E-book
4.1
drukowana A5
36.84
Z piekła do trzeźwości

Bezpłatny fragment - Z piekła do trzeźwości

Wydanie drugie


Objętość:
267 str.
ISBN:
978-83-8189-387-9
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 36.84

Wstęp

Zbiór artykułów, esejów i innych tekstów o trzeźwieniu (zdrowieniu z alkoholizmu), Krokach i Tradycjach Wspólnoty AA, o wszystkim, co pomaga mi żyć bez alkoholu od około dziesięciu lat.

Teksty te dedykuję wszystkim, którzy nadal szukają swojej drogi do trzeźwego życia, sugerując przy tym, aby pod żadnym pozorem nie próbowali, żyć tak, jak ja, ale by starali się, w miarę możliwości, nie popełniać tych samych błędów…

Meszuge 2009

Uwagi do wydania drugiego. Pierwsze wydanie „Z piekła do trzeźwości” ukazało się drukiem w Poznaniu w roku 2009 i niewątpliwie odbyło się „na wariackich papierach” — w pewnym momencie na przykład, okazało się, że mam zaledwie kilka godzin na przygotowanie materiałów do tej książki. Pośpiech, jak powszechnie wiadomo, ma się zwykle odwrotnie proporcjonalnie do jakości. Drugie wydanie postanowiłem przygotować właściwie tylko z dwóch powodów: po pierwsze, by skorygować zbyt małą czcionkę, która wcześniej wielu starszym osobom wyraźnie utrudniała czytanie, a po drugie, by książkę uczynić nieco bardziej dostępną czytelnikom w Europie Zachodniej.

Podczas tej pracy nieustannie zmagałem się z ciągotkami, by coś poprawić, zmienić, napisać inaczej, lepiej… Zwłaszcza, że od momentu powstania niektórych tekstów minęło już kilka lat, a więc moje doświadczenia i przekonania w paru momentach były już nieco inne. Pokusa była silna, zwłaszcza, że wsparta realnym argumentem w postaci korzyści Czytelników, ale ostatecznie oparłem się jej i zmiany jakie wprowadziłem polegają tylko na tym, że dodałem daty powstania tekstów, wyeliminowałem kilka rażących błędów, które rzuciły mi się w oczy, natomiast cała reszta zmian ma właściwie jedynie edytorski charakter. Dlaczego? Chodzi po prostu o uczciwość. Taki kiedyś byłem, tak kiedyś myślałem, takie były moje przekonania. Te artykuły, to kawałek mojego życia, mojej historii — nie chcę przy niej manipulować.

Swoje naprawdę aktualne poglądy, doświadczenia i przekonania na temat alkoholizmu, trzeźwienia, sponsorowania oraz Kroków i Tradycji Anonimowych Alkoholików, prezentuję w kolejnych wydaniach książek: „ALKOHOLIK”, ale przede wszystkim w „12 KROKÓW OD DNA — SPONSOROWANIE”.

Meszuge 2011

Wprowadzenie

Całymi latami wszystko, co pisałem na temat picia i leczenia odwykowego (trzeźwienia), listy papierowe i elektroniczne, artykuły na forach dyskusyjnych, posty na grupy usenetowe itd. miało charakter całkowicie jednorazowy: napisane, wysłane, nie ma. Podobnie zresztą było z wierszami, które prawie zawsze pisałem w jednym egzemplarzu jako prezent dla kogoś — wręczone lub wysłane, znikały z mojego życia na zawsze. Nie przywiązywałem do tego większej albo nawet żadnej wagi.

Jesienią albo zimą 2001 roku poproszono mnie o spisanie swojej historii na potrzeby regionalnego dziennika. Powstała wtedy „Zwykła historia”. Po jej opublikowaniu kilka osób podpowiedziało mi, że szkoda, żeby moja „twórczość” była tak ulotna i jednorazowa. Sugerowano mi, żebym zachowywał kopie tego, co piszę i gdzieś tam je udostępniał, bo „może się to jeszcze komuś przydać”. Początkowo mocno mnie to wprawdzie krępowało, ale ostatecznie postanowiłem rzeczywiście „wrzucić” na stronę internetową kilka swoich tekstów. Oczywiście tych związanych z uzależnieniem od alkoholu, terapią odwykową, realizacją Programu Anonimowych Alkoholików oraz przemyśleniami z tym związanych. Strona nieco się od tamtych czasów rozrosła i obecnie, w formie bloga, znajduje się pod adresem: meszuge.blogspot.com

Nieco później moje teksty zaczęły pojawiać się w biuletynach „Mityng”, „Zdrój”, „Karlik” i „Warta”, aż wreszcie, z okazji dziesiątej rocznicy abstynencji, zdecydowałem się zebrać je wszystkie razem i wydrukować, z przeznaczeniem dla przyjaciół, w podzięce za ich wyrozumiałość wobec moich rozlicznych słabości.

Jestem ponadto człowiekiem starej daty i zdecydowanie większe zaufanie mam do słów spisanych na papierze niż do dokumentów elektronicznych. Mam też świadomość jak uciążliwe jest czytanie dłuższych tekstów z ekranu monitora.

W przeważającej większości wypadków teksty te powstały w ciągu ostatnich czterech-pięciu lat. Wiele z nich to, przerobione później na artykuły do biuletynów AA, zadania proponowane mi przez mojego sponsora. Dopiero współpraca z nim na serio przekonała mnie, że wprawdzie praca ze sponsorem to kontakt „jeden na jeden”, ale nie ma żadnego powodu, dla którego z jej efektów nie mieliby skorzystać też inni. Choćby w formie przestrogi.

Teksty w niniejszym zbiorku, a jest ich nieco około siedemdziesiąt, ułożyłem w sposób, który mnie wydawał się najbardziej sensowny i czytelny, co jednak nie znaczy, że na pewno mi się udało. W każdym razie nie jest to układ chronologiczny, a wyraźny podział dotyczy tylko trzech głównych grup tematycznych:

— teksty, które nazwałbym ogólno-alkoholowymi, taka zbieranina alkoholowych różności,

— teksty związane bezpośrednio z Programem Dwunastu Kroków AA,

— teksty dotyczące Tradycji Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.

Oczywiście wszystkie one dają się czytać w dowolnej kolejności i według potrzeb czy zainteresowań.

Styczeń 2009

Zwykła historia (piciorys)

Rok 1989 był w moim życiu wyjątkowo bogaty w wydarzenia. I to z gatunku takich paskudnych raczej. Zmarła moja matka. Na raka. Rozwiodłem się. Zmieniłem pracę, a raczej zostałem do tego zmuszony. Przerwałem studia. Mój brat wyjechał na stałe do Niemiec. I kilka innych.

Wysypało się, prawda? Jak z puszki Pandory… W tym parszywym roku jednego za to jestem pewien: wtedy jeszcze nie miałem problemów z nadużywaniem alkoholu. Kiedyś mawiałem, że tego roku nie byłem jeszcze alkoholikiem, ale później przestałem być tego taki pewny. Dziś myślę, że alkoholikiem to ja byłem od urodzenia, a przynajmniej od wczesnego dzieciństwa. Tyle, że nadużywać alkoholu zacząłem późno, bo po trzydziestce. Dotarło bowiem do mnie, że problemem alkoholika nie jest alkohol. A jest nim niedojrzałość emocjonalna, brak odporności na stresy, frustracje, rozczarowania, zawody. Nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami a nawet ich rozpoznawania i nazywania. Kompleksy, nieumiejętności i lęki. Ale alkohol — nie. Jest on jedynie skutkiem, a nie przyczyną.

Zmieniłem, więc pracę. O ile przedtem było to biuro, do którego petenci nie mieli wstępu, z jego codzienną porcją nieważnych papierów do przełożenia z kupy na kupę, to teraz był to handel, sklep, praca za ladą i kontakt z setkami ludzi dziennie. Bałem się tych ludzi. Bałem się ich żądań, pytań i tego, że nie będę umiał na nie odpowiedzieć. Bałem się stale o to, czy sobie poradzę i przede wszystkim, bałem się śmieszności, drwin. Stale byłem skrępowany, „sztywny” i sfrustrowany.

Po mniej więcej roku takiej mordęgi odkryłem, że alkohol pomaga na to wszystko. Wystarczyła jedna szklanka koktajlu o nazwie Manhattan i stawałem się pewny siebie, rozluźniony, elokwentny i swobodny. Na lekkim haju pracowało mi się świetnie. Pstryk! Pstryk — białe, pstryk — czarne.

Zmarła mama. Nie wywarło to na mnie jakiegoś porażającego wrażenia, a może swoich prawdziwych uczuć nie byłem w stanie wtedy określić? Od dawna wiadomo było, że ma raka i że w związku z tym umrze. No i umarła. Pogrzebem zajęła się moja była (była — od kilku miesięcy) żona. Na mnie spadł, już po pogrzebie, obowiązek likwidacji mieszkania po matce.

Jestem świetnym organizatorem, więc zrobiłem to wręcz idealnie. Aż za dobrze nawet. W ciągu jednego dnia miałem czas przejrzeć jej prywatne rzeczy, ciuchy, jakieś świadectwa, listy itp. i wszystkie, albo większość, wywalić na śmietnik. Następnie, na uzgodnione wcześniej godziny, przychodzili poszczególni członkowie rodziny i każdy już wiedział, co z mebli czy wyposażenia ma zabrać i w wyniesieniu, czego mi pomóc. Wszystko grało jak w zegarku. Po 6—8 godzinach w mieszkaniu matki pozostały puste ściany. I wtedy mnie „walnęło”. To tyle warte jest czyjeś życie? Garść śmieciowatych pamiątek, które miały wartość tylko dla niego samego? To wystarczy kilka, czy kilkanaście godzin pracy, żeby po człowieku (poza pamięcią tak zwanych bliskich) nie został żaden ślad? W takim razie, to wszystko jest całkowicie bez sensu!!! Na to poczucie beznadziejności i bezsensu alkohol też był świetnym lekiem.

Potem wszystko potoczyło się już błyskawicznie. W sklepie byłem już szefem, więc komfort picia miałem zapewniony. Butelka Manhattanu początkowo wystarczała mojej koleżance i mnie na dwa a nawet trzy dni. Picie w pracy uważałem za coś w rodzaju psikusa, kawału. Miało być nagrodą za ciężką pracę, awans na kierownicze stanowisko po dwóch miesiącach, stresy związane ze specyfiką pracy w handlu, a także manifestacją mojego „luzackiego” podejścia do życia, które i tak jest przecież gówno warte.

Dobry byłem w tym, co robiłem. Awansowałem na kierownika coraz to większych i lepszych sklepów. I piłem. Coraz częściej i coraz więcej. Z kimś z podwładnych lub samemu. To ostatnie jakoś nigdy nie sprawiało mi kłopotów, nie budziło oporów.

Ten żywiołowy rozwój choroby alkoholowej zahamowany został, gdy z wrzodami na żołądku wylądowałem w szpitalu. Kiedy z niego wychodziłem, lekarz prowadzący radził mi pić tylko czystą wódkę, żadnych piw, win, koniaków. Tak rozstałem się z koktajlem Manhattan. Zresztą po opuszczeniu szpitala nie piłem przez kilka tygodni w ogóle. Bałem się bólu, nawrotu choroby, operacji. Później jedna impreza, druga, jakieś imieniny… Okazało się, że nic złego mi się nie dzieje, więc… Tak wróciłem do picia.

Wydaje mi się, że wtedy, w tamtym momencie mogłem jeszcze wycofać się, wrócić. Po kilku miesiącach intensywnego picia, jakby dla odrobienia zaległości, było już na to za późno.

Dość długo nie ponosiłem żadnych, zauważalnych dla mnie, kosztów i konsekwencji swojego picia. Zarabiałem nieźle, więc tu kłopotów nie było. Mieszkałem z byłą żoną, prowadziliśmy wspólne gospodarstwo domowe, w związku z tym dom był jakoś zadbany, a czepiać się nie było, komu, bo w końcu „żonaty przecież nie jestem”.

Jak widać i od tej strony potrafiłem, choć nieświadomie, zorganizować sobie komfort picia. Tego, że gdzieś tam obok, w sąsiednim pokoju, dorasta mój kilkunastoletni syn, już nie widziałem. W końcu zabawki i sprzęt zawsze miał takie, jak niewiele dzieci znajomych, czy sąsiadów…

Mijały lata. Handel państwowy „miał się” coraz gorzej. A ja z nim. Zarabiałem cały czas tyle samo, tylko, że inflacja zjadała moje pobory miesiąc za miesiącem. W domu zaczęły pojawiać się problemy finansowe. Na to też wódka pomagała. Mogłem ich nie widzieć, albo bagatelizować, albo snuć wspaniałe plany odbicia się od dna. Zależnie od dawki alkoholu.

Żeby mieć na picie zacząłem robić najrozmaitsze szwindle, machloje i przekręty. Kiedy pracujesz w handlu, tj. od 10 do 18 (zwykle było potrzebne jeszcze przynajmniej pół godziny przed i po), nie masz zbyt wiele okazji do dorobienia sobie. Ja jednak znalazłem firmę ochroniarską, która mnie przyjęła. Pracowałem w niej po zamknięciu „swojego” sklepu, wieczorami po kilka godzin oraz w niedziele i święta. Jeździłem samochodem z kierowcą, odbierałem pieniądze w różnych punktach miasta (sklepy, urzędy, stacje paliw, itp.), czy województwa, zależnie od trasy, i odwoziłem je do banku. Jeździłem z bronią jako ochroniarz tego konwoju. I często pijany.

Raz szef firmy zorientował się, że nie jestem trzeźwy i nie pozwolił jechać. Następnego dnia miałem „mowę do narodu”. Obiecywałem sobie i jemu, że kiedy jadę, nie będę pił. Wytrzymałem w tym postanowieniu może nawet z miesiąc…

Kiedy złapano mnie następnym razem, wyleciałem z firmy na zbitą twarz. A w domu i znajomym mówiłem, że zrezygnowałem z tego zajęcia sam, bo za mało płacili. Chyba nawet i ja uwierzyłem w tą wersję po pewnym czasie…

Niedługo potem miało miejsce dość szczególne wydarzenie. W jakiś wolny dzień wybrałem się odwiedzić znajomych w ich sklepie. Nie zastałem ich, ale okazało się, że pracuje u nich moja dawna sprzedawczyni. Postanowiłem, więc poczekać i pogadać z nią o dawnych czasach. Oczekiwanie na znajomych przedłużało się, żeby się nie nudzić kupiłem sobie ćwiartkę (wypiłem ja w toalecie), potem następną, i jeszcze jedną. Kiedy znajomi wrócili do sklepu zastali mnie, jak kompletnie pijany próbuję pomagać w pracy ich sprzedawczyni. Odwieźli mnie natychmiast do domu. Następnego dnia dzwoniłem do nich z przeprosinami. Poszło bez kłopotów. Zatelefonowałem też w tym samym celu do sprzedawczyni. Powiedziała mi, że przepraszać nie ma, za co (???) i zaprosiła mnie do siebie. Poszedłem na to spotkanie. Poszedłem, choć dobrze wiedziałem, co najprawdopodobniej usłyszę. Sprzedawczyni miała męża alkoholika i kiedy jeszcze pracowaliśmy razem, często opowiadała o swoich perypetiach.

Stało się tak, jak przewidywałem. Powiedziała mi, wprost, że uważa, iż jestem chory na chorobę alkoholową. Pożyczyła książkę „Grzech czy choroba” i zaproponowała, żebym spotkał się z jej znajomym alkoholikiem i terapeutą.

Książkę przeczytałem i nie tylko tę zresztą. Z tym jej znajomym spotkałem się i rozmawiałem w jego gabinecie w poradni odwykowej i przegadaliśmy prawie dwie godziny. Ja oczekiwałem, aż on powie mi, zdecyduje: jestem czy nie jestem alkoholikiem. On tego zrobić zdecydowanie nie chciał i może nie mógł, proponował oficjalne zarejestrowanie się w poradni odwykowej, a na to ja nie chciałem się zgodzić bez diagnozy. I tak stanęliśmy w martwym punkcie. Wychodząc od niego, w jakimś przebłysku jasnowidzenia, stwierdziłem, że wydaje mi się, mam nieodparte wrażenie, że jeszcze się spotkamy. Tak się zresztą stało.

Dalej myślałem, że sobie sam jakoś poradzę i piłem nadal. Coś jednak się zadziało. Od tego momentu nie mogłem już udawać, że wszystko jest OK. Oczywiście nie przyznałbym się głośno (ani nawet cicho, czy w myślach), że jestem alkoholikiem, ale tak naprawdę ja już wiedziałem, że tak jest. Tyle tylko, że jeszcze nie byłem gotowy, czy może dostatecznie zdesperowany, żeby coś z tym zrobić. I tak, w sposób coraz bardziej destrukcyjny piłem jeszcze przez ponad trzy lata.

Styczeń 1998. Kolejny awans. Tym razem już do dyrekcji. I pierwsze próby zrobienia czegoś ze swoim życiem. Bezsensowne, czy wręcz chybione (sanatorium dla nerwicowców, szpital nefrologiczny itp.), ale jednak podejmowane. Po kilku miesiącach od tego awansu dostałem naganę za samowolne oddalenie się z miejsca pracy. W domyśle: pod wpływem alkoholu. Ale tego mi nie udowodniono, właśnie, dlatego, że wyszedłem, uciekłem. Prawdę mówiąc zupełnie nie pamiętam tego incydentu i swojego wyjścia, taki byłem pijany…

Bardzo ostra rozmowa z szefem. Posypały się moje wyobrażenia. Szef od dawna wiedział, że piję. Ostatni awans nie był wynikiem uznania, ale raczej chęcią ulokowania mnie gdzieś blisko, abym był pod kontrolą. Sugestia żebym zmienił pracę.

Prosiłem, żebrałem i przekonywałem. A co najgorsze, dałem słowo honoru, że nie będę pił w pracy. Nawet sam wierzyłem, że dam radę, że potrafię pić tylko po pracy i w weekendy.

Około miesiąc później, 30.06.98 poproszono mnie do gabinetu szefa. Czekało tam na mnie dwóch panów w mundurach i z alkomatem. Miałem we krwi 1,4 promila alkoholu, efekt picia przez pół nocy i przed południem, żeby jakoś funkcjonować, nie dygotać.

Straciłem pracę. Pozwolono mi odejść na mocy porozumienia stron, ale nie było wątpliwości, że wyleciałem za wódę. Formalności związane ze zwolnieniem załatwiliśmy w dwie godziny. Ależ musieli mnie mieć dosyć!

Kiedy wychodziłem z firmy oprócz strachu przed przyszłością, wstydu i upokorzenia czułem… ulgę. Ostatnie pół roku, może rok, a może i jeszcze więcej żyłem jak w jakimś koszmarnym śnie. Ciąg picia, 2—3 dni przerwy, ciąg, przerwa, picie… To było jak obłęd. Podświadomie czekałem aż coś się wydarzy, stanie, zadzieje. Następnego dnia zgłosiłem się do opolskiej poradni odwykowej i rozpocząłem terapię w systemie ambulatoryjnym, tj. spotkania dwa razy w tygodniu po dwie godziny.

Starałem się w tym czasie nauczyć trzeźwości. Dziś piszę o tym lub opowiadam z pewnym rozbawieniem, ale wtedy wierzyłem, że jest to możliwe.

Po około czterech miesiącach znalazłem pracę jako magazynier w hurtowni artykułów spożywczych (w tym alkoholu). Ale przedtem jeszcze napiłem się. Raz, drugi, piąty. I nie przyznałem się do tego ani na mityngu AA, ani na terapii, ani sponsorowi. Koszmarny błąd, ale ja właśnie wierzyłem, że wreszcie, jak inni, nauczę się zachowywać abstynencję. Kontakt z alkoholem w miejscu pracy spowodował, że znowu wszystko wymknęło mi się spod kontroli, nie potrafiłem się powstrzymać. Kiedy w magazynie po raz drugi złapano mnie na piciu (przez 1,5 miesiąca!), bałem się już tam wrócić. Próbowałem uciec do szpitala symulując atak wyrostka. Nie udało się.

Mogłem w tym momencie zrobić dwie rzeczy: dalej pić lub znowu poprosić o pomoc w poradni odwykowej. Zrobiłem to drugie. Poszedłem tam. „Ze spuszczoną głową, powoli”. Wreszcie doszedłem. Przyznałem się, że przez ostatnie dwa dni piłem. Tak naprawdę piłem trzy dni i nie powiedziałem, że podczas terapii nie było to po raz pierwszy, ale nawyki alkoholowego kłamania, oszukiwania i kręcenia były w tym momencie silniejsze. Lekarz zapytał, czy jestem gotów rozmawiać o leczeniu w ośrodku zamkniętym. Odparłem, że tak, było mi już wszystko jedno, wszystko mi się posypało, rozlazło, z niczym już sobie nie radziłem. Moje życie było w gruzach. Zapytałem tylko, kiedy mam jechać? Zaskoczył mnie mówiąc, że dzisiaj, ale i to przyjąłem. Ze skierowaniem w kopercie wróciłem do domu, zadzwoniłem na informację PKS, żeby dowiedzieć się o autobus, spakowałem się i pojechałem do ośrodka imienia Buxakowskiego, na odwyk zamknięty. Następny dzień, 15.01.1999 przyjąłem za pierwszy dzień swojej, nie przerwanej jak dotąd, abstynencji.

Swoje życie alkoholika podzieliłbym na trzy okresy. W pierwszym nie mogłem, nie potrafiłem, przestać pić. Wtedy właśnie zgłosiłem się po raz pierwszy do poradni odwykowej i przeprowadziłem rozmowę z terapeutą i alkoholikiem, z której nic nie wynikło. W drugim nie mogłem, nie wolno mi było pić. Był to, mniej więcej, półroczny okres terapii ambulatoryjnej z częstymi zapiciami. W trzecim, który zaczął się niezauważalnie dla mnie podczas terapii zamkniętej w ośrodku, ja już nie chciałem pić. I tak jest zresztą do dziś. Ja mogę pić, bo i któż mi zabroni? Tyle, że już nie chcę. A nie chcę, bo zdając sobie sprawę ze swojego trwałego uzależnienia wiem, że konsekwencje mojego picia mogą być zupełnie nieprzewidywalne. Opowiadając o tym okresie mówię zwykle, że Bóg, w którego wówczas nie wierzyłem, odebrał mi lub uwolnił mnie od obsesji picia.

I jeszcze jedno. Czemu nie powiodła się ta pierwsza, ambulatoryjna terapia? Myślę, że z kilku powodów. Po pierwsze — podjąłem ją trochę tak… manifestacyjne, po utracie pracy. Wydaje mi się, że chciałem udowodnić otoczeniu i sobie, że coś zrozumiałem i zaczynam działać na poważnie. Po drugie — nie do końca byłem przekonany o własnej bezsilności wobec alkoholu. Miałem to zagadnienie świetnie rozpracowane teoretycznie, ale w praktyce niewiele z tego wynikało. Po trzecie — starałem się nauczyć trzeźwości. Chodziłem na mityngi i terapię, robiłem zadania zlecone przez terapeutów i to podobno całkiem nieźle tylko, że tak naprawdę nie robiłem nic, żeby trzeźwieć. Bo pisanie zadań, udział w terapii czy mityngach, to nie trzeźwienie, a jedynie i co najwyżej narzędzia. Tyle, że ja na początku jeszcze tego nie zrozumiałem. I po czwarte — żyłem wówczas w przekonaniu, że będę w stanie żyć dokładnie tak samo, jak przedtem, ale bez alkoholu. Nie usłyszałem jeszcze, albo może słyszałem lecz nie rozumiałem, głębokiego sensu pewnego powiedzenia powtarzanego często podczas spotkań Wspólnoty Anonimowych Alkoholików: „Przestać pić? To jest najłatwiejsze ze wszystkiego — wystarczy tylko zmienić całe swoje życie”.

Czy żałuję tej przerwanej terapii? W końcu mógłbym mieć pół roku abstynencji więcej? Nie żałuję, choć na początku tak było. Wymyśliłem sobie takie powiedzenie: „Jeśli już wdepniesz w gówno, to wykorzystaj to jako okazję, żeby się nauczyć dobrze czyścić buty”. Myślę, że wykorzystałem tą lekcję. Dziś zyski z tego doświadczenia czerpię i ja i inni.

W tym roku mój syn skończył 21 lat. Nigdy nie byliśmy w lesie bawić się w Indian. Nigdy nie uczyłem go jeździć na rowerze. Nigdy… Tak wielu rzeczy nie robiłem z synem nigdy. I nigdy już nie zrobię. Czas na nie minął bezpowrotnie. Z tą świadomością muszę nauczyć się żyć.

Zima 2001—2002

Historia grupy AA „Wsparcie”

Na „wariackich papierach”, z wiatrem i pod wiatr…

Najmłodsza grupa AA w Opolu i pewnie dlatego jedyna, której narodziny i geneza są jeszcze pamiętane przez niektórych członków Wspólnoty AA w naszym mieście. Brałem czynny udział w jej zakładaniu…

Oficjalnie grupa powstała 27.01.2001, ale oczywiście wszystko zaczęło się o wiele wcześniej.

W roku 2000 powstała w Opolu grupa wsparcia dla alkoholików. Z perspektywy czasu postrzegam ją, jako twór nieco dziwny, ale wtedy wydawała się bardzo dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza dla tych z nas, którym po zakończeniu terapii odwykowej (albo blisko jej końca) brakowało podczas mityngów AA-owskich bezpośredniego kontaktu z grupą, tak zwanych zwrotów, sugestii, żywej wymiany zdań, itp. Z założenia jednak grupa wsparcia nie miała mieć nic wspólnego ani ze Wspólnotą AA, ani z terapią. Miała wspierać, cokolwiek to znaczy…

Grupa ta funkcjonowała kilka miesięcy (spotkania odbywały się w piwnicy kościoła o.o. franciszkanów, w soboty o 17:00) i po okresie dynamicznego rozwoju, zaczęła dość szybko podupadać. Zwłaszcza po tym, jak „starzy” AA-owcy zaczęli mówić, że „młodzi” bawią się tam w terapię, udzielają porad itp. Moim zdaniem, wiele w tym było racji i… ogólnie rzecz biorąc, nie był to udany eksperyment.

W tym samym czasie chyliła się też ku upadkowi grupa AA „Gawra”. Ulokowana na peryferiach miasta, funkcjonowała całkiem nieźle dopóki w samej „Gawrze” (taka nieco może lepsza noclegownia czy schronisko) mieszkali założyciele i opiekunowie grupy. Kiedy jednak dostali własne mieszkania i w „Gawrze” powoli przestawali bywać, wszystko się posypało. Mityngi tej grupy (sobota, godzina 16:00) albo w ogóle się nie odbywały i nieliczni chętni zastawali zamknięte drzwi, albo nie miał tych mityngów kto prowadzić.

W takich oto warunkach i w klimacie rosnących potrzeb, mój przyjaciel z terapii wymyślił, że założymy nową grupę AA. We dwóch, a co! Mieliśmy już na tym polu pewne doświadczenia, dla grupy AA „Asyż” zorganizowaliśmy kilka miesięcy wcześniej środowe mityngi poranne. Pamiętam jak dziś, jak zimą roku 2000 siedzieliśmy w kuchni po obu stronach pralki pełniącej wówczas rolę stołu i wymyślali nową grupę AA.

Od początku było jasne, że nowa grupa powinna spotykać się w soboty — był to ostatni dzień bezmityngowy w mieście, bo „Gawra” istniała właściwie już tylko teoretycznie. Lokalizacja — siedziba grupy wsparcia, której spotkania odbywały się rzadko, jeśli w ogóle. Godzina — 17:00. Bardzo się wówczas obawialiśmy oskarżenia o tworzenie grupy konkurencyjnej dla „Gawry”. Wymyśliliśmy więc ten godzinny odstęp dla tych, którzy pojadą jednak do „Gawry”. Jeśli mityng się tam nie zacznie, mieli mieć szansę na dotarcie na naszą grupę, w centrum miasta.

To wszystko okazało się dość proste, największy kłopot mieliśmy z nazwą nowej grupy. Odrzucaliśmy kolejno rozmaite Jutrzenki, Odrodzenia, Świty, Przebudzenia, itp. i kiedy wydawało się, że utknęliśmy w martwym punkcie, wpadłem na genialny pomysł — nazwiemy tą grupę „Wsparcie”. I to było to! W tamtym czasie, taka właśnie nazwa grupy miała szczególne, momentami dość pokrętne, znaczenie. Nawiązywała do tych nikłych resztek dobrej sławy grupy wsparcia, które jeszcze, być może, pozostały. W pewnym sensie określała charakter pracy grupy tak, jak chcieliśmy go widzieć. Miała także łagodzić transformację grupy wsparcia w grupę AA „Wsparcie” — liczyliśmy, że wielu nowicjuszy nie zauważy z początku różnicy (i tak też się działo).

Pod koniec 2000 roku zaczęliśmy w soboty o 17:00 robić w piwnicy pod kościołem o.o. franciszkanów „prawidłowe” mityngi AA. Jeśli zjawiał się tam ktoś jeszcze, co w początkowym okresie wcale nie było częste, grzecznie pytaliśmy, czy zamiast spotkania grupy wsparcia możemy zrobić normalny mityng Anonimowych Alkoholików. Sprzeciwu nie było nigdy, ale wtedy jednak wcale nie mieliśmy pewności, że cała ta operacja się powiedzie. Były to działania rozpoznawcze.

Na początku stycznia 2001, powoli zaczęli się już pojawiać ludzie, przychodzący specjalnie na normalny mityng AA. Nagłośniliśmy wtedy fakt powstania nowej grupy i rozesłaliśmy zaproszenia na założycielski i inauguracyjny mityng nowej grupy AA „Wsparcie”, na 27.01.2001. Podczas tego właśnie mityngu mój przyjaciel został skarbnikiem grupy, a ja — nieco później — jej rzecznikiem.

Staraliśmy się pełnić te służby wyjątkowo odpowiedzialnie, a w szczególności nie dopuszczać do takiej sytuacji, żeby na mityngu grupy AA „Wsparcie” nie było przynajmniej jednego z nas. Niestety, nasi następcy nie byli już tak zdyscyplinowani i zaczęły zdarzać się przypadki, że mityng się nie odbył, bo nie było nikogo z pełniących służby, a żadna z osób obecnych, nie chciała go prowadzić. Sytuacja taka powtarzała się niestety coraz częściej, spadała frekwencja podczas mityngów i wreszcie 27.01.2005 ostatni skarbnik grupy, nie znajdując już następcy, ani żadnej innej osoby gotowej pełnić jakąkolwiek służbę, przekazał resztę pieniędzy grupowych skarbnikowi grupy AA „Asyż” (mityngi obu tych grup odbywały się w tej samej salce) i działalność grupy AA „Wsparcie” została zawieszona. Na szczęście nie oznaczało to jeszcze, że sobotnie mityngi zniknęły z AA-owskiej mapy naszego miasta. Odbywały się one nadal, ale już pod opieką grupy AA „Asyż”. Taki stan rzeczy trwał prawie dwa lata.

Po dwóch zmianach lokalu i na skutek jakichś swoich własnych problemów, sumienie grupy AA „Asyż” uznało, że grupa nie jest w stanie nadal opiekować się czterema mityngami w tygodniu. Znalazły się wówczas osoby gotowe wskrzesić grupę AA „Wsparcie” i objąć w niej służby.

Mityng reaktywujący grupę AA „Wsparcie” odbył się 14.10.2006 i od tego czasu (pod opieką M. i E.) grupa, choć niewielka, działa niezwykle dynamicznie i skupia przede wszystkim AA-owców płci obojga, którzy gotowi są do odpowiedzialnej i zaangażowanej pracy nad Programem Wspólnoty AA.

Właśnie atmosfera sprzyjająca solidnej pracy „na programie”, klimat otwartego dzielenia się własnym doświadczeniem, choćby bolesnym, dla dobra innych, jest w tej grupie raczej regułą, a nie wyjątkiem. Podobnie jak fakt, że jeśli nawet na mityngu jest zaledwie 5—7 osób, to potrafi nam zabraknąć czasu.

Mityngi grupy AA „Wsparcie” prowadzi zwykle kobieta, skarbniczka grupy (stan na luty 2008) i pewnie temu właśnie należy zawdzięczać stosunkowo wysoką frekwencję kobiet. Najwyraźniej czują się tu one bezpiecznie.

Podczas inwentury grupy „Wsparcie” w lutym 2008, jej sumienie powierzyło mi służbę mandatariusza.

Historia ta była i jest nadal dla mnie nieocenionym źródłem doświadczeń, przemyśleń i wniosków:

1. Dziś już nie przyszłaby mi do głowy taka samowola i nie brałbym udziału w zakładaniu nowej grupy bez konsultacji oraz wyraźnej aprobaty czy akceptacji Intergrupy i innych grup w mieście.

2. Czy ważna była dla mnie rola jednego z „Ojców Założycieli”? To może nie, natomiast cała ta sytuacja początkowo mile łechtała moją ambicję — starzy AA-owcy miesiącami chodzili i narzekali, że w mieście nie ma mityngów w soboty, no to wreszcie dwóch nowicjuszy (miałem wtedy prawie dokładnie 2 lata abstynencji) to załatwiło, rozwiązało problem — tak to wówczas widziałem.

3. Przekonałem się doświadczalnie, że grupa bez służb w zasadzie nie ma szansy na przetrwanie. Może tak doraźnie pociągnąć kilka tygodni, może nawet miesiąc czy dwa, ale na dłuższą metę to się nie uda.

4. Nieco rozgoryczony wymyśliłem wtedy określenie „konsumenci AA”. Mieli to być ludzie prezentujący wyjątkowo konsumpcyjną i roszczeniową postawę wobec Wspólnoty AA, odmawiający konsekwentnie jakiejkolwiek pracy na rzecz grupy, z której korzystają. Oczywiście wiadomo było, że nie dotyczy to nowicjuszy, od których z oczywistych przecież względów nie można oczekiwać czegokolwiek zbyt szybko. Moje poglądy na ten temat też już są obecnie nieco inne.

5. Najdłużej miałem wtedy wątpliwości wobec sytuacji, w której właściwie czułem się przypierany do muru. Bywało, że słyszałem wprost stwierdzenie: „albo znowu podejmiesz służbę, albo grupa padnie”. Czy fakt założenia grupy (jakkolwiek by to było wówczas nieodpowiedzialne i niedojrzałe) do końca życia obliguje mnie do opieki nad nią, czyli pełnienia jakiejś służby?

Luty 2008

Absolutnie nie porównywać!

W środowisku ludzi związanych z terapią odwykową, a zwłaszcza i przede wszystkim ze Wspólnotą Anonimowych Alkoholików, krąży całkiem pokaźna liczba rozmaitych powiedzeń, przysłów i innych „prawd”. Wiele z nich, w niesamowicie prostej formie, zawiera cały ogrom mądrości życiowej wielu pokoleń trzeźwiejących alkoholików. Ale czy faktycznie wszystkie? Czy można podchodzić do nich całkowicie bezkrytycznie. Od powstania Wspólnoty Anonimowych Alkoholików (15 czerwca 1935) minęło 70 lat — na ile zadziałała zasada „głuchego telefonu”?

Tylko, broń Boże, nie porównywać i nie oceniać! Hasło to wraca jak bumerang. I prawdę mówiąc mam coraz więcej wątpliwości… Skąd mam brać opinie o ludziach, rzeczach, zjawiskach, wydarzeniach, bez oceny? W jaki sposób, nie oceniając, mam się zorientować, że ktoś jest dla mnie dobry czy zły, pomaga mi czy szkodzi? Jak mam normalnie funkcjonować bez trzeźwej oceny sytuacji?

Jak to się mówi delikatnie? Acha, no więc mam odruchy wymiotne kiedy słyszę hasło „nie oceniać”. I zawsze (no, prawie zawsze) mam wrażenie, że prawdziwy przekaz osoby coś takiego propagującej brzmi: „tylko mnie nie oceń krytycznie, tylko mi nie zwróć uwagi na moje braki, słabości i błędy, ja tak nie chcę ich zauważać, tak nie chcę znów nad czymś pracować, tak nie chcę już nic zmieniać, nie chcę burzyć błogiego spokoju i samozadowolenia”.

Często zastanawiam się skąd w AA i okolicach biorą się te wszystkie dziwolągi. A jeśli już nie całkowite dziwolągi, to cudaczne mutacje.

Zakaz oceniania jest narzędziem terapeutycznym, dzięki któremu pacjenci na zajęciach terapii grupowej mogą się czuć pewnie i bezpiecznie. Ale przecież AA to nie terapia, życie to nie terapia!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 36.84