wolno obrzucić innych szambem swoich żalów, pretensji i uraz do całego świata w związku z zatkanym zlewem, niegrzeczną urzędniczką, zdradzającą żoną, paskudnym szefem itd.

4. Kroczenie — szczególnie dostojna i majestatyczna odmiana chodu. „Król kroczył dostojnie na czele orszaku”. Obecnie alkoholicy rzadko chodzą, a już prawie w ogóle ulicami. Alkoholicy właśnie kroczą. I to koniecznie ścieżkami („ścieżka, którą kroczę…”).

5. Mam prawo, albo masz prawo — oczywiście nie ma to nic wspólnego z jakąkolwiek normą prawną. Oznacza w praktyce, że mogę zrobić, czuć lub powiedzieć coś, co się mojemu rozmówcy nie podoba, jednak nie na tyle, żeby mógł z tym cokolwiek zrobić. Rzecz jasna żaden alkoholik nie może mi tak naprawdę przydzielać lub odbierać jakichkolwiek praw.

6. Wkradły się uczucia — normalny Polak: jestem wściekły! Polak alkoholik: wkradło mi się uczucie złości. Oczywiście jeśli coś mi się wkradło to ja nie całkiem ponoszę za to odpowiedzialność — po co się wkradało?

7. Towarzyszyło mi uczucie — podobne do poprzedniego. To nie ja jestem wkurzony, to uczucie złości idzie gdzieś obok mnie i robi różne rzeczy, za które ja przecież nie mogę odpowiadać. Znowu uczucie ma jakiś dziwny związek z alkoholikiem.

8. Stawać w prawdzie — po polsku stanąć to sobie można w drzwiach. Dziwoląg językowy pierwszego gatunku, który oznacza po prostu wyznanie czy powiedzenie prawdy.

9. Na teraz (na tu i teraz) — kolejna bombastyczna odmiana prostego stwierdzenia. Normalnie — teraz jestem wściekły. Alkoholowo: na tu i teraz towarzyszy mi uczucie złości.

10. Cieszę się, że tu (na mityng AA) dotarłem — wielu alkoholików nie chodzi i nie jeździ na mityngi, ale na nie „dociera”. No, tak… To przecież taki ogromny wysiłek i wyrzeczenie…

Kwiecień 2007

Na czym polega moja wina?

Czy jestem winien temu, że zachorowałem na alkoholizm (F10.2)? Czy jest to choroba „na własne życzenie”? Za co ostatecznie ponoszę odpowiedzialność, a za co nie?

Kiedy pierwszy raz zgłosiłem się do poradni odwykowej, terapeutka powiedziała mi, że to nie jest moja wina. Czyli to, że jestem alkoholikiem. Poczułem wtedy niesamowitą ulgę. Tymi słowami ona zdjęła mi z ramion ogromny ciężar poczucia winy i wyrzutów sumienia. Myślę, że wtedy było to dla mnie korzystne i wskazane.

Świadomość zagrożenia ZZA w Polsce wzrasta, w końcu jest tu podobno około 2 miliony alkoholików! Społeczeństwo jest coraz lepiej wyedukowane, nawet tasiemcowe telenowele mają w ambitnych założeniach pokazanie w swoich produkcjach postaci alkoholika. Czy dalej celowe i wskazane jest manifestowanie poglądu „to nie jego wina”?

Nie znam nikogo, kto uzależniłby się od lampki szampana na Sylwestra i kieliszka wina na cioci imieninach. Żeby zostać alkoholikiem musiałem używać alkoholu często lub bardzo często. Co więcej — musiałem go nadużywać, upijać się. A to już nie było niechcący, niewinnie czy tak, jak wszyscy itp.

Czytałem gdzieś taki argument: „Przecież często i dużo pije wiele osób, tysiące. Ale tylko jedna na ileś tam się uzależnia, a pozostałe nie”. Miał on (ten argument) przemawiać za tym, że nie jest to w takim razie wina tej jednej osoby. A wyobraźmy sobie taką sytuację: 10 osób w grudniu, przy temperaturze -2 stopnie, biega po ulicach w sandałkach i koszulach z krótkim rękawem. Jedna z nich się przeziębiła, a inne nie. No to jak? Jest to jej wina czy nie?

Wydaje mi się (może się mylę), że w chwili obecnej, gdy nie ma chyba w tym kraju człowieka w wieku ponad 14 lat, który nie słyszałby hasła „alkoholik” czy „alkoholizm”, powinno się stawiać sprawę jasno: decydujesz się pić często, dużo, upijać się? Zwiększasz znakomicie swoje szansę na uzależnienie- twoje decyzje, twoje wybory, twoja odpowiedzialność.

Jeśli w zimie chodzę w sandałkach, jeśli jeżdżę samochodem z prędkością 180 km/h, jeśli kąpię się w miejscach bez ochrony ratownika, jeśli jadam przeterminowane produkty, itd. itd. itp. to kto jest winien konsekwencji? Jeśli dostanę zapalenia płuc, jeśli spowoduję wypadek samochodowy, jeśli będę się topił, jeśli się zatruję, to czyja to była wina?

Czy mogę twierdzić i upierać się, że nie moja, bo nie wszyscy w sandałach zimą dostają zapalenia płuc, nie wszyscy piraci drogowi mają wypadki, nie wszyscy bezmyślni kąpiący się topią się na niestrzeżonych kąpieliskach, nie wszyscy do przesady oszczędni trują się przeterminowanymi produktami? No i co z tego, że nie wszyscy? Natomiast ten właśnie argument wydaje się być wystarczający w przypadku alkoholizmu. Nie wszyscy nadużywający alkoholu uzależniają się, więc nie moja wina, że ja się uzależniłem — czy tak?

Gdyby, powtarzam GDYBY, udało się znaleźć alkoholika, który nigdy w życiu nie słyszał ani nie czytał, o tym, że istnieje coś takiego jak alkoholizm, że istnieją alkoholicy — to taki ktoś mógłby powiedzieć, że to nie jego wina.

Jeśli, przed uzależnieniem się, postanowiłem pić często i dużo, robiłem to świadomie i na własne ryzyko. Podejmowałem je tak samo, jak jadąc 180 km/h. A to, że wymyśliłem sobie, bezpodstawnie ubrdałem, że alkoholizm mnie nie dotknie, że na to mogą zapaść wszyscy inni, ale mnie to nie dotyczy, jest sprawą mojego myślenia, moich wyobrażeń, przekonań, mojej nieodpowiedzialności. A moja nieodpowiedzialność, moja lekkomyślność i mój egocentryzm, to czyja wina?

A co w takim razie z opinią mojej terapeutki, tej co na początku mówiła mi, że ZZA to nie moja wina? Myślę, że to trochę tak, jak z nauką historii. W pierwszej klasie, w której uczą tego przedmiotu, mówią, że w 1410 była bitwa pod Grunwaldem. W następnej klasie jest mowa o tym samym fakcie historycznym, ale teraz dodaje się informacje o przebiegu bitwy i o dowodzących wojskami. W kolejnym roku wiedzę ucznia wzbogaca się o sprawy polityki państwa Krzyżackiego itd. itd.

Wydaje mi się, że moim zadaniem jest widzieć i rozumieć więcej niż w pierwszych dniach terapii. To po pierwsze. A po drugie… Poglądy psychologów i terapeutów też się zmieniają. Weźmy choćby sławetny „zdrowy egoizm” — kiedy o nim czasem ktoś z nas, alkoholików, przypomina, terapeuci krzywią się jak po occie siedmiu złodziei.

Wtedy moja terapeutka powiedziała, że to nie moja wina i dziś ja wiem, po co to zrobiła. Otóż byłem tak przywalony poczuciem winy i wyrzutami sumienia, że groziło mi to natychmiastowym powrotem do picia, zanim zdążę się czegokolwiek o uzależnieniu dowiedzieć. A tak w ogóle, to można by jeszcze zapytać, do czego mi ta odpowiedź (winien, nie winien choroby alkoholowej) jest potrzebna? No i wyszło mi, że jest mi to potrzebne w rozwoju. Bo czas dorosnąć. Czas stać się odpowiedzialnym, dorosłym, trzeźwo myślącym człowiekiem.

Minęły 2—3 lata do czasu, kiedy skończyłem terapię DDA (w moim przypadku było to DDD) i coraz bardziej odczuwałem potrzebę jednoznacznego określenia, za co w swoim życiu odpowiadam, a za co nie. Te sprawy miałem, delikatnie mówiąc, nieco rozchwiane, zaburzone, a na DDA poświęcano im wiele miejsca. Potrafiłem na przykład brać na siebie odpowiedzialność za to, że na mityngu, który prowadziłem, było mało wypowiedzi. A z drugiej strony nie chciałem odczuwać konsekwencji swojego koloryzowania czy wręcz kłamania. Oczywiście mogłem dalej być małym chłopcem, który twierdzi, że jego klocki w pokoju porozrzucał jakiś inny chłopczyk. Mogłem, ale już nie chciałem. Poza tym zauważyłem taką prawidłowość: kiedy w pełni biorę odpowiedzialność za siebie na siebie, kiedy w całej rozciągłości godzę się na konsekwencje swoich decyzji, wyborów, uczynków i zachowań- poczucie winy mija. A rośnie właśnie wtedy, kiedy od odpowiedzialności za coś uda mi się „wyślizgać”, wykpić. Prosty przykład. Jestem komuś winien pieniądze i długo nie oddaję, z rozmaitych powodów. Kiedy będę się czuł winny? Kiedy oddam, przeproszę za zwłokę i przyznam, że zawaliłem sprawę (moja wina)? Czy może wtedy, kiedy nadal będę się chował przed człowiekiem, który mi zaufał i tłumaczył sam sobie, że przecież teraz nie mam (nie moja wina)? Kiedyś mawiałem: nie moja wina — wszyscy piją. Dziś mówię: nie moja wina — nie wszyscy się uzależniają. A czym by się to miało różnić? A gdybyśmy zostawili kwestię winy, wychodząc z założenia, że o winie decyduje sąd, i zadali pytanie następująco: Czy jestem odpowiedzialny za swoje uzależnienie? Co wtedy? Porzucając niezgrabne może określenie „wina” na chwilę obecną wydaje mi się, że jestem za swoją chorobę alkoholową odpowiedzialny. Ponoszę też jej konsekwencje. I tak (dla mnie) jest dobrze.

Marzec 2006

Zadośćuczynienie alkoholika

Miałem kilka miesięcy abstynencji, kiedy na jakimś mityngu AA, od alkoholika ze stażem około 2-letnim usłyszałem, że on zadośćuczynia swojej rodzinie przez to, że nie pije. Podchwyciłem tą nową wiedzę w mig i pochwaliłem się nią na najbliższej terapii. Natychmiast wdeptano mnie tam w ziemię: „to, że przestałeś krzywdzić (a czy faktycznie przestałeś to się dopiero okaże, bo na razie to tylko przestałeś pić) nie jest żadnym zadośćuczynieniem, to co najwyżej normalność. O.K. Zrozumiałem.

Następnie zacząłem „dbać” o syna, kupując mu rozmaite rzeczy, mniej lub bardziej potrzebne. Tu już sam się dość szybko zreflektowałem. Przecież kiedy piłem robiłem dokładnie to samo, żeby mieć go z głowy i pozbyć się wyrzutów sumienia. Poza tym dbanie o własne dziecko i kupowanie mu potrzebnych rzeczy jest moim podstawowym obowiązkiem i z zadośćuczynieniem nie ma nic wspólnego. No, dobra. Zrozumiałem.

Potem wpadłem na pomysł z przepraszaniem. Wołam więc kogoś z rodziny i mówię: siadaj, chcę z tobą porozmawiać. Widzisz okazało się, że ja jestem alkoholikiem. To nie moja wina, to taka choroba. W związku z nią upijałem się, zachowywałem po pijanemu w sposób nieodpowiedni i krzywdziłem tym zarówno ciebie jak i siebie. I teraz chciałem cię za to wszystko przeprosić.

Od sponsora, któremu zdałem relację ze swego zadośćuczynienia usłyszałem, że jestem bezczelny. Że przeprosić to ja mogę przechodnia, którego potrąciłem niechcący na ulicy. A jak komuś zmarnowałem wiele lat życia, pozbawiłem go/ją poczucia bezpieczeństwa, okradałem, nie dbałem, nie interesowałem się, może i biłem będąc pijany, itd. to samo słowo „przepraszam” jest co najmniej bezczelnością i kpiną z mojej strony. (Mój znajomy usłyszał od swojego dziecka, że ma ono w d… jego „przepraszam”). Przyjąłem i to.

Minęło bardzo dużo czasu zanim wykombinowałem sobie, że będę zadośćuczyniał swojej byłej żonie poprzez wspieranie jej finansowo. A żeby nie czuła się upokorzona datkami lub prezentami, to robiłem to tak, żeby się nie zorientowała. Mieszkamy nadal w jednym domu i sposoby rozliczeń między nami są takie, że czasami mi się to udawało. Byłem zadowolony z siebie, uważając, że nareszcie znalazłem właściwą metodę. Do czasu rozmowy z koleżanką, która jest lekarzem, terapeutką i alkoholiczką z dłuuugim stażem niepicia. Pokazała mi, że dalej o żadnym zadośćuczynieniu nie ma mowy, że ja tylko wykombinowałem sobie sposób na ugłaskanie własnego sumienia, sposób na złagodzenie poczucia winy i wyrzutów sumienia i zrobiłem to znowu tak, jak ja chciałem, jak mnie się wydawało, na swój sposób — zupełnie nie licząc się z uczuciami czy potrzebami byłej żony.

W efekcie okazało się, że jedyną sensowną i dobrą rzeczą, którą zrobiłem przez cały ten czas było wyjaśnienie i przekonanie mojej najbliższej rodziny, że to co się stało ze mną, to co robiłem i jak się zachowywałem, nie było nigdy ich winą. Dla mnie, po terapiach wydawało się to czymś tak oczywistym, że długo nawet nie przychodziło mi do głowy, żeby im to mówić. Dla nich okazało się to czymś bardzo ważnym i potrzebnym.

Mam wrażenie, że stanąłem pod wielkim murem i teraz kompletnie nie wiem, co dalej. Swoje sposoby i metody zadośćuczynienia opisałem. Okazały się one, jak by to delikatnie określić, problematyczne lub co najmniej mało skuteczne. Ale ja innych w tej chwili nie mam i nie wiem, co robić…

Luty 2005

Woźniaków, wrzesień 2007

W Woźniakowie koło Kutna, w gościnnym domu salezjańskim, we wrześniu 2007, kolejny raz spotkali się uczestnicy internetowego warsztatu Krok po Kroku, żeby twarzą w twarz i oko w oko popracować nad Programem 12 Kroków Anonimowych Alkoholików. I ja tam byłem…

Poszedłem na mityng AA, bo tak kazała moja pierwsza terapeutka w poradni odwykowej — i chwała jej za to. Ale zostałem w AA, bo Wspólnota obiecała mi, odwrotnie niż psychoterapia, psychologia i psychiatria, wyzdrowienie z choroby alkoholowej, z alkoholizmu.

Od pierwszego spotkania „strzyżyńskiego” miałem przekonanie, że dla mnie jest to bardzo dobre rozwiązanie, bo opierając się tylko na mityngach AA, pierwsze trzy Kroki poznawałbym pewnie z 15 lat. Tyle czasu to ja nie miałem i nie mam — nie będę żył wiecznie, a i trzeźwienie — z założenia nieskończone — wywoływało we mnie dość umiarkowany zapał do ciężkiej pracy. Jednak dzięki takim właśnie zgromadzeniom, jak Strzyżyna, Kowary, Woskowice Małe czy ostatnio także Woźniaków, dzięki bardzo intensywnej pracy w oderwaniu od codziennego życia i to w grupie ludzi, którym naprawdę zależy, zaznajomienie się z Programem 12 Kroków zajęło mi mniej niż 9 lat. Aż tyle, czy tylko tyle?

Od samego początku wiedziałem, że jeśli spotkanie w Woźniakowie we wrześniu 2007 dojdzie do skutku i jeśli faktycznie będą jakieś grupy do wyboru, to ja nie będę się starał dostać do żadnej z nich. Byłem gotów puścić ster, oddać go we właściwsze ręce, a samemu zająć się jedynie wiosłowaniem.

I tak się stało. Zaraz po przyjeździe zadeklarowałem chęć pracy w tej grupie, do której wpakują mnie organizatorzy — na przykład wyrównując liczebność grup. W taki oto sposób trafiłem na Kroki I — III.

Przyznam, że początkowo byłem zawiedziony. Czego jak czego, ale bezsilności wobec alkoholu to ja sobie udowadniać nie muszę — zwłaszcza po zapiciach w trakcie terapii i pomimo uczestnictwa w mityngach AA. A tu wróciły stare pytania typu: „Czy próbowałeś kiedyś definitywnie przestać pić?”, „Co ci z tego wyszło?” itp.

Zanim jednak zdążyłem się rozczarować na amen, przypomniało mi się hasło, które czasem rzucamy sobie z moim sponsorem: „tak miało być, tylko ja śmiałem myśleć inaczej” i już spokojnie czekałem na ciąg dalszy. Zresztą tego czekania zbyt wiele nie było — w Woźniakowie dzieje się bardzo dużo w stosunkowo krótkim czasie, trzeba tylko być niezwykle uważnym i chcieć to widzieć. Pierwsze zaskoczenie rzuciło mnie wręcz na kolana. Kiedy mówiliśmy o wyzdrowieniu z alkoholizmu, kilka osób stwierdziło, że dla nich jest to nowość, że pierwsze słyszą. Uff!

Na każdym mityngu powtarza się zapewne co najmniej kilka razy określenie „posłanie AA”. No przecież to właśnie jest posłanie AA! Alkoholik nie musi pić! Alkoholik może dobrze żyć obok alkoholu, bez alkoholu! Z alkoholizmu można wyzdrowieć! Albo zostać uzdrowionym…

Przecież ani w Wielkiej Księdze, ani w żadnych innych tekstach AA-owskich nie napisano, że „my zdrowiejemy z alkoholizmu od 10, 20, 30, 40 lat, to wy też możecie zdrowieć… w nieskończoność”. Jest za to napisane, na tytułowej zresztą stronie: „Historia o tym, jak tysiące mężczyzn i kobiet zostało uzdrowionych z alkoholizmu”.

Oczywiście, jasną jest rzeczą, że wyzdrowienie z alkoholizmu nie wiąże się z możliwością powrotu do picia kontrolowanego — na zmienioną biochemię komórek jak dotąd nie ma mocnych. I może dlatego według lekarzy alkoholizm jest chorobą nieuleczalną (trwałą). Ale przecież problemem alkoholika nie jest alkohol. Ważna jest cała ta dysfunkcja psycho-emocjonalna, która kiedyś tam spowodowała moje uzależnienie, a następnie rozwijała się w najlepsze wraz z pogłębianiem się choroby alkoholowej.

Okazało się, że być może, mówiąc o tych najprostszych, najbardziej podstawowych sprawach, mogłem się komuś do czegoś przydać. Po niedługiej chwili przydał się ktoś mnie. I to bardzo.

Rozważaliśmy właśnie złożone implikacje niekierowania życiem, kiedy utknąłem na jednym zdaniu z naszych materiałów, które brzmi: „Jeśli cierpię z powodu symptomów choroby duszy, to nie potrafię kierować swoim życiem”. Ja w zasadzie nie mam wątpliwości co do niekierowania tym swoim życiem, ale tego stwierdzenia po prostu nie potrafiłem pojąć.

No i trzeba było kumpla, alkoholika z abstynencją kilkumiesięczną, który pomógł mi zrozumieć, że jeśli jestem przerażony, albo w depresji, albo w euforii, to przecież nie ja kieruję swoim życiem. Moim życiem kieruje wtedy przerażenie, depresja, euforia, itd. Przykładów może być bardzo dużo… niestety. Wszystkie decyzje, które podejmę w takim stanie będą prawdopodobnie do bani, bo przecież nie wynikną one z mojego trzeźwego oglądu sytuacji, rozsądnego namysłu, spokojnej kalkulacji.

(Tutaj ważna wydaje mi się pewna dygresja — znam dość popularną koncepcję, która głosi, że w Kroku X Bóg oddaje alkoholikowi kierownicę jego życia. Ja do jej zwolenników (jeszcze) nie należę. Koncepcja ta wydaje mi się bardziej pomysłem, czy raczej pobożnym życzeniem, alkoholików, a nie Pana Boga. Nie wspominając o tym, że ja nie śmiałbym nawet myśleć, że wiem, kiedy i co Bóg zrobi wobec tego czy innego alkoholika. I to jeszcze w wyliczonym przez tegoż alkoholika momencie.)

A wrześniowy Woźniaków trwał i działy się kolejne „cuda”…

— ksiądz Mirek podczas spowiedzi, przy nastrojowej muzyce, kawie i ciastkach (!) doprowadził mnie do płaczu,

— katolikowi od urodzenia, ja, wieloletni ateista, przypomniałem o istnieniu Dekalogu,

— rasowy samotnik, tak bardzo chciałem być razem z innymi, że wyszedłem na dwór prosto spod prysznica itd. itd. itd.

Na pierwszym moim spotkaniu tego typu, a były to Kroki I — III „obrabiane” przez 9 dni w nieistniejącym już Studium w Opolu, kiedy dokonywałem coraz to nowych odkryć, moja znajoma, stara AA-owska wyjadaczka, skwitowała te moje „ochy i achy” krótko: „normalka, przecież w tym miejscu anioły latają pod sufitem”.

Po kilku takich spotkaniach, także w innych miejscach i według innej formuły, przekonałem się, że nie tyle chodzi tu o miejsce, co o ludzi. I znów zrobiłem solidny kawał drogi w stylu Koziołka Matołka, żeby odkryć na nowo prawdę znaną od setek lat: „… gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje…”.

Kiedy wróciłem z Woźniakowa, kontynuowałem w domu przerwaną wyjazdem lekturę, a dokładniej książkę o strategii marketingowej Cisco. Pierwsze zdanie, które rzuciło mi się w oczy, to opinia szefa tej korporacji na temat pracy zespołowej: „Nie od dzisiaj wiadomo, że czy to w biznesie, czy w sporcie dobrze zgrany zespół zawsze pokona drużynę złożoną z indywidualistów”. Śmiem twierdzić, że prawda ta znana jest też we Wspólnocie AA. Mniej więcej od 70 lat. A jeśli już mowa o indywidualizmie… Przypomina mi się zdanie z jakiejś naszej literatury, w którym alkoholików nazwano, jeśli dobrze pamiętam, niebezpiecznymi indywidualistami. Ja mam gębę niewyparzoną, więc mówię wprost o indywidualizmie na granicy absurdu, indywidualizmie czasem wręcz samobójczym.

Ten indywidualizm przypomina mi się zawsze, kiedy słyszę, że wprawdzie alkoholizm jest jeden, ale dróg do wyzdrowienia jest tyle, ilu alkoholików, czyli praktycznie nieskończenie wiele. Jasne! Gdzieżbym ja, egocentryk do n-tej potęgi był w stanie pogodzić się z myślą, że MNIE potrzebne są zwykłe i typowe metody i sposoby zdrowienia. Nie… ja przecież muszę mieć wyjątkowe! Indywidualne!

No cóż… możliwe, że to jedynie kwestia nomenklatury, ale moim zdaniem droga jest jedna. To tylko ja mogę nią podróżować w różny sposób: na piechotę, hulajnogą, na rolkach, ciężarówką, maluchem, mercedesem… Mogę czasem zatrzymać się na poboczu, mogę próbować szukać skrótu, mogę doznawać mocnych wrażeń jadąc po wertepach, obok szosy… Mogę jechać sam lub w towarzystwie, mogę przestrzegać specjalnych znaków i specyficznych przepisów ruchu obowiązujących na tej właśnie drodze lub je ignorować… Ale droga ostatecznie jest tylko jedna. Myślę nawet, że już wiesz, czytelniku, jaki napis może widnieć na drogowskazie…

Wrzesień 2007

Anonimowość we Wspólnocie AA

Konspiracja, czyli nasze podziemne tradycje narodowe. O anonimowości we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików.

Kiedy wybierałem się na swój pierwszy mityng, a także, kiedy szedłem po raz pierwszy na jakąkolwiek inną grupę w moim mieście, mocno się obawiałem spotkania tam kogoś znajomego. Szanse na takie spotkanie nie były może zbyt wielkie — piłem głównie sam, w pracy i w domu — tym niemniej się bałem. Wprawdzie dość szybko zdałem sobie sprawę, że w razie takiego spotkania, mój znajomy, sąsiad, lub kolega, znajdzie się w dokładnie takiej samej sytuacji jak ja, jednak to mnie jakoś nie przekonywało. On to on, a ja to ja.

Chciwie słuchałem o anonimowości we Wspólnocie AA. Pamiętam jeszcze komunikaty, którymi kilka lat temu często kończyły się mityngi: „wszystko, co na tej sali usłyszałeś, niech na niej pozostanie” i był to miód na moją duszę, skoncentrowanego tylko na sobie samym, egocentryka.

Zaliczyłem pewnie kilkanaście mityngów, zanim skierowany zostałem na terapię grupową. Spotkałem tam kilka osób znanych mi z widzenia z mityngów AA i… aż się zachłysnąłem: moja terapeutka, przy nich wszystkich, wywołała mnie po nazwisku! To, że ich nazwiska podczas sprawdzania obecności też padły, guzik mnie obchodziło — moja anonimowość prysła jak mydlana bańka; czułem się zdradzony.

Anonimowość jako podstawa, pierwszeństwo zasad przed osobistymi ambicjami, rozumiałem w sposób następujący: obecnym na mityngu alkoholikom przypomina to, że nie mają realizować swoich ambicji, na przykład towarzyskich, opowiadając gdzieś tam o mnie, o tym, co tu robię i co mówię — to główna i podstawowa zasada, której oni mają się trzymać. A ja? No… też… trochę. Zimno mi się robi, kiedy teraz to czytam, ale tak było…

Anonimowość we Wspólnocie AA miała na celu pomóc mi ukrywać fakt, że jestem alkoholikiem — tak jakby mnóstwo osób z mojego otoczenia, a nawet zupełnie obcych, nie wiedziało o tym lepiej i przede wszystkim dużo wcześniej, niż ja sam. Zasada anonimowości miała także sprawić, żebym na mityngach mógł czuć się bezpiecznie wyjawiając jakieś tam swoje świństwa i grzeszki z okresu picia, ale przecież i o nich wiedziała moja rodzina i wręcz gromady zupełnie obcych ludzi. Ostatecznie nie żyłem na pustyni, czy bezludnej wyspie, byli świadkowie mojego powrotu do domu (w samym centrum miasta) w jednym bucie, bo drugi zgubiłem w zamroczeniu alkoholowym. Nie byłem również sam w autobusie miejskim, w którym sikałem na podłogę… Tak oto anonimowość miała mi pomagać nadal bujać w krainie iluzji oraz złudzeń, co do samego siebie i całej reszty rzeczywistości. Ważne też było poprawianie mojego nastroju, to jest zwiększanie poczucia bezpieczeństwa. Na mityngach AA miałem się czuć pewnie i bezpiecznie — jak w ulubionym barze.

Minęło trochę czasu zanim zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, że mityng nie jest chyba najwłaściwszym miejscem na ekshibicjonizm moralny. Od omawiania tematów trudnych, intymnych, to ja mam sponsora, albo odpowiednich specjalistów, a nie przypadkowych uczestników mityngu AA. Po drugie zrozumiałem wreszcie, że zamiast walczyć o stuprocentowo bezpieczne i anonimowe mityngi, może powinienem się skupić na tym, jak żyć teraz, żebym opowieści o swoim życiu nie musiał utajniać.

O czymś podobnym Bill W. pisał już w 1961 roku w Grapevine, a fragment jego wypowiedzi odkryłem — szkoda, że tak późno — w książce „Jak to widzi Bill” (str. 311): „Mówienie najgorszego. Przybierało to różne formy, lecz moim ulubionym motywem było zawsze stwierdzenie: Ależ ja jestem okropny! Tak jak pod wpływem pychy wyolbrzymiałem często swoje skromne osiągnięcia, podobnie w poczuciu winy demonizowałem swoje wady. Miotałem się na wszystkie strony, wyznając swoje braki komu popadło — każdemu, kto skłonny był słuchać. Wierzcie albo nie, ale to zakrojone na szeroką skalę obnażanie swoich grzechów uważałem za wielką pokorę z mojej strony — widziałem w tym wspaniałą zaletę ducha i pociechę! Później jednak uświadomiłem sobie w głębi duszy, że tak naprawdę wcale nie odczuwałem skruchy i żalu z powodu krzywd, jakie wyrządziłem kiedyś ludziom. Zdarzenia te były dla mnie zaledwie pretekstem do opowiadania barwnych historii i folgowania własnemu ekshibicjonizmowi wewnętrznemu. Moment, w którym zdałem sobie z tego sprawę, był dla mnie początkiem jakiej takiej pokory”.

Wiedziałem już więc, do czego NIE służy (a jeśli nawet służy to w niewielkim, marginalnym zakresie) zasada anonimowości we Wspólnocie AA, ale nadal nie wiedziałem, CO faktycznie jest w niej najważniejsze. Nieco później natknąłem się w naszej literaturze na dwa fragmenty dotyczące anonimowości i… coś mi powolutku zaczęło świtać. Pierwszy z nich pochodzi również z książki „Jak to widzi Bill” (str. 241): „W niektórych grupach AA zasada anonimowości jest doprowadzona do absurdu. Członkowie tak kiepsko się ze sobą komunikują, że nie znają nawet swoich nazwisk ani nie wiedzą, gdzie kto mieszka. Przypomina to komórkę konspiracyjną”. Drugi natomiast znalazłem w książce „Doktor Bob i dobrzy weterani” (str.281—82): „Ponieważ nasza Tradycja dotycząca anonimowości wyraźnie wytycza poziom graniczny, dla każdego kto zna angielski, musi być oczywiste, że zachowywanie anonimowości na jakimkolwiek innym poziomie jest pogwałceniem tej Tradycji. Uczestnik AA, który ukrywa swoją tożsamość przed innym uczestnikiem Wspólnoty, podając jedynie swoje imię, łamie tę Tradycję tak samo, jak ten uczestnik Wspólnoty, który pozwala, aby jego nazwisko ukazało się w prasie w powiązaniu ze sprawami odnoszącymi się do AA. Ten pierwszy zachowuje swoją anonimowość powyżej poziomu prasy, radia i filmu; ten drugi zachowuje swoją anonimowość poniżej poziomu prasy, radia i filmu — podczas gdy Tradycja ta postuluje, abyśmy zachowywali anonimowość na poziomie kontaktów z prasą, radiem i filmem”.

Kiedy jeszcze ktoś podrzucił mi zdanie: „Anonimowość to pokora w działaniu”, byłem już dosyć blisko rozsądnej (trzeźwej?), wydaje mi się, odpowiedzi na pytanie o sens i znaczenie anonimowości w AA.

Mamy niewątpliwie długie i bogate podziemne tradycje narodowe. Konspirowaliśmy w czasie rozbiorów, za sanacji, w czasie rozmaitych powstań i wojen, knuliśmy ochoczo i radośnie w czasie tzw. „komuny”. No, ale Wspólnota AA to nie jest zabawa w tajnych agentów!

Do pewnego momentu bardzo mi się podobała koncepcja znajomego AA-owca, który twierdził, że V Krok to on sukcesywne realizuje na mityngach, „dzieląc się” (czytaj: obrzucając innych AA, którzy nie mogą nijak zaprotestować) niezwykle barwnymi opowieściami o własnych s… syństwach. Ale mityng AA to nie wychodek! A z pokorą i prawdziwą realizacją Kroku V nie ma to przecież zupełnie nic wspólnego.

Według mojego obecnego rozumienia istoty rzeczy, zasada anonimowości ma chronić… Chronić PRZEDE MNĄ zarówno Wspólnotę AA jako całość, innych AA-owców, jak i mnie samego.

Trudno przejąć władzę lub zostać dyktatorem, będąc dokładnie takim samym jak kilka milionów innych, anonimowym członkiem czy uczestnikiem. Trudno jest spuścić z łańcucha, uruchomić wady charakteru, zwłaszcza pychę, głód poklasku i podziwu, żądzę władzy, pragnienie dominacji, egocentryzm, egoizm, wśród ludzi dokładnie tak samo anonimowych jak ja, i w środowisku, w którym każda, najdrobniejsza nawet decyzja może być podjęta jedynie większością głosów, bo wszyscy są, po równo… anonimowi.

Trudno byłoby, będąc anonimowym, domagać się dla siebie lepszego miejsca czy specjalnego czasu z powodu urodzenia, majątku, pozycji zawodowej, wykształcenia itp.

Trudno jest wywrzeć na kimkolwiek jakąś presję czy go zastraszyć stanowiskiem lub władzą, jeśli obaj jesteśmy „tylko” AA.

Czy zasada anonimowości gwarantuje mi bezpieczeństwo? Tak, to dzięki niej właśnie niewielkie mam szanse nadąć się pychą i w konsekwencji pęknąć z hukiem i smrodem — a mniej poetycko — wrócić do picia z powodu nieumiarkowanego używania własnych wad charakteru…

Maj 2008

Niezwykle trudne wybory

Krótkotrwałe zyski czy długofalowe efekty?

Kiedy według programu „strzyżyńskiego” pracowałem wraz z całą grupą przez 10 dni nad Krokami IV i V Programu AA, ktoś w pewnej chwili rzucił zdanie, które zrewolucjonizowało moje rozumienie problemu wad. Głównie moich wad, ale oczywiście nie tylko.

Do tego momentu wydawało mi się, że jakąś tam ilość wad ja po prostu i zwyczajnie mam. Często mówiłem, że „ja już tak mam” albo, „nie jestem święty i jak wszyscy mam wady”. Widziałem te wady jako coś w rodzaju dopustu Bożego. Z wadami można było oczywiście walczyć, zmagać się, ulegać im, czasami może ograniczać, ale to w zasadzie wszystko. A tu nagle ktoś zapytał mnie jak używam swoich wad? Jakie mam korzyści używając swoich wad? Miałem wtedy wrażenie, że w jednej chwili runął wielki mur, który stał na drodze mojego trzeźwienia. Ach, więc to tak wygląda! O to chodzi!

Nie miałbym żadnego problemu z jakąś ze swoich wad, gdyby używanie jej nie dawało mi określonych korzyści czy profitów. Nagle wydało mi się to takie jasne i oczywiste. Przecież jakby stosowanie wady dawało jedynie cierpienie, to bym jej nie używał — to zrozumiałe. A jakie korzyści? Kłamstwo na przykład daje możliwość uniknięcia konsekwencji czy odpowiedzialności — „to nie ja zawaliłem, to Kowalski”, złodziejstwo pozwala mieć jakieś dobra za darmo itd. itp.

Usłyszałem też, że używanie wad daje wprawdzie krótkotrwałe zyski, ale niweczy szanse na długofalowe efekty.

Zacząłem od tego momentu widzieć wady jako coś w rodzaju skrzynki z narzędziami. Mam ją zawsze ze sobą. Ale tylko ode mnie zależy czy jakieś narzędzie wyjmę i go użyję. Tak przynajmniej chcę to widzieć.

Nie, niestety, nie zaprzestałem całkowicie używania narzędzi z tej skrzynki. Jednak świadomość, że tak a nie inaczej to właśnie wygląda, że jest to mój wybór, natychmiast odebrała mi komfort korzystania z moich wad.

Życie nie stało się ani prostsze ani łatwiejsze. Może nawet wprost przeciwnie. Kolejny tobołek do bagażu tych rzeczy, za które to ja ponoszę odpowiedzialność.

Nie mogę już z czystym sumieniem powiedzieć: „wiesz, przykro mi, ale ja już tak mam” albo „tak to już ze mną jest” i… mieć problem z głowy. A szkoda…

Listopad 2004

Kontrakt na trzeźwienie

W moim ośrodku odwykowym w przedostatni dzień pobytu pacjenci odczytują wobec całej społeczności kontrakt z samym sobą na dalsze trzeźwienie. Też to robiłem.

W wielu takich kontraktach, w moim też, znaleźć można punkt, który mówi coś w tym stylu: poinformuję moja rodzinę o chorobie alkoholowej, i co się z tym wiąże, uczulę ich także na sygnały ostrzegawcze nawrotu itp. No, to ja po powrocie zebrałem domowników i przekazałem im, czym jest choroba alkoholowa i że to w ogóle choroba. Opowiedziałem, że w związku z tą chorobą ja się mogę czasem dziwnie zachowywać, a w szczególności… tu dałem im do ręki wykaz sygnałów i zachowań świadczący o nawrocie, który wcześniej pracowicie dla nich spisałem.

Zapowiedziałem, że gdyby coś takiego u mnie zauważyli, to mają natychmiast dzwonić do… tu 5 numerów telefonów do kolegów z terapii i po jednym do terapeutów.

Postąpiłem właściwie, dojrzale i odpowiedzialnie, prawda? Nie, nie prawda! Kolejny raz ich skrzywdziłem. Próbowałem i nawet się udawało przez jakiś czas, wpakować im na głowę odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za moje leczenie/zdrowienie. Ludzie, których już wielokrotnie skrzywdziłem, w różny zresztą sposób, teraz w napięciu i z uwagą mieli obserwować jak fachowcy od uzależnień moje zachowanie, porównywać je z moją kartką i w razie czego wykonywać określone działania.

Znowu wymagałem od nich czegoś, czego mi nie mogli dać. Obarczałem ich zadaniami i odpowiedzialnością za coś, na co kompletnie nie mieli wpływu. Jak za to zadośćuczynić?

(Prawdopodobnie) rok 2008

Proces uwalniania się od wad

W obietnicach Wielka Księga podaje: „zyskamy nową wolność i nowe szczęście”. Dlaczego mówimy o „uzyskaniu wolności od wad”? Czyżby nas zniewalały? Dlaczego? Jaką wolność dostaję/dostałem w wyniku działania Programu? Moje własne rozumienie tych tematów wygląda następująco:

1. Kiedy piłem, nie byłem wolny. To chyba oczywiste zważywszy na to, że byłem uzależniony od alkoholu. UZALEŻNIONY człowiek nie jest wolny. Jako czynny alkoholik piłem, bo nie byłem w stanie przestać, piłem choć nie chciałem pić.

2. Wspominałem już w którymś tekście, że moje wady to jak skrzynka z narzędziami, którą zawsze mam przy sobie.

3. Jeśli jakiejś wady nie mam, na przykład nigdy ona w moim życiu nie wystąpiła, to trudno mówić o wolności. Tak jak trudno byłoby mi jako mężczyźnie mówić o wolności od ciąży. Ja w ciąży być nie mogę, to mnie nie dotyczy, a wiec i wolności w tym żadnej.

Podobnie jak w przypadku braku pieniędzy — nie jest wolnością to, że nie musze, bo nie mam ani grosza, wybierać miedzy chlebem a piwem.

4. Wolność to możliwość dokonywania wyborów. Analogicznie — brak możliwości dokonywania wyborów nie jest wolnością. Bóg (chrześcijański) dał ludziom wolną wolę, a wiec właśnie możliwość dokonywania wyborów.

5. Kiedy jestem wolny? Okazuje się, że tylko w pewnej niewielkiej chwili, pomiędzy bodźcem a reakcją. (Nazywa się to proaktywnością, ale to inna sprawa). Chodzi o to, żebym nie reagował jak zwierzę, pod wpływem impulsów, albo jak człowiek zniewolony uzależnieniem — pod wpływem choroby, tylko dał sobie czas na rozważenie sprawy i trzeźwe podjecie decyzji. I właśnie tylko w tej jednej chwili jestem wolny — mogę świadomie dokonywać wyborów.

Dlaczego mówimy o „uzyskaniu wolności od wad”?

To bardzo ciekawe pytanie. Ciekawe, gdyż z powodu specyfiki języka polskiego może być rozumiane dwojako. Znaczenie pierwsze, z którego wypływa najwięcej chyba nieporozumień dotyczących Kroków VI — VII mówi, że wolność od wad, to brak wad; nie ma ich, nie istnieją, zero. Przy takim rozumieniu oczekiwać na to, ze Bóg „zniknie” wszystkie moje wady, to ja sobie mogę w nieskończoność. Mając przy okazji błogą świadomość, że On nigdy tego nie zrobi — bo przecież dał mi wcześniej wolną wolę.

Czym w takim razie jest ta wolność od wad? Ano, jest możliwością dokonywania trzeźwych wyborów. Jestem alkoholikiem, Bóg odebrał mi obsesję picia, ale to nie znaczy, że „zniknął” moją chorobę alkoholowa. On uwolnił mnie od tej wady, czyli stworzy warunki, w których ja, alkoholik, mogę wybierać, czy się napić, czy nie. Ja nikotynista mogę wybierać, czy zapalę, czy nie. Ja złodziej mogę wybierać, czy ukradnę, czy nie Itd. Ja nadal i po kres życia będę nosił ze sobą swoją skrzynkę z narzędziami/wadami. Ale z pomocą Boga mogę być od tych wad wolny — one nie muszą determinować mojego życia.

Grudzień 2006

Czyżby skazani na rozwój?

Przez kilka miesięcy chodziłem na zajęcia grupowe terapii odwykowej, pisałem wysoko oceniane przez terapeutów prace, często bywałem na mityngach i zabierałem tam głos, spotykałem się ze sponsorem. I co pewien czas, co kilka-kilkanaście tygodni zapijałem.

Miałem kolegę na terapii, nieco bardziej niż ja zaawansowanego. Trzeźwiał dynamicznie, odrabiał straty, kupił ślicznego, zielonego Lanosa, planował ślub i kupno domu. Niedługo po Strzyżenie I — III zaczął pić. Trwało to ok. 4 miesiące. Znaleziono go w melinie. Zgon z powodu zatrucia alkoholem. Próbowali mu pomóc koledzy z AA i terapii, próbowała pomóc Poradnia. Nic się nie dało zrobić.

Przeczytałem gdzieś, że przestrzegając wszystkich zaleceń dla trzeźwiejących alkoholików nie masz możliwości napicia się.

Czy rzeczywiście ja przez te pół roku, mój kumpel i dziesiątki innych, których znam po prostu nie przestrzegali zaleceń? I tylko tyle?

W głowie mojego kolegi nie siedziałem, nie wiem co myślał, ale pamiętam siebie i wydaje mi się, że naprawdę się starałem, że autentycznie chciałem nie pić. Ale może tylko mi się wydaje…

W książce „Anonimowi Alkoholicy” zwanej Wielką Księgą (wyd. II, Warszawa 2005) na stronie 36 napisano: „Powtórzmy raz jeszcze: alkoholik niekiedy nie posiada wystarczająco skutecznej obrony psychicznej przed pierwszym kieliszkiem. Oprócz bardzo rzadkich przypadków ani on sam, ani z pomocą innego człowieka, nie jest w stanie obronić się przed chęcią wypicia. Owa obrona musi nadejść od Siły wyższej.”

Czy to oznacza, że w pewnych przypadkach można sobie walić łbem w kolejne dna, chcieć rozpaczliwie przestać pić, być do bólu uczciwym wobec siebie i… zdechnąć z przepicia, bo Siła Wyższa nie zadziałała na czas (lub w ogóle)?

Czy to oznacza, że część alkoholików skazana jest na śmierć z powodu choroby alkoholowej i nic, co zrobią oni sami, ich bliscy, Wspólnota AA i lekarze, nie jest w stanie ich uratować?

Wiele razy słyszałem, jak alkoholicy sami siebie nazywają skazanymi na rozwój. Pamiętam z terapii ilustrację tego powiedzenia: ruchome schody jadące w dół, a na nich alkoholik, który stale musi przebierać nogami, żeby nie dać się zwieźć na dół, bo tam picie i śmierć. Alkoholik nie musi wspiąć się na samą górę, ale jeśli przestanie się wspinać- przegra. Bezruch to klęska.

Czy faktycznie brak rozwoju prowadzi nieuchronnie do picia? I to wszystko jedno czy po roku, trzech czy dwudziestu trzech latach niepicia? Czy wspinanie się nieustanne po tych schodach gwarantuje abstynencję?

Marzec 2006

Ósma rocznica abstynencji

Wczoraj była ósma rocznica mojej abstynencji. Była i minęła. Czy faktycznie bez śladu? Niedawno przecież mówiłem, że ja dzień przed nią i dzień później będę takim samym człowiekiem, więc czym się tu ekscytować?

Dostałem kilka książek i innych prezentów, wysłuchałem gratulacji i życzeń… A dziś od 6:30 oglądałem film „Nazywam się Bill W.” — to jeden z prezentów. Tak jakoś poczułem, że mi to potrzebne. Niezbędne. Stary film, może odrobinę naiwny, ale mi to nie przeszkadzało. Ja nigdy wcześniej nie widziałem tego filmu i może dlatego zrobił na mnie dość duże wrażenie. Jest w nim taka scena, w której Bill krąży w hallu hotelowym pomiędzy recepcją i telefonem, a barem. Kilka kroków w kierunku baru, kilka w odwrotną stronę, znów w stronę flaszki i znów wycofanie… Bardzo dobrze to znam i pamiętam z własnego doświadczenia- tak właśnie zaczęło się moje ostatnie picie. Bill w filmie wybrał telefon z prośbą o pomoc, a ja wtedy, osiem lat temu, poszedłem jednak do sklepu monopolowego.

Na ten mityng nie przyszła moja była żona i mój syn- co mi się marzyło, ale zjawiła się bardzo bliska koleżanka, o której myślałem, że już o mnie zapomniała. I to też potrafię potraktować jak swoisty i bardzo cenny prezent. A ponadto jest to dla mnie sygnał, że zaczynam wreszcie umieć cieszyć się z tego, co mam, zamiast użalać się nad sobą i pielęgnować zawód i rozczarowanie z powodu tego, czego mieć nie mogę. Gratulacji i życzeń się spodziewałem, w końcu to oczywiste na mityngu rocznicowym. Zaskoczyło mnie jednak coś innego- wiele osób mówiło o wdzięczności za to, co kiedyś powiedziałem lub zrobiłem i co dla tych osób było ważne, pomocne. A przecież podczas mityngów ja, często skrępowany i zawstydzony, mówię tylko o faktach z mojego pijanego życia i o wnioskach oraz przemyśleniach, które z nich wyciągnąłem.

Od kiedy przestałem być jedynie bywalcem albo gościem mityngów i nieco poważniej podszedłem do realizacji Programu AA, zdarza mi się też mówić o Krokach i Tradycjach — i to podobno też się komuś przydało. Na swój rocznicowy mityng przyszedłem zaledwie kilka minut przed rozpoczęciem. Do ostatniej chwili czekałem w domu na byłą żonę, mając nadzieję, że może jednak zdąży wrócić z pracy i namówię ją na udział w tym spotkaniu. Poza tym odpowiadałem na SMS-y z życzeniami. Kiedy wszedłem na salę wszystko było już właściwie przygotowane, zadbali o to przyjaciele. W tym momencie dotarło do mnie coś niesamowicie ważnego — zmieniłem się bardziej niż przypuszczałem!

Większą część życia byłem wyznawcą zasady „nie licz nigdy i na nikogo, radź sobie sam, albo zdychaj”. A tu nagle okazuje się, że ja potrafiłem poprosić przyjaciela, żeby zrobił za mnie zakupy na tą okoliczność (ciastka, napoje) i zajął się przygotowaniami. Poprosiłem, on się zgodził i… z pełnym zaufaniem, bez wątpliwości i prób kontrolowania oddałem mu to wierząc, że zrobi to najlepiej jak potrafi. (Pomysł okazał się zresztą bardzo dobry — Tomek faktycznie zrobił to lepiej niż gdybym sam się tym zajmował.)

Mityng trwał jak zwykle 2 godziny. Moja rocznica zajęła czas jedynie do przerwy. Jednak przez tą godzinę wydarzyło się więcej niż mogłem sobie wcześniej wyobrazić. Chyba nie miałem racji mówiąc, że dzień przedtem i dzień potem będę dokładnie takim samym człowiekiem…

Wracałem do domu pieszo i czułem, jak przybywa mi prezentów. Pojawiały się coraz to nowe. Ale nie, nie w reklamówce, którą niosłem… w sercu.

16.01.2007

Nasz wspólny cel

„Naszym celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu” — z Preambuły. Wspólny cel… Dobro nas wszystkich… Takie oczywiste, takie proste słowa powtarzane tak często, że prawdopodobnie przestaliśmy je słyszeć, zastanawiać się nad nimi, może nawet rozumieć.

Kiedy tematem rozważań jest Krok I, kiedy na mityngu zjawia się nowicjusz, wypowiedzi uczestników dotyczą często tematu — co mi dała Wspólnota AA? Można wtedy wiele usłyszeć o odbudowanym życiu rodzinnym, zawodowym i religijnym, o odzyskanej godności i zaufaniu, mowa jest też o autentycznej, gorącej wdzięczności…

Świetny temat, prawda? Co MI dała Wspólnota AA? Tylko czy czasem nie warto byłoby się zastanowić, czy MOJA abstynencja, a nawet trzeźwość jest faktycznie naszym wspólnym i najważniejszym celem?

Słowa „Nie pytaj, co Ameryka może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla Ameryki” pomogły zbudować silne, demokratyczne państwo. Czy silna jest moja Wspólnota, moja grupa? Kiedy ostatnio pytałem, co ja mogę zrobić dla realizacji naszego wspólnego celu, dla naszego, a nie tylko dla mojego dobra?

Moje dobro (a przynajmniej moje na ten temat wyobrażenie) wcale nie koniecznie musi oznaczać dobro innych alkoholików, czy całej Wspólnoty, natomiast dobro Wspólnoty AA, niewątpliwie w konsekwencji oznacza moje dobro — jako zdrowiejącego alkoholika. To chyba jednak jest oczywiste. Co zrobiłem? Ano, popatrzmy…

Moja grupa powierzyła mi służbę mandatariusza. No to pojechałem na spotkanie Intergrupy przekazać stanowisko grupy w pewnej sprawie oraz skonsultować z innymi mandatariuszami dość nowatorski sposób niesienia posłania. Nasza dyskusja była gorąca i problem zostanie przekazany do zaopiniowania do Regionu, a może i dalej. I tak właśnie jest dobrze — chcemy zrobić coś dla siebie i dla innych, ale nie chcielibyśmy przy tej okazji naruszyć zasad Wspólnoty.

Podczas Intergrupy dostałem dla swojej grupy przygotowane wcześniej (bardzo dobry pomysł) dowody wpłat na specjalne konto, na którym gromadzone są fundusze niezbędne do realizacji obchodów XXXV lat Wspólnoty AA W Polsce. A tak! W dniach 21—23 sierpnia 2009 we Wrocławiu, w Hali Ludowej, odbędzie się uroczysty Zlot Radości z okazji XXXV rocznicy istnienia w Polsce Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Święto to będzie jednocześnie Zlotem Radości — Świętem „Zdroju”.

W myśl I Tradycji i w duchu IV Tradycji AA organizatorzy (Rada Powierników, Zespół Organizacyjny) apelowali i prosili o przekazywanie symbolicznej złotówki z każdego mityngu na potrzeby organizacyjne naszego święta. Taka rocznica to też nasze wspólne dobro i okazja do niesienia posłania. Pytanie tylko, czy ja i moja grupa chcemy wziąć udział w realizacji tego wspólnego celu, czy też nie.

I jeszcze jedno — komunikacja i łączność. Jako mandatariusz, do swojej grupy przywiozłem wiadomość o Zlocie i o rocznicy ze spotkania Intergrupy. Tam dotarła ona dzięki powiernikowi naszej Intergrupy do Rady Regionu. Przedstawiciele Regionu brali udział w Konferencji. Problem tylko w tym, czy na każdym poziomie potrafiliśmy prosto i zgodnie z faktami przekazać, na co i jak wydatkowane są pieniądze Wspólnoty, czyli po prostu nasze własne pieniądze? Od takiej właśnie informacji i od sposobu jest przekazania zależy, czy — taka lub inna — inicjatywa Konferencji stanie się naszym wspólnym celem, czy może czymś obcym, narzuconym, niezrozumiałym, co jacyś „oni” niech sobie sami realizują.

Może takie działania nie wydają się zbyt spektakularne, nie porywają rozmachem i wizją, ale… Kiedy piłem, wydawało mi się, że jestem w stanie rozwiązać problemy całej ludzkości, teraz… Teraz jeśli jest taka potrzeba, poprowadzę mityng AA, nie wykręcając się i nie argumentując, że jeszcze nie dorosłem. Bo mityng mojej grupy to też nasze wspólne dobro.

(Prawdopodobnie) rok 2008

Powrót do Kroków VIII — IX jesienią 2008

Jednoosobowy pokoik urządzony skromniutko, jak klasztorna cela — tapczan, szafka, jedno krzesło. W tym miejscu zresztą nie powinno to dziwić. Były do wyboru także sypialnie dwu lub trzyosobowe, ale ja chciałem właśnie tak, o to mi chodziło. Kiedy kończy się burza mózgów podczas zajęć grupowych, mogę się tu schować, zostać, choćby przez chwilę, z własnymi myślami, wnioskami, wątpliwościami. Nikt i nic mnie nie rozprasza, niczego nie zagubię w gwarze wesołego towarzystwa.

Tym razem przedmiotem naszych rozważań jest Program Dwunastu Kroków. Po pierwszych dziewięciu prześlizgujemy się szybko i sprawnie — z założenia miały być tylko przypomnieniem, a cały ciężar tego spotkania, maksimum czasu i uwagi, postanowiliśmy przenieść i poświęcić problematyce Kroków X — XII. I tak się stało i udało.

Dwa lata temu „robiłem” już Kroki X — XII w Strzyżynie i pewnie dlatego nie oczekiwałem specjalnie po tegorocznym Woźniakowie jakichś spektakularnych odkryć czy powalających swoją wagą przeżyć. Tym razem chciałem po prostu porozmawiać na temat Programu. W końcu tkwi w błędzie tylko ten, kto własnych przekonań nie konfrontuje systematycznie ze spostrzeżeniami innych ludzi.

Przemyślenia i wnioski, z którymi wracałem, choć pozornie bezładne, może nawet chaotyczne, dla mnie stanowią logiczną i spójną całość. Tym niemniej, w trosce o czytelność tekstu, postaram się jakoś je ponumerować. Poza tym mój sponsor zmusza mnie ostatnio do odnajdowania samej istoty rzeczy i trenowania umiejętności zawierania jej w kilku czy kilkunastu zdaniach.

1. Od zawsze zdawałem sobie sprawę, że Program Dwunastu Kroków nie jest programem religijnym. Zauważam jednak, że czasem mam ciągotki (i chyba nie tylko ja) do traktowania go jako program magiczny. W magii, jak wiadomo, wystarczy wymówić zaklęcie, jakieś hokus-pokus lub abrakadabra i stoliczek sam się nakrywa, zmienia się rzeczywistość i — może przede wszystkim — my sami. Pewnie tego właśnie dotyczą słowa: „Sądziliśmy, że potrafimy znaleźć łatwiejszą, łagodniejszą drogę”.

Program jest sugestią i propozycją jednak w swojej skondensowanej formie nie zawiera instrukcji, która wyjaśniałaby jednoznacznie, jak to zrobić, i tu właśnie jest szczelina, przez którą wkradają mi się ciągotki magiczne. W książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” napisano: „Zrozumienie jest kluczem do właściwych zasad i postaw, a właściwe postępowanie jest kluczem do dobrego życia…”.

Program Wspólnoty AA jest programem duchowym, a nie religijnym czy magicznym! A zrozumienie, o co tu chodzi, jak zrobić, czego się ode mnie oczekuje itp., jest równie ważne jak wiara w skuteczność programu.

2. Podobno alkoholicy są niedojrzali. W moim przypadku jest to niewątpliwie prawdą. Może to wstyd się przyznać, ale już kilka razy złapałem się na tym, że po czterdziestce próbowałem się bawić w tropiciela śladów. Dotyczy to rzecz jasna poznawania woli Boga z Kroku XI.

Już raz, dawno temu, oberwałem po łapach, bo czyjąś śmierć uznałem za specjalny znak dla siebie. Usłyszałem wtedy, że Bóg nie morduje jednych, by dawać znaki innym, a ja, jako chrześcijanin i człowiek podobno dorosły, mam przestać bawić się w Sokole Oko, mam dać sobie spokój z tropieniem i magiczną interpretacją jakichś tajemniczych znaków, i woli Boga szukać raczej w Dekalogu. Tam przynajmniej jest mniejsze niebezpieczeństwo, że za ukrytą w znakach wolę Boga wezmę po prostu jakieś tam swoje własne projekcje, imaginacje czy skryte pragnienia.

Warto też żebym pamiętał, że wiara to decyzje, wybory i działanie, a nie uczucia, emocje i egzaltacje.

3. Fakt, że Kroki I — IX AA dotyczą uporządkowania relacji z Siłą Wyższą i rozliczenia się z przeszłością, podczas gdy X — XII odnoszą się do teraźniejszości, chwili bieżącej i przyszłości, wydaje się oczywisty. Najdłużej jednak nie mogłem uchwycić związku między Krokami X i XI. Widać komplikator w mojej głowie utrudniał mi dostrzeganie rzeczy stosunkowo prostej: jeśli Krok X jest korektą zachowań, to Krok XI stanowi niewątpliwie okazję do korekty intencji.

Być może, dla kogoś, kto pomocy potrzebował i ją otrzymał, jest to obojętne, ale dla mnie, alkoholika — nie, bo potrafię zamanipulować i zafałszować dokładnie wszystko. Dlatego nie tyle może chcę, co muszę nieustannie sprawdzać, czy pomagam z miłości bliźniego i w myśl XII Kroku, czy po prostu po to, żeby poczuć się lepszym, popisać się, zrobić wrażenie na atrakcyjnej koleżance z mityngów. Czy jest coś złego w byciu lepszym? Pozornie nie, wprost przeciwnie. Problem tylko w tym, czy chcę być lepszym (prowadzącym mityng, mandatariuszem, itd.) dla innych czy… od innych.

Z Woźniakowa wyjeżdżałem z jednym postanowieniem: będę się starał mówić cicho i spokojnie, bo krzyk to czasem oznaka słabości, ale zawsze napaść, agresja i gwałt na rozmówcy. Wracałem też z pewną wątpliwością, tematem do przemyślenia, który związany jest z powtarzanym często w naszym środowisku powiedzonkiem: „dzielimy się doświadczeniem, a nie wiedzą”.

Czy więcej sensu ma postawienie przed głodnymi gośćmi zupy, czy może zamiast niej, uraczenie ich opowieścią o palcu skaleczonym podczas obierania marchwi, o przypalonym garnku, o nadmiarze soli? Czy nie jest tak, że wiedza wynika z przeżyć i osobistego doświadczenia?

Muszę nad tym wszystkim pomyśleć, rozważyć, bo… tu kłania się kolejna stara prawda: „obłędem jest oczekiwanie odmiennych efektów przy niezmienionym działaniu”.

Październik 2008

Czy AA w Polsce wkraczają w dojrzałość?

Zbliża się XXXV rocznica powstania w Polsce Wspólnoty AA. Jednak czy faktycznie jest to trzydziesta piąta rocznica? Od kiedy to liczyć? Od pierwszego mityngu? A czy pierwszy mityng rzeczywiście był mityngiem AA?

Wystrzegając się jakichkolwiek ocen tego stanu rzeczy, faktem jest, że Wspólnotę AA w Polsce założyli psychiatrzy i terapeuci. Byli założycielami grup, które osobiście prowadzili. Po pewnym czasie już tylko czynnie uczestniczyli w mityngach… AA (?), następnie przeszli na pozycje obserwatorów, by wreszcie definitywnie opuścić grupy. Ale czy rzeczywiście można dziś dokładnie określić, kiedy to było? Bo chyba dopiero od tego momentu można mówić o prawdziwej Wspólnocie AA w Polsce. Te bardzo trudne początki pojawiają się czasem we wspomnieniach weteranów. Przeróżne obstrukcje czynione nam przez ówczesne władze, zakaz rozpowszechniania Programu 12 Kroków AA ze względu na pojawiające się w nim słowo „Bóg”, samodzielnie dokonywane tłumaczenia, konsultowane później z psychologiem…

Wielu ludzi wpakowało kiedyś naprawdę dużo wysiłku, zaangażowania, determinacji i dobrej woli, żeby Wspólnota AA mogła w Polsce powstać. To ciekawa i niezwykle pouczająca historia, ale… to jednak już tylko historia. Owszem, nie należy jej zapominać, ale nie można też żyć nią na co dzień, a zwłaszcza upierać się, że obecnie wszystko ma być dokładnie tak, jak kiedyś.

Oznaką dojrzałości na pewno nie jest uporczywe trwanie w dzieciństwie. Błędy wieku dziecięcego są oczywiste, zrozumiałe i pewnie nawet potrzebne w prawidłowym rozwoju, ale nie można popełniać ich w nieskończoność.

W czasach, w których w Polsce prawie nikt nie znał żadnego języka obcego, kilku zapaleńców wykonało kawał dobrej roboty starając się przetłumaczyć (z języka angielskiego, ale często także z niemieckiego) i udostępnić innym potrzebującym podstawowe materiały AA-owskie. Ale tamte czasy minęły… Dziś wielu członków Wspólnoty AA biegle włada angielskim i pewnie między innymi dlatego coraz częściej zwracają uwagę na najrozmaitsze błędy i przekłamania w tłumaczeniach dokonywanych w tamtych, trudnych czasach.

Dzień 10 czerwca 1935 roku nie był niestety pierwszym dniem nieprzerwanej trzeźwości doktora Boba (tego dnia doktor Bob pił alkohol), jak to słyszałem z tysiąc razy na rozmaitych mityngach.

W Kroku VIII, dzięki usunięciu jednego „all” (wszyscy), zmieniony został w sposób istotny sens: po polsku alkoholicy mają zadośćuczynić wszystkim ze swojej listy, a nie wszystkim, których skrzywdzili przez całe życie — a to, w wielu wypadkach, może stanowić dość istotną różnicę. Kontrowersyjne tłumaczenie słowa „sanity”, dzięki któremu ustawicznie wybuchają dyskusje na temat możliwości wyzdrowienia z alkoholizmu.

Nie jest jednak moim celem czy zadaniem wyliczanie tutaj błędów w tłumaczeniach lub innych, bo przecież faktem jest też niestety, że na mityngach AA oraz między sobą, porozumiewamy się często jakimś udziwnionym językiem na wpół terapeutycznym, w którym prym wiedzie „trzeźwienie” jako dość niesprecyzowany proces, który z założenia nigdy się nie kończy, bo nie może i nie powinien.

W artykule pochodzącym z Raportu Światowego Mityngu Służb AA w NJ w 2004 r., opublikowanym w biuletynie „Mityng” nr 2/2008, znaleźć można stwierdzenie: „Nasze przykre doświadczenie pokazuje, że ignorancja zabija AA”. Ano właśnie…

Oczywiście mogę się mylić, ale wydaje mi się, że trzydzieści kilka lat dojrzewania, to dość długo i może wystarczy? I marzy mi się z okazji najbliżej rocznicy, poza milionem życzeń i „misiaczków” nowe, poprawne tłumaczenie Kroków i Tradycji, Wielkiej Księgi i innych, bo entuzjazm i dobra wola są na pewno niezwykle ważne i cenne, ale jednak nie zastąpią rzetelnej wiedzy. A przynajmniej nie mogą jej zastępować w nieskończoność…

Grudzień 2008

Wspólnota AA w Polsce, czy…

…czy może Polska Wspólnota AA?

Dawno, dawno temu uczono mnie, że Polska jest mocarstwem gospodarczym, na szóstym bodajże miejscu na świecie. Nie potrafiłem w to uwierzyć, mimo, że byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Potem nastały lata, kiedy dość często w sumie przekonywałem się, że to, co polskie, najczęściej jest o wiele gorsze od tego, co „zachodnie”. Oczywiście pamiętać należy, że „zachodnie” oznacza wszystko, co nie pochodzi z krajów komunistycznych lub postkomunistycznych, a więc towary z Dalekiego Wschodu też są… „zachodnie”. Ot, taka polska nomenklatura. Wspomniałem o towarach, ale nie dotyczy to (niestety!) tylko wyrobów przemysłowych. Klapę zrobiła polska droga do socjalizmu, a polska droga do kapitalizmu… no, mniejsza z tym. W każdym razie wyrobiłem sobie, mało może patriotyczną, ale za to bardziej realistyczną, postawę ograniczonego zaufania do wszystkiego, co polskie. I chyba nie ja jeden. Niedawno byłem świadkiem, jak w ostatnim momencie młode małżeństwo zrezygnowało z zakupu upatrzonej pralki, kiedy na ostatniej stronie prospektu reklamowego doczytali się, że sprzęt ten składany jest w Polsce.

Podobną zasadę ograniczonego zaufania stosuję do siebie, jako alkoholika. Jako człowiek uzależniony miewam problemy z emocjami, nie zawsze potrafię rozpoznać swoje uczucia i nie zawsze są one adekwatne do zdarzenia, nie zawsze też widzę świat takim, jaki naprawdę jest. Po serii katastrof i bolesnych upadków życiowych, zrozumiałem w końcu, że moje sposoby na życie nie działają, nie przynoszą spodziewanych efektów, po prostu mi nie służą. Postanowiłem wtedy nieco mniej ufać sobie, a bardziej Anonimowym Alkoholikom. Uznałem, że Wspólnota AA ma do zaoferowania lepszy (dla mnie!) pomysł na życie, niż wszystkie moje własne pomysły, zakończone ostatecznie fiaskiem, bankructwem i detoksem. Oczywiście nie stało się to w moment, był to u mnie dość długi i momentami bolesny proces, ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Nauczyłem się wreszcie zasady ograniczonego zaufania także wobec siebie samego. I tak zasadę ograniczonego zaufania do siebie już mam, zasadę ograniczonego zaufania do wszelkiego typu „pomysłów” polskich miałem w zasadzie od zawsze no, ale w związku z tym zaczął się pojawiać pewien całkiem spory problem — jestem w pełni gotów zawierzyć Wspólnocie AA działającej w Polsce, ale Polskiej Wspólnocie AA już może nieco mniej. A może wcale?

Czy jednak taki podział rzeczywiście istnieje? Czy istnieje Polska Wspólnota AA? Formalnie pewnie nie, ale…

Kiedy mój znajomy (anonimowy alkoholik, podróżnik i obieżyświat) przekonywał mnie, że tak, a nawet twierdził, że Polska Wspólnota AA dzieli się ponadto na Biesiadną, Religijną, Integracyjną i inne — nie chciałem mu wierzyć. Jednak miesiące abstynencji mi lecą, literaturę AA czytam namiętnie, kontaktów z AA-owcami z różnych stron świata mi przybywa i… mnożą się wątpliwości. Niedawno ukazała się broszura „Scenariusz prowadzenia mityngu”. Oczywiście zgodnie z Tradycją IV jest to tylko propozycja, sugestia i podpowiedź, bo każda grupa jest niezależna… itd., tym niemniej broszura została zaakceptowana przez Krajową Konferencję Służb AA w październiku 2003 roku. W dziele tym można znaleźć informację: „Za dzień narodzin Wspólnoty uznaje się 10 czerwca 1935 roku, był to pierwszy dzień nieprzerwanej trzeźwości doktora Boba”.

We Wspólnocie AA wiadomo i nie jest to informacja ukrywana, że 10 czerwca 1935 roku Doktor Bob pił alkohol. Można o tym przeczytać w książkach „Przekaż dalej”, „Doktor Bob i dobrzy weterani” i choćby w „Skrytce 2/4/3” z czerwca 2007 (strona 11). Może więc Polska Wspólnota AA ma nieco inną historię niż Wspólnota AA? Czemu ma służyć upieranie się przy tej, delikatnie mówiąc, bezsensownej informacji?

Oryginalnie tekst Kroku VIII brzmi: “Made a list of all persons we had harmed, and became willing to make amends to them all” — Zrobiliśmy listę wszystkich osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim. Co stało się ze słowem „wszystkich” z pierwszej części tego Kroku? Czyżby w Polskiej Wspólnocie AA obowiązywał jakiś zmodyfikowany zestaw 12 Kroków?

Ja uczę się języka polskiego od ponad czterdziestu lat i wydaje mi się, że władam nim już całkiem sprawnie (choć nadal piszę z błędami). Według mnie, w wersji obecnej, alkoholik ma stać się gotowy do zadośćuczynienia wszystkim osobom ze swojej listy, a nie wszystkim faktycznie przez siebie skrzywdzonym. Nie muszę chyba dodawać, że lista sporządzona przez alkoholika, a rzeczywistość, to nie musi być jedno i to samo. Z moich doświadczeń wynika, że wiele osób w AA, przynajmniej do czasu, jest przekonanych, że owa lista skrzywdzonych ma dotyczyć tylko i wyłącznie okresu picia. Ja też tak miałem. Oczywiście jest to element mitologizowania przeszłości, który z faktami i rzeczywistością nie ma zwykle nic wspólnego. Być może, gdyby z tekstu pierwszej części Kroku VIII nie wyrugowano słowa „WSZYSTKICH” — takich nieporozumień byłoby mniej.

Zarówno w nowych, jak i starych wersjach scenariuszy znaleźć można stwierdzenie: „W AA nie udzielamy rad…” albo „Na mityngach nie udziela się rad…”, lub podobnie. Prawdę mówiąc od lat poszukuję w literaturze AA jakiegoś potwierdzenia AA-owskiego rodowodu tej reguły, ale jak dotąd, bezskutecznie.

Pamiętam, jak na mityng trafił Polak z zagranicy. Być może zaczynał pić jeszcze w Polsce, ale leczenie odwykowe i kontakty z AA miał dotąd tylko na obczyźnie. W czasie przeznaczonym na tzw. problemy i radości ktoś wspomniał o oszukańczych praktykach swojego szefa. Nasz nowy przyjaciel podniósł rękę, grzecznie się przedstawił i zaczął: „w tej sytuacji uważam, że powinieneś…”. Zgromadzonych zamurowało, prowadzący zrobił się biały, a rzecznik z trudem łapał powietrze. Wreszcie gościowi jakoś delikatnie wyjaśniono, że zgodnie z naszymi zasadami, na mityngu nie udzielamy rad. Był to człowiek kulturalny i inteligentny, dostosował się bez oporów. Pamiętam jednak do dziś jego pełnie niedowierzania, ale życzliwe pytanie: „To jak wy tu w Polsce sobie pomagacie?”.

Tak… rad udzielać nie wolno, ale sugestie, podpowiedzi i propozycje są jak najbardziej dopuszczalne. Tylko czy ta pokrętna semantyka wywodzi się ze Wspólnoty AA, czy raczej z Polskiej Wspólnoty AA?

To, co napisałem może wydawać się komuś momentami złośliwe czy napastliwe. Nie było moim zamiarem atakowanie kogokolwiek. Problem w tym, że ja swoją chorobę alkoholową i zdrowienie traktuję bardzo poważnie. Nie chcę eksperymentować z polskimi odmianami AA, z polskimi odmianami 12 Kroków, ze zdrowieniem po polsku. Nie wierzę w powodzenie takich eksperymentów, uważam, że mogą mnie kosztować życie. A w przypadku zagrożenia życia robię się nerwowy.

W „Zdroju” 4/2007 na stronie 26 znaleźć można komunikat Rady Powierników. Dotyczy on Archiwum Wspólnoty AA, które ma służyć do tego, „by każdy uczestnik Wspólnoty AA mógł odróżnić fakty od mitów”. Świetnie! Tylko… czy nie dałoby się tej prawdy od mitów oddzielać nieco wcześniej? Na bieżąco? A nie dopiero na poziomie archiwów? W tymże „Zdroju” (strona 24) jest też mowa o dziele niejakiego Józefa pod tytułem „10 lat Polskiej Wspólnoty Anonimowych Alkoholików — zarys historii i stan współczesny”. Polskiej Wspólnoty AA… więc jednak…

Listopad 2007

Ludzie coś tam mówią…

Zwykła, banalna historyjka sanatoryjna, którą kiedyś wymyśliłem na poczekaniu, żeby zilustrować pewien drobny problem. Może wydawać się zabawna, ale czy na pewno jest taka wesoła?

Pokój w sanatorium. Godzina 2030. Pan i Pani. Ona wyraźnie mu się podoba. Rozmawiają o różnych sprawach, on stara się ją namówić na wspólny spacer następnego dnia. W pewnym momencie…

— Jestem już trochę zmęczona, chciałabym się położyć — Pani spogląda na zegarek.

— Jasne, oczywiście — Pan jest nieco zdezorientowany — No to… Dobranoc.

Pan wychodzi z pokoju. Idzie korytarzem, automatycznie kierując się w stronę swego lokum. Mija rozbawioną grupę kuracjuszy wybierających się wyraźnie na jakieś balety.

— Co ja takiego powiedziałem — zastanawia się — nie ciągnąłem jej przecież do łóżka, starałem się być elegancki i kulturalny… Ale może byłem zbyt natarczywy i z tą propozycją wspólnego spaceru trzeba było poczekać jeszcze z dzień czy dwa?

Na korytarzu zrobił się ruch, ludzie odwiedzają się w pokojach, wychodzą razem, wracają. Ktoś niesie czajnik z wrzącą wodą…

— Nawet zwyczajowej kawy nie zaproponowała — przygnębienie Pana rośnie — a przecież to by nie było nic takiego. Ja po prostu musiałem coś spieprzyć. Taka śliczna kobieta, a ja znowu coś zepsułem. Jak zwykle… — Pan uśmiecha się smutno pod nosem.

Wchodzi do swojego pokoju. Współlokatora nie ma. Cicho gra radio.

— On też załatwił sobie jakieś towarzystwo. Taki palant! — Pan nie przepada za kumplem z pokoju — Tylko ja, oczywiście, musiałem coś spierdolić. Jak zawsze. No cóż — jest ironiczny i sarkastyczny — widać jestem większym palantem od niego.

Chodzi nerwowo po pokoju, zagląda do szafy. Wyraźnie nie wie, co ze sobą zrobić.

— Po co brałem te wszystkie ekstra ciuchy? Przecież to bez sensu! Na nikim nie zrobię wrażenia. Jak bym się nie ubrał to taki palant jak ja, taki nieudacznik, który zawsze wszystko musi zepsuć, nie ma żadnych szans — z rozmachem zamyka szafę.

— Tylko bezsensownie wydałem pieniądze — śmieje się z goryczą — kolejne idiotyczne działanie, kolejne kretyńskie nadzieje.

— Tylu ludzi gdzieś się dziś wybierało po kolacji. Ale oczywiście mnie nikt nie zaprosił. Pewnie! Przecież mnie tu nawet nie widzą, nie dostrzegają. Mogłoby mnie tu w ogóle nie być, a i tak by nikt za mną nie płakał — kładzie się na tapczanie i niewidzącym wzrokiem patrzy w sufit.

— Zresztą, czy tylko tutaj? Przecież tak jest przez całe życie. Kiedy ja w pracy dostałem podwyżkę? Kiedy Kazia z sekretariatu powiedziała, że mam ładną marynarkę? To wszystko jest zupełnie bez sensu… — Wzdycha.

— Zrobiłem błąd przyjeżdżając tu. Zdrowie? — Śmieje się z goryczą — Kogo interesuje moje zdrowie?! Mogę sobie zdechnąć i kompletnie nikogo to nie zainteresuje.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 40.24