E-book
4.1
drukowana A5
44.42
W stronę serca

Bezpłatny fragment - W stronę serca

Objętość:
322 str.
ISBN:
978-83-8245-622-6
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 44.42

Rozdział I

Piękna pogoda zaszczyciła nas swoją obecnością. Cieszyliśmy się, że aura sprzyja, bowiem rodzice Wojtka zaprosili nas na grilla. Choć niezmiernie cieszyłam się na to wydarzenie, czułam też dość pokaźną tremę. Byłam pewna, że moi teściowie zasypią mnie stertą pytań. Zadecydowałam, że stawię temu czoła. W piątek, w dzień poprzedzający nasze spotkanie, zrobiłam generalny porządek w moich myślach. Przygotowałam odpowiedzi na pytania, które z pewnością padną z ust rodziców Wojtka (a już na pewno z ust mojej teściowej). Wyobrażałam sobie, jak prawdopodobnie będzie wyglądała nasza rozmowa. W piątek wieczorem, kiedy położyliśmy się do łóżka, byłam pewna, że nic mnie nie zaskoczy. Nie pozwolę, by doszło do tak niezręcznej sytuacji, jak w pierwszy dzień świąt…

Poprosiłam teściów, żebyśmy zabrali na działkę moją mamę. Nie chciałam, aby rodzicielka siedziała sama w domu, podczas gdy my będziemy świetnie się bawić. Rodzice Wojtka byli na tyle wspaniałomyślni, że zgodzili się na to bez oponowania. Uzgodniliśmy, że zgarną nas spod naszego domu, gdy będą jechali taksówką. Jako że było nas dość sporo, musieliśmy zamówić taksówkę sześcioosobową.

Moja mama była już o jedenastej. Rodzice Wojtka mieli nas zgarnąć około dwunastej trzydzieści. Moja rodzicielka wolała pojawić się przed czasem, żeby na pewno się nie spóźnić.

Mama, jak zwykle, sprawiała wrażenie mocno speszonej przepychem naszego apartamentu. Trzymała przed sobą torebkę, jakby to była jej tarcza obronna. Mama wyglądała, jakby nagle się skurczyła.

— Nie krępuj się, mamo — powiedziałam ciepło. — Wchodź do środka, śmiało. Napijesz się czegoś? Zostało trochę czasu.

Mama zdjęła buty i podążyła za mną w głąb mieszkania. Zaprosiłam ją do kuchni, gdzie przy stole siedział już Wojtek i nieśpiesznie sączył kawę.

— Cześć, mamo — zwrócił się do mojej rodzicielki. Wstał od stołu, by powitać staruszkę. Ujął jej ramię i ucałował grzbiet dłoni. Nie wiedziałam, że Wojtek zna się na zasadach savoir-vivre’u. Spostrzegłam, że mojej mamie bardzo podobają się jego dobre maniery.

— Cześć, Wojtuś — odpowiedziała, sadowiąc się przy stole. Mama wciąż ściskała swoją drogocenną torebkę. — Jak się czujesz, synu?

— Wyśmienicie — odparł lekko Wojtek, wracając do popijania kawy. — A co u mamy? Jak tam serduszko? Nie grymasi?

— Dzięki Bogu, wszystko w porządku.

Gdy skończyłam zaparzać kawę dla mamy, postawiłam parujący kubek przed jej nosem. Następnie usiadłam do stołu i otuliłam dłońmi gorącą filiżankę kakao.

Przez kilka minut siorbaliśmy w kompletnej ciszy. Milczenie zaczęło na nas dość mocno napierać, więc moja mama postanowiła zainicjować rozmowę.

— Oj, Maju, Maju — powiedziała. — Tak się cieszę, że jednak zostanę babcią. Dziękuję ci, że postanowiłaś zmienić zdanie. Cieszę się, że okazało się, iż Wojtuś jednak może mieć dziecko. Oj, Maju, tak bardzo marzyłam o wnuku!

Słowa mojej mamy podziałały na mnie deprymująco. Utkwiłam spojrzenie w filiżance.

— Chciałabym, żeby to była dziewczynka. Od zawsze chciałam mieć wnusię. Wiadomo już, jakiej płci będzie dzidziuś?

Nie miałam ochoty ciągnąć tej rozmowy, ale postanowiłam być miła wobec mamy.

— Mamo, za dwa tygodnie mam wizytę kontrolną u ginekologa. Wtedy prawdopodobnie poznamy płeć dziecka.

Mama uradowała się tak bardzo, że aż klasnęła w dłonie.

— Już się nie mogę doczekać. — Położyła swoją wątłą, poznaczoną siatką zmarszczek dłoń na moim przedramieniu. — Maju, mimo wszystko jestem pewna, że będziesz dobrą matką. Że świetnie sobie poradzisz w tej roli. Wierzę, że Wojtek także zostanie odpowiedzialnym ojcem. Wychowanie dziecka jest trudnym zadaniem, to fakt. Mam jednak nadzieję, że świetnie dacie sobie radę. Oczywiście, możecie liczyć na pomoc z mojej strony.

— Twoja pomoc będzie nieoceniona, mamo — odparłam. Grzecznie wycofałam rękę, którą ściskała moja mama. Jej dotyk działał na mnie nieco deprymująco. — Oczywiście, wciąż odnoszę wrażenie, że nie sprawdzę się w matkowaniu. Jeszcze do niedawna byłam pewna, że zmienianie pieluch i karmienie piersią to nie dla mnie. Zdecydowanie nie dla mnie. Cóż… Marzenia mojego męża są moimi marzeniami. Wojtek bardzo pragnął tego dziecka. Cieszył się ogromnie, gdy mu oświadczyłam, że zdołałam zajść w ciążę. Poczuł się, hm… pełnowartościowym facetem, jak to sam określił. Bóg postanowił, że jednak zostaniemy rodzicami. A ja nie śmiem podważać Bożych wyroków. Skoro tak musiało być… — Westchnęłam z trudem. — Skoro tak musiało być, to nie mogę się temu sprzeciwiać. Ważne, że… że Wojtek jest zadowolony.

Mój mąż włączył się nagle do rozmowy.

— Maju, sądziłem, że i ty jesteś zadowolona…

— Och, jestem — obruszyłam się — ale to nie takie proste. Jeszcze do niedawna byłam zagorzałą feministką. Zmiana zdania wiele mnie kosztowała. Poważne poprawki w hierarchii wartości to nie takie proste. Musiałam poważnie się zastanowić, czego tak naprawdę pragnę od życia… Tak jak mówiłam, twoje szczęście jest najważniejsze, Wojtuś. Ja… jakoś sobie poradzę…

Chciałam dodać coś więcej, ale przerwał mi ostry dźwięk. Dźwięk ten wydawał telefon Wojtka, tkwiący w kieszeni jego spodni.

— To rodzicie — odczytał z wyświetlacza, po czym odebrał połączenie. — Mamo? Tak, mama Majki już jest. Tak, tak. Za pół godziny? Świetnie, czekamy. Do zobaczenia.

Wojtek rozłączył się i zwrócił się do mnie i mamy.

— Rodzicie będą za pół godziny. Czekają już na taksówkę. Jako że mieszkają po drugiej stronie miasta, podróż zajmie im trochę czasu… Kochani, pora szykować się do wyjścia.


***


Działka moich teściów znajdowała się na obrzeżach Olsztyna. Dojazd zabrał nam około trzydziestu minut. Za kurs zapłacił tata Wojtka. Taksiarz przyjął gotówkę, skinął usłużnie głową, wypuścił nas i odjechał.

Cała nasza piątka zatrzymała się przed bramą działki. Tata Wojtka wydostał z kieszeni spodni klucz i otworzył kłódkę. Kiedy uchylił bramę na całą szerokość, ruszyliśmy w głąb działki.

Byłam pod ogromnym wrażeniem. Działka wyglądała przednio. Była trzy razy większa od mojej kawalerki. Altanka przypominała niewielki domek rodzinny. Wojtek powiedział, że jest w niej prąd, woda, toaleta i nawet prysznic. Altanka miała dwa pokoiki. W jednym z nich znajdował się nawet niezbyt duży telewizor. Altanka miała także niewielką werandę, na której stał wielki, drewniany stół i dwie ławy. W kąciku znajdowało się nawet oczko wodne, w którym pływały kirysy.

Przez chwilę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Czułam się nieco nieswojo na nieznanym terytorium. Moja mama także sprawiała wrażenie zawstydzonej.

— Dlaczego tak stoicie? — zwróciła się do nas mama Wojtka. — Proszę, rozgośćcie się. Jesteśmy przecież rodziną.

Słowa mojej teściowej podziałały na mnie i moją mamę uspokajająco. Ściskając niewielką torebkę, przysiadłam na krawędzi ławy, w pobliżu stołu. Mama zajęła miejsce tuż obok mnie. Obie byłyśmy mocno zawstydzone. Nie przywykłyśmy bowiem do takich luksusów… Cóż, nic dziwnego — rodzice Wojtka byli kiedyś dentystami. A lekarze zarabiają całkiem dużo… Na szczęście, rodzina Baranowskich wcale się z tym nie obnosiła. Woda sodowa nie uderzyła im do głowy. Zachowywali się jak zwyczajni, prości ludzie. To sprawiało, że czułam wobec nich jeszcze większą sympatię.

Tata Wojtka znalazł klucz do altanki, po czym otworzył drzwi domku i zniknął za nimi. Mama Wojtka położyła na stole reklamówkę z kiełbaskami. Planowaliśmy rozpalić grilla.

— Mario, Maju, dlaczego wciąż się krępujecie? — zagaiła moja teściowa. — Śmiało. Napijecie się czegoś?

— Poprosimy kawę. — Mama i ja odpowiedziałyśmy zgodnie.

Po chwili dołączył do nas Wojtek. Był roześmiany od ucha do ucha. Dziś mój mąż miał na sobie ciemnozielony T-shirt i sięgające kościstych kolan czarne szorty. Wojtek nie umiał rozstać się z trampkami.

— Mamo, Maju, chodźcie ze mną — zaoferował się. — Mamy tu huśtawkę. Zmieścimy się na niej w trójkę.

Wciąż lekko zdekoncentrowane, wstałyśmy od stołu i ruszyłyśmy za moim mężem. Wojtek zaprowadził nas do pokaźnych rozmiarów drewnianej huśtawki. Mama i ja opadłyśmy na nią. Grube łańcuchy zadźwięczały donośnie w ramach protestu, ale ostatecznie huśtawka nie zarwała się pod nami.

— Zaraz do was dołączę — oznajmił Wojtek. — Pomogę tylko tacie wyciągnąć leżaki.

Obrócił się na pięcie i zostawił nas same. Mama i ja spojrzałyśmy po sobie.

— Pięknie tutaj, prawda? — zwróciłam się do rodzicielki, rozglądając się po zakątkach działki.

— Przepięknie. Maju, trafiłaś na wspaniałą rodzinę. Nie sądziłam, że rodzice Wojtka to tacy cudowni ludzie. Sam Wojtek okazał się odpowiedzialnym, dojrzałym mężczyzną. Przepraszam, że na początku nie byłam do niego przekonana. Potrzebowałam trochę czasu, aby zrozumieć, że poczciwy z niego człowiek.

— Od samego początku byłam pewna, że to Bóg zesłał mi Wojtka. Gdyby nie on… prawdopodobnie nie spacerowałabym już po tym padole.

— Och, Maju, nie mów tak. — Mama bawiła się medalikiem z wizerunkiem Matki Boskiej. — Nie wolno tak mówić. Tylko Bóg ma prawo decydować o naszym życiu. Nie wolno go przerywać bez Jego woli, bo to bardzo ciężki grzech. Jednak to prawda, że byłoby ci ciężko bez Wojtka. To Anioł w ludzkiej skórze. Bóg miał jakiś plan, stawiając go na twojej drodze. Gdybyś musiała iść dalej sama…

Mama ciągnęłaby, gdyby znienacka nie nadszedł Wojtek z moim teściem. Mężczyźni dźwigali w ramionach dwa leżaki. Ustawili je na trawniku, w pobliżu siebie. Gdy skończyli, pojawiła się mama Wojtka, niosąc dla nas po kubku kawy. Wyjęliśmy kubki z dłoni teściowej, dziękując serdecznymi uśmiechami.

Mama i tata Wojtka zajęli miejsca na kwiecistych leżakach. Ja i moja mama odpoczywałyśmy na huśtawce. U mojego boku wkrótce pojawił się Wojtek.

Pogoda była wprost zachwycająca. Słoneczko przygrzewało radośnie, ale nie było zbyt natrętne. Nie było ani zbyt upalnie, ani zbyt chłodno — temperatura z pewnością nie przekraczała dwudziestu pięciu stopni. Raz na jakiś czas podrywał się z transu wiaterek, bawiąc się naszymi włosami i listowiem pobliskich drzew i krzewów. Niewidzialne palce wiatru przeczesywały bujne grzywy traw. Lazurowe niebo zapraszało, aby się do niego uśmiechać.

— Maju — przemówiła mama Wojtka, zwracając twarz w stronę słońca. Kobieta mrużyła oczy. — Przede wszystkim ja i Tadziu pragniemy oficjalnie pogratulować ci zdanej matury. Byliśmy przekonani, że poradzisz sobie świetnie. Zdolna i inteligentna z ciebie kobieta. Prawda, Tadziu?

— Prawda, prawda — odmruknął mój teść, jak zwykle małomówny i zamknięty w sobie.

Uciekłam spojrzeniem w bok. Na moich policzkach rozlał się rumieniec. Nie chciałam, aby ktoś go zauważył.

— Bardzo wam dziękuję — wybełkotałam w końcu. — Wszystko zawdzięczam dopingom Wojtka. Obiecał, że jeśli dobrze zdam maturę, to w ramach zaległej podróży poślubnej zabierze mnie do swojej samotni.

— Ach, a więc byliście w samotni — zdziwiła się łagodnie teściowa. — I jak ci się tam podobało, Maju?

— To cudowny, zachwycający zakątek. Ciężko było mi się z nim rozstać i wrócić do Olsztyna. Na szczęście, Wojtek obiecał mi, że będzie zabierał mnie tam jak najczęściej. Zakochałam się w tym miejscu po uszy. Kiedy się tam znajdowałam, czułam się jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi. Niestety, sprowadziło mnie na ziemię oświadczenie Wojtka, że wybiera się na trzy tygodnie na szkolenie w Katowicach.

— Och, tak mi przykro, Maju — odarła szczerze mama Wojtka. — Ale jestem pewna, że doskonale dasz sobie radę. Jesteś niezwykle odważna i dzielna. Świetnie sobie poradzisz. Oczywiście, w każdej chwili możesz liczyć na nas. Możesz dzwonić do nas o każdej porze dnia i nocy.

Nagle moje serce ze stępa przeszło w cwał. Nadeszła wreszcie właściwa okazja… Pora, aby to z siebie wydusić… Nie, nie mogłam dłużej z tym zwlekać…

— Nie będę się nudzić, jestem tego pewna.

— Na pewno znajdziesz sobie jakieś zajęcie…

— Tak. W przyszłym tygodniu zaczynam pracę.

Skonstatowałam, że moje oświadczenie zwaliło wszystkich z nóg. Kiedy przyjrzałam się konsternacji na twarzach obecnych, poczułam, jak rośnie we mnie duma i samozadowolenie.

— Będę roznosiła ulotki. Ta praca nie wymaga kontaktu z ludźmi.

I znów moje stwierdzenie pozostało bez reakcji zgromadzonych.

Najbardziej zaskoczony był jednak Wojtek. Spoglądał na mnie z ogromnym zdziwieniem w zielonych oczach.

— Idziesz do pracy? Dlaczego ja nic o tym nie wiem, mała? — warknął gniewnie.

O kurczę. Wojtek był zły. I to mocno.

— Ja… ja po prostu chciałam zrobić wszystkim niespodziankę. Mam nadzieję, że przypadła wam do gustu. Nikt nie będzie mi sugerował, że jestem darmozjadem…

— Maju, Maju! — zdołała zawołać moja teściowa. — Nikt nie sugeruje, że jesteś darmozjadem! Ale… to świetna nowina, nie da się ukryć. Wierzymy i trzymamy kciuki za to, abyś była zadowolona ze swojej pracy. Prawda, Tadziu?

— Prawda, prawda — skwitował niezbyt wylewnie teść.

Głos postanowiła zabrać moja rodzicielka.

— Córciu, to wspaniale, ale… jesteś pewna, że sobie poradzisz?

— No pewnie. Ruch na świeżym powietrzu dobrze mi zrobi. Może uda mi się zgubić parę kilogramów. Tak jak wspomniałam, moja praca nie wymaga kontaktu z ludźmi. Będę tylko prosić o otwarcie drzwi i wrzucać ulotki do skrzynek. Nie chcę iść na rentę. Może praca pomoże mi zyskać więcej pewności siebie. No i przestanę być na kompletnym utrzymaniu Wojtka. Prawda, Wojtuś?

Wojtek wciąż sprawiał wrażenie skonfundowanego. Przyglądał mi się szeroko otwartymi oczami. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że opadła mu szczęka.

— Maja — przemówił wreszcie — ty to jednak jesteś aparatka. Zaskakujesz mnie na każdym kroku. Ale jestem odrobinkę na ciebie zły, że postawiłaś nas wszystkich przed faktem dokonanym…

— Wojtuś, nie dąsaj się. — Ucałowałam go w szorstki policzek i przeciągnęłam ręką po jasnych, długich włosach. — Tak jak mówiłam, chciałam was przyjemnie zaskoczyć. Pomyślałam sobie, że muszę czymś się zająć podczas twojej nieobecności, słonko. Gdybym miała całymi dniami siedzieć sama w naszym domu, chyba dostałabym kota. To fajnie jest mieć w życiu jakiś cel. Pragnę w jakiś sposób się realizować. Chcę na siebie zarabiać. Tak jak mówiłam, może praca podziała na mnie terapeutycznie. Mam dość przesiadywania w samotności, pośród czterech ścian… Brakuje mi wyzwań, którym mogłabym stawiać czoła. Chciałabym… chciałabym sprawdzić, że coś potrafię. Że nie jestem zdana na łaskę innych. Pragnę udowodnić wszystkim, że jestem normalna. Że papier ze szpitala nie ma żadnego znaczenia. Przekonacie się, że umiem funkcjonować samodzielnie. Że… że lęk nie ma nade mną kontroli. Że mam w nosie swoją chorobę. Być może z początku będzie mi nieco ciężko, ale jestem przekonana, że z czasem się oswoję.

— Maju, a jak będą wyglądały twoje zarobki? Ile będą ci płacić za to roznoszenie ulotek? — włączyła się do dyskusji moja mama.

— Będę dostawała dziesięć złotych za godzinę. Kokosy to nie są, przyznaję. Ale zawsze zarobię parę groszy. W zupełności wystarczy mi na moje potrzeby. Wystarczy, żebym nie była uzależniona od portfela Wojtka. Chcę pokazać wszystkim, że na coś mnie stać.

Wojtek wciąż nie mógł przetrawić faktu, że o niczym mu nie powiedziałam. Był tak wkurzony, że czubkiem trampka zaczął kopać w ziemi dół. Dałam mężczyźnie przyjacielskiego kuksańca.

— Wojtuś, jak zwykle musisz mieć wszystko pod kontrolą — stwierdziłam. — Robaczku, mam prawo mieć trochę prywatności. Nie musimy spowiadać się sobie z każdej sprawy… Dlaczego nie cieszysz się razem ze mną? Wolałbyś, abym najbliższe trzy tygodnie spędziła w kompletnym odosobnieniu? Chciałbyś, abym do reszty zdziczała? Pragnę się realizować. Nie mogę przebywać w więzieniu czterech ścian. Sądziłam, że ucieszysz się, że zaczęłam coś robić ze swoim życiem…

Wojtek zaczerpnął powietrza i po raz kolejny pokręcił głową z dezaprobatą. W końcu jednak spojrzał mi w oczy.

— Znów stawiasz mnie przed faktem dokonanym — stwierdził. — Hm… Pewnego dnia na pewno ci się zrewanżuję.

— Co masz na myśli?

— Przekonasz się.

— O czym?

— Zobaczysz.

— Ożeż ty!

Wojtek zagryzł usta tak, że na dolnej wardze pojawiły się delikatne zagłębienia po zębach. Jeszcze raz pokręcił głową; po chwili jednak puścił mi perskie oko. Odetchnęłam z ulgą. Wojtek już się na mnie nie boczył.

Temat naszej wymiany zdań podążył w zupełnie innym kierunku.

— Mamo. — Wojtek zwrócił się do swojej rodzicielki.

— Tak?

— Czy w naszej rodzinie znajdzie się ktoś, kto mógłby zostać rodzicami chrzestnymi naszego dziecka?

Moja teściowa potrzebowała trochę czasu do namysłu.

— Musiałabym wykonać parę telefonów. Ale sądzę, że… że ciocia Jola i wujek Mateusz byliby bardzo chętni. Kiedy z nimi rozmawiam, zawsze o was pytają i was pozdrawiają.

Ciocia Jola i wujek Mateusz? O kurczę… Przecież oni nigdy nie widzieli mnie na oczy! Czy… czy przypadnę im do gustu?

— Ekstra! — ucieszył się Wojtek. Jego nagła reakcja wyrwała mnie z chwilowej zadumy. — Będziemy wam naprawdę wdzięczni.

Zrobiło się cicho. Ale tylko na chwilę — do czasu, kiedy odezwał się tata Wojtka.

— Zabieramy się za tego grilla?


***


Wróciliśmy do domu około godziny osiemnastej. Kolację mieliśmy z głowy, bo objedliśmy się porządnie grillowanymi kiełbaskami. Nie sądziłam, że mój żołądek jest w stanie pomieścić aż tyle — wchłonęłam bowiem aż dwie kiełbaski. Zdziwiłam się, gdy Wojtek wszamał trzy. Moja mama i rodzice Wojtka zjedli po jednej. I licho wzięło dietę, na której byłam od dwóch dni. Ciekawe, jak zareaguje Wojtek, gdy przybędzie mi kolejne dziesięć kilo.

Niedziela przeminęła w szalonym tempie. Zanim się obejrzeliśmy, nadszedł poniedziałek. A poniedziałek oznaczał rozstanie. Rozstanie na blisko trzy tygodnie. TRZY TYGODNIE.

Obudziliśmy się około piątej trzydzieści. Pociąg Wojtka odchodził o godzinie dziewiątej. Okrutnie chciało mi się spać dalej, ale postanowiłam, że pożegnam mojego męża przed odjazdem. W końcu nie zobaczymy się przez prawie miesiąc…

Zjedliśmy śniadanie w kompletnym milczeniu. Oboje unikaliśmy swoich spojrzeń. Ogarniająca nas cisza mówiła sama za siebie…

W końcu Wojtek odnalazł w sobie dość odwagi, aby coś powiedzieć.

— Będziemy w kontakcie, prawda? Będę do ciebie pisał, gdy tylko znajdę chwilę wolnego czasu.

— Będę odpisywała natychmiast, jak tylko wrócę z pracy.

Wojtek zaczął wodzić palcem po wzorku na blacie stołu.

— Cieszę się, że masz tę pracę. Może łatwiej poradzisz sobie z… z dużą ilością wolnego czasu.

— Dzięki tej robocie będę miała po co wstawać z łóżka.

Wojtek zamierzał coś odpowiedzieć, ale najwyraźniej powstrzymał się w ostatniej chwili. Jego wzrok stał się mętny i odległy, jakby mężczyzna zaglądał w czeluść swojej duszy.

Pomyślałam, że zaryzykuję…

— Czy… odprowadzić cię na dworzec?

Wojtek zareagował po niepokojąco długiej chwili…

— Lepiej nie. Nie. Nie. Zdecydowanie nie.

— Jestem podobnego zdania.

Nadszedł moment rozstania. Wojtek sukcesywnie unikał mojego spojrzenia. Błądził oczyma po ścianach i kątach, byle nie spojrzeć mi prosto w twarz. Nie byłam do końca pewna dlaczego. Czy mój mąż w ten sposób radził sobie z bólem, który niewątpliwie miał dziś miejsce w jego duszy? Może tak próbował zachować nad sobą kontrolę i po prostu się nie rozpłakać? Być może maskował swoje prawdziwe uczucia, żeby nie zarażać mnie obniżonym nastrojem?…

Wojtek wreszcie się poruszył. Przyjrzał się zegarkowi na nadgarstku.

— Maja, na mnie pora. Muszę jeszcze dostać się na dworzec. Nie chciałbym spóźnić się na pociąg. Następny byłby dopiero jutro, a przecież wiesz, że muszę być jutrzejszego poranka w Katowicach.

— Odprowadzić cię do drzwi?

— Mam nadzieję, że to wytrzymam.

Wojtek zarzucił sobie na ramię niewielki bagaż. Mężczyzna najwyraźniej zabrał ze sobą tylko to, co rzeczywiście dla niego najważniejsze. Zatroszczył się o laptopa, aby móc do mnie pisać. Kiedy Wojtek wskoczył w swoje ulubione trampki, myślałam, że wyjdzie z mieszkania bez słowa. Mój mąż jednak się odwrócił i zbliżył do mnie.

— Słońce, obiecuję, że będę się odzywał, jak tylko pozwoli mi na to czas — rzekł głuchym głosem. — Obiecaj, że będziesz odpisywała.

— Obiecuję.

— Kiedy zaczynasz pracę?

— W najbliższą środę.

— Wierzę, że zdasz mi pisemną relację z tego dnia.

— Oczywiście.

Przez chwilę oboje spoglądaliśmy gdzieś w kąt. W końcu jednocześnie zajrzeliśmy sobie do oczu. Zielone oczy Wojtka były powleczone dojmującym bólem. W końcu mężczyzna rozłożył ramiona.

— No chodź, przytul mnie po raz ostatni.

Ochoczo przylgnęłam do jego klatki piersiowej. Przez koszulę słyszałam cichy krok serca. Wojtek otoczył mnie rękami. Ściskał mnie tak mocno, jakby wyjeżdżał na trzy miesiące.

W końcu mnie wypuścił.

Obrócił się na pięcie, otworzył drzwi i wyszedł na klatkę schodową. Nie odwracając się, ruszył schodami w dół. Zamknęłam za nim drzwi.

Stałam w korytarzu, gapiąc się na drzwi, za którymi chwilę temu przepadł Wojtek. Poczułam się nagle bezbronna jak małe dziecko, opuszczone przez rodziców. Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Sterczałam i przyglądałam się tym bezwzględnym drzwiom, które odebrały mi Wojtka. W moim sercu utworzyła się pustka, która usiłowała mnie pochłonąć. Jezu Chryste, jak ja dam sobie radę przez te trzy tygodnie? Miałam nadzieję, że Wojtek będzie regularnie pisał. Oczywiście, listy nie zastąpią nam prawdziwej bliskości, ale przynajmniej będę wiedziała, co się dzieje z moim mężem. Wierzyłam, że będzie pisał mi SMS-y na powitanie i na dobranoc. Pocieszałam się myślą, że w środę zaczynam pracę. Praca pomoże mi oderwać myśli od Wojtka. No i przy okazji nieco na siebie zarobię, żeby nikt nie nazywał mnie darmozjadem. Kokosy to to nie będą, ale wpadnie mi do kieszeni trochę grosza. Przebieżka po osiedlach poprawi moją kondycję.

Zmitygowałam się, że od kilku minut stoję jak słup soli. Ocknęłam się z tego marazmu i udałam do salonu. Mój smartfon leżał na stole. Wzięłam urządzenie do ręki — milczało okrutnie. A czegóż się mogłam spodziewać? Wojtek wyszedł zaledwie dziesięć minut temu.

Niby to dziesięć minut, ale wydawało mi się, że kilka godzin. Kurczę, tęskniłam za nim, choć rozstaliśmy się chwilę temu!

Nagle przypomniałam sobie, że nie jestem sama. Przyłożyłam dłoń do mojego brzucha. Jeszcze było nieco za wcześnie, aby był wyraźnie widoczny. W środku, pod moim sercem, znajdowało się nasze dziecko. Dziecko tak wyczekiwane przez Wojtka. Za około tydzień prawdopodobnie będzie można stwierdzić płeć płodu. Żałowałam, że nie będzie ze mną męża w tak ważnym momencie… Prędko go jednak powiadomię, gdy już się dowiem, czy to chłopiec, czy dziewczynka.

Sprawdziłam godzinę. Niedawno wybiła dziewiąta trzydzieści. Wojtek powinien już być w pociągu. Czy wypadało się odezwać? Wahałam się, gapiąc się na ekranik smartfona…

Podskoczyłam, gdy telefon znienacka zawibrował. Omal go nie upuściłam. Moje serce stanęło dęba.

„Wszystko przebiega bez zarzutu, jestem w pociągu. Za sześć godzin będę na miejscu. Jak się czujesz?”

Niby taki jeden głupi SMS, a tak potrafi poprawić nastrój!

Pośpiesznie wzięłam się za odpowiedź.

„Tęsknię, choć widzieliśmy się zaledwie godzinę temu”.

„Znam Twój ból z autopsji. Maja, spróbuję się zdrzemnąć, dzisiejszej nocy prawie nie spałem. Gdybyś potrzebowała, natychmiast do mnie pisz lub dzwoń. Kocham Cię, mała”.

Czyli Wojtek zasugerował, żebym dała mu święty spokój. Okej, nie ma problemu.

Tylko co ja teraz ze sobą zrobię?!

A może by tak… Zaprosić do naszego apartamentu moją mamę? Mogłybyśmy napić się kawki i odrobinę poplotkować. Tak, to był zdecydowanie przedni pomysł.

Rozdział II

— Nie krępuj się, mamo. Wchodź śmiało do środka.

Moja rodzicielka jak zwykle sprawiała wrażenie speszonej wielkością naszego apartamentu. Chroniąc się za tarczą torebki, podążyła za mną w stronę salonu.

— Czego się mama napije? — zapytałam, gdy rodzicielka osunęła się na kanapę.

— Wystarczy szklanka wody.

— Na pewno nie chcesz kawy czy herbaty?

— Hm… No dobra, niech będzie kawa.

Zostawiłam mamę samą w salonie. Ale tylko na chwilę. Prędko wróciłam, niosąc dwa kubki kawy. Jeden wręczyłam mamie, która serdecznie podziękowała.

— Jak się dziś czujesz, Maju? — zaniepokoiła się. Spoglądała na mnie tak, jakbym znajdowała się przynajmniej na łożu śmierci.

— Dobrze, mamo. Tylko trochę tęsknię. A co u ciebie? Jak twoje serce?

— Ostatnio przestało grymasić. Trochę mi smutno. Dziękuję, że wyciągnęłaś mnie z tej dziupli.

Wiedziałam, że mama ma na myśli swoją kawalerkę.

— Mamo, przecież wiesz, że możesz odwiedzać nas w każdej chwili. Nie musisz prosić o pozwolenie. Jesteśmy rodziną.

Mama pokiwała głową, ale myślami była daleko stąd. Jak zwykle, obracała w palcach medalik z Matką Boską.

— Córciu, a jak tam wasze dziecko? — ciągnęła mama. — Mówiłaś, że lada moment poznacie jego płeć…

— Mam wizytę u lekarza pod koniec tygodnia. Prawdopodobnie wtedy się dowiemy, na czym stoimy. Jaka szkoda, ze Wojtka ze mną nie będzie…

— Maju, jesteś pewna, że poradzisz sobie z tymi ulotkami? W twoim stanie?

Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu.

— Ależ mamo, kobieta w ciąży nie jest z porcelany. Nic mi nie będzie. To tylko zwykłe roznoszenie ulotek, nie wymaga zbyt wiele wysiłku…

Kontynuowałabym dalej, gdyby w mój wywód nie wdarł się dźwięk przychodzącego połączenia. Od Wojtka, oczywiście.

— Mamo, zaczekasz chwileczkę?

— Oczywiście.

Z podskakującym z radości sercem odebrałam telefon.

— Cześć, Maju! — usłyszałam słodki, dźwięczny głos mojego męża. — Co u ciebie? Jak ci się żyje na wolności?

Zachichotałam. Wojtek jak zwykle był skory do niewybrednych żarcików.

— Doskonale. Jest u mnie moja mama. Masz od niej pozdrowienia. Kochanie, czy ty nie miałeś przypadkiem kimać?

— Też ją pozdrawiam. Cóż… trudno jest spać bez ciebie w ramionach… Maju, czy ja wam nie przeszkadzam? Jeśli tak, nie krępuj się…

— Spokojnie, nie ma problemu…

— Może jednak uda mi się zdrzemnąć choć na godzinkę — mruknął Wojtek. — Czuję się nieco niewyspany po tej niemiłosiernie wczesnej pobudce.

— Dobrze. Dobranoc. Odezwij się potem. Kocham cię — Czułam dojmujący ból w okolicach klatki piersiowej.

Kiedy odłożyłam telefon, zwróciłam się do mojej mamy.

— Przepraszam, już jestem. O czym to rozmawiałyśmy?

— Maju, proszę, nie forsuj się zbyt mocno. Nie chciałabym, aby powieliła mój los…

— Co mama ma na myśli? — zdziwiłam się. Uniosłam wymownie brew i spojrzałam na rodzicielkę pytająco.

— Chyba nigdy ci nie mówiłam, że byłam bliska poronienia. W połowie ciąży dostałam nagłego krwotoku. Znalazłam się w szpitalu na podtrzymaniu ciąży. Mało brakowało, żebym cię utraciła.

Poczułam się, jakbym wskoczyła do jeziora późną jesienią.

— No, mamo, nigdy o tym nie wspominałaś — odparłam, kompletnie zbita z pantałyku. — Hm, dobrze wiedzieć po blisko dziewiętnastu latach…

— Nie chciałam cię krępować. Cóż by to zmieniło? Najważniejsze, że cię urodziłam. — Mama załamała ręce i spojrzała na mnie szklistym wzrokiem. — Dlatego proszę, żebyś się oszczędzała. Żebyś dbała o siebie. To wasze pierwsze dziecko, to bardzo ważne. Chyba nie ma nic gorszego od utraty swojego dziecka. — Wiedziałam, że mama nawiązuje do śmierci mojego brata.

Przygotowywałam się do odpowiedzi, kiedy nagle telefon ponownie się odezwał.

— Wojtkowi najwyraźniej się nudzi — skonstatowałam, sięgając po smartfona. Przyłożyłam telefon do twarzy i zagruchałam: — Co tam, kochanie? Czy ty nie miałeś przypadkiem spać?

— Maju, muszę ci coś powiedzieć.

Złowróżbny ton głosu mężczyzny sprawił, że w trymiga opuścił mnie przedni nastrój.

— Coś… coś się stało? Coś nie tak? — zaczęłam dukać.

— Mój pociąg ma postój. Maju… ktoś był na torach. Ktoś rzucił się pod mój pociąg. Podróż do Katowic wydłuży się o przynajmniej trzy godziny.

Cała krew odpłynęła mi z twarzy. Prawdopodobnie byłam blada jak ściana. Nagle zrobiło mi się strasznie zimno, jakby temperatura w salonie spadła poniżej zera.

— Ktoś popełnił samobójstwo? — wyszeptałam, jakbym bała się tych słów. Kątem oka zauważyłam, że moja mama wciąga powietrze i przykłada ręce do twarzy.

— Tak, Maju. Jakiś totalny przygłup popełnił samobójstwo. — Ton głosu Wojtka nagle zmiękł. — Maja, tak bardzo mi w tej chwili źle. Chciałbym znaleźć się u twojego boku. Tak okrutnie mi ciebie brakuje. I jeszcze ta sytuacja…

Poczułam, jak wokół mojego gardła zaciskał się drut kolczasty.

— Boże, Wojtek, tak mi przykro. Wiadomo… wiadomo coś na temat tego człowieka?

— To podobno jakiś chłystek. Miał przed sobą całe życie. Zmarnował je w tak beznadziejny sposób.

— O tak. — Na moment popadłam w zadumę. — Tak. To totalna głupota, aby odbierać sobie szansę na szczęście.

Na linii zapadła cisza, ale na krótko.

— Maju, domyślam się, że wiesz, co czuł ten człowiek.

Oczami wyobraźni ujrzałam obrazy wydarzeń, które miały miejsce parę lat temu… Zdecydowałam się na przedawkowanie tabletek, bo to nic nie boli, a poza tym… zawsze jest szansa na ratunek. Gdy ktoś rzuca się pod pociąg lub skacze z wieżowca, to jego szanse na przeżycie są zerowe. Ja… ja pragnęłam jedynie, by ktoś zauważył mnie i mój ból. Tak naprawdę nie chciałam umierać; pragnęłam tylko dać wszystkim sygnał, żeby się mną zainteresowano. Żeby ludzie zdali sobie sprawę z cierpienia, które mnie wtedy nękało.

— Chyba jednak nie do końca.

— Dlaczego? Przecież ty… też chciałaś umrzeć.

— Nie chciałam. Pragnęłam jedynie, by ktoś mi wreszcie pomógł. Zrozumiał, że wymagam natychmiastowego wsparcia…

Kątem oka zerknęłam na mamę. Sprawiała wrażenie sparaliżowanej od stóp do głów. W jej szeroko otwartych oczach malowało się przerażenie zmieszane z niedowierzaniem. Po chwili spostrzegłam, że mama porusza bezgłośnie ustami. Czyżby… się modliła?

— Maju — przemówił Wojtek. — Obiecaj, że nigdy nie popełnisz takiego głupstwa. Daj mi słowo honoru.

— Nie martw się, skarbie. Lata głupoty mam daleko za sobą. Za bardzo kocham życie i świat, by je dobrowolnie opuszczać.

Wojtek westchnął ciężko do słuchawki.

— Maju, muszę kończyć. Obiecuję, że napiszę do ciebie maila, jak tylko dotrę na miejsce.

— Spokojnej podróży. Aby przebiegała dalej bez tego typu niespodzianek.

— Dzięki, słodka.

Odłożyłam smartfona i otoczyłam się ramionami. Trzęsłam się jak podczas wysokiej gorączki. Spojrzałam na mamę. Sprawiała wrażenie, jakby w to wszystko nie wierzyła…

— Maju, Maju — zakwiliła. — Wybacz, że to powiem, ale… pamiętam, jak jeszcze do niedawna miałaś poważne problemy ze swoją duszą… Wiesz, że chciałam umrzeć razem z tobą, gdy znalazłam cię wtedy w łazience, z podciętymi żyłami? Maju, dotąd nie rozumiem, dlaczego zadałaś mi tak potężny cios…

Nie chciałam o tym rozmawiać, ale moja mama najwyraźniej tak…

— Mamo, przecież wiesz, że nie chciałam cię skrzywdzić. Ja… ja zwyczajnie wołałam o pomoc. Nie wiedziałam, jak to uczynić… Myślałam, że próba samobójcza będzie najlepszym rozwiązaniem.

— Maju, mogłaś umrzeć. Mogłam nie przybyć wtedy na czas.

— Wiem, ale… człowiek nie myśli racjonalnie w takich momentach.

Mama zachłysnęła się powietrzem.

— Nigdy nie zapomnę tego widoku, gdy leżałaś w wannie, a twoje nadgarstki krwawiły… Sądziłam, że cię stracę. Że pogotowie nie przybędzie na czas, że nie da się cię odratować…

Tym razem to ja odetchnęłam ze znacznym oporem.

— Mamo, wielokrotnie cię za to przepraszałam… Proszę, zmieńmy temat rozmowy.

— Wierzę, że teraz jesteś rozsądną, mądrą dziewczyną.

— Oczywiście, mamo.

Mama zasiedziała się u mnie aż do wieczora. Dziękowałam jej, że jest ze mną i nie pozwala tęsknić za Wojtkiem. Rozmawiałyśmy na przeróżne tematy; omijałyśmy jednak te ciężkostrawne wątki.

W końcu mama postanowiła wrócić do swojej kawalerki. Rozstałam się z rodzicielką z niemałym trudem. Prosiłam ją, aby częściej odwiedzała mnie przez te trzy tygodnie. Obecność mamy sprawiała, że moje myśli odrywały się od Wojtka.

Kiedy zamknęłam drzwi za mamą, udałam się do salonu. Zgarnęłam ze stołu kubki z niedopitą kawą i wrzuciłam do zlewu w kuchni. Zamierzając pozmywać nieco później, udałam się na poszukiwania mojego laptopa. Z komputerem w ramionach zasiadłam do stołu. Notebook położyłam na stole i otworzyłam pokrywę. Zalogowałam się do mojego konta mailowego.

Moja radość nie znała granic, gdy zastałam nieodczytaną wiadomość od Wojtka.


Droga Maju!

Pragnę Cię powiadomić, że dotarłem na miejsce w jednym kawałku. Zakwaterowanie wprawdzie nie jest dość luksusowe, ale prawdopodobnie zdołam w nim wytrzymać przez trzy tygodnie. Wytrzymam, póki z sufitu nie sypią się karaluchy czy mrówki faraona. Łóżko mam niezbyt wygodne, w dodatku jednoosobowe. Chyba będzie dobrze.

Maju, jest mi okrutnie smutno, że moja podróż nie była w pełni szczęśliwa. Usiłowałem się zdrzemnąć, kiedy pociąg zaczął gwałtownie hamować. Tak gwałtownie, że wpadłem na człowieka siedzącego naprzeciwko mnie. Nikt w moim przedziale nie wiedział, co się stało, co jest powodem takiego nagłego hamowania. Wszyscy spoglądali po sobie, kompletnie zdezorientowani i przerażeni…

Nagle do przedziału wpadł zasapany chłopak. Obwieścił bez ceregieli, że na torach leżał człowiek. Chłopak powiedział, że mężczyzna prawdopodobnie nie przeżył. Młokos popędził dalej, zostawiając nas sam na sam z tą okrutną wiadomością… Nikt z podróżujących nie wiedział, jak się zachować. Jakaś starsza pani wybuchła głośnym płaczem. Młody chłopak wsunął słuchawki do uszu i pogrążył się w świecie muzyki. Pozostali sprawiali wrażenie, jakby solidnie się przesłyszeli.

W końcu do naszego przedziału wkroczył maszynista. Miał grobową minę. Sprawiał wrażenie, że powierzone mu zadanie stanowczo go przerasta… Powiadomił nas, że pociąg będzie miał poważne opóźnienie. Na torach bowiem bez ostrzeżenia znalazł się człowiek. Maszynista nie zdołał wyhamować, spostrzegł go zbyt późno. Jeszcze raz wszystkich przeprosił i ruszył dalej, w stronę kolejnego przedziału, by poinformować pozostałych pasażerów o tragicznym wydarzeniu…

Kiedy czekaliśmy, aż pociąg ponownie ruszy, pogrążyłem się w zadumie. Samobójcą był prawdopodobnie młody mężczyzna, nie mający jeszcze trzydziestki. Boże, co takiego musiało się stać, że człowiek, który ma przed sobą niemal całe życie, postąpił w podobny sposób?! Nie wierzę, że jego sytuacja życiowa była pozbawiona innego wyjścia. Z pewnością udałoby się uratować chłopaka, gdyby ktoś w porę zainteresował się jego stanem psychicznym. Maju, chyba sama przyznasz, że potencjalny samobójca nie jest do końca świadomy swojego czynu. Tylko człowiek chory na głęboką depresję może zdobyć się na takie straszliwe rozwiązanie. Tylko człowiek chory odwraca się od życia i świata. Pewnie masz wiele do powiedzenia w tym temacie… Jest tylko subtelna różnica — Ty nie chciałaś umrzeć. Ten chłopak chciał. Ty wiedziałaś, że może otrzymasz jeszcze jedną szansę. Ten mężczyzna był przekonany, że nie ma dla niego ratunku. A założę się, że gdyby jego bliscy mieli szeroko otwarte oczy, to by spostrzegli jego ból, strach i cierpienie. Oczywiście, nie mam pojęcia, co się działo w jego duszy. Mogę jedynie się domyślać… Szkoda, naprawdę szkoda, że zmarnowało się tak młode życie. Życie, przed którym przyszłość stała otworem… Nie mogę się z tym pogodzić, choć chłopak był mi obcy i obojętny…

Wybacz mi, Maju, ten przydługi list. Musiałem to z siebie wyrzucić. Poczułem ulgę, gdy Ci o tym wszystkim opowiedziałem.

Maleńka, a co u Ciebie? Jak się czujesz?

Pozdrawiam Cię najserdeczniej,

Wojtek


Potrzebowałam sporo czasu, aby dobrze przyswoić list od Wojtka. Przeczytałam go kilka razy, aby zapamiętać treść. Pragnęłam, by mocno utkwił mi w pamięci. Dwadzieścia minut później, gdy obmyśliłam odpowiedź, pochyliłam się nad komputerem i zaczęłam zamaszyście stukać w klawiaturę.


Drogi Wojtku!

Dziękuję za tak wyczerpujący list. Czekałam na niego przez cały dzień.

O mnie nie musisz się martwić. Zdrowie — na razie — mi dopisuje. Nie mam powodów do narzekania. W przeszłości bywało o wiele gorzej… Wystarczająco „o wiele”, żeby w ten chwili o tym pisać.

Współczuję Ci, że przydarzyła Ci się taka nieprzyjemna przygoda. Wiesz… Jeśli chodzi o moje zdanie, to uważam, że samobójcy to skończeni egoiści. Dlaczego potencjalny samobójca nie pamięta o tym, jak poważny cios wymierza prosto w serca swoich najbliższych? Wierzę, że żaden człowiek nie jest na świecie zupełnie sam, że otaczają go osoby, które go kochają i pragną mu pomóc… Samobójca myśli tylko i wyłącznie o sobie, nie współczuje ludziom, dla których jest on ważny. Odbierając sobie życie, wykazuje się ogromnym samolubstwem! Chyba nie istnieje potężniejsza krzywda, jaką można wyrządzić rodzinie. Dlaczego człowiek, który pragnie umrzeć, kompletnie nie przejmuje się, co będą czuli jego przyjaciele?!

Przyznaję się bez bicia, że parę lat temu także byłam taką egoistką. Mnie także nie interesowało to, co czuje moja mama. Odgrodziłam się od niej wysokim, grubym murem, aby nie mogła mieć do mnie dostępu. Pielęgnowałam w odosobnieniu mój strach i ból… Podcinając sobie żyły, także byłam skupiona wyłącznie na sobie. Nie rozumiałam, że w ten sposób ranię moją mamę. Miałam wprawdzie tylko ją; poza nią nie było przy mnie nikogo. Nikogo więcej nie interesował mój los…

Teraz, po latach, uzmysłowiłam sobie, co przechodziła moja rodzicielka. Jak była bezradna, gdy zaczęłam jej unikać. Mama nie wiedziała, co mi jest; nie miała pojęcia, jak mnie wesprzeć… Nie przypuszczała, że mam poważne problemy emocjonalne… Problemy, z którymi sobie kompletnie nie radzę…

Wybacz, skarbie, że wprowadziłam nas w ten minorowy nastrój. Życie musi toczyć się dalej. Świat nie zatrzyma się wraz z naszym odejściem. Wszystko będzie płynęło do przodu… Jesteśmy pyłkami na wietrze, skazanymi na litość opatrzności…

Pozdrawiam Cię bardzo gorąco,

Twoja na zawsze Maja

Rozdział III

Uch, jak cudownie! Nareszcie czuję, że żyję!

Była środa, a konkretniej — jej popołudnie. Miałam za sobą pierwszy dzień pracy. Cóż, spodziewałam się, że będzie nieco lżej. Od przełożonego dostałam stos ulotek, które musiałam powrzucać do skrzynek na określonym osiedlu. Ulotek było naprawdę dużo i były dość ciężkie. Wrzuciłam je do plecaka i autobusem dostałam się na drugą stronę Olsztyna. Swoją pracę zaczynałam od Jarot.

Niestety, mapę Jarot znałam dość pobieżnie. Rzadko się tu zapuszczałam. Czasami nie mogłam znaleźć właściwej ulicy. Miałam niemałe problemy w odnalezieniu właściwych skrzynek. Przez większość dnia błąkałam się po Jarotach, szukając odpowiednich adresów. Owszem, mogłam zapytać o drogę przechodniów, ale to było powyżej moich możliwości… A raczej powyżej mojego lęku…

Najbardziej nie podobało mi się to, że byłam zmuszona prosić poprzez domofon o otwarcie drzwi na klatkę schodową. Kiedy wciskałam właściwy przycisk na klawiaturze domofonu i oznajmiałam, że roznoszę ulotki i proszę o otwarcie drzwi, bardzo często ludzie burczeli coś w odpowiedzi albo po prostu odwieszali słuchawkę. Znalazło się niewielu takich, którzy grzecznie mi otworzyli. Cóż, mimo wszystko wierzę, że ludzi dobrej woli jest więcej…

Najbardziej cieszyłam się, że przy okazji trochę sobie pobiegam. Może uda mi się zgubić parę kilo? Albo poprawi się stan mojej kondycji? Bardzo często skrzynki pocztowe znajdywały się na piętrze, więc musiałam pokonywać kilka schodków. Tak, taka przebieżka z pewnością zrobi dobrze mojej sprawności fizycznej…

Na koniec dnia skonstatowałam, że rozdałam wszystkie ulotki. Byłam z siebie niesamowicie dumna! Jak na start, poradziłam sobie naprawdę dobrze. Nie mogłam się doczekać, aż o wszystkim opowiem Wojtkowi. Owszem, praca zajmowała teraz większą część mojego dnia. To mi jednak bardzo odpowiadało — nie miałam czasu, aby myśleć o Wojtku i za nim tęsknić…

Kiedy wróciłam do domu, byłam potężnie sterana. Bolały mnie okrutnie nogi — byłam pewna, że następnego dnia dopadną mnie zakwasy. Na szczęście, założyłam wygodne adidasy, więc obyłam się bez odcisków na piętach. Nagle dotarło do mnie, że jestem głodna jak wilk. Czym prędzej udałam się do kuchni i… zaparzyłam sobie zupkę chińską. Kiedy Wojtka nie było w domu, nie chciało mi się gotować tylko dla siebie. Lubiłam raczyć obiadkami mojego męża.

Kiedy wchłonęłam zupkę chińską, udałam się do salonu. W ramionach piastowałam moją torebkę. Gdy rozsiadłam się wygodnie na kanapie, wydostałam z torebki telefon. Urządzenie milczało. Zaciekawiłam się, co w tej chwili może porabiać Wojtek. Zbliżała się osiemnasta. Czy zastanę go w hotelu? Czy nie będę natrętna?

Wybrałam z listy jego numer i stuknęłam ikonkę zielonej słuchawki.

— Cześć, Wojtuś! — zawołałam wesoło. — Jak mija dzień? Bo mój, muszę przyznać, znakomicie.

— Witaj, kochanie. Już jestem po zajęciach. Muszę przyznać, że odrobinkę się nudziłem. Wiem jednak, że to szkolenie jest dla mnie bardzo ważne i pomoże mi w leczeniu kolejnych chorych serc… I jak tam po pierwszym dniu w pracy?

— Znakomicie. Wprawdzie parę razy nie mogłam znaleźć właściwej drogi, to zdołałam roznieść wszystkie ulotki. To cudowne uczucie — ruszyć się wreszcie z kanapy. Nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia. Z dwóch powodów.

— Jaki jest ten drugi powód?

— Zapomniałeś? Jutro mam wizytę u ginekologa. Prawdopodobnie poznam płeć naszego dziecka.

— Ach, no tak! — Wojtek prawdopodobnie uderzył się otwartą dłonią w czoło. — Przez ten wir zajęć zapomniałem o całym świecie. O której masz tę wizytę?

— O szesnastej. Będę musiała streszczać się z ulotkami.

— Jak tylko coś będzie wiadomo, to poinformuj mnie o tym od razu. Najlepiej zadzwoń.

— Dobrze, dobrze. Z pewnością podzielę się z tobą tą radosną nowiną.


***


Na szczęście, udało mi się skończyć pracę około piętnastej. Jakimś cudem zdołałam roznieść wszystkie ulotki. Po pracy pognałam czym prędzej do domu, by coś naprędce przegryźć i wziąć szybki prysznic.

Postanowiłam skorzystać z taksówki, bo gabinet doktorki znajdował się daleko stąd. Na szczęście, trafiłam na małomównego taksówkarza, który nie usiłował wszcząć ze mną niezobowiązującej rozmowy.

W milczeniu dotarliśmy na miejsce. Zapłaciłam za przejazd i grzecznie się pożegnałam z kierowcą. Wydostałam się z samochodu. Taksówka odjechała z niskim pomrukiem silnika.

Stałam naprzeciwko przeszklonych drzwi, wiodących do poczekalni.


***


Na badanie czekała tylko jedna pacjentka. Nie było opóźnienia.

Kobieta była dość młoda, prawdopodobnie nieco młodsza ode mnie. Towarzyszył jej mężczyzna. Zaczęłam się zastanawiać, czy był jej partnerem, czy mężem? Jaki cel miała dzisiejsza wizyta młodej kobiety? Czy dziewczyna była w ciąży? Brzuch miała płaski… Może dopiero niedawno dowiedziała się, że będzie matką? Towarzyszący jej mężczyzna był wobec niej bardzo czuły i delikatny. Mężczyzna był brunetem, niewiele niższym od mojego Wojtka. Prezentował się całkiem przyzwoicie.

Kiedy kobieta z mężczyzną wkroczyli do gabinetu, dopadła mnie straszna trema. Boże, już za parę chwil dowiem się, jakiej płci będzie nasz potomek! Już niebawem! Oj, Wojtek, dlaczego musisz być tak daleko stąd?! Dlaczego nie ma cię obok, dlaczego nie trzymasz mnie za rękę i podtrzymujesz na duchu?!

Spojrzałam niepewnie w stronę drzwi wiodących do gabinetu, po czym na wiszący na ścianie zegar. Zostało jeszcze trochę czasu. Postanowiłam wysłać Wojtkowi krótką wiadomość.

„Siedzę w poczekalni, zaraz wchodzę do gabinetu. Trzymaj kciuki”.

Wojtek odpisał tak prędko, jakby trzymał telefon w dłoni.

„Trzymam z całych sił!”

Kiedy chowałam telefon z powrotem do torebki, drzwi do gabinetu otworzyły się na całą szerokość.

Moje serce wymknęło mi się przez gardło i pognało, gdzie pieprz rośnie. Kiedy podniosłam się z krzesła, miałam wrażenie, że robi to za mnie ktoś inny. Jakby obca dziewczyna znalazła się w mojej skórze, przejęła kontrolę nad ciałem… Kiedy młoda kobieta i jej mężczyzna rzucili mi wesołe „do widzenia”, nie byłam w stanie im odpowiedzieć…

— Zapraszam, pani Maju! — usłyszałam głos mojej ginekolożki. Nieco stłumiony, bo dobiegał z głębi gabinetu.

Przeżegnałam się naprędce, po czym postawiłam do przodu prawą nogę, potem lewą, potem znów prawą… Byłam tak zdenerwowana i poruszona, że prawie zapomniałam zamknąć za sobą drzwi.

— Zapraszam — przemówiła słodko pani doktor, grzecznym gestem wskazując mi jedno z krzeseł przed swoim biurkiem. Gdy zajęłam określone miejsce, pani doktor spojrzała na mnie uśmiechniętymi oczami.

— Rozumiem, że przychodzi pani na kontrolę — kontynuowała.

— Tak.

— Hm… Tak… — Pani doktor zaczęła notować coś na kartce leżącej przed jej nosem. — Myślę, że najwyższa pora, aby sprawdzić płeć dziecka. Próbujemy? — dodała z przyjaznym uśmiechem.

— Uhm… Próbujemy.

Pani doktor zaprowadziła mnie w stronę kozetki. Ginekolożka poprosiła, żebym odsłoniła brzuch. Trzęsąc się jak przy napadzie febry, podkasałam bluzkę. Pani doktor nasmarowała mój brzuch jakimś nieprzyjemnie pachnącym żelem i przystąpiła do badania USG.

Nie mogąc się doczekać oświadczenia ginekolożki, zapytałam:

— I co tam widać, pani doktor?

Pani doktor w milczeniu przyciskała głowicę do mojego brzucha.

— Coś nie tak? — Przedłużająca się cisza zaczęła mnie niepokoić.

— No cóż — zaczęła powoli ginekolożka — wygląda na to, że będzie to córeczka. Słyszy pani, jak bije jej serduszko?

O rety. Gdy usłyszałam nieśpiesznie postukiwanie, momentalnie do oczu napłynęły mi łzy. Dokumentnie się rozbeczałam.

— Jaka szkoda, że nie ma przy mnie męża — wyszeptałam, wsłuchując się w ten cudowny, wzruszający dźwięk.

— Przykro mi. Dlaczego nie mógł towarzyszyć pani? Jeśli mogę zapytać…

— Pojechał na bardzo ważne szkolenie do Katowic.

— Ach, rozumiem… Dziękuję, proszę się wytrzeć.

Ginekolożka wręczyła mi papierowy ręcznik, abym wytarła nim brzuch z kleistego żelu. Zużyty papier wrzuciłam do pobliskiego śmietnika.

— Cieszy się pani, że będzie to dziewczynka? — zapytała ciepło pani doktor.

— Ja? Bardzo. Ale mąż marzył raczej o synku. Cóż, Bóg chciał inaczej.

— Na pewno będzie mile zaskoczony. Cóż, pani Maju. Widzimy się za miesiąc. Jeszcze raz serdecznie państwu gratuluję. Oto dowód na to, że nawet lekarze mogą się mylić. — Doktorka piła do domniemanej bezpłodności Wojtka.

— Bardzo pani dziękuję w imieniu swoim i męża.


***


Wypadłam z gabinetu radosna jak szczypiorek na wiosnę. Nikt nie widział mojego szerokiego uśmiechu, bo poczekalnia była kompletnie pusta. W dłoni wciąż ściskałam wydruk badania USG. Wyraźnie było widać na nim nasze dziecko. Gdy tylko spoglądałam na czarno-białe zdjęcie, łzy wzbierały mi w gardle. Nie mogłam się doczekać, aż zdjęcie zobaczy Wojtek.

Do domu wróciłam taksówką. Nie mogłam się doczekać chwili, kiedy zadzwonię do mojego męża i opowiem mu o wizycie…

Kiedy wskoczyłam w wygodny, znoszony dres (przebierałam się w niego, gdy nie widział mnie Wojtek), rozparłam się wygodnie na kanapie. W dłoniach ściskałam smartfona. Moje serce ruszyło biegiem. Za chwilę powiadomię swojego męża, że będziemy mieli dziewczynkę!

Wojtek odebrał błyskawicznie. Byłam przekonana, że pilnuje swojego smartfona i czeka, aż urządzenie wyda z siebie dźwięk.

— Słucham? — Usłyszałam w słuchawce jego pełen napięcia głos.

— Możesz szukać imienia dla naszego dziecka. To będzie… dziewczynka. W dodatku słyszałam bicie jej serduszka. Tak żałowałam, że nie ma cię obok nas…

Kiedy Wojtek przetrawił moje oświadczenie, kompletnie się rozpłakał.

— Boże, Maja, co za cudowna wiadomość! — zawołał drżącym z emocji głosem. — Boże… Wiem, wiem, że marzyłem o chłopcu, ale… Córeczka to najcudowniejszy prezent od losu! Po moim powrocie zastanowimy się nad imieniem. No i musimy zająć się remontem pokoiku. Jezu, Maja, tak się cieszę!

Chwilę później rozrzewniłam się także ja.

— Och, skarbie, wracaj do nas jak najszybciej. Nasza córeczka i ja na ciebie czekamy.

— Obiecuję, że wrócę, jak tylko będę mógł. Tak bardzo chciałbym móc was przytulić… Ach, życie jest takie piękne!

Kiedy skończyłam rozmawiać z Wojtkiem, czym prędzej skontaktowałam się z mamą, by podzielić się z nią świetną nowiną. Rodzicielka odebrała po trzech pustych sygnałach.

Zanim zdążyła się odezwać, zwróciłam się do słuchawki:

— Mamo, będziesz miała swoją wymarzoną dziewczynkę!

— Co takiego? — Do mamy najwyraźniej nie dotarł jeszcze sens moich słów.

— Mamo, urodzę dziewczynkę. Twoją ukochaną wnusię.

— O niebiosa! — krzyknęła mama. Oczami wyobraźni widziałam, jak rodzicielka szepce ku niebu gorliwą modlitwę. — Boże, Maju, co za cudowne wieści. Będę miała wnuczkę!

— Tak. Słyszałam bicie jej serca. To było bardzo wzruszające. Żałowałam, że nie ma z nami Wojtka.

— Też mi przykro, że nie towarzyszył ci w tak ważnej chwili… No cóż, ale kariera jest najważniejsza. — Mama prawdopodobnie przybrała kwaśny wyraz twarzy. — Kochani, czyli wiecie, na czym stoicie. Możecie wziąć się za obmyślanie imienia i przygotowywanie pokoiku dla dziecka. Tak bardzo się cieszę! Jeśli mogę coś zasugerować, to od zawsze marzyłam, żeby nazwać swoją wnuczkę Monika albo Ewa.

— Mamo, nazywaniem dziecka zajmiemy się po powrocie Wojtka. Niech mój mąż też ma coś do powiedzenia — zachichotałam.

Pogawędziłam jeszcze z mamą od niechcenia. Mama przyznała się, że jej serce lekko grymasiło podczas ostatniej nocy. Zaproponowałam rodzicielce, aby umówiła się na wizytę do Wojtka, w końcu świetny z niego kardiolog. Mama stwierdziła, że taka prywatna wizyta musi kosztować krocie. Odparłam, że wstęp dla rodziny jest gratis. Nie mogłam zobaczyć reakcji mamy, ale pewnie się speszyła.

Kiedy umówiłyśmy się na kawkę w przyszłym tygodniu, rozłączyłyśmy się. Odłożyłam smartfona; sądziłam, że nikt więcej nie będzie próbował się ze mną skontaktować. Otoczyłam ramionami podkulone nogi i oddałam się zadumie.

A więc to będzie córeczka. Zawsze marzyłam, że jeśli wezmę się za rodzenie, to urodzę dziewczynkę. Nie żebym miała coś do chłopców, nie! Ale dziewczynka… Jak zacznie dorastać, będę miała kompankę do damskich ploteczek. Już nigdy, przenigdy nie będę sama. O rety… Kto by pomyślał, że ta cicha, poukładana, grzeczna Maja zajdzie w ciążę w wieku osiemnastu lat? I to z mężem starszym o blisko dwadzieścia lat? Świat stanął na głowie!

Rozmyślałabym dalej, ale byłam tak wyczerpana wrażeniami, które zapewnił mi mijający dzień, że głowa zaczęła opadać mi na pierś, a oczy same się zamykały. Postanowiłam, że jutro po pracy udam się do lasu. W lesie będę mogła w spokoju pomyśleć.

Przebrałam się naprędce w piżamę (tę wyświechtaną i znoszoną, w te ładniejsze ubierałam się, gdy Wojtek był w domu) i zanurzyłam się pod kołdrę. Usiłowałam zrobić porządki w moich uczuciach, ale znienacka ogarnęła mnie czarna pustka.

Rozdział IV

Och, to był bardzo wyczerpujący dzień. Ze stertami ulotek udałam się na Dajtki. Kolejne osiedle, w których praktycznie nigdy nie bywałam. Z początku trochę się błąkałam, bo moje rozeznanie w tym zakątku Olsztyna było doprawdy znikome. Byłam pewna, że uda mi się skończyć przed piętnastą, planowałam bowiem udać się do lasu. Niestety, musiałam pracować do szesnastej piętnaście.

Wróciłam do domu, zjadłam kanapki z szynką i się odświeżyłam. Nie zwlekając, zawołałam taksówkę. Miły, taktowny kierowca, jeszcze w sumie dość młody, zawiózł mnie do Jakubowa. Stamtąd prowadziła do lasu niedługa droga.

Zmierzając w kierunku drzew, rzuciłam okiem na mijany przeze mnie park. Zobaczyłam młode kobiety, pchające przed sobą wózki dziecięce. Cóż osobliwego przebudziło się we mnie na ten widok. O rety, niedługo powielę los tych kobiet. Ja też będę dreptała na przechadzki z naszą córeczką w wózku…

Oderwałam wzrok od tego obrazka i skierowałam się w stronę leśnej ścieżki.

O Boże, jak cudownie! Oprócz mnie nie było tu nikogo. W dodatku pogoda prezentowała się zachwycająco, w sam raz na tego typu przechadzki. Nieboskłon był zasnuty delikatnymi, kompletnie oswojonymi obłoczkami, z których na pewno nie lunie deszcz. Jako że zbliżał się pomału wieczór, słonko było łaskawsze i nie przypiekało już aż tak mocno jak w południe. Jego złote promyki przesączały się przez bujne listowie nad moją głową, rozrzucały na leśnej ściółce złote refleksy poprzetykane pasmami cieni. Woń leśnego runa, igliwia i żywicy był obezwładniający. Temperatura musiała być umiarkowana.

Udało mi się odszukać pień, na którym zazwyczaj przysiadałam, aby odzyskać kontrolę nad zawartością mojej duszy. Podniosłam z ziemi jakiś lichy patyczek i zaczęłam obracać go w palcach.

Mój Boże. Nie sądziłam, że kiedykolwiek moje życie nabierze takiego tempa. Jeszcze rok temu byłam spokojną, ułożoną uczennicą, bardzo pilną i przykładną. Wychodziłam z domu tylko na szkolne zajęcia i po skromne zakupy do pobliskiego sklepu spożywczego. Czas wolny od szkoły spędzałam samotnie, z ukochanym kubkiem kawy, zakopana po brodę pod cieplutkim kocykiem, zapatrzona w swoją duszę. Miałam mamę — nie dopuszczałam nikogo więcej do mojego poukładanego, hermetycznego świata. Dbałam o to, aby nikt nie przeszkadzał mi w moim pustelniczym żywocie. Nie potrzebowałam przyjaciół! Nie… nie potrzebowałam miłości. Czułam się cudownie w mojej ciasnej skorupce, która chroniła mnie przed bodźcami ze strony zewnętrznego świata. Wzniosłam wokół siebie ścianę, by zapewniała bezpieczeństwo przed ludzką nienawiścią.

Wszystko prezentowało się cudownie, dopóki na mojej drodze nie pojawił się Wojtek. Czy to Bóg zaprowadził mnie wtedy do tego parku? Co takiego miał w sobie mój przyszły mąż, że otworzyłam przed nim na oścież swoje serce? Jakim cudem udało mu się wyrwać mnie z objęć samotności? Wojtek z pozoru przypominał zwykłego, pospolitego czterdziestolatka. No, wyłączając jego ekstrawagancki sposób ubierania się i długie włosy. Co w nim takiego zobaczyłam, że postanowiłam wpuścić go na terytorium mojego serca?

Z Wojtkiem… było mi dobrze. I nie miałam tu na myśli erotycznych podtekstów! Przy nim… czułam się sobą. Nie musiałam udawać kogoś, kim nigdy nie byłam, nie jestem i nigdy już nie będę. Przy Wojtku moja rozedrgana dusza uspokajała się. W obecności mojego męża nabierałam odwagi i pewności siebie. Nie poznawałam Majki, którą się stałam, gdy Wojtek poprosił mnie o rękę, a następnie wziął ze mną ślub. Obecność mojego mężczyzny podziałała na mnie terapeutycznie. Wojtek pomagał mi w walce z demonami w moim umyśle. Kiedy dopadały mnie, hm… „chwile słabości”, wszystkie swoje myśli skupiałam na osobie tego przystojnego, długowłosego blondyna. Dzięki temu moje upiory dawały za wygraną…

Wojtek odwrócił moje dotychczasowe życie do góry nogami. Sprawił, że cała moja hierarchia wartości dogłębnie się przewartościowała. Odosobnienie i izolacja nie były już na pierwszym miejscu. Teraz… Miłość zajęła ich miejsce. Wojtek przepędził cień samotności, który ciągnął się za mną od wielu lat. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak puste i jałowe było moje dotychczasowe egzystowanie. Wojtek wpadł z hukiem do mojego świata, do mojej kawalerki. Udowodnił mi, że życie przecieka mi przez palce. Że najwyraźniej je marnuję. Wojtek potrząsnął mną, wydostając z tego ponurego letargu. Pokazał, jak wiele tracę każdego dnia. Wojtek objawił mi świat i życie, których nigdy dotąd nie znałam.

Ten świat, to życie… podobały mi się. Praktycznie bez oporu zgodziłam się, aby mój mężczyzna mnie oswoił. Przypominałam bowiem małe, dzikie zwierzątko, które szczerzy swoje ostre ząbki, aby odstraszyć przeciwnika. To zwierzątko można było obłaskawić. Potrzeba było na to odrobiny cierpliwości i samozaparcia. W końcu… po kilku miesiącach ustąpiłam. Poddałam się. Postanowiłam, że pozwolę Wojtkowi zrobić ze mną wszystko.

Dziecko. Nasza kochana, słodka córeczka, której serduszko postukiwało pod moim, nieco większym sercem. Kto by pomyślał, że zostanę matką?! Moje poglądy na macierzyństwo znali prawdopodobnie wszyscy. Byłam zagorzałą feministką i nie godziłam się na to, aby zmieniać pieluchy czy sprzątać rzygowiny. Kiedy ktoś w mojej obecności opowiadał o macierzyństwie i jego urokach, usiłowałam tego nie słuchać. Wiedziałam swoje. Że pojawienie się dziecka zrewolucjonizuje wszystkie aspekty mojego życia. Już nie będę mogła iść spać o dowolnej porze i kimać w najlepsze do dziesiątej. Jedna z moich klasowych koleżanek powiedziała dawno temu, że jej bliska znajoma powiedziała, że przy dziecku jest tyle pracy, że nie ma się czasu spokojnie skorzystać z toalety. Uch. Gdy słyszałam tego typu oświadczenia, obiecywałam sobie, że nigdy, przenigdy nie zostanę matką!

Patyczek, który obracałam w palcach, w pewnym momencie złamał się na pół. Sięgnęłam po kolejny.

Szkoda było mi Wojtka. Na powiększenie rodziny zgodziłam się w głównej mierze dla niego, dla jego szczęścia. Serce mi się krajało, gdy Wojtek błagał mnie, bym urodziła mu dziecko. Gdyby to zależało tylko i wyłącznie ode mnie… pewnie zastanawiałabym się o wiele dłużej. Byłam jednak zdania, że szczęście Wojtka jest moim szczęściem… Dlatego też nie założyłam tej wkładki. Dlatego postanowiłam zostawić sprawę Bogu. Pomyślałam, że ostateczną decyzję pozostawię Panu.

Cóż. Wojtek był zadowolony. Ja prawdopodobnie też. Będziemy zgodną rodziną, prawda? Wspólnymi siłami pokonamy wszelkie przeszkody, prawda?

Kiedy z niemałym trudem wydarłam się z zamyślenia, dotarło do mnie, że słońce pomału zmierza ku zachodowi. Wstałam z pnia i ruszyłam w stronę wyjścia z lasu.


***


Kiedy znalazłam się w domu, wskoczyłam w dres i zaopatrzyłam się w kubek kakao. Postanowiłam odpowiedzieć na SMS-y, których nieco się uzbierało podczas mojego dumania w lesie.

Miałam trzy wiadomości od Wojtka i dwa od mamy. Najpierw zajęłam się tymi pochodzącymi od mojego męża.

„Cześć, Maju, jak mija dzionek?”

„Słońce, dlaczego nie odpisujesz?”

„MAJA, COŚ SIĘ STAŁO?”

Ostatni SMS nadszedł parę minut temu. Pośpiesznie wzięłam się za odpowiedź.

„Wojtuś, byłam w mojej skromnej świątyni dumania. Przepraszam, że nie pisałam, ale musiałam odpocząć. Nie gniewaj się. Co u Ciebie?”

Zanim doczekałam się wiadomości zwrotnej, przyjrzałam się SMS-om od mamy. Rodzicielka pytała o moje samopoczucie. W drugim SMS-ie zaproponowała, żebyśmy jutro wybrały się do kawiarni. Jutro wypadała sobota, nie musiałam iść do pracy, więc z ochotą przystałam na propozycję mamy.

Chciałam odpowiedzieć mamie, ale przeszkodził mi kolejny SMS od Wojtka.

„Proszę, nie znikaj więcej bez mojej wiedzy. Martwiłem się! U mnie dobrze, trochę nudne te wykłady… Pomyśleć, że będą trwały jeszcze ponad dwa tygodnie… O czym tak dumałaś w tej swojej świątyni?”

„O tym, jak dzięki Tobie postradałam zmysły”.

„Mam to uznać za komplement?”

„Kto wie, co autor miał na myśli…”

Uśmiechnęłam się niemądrze do wyświetlacza. Lubiłam droczyć się z moim mężem.

„Ja Ci pokażę, co autor miał na myśli, gdy powrócę…”

„Grozisz czy obiecujesz?”

„Maja, jesteś nieobliczalna! Jak możesz! Co ja zrobię tutaj, sam, bez Ciebie?!”

Parsknęłam śmiechem, gapiąc się na dotykowy wyświetlacz. Musiałam wyglądać jak skończona wariatka.

„Żałuj, że jesteś tak daleko. Gdybym Cię teraz dorwała… Prędko byś się nie pozbierał!”

Wymienialiśmy tego typu wiadomości jeszcze przez kilka minut. W końcu Wojtek napisał:

„Maju, jestem padnięty po dzisiejszym dniu. Ty zapewne też. Idziemy spać?”

„Szkoda, że nie razem…”


***


Kolejne dni nie różniły się między sobą. Polegały przede wszystkim na pracy do późnego popołudnia i spotkaniach z moją mamą. Tylko to pozwalało mi nie tęsknić za Wojtkiem tak okrutnie…

Minął tydzień, potem kolejne pięć dni. Odliczałam skrupulatnie czas, kiedy powinien powrócić mój mąż. Pisałam o tym w moim sekretnym pamiętniczku. Zaopatrzyłam go w kłódkę, żeby Wojtek ukradkiem nie przeczytał moich notatek, czasem bardzo nieskromnych… Pamiętam, jak dzienniczek dostał się pewnego razu w szpony Wojtka. Do tej pory rumienię się, gdy o tym myślę…

Moje serce powoli wydostawało się z przydługiej drzemki. Dzień powrotu Wojtka zbliżał się coraz większymi krokami. Do tego pięknego wydarzenia zostało sześć dni. Potem pięć. Następnie cztery. Trzy. Dwa…

Postanowiłam przywitać mężusia jego ulubionym obiadkiem — a więc schaboszczakiem, ziemniaczkami i kapustką. Cieszyłam się, że Wojtek lubi polską kuchnię — podobnie jak ja. Z ogromną przyjemnością mi się dla niego pichciło. Przez ostatnie trzy tygodnie żyłam właściwie na zupkach chińskich. Nie chciało mi się gotować dla siebie samej.

Wreszcie! Wreszcie nadszedł ten wspaniały dzień, kiedy znów mogliśmy być razem. Wojtek obiecał, że będzie w domu około siedemnastej. Pomyślałam, że mam czas, aby przygotować się na jego powitanie. Wrzuciłam na siebie ciuszki, które kilka miesięcy temu kupił dla mnie Wojtek. Gdy sprawdziłam efekt w lustrze, uśmiechnęłam się głupkowato. Byłam ciekawa, czy mężczyzna najpierw dobierze się do obiadu, czy do mnie… Na koniec dotknęłam czule mojego brzucha. Stwierdziłam, że pomalutku zaczyna się powiększać… Gdzieś tam, w środku, biło serce naszego dziecka…

Obiad był gotowy, ja również. Do siedemnastej zostało około godziny. Kręciłam się po mieszkaniu, nie mogąc usiedzieć w miejscu. Co rusz zerkałam przez okno z nadzieją, że dostrzegę Wojtka, zmierzającego ku naszej bramie… Niestety, droga była niemiłosiernie pusta…

Gdy wybiła siedemnasta, moje serce zaczęło podskakiwać z radości. Ruszyłam w stronę korytarza, by tam zaczekać na szczęk klucza w zamku…

Po dziesięciu minutach niecierpliwego oczekiwania usłyszałam kroki na schodach. Byłam przekonana, że należały do Wojtka.

Nie pomyliłam się.

Z cwałującym sercem czekałam, aż Wojtek otworzy drzwi i wkroczy do środka.

Mój mąż objawił mi się w pełnej krasie. No, może nie do końca — w dużym stopniu zasłaniał go pokaźny bukiet szkarłatnych róż. Naręcze było tak ogromne, że nie mogłam przytulić się do męża.

— Witaj, cudowna istoto — zagaił radośnie Wojtek, wyglądając zza bukietu. — Zasługujesz na więcej, ale większego bukietu bym nie udźwignął.

Rozpromieniona i podniecona jednocześnie, wydostałam naręcze z ramion mojego męża. Kwiaty pachniały upojnie. Zbliżyłam je do twarzy, aby nacieszyć się ich wonią.

— Kochanieńki, przywitałabym się z tobą o wiele wylewniej, ale na przeszkodzie stoją nam kwiaty. Pozwolisz, że wstawię je do wazonu? W tym czasie rozgość się.

Przejęłam bukiet z ramion Wojtka i udałam się z kwiatami do kuchni. Udało mi się znaleźć kryształowy wazon, do którego mogłam włożyć naręcze. Z wazonem udałam się do salonu. Wazon ustawiłam na honorowym miejscu, na środku stołu. Wojtek już na mnie czekał.

Wreszcie mogłam podejść do mojego męża. Mogłam poczuć jego bliskość. Stęskniona za jego dotykiem, uwiesiłam mu się u szyi. Jezu, w końcu mogłam zanurzyć się w tych szmaragdowych otchłaniach jego oczu. Wojtek także spoglądał na mnie, jakby trzymał w garści ósmy cud świata.

— Jak tam się za mną tęskniło, Maju? — zagruchał, ciesząc się moim widokiem.

— Gdyby nie moja mama i praca, chyba zeszłabym z nudy. A jak ty dałeś sobie radę?

Wojtek patrzył we mnie jak w tęczę.

— Oj, uwierz mi, że czasem było okrutnie ciężko… Szczególnie przedłużającymi się nocami… Maja, nie powinnaś być dziś w pracy?

— Dziś niedziela, robaczku. W niedzielę mam wolne.

— Ach tak.

Stanęłam na palcach, aby ucałować rozkosznie kłujący policzek mojego męża.

— Zapraszam cię na obiad — powiedziałam. — Na pewno tęskniłeś za moimi obiadkami.

— Przez ostatnie trzy tygodnie nie miałem czasu myśleć o głodzie. Cóż zgotowałaś, mała?

Przekrzywiłam głowę i zerknęłam zalotnie na mojego mężczyznę.

— Specjalność szefa kuchni. Schabowy, ziemniaczki, kapustka. Co ty na to?

Wojtek oblizał teatralnie wargi i pomasował się po brzuchu.

— Zdecydowanie rozpieszczasz moje kubki smakowe — zażartował. — Kiszki grają mi marsza.

Zaprosiłam Wojtka gestem do kuchni. Obiad już czekał na stole. Wojtek przysunął sobie swój talerz, rzucił prędkie „smacznego” i zaczął łapczywie szamać. Ja potraktowałam mój talerz nieco spokojnej. Nie byłam aż tak wyposzczona jak Wojtek. Biedak, naprawdę musiał żywić się byle czym przez ostatnie trzy tygodnie.

Wojtek. Mój kochany mąż znów był ze mną. Siedział naprzeciwko mnie, dzielił nas tylko blat kuchennego stołu. Nie mogłam nacieszyć się widokiem mojego męża, raczącego się przygotowanym przeze mnie daniem. Cieszyłam się, że tak bardzo mu smakuje. Nauczyłam się wreszcie przygotowywać coś, co nie jest jajecznicą na boczku bądź kanapkami z serem żółtym i polędwicą.

Syciłam swój wzrok widokiem Wojtka. Znów miałam go na wyciągnięcie ręki. Czuć było od niego drogą wodą kolońską. Wdychałam zachłannie tę woń. Wojtek pachniał czymś jeszcze. Pachniał pełnowartościowym mężczyzną. Pragnęłam go objąć, nacieszyć się jego słodkim ciałem, runąć z nim do łóżka — ale nie miałam sumienia, aby przerwać mu w jedzeniu.

Wojtek był na tyle głodny, że wybłagał u mnie dokładkę. Z ogromną przyjemnością dorzuciłam mu jeszcze jednego kotleta i trochę ziemniaków. Wojtek niemalże wylizał talerz. Kurczę, czy on jadł cokolwiek przez ostatnie parę dni? Sprawiał wrażenie, jakby głodował przynajmniej przez tydzień.

— Och, mój żołądek jest ci bardzo wdzięczny — powiedział, odkładając sztućce na pusty talerz i prostując plecy. — Przez ostatnie trzy tygodnie żywiłem się wyłącznie fast foodami.

— Biedny żołądek — mruknęłam, głaszcząc Wojtka po trójkątnej szczęce. — Maleńki, i jak podobało ci się na szkoleniu? Dowiedziałeś się coś ciekawego?

— Dowiedziałem się tego i owego — odparł Wojtek, sięgając w stronę kubka z kawą. — Muszę przyznać, że zdarzało mi się przysnąć. Maja! — Wojtek nagle odstawił kubek. — A więc urodzi się nam córeczka! Moje emocje już nieco opadły, ale wciąż chce mi się płakać ze szczęścia. Wreszcie możemy zacząć zastanawiać się nad imieniem i zająć się pokoikiem. Jeśli chodzi o pokoik, to mam znajomego, który zajmuje się remontami. Wyremontuje pokoik naszej córeczki za połowę ceny. Wiem, bo kontaktowałem się z nim podczas mojej wizyty w Katowicach. — Wojtek zdjął okulary i przetarł je krawędzią jasnoniebieskiej koszuli. Wsunął je z powrotem na haczykowaty nos i przeczesał palcami płową grzywę włosów. — Jak nazwiemy naszą córkę?

Około godziny zajęło nam podjęcie decyzji odnośnie imienia naszego dziecka. W końcu zgodnie stwierdziliśmy, że będzie to… Natalia. Natalia Baranowska. Brzmiało świetnie. Pamiętałam, jak przejmujący smutek czuliśmy, gdy przed ślubem uzgadnialiśmy nazwisko dla naszych potencjalnych dzieci. Kto by pomyślał, że Wojtek jednak jest płodny!

— Natalia. Natalka. Natka. — Wojtek przyglądał się ze wszystkich stron temu słowu. — Brzmi cudnie. Co do pokoiku… Może Piotrek zajmie się nim w kolejny weekend?

— Piotrek?

— Ach, ten mój kolega od remontów.

— W weekend oboje mamy wolne, więc nie widzę przeszkód.


***


Minęły dwa tygodnie. Zbliżał się koniec sierpnia. W tym czasie udało się nam wykończyć pokoik dla naszej córeczki. Prezentował się wręcz cudownie, kolega Wojtka to prawdziwa złota rączka. Ściany były pomalowane na pastelowy róż. Firanki miały identyczny kolor. Pod jedną ze ścian znajdowało się łóżeczko dla niemowlaka. Nad łóżeczkiem wisiała karuzelka. W dziecięcym pokoiku była jeszcze niewielka komoda, również jasnoróżowa. Na ścianie wisiał kinkiet, dający niezbyt ostre światło. Na jednej ze ścian znajdowała się ogromna naklejka z wizerunkiem Myszki Miki i Kaczora Donalda. Na panelach spoczywał puchaty, biały dywanik.

Stałam u progu i patrzyłam na to wszystko z ogromnym podziwem i rozrzewnieniem. Wzruszenie zaciskało mi się wokół gardła. Za mną stał Wojtek, wtulony w moje plecy. Otaczał mnie ramionami i wspierał podbródek o mój bark. Jedna z rąk mężczyzny osunęła się w dół brzucha, który pomalutku stawał się coraz większy.

— Jak sądzisz, co powie Natalka na widok takiego pokoju? — zagaił Wojtek. Jego ciepły oddech omiótł moją szyję.

— Idę o zakład, że będzie się czuła jak u siebie.

Wojtek przylgnął do mnie jeszcze mocniej.

— Hm… Może za parę lat dołączy do niej braciszek?

Zamurowało mnie. Odwróciłam się w ramionach Wojtka, by stanąć z nim twarzą w twarz.

— Braciszek? — Uniosłam wymownie brew i zerknęłam na męża z ukosa. — Czy ja się przesłyszałam? Nie wystarczy ci jedno dziecko?

— Spokojnie, Maju. — Wojtek rozłożył ręce, pokazując mi wnętrze swoich dłoni. — Ja tylko sobie niewinnie żartuję.

— A już się bałam, że chcesz przerobić mnie na matkę-Polkę. — Uszczypnęłam go delikatnie w policzek.

— Nie śmiałbym!

Rozdział V

Nasze życie wróciło do normy. Wojtek znów znikał na wiele godzin w swoim gabinecie. Ja, oczywiście, nie zrezygnowałam z roznoszenia ulotek. Choć każdego popołudnia wracałam do domu kompletnie zziajana, nie zamierzałam się poddać. Choć za pierwszy miesiąc dostałam niecałe tysiąc złotych, to cieszyłam się tak bardzo, jakby to była poważniejsza suma. W końcu czułam się samowystarczalna i niezależna. Już nie byłam darmozjadem na utrzymaniu męża czy mojej mamy. Miałam swój własny zarobek, okupiony dość ciężką pracą.

Pamiętam, że był to bardzo piękny początek dnia. Choć lato nieuchronnie chyliło się ku końcowi, słonko nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa. Przepędziło z nieboskłonu ostatnie chmury i przejęło nad nim władzę.

Jak zwykle, obudziłam się w miarę wcześnie, czyli przed ósmą. Wojtek kimał sobie w najlepsze. Była sobota, więc ani ja, ani mój mąż nie musieliśmy spieszyć się do roboty. Wygramoliłam się z pościeli i podeszłam do parapetu. Uchyliłam nieznacznie okno i wyjrzałam przez nie na podwórko. Słońce było dziś niezwykle szczęśliwe, nie szczędziło nam swojego blasku i ciepła. Zaciągnęłam się upojnym zapachem świeżego powietrza. Było rozkosznie lekkie; najwyraźniej nocą lekko popadało.

Przez chwilę miałam nieprzepartą ochotę, by obudzić Wojtka i przedstawić mu uroczy poranek. Mężczyzna drzemał jednak tak słodko, że nie miałam sumienia nalegać, aby wstawał.

Czym mogłam się tymczasem zająć? Przyjrzałam się firance wiszącej w oknie, przy którym stałam. Skonstatowałam, że jest lekko nieświeża. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ją prałam. Przeciągnęłam palcami po parapecie — zebrała się na nim dość gruba warstwa kurzu. Postanowiłam, że dla zabicia czasu mogę trochę posprzątać. Miałam nadzieję, że nie obudzę tym Wojtka. Będę starała się robić jak najmniej hałasu…

Odnalazłam miotełkę z piór. Moje porządki postanowiłam zacząć od walki z kurzem. Lawirowałam między meblami w salonie, przeciągając po nich miotełką. Jako że miałam uczulenie na kurz, kichnęłam parę razy — na tyle cicho jednak, by nie zbudzić śpiącego męża.

Przespacerowałam się z miotełką po całym naszym apartamencie. Zajęło mi to blisko godzinę. Wojtek jednak wciąż kimał w najlepsze. Co za śpioch! Pomyślałam, żeby wyciągnąć odkurzacz i narobić trochę hałasu, który obudziłby w końcu mężczyznę, ale ostatecznie się nad nim zlitowałam.

Postanowiłam, że zdejmę firanki i wypiorę je. Najpierw jednak musiałam odnaleźć stołek, bo byłam zbyt niska, by dosięgnąć karnisza. Taborecik znalazłam w kuchni. Sprawiał wrażenie solidnego i zdolnego udźwignąć mój ciężar…

Ze stołeczkiem w ramionach wróciłam do salonu. Ustawiłam go w pobliżu okna, tak, by sięgnąć karnisza. Postawiłam na stołku lewą stopę, następnie odepchnęłam się od podłogi prawą… Stołek zatrzeszczał złowieszczo, ale wydawało mi się, że się pode mną nie zarwie…

Tak mi się wydawało…

W pewnym momencie, podczas zdejmowania firanki, usłyszałam, że stołek pode mną wydał bardzo niepokojące zgrzytnięcie. Myślałam, że to nic wielkiego, więc ponownie skupiłam się na odpinaniu żabek.

Stołek jednak wydał kolejny groźny dźwięk. Tym razem zabrzmiał naprawdę niebezpiecznie…

Nagle poczułam, że moje stopy tracą oparcie. Coś pode mną trzasnęło donośnie… Wciąż trzymając kurczowo firankę, straciłam równowagę. Rozpaczliwie usiłowałam ją odzyskać, ale jedna z nóg stołka przełamała się na pół.

Runęłam na podłogę jak długa. Wciąż byłam zaplątana w firankę. Rymnęłam z takim impetem, że podłoga jęknęła podczas nagłego spotkania z moim bezwładnym ciałem.

Znalazłam się w głębokim szoku. Oddychałam ciężko, wciąż przerażona tym, co przed chwilą się wydarzyło. Zaczęłam się upewniać, czy wszystko ze mną w porządku. Nie, prawdopodobnie nie miałam nic złamanego… Chociaż uderzyłam potylicą o panele, nie rozbiłam sobie głowy.

Nagle poczułam, że… coś ze mnie wypływa. Pomyślałam, że pewnie ze strachu puściły mi zwieracze i zsikałam się w majtki. Postanowiłam, że spróbuję wstać i do końca upewnić się, czy na pewno nic mi się nie stało.

I wtedy spojrzałam w dół.

Krew. Pełno krwi. To, co wzięłam za mocz, okazało się być krwią. Leżałam w wielkiej, szkarłatnej plamie krwi. Ta krew… Boże, była WSZĘDZIE.

Zaczęło kręcić mi się w głowie. Poczułam nagły napad mdłości. Zrobiło mi się strasznie słabo. Poczułam, że osuwam się pomału w ciemną, bezdenną otchłań. Jak przez ścianę usłyszałam wołanie Wojtka. Krzyczał moje imię…

Chwilę później osunęłam się z powrotem na podłogę, tracąc przytomność.


***


Kiedy otworzyłam oczy, z początku nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Po chwili pomyślałam, że obudziłam się w naszym wielkim, wygodnym łóżku. Miałam wrażenie, jakbym miała za sobą dobrze przespaną noc. Nie wiedziałam, która jest godzina. Na pewno późna, bo czułam się solidnie wyspana i zrelaksowana. Postanowiłam usiąść i wymacać wzrokiem ścienny zegar.

Nie zastałam jednak ściennego zegara.

Nie, nie było mnie w naszej sypialni.

Ja… Ja… Leżałam na szpitalnym łóżku. Słyszałam odległe pikanie. To pikanie wydawał z siebie monitor EKG. Skonstatowałam, że wydawane przez niego dźwięki są spokojne i miarowe. Ich regularność i rytmiczność sprawiała, że miałam ochotę ponownie zasnąć. Na moim lewym ramieniu co rusz zaciskał się mankiet urządzenia mierzącego ciśnienie krwi. Na wskazującym palcu miałam założony pulsoksymetr. Od mojej klatki piersiowej odchodziła cała sieć kabli. Kable te łączyły mnie z pikającą aparaturą. Na grzbiecie prawej dłoni miałam założony wenflon. Odchodziła od niego rurka kroplówki.

Jezu Chryste.

Znajdowałam się w szpitalu.

Co się stało?

O Boże.

Poczułam, jakbym oberwała prosto w głowę czymś bardzo ciężkim. Na moich wnętrznościach zawiązał się jeden wielki supeł.

Zaczęłam bowiem pomalutku przypominać sobie, co tutaj robię… Dlaczego tu się znalazłam.

Otworzyłam szerzej oczy. Poruszyłam się delikatnie. Szpitalne łóżko nie należało do najwygodniejszych.

— Maja?

Ktoś wypowiedział moje imię. Uczynił to na tyle cicho, że ledwie je usłyszałam… Ktoś tutaj był, nie byłam kompletnie sama. Ten ktoś musiał spostrzec, że się ocknęłam, że już nie śpię.

— Maja, jesteś tutaj? Błagam, zostań ze mną…

Znałam doskonale barwę tego głosu. Mój mózg jednak działał na spowolnionych obrotach. Potrzebowałam trochę czasu, aby przypomnieć sobie, skąd znam ten głos…

Wojtek? Mężu, to ty?

Usiłowałam coś powiedzieć, ubrać myśli w słowa. Bezskutecznie. Skołowaciały język odmawiał mi posłuszeństwa. Wargi nie chciały się poruszyć. Chciałam coś szepnąć, cokolwiek, ale z moich ust nie padło ani jednego słowo.

— W… Woj… Wojtek? — wydukałam ledwo słyszalnie. Wymagało to ode mnie znacznego wysiłku. Byłam słaba, okrutnie słaba. Byłam w stanie jedynie poruszać niezbyt gwałtownie głową. Chciałam unieść ramię i wymacać dłoń mojego męża, ale było to grubo ponad moje siły. Czułam się straszliwie osłabiona.

Usiłowałam przypomnieć sobie, co się stało przed momentem, kiedy osunęłam się w tę zimną przepaść niepamięci… Przypominało to zabawę w układanie puzzli. Z ogromnym trudem znajdywałam brakujące elementy. Pomału jednak układał się z nich wyraźny obraz. Obraz, przed którym nie mogłam uciec. Od którego nie mogłam odgrodzić się dłońmi czy powiekami…

— Jestem przy tobie, maleńka — mruknął Wojtek. Zdałam sobie sprawę, że ściska mnie za rękę. — Jestem przy tobie, nie bój się.

Cisnęło mi się na usta pytanie… Pytanie, które nagle zrodziło się w moich myślach. Wiedziałam, że prędzej czy później będę zmuszona je zadać. Moje serce przyśpieszyło kroku, co zarejestrowała aparatura monitorująca moje funkcje życiowe. Pikanie stało się jeszcze bardziej natarczywe, natrętne, nieubłagane…

— Wojtek — wymamrotałam słabo. — Wojtek… Co… jak się ma nasza córeczka?

Reakcja Wojtka była oczywista. Mąż po prostu się rozpłakał. Nigdy dotąd nie widziałam go tak nieszczęśliwego. Łkał, z jego gardła wydostawał się donośny, przepełniony cierpieniem jęk.

— Co z naszą córką? — Zadałam to pytanie, choć doskonale znałam odpowiedź…

— Maju… Maju — szlochał Wojtek. — Nasza córeczka… ona… ona nie żyje. NIE ŻYJE.

Nie powiedziałam nic. Nie zareagowałam w żaden sposób. Patrzyłam bez uczuć na Wojtka, a raczej na strzęp człowieka, który nim był. Mężczyzna płakał tak, jakby chciał uronić łzy, które wzbierały w nim przez jego czterdziestoletnie życie. Wielkie jak groch łzy staczały się po jego twarzy, spływały po brodzie i spadały, wsiąkając w materiał koszuli, którą miał na sobie Wojtek. Mężczyzna łkał tak głośno, tak boleśnie, że prawdopodobnie było go słychać na całym oddziale. Łkał, jakby Bóg odebrał mu wszystko, co stanowiło cały sens jego życia.

I wtedy zrozumiałam. Poczułam, jak naciera na mnie rzeczywistość. Miałam wrażenie, że uderzyłam o ziemię, spadając ze znacznej wysokości. Już wiedziałam, dlaczego mój mąż płacze. Wiedziałam, co jest powodem jego przeogromnego cierpienia. Poznałam źródło jego bólu.

Straciliśmy dziecko. Nasza kochana Natalka nie żyje.

Nagle znalazłam w sobie wystarczająco siły, aby podnieść ręce i schować twarz za kotarą dłoni. Płakaliśmy oboje — ja i mój mąż. Zrozumiałam ogrom straty, która nas połączyła.

Wszystkie nasze plany i marzenia legły w gruzach. Nasz piękny, niemal idylliczny świat przestał ostatecznie istnieć. Pod nogami mieliśmy to, co z niego pozostało — bezwzględne zgliszcza. Rumowisko było tak przeogromne, że nie widzieliśmy szansy, że kiedykolwiek zdołamy odbudować nasze szczęście… Że któregoś dnia przejdziemy nad tym do porządku dziennego. Nas obojga dręczyło wrażenie, że nasz świat dokumentnie się skończył.

— Jesteś pewien, że nie udało się odratować naszego dziecka? — spytałam naiwnie. Moje pytanie było kompletnie pozbawione sensu. Ale jednak je zadałam. Tak jakbym wciąż wierzyła, że istnieje odrobina nadziei. Z twarzy mojego męża odczytałam jednak, że wszystko jest już przesądzone. Że nie ma szansy, nawet najwątlejszej, której mogłabym się przyczepić i czerpać z niej siłę… Niestety, rzeczywistość była brutalna. Nie byliśmy w stanie jej obłaskawić. Nie mieliśmy żadnych szans podczas walki z nią. Musieliśmy… Nie widzieliśmy innego wyjścia, jak się jej poddać. Zdaliśmy sobie sprawę, że jej nie pokonamy.

— Jestem pewien — odparł pusto Wojtek, zrzucając z policzków łzy. — Byłaś nieprzytomna przez blisko cztery dni. Lekarze naprawdę się starali, żeby uratować nasze dziecko… Ale Bóg był silniejszy.

O Boże. Cztery dni? To od tego strasznego wydarzenia upłynęły już cztery dni?

Chciałam coś powiedzieć, ale nagle przy moim łóżku pojawiła się kobieta odziana w lekarski kitel. To pielęgniarka czy doktorka?

— O, jest pani — stwierdziła sucho. Nie uśmiechnęła się. — Myśleliśmy, że już pani do nas nie wróci… Jak się pani czuje?

Odzyskałam kontrolę nad aparatem mowy.

— A jak ma się czuć kobieta, która utraciła swoje ukochane dziecko? Dziecko, które nosiło już imię, na które czekał już dziecięcy pokoik? Jak mam się czuć, pani doktor?

Doktorka westchnęła, ale nie zrobiła tego na pokaz. Ona… naprawdę mi współczuła. Wydawało się, że rozumie mój ból…

— Jest nam tak przykro. — Nam? Doktorka najprawdopodobniej miała na myśli resztę personelu. — Mogą mi państwo wierzyć, że dołożyliśmy wszelkich starań, żeby ratować wasze dziecko. Przykro nam, że Bóg postąpił inaczej.

— Kiedy będę mogła wrócić do domu? — wyrwało mi się. Do domu? To my mieliśmy jeszcze jakiś dom? Dom, który czekał na przybycie naszej córeczki?

— Musi pani zostać z nami przez kilka dni. Myślę, że potrwa to pięć, sześć dni… Potrzebuje pani czegoś?

— Nie. Ja już niczego nie potrzebuję.

Lekarka skinęła głową ze zbolałym wyrazem twarzy. Sprawiała wrażenie, jakby szukała właściwych słów, ale ostatecznie postanowiła milczeć. Uznała najwyraźniej, że nie ma słów, które byłyby właściwe w danej sytuacji. Doktorka zanotowała coś na kartce przypiętej do podkładki, jeszcze raz obdarzyła nas pełnym zrozumienia spojrzeniem, po czym obróciła się na pięcie i wymaszerowała z sali.

Znów zostaliśmy sam na sam z naszym bólem. Wojtek już nie płakał, a już na pewno nie tak spazmatycznie, jak na początku, kiedy się obudziłam. Mężczyzna miał spuchnięte, zaczerwienione oczy. Był ubrany w pomiętą, flanelową koszulę w kolorze czystego nieba, przez co nie pasowała ona do sytuacji. Wojtek wyglądał tak, jakby nie spał przez te parę dni, kiedy byłam nieprzytomna. Jego podbródek pokrywał wielodniowy zarost.

— Wojtek — mruknęłam niemal niezrozumiale.

— Tak? — Mężczyzna miał zatkany nos.

— Czy… rodzice… już wiedzą?

Wojtek wykrzywił się, jakby doznał znienacka ogromnego bólu.

— Tak — odparł niewyraźnie. — Wiedzą. Są… w korytarzu. Chcesz się z nimi zobaczyć?

Zawahałam się. Czy miałam ochotę na kolejną dawkę cierpienia? Boże, moja mama… Przecież nasza córka była oczkiem w jej głowie… Jak da sobie radę po jej utracie?

— Tak, niech wejdą.

Wojtek puścił moją rękę i wstał bardzo ciężko z niewygodnego, drewnianego krzesła. Chwiejnym krokiem, zataczając się jak pijany, ruszył ku drzwiom wiodącym na korytarz.

Do sali wkroczyła najpierw moja mama, a za nią rodzice Wojtka.

Miałam wrażenie, że moje serce potknęło się, przewróciło i nie miało sił, aby wstać i podążać dalej…

— Córciu, moja kochana córciu — załkała donośnie moja rodzicielka. Podeszła do mojego łóżka i oklapnęła na krzesło, na którym wcześniej siedział Wojtek. Rodzice Wojtka stali nieco dalej.

— Maju, moja Maju — skowytała. — Moja wnusia nie żyje. Nie ma naszej kochanej Natalki. Odeszła.

Poczułam nieprzepartą ochotę, aby zasłonić usta mamie, ale pozwoliłam jej wyrzucić z siebie ból i żal… Mama zaczęła kołysać się jak przy ataku choroby sierocej. Skonstatowałam, że moja rodzicielka się nie modli; zdziwiło mnie to, bo w podobnych sytuacjach mama zwracała się o wsparcie do Boga.

— Nie będzie Natalki, nie będzie mojej kochanej wnuczki…

— Mamo, proszę, nie denerwuj się — wyszeptałam, kładąc rękę na kruchej dłoni rodzicielki. — Przecież wiesz, że musisz dbać o swoje serce. Nie możesz się denerwować.

— Maju, Maju, jak mam się nie denerwować? Jak mam pozostać obojętna w takiej sytuacji?

Podniosłam nieco wyżej głowę. Rodzice Wojtka mieli grobowe miny. Myślałam, że postanowili milczeć, ale mama Wojtka niespodziewanie podeszła do mojego łóżka.

— Maju, łączymy się z wami w bólu — zaczęła zbolałym głosem. — Dobrze wiesz, że Tadeusz i ja czekaliśmy cierpliwie na wnuczkę. Chyba nie ma słów, które objęłyby ciężar tego wydarzenia… Kochana Maju, nie zapominajcie, że możecie liczyć na nas w każdej chwili, w każdej sytuacji. Służymy wam wsparciem i pomocą.

Nie miałam dość siły, aby zareagować. Zagryzłam wargi, usiłując powstrzymać się od płaczu. Skinęłam głową. Mojej teściowej ta reakcja wystarczyła.

Następnie do mojego łóżka podszedł mój teść. Nie znałam dotąd wyrazu twarzy, którym obdarzył mnie w tej chwili. Skonstatowałam, że po posiekanym zmarszczkami obliczu mężczyzny toczy się łza. Najwyraźniej i on się poddał, choć na co dzień uchodził za zagorzałego stoika. Teść jednak nie wykrztusił ani jednego słowa. Jego milczenie było dostatecznie wymowne. Teść łączył się ze mną w cierpieniu.

Nagle na salę wpadła pielęgniarka.

— A cóż to za zbiorowisko? — zdziwiła się na nasz widok. — Proszę wyjść, przy pacjentce mogą zostać dwie osoby. Przepraszam, ale takie są procedury.

Z sali wyszli rodzice Wojtka. Został przy mnie mąż i moja mama. Rodzicielka wciąż ściskała moją dłoń, jakby się bała, że przepadnę, gdy ją puści. Wojtek skombinował drugie krzesło i usiadł na nim, tuż obok mojej mamy.

Wojtek i mama wyglądali jak siedem nieszczęść. Mama sprawiała wrażenie, jakby pozbawiono ją resztek szczęścia. Wojtek… mój mąż był mały, malutki, pomimo swojego znacznego wzrostu. Mężczyzna skurczył się, jakby pragnął przestać istnieć. Jakby usiłował zapaść się pod ziemię.

— Będzie dobrze — wymruczałam. Nie byłam pewna, czy pocieszam moich bliskich, czy siebie. — Zobaczycie, że jeszcze będzie dobrze…

— Nie, Maju — odparł Wojtek, ledwie zauważalnie kręcąc głową. Nieuczesane włosy opadły na jego twarz niczym zasłona. — Już nigdy nic nie będzie dobrze. Nigdy.

Nie odpowiedziałam. Wzrok utkwiłam w kroplówce. Przyglądałam się, jak sączą się kolejne kropelki. Patrzyłam, jak kapią miarowo, niemal uspokajająco. Śledziłam wzrokiem, jak kurczy się worek z kroplówką. Gdy tak się temu przypatrywałam, odzyskiwałam powoli zatraconą równowagę ducha. W dodatku, w oddali, słyszałam pikanie aparatury kontrolującej pracę mojego serca…

Mimowolnie przypomniałam sobie, jak jeszcze niedawno słyszałam bicie serca naszej córeczki…

Ponownie odgrodziłam się dłońmi od otaczającej mnie rzeczywistości. Teraz to ja pragnęłam uciec jak najdalej stąd. Pragnęłam cofnąć się o te cztery dni i nie dopuścić do tej tragedii… Co mnie podkusiło, aby zdjąć te cholerne firanki?! Dlaczego wcześniej nie upewniłam się, czy taboret na pewno wytrzyma mój ciężar? Czemu byłam tak lekkomyślna?! Gdybym nie postanowiła wyprać firanek, nasza córeczka wciąż by żyła. Rosłaby, czekając na moment, aż pojawi się na naszym świecie. Niestety… Wehikuł czasu nie istniał. Mogłam pluć sobie w brodę, ale nie miało to najmniejszego sensu.

Najwyraźniej tak chciał Bóg. Nie rozumiałam dziś jednak Jego woli. Dlaczego postanowił obdarzyć nas dzieckiem, by potem nam je odebrać? Gdzie był tu sens?! O Panie, dlaczego tak zabawiłeś się naszymi uczuciami? Dlaczego wystawiłeś naszą miłość na tak poważną próbę? Gdzie mam szukać wyjaśnienia dla tej tragedii? Boże, mój kochany Boże… Dlaczego? DLACZEGO?


***


Wojtek warował wiernie przy moim łóżku. Wracał do domu tylko po to, aby przespać się kilka godzin. Gdy spoglądałam na Wojtka, byłam pewna, że te kilka godzin snu było bardzo jałowe i bezwartościowe. Mój mąż sprawiał wrażenie, jakby postarzał się nagle o przynajmniej piętnaście lat. Przestał się golić, jego zazwyczaj czyste, miękkie włosy były nieuczesane i pozbawione blasku. Zauważyłam, że wciąż ma na sobie tę samą wyświechtaną, nieświeżą koszulę.

Spędziłam w szpitalu jeszcze sześć dni. O ironio, wcale nie chciałam z niego wychodzić. Bałam się uczuć, które mnie zaatakują, gdy wrócę do naszego domu… Cóż, musiałam jednak otrzymać wypis i opuścić moje szpitalne łóżko.

Wróciłam do domu.

Kiedy przekroczyłam próg naszego mieszkania, poczułam na skórze przejmujący chłód. Doznałam obezwładniającego milczenia. Miałam wrażenie, że jakaś złowroga moc wyssała z tego miejsca całe ciepło. Że podczas mojej nieobecności nasz apartament opuściła resztka miłości.

Niepewnym krokiem podążyłam w głąb korytarza. Wojtek ruszył za mną. Czułam się, jakbym widziała to mieszkanie po raz pierwszy w całym swoim życiu. Moje kroki zawiodły mnie do salonu. Z bólem skonstatowałam, że wszystko było tutaj takie samo. Jakby miejsce wstrzymało oddech podczas mojego pobytu w szpitalu. Jakby czas zatrzymał się na chwilę… Jakby życie postanowiło na mnie zaczekać. Jakby czas zwolnił, by złapać oddech.

Niepewnym, nierównym krokiem podeszłam do kanapy i osunęłam się bezwładnie na jej krawędź. Splotłam dłonie na wysokości podołka. Zwiesiłam głowę, przypatrując się moim splecionym palcom. Czułam się, jakby to miejsce stało mi się nagle okrutnie obce i dalekie. Wstrętne zimno otulało ściany. Poczułam na plecach lodowate ciarki. Otoczyłam się ramionami, aby się choć odrobinę ogrzać — bezskutecznie. Wciąż dygotałam, jakbym w środku zimy wyszła z domu bez wierzchniego okrycia. Walczyłam z lodem, który skuł moje serce. Zmagałam się z demonami, które ocknęły się we mnie znienacka.

Wojtek zajął miejsce na fotelu. Wiedziałam, że świadomie postanowił nie siadać u mojego boku. W tej chwili ani ja, ani mój mąż nie mieliśmy ochoty się dotykać. Miałam wrażenie, jakby podzieliła nas nagle wysoka, gruba ściana, którą nieprędko zdołamy zburzyć. Po raz pierwszy pragnęłam, aby Wojtek mnie nie dotykał. Żeby mnie nie przytulał. Nie potrzebowałam jego ciepła, jego czułości i bliskości. Nie chciałam, aby się do mnie zbliżał, naruszał moją intymną sferę. Brakowało mi dystansu. Nie pozwalałam, aby ktoś usiłował mnie pocieszać… obiecywać, że wszystko będzie dobrze. Że wyliżemy się z tych głębokich, wciąż krwawiących ran.

Te rany jednak prawdopodobnie nigdy się nie zabliźnią. Prawdopodobnie nigdy nie staną się szerokimi bliznami, szpecącymi oblicza naszych dusz.

Siedzieliśmy, podzieleni ciszą i obojętnością. Ani ja, ani Wojtek nie potrafiliśmy unieść głowy i spojrzeć sobie nawzajem w twarz. Unikaliśmy wszelkiego rodzaju kontaktu.

Boże, czy tak będzie już zawsze? Czy uda nam się zapomnieć o tym ogromnym krzyżu, który Bóg złożył na nasze barki? Czy poradzimy sobie z żalem, który trawił nasze serca? Zdołamy jeszcze się uśmiechnąć do siebie, do życia? Odzyskamy pogodę ducha? Czy… czy życie da nam jeszcze jedną szansę? A może czekała na nas tylko i wyłącznie pustka? Może szczęście nie zdoła odrodzić się w naszych sercach? Prawdopodobnie byliśmy skazani na nieskończoną noc. Na mrok, który odzierał nasze dusze z resztek ufności, wiary i nadziei… Czy ktoś zdoła kiedyś usłyszeć nasze wołanie o pomoc? Zdołamy ponownie sobie zaufać i odratować nasz spokój, bezpieczeństwo, równowagę? Tak się bałam, że wszystko już zaprzepaszczone, że nie ma wyjścia… Nie ma pomocy, nie ma wsparcia, które wskrzesiłyby naszą ufność. Wiedziałam, że nie zdołam odzyskać mojej córeczki. Mogłam jednak odzyskać Wojtka. Czy to było możliwe? Czy nie wszystko było rozstrzygnięte? Czy nasze serca znów się odnajdą? Zdołamy przejść nad tym do porządku dziennego, dać sobie ostatnią szansę? Wojtek, mój kochany mąż… Czy on kiedyś do mnie powróci? Odnajdę go znów pośród głębokich, ciężkich cieni?

Rozdział VI

Zadecydowaliśmy, że przez jakiś czas będziemy spali oddzielnie. Postanowiłam, że będę spała na kanapie w salonie. Wojtek miał zająć nasze małżeńskie łoże. Stwierdziliśmy, że tak będzie dobrze, przynajmniej na razie. Potrzebowaliśmy chwili wytchnienia. Ani ja, ani Wojtek nie mieliśmy ochoty na przytulanie. Wręcz odwrotnie — przypadkowy dotyk palił niczym dźgnięcie rozżarzonym żelazem. Przez naszą skórę przebiegał nieprzyjemny dreszcz, do złudzenia podobny do porażenia prądem. Nie wyobrażaliśmy sobie, żebyśmy mogli — tak jak zawsze — położyć się obok siebie. Ba! Położyć się i do siebie przytulić. Nasze ciała unikały się za wszelką cenę. Bałam się, jak długo to potrwa. Czy w przyszłości uda się nam ponownie czerpać rozkosz z naszej bliskości? Czy wszystko wróci do normy, do stanu sprzed tej straszliwej tragedii? Czy znów nie będziemy potrafili się bez siebie obyć? Znów zaczniemy siebie potrzebować, tęsknić, gdy podzieli nas proza życia?

Zarówno Wojtek, jak i ja potrzebowaliśmy czasu, aby ochłonąć. Aby pozbierać z podłogi rozsypane emocje i myśli i z powrotem odłożyć je na miejsca. Wiedzieliśmy, że może trwać to bardzo długo. Byliśmy bowiem przekonani, że w listopadzie urodzę naszą kochaną, malutką córeczkę. Wszyscy — Wojtek, ja, nasi rodzice — przygotowaliśmy się psychicznie do tego cudownego wydarzenia.

Nasza córeczka, oczywiście, miała kameralny pogrzeb i skromny grób. Podczas pogrzebu myślałam, że serce pęknie mi na pół. Biała trumienka dziewczynki była taka malutka… Wojtek i ja odwiedzaliśmy mogiłkę codziennie. Staliśmy u jej stóp, pochyleni, skuleni w sobie. Ze łzami w oczach przyglądaliśmy się epitafium na malutkim nagrobku („Tobie, Jezu, zaufałam”). Czuliśmy przepastny ból, że nie mieliśmy zdjęcia córeczki, by móc umieścić je na tablicy nagrobkowej. Natalka odeszła, zanim zdążyła poznać świat. Zanim wzięła pierwszy oddech, zanim wydała z siebie krzyk… Nie mogła przekonać się, jak cudownym darem jest życie… Nasza Natalka nigdy nie nauczy się siadać, nigdy nie postawi pierwszego kroku… Nigdy nie powie pierwszego słowa, nie nazwie mnie „mamą”, a Wojtka — „tatą”… Nigdy nie pójdzie do szkoły, nigdy nie dojrzeje, nigdy nie dorośnie… Nasza córeczka umarła, zanim poznała piękno życia.

Codziennie przychodziłam na grób Natalki. Codziennie zapalałam jej biały znicz i przynosiłam białe róże. Wojtek towarzyszył mi, ale każde z nas było pogrążone w swoim własnym świecie, oddane własnym myślom… Wojtek i ja przypominaliśmy obcych sobie ludzi. Tak jakby cała nasza miłość z nas wyparowała… Jakby przestała istnieć w ciągu chwili. Jakby pękła niczym sławna bańka mydlana. Jakby… jakby do tej pory była jedynie słodkim złudzeniem. Złudzeniem, które okazało się niedostatecznie silne…

Wojtek niezmiennie chodził do pracy. Nie mógł zaniedbać swoich obowiązków lekarza. Ja… zerwałam z roznoszeniem ulotek. Nie miałam w sobie dość siły, aby dalej pracować. Miałam w nosie to, skąd wezmę pieniądze na swoje utrzymanie. Całymi dniami leżałam na kanapie, nie mając siły wstać. Chodziłam jedynie do łazienki. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy coś jadłam. To mnie jednak niewiele obchodziło. Porzuciłam pracę, by bez reszty oddać się mojemu cierpieniu. Pragnęłam pielęgnować mój ból. Nie byłam w stanie wykrzesać z siebie siły, aby wziąć prysznic czy udać się po zakupy. Przestałam dbać o nasz apartament; meble uginały się pod ciężarem warstw kurzu. Nie zamiatałam, nie odkurzałam. Nie prałam firanek… Nie przygotowywałam posiłków, nie zmywałam brudnych naczyń. Czułam, że znów popadam w depresję. Nie mogłam przypomnieć sobie, kiedy ostatnio czułam się tak wstrętnie. Chyba dwa lata temu… Było ze mną tak źle, że nie wstawałam z łóżka. Moje włosy były przetłuszczone, przestałam regulować brwi, które znów stały się krzaczaste.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 44.42