E-book
13.65
drukowana A5
36.71
Wspomnienia Oazowe

Bezpłatny fragment - Wspomnienia Oazowe

Notatnik Oazy Rekolekcyjnej III stopnia


Objętość:
139 str.
ISBN:
978-83-8221-753-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 36.71

Mój notatnik oazy rekolekcyjnej III stopnia (powołaniowej) — rok 1999 (z hakiem)

Wstęp

Zadaniem rekolekcji oazowych III stopnia jest pomoc w miłości. Stąd wszystko co tu jest zawarte — odniesione jest do moich uczuć.

2 Tes 2,13—17 Duchowieństwo powinno zawsze dziękować Bogu za mnie i za Mirka, że poznaliśmy się na Pieszej Pielgrzymce do Częstochowy dzięki łasce Bożej. Za to, że drogę do tej miłości wybraliśmy właśnie w Kościele — jako dzieci Boże ujawniając siebie razem. Poza wspólnotą też mogłoby być ok ale powyższy cytat dotyczy dziękowania za te okresy czasu, które przeszliśmy ze sobą we wspólnocie chrześcijańskiej. Również za „życie chrześcijańskie” poza wspólnotą. A więc: ks. Jarek Olejnik, ks. rapper, Oblaci, Orzechowski i inni — bardziej ogólni księża i biskupi, którzy sprawowali nad nimi „władzę”. — Może warto ich odszukać, „uczynić swymi przyjaciółmi” — poprzez modlitwę za nich lub „wykupienie” u nich pierwocin tejże miłości przez akt ofiarowania np. w święto ofiarowania Pańskiego. Wybrał nas Bóg jako pierwociny — oznacza to, że miłość jest „najlepszą cząstką” jaką mogliśmy wybrać spośród innych powołań — powołania zawodowego, czy do służby ludziom. Jest nawet lepszym „zakonem” niż powołanie do zakonu. Aby naszej miłości nie złożono na ofiarę ( w ramach oddawania wszystkiego, co I-e Bogu) — może warto dbać o święto ofiarowania, pomyśleć o wykupie u Pana. W przypadku braku pieniędzy — uczynić to sensem przy ewentualnym karmieniu gołębii. Celem wybrania jest możliwość przedłużenia tej miłości na życie wieczne — uczynienie tej miłości miłością oblubieńczą poprzez utworzenie już tu na ziemi tzw. „węzła duchowego” prowadzącego nasze dusze do zbawienia przez uświęcenie w Duchu Św. gdyż wspólnoty mogą prowadzić do śmierci a nie do życia ( a mi zmarła babcia w wyniku rekolekcji odnowowych). Jesteśmy wybrani też przez głoszoną nam Ewangelię — w celu odstąpienia chwały Pana naszego Jezusa Chrystusa — chodzi o to, abyśmy nie przypisywali sobie cudu tej miłości ale Jezusowi, Bogu, uznając ją za cud przed ludźmi. Mamy przeto trwać nie wzruszenie, trzymać się tradycji — zaś Bóg Ojciec i Syn Boży niech pocieszyć nasze serca, i niech utwierdził w każdym działaniu i w dobrej mowie.
1 J 1,1—4 Celem głoszenia ewangelii ma być współuczestnictwo mojej miłości w życiu Kościoła czyli z Bogiem Ojcem i Jego Synem.

Dzień I: Zwiastowanie

Wspominam lata przyjaźni, kiedy „wszyscy” chcieli mi pomóc w miłości. Wspominam więc wszystkie moje koleżanki i innych, którzy wyciągali do mnie dłoń, gdy jeszcze nie wiedziałam jak pozyskiwać czyjąś miłość. A więc tych wszystkich, którzy tak jak Archanioł Gabriel do Maryi — przychodzili do mnie z realną pomocą i próbowali na wszelkie możliwe dla nich sposoby sprawić, by ta miłość między mną a Mirkiem mogła się zaistnieć.

Dzień II: Nawiedzenie

Wspominam lata miłości oraz wszystkie te osoby, które chciały mi pomóc we wszelkich gestach miłości do Mirka w tym, aby tej miłości w nas nie zabić. Czasy, w których znajomi byli jeszcze „za” nawet wtedy, gdy ja już z tej miłości sama rezygnowałam. A oni mimo to próbowali iść pod prąd aby mimo wszystko tę miłość w nas rozwijać a nie zakańczać. Podziwiam też wszystkie mniej lub bardziej akceptowalne przeze mnie próby i sposoby podtrzymywania mojej miłości przez osoby, z którymi żyłam wtedy jeszcze w przyjaźni — kuzynki.

Dzień III: Narodzenie

Wspominam czasy przychylności świata na miłość między mną a Murkiem. Czasy, w których ta miłość zaczęła się pojawiać, iskrzyć i była uznawana za dzieło Boże. Być może cud od Maryi. Są to wszelkie te czasy, w których mogłam publicznie przyznać się do tej miłości przed ludźmi i dziękować za nią publicznie jako za początek wielkiego dzieła Bożego w naszym życiu, za dar, którego nie można zakopać do ziemi jak talent z przypowieści — lecz jak dar, który potrzebuje rozwinięcia.

Dzień IV: Ofiarowanie

Wspominam czasy modlitw o powołania, tzn. najpierw wszelkich rekolekcji powołaniowych, być może dzięki którym poznałam Mirka. Wszystkie czasy, w których osoby z tych rekolekcji były solidarne ze mną we wspólnych modlitwach o rozeznanie powołania, z którymi dobrze się bawiłam szukając tego powołania, a potem, gdy znałam już Mirka — wszystkie te osoby, które zawierzały tę miłość Bogu wierząc i mając nadzieję, że wszystko między nami będzie ok.

Dzień V: Znalezienie

Tu wspominam czasy, w których można było mnie i Mirka razem spotkać w Kościele, zwłaszcza we wspólnotach, w których nikomu nie przeszkadzaliśmy swoją obecnością osobom samotnym, które jako starsze mogłyby się źle czuć w naszej obecności. A więc czasy, w których nie chcąc takim osobom zrobić krzywdy nie musieliśmy chodzić do wspólnot „z babciami”, czy z chorymi ale mogliśmy skoncentrować się na wspólnotach, które były „po prostu dla nas”. Wspominam czasy, gdy ludzie z Maciejówki i innych Duszpasterstw Akademickich Wrocławia byli wobec „nas” lojalni mimo, że nas w ogóle nie znali. Czasy, w których mimo, iż się nie ujawniliśmy dla zachowania tajemnicy o nas ludzie z tamtych wspólnot jeszcze dobrze nam w tym wszystkim życzyli, chcąc jakby doprowadzić naszym wspólnym pobytem do naszego szczęścia.

Chrzest w Jordanie

Wspominam lata życzliwości, w których byliśmy dla siebie najważniejsi i ważniejsi od reszty. Nasze zdania, decyzje, wybory, gdy priorytet miłości przewyższał wszelki racjonalizm, rozsądek i zdania innych na jakikolwiek temat. Chrzest jako kasacja dotychczasowych ułomności, „darowanie win” z dotychczasowego samotnego mniej lub bardziej życia. W jednej chwili przestało być bowiem ważne dla mnie np. Jego dotychczasowe życie zawodowe. Byłam zdecydowana na miłość mimo to, że nic szczególnego nie widziałam w Jego zawodzie, a Jego kierunku, który wtedy studiował — historia — wręcz nienawidziłam (w szkole był to dla mnie „krzyż”). Nie było to dla mnie ważne. Wspominam czas, w którym przestałam na poczet” miłości” czekać, aż się ustabilizuję (ja, może i On) ale „chrzest w rzece Jordan” był jakby anulatą tego wyboru miłości mogącego być na podstawie racjonalnych decyzji czy rozsądku — na poczet wyboru siebie — po prostu z miłości.

Przemienienie wody w wino

Wspominam czasy otwartości innych na pomoc w moich sprawach uczuciowych. Czasy, w których w mojej rodzinie starano się zachować hierarchię wiekową pod względem „spraw sercowych” i czasy, w których spotykałam się z „wynagradzaniem za dobre” — czyli czasy: — sprawiedliwości — uznawania zasług, — równego traktowania wszystkich i wszelkiej równości, — solidarności w sprawach uczuciowych od tych, którzy byli już „dalej” w miłości. Wspominam, jak nikt nie czytał w moich myślach o miłości by prześcigać się ze mną, gdy inni nie byli chciwi na miłość moją, gdy próbowałam coś z nią zrobić. Ale właśnie odwrotnie — pamiętam jak ludzie potrafili ostro krytykować osoby, które niesprawiedliwie ze mną próbowali przechwycać to, co miałam na myśli w związku z miłością. Gdy grzeszyli w ten sposób chciwością na treść moich myśli, próbując przewidzieć, co mogłabym pomyśleć dalej, aby odebrać mi cel moich planów i sprawić tym samym, abym nie mogła się z nich cieszyć. Oby nie było pośród mnie takich osób, które czychając na moje plany/nadzieje uczuciowe próbują wyczytywać ich ciąg dalszy i przewidywać moje myśli aby prześcignąć się ze mną w celach, których sama sobie jeszcze nie zdążyłam / lub zdążę wyznaczyć. Oby nie było chciwców na moje uczucia — abym nie musiała się na nich wkurzać jak Jezus używając słów „Czy to moja, lub Twoja sprawą, Niewiasto?”

Głoszenie Ewangelii i wzywanie do nawrócenia

Wspominam czasy, gdy wszyscy otaczający mnie ludzie byli mi na tyle życzliwi, że otaczali mnie taką Wiarą, Nadzieją i Miłością w sprawach moich uczuć do Mirka, że będąc dzięki Nim wręcz pewna tej miłości — chciałam rozprzestrzenić ten sukces na cały świat. Chciałam podzielić się prawdą o Kościele, o tym, że jest sprawiedliwość na świecie — bo warto w Bogu pokładać nadzieję i liczyć na Jego pomoc w tych sercowych sprawach. Nie chodziło mi o przechwalanie się, wywyższające, ale odwrotnie — o pokazanie ludziom, że życie według wskazówek oazy III stopnia mającej na celu przecież dopomóc w miłości uczuciowej ma sens i jest skuteczne. Jako, że niemalże wszyscy wierzyli, że mi się powiedzie z Mirkiem, a Bóg jako Obrońca nie dopuści przecież do konkurencji — ewangelizowałam innych swoją pasją do życia chrześcijańskiego.

Przemienienie na górze „Tabor”

Wspominam te czasy, gdy ludzie się na mnie nie obrażali. Nie mówię tu o cofaniu się niektórych (?) na przystankach z racji spędzenia sytuacją, ale czasy, w których odchodzenie z jakiejś grupy społecznej np. z klasy — emanowało tęsknotą, piosenkami pełnymi żalu typu: „Żegnam Was” czy też organizowanymi imprezami na zakończenie: a to wszystko było pełne nadziei, że może jeszcze kiedyś się spotkamy — w innych okolicznościach. Do głowy wtedy nikomu nie przychodziło, że ta następna grupa, do której ktoś pójdzie będzie przecież konkurencyjna do „mojej” — więc może nie warto z odchodzącą osobą utrzymywać znajomości. Byliśmy po prostu pełni uczuć do siebie, a zarazem pomocniczości w rozwiązywaniu problemów „sercowych”. Pamiętam, jak wszyscy widzieli we mnie” to coś”, piękno wewnętrzne, gdy patrzyli mi w oczy (a także „za plecami”) i naturalną rzeczą było, że” to coś” co mam w sobie wynika z braku problemów duszy (i zasługuje na miłość). Piękno to odzwierciedlało piękno mojej duszy i każdy, nie tylko to coś we mnie widział, ale też to podkreślał — mówiono mi komplementy a także wiele osób chciało realnie pomóc mi w znalezieniu miłości mojego życia / mojego serca ( i realnie do tego dążyli). Pamiętam, jak ludzie wokół nie oceniali mnie więc na podstawie tego, czy tego dnia byłam u Komunii — wiedzieli, że tym faktem zaprzeczali by temu, że to ja jestem piękna — bo raczej Bóg we mnie. A Jezus przecież wiadomo, że zawsze jest najprzystojniejszy. Pamiętam więc czasy, w których nie byłam oceniana na podstawie tego, czy jestem / lub muszę odejść od jakiejś grupy i mimo mojej decyzji i tak widzieli we mnie piękno. Pamiętam, jak byli wobec mnie życzliwi wiedząc, że to piękno jest wynikiem mojego chrześcijańskiego życia — tzn. bez problemów ze stanem łaski uświęcającej, piękno kobiece — bo moje — a nie męskie Jezusowe pochodzące z Komunii Świętej.

Ustanowienie Eucharystii

Wspominam czasy troski o wytrwałość w uczuciach. Troski o to, aby uczucia, którymi darzę Mirka mogły przenieść się na ten II świat, a nie pozostały tylko chwilą doczesności. Aby tak mogło się stać, potrzebny był tzw. „węzeł duchowy”, który musiałby nas łączyć w życiu doczesnym poprzez wspólne modlitwy i życie duchowe, bo tylko wtedy byłaby możliwość spotkania się ze sobą w niebie jako Oblubieniec i Oblubienica (a nie tylko jako ja i Mirek). Wspominam więc wszelką troskę o ten węzeł duchowy, który mógł być utrzymany między mną a Mirkiem od wszelkich znajomych, którzy jeszcze wtedy życzyli mi w kwestiach sercowych tego co sobie… Pamiętam więc czasy, w których ksiądz mnie jeszcze nie wypraszał z Kościoła, do którego chodził Mirek, a z Jego duszpasterstwem akademickim” Maciejówka” (i innymi Jego duszpasterstwami akademickimi) świetnie się bawiłam. Rozwalali mnie swoim śmiechem a to sprawiało, że rozwiązywały się wszystkie moje sprawy dotyczące studiów zarządzania, które podjęłam oprócz celów zawodowych — przede wszystkim dla moich spraw sercowych (dotyczących oczywiście Mirka) jako ewangeliczna „chwila walki” o Jego serce. Św. Piotr, gdy coś mu się nie udaje, to płynie na II-gi połów i łowi tyle ryb, że sieci się urywają. Tak się składa, że bardzo lubię ryby. Ryby w konserwacji mogłabym jeść codziennie. Zawsze napełnia mnie nadzieja, że może jak Św. Piotr się pomodlił i miał ten II-gi połów, to jak potem łowił ludzi to i ułowi mi kiedyś miłość mojego serca. Wspominam więc te wszystkie kolacje organizowane w namiocie i w Duszpasterstwach Akademickich w sytuacjach, gdy liczyłam, że nadejdzie ten II-gi połów. I wspominam czasy, gdy faktycznie Mirek dał się ułowić, mimo, że tego już nie pamiętam.

Dzień VI: Modlitwa w Ogrójcu

Modlitwa w Ogrójcu to wszelka modlitwa nasza i o naszą miłość (lub jej rozwój) w sytuacjach oskarżeń i w sytuacjach, gdy musi ona iść pod prąd. Lepiej nie wspominać żadnych oskarżeń, w których osądzony został zamiast innych, Mirek np. poprzez oszczerstwo, że pod jego wpływem się nie nawróciłam w Maciejówce na odnowie, lub np. za brak miłości do mnie. W najgorszym przypadku, nawet gdyby On okazał się „jednak winny” — i tak nie byłby winny, gdyż jak już — zostałby do tego „doprowadzony” przez świat, który w ten sposób wpłynąłby na Jego zachowanie. Wszak faceci raczej nigdy nie są winni wobec kobiet. Oni nas kochają i prędzej są zdolni do poświęceń dla nas, a nie do robienia krzywd. Skutkiem tych oskarżeń jest zupełny zanik wiary, nadziei i miłości w naszą miłość ze strony społeczeństwa. A więc wszelkie modlitwy za naszá miłość — jej ciąg dalszy/rozwój od tej pory muszą iść pod prąd… bez wiary, miłości i nadziei od innych na ich wysłuchanie i spełnienie.

Dzień VII: Biczowanie

Biczowanie z reguły zaczyna się od tzw. III-go języka, czyli od osób, które na wszelkie możliwe sposoby próbują wyciągać na światło dzienne tzw. wg nich „brudy” drugiej osoby, a nie wiedzą, że w ten sposób biczują Jezusa, który jest w tej osobie. Tak jak zabójcy, którzy dla poczucia chwilowego „szczęścia” — zamiast być „policjantem” w sprawie mojej miłości — stają się „psem” — polując, czepiając się, pokazując mi Mirka w złym świetle. Robią to wszystko prawdopodobnie po to aby przypodobać się mojej konkurencji — a mnie natomiast skłonić do odejścia od Mirka pod wpływem tego, co mi o Nim przedstawią.

Dzień VIII: Cierniem ukoronowanie

Ukoronowania też lepiej nie wspominać, gdyż dotyczy sytuacji, w których cały świat wyśmiewa się z naszego „królowania” — czyli zarządzania, do którego każdy jednak, kto jest powołany do miłości — jest powołany. Królowanie (zarządzanie) jest zadaniem dla takiej osób, jest jakby wpisane w schemat ich życia. Ukoronowanie miłości między mną a Mirkiem cierniem przejawia się we wszelkim wyśmiewaniu moich studiów zarządzania robionych przecież dla „chwili walki” o jego miłość oraz w podanym powyżej celu możliwości zarządzania, jeśli nasza miłość by się rozwinęła. Przejawia się w eyśmiewaniu wszystkich moich działań na podstawie wiedzy i umiejętności zdobytych na tychże studiach w kierunku tej miłości. Ukoronowanie cierniem to też pomniejszanie — poniżanie w oczach innych tychże moich zdobytych tam umiejętności i uznawanie ich jako nieważne w oczach innych, którzy przygotowują się do małżeństwa tylko poprzez kurs przedmałżeński.

Dzień IX: Niesienie krzyża

Droga z bronią symbolizuje grzech przewrotności. Każdy nożyk, każda broń noszona przy sobie dla bezpieczeństwa może nagle stać się bronią wymierzoną do nas — w stronę naszej miłości — jakby strzałą przebijającą serce. Ta broń, która miała chronić tę miłość, wszak sam Jezus mówił tuż przed swą męką uczniom, aby zaopatrzył się wcześniej w miecz… Lepiej więc nie wspominać tych wszystkich grzechów przewrotności ludzkiej wymierzającej cios w miłość między mną a Mirkiem. Wszelkie prawdy, działania, modlitwy wykonywane latami dla ratowania tej miłości zostają obracane przeciwko tej miłości i na jej szkodę…

Dzień X: Ukrzyżowanie

Ukrzyżowanie to symbol zupełnego osamotnienia od ludzi, którzy mogliby pomóc. Niby przyjaciół poznaje się w biedzie, a jednak są sytuacje, w których zachodzi potrzeba tej pomocy (ratowania miłości) i … no właśnie. Ludzie, którzy wydawałoby się, że są najbardziej pełni miłości i gotowi do „podania pomocnej dłoni” — niesienia miłości w tych sytuacjach wolą „pozamiatać wszystko za sobą” aby zwalić wszystko na wolę Bożą. Zamiast w takich sytuacjach okazać honor lub braterstwo chrześcijańskie a tym samym robić wszystko, aby wola Boża była po stronie mojej miłości — a więc zadbać o usunięcie wszystkich przeszkód stojących na drodze mojego szczęścia z Mirkem ( i Jego szczęścia ze mną) — oni jednak wolą pogodzić się z tymi wszystkimi przeszkodami wręcz się z nich ciesząc, a robiąc z naszej miłości OFIARĘ — gdy po prostu zwalają winę — całą zaistniałą sytuację na wolę Bożą.

Dzień XI: Zmartwychwstanie

Pamiętam, jak posługując się II-gą prawdą wiary, że Bóg za dobre wynagradza a za złe karze — całe studia poświęciłam temu zagadnieniu — licząc na nagrodę, którą miał być oczywiście Mirek. Wykorzystywałam więc fakt, że mogę robić po jego myśli (a nie po złości) chodząc do duszpasterstw akademickich, zwłaszcza do Maciejówki i jak głupia liczyłam na nagrodę. Zupełnie tak, jak dziecko liczy na prezent od Świętego Mikołaja za to, że jest grzeczne. Ja tę grzeczność przejawiałam wobec Mirka, aby mnie poważnie potraktował (o ile wcześniej tak nie było) oraz do Boga i ludzi — oczywiście licząc na odpowiednie od nich wsparcie w przytoczonej kwestii.
Jako, że najwięcej inicjatywy swej skierowałam ku Bogu — przez o wiele częstsze praktyki religijne niż to, co było w planie duszpasterstw akademickich — toteż od Najwyższego właśnie oczekiwałam w największym stopniu tej nagrody w postaci Mirka.
Moje uduchowione życie w Bogu sprawiło, że wręcz chciałam, aby Mirek M. po prostu był mi dany przez Boga — przestając w tym aspekcie liczyć zupełnie na pomoc ludzką. Skoro mężczyzna ma być darem dla kobiety — chciałam, aby Mirek — jako dar dla mnie — pochodził od Boga. Nie, żebym wykluczała pomoc ludzką, ale chciałam koniecznie, aby te wszystkie moje praktyki i życie religijne zaowocowały, poskutkowały w tej kwestii. A jeśli ludzie by tylko widząc moje zaangażowanie religijne mi w tym pomagali — a nie ze względu na wolę Boską — mogliby uznać, że to całe moje zaangażowanie jest po prostu bez sensu, i Mirka pomysł z tym duszpasterstwem też. A ja chciałam pokazać, że to wszystko miało sens.
Wiedząc, że to chodzi o Mirka, że to on miał być tym moim darem — czekałam, aż ten dar do mnie przyjdzie/spadnie z nieba — jak prezent od Św. Mikołaja. Przez całe 11 lat studiów i wcześniejsze różnorakie studia, wakacyjne wypady „Z Bogiem” — specjalnie tyle czasu poświęcałam Bogu — aby On mógł mnie tym Mirkiem wynagrodzić. Mój zmarnowany czas dla Boga w duszpasterstwach akademickich z początku przedłużał mi studia, ale potem nauczyłam się godzić czas nauki z czasem dla Mirka w Maciejówce, więc Mirek nie miał powodu, aby przerywać mi to, co dla niego czyniłam po jego myśli.

Dzień XII: Wniebowstąpienie

To wszystko, co dla pozyskania miłości Mirka zrobiłam utwierdziło mnie w przeświadczeniu, że zasługuję na nagrodę, na najwyższą nagrodę. Jako, że moje praktyki religijne w czasie studiów sięgły zenitu — w tym sensie, że na prawdę już nie widziałam nikogo „lepszego” w nich od siebie — uznałam, że jako ta „najlepsza” — zasłużyłam sobie na Mirka i teraz powinnam tylko czekać, aż Bóg mi go ześle. Z tym przeświadczeniem oczywiście dalej angażowałam się w różnych duszpasterstwach akademickich, ale byłam na 100% pewna, że nie ma ani jednej lepszej ode mnie konkurentki — jeśli chodzi o Mirka.
Co prawda nie liczyłam na pomoc ludzką, ale pamiętam, że nigdy nie chciałam doprowadzić do tego, aby ludzie stali się wrogami moimi w tych moich staraniach o Mirka Musiał. Prędzej, jakby mięli się stać wrogami wolałabym, aby mi i bogu pomagali, niż aby stali się III-m językiem rozbijającym miłość. Dlatego zaczęłam liczyć również na ludzi. Może mogliby mój prezent jak mi go Bóg da — po prostu obronić przed kobietami chcącymi mi Mirka wyłudzić, wykraść. Bo czy Bóg dając prezenty równocześnie broni ich przed konkurentkami?
Zaczęłam liczyć więc na świadków, czyli tych, którzy widzieli ile lat wieczór w wieczór gdzieś znikam z domu (w dodatku mówiąc gdzie) a także na „starych przyjaciół”, od których się oderwałam. Liczyłam, że z racji powagi swego wieku zrozumieją, dlaczego uciekłam — i nie przyjmą tej formy — jako, że od nich, tylko — jako, że po coś. Chciałam po prostu iść po myśli Mirka, bo wiem jak boli, gdy ktoś zamiast iść po czyjejś myśli — robi wszystko po złości. Ale fakt faktem — od nich odeszłam. Z racji, że liczyłam, że to zrozumieją (zwłaszcza, że niektórzy zrobili to samo odłączając się od towarzystwa dla powodów sercowych) — miałam nadzieję, że Mirek też uczyni ten krok i do nich nie będzie się wracał. Bo chciałam, żebyśmy wrócili jako para a nie jako dwoje nieudaczników samotnych, którym się nie powiodło z racji przebogatego życia duchowego we wszystkich duszpasterstwach Wrocławia. Co prawda nie mogłam już na nich liczyć z racji takiego podejścia, ale liczyłam, że z racji lojalności przynajmniej nie staną się mi w tym wrogami, III-m językiem (…).
Również wśród katolików liczyłam na pomoc: nie zapłacenie pracownikom za wyświadczoną pracę woła w grzechach przeciw Duchowi Świętemu o pomstę do nieba, a czymż było innym moje wielotetnie zaangażowanie duchowe podczas moich starań o Mirka? Właśnie ciężką pracą i poświęconą ogromną ilością cennego czasu. Więc liczyłam, że wśród katolików znajdą się osoby, które przychylnie będą patrzeć na ten mój trud praktyk religijno-duszpasterskich i tj. Św. Mikołaj będą starali się zaradzić mojej kwestii zasłużenia sobie na jego miłość. Miałam nadzieję, że zauważą tę kwestię potrzeby zapłaty mi za moją ciężką pracę w świetle wspomnianego przykazania, które woła o pomstę do nieba.

Dzień XIII: Zesłanie Ducha Świętego

Idąc po myśli Mirka poprez — tym sposobem nie tylko chciałam Go zdobyć, ale chciałam też dać przykład innym dziewczynom, a zwłaszcza swoim „starym” koleżankom, przyjaciółkom — w jaki sposób można zdobywać serca faceta/mężczyzny. Wszyscy dookoła mięli przemienić swe podejście do tego tematu. Miałam być światłem, świadectwem dla wszystkich osób, które zdobywają mężczyzn w sposób cielesny a nie duchowy. Mój przykład życia miał dać im dobitnie do zrozumienia, że nie tędy droga, że Bóg wysłucha jeśli się wiedzie porządne życie i że można drogą duchową podejść do tych spraw. A Bóg na pewno wysłucha. Tym sposobem miałam również otrzeć łzy wszystkim dziewczynom, których czepiali się porządkowi na pielgrzymce za nie przestrzeganie regulaminu. Fakt, że życie duchowe w świetle ewangelii jednak miało doprowadzić do szczęścia w związku, czyli w spełnieniu marzeń każdej dziewczyny miał dać im wszystkim nadzieję. I to nadzieję nie na jakiegoś przypadkowego faceta, pobocznego, czy brzydkiego. Ta nadzieja miała dotyczyć właśnie tego faceta, którego sobie wymarzyły. I ja miałam być tym przykładem dla nich, że to jest możliwe, i że wypełnianie regulaminu pielgrzymkowego o zakazie koedukacji — prowadzi tylko do szczęścia a nie cofa ich wcale w życiu duchowym. Miały dojść do wniosku, że przestrzeganie regulaminów pielgrzymkowych i innych wcale nie jest „złem koniecznym” prowadzącym zaledwie do możliwości przyjęcia komunii świętej czy zachowania łaski uświęcającej, ale do szczęścia w sprawach sercowych. Moje przykładne więc życie, pozbawione odchyleń od regulaminów, zwłaszcza dot. koedukacji miało być dla nich ewangelizacją z mojej strony — naświetleniem drogi, którą chce się iść, gdyż ta droga miała doprowadzić do całkowitego szczęścia w postaci zdobycia wymarzonego faceta. Tak oto tajemnica zesłania Ducha Świętego miała przejawiać się w ogromie mocy płynącej z mojej ewangelizacji tych, którym życie damsko-męskie jeszcze się nie ułożyło. To świadectwo mojego życia w całkowitym szczęściu w sprawach sercowych miało rozwiązać problem tych osób, które nie miały Chrystusa za swojego Pana w swym życiu. Mam tu na myśli oczywiście dekalog i życie zgodne z zasadami chrześcijańskimi.
Jako, że wszyscy dookoła mnie byli pewni, że moje studia nie przeszkodzą mi w zdobywaniu serca Mirka — pamiętam, jak w to wierzyli a ja, przebywając w gronie wierzących w moje szczęście z Mirkiem osób mogłam im pomagać już teraz. Dając przykład ewangelizacji, że poprzez życie z Bogiem można osiągnąć to, co się chce — i mając pewność, że nic się złego nie stanie z powodu gorącej wiary w te kwestie całego otoczenia — ten przykład już zaowocował pośród bliskich. Oni też weszli na moją ścieżkę i również zdali sobie sprawę — jak łatwo jest kogoś pozyskać tylko za pomocą wiary i życia duchowego. Dlatego pierwsze pary, które się pojawiły pośród moich znajomych — były to pary ściśle związane z życiem duszpasterskim.
Jednak z życia towarzyskiego z tymi „parami” musiałam zrezygnować, bo chciałam się zająć swoimi sprawami „sercowymi” z Mirkiem, aby móc ten piękny mojżeszowy szlak ciągnąc dalej za sobą. To umożliwiłoby ciąg dalszy naszego wzrostu w wierze, jakim mógł być np. domowy Kościół, w którym wszyscy mogliśmy się spotkać i kontynuować nasze wspólne życie w wierze. Dlatego najważniejszy był dla mnie Mirek…

Dzień XIV: Wniebowzięcie

Zarówno Maryja jak i pozostali święci w niebie i na Ziemi (czyli znajomi i pomagierzy) mięli zasłużyć sobie również na nagrodę — na nagrodę nieba. Życie „starych znajomych” miało się przemienić w bardziej duchowe i gorliwe, natomiast święci mięli pójść do nieba z racji wstawiania się za nami i troski obrony moich spraw „sercowych” przed konkurencją. To miała być kolejna sprawa, za którą mięli dostępować szczęścia w niebie oprócz swoich dobrych uczynków, które czynili jeszcze za życia.
Życie „w stanie nieba” już tu na ZIemi miało się przejawiać. A więc nie miało być wcale wojen, wrogich ataków wojennych. Nie miało być żadnej rażącej broni skierowanej przez obce narody ani złowieszczych, wrogich, antyludzkich ustaw. Miała być jednomyślność w modlitwach, jedność w Kościele, a to wszystko miało prowadzić do pokoju w kraju i na świecie. Wszyscy święci razem z Maryją i znajomymi mięli iść po mojej myśli. Niebo mięli dostać: ⦁ za to, że mną nie pogardzali jako tej najbardziej zasłużonej aby dostać prezent w postaci miłości Mirka
⦁ za to, że nie wszczynali ze mną wojen konkurencyjnych o Mirka, czyli za lojalność koleżeńską, gdyż „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie”
Mięli więc mieć swój udział w pomocy mi w zdobywaniu Mirka, aby zasłużyć sobie na niebo. Niebo bez wojen, bez zła.

Dzień XV: Ukoronowanie NMP

Pamiętam te wspaniałe czasy, kiedy Mirek uważał mnie za ważniejszą od innych konkurentek/dziewczyn/przyjaciółek itd. Bycie dla kogoś ważnym to królowanie. Królowanie, gdyż tylko król/królowa mogą być „ważniejsi” od pozostałych. Co prawda nie jest to katolicka postawa, gdyż u Boga wszyscy są jednak równi, ale w kwestiach damsko-męskich, sercowych są zasady. Jest hierarchia wartości, która stawia osobę najważniejszą dla siebie zaraz na II-m miejscu po Bogu i reprezentujących Jego rodzicach. Tak więc wspominam z największą radością ten czas, kiedy Mirek traktował mnie nie na równo z innymi, lecz lepiej, nie chciał mnie krzywdzić. I to był właśnie ten czas, w którym miałam wrażenie, że traktował mnie poważnie, jak kogoś ważniejszego od mojej konkurencji, i to było chyba od początku naszej znajomości.

Część I: Radosna

Dzień I: Zwiastowanie

Moje przeżycie tajemnicy Kościoła

1. w znaku Maryi, Matki Kościoła

Mam takie marzenia, aby Maryja rozwiązała wszystkie węzły przeciw spełnieniu się obietnicy na Miłość (i jej pierwszeństwo) danej mi na oczepinach. Powziętym planom na Zakopane, w którym jest podpisana umowa z Brazylią, w której mieszkają naziści niech Maryja króluje tak, by ani Niemcy, ani naziści nie przeszkodzili nigdy mojej miłości do Mirka M.

2. w znaku świątyni

Wspominam wspólne modlitwy z Mirkiem M. dla utworzenia węzła duchowego miłości podczas odprawiania/odmawiania różańca na pielgrzymce. Wspominam wspólne z Mirkiem tworzenie węzła duchowego poprzez wszelkie praktykowanie religijności latami w parafii katedralnej, chodząc do studium organistowskiego (w Kościele pw. Piotra i Pawła itp.), w Duszpasterstwach Akademickich i na pielgrzymkach podczas przeżywania tajemnicy Zwiastowania NMP, w okresie adwentu i 8 III.

3. w znaku Piotra — Opoki

Słowa Piotra „naszych czasów”: Jana Pawła II” Nie bój się, wypłyń na głębię” w odniesieniu do głębii uczuć przypisuję do czasu, w którym swoje uczucia do Mirka M. mogłam traktować na głębokim poziomie. Wspominam więc czas, w którym nie musiałam się w kwestiach miłości damsko-męskiej śpieszyć. Pośpiech bowiem w tych kwestiach wiązałby się bowiem z powierzchownością a nie z głębią: byle szybko, z byle kim, byle kogoś mieć: to nie było dla mnie. Ja wolałam czekać na tę miłość, która miała wynikać z głębokości moich i Jego uczuć, która potrafiłaby na siebie czekać. Wierzyłam zarówno w tę miłość, jak i w to, że słowa Papieża o głębii znajdą odzwierciedlenie i w moich uczuciach. W tajemnicy zwiastowania Papież jest symbolem Archanioła Gabriela zwiastującego tę nowinę, że wypełnienie tej obietnicy nastanie — a ja mam prawo wierzyć, że jeśli przyjmę Jego słowa: „Nie bój się, wypłyń na głębię” i je zaakceptuję, to te najgłębsze uczucia, które w sobie będę nosić — w końcu się wypełnią.

4. w znaku eklezjoli (małej wspólnoty)

16.VII.1999; Temat: POWOŁANIE Podstawą dialogu z miłością mego serca jest wiara w tę miłość. A ta wiara jest łaską, odpowiedzią na Boże wezwanie, kierowane przez Boga w Jego Słowie. Bóg zatem oczekuje od naszego otoczenia (w różnorakim rozumieniu tego słowa), aby kierując się Słowem Bożym spełniało Jego Wolę w Nim zawartą. Chce, by wszyscy oni odpowiedzieli na Jego Słowo do nich kierowane wiarą w to, że ja i Mirek możemy być razem, mogliśmy, a może jesteśmy. Można to odnieść nie tylko do Boga, albowiem Bóg jest w ludziach. Miłość może nastąpić ( i może Bóg oczekuje) — o ile ktoś komuś coś powie i tamten ktoś na to coś odpowie WIARĄ w naszą miłość — tj. Archanioł Gabriel, który mówił do Maryi a Ona odpowiedziała z WIARĄ na Jego wezwanie. Wniosek — - dobrze posłać Anioła np. Stróża do kogoś z otoczenia i oczekiwać, że ten ktoś odpowie z WIARĄ. Podstawą dialogu z Bogiem jest / ma być wiara w naszą miłość oraz wiara w wysłuchiwanie przez Boga wszystkich intencji dotyczących tej miłości, jednak taka wiara jest łaską. Bóg powołuje moją miłość, by pełniła Jego Wolę. Chodzi o to, że miłość ma wypełniać Słowa Pisma Świętego, ale zgodnie ze swoim powołaniem do miłości a nie z powołaniem do zbawienia ludzi jak Jezus. W tym celu należy unikać śmierci miłości — gdyż miłowanie jak Jezus nie oznacza zbawienia świata czy rodziny lecz życie w miłości zgodne z powołaniem do miłości innej niż kapłańska. Bóg nigdy nie powołuje nas do cierpienia a przeciwnie — nie życzy nikomu cierpienia i życzy szczęścia (branie na siebie krzyża oznacza tylko branie na siebie ciężaru swego życia, zaś ofiarowanie cierpienia Jezusowi jest tylko dobrowolnym darem cierpiących, zmniejszającym ich kary w czyśćcu). Na wszystko, co moja miłość przyjmie z Pisma Świętego ma odpowiedzieć wiarą, ale wiarą także prowadzącą do naszej miłości. Wiara w miłość mego serca jest odpowiedzią na Boże wezwanie. Przez wypełnianie Pisma Świętego można rozumieć przestrzeganie całej objawionej nam nauki na temat miłości damsko-męskiej przez usta Duszpasterzy Akademickich, księży, gości, osób głoszących „prelekcje” o miłości w środowiskach kościelnych i wspólnotowych a także na tematy dotyczące sensu, celów konieczności przestrzegania przykazań Bożych: VI i IX wobec siebie i innych.

5. w spotkaniu z żywym Kościołem

Wspominam lata, w których moje problemy „sercowe” były rozwiązywane na drodze sumienności: gdy było nie do pomyślenia dopuszczenie, żeby ktokolwiek robił mi krzywdę. Tu wspominam kuzynkę Jolę, która potwierdziła, że na drodze sumienności można uzyskać założony plan, i mogę spełnić swoje nadzieje związane z Mirkiem Musiał. To były czasy, gdy jeszcze można było stwierdzić, że skoro ja nie rozrywam nikomu jego miłości, nie tworzę małżeństwa i z nikim „czyimś” nie biorę ślubu to tym chrześcijańskim sposobem życia mogę osiągnąć cel, gdyż można było wtedy liczyć na to, że i społeczeństwo mi w tych aspektach nie zrobi krzywdy. Zwycięstwa leżących w Katedrze na Wawelu królów polskich namaszczonych przez Boga niech będą przykładem dla chrześcijan, którzy tj. Maryja dbająca o swe piękno duchowe — również nie chcą mnie skrzywdzić w sprawach miłości mojej do Mirka M. Oby uwierzyli w moje zwycięstwo.

Inne przeżycia pierwszego dnia oazy

Jestem Gabriela, co oznacza: MOC BOŻA — jestem mocna, a nie słaba. Tak jak Maryja po sytuacji zwiastowania była traktowana jak osoba „słaba” — (w przypadku Maryi — bo w ciąży z kimś) tak ja jestem wielokrotnie atakowana „tym samym” — że jestem słaba a nie mocna w sumieniu — że niby nie jestem mocna, że nie mam patronki Gabrieli. I świat z tego powodu narzuca mi na siłę konieczność chodzenia codziennie do Kościoła, „bo chociaż może Bóg mnie umocni.” Zamiast docenić mnie za moją MOC, która owszem, może wynika z życia chrześcijańskiego — ale JEST — to tj. Maryja, którą oskarżono o ciążę będącą zdradą — i mnie oskarżają — tyle, że o brak MOCY, że niby jestem grzesznicą — a z siłą tak wielką i agresywną, jakbym była w nieślubnej ciąży przynajmniej — mimo, że niczym nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie. Warto więc przy tej tajemnicy wspomnieć ludzi, którzy tacy nie byli. Wspominam więc tych, którzy tj. Św. Józef, w wyniku choćby snu — uwierzył w Maryję i Jezusa, tak oni też uwierzyli w każdorazowe okresy mojego życia, gdy żyłam w łasce uświęcającej lub po prostu pełna MOCY (mocnego życia chrześcijańskiego) oczekiwałam wysłuchania moich modlitw o pozyskanie miłości Mirka Musiał. I pamiętam, jak naprawdę chcieli mi z tej racji pomóc, próbując ułożyć okoliczności do tego, by modlitwa moja mogła dzięki nim być wysłuchana.

Dzień II: Nawiedzenie

Moje przeżycie tajemnicy Kościoła

1. w znaku Maryi, Matki Kościoła

Przydałoby się, aby Maryja rozwiązała węzły przeszkadzające przychylności na moją miłość do Mirka w relacjach i spotkaniach z ludźmi oraz węzły przeszkadzające upublicznienie się tej miłości.

2. w znaku Świątyni

Wspominam wspólne modlitwy z Mirkiem M. mające na celu utworzenie węzła duchowego różańcem. Wspominam wspólne z Mirkiem tworzenie węzła duchowego mającego przedłużyć naszą miłość na całą wieczność poprzez praktykowanie religijności w Studium Organistowskim, w Duszpasterstwach Akademickich latami i na pielgrzymkach podczas przeżywania tajemnicy Nawiedzenia NMP i w okresie adwentu

3. w znaku Piotra — Opoki

Po zdecydowaniu się na papieskie „wypłynięcie na głębię” swych uczuć a więc po odrzuceniu powierzchowności — zrezygnowaniu z wchodzenia w związki na poziomie powierzchownym na konto naiwnego czekania na wypełnienie się obietnicy wspominam czas, gdy napotykałam przyjaciół, którzy nie wiadomo do dzisiaj — dlaczego — byli dla mnie w tym wszystkim bardzo przychylni. Byli to głównie ludzie z Maciejówki, którzy byli zawsze otwarci i chętni, by mi pomóc realizować te właśnie cele. W dodatku wiedzieli, że przecież mogli być konkurencyjni, ale jakoś nigdy konkurowanie im nie przychodziło do głowy. Święci ludzie… W tajemnicy nawiedzenia oczywiście czekam na rozwiązanie kwestii możliwości zrealizowania moich uczuć na poziomie głębii. Jest to czas, w którym poprzez modlitwę oraz czytanie Pisma Świętego i szukanie w nim na to odpowiedzi poszukuję możliwości rozwiązania mojej kwestii uczuciowej, gdyż jak dla ludzi to niemożliwe, to Pan Bóg i tak rozwiąże każdą sprawę

4. w znaku eklezjoli (małej wspólnoty)

17.VII.1999 — Temat: POWOŁANIE A MIŁOŚĆ Gdy żyjemy w miłości do siebie, jesteśmy podobni do Boga, zaś Boża miłość do nas polega na tym, że Bóg oddaje nam siebie — tak, że staliśmy się zdolni przyjąć Boga. Miłość Mirka mogę pozyskać tylko kochając, miłując tę miłość (i intencje dotyczące naszej miłości). Miłość od Mirka mogę przyjąć przez moją miłość do Niego, dlatego należy postawić na drogę oddania swojego świata, zostawienia swego czasu, aby móc odnaleźć to wszystko w miłości między mną a Mirkiem. Miłość to troska o rozwój — należy ją rozwijać. W naszej miłości nie może istnieć więc żaden mobbing. Żadne z nas nie może działać jak kosmiczny produkt, jak klon Rothshilda na siebie zabijając naszą miłość. W przypadku powrotu z krajów objętych wojną napastniczą powinniśmy być przyjęci w Polsce, nawet z rzeczami z tamtych krajów — rzeczy są „martwe” więc nie mogą uczynić krzywdy. Ale powinniśmy się oddzielić od tych krajów, mimo powrotu, gdyż tak jak pokolenie Kaina całe zostało zalane — i tamte narody zostaną ukarane. Co do rzeczy z tamtych krajów należy wziąć pod uwagę intencje, z jakimi były produkowane dla ludzi — czy nie kierowano się strategiami zła… Miłość jest nieskończona. A więc nie powinno być sytuacji tłumaczeń dla osób postronnych w kwestiach ilości czasu spędzanego poza nimi. Jednak i to powinno być objęte prawami miłości Agape co do tych ludzi — wszak nie mogą się z naszej miłości smucić. Nasza miłość nie może nikogo zasmucać — rodziców czekających z obiadem czy gościną czy choćby niepokojących się. Wszak miłość poznaje się po skutkach. Jednak istnieją środowiska, wspólnoty, które najchętniej rozliczałyby nas ze spędzonego razem czasu, wręcz ograniczając nas w miłości do siebie, narzucając swoją obecność. Nie możemy więc trwać we wspólnocie, jeśli nas nie łączy. Od takich środowisk lub wspólnot powinniśmy odejść — nawet, jeśli to jest dotychczasowa rodzina lub dotychczasowe otoczenie znajomych. Miłość niczego nie żąda. Nie powinniśmy liczyć na dobra materialne czy inne od innych, gdyż konieczna z tego powodu wdzięczność może robić problemy dotyczące kwestii zarządzania w naszej miłości. Zarządzanie jest zadaniem w miłości (wg katechizmu) i nie powinniśmy nikogo dopuszczać do zarządzania w naszej miłości, nikomu dawać władzy nad sobą za życia. Dlatego lepiej być niezależnym, i niczego nie żądać. Przez miłość dokonuje się dialog między Bogiem a nami. Przeżywając lub mając nadzieję na przeżycie miłości damsko-męskiej, mam o czym rozmawiać z Bogiem. Miłość bowiem do Mirka jest moim priorytetem, a wszystko inne poza nią — ma inną wartość. Bóg nie oczekuje, bym otwierała przed Nim swe serce w sprawach nieważnych. Poza miłością sprawy równie ważne w kwestii modlitw, to sprawy dotyczące mojej rodziny, życia, zdrowia… Oczywiście dużo wartości sięga stopniem ważności aż do priorytetu mojej miłości do Mirka, ale mimo to, nie ma co oszukiwać Boga, że kręciłoby mnie życie bez Mirka… Miłość powinna być wzajemna, dlatego, że jest z Boga, i jeśli ktokolwiek z nas — ja Jego, czy Mirek mnie miłuje, to narodził się z Boga i zna Boga. Jeśli natomiast któreś z nas czyli ja Jego lub Mirek mnie nie miłuje — nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. Jeśli Bóg nas tak umiłował, że zesłał Syna swego Jednorodzinnego na świat, abyśmy życie mięli dzięki Niemu (posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy), to i my winniśmy się wzajemnie miłować. Jeżeli miłujemy się wzajemnie — Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest doskonała. Trwanie w Bogu — gdy wyznajemy, że Jezus jest Synem Bożym. Wtedy Bóg trwa w naszej miłości do siebie.
Chciałabym wierzyć, że myśmy poznali, i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Jako, że Bóg jest miłością, to o ile trwamy w miłości do siebie — trwamy w Bogu. Trwanie w miłości do siebie powinno być takim życiem, że w każdej chwili przebywania poza sobą żyjemy tak, aby podobać się sobie również na odległość, gdy nas ze sobą nie ma — wierni w przestrzeganiu wszystkich „zasad”, rad moralności, jakie powinny być przestrzegane w miłości. Czyli nie tylko, że nie zdradzam jak jestem w pracy, czy gdziekolwiek indziej, ale też zachowuję się nie gorzej w sumieniu, jakbym się zachowywała będąc z Nim. Trwanie w miłości jest więc trwaniem w sumienności względem siebie. A wtedy taka miłość do siebie trwa w Bogu. Kres doskonałości naszej miłości powinien przejawiać się w tym, że w dniu sądu nasza ufność do siebie w miłości i do Boga będzie pełna. Dlaczego — dlatego,, że tak jak Pan Bóg żyje w niebie w miłości (np. Św. Teresa z Avila jest oblubienicą Chrystusa) — tak i my możemy wzorować się na Jezusie, który żyje w tej miłości — w doczesności. Możemy też wzorować się na miłości między Bogiem a Synem Bożym, aby dowieść, że jako, że taka miłość ma sens — i nasze życie w miłości do siebie jest święte. W naszej miłości nie ma lęku, ale lęk może się pojawić w sytuacji odwrotnej do miłości — gdy będziemy się obawiać o tę miłość, o zło, które może przyjść z otoczenia i” zabić” naszą do siebie miłość. Doskonała miłość usuwa jednak lęk. Oznacza to, że jeśli nasza miłość będzie posiadać stopień doskonałości, to każde z nas — ja i Mirek będzie umiało radzić sobie jednak z tym złem, które miałoby przyjść ze świata, aby zabić w nas miłość do siebie. Powinnam więc żyć tak, aby Mirek mógł mieć pewność, że Go nie zdradzę, nie opuszczę, jeśli zdecydujemy się być ze sobą dłużej, aby nie musiał się bać. Ale On też powinien żyć tak, abym ja nie miała wątpliwości w Jego miłość do mnie, gdyż doskonała miłość usuwa lęk. Jeśli zaś się nie wydoskonalimy — i będziemy się lękać, że niedostatecznie miłujemy siebie — taka „bojaźń jest też stopniem miłości do siebie. Jeśliby któreś z nas mówiło: " Miłuję Boga”, a siebie nienawidzili — niestety byłoby to kłamstwem. Kłamstwem jest sytuacja — gdy któreś z nas widzi a nie miłuje — dlatego, że nie może wtedy miłować Boga, którego „nie widzi”. Należy w tym przekazie biblijnym powrócić do twierdzenia, że miłość jest troską o rozwój, a troska ta wyklucza wszelkie znamiona mobbingu przejawiające się w unikaniu wzroku.
Rz 8, 31—39: Prześladowanie ani miecz (…) nie może natomiast odłączyć od miłości Chrystusowej. „Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce na rzeź przeznaczone”: Tu warto zagłębić się w wojnę z chrześcijaństwem — skorzystać z przykazania umożliwiającego obronę własną lub obronę czyjąś. Jako, że grzechy pochodzą od grzechów tego samego typu — należałoby odłączyć się od przekleństwa płynącego na cały naród atakujący — od Boga na np. USA (o ile to oni odpowiadają za wojnę z chrześcijanami).
W jaki sposób objawia się miłość Boga: — przez swego Syna Chrystusa (Chrystus ma moc naprawić miłość, gdy jest uobecniany w naszym życiu — gdy coś się między nami popsuje) — udzielił nam swego Ducha (możemy rozwijać nieustannie w sobie dar miłości do siebie, ale też wszelkie pozostałe dary i cnoty związane z tym — dary współczucia, empatii, radości ze spotkań, cnoty nadziei na tę miłość — że wszystko z nią będzie ok, mądrości głębi nauki na sposób boski, rozumu w stosunku do nauki Chrystusa i Apostołów (rozumu kasującego powierzchowność czytania Pisma Świętego), daru łagodności do siebie, mocy i wolności od nałogów — co może dać możliwość przeżywania głębi miłości, gdyż poprzez nałogi nie zatracimy swych uczuć do siebie); — trwa w człowieku (możemy traktować siebie z taką miłością, z jaką traktujemy Chrystusa — możemy widzieć Chrystusa wśród nas, w naszej miłości, widzieć Jego cuda w rozwijaniu jej, a także widzieć Boski charakter siebie nawzajem — Chrystusa w Królewskich szatach, z których/ego „płynie” moc czyniąca cuda i pociągający charakter ewangelizacyjny); — usprawiedliwia nasz grzech (Bóg reprezentuje nie „psa” lecz jak już to „policjanta” — czyli jeśli Chrystus nas usprawiedliwia — Bóg zawsze jest po naszej stronie we wszelkich sprawach, które czujemy do siebie działając na korzyść mojej miłości. Nie jest tym, który z nami walczy, poniża, wyśmiewa w imię czyjejś racji — ale zawsze jest po naszej stronie. Jest po naszej stronie, gdy o nią zabiegamy oraz wtedy, gdy o nią nie zabiegamy — gdyż stworzył nas do miłości damsko — męskiej i powołał nas do miłości. Jest po mojej stronie w sprawach dotyczących miłości, w tym wszystkim co czuję odnośnie nich, we wszystkich moich i innych intencjach zmierzających ku naszej miłości (i jej jakości) i powiązanych z nimi oraz jest Panem tej miłości. Zaś skoro śmierć jest dziełem szatana — zniszczyć miłość naszą może tylko szatan; — uzdalnia nas, byśmy byli silni i zwyciężali (życie chrześcijańskie, które jest fundamentem wiary powinno przezwyciężać wszelkie pokusy zła, jakie „świat” może przynieść chcąc zakłócić miłość w nas do siebie. Powinniśmy więc umieć przezwyciężać tzw. biblijny „III-ci język”, nieprzyjaciela siejącego” chwast”, zgorszenie ze świata, a nawet modę przychodzącą z zachodu polegającą na terroryzowaniu chrześcijan, biednych, ubogich (mody z krajów wojny); — nie opuszcza nas (Bóg widzi wszystko i tj. przyszedł umrzeć po raz wtóry do chrześcijan prześladowanych w Rzymie — tak przyjdzie do nas, jeśli staniemy się ofiarą gdy nasza miłość, wszystko, co z niej wyniknie — plany, życie, rodzaj spędzania wolnego czasu — będzie zaatakowane przez innych. Wtedy Pan nas nie opuści, nawet wtedy, gdy nasza miłość z tego powodu umrze… bo Pan nie jest po stronie atakujących ale po stronie atakowanych.
Czy Jezus jest moim Panem?
Odkąd przyjęłam wiarę „poszłam za Jezusem” a więc przez całe życie Jezus jest naszym Panem.
Czy nawiązuję z Nim dialog?
Tak jak Św. Teresa z Kalkuty nie słyszę jednak głosu Pana i przeżywam tzw. „pustkę”. W przypadku, gdy Pan nie odpowiada, gdy ja próbuję nawiązać z Nim kontakt, Pan po prostu nie chce prowadzić ze mną dialogu. Moim zadaniem jest wtedy po prostu zapraszać Go do swojego życia (bo jest Jego i On chce w nim działać) aby On mógł być w nim obecny (zamiast niepotrzebnego wysilania się na dialog). Być może Pan chce działać w moim życiu aby rozwinąć miłość z Mirkiem, a pozostałe sprawy (typu rodzina, zdrowie, życie, obowiązki) zakłada, że są możliwe do przekazania, powierzenia Mu przez krótki monolog modlitewny (lub z pomocą Ducha Św). Gdy otwieram przed Bogiem swe serce, zawierzam Mu swoje sprawy dotyczące miłości Mirka, którą mogłabym pozyskać i wszystkie sprawy powiązane z tymi intencjami. Pan teraz już wszystko wie, skoro Mu powiedziałam — zakładam, że nie ma Alzheimera i teraz powierzam Mu to” o co się modliłam” techniką zdartej płyty. Pan o mnie pamięta, więc moje modlitwy też musi pamiętać. O ile Pan nie chce prowadzić ze mną dialogu nie ukrywam, że liczę, aby ktoś mnie zagadał, zagadywał, aby mi nie było smutno. Wszak miłość Boża objawia się w relacjach międzyludzkich. Jak ich nie ma, to mimo nawet radości mej duszy — jest wokół za cicho.
J 3,20: „Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła aby jego uczynki nie zostały ujawnione” Jeśli nasza miłość byłaby złem, to nie przejawiałaby się dążeniem do światła ewangelii — nie byłoby nas w Duszpasterstwie Akademickim Maciejówka, w żadnym Duszpasterstwie Akademickim, na pielgrzymkach i nie poznalibyśmy się we wspólnocie grupy 22 (na Pieszej Pielgrzymce do Częstochowy).
Miłość jest całkowita. Nie ma sensu obciążać miłości do siebie, tylko do miłości między nami. Jeśli pozwolimy szkodzić sobie w sferach poza miłosnych — i tak i tak wpłynie to na dalsze losy dotyczące nas. I tak np. robienie sobie siary poprzez upublicznienie się z kimś innym (jako swoim) — nawet mimo dobrych intencji miłości jednak do siebie mimo to — może ten fakt zupełnie wykluczyć ciąg dalszy — pouciekamy od siebie, albo będziemy chcieli „zabić” tę miłość w nas a to wszystko może poskutkować pomniejszeniem zamiast rozwojem miłości. Zresztą miłość i tak zasługuje na upublicznienie — zaniedbanie tej sprawy będzie drwieniem z siebie i poskutkowałoby lawiną następstw (brak wiary u ludzi w naszą miłość na podstawie tego, co widzą, brak więc zaangażowania modlitewnego, brak solidarności itd.). A to był tylko 1 przykład. Innym przykładem może być dopuszczanie na oszczerstwa i złe osądy, przedstawiające w złym świetle nas. Nikt sobie na to nie zasłużył, bo jedynym Sędzią jest Bóg, i mimo, iż taki towarzyski osąd ze strony „świata” wykraczałby poza strefę naszej miłości, bo byłby z innej kategorii grzechów niż miłość — pozwalanie na takie zachowanie ludziom postronnym nie tylko popsułoby nam opinię, ale mogłoby stworzyć wątpliwości i obawy u kogoś z nas na temat faktycznej prawdy o sobie — a zaufanie jest przecież najważniejszą cechą. Zaniżenie zaufania, wątpliwości mogłyby poruszyć opinię o II-gim z nas, wiarygodność, a pomniejszenie męskiego „ego” mogłoby przyczynić się do takiego spadku wiary Mirka w siebie, spadku poczucia swojej wartości, że Jego „akcje” mogłyby w ciągu dalszym stracić u mnie na wartości (a moje u Niego) — co oczywiście znów wpłynęłoby negatywnie na naszą miłość do siebie. Dlatego miłość między nami i ta dopuszczalna w naszą stronę — musi być całkowita — dotyczyć wszystkiego, bo wszystko może na nią mieć wpływ.

5. w spotkaniu z żywym Kościołem

Pamiętam czasy, gdy dla potwierdzenia swego chrześcijaństwa — swego życia nadzieją ludzie z Kościoła potrafili wszelkie swoje czyny ubrać w II przykazanie miłości do każdego — w tym do mnie. Czyli nie cofali się wyłączając mnie spośród swoich — lecz właśnie odwrotnie — byli otwarci na mnie i chcięli mi pomóc. Była to ciocia Emilki, która realnie, pełna nadziei na spełnienie moich planów na miłość do Mirka M. próbowała mi pomóc na wszelkie możliwe sposoby; byli to też inni krewni, gdy byłam jeszcze w młodym wieku … (…)
Inne przeżycia drugiego dnia oazy: W tajemnicy II-j, gdy Maryja była przy nadziei — wspominam jeszcze inne sytuacje, w których moje koleżanki żyły nadzieją i dawały mi nadzieję na miłość, o którą się modliłam. Ola Hnatkiewicz będąca pełna wiary, że mi się powiedzie, wciąż wyrażała to i mówiła z zupełnie wiarygodną czystością, że mi to się na pewno uda, choć nie pamiętam, żeby z taką wiarą mówiła tak do kogoś innego; muszę dodać, że było to w latach 2015—2018 czyli ponad 20 lat później, jak poznałam Mirka. Nie mogłam się nadziwić — jakim cudem ta dziewczyna wierzy w takie intencje, i jak jej się udało nie zagubić w nie wiary.

Dzień III: Narodzenie

Moje przeżycie tajemnicy Kościoła

1. w znaku Maryi, Matki Kościoła

Fajnie by było, gdyby Maryja rozwiązała węzły przeciwko pojawieniu się miłości między Mirkiem a mną, przeciwko jasnemu nazwaniu naszych uczuć miłością. Aby Maryja rozwiązała węzły stojące na drodze do właściwego rozwoju daru tej miłości.

2. w znaku świątyni

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 36.71