E-book
10.92 7
drukowana A5
22.27
Widzę Boga w codzienności
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Widzę Boga w codzienności


3.3
Objętość:
94 str.
ISBN:
978-83-8221-603-5
E-book
za 10.92 7
drukowana A5
za 22.27

Od autorki

Książka ta jest zbiorem wielkich i małych świadectw, które działy się w życiu mojej rodziny i wciąż się dzieją. Do tej pory niektóre z nich były publikowane na blogu, lecz czas zebrać je w całość i pokazać jak Bóg jest dobry. Widzę, jak wielu ludzi odkrywa Boga i żyje z Nim życiem niezwykłym, lecz wciąż jest wiele osób, które mówią: „cuda nie są dla mnie”. Bóg jest żywy i prawdziwy w moim życiu, choć jestem prostym człowiekiem, dlaczego nie miałby dotknąć miłością Ciebie?

A słowem wstępu…

Szczęść Boże! Mam na imię Kamila. Obecnie mam 24 lata i od prawie 10 lat żyje w szczególnej relacji z Bogiem. Nie było łatwo. Jestem dość opornym stworzeniem. Bóg zawsze był w moim życiu. W końcu taka tradycja. Pismo Święte w moim domu było otwierane tylko w Boże Narodzenie. Dziś czytam je codziennie i wciąż czekam na więcej. Moje nawrócenie nie było łatwe, wydaje mi się, że Bóg powoływał mnie wielokrotnie. Na Mszy Świętej, na rekolekcjach, przez spotkanych ludzi, moją mamę i słuchane na YT audycje, kazania i pieśni uwielbienia. Czasem podnosiłam się z dołka, czytając na blogu własne świadectwa. To pokazuje, że Bóg ma poczucie humoru. Pisząc to, zastanawiam się, jak będzie wyglądała moja kolejna walka. Czy znów podniosę głos, a może osądzę kogoś z mojej rodziny? Nie wiem tego, ale wiem jedno. Bóg kocha mnie bez względu na wszystko i z każdego upadku pomoże mi wstać. I ufam, że jeszcze wielokrotnie spłynie na mnie deszcz błogosławieństw Bożych.

Podziękowania

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tej książki i na co dzień byli i są Bożymi darami dla mnie i mojej rodziny. Podziękowania te kieruje przede wszystkim do mamy i siostry - Lidii i Joanny Lesiak, a także wujka - Ireneusza Filipkowskiego, przyjaciela - ks. Sylwestra Bernata oraz Stowarzyszeniu Nasza Lipowa.

ŚWIADECTWA

Bóg zaprasza! Duch Święty prowadzi!

Duch Święty prowadzi! I to jest prawda. Daje siłę, umacnia, obdarza łaskami, przychodzi z uzdrowieniem… Można by tak wymieniać w nieskończoność. Już jakiś czas temu odkryłam, że Duch Święty prowadził mnie i wzywał do Ojca przez cały czas, tylko jakoś tego nie zauważałam. Dodam tutaj, że byłam swego czasu (2013—2014) na trzech rekolekcjach. Nie były to rekolekcje prowadzone typowo przez księdza, ale przez wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym. Prowadzący rekolekcje byli zwykłymi, świeckimi wiernymi, ksiądz oczywiście też tam był. Od momentu, kiedy udałam się na pierwsze rekolekcje, mój obraz Boga zaczął się zmieniać. Nie miałam dobrego wzorca ojca, dlatego też Bóg Ojciec nie wydawał mi się kimś fantastycznym. Oczywiście do kościoła chodziłam, modliłam się, ale tylko tak dla zasady, w ramach tradycji. Zbyt wiele mi to nie dawało… W czasie rekolekcji doświadczyłam rzeczywistego dotyku Ducha Świętego. Zaczęłam szczerze cieszyć się z obecności Boga i nauczyłam się spontanicznej i indywidualnej modlitwy, a nie klepania formułek. (Oczywiście nie neguję tu w żaden sposób modlitw zatwierdzonych przez Kościół. Sama modlę się nimi na co dzień, po prostu przestały być one dla mnie puste i oprócz nich modlę się własnymi słowami.),To był pierwszy, prawdziwy w moim życiu krok zbliżający mnie do Boga. Oddałam życie Jezusowi! To była i jest najlepsza decyzja w moim życiu. Pod koniec rekolekcji odbyła się modlitwa o wylanie Ducha Świętego. Kiedy wstawiennicy modlili się nade mną, to liczyłam na silny dotyk Bożego działania. Najlepiej taki, żebym aż z krzesła spadła. Nic takiego się nie wydarzyło. Po modlitwie wstawienniczej otrzymałam kartkę ze słowami i obrazami, które Bóg do mnie skierował. Nie będę jednak rozpisywać się nad jej treścią, tylko nad tym, co najmocniej we mnie uderzyło.

„Pan daje Ci zbroję, abyś była wojowniczką,

ale czeka na Twoją decyzję, abyś była wojowniczką Pana.”

Jest to dość wymowny przekaz, ale wtedy nie rozumiałam tego. Trudno było mi to pojąć. Może mam wyjść na ulicę i krzyczeć ubrana w zbroję „Nawróćcie się!”. Jednak taka wizja mnie nie przekonywała do niczego. Wiedziałam, że te słowa są tak bardzo ważne. Tyle że nie wiedziałam co, po co i dlaczego? Ciekawe są również kolejne dwa zdania, które były śmieszne dla mnie.

„Ty wiesz, co masz zostawić, co zmienić,

masz otworzyć usta i mówić o Panu.

Nie bój się, idź pod prąd ducha tego świata.”

Bałam się ludzi i nie rozumiałam, czego Bóg ode mnie chce… Wolałam siedzieć cicho i cieszyć się w Bogu gdzieś na uboczu. Te słowa poznania były jednak tak mocne, że długo za mną chodziły. Szczególnie że były podparte wspaniałym słowem Bożym.

„(…) I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza,

odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała.

Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić,

byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań,

i według nich postępowali.

Wtedy będziecie mieszkać w kraju, który dałem waszym przodkom,

i będziecie moim ludem, a Ja będę waszym Bogiem. (…)”

Ez 35, 26—28

Ta obietnica, te słowa bardzo mnie umocniły. Byłam jednak chwiejna i po pewnym czasie moje relacje z Bogiem Ojcem znów zaczęły słabnąć. Cały czas szukałam Boga. Chciałam go doświadczyć. Słyszałam o uzdrowieniach, naprawionym życiu i też tego chciałam. Wspólnota w mojej parafii była trochę inna niż ta, która prowadziła rekolekcje. Było w niej smutno i wiele osób nie chciało słuchać o tym, że jakiś młokos wchodzi lub próbuje wejść w relacje z Bogiem. To było trudne i ciężkie. Myślałam, że może mają racje…

Jakiś rok później za namową zaprzyjaźnionego księdza pojechałam na rekolekcje Młodzi na Maxa (te wcześniejsze, to były REO). Tak wyszło, że pierwszego dnia wyjazdu pochorowałam się, grypa murowana. Nie zniechęciłam się jednak, chociaż przez dwa dni prawie nie mogłam mówić. Rekolekcje te prowadziła znów wspólnota z REO. Cieszyłam się z tego powodu. Szczególnie że były one kierowane do młodego pokolenia. Bez teologii i formułek. Po prostu rozmowy, śpiew, świadectwa. Sama radość, Na koniec rekolekcji tak, jak wcześniej znów odbyła się modlitwa o wylanie Ducha Świętego. Bardzo przeżyłam ten czas. Był i jest on dla mnie ważny. Kolejny, jeszcze większy krok w stronę Chrystusa. Tym razem Duch Święty zabrał ode mnie smutek, byłam bardzo szczęśliwa. Znów otrzymałam wiele słów i obrazów. Bóg wybaczył mi, że od Niego odchodziłam. Przyszedł do mnie z miłością i to ogromną oraz umiłowaniem Eucharystii. Od tamtej pory przeżywam każdą Mszę Świętą, a czas przyjęcia Chrystusa do serca jest czymś niezwykłym. Ponownie dostałam ważne, poruszające mnie słowa, które nie do końca chciałam przyjąć. Najwidoczniej to nie był jeszcze ten czas, by je zrealizować.

Bóg zaprasza Cię do walki o wiarę, do mówienia o Jezusie,

do odbudowania tego, co zostało zniszczone.

Zaprasza Cię do Świadectwa Wiary.”

Te słowa były już bardziej konkretne i bezpośrednie. Nie czułam się, jednak do tego zdolna. Co w tym wszystkim jest piękne, to to, że Bóg uwolnił mnie od lęków przed ludźmi i przed czymkolwiek. Moja samoocena, poczucie wartości zaczęło wzrastać. Po tych rekolekcjach otrzymałam ogrom siły od Ducha Świętego. Właśnie poprzez Ducha Świętego zbliżyłam się bardziej do Boga. Tylko, to nie było jeszcze tak oczywiste. Wspaniałym darem, który otrzymałam na wylaniu były również słowa skierowane właśnie do mnie. Kiedy je czytam, to wciąż się wzruszam.

„O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja,

jakże piękna!

Oczy twe jak gołębice

za twoją zasłoną.

Włosy twe jak stado kóz

falujące na górach Gileadu. (…)”

PnP 4, 1

„(…) Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico,

oczarowałaś me serce

jednym spojrzeniem twych oczu,

jednym paciorkiem twych naszyjników. (…)”

PnP 4, 9

To było i jest 1000% do samooceny. Dało mi, to do zrozumienia, że Bóg mnie kocha i to bez względu na moje grzechy czy kompleksy. Jestem piękna! Jak cudownie jest to usłyszeć i to od samego Boga! Duch Święty z tych rekolekcji od razu zaprowadził mnie na kolejne, które rozpoczęły się od razu po Młodych. I były to rekolekcje te same, co rok wcześniej. Potrzebowałam ich i czułam to bardzo. Kolejne bliskie spotkanie z Bogiem okazało się być jeszcze bardziej owocne. Cieszyłam się każdym słowem, każdym kolejnym spotkaniem. Słuchałam znów pieśni i świadectw, ale tym razem tak naprawdę. Otworzyłam się na ludzi, a raczej Duch Święty otworzył moje serce. W ogromnej radości, w czytaniu Pisma Świętego minęło kilka niedziel. I znów modlitwa o wylanie, i to już trzecia. Znów czekałam na fajerwerki. Co ciekawe, to tym razem je dostałam. Tylko inaczej niż się spodziewałam.

„Pan przypomina, że Cię tu zaprosił”

„(…) Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą (…)”

Iz 41, 8—17

Czy to nie wspaniałe, że Bóg upomina się o mnie, o każdego? Wyżej podałam fragment słowa podany przez wstawienniczkę, ale całość jest dłuższa i bardzo mocna. W momencie, kiedy Bóg podnosił mnie do góry, to wciąż nie czułam się kimś ważnym lub wyjątkowym… A Bóg ot, tak mówi mi, że jest ze mną. Dla mnie to było i jest wspaniałe. Co ciekawe otrzymałam kolejny dar. Umiłowanie Słowa Bożego! Coś wspaniałego! Teraz wiem, że czytając Słowo, poznaję i zbliżam się do Ojca. A jeszcze fajerwerki…

„Pan namaszcza Twoje ręce — czujesz mrowienie”

Najlepsze jest to, że tak było. Usłyszałam, jak ktoś otrzymał poznanie „Bóg namaszcza ręce! Te osoby czują ciepło i mrowienie na dłoniach!” Wstawienniczka zapytała się, czy coś czuje? Cudowne było to, że czułam to mrowienie. Pan przyszedł w mocy Ducha Świętego i namaścił moje dłonie. Byłam tylko ciekawa, do czego? Wróciła do mnie wizja o nawracaniu… Nie rozumiałam znów tego. Mam biegać od człowieka do człowieka i uzdrawiać? Przecież tak się nie da… Przynajmniej tak mi się wydawało. Bóg mówił do mnie jeszcze wiele.

„W obecności Twej zanika strach”

Dalej bałam się wielu rzeczy i po tym poznaniu rozpoczął się proces uzdrawiania mnie. Ważne słowa, które również utkwiły w mojej pamięci, były jeszcze inne.

„Bóg daje Ci słyszeć swój głos:

Tyś moja córka umiłowana.

Abyś dziś usłyszała,

że namaszcza Cię do mężności”

Znów mocne słowa i znów nie wiem, co mam z nimi zrobić. Oczywiście na początku szukałam odpowiedzi na każde słowo, na każde poznanie. Wiedziałam, że dzwoni, tylko nie wiedziałam, w którym kościele. Jeszcze lepsze okazały się słowa z Pisma do tego poznania.

„(…) Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą,

i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie.

Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się,

i nie strawi cię płomień. (…)”

Iz 43, 2

Dla mnie to był szok. Bóg mnie tak umacnia, osłania i posyła. Mnie! Prostego człowieka, marnego grzesznika… I według poznania Bóg pozostawił mi decyzję. Do mnie należał i należy wybór, czy pójść za Nim?

Szukałam, podnosiłam się i upadałam. Krótko po rekolekcjach wróciłam do szarości życia, problemy przytłoczyły mnie ponad moje możliwości. I tak jakoś zapomniałam o wszystkich ważnych i poruszających mnie słowach. Odeszłam ze wspólnoty. Nie widziałam sensu trwania w niej. I żyłam dalej. Nie było łatwo…

Po jakimś czasie mama wynalazła w internecie wspaniały program ze wspaniałymi ludźmi. A dokładnie Dotyk Boga! W tym programie, a szczególnie w podejściu prowadzącego (Michała) i jego gości do Boga i drugiego człowieka było coś niezwykłego. Też tego chciałam i to już tak na stałe. Na początku słuchałam tego, co mówił prowadzący z dystansem. Wyczuwałam grunt. I przekonałam się. Radość i pokój odnajdywałam w tym programie, w modlitwie tam prowadzonej i w usłyszanych świadectwach. Po pewnym czasie problemy znów mnie przytłoczyły i przestałam słuchać.

Jednak po krótkiej przerwie wróciłam do słuchania, coraz bardziej też czytałam Pismo Święte. Zaczęłam stawać się coraz bardziej stała w Bogu. Bez Boga, bez rozmowy z Nim i czytania Pisma Świętego nie mogłam żyć. A zaczęło się to w 2016 roku. Najcudowniejsze jest to, że sama zostałam uzdrowiona. O tym jednak trochę później. Zdarzyło się potem, że szukając nowości Dotyku Boga, znalazłam coś innego. Rekolekcje Witka Wilka „Żyj z pasją”. Tego samego dnia odsłuchałam wszystkich trzech części. I radość wstąpiła we mnie niewyobrażalna! Czułam ciepło na całym ciele, mrówki i kompletny stan lekkości, i uniesienia. Po prostu Duch Święty dotknął mnie po raz kolejny i to w cudowny sposób! Stało się to w tym samym roku. I wtedy otrzymałam silne pragnienie ewangelizacji! Zaraz po tym zrodziło się pragnienie, by świadczyć na blogu. Prosiłam tylko Boga o potwierdzenie. I mi je dał!

Na początku września 2017 roku wróciłam do wspólnoty w mojej parafii. Powiedziałam Bogu, że jak odmieni wspólnotę, to wrócę. I odmienił. Na spotkaniu wspólnoty podczas modlitwy za moją grupkę (w sensie, w której byłam), padały same słowa o ewangelizacji i czułam, że to jest potwierdzenie. Najlepsze jest to, że kiedy wróciłam po spotkaniu, to Bóg mi coś przypomniał. A dokładnie wszystkie trzy wylania Ducha Świętego. Już cztery lata wcześniej zapraszał mnie do ewangelizowania, ale ja tego nie rozumiałam i nie byłam jeszcze gotowa. On już wtedy mnie uzdrawiał i powoływał! Dla mnie jest to piękne. Mam być wojowniczką Pana, świadczyć i odważnie mówić o Panu! A do tego jeszcze namaszczenie rąk. Ciekawe jest to, że niemal wszystko, czego się dotknę, to mi wychodzi. Uzdrawiania się już nie boję, jeśli Bóg tak będzie chciał, to ja przyjmę to. A dziś piszę tę książkę.

Mam nadzieje, że Was nie zanudziłam na początku. Droga była trudna, ciężka i kręta, ale Pan mnie odnalazł i posłał Swego Ducha, by mnie prowadził. W przeciągu tych miesięcy moja relacja z Bogiem Ojcem zamieniła się na relację z Bogiem Tatusiem. Sprawia On cuda każdego dnia. Zmienia życie moje i mojej rodziny, aż po dziś dzień. Wszystko jednak sprowadziło się do powiedzenia mu „TAK!”.

Bóg zaprasza każdego z nas, tylko trzeba przyjąć zaproszenie. Oddać się Mu całym sercem. I nie zniechęcać się, jeśli coś nie dzieje się na pstryknięcie palca. Czasem Bóg pokazuje swą moc stopniowo, czasem od razu. Zapraszam Was do powiedzenia Bogu „TAK” i zawierzenia mu swoich spraw. Zapraszam Was do czytania Pisma Świętego! Jeśli chcecie poznać Boga, to, to najlepszy sposób. Jeśli chcecie bardziej zagłębić się w Boga, to poszukajcie radosnej wspólnoty. Posłuchajcie Dotyku Boga. Gwarantuje i zaświadczam, że oddanie życia Bogu zmienia życie. Amen!

Nawrócenie, wiara, uzdrowienie

Ten tytuł: „Nawrócenie, wiara, uzdrowienie!” jest chyba całkiem oczywisty. Konkretnie, krótko i na temat. Tak można o tym tytule powiedzieć. W 2017 roku zostałam animatorem na kursie Filip. Odbywał się on w mojej dawnej parafii. W czasie spotkania organizacyjnego wydarzyło się coś ciekawego. Jedna z pań, która miała głosić, opowiadać o wierze i nawróceniu, miała również powiedzieć świadectwo. Chciała jednak, aby ktoś inny je powiedział i by było mocne. W tym momencie coś mnie tknęło. Zgłosiłam się bez wahania. W skrócie powiedziałam tak: „A może być świadectwo o nawróceniu i uzdrowieniu z guza w mózgu?” Piękne było to, że nagle zapadła cisza. Usłyszałam od mojej animatorki, że każde świadectwo uzdrowienia jest piękne. To tym bardziej się ucieszyłam, że nie usłyszałam sprzeciwu, a wręcz odwrotnie. Potem pozostało zebrać kilka poprzednich lat i zmieścić się w jakichś pięciu minutach. Z początku nie było to łatwe. Dla uproszczenia napisałam o tym wpis na blogu.

Co mogę Wam powiedzieć? Schemat być może Wam znany. Ojciec alkoholik, ubóstwo, choroby, brak miłości… Tak mogę określić pierwsze 14 lat mojego życia. Najtrudniej przez lata było mi z brakiem przebaczenia do ojca, starszej siostry i wielu rówieśników, którzy nie tolerowali tego, że nie byłam taka jak oni. To nie wszystko. Owe choroby, czyli niekończące się migreny, ciągły ból brzucha, mdłości, ciągłe omdlenia, osłabienia, zawroty głowy, neuralgia międzyżebrowa i guz w mózgu. Co ciekawe całe życie lekarze mówili mojej mamie, że nic mi nie jest, a ja tylko udaje. O guzie dowiedziałam się, dopiero gdy miałam 15 lat. I też kilku neurologów mówiło mi, że ten guz wcale nic nie przeszkadza, a masa innych lekarzy — w tym psycholog i rodzinna — mówili, że skoro uciska ciało modzelowate, to na pewno przeszkadza i te wszystkie objawy są spowodowane guzem. Po pewnym czasie miałam dość. Przestałam chodzić po lekarzach i pogrążałam się w depresji. Kilka miesięcy po wykryciu owego guza, mama zabrała mnie ze sobą na rekolekcje (REO). W czasie ich trwania zmienił się mój pogląd na Boga i modlitwę. Nie było, jednak żadnych fajerwerków, a bardzo chciałam je odczuć. Szybko po rekolekcjach wypaliłam się… Oczywiście inaczej już wyglądało moje myślenie i wspólna, rodzinna modlitwa, ale pozostało to w sferze, jest Bóg, to jest i tyle. Później zakochałam się. Poznałam wspaniałego chłopaka (a przynajmniej tak mi się wydawało). Nie miał on nic związanego z Bogiem. Chciałam go sprowadzić na dobrą drogę. Kiedy miałam niecałe 17 lat, pojechałam z nim na rekolekcje (Młodzi na maxa). Było super (oprócz tego, że dostałam grypy). Można powiedzieć, że poszłam o krok dalej w wierze. Przebaczyłam ojcu, choć bardzo go nienawidziłam. Zaraz po tych rekolekcjach były następne (znów REO). Tu już były fajerwerki, a mianowicie dostałam poznanie, że Bóg namaszcza moje dłonie (czułam w tym czasie przyjemne mrowienie na dłoniach). Wszystko fajnie, ale znów tylko przez jakiś czas. Relacje między mną, a chłopakiem, z którym byłam, zaczęły się psuć. I po roku bliższej znajomości po prostu ją zakończyłam. Nie czułam się dobrze w tym związku — moje poczucie bezpieczeństwa i wartości bardzo spadło. Zaczęły do mnie wracać lęki przed ludźmi, a szczególnie przed mężczyznami. W pewnym momencie (kiedy miałam jakieś 19 lat) mama podsunęła mi program „Dotyk Boga”. Zaczęłam słuchać ludzi z tego programu i Bóg zaistniał dla mnie na nowo. Jego obraz coraz bardziej się prostował, moja wiara rosła, a w tym i moje poczucie wartości. Nie brało się to znikąd, wiara bowiem rodzi się ze słuchania. A właśnie w tym programie słyszałam same świadectwa, które mnie budowały. Nie wszystko było, jednak do przełknięcia. Po nie całym roku dałam sobie spokój ze słuchaniem tego programu. Czułam się mądrzejsza od prowadzących go osób. Życie toczyło się dalej i wcale tak miło nie było. Po kilku miesiącach postanowiłam wrócić do słuchania programu. Zaczęłam się wciągać w Boże Słowo, czytać Pismo Święte i modlić się wraz z prowadzącymi. Pewnego dnia zrobiłam sobie śniadanie, włączyłam „Dotyk Boga” i słuchałam. Krótki wstęp i zaraz miał mówić gość, ale prowadzący nagle przerwał. Dostał ważne poznanie od Boga. Patrzyłam w ekran telefonu na niego, a on na mnie, prosto w moje oczy. Wyciągnął w moim kierunku rękę i powiedział, że Bóg właśnie teraz uzdrawia osobę, która ma guza w głowie. W tym momencie poczułam, jak jakaś siła zaczęła, ściągać moją głowę na prawy bok, czułam ciężar i miałam wrażenie, że naprawdę ktoś mnie dotyka. Rozpłakałam się. Wyłam tak z 15 minut. Przyjęłam to uzdrowienie.

I cóż mogę dalej napisać… Od tego momentu moje życie zaczęło zmieniać się i to bardzo. Z dnia na dzień bóle głowy mijały, stawały się coraz mniejsze. W pewnym momencie zniknęły. Bóg stał się dla mnie nie Ojcem, ale Tatusiem. Kochającym i troskliwym Tatusiem. Bóg zabrał ode mnie depresje, niedowartościowanie i brak przebaczenia. Wróciłam do wspólnoty Odnowa w Duchu Świętym i napisałam to świadectwo na blogu. Czuje się dobrze, aż do dzisiaj. Głowa nie boli, nie mdleje, nie słabnę. Wszystkie przykre objawy zniknęły. Czuje się piękna i kochana, a Bóg sprawia, że każdy dzień jest dniem cudownym. Czuje Jego obecność w sobie i wokół mnie. Co najważniejsze wraz z odkryciem żywego i prawdziwego Boga rozpoczęło się moje nawrócenie. W czasie tym moja wiara rosła, a wraz z nią przyszło uzdrowienie.

Wiara rodzi się ze słuchania, ale myślę, że z czytania też. Mam nadzieję i wierzę w to, że Bóg dotknie również Was. Wystarczy po prostu powiedzieć Mu TAK!

Czy Bóg uzdrawia zwierzęta?

To świadectwo jak widać, w tytule zaczyna się od pytania, „Czy Bóg uzdrawia zwierzęta?” Chociaż można dodać tu jeszcze jedno pytanie, „Czy można modlić się o uzdrowienie dla zwierząt?” Różne opinie słyszałam na ten temat i głównie sprowadzały się do jednej odpowiedzi — NIE! Ale czy tak jest naprawdę? Czy zwierzę nie jest stworzeniem Bożym? Dylemat ten nasunął mi się w marcu 2018. W domu mam kilka czworonogów. W wakacje 2017 byłam częstym gościem u weterynarza. Powody były różne. Jeden przypadek był jednak szczególny. Moja mała kotka w wakacje zachorowała. Nabawiła się czegoś w rodzaju kociego kataru, tyle tylko, że to nie był taki zwykły koci katar. Kotka okropnie kaszlała, w płucach coś okropnie chrobotało, przy każdym jej wdechu i wydechu słychać było rzężenie. Kotka ledwo oddychała… Według słów pani weterynarz kotka bez zastrzyków po prostu by zdechła. Dostawała je codziennie przez 5 dni. Potem wszystko wróciło do normy.

To jednak nie koniec historii. Krótko przed Filipem (pisałam o nim powyżej) na tę samą przypadłość zapadł drugi kotek. Dodam tutaj, że kotek i kotka to rodzeństwo i w owym czasie miały po 6 miesięcy. Stan kotka był gorszy niż kotki. Jeszcze gorzej kaszlał, chrypiał itd. W skrócie ciekawie nie było. Wydarzyło się jednak coś, czego bym się po sobie wtedy nie spodziewała…

Jakiś czas przed Filipem po raz kolejny słuchałam rekolekcji Witka Wilka „Żyj z pasją”. W czasie ich trwania Witek Wilk opowiedział pewną ciekawą historię. Dotyczyła ona budowania wiary na świadectwach i właśnie modlitwy za zwierzęta. Pewna pani przyszła do niego by pomodlił się za jej psa. Bóg psa uzdrowił. Jakiś czas potem rekolekcje z tym świadectwem oglądał weterynarz. Pies padł mu na zawał, ale zbudował się świadectwem owej kobiety i położył ręce na psa. Chwilkę pomodlił się i pies wstał! Miał jednak sparaliżowane tylne łapy, więc pan weterynarz pomodlił się jeszcze raz i pies zaczął chodzić!

Historia można by rzec niewiarygodna. Ja jednak zbudowałam się tym świadectwem. Stanęłam w wierze i powiedziałam: „Boże! Nie idę do weterynarza! Wskrzesiłeś psa, to czemu nie możesz uzdrowić mi kota?!” Tak więc położyłam ręce na koteczku i pomodliłam się za niego. Po tej modlitwie już tylko dziękowałam i ogłaszałam Królestwo Boże w tym małym kotku. Była to dla mnie ogromna próba wiary. Pomodliłam się, a kot był dalej chory. Dalej kaszlał i chrypiał. Ale dalej stawałam w wierze i dziękowałam Bogu, że już go uzdrowił. Kilka razy wzięłam kotka na ręce i wyszeptałam mu do ucha: „Słyszałeś? Jesteś uzdrowiony”. Jako że jestem kociarą, to gadanie do kota nie wydało mi się czymś dziwnym. Jednak co było dalej?

Choroba zaczęła się u kotka dokładnie 5 dni przed Filipem. I każdego dnia, dalej dziękowałam Bogu, że kotek już jest zdrowy. Tu cały czas motywowały mnie słowa:

„Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy”

Hbr 11, 1

I cóż się stało? Czy w ogóle coś się stało? Tak! Stało się! Kot nie zdechł, a wyzdrowiał. Przez te 5 dni objawy mijały. Dokładnie tak, jak u kotki po zastrzykach. Jakby Bóg codziennie podawał mu takie niewidzialne zastrzyki. Piątego dnia, kiedy szłam na Filipa, nie usłyszałam nawet jednego kaszlnięcia, czy chrypnięcia od kota. Normalnie oddychał, chodził, nie miał problemów z oddychaniem. Nawet więcej! Dalej żyje, nie chrypi, nie kaszle, normalnie oddycha! Stał się bardzo przytulaśny i psotny.

Oddałam tę sprawę Bogu, a On się o nią zatroszczył. Dało to również cudowny dowód na to, że Bóg uzdrawia zwierzęta i można się za nie modlić. Opisałam to na blogu miesiąc po tym wydarzeniu. Bóg nie zabiera danej raz łaski, a ja dalej dziękuję Tatusiowi za jego dobroć. Bardzo często jest trudno uwierzyć w to, czego nie widać, ale na tym polega wiara. Wierzę, chociaż niekoniecznie to widzę. Bóg wtedy działa i dzieją się rzeczy niesamowite! Być może nie każdy się z tym zgodzi i nie będzie chciał w to uwierzyć. Ale ja w to uwierzyłam. Uwierzyłam Bogu! I jak okazuje się na co dzień, to stratna nie jestem. Zachęcam Was dziś. Pomódlcie się za siebie samych i za Wasze zwierzaki.

Od nienawiści do pokoju

Historia ta jest o przejściu z nienawiści do pokoju. I na dodatek to historia moich najbliższych… Postanowiłam się nią z Wami podzielić, aby pokazać, że Bóg działa codziennie i to w bardzo prosty, często niezauważalny sposób. Dla uproszczenia sprawy skróciłam imiona bohaterów tej opowieści: Aś — młodsza siostra, Ew — starsza siostra, Sk — partner starszej siostry.

Historia ta ma swój początek „dawno, dawno temu”, ale nie będę wchodzić w szczegóły jej początku. W każdym razie moja starsza siostra kilka lat temu związała się z mężczyzną, od którego moja rodzina doświadczyła wiele przykrości. Przez lata nagromadziło się tego tyle, że cała moja rodzina zaczęła nienawidzić moją siostrę i jej życiowego partnera. Oddając życie Bogu, postanowiłam wyrzec się nienawiści i oddać, te wszelkie przykrości, żal i ból Bogu. Robię to codziennie i ciągle powtarzam „Jezu, troszcz się Ty!” I ja oraz moja mama przebaczyłyśmy im obojgu. Jednak moja młodsza siostra miała z tym ogromny problem, a co najgorsze, to nie chciała przebaczyć. Wiele razy chciałyśmy naprawić relacje między nami, a rodziną, jaką założyła Ew. Kawa, herbata, krótkie i długie rozmowy, wspólne organizowanie chrztu dla najmłodszej i tak dalej… Przed każdym spotkaniem Aś musiała się psychicznie przygotować. Im wcześniej, tym lepiej i tym więcej mogła się nakląć. Na samą myśl o kolejnym spotkaniu z Ew i Sk dostawała niemalże spazmy. Nienawiść do nich było widać w oczach Aś, w jej nerwowym zachowaniu… Jednak najbardziej było to słychać.

W maju 2016 przyszedł czas Pierwszej Komunii Świętej — Agi — mojej najstarszej siostrzenicy, a córki Ew (to właśnie dzieci Ew są w rodzinie zastępczej u mojej mamy). Robiąc listę gości na Komunię, nie pominęliśmy Ew i Sk. Przynajmniej tydzień przed Komunią Aś zaczęła wulgarny, pełen czarnych scenariuszy koncert dotyczący Ew i Sk. Ciężko było tego słuchać, ale Aś zamilknąć nie chciała. Mimo obaw co do spotkania dalej i wciąż powtarzałyśmy „Jezu, troszcz się Ty!” W końcu przyszedł czas Pierwszej Komunii Świętej. Całe spotkanie przebiegło w miłej i spokojnej atmosferze. Aś, jednak przez cały czas wychodziła z pokoju, aby nie patrzeć na twarze Ew i Sk.

Czas mijał i jakby nic się nie zmieniało. „Jezu, Troszcz się Ty!” Te słowa wciąż głośno brzmiały. W końcu przyszedł początek grudnia i chrzest Madzi (najmłodszej córki Ew). Wszystko, co potrzebne, było już kupione wcześniej (termin był przesuwany). Tylko zrobić pyszny obiad i udać się do kościoła na uroczystą Mszę Świętą… Przed chrztem, jak i przed Komunią, Aś nie mogła sobie darować koncertu „słodkich” słów. Przez chwilę, nawet mi zaczęło się udzielać. Jednak oddałam wszystkie niepokoje Bogu i to samo poleciłam Aś. „Jezu, troszcz się Ty!”. I coś się wydarzyło. To coś może wydawać się głupie czy mało ważne. Sama dostrzegłam, to coś dopiero po czasie. Aś klęła i wymyślała czarne scenariusze, ale nie robiła tego tak długo. Zaczęła równo trzy dni przed chrztem. Żaden z jej czarnych scenariuszy się nie sprawdził. Atmosfera w kościele oraz spotkanie przy obiedzie było bardzo miłe i przyjemne. Aś nie wychodziła z pokoju, a Ew i Sk byli wobec wszystkich bardzo życzliwi. „Jezu, troszcz się Ty!”

Po chrzcie przyszły święta Bożego Narodzenia. Co roku zapraszaliśmy tylko Ew, ale w tym roku pełni entuzjazmu zaprosiliśmy również Sk. Przygotowania szły gładko. Sprzątanie, gotowanie, no i własne serca. W świątecznej pogoni dalej brzmiało „Jezu, troszcz się Ty!”. Przyszła Wigilia, a zaraz potem Boże Narodzenie. Już na samym wejściu Ew i Sk zaczęli wszystkim składać życzenia. Uśmiech na ich twarzach był bezcenny… Do tego Aś. Cały czas zadowolona, uśmiechnięta, dusza towarzystwa. Nic i nikt jej nie przeszkadzał. Wspólne rozmowy, wspólnie spędzony czas, pyszne jedzenie. Jak na pierwsze wspólne Święta z Ew i Sk było wspaniale. Chyba lepszej atmosfery nie mogłam sobie wyobrazić. Do tego Aś nawet przez chwilę nie klęła na przyjście Ew i Sk. Nie miała problemu z ich towarzystwem czy rozmową z nimi. „Jezu! Troszcz się Ty!”

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że Ew wpadła do nas po Świętach na kawę. Tak sama z siebie i tak bez powodu (co wcześniej raczej się nie zdarzało). Aś z uśmiechem na twarzy zrobiła kawę Ew i nic złego już nie mówiła. Podsumowanie tych wydarzeń zrobiłam wraz z mamą i Aś po Świętach. Zauważyłyśmy wspólnie jak powoli, ale cudownie Bóg uzdrowił emocje Aś, jej nastawienie do innych.

To takie proste „Jezu! Troszcz się Ty!”. Na głos i w sercu. Bezwarunkowe oddanie się Bogu, zaufanie Mu niesie za sobą wiele dobra. Zapewne znajdą się tacy, którzy będą chcieli temu zaprzeczyć. Jednak taka jest prawda. Kilka prostych słów wystarczy, aby Bóg zbudował w Tobie zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, pokój, miłość, radość i jeszcze wiele więcej. Bóg jest dobry cały czas i nic tego nie zmieni. Pójście za Nim zależy od Ciebie. Jeden Twój krok to wszystko. On zrobi resztę.

Dobra atmosfera trwała, gdy po jakimś czasie Ew i Sk ostro się pokłócili (po raz „setny”). Nasze relacje stały się chwiejne, a po dłuższym czasie musieliśmy znaleźć nowe, spokojne miejsce do życia. Pomimo tylu trudnych sytuacji i zgrzytów, pozostała miłość i przebaczenie. Nienawiść nie wróciła do serca i codziennie modlimy się za Ew i Sk. Pomódlcie się w ich intencji dziś, proszę Was o to gorąco.

Jezu ufam Tobie!

Bóg jest dla mnie najważniejszy. Jest takie powiedzenie: „Kiedy Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu”. Szczerze i otwarcie mogę przyznać, że tak rzeczywiście jest. Każdego dnia osobiście oraz jako rodzina prosimy Boga, by nas prowadził, umacniał. Oddajemy Bogu dosłownie każdą sprawę, a On nas wysłuchuje. Chce, jednak byśmy byli wierni wobec Niego. To tyczy się nie tylko mnie i mojej rodziny. Jeżeli chcesz, by Bóg Ci błogosławił, to bądź Mu wierny, przestrzegaj Jego przykazań, oddawaj Mu chwałę! Nie zawsze jest łatwo. Otwarcie też mogę przyznać, że nie każdego dnia widzę słońce i tęczę nad sobą… Zgrzyty w rodzinie czy codzienne problemy są w życiu i bywają też przytłaczające. Bóg jednak wyprowadza z najgorszego dołu i sprawia, że ja, moja rodzina i każdy z nas wychodzi z niego silniejszy. Bóg jest cudownym Ojcem, który nigdy nie opuszcza swoich dzieci.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92 7
drukowana A5
za 22.27