Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

„Próżnia”

Unoszę się w powietrzu. Zawsze o tym marzyłam. Nie wiem, gdzie jestem. Otacza mnie pustka. Chcę spojrzeć w dół, ale coś mnie przed tym powstrzymuje. Przedmioty dookoła mnie wirują. Widzę w oddali zniekształcone kształty. Wtem słyszę dźwięk dobiegający zza moich pleców. Odwracam się i widzę pozytywkę, z której dobiega ten charakterystyczny odgłos. To Marsz Weselny. Próbuję złapać pudełeczko, lecz ono, jakby wyczuło moje zamiary, zaczyna się ode mnie oddalać. Oczarowana melodią nie poddaję się i próbuję je dogonić, podążając za nim w nieznane.

Po jakimś czasie dolatuję w miejsce, gdzie lewituje wiele zegarów. Jestem niezwykle zdziwiona, gdy zauważam, że ich wskazówki nie poruszają się. Kiedy dostrzegam, którą godzinę wskazują, peszę się. O tej porze powinnam być w moim pokoju i spać, a nie latać po bezkresnej krainie pełnej dziwacznych przedmiotów. Mama nieźle by się wkurzyła, gdyby wiedziała, co teraz wyprawiam! Szkoda, że sama nie wiem skąd się tu wzięłam i co tutaj robię. Podczas mojego zamyślenia pozytywka zdążyła się już oddalić i zniknąć. Zostałam całkowicie sama w tym dziwnym miejscu wśród mnóstwa przerażających przedmiotów. Cudownie!

Nie mam pojęcia jak długo tutaj lewituję. Co chwilę spoglądam na zegary z nadzieją, że wskazówka któregoś z nich poruszy się. Próbuję oddalić się od nich, ale gdziekolwiek polecę, wracam w to samo miejsce. Kiedy tracę nadzieję, że cokolwiek wydarzy się w najbliższym czasie, dzieje się coś niezwykłego. Znowu słyszę melodię. Tym razem rozpoznaję, że jest to Marsz Turecki. Próbuję zlokalizować źródło. Rozglądam się i dostrzegam w oddali wesoło podrygujący fortepian. Zaraz, czy fortepian może podrygiwać? Nieważne. Instrument jest coraz bliżej mnie. Gdy jest już naprawdę blisko zatrzymuje się i, mogę przysiąc, mruga do mnie. Nieco skołowana, decyduję się podlecieć do niego bliżej. Wtem czuję, że jakaś niewidzialna siła sadza mnie na taborecie, a fortepian w rytm granego marszu zaczyna oddalać się od zegarów.

Lecimy bardzo długo. Jestem pewna, że znam już na pamięć melodię graną przez ten szalony instrument. Odkąd zostałam posadzona na tym siedzeniu, jestem co chwilę podrzucana w górę, a do tego myślę, że ten fortepian nie wie, co to ograniczenie prędkości. Wydaje mi się, że przedmiot dobrze się bawi widząc, jak co chwilę przelatuje mi przed oczami całe moje życie. Mijamy wiele przedmiotów. Podróżując na tym stołku zdążyłam już dostrzec kilka tuzinów kolorowych ptaków. Co ciekawe, z każdą sekundą zdaje mi się, że stworzenia te tracą nasycenie swojego upierzenia. W końcu docieramy na miejsce, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo instrument zrzuca mnie z taboretu i odlatuje. Jestem skołowana i mam coraz większą ochotę wydostać się stąd. Niestety nie wiem, gdzie jest wyjście.

Lewituję w miejscu, gdzie zostawił mnie fortepian. Nie jestem pewna ile czasu minęło, bo nie mam przy sobie zegarka. Z drugiej strony nawet gdybym miała go ze sobą, to i tak w tym dziwacznym miejscu nie zdał by mi się on na wiele. Gdy patrzę na ptaki, zdaję sobie sprawę, że miałam rację. W tym miejscu stworzenia te całkowicie straciły swoje barwy. Jest tu niezwykle szaro i przygnębiająco. Tracę nadzieję, że się stąd wydostanę. Utknęłam tu na zawsze. Podczas mojego zamyślenia ponownie zaczynam słyszeć niepokojące odgłosy. Tym razem dźwięki te pasują do mojego nastroju oraz otoczenia, w którym się znajduję. Rozpoznaję w tej melodii Marsz Żałobny. Mam nadzieję, że nie jest ona grana dla mnie. Próbując zlokalizować dźwięk, rozglądam się. Dostrzegam nieopodal szereg maszerujących w moją stronę instrumentów. Jestem przerażona. Próbuję się cofnąć, ale nie mogę. Już wyobrażam sobie jak taranuje mnie waltornia i wtedy…

„Wieczór bez prądu”

Było już zupełnie ciemno, nic się nie tliło. Żarówka wprawdzie jeszcze buchała ciepłem wspomnienia, gdy prąd płynął przez wolfranowe druciki. Ania przerażona wzdrygnęła się na myśl, że dziś już chyba nie włączą prądu. Troszkę bała się ciemności,

a poza tym czekał na nią ulubiony serial w TV. Nie obejrzy go i pewnie nie będzie mogła zasnąć. Myśli wciąż kręciły się wokół najgorszych wyobrażeń. Ania nie mogła sobie znaleźć miejsca. To się nigdy nie zdarzało, w pierwszej chwili nie mogła sobie uświadomić co się stało. Jak żyć bez prądu? Jak dawniej ludzie sobie z tym radzili? Co za kosmos w ogóle.

W dodatku jej współlokatorka akurat dzisiaj musiała wyjść. Cóż za ironia losu. Mogłam jej na to nie pozwolić, zatrzymać siłą, pomyślała Ania. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że to niedorzeczne. Są w życiu sytuacje na które nie możemy nic poradzić. Ania wierzyła jednak, iż nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny, dlatego i tym razem przeczuwała, że „coś” wisi

w powietrzu…

— Wiem, zadzwonię do Kasi, może u niej w bloku nie wyłączyli. Razem obejrzymy, a później wrócę do oświetlonego mieszkania. Tak, wyjść stąd i uciec jak najdalej od tej ogłuszającej ciemności. W przedpokoju szybko zmieniła buty, naciągnęła ciepły sweter i uciekła. Na klatce schodowej, mimo ciemności znacznie przyspieszyła, znała ją na pamięć, a cały czas wydawało jej się, że coś lub ktoś bacznie ją obserwuje. Uciekała przed groźnym, nienazwanym, choć w głębi serca czuła, że „to” wcześniej czy później i tak ją dopadnie.

Okazało się, że na ulicy również panowały „egipskie ciemności”. Bardzo się bała, stwierdziła, że ciemność lepiej znosić w znajomym miejscu, więc czym prędzej wróciła do klatki schodowej. Włączyła latarkę w telefonie i dopadła drzwi swojego mieszkania. Była wystraszona, cała drżała, wyjęła wszystkie dostępne świece i zapaliła je. Dobrze, że sobie

o nich przypomniała. Wprawdzie wszystkie były zapachowe i woń, która się z nich wydobywała mogła doprowadzić do bólu głowy, a w ostateczności do mdłości. Ania mimo wszystko troszkę się uspokoiła.

Ufff! Anno, spokój — powiedziała sama do siebie. Musiała się czymś zająć i oszukać rozkołatane myśli. Może poczytam? Pomyślała. „Cosmopolitan”, to jest, to. Już przy pierwszym artykule oczy Ani zrobiły się ciężkie, zaczęła przeglądać zdjęcia, zobaczyła na nich bohaterów ulubionego serialu. Z ciekawości przeczytała artykuł o ich wyjeździe do USA. Dwoje z nich odebrało tam prestiżową nagrodę. Uwagę Ani przykuła niezwykła statuetka, przypominająca orła, a może jastrzębia. Była ogromna i lekko pozłacana. Generalnie piękna, ale również niepokojąca. Ania nie wiedziała nawet, kiedy to się stało, że zasnęła. Sen był nieubłagany, ogarnął dziewczynę, jakby swoją ofiarę, nie mogła się bronić. Gazeta wysunęła jej się z rąk i upadła na podłogę.

Ania weszła właśnie w najgłębszą fazę snu. Przeskakiwała ogromną przepaść i nagle zaczęła spadać w dół. Serce waliło jej jak oszalałe, lecz wcale się nie obudziła. Upadła na skały, nie czuła bólu. Nie mogła się jednak podnieść, wokół niej lekko falowało powietrze, a cisza była niepokojąco straszna. Ale nie da się obudzić we śnie takie rzeczy trwają wieki, wydawało jej się, że podniesienie powiek sprawi, iż wszystko wróci do normy. To tak jakby przebudzić się ze złego snu. Nie da się jednak obudzić ze snu we śnie. Ania już naprawdę nie wiedziała co się z nią dzieje. To było jak zanik świadomości. Czuła, że czas przyniesie rozwiązanie. Musi się mu poddać. Przetrwa. Kolejna lekcja życia. Życia we śnie.

Nagle huk, jakby wybuch, nad twarzą Ani pojawiło się wielkie, złote ptaszysko. Uniosło ją do góry i pofrunęło. Bała się tak bardzo, że nawet nie mogła wydusić z siebie żadnego dźwięku. Frunęli nad San Francisco i Nowym Jorkiem. Ani zdawało się, że gdzieś już widziała tego ptaka, ale nie mogła sobie skojarzyć gdzie. Ptaszysko wraz z bladą i przerażoną Anią wleciało do ciemnej jaskini, tak ciemnej, jak jej mieszkanie bez prądu. Kiedy znaleźli się w środku, emocje sięgnęły zenitu. Horror w czystej postaci. Stanęła na czymś bardzo śliskim, ktoś niespodziewanie popchnął ją i z ledwością utrzymała równowagę. Nie upadła. Wokół siebie słyszała dźwięki, nie umiała ich opisać, przyporządkować, wszystko było nierealne. Wiedziała jednak, że to nie była bajka. To mogło się źle skończyć.

— Czy to sen, czy rzeczywistość? Może przypadkiem się obudzę, przeszło Ani przez myśl.

Naraz w jaskini zabłysły pochodnie, po środku stanęła kobieta. Cała ubrana na czarno, w ręce trzymała ogromny topór. Wolnym krokiem zbliżała się do Ani i kiedy była o krok od dziewczyny, śmignęła toporkiem nad jej głową. Przed oczami przerażonej Anny przeleciała głowa ptaszyska i trysnęła krew. Oblała ciało dziewczyny, ktoś z boku chlusnął wodą i nagle z powrotem była czysta. Jakoś udało się jej nie zemdleć, ale na chwilę poczuła się bardzo niedobrze.

Kobieta spytała ją:

— Co tu robisz? Skąd się wzięłaś w moim królestwie, nieboże ludzkie dziecko?

— Diabli wiedzą! Kim jesteście?, zostawcie mnie w spokoju! — krzyczała Ania

— Uspokój się dziecko. Trafiłaś właśnie na seans filmowy. Twój ulubiony serial, na żywo

i troszkę straszniejszy.

Przed Anią stanęli wszyscy bohaterowie. Dzisiejszy, nieobejrzany odcinek, pomyślała dziewczyna. I przeczytany artykuł, zdjęcia ze statuetką pozłacanego ptaka. Dziewczyna oniemiała.

Co się z nimi stanie? W tym momencie podeszła do nich kobieta z toporkiem. Zamachnęła się, jak wcześniej nad głową Anny.

— Boże! Czy ja śnię?

Oblana potem Anna przebudziła się nagle, nie wiedząc co się dzieje. To był jej pokój, świeca już się wypaliła. Było jasno, włączyli światło, grał też telewizor. Właśnie zaczynał się serial. Ania chwyciła pilota i czym prędzej go wyłączyła.

Tego wieczora już niczego nie obejrzała. Na szczęście do domu wróciła jej współlokatorka.

Inaczej chyba umarłaby ze strachu, albo znów usnęła.

„One naprawdę istnieją”

Widzę je, gdy tylko zamykam oczy i pogrążam się w mrocznej otchłani, przychodzą do mnie, każdej nocy, łapią mnie za rękę i prowadzą gdzieś daleko, w ciemność. Kiedyś próbowałam się opierać, teraz bezwiednie za nimi podążam, obserwuje, oglądam, próbuje zrozumieć, miliony obrazów przewijają się przez moją głowę, za każdym razem pokazują mi swoją historię. Zawsze czegoś ode mnie chcą. Często wywołują niepokój, przepowiadają przyszłość, nigdy nie odchodzą kiedy nie czują, że nadszedł na nich czas, a ja każdego ranka budzę się, gdy słyszę słodki głosik mojego synka „Dzień dobry mamusiu”. Wtedy wracam. Powoli i bezszelestnie wszystko się oddala, a ja nie potrafię przestać o nich myśleć, ciągle są w mojej głowie, czuje, że nie jestem sama, tak jakby wciąż otaczała mnie czyjaś obecność. Pochłaniają mnie do reszty, tak bardzo chce do nich wrócić, rozwiązać zagadkę, którą mi zostawiają. Każdy z nich uczy mnie czegoś nowego, nieraz przychodzą w trakcie codziennych obowiązków, przekazują znaki, wizje.

Gdy zamykam oczy, one wracają, i znów pochłaniam się bez reszty, zagłębiam się

w coś co tak naprawdę może istnieje tylko w mojej wyobraźni, ale mimo wszystko jest niepowtarzalne, wyjątkowe tak jak wyjątkowy był on. Wydawałoby się, że ten jako jedyny nie miał problemów, nie chciał nic czego mogli chcieć inni, pojawiał się co nocy od kilku tygodniu. Nigdy wcześniej nie mogłam z nim porozmawiać, aż do pewnej czwartkowej północy, kiedy to powiedział tylko jedno zdanie „Jestem Jack”, próbowałam złapać z nim kontakt, jakoś go zatrzymać „A ja Melinda, kim jesteś? Poczekaj! Proszę porozmawiajmy, nie odchodź!”. Był ostrożny. Moje beznamiętne próby nawiązania jakiegokolwiek kontaktu były na nic, bo to on wyznaczał granice, to on grał ze mną w grę, w grę obowiązującą tylko na jego zasadach. Nigdy nie mogłam posunąć się o krok dalej, niż tego by chciał, ale z każdym dniem wiedziałam o nim coraz więcej. Próbowałam szukać informacji, dowiedzieć się kiedy żył, kim był, czym się zajmował. Aż pewnego dnia wiedziałam, znalazłam. Jack był zmarłym właścicielem, a dokładniej projektantem mojego domu, to on go stworzył i to on był jego panem. Wiedziałam, że nie przyszedł do mnie bez powodu. A gdy już myślałam, że rozwiązałam największą zagadkę, okazało się, że to dopiero początek. Jack z każdym nocnym spotkaniem dawał mi wskazówki, a ja z samego rana biegłam we wskazane miejsce

i szukałam… szukałam czegoś co w końcu da mi odpowiedź. Z każdym kolejnym dniem odkrywałam coraz to nowe tajemnice skrywane przez dom, nowe miejsca, zakamarki

i tajemne przejścia.

Tak mnie to pochłonęło, że nie zauważyłam kiedy minął miesiąc i wtedy dopiero zobaczyłam, że Jack już nie jest taki sam jak wcześniej, nie widziałam w nim tej samej wyjątkowości, która była na początku, a prawdę mówiąc nie było jej wcale, stawał się bardziej odległy i mroczny, coraz częściej pokazywał swoją złość i wciąż mnie pospieszał. On również czegoś chciał, a każde kolejne spotkanie z nim utwierdzało mnie w przekonaniu, że jest gorszy od innych, denerwował mnie, aż do tego stopnia, że zaczynałam go nienawidzić. Jego zachowanie coraz bardziej motywowało mnie do tego, by znaleźć to czego chciał, szukałam dalej.

W dzień moich urodzin odkryłam anielską komnatę, w której znalazłam księgę … księgę z pustymi stronnicami, lecz niezupełnie, ostatnia zawierała zagadkę „Jeśli czerwony dom jest z czerwonej cegły, a niebiski z niebieskiej, z czego jest dom zielony?” To szkło, okna były zbyt oczywiste, ale w bocznych ścianach pokoju, we wnękach stały dwa wazony, podeszłam do nich i poruszając palcem po krawędzi naczynia sprawdziłam, który z nich jest szklany, przesuwając lekko wazon otworzyłam tajemnicze przejście, które prowadziło do pokoju, gdzie stał ogromny portal i wtedy zrozumiałam czego tak naprawę chciał Jack. Pragnął wrócić do świata żywych, chciał zaburzyć porządek świata. Teleportować się ze świata zmarłych i dalej żyć, jak dobrze, że mogłam decydować kiedy się pojawiał oraz o tym jakie informacje mu przekazuje. Zdałam sobie sprawę jak cienka granica dzieli go od władzy

i jak mało czasu mu zostało. Ale postanowiłam, że nie może on dostać tego po co przyszedł. Wiem, że tam da sobie radę, a miejsce, które odkryłam na zawsze pozostanie już moja tajemnicą, mam rzecz, dzięki, której mogłabym zawładnąć całym świtem, ale również uświadomiłam sobie, że mam moc, dzięki, której mogę pomagać „im” przechodzić na drugą stronę, by byli szczęśliwi i w tamtym świecie, by znajdywali światło i nie zaburzali harmonii życia. Teraz jestem tego pewna, że mój dar to nie tylko zdolność widzenia duchów ale także utrzymywanie porządku. Po tym doświadczeniu znalazłam w końcu odpowiedź na to kim ja tak naprawdę jestem. Jestem strażnikiem na pograniczu życia i śmierci, mary sennej

a marzenia i moim zadaniem jest, żeby każdy z tych światów nie przekraczał granic.

„Uwięziona we śnie”

Sny są odzwierciedleniem duszy. Ukazują nam wyłącznie to, co nosi w sobie lub skrywa w najgłębszych zakamarkach wnętrza każdy z nas. Największe lęki, najskrytsze pragnienia, najpiękniejsze chwile, najgorsze przeżycia. One wiedzą o nas więcej niż my sami o sobie; choć bywa, iż mącą nam w głowach, nie pozwalają spać, uwalniają ukryte demony. Sny są niebezpieczną pułapką, która potrafi trzymać nas w swych sidłach przez wiele godzin, dni, czy nawet lat; a my tkwimy w niej nie zdając sobie sprawy z upływu czasu. Jeszcze niedawno sama byłam więźniem widma swojego strachu, a może nadal nim jestem? A wy, co byście zrobili, gdyby wasz senny koszmar nie chciał się skończyć?

Jest noc, jadę czarnym BMW. Wokół mnie pustka, żadnych, nawet odległych świateł. W nikłych reflektorach samochodu dostrzegam tylko spowitą mgłą drogę, którą zmierzam. Ale dokąd? Nie znam przecież celu mojej podróży. Od dawna już świeci czerwona kontrolka wskaźnika paliwa. Nieoczekiwanie w oddali ukazuje się bladopomarańczowy znak stacji benzynowej, jednak sekundy ciągną się w nieskończoność, droga jakby wydłuża się,

a samochód zaczyna zwalniać, zatrzymując się niespełna sto metrów od stacji. Wysiadam, pospiesznie zmierzam w jej kierunku, licząc na pomoc. Okazuje się jednak, iż jestem tu zupełnie sama, drzwi otwarte, lecz nie ma nikogo.

— Jest tu ktoś? Halo! — krzyczę, ale cisza jest przerażająca.

Wychodzę, by rozejrzeć się na zewnątrz; chłód nocy przeszywa mnie na wskroś. Nagle za budynkiem słyszę kroki, odwracam się i widzę wyłaniające się z półmroku postacie, powoli zbliżające się w moim kierunku. Wystraszona stoję w miejscu nie mogąc się poruszyć. Zaczynam dokładnie widzieć ich olbrzymie kształty i wykrzywione w półuśmiechu obrzydliwe twarze. Chciałabym uciec, ale moje ciało jest jak sparaliżowane, a oni są coraz bliżej. Słyszę ich przyspieszone oddechy, wulgarne słowa i czuję odrażający fetor… nie mogę krzyczeć, nie mogę biec, mogę tylko patrzeć…

Teraz znajduję się w górach, gdzie spędzam wraz z rodzicami ostatnie dni wakacji. Jest piękna, słoneczna pogodna. Nade mną bezkresne, błękitne niebo, wokół przepiękne krajobrazy, słychać świergot ptaków, a delikatny wiatr rozwiewa moje włosy. Kilkanaście kroków przede mną idą mama z tatą, prowadząc jakąś wesołą rozmowę. Słyszę ich śmiech, który niespodziewanie przechodzi w przeraźliwy krzyk. Podbiegam i widzę rodziców zawieszonych nad przepaścią, ostatkiem sił trzymających się zwisającego konaru świerku. Chcę im pomóc, ale nie jestem w stanie dosięgnąć ich rąk. Ciągnę gałąź, jednak nie potrafię udźwignąć ich ciężaru, wiem, że za moment mogę ich stracić. Opadam z sił, gałąź odrywa się i oboje spadają w przepaść, przerażona patrzę w dół z poczuciem, że to moja wina… zaciskam pięści, a łzy płyną mi po policzkach…

Powoli otwieram oczy i jestem w pokoju o białych ścianach. Skierowane w moją stronę jasne światło lampy na moment oślepia mnie, ale po krótkiej chwili dokładnie widzę stojącą przede mną szczupłą kobietę w średnim wieku. Jej blond włosy związane są

w idealnego koka, a dopasowany, śnieżnobiały garnitur nie posiada najmniejszego zagniecenia. Nie dostrzegam koloru przymrużonych oczu, ale z twarzy mogę wyczytać zimne wyrachowanie. Wyczuwam, iż jestem więźniem. Ręce i nogi z obu stron mam ściśle przytwierdzone skórzanymi pasami do metalowego krzesła. Zaczynam rozróżniać sens słów, które do mnie kieruje; stopniowo ogarnia mnie fala paniki. Chcę uciec, zerwać więzy, którymi mnie przymocowano, szarpię się. Krzyczę i przeraźliwie głośno wołam o pomoc, czując się jak zwierzę złapane w sidła. W tym momencie do pokoju wbiega wysoki, barczysty pielęgniarz i siłą wstrzykuje mi w ramię substancję o różowym zabarwieniu. Budzę się na twardym łóżku w białej celi bez okien, na ręku mam opaskę z numerem 23. Dostrzegam niewielką kamerę rejestrującą każdy mój ruch. Z głośnika dobiega spokojna muzyka, którą po kilku minutach przerywa kobiecy głos, informujący, że moje życie jest zagrożone,

a zamknięcie mnie tutaj spowodowane jest troską o moje dobro … ale ja wiem, że to kłamstwo, przecież nie zwariowałam…

Jest dzień po świętach Bożego Narodzenia. Mróz skrzypi pod butami, a miasto zasypane białym puchem wygląda bajkowo, jakby wyjęte prosto ze szklanej kuli, którą daje się dzieciom w prezencie. Spieszę się na spotkanie z Łucją i patrząc na zegarek momentalnie przyspieszam kroku. Pozostało mi zaledwie pięć minut, a przede mną jeszcze siedem przecznic; oczywiście, jak na złość nie jedzie żadem tramwaj. Wybieram skrót pomiędzy chińską restauracją, a fryzjerem, prawie biegnę przez park i jeszcze tylko około trzystu metrów dzieli mnie od mojej przyjaciółki. Z daleka widzę, jak na mnie czeka, chcę pomachać i zawołać ją, ale ktoś gwałtownie łapie mnie za szal, przewracając na oblodzony chodnik. Czuję narastający ból i ciepło z tyłu głowy, nie mogę złapać tchu, staram się walczyć, krzyczeć, ale napastnik nie daje za wygraną, jest dużo silniejszy. Zakrywa mi usta i nos mokrą rękawicą. Kontury otaczającej mnie rzeczywistości tracą swoją ostrość, a wokół zaczynają krążyć ciemne plamy. Kątem oka dostrzegam Łucję, która odwraca się w moim kierunku. Czekam, aż zacznie wołać o pomoc, ale ona mnie nie widzi, jest zbyt daleko. Miasto gaśnie w moich oczach i zapada wszechogarniająca ciemność…

Budzę się, jestem w szpitalu, jak się później dowiaduję — w oddziale pooperacyjnym; wszystko strasznie mnie boli. Podobno kilka dni byłam w śpiączce. Doszło do kradzieży na stacji benzynowej i uciekający mężczyzna potrącił mnie czarnym BMW, kiedy szłam do szkoły. W gazecie leżącej na moim stoliku nocnym widnieje zdjęcie sprawcy i wydaje mi się on dziwnie znajomy, szczególnie jego okropna twarz. Rozglądam się i widzę olejny obraz, przedstawiający góry w słoneczny dzień. Idę do łazienki, żeby się odświeżyć. Z lustra patrzy na mnie poszarzała, zmęczona twarz. Związuję włosy w kucyk i dostrzegam czerwoną pręgę, biegnącą wokół mojej szyi. Szybko stamtąd wychodzę i nieumyślnie wpadam na jasnowłosą pielęgniarkę w białym fartuchu, która stanowczym głosem kieruje mnie do pokoju, mówiąc, abym wypoczęła. Wchodząc do niego, przelotnie spostrzegam numer sali — 23 i nie jestem już pewna co jest jawą, a co snem.

Przeczytałeś bezpłatne 25% książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę