E-book
13.65
wpływ księżyca

Bezpłatny fragment - wpływ księżyca


4
Objętość:
335 str.
ISBN:
978-83-8104-003-7

PERFORMANCE

Majewski jest poetą, to widać w stylistyce

utworu

Emil Biela



Jedynie uciekając od świata, można się nim

cieszyć.

Franz Kafka

Obraz, który patrzy

— Co to?

— Co?

— To! O! — wskazał na obraz.

— Ach, to! To wiosna.

— Ale ja mówię o tym obrazie.

— Ja również. Wiosna. Tak się nazywa.

— Wiosna! Kto go namalował?

— Jak myślisz?

— Dalí?

— Ciepło.

— Miró, nie?

— Nie! Stanowczo nie!

— A więc kto?

— Poddajesz się? — stanęła za nim, oddychając mu w kark.

Mruknął coś pod nosem.

— Słucham.

— Nie Miró, nie?

— Nic nie słyszę!

— No dobrze. Poddaję się.

— To Paul Delvaux.

— Wiedziałem.

— Nie wiedziałeś!

— Wiedziałbym. W innej wersji.

— W czym?

— Ach! W niczym, i tak tego nie zrozumiesz.

— Zawsze chcesz być górą, co?

Odwrócił się gwałtownie, i nieśmiało ją objął. Jej usta były już tak blisko jego.

Zawahał się. Niepotrzebnie.

— Makary, proszę — wykorzystała to i delikatnie wyswobodziła się z jego objęcia.

Stał przez chwilę, która wydawała się nie mieć końca. Czuł się niezręcznie. Nie odważył się nawet westchnąć.

Usiadła.

— A ty jakbyś go nazwał? — ratowała atmosferę.

— Ja? — przez chwilę nie wiedział kim jest.

— Ty.

— Ja… (kto to jest „ja”). Ja bym go nazwał… Pociąg do kobiet.

Przytaknęła ruchem głowy. To było nawet rozsądne.

— Wiosna — wygiął usta, nabierając z głębokim oddechem pewności siebie. — Wiosna stanowczo mi nie pasuje.

— Coś jeszcze? — chciała wycisnąć, wydobyć z niego maksimum treści, w końcu był jej pacjentem.

— Co jeszcze? — przysunął krzesło do jej krzesła. — Ktoś na nas patrzy. Patrzy.

Dziwne. Pomyślała. Odczuwała to samo.

— Kto?

— Nie wiem kto, wiem, że patrzy.

Spojrzała mu w oczy. Głęboko.

— Skąd patrzy? — dociekała.

Makary wycelował wskazujący palec w Wiosnę.

— Z wagoniku — powiedział to ciszej niż zamierzał. Głos uwiązł mu w krtani. Odchrząknął. — Z przedziału.

Z przedziału! Dlaczego niczemu już się nie dziwi?

— Są takie chwile w życiu, kiedy całkowicie ulegam ich magii — odkryła. — Miewasz takie chwile?

— Myślę, że moje życie składa się z takich chwil — przyznał po chwili namysłu, sięgnął po filiżankę, upił kilka łyków. — Wiosna…


* * *


Jest późno. Ale na drugim piętrze starej kamienicy przy ulicy Kierkegaarda 7 pali się jeszcze światło.

Kobieta w przeciwdeszczowej pelerynie zadziera do góry głowę. W oknie na chwilę ukazuje się postać mężczyzny.

— O, pan Hanuszkiewicz też dzisiaj nie może zasnąć! — tłumaczy swojej zmokniętej suczce, z którą wybrała się na nocny spacer, piesek odpowiada skomleniem — Już, już idziemy Sonieczko… Jakaś ty mądra, jakaś mądra…

Kiedy kobieta wraz ze swoim psem znika w bramie kamienicy, światło na drugim piętrze gaśnie. Przenikliwą ciszę jesiennej nocy przerywa charakterystyczny dźwięk przekręcanego zamka. Po chwili słychać nerwowe, przyśpieszone kroki po schodach.

— Dobry wieczór, sąsiedzie! — kobieta uwalnia psa z uwięzi i z doskonale maskowanym zainteresowaniem przygląda się mężczyźnie.

— Dobry wieczór, pani Wando.

— Na spacerek? — jej szeroki uśmiech reklamuje kunszt stomatologiczno-jubilerski. — Bezsenność też panu dokucza, co?

— Szkoda słów — macha ręką. Nie lubi tej wścibskiej baby.

I już go nie ma. Kobieta z politowaniem kręci głową. — Same kłopoty z tym jego siostrzeńcem — wypowiada te słowa trochę do siebie, trochę do psa. — Takie nieszczęście, takie nieszczęście…

On, peron i ptak

Najpierw zobaczył puchacza. Potem zegar.

Puchacz — zegar — puchacz?

Co on tutaj robi? Pytanie zawisło pomiędzy dwoma istnieniami, ptaka i człowieka.

O tej porze na stacji metra nic się nie dzieje, lub dzieje się wszystko. Ptak przygląda się człowiekowi bez zbytniego zainteresowania, przymyka co chwila oczy, nieruchomy, jakby wyrzeźbiony z szarego marmuru!

Dostojny.

Z lewej jak i z prawej strony wyziera czeluść tunelu, tory giną w gęstym mroku. Tak, to bez wątpienia stacja metra. Jej magię można kroić nożem.

Człowiek zgubił sens istnienia. Ptak nie ma takich dylematów, zamyka oczy. Śpi? Nie. Jego pióra porusza delikatny powiew. Puchacz jest czujny, ufa swojemu instynktowi. Gdzieś z głębin tunelu dochodzi głuchy, metaliczny odgłos. Teraz i człowiek wyczuwa ruch powietrza na swojej twarzy.

Kamery metra rejestrują zdarzenie. Zaspany dyspozytor nie jest w stanie kontrolować wszystkich monitorów. Nawet nie zauważa postaci mężczyzny, który zbiega po ruchomych schodach. Jest pierwsza lub druga w nocy. O tej porze nie kursują już pasażerskie pociągi, a jedynie służbowe składy.

Metaliczny hałas nabiera impetu, wchodzi w kulminacyjną fazę. Puchacz zrywa się ze swojego miejsca i przelatuje tuż nad głową człowieka zbliżającego się do krawędzi peronu.

Śmierć rozwiera swoją paszczę. Człowiek przestał ufać instynktowi, a intelekt go zawiódł. Cóż, śmierć jaka by nie była, każda jest pewna. Pociąg nie zwalnia na tej stacji, pędzi jak oszalały. Wżyna się w myśli. Maszynista nie zwraca na nic uwagi, zajada się hot dogiem, a po jego brodzie krwistą czerwienią ścieka ketchup.

Jeszcze tylko krok, pół kroku i…

Biegnący mężczyzna zdążył w ostatniej chwili, bezwzględnie pociąga tego pierwszego do siebie i jest już po wszystkim! Przynajmniej na razie. Pociąg znika po drugiej stronie bytu ustępując na powrót miejsca ciszy. Zniknął tak szybko jak się pojawił.

Mężczyźni odprowadzają wzrokiem turlającą się plastikową butelkę po coca coli, która po chwili znika z ich pola, spadając na tory.

Puchacz powraca na swoje miejsce.

Mężczyźni siadają na ławce.

Irracjonalność sytuacji jest gorsza od bólu zębów.

Starszy pan łapie oddech, wyrównując go, co chwilę przykłada dłoń do swojej klatki piersiowej. Tymczasem młodszy patrzy niewidzącymi oczami przed siebie. Nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co zaszło. Na jedną chwilę cisza otula ich obu.

Uspokoiwszy się starszy mężczyzna wstaje. Wzdycha, a jego westchnienie cięższe jest od miliona słów. Jest spokojny. Ściąga swój znoszony, flauszowy płaszcz, wiesza go na oparciu ławki i rozprostowując parę śnieżnobiałych skrzydeł, trzepocze nimi kilka razy, po czym zwija je, sięga po płaszcz i zakłada na siebie.

Młodszy nadal jest nieobecny.

— To be, or not to be? — Słyszy w sobie obcojęzyczną frazę. I bynajmniej nie oczekuje odpowiedzi.

Dopiero teraz zauważa starszego mężczyznę. Poznaje go. To Adam Hanuszkiewicz. Tylko kim jest Adam Hanuszkiewicz?

— Przechodziłem właśnie — Adam Hanuszkiewicz zatacza łuk ręką, a jego słowa na chwilę wypełniają przestrzeń niczym deszczowe chmury.


— Mam na imię Makary — odkrywa młodszy. — Makary.

— Tak! — starszy kładzie mu dłoń na barku. — Masz na imię Makary.

To była dobra wiadomość.

Dobry punkt odniesienia.

— Ale kim jest Makary? — pyta młodszy. Zaniepokoiło go to pytanie. Kim jest Makary? Czy to tylko logo na produkcie? Czy może coś więcej. Makary… Nie otrzymuje odpowiedzi, więc zapomina o wszystkim, a uruchomiony raz mechanizm utraty pamięci działa bezbłędnie.

Adam Hanuszkiewicz też nie miał zamiaru odpowiadać na to pytanie. Zbliżył się do krawędzi peronu, wyciągnął swoją dłoń i z nieukrywaną satysfakcją obserwował jak butelka po coca coli odrywa się od ziemi, aby znaleźć się w jego ręku. Ten starszy pan był bardzo dobrze zorganizowanym facetem. Wszystko musiało być na swoim miejscu. Nawet on sam. Z butelką przylepioną do dłoni podszedł do kosza na śmieci, przez chwilę zastanawiał się nad czymś, jakby kontemplując magię tego zdarzenia, po czym wrzucił butelkę tam gdzie było jej miejsce.

— Tak — mruknął pod nosem. — Makary — po czym zrobił szybki zwrot i prawie krzyknął do odwróconego plecami młodszego mężczyzny — ostatni raz ratowałem ci dupę, zapamiętaj to sobie!

Makary nie zareagował, przestał wierzyć w cokolwiek, szczególnie w słowa, te umowne wibracje, którym nadano tyle znaczeń, a poza tym miał uczucie dèjá vu, chociaż, jak sądził, nie miało ono bezpośredniego związku z groźną wypowiedzią pana Hanuszkiewicza.

Puchacz obserwując obydwu mężczyzn wtrącił swoje pohukiwania, lecz został przez obydwu panów zupełnie zignorowany. Szkoda tylko, że to sympatyczne ptaszysko nie zdawało sobie sprawy ze swojej roli kontrapunktu dla tej enigmatycznej sytuacji.

Tymczasem starszy mężczyzna nieco ukontentowany swoją ostrą wypowiedzią, stanął za siedzącym w zupełnym bezruchu Makarym i kładąc obie ręce na jego barkach powiedział:

— Wstawaj, idziemy na wódkę!

Wódka?! Makary zmarszczył czoło. Wódka…

Drezyna

Robotnik ze zmierzwioną grzywą. Pewny swojego posłannictwa. Spracowane dłonie zaciska na kole steru. Z wiarą patrzy w przyszłość.

Patrzy w przyszłość.

Przyszłość?

Nad jego głową gzyms. Na gzymsie przycupnęło kilkadziesiąt gołębi, być może są ich setki. Poruszają swoimi małymi główkami. Góra–dół–góra–dół. Ich charakterystyczne gruchanie wypełnia całą przestrzeń.

Robotnika wycięto z podłej jakości blachy, osadzono na zawiasach, aby obracał się dookoła własnej osi, wskazując kierunek historycznych zawieruch. Obok niego, na nagim, ceglanym murze, ktoś niezdarnie umieścił napis białą, olejną farbą:

RESTAURACJA PROLETARYAT. Czy to zamierzony błąd?

Makary widzi ten obraz. Nie wie tylko do czego go odnieść. Ojciec? Może…

Wódka?

— Wstawaj, idziemy na wódkę! — słyszy, a na barkach czuje dłonie starszego mężczyzny. Może to jego ojciec?

Ojcze nasz, Aniele Boży! Dziwne…

Ciężko podnosi się z ławki, tak jakby ważył tonę. Spogląda w górę, słyszy furkot gołębich skrzydeł, które zrywają się z gzymsu i giną w świetle na końcu tunelu. Tymczasem blaszany robotnik obraca się niczym wiatrak. Wiruje coraz bardziej, coraz szybciej, aż do zawrotu głowy. Makary traci siły, opada na ławkę. Siedzi. Siedząc nasłuchuje. Nie, to nie gołębie. Na peron wjeżdża drezyna. Makary otwiera usta. Puchacz oczy. Co to? Drezyna skonstruowana jest na bazie samochodu marki Warszawa, pomalowana na niebiesko z charakterystycznymi, białymi literami na obydwu bokach: MO.

— No! Wstawaj — Adam Hanuszkiewicz klepie go w plecy.

MO? Czyżby trauma? Jego ojciec był kuratorem społecznym, a on miał iść do poprawczaka. MO! Zajebiście! Makary jest podenerwowany, ale posłuszny, nie ma co wierzgać przeciw ościeniowi jak poucza apostoł Paweł. Delikatnie popychany przez starszego mężczyznę zbliża się do drezyny.

Funkcjonariusz z literkami „V” na pagonach jest jednym wielkim uśmiechem. Uśmiecha się, ponieważ wierzy w swoją firmę, której jest oddany niczym pies. Pies służy swoim panom i szczeka na obcych. Pies boi się tego, czego nie zna. Taka właśnie jest rola psa. To dobry funkcjonariusz, wskoczył nawet na peron, aby pierwszy przywitać się z Makarym. Pan Hanuszkiewicz otwiera tylne drzwi drezyny, Makary schyla się i po chwili siedzi już wewnątrz, zastanawiając się skąd zna zapach wnętrza.

— Dokąd mnie zabieracie? — zadaje banalne pytanie.

Funkcjonariusz odpowiada nie rezygnując ze swojego uśmiechu. Tak jakby ten uśmiech był przypisany do jego funkcji. Cóż z tego, skoro Makary widzi jedynie ruch jego warg. Słowa gubią się gdzieś po drodze. Ale łapie się na tym, że to mu wystarcza. Sam fakt, że funkcjonariusz nie ignoruje jego pytania.

Tak, to dobry funkcjonariusz, jeden z tych, których wycinają z socrealistycznych plakatów z lat pięćdziesiątych XX wieku.

Drezyna rusza, jadą.

Na chwilę giną w ciemnej gardzieli tunelu.

Dojeżdżają do stacji. To niepokojąca stacja. Słabo oświetlona, wręcz mroczna. Na tablicy jej nazwa. PODŚWIADOMOŚĆ. Jakże dziwna nazwa stacji. Milicjant znów porusza ustami, żegna się z Makarym jak z bratem, serdecznie, z mocnym uściskiem obydwu rąk. Funkcjonariusz znów jest za kierownicą. Funkcjonariusz ze zmierzwioną grzywką. Odjeżdża, znika. A oni zostają sami…

PODŚWIADOMOŚĆ.

Gdzieś z głębi błyska snop iskier rozświetlając na chwilę mrok. Potem znów. W pojawiającej się łunie widać pochyloną postać spawacza i kawał porządnej metalowej konstrukcji.

— Co on robi? — marszczy czoło Makary uzmysławiając sobie, że od dziecka chciał być spawaczem.

— Konstruuje nowy porządek świata — słyszy odpowiedź.

Makary chwyta Adama Hanuszkiewicza za poły płaszcza.

— Dlaczego ja niczego nie pamiętam?

Starszy mężczyzna delikatnie uwalnia się z uchwytu Makarego.

— Ponieważ o wszystkim zapomniałeś — Tłumaczy jak dziecku. — Tak było dla ciebie wygodniej. Tracić pamięć i odzyskiwać. Pozbywać się tego co złe, odzyskiwać to, co dobre.

— Tak, to ma sens. A ty? A ty kim jesteś dla mnie? Aniołem Stróżem? A może reminiscencją mojego ojca?

— Jestem zawsze tym, kim chcesz, w tym przypadku Aniołem Adama Hanuszkiewicza.

— Adama Hanuszkiewicza? Czy to ktoś, kto mi imponował? — Makary opuścił wzrok licząc przydeptane niedopałki papierosów.

— Myślę, że tak. Inaczej by mnie tu nie było. Chodź, będziemy mieć jeszcze dużo czasu na takie rozmowy — anioł objął Makarego ramieniem i ruszyli przed siebie, za sobą zostawiając spawacza, aby od czasu do czasu rozświetlał mroki na budowie nowego porządku świata.

Przesłuchanie

Wszędobylska szarość i nijakość. Tragiczna bezbarwność! Mdłe światło słabych żarówek na chwilę rozświetla kontury prześlizgujących się demonów przeszłości.

Stalowe drzwi z łuszczącą się farbą. Makary nawet nie ogląda się za siebie. Nie szuka wsparcia w Adamie Hanuszkiewiczu. Zapomniał o nim. Tak po prostu. Jakby nigdy go nie było. Stoi przed tymi masywnymi drzwiami wyczekując czegoś, czego się obawia. Boi się je otworzyć. Ale one otwierają się same, powoli, ale same. Niesmarowane od wieków zawiasy nucą złowrogie tony. Jeszcze chwila, moment i Makary znajduję się w gęstym od kurzu snopie światła.

— Wejść! — słyszy nie znający sprzeciwu głos.

Idzie. Wprost w snop światła. Nie widzi postaci kryjącej się za oślepiającą go lampą. Jego wzrok przykuwają frędzle pajęczyny zwisającej z każdego kąta tego pomieszczenia.

Krzesło. Surowe, drewniane krzesło z plamą po wysiedzeniu przez dziesiątki przesłuchiwanych ludzi. Wydaje mu się, że widzi ślady po zastygłej krwi. Ciemno-brunatne plamy.

— Siadaj! — i znów ten głos nie znający sprzeciwu.

Boi się. Strach żelazną dłonią ściska go za gardło.

Siada.

Ale odnajduję w sobie jakiś bunt. Niezgodę na taki stan rzeczy. Miota się sam w sobie, ale tylko po to, aby poddać się biegowi wydarzeń. Uścisk na gardle ustaje, a strach odchodzi zaskoczony jego metamorfozą. Postać po drugiej stronie światła przekręca lampę i Makary po chwili rozpoznaje uśmiech funkcjonariusza z drezyny.

— To pan? — próbuje rozwiać wątpliwości.

— To ja zadaję pytania!

— Ale mi chodzi o tę drezynę…

— Cisza do kurwy nędzy! — funkcjonariusz wali pięścią w biuro. Strzępy pajęczyny odrywają się od sufitu i opadają grubą warstwą na podłogę.

Milicjant już nie jest tak grzeczny jak wcześniej. Ktoś skradł mu jego przyjazny uśmiech. Tak, to niepowetowana strata. Dlatego teraz jest zły, groźny.

Makary zupełnie bez powodu wybucha histerycznym śmiechem, takim, który nie ma prawnych, a tym bardziej psychologicznych podstaw. Śmiechem, którego nie można w żaden sposób opanować.

Zna tego milicjanta, to pan Kurzawa. Przypomniał sobie to lato, tę jabłoń, w której cieniu pan Kurzawa parkował swój służbowy motocykl marki SHL.

— Proszę pana, ja tylko chciałem usiąść. W tamtych czasach mieliśmy tak szare, tak bardzo smutne dzieciństwo.

— Milczeć! — tym razem bez uderzenia w biurko, chociaż następna porcja pajęczyn szykowała się do upadku.

— Ale motor się przewrócił! Przygniótł mnie. Ledwo się spod niego wydostałem, kiedy zobaczyłem pana w oknie pokoju — kontynuował Makary. — Uciekłem do domu!

Nagle w pokoju zrobiło się jakby jaśniej, pastelowo.

— Makary ty skurczybyku, ile ja się przez ciebie strachu najadłem. Myślałem, że sobie nogę złamałeś.

— Uciekłem do domu i schowałem się pod łóżko w sypialni.

— Zestarzałeś się synu — Kurzawa skierował światło lampy w twarz Makarego.– Ile ty już masz mimicznych zmarszczek? Czy to aby ty, mój chłopcze?

— Nie wiem. Nie wiem czy ja, to ten sam chłopiec przygnieciony przez pana motor. Nie wiem.

— No dobrze już. Ja nie o tym, nie w tej sprawie. Zresztą uśmiałem się z twoim ojcem jak powiedział mi, że schowałeś się pod łóżkiem. Twój ojciec był moim serdecznym przyjacielem. Przyjacielem…

— Był?

— Dowiedziałem się — zawiesił głos — że szukasz drogi do Proletaryatu. (żeby było jak w nazwie restauracji)

— Nie, skądże, to tylko nazwa knajpy.

— To nie tylko nazwa synu. To coś o wiele więcej.

— Co?

— Być może twoje ukryte pragnienia, które, jak chce Zygmunt Freud zamiatasz pod dywan, żeby nikt się o tym nie dowiedział — mówiąc to wyprostował się nad biurkiem, a Makary mógł znowu zobaczyć jego uśmiech.

— Ja jestem zagorzałym antykomunistą! Mój dziadek był żołnierzem wyklętym — Stanowczo zaoponował Makary.

— Nie rozśmieszaj mnie, bo mam zajada — zakpił.

Makary wiedział, że odwdzięczy się Kurzawie tym samym.

Drzwi za plecami Makarego otworzyły się, a w ich świetle pojawiła się postać pana Hanuszkiewicza.

— A co ty tu robisz do licha? — spytała postać.

Makary zerwał się z krzesła i wskazał ręką pana Kurzawę, ale ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, nikogo nie zauważył. Nie było tam ani Kurzawy, ani biurka, ani tym bardziej lampy. W ostatniej chwili zauważył jedynie małego demona przeszłości, przemykającego chyłkiem pod ścianą.

— No i na co się tak gapisz?

Makary ignorując pytanie schylił się, odsunął nogę. Na pożółkłej kartce papieru odbił się czubek jego buta. Podniósł kartkę i przysunął do twarzy.

— To chyba jakiś wiersz — Zauważył.

— Nie jakiś, tylko twój. A czy wiersz? Chodź, przeczytasz sobie po drodze a wtedy zrozumiesz, że nie jesteś stworzony do pisania wierszy. — zdecydował całkiem rozsądnie pan Hanuszkiewicz.

— Tak, chodźmy, proletaryat czeka. — Zakpił Makary zastanawiając się, czy kiedykolwiek powiedział swojemu ojcu, że go kocha.

Puchacz zdziwiony jego rozterkami zamrugał oczami i przez chwilę odprowadzał ich swym mądrym wzrokiem.

Droga

Makary nie wiedział czy to księżyc, który od dziecka go hipnotyzował, czy raczej blask jupiterów oświetlających plac budowy. Równie dobrze mógłby to być plan filmowy, albo jakaś teatralna scenografia. Krzątający się w mrówczym pędzie ludzie nie zwracali na nich uwagi. Jakby ich nie było. Robotnicy w czerwonych kaskach na głowach toczyli metalowe beczki. Kilku spawaczy próbowało zamknąć w bryłę monstrualną konstrukcję. Grupa prawie nagich kobiet spacerowała po ulicy siadając na pozostawionych tam bez sensu szezlongach. Zapraszały przechodniów do somnambulicznych doznań.

— Nie patrz na te nimfy — pan Hanuszkiewicz zakrył swoją dłonią oczy Makaremu. Czyżby wiedział co w tym czasie dzieje się z Makarym. A działy się dziwne rzeczy. Makary miał wrażenie, że jego mózg osuwa się przez gardło, płuca, żołądek, aby zagnieździć się w okolicach jąder. Teraz myślał tylko o jednym. Pożądał tych kobiet bardziej niż czegokolwiek. A one wiedząc o tym, uśmiechały się i przyjmowały coraz bardziej zachęcające pozy.

— Już wiem kim jestem — odkrył Makary, pokornie godząc się na dłoń pana Hanuszkiewicza na swoich oczach. Zasłona wszak nie była szczelna. A przerwy pomiędzy palcami jedynie potęgowały pożądanie.

— A więc kim jesteś? — zapytał z nadzieją w głosie Hanuszkiewicz.

— Prymitywnym samcem. Jestem prymitywnym samcem, zaprojektowanym do podtrzymania gatunku. Oto, kim kurwa jestem! — mówiąc to strząsnął z siebie dłoń starszego mężczyzny. — Ale mam to gdzieś! — spojrzał w górę i krzyknął. — Nie myśl sobie, że będę rozpłodowym byczkiem! Jestem poetą! Jestem artystą — Podniósł w górę przydeptaną kartkę i krzyczał dalej. — Jestem twórcą tak samo jak ty! Tak samo jak ty? — zdziwił się swoją bezczelnością.

— Makary, chłopie! Co z tobą? Spokojnie, spokojnie. Bez patosu. Patos w tym miejscu jest co najmniej niewskazany. O, już dobrze. Chodź, napijemy się! — Ton jego głosu wskazywał, że świetnie się bawi.

Tymczasem Makary złożył starannie kartkę na cztery i wsunął do tylnej kieszeni spodni. Następnie zerknął nieco spode łba na Hanuszkiewicza.

— Wygłupiłem się, co?

Starszy mężczyzna uniósł brwi.

— Co? — nalegał młodszy.

— A jeżeli nawet, to co? Masz do tego święte prawo. Człowiek to nie drezyna, która jeździ tylko wyznaczonym przez dekalog torem.

I mimo, że odpowiedź była nieco wykrętna, Makary uspokoił się na tyle, że nawet nie obejrzał się wstecz, aby po raz ostatni spojrzeć na te cudowne kobiety, wyzwalające w nim najdziksze, ale jakże słodkie żądze. Szli teraz w milczeniu klucząc w gąszczu składowanych bez ładu olbrzymich rur, zdezelowanych maszyn i urządzeń budowlanych, porosłych mchem żużlowych pustaków, czerwonych i białych cegieł, skamieniałych worków z cementem, czerwonych, stojących wieszaków. Od czasu do czasu spotykali ludzi, którzy coś przenosili, układali, inwentaryzowali. A wszystko to odbywało się w niepokojących półcieniach, hipnotyzującym szumie niewidocznych maszyn lub olbrzymich wentylatorów wtłaczających powietrze w ten podziemny świat jaźni naszego bohatera.

Mnie?

Starszy mężczyzna milczał i to milczenie udzieliło się Makaremu. Ten ostatni zaufał mu bez reszty. Zresztą nie widział żadnego powodu, aby mu nie ufać. Jak można nie ufać komuś, kto wyrwał cię z paszczy śmierci. Makary zdał sobie sprawę z tego, że jego życie, o którym wie tak niewiele, od tamtej dramatycznej chwili, tak naprawdę, należy do Adama Hanuszkiewicza. Kimkolwiek by on nie był i czego by nie symbolizował. Człowiekiem, aniołem, czy bohaterem podrzędnej przypowieści.

W końcu zatrzymali się przed nieruchomymi, ruchomymi schodami. Makary, pomimo, że wytężał wzrok jak tylko mógł, nie potrafił przebić się przez ciemność, w której ginęły, hen, hen w górze.

Tu, na dole niebo jest czarne. Zawsze czarne.

— Tędy! — pan Hanuszkiewicz wskazał na schody. — Kiedyś, właściwie jeszcze całkiem nie tak dawno były ruchome — zamyślił się. — Były ruchome — powtórzył z nutą nostalgii w głosie. Po czym wracając do siebie powiedział — Proszę — i puścił Makarego przodem.

Makary postawił ostrożnie stopę na martwych schodach obawiając się, że schody mimo wszystko ruszą, kiedy odbiorą odpowiedni impuls, ale nic takiego nie nastąpiło. Oparł dłoń o gumową poręcz i postawił drugą nogę. Starszy mężczyzna szedł za nim, Makary czuł jego oddech na swoim karku, szli spokojnym rytmem, krok za krokiem, od czasu do czasu zerkając w górę, z nadzieją na rychłe światełko w tunelu. Lecz Makary nie mógł wiedzieć, że ktoś chciał zafundować mu daleką podróż. Bardzo daleką, poza świadomość. Ale póki co, jego dłoń oparta o poręcz odbierała nieśmiałe, delikatne drgania. Zmysł dotyku przekazywał te wibracje do mózgu, ten natychmiast uruchomił uśpioną, nieujarzmioną wyobraźnię.

Trzynasty brat

Makary zatrzymał się. Od jakiegoś czasu nie przemieszczał się już po schodach, stał w autystycznym zamyśleniu, tracąc zupełnie poczucie czasu i przestrzeni. Nawet ułamek myśli nie informował go o istnieniu Adama Hanuszkiewicza. Był absolutnie wyciszony. Oderwany od Boga, świata i samego siebie. W miejscu, w którym się znalazł, ciemność traciła swoją intensywność, lecz światłość nie godziła się jeszcze na żaden kompromis. Miejsce to, na minutę przed brzaskiem było krainą demonów. Makary wiedział o tym.

— Tak — pomyślał. — Dotarłem zbyt daleko, aby myśleć o powrocie. A niby dokąd miałbym wracać?

Z miejsca, w którym się znalazł, mógł jedynie iść do przodu. Ku przeznaczeniu. Lecz póki co stał sparaliżowany strachem. Strachem, który trzeba pokonać albo umrzeć!

I umrzeć tą śmiercią, która nigdy się nie kończy, a człowiek uwięziony jest w bryle wiecznego konania jak owad w bursztynie. Tak, to kraina demonów! Zawieszenie pomiędzy nocą a dniem, śmiercią i życiem. To piekło! Świat, którego demony odżywiają się twoim strachem, wiecznym strachem! I tym cenniejszy dla nich jesteś, im w większej ilości fobii się taplasz!

Makary czuł ich oddech na plecach, chociaż mógł być to również oddech starszego mężczyzny, o którego istnieniu zapomniał.

Znów!

Dlaczego?

— Bezcielesna papka! — wykrzyczał z siebie cały strach, który paraliżował każde włókno jego mięśni. — Pocałujcie mnie w dupę!

Po czym dał nura w mrok, a ślepa ciemność wyłapała jedynie nerwowy tik policzka i być może skrzywienie ust zdradzające nierozsądną desperację.

Demony rzuciły się na Makarego w swej urażonej dumie, wściekłe do bólu, gotowe rozszarpać śmiałka na strzępy. Ale Makary oswajał ciemność niczym drapieżną, czarną pumę, stając się z każdym krokiem jej władcą.

Cel, którego nie znał czekał na niego. Makary wiedział o tym. Wierzył, bo cóż innego mu zostało, że musi tam dotrzeć. Jedynie w ten sposób mógł nadać sens swojemu istnieniu. To wszystko. Tylko tyle! A ciemność rozumiała to doskonale i nie stawiała zbytniego oporu. No tak… Ale kiedy pokonujesz ciemność, prowadzony jedynie przez instynkt, a jej, zamiast ubywać, przybywa, wkrada się nie wiadomo jak i kiedy — beznadzieja… Beznadziejność po stokroć gorsza od legionów zielonookich demonów! I cóż wtedy? Co robić? Nic? Czy raczej modlić się do Boga, który ma obowiązek być, kiedy idziesz ciemną doliną! I modlisz się, ale nie tak, jak oszalały klecha! Modlisz się jak poeta, jak młody bóg. I wtedy widzisz jak z nieistnienia powstaje istnienie. Modlił się więc, tworząc wszechświaty. Modlił się nie po to, aby modlitwa stała się celem jego istnienia, lecz aby przybliżała go do celu! I spełnienia się w NIM. Tak… Wibracje stawały się coraz bardziej czytelne. Zamieniały się powoli w nierozpoznawalne tony, wzdychania, szepty.

Makary przez chwilę pomyślał nawet, że to tylko akustyczne omamy, przecież tak długo przedzierał się przez mroki totalnie samotny. Kiedy próbował odczytać je za pomocą słuchu, oszukiwały go, twierdząc, że samo poszukiwanie celu jest sensem jego istnienia. I prawie uwierzył tym kłamstwom. Zły na samego siebie, przyspieszył kroku! Obraz, który zobaczył w swojej wyobraźni to drwal, który próbuje ściąć kamienne drzewo. Ale to nie był drwal… Stanowczo nie! Nie! Nie! To bez sensu! I wtedy drwal rozpłynął się, zniknął jak mydlana bańka. A wtedy ciemność przestraszona jego determinacją, zagęściła swoje istnienie, stając się murem nie do przebycia…

Czy to już koniec? Koniec…

— Cholera! — zatrzymany przez mur zastanawiał się nad magicznym słowem. A ono przyszło samo, nagle, bez żadnego wysiłku i zapowiedzi — i tak cię pokonam, ty suko!

Ale w głębi duszy nie wierzył już w zwycięstwo. Jego desperacja nie była niczym innym jak tylko desperacją. Przegrał. Usiadł na ziemi. Oparł się plecami o mur. Umierał spokojnie, pogodzony z losem. Ale głos, który teraz usłyszał, przyprawił go o elektryczne mrowienie na plecach. Poderwał się i z ręką przy murze pobiegł, ile miał tylko sił w nogach przed siebie.

Zobaczył ich wkrótce.

Dwunastu braci!

— W co wierzycie! — krzyknął pomiędzy jednym a drugim uderzeniem młota.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.