Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

NASZ ŚWIAT UMARŁ Z NIMI

Wołczuk Lena

PROLOG

Gdy powstawał świat, pojawiły się w nim istoty o nadprzyrodzonych zdolnościach, potrafiące kontrolować wszystko na ziemi. Aby łatwiej im było czuwać nad losem tej planety, podzieliły się nią. Niestety czasami ogarniały je zwykłe ludzkie uczucia, takie jak chęć władzy czy personalne porachunki. Pozwólcie, że przedstawię wam historię bliską sercom wszystkich Słowian, zdarzenie, które zmieniło ich los na zawsze. Dawno temu na ziemiach polskich pojawiła się tajemnicza piękność zwana Dobrawą. Nikt nie spodziewał się, że w rzeczywistości jest tajnym wysłannikiem Trójcy Świętej. Powierzono jej niezwykłą misję… zamknięcia w podziemiach wszystkich bóstw słowiańskich. Było to wyjątkowo niewdzięczne zadanie, nawet w obliczu wojny bogów. Niestety zapomniała o tak zwanych czarnych charakterach ze słowiańskiej mitologii, więc wszystkie demony oraz stwory poukrywane w mrokach lasów i głębiach wód postanowiły wykorzystać okazję do przejęcia władzy.

I

Podczas święta Ognia i Wody cała Ślęża od korzeni aż po wierzchołek rozbrzmiewała radosnym śpiewem, a na jej szczycie, w rytm muzyki, trzeszczało drewno w gigantycznym ognisku. Z okazji wyjątkowej nocy Kupały bawili się tu odświętnie ubrani Słowianie. Oczekiwali na przybycie swoich ukochanych opiekunów, coby zapewnić sobie dobrobyt na następy rok. Jasnowłose wyplatały wianki, tłumy pląsały wesoło wokół ogniska, a tu i ówdzie można było dostrzec parę młodych wymykających się do lasu. Wszystko wydawało się normalne, tak jak co roku. Jednakże jeśli ktoś nie dał porwać się biesiadzie, zauważył pewną zmianę, tak jak Tomira i Mironiega.

— Mirusiu, najdroższa chodź puszczać wianki na rzece razem z resztą dziewcząt. Czyś nie ciekawa, kiedy za mąż pójdziesz? — nalegała Tomira, delikatnie ciągnąc za skrawek koszuli Mironiegi.

— Jak mam być ciekawa takich bzdur, kiedy dzieje się tu coś dziwnego…

— Głupiaś ty! Lepiej napijmy się kwasu chlebowego i dołączymy do zabawy! — tym razem pociągnęła przyjaciółkę za długie blond warkocze.

— Ale Tomiro, przecież rok temu o tej porze Swaróg już dawno zabawiał nas ogniem, a Perun z Perperuną kosztowali naszych wypieków! Nidy się nie spóźniali! Co więcej, nie zauważyłaś, że drzewa ostatnio są takie ciche i smutne? Zupełnie jakby Dziewanna je opuściła…

— Pewnie zabawili dłużej na Łysej Górze, nie zamartwiaj się tak, bo zbladniesz niczym topielica- tym razem obie panny ruszyły w stronę reszty rozchichotanych dziewcząt.

Zgodnie z tradycją wszystkie ruszyły puszczać wianki z łuczywkami po rzece. Delikatnie stąpały po suchej trawie w lesie i nuciły swoje ulubione melodie. Jedynie Mironiegę prześladowało to dziwne uczucie, że rzeka to ostatnie miejsce, w którym powinna się teraz znaleźć. Dyskretnie stanęła w miejscu i przycupnęła pod drzewem. Gdy w pochodzie zauważyła Tomirę, natychmiast przyciągnęła ją do siebie.

— Nie idźmy tam, proszę Tomiro. Wiesz ilu ostatnio zabrały strzygi, topielce, wodniki i rusałki… — mówiła z przejęciem, ale przyjaciółka delikatnie położyła jej palec na ustach.

— Dobrze już, przynajmniej wybierzmy się na poszukiwanie Kwiatu Paproci, może tym razem nam się uda go dojrzeć… — Słowianka energicznie przeskoczyła przez krzak jagód i zniknęła w cieniu drzew. Mira z zaniepokojeniem zerknęła na swoja pochodnię, zastanawiając się, czy płomień wystarczy jej do końca poszukiwań. Porzucając czarne myśli, już po chwili dogoniła swoją towarzyszkę, Tomira w swojej białej sukience wyglądała jak boginka. Zgodnie ze słowami legendy Kwiat Paproci został skrzętnie ukryty przez duszki leśne, więc dziewczyny zaglądały we wszystkie dziuple, pod głazy, a nawet w głębokie chaszcze. Poszukiwania wciągnęły je niesamowicie, zupełnie zapomniały o niebezpieczeństwach czekających na nie w lesie. Niespodziewanie tuż przed nimi coś zaszeleściło w wysokim krzewie. Dziewczęta z piskiem odskoczyły i wysunęły pochodnie do przodu. Oczami wyobraźni widziały już całe zastępy demonów znanych z wiejskich podań, które czyhają na zabłąkanych ludzi, kryjąc się w leśnych chaszczach, ale z krzaków wyskoczył tylko mały rudy lisek, wesoło machający puszystą kitą. Gromki śmiech białowłosych niósł się echem po okolicy przez następną bardzo długą chwilę.

— Do licha z takimi poszukiwaniami! Wracajmy nareszcie do ogniska. Może Perun już się pojawił?

Mironiega pomogła podnieść się z ziemi Tomirze i obie obróciły się w stronę ścieżki. W tym samym momencie zza drzewa wyłoniła się ogromna, przygarbiona postać porośnięta mchem i grzybami w szalu z pajęczyn i liśćmi zamiast włosów. Szyderczo uśmiechała się do przerażonych niewiast…

— Czy któraś z was młode damy o mnie wspominała? Gdyż nazywam się Licho! -słowa wypowiadała zimno, patrząc spode łba.

Wykonała stanowczy krok w stronę dziewcząt, następnie wyciągnęła gruby sznur wykonany z pnączy i bluszczu. Tuż za jej plecami pojawiła się druga równie przerażająca zjawa.

— Licho! Widzę, że ciebie też przywiało w te strony, jaka szkoda, że pojawiamy się na zabawie bez zaproszenia. Ach, wybaczcie moje drogie. Zwą mnie Leszy.

Dziewczyny zbladły jeszcze bardziej. Leszy był zupełnym przeciwieństwem Licha. Był niski i brązowy jak kora drzew. Nosił długi płaszcz z futra gronostajów, a w ręce trzymał ręcznie struganą fajkę. Całość jego majestatu dopełniał duży, czarny wilk siedzący u jego stóp. Nagle Mironiega poderwała się z ziemi i wrzasnęła do demonów:

— Zostawcie nas w spokoju! Jak śmiecie znęcać się nad nami, kiedy na górze bawią się wszyscy najważniejsi Bogowie! Jeśli nie odejdziecie zaraz usłyszą nasz wrzask i odeślą was na zawsze do podziemi! — emocje targały Mironiegą bardzo silnie, a po jej policzkach zaczęła płynąć strużka łez spowodowana strachem.

— Zabawne moja droga, bo z tego co ostatnio słyszałem jedyne miejsce, w którym bawią się twoi ukochani bogowie to lochy u Dobrawy. — Leszy i Licho wybuchnęli szatańskim śmiechem.

Ciąg dalszy był bardzo przewidywalny. Demony szybko związały dwie delikatne osóbki i przewiesiły je sobie przez ramię. Rozrechotane ruszyły w stronę głównego ogniska, lecz w całym tym zamieszaniu wydarzyło się coś nieprawdopodobnego. Tomira szamocząc się podczas związywania zauważyła pod kamieniem delikatną niebieską łunę. Momentalnie rozpoznała posiadacza tego wspaniałego koloru. Był nim legendarny kwiat paproci. Szybkim ruchem zerwała go i ukryła w głębokiej kieszeni sukienki. Jak się później okaże była to jedna z najlepszych podjętych przez nią decyzji. Droga minęła zaskakująco szybko, ale gdyby nie ogień nie sądziłyby, że dotarli już na szczyt. Cisza była gęsta i przeplatana cichym szlochem kobiet. Na fotelu przygotowanym dla Swaroga siedział największy demon zła — Czart. Otaczały go wszystkie największe plugawość mitologii Słowian: Wij, Rokita, Mara, a nawet Boruta. Wszyscy najwyraźniej oczekiwali Licha i Leszego, gdyż oblicza demonów się rozpogodziły. Oczywiście jeśli wykrzywienie na ich twarzach można nazwać uśmiechem.

— Leszy, Licho! Jak dobrze, że wpadliście! O! I jeszcze przynieśliście te urocze damy, dobrze się składa, bo nasze przyjaciółki Strzygi były spragnione świeżej krwi. Jak na zamówienie pojawiły się te młódki z wiankami…

Tym razem z fotela powstała blada kobieta, z wielkimi cieniami pod oczami. W wiosce Słowianie nazywali ją Mara. Odezwała się do zgromadzonych swoim skrzeczącym głosem.

— Moi mili, Perun i reszta odeszli teraz na długie wakacje, ale nie lękajcie się my się wami zajmiemy. Wystarczy, że od dzisiaj będziecie składać nam pokłon! A tymczasem bawmy się dalej! -mówiąc to wepchnęła pusty dzbanek po winie w ręce starej kobiety i zgromiła ją morderczym wzrokiem.

Zabawa w rozumieniu tych złych stworów oznaczała szczypanie chłopców, ciągnięcie kobiet za włosy, a nawet podmienianie niemowląt w kołyskach. Zapanował prawdziwy chaos i harmider. Na szczęście dziewczętom udało się odczołgać na bok i ocenić sytuację, w której się znalazły. Jednak największe emocje wywołał temat tajemniczego Kwiatu Paproci spoczywającego w kieszeni Tomiry.

— Jeśli nikt nam nie pomoże, zginiemy wszyscy z rąk tych poczwar! -syknęła Tomira- A nasz los podzielą lasy, łąki i zwierzęta — na jej twarz pojawiły się wypieki, jak zawsze gdy mówiła tak ważnych rzeczach.

— Słyszałam, że Kwiat Paproci może ocalić w niebezpieczeństwie… a nawet sprawić, że staniemy się niewidzialne. Wystarczy rozetrzeć go w dłoniach.- mówiąc to, skierowała wzrok na gruby sznur przy nadgarstkach.

— I tak nie wymyślimy nic lepszego.- odrzekła Tomira.

Delikatnie rozcięła więzy o leżący w pobliżu kamień i sięgnęła po niebieską zdobycz. Wzięła głęboki wdech i… zniknęła! W jej ślady poszła Mironiega. Przyjaciółki przemykały się za drzewami, w obawie przed ponownym pojmaniem w niewolę. Kiedy przestały słyszeć rechot stworów, puściły się pędem w dół Ślęży. Potykały się o kamienie, łamały gałęzie a nawet upadały, ale nie przestawały biec. Prawdopodobnie był to ich najszybszy bieg w życiu, mknęły tak długo, dopóki nie upadły u stóp góry na wilgotną od porannej rosy trawę, Zdyszane zastanawiały się nad dalszym postępowaniem.

— Do kogo możemy zwrócić się o pomoc? Nie można zostawić tam naszych bezbronnych rodzin na pastwę pradawnych stworów. — szlochały obie.

Wtulone w swoje włosy łkały tak przez minutę albo godzinę. To, czego doświadczyły tej nocy, było ucieleśnieniem wszystkich najgorszych koszmarów.

— Myślę, że powinniśmy udać się do szamanki. Ona zawsze wie, co robić.

— Znasz drogę? — Tomira otarła łzę spływającą po policzku… — Podobno to dzień drogi stąd…

Mirusia przytaknęła.

Dziewczyny ruszyły w drogę, niosąc ze sobą ogromny balast. Świadomość, że nikt i nic nad nimi nie czuwa, że żadna wspaniała siła im teraz nie pomoże, a los braci spoczywa wyłącznie na ich barkach. Powinniście wiedzieć, że dla Tomiry i Mironiegi wyjaśnieniem wszystkiego byli bogowie. Kiedy ich zabrakło świat rozpoczął przerażać je na nowo.

II

Jasnowłose dzielnie maszerowały przez las, który wydawał im się pozbawiony życia. Drzewa stały się mniej rozmowne, a wiatr nie tańczył między źdźbłami traw. Obie dziewczyny szły do przodu zatopione we własnych myślach. Razem ze słońcem stojącym w zenicie zatrzymał się cudowny efekt Kwiatu Paproci. Dopiero teraz ujrzały swoje ubłocone sukienki i pozdzierane do krwi kolana. Stroje doskonale dało się wykorzystać do opatrzenia zadrapań, a poza tym sukienki i tak były za długie na tak wyczerpujący marsz. Słowianki utwierdziły się w tym, że opuściła je Dola, kiedy wraz ze zniknięciem ostatnich promieni słońca, dotarły nad baga. Co prawda właśnie tam znajdował się dom szamanki, ale zapuszczanie się do krainy utpoców nocą- było samobójstwem. Stanęły przed splecionymi starymi drzewami, które do złudzenia przypominały ogromną bramę, tylko najwięksi desperaci decydowali się wykonać krok za jej granicę.

— Nie możemy tam teraz wejść, doskonale o tym wiesz! Jeśli nie zginiemy pod powierzchnią, to zgubimy drogę na tych cuchnących mokradłach. — Tomira starała się być przekonująca.

— Nie spotka nas już nic gorszego.- z rezygnacją odparła Mironiega –Teraz albo nigdy.

Ku przerażeniu Tomiry ruszyła, przekraczając ponurą bramę

Przyjaciółka nie miała wyboru i również wykonała niepewny krok w tamtą stronę. Trzymała się z tyłu, ale ciągle szła za przyjaciółką. Od samego początku uderzył je paskudny odór rozkładających się roślin i wilgoci, a od czasu do czasu w mrokach bagien, odzywał się tajemniczy bulgot. Dziewczęta przesuwały się po zwalonych drzewach, które tworzyły skromną ścieżkę. Nagle jakaś tajemnicza siła zmusiła Słowianki do skręcenia w prawo i przyspieszenia marszu, ta sama siła wręcz ciągnęła je do siebie. Nogi odmawiały im posłuszeństwa! Zapewne słyszeliście o zmorach wszystkich podróżników — Błędnych Ogniach. I tym razem jedna z tych nieszczęsnych dusz chciała przeszkodzić Tomirze i Mironiedze. Gdy dotarły już wystarczająco blisko, by ujrzeć puste oczy niebieskiego płomyka ogarnął je lęk. Jego wzrok był wrogi i pusty. Mironiega nie wytrzymała i szepnęła:

— Dlaczego nas nie zabijesz?

Błędnik zamrugał i powoli odpowiedział ochrypłym głosem.

— W tej wojnie działamy po jednej stronie, jeśli zginą nasi bogowie, moja dusza nigdy nie wydostanie się z tych bagien.- głos jego był coraz słabszy.

— Gdzie mieszka szamanka? — spytały dziewczęta — Chyba zbłądziłyśmy…

— Szamanka zniknęła. Od dwóch dni nie dogląda mchów w tej okolicy, a jej chatkę już przejęły pająki.Dziwne rzeczy, bardzo dziwne… — mówił przemieszczając się wokół drzewa. Nie zwykłem pomagać ludziom ani za życia, ani teraz, ale mam pewną propozycję. Od dawna mieszka ze mną Amber, ale w dzisiejszych czasach nie jest to dla niej najbezpieczniejsze miejsce. Czy możecie zabrać ją ze sobą? — spytał.

Dziewczyny wahały się, gdyż wiele osób ostrzegało je przed układami ze zmarłymi. Oczywiście nie wiedziały, co się z nimi stanie, gdy odmówią, więc się zgodziły.

Przed nimi powstała długa niebieska wstęga, która lawirowała między konarami drzew, a dusza wręczyła młódkom białego kotka i przepadła w mroku. Zwierzątko było mięciutkie i najwidoczniej przed chwilą wyrwane ze snu, ponieważ rozciągało się uroczo. Cała sytuacja była wybitnie zabawna, ale dziewczyny milczały, w obawie przed obrażeniem Ognika.

— Chyba powinnyśmy już iść…

I Słowianki ponownie wkroczyły w ciemność bagien. Prowadzone przez błękitną wstęgę. Z każdym krokiem opuszczała je nadzieja na uratowanie braci, a nieobecność szamanki napawała je smutkiem…

III

Tomira i Mironiega wydostały się z mokradeł, kiedy ponownie znalazły się w lesie oddychały pełna piersią. Z przyjemnością pozbywały się bagiennych oparów zalegających w najdalszych zakamarkach ich płuc. Koty chodzą własnym drogami, toteż kotek opuścił je od razu po przekroczeniu granicy bagien. Dziewczyny wykończone całonocnym marszem osunęły się po pniu drzewa na miękką powierzchnię z mchu. Uporczywie walczyły ze snem, ale ostatecznie ich oczy zamknęły się na kilka godzin. Z wypoczynku wyrwał je dopiero dziwny dźwięk, dobiegający gdzieś z oddali.

— Słyszałaś? — spytała Mironiega i przysunęła się bliżej towarzyski.

— Nie podoba mi się to.- rzekłaTomira.

Ale niewiasty ruszyły w stronę melodii dochodzącej z głębi lasu. Z każdą chwilą, słyszały wyraźniej słowa, połączone ze szlochem:

Jak radosne żółte trawy,

Jak jesienią złote liście, Jak nocami wielkie sowy,

Tańczyć całe swoje życie…

Las skończył się niespodziewanie, a ich oczom ukazała się przestronna polana porośnięta zbożem i barwnymi kolorowymi kwiatami. Na środku polany leżała dziewczyna. W rękach trzymała skromny bukiet z chabrów. Jej skórzana suknia od pasa w górę była przesiąknięta czerwoną cieczą. Słowianki podbiegły do dziewczyny. Od razu rozpoznały w niej szamankę, a ta natychmiast urwała pieśń i delikatnie odwróciła głowę w kierunku Tomiry.

— Uciekajcie… — wychrypiała i wcisnęła do ręki Tomiry szmaragdowy amulet, następnie zamknęła oczy, lecz już ich nie otworzyła.

Tomira bezskutecznie próbowała obudzić wieszczkę, doskonale wiedziała, że wraz z nią odeszła ich ostatnia nadzieja.

— Tomiro! — Mirusia szarpnęła przyjaciółką.

Ale było już za późno. Z czterech stron polany wyłoniły się wysokie, szczupłe i blade jak śmierć kobiety. Ich jedyną ozdobą były wianki z darów łąk, nie pasowały do wrogich jak i złośliwych wyrazów twarzy Południc. Głowy niewiast przeszywał koszmarny ból, przyćmiewający wszystkie inne zmysły, gdyż wiły się i krzyczały wniebogłosy. Południce coraz bardziej zmniejszały swoją odległość od dziewczyn. Krąg zawężał się z każdą sekundą. Wreszcie dzieliła je tylko odległość ręki i wtedy się zatrzymały, spojrzały dziewczynom głęboko w oczy. Przyjaciółki wyciągnęły przez siebie podarek od szamanki, ale…

Od tego czasu przepadły wieści o Tomirze i Mironiedze, niektórzy twierdzą, że widzieli je snujące się po polach i doglądające zboża, inni mówili, że wszelki ślad po nich zaginął. Wojna w krainie Słowian zakończyła się w zupełnie niespodziewany sposób, nie zwyciężyły ani demony, ani słowiańscy bogowie. Opiekę nad ludem przejął zupełnie ktoś inny. A bohaterzy słowiańskiej mitologii usunęli się w cień na bardzo długi czas.

OSTATNIA ŁZA

Nagiewicz Zuzanna

Krople kwietniowej mżawki nienachalnie pukały w okna ponurych domostw. Zaczynały swoją drogę w łonie Mokosz, tylko po to by pod koniec podniebnej wędrówki wsiąknąć w Ziemię i dać jej życie. Bogini urodzaju od wieków szczodrze obdarowywała rodzimą planetę najcenniejszym darem, jaki można dać. W zamian oczekiwała jedynie szacunku, wdzięczności oraz niezastąpionej radości w oczach ludzi.

Było jesienne popołudnie, pora powrotu dorosłych z pracy, a dzieci ze szkół i przedszkoli. Także umiłowana przez Mokosz część dnia. Szczerze cieszyła się, mogąc oglądać uśmiechnięte twarze ludzi, udających się na spoczynek wraz ze swoimi bliskimi. Za każdym razem, słysząc pochlebne słowa na temat świeżego powietrza po ulewie, bądź zachwalanie tegorocznych obfitych plonów, pojawiał się na jej bladej twarzy nowy uśmiech. Mogła spędzać tak każdy dzień, wraz ze swoimi ukochanymi ludźmi. Była przy nich w chwilach upadków, a także wzlotów od wielu lat.

Mokosz, jak co dzień spacerowała po Ziemi wraz z innymi mieszkańcami tej planety, wsłuchując się w ich rozmowy. Jednak tym razem zamiast słów pochwały, usłyszała jedynie narzekanie na „paskudną pogodę” i zachmurzone niebo. Poczuła jak na jej sercu pojawia się malutka, ale niebezpieczna ryska. W panice szukała innych dowodów, na zdradę jej przyjaciół. Z każdym dniem słyszała coraz więcej obelg, a jej serce zaczynało przypominać potłuczone naczynie.

W bogini zaczął kiełkować smutek, przekształcający się wpierw w rozpacz i rozczarowanie, a następnie złość. Rozeźlona Mokosz szła prosto przed siebie, szybkim krokiem, nie zwracając uwagi na nikogo i na nic, coraz głebiej zatracając się w ponurych odmętach swych myśli. Była zmęczona. Trafiła na płac zabaw, więc usiadła by odrobinkę odpocząć i ochłonąć. I wtedy pojawiła się ona. Cudowna, mała istotka z promiennym uśmiechem na twarzy. Jej okrągłe oczka zdawały się świecić na tyle jasno, że mogły by konkurować ze słońcem na bezchmurnym niebie. Natomiast jej różana twarzyczka nieustannie, delikatnie marszczyła się od uśmiechu. Także jej czerwony płaszczyk śmiało kontrastujący z otoczeniem, zdawał się przekomarzać z ponurą pogodą.

Z upływem czasu i Mokosz zaczęła sie śmiać pod nosem, spoglądając ukradkiem na małego aniołka. Już od dawna nie czuła się tak błogo. Zapragnęła się do niej zbliżyć, zaprzyjaźnić się. Gdy w końcu zdobyła się na odwagę i powolutku podchodziła do dziewczynki, podeszła do niej jej mama. Poganiała swoją pociechę, bojąc się o jej zdrowie mogące się pogorszyć przez chłodny deszcz.

Promyczek radości, wywołany obecnością dziecka, zgasł tak niespodziewanie i gwałtownie, jak się pojawił.

Mokosz została teraz sama, jak palec. Pośród szarych drzew i mgły. Powróciła do kruczoczarnych odmętów swych myśli, w których już zaczął się rodzić plan okrutnej zemsty. Chciała, by niewdzięczni ludzie dostali nauczkę i poczuli to samo co ona, gdy bezwstydnie ją oczerniali. Chciała, by troszeczkę pocierpieli, tak jak ona. Żeby poczuli na swym ciele małe, ostre jak brzytwy igiełki wbijające śię w ich ciała, tak jak w jej z każdą następną obrazą. Czy się niepokoiła i miała wyrzuty sumienia? Owszem, ale tylko na początku, bo przecież niezwykle łatwo jest usprawiedliwić coś czego bardzo chcemy, nawet jeżeli jest to moralnie wątpliwe. Nie minęło wiele czasu, nim wpadła na wprost idealny pomysł. Zaśmiała się złowieszczo pod spiczastym noskiem. Zamierzała im odebrać to, czego tak długo nie potrafili docenić. Przez ułamek sekundy w jej głowie przewinął się obraz radosnej dziewczynki w czerwonym płaszczyku. Szybko minął ustępując miejsce zemście.

Od trzech miesięcy na ziemię nie spadła nawet jedna kropelka deszczu. Sucha i wyjałowiona gleba pękała. Rośliny nie kiełkowały, a te będące już w rozkwicie, przybierały bure barwy i obumierały. Drzewa gubiły wysuszone liście i coraz więcej gałęzi. Wybuchały pożary zniweczając nieraz życiowe dobytki głodujących ludzi. Zwierzęta, przypominające żywe trupy, drastycznie chudły i padały z głodu. Mniejsze jeziora i stawy zamieniały się w podmokłe tereny, lub rozległe dziury w ziemi. Miejsce życia stopniowo zagarniała jej siostra, śmierć.

Zamieszki i wojny domowe doskwierały nawet tym najbardziej rozwiniętym zarówno gospodarczo jak i kulturowo cywilizacjom. Ludzie nie ufali sobie wzajemnie, stali się samolubni i nieczuli na krzywdę bliźnich. Zaczęli się troszczyć tylko o siebie, nierzadko zostawiając starszych i bezbronne dzieci.

Bogini przechadzając się po swoim królestwie, słyszała płacz i pełne rozpaczy krzyki, zamiast jak niegdyś chichoty i pełne entuzjazmu głosy. Mimo, że smucił ją ten widok, musiała ukarać poddanych. Musiała dać im nauczkę, by więcej nie popełnili tak karygodnego błędu.

Ślepa na nieodwracalną krzywdę wyrządzaną bliskim, nieustępliwie kontynuowała wyznaczony zamiar. Mimo widocznej skruchy ludzi, wciąż miała w sobie pokłady wrogości wobec nich, a satysfakcja, na którą liczyła, była wciąż daleko. Jej zapał zamiast maleć, rósł wraz z pragnieniem zobaczenia cierpienia i pokory w ludzkich oczach. Pragnęła, by podziwiali jej potęgę oraz dawną hojność, którą ich raczyła.

Pewnego dnia zachęcona wspomnieniami wróciła na placyk zabaw. Usiadła na zardzewiałej ławce i delektowała się grobową ciszą, wolną od jęków, lamentów i płaczy. Niespodziewanie jakiś cichutki dźwięk zaczął mącić odpoczynek Mokosz. Był to zduszony płacz. Dobiegał z drugiej części placyku. Zaciekawiona, odchyliła nieco głowę, by ujrzeć źródło hałasu. Serce momentalnie zamarło jej w piersi. Na huśtawce siedziała skulona dziewczynka w czerwonym płaszczyku. Jednak nie był tak cudownie szkarłatnie piękny jak podczas ich ostatniego spotkania. Rękawki się pruły, nie miał górnego guziczka i cały był w błocie. Włosy miała potargane, a w jednym z trzewiczków ziała duża dziura. Aniołek przestał płakać i podniósł głowę, zerkając smutno na Mokosz. Jak to możliwe? Przecież jestem niewidoczna dla śmiertelników- dziwiła się. Puściła jej delikatny uśmiech, lecz w odpowiedzi dostała jedynie to samo, co wcześniej nieszczęśliwe spojrzenie.

Niedługo do dziecka podeszła elegancka kobieta w garsonce. Usiadła koło niej i zaczęła jej coś tłumaczyć. Dziewczynka zaczęła płakać, a kobieta ją pocieszała.

Mokosz przez chwilę chciała ją zatrzymać. Przecież do dziewczynki przychodziła tylko mama. I wtedy zdała sobie sprawę, że mamy już nie ma. Zabrała ją Marzanna, bogini śmierci, wraz z wieloma innymi rodzinami, pogrążając bliskich w rozpaczy. Poczuła ukłucie w sercu, a wraz z ukłuciem w jej wielkich jak spodki oczach pojawiły się łzy.

Niechciane łzy zamieniły się błyskawicznie w rwący potok.

W tym samym momencie wszyscy ludzie z nadzieją popatrzyli w pochmurne niebo. Zaczęło padać. Lecz niepozorny na początku deszczyk przeobraził się w agresywną i surową burzę. Ludzie, jak szaleńcy tańczyli i śpiewali, korzystając z resztek swoich sił. Na niebie, jedna za drugą, pojawiały się błyskawice. Wtem jeden z piorunów padł nieopodal ławki na której siedziała. Spojrzała zapłakanymi oczyma w bok i wydała z siebie okrzyk rozpaczy.

W kałuży leżało drobne dziewczęce ciałko. Dziewczynka nie żyła. Mokosz przestała płakać. Teraz burzę zastąpiła jedynie delikatna mżawka troskliwie otulająca niegdyś pełne energii dziecięce ciało. Było już tylko skorupą. Deszcz będący ramionami bogini czule przytulał aniołka szepcząc pełne ciepła i pocieszeń słówka w lodowate ucho.

Było już za późno.

Nie tylko zwyczajni śmiertelnicy, tacy jak my, ale także i bogowie muszą ponosić nieuniknione konsekwencje swoich działań.

SIŁA WYŻSZA

Kosidło Adrianna

Pani Varskovsky siedziała na dębowym krzesełku i stukała piórem w blat biurka. Na dworze padał rzęsisty deszcz i czuć było, że zaraz nadejdzie burza. Kobieta wstała i poszła zaparzyć rumiankową herbatę. Od pokoleń w jej rodzinie mówiono, że rumianek odstrasza złą pogodę i niepowodzenie. Pani Varskovsky od zawsze była przeciwna takim zwyczajom, ale tym razem postanowiła spróbować. Po kilku minutach burza rozpętała się na dobre, a co gorsza, gałąź drzewa nieopodal domu uderzała w okno, które było już u schyłku życia.

— Rumianek na niepogodę — powiedziała z przekąsem pani Varskovsky i poszła walczyć z ledwo trzymającą się okiennicą.

Następnego dnia ulewa ustała, a na niebie było widać piękne słońce. Kobieta jak co rano, wyszła na dwór i poszła po nową gazetę z najnowszymi informacjami. Kiedy dotarła do straganu, tęgi właściciel przywołał ją ręką.

— Witam panią, pani Varskovsky! Już mam tutaj przygotowaną gazetę dla Pani, ale dzisiaj wyjątkowo, dostarczono mi ten oto list. Wydaje mi się, że został nadany przez Pani siostrę.

— List? A z jakiej to okazji? — kobieta próbowała udawać spokojną — W każdym razie dziękuję.

— Nie ma za co pani Varskovsky! — odrzekł właściciel i wrócił do swoich obowiązków.

Kobieta całą drogę zastanawiała się, dlaczego jej siostra postanowiła do niej napisać. Nie rozmawiały ze sobą od ponad dziesięciu lat przez tę nieszczęsną kłótnię. Po tamtej awanturze pani Varskovsky postanowiła wynieść się z rodzinnego miasteczka i zamieszkać sama na obrzeżach lasu. Żyło jej się tu bardzo dobrze, nie musiała narzekać na hałas i dodatkowo miała dużo miejsca dla siebie. Jedyną rzeczą, która czasami nie dawała jej spokoju- była samotność. Odczuwała ją głównie wieczorami i próbowała z nią walczyć śpiewaniem kołysanek swojej matki.

Kiedy w końcu dotarła do domu, usiadła na ganku i szybkim ruchem otworzyła kopertę. Ku jej zaskoczeniu, ujrzała piękny karbowany papier z wieloma zdobieniami.

— Cóż to za ważna okazja? — zastanowiła się pani Varskovsky po czym zaczęła czytać list.

Droga Valeriano,

chciałabym Cię serdecznie zaprosić na pierwsze urodziny mojej córeczki Milei, dokładnie za tydzień, koło południa. Adresu nie muszę pisać, dobrze wiem, że go pamiętasz.

Twoja siostra,

Ludomiła

Po przeczytaniu krótkiego listu kobieta była bardzo smutna. Nie dlatego, że jej siostra miała dziecko, ale z tego powodu, że jako ciotka dziewczynki dowiedziała się o jej istnieniu dopiero po roku. Pani Varskovsky przez resztę dnia raz się uśmiechała, a raz głośno płakała. Chciała poznać to dziecko już teraz i zobaczyć, czy jest do niej chociaż w najmniejszym stopniu podobne. Dodatkowo pragnęła, by ich relacje się poprawiły.

Kiedy nastał wieczór, a niebo spowijał już, mrok kobieta usłyszała głośne pukanie do drzwi. Bardzo się zlękła, ponieważ nikt nigdy jej nie odwiedzał, a w szczególności o takiej porze. Delikatnie uchyliła drzwi. Do środka, na czarnym koniu, wjechała trzygłowa postać z zasłoniętymi oczami i ustami.

— Kkk… im jesteś? — zapytała przerażona pani Varskovsky i oparła się o krawędź stołu, aby przypadkiem nie upaść.

— Spokojnie, znasz mnie z opowieści. Zwą mnie Trojanem- panem trzech światów.

— Trojan? Ale… czego chcesz od zwykłej śmiertelniczki?

— Otóż, słyszałem, że dostałaś wielce radosny list. Ohh… jakież to wspaniałe, że w końcu będziesz mogła poznać swoją siostrzenicę, nieprawdaż? Jednak mam dla ciebie pewną propozycję.

— Propo… propozycję?

— Tak. Propozycję. Jak zapewne wiesz jako Trojan w świetle słonecznym umieram, co prawda mogę się trzy razy odrodzić, ale jest to dosyć uciążliwe. Mam dla ciebie śmiertelniczko propozycję- Jeżeli pomożesz mi i zdobędziesz pierścień Swaroga, który pozwoli mi kroczyć po Ziemi za dnia, wtedy dziecko twojej siostry przeżyje. Oczywiście, jeśli go nie znajdziesz w ciągu trzech dni i trzech nocy, twoją małą siostrzenicę będzie musiała zabić kikimora. A może ja ją zjem? W końcu bydło i ryby już mnie nudzą…

— Przestań! Ja… znajdę ten pierścień. Ale daj mi chociaż jakąś wskazówkę.

— Dobrze. Pierścień jest tam, gdzie świeci najjaśniej. Do zobaczenia Valeriano!

Kobieta przez całą noc nie mogła zasnąć. Cały czas słyszała w głowie furkot wrzeciona i wyobrażała sobie, jak koszmarne kikimory zabijają jej siostrzenicę. Nie mogła znieść myśli, że w końcu, kiedy wszystko zaczynało się układać, zły los jak zwykle wszystko niszczył.

Następnego dnia Pani Varskovsky już od samego rana zaczęła szukać magicznego pierścienia. Przeszukała całą swoją biżuterię, a kiedy nic nie znalazła poszła na targ trzy mile od swojego domu. Jak też się spodziewała, tam także niczego nie było. W drodze powrotnej kobieta zaczęła zdawać sobie sprawę, że znalezienie pierścienia Swaroga nie będzie takie łatwe, a wskazówka, którą dał jej Trojan, jest raczej zagadką niż konkretnym wskazaniem, gdzie ukryty jest obiekt pożądania Trojana.

Resztę dnia pani Varskovsky spędziła na pakowaniu się, ponieważ już następnego dnia miała dostać się dorożką do rodzinnego miasteczka. Czuła, że jest na przegranej pozycji. Nie miała pojęcia, gdzie jest to miejsce, w które ”świeci najjaśniej” i jak w ogóle powinien wyglądać ten pierścień. Wydawało jej się, że już nic nie może zrobić oprócz pogrążania się w rozpaczy z powodu przyszłej tragedii. Z tego powodu z minuty na minutę coraz bardziej pogrążała się w smutku. Wracały dawne wspomnienia, z którymi wydawało się, że sobie poradziła. Jednak zdarzenie, które miało miejsce dziesięć lat temu, na nowo zostało przywołane przez jej umysł. Wracała do czasu, kiedy to jej matka umarła, a ona została posądzona o jej śmierć. Jej siostra na początku nie potrafiła w to uwierzyć, ale z dnia na dzień wszystko zaczynało się zmieniać. Dziwne spojrzenia, niepewność i nieufność. Kobieta zaczęła wtedy zauważać, że Ludomiła widzi w niej to, co każdy we wsi — potwora. Nawet nie człowieka, a koszmarną, szkaradną istotę, która zabiła własną, bezbronną matkę. Najgorsze było to, że kiedy każdy obwiniał ją za te okropny czyn, ona sama zaczęła w to powoli wierzyć. Z tego powodu postanowiła wyprowadzić się niedaleko lasu.

Kiedy nastał kolejny poranek, mgła zaczęła już powoli opadać, ale rosa cały czas tańczyła na płatkach kwiatów. Wokół czuć było jakąś niesamowitą aurę, która wprowadzała każdego człowieka w wir przemyśleń. Pani Varskovsky także została sam na sam z własnymi myślami. Jechała już w stronę rodzinnego domu, myśli jej krążyły wokół ostatnich wydarzeń. Nagle, wśród ciemnych borów, pani Varskovsky zauważyła małą, pomarszczoną kobietę z kurzymi nóżkami — kikimorę. Zaczęło robić jej się niedobrze, ponieważ wiedziała, że śmierć małej Milei za chwilę stanie się prawdą. Przez resztę drogi starała się o niczym nie myśleć.

Kiedy dotarła do siostry, czuła się przytłoczona negatywnymi emocjami. Chciała uciec z tego miejsca, a zarazem znowu poczuć zapach domu. Nie mogła uwierzyć, że znowu się tu znajduje.

— Valeri. Witaj… — usłyszała pani Varskovsky i raptownie odwróciła się w kierunku dobiegającego głosu. Od razu wiedziała, kto to powiedział.

— Cześć Ludomiła. — powiedziała oschłym głosem pani Varskovsky — bardzo się zmieniłaś.

Ku zdziwieniu pani Varskovsky jej siostra podbiegła do niej i z całej siły ją uściskała. Kobieta poczuła, że z jej policzków zaczynają spływać łzy. Nie sądziła, że ta chwila może być dla niej aż tak emocjonująca.

— Ludomiła? Gdzieś ty znowu poszła? — rozbrzmiał jakiś męski głos.

— Ah, Valeri, chodź. Przedstawię ci mojego męża — zwróciła się do siostry Ludomiła i razem weszły do domu.

Kiedy pani Varskovsky przekroczyła próg drzwi od razu ujrzała dziecięcą kołyskę, w której leżała mała dziewczynka. Kobieta podeszła bliżej i kiedy ujrzała jej twarz, wszystko zaczęło nabierać sensu. W jej głowie rozbrzmiewało tylko jedno zdanie pierścień jest tam gdzie świeci najjaśniej. Od razu zrozumiała, że Trojanowi nie chodziło o zwykłą biżuterię. Chodziło o dziecko.

Przerażona wybiegła z domu i zaczęła rozmyślać. Nie mogła uwierzyć, że bóg zdołał w tak karygodny sposób ją oszukać. Nagle w jej głowie zrodził się pewien plan. Zaczęła donośnie wzywać boga władającego ogniem, niebem i słońcem — czcigodnego Swaroga. Kiedy ten pojawił się przed nią, pani Varskovsky nawet przez chwilę nie wahała się, odważnie spojrzała prosto w oczy boga słońca i rzekła.

— Drogi Swarogu, nie prosiłam, abyś przybył, by cię wysławić. Mam do ciebie prośbę.

— Prośbę? — zapytał zaintyrygowany Swaróg.

— Tak, chciałabym, abyś zabił boga Trojana. Aby skąpał się on w gorącym słońcu, którego jesteś panem i poczuł, że najjaśniejsza chwila jeszcze nie nastała.

— Dobrze. Wiedz jednak, że bogowie nie robią niczego za darmo.

— Jestem gotowa zrobić, co tylko chcesz — odpowiedziała pewna siebie kobieta. Wiedziała, że nie może dopuścić do śmierci małej siostrzenicy.

.Następnego dnia pani Varskovsky umówiła się na spotkanie z bogiem Trojanem, mówiąc mu, że ma jego pierścień. W tym czasie pojawił się również Swaróg, który roztoczył nad Trojanem słoneczną poświatę. Trzygłowy spalił się w blasku światła wraz ze swymi podwładnymi kikimorami.

Kilka dni później, kiedy pani Varskovsky była już w swoim domu, w nocy przyśnił jej się sen. Na początku zobaczyła wir ciemności, a następnie z czeluści mroku zaczął wyłaniać się Swaróg.

— Już czas spełnić obietnicę Valerino- powiedział.

Kobieta zaczęła wspinać się po schodach, aż w końcu dotarła do dziwnej światłości- były to Zaświaty.

Następnego dnia pani Varskovsky nie było już w łóżku. Poświęciła siebie, by uratować życie, które dopiero rozkwitało.

KSIĘGA

Jędrasik Julia

Światło małej, lawendowej świeczki rozpływało się leniwie po zdecydowanie za dużym dla niego pomieszczeniu. Miało niełatwą misję. Poza byciem jednym źródłem jakiejkolwiek jasności w pokoju, było również jedynym świadkiem sytuacji, która miała w nim miejsce. Doprawdy, ogromna odpowiedzialność, zwłaszcza dla czegoś, co jest tak często ignorowane.

Blondynka drżała, nerwowo ściskając w rękach pudełko zapałek. Bała się jak jeszcze nigdy i oczekiwała jakiegokolwiek pocieszenia, rozweselenia ze strony bruneta, ale ten nie zwracał najmniejszej uwagi na cokolwiek, co nie było Księgą. Mianem tym określał starą, nieco nadgryzioną przez ząb czasu książkę, którą znalazł na strychu swojego dziadka. Starszy mężczyzna mieszkał w wiekowym domu od zawsze, jednak zarzekał się, że nigdy nie widział jej na oczy, dlatego chłopcu wydawała się jeszcze bardziej tajemnicza. Staruszkowi książka potrzebna była jak umarłemu kadzidło, więc z przyjemnością oddał ją wnukowi. Okazało się, że treść Księgi napisana jest przezroczystym atramentem, co jeszcze bardziej zaciekawiło chłopaka. Czytał kiedyś o tym sposobie zatajania wiadomości, teraz wreszcie nadeszła idealna okazja, żeby spróbować odczytać to, co ktoś ukrył przed oczami ciekawskich. Zaraz, gdy tylko wrócił do domu, złapał żelazko i delikatnie, z pokrętłem ustawionym na niską temperaturę, przejechał urządzeniem po kartce. Napisy jednak ani myślały się pojawić. Wtedy wpadł na inny pomysł, użyje lampki ze światłem ultrafioletowym. Nie sądził, że ktoś posunie się aż do takich metod, by przekazać informację tylko wybranym, dlatego z jeszcze większą determinacją szukał sposobu, by odczytać tekst. Dla kogo była przeznaczona wiadomość? To nie dawało młodzieńcowi spokoju. Niestety, nie przejął się tym niemym ostrzeżeniem i w nocy, kiedy rodzice już dawno spali, przeczytał zawartość tomu od deski do deski.

Książka napisana była naprawdę trudnym językiem, ale jej zawartość… Instrukcje przywoływania, wypowiadania zaklęć, rysowania pentagramów. Chłopak strasznie był podekscytowany, może zbyt pochopnie, ale postanowił, że… przywoła Szatana. Tak naprawdę od dłuższego czasu interesował się demonologią, a znalezienie Księgi tylko wzmogło to zainteresowanie. Minęło trochę czasu, podczas którego zebrał niezbędne materiały. Był przygotowany idealnie.

Teraz siedział koło klęczącej, nieco przygarbionej Ady, która kilka dni temu, z niemałym entuzjazmem, zgodziła się pomóc mu przy przywoływania, ale aktualnie dziewczyna wyglądała bardziej, jakby cierpiała z powodu okropnego bólu brzucha, a nie pomagała dobremu kumplowi z tak fascynującą sprawą. Artur spojrzał na nią z wyrzutem.

— Jeśli nie chcesz zrobić tego ze mną, możesz wyjść. Nie trzymam cię tu. — mruknął pod nosem, rozpalając kolejną zapałkę. Jasnowłosa aż otworzyła usta ze zdziwienia. Nie poznawała chłopaka, nie takiego go znała. Spuściła ponownie głowę.

— Nie, w porządku… zostanę — odparła cicho nieswoim głosem.

Artur nawet nie podniósł już na nią wzroku, tylko zapalał resztę świeczek. Kiedy zapalił szóstą, w pokoju zrobiło się nagle bardzo zimno. Dziewczyna objęła kolana ramionami, a chłopak tylko uśmiechnął się kącikami ust. Tak miało być. Pochylił się nad Księgą, jakby przysuwał się do pięknej ukochanej i przejechał lekko opuszkami palców po stronie poświęconej przywoływaniu.

— Piękna… — szepnął niemal bezdźwięcznie.

Ada spojrzała na niego pytająco, nie rozumiejąc, o co chłopakowi chodzi, ale on już szeptał słowa w jakimś dziwnym języku, przymykając oczy. Pentagram, na którym ustawione były świeczki zaczął dziwnie świecić. Przyjaciółka wywołującego doskonale wiedziała, że powinna teraz zamknąć oczy, ale nie dała rady. Po prostu gapiła się tę scenę, prawie sparaliżowana ze strachu. Kiedy chłopak wypowiadał ostatnie słowa, świeczki zgasły, wszystkie naraz. Zrobiło się ciemno, zresztą było już dość późno, a w domu nie było nikogo innego, kto mógłby siedzieć przy zapalonym świetle. W pewnej chwili Ada krzyknęła i wybiegła z pokoju, a później z domu. Artur kompletnie się tym nie przejął. Uciekła to uciekła, po co drążyć temat. Wiedział, że sam ma wystarczająco siły i wiedzy, żeby poradzić sobie ze wszystkim samodzielnie. Chwilę później na pentagramie pojawiło się coś, co przypominało małe tornado, utkane ze złowieszczego, ciemnego wiatru. To nie było to, czego chłopak oczekiwał, w żadnym wypadku nie. Ale nie zamierzał uciekać. Może właśnie tak powinno być? Po chwili jednak w środku tornada pojawiły się czerwone, wściekłe oczy. Powoli zaczynało to być niepokojące. Nagle trąba powietrzna zaczęła formować się w coś na kształt wietrznego, potężnego ciała. Było wielkie i przerażało chłopaka, który drżał z niepokoju. Nie tak wyglądał Szatan, którego widział na stronach Księgi.

Po chwili monstrum, w pełni już uformowane, ale trochę jakby rozmyte, odezwało się niskim, tubalnym głosem.

— Jak się nazywasz, chłopcze?

W głosie tym dało się czuć niesamowitą potęgę, która nie pozwalała chłopakowi sprzeciwić się, czy chociaż zignorować pytanie demona.

— A-artur… Kalicki, panie Szatanie.

Stwór spojrzał na niego ze wściekłością, po czym w pokoju rozległ się jego szorstki, przyprawiający o dreszcze śmiech.

— Ja — przemówiła znów straszna istota — jestem Poświst, demon, którego znali twoi przodkowie! Pisali o mnie pieśni i składali mi ofiary, a ja zajmowałem się wiatrami i wichurami, a ty, śmiertelniku, nazywasz mnie Szatanem? Pozwalasz sobie, oj pozwalasz…

Chłopak był już blady jak ściana. Nie miał pojęcia, co powiedzieć. Chciałby, żeby to był jakiś zły sen albo głupi żart… Czy to działo się naprawdę, czy może za chwilę obudzi się w swoim łóżku, albo zobaczy roześmianą Adę, drwiącą z jego strachu przed głupim żartem

— Ale moja Księga… — wyjąkał tego, chcąc jakby wytłumaczyć demonowi, skąd wziął się jego karygodny błąd, ale tamten tylko się uśmiechnął.

— Jakby informacja, że zielony jest niebieskim, oprawiona była w okładkę, uwierzyłbyś w nią równie łatwo? — spytał demon, jakby kpiącym tonem, ale Arthur nie miał już szansy odpowiedzieć. Zrobiło mu się ciemno przed oczami i upadł na podłogę.

To, czego za chwilę doświadczył chłopak, w żadnym wypadku nie może być nazwane delikatną pobudką. Obudził się bowiem na zimnym polu. Wiał wiatr tak mocny, że chłopak wręcz widział oczami wyobraźni, jak jego ciało jest brutalnie zmienione z powierzchni ziemi przez zimne wiatry, a dusza, rwana szalonym wichrem, tańczy dziki taniec. Rozglądał się nerwowo, przerażony tym, co działo się wokół niego. W powietrzu bezładnie latały różnorakie przedmioty i meble, które nie wiadomo, skąd się tu wzięły. Czuł się, jakby był w środku trąby powietrznej. Szukał wzrokiem czegoś znajomego, chociaż kawałka znanej przestrzeni, ale jedyne, na co natrafił to te straszne, czerwone oczy. Skulił się jak małe dziecko, chowając głowę między uda. Ponownie wylądował na niewygodnym podłożu.

Nagle w jednej chwili wszystko ucichło, a on obudził się w bardzo nieprzyjemnej pozycji, na czymś twardym. Podniósł się lekko i rozejrzał. Po kilku sekundach dotarło do niego, skąd wzięła się druga tego dnia pobudka.

— Kalicki — jego nazwisko wypadło z ust nauczycielki jak pocisk z karabinu. Chłopak aż się wzdrygnął, kiedy usłyszał jej następne słowa — do tablicy, już.

Spojrzał na profesorkę, chcąc błagać ją o litość, ale zanim otworzył usta, przeszły go lodowate dreszcze. Kobieta miała identyczne oczy jak Poświst, przerażające bóstwo. Artur chciał wstać i natychmiast wybiec z klasy albo najlepiej ze szkoły, ale po prostu nie mógł. Coś niezwykle mocnego trzymało go z całej siły, po czym, ku jeszcze większemu przerażeniu chłopca, kazało mu stanąć na środku sali. Zerknął na klasę, natychmiast tego żałując. Ciała wszystkich były utkane z wiatru, ledwo rozpoznawał kolegów i koleżanki. Cofał się, aż wpadł na ścianę

— Kalicki, przestań się wydurniać i rozwiąż w końcu to zadanie? — zirytowała się nauczycielka.

Klasa zachichotała.

Czyżby mu się wydawało? Wszystko wyglądało normalnie, on zrobił z siebie pośmiewisko, a koledzy mieli dobre przedstawienie. Artur wstał, trochę jeszcze otumaniony, złapał białą kredę i posłusznie wykonał polecenie nauczycielki.

Na następnej lekcji była biologia. Chłopak nie miał najmniejszego problemu z tymi zajęciami, więc postanowił, że ten jeden raz odpuści sobie uważanie na zajęciach i zastanowi się, co tak naprawdę się wydarzyło. Spojrzał zamyślony przez okno, po czym zdziwiony znów otworzył usta. Na dworze szalała wichura, drzewa pochylały się prawie do samej ziemi, a gdzieś obok dało się zauważyć niewielką trąbę powietrzną. Klasa patrzyła jak zahipnotyzowana na tablicę. Naprawdę nikt nie widział tego, co dzieje się na dworze?

Artur zerwał się z ławki.

— Boże, ratujmy się! Przecież zaraz zmiecie naszą szkołę i wszyscy zginiemy!

Uczniowie, jak i nauczyciel, który do tej chwili uważał chłopca za mądrego ucznia, spojrzeli na niego wymownie. Za oknem była piękna pogoda, świeciło słoneczko.

Artur opadł zrezygnowany na krzesło, a salę wypełnił śmiech. Nauczyciel, zbyt rozbawiony tą sytuacją, nawet nie pomyślał o wstawieniu chłopakowi uwagi.

Po lekcjach Kalicki od razu wybiegł na pole, które pamiętał z wczoraj. Nogi same go tam powiodły. Bał się przyzywać znów demona, więc tylko spojrzał w niebo i wykrzyczał z całych sił.

— Zostaw mnie! Błagam, zrobię wszystko, tylko mnie zostaw w spokoju!

Zobaczył znów czerwień oczu bóstwa, ale jakby mniej wyrazistą. I nigdzie nie widział tornada ani wichury… wiał tylko spokojny wietrzyk.

— Porozmawiaj ze swoimi przodkami o dawnych tradycjach… — usłyszał znów przerażający, ale dużo spokojniejszy głos — zostaw chociaż słodką bułeczkę podczas Dziadów… I nie zapominaj, o tym, jak żyli twoi przodkowie, mój chłopcze.

Artur kiwnął z przejęciem głową. Obiecał sobie, że spełni polecenie bóstwa i obietnicę spełnił. Od tamtej pory nie widział Pośwista już nigdy, ale zawsze, gdy zbliżała się wichura, przechodziły go dreszcze. Księgę oddał do antykwariatu, całkiem za darmo.

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę