drukowana A5
23.87
Bachantki

Bezpłatny fragment - Bachantki


Objętość:
93 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0208-7

Osoby:

DIONIZOS (Bachus, Bach)

CHÓR BACHANTEK

TEJREZJAS (Teirezjasz), wróżbita

KADMOS, założyciel Teb

PENTHEUS (Penthej), król tebański

SŁUGA

GONIEC I

GONIEC II

AGAWE, córka Kadmosa, matka Pentheusa

Rzecz dzieje się w Tebach.

DIONIZOS

A zatem na tebańskie przybyłem zagony,

Ja, Zeusa syn, Dionizos, ongi urodzony

Z Semeli, latorośli Kadmowego domu,

Co zległa, rozwiązana błyskawicą gromu.

Na ziemskie kształty bożą zmieniwszy urodę,

Mam oto źródła Dirki i Ismenu wodę,

Grobowiec mej zabitej od pioruna matki

I domu królewskiego dymiące ostatki:

Niebieskie jeszcze ognie tlą się w tej ruinie,

Od których, tak się stało, ma rodzica ginie,

Ofiara zemsty Hery. Kadma chwalę sobie,

Że kazał tak ogrodzić to miejsce przy grobie

Swej córki. I me ręce również osłoniły

Bogatym winogradem świętość tej mogiły.

Rzuciwszy ziemię Lidów, gdzie złota bez końca,

I Frygów, równie Persów, spalone od słońca,

Baktryjskie dalej mury, szare Medów niwy

Za sobą zostawiwszy; przebiegłszy szczęśliwy

Arabii kraj i Azję całą u wybrzeży

Mórz słonych, co basztami pięknych miast się jeży,

Gdzie z tłumem barbarzyńców zmieszały się Greki,

Obrządek mój, me pląsy w tej strefie dalekiej

Zaprowadziwszy wszędzie, by miano w pamięci,

Że jestem bóg, do tego według mojej chęci

Przebyłem naprzód miasta, by tebańskie rzesze,

Nim inny kraj helleński zaprawię w uciesze,

Rozwydrzyć, ciała w skóry przyodziać jelenie,

Dać w ręce tyrs, bluszczowy ten mój bełt! Nasienie

Niedobre, siostry matki mojej, co się przecie

Bynajmniej nie godziło, zaczęły po świecie

Rozgłaszać, że Dionizos to nie syn Zeusowy,

Że matka ma, Semele, z Kadmosa namowy

Na bóstwo całą hańbę swojej winy złoży,

Gdy człowiek ją śmiertelny, a nie władca boży,

Zapłodni i że potem — tak ją piętnowały —

Zeus matkę mą uśmiercił za ten wymysł cały.

I dla mnie w tej obeldze dość było powodu,

By zmysły im pomieszać i wypędzić z grodu,

Więc dzisiaj siedzą w górach z obłąkaną duszą

I w godła moich orgii przystrajać się muszą.

I jaka tylko żyła w tych murach niewiasta,

Musiała precz uciekać z Kadmowego miasta,

Ażeby wszystkie razem, z królewskimi córy

Złączywszy się, bez dachu, na złomiskach góry

Samotnych, opoczystych, wśród zieleni jodły

Swój żywot obłąkany dziś i zawsze wiodły.

Bo niechaj grodu tego uczują mieszkańce,

Z swą wolą czy wbrew woli, że dotąd o tańce

Bachijskie i obrzędy nie nazbyt się wiele

Troszczyli. Pragnę także i matkę, Semelę,

Obronić, gdy się ludziom jako bóg ukażę,

Którego to Zeusowi porodziła w darze.

Król Kadmos rządy państwa przelał już w tym czasie

Na syna drugiej córki, Pentheja, ten zasię

Mą boskość lekceważy, w zalewkach nie sprzyja,

W ofiarach i modlitwach. Zobaczy on, czyja

Jest słuszność, kto mocniejszy! Żem bóg i że godnie

Należy uczcić boga, chyba udowodnię

I jemu, i mieszkańcom jego Teb!… Pod nieba

Zaś inne, zarządziwszy tutaj, co potrzeba,

Wybiorę się w te tropy, aby ludziom w ślepie

Zaświecić swą boskością! Zacnie ja przetrzepię

Tych jego Tebańczyków, gdyby wściec się chcieli

I z gór moje bachantki pędzili. Jeżeli

W tej jawię się posturze, jeżeli się z boga

W człowieka przedzierzgnąłem, to na to, by sroga

Spotkała ich nauka: Menady zgromadzę

I huzia! hej! Zobaczą, kto ma tutaj władzę!

Niewiasty! Posłuchajcie! Za moim rozkazem

Od Tmolu, niw lidyjskich strażnicy, wy razem

Przyszłyście tutaj ze mną, wy, moje podróże

Z ziem cudzych wraz dzielące! Frygijskie — a nuże! —

Brać bębny, wynalazek mój i matki Rhei!

Otoczyć dom królewski z poszumem zawiei,

Bić w błony, co tchu starczy, na słychy i dziwy

Kadmosowego miasta! Ja teraz na niwy

Kithajronowe skoczę, w jar, gdzie jest zebrany

Korowód mych bachantek, i puszczę się w tany!

CHÓR

Azji smug,

Święty Tmol

Opuściłam wśród swych dróg.

By mnie słyszał szumny bóg,

By go uczcił okrzyk mój!

W Bacha cześć

Łatwo znieść

Ten nieznojny, święty znój!

Któż tam, hej!

W gmachu tym?

Któż mi w drodze stanął mej?

Precz mi z oczu! Milczeć chciej,

Kto tu żyw jest, kto tu zdrów!

Bogu my

Ślemy tchy

Wrzących hymnów, wrzących słów!

Szczęśliwy, zaiste, człek,

Kto się do służby bożej

Całą swą duszą przyłoży,

Kto, życia swojego bieg

Kierując w góry

Na wtóry

I tańce bachijskie, najradziej

Im oddan, gładzi

Swe grzechy!

Szczęśliwy, kto się weseli

Wraz z nami

Pląsami

W cześć wielkiej Macierzy Kybeli.

Kto, pełen szalonej uciechy,

Tyrsos w swą ujmie dłoń,

Bluszczem uwieńczy skroń

I wielbi, i chwali

Najdbalej

Dionizową moc!…

Hejże ku mnie

Tłumnie, szumnie,

Ty bachantek ciżbo mnoga,

Coś szumnego tutaj boga,

Którego sam spłodził bóg,

Od górzystej Frygii dróg

Do helleńskich wiodła smug!…

Jakżeż ci on ujrzał świat? —

Znosząc strasznych bólów siła,

Rodzica go poroniła,

Gdy Zeus z swym piorunem spadł.

I przerażona

Wraz skona

Pod razem strasznego gromu.

Lecz z zmarłej domu

Położnej

Kronida Zeus go zabierze

I w biodrze,

Przeszczodrze

Obwiódłszy je złotem, by Herze

Sprzed ócz go usunąć, ostrożny,

Zamyka dziecię

I, wiecie,

Gdy Mojry porodu czas

Wydzwoniły,

Gromosiły

Zrodził bóstwo, co na czole

Pokazało rogi wole

Oraz wieniec, splecion z żmij:

Stąd, Menado, zbrojna w kij,

Z wężów sobie warkocz wij!…

Tebański grodzie mój,

Ojczyste gniazdo Semeli!

Niech się, kto żyw jest, weseli!

W bluszczu leśnego zwój

Każdy swe czoło strój!

Strójcie się, strójcie się w kwiaty,

W powój, zielenią bogaty,

W gałęzie dębu czy jodłę

Na Bacha wesołą modłę!

Skóry zarzućcie jelenie

Na białe z wełny odzienie.

Swawolne chwyciwszy pręty,

Święćcie obyczaj święty,

A wnet, za wami w ślad,

Ruszy się cały świat,

W tan się on puści, w tan,

I ten nasz szumny pan

Do gór powiedzie, do gór

Swój rozpasany chór,

Tam czeka już gawiedź radosna,

Od płochy wygżona i krosna

Przez Dionizosa-boga!

Kuretów schronie, hej!

Zeusa prześwięta kolebo,

O Kreto, skąd się pod niebo

Z leśnych unosił kniej

Wrzask Korybantów, rej

Wiodących w bożej uciesze!

Wszakże ci ongi ich rzesze,

Strojne w szyszaku trzy kity,

O, ten nasz skórą obity

Krąg wynalazły i świetnie

Frygijskie, łagodne fletnie,

Dźwięk ich przesłodki, przemiły,

Z jego rozhukiem spoiły!

Do Rhei-macierzy rąk

Bębenny dały krąg,

Ażeby głośniej brzmiał

Święty bachijski szał.

Od niej Satyrów tłum

Wziął go na huk i szum

W to uroczyste trzechlecie,

Którym się cieszy na świecie

Władca nasz Dionizos.

O, jakiż słodki, rozkoszny to żar,

Gdy, górski rzuciwszy jar —

Kiedy ze skalnej krawędzi

W doliny nasz orszak boży

Pędzi —

Kiedy ta rzesza rozwiozła,

Spragniona wrzącej krwi kozła —

Gdy w niej żywego mięsa głód się sroży,

Kiedy jej pachnie krew,

Do Frygii czy Lidii gór

W spłachciu z jelenich skór

Rwie się!

A przed nią po polu, po lesie

Hu! ha! krzyk Bacha się niesie!

I wraz po dolinie, wyżynie

Mleko strugami płynie

I wino płynie w bród,

I płynie nektar-miód,

I całą w okrąg błoń

Syryjska napełnia woń!

I Bachus żywiczne łuczywo

Wyciągnie z swej trzciny co żywo

I, potrząsając ogniami,

Tumani swój orszak i mami,

Do tańców-łamańców

Rwie

W lot!

I głosy w niebiosy

Śle —

Swój zew,

Swe wrzaski hukliwe

Na niwę

Rozlewa.

I bujne swe włosy,

Kędziorów splot,

Na wiater rozpuszcza, na wiew!

I leje się krzyków ulewa

Po polu,

Przez uroczyska

Kniej:

«Hej! cudna kraso Tmolu,

Co szczerym złotem tryska,

Bachantki moje, hej!

O, wy bachantki me!

Hu!

Chodźcie tu! Chodźcie tu!

By, co tylko starczy tchu,

W Dionizosa cześć

Hymn rozgłośny wznieść!

Oszalała w swej ochocie

Przy straszliwym bębnów grzmocie

Oszalałe niech hejnały

Pierś wyrzuca! Oszalały

Chce ją słyszeć bóg!

A frygijskiej, dzikiej burzy,

Łagodząc jej huk,

Niechaj słodki dźwięk zawtórzy —

Niech świętego fletu święta

Płynie nuta i do gór

W ten swój wtór

Mych bachantek wiedzie chór!

I w te tropy,

Wskroś przejęta,

Wyrzucając chyże stopy,

Jurna dziewka, jak źrebięta,

Przy klaczy, swej matce, na łące

Skaczące,

Pędzi za swoim bogiem…

Na scenę wchodzi

TEJREZJAS

Przy bramie kto? Wywołać Agenora plemię,

Kadmosa, co sydońską porzuciwszy ziemię,

Basztami gród ten zjeżył, obwarował Teby.

Niech idzie kto i powie, że nie bez potrzeby

Tejrezjasz chce z nim mówić. Wie, po co się jawię

I w jakiej, stary z starszym, godziłem się sprawie:

Wdziać na się skórę sarnią, tyrs pochwycić w dłonie

I bluszczu latoroślą uwieńczyć swe skronie.

Z domu wychodzi

KADMOS

Poznałem właśnie głos twój, usłyszałem, panie,

Mądrego iście męża przemądre wezwanie

I, gotów, idę z wszystkim, co potrzeba będzie,

Ażeby według sił swych w świątecznym obrzędzie

Wziąć udział i przyczynić się do pomnożenia

Czci syna mojej córki, co jest dla plemienia

Ludzkiego na świat posłan jako bóg. Więc powiedz,

Gdzie tańczyć mam, na jaki zwrócić się manowiec

I siwą wstrząsać głową. Starszemu ty stary

Przewodzić chciej, boś mędrzec. A ja tu bez miary

Bluszczowym będę prętem bił o ziem, zapomnę,

Że starość mi pisana…

TEJREZJAS

      I ja też ogromne

Mam chęci! Odmłodniałem i do pląsów stanę.

KADMOS

Na wozie brać się w góry? Czy to jest wskazane?

TEJREZJAS

Nie! Mniej byśmy tak bożą uczcili wszechwładzę!

KADMOS

Więc ja cię tam, człek stary, starca poprowadzę.

TEJREZJAS

Sam bóg nam dzisiaj drogę bez trudu pokaże.

KADMOS

Czy miasto weźmie udział w tym bachanckim żarze?

TEJREZJAS

My jedni mamy rozum, innym on nie służy.

KADMOS

Więc chwyć się mojej ręki, po co zwlekać dłużej?

TEJREZJAS

A ty na mym ramieniu oprzyj się i w drogę.

KADMOS

Śmiertelny człek, bogami gardzić ja nie mogę.

TEJREZJAS

Tu na nic mędrkowanie! Wszelkie z niebem kwasy

Daremne. Wiary ojców, którą po te czasy

Przez wieki nam przodkowie nasi przekazali,

Nie zniszczy nikt, jej ustaw żaden mózg nie zwali,

Choć pomysł najbystrzejszy znajdzie człek w swej głowie.

Być może: «jesteś stary», tak niejeden powie,

Lecz ja się tego wcale nie wstydzę, ja w bluszcze

Przystroję skroń i w pląsy serdecznie się puszczę.

Bóg przecież nie przepisał, kto ma iść w zawody

Bachanckie: człowiek stary, czy też tylko młody.

Od wszystkich czci on żąda i nie z lat jedynie,

Nie z liczby ich cześć większa dlań lub mniejsza płynie.

KADMOS

Ponieważ dnia bożego nie widzisz, więc ja się

Podaję za proroka, mój Teirezjasie.

I powiem ci, co widzą tej chwili me oczy:

Pospiesznie oto Penthej w stronę zamku kroczy,

Mój wnuk, ten Echionida, któremu oddałem

Swe berło. Cóż mi powie? Jest jak zdjęty szałem!

Na scenę wchodzi

PENTHEUS

Bawiłem poza domem, powracam do kraju

I słyszę o złym, nowym w tym mieście zwyczaju.

Niewiasty oto nasze porzuciły domy

I, niby szał udając, przepełne oskomy,

W lesistych rozłożyły się górach, pląsami

Nowego wielbiąc boga — kim on między nami

Być może — Dionizosa. Są pijackie dzbany,

Co chwila ta lub owa w chuci rozpasanej

W ustronne znika miejsce, mężczyznom dogadza.

To znaczy: pod pozorem, że bożego władza

Natchnienia je porywa, niecne białogłowy

Dla Bacha i Kiprydy mają czas gotowy.

Ile ich pochwycono, każda ma już pęta

I w miejskim jest więzieniu uczciwie zamknięta.

Na te, co jeszcze w górach, urządzę obławę —

Pochwycić każę Ino i matkę Agawę

Co mnie Echionowi zrodziła i, dalej,

Nic tutaj Antonoi również nie ocali,

Rodzicy Aktajona! W żelazne je dyby

Zakuwszy, wnet odwiodę od bachanckiej chyby.

Podobno miał z lidyjskiej przybyć tutaj ziemi

Czarownik jakiś, oszust z oczami ciemnemi

O słodkiej barwie wina; jak u Afrodity.

Włos jasny ma, utrefion, w śliczne pukle zwity.

Z dziewkami on młodymi, ten młodzieniec chwacki,

Przepędza dnie i noce pod pozorem schadzki

Świątecznej na cześć bogów. Jeśli pod tym dachem

Pochwycę go, doprawdy! nie ujdzie li z strachem!

Przestanie on mi stukać o ziemię tyrsosem

I tłumić się po świecie z tym rozwianym włosem,

Gdy łeb mu od tułowia oddzielę! Zbyt szczodrze

Mieni się Dionizosem-bogiem i że w biodrze

Zeusowem był zamknięty, jakkolwiek rzecz znana

Iż z matką padł od ciosu gromowego pana,

Iż zginął od pioruna, gdy ta zaślubiny

Z Zeusem wymyśliła!… Czyż za takie winy

Nie warto go powiesić? Jak on śmie w ten sposób

Natrząsać się swą butą z wszelkich ludzkich osób,

Ten przybysz, kimbykolwiek był!… Lecz nowe cuda

Przed sobą mam! Tejrezjas, wieszczek, nakrył uda

Skórkami jelenimi, a tu — widok rzadki!

Trzymajcie mnie, bo pęknę ze śmiechu!… mej matki

Rodziciel z tyrsem w ręku szaleje! Zaiste!

Człek straci rozum, patrząc na to oczywiste

Błazeństwo! Co? Nie puścisz z ręki tego pręta?

Nie praśniesz tego bluszczu? Rzecz to niepojęta,

Ty, ojcze mojej matki!… Czyje to znów baje?

Teirezjasa pewnie?… Czy się tobie zdaje,

Że, boga wprowadzając nowego wśród ludzi,

Zysk nowy z wróżb mieć będziesz? Że ich znowu złudzi

Twój ogień, czy lot ptaków? Tylko włos twój siwy

Wstrzymuje mnie, że za ten obrzęd niegodziwy

Nie każę z bachantkami wrzucić cię do kaźni!

Obrządek to nicpotem, sam on siebie błaźni,

Jeżeli się podwika spija przy biesiadzie.

PRZODOWNICA CHÓRU

Ach! Cóż to za bezbożnik! Niebu ty na zdradzie

I plemieniu Kadmosa, który rzucił w ziemię

Na mężów siew, ty, ojca Echiona plemię!

TEJREZJAS

Gdy wątek mądry człowiek znalazł do przemowy,

Nie sztuka być wymownym. Język masz gotowy,

Obrotny, zdałoby się, że jakiś mądrala

Przemawia, lecz rozsądku twego nie zachwala

Ten sposób. Mąż zuchwały, pyskaty, a duży

Co do swojego stanu, jeśli mu nie służy

Rozsądek, złym doradcą będzie swego grodu.

Ten nowy bóg, z którego szydzisz bez powodu,

W Helladzie takie miejsce zajmie niepoślednie,

Że brak mi na to słowa! Dwie są rzeczy przednie

Na świecie — wiedz to, synu: Demeter, to znaczy

Mać-ziemia, bo tak zwij ją, albo tak, jak raczy

Twa wola. Suchą strawą karmi ludzi ona,

Zaś ten wynalazł płynny sok winnego grona;

Na rzecz całkiem przeciwną wpadł ów syn Semeli

I ludziom podał środek, który ich weseli,

Rozgrzewa serca biednych, uśmierza ich troski,

Zaciera pamięć dziennych mozołów i boski

Sprowadza sen — pokrótce mówiąc, dobry trunek

Zgotował człowiekowi na wszelki frasunek.

Ba, nawet samym bogom leje się w ofierze

To bóstwo… Ciebie, widzę, pusty śmiech tu bierze,

Iż Zeus go zamknął w biodrze. Ja ci to wyjaśnię.

Pokażę ci, że sens jest w tej powieści właśnie:

Gdy Zeus go uratował z ognia swego gromu,

Wziął z sobą go na Olimp, by w niebiańskim domu

Pomieścić swą latorośl, przecież Hera w złości

Wyrzucić chciała dziecię z bożych wysokości.

I Zeus, jako że bogiem jest, miał środek na to:

Z powietrza przejrzystego, które tak bogato

Okrąża naszą ziemię, jakąś cząstkę zrywa

I postać z niej stworzywszy, która była żywa

Z pozoru, da ją Herze, by jej gniew uśmierzyć,

Dionizosa zaś ukrył. I lud począł wierzyć.

To z owym pomieszawszy, jak to nieraz szczodrze

Zwykł czynić, że swe dziecko Zeus donosił w biodrze

To bóstwo jest i wieszczem, opętanie bowiem

Bachijskie i natchnienie wieszcze — to ci powiem —

Z wspólnego płyną źródła — szał mają proroczy;

Bo kogo, mówię, bóg ten przeniknie, ten zoczy

Przed sobą i obwieści nam przyszłość. I z wojną

Jest również w jakimś związku to bóstwo; wszak zbrojną

Rozprasza nieraz ciżbę niewymowna trwoga,

Nim chwycił broń przeciwnik. I to dziełem boga —

Od Dionizosa idzie szał lęku! O, jeszcze

Wśród skał delfickich ujrzysz ono bóstwo wieszcze,

Jak w blasku swej pochodni będzie brał dwie turnie,

Tyrsosem potrząsając, niosący się górnie

Ten możny pan Hellady! Przeto, Pentheusie,

Nie dawajże się dumnej porywać pokusie

I nie myśl, że kto królem, ten jest wszystkim w świecie!

A jeśliś tego zdania, a zdanie to przecie

Jest fałszem, ty za mędrca się nie miej! W swe kraje

Nowego przyjmij boga i jego zwyczaje:

Ofiary i obiaty składaj mu, swe czoło

Wieńcz bluszczem i w bachijskie rad pospieszaj koło.

Nie Dionizosa rzeczą, wierzaj, uczyć sromu

Niewiasty, gdy Kipryda zagości w ich domu.

Wstydliwość zawsze bywa wrodzoną i szały

Bachijskie jeszcze żadnej z nich nie zepsowały,

Jeżeli były skromne z natury. Należy

Pamiętać o tym zawsze! A gdy do twych dźwierzy

Tłum ciśnie się, Pentheju, gdy twoje nazwisko

Rozbrzmiewa naokoło z daleka i blisko,

Czyż ty się nie radujesz? Więc i on się cieszy,

Tak mniemam, gdy się spotka z czcią u ludzkiej rzeszy.

Więc ja, a ze mną Kadmos, z którego tak szydzisz,

Pójdziemy dzisiaj w pląsy: ty nam nie obrzydzisz

Ni bluszczu, ani tańca, choć siwa z nas para!

Nie myślę walczyć z bogiem, choć mnie pchnąć się stara

Do tego twa namowa!… Szalejesz, człowieku!

Nic ciebie nie uleczy, choć nie ujdziesz leku!

PRZODOWNICA CHÓRU

(do Tejrezjasa)

W Fojbosie słowa twoje nie obudzą wstrętu,

Bożego Rozwichrzeńca choć folgujesz świętu.

KADMOS

Syneczku mój! Tejrezjas dobreć dał przestrogi!

Bądź z nami i zakonu nie opuszczaj drogi.

Dziś skrzydła cię ponoszą i, jakkolwiek sądzisz,

Że rozum masz, w rozumie swoim wielce błądzisz.

Jeśli on nie jest bogiem, jak pleciesz, wmów w siebie

I krztynę pięknie pokłam, że nim jest — w potrzebie

Wszak warto się połudzić: Bóg to, choć Semele

Zrodziła go, świat mówi. I owszem, stąd wiele

Zaszczytu spada dzisiaj na nasz ród! A, proszę,

Pamiętaj, jakie sobie zgotował rozkosze

Aktajon! Toć psy własne, które sam wychował,

Rozdarły go na strzępy, bo wrzeszczał do pował

Niebieskich w swojej pysze, że w myśliwskiej sztuce

Bieglejszy, niż Artemis. Ażebyś nauce

Tej samej dziś nie uległ, bluszczem uwieńcz czoło,

Naszego uczcij boga, w nasze pospiesz koło.

PENTHEUS

Precz z ręką tą! Idź, szalej, ile masz ochoty,

Lecz o mnie nie obcieraj tej swojej głupoty.

A mistrz twój, nauczyciel tej błazeńskiej nędzy,

Ten będzie miał się z pyszna!… (Do służby:)

      Niechże mi co prędzej

Pobiegnie kto do domu tego oto kpiarza,

O, tam, gdzie ten nasz wieszczek na lot ptaków zważa,

Uczciwym niech mu drągiem wszystko, jeśli łaska,

Połamie, pogruchoce, pobije, potrzaska!

Niech wszystko mu wywróci do góry nogami,

Niech bindy księże z wiatrem mu puści! Nie zmami

Nikogo już ten szalbierz! Będzie miał za swoje —

Najlepsza to jest kara, o to się nie boję!

Wy idźcie na przeszpiegi! Włócząc się po mieście,

Ujrzycie może dudka, włóczęgę, niewieście

Podobniejszego raczej, co w niewiasty wpaja

Nieznaną dotąd sprośność! Schwyćcie mi hultaja,

Porubstwo szerzącego, spętać, przywieść do mnie,

Na śmierć ukamienować! Gorzko to ogromnie —

Przekona się — w mych Tebach siać bachantek szały!

TEJREZJAS

Zuchwalcze! Sam ty nie wiesz, co mówisz! O, mały

Tyś zawsze miewał rozum, lecz dziś go już do cna

Straciłeś! Chodź, Kadmosie! Może i owocna

Modlitwa nasza będzie za twojego wnuka,

Jakkolwiek nazbyt czelnie guza sobie szuka,

I za to miasto nasze, ażeby bóg na nie

Jakiego zła nie zesłał. Teraz ze mną, panie,

Z bluszczowym prętem w ręku! Wspierajmy się wzajem,

Ty mnie, a ja zaś ciebie. Nie żadnym to rajem

Tak w drodze paść dwom starcom! Wstyd! Lecz mniejsza o to!

Bachowi, Zeusowemu dziecku, służ, ochoto!

Bodajby dom twój, Kadmie, nie doznał strapienia

Przez tego utrapieńca. Nie z jasnowidzenia

To mówię, jeno z rzeczy, tak, jak jest! Rozpęta

Twój Penthej zło, gdyż głupcom w głupocie przynęta!

(Wychodzą.)

CHÓR

O zbożności boska ty,

Co nad ziemski wzlatasz łan

Na złocistym skrzydle swym!

Słyszysz, jak niezbożnym tchem

Penthej, z zgubnej pychy znan,

Szumnego nam boga lży?

O, tego syna Semeli,

Który się pierwszy weseli,

Który jest zawsze na przedzie

Przy bogów radosnej,

Strojnej w zieleń wiosny

Biesiedzie.

Albowiem dobrze się wiedzie

Na świecie,

Kiedy przy flecie

Taneczne pląsają grona,

Gdy dusza, od troski zwolniona,

Snać kona

Z radości —

Kiedy niebiańskich ucztujących gości

Wrzący rozpali sok,

Z winnych wyciśnion tłok —

Kiedy wśród ludzi, zdobnych w bluszczu wian,

I puchar krąży, i dzban,

Gdy jego władza

Sen na powieki sprowadza.

Co wędzidła nie chciał znać,

Sprośny język, już on szczezł!

Człek zbrodniczy, czelny człek,

Co wyrzuca bluźnierstw stek,

Rychło smutny znajdzie kres.

Za to skromna, cicha brać,

Co, żyjąc zawsze roztropnie,

Przenigdy prawa nie kopnie,

Ta w łasce żyje dużej:

Nie uderzy srogi

Grom w jej domu progi,

Nie zburzy!

Boć przecie widzą z swej stróży

Niebiosów

Ci naszych losów

Szafarze, choć tak z daleka,

Wszelakie czyny człowieka!

I rzeka

Rozumu

Nie zawsze będzie rozumem! Wśród tłumu

Śmiertelnych ciał

Bóg żyć nam krótko dał.

Kto zbyt się górnie pnie, ten nie wie snać,

Co daje mu Ziemia-mać!

Tylko szaleniec

Po taki tu sięga wieniec!

Na Cypru podążyć mi brzeg,

Na Afrodyty ostrowie,

Gdzie słodcy miłości bożkowie

Czarami ludzi tumanią,

Być mi po wiek!

Albo podążyć mi na nią,

Na oną ziemię stu rzek,

Które swą rosą

Owoce niosą

Łanom, ginącym w spiekocie!…

Na pierydzkie mnie płoski,

Błyszczące w słonecznem złocie,

Do stóp Olimpu, gdzie Muzy

Niebiosów blisko

Swe zbudowały siedlisko,

Wiedź, Rozwichrzeńcze ty boski!

Radosnych okrzyków śluzy

Wraz ze mną rzuć —

Szumny, szumiący tyś bóg —

Na ten rozkoszny smug!

Tam są Charyty, tam tężna jest Chuć,

Tam orgii bachijskich zakon!

Zeusowa latorośl, nasz król,

Lubi ucztować przy winie,

Kocha Pokoju boginię,

Pomnożycielkę narodu,

Tę krasę pól,

Ludzi chroniącą od głodu!

Wszelkiego człeka on ból

Słodkim napojem,

Rozkoszy zdrojem

Uśmierza! Rad ci on raczy

Tym życiodajnym pucharem

I biedny lud, i bogaczy.

Lecz temu wieści on zgubę,

Kto z chmurnym czołem

Nie zechce w gronie wesołem

Bawić się uciech bezmiarem

W te jasne dnie i w te lube,

Przytulne noce! Hej!

Precz z mądralami, precz!

Dobra jedynie jest rzecz,

Którą uprawia lud w mądrości swej —

I ja sobie ją cenię!

Związanego prowadząc Dionizosa, na scenę wchodzi

SŁUGA

Pentheju! Już jesteśmy! Jest i łup gotowy,

Po który nas wysłałeś. Niedaremne łowy!

Lecz zwierz to oswojony, żadnym nas kłopotem

Bynajmniej nie obarczył, ani myślał o tem,

Ażeby nam się wymknąć, owszem najłaskawiej

Dał ręce sobie związać, rzekłbyś, że się bawi,

Bo nie zbladł, bo na liczku nie stracił rumieńca,

Bo śmiał się, gdyśmy mieli odprowadzać jeńca,

Bo w miejscu stał, tę naszą ułatwiając pracę.

Więc mówię mu pokornie: «Przybyszu! Niech stracę,

Lecz powiem ci, że brać cię nie mam żadnej chęci,

Jednakże Penthej kazał, niech się przeto święci

Ta wola mego pana…» A one kobiety,

Coś zgonił je i spętał, i zamknął, o rety!

Uciekły precz z furdygi na łęgi, do lasa,

Gdzie cała ich gromada i huka, i hasa

Na cześć szumnego boga! Z nóg im spadły dyby

I wszystkie drzwi i zamki, mówię to bez chyby,

Otwarły się, choć ręka ludzka ich nie tknęła.

Takie to w naszych Tebach cuda, takie dzieła

Ot! człowiek ten dziś spełnia. Co tu czynić dalej,

Już twoja to jest sprawa, my swoje zdziałali.

PENTHEUS

Rozwiązać mu te ręce! Bo jestem ostatni,

Ażeby mógł się dzisiaj wymknąć z naszej matni —

Nie! rady temu nie da!… Juści liczko twoje

Gładziuchne! Jak stworzone dla podwik! Gdyż stoję

Przy prawdzie, żeś się dla nich przywlókł w nasze Teby!

Kędziorki arcydługie, chyba nie z potrzeby

Boiska tak się pięknie wydłużyły tobie,

Falując wokół szyi w ponętnej ozdobie.

I cera arcybiała, nie z słońca promieni

Zbielała ci gorących, jeno w chłodnej cieni —

Snać myślisz Afrodytę przesadzić w piękności!

Lecz naprzód mów, co zacz ty, kto tu przyszedł w gości?

DIONIZOS

Nie trzeba samochwalby! Odpowiedź nie trudna:

Wiesz może, gdzie jest Tmolu okolica cudna?

PENTHEUS

Wiem, owszem, miasto Sardes otacza dokoła.

DIONIZOS

Ja stamtąd, ma ojczyzna to Lidia wesoła.

PENTHEUS

Wprowadzasz nowy obrzęd, któż to ciebie zmusza?

DIONIZOS

Dionizos mi nakazał, latorośl Zeusza.

PENTHEUS

Więc Zeus tam jakiś nowy bóstwa nowe tworzy?

DIONIZOS

Nie! Ten, który z Semelą obcował, król boży!

PENTHEUS

Czy we śnie ci nakazał, czyli też na jawie?

DIONIZOS

Twarz w twarz mi on polecił służyć świętej sprawie.

PENTHEUS

A na czymże polega istota obrządku?

DIONIZOS

Człek niewtajemniczony nie śmie znać jej wątku.

PENTHEUS

Jest jaka na obrządku tym korzyść oparta?

DIONIZOS

Nie wolnoć tego wiedzieć, choć rzecz wiedzy warta.

PENTHEUS

Wykręcasz mi się chytrze, a mnie świerzbią uszy.

DIONIZOS

Bachijskie tajemnice nie dla grzesznej duszy.

PENTHEUS

Widziałeś, mówisz, Zeusa. Jakżeż on wyglądał?

DIONIZOS

Jak chciał, a nie bynajmniej, jakbym ja pożądał.

PENTHEUS

I znowu się wywijasz! Któż za to co kupi?!

DIONIZOS

Ktoś mądry dla głupiego zawsze będzie głupi.

PENTHEUS

Czyś naprzód do nas przybył tu z orgiami swemi?

DIONIZOS

Obchodzą je we wszystkiej niehelleńskiej ziemi.

PENTHEUS

Mniej mają snać rozumu, niźli nasze kraje.

DIONIZOS

W tym względzie chyba więcej. Inne tam zwyczaje.

PENTHEUS

Czy za dnia się to wszystko odbywa, czy w nocy?

DIONIZOS

Przeważnie w nocy, mroki mają więcej mocy.

PENTHEUS

Dla kobiet niebezpieczna to pora i zdrożna.

DIONIZOS

Sposobność dla zdrożności i w dzień znaleźć można.

PENTHEUS

O, gorzko mi zapłacisz za swoje wykręty!

DIONIZOS

A ty za swą głupotę, za swój szał nieświęty!

PENTHEUS

O, ćwik i frant ten Bachus, a czelny bez miary!

DIONIZOS

Czym myślisz mi dogodzić? Jakie zadać kary?

PENTHEUS

Nasamprzód tej cię bujnej pozbawię czupryny.

DIONIZOS

Nie tykaj! Prawo do niej ma li bóg jedyny.

PENTHEUS

A potem tyrs ten oddasz, który dzierżysz w dłoni.

DIONIZOS

Sam wydrzyj Dionizosa własność! Niech się broni!

PENTHEUS

A potem ot! do ciupy każę zamknąć ciebie.

DIONIZOS

Jeżeli ja tak zechcę, bóg z ciupy wygrzebie.

PENTHEUS

Popróbuj go wywołać spośród twej czeredy!

DIONIZOS

On przy mnie tu jest blisko, widzi moje biedy.

PENTHEUS

Gdzie? Gdzie? On swym widokiem oczu mych nie darzy!

DIONIZOS

Lecz moje! Niewidzialny jest on dla zbrodniarzy!

PENTHEUS

Hej! Bierz go! Szydzi ze mnie i z Teb! Bierz go! Okuj!

DIONIZOS

Roztropny, nieroztropnym mówię: dajcie spokój!

PENTHEUS

A ja powiadam: bierz go! Ja tu większy przecie.

DIONIZOS

Sam nie wiesz, co poczynasz i kim ty na świecie!

PENTHEUS

Penthejem, Echiona synem i Agawy.

DIONIZOS

Twe imię już wskazuje, że dla cię łaskawy

Nie będzie los.

PENTHEUS

      Hej! Precz z nim! A przy końskim żłobie

Przywiązać go, by w cieniu mógł zatańczyć sobie!

Zaś te (Wskazuje na Chór), któreś tu przywiódł, uczestniczki zbrodni,

Wysprzedam, albo, jeśli będzie mi dogodniej,

Od bębna odzwyczaję i — to nie przelewki! —

Do krosien je przystawię, jako proste dziewki.

DIONIZOS

Idę… A juści tego znosić ja nie muszę,

Do czego mnie nie zmuszą. Lecz za te katusze,

Za szyd ten sam Dionizos dobrze ci zapłaci.

Zaprzeczać chcesz istocie tej bożej postaci,

Więc będziesz musiał cierpieć! Mówiąc najwyraźniej:

Krzywdzący mnie, ty boga zamykasz w swej kaźni!

CHÓR

Acheloa córko, słysz!

Ty dziewicza Dirko święta!

Dobrze o tym świat pamięta,

Jakeś ongi w fal objęcia

Zamykała kształt dziecięcia —

W uścisk wód —

Gdy je rodzic jego, bóg,

Z wieczystego ognia smug

Jednym tchem

Uratował, w biodrze swem

Zamykając boży płód!

Rzekł mu wtedy:

«Od tej biedy,

Od tej klęski

Zwoli cię mój żywot męski,

Dithyrambie, wstąpże weń —

Pod tym bowiem Bacha mianem

Ma być w Tebach odtąd znanem

Twe istnienie!»

Dziś mnie ty usuwasz w cień,

Dziś mną gardzisz, Dirko luba,

Dziś za ziemi swojej krańce

Precz mnie pędzisz i me tańce,

Moje bluszcze i mój pręt.

Na co ci ta moja zguba?

Skąd ci wziął się dziś ten wstręt?

Czemu mnie twa ręka żenie

Z twoich granic precz, ach! precz?

O, na jagód winnych ciecz,

Na Dionizosa słodki płyn,

Jeszczeć Bromios, boży syn,

Będzie ci przedrogi!

Co za złość to, co za złość!

Jakżeż mi się strasznie mroczy

Ten ze siejby zrodzon smoczej

Król Pentheus, Echiona,

Syna ziemi, krew rodzona!

Snać nie ludzki to jest twór,

Jeno potwór, jeno dziw,

Jakby nie był z ziemskich niw!

Czym dlań bóg?

Nieb krwiożerczy to jest wróg!

On niebawem

W złu swem krwawem

Bez ochyby

I mnie każe zakuć w dyby,

Tak nim szarpie sroga chuć!

Już mojego wodzireja

Więzi w domu tym Pentheja

Zmrok ponury.

Zwróćże dziś swe oczy, zwróć,

Dionizosie, synu boży,

W jakiej twoi dziś prorocy

Przeokrutnej są przemocy!

Zjaw się ku nam dzisiaj, zjaw,

Bo niedola dziś się sroży,

Chce nas zbawić naszych praw!

Z olimpijskiej przybądź góry,

Ty, co w ręku dzierżysz kij

Złotooki! Oto żmij,

Oto jest ten straszny smok,

Co wyniszczyć chce nasz tłok!

Ukróć jego pychę!

Zali na Nysie, gdzie pośród swych leż

Mnogi się gnieździ zwierz,

Odprawiasz swe korowody,

Nasz Dionizosie młody?

A może kipi twój szał

Pośród koryckich skał?

Lub też w Olimpu komorach,

Skrytych w cienistych borach,

Gdzie Orfeusza zew,

Lutni czarowny ton,

Ze wszystkich przynaglił stron

Zielone kłody

Drzew

I zwierza wszelaki płód,

Że je za sobą wiódł,

Że wszystkie za nim szły,

Dźwięcznymi wabione tchy?!

O pierydzka kraino!

A ino ci patrzeć, a ino,

Jak stanie na twojej glebie

Ten szumny nasz pan, czczący ciebie!

Jak na bachantek czele

Zjawi się tutaj, wesele

Niosąc rozkoszne — o haj!

Menady prowadząc swoje

Przez Aksiosa zdroje,

Przez Lydiasa brody

Spłynie w ten kraj!

Swe tu skieruje kroki

Przez rwiste,

Szkliste

Potoki,

Go, niby dobrzy rodzice,

Żywią i rzeźwią ziemice —

Tak mi mówiono —

Te pono

Wielce bogate w konie,

Nie zwiędłe nigdy błonie!…

Z wewnątrz woła

DIONIZOS

O haj! O haj!

O słysz mnie, znaj!

Bachantek chór!

A gdzież twój wtór?!

Słysz! Znaj!

O haj!…

JEDNA Z CHÓRU

Cóż to? cóż? Skąd ten głos, tak mi znan?!

Czyż mnie woła szumny pan?

DIONIZOS

Haj! O haj! Znów wołam, znów!

Chów Semeli, Zeusa chów!

DRUGA Z CHÓRU

O haj! O haj! O panie wielki!

Twoje czcicielki

Proszą cię, szumny ty boże,

Byś się pojawił w ich zborze!…

INNA Z CHÓRU

Sza! moje druhy! Ziemia się porusza!

Ach! Ach!

Ten Pentheusza

Królewski gmach

W proch się rozpada, w kupy

Gruzu i złomu!

INNA Z CHÓRU

Dioniz jest w jego domu!

Cześć mu oddajcie modłami!

CHÓR

Już oddajemy!

JEDNA Z CHÓRU

      Przed nami

Kamienne pękają słupy

Niebawem spod tego dachu

Głos się tryumfu, nie strachu,

Podniesie z warg!

DIONIZOS

(z wewnątrz)

Rozniećcie, rozniećcie się godnie,

Gromu ogniste pochodnie!

Spalże mi, spalże mi do cna

Dom ten, o iskro ty mocna!

INNA Z CHÓRU

Ach! ach!

Zali nie widzisz — strach! —

Jak się ten płomień ścieli

Nad świętym grobem Semeli?

Pożar to, łuna

Z Zeusowego pioruna,

Który pozostał po niej,

Kiedy ją gromem z swej dłoni

Uśmiercał możny Bóg!

Zginaćże, zginać kolana!

Nie szczędzić trzęsących się nóg!

Rzucać na ziemię, na ziemię

To ciała przechwiejne brzemię,

Bo oto już ku nam, Menady,

Po zgliszczach i gruzach nasz włady

Zbliża się, zbliża pan!

Z ruin płonącego pałacu wychodzi

DIONIZOS

Cudzoziemskie wy niewiasty! A więc taka trwoga trwóg

O tę ziemię was rzuciła, powaliła z drżących nóg?!

Snać dlatego, tak się zdaje, że czułyście, jak ten gmach

Penthejowy w gruz rozrzucał, jak go w pył rozkruszał Bach!

Teraz wstańcie! Wypogódźcie przerażoną, bladą twarz!

PRZODOWNICA CHÓRU

Ty w bachanckich korowodach najprzedniejszy wodzu nasz!

Jak ja rada, widząc ciebie, w tej samotnej pustce, och!

DIONIZOS

Ogarnęło cię zwątpienie z oną chwilą, gdy mnie w loch

Prowadzono, gdy mnie Penthej kazał zepchnąć w kaźni mrok!

PRZODOWNICA CHÓRU

Tak! Bo jeśli szwank byś poniósł, któż by mój prowadził krok?

Ale powiedz, jak uszedłeś z tych więziennych łotra bram?

DIONIZOS

Bez mozołu, bez wysiłku ocaliłem się ja sam.

PRZODOWNICA CHÓRU

Jak to? Zali cię nie spętał? Nie skrępował ci tych rąk?

DIONIZOS

I tu sobie pokpiwałem z jego trudów, z jego mąk —

Zdało mu się, że mnie wiąże, że mnie w mocy swojej ma,

Że dotyka mych się członków, lecz nadzieja była czcza!

Byka dopadł przy korycie, gdzie przytroczyć mnie on chciał,

Jął kolana mi krępować i racice, jak na schwał!

Tchu mu zbrakło, sapał, zgrzytał, z ciała potu ciekł mu zdrój,

Wargi do krwi gryzł zębami! Nie wołałem doń: A stój!

Jenom cicho siedział przy nim, patrząc na to. W tenże czas

Przybył Bachus, wstrząsnął domem, ciężki mu wymierzył raz,

Z grobu matki swej wyrzucił płomienisty ognia słup!

I Pentheus, zobaczywszy ten płonący święty grób,

Mniemał, że mu dom się pali, że zniweczon jego próg,

Jął się rzucać na wsze strony, tu i tam, i do swych sług

Począł krzyczeć na ratunek, Acheloa, widać, głąb

Chciał wyczerpać: kto żyw tylko, pod zamkowy przybiegł zrąb —

Nadaremnie! I on również, myśląc, że to płona rzecz,

Przestał bawić się ratunkiem, jeno goły chwycił miecz

I do wnętrza wpadł. Snać bał się, że mu jeszcze mogę zbiec.

Wówczas Bromios, tak przypuszczam, gdy ten zaczął kłuć i siec

W myśli, że tak mnie on siecze, podsunął mu twór ze mgieł:

Wydało się Penthejowi, że mnie sobie wziął na kieł,

A on w próżnię ciął przejrzystą! Nie dość, że go Bach tak zwiódł,

Jeszcze on się stał dla niego sprawcą innych, wielkich szkód:

Pałac w gruzy mu rozsadził, w perzynę obrócił dom

Z bólu, że mnie ujrzał w pętach, że mnie spotkał taki srom!

I on upadł ze zmęczenia, rzucił płony miecz o ziem —

On, śmiertelny, słaby człowiek, co w zuchwalstwie począł swem

Toczyć walkę z samym bogiem! I spokojnie, jakby nic,

O Pentheja się nie troszcząc, ja u waszych staję lic.

Lecz zda mi się, że to jego skrzypią kierpce — jakby szedł

Tutaj do nas! O, zapewne, wnet on zjawi się tu, wnet!

Ciekaw jestem, co też powie na to wszystko ten nasz gość?

Choćby z złości on aż dyszał, ja wytrzymam jego złość.

Boć do tego, tak powiadam, każdy w życiu swoim dąż,

Że łagodnym, powściągliwym winien być roztropny mąż.

Wchodzi

PENTHEUS

Straszliwie mnie okpiono! Uciekł przybysz szczwany,

Któregom w pętach rzucił we więzienne ściany.

A niech go! Co ja widzę? Tyś tu?! Jaką drogę

Wybrałeś, by zbiec z lochu? Zrozumieć nie mogę!

DIONIZOS

Nie ruszaj się, daj spokój! Mówięć po przyjaźni!

PENTHEUS

Powtarzam: jak, spętany, uciekłeś z mej kaźni?

DIONIZOS

Azalim ci nie mówił, że mnie ktoś odkupi?

PENTHEUS

Kto taki? O, w wykrętach nigdyś nie był głupi!

DIONIZOS

Ten, który stworzył wino dla duszy człowieczej.

PENTHEUS

Dionizosa hańbisz, mówiąc takie rzeczy.

DIONIZOS

[Którego między sobą w tym tu grodzie mamy?]

PENTHEUS

Rozkażę zamknąć baszty, wszystkie wokół bramy.

DIONIZOS

Przez mury czyż nie mogą przejść mieszkańcy nieba?

PENTHEUS

Mądralaś, o mądrala, lecz nie tam, gdzie trzeba!

DIONIZOS

Przeciwnie! Gdzie największa konieczność, tam w głowie

Swą mądrość mam! Lecz słuchaj, co ci człek ten powie.

Z gór właśnie ci przynosi jakowąś nowinę.

Jawi się

GONIEC

Tebański władco, królu Pentheju! Przychodzę

Od szczytów Kithajronu, ośnieżonych srodze,

Gdzie nigdy skrzącej bieli powłoka nie gaśnie.

PENTHEUS

A z jakąż ważną wieścią przychodzisz tu właśnie?

GONIEC

Bachantki zobaczywszy, co uszły z tej ziemi,

Jak gdyby gzem pędzone, nóżkami białemi

Bez tchu wyrzucające, chcę, jeśli się uda,

I tobie, i ludowi opowiedzieć cuda,

Te wszystkie niesłychane ponad wyraz dziwy,

Którymi napełniają kithajrońskie niwy.

Lecz pragnę wprzód usłyszeć, jak mi się należy

Przemawiać: powściągliwie, czy też jak najszczerzej.

Popędliwości twojej me serce się lęka

I twego majestatu.

PENTHEUS

      Nie bój się! Ma ręka

Bynajmniej cię nie skrzywdzi. Im dziwniejsze rzeczy

Opowiesz o bachantkach, w tym większej ja pieczy

Mieć będę tego franta. Najsroższa niech kara

Na człeka dzisiaj spadnie, który tak się stara

Przewracać mózgi kobiet rzemiosłem obrzydłem.

GONIEC

We wierchym właśnie wchodził razem ze swym bydłem,

W godzinie, gdy już ziemia słońcem rozpalona.

Wtem widzę tam! na hali trzy niewieście grona.

Jednemu przewodziła Autonoe, wiecie,

Drugiemu twoja matka Agawe, zaś trzecie

Ku miejscu temu Ino przywiodła. Ujrzałem,

Iż wielkie utrudzenie owładło ich ciałem,

Albowiem sen je zmorzył. Jedne z nich pod sosną

O gałąź grzbiet oparły, a zaś drugie posną,

Za pościel mając one listeczki dębowe.

Leżały, obyczajnie przechyliwszy głowę,

A nie, jak ty powiadasz, pijane: Przy dzbanie

I flecie nie hulały te czcigodne panie —

To widać — aby potem cichej szukać w lesie

Ustroni, dokąd miłość pożądliwa rwie się.

I matka twa, stojąca wśród bachantek rzeszy,

Ryk bydła usłyszawszy, strasznie się ucieszy,

Radosny wyda okrzyk, by zbudzić uśpione

Niewiasty. I od razu zerwały się one

Na nogi, sen z swych powiek spędziwszy głęboki.

Skromności obyczajnej widok nad widoki!

Kobiety już podeszłe i dziewic gromada:

Nasamprzód każda włos swój odgarnie, co spada

Na białe im ramiona, a potem jelenie,

Pstrokate porządkować rozpoczną odzienie,

Jeśli się rozplatały gdzie węzły, a wreszcie

Wężami, liżącymi policzki niewieście,

Przepaszą one skórki. A potem na ręce

Sarniuki lub też wilczki wezmą i jarzęce

Z wezbranych jeszcze piersi dają ssać im mleko —

Te, które po połogu jeszcze niedaleko,

Swe własne niemowlęta rzuciły. Wesoło

Bluszczami i powojem uwieńczą swe czoło

I liśćmi dębowymi, a jedna z gromady

O skalną ścianę tyrsem uderzy. W te ślady

Zdrój wody z niej wytrysnął. A zaś kiedy druga

Dotknęła zapaliczką ziemi, wina struga

Spłynęła jej za boską przyczyną. Bez znoju,

Gdy której się białego zachciało napoju,

Świeżutkie miała mleko, rękami wątłemi

Co nieco pogrzebawszy po powierzchni ziemi.

Miód spływał przeobficie z tyrsosowej laski.

Ach! gdybyś ty był widział te oznaki łaski,

Pomodliłbyś się bóstwu, któremu dziś wzgardę

Niewczesną okazuje twoje serce twarde.

Zeszliśmy się więc owiec i wołów pasterze,

By spór pomiędzy sobą wszcząć, skąd się też bierze

To wszystko — takie dziwy, takie straszne cuda!

I jeden w naszym gronie, włóczykij-paskuda

I krzykacz, miejskich kątów wycieracz, tak powie,

Tak ozwie się do wszystkich: «Sławetni bacowie,

Tych górskich hal mieszkance! Tak na dobrą sprawę,

To moglibyśmy tutaj przyłapać Agawe,

Pentheja mać rodzoną, co się z zgrają włóczy

Bachantek! Myślę sobie, że król nas utuczy

Z wdzięczności…» Tak on pedział. I nam się wydało,

Że pedział całkiem godnie! Przyjęli my śmiało

Tę radę i od razu skrył się jaki-taki

W zarośla. Czekaliśmy, zaszywszy się w krzaki.

Wtem nagle, gdy czas przyszedł, tyrsy się podniosły

Do góry, krzyk się zerwał, jak gdyby wyrosły

Spod ziemi, znak, że obrzęd się począł. Gardziele

Rozbrzmiały sławą Bacha: «Hej-że, hej! Wesele

I radość z tobą, synu Zeusa, szumny boże!»

I wszystko się ruszyło, co tylko na dworze —

Ozwały się im góry, wybiegły zwierzęta.

W tej chwili, tuż koło mnie, snać szaleństwem zdjęta,

Przemknęła się Agawe i ja wraz się ruszę

Z gęstwiny, gdziem się ukrył, pojmać chcę tę duszę,

Lecz ona jak nie huknie: «Hej! charcice moje!

Polują na nas ludzie! Sam tu! Bierzcie zbroję —

Tyrsowy kij i sam tu! Sam tu!» Niewątpliwie

Byłyby nas rozdarły na tej leśnej niwie

Bachantki, ale w czas my uciekli. Zaś gorzej

Wypadło naszym stadom. Zgraja się rozsroży

I chociaż w ręku żadnej nie posiada stali,

Na bydło wraz się rzuci, co trawę na hali

Szczypało. O, powiadam, straszne byś tam rzeczy

Zobaczył! Tutaj cielę żałośliwie beczy,

Dostatnio wykarmione: bachantka je srogo

Rozdziera na połowy, a tam znowu mnogo

Krów poszło, scharatanych na kęsy! Tu leżą

To żebra, to racice, krwią oblane świeżą,

Krew cieknie z świerków, z jodeł, na które kawały

Poszarpanego mięsa rzucał oszalały

Tłum niewiast. Nawet byki, w róg swój dufające,

O ziem runęły cielskiem, kiedy rąk tysiące

Tych młódek opętanych strasznie na nie parły.

A prędzej one skórę z biednych zwierząt zdarły,

Niż ty królewskich oczu zmrużyłbyś powieki.

Rozściele onych równin nad brzegami rzeki

Azopa, kłos rodzące dla twych Teb bogaty,

Na skrzydłach niby ptasich przeleciały, straty

Ogromne wyrządzając. W swej złości zajadłej

Do dolin kithajrońskich, do Erytry wpadły

I Hyzji; niby wrogi, zniszczyły dobytek,

Porządek wywracając i ład burząc wszytek.

Nie przepuściły dzieciom: Na barki je kładły,

Rabując, lecz na ziemię przecież nie upadły

Biedactwa, chociaż nikt ich nie przytroczył… Stali

Ni spiżu, tylko w włosach ogień, co nie pali.

I oto, na te krwawe oburzeni tańce,

Za broń chwycili krajów zniszczonych mieszkance.

O, dziw to był nad dziwy patrzeć, co się działo!

Na groty niewrażliwe onych kobiet ciało,

Lecz one, potrząsając tyrsowymi pręty,

Niezwykłe pośród mężczyzn sprawiały zamęty —

Zaiste, nie bez woli jakowegoś boga,

Niewiasty do ucieczki przymuszały wroga,

Huf mężów zbrojnych zmogły! Tak było! Z powrotem

Na dawne swoje miejsca wybrały się potem,

Do źródeł, które bóg im otworzył, w tej samej

Krynicy krew obmyły, zasię skrzepłe plamy

Na gębach język wężów im zlizał. O, panie!

Kimkolwiek ci jest bóg ten, ty go na swym łanie

Powitaj, wwiedź do miasta, gdyż i w innym względzie

Potężny jest, jak głosi powszechne orędzie:

Winograd dał on ludziom, co uśmierza troski,

A kiedy nie ma wina, nie ma też i boskiej

Miłości ani innej pociechy na świecie.

PRZODOWNICA CHÓRU

Z władcami mówić szczerze, rzecz to groźna! Przecie

Wypowiem, co mam w myśli: nasz Dionizos drogi

Tak samo bóg jest wielki, jak i inne bogi!

PENTHEUS

Już widzę ja, że pożar tej bachanckiej buty

Ogarnie nas niebawem. Wstyd dla Grecji luty!

Tu nie ma już co zwlekać! Gonić mi do bramy

Elektry! Tarczownicy, jakich tutaj mamy,

I ci, co chyżonogich dosiadują koni,

I ludzie ci od łuku i od lekkiej broni,

I ci, którzy włóczniami rzucają z rzemieńca,

Co tchu niechaj się zbiorą! Ruszamy po jeńca,

Na wojnę z bachantkami! Przechodzi już miarę

Ta babska dokuczliwość! Będą miały karę!

DIONIZOS

Nie słuchasz mnie, Pentheju, lekceważysz zawsze

Me rady! Mówięć jednak, chociaż mnie najkrwawsze

Spotkały tu obelgi: nie wywołuj doli,

Nie wojuj z bogiem! Bromios nigdy nie pozwoli,

Ażeby te Bachantki, co szumne wiwaty

Na cześć jego wciąż wznoszą, miały jakie straty —

By z gór je wypędzono!

PENTHEUS

      Ty mnie nie ucz, proszę!

Dopiero co psim swędem rzuciłeś rozkosze

Więzienne, zali nowe mam ci sprawić cięgi?

DIONIZOS

Nie lepiej przyjść z ofiarą do boga potęgi,

Niż wierzgać, ty — człowieku! przeciw ościeniowi?

PENTHEUS

O, będzie miał ofiarę, skoro jak najzdrowiej

Te dziewki oporządzę w kithajrońskim jarze!

DIONIZOS

Zemkniecie! A wstyd będzie, gdy tacy mocarze,

Zakuci w stal, uciekną przed bluszczowym kijem.

PENTHEUS

A tom się na hultaja natknął! Czy go bijem,

Czy głaszczem, zawsze pełną ma gębę! Nie mogę!

DIONIZOS

Mój drogi! Ciągle jeszcze masz odwrotu drogę.

PENTHEUS

Więc co? Być sługą sług swych na swą własną szkodę?

DIONIZOS

Jeżeli chcesz, kobietyć bezbronne przywiodę.

PENTHEUS

Ha! Znowu sidła na mnie! Knujesz, ile można.

DIONIZOS

Chcę sztuką cię ocalić, czy to rzecz jest zdrożna?

PENTHEUS

Związałeś się, by bezrząd tu utrwalić, człecze!

DIONIZOS

Związałem się, tak! z bogiem! Bynajmniej nie przeczę.

PENTHEUS

Stul pysk już!… A niechże mi kto zbroję wyniesie!

DIONIZOS

Czy nie chciałbyś białogłów tych podpatrzeć w lesie?

PENTHEUS

I owszem! Jak najchętniej! Dałbym kupę złota!

DIONIZOS

A skądże ci tak naraz przyszła ta ochota?

PENTHEUS

Ohydny to jest widok — pijane kobiety!

DIONIZOS

A zatem na ohydę chcesz patrzeć? O rety!

PENTHEUS

Tak jest, lecz siedząc cicho pod smrekiem. To zrobię.

DIONIZOS

Wytropię, choć się skryjesz! O tym pomyśl sobie.

PENTHEUS

Rzecz słuszna! Więc otwarcie zjawię się w tym borze.

DIONIZOS

Posłuchaj: mam ja ciebie zaprowadzić może?

PENTHEUS

I owszem, jak najprędzej! Nie żałujęć czasu!

DIONIZOS

Niewieściej ci płótnianki trza do tego lasu.

PENTHEUS

Mężczyzna, mam przedzierzgnąć się w babę? O, panie!

DIONIZOS

Ażeby nie zabiło cię męskie ubranie.

PENTHEUS

Cnie mówisz! Niby mędrzec — z dawnych lat najprościej.

DIONIZOS

Dionizos mnie tych wszystkich nauczył mądrości.

PENTHEUS

A jakżeby najlepiej wykonać twą radę?

DIONIZOS

Na ciebie sam, co trzeba, w pałacu pokładę.

PENTHEUS

Niewieście suknie? Ależ ja się wstydzę! Nie chcę!

DIONIZOS

Więc z Menad skwitowałeś? Już cię to nie łechce?

PENTHEUS

I jakże mnie przygodzić chcesz na to wesele?

DIONIZOS

Nasamprzód włos przeciągnęć, rozczeszę, rozdzielę.

PENTHEUS

Co więcej? Jakiż jeszcze strój, jeżeli łaska?

DIONIZOS

Suknia po same kostki, na głowie przepaska.

PENTHEUS

Czy jeszcze co prócz tego? Co? Jakie odzienie?

DIONIZOS

Bluszczowy pręt do ręki i skórki jelenie.

PENTHEUS

Nie! Babskich wdziać ja sukien nie mogę spokojnie.

DIONIZOS

Ma krew się twoja polać z bachantkami w wojnie?

PENTHEUS

Tak! Prawda! Na przeszpiegi chodźmy wprzód, to główna.

DIONIZOS

Najmądrzej! Bo złem nigdy zła człek nie wyrówna.

PENTHEUS

Lecz jak przed Kadmejczyków ukryję się okiem?

DIONIZOS

Pustymi ulicami pójdziemy, nie tłokiem.

PENTHEUS

Wyszydzą mnie bachantki, a szydu nikomu

Nie mógłbym puścić płazem! Rozważę to w domu.

DIONIZOS

Jak chcesz! Lecz zawsze pewny bądź usługi mojej.

PENTHEUS

Odchodzę. Tak się stanie: ruszę stąd bądź w zbroi,

Bądź w sposób, jak mi twoja nakazuje rada.

(Odchodzi.)

DIONIZOS

Niewiasty! Oto mąż ten już w mój potrzask wpada.

Pospieszy do bachantek i tam śmierć go czeka.

Do dzieła, Dionizosie! Nie stoisz z daleka,

Lecz bliskoś! Więc go ukarz! Naprzód odbierz zmysły,

Wpraw w lekki szał! Bo tylko ten, któremu prysły

Rozumu władze zdrowe, gotów jest niewieście

Wdziać suknie. Pośmiewisko urządzę, po mieście

Tebańskim w tym go stroju prowadząc, chełpisza,

Co tak się nam odgrażał. Hadesowa cisza

Powita go w ubraniu tym, gdy własna matka

Rozszarpie swego syna! Uzna, choć z ostatka,

Że bogiem Dionizos, syn Zeusa, okrutny

Dla złych, a zaś dla dobrych w łaskach swych rozrzutny.

CHÓR

Kiedyż to nockę ja całą

Będę hej! nóżką tą białą

Przebierać w rozkosznej uciesze?

Kiedyż do lasu pospieszę?

Kiedyż to szał mnie ochoczy

Ku onej błoni

Pogoni,

Ku onej lśnistej,

Rosistej

Przeźroczy,

Gdzie z wyciągniętą szyją

Pić będę niebiańską pogodę,

Jak piją

Te sarny młode,

Po świeżej łące

Skaczące:

Pogoni unikły zdradliwej,

Przez pola pędziły, przez niwy,

Przez matnie, potrzaski i płoty,

Za nimi skwapliwy

Myśliwy

Psom swoim dodaje ochoty —

Sforze posłusznej, uległej —

By biegły

W lot.

A one,

Te sarny gonione, strudzone,

Wciąż pędzą, by znaleźć obronę,

Przez doły wciąż pędzą i góry,

Mkną chyżo — na skrzydłach wichury,

Aż gdzieś tam w samotnej ustroni,

Gdzie łowiec już sił swych nie trwoni,

Nad brzegiem strumienia,

Pośród chłodnego cienia,

Wśród lasu

Użyją spokoju i wczasu.

Gdzie jaka mędrsza jest rzecz,

Gdzie jaki piękniejszy dar boga,

Niż gdy nad głową wroga

Silniejszy w swej dłoni miecz

Może potrzymać człek?

Co piękne, to miłe po wiek!

Bożych wyroków potęga

Z wolna, lecz pewno dosięga

Grzesznego w świecie człowieka,

Który z poprawą przewleka.

W nieuchronności swojej

Sądzi go, sądzi,

Gdy błądzi,

Gdy bóstw się wcale

W swym szale

Nie boi,

Kiedy swawolnie czci bożej,

Tej świętej ich chwały nie szerzy,

Nie mnoży.

Z swymi obieży

Długo się nieba,

Gdy trzeba,

Taić umieją w swej chęci,

Lecz w końcu się łotr nie wykręci!

Niech nikt nie wyrzeka się wiary,

Niech ma w pamięci —

Niech święci

W nim się ta myśl, że ofiary

Nie trzeba zbyt wielkiej, by wierzyć

I szerzyć

Wraz,

Co cała

Przyroda wspaniała uznała,

A czego pokoleń nawała

Nie zmiotła od wieka do wieka,

Że Bóg ci jest wszystkim dla człeka,

Że wszystko, co mamy, sprowadza

Ta jego wieczysta władza!

Więc niechże nam włada,

A ty mu, duszo, bądź rada,

I wszędy

Należne poświęcaj obrzędy!

Gdzież jakaś mędrsza jest rzecz,

Gdzież jaki piękniejszy dar Boga,

Niż gdy nad głową wroga

Silniejszy w swej dłoni miecz

Może potrzymać człek?

Co piękne, to miłe po wiek!

Szczęśliwy, kto z morskiej fali

W przystani życie ocali!

Szczęśliwy, kto życia mozoły

Przetrwał i żyje wesoły!

Ten nad tym, a tamten znów bierze

Górę nad tamtym bądź w mierze

Dobytku, bądź władzy! Tysiące

Nadzieje znów mają gorące

Tysiączne! Szczęśliwi są jedni,

Gdy się im ziszczą, zaś biedni

Ci z ludzi,

Których nadziei blask złudzi…

Tego ja chwalę sobie,

Co szczęsny w każdej jest dobie.

Na scenę wraca

DIONIZOS

O ty, który źrenice zwracasz ku widokom,

Co nie są do widzenia, i folgujesz krokom

Ku temu, k'czemu kroczyć nie przystało wcale,

Wyjdź z domu, pokaż mi się w swej niewieściej chwale:

Przybrałeś strój bachancki szalonej menady,

By śledzić twojej matki i jej kobiet ślady.

(Na widok wchodzącego w dom Pentheja:)

Na jedną z cór Kadmowych wyglądasz mi w końcu.

PENTHEUS

Przyglądam się — ha! cóż to?! — podwójnemu słońcu

I dwa tebańskie widzę siedmiobramne grody,

A ty mi zaś się widzisz jako byczek młody

I rogi na tej głowie, haha! też dostałeś!

Więc w zwierzę się zmieniłeś! O, tak jest! Zbyczałeś!

DIONIZOS

Bóg, który przedtem krzyw był, teraz jest — o nieba!

Przychylny. Teraz widzisz już, co widzieć trzeba.

PENTHEUS

He? Jak ci się wydaję? Wyznajże łaskawie;

Inonie ja podobny, czy matce Agawie?

DIONIZOS

Widzący cię, wrażenie mam, że widzę obie.

Lecz włos nie na swym miejscu, poprawże go sobie —

Nie leży, jak ma leżeć — o tu, pod przepaską!

PENTHEUS

Zapewnem go poruszył, wywijając laską

Bachancką, wyskakując w szalonej uciesze.

DIONIZOS

Na twe jestem usługi, pozwól, że zaczeszę

Ten pukiel. Podaj głowę!

PENTHEUS

      Podaję! Podaję!

DIONIZOS

I pas ci się rozluźnił i sukni okraje

Do kostek nie spadają tak, jak się należy.

PENTHEUS

Dyć prawda, zwłaszcza prawy fałd mojej odzieży

Nie całkiem jest w porządku, w krąg się stóp nie ściele.

DIONIZOS

Pewnikiem mnie policzysz między przyjaciele,

Gdy wbrew oczekiwaniu skromne ujrzysz dziewy.

PENTHEUS

Chcąc dobrą być bachantką, czy mam trzymać w lewej,

Czy w prawej ten mój pręcik wśród naszej zabawy?

DIONIZOS

Potrząsać trzeba prawą i na nodze prawej

Opierać. Bardzo pięknie, żeś tak zmienił zdanie.

PENTHEUS

A toć ja kithajrońskie wszystkie jary, panie,

Udźwignąłbym na plecach razem z bachantkami!

DIONIZOS

Tak, gdybyś chciał. Lecz przedtem, mówiąc między nami,

Nie byłeś snać przy zmysłach, teraz mózg masz zdrowy.

PENTHEUS

Potrzeba jakiejś dźwigni? Podpory jakowej?

Czy górę tymi bary własnymi podważę?

DIONIZOS

Daj spokój! Jakże można burzyć nimf ołtarze,

Przybytki one święte, gdzie Pan grywa sobie.

PENTHEUS

Tak, słusznie! Nic ja gwałtem kobietom nie zrobię.

Ukryję się pod jodłą, to będzie najlepiej.

DIONIZOS

Ukryjesz się, jak musi — tam cię nikt nie czepi —

Postąpić, kto menady podpatruje chytrze.

PENTHEUS

Przypuszczam, że jak ptaszki, i od nich nie brzydsze —

W ciepłych się gniazdkach tulą, w krzaczkach, w cichym lesie.

DIONIZOS

Aha! A więc ciekawość po to cię tam niesie?

Podejdziesz je, tak myślę, lub podejdą ciebie!

PENTHEUS

No, prowadź mnie przez Teby! W największej potrzebie

Nikt by się nie odważył, ja tylko jedyny!

DIONIZOS

Tak, sam dla dobra miasta ważysz się na — czyny,

Dlatego też czekają godne cię przeboje!

Chodź! Ja cię na zbawienie poprowadzę twoje,

Z kim innym zaś tak wrócisz —

PENTHEUS

      Może wrócę z matką?…

DIONIZOS

— Że wszyscy cię zobaczą.

PENTHEUS

      Po to na tę rzadką

Wybieram się wyprawę?…

DIONIZOS

      I to szybko, duchem

Przyniosą cię —

PENTHEUS

      Czy myślisz, żem jest niewieściuchem?

DIONIZOS

— Ramiona matki właśnie…

PENTHEUS

      Zmuszasz do wygody?

DIONIZOS

Oj! prawda! do wygody!

PENTHEUS

      Czym nie wart?

DIONIZOS

      Choć młody,

Wart jesteś i to bardzo!… (Pentheus wychodzi.)

      Zaiste! Wspaniałej,

Do nieba sięgającej dostąpisz tu chwały!

Agawo, ściągnij rękę! Wy, córki Kadmosa,

Ściągnijcie ją — wy, siostry! Prowadzę młokosa

W bój wielki! Zwycięzcami ja i Szumnik boży

Będziemy, a zaś reszta sama się ułoży!

CHÓR

Huzia! hu! wściekłe psy!

Huzia! W ostępy gór,

Gdzie tyrsos radośnie drży

W dłoni Kadmowych cór!

Huzia my, huzia na szpiega,

Co strój niewieści wdział

I ujrzeć menady zabiega —

Taki nim miota szał!

Pierwsza go matka spostrzeże

Czatującego z wierzchołka

Świerku lub turni i głośno

Na tłum bachantek zawoła:

«Któż z Kadmejczyków, któż,

Niepowołany stróż,

Niepożądany szpieg,

W te nasze góry wbiegł?

W te nasze góry, w te góry

Któryż to z ludzi, który,

O wy bachantek chóry —

Szalony iście człek — ,

Dostępny znalazł ścieg?

Z czyjegoż on wyszedł łona?

Bo nie z kobiecej on krwie!

Szczenię to lwie,

Lub ta, co libijską się zwie,

Zrodziła go kiedyś Gorgona!

Zjawże się, Prawo, zjaw,

Bezbożnych ty sędzio spraw,

Wznieś sprawiedliwy miecz

I morduj, i kłuj, i siecz!

Na wylot mu przeszyj krtań,

Niech ginie, niech kona

Syn Echiona,

Ziemi okrutny płód!

Niech krwawa

I sroga

Będzie ta dań,

Którą ma spłacić tej pory

Człek, co bez Boga,

Bez prawa,

Bez czci, bez pokory

Żywot haniebny wiódł!

Przeklęty go uniósł gniew,

Prawo depcąca złość!

W pogardzie matki ma krew:

Choć z jej on kości kość,

Chce to dziś zburzyć, co dla niej

Świętością się stało! Tak!

W tej ci on myśli, o pani,

Na twój się wybrał szlak:

W pysze niepowściągliwej

Pragnie on przemóc, co boże,

A czego nikt na tym świecie

Siłą swą przemóc nie może!

Pragnie zuchwale zgnieść

Wszelaką boską cześć,

Z której ma biedny człek

Poratowanie i lek.

Żadnej ci, żadnej mądrości

Dusza ma dziś nie zazdrości,

A przecież to, co najprościej

Szczęścia przynosi nam stek,

Najwyższym jest dla mnie po wiek,

Rozumu to dla mnie korona:

Całą potęgą swych tchnień

I noc, i dzień

Wysławiać niebiosa, a w cień

Niech cnota nie schodzi gnębiona!

Zjawże się, Prawo, zjaw,

Wznieś sprawiedliwy miecz

I morduj, i kłuj, i siecz!

Na wylot mu przeszyj krtań,

Niech ginie, niech kona

Syn Echiona,

Ziemi okrutny płód!

Niech krwawa i sroga

Będzie ta dań,

Którą ma spłacić tej pory

Człek, co bez Boga,

Bez prawa,

Bez czci, bez pokory

Żywot haniebny wiódł.

Zjaw się jak byk,

Lub wielogłowy smok,

Lub płomienisty lew!

Hej! Niechże, Bachu, nasz krzyk,

Nasz zew

Uskrzydli dziś chyży twój krok:

Niechże ci śmiech tryska z warg,

Kiedy zabójczy sznur

Będziesz mu składnie

Rzucał na kark,

Skoro w swym szale napadnie

Święte menady gór!…

Na scenę wbiega

GONIEC

O ty, w Helladzie ongi tak szczęśliwe plemię

Starego Sydończyka, który posiał w ziemię

Płód ziemi, zęby smocze! Jak mnie los twój boli,

Choć tylko jestem sługa, żyjący w niewoli!

PRZODOWNICA CHÓRU

Co jest? Czy od bachantek niesiesz jakie wieści?

GONIEC

Syn Echiona zginął, Penthej! O boleści!

PRZODOWNICA CHÓRU

Potężnieś się objawił, ty nasz szumny boże!

GONIEC

Co mówisz, co powiadasz? Radujesz się może

Z rozgromu mego pana?… O niewiasty lute!

PRZODOWNICA CHÓRU

Nie wasza, na nie waszą śpiewam dzisiaj nutę!

Nie lęka się już kaźni me serce niewieście!

GONIEC

Czy myślisz, że już mężczyzn nie ma w naszym mieście?

PRZODOWNICA CHÓRU

Dionizos, o, Dionizos ma nade mną władzę!

Jego się tylko radzę!

GONIEC

Rozumiem! Lecz się cieszyć, jeśli kogo spotka

Nieszczęście, to nie pięknie! Sprawa to nie słodka!

PRZODOWNICA CHÓRU

Lecz powiedz, jakże zginął? — powiedzże, mój złoty! —

Ten mierny człek, co same wyprawiał niecnoty?

GONIEC

Rzuciwszy swe mieszkanie w tym tebańskim grodzie,

Dotarliśmy nasamprzód ku Ajsopa wodzie,

Przez którą trzeba było się przeprawić, dalej

Do skał kithajronowskich myśmy się dostali —

To znaczy, ja i Penthej, któremu w tej drodze

Towarzyszyłem właśnie, panisku-niebodze,

I on, ten cudzoziemiec, wiodący nas obu

Na ową uroczystość. Pamiętni sposobu,

Nasamprzód do zielonej wkroczyliśmy hali:

Stąpając po cichutku, ledwieśmy szeptali,

By widzieć, niewidziani. W drzew jodłowych cieni

Spadzisty jar lśnistymi źródłami się mieni.

W tych cieniach, u tych siklaw, nad krynic zwierciadły

Swobodnie się menady przy pracy rozsiadły

Przemiłej: jedne pręty tyrsowe maiły,

Ogołocone z bluszczu, inne wieńce wiły,

A inne znów skakały niby klacze młode,

Od wozów na rozkoszną puszczone swobodę.

Bachantek wtór rozbrzmiewał naokół. I wtedy

Ten biedny mój Pentheus, nie mogąc czeredy

Niewieściej dojrzeć dobrze, powie: «Stąd, gdzie stoję,

Przybyszu mój kochany, chyba oczy moje

Nie mogą, jak by chciały, ogarnąć gromady

Bachantek. Na to, myślę, nie ma innej rady,

Jak wleźć na jaki wierszyk lub na jaką jodłę,

Bo tylko tak zobaczę ich rzemiosło podłe.»

I wtedy wraz spostrzegłem, jakiego to cudu

Ten przybysz w oczach moich dokonał bez trudu:

Wierzchołek niebotyczny rękami zwinnemi

Schwyciwszy, jął giąć jodłę, giął i giął ku ziemi,

Aż w kabłąk zgiął w kształt łuku lub jak dzwono koła,

Pod cyrklem kołodzieja rosnące. Nie zdoła

Śmiertelny żaden człowiek spełnić, czego w lesie

Ten przybysz nasz dokonał. W rękach drzewo gnie się,

Aż zegnie się ku ziemi! Co kiedy się stało,

Na gałąź wsadził pana i, znowu się mało

Trudzący, jął to drzewo przepuszczać przez palce,

By zbyt nie odskoczyło. W końcu po tej walce,

Co walką snać nie była, do niebieskich pował

Ów maszt się, dźwigający króla, wyprostował.

Lecz menad król nie dojrzał, za to menad oczy

Spostrzegły go wyraźnie w niebieskiej przeźroczy,

Na drzewa tego szczycie. W tym samym momencie

Znikł przybysz. Za to z niebios — wierzę temu święcie,

Że był to Dionizos — głos się ozwał gromki:

«Niewiasty! Posłuchajcie! Wy, Kadma potomki,

I wy, moje dziewice! Zdrajcę wam przywiodłem,

Co mnie i was, i nasze obrzędy w swem podłem

Śmiał nurzać pośmiewisku! Ukarzcie go za to!»

To rzekł i płomień ognia świętego bogato

Ku niebu i ku ziemi wypuścił. Przestwory

Ucichły, ani listek nie zadrżał tej pory

W rozciekawionej kniei, zamilkły zwierzęta.

Nie całkiem usłyszawszy, co im cisza święta

Przyniosła, wraz na palcach wspięły się te panny,

To w tę, to w ową stronę wzrok swój nieustanny

Rzucając. Wtem na nowo głos się ozwał z góry,

I, Bacha już poznawszy, Kadmosowe córy

Zerwały się, jak dzikie gołębie i siły

Do biegu wytężywszy, co tchu popędziły

Agawe matka króla, i obie jej siostry

I wszystkie wraz bachantki: niby wicher ostry,

Przepaści przesadzając, jary i źródliska,

Pomknęły, bożym szałem porwane, i z bliska

Ujrzawszy na tej jodle siedzącego króla,

Straszliwie sobie tłum ich od razu pohula.

Nasamprzód były głazy w robocie: ze skały

Sterczącej naprzeciwko, kamienie rzucały

I kłody, i gałęzie. Inne w biedną głowę

Mierzyły tyrsosami, lecz i tyrsosowe

Ich pręty szły na chybę, albowiem na szczycie

Wysokim, o nie! wyższym, niż sam chciał, swe życie

Umieścił nieszczęśliwy ten mój pan! Bezradnie

Na drzewie onym siedział, czekając, aż padnie,

Konary dębowymi poczęły nareszcie

Korzenie wydobywać te ręce niewieście,

Podważać je bez dźwigni żelaznych. A kiedy

Bez skutku i ta praca, do wściekłej czeredy

Odezwie się Agawe: «Otoczyć mi kołem

To drzewo, za pień chwycić, iżby przed mozołem

Rąk naszych zwierz ten nie zbiegł i ażeby bożej

Nie zdradził tajemnicy!…» I wraz się przyłoży

Rąk tysiąc do tej jodły i wyrwie ją z ziemi.

A między gałęziami siedział jodłowemi

Pentheus, by wraz upaść wśród jęków rozpaczy

I westchnień przetysiącznych: wiedział, co to znaczy,

Na śmierć niechybną szedł on. Dopadnie go matka

I pierwsza — że kapłanka — pocznie do ostatka

Mordować swego syna. On zasię, przepaskę

Zrzuciwszy co tchu z głowy, błaga ją o łaskę,

Ażeby go poznawszy, nieszczęsna Agawe

Rzuciła te sprawiane nad nim sądy krwawe.

«Syn jestem twój, o matko!» — tak on rzecze do niej,

Dotknąwszy się jej lica, jej matczynej skroni —

«To ja, Pentheus, syn twój, o matko rodzona,

Któregoś porodziła w domu Echiona!

Ulituj się nade mną i za moje grzechy

Synowskiej ty się, matko, nie zbawiaj pociechy!»

Lecz ona, wywracając oczy, tocząc pianę,

Straciwszy zdrowe zmysły, gdzie zmysły wskazane,

Bachanckim zdjęta szałem, ani go nie słucha.

Na piersiach mu stanąwszy i, ślepa i głucha,

Rozedrze mu łopatkę i, chwyciwszy ramię,

Wyrywa je — o, siłą nie własną! Nie kłamię:

Bóg jakiś tak ustalił niewieście jej ręce!

Zaś z drugiej strony Ino uczestniczy w męce,

Na kęsy szarpiąc ciało. Nieszczęsnej ofiary

Dopadła Autonoe, a z nią całe chmary

Bachantek… Wszczął się zamęt, krzyk i narzekanie:

Ten jęczy, ciężko wzdycha, ile tchu mu stanie,

A tamte tryumfują. Ta biednego człeka

Skrwawione chwyta ramię, ta z nogą ucieka,

W obuwiu jeszcze tkwiącą. Oto żebra świecą,

Odarte całkiem z mięsa tą ręką kobiecą.

O biedny Pentheusie! Kawałami ciała

Twojego, niby piłką, ta czeladź rzucała!…

Na ostrych skał złomiskach leżą jego strzępy,

Po gąszczach rozsypane, na lesiste kępy

Rzucone! O, niełatwo je znaleźć!… Traf zdarza,

Iż głowa się dostaje do rąk matki. Wraża

Rodzica wraz na tyrsos ją zatknie i pędzi,

By z głową lwa dzikiego, od skalnych krawędzi

Kithajronowych w górach wraz z swymi menady

Pozostawiła siostry, sama zaś w me ślady,

Z krwawego łupu dumna, spieszy w nasze mury,

Bachowi pohukując, co był jej ponurej

Wyprawy uczestnikiem, co ją tą zdobyczą

Obdarzył, łzy niosącą. Niechże sobie krzyczą,

Radują się zwycięstwem, ja, nim się tu zjawi

Agawe, precz stąd pójdę, gdyż serce mi krwawi

Ten widok!… Tak, być skromnym i zawsze czcić nieba

To rzecz jest najpiękniejsza, a powiedzieć trzeba,

Że równie i najmędrsza. Klejnot nad klejnoty,

Jeżeli człek te zbawcze pielęgnuje cnoty.

CHÓR

W pląs na cześć Bacha, w pląs!

W taneczny szał!

Niech się nasz hejnał potoczy,

Albowiem zginął już smoczy

Płód!

Pentheus zginął! Niewieście odzienie

Wdział,

Tyrsosem trząsł

I w Hadu dziś zeszedł cienie —

Buhaj go wiódł!…

Tebańskich bachantek chóry

Zwycięstwa wspaniałą sławę

W jęk zmieniłyście ponury,

W zdrój

Łez!

Piękny zaiste to bój,

Wielkąć przynosi chlubę.

Jeśli na dziecka własnego zagubę,

Na jego kres,

Ręce podniesiesz krwawe!

PRZODOWNICA CHÓRU

Aliści widzę matkę Pentheja, Agawe —

Z wytrzeszczonymi oczy do pałacu spieszy.

Powitać, cześć bachanckiej trzeba oddać rzeszy.

Z głową Pentheja, zatkniętą na tyrsosie, wpada z częścią bachantek

AGAWE

Bachantki azyjskie!

PRZODOWNICA CHÓRU

      Hej?

AGAWE

Maik niesiemy w dom,

Maik zielony,

Od gór go niesiemy, od gór,

Niesiem go świeżo ucięty!

PRZODOWNICA CHÓRU

Widzę twój chór,

Biję pokłony —

Witam cię, tłumie ty święty!

AGAWE

W ostępie dzikich kniej,

Bez łowczych sieci —

Patrzcie, patrzajcie, me dzieci!

Upolowałam lwa!

PRZODOWNICA CHÓRU

Wśród jakich puszcz?

AGAWE

Kithajron — —

PRZODOWNICA CHÓRU

      Kithajron?

AGAWE

      On

Jego sprowadził skon.

PRZODOWNICA CHÓRU

Któż pierwszy wymierzył cios?

AGAWE

Moja to chwała chwał!

PRZODOWNICA CHÓRU

Szczęśliwą cię będzie zwał

Powszechny głos!

BACHANTKI

Tak zwią mnie bachantki.

PRZODOWNICA CHÓRU

      Kto drugi?

AGAWE

Kadmosa — —

PRZODOWNICA CHÓRU

      Kadmosa? —

AGAWE

      Ród

Tej uczestnikiem zasługi!

On ci to ze mną, tak, ze mną

Nie poszedł w drogę daremną!

Przez nas on trup!

Szczęśliwy, szczęśliwy to łup!

AGAWE

Bierz udział w biesiedzie!

PRZODOWNICA CHÓRU

      Ja?

AGAWE

Młody to jeszcze zwierz!

Spod spin szyszaka,

Który niedawno wdział,

Miękka się broda dobywa!

PRZODOWNICA CHÓRU

Z tym mu na schwał —

Ozdoba taka,

Jako u lwa jego grzywa!

AGAWE

Bach się na łowach zna!

Na zwierza ślady

Wraz zaprowadził menady,

On, sfory wódz!

PRZODOWNICA CHÓRU

Myśliwych król!

AGAWE

Czy chwalisz?

PRZODOWNICA CHÓRU

      Co chwalę?

AGAWE

      Mnie?!

Wkrótce po wszystkie dnie — — —

PRZODOWNICA CHÓRU

Chwalić cię będzie ten gród!

AGAWE

I Penthej mnie za ten łów — —

PRZODOWNICA CHÓRU

Pochwali własny cię chów,

Tak, on, twój płód!

AGAWE

Że taka lwia zdobycz —

PRZODOWNICA CHÓRU

      Wspaniała —

AGAWE

Wspaniale —

PRZODOWNICA CHÓRU

      Złowiona —

AGAWE

      Mych rąk

Nie uszła! O chwała! O chwała!

O wielka, ty wielka radości!

Wśród mych rodzinnych włości

Czyn mój zostanie po wiek —

Sławić go będzie człek!

PRZODOWNICA CHÓRU

Więc niechaj twoją zdobycz, nieszczęsna niewiasto,

Zobaczy na swe oczy i tebańskie miasto.

AGAWE

Mieszkańcy pięknowieżej warowni na ziemi

Tebańskiej! Przyjdźcie zaraz, aby oczy swemi

Oglądać łup, przez córki Kadmosa zdobyty!

Nie one, ze rzemienia miotane dziryty

Tessalskie go ubiły, nie wpadł też do matni

Myśliwskiej! O nie! Cios mu zadały ostatni,

Rozdarły go tych białych palce rąk! Należy

Więc chełpić się, po bronie chodzić do płatnerzy,

Jeżeli go te gołe pochwyciły ręce,

Na cząstki mu porwały te członki zwierzęce?

Gdzie jest mój ojciec stary? Niechże k'nam się rusza!

Nie widzę też i syna mego, Pentheusza?

A przyjdź! Drabinę przystaw do dworzyszcza ściany

I przybij na trójwrębie ten upolowany

Łeb lwa, który ze sobą przynoszę!

Z resztkami zwłok syna, na marach niesionemi przez służbę, powraca spoza miasta

KADMOS

      Na ziemię

Postawcieże mi, słudzy, to nieszczęsne brzemię,

Te resztki Pentheusa! Przynieście je, ludzie,

Przed pałac. Po tysiącznym znalazłem je trudzie,

W parowach kithajrońskich… Nie w jednym leżały

Wszak miejscu — w gęstym lesie ten dobytek cały

Jam zebrał! — O mych córek wyprawie straszliwej

Już tum ja się dowiedział, na te nasze niwy

Wróciwszy od bachantek, wraz z Teirezjaszem,

Chodzący już spokojnie po tem mieście naszem.

Do lasu więc z powrotem skierowawszy kroki,

Przynoszę wam te wnuka zabitego zwłoki —

Menady go rozdarły! Była tam i ona

Małżonka Aristaja, co mu Aktajona

Zrodziła, Autonoe; w zielonej dąbrowie

Widziałem również Ino! W nieszczęśliwej głowie

Zmieszały się im zmysły. Zaś co do Agawy,

Ktoś mówił mi, że z swojej bachanckiej wyprawy

Wróciła opętana do miasta. I zasię

Rzekł prawdę, gdyż ją widzę — biada! po niewczasie!

AGAWE

Mam prawo dzisiaj, ojcze, do największej chwały!

Tak, chełp się! Gdyż z śmiertelnych tobie się dostały

Przenajdzielniejsze córki! Wszystkich to się tyczy,

A zwłaszcza mnie! O, racz się przyjrzeć tej zdobyczy

Iglicę porzuciłam i krosna, byś oto

Sięgnęła nieco wyżej, ty moja ochoto,

Na zwierza polująca — rękami! Patrz, stary

Mój ojcze! Na ramionach niosę łup bez miary

I tobie go oddaję, by na twego szczycie

Pałacu mógł zawisnąć! Niech się twoje życie

Napełni dzisiaj dumą! Niech twe serce, rade

Z mojego dzisiaj czynu, sprosi na biesiadę

Twe wszystkie przyjacioły! Szczęśliwyś, szczęśliwy,

Że takie twoje córki wykonują dziwy!

KADMOS

O klęsko niepomierna, przed którą się bronią

Źrenice! O ty mordzie, wykonany dłonią

Nieszczęsną! O, wspaniałą uczciłaś ty bogi

Ofiarą i na stypę prosisz w swoje progi

I mnie, i Tebańczyków! Biada! naprzód tobie,

A potem mnie jest biada. O, w słusznej żałobie,

Aczkolwiek zbyt okrutnej, szumny bóg nas grzebie

On, krewniak nasz, pogrąża w niej i mnie, i ciebie.

AGAWE

Że też to starość bywa tak zrzędna i oko

Na wszystko ma niechętne. Pragnę ja głęboko,

By syn mój dobrym łowcą był i w matki ślady

Wstępował, zwierza goniąc na czele gromady

Tebańskiej młodzi! Przecież on li umie z bogi

Wojować! Trzeba, ojcze, odwieść go z tej drogi,

Upomnieć! Niech tu stanie i niechże zobaczy,

Iż szczęścia tak nie zyska, jeno klęskę raczej.

KADMOS

Ach! ach! Gdybyście kiedy czyn swój pojąć miały,

Cierpienie by was cierpkie zmogło. Lecz że cały

Swój żywot w tym dzisiejszym stanie przeżyjecie,

Nieszczęścia nie poznacie największego w świecie.

AGAWE

Cóż stało się smutnego? Jakie zło cię mroczy?

KADMOS

Nasamprzód tam, ku niebu, podnieśże te oczy.

AGAWE

Podnoszę. Ale po co? Czy dowiem się może?

KADMOS

To samo jest, czy coś się zmieniło w przestworze?

AGAWE

Daleko promienistsze, to powiedzieć muszę.

KADMOS

A ból jakiś niezwykły czy ci szarpie duszę?

AGAWE

Ja nie wiem, co to znaczy… Jeno czuję, owszem:

Poprzedni stan przeminął w mojem sercu zdrowszem.

KADMOS

Czy słyszysz? Odpowiedzi daszże mi przytomne?

AGAWE

Dawniejszych słów, mój ojcze, wcale już nie pomnę.

KADMOS

A w czyjeże to progi weszłaś jako żona?

AGAWE

Z posiewów zrodzonego smoczych Echiona.

KADMOS

A jakie, powiedz, imię waszego jest syna?

AGAWE

Pentheus, ma i męża pociecha jedyna.

KADMOS

A z czyjejże to głowy w ręku krew ci płynie?

AGAWE

Z łba lwa, tak mi mówiły moje współłowczynie.

KADMOS

O, przyjrzyj mu się bliżej, starczy mgnienie powiek.

AGAWE

Co widzę? Cóż ja trzymam?! Wszak ci to jest człowiek!

KADMOS

Uważnie mu się przyjrzyj, popatrz, jak należy.

AGAWE

Największą widzę zgrozę! O bólu macierzy!

KADMOS

A co? Jak ci się widzi? Co? Czy lwa to skronie?

AGAWE

Nie! Głowę Pentheusa dźwigają me dłonie!

KADMOS

Skrwawioną, nim zdołałaś ją rozpoznać! Rety!

AGAWE

Kto zabił? Kto dał do rąk nieszczęsnej kobiety?

KADMOS

Okrutna, sroga prawdo, jawisz się nie w porę!

AGAWE

Mów! Wypędźże mi z serca niecierpliwą zmorę!

KADMOS

Ty sama go zabiłaś, ty i siostry twoje!

AGAWE

Padł w domu, czy gdzie indziej? O wy niepokoje!

KADMOS

Gdzie ongi Aktajona srogie psy rozdarły.

AGAWE

Mów, po co na Kithajron poszedł ten mój zmarły?

KADMOS

Szedł z boga drwić, wyszydzać szedł bachijskie szały.

AGAWE

A w jaki my się sposób, powiedz, tam dostały?

KADMOS

Utraciłyście zmysły i ten gród nasz z wami.

AGAWE

Dionizos zmógł! Jasnymi widzę to oczami.

KADMOS

Nie chciałyście go uznać, lżąc jego obrządki.

AGAWE

Gdzież, ojcze, są te drogie mego dziecka szczątki?

KADMOS

Przyniosłem, wyśledziwszy z ogromnym mozołem.

AGAWE

Czy dobrze członki jego trzymały się społem?

KADMOS

[Porozrzucane. Leśny skrywał je manowiec.]

AGAWE

Skąd szał nasz opadł także i Pentheja? Powiedz!

KADMOS

Wam równy był, czcić boga wzbraniał się i za to

Bóg hojnie nam zapłacił — o krwawa zapłato! —

W jednaki niszcząc sposób nas wszystkich: was, moje

Wy córki, i tego tu, i mój dom — ostoję,

I mnie, co pozbawiony męskiego potomka,

Spoglądać dzisiaj muszę, jaka klęska gromka

Raziła dziś ten ród nasz, jak przenieszczęśliwie,

Jak strasznie zginął kwiat ten, wyrosły na niwie

Żywota twego, córko!… O mój wnuku luby!

Podporąś mego domu był, a dziś do zguby

Przywiodłaś go, ty drogi mojej córki synu!

Postrachem byłeś wielkim dla naszego tynu,

Lecz nikt przez wzgląd na ciebie nigdy się nie ważył

Urągać mnie, starcowi! Dobrze by się sparzył!

A dzisiaj snać wypędzon będzie z własnej ziemi

On, Kadmos, wielki Kadmos, co rękami swemi

Tebański ród zasiawszy, bujne sprzątnął plony!

O wnuku mój jedyny, wnuku mój rodzony.

Najdroższy dla mnie z ludzi, bo choć już na świecie

Nie żyjesz, do najdroższych zawsze cię, me dziecię,

Zaliczać tutaj będę. Już ty mnie za brodę

Nie będziesz ciągnął, wnuku! Już ty, pisklę młode,

Nie będziesz mnie całował, nie będziesz zwał dziadkiem,

Nie będziesz mnie się pytał: «A czy ci przypadkiem

Ktoś krzywdy nie wyrządził? Któż ci na zawadzie

Tak stanął, tak zasmucił? Powiedz, luby dziadzie,

Ażebym mógł ukrócić tę ludzką swawolę!»

A dziś ja nieszczęśliwy i tyś się na dolę

Naraził przeokrutną, przebiedna twa matka

I sióstr jej los żałosny!… Kto żyw, do ostatka

Pamiętaj: gdybyś bluźnił, nie chciał wierzyć w Boga,

Wnet wierzyć cię nauczy śmierć Pentheja sroga.

PRZODOWNICA CHÓRU

Kadmosie, żal mi ciebie! Jednak zasłużenie

Padł wnuk twój, choć tak krwawe zostawił ci mienie.

AGAWE

Cóż stało się z mych losów, ty mój ojcze miły?!…

[Ażeby żyć tu dalej, już ja nie mam siły!

Pentheus, syn, nie żyje! Ręce moje własne

Rozdarły go na strzępy! Niechże i ja zgasnę!

DIONIZOS

On karę zasłużoną poniósł: szydził ze mnie

I przeto z rąk tych zginął, z których tak nikczemnie

Nie był powinien zginąć. Ale i wam godnie

Zapłacić trzeba będzie za spełnioną zbrodnię

Na wnuku tego starca: Już nie zobaczycie

Tych murów, wypędzone z nich na całe życie!]

Ty w smoka, królu Kadmie, będziesz przemieniony,

A co zaś do Aresa córki, twojej żony,

Harmonię, która z tobą, choć śmiertelnyś, żyje

W małżeńskim związku, w gada się przedzierzgnie, w żmiję.

Z nią razem z tego miasta pognasz zaprząg wołów —

To Zeus ci przepowiada co do twych mozołów —

I, ludów barbarzyńskich wódz, ty grodów wiele

Rozburzysz. Lecz gdy nowi twoi przyjaciele

Świątynię Loksyjasza złupią, wiedz, że wtedy

W powrocie swym doznają niespodzianej biedy.

Lecz Ares przyjdzie w pomoc tobie i Harmonii,

Obojga was na Wyspie Szczęśliwości schroni.

To mówięć ja, Dionizos, nieśmiertelny człowiek,

Lecz Zeusa syn prawdziwy. Gdybyście swych powiek

Nie odwracali ongi od rozsądku drogi

W te czasy, kiedy znać jej nie chcieliście, błogi,

Zaiste, los by waszą rozpogadzał duszę,

Syn Zeusa zbawcze z wami zawarłby sojusze.

AGAWE

Błagamy, Dionizosie! Zgrzeszyłyśmy, boże!

DIONIZOS

Za późno! Wcześniej było kajać się w pokorze!

AGAWE

Widzimy to, lecz nazbyt krwawa jest twa chłosta!

DIONIZOS

I wyście mnie chłostały szyderstwem! Rzecz prosta!

AGAWE

Tyś bóg, więc się nie równaj śmiertelnikom w złości.

DIONIZOS

Zezwolił na to dawno Zeus z swej wysokości.

AGAWE

Ojej! Więc nieuchronne, starcze, jest wygnanie!

DIONIZOS

Przecz zwlekać? Co się stało, już się nie odstanie!

KADMOS

O dziecię! Jakiż dzisiaj los nawiedził ostry

Nas wszystkich, mnie i ciebie, i twe krwawe siostry!

Ja, biedny, w cudzoziemskie mam się udać kraje

W tym wieku tak podeszłym! Jak Zeusa wyznaje

Wyrocznia, mam wojsk cudzych zebrać mieszaninę

I wieść ją na Helladę! Mam — z boleści ginę! —

Harmonię, Aresową córkę, moją żonę,

Na gada przedzierzgniętą, wieść w ojczystą stronę,

Ja, również gad! Na dzikich barbarzyńców przedzie

Na groby ją helleńskie własny mąż powiedzie,

Na świętych bóstw ołtarze! Nie skończą się moje

Nieszczęścia! Mnie i wówczas będą niepokoje

Szarpały, Acherontu gdy fale zobaczę!

AGAWE

Ojcze! Bez ciebie idę na życie tułacze!

KADMOS

Przecz, córko, obejmujesz mnie swymi rękami?

Słaby, siwy ja łabędź, cóż ja pocznę z wami?

AGAWE

Z ojczyzny wyrzucona, w jakież pójdę strony?

KADMOS

Ja nie wiem! Nie pomoże ci ojciec rodzony.

AGAWE

Żegnaj mi, grodzie ojczysty, żegnaj mi, domie ty mój!

Wypchniętą z rodzinnych progów

Okrutny czeka znój.

KADMOS

Arystajowych poszukaj rozłogów!

AGAWE

[Ojcze! nad losem twym płaczę!

KADMOS

A mnie chwytają rozpacze

Nad twą i sióstr twoich dolą!

AGAWE

Dionizos, wielki bóg,

Strasznym zapłonął gniewem,

Z rodzinnych wygnał smug!

DIONIZOS

Ale i mnie strasznie bolą

Te krzywdy, przez was zadane —

Krwawą mi ranę

Tebański zadał gród,

Że mi odmówił czci!

(Znika.)

AGAWE

Bądźże mi, ojcze, zdrów!

KADMOS

Bądź zdrowa, córko nieboga!

Jeno do zdrowia nie wiedzie ta droga!

AGAWE

Do sióstr mnie powiedźcie, do sióstr,

Przed nimi niech stopa ma stanie,

By razem pójść na wygnanie —

Biedne wy siostry moje!

Nie na Kithajron mi iść!

Ani on mnie nie zobaczy,

Ani ja jego! Ach!

Nie dla mnie bachantek stroje,

Nie dla mnie już w bluszczu liść

Zdobne te pręty —

Innym zostawię ja ten obrzęd święty!…

CHÓR

W przemnogiej postaci

Zjawiają się losy

I niespodzianki urządza nam Bóg.

Miast zyskać, człek traci,

A zysków niebiosy

Wśród niespodzianych nie skąpią mu dróg —

Tak było i z tym wydarzeniem… ]

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.