E-book
4.1
drukowana A5
49.16
W stronę serca

Bezpłatny fragment - W stronę serca

Objętość:
365 str.
ISBN:
978-83-8245-241-9
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 49.16

Rozdział pierwszy

Przeprowadziłam się do Wojtka kolejnego dnia, z samego rana.

Nie spaliśmy już od szóstej rano. Oboje byliśmy zbyt podekscytowani, aby w spokoju kimać. Wydostaliśmy się z pościeli, zanim rozdzwonił się alarm w telefonie Wojtka. Wojtek wziął urządzenie do ręki i wyłączył budzik.

Nie zaprzątaliśmy sobie głowy takimi błahymi sprawami jak śniadanie czy prysznic. Nie umyliśmy nawet zębów. Rozpierała nas cudowna, wszechogarniająca siła. Ani Wojtek, ani ja nie posiadaliśmy się ze szczęścia.

Kiedy wskoczyliśmy do taksówki i ruszyliśmy w stronę kawalerki, przypatrzyłam się pierścionkowi, tkwiącemu na serdecznym palcu prawej ręki. Uwielbiałam przyglądać się temu niebotycznemu, lśniącemu kamieniowi. Wojtek powiedział, że to najprawdziwszy brylant. Nie mogłam uwierzyć, że Wojtek wydał na niego aż tyle pieniędzy. Nie dało się ukryć, że pierścionek był okrutnie drogi. Wyciągając dłoń przed siebie, z pełnym satysfakcji uśmiechem gapiłam się na kamień.

Byłam zaręczona.

Zostanę żoną, najprawdziwszą żoną Wojciecha Baranowskiego, kardiologa.

Wojtek wiedział, że nie mogę oderwać wzroku od pierścionka. Gdy mnie na tym przyłapywał, rozpromieniał się i mierzwił czule moje włosy.

— Cieszę się, że kamień przypadł ci do gustu — mówił. — Intuicja mi podpowiedziała, że ci się spodoba. Wiedziałem, że się mu nie oprzesz… Że postanowisz za mnie wyjść.

W ramach odpowiedzi całowałam go serdecznie prosto w usta. Usta tak smaczne, że mogłabym delektować się nimi w nieskończoność. Albo i jeszcze dłużej.

Kiedy kierowca wjechał na parking przed blokiem, zapłaciliśmy za kurs i wyskoczyliśmy z samochodu.

— Maleńka, nie zabieraj całego mieszkania — powiedział Wojtek, dotrzymując mi kroku. — Weź tylko najistotniejsze rzeczy. Po resztę kiedyś wrócimy.

Wspięliśmy się po schodach i przystanęliśmy przed właściwymi drzwiami. Odryglowałam je i wkroczyliśmy do środka.

Poczułam ogromny przypływ niewymownego szczęścia. Wreszcie opuszczę to wstrętne miejsce! W końcu uwolnię się od tych paskudnych czterech ścian. Ścian tak lodowatych i dalekich, że przyprawiały o gęsią skórkę. Postanowiłam jak najszybciej spakować manatki i stąd uciec. Uciec i nigdy nie wrócić. Przeprowadzając się do Wojtka, miałam nadzieję, że zostawię za sobą demony drzemiące w mojej duszy. Że zacznę nowe, nowiutkie życie. Życie z dala od bólu, cierpienia i samotności. Nie, Majka, nie jesteś już pustelnikiem. Porzuciłaś nieprzyjemny los samotnika. I jest ci z tym bardzo dobrze, prawda?

Budzić się każdego dnia u boku Wojtka. Przynosić mu do łóżka śniadanie. Gotować smaczne obiadki, każdego dnia inny. Sprawiać przyjemność na różne sposoby… Dbać o to, żeby mój mężczyzna był ze mnie zadowolony. Żeby dzięki mnie z dnia na dzień stawał się coraz szczęśliwszy, coraz lepszy. Pragnęłam sprawiać mu rozkoszne niespodzianki, rozpieszczać go. Marzyłam, aby z radością wracał do domu z pracy. Żeby nie mógł się doczekać, aż zobaczy mnie, swoją słodką żonkę… Jego szczęście było także moim szczęściem. Nie mogłam pozwolić, aby zmienił o mnie zdanie… Żeby nie opuścił mnie, gdy dokładniej mnie pozna. Pragnęłam, abym wciąż była centrum jego wszechświata. Żeby niezmiennie mnie kochał, podziwiał, kokietował, uwodził… Chciałam, żeby był zadowolony ze mnie w łóżku. Pragnęłam spełniać wszystkie jego erotyczne życzenia. A on, oczywiście, zawsze rewanżowałby się tym samym. Wojtek nigdy, nigdy nie pozostawał mi dłużny. A jego wdzięczność rozpalała mnie do nieprzytomności. Jego rozkosz łechtała moją wyuzdaną fantazję.

— Pomóc ci przy pakowaniu? — zaoferował się Wojtek, zdejmując trampki i płaszcz. Mężczyzna przysiadł na pryczy w celi, która do niedawna była moim pokojem.

— Dzięki, ale poradzę sobie sama. — Nachyliłam się i ucałowałam czoło Wojtka. — Długo to nie potrwa. Zabiorę tylko niezbędne rzeczy, a tych jest bardzo mało.

Wojtek podwinął nogi pod siebie i rozparł się wygodnie w rogu kanapy.

— Nie śpiesz się, maleńka. Mamy przed sobą całą przyszłość.

Z pawlacza wydostałam średnich rozmiarów walizkę. Zdziwiłam się, że w ogóle ją posiadam, bo nie przypominałam sobie, żebym gdzieś wyjeżdżała przez ostatnie lata. Otrzepałam ją względnie z kurzu i otworzyłam. Na szczęście, nie wyskoczyły z niej myszy czy pająki. Położyłam ją na fotelu i zaczęłam zdejmować z półek najważniejsze przedmioty.

— Wojtuś, nie dam rady zabrać wszystkich książek — oznajmiłam, zatrzymując się przy mojej skromnej biblioteczce. — Któregoś dnia będziemy musieli po nie wrócić. Nie wyobrażam sobie bez nich życia.

— Spokojnie, Maju — odparł lekko mój przyszły mąż. — W moim domu przecież są książki. A gust literacki chyba mamy podobny.

Pół godziny później skończyłam maraton po mieszkaniu. Chyba zgromadziłam wszystko, bez czego nie mogłam się obejść. Zasunęłam zamek walizki; pozostało w niej jeszcze wiele miejsca. Kiedy ujęłam ją za rączkę, stwierdziłam, że nie jest ciężka.

— Nie zapomniałaś spakować tego, co najważniejsze? — spytał Wojtek. — Mam na myśli wspomnienia.

— Wspomnienia są ostatnią rzeczą, którą chciałabym ze sobą zabrać.

— Och — zmitygował się mężczyzna. — Przepraszam, Maju. Czasem nie myślę o tym, co mówię.

Aby go uspokoić, położyłam mu dłoń na piersi.

— Spokojnie, nic się nie stało. Każdemu zdarza się coś palnąć.

Czując mój dotyk na swojej klatce piersiowej, Wojtek odzyskał dobry nastrój.

— Rozumiem, kochanieńka, że możemy jechać?

Moje serce gwałtownie rzuciło się do pełnego galopu.

— Tak — mruknęłam niepewnie. Po chwili dodałam już nieco odważniej: — Tak, chodźmy stąd jak najprędzej.

Wyciągnęłam rękę w stronę walizki, ale Wojtek był szybszy. Zamknął smukłe, ciepłe palce na moim przegubie.

— O nie, ja to wezmę — stwierdził stanowczo. Chciałam się z nim spierać, ale wolałam nie psuć nam nastroju.

Ruszyliśmy w stronę wyjściowych drzwi. Zanim przekroczyłam próg, po raz ostatni obejrzałam się i zlustrowałam skromny korytarzyk mojej kawalerki. Nagle poczułam, że w gardle rośnie mi gula, a do oczu usiłują napłynąć łzy. Choć cieszyłam się ogromnie, że stąd uciekam, ale… ale poczułam w klatce piersiowej niewymowny ból. Nie umknęło to uwadze Wojtka.

— Nie płacz, maleńka — rzekł łagodnie i kojąco. — Jak sama przed chwilą stwierdziłaś, chcesz zostawić tutaj całą swoją niewesołą przeszłość. Od dziś zaczynasz nowe życie, u boku kogoś, kto pragnie cię kochać. Nigdy nie pozwolę ci płakać, rozumiesz? Chyba że z radości. Zostaw za sobą łzy, ból i strach. Odwróć się od przeszłości i zwróć ku przyszłości. „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”. Zapamiętaj te piękne słowa. Od dziś będziesz szczęśliwa. Już ja się o to postaram.

Słowa Wojtka podziałały na mnie jak najskuteczniejszy środek uspokajający. Rzuciłam kawalerce ostatnie beznamiętne spojrzenie i podążyłam za Wojtkiem. Starannie zaryglowałam za nami drzwi i ruszyliśmy ku schodom prowadzącym na parter.


***


Kolejnego dnia (a był to poniedziałek) udaliśmy się pośpiesznie do urzędu stanu cywilnego. Stwierdziliśmy zgodnie, że nie ma na co czekać. Nasza decyzja powinna uszczęśliwić rodziców, a zwłaszcza moją mamę. Rodzicielka chyba nie zniosłaby myśli, że mieszkam z mężczyzną, z którym nie mam ślubu, choćby cywilnego. Nie mogłam się doczekać, aż zostanę panią Baranowską. Nigdy nie lubiłam swojego panieńskiego nazwiska. Moim zdaniem brzmiało nieładnie i kojarzyło mi się uparcie z ponurymi chwilami z przeszłości. Maja Baranowska… To brzmiało o wiele, wiele lepiej. Weselej, pogodniej. Cieszyłam się niebotycznie, że ukończyłam osiemnaście lat i mogę bez problemu wyjść za mąż.

Kiedy pchnęliśmy przeszklone drzwi USC i dostaliśmy do środka budynku, w holu powitał nas wysoki, łysiejący, srogo wyglądający ochroniarz. Byłby jeszcze wyższy, gdyby tak bardzo się nie garbił.

— My… chcemy wziąć ślub — wybełkotał niepewnie Wojtek. Najwyraźniej poczuł się zdeprymowany. Podobnie jak ja. W holu panowała grobowa cisza. Nasze głosy przetaczały się echem po kamiennych ścianach. Wyraźnie słyszeliśmy szelest naszych kroków i zgodne bicie serc.

— Zapraszam. — Ochroniarz wskazał dłonią odpowiednie drzwi. Po chwili dodał z miłym uśmiechem: — Najszczersze gratulacje.

A jednak nie był aż taki groźny, jak się w pierwszej chwili wydawał. Jego serdeczność tak nas zaskoczyła, że na moment zapomnieliśmy języka w gębie.

— Dziękujemy — odparliśmy jednogłośnie.

Ruszyliśmy w stronę drzwi, prowadzących do pokoju urzędnika. Kiedy je otworzyliśmy, okazało się, że nie wiodą prosto do gabinetu. Po przekroczeniu progu skonstatowaliśmy, że zza biurka spogląda na nas uśmiechnięta sekretarka.

— Dzień dobry — zwrócił się do niej Wojtek. — My chcemy wziąć ślub.

Niepewność w jego trzęsącym się głowie sprawiła, że młoda kobieta rozpogodziła się jeszcze bardziej.

— Zapraszam. — Gestem ręki wskazała kolejne drzwi.

Podziękowaliśmy wylewnie przemiłej dziewczynie i podeszliśmy do dębowych drzwi. Wojtek położył rękę na klamce. Zanim na nią nacisnął, odwrócił się i spojrzał na mnie. Sprawiał wrażenie mocno speszonego i zdenerwowanego.

— Śmiało, maleńki — pokrzepiłam go. — Zaraz będzie po bólu.

Wojtek zagryzł drżącą nerwowo wargę. Jeszcze przez chwilę stał jak słup soli. Skonstatowałam, że mężczyzna lekko się trzęsie. Ja także byłam podekscytowana i podminowana. Nie można się temu dziwić — przygotowywaliśmy się do najważniejszego wydarzenia w naszym wspólnym życiu. Nawet największy stoik czułby się niepewnie wiedząc, że lada moment zmieni się gwałtownie jego stan cywilny…

Wojtek przeżegnał się prędko i nacisnął klamkę. Deptałam mu po piętach.

Wkroczyliśmy do niewielkiego pokoju, sprawiającego wrażenie surowego. W jego centrum znajdowało się wielkie, masywne biurko z ciemnego drewna. Na blacie spoczywały stosy przeróżnych papierów i dokumentów. Zauważyłam też monitor komputera. Za biurkiem… za biurkiem siedziała starsza kobieta, do złudzenia przypominająca nastroszonego sępa. Zachowała kamienną twarz, witając się z nami. Zerknęła na nas badawczo znad rogowych okularów. Jej chłód i dystans podziałały na nas deprymująco. Spojrzeliśmy po sobie, poważnie zaniepokojeni. W końcu jednak odsunęliśmy od biurka dwa krzesła i przycupnęliśmy na ich krawędziach.

Na szczęście, z czasem okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Gdy kobieta przeszła do papierkowej roboty, sprawiała wrażenie, że się do nas przekonała. Nie spoglądała już na nas tak chłodno. Ba! Kiedy ustalaliśmy datę naszego ślubu, szeroko się uśmiechnęła, ukazując lekko żółtawe uzębienie.

— Pragniemy pobrać się jak najszybciej — stwierdził Wojtek, ściskając moją dłoń. — Nie szkodzi, że jest późna jesień.

Urzędniczka przyjrzała się z uwagą właściwym papierom i wystukała coś zamaszyście na klawiaturze.

— Pasuje państwu dziesiąty listopada o godzinie trzynastej? — zapytała, wymierzając w nas spojrzenie znad oprawek okularów. — Niestety, pozostałe terminy są zajęte.

Spojrzeliśmy po sobie. Bez słowa stwierdziliśmy, że pasuje nam jak najbardziej. Przecież to już za miesiąc!

— Pasuje — oznajmił Wojtek. — Jak najbardziej pasuje.

W następnej kolejności urzędniczka poprosiła nas o dowody tożsamości i dowód opłaty skarbowej. Podsunęła nam pod nosy jakieś papiery, które kazała nam wypełnić i podpisać. Bez wahania zadecydowałam, że przejmuję nazwisko Wojtka. Westchnęliśmy ciężko, kiedy wpisywaliśmy, jakie nazwisko miałyby otrzymać nasze potencjalne dzieci…

Kiedy skończyliśmy załatwiać niezbędne formalności, kobieta-sęp spojrzała na nas z czułością w jej niewielkich, paciorkowatych oczach.

— Życzę państwu wszystkiego najlepszego. — Przywdziała szczery uśmiech na wąskie, blade wargi.

Byliśmy tak zdekoncentrowani i zaskoczeni tym nagłym napływem sympatii, że zastanawialiśmy się, co odpowiedzieć. W końcu z wdzięcznością skinęliśmy głowami. Wzięliśmy się za ręce i ruszyliśmy ku wyjściu z gabinetu.

Ruszając w stronę drzwi prowadzących do holu, minęliśmy biurko z pogodną sekretarką. Ona także pożegnała nas przyjaznym wyrazem twarzy.

Kiedy znaleźliśmy się w holu, Wojtek niespodziewanie chwycił mnie w ramiona i — nie puszczając mnie — zawirował wokół własnej osi. Nie wiem, jak tego dokonał, ale moje stopy oderwały się pod podłogi.

— Puść, wariacie — zachichotałam gromko, próbując wyślizgnąć się z jego silnych objęć.

— Moja, moja! Maja w końcu jest MOJA! — krzyczał z radością Wojtek, nie przejmując się, że było go słychać prawdopodobnie w całym urzędzie. — Maja należy do mnie! Tylko i wyłącznie do mnie!

Kiedy Wojtek wreszcie postawił mnie na ziemi, dotarło do nas, że z uwagą przypatruje się nam ochroniarz.

— Gratulacje, gratulacje — mruknął, trzymając dłonie za plecami i uśmiechając się pod bujnym, czarnym wąsem. — Jak to miło popatrzeć na tak szczęśliwych ludzi. Niech wam się szczęści, gołąbeczki.

Wojtek i ja, lekko skonsternowani, bardzo grzecznie mu podziękowaliśmy. Następnie ruszyliśmy ku wyjściowym drzwiom, odprowadzeni przez poszum naszych kroków na marmurowej posadzce.

Kiedy wydostaliśmy się z budynku, Wojtek nagle przystanął. Poszłam w jego ślady.

— Coś nie tak, robaczku?

— Maja, czy ty wiesz, że rodzice o niczym nie wiedzą? — zauważył. — Jak myślisz, jak zareagują, gdy oznajmimy im, że przeprowadziłaś się do mnie i że za miesiąc będziemy mężem i żoną?

No tak. Byliśmy tak podnieceni i poruszeni, że na śmierć zapomnieliśmy, że rodzice nie wiedzą, że zamieszkałam z Wojtkiem. Nie poinformowaliśmy ich także o naszych niecnych planach…

— Cóż, będą musieli się z tym pogodzić. Myślę, że to dobry pomysł, aby postawić ich przed faktem dokonanym. Uniknęliśmy umoralniających kazań, szczególnie ze strony mojej mamy. — Wierzchem dłoni dotknęłam czule policzka Wojtka. — Wojtuś, jesteśmy dorosłymi ludźmi i mamy prawo o sobie decydować. To już nie te czasy, kiedy o wszystko trzeba było pytać mamę i tatę. Rodzice nie mają wyjścia, jak oswoić się z naszym postanowieniem.

Wojtek objął mnie w pasie i soczyście pocałował.

— Ach, jak zwykle jesteś bardzo przekonująca — zagruchał. — Wydaje mi się jednak, że mamy inny, poważniejszy problem…

— Jaki?

— Kto zostanie naszymi świadkami?

O rety. Kompletnie o tym nie pomyśleliśmy. No tak. Para młoda musi mieć świadków… Urzędniczka powiedziała, żebyśmy jak najszybciej podali ich nazwiska.

— Może poprosimy o to twoich rodziców? Nie sądzę, żeby nam odmówili. Niestety, nie mamy przyjaciół, którzy chcieliby nam świadkować…

Wojtek potarł w zamyśleniu swój podbródek, pokryty kilkudniowym, rozkosznym zarostem. Spojrzenie zielonych oczu utkwił w odległej przestrzeni, jakby Wojtek usiłował zajrzeć w głąb swojej duszy.

— Muszę porozmawiać z rodzicami — stwierdził po chwili milczenia. — Maju, rozumiem, że nasz ślub będzie bardzo, bardzo skromny i kameralny. Zaprosimy tylko i wyłącznie najbliższych, czyli naszych rodziców. Po uroczystości udamy się na poczęstunek do restauracji. Myślałem o „Cudnych Manowcach”, jest tam tak przytulnie…

— Jak ja się cieszę, że we wszystkim się zgadzamy — odparłam. Podeszłam do mojego przyszłego męża i zarzuciłam mu ramiona na szyję. Potarłam policzkiem o jego seksownie szorstki policzek i skradłam słodkiego całusa. — Skarbie, gdzie byłeś, gdy cię nie było?

Wojtek w odpowiedzi zarumienił się słodko. Mój uroczy, kochany, cudowny przyszły mąż… Byłabym w stanie oddać życie dla jego dobra.

— Czekałem na ciebie, Maju — odparł. W policzkach mężczyzny pojawiły się cudne dołeczki. — Siedziałem sobie w parku i czekałem, aż nadlecisz, mój słodki Aniele.

Rozdział drugi

— Co robimy, kochanieńki? — zapytałam, schodząc na ziemię.

— Planowaliśmy odwiedzić jubilera. Chyba nie zapomniałaś, że musimy zainwestować w obrączki — odparł radośnie Wojtek. — Chodźmy do Aury. Rzut beretem stąd. Zrobimy sobie mały spacer, pogoda jest w miarę sprzyjająca.

Rzeczywiście, pomiędzy szarymi chmurzyskami przeświecały połacie błękitnego firmamentu. Słońce było jednak zbyt nieodważne, by ukazać się w pełnej krasie. Powiewał wprawdzie lekki, złośliwy wiaterek, ale postanowiliśmy nie zwracać na niego uwagi. Ważne, że nie lał deszcz.

Trzymając się za ręce, podążyliśmy ku przejściu dla pieszych. Rozejrzałam się na boki — poczułam się nieswojo w tłumie zalewającym centrum Olsztyna. Jeszcze większym przerażeniem napawała mnie świadomość, że lada moment pogrążę się w gawiedzi wypełniającej centrum handlowe.

— Nie obawiaj się, Maju — pocieszał mnie Wojtek, kiedy zapaliło się zielone światło. — To tylko ludzie. Z tego, co wiem, nie gryzą zbyt dotkliwie. Choć zdarza się, że niektóre gatunki są jadowite…

Nic nie odpowiedziałam. Stawiane przeze mnie kroki były sztywne, jakbym była nie do końca ich pewna. Na widok tłumu na przystanku tramwajowym miałam chęć zapaść się pod ziemię. Zniknąć bez śladu. Zwyczajnie przestać istnieć…

Kiedy przeszliśmy przez obrotowe drzwi galerii, oberwaliśmy w twarz gorącym, dusznym podmuchem. Brak świeżego powietrza zaniepokoił mnie jeszcze bardziej. Odruchowo wymierzyłam spojrzenie w nosy moich butów. Starałam się za wszelką cenę unikać spojrzeń mijających mnie osób… Poczułam, że mam niemałe problemy ze swobodnym oddychaniem. Serce obijało się o klatkę żeber.

Przedzierając się przez tłum, ruszyliśmy w kierunku wind. Mogliśmy wprawdzie skorzystać z ruchomych schodów, ale miałam lęk wysokości. Kiedy zatrzymaliśmy się w pobliżu windy, Wojtek wcisnął właściwy przycisk. Winda nadjechała. Pusta, ku mojej niebotycznej radości.

Wcisnęliśmy się do środka i pojechaliśmy na pierwsze piętro.

— Jak się czujesz? — spytał czule Wojtek.

— Lepiej niż na początku — odpowiedziałam niepewnie. Starałam się nie patrzeć przez przeszkloną ścianę windy.

Na piętrze wydostaliśmy się na zewnątrz i podążyliśmy ku jubilerowi.

Gdy wkroczyliśmy z lekkim wahaniem do środka lokalu, powitała nas serdecznie uśmiechnięta ekspedientka.

— Witam państwa, w czym mogę państwu pomóc? — zagaiła, szczerząc równe, zadbane ząbki. Kurczę, była naprawdę ładna… ZBYT ładna.

Wojtek wyszedł na prowadzenie.

— Szukamy obrączek ślubnych.

— Och, bierzecie państwo ślub — skonstatowała grzecznie. — Wszystkiego dobrego.

Uprzejmość kobiety sprawiła, że opuściło nas całe nieprzyjemne napięcie.

Zaczęliśmy przyglądać się rzędom złotych obrączek. Ach, wszystkie prezentowały się znakomicie. Na które się zdecydować? Nie mieliśmy pojęcia. Pochylaliśmy się nad szklanymi gablotami, pokazując sobie nawzajem złote krążki i dzieląc się opiniami na ich temat. Mieliśmy naprawdę poważny dylemat.

W końcu, po długim czasie, znaleźliśmy takie, które najbardziej przypadły nam do gustu. Niestety, okazało się, że nie ma naszego rozmiaru.

— Żaden problem — stwierdziła roześmiana ekspedientka. — Mogę zamówić obrączki w państwa rozmiarze. Kiedy państwo biorą ślub?

— Za nieco ponad miesiąc — odparł Wojtek.

— Doskonale. Obrączki byłyby gotowe za trzy tygodnie.

Zdecydowaliśmy się na w miarę proste obrączki z białego złota. Jak można było przewidzieć, kosztowały krocie. To jednak nie zrobiło na Wojtku najmniejszego wrażenia. Sięgnął po portfel, by zapłacić zaliczkę.

Ekspedientka zmierzyła nasze palce przy pomocy prowizorycznych obrączek. Zakładaliśmy je, by stwierdzić, które pasują. Następnie miła kobieta podsunęła Wojtkowi pod nos jakiś świstek papieru. Wojtek podpisał się na nim i zwrócił ekspedientce. Podziękowaliśmy serdecznie, po czym opuściliśmy pomieszczenie.

— Obrączki mamy z głowy — skonstatował pogodnie Wojtek. — Hm… Brakuje jeszcze zaproszeń. Wystarczą trzy. Złotko, zajrzymy do Empiku?

Skinęłam potakująco głową.

W Empiku, niestety, panował gęsty tłum. To było do przewidzenia. Przerażona, przystanęłam u wejścia. Obejrzałam się i spojrzałam w oczy Wojtkowi.

— Naprzód, maleńka. W razie potrzeby cię obronię — rzekł pokrzepiająco. Położył mi rękę na plecach i delikatnym gestem powiódł do środka. Ruszyłam przed siebie, unikając spojrzeń. Wymijałam ludzi uważając, żeby na nikogo przypadkiem nie wpaść.

Wojtek zaprowadził mnie do stoiska z kartkami i pocztówkami. Zaczęliśmy przyglądać się zaproszeniom na ślub. Było ich bez liku. Były tak różnorodne, że zakręciło mi się w głowie. Wojtek wodził po karteluszkach opuszkami smukłych, długich palców. Kartki, które zwróciły jego uwagę, zdejmował z półki i podtykał mi pod nos.

— Chyba nie ma takich, które przypadłyby nam obojgu do gustu — skonstatował po paru minutach wertowania zaproszeń. — Może poszukamy kartek w Internecie? W końcu do ślubu został jeszcze miesiąc. Nie musimy się spieszyć, zdążymy.

Przytaknęłam mu gorliwie. Byłam podobnego zdania.

Pobłąkaliśmy się jeszcze po alejkach Empiku. Zajrzałam do stoiska z płytami. Udało mi się wypatrzeć najnowszy krążek Dżemu, kolekcję wszystkich płyt Pink Floydów oraz niedawno wydany album Comy.

— Kupić ci coś, malutka? — zapytał Wojtek, zaglądając mi przez ramię.

— Och, nie, nie ma potrzeby — odparłam natychmiast, odwracając się od półki z płytami.

— Nie udawaj. Widzę, że masz chrapkę na nowy krążek Dżemu.

— Może i tak, ale nie mam przy sobie tylu pieniędzy.

— Żaden problem.

Zanim zdążyłam zaprotestować, Wojtek zdjął z półki płytę.

— Ale…

— Żadnego „ale”. Pragnę rozpieszczać moją przyszłą żonkę.

Spojrzałam na niego z mieszaniną irytacji i zachwytu. Pokręciłam głową i wzięłam się pod boki.

— Jesteś bardzo niepoprawny, wiesz? — stwierdziłam groźnie. Nie mogłam jednak opędzić się od szerokiego uśmiechu. W rzeczywistości nieco imponowała mi ta rozrzutność Wojtka. Było mi miło, że usiłuje spełniać moje zachcianki i marzenia. Pragnęłam mu się tym odwzajemniać. Oczywiście, nie miałam z czego robić mężczyźnie tak drogich prezentów, ale Wojtek zawsze mógł liczyć na moją serdeczność i oddanie.

— Odkąd cię znam, stałem się bardzo niepoprawny — zripostował Wojtek. — Chodźmy do kasy.

Parę minut później trzymałam krążek w ramionach. Moja radość i wdzięczność nie miały granic.

— I jak ja ci się odwdzięczę? — zapytałam, zanurzając się w szmaragdowym oceanie Wojtkowego spojrzenia.

— Wystarczy w zupełności, gdy będziesz mnie kochać — stwierdził mój przyszły mąż.

— Masz to jak w banku.

Wydostaliśmy się z Empiku. Odetchnęłam z ulgą.

Rozdział trzeci

— A zatem kto pierwszy, Maja?

Wróciliśmy do naszego kochanego domu. Cieszyłam się, że wreszcie mogę odpocząć po nawale emocji dzisiejszego dnia. Byłam zmęczona i wyczerpana.

Siedzieliśmy wygodnie na kanapie, sącząc pomału gorące kakao. Jako że żadne z nas nie miało dziś głowy do gotowania, zamówiliśmy pizzę. Postanowiłam nie przejmować się, że przybędzie mi kilka nowych kilogramów. Na stole leżało pudełko z pizzą; w ciągu pół godziny wsunęliśmy po dwa kawałki. Nasze żołądki były rozkosznie pełne. Popijaliśmy posiłek gorącą czekoladą.

— Może ty. Być może twoi rodzicie łatwiej to przełkną.

— Tak sądzisz?

— Tak. Myślę, że tak.

Wojtek odstawił kubek i przysiadł po turecku na kanapie. W dłoniach mężczyzny dostrzegłam smartfona. Wojtek przez jakiś czas bawił się nim od niechcenia. Telefon wyślizgnął mu się z ręki, ale Wojtek schwytał go zręcznie w ostatniej chwili. Kurtyna złotych włosów opadała na twarz mojego przyszłego męża. Żałowałam, że nie mogę zobaczyć jej wyrazu.

— Jesteś pewna? — Wojtek spojrzał na mnie z ukosa. Wyglądał bardzo niewyraźnie.

— Musimy to zrobić. Śmiało, maleńki.

Wojtek przypatrzył się dokładnie dotykowemu ekranikowi. Stuknął kciukiem i włączył tryb głośnomówiący — tak, żebym moja słyszeć jego rozmowę z rodzicami.

Mama Wojtka odebrała po dwóch suchych sygnałach.

— Cześć, mamo — rzucił mężczyzna. — Jak się czujesz?

— Ja? Bardzo dobrze. A wy?

— Także. Mamo…

— Tak, synku?

— Mamy dla was dwie wiadomości. Dobrą i dobrą. Którą chcecie usłyszeć jako pierwszą?

Mama Wojtka zamilkła. Nie odzywała się tak długo, że Wojtek upewnił się, że się nie rozłączyła.

— Wojtek, co masz na myśli?

— Mamo… — zaczął Wojtek łamiącym się głosem. Mężczyzna cały się trząsł. — Mamo, Maja wprowadziła się do mnie. A za miesiąc z okładem bierzemy ślub cywilny.

Tym razem mama nie odpowiedziała nawet wtedy, gdy Wojtek ponownie upewnił się, czy go słucha. Moje serce gnało jak zwariowane. Bałam się, że lada moment wyskoczy mi przez gardło. Byłam tak podenerwowana, że zaczęłam skubać zębami skórki wokół paznokci. Zrobiło mi się nagle okrutnie zimno.

— Mamo, jesteś tam?

— Jestem — odparła bezbarwnym tonem. Po chwili dodała bardziej zdecydowanie: — Boże… Dlaczego o niczym nas nie powiadomiliście? Tadziu, słyszałeś? Wojtek i Maja biorą ślub!

— Co takiego? — usłyszeliśmy odległy, niemal niedosłyszalny głos taty Wojtka. — Dlaczego o niczym nam nie powiedzieli?

— Och, mamo, tato, przepraszamy was najmocniej — rzekł pojednawczo Wojtek. — Po prostu… obawialiśmy się waszej reakcji. Byliśmy pewni, że… że nasz pomysł się wam nie spodoba. Wybaczcie nam.

— Spodziewaliśmy się po was wszystkiego — kontynuowała mama. — Rozumiem, że… że jesteście zaręczeni? Kiedy bierzecie ślub?

— Tak, mamo, podarowałem Mai pierścionek, a ona się zgodziła. Ślub mamy za miesiąc.

— Wielkie nieba — wydyszała pani Teresa. Najwyraźniej wciąż nie mogła dojść do siebie. Nadal nie mogła przetrawić tego, o czym powiedział jej Wojtek. To był dla niej zbyt wielki szok… — Świat się kończy!

— Spokojnie, mamusiu. Dokładnie przemyśleliśmy tę decyzję. Pragniemy zostać małżeństwem. Chcemy zalegalizować nasz związek. Czy nie tego pragnęliście dla mnie?

— Tak, ale… to dzieje się tak szybko.

— Mamo, nie mamy na co czekać. Nie jesteśmy w stanie żyć bez siebie. Pragniemy zostać mężem i żoną. Maja mieszka u mnie od paru dni i uważamy, że jej przeprowadzka była trafnym pomysłem.

— Jak poradzicie sobie z przygotowaniami? Dlaczego bierzecie tylko ślub cywilny?

— Doskonale dajemy sobie radę. Na razie nie mamy ochoty na ślub kościelny. Cywilny w zupełności nam wystarczy.

Na linii ponownie zapanowała niemiła cisza. Tym razem Wojtek nie ponaglał mamy. Czekał, aż oswoi się z naszą cudowną wiadomością.

— Wojtek, Wojtek — przemówiła w końcu. — Nie spodziewaliśmy się po tobie takiego szaleństwa. Cóż… pozostaje nam życzyć wam wszystko dobrego.

Wojtek i ja odetchnęliśmy z ulgą. Poszło łatwiej, niż się spodziewaliśmy. Wymieniliśmy między sobą spojrzenia i szerokie uśmiechy.

— Dzięki, mamo, jesteś wielka — powiedział Wojtek. — Jest tylko mały problem. Czy ty i tata zostaniecie naszymi świadkami?

Tym razem mama zareagowała znacznie szybciej. Najwyraźniej powoli godziła się z naszą decyzją. Żałowałam okrutnie, że nie mogę widzieć wyrazu twarzy pani Teresy. Mojej przyszłej teściowej…

— Oczywiście, będziemy zaszczyceni, mogąc wam świadkować.

Nasze oczy — czarne i zielone — rozbłysły jeszcze intensywniejszym, jeszcze jaśniejszym blaskiem. Wojtek wyglądał tak, jakby wygrał darmową podróż dookoła świata. Ze mną u swojego boku, oczywiście.

Wojtek wymienił z mamą jeszcze kilka zdawkowych zdań, po czym zakończył połączenie.

Teatralnym gestem otarł czoło z kropelek potu.

Z wszechogarniającego szczęścia chciało mi się tańczyć. Tańczyć i mieć w nosie to, że nie mam kompletnie poczucia rytmu. Pragnęłam objąć i przytulić do serca cały świat. Wyjść z domu i obdarzać świetlistym uśmiechem napotkanych przypadkowo ludzi… Czułam się szczęśliwa. SZCZĘŚLIWA po tylu latach smutku, melancholii i zagubienia… Boże, co się stało, że zacząłeś obchodzić się ze mną tak łaskawie? Czy mój parszywy los wreszcie się do mnie uśmiechnął? Czym sobie zaskarbiłam tę jego nagłą łaskę? Może faktycznie musiałam przetrwać gwałtowną burzę, aby zobaczyć nad sobą najprawdziwszą tęczę? Może musiałam płakać, aby wreszcie się rozpogodzić?

— Czyli mamy już świadków — zauważył Wojtek. — Została jeszcze twoja mama. Jak myślisz, przyjmie to równie lekko jak rodzice?

— Myślę, że z moją rodzicielką może być nieco trudniej. Zagorzała z niej katoliczka. Będzie miała nam za złe, że nie bierzemy ślubu kościelnego. Może nie zrozumieć, że jest on nam kompletnie niepotrzebny…

— Musimy ją przekonać. Wspólnymi siłami.

Tym razem to ja sięgnęłam po telefon. Zawahałam się, zanim wybrałam z listy kontaktów numer mamy. Zerknęłam na Wojtka, jakbym szukała u niego wsparcia. Ten pogładził mnie czule po ramieniu.

— Uda ci się, maleńka.

W końcu stuknęłam kciukiem ikonkę zielonej słuchawki.

Jezu Chryste. Miałam wrażenie, że lada moment serce wyskoczy mi z piersi. Z trudem przełykałam ślinę, bo w moim gardle utworzyła się pokaźnych rozmiarów gula. Czułam, że z mojej twarzy odpłynęła cała krew. Przygryzałam wargi tak intensywnie, że poczułam na nich kropelkę krwi.

— Halo?

— Cześć, mamo — rzuciłam w stronę smartfona. Następnie, bez żadnego wstępu, bez ceregieli oznajmiłam: — Mamo, niebawem zostaniesz teściową.

Zapadła tak dobrze nam znana grobowa cisza. Spojrzałam ukradkiem na Wojtka. Był mocno spięty i najwyraźniej solidnie zestresowany, bo zaczął obgryzać swoje zazwyczaj zadbane paznokietki. Tym razem nie usiłował mnie pocieszać — sam był kłębkiem nerwów.

— Jesteś tam? — Chciałam się przekonać, że mama jest po drugiej stronie.

W końcu zabrała głos.

— Wy chyba postradaliście zmysły.

O kurczę. Wiedziałam, że tak będzie. Poczułam, jak stopniowo uchodzi ze mnie cała błogość i spokój. Mama skutecznie sprowadziła mnie na ziemię… I nie tylko mnie. Wojtek także sprawiał wrażenie skonfundowanego. Spoglądał na mnie z paniką w zielonych oczach.

— Nie, mamo — zripostowałam w końcu. — Jesteśmy dojrzałymi ludźmi i doskonale wiemy, czego pragniemy od życia.

Wiedziałam, że mój ton jest nieco niegrzeczny, ale nie miałam pojęcia, jak inaczej przemówić rodzicielce do rozumu.

— Nie mogę uwierzyć — ciągnęła mama. — Znacie się od zaledwie kilku dni! Maju, uważałam cię za rozsądną, odpowiedzialną dziewczynę.

Oj, będzie ciężko. Bardzo ciężko.

— Mamo, ja tylko chcę być szczęśliwa. Należy mi się szczęście po tylu latach samotności i cierpienia, prawda?

— Wy się praktycznie nie znacie…

— Ten tydzień nam w zupełności wystarczył. Nie cieszysz się szczęściem swojej córki? Sama przyznałaś, że Wojtek to cudowny mężczyzna. Dałaś nam swoje błogosławieństwo! Mamo, czy ty wiesz, czego chcesz?

Moja klatka piersiowa falowała intensywnie, jakbym pokonała biegiem przynajmniej pół kilometra. Poczułam, jak na moich policzkach wykwitają wypieki. Nie znosiłam sprzeczać się z mamą, ale czasem nie miałam innego wyjścia. Nie lubiłam gwałtownej wymiany zdań, ale momentami było to nieuniknione. Po wszystkim jednak prędko wyciągałam rękę na zgodę. Nie umiałam się długo gniewać. Nie znosiłam się dąsać i stroić fochów.

— Bierzecie ślub cywilny, tak? — drążyła temat mama. — Dlaczego nie kościelny?

Zamknęłam powieki i policzyłam do trzech.

— Uważamy, że cywilny w zupełności nam wystarczy.

— Kto pomoże wam w przygotowaniach do uroczystości? Nie mamy pieniędzy, aby wyprawić wesele…

— Mamo, postanowiliśmy, że nasz ślub będzie bardzo skromnym wydarzeniem. Chcemy zaprosić tylko ciebie i rodziców Wojtka. Planujemy zorganizować kameralny poczęstunek w którejś z restauracji. Jeśli chodzi o suknię ślubną… Nie mam ochoty na wymyślne tiule, haftowane gorsety czy welony. Poszukam jakiejś skromnej sukienki. Wojtek ma w zanadrzu kilka garniturów.

— Rodzicie Wojtka już wiedzą?

— Wiedzą. I są z tego powodu bardzo szczęśliwi. Cieszą się, że ich synowi w końcu poukładało się w życiu. Że znalazł kobietę, którą pokochał z wzajemnością.

— Kto zostanie waszymi świadkami?

— Rodzice Wojtka.

— Jesteście już zapisani w urzędzie?

— Przed chwilą stamtąd wróciliśmy.

Znajdowaliśmy się w niewesołej sytuacji. Mama nie dawała się przekonać… Niestety, należała do osób dość mocno upartych.

— Mamo, przyjdziesz na ślub swojej ukochanej córki? — Chwyciłam się ostatniej deski ratunku. — Niedługo wręczymy ci oficjalne zaproszenie.

Wyobrażałam sobie, jak mama kręci głową z dezaprobatą. Widziałam oczyma wyobraźni jej zaciśnięte usta i posiekane głębokimi bruzdami czoło. Mama zapewne bawiła się medalikiem z wizerunkiem Matki Boskiej.

— Oczywiście, że przyjdę — przemówiła z rezygnacją. — Wstyd byłoby postąpić inaczej. Cóż… — Mama najwyraźniej załamała ręce. — Wierzę, że pozostaniesz odpowiedzialną, rzetelną dziewczyną. Liczę na to, że ślub nie przeszkodzi ci w zdaniu matury. Studia są najważniejsze…

Studia są najważniejsze? Oj, mamo, jesteś w poważnym błędzie… Już dawno przestałam tak sądzić.

— Wojtek zatroszczy się o moją maturę — odparłam. — Pomoże mi ją zdać. W końcu został kardiologiem, prawda?

Świadomie nawiązałam do stopnia wykształcenia mojego mężczyzny. Wiedziałam, że mama lubi fakt, że Wojtek jest szanowanym lekarzem.

Mama połknęła haczyk.

— Cóż… Pozostaje mi wierzyć, że będziecie zgodnym, udanym małżeństwem.

Kiedy usłyszałam te słowa, poczułam cisnące się do oczu łzy. Wojtek także sprawiał wrażenie dogłębnie poruszonego.

— Kocham cię, mamo.

Porozmawiałam z nią jeszcze przez chwilę, po czym rozłączyłam się. Wojtek był tak szczęśliwy, że rwał się do tańca. Chwycił mnie w ramiona i zaczął wirować ze mną po przepastnym salonie.

— Jesteś szalony! — śmiałam się serdecznie.

— Szalony z miłości do ciebie — sprostował, bez trudu wywijając mną na lekko śliskim parkiecie.

Kiedy przeszedł nam pierwszy zryw szczęścia, lekko zadyszani opadliśmy z powrotem na kanapę. Kiedy Wojtek przysiadł, skuliłam się u jego boku i oparłam głowę o jego smukłe, twarde uda. Wojtek zaczął machinalnie przeczesywać palcami pasma moich mahoniowych włosów. Spodobała mi się ta pieszczota. Zamruczałam jak niewysterylizowana kotka. Kiedy Wojtek zanurzał palce w mojej grzywie, po plecach przebiegał mi przyjemny dreszcz. Czułam, jak pomału schodzę na ziemię i się odprężam. Byłam tak zmęczona wydarzeniami dzisiejszego dnia, że poczułam napływającą falę senności. Walczyłam jednak z opadającymi powiekami. Nie chciałam jeszcze iść spać. Był wprawdzie wieczór, ale nie miałam ochoty iść do łóżka.

— Maja — wypalił znienacka Wojtek. — Zapomnieliśmy o zaproszeniach i cateringu.

Słowa Wojtka podziałały na mnie jak chłodny prysznic. Dźwignęłam ciężką głowę z kolan Wojtka i usiadłam.

Wojtek wstał z kanapy. Wrócił po chwili z notebookiem w ramionach. Mężczyzna opadł na miejsce obok mnie (nasze uda i ramiona znalazły się niepokojąco blisko siebie) i położył komputer na stole. Wcisnął właściwy przycisk i uruchomił system.

Najpierw skoncentrowaliśmy się na poszukiwaniach zaproszeń. Postanowiliśmy poszukać na Allegro. Zabrało to nam naprawdę dużo czasu. Wciąż grymasiliśmy, nie mogąc się zdecydować. Wprawdzie nasz ślub miał być bardzo skromny, to chcieliśmy zadbać o przyzwoite zaproszenia.

Przewijaliśmy strony, przeglądając dziesiątki kartek o przeróżnych wzorach. Niestety, żadna nie chciała przypaść nam do gustu. Najwyraźniej byliśmy naprawdę wymagający.

W końcu się udało! Znaleźliśmy zaproszenia, które w miarę nam się spodobały. Zaproszenia po złożeniu przypominały niewielkie pudełko. Były bardzo oryginalne i dlatego zwróciliśmy na nie uwagę.

Spojrzeliśmy po sobie, aby nabrać pewności, że mamy podobny gust.

— Myślę, że te będą właściwe — orzekłam.

— Jestem identycznego zdania — skwitował Wojtek. — Zamawiamy?

— Zamawiamy.

— No, maleńka, zaproszenia mamy z głowy — skonstatował w podnieceniu Wojtek. — Teraz zajmijmy się cateringiem. Hm…

Mężczyzna pochylił się nad klawiaturą komputera i zręcznie wpisał w wyszukiwarkę „restauracje w Olsztynie”. Wyświetliła się strona z listą najprzedniejszych lokali w naszym mieście.

— Uch, sporo tego — spostrzegłam, przykładając palce do ust. — Na jaką się zdecydujemy?

Wojtek oddał się bez reszty wertowaniem menu poszczególnych restauracji. Od czasu do czasu mężczyzna drapał się po głowie, pobudzając swoje szare komórki do intensywnego myślenia.

— Chyba pozostaniemy przy „Cudnych Manowcach” — skwitował. — Oferowana przez nie lista dań jest naprawdę kusząca. Sama zobacz…

Wojtek przesunął komputer w moją stronę. Pochyliłam się nad monitorem.

— Faktycznie — mruknęłam, skubiąc palcami dolną wargę. — A więc na jaki poczęstunek się decydujemy?

Wojtek udał się na poszukiwania kawałka papieru i czegoś do pisania. Gdy wrócił, pochylił się nad kartką i zaczął bazgrolić.

— Niech będzie rosół z gęsi z domowymi zacierkami. Pierś z kaczki marynowana w czerwonym winie… Nie, to odpada, ty i twoja mama nie możecie pić alkoholu. A więc… zdecydujmy się na kurczaka zapiekanego z boczkiem i kozim serem, żurawinę z imbirem, kopytka gryczane i buraczki… Hm, czy to wystarczy? Moim zdaniem tak.

— Po raz setny się z tobą zgadzam — odparłam. — Aż ślinka mi pociekła, gdy sporządzałeś tę listę. Rodzice powinni być zadowoleni.

Wojtek jeszcze raz przeczytał listę dań, po czym sięgnął po smartfona. Znalazł na stronie internetowej numer restauracji, wystukał go na wyświetlaczu i przyłożył telefon do twarzy.

Udało się nam bez problemu zarezerwować przyjęcie dla pięciu osób. Wojtek podyktował listę wybranych przez nas potraw. Przytaknął parę razy do słuchawki, uśmiechnął się, podziękował. Kiedy się rozłączył, spojrzał na mnie. Pierwszy raz widziałam go tak ukontentowanym.

— Załatwione, maleńka — zaszczebiotał. — Możemy zapłacić przelewem. Parę dni przed przyjęciem musimy potwierdzić, że się pojawimy. — Wojtek uderzył otwartymi dłońmi w swoje lekko kościste kolana. — Co jeszcze mamy do zrobienia?

— Sukienka — odparłam natychmiast. — Sukienka ślubna.

— Ojej. — Wojtek zamarł. — Rozumiem, że nie marzy ci się wymyślna suknia ślubna. Oczywiście, stać nas na nią, ale… Sama mówiłaś, że nie przepadasz za tiulami, koronkami, welonami…

— Zgadza się. Wystarczy skromna, prosta sukienka. Myślę, że znajdę odpowiednią w Internecie. Jak się zapewne domyślasz, potrzebuję nieco większego rozmiaru…

— Aj, Maja, Maja — odparł Wojtek z naganą. — Nie wyolbrzymiaj siebie tak bardzo. Z pewnością znajdziesz ładną sukienkę w swoim rozmiarze. Sądziłem, że pomogłem ci pokonać kompleksy i uprzedzenia względem swojego ciała.

— Wybacz, słonko, nie chciałam cię denerwować. Bierzemy się za poszukiwania kiecki?

— Bierzemy, bierzemy.

Znów skupiliśmy się na przeglądaniu stron Allegro. Tym razem w oknie wyszukiwarki wpisaliśmy „sukienka w rozmiarze XL”. Ku mojemu niebotycznemu zdziwieniu, ukazała się dość długa lista. A więc istniały jeszcze inne kobiety o moim rozmiarze! Nie jestem legendą!

— Która ci się podoba? — zapytałam Wojtka.

— Żadna. Wolę oglądać cię bez tych fatałaszków — zażartował, łaskocząc mój bok. Odskoczyłam, osłaniając się przed nim, ale Wojtek postanowił się nade mną nie znęcać.

— Oj, żartowniś z ciebie — zachichotałam. — Pytam poważnie. W której kiecce chciałbyś mnie ujrzeć w dniu swojego ślubu?

— Hm… — Wojtek pochylił się nad monitorem. Ciało mężczyzny znalazło się tak blisko mnie, że przez grzbiet przetoczyły mi się rozkoszne ciarki. Przewijałam listę, a Wojtek oceniał kolejne sukienki.

— Hm, ta nie, jest zdecydowanie zbyt krótka. Ta też nie, nie podoba mi się ten ogromny dekolt. I ta nie, więcej odkrywa niż zakrywa.

— Słonko, jeśli będziesz tak grymasił, to będziemy szukać w nieskończoność.

— Dobrze, dobrze. Nie oburzaj się. Hm… O, ta jest całkiem względna.

Wojtek wymierzył długi, smukły palec w stronę zdjęcia z sukienką. Kiecka była całkiem biała, widniały na niej haftowane czerwone róże. Powinna sięgać do kolan. Dekolt był w miarę płytki. Ucieszyłam się, gdy zobaczyłam, że jest w moim rozmiarze.

— Bierzemy tę — oznajmił stanowczo Wojtek. — Myślę, że podczas ceremonii będę marzył, aby ją z ciebie zedrzeć.

— A tobie jak zwykle kosmate myśli w głowie — burknęłam, na próżno udając złość. — Jesteś doprawdy nienasycony.

— Lubię, gdy gasisz moje pragnienie — wyszeptał, całując mnie w szyję. Gdy poczułam na skórze jego oddech, moje podbrzusze drgnęło niespokojnie.

— Mieliśmy kupić mi ślubną sukienkę — powiedziałam, bezskutecznie usiłując się od niego odsunąć.

— Mmm, sukienka może poczekać. On nie. — Wojtek ujął mnie za rękę i przysunął ją do swojego podbrzusza. Tym razem nie chciałam jej cofnąć. Wybrzuszenie w spodniach mojego przyszłego męża podziałało stymulująco na moją fantazję…

Rozdział czwarty

Zmęczeni i zrelaksowani jednocześnie, leżeliśmy w naszym wielkim, wspólnym łóżku. Wciąż naga, wtulałam się w bok Wojtka, także nagiego. Kto by pomyślał, że ten cudowny mężczyzna zgodzi się zostać moim mężem? Majka, ty to jednak jesteś szczęściara…

— Maleńka… — mruknął Wojtek. Podniosłam głowę i zajrzałam w jego oczy. W zapadającym pośpiesznie półmroku miały ciemnozieloną barwę. Mimo ciemności widziałam w nich pogodny blask.

— Tak, słońce?

— Jeśli dobrze pamiętam… — Wojtek zamilkł na chwilę. Po krótkiej pauzie kontynuował: — Jeśli dobre zapamiętałem, to niebawem masz wizytę u psychiatry. Kiedy dokładnie?

O rety. Poczułam się, jakby ktoś wylał mi na głowę kubeł zimnej wody. Mój radosny nastrój prysnął jak ta sławetna bańka mydlana. Poczułam w sobie dojmującą pustkę, niepewność, strach… Pomimo że miałam cudowną panią doktor, wizyty wywoływały u mnie głęboki stres. Choć wiedziałam, że nic mi nie grozi z jej strony, to nie przepadałam za rozmowami z nią. Jak wszystkie rozmowy z nieznajomymi ludźmi, i ta działała na mnie mocno deprymująco. Może przy Wojtku nauczę się wreszcie pewności siebie? Może uda mu się mnie oswoić? Naprawdę się starałam polubić ludzi, luźne rozmowy z nimi… Nie ukrywam, że miałam czasem ochotę zobaczyć się z kimś, kto nie był Wojtkiem bądź moją mamą…

— W najbliższą środę — odparłam drętwo.

— Och. Czyli pojutrze. O której?

— O siedemnastej trzydzieści.

— Super. Kończę pracę o szesnastej. Wezmę taksówkę, to będę w domu o szesnastej dwadzieścia.

Po krótkiej pauzie mruknęłam:

— Dziękuję.

— Za co, maleńka?

— A za to, że mogę się tobą pochwalić mojej pani doktor. Będzie zachwycona, że wypełzłam wreszcie ze swojej skorupy.

— Nie wstydzisz się, że będę przysłuchiwał się waszej rozmowie?

— Absolutnie. Może… może dzięki tej wizycie dowiesz się o mnie wszystkiego…

Wojtek przytulił mnie jeszcze mocniej. Opuszkami palców wodził po moim nagim boku i plecach. Przeszywał mnie przyjemny dreszczyk.

— Majeczka, poznałem już dość dobrze twoją poczciwą duszyczkę. Wątpię, żeby coś jeszcze mogło mnie zaskoczyć.

— Mam nadzieję, że nie uciekniesz, gdzie pieprz rośnie.

— Donikąd się nie ruszam.

Przez kilka kolejnych minut przytulaliśmy się w milczeniu. Tym razem było to bardzo rozkoszne milczenie. Bez żadnych podtekstów, po prostu niewinne przytulanie. Wojtek wplatał palce w moje rozwichrzone włosy. W odpowiedzi przesuwałam dłoń po jego gładkim, przyjemnie ciepłym torsie.

Nagle Wojtek znieruchomiał. Cofnął nagle ręce i prawą dłonią uderzył się w czoło.

— Majka, przecież my zapomnieliśmy o twoich lekcjach! — krzyknął. — Nie poszłaś dziś do szkoły! Jak mogliśmy o tym zapomnieć?!

O rety. Wiedziałam, że Wojtek wkrótce sobie o tym przypomni. Ja byłam świadoma, że po raz kolejny udałam się na wagary. O niczym jednak nie powiedziałam Wojtkowi. Nie chciałam psuć nam cudownej atmosfery i idealnych nastrojów. Czekałam, aż Wojtek zda sobie z tego sprawę…

— Oj tam, oj tam — rzuciłam. Chcąc udobruchać mojego mężczyznę, zbliżyłam się do niego. On jednak nie zamierzał kontynuować pieszczot. Gdy mnie odtrącił, zrobiło mi się bardzo przykro.

— „Oj tam, oj tam”? — Kurczę, Wojtek był naprawdę zdenerwowany. — Twoja mama mnie zabije, jeśli przeze mnie oblejesz maturę! Maju — dodał już nieco łagodniej — proszę, idź jutro na zajęcia. Uważaj tylko, żeby twoje rówieśniczki nie dostrzegły pierścionka…

— Z pierścionka będę bardzo dumna. — Usiłowałam odwrócić uwagę Wojtka od tematu szkoły.

— Maja, jutro wybierasz się na zajęcia, czy tego chcesz, czy nie. Przynajmniej nie będziesz się nudzić. Jutro pracuję od rana do wieczora.

Przewróciłam ostentacyjnie oczami, jakbym szukała wsparcia u opatrzności.

— Dobra, dobra — skapitulowałam. — Ale prac domowych już raczej nie zdążę odrobić.

Wojtek z trudem zaczerpnął powietrza. Pokręcił głową z jawną kontestacją.

— Co ja narobiłem — jęknął.

Usiłowałam ponownie go przytulić, ale Wojtek wymknął się moim objęciom i położył na wznak.

— Gdyby nie naciski mamy, rzuciłabym szkołę już dawno temu — mruknęłam kwaśno.

Wojtek spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy w życiu.

— Musisz się uczyć, Maja — rzekł łagodnie, lecz z powagą. — Zrób to dla mnie.

Stęknęłam bardzo, bardzo ciężko. Z tego Wojtka był jednak spory uparciuch!

— Dobrze — odparłam w stronę pokrytego cieniem sufitu. — Zrobię to. Ale tylko i wyłącznie dla ciebie.

— Dzięki — burknął mój przyszły mąż. Po sekundzie dodał, nieco lżej: — Chciałbym mieć wykształconą żonkę. Może jesteś innego zdania, ale studia naprawdę się przydają.

Zasznurowałam usta. Nie chciałam ciągnąć dłużej tego tematu. Nie, nie teraz, kiedy jesteśmy tak bardzo szczęśliwi!

— Jaki obiadek ci jutro przygotować? — usiłowałam wziąć Wojtka pod włos.

— Nie odwracaj mojej uwagi, mała — wymamrotał. — Ale chętnie zjadłbym poczciwego schaboszczaka, ziemniaczki i kapustkę. Lata ich nie jadłem, choć mój żołądek za nimi przepada.

— Załatwione. Obiecałam, że będzie ze mnie przednia narzeczona. A za miesiąc żona.

— Och, słodka. — Wojtek przewrócił się na lewy bok i spojrzał w końcu na mnie. — Masz w sobie coś takiego, co nie pozwala mi się na ciebie dłużej gniewać.

Długo zastanawiałam się nad odpowiedzią. W końcu otworzyłam usta i zaczęłam recytować z pamięci: — „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje”.

Wojtek spojrzał na mnie z mieszaniną zaskoczenia i zachwytu.

— O! — zakrzyknął. — Znasz na pamięć „Hymn do miłości”? Uwielbiam go. Kocham cię, złotko, wiesz już o tym? Jesteś wprost niesamowita.

— Lubię cię zaskakiwać, słońce — zripostowałam, pocierając palcem czubek haczykowatego nosa Wojtka. — Podobnie jak ty mnie.

Rozdział piąty

Zarówno we wtorek, jak i w środę grzecznie udałam się na zajęcia. We wtorek mi się upiekło, bo nauczyciele nie sprawdzali prac domowych, nie przepytywali ani nie zrobili niezapowiedzianych kartkówek. Nieco trudniej było w środę — nauczyciel od chemii wziął mnie do odpowiedzi. Opatrzność musiała nade mną czuwać, bo udało mi się powiedzieć coś sensownego i dostać czwórkę z drobnym minusem, jak to określił profesor. Przez resztę lekcji zdołałam jakoś przebrnąć.

Mój nastrój nieco się obniżył. Owszem, wciąż byłam cała w skowronkach, ale perspektywa wizyty u psychiatry działała na mnie trzeźwiąco i sprowadzała brutalnie na ziemię. Wojtek z całych sił podnosił mnie na duchu. Wciąż powtarzał, że będę miała okazję, by się nim pochwalić. Moja doktor będzie zadowolona, gdy oznajmię jej, że się zaręczyłam i niebawem biorę ślub. Lekarce na pewno to się spodoba i zanotuje ten fakt w mojej historii choroby. Podjęłam bowiem w swoim życiu poważny krok, godny osoby zdrowej psychicznie. Choć wprawdzie Wojtek nie znał jeszcze mojej pani doktor, to był przekonany, że zauważy we mnie tę poważną zmianę, ten odważny krok w przyszłość.

Mimo to we wtorkowy wieczór nie potrafiłam skupić się na pracach domowych. Kiedy z rezygnacją odkładałam długopis i twierdziłam, że nic z tego nie będzie, Wojtek podchodził do mnie i przytulał mnie. Jego dotyk działał na mnie jak kojący balsam.

— Majeczka, taka wizyta trwa około pół godziny — przemawiał łagodnie. — Wkrótce będzie po bólu. Pomyśl sobie, jaka szczęśliwa będziesz, gdy po wszystkim wyjdziemy z gabinetu, a kolejna wizyta będzie za trzy miesiące. Za trzy miesiące będziesz już mężatką, wiesz?

Jego próby pocieszenia mnie poprawiały mój nastrój na bardzo krótko. Podniosłam z podłogi długopis i walczyłam dalej z wyjątkowo pokręconym zadaniem z matmy.

O dwudziestej pierwszej skończyłam.

— Odrobiłaś wszystkie lekcje? — upewnił się Wojtek.

— Tak — odparłam zgodnie z prawdą. — Wszyściutkie.

— Grzeczna żonka — zagruchał, całując mnie w czubek głowy.

Niestety, w nocy nie mogłam spać. Przekręcałam się z boku na bok, mając nadzieję, że fala senności wkrótce nadejdzie. Wierciłam się, lecz sen nie chciał przyjść. Wojtek za to drzemał w najlepsze. Byłam pewna, że śpi, bo jego klatka piersiowa unosiła się i opadała powoli i miarowo. Kiedy położyłam ostrożnie rękę na jego ramieniu, Wojtek się nie poruszył. Nawet nie mruknął; musiał spać naprawdę twardo.

Wciąż siłowałam się z bezsennością. Kiedy stwierdziłam, że jest już prawie druga w nocy, postanowiłam wstać. Dalsza walka ze snem nie miała najmniejszego sensu. Wyślizgnęłam się spośród pościeli i przysiadłam na krawędzi łóżka. Czułam się lekko nieprzytomna. Mój mózg był nieprzyjemnie odrętwiały — obawiałam się, że nie będzie chciał współpracować ze mną w czasie lekcji i wizyty. Pomyślałam, że mocna kawa powinna mi choć trochę pomóc.

Powłócząc nogami, udałam się w stronę garderoby. Wojtek zrobił w niej miejsce dla moich fatałaszków. Zdjęłam z półki pierwszy lepszy sweter i przypadkowe dżinsy. Następnie podążyłam do kuchni, by zaparzyć kawę. Czekając, aż woda się zagotuje, wyjrzałam przez kuchenne okno. Noc trwała w najlepsze. Do świtu pozostało kilka godzin. Wojtek najwyraźniej kimał dalej, bo z sypialni nie dochodził żaden dźwięk.

Z parującym kubkiem w dłoni usiadłam do stołu, plecami do wyjścia. Myślenie przychodziło mi z niemałym trudem. Myśli nie chciały układać się w logiczne zdania, pierzchały we wszystkie strony. Bałam się, czy uda mi się przetrwać dzisiejszy dzień w takim stanie. Cóż, jednak nie miałam innego wyjścia. Musiałam udać się na zajęcia, a potem do lekarza.

Zaczekałam, aż kawa nieco wystygnie. Pociągnęłam drobnego łyczka. Kiedy gorąca struga popłynęła wzdłuż przełyku, poczułam rozchodzące się po ciele rozkosze, pobudzające ciepło.

Zaproszenia. I moja ślubna sukienka. Nie mogłam się doczekać, aż przyjdą paczki. Miałam nadzieję, że któreś z nas będzie obecne w domu, by je odebrać. Na szczęście, kurier miał numer telefonu Wojtka i przed dostarczeniem przesyłek powinien się z nami skontaktować. Rety, z niecierpliwością czekałam, aż zobaczę zaproszenia i przymierzę sukienkę. Wojtek powinien być wniebowzięty. Oczywiście, zakładałam, że zmieszczę się w kieckę bez problemu…

Lada moment zostaniesz mężatką, Majka! A to ci heca! Kto by pomyślał, że taka smutna, zagubiona, nieodważna dziewoja zdecyduje się na ślub z mężczyzną, którego zna od niecałych dwóch tygodni? Z mężczyzną sporo od siebie starszym? Twój świat zdecydowanie stanął na głowie, burczał mój wewnętrzny głos. Już nie jesteś tą zagorzałą pustelniczką, która ucieka przed ludźmi i zaciekle broni swojego wewnętrznego świata. Znalazł się wreszcie ktoś, dla kogo udostępniłaś odrobinę terytorium swojego serca. Dla kogo z własnej woli postanowiłaś się zmienić. Dlaczego akurat Wojtek? Nie mogłam przestać zadawać sobie tego właśnie pytania. Hm… Może dlatego, że był taki czuły i wrażliwy? Dlatego, że pragnął się mną opiekować, troszczyć o mnie? Może… a może dlatego, że nie zrobiła na nim wrażenia moja ponura historia? Wojtek chciał mnie kochać bezwzględnie. Kompletnie bezwarunkowo, nie oczekując nic w zamian. Czy to nie piękne, Majka? Byłabyś skończoną idiotką, gdybyś zostawiła tak cudownego faceta. Drugiego takiego już nie znajdziesz, możesz być tego pewna. Kuj żelazo, póki gorące!

Mogłabym tak dumać w nieskończoność, kiedy ktoś od tyłu zakrył mi oczy.

Poderwałam się jak oparzona, prawie przewracając kubek z kawą.

To był Wojtek, oczywiście. I do tego roześmiany od ucha do ucha.

— Maleńka, dlaczego nie śpisz? — zapytał, siadając naprzeciwko mnie. — Jest trzecia nad ranem.

— Tobie mogę zadać to samo pytanie — odgryzłam się.

— Zobaczyłem, że nie ma cię w naszym łóżku i postanowiłem cię odnaleźć.

— A mnie najwyraźniej dopadła bezsenność.

Wojtek położył swoją dłoń na mojej, spoczywającej na blacie stołu.

— Aż tak się boisz tej wizyty? — odgadł.

— Mhm.

— Oj, Maja, bo to pierwszy raz idziesz do lekarza…

Postanowiłam być z nim szczera.

— Ale po raz pierwszy ktoś mi będzie towarzyszył.

Wojtek zachował się tak, jakbym go dość mocno uraziła.

— Okej, Majka — mruknął, puszczając moją rękę i krzyżując ramiona na piersi. — Jeśli to jest powodem twojego lęku, to mogę zostać w domu.

Kurczę, nie taki skutek chciałam osiągnąć!

— Nie, nie! — krzyknęłam. — Chcę, naprawdę chcę iść tam z tobą. Po prostu… Dopadła mnie trema. Nie lubię uzewnętrzniać się przed nieznajomymi ludźmi. Lubię moją panią doktor, ale podczas wizyt u niej serce wali mi jak oszalałe.

— Oj, słodka. — Wojtek dał się udobruchać. Ponownie ujął mnie za rękę. — Przecież twoja doktorka nie wyrządzi ci krzywdy. Dlaczego boisz się ludzi, którzy są wobec ciebie życzliwi? Dlaczego odpychasz ich od siebie, jakby byli niebezpieczni i stanowili zagrożenie?

Słowa Wojtka sprawiły, że zamyśliłam się.

— Słonko, ja nad tym nie panuję — wydukałam, wodząc palcem po wzrokach na blacie stołu. — Moje lęki są silniejsze ode mnie.

— To smutne, że głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości — zacytował mój przyszły mąż. — Musisz nabrać wiary w siebie, maleńka. Inaczej zginiesz w tej dżungli. Przepadniesz z kretesem.

— Pomożesz mi w tym? — Oderwałam wzrok od wzorków.

— Oczywiście.

Poczułam, jak szczypią mnie policzki.

— Dziękuję — wybąkałam, z lękiem zaglądając do szmaragdowych otchłani spojrzenia Wojtka.

— Dziękujesz mi? — zdziwił się mężczyzna. — To ja powinienem dziękować tobie.

Próbowałam się uśmiechnąć, ale jedynie skrzywiłam się kwaśno.

— Jesteś dla mnie zbyt dobry.

— Pragnę być dla ciebie zbyt dobry. — Wojtek nie zamierzał się poddawać. — To sprawia mi przyjemność. Zasługujesz na to.

Zostawiłam to bez komentarza. Postanowiłam zmienić temat.

— Słonko, nie wracasz do łóżka?

— Chyba już nie uda mi się zasnąć. Pozwolisz, że napiję się kawki razem z tobą?

— Śmiało. Zaparzyć ci?

— Spokojnie, dam sobie radę.

Parę minut później Wojtek ponownie zasiadł naprzeciwko mnie. Dłońmi otaczał parujący kubek kawy. Mężczyzna znienacka przemówił.

— Maja, to kiedy wybieramy się do galerii? Musimy kupić ci parę ciuszków. To, co w tej chwili nosisz, woła o pomstę do nieba. Babcie mają bardziej wyrafinowany gust.

Poczułam się zaambarasowana.

— Wojtku, dobrze wiesz, że nie mam pieniędzy i… — Chciałam dodać coś więcej, ale Wojtek położył mi dłoń na ustach.

— Majka, przecież wiesz, że nie musisz się o to martwić — przemówił. Na dnie jego głosu usłyszałam irytację. — Pragnę o ciebie dbać. Wystarczy, jak będziesz odwzajemniać się miłością.

Kiedy powstrzymałam się od riposty, Wojtek ciągnął dalej.

— Może być sobota?

Przewróciłam wymownie oczami, prosząc Boga o cierpliwość.

— Niech będzie.


***


Zajęcia minęły w zastraszającym tempie. Po raz pierwszy w życiu pragnęłam, by się dłużyły. Na samą myśl o wizycie u psychiatry coś nieprzyjemnie ciężkiego i zimnego opadało mi na żołądek. Usiłowałam skupić się na lekcjach, by choć przez chwilę nie myśleć o dzisiejszym popołudniu.

Na szczęście, dziewczyny z klasy najwyraźniej przetrawiły już fakt, że znalazłam sobie faceta. Skończyły się przykre docinki, nieprzyjemne uwagi, ironiczne spojrzenia. Już prawie nikt nie pokazywał mnie palcem i ostentacyjnie komentował. Owszem, Hanka i jej przyjaciółki wciąż zerkały na mnie z zazdrością, ale ja postanowiłam mieć je w głębokim poważaniu. W spokoju mogłam przejść korytarzem, nie zwracając na siebie niezdrowej uwagi. Wojtek po raz kolejny miał rację — ludzie uspokoją się, gdy sensacja wokół nas lekko się wyciszy. Tak też się stało. Moi rówieśnicy najwyraźniej zrozumieli, że w ten sposób mi nie dopieką.

Oczywiście, na czas lekcji zsuwałam pierścionek zaręczynowy z palca i wieszałam na złotym łańcuszku. Gdyby ktoś go zauważył, powstałby nowy temat do plotek i niemiłych przytyków. Fakt, że jestem zaręczona i lada moment biorę ślub, postanowiłam pozostawić w tajemnicy. Po lekcjach jak najprędzej zdejmowałam pierścionek z łańcuszka i wsuwałam sobie na palec.

Do domu wróciłam autobusem. Oczywiście, teraz korzystałam z autobusu, który zatrzymywał się na osiedlu mojego nowego domu. Teraz moja podróż ze szkoły do domu trwała o wiele dłużej, bo nasz apartament znajdował się na obrzeżach Olsztyna.

Kiedy otworzyłam drzwi mieszkania (Wojtek wręczył mi drugą parę kluczy), stwierdziłam, że Wojtka jeszcze nie ma. Wiedziałam jednak, że zamierza się niedługo pojawić. Zsunęłam ze stóp trampki i cisnęłam na pobliski stołek torebkę. Postanowiłam coś przekąsić, bo rano zjadłam jedynie pół kanapki z serem żółtym i polędwicą (kiedy czuję się niewyspana, tracę apetyt). Zasiadłam do kuchennego stołu z miską pełną płatków. Zrobiłam też sobie kawę, aby jakoś przetrwać do nocy.

Kiedy kończyłam pomału mój posiłek, usłyszałam szczęk klucza w zamku.

Wrócił Wojtek.

Błyskawicznie odprężyłam się i wyciszyłam.

— Cześć, skarbie! — zawołał Wojtek z korytarza. — Gdzie jesteś?!

— W kuchni! — odkrzyknęłam.

Chwilę później ujrzałam go w pełnej krasie. Sam jego widok podziałał na mnie kojąco.

— Smacznego — zagaił mężczyzna, gdy spostrzegł miskę musli w moich objęciach. Podszedł do kuchenki. — Jak ci mija dzień, maleńka? Jest w tym domu coś do jedzenia?

O rety. Byłam tak bardzo zdenerwowana, że zapomniałam ugotować obiad.

— Spokojnie, nie gniewam się — odparł moim myślom Wojtek. — Rozumiem, że jesteś mocno zaniepokojona.

Mimo wszystko czułam potężne wyrzuty sumienia, że Wojtek prawdopodobnie nie jadł nic od rana…

— Wybacz mi. Kompletnie wyleciało mi to z głowy. Słowo honoru, że jutro przygotuję naleśniki z twarogiem. Mama twierdzi, że jestem mistrzynią w przygotowywaniu naleśników.

— Och, naleśniki — mruknął Wojtek, znacząco oblizując wargi. — Uwielbiam naleśniki.

Sięgnął po miskę, mleko i paczkę płatków. Najwyżej planował zjeść to samo, co ja. Wkrótce zasiadł naprzeciwko mnie i oddał się posiłkowi.

— Jak tam w pracy? — zapytałam, obserwując posilającego się Wojtka.

— Nic szczególnego — odparł z buzią pełną płatków i mleka. — Pomogłem kilkunastu chorym sercom. A co u ciebie, słodka?

Odsunęłam od siebie pustą miskę. Nie zostawiłam w niej ani jednego płatka czy kropli mleka.

— Pierwszy raz w życiu nie czekałam na koniec lekcji.

— Nie martw się, Maju — odpowiedział Wojtek, wkładając sobie łyżkę do ust. — Niedługo będzie już po wszystkim.

— Dziękuję, że będziesz przy mnie.

— Ależ to żaden kłopot. Pragnę towarzyszyć ci w każdym momencie życia.

— Jesteś cudowny — przymiliłam się. — Wspominałam już, jak bardzo cię kocham?

Rozdział szósty

Zatrzymaliśmy się przed gmachem, w którym znajdował się gabinet psychiatryczny. Kiedy wydostaliśmy się z taksówki, poczułam na skórze nieprzyjemne mrowienie. Dostałam gęsiej skórki, choć nie było wcale tak zimno.

— No chodź, malutka, zaraz będzie po krzyku. — Wojtek wyciągnął ku mnie rękę. Ujęłam ją i pozwoliłam mu się prowadzić.

Z ogromnym trudem wspięłam się po wielkich, marmurowych schodach na drugie piętro. Dostałam przy tym potężnej zadyszki. Nie wiedziałam jednak do końca, czy z powodu mojej kiepskiej kondycji, czy panicznego strachu, który mnie nagle obezwładnił…

Kiedy wtoczyliśmy się na drugie piętro, ruszyliśmy korytarzem. Echo naszych kroków obijało się o kamienne ściany. Oddychałam tak niespokojnie, że bałam się, że lada moment dostanę hiperwentylacji. Zaczęłam się trząść jak podczas wysokiej gorączki. Poważnie się martwiłam, że lada moment serce wyskoczy mi z piersi i popędzi w dal, z dala od tego miejsca…

Dotarliśmy na sam koniec korytarza, bo tam znajdowały się drzwi prowadzące do gabinetu doktorki. Skonstatowałam, że u wejścia, na prostych, drewnianych krzesłach siedzą dwie osoby.

Jedną z nich był mężczyzna. Sprawiał wrażenie przysadzistego i dość niskiego. Jego siwiejące włosy były mocno przerzedzone na czubku głowy. Mężczyzna krzyżował ręce na piersi, nogi miał podwinięte pod krzesło. Kiedy mruknęliśmy nieco puste, odruchowe „dzień dobry”, facet rzucił nam nieufne spojrzenie i warknął w odpowiedzi. Kiedy bliżej mu się przyjrzałam, stwierdziłam, że nie ma widocznych oznak choroby. Byłam niezmiernie ciekawa, co dolega nieznajomemu… Nie przypominał schizofrenika… Może dręczyła go depresja? Albo stany lękowe? Mogłam tylko zgadywać…

Obok nabzdyczonego mężczyzny siedziała młoda dziewczyna. Prawdopodobnie była w moim wieku. Kiedy się z nią przywitaliśmy, spojrzała nas ze strachem w orzechowych oczach. Próbowała coś powiedzieć, poruszyła nawet bezgłośnie ustami… Niestety, ostatecznie nie zareagowała. Przeraziła się jeszcze bardziej — wcisnęła głowę między uniesione barki, zgarbiła się, czubki butów skierowała ku sobie. Dziewczyna zainteresowała się nagle stanem swoich paznokci. Sprawiała wrażenie, jakby za wszelką cenę chciała zapaść się pod ziemię. Przestać istnieć… Postawa mojej rówieśniczki zdradzała jej przepastną niepewność i panikę.

— O której macie państwo wizytę? — zwrócił się Wojtek do oczekujących.

— Ja o szesnastej pięćdziesiąt — warknął mężczyzna, wciąż krzyżując ręce. — Jest małe opóźnienie.

Zastraszona dziewczyna nie powiedziała nic. Nawet nie podniosła głowy.

— Cóż — wetchnął Wojtek. — Nie mamy innego wyjścia, jak zaczekać. Siadasz, maleńka?

W poczekalni znajdowało się jeszcze jedno wolne krzesło. Skonstatowałam, że prezentuje się bardzo niepewnie. Bałam się, że nie wytrzyma pod moim ciężarem…

— Nie, postoję — odmruknęłam.

Wojtek zacisnął z niechęcią wargi i zmarszczył brwi, ale nie skwitował mojej odpowiedzi.

Niestety, opóźnienie było dość pokaźne. Musieliśmy czekać aż godzinę na naszą kolej.

Do gabinetu wszedł najpierw otyły, niesympatyczny mężczyzna. Siedział w środku blisko pół godziny. Trawiła mnie ciekawość, o czym rozmawia z doktorką przez tyle czasu. Trzydzieści minut później drzwi do gabinetu otworzyły się na całą szerokość. Wytoczył się zza nich ponury gość. Otaksował nas nieprzyjaznym wzrokiem, rzucił kwaśne „do widzenia”, po czym ruszył wzdłuż korytarza, ku schodom prowadzącym na parter.

W następnej kolejności do gabinetu wkroczyła zaszczuta kobieta. Konsekwentnie unikała naszego spojrzenia. Ze zwieszoną głową zniknęła za drzwiami, które zatrzasnęły się za nią głośno.

Mój niepokój przybierał na sile. Byłam wystraszona do tego stopnia, że zaczęłam dreptać w miejscu. Przestępowałam z nogi na nogę, błąkałam się wzdłuż korytarza. Wojtek stał ze skrzyżowanymi ramionami i przyglądał mi się bez zmrużenia oka. Jego przystojne, jak zawsze zachwycające oblicze nie zdradzało żadnych emocji. Czyżby Wojtek także się niepokoił? Może tylko zręcznie maskował swoje zdenerwowanie? Być może także trawiła go trema? Mogłam tylko spekulować…

— Powiedz coś, skarbie — wyszeptałam. — Podnieś mnie na duchu, proszę.

Wojtek zagryzł wargę.

— Kocham cię, maleńka. Nigdy o tym nie zapominaj — odpowiedział niskim głosem. — Ani na chwilę.

Zamierzałam coś powiedzieć, ale drzwi do gabinetu nagle się otworzyły. Wyszła zza nich spanikowana dziewczyna. Ruszyła ku wyjściu, nie patrząc na nas i nie rzucając choćby oschłego „do widzenia”. Cóż za intrygująca istota… Czy ja do niedawna też tak wyglądałam?

Zanim wkroczyliśmy do wnętrza gabinetu, po raz ostatni spojrzałam na Wojtka. Zerknęłam na niego tak, jakbym widziała w nim ostatnią deskę ratunku.

— Spokojnie, nie idziesz na szafot — szepnął niemal niedosłyszalnie. — Śmiało.

Wojtek położył mi rękę na plecach i łagodnie skierował ku drzwiom.

Kiedy przekroczyliśmy próg, moje serce usiłowało wydostać się z piersi.

Gabinet był urządzony bardzo skromnie. Jego centrum zajmowało niewielkie, proste biurko z jasnego drewna. Przed biurkiem stały dwa wygodne krzesła. Za biurkiem siedziała moja doktorka. Na mój widok uśmiechnęła się promiennie. Gdy dostrzegła wchodzącego za mną Wojtka, sprawiła wrażenie osłupiałej.

— Czy mogę wejść z narzeczonym? — zapytałam. Brakowało mi tchu, cała się trzęsłam.

— Z narzeczonym? Och, tak, zapraszam.

Podeszliśmy do krzeseł. Osunęliśmy się na nie. Moje serce biło jak oszalałe. W pokoju było tak cicho, że słyszałam, że Wojtek oddycha z niemałym trudem. Skonstatowałam, że jego trójkątna szczęka nerwowo podryguje. Wojtek najwyraźniej również mocno się denerwował, tylko nie dawał tego po sobie poznać…

Kiedy zajęliśmy miejsca, przez moment panowała konsternująca cisza. Doktorka zdjęła z półki moją kartę choroby. Gdy lekarka zajęła ponownie miejsce za biurkiem, położyła na blacie splecione dłonie i pochyliła się w naszą stronę.

— Witaj, Maju — obdarzyła mnie przyjaznym spojrzeniem. — Widzę, że nie jesteś dziś sama.

Zerknęłam na Wojtka. W końcu przemówiłam niepewnym, drżącym głosem. Bałam się, że stracę nad nim kontrolę i w gabinecie zapadnie niemiłe milczenie…

— Nie denerwuj się — pokrzepiła mnie ciepłym słowem doktorka. — Jeśli potrzebujesz chwili do namysłu, to się nie martw. Mamy czas.

Poczułam względem psychiatry przypływ wdzięczności. Pomalutku oswajałam się z sytuacją. Splecione na moim podołku dłonie przestawały drżeć. Wydawało mi się, że odzyskuję kontrolę nad głosem.

— Chciałam przedstawić pani doktor mojego narzeczonego — wybełkotałam wreszcie, jąkając się.

Wojtek, najwyraźniej chcąc mi pomóc, podniósł się i wyciągnął rękę ku doktorce.

— Wojtek, Wojtek Baranowski — przedstawił się, wymieniając uścisk dłoni z lekarką. — Tak jak powiedziała Maja, jestem jej narzeczonym. A za miesiąc z okładem — mężem.

Pani doktor zdziwiła się niebotycznie. Zaczęła obracać w palcach długopis. Bawiła się nim przez chwilę, jakby usiłowała uwierzyć w to, co się dzieje w jej gabinecie.

— Mężem? — zapytała wreszcie. — Bierzesz ślub, Maju?

— Tak. — Zareagowałam już nieco pewniej. — Dziesiątego listopada.

Kobieta sprawiała wrażenie zaszokowanej.

— Od jakiego czasu się znacie?

To było jedno z najtrudniejszych pytań, jakie mogłam dziś usłyszeć…

— Od przeszło dwóch tygodni — wymamrotałam w stronę podłogi.

— Dwóch tygodni. — Doktorka przyswoiła te słowa. — To bardzo króciutko, Maju. Czy… czy jesteś pewna, że postępujesz właściwie? Oczywiście, nie zamierzam ci tego wyperswadowywać. To bardzo pocieszające, że wreszcie nie jesteś sama. To cudownie, że w końcu odnalazłaś uczucie. Wiesz jednak, że to także ogromna odpowiedzialność? I równie wielkie poświęcenie. Czy na pewno dasz sobie radę?

— Jestem tego świadoma — odpowiedziałam grzecznie. — Kocham Wojtka i… chcę dzielić z nim przyszłość. Wojtek wie o mojej przypadłości, opowiedziałam mu o wszystkim ze szczegółami. Zdziwiłam się, że nie odstraszyłam go tym od siebie.

— Zaręczyny, ślub… Hm… Pewnie w swoim czasie będziecie starać się o dziecko. Czy poradzisz sobie z rolą matki? To nie lada sztuka…

Doktorka mówiłaby dalej, ale Wojtek wszedł jej w słowo. Uczynił to lekko niegrzecznie.

— Proszę pani, nic z tego. Jestem bezpłodny. Przeszedłem odpowiednie badania. To przesądzone.

Doktorka zdjęła z nosa okulary i przetarła je brzegiem bluzki. Najwyraźniej chciała zyskać na czasie. W końcu ponownie spojrzała na nas.

— Bardzo mi przykro — zwróciła się do Wojtka. — Przepraszam. Bardzo panu współczuję.

Wojtek nie odpowiedział. Zagryzł wargi tak mocno, że utworzyły smętną linię. Pochylił się do przodu i skrzyżował nogi pod krzesłem. Najwyraźniej poczuł się dotknięty nieprzemyślanymi słowami doktorki.

— To dla mnie żaden problem — zabrałam głos. — Jak pani doktor już dobrze wie, nie chcę mieć dzieci. To zbyt wielkie dla mnie wyzwanie. No i… musiałabym odstawić proszki, jeśli chciałabym zajść w ciążę. A do tego nie możemy dopuścić, prawda?

Doktorka odłożyła długopis, nad którym znęcała się od kilku minut.

— Szanuję twoją decyzję, Maju. Oznacza ona, że jesteś bardzo odpowiedzialną kobietą. — Westchnęła ciężko. — Mam nadzieję, że wiesz, komu powinnaś ufać, a wobec kogo zachowywać dystans. Jesteś mądrą, błyskotliwą, dowcipną dziewczyną…

— Jestem pewna — odparłam zdecydowanie. Cała trema znikła bez śladu. Poczułam się niemal jak u siebie w domu.

Lekarka zastanawiała się przed chwilę nad kolejnym pytaniem.

— Maju, a jak tam trochę bardziej przyziemne rzeczy? Mam na myśli twoje „głosy” i stan ducha…

— Od kiedy poznałam Wojtka, „głosy” nieco się wyciszyły. Mój nastrój też jest w miarę stabilny. Owszem, chwilami czuję się zagubiona i bez powodu smutna, ale… Zdążyłam się z tym oswoić. Jakoś sobie z tym radzę. Pomijając „głosy” i emocjonalną huśtawkę, mam się naprawdę dobrze. Wojtek może to potwierdzić. Prawda, Wojtku? Od jakiegoś czasu marudzę nieco rzadziej niż zwykle.

— Uhm. Czyli nie dzieje się nic niepokojącego? Mam tu na myśli niebezpieczne myśli i zamiary…

— Pani doktor ma na myśli myśli samobójcze i samookaleczanie? Nie, nie mam z tym problemu.

Otwarcie spojrzałam w twarz doktorce. Pewnością siebie chciałam ją utwierdzić w przekonaniu, że nie kłamię.

Nagle psychiatra zmieniła temat naszej dyskusji.

— Planujecie huczne wesele? Jak sobie poradzisz w takim tłumie gości?

— Zamierzamy wziąć bardzo skromny ślub. Zaprosimy tylko naszych rodziców. Po uroczystości zapraszamy ich na kameralny poczęstunek w restauracji.

— Rozumiem. — Doktorka wzięła długopis do ręki i zanotowała coś w mojej historii choroby. Niestety, bazgroliła tak nieczytelnie, że nie mogłam odszyfrować tego, co zapisuje.

— Kiedy planujesz przeprowadzić się do narzeczonego?

O rety. Kolejne dotkliwe pytanie.

— Już to zrobiłam. Zamieszkałam z Wojtkiem w niedzielę.

— Jesteś zadowolona z tej decyzji? — Doktorka brnęła niestrudzenie.

— W stu procentach.

Psychiatra ponownie coś zanotowała.

— Co na to wasi rodzice?

— Zaakceptowali nasze postanowienie.

Kobieta przestała pisać i przez moment dumała nad kartką papieru. Skonstatowałam mimowolnie, że doktorka ma na sobie bardzo ładny sweter — zielony, obszerny i lekko wytarty. Był zupełnie w moim guście. Paznokcie lekarki były długie i pomalowane na krwistoczerwono. Już wielokrotnie próbowałam wyhodować paznokietki, ale po kilkunastu dniach obgryzałam je. Malowanie ich także nie miało sensu, bo obgryzałam je wraz z lakierem…

Doktorka zadała mi jeszcze parę nieco luźniejszych pytań. W końcu nasza wizyta zaczęła zmierzać ku końcowi. Psychiatra przepisała mi proszki na kolejne trzy miesiące.

— Życzę wam wszystkiego najlepszego — powiedziała doktorka na pożegnanie. — Dużo miłości i zdrowia. Niech się wam szczęści. Maju… jestem z ciebie dumna.

Z ramach odpowiedzi uśmiechnęłam się promiennie. Następnie wraz z Wojtkiem ruszyłam ku wyjściu z gabinetu. Gdy wydostaliśmy się na korytarz, stwierdziliśmy, że jest pusty. Nikt nie siedział na krzesłach pod drzwiami.

Czułam, jak zalewa mnie przeogromna fala ulgi. Mój krok stał się nadzwyczaj lekki i sprężysty. Udało się! Mam z głowy wizytę! Kolejna za trzy miesiące! Byłam tak podekscytowana, że chciało mi się pląsać, chociaż nie miałam poczucia rytmu.

— Widzisz, mała — zagadnął Wojtek, gdy ruszyliśmy schodami w dół. — I po co był ten cały strach?

— Wojtuś, nie ukrywaj, że także byłeś zdenerwowany — zripostowałam.

— No… Może troszeczkę. Ale już po wszystkim. Jesteśmy wolni, możemy iść…

— A dokąd? Wracamy do domu?

Wojtek prychnął.

— Chyba żartujesz. Zabieram cię na latte do Starego Zaułka.

Byłam tak szczęśliwa, że zaczęłam podskakiwać i piszczeć jak mała dziewczynka.

— Do Starego Zaułka? Kocham ten pub! Przychodzi tam zazwyczaj mało ludzi… No i serwują przednie latte.

— Znam dobrze tamtejszego barmana. Maja, zaczekaj, wezwę taksówkę.

Rozdział siódmy

Kiedy przekroczyliśmy próg Starego Zaułka, z ulgą zdałam sobie sprawę, że jesteśmy zupełnie sami. Oczywiście, wyłączając kelnera, który za kontuarem z pasją wycierał ścierką kufel. Wojtek ruszył w jego stronę pełnym gracji krokiem.

— Cześć, Zenek! — rzucił w kierunku barmana. Ten oderwał wzrok od kufla (który od dawna powinien być już suchy i czysty) i spostrzegł Wojtka.

— Siema, Wojtuś! — przywitał się. Mężczyźni podali sobie rękę nad kontuarem. — Co słychać w szerokim świecie?

— Zenku, poznaj Maję — rzekł uroczyście Wojtek, przygarniając mnie do swojego boku. — Maja jest moją narzeczoną. Za miesiąc z hakiem bierzemy ślub. Maju — oto Zenek, mój licealny kolega.

Zenek spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył ducha.

— Czy ja się przesłyszałem? — wydukał chwilę później.

— Absolutnie — odparł Wojtek. — Absolutnie nie zawodzi cię słuch.

— A więc tak wygląda dziewoja, która ujarzmiła naszego kochanego doktorka? Miło mi cię poznać. — Zenek wyciągnął nad kontuarem rękę i uścisnął moją wątłą dłoń. — Cóż, zatem niech się wam szczęści, gołąbeczki. Ciekawe, czy będziecie równie mocno zakochani za parę lat…

Wojtek pocałował mnie w policzek i zmierzwił mahoniową czuprynę.

— Na pewno tak się nie stanie — odpowiedział Zenkowi. — Prawda, Maju? To dopiero tylko początek początku.

— Czego się napijecie, gołąbeczki? — zapytał przyjaźnie Zenek, odkładając wreszcie od dawna suchy, czysty kufel.

Wojtek i ja spojrzeliśmy po sobie, jakbyśmy porozumiewali się bez słów.

— Dla Mai poprosimy latte, dla mnie — kawę po irlandzku.

— Już się robi.

Zdjęliśmy wierzchnie okrycia i powiesiliśmy na stojącym w kącie wieszaku. Wojtek położył mi rękę na plecach i zaprowadził w stronę wolnego stolika. Osunęliśmy się na kanapę, która mocno się pod nami ugięła. Torebkę położyłam u swojego boku.

— Och, jak to cudownie jest zrelaksować się po wyczerpującym dniu — mruknęłam, rozsiadając się na cudownie miękkiej sofie. — Mam dość wrażeń na dziś.

— Maju, spójrz na to z innej strony — podjął Wojtek, otaczając mnie ramieniem. — W końcu wydarzyło się coś ciekawego. Nie udawaj, że nie miałaś ochoty wyrwać się wreszcie z domu, choćby to była tylko wizyta u lekarza.

— Oj, Wojtuś, ty niepoprawny optymisto. Chciałabym, aby moje myśli były tak lekkie, jak twoje.

— Maja, uwierz mi, że można być optymistą we współczesnych czasach. Po prostu… wszystko zależy od sposobu myślenia. Powinnaś częściej otaczać się pozytywną energią, złotko. Jeśli wciąż będziesz przekonana, że prześladuje cię pech, to tak w rzeczywistości będzie. Staraj się przekonywać siebie samą, że wszystko jest w porządku. Przekonasz się, że świat odwzajemni twój uśmiech.

— Chyba na zawsze pozostanę sfrustrowaną malkontentką.

— Maju! — krzyknął zniecierpliwiony Wojtek. — Dlaczego wciąż zakładasz, że ma cię spotykać najgorsze? Spróbuj rozjaśnić swoje ponure myśli. Przekonasz się, że w rzeczywistości jest to proste.

— Nie wierzę, że nie zdarza ci się smucić czy uronić łzę.

— Maja, bycie optymistą nie oznacza, że wiecznie trzeba chodzić roześmianym od ucha do ucha. Kochanieńka, postaraj się pokonać demony czające się w twojej duszy. Pomyśl sobie, że twoje życie w końcu się poukładało. Że znalazłaś kogoś, kto pokochał cię bezgranicznie. — Wojtek pocałował mnie w policzek. — W ciężkich chwilach przypominaj sobie, że niebawem czeka nas koncert Dżemu; kolejna okazja, żeby wyrwać się z czterech ścian. — Wojtek poruszył się niespokojnie. — Maja… Powiedz mi, czy ty umiesz jeździć na łyżwach?

Jego pytanie tak mnie zaskoczyło, że mimowolnie się uśmiechnęłam.

— Słucham?

— Pytam cię, czy umiesz jeździć na łyżwach.

— Och… Nie mam pojęcia. Znaczy się, próbowałam jako mała dziewczynka. Pamiętam, że wyrżnęłam się parę razy pod rząd. Przez długi czas nie mogłam usiąść.

— W takim razie zimą zabiorę cię na lodowisko.

— Jeśli chcesz, żebym zrobiła z siebie totalne pośmiewisko…

Wojtek załamał bezradnie ręce.

— Maja! Tu chodzi o dobrą zabawę! Nie musisz być zawodową łyżwiarką. Po prostu rozluźnij się i świetnie baw! — Mężczyzna poprawił okulary, zsuwające się uparcie z jego orlego nosa. — Przestań traktować wszystko tak serio.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy naszą dyskusję przerwało pojawienie się barmana. Postawił na stoliku zamówione przez nas kawy. Podziękowaliśmy Zenkowi serdecznymi uśmiechami. Kiedy oddalił się, Wojtek ponownie zwrócił się w moją stronę.

— Maju, porozmawiajmy o czymś lżejszym — zaproponował. — Zastanawiałaś się nad naszą podróżą poślubną? Wydaje mi się, że będziemy zmuszeni odłożyć ją na lato przyszłego roku.

— Jestem tego samego zdania — stwierdziłam.

Wojtek zaczął skubać zębami swoją dolną wargę. Sprawiał wrażenie głęboko zamyślonego. W końcu pstryknął donośnie palcami.

— Maja, co ty na to, żebym przedstawił ci moją samotnię? Już ci kiedyś o niej wspominałem. Wierzę, że bardzo ci się tam spodoba.

— Wojtuś, pojadę wszędzie, byleby z tobą — zagruchałam w odpowiedzi.

— No, samej to ja cię nie puszczę — zażartował Wojtek, szczypiąc mnie delikatnie w policzek. — Moja samotnia z pewnością przypadnie ci do gustu. Od samego początku marzę, aby popływać z tobą w jeziorze pod rozgwieżdżonym niebem.

— Brzmi kusząco.

Wojtek ponownie zapatrzył się w przestrzeń tępym wzorkiem. Ja tymczasem sięgnęłam po szklankę z latte. Mniam, jak zwykle smakowało znakomicie.

— Maja — podjął znienacka mój przyszły mąż. — Pozostaje jeszcze sprawa świąt. Co będziemy robić w Boże Narodzenie? Wiem, że do świąt pozostało jeszcze sporo czasu…

Tym razem to ja skupiłam wzrok na niewidocznym punkcie w powietrzu.

— Mam nadzieję, że spędzimy je razem — powiedziałam po przedłużającej się pauzie.

Wojtek zaśmiał się tak, jakby usłyszał przedni kawał.

— To jest oczywiste, maleńka. Chodzi mi o to… Chcesz spędzić święta tylko ze mną czy zaprosimy do nas rodziców?

— Wojtuś, możemy pójść na kompromis. Wigilię możemy spędzić sami, a w pierwszy dzień Bożego Narodzenia zaprosić rodziców.

Wojtek zatknął za ucho kosmyk jasnych włosów, który wydostał się z kucyka.

— Myślę, że to świetne rozwiązanie — skwitował.

Nagle wyprostował się i pochylił w moją stronę. Kiedy jego ciało natarło na moje, momentalnie zrobiło mi się rozkosznie gorąco. Wojtek, jak zwykle, pachniał obłędnie. Czuć było od niego drogą wodą kolońską, ziołami i najprawdziwszym, pełnokrwistym mężczyzną. Przymknęłam oczy, chłonąc całą sobą tę zachwycającą woń… Podniosłam rękę i bez pozwolenia zdjęłam gumkę z włosów Wojtka. Jasne, gęste włosy rozsypały się na ramionach mężczyzny. Nie mogłam powstrzymać się od zanurzenia w nich palców. Były tak przyjemnie miękkie w dotyku… Pragnęłam zanurzyć w nie twarz.

Wojtek odwrócił się na moment, aby sprawdzić, czym zajmuje się barman. Gdy stwierdził, że kelner czyta sobie książkę, ponownie zwrócił ku mnie swoje ciało. Mężczyzna ponownie znalazł się blisko mnie. Zdecydowanie ZBYT blisko. Na tyle niedaleko, że z trudem powstrzymywałam moją rękę przed wtargnięciem pod gruby sweter. Pragnęłam natychmiast poczuć jego rozgrzaną, gładką klatkę piersiową. Jejku… Powlekająca ją skóra była taka delikatna, cienka… Wyraźnie czułam pod nią niezbyt wybujałe mięśnie. Cieszyłam się, że Wojtek jest nieco wątłej postury. Nie imponowali mi kulturyści, stanowczo nie.

Moja niecierpliwa ręka wdarła się jeszcze głębiej. Pod palcami poczułam twarde plecy Wojtka. Rozochocona, przygarniałam mężczyznę do siebie. Wojtek całował mnie tak łapczywie i chciwie, że zapominałam kompletnie o oddychaniu. Jego zwinny język zapuszczał się tak głęboko, że prawie się nim dławiłam. Kiedy nasze wargi się rozdzieliły, moje usta powędrowały poprzez bosko szorstki policzek Wojtka, ku jego smukłej, długiej szyi, w stronę wyraźnie zarysowanego obojczyka… Od czasu do czasu wysuwałam język, aby posmakować lekko słonej skóry.

Wojtek, oczywiście, nie próżnował. Jego smukłe, delikatne dłonie dostawały się pod mój sweter, błąkały w okolicach piersi… Oczywiście, również dziś nie miałam na sobie biustonosza. Wojtek westchnął, gdy skonstatował, że nie założyłam bielizny. Podziałało to na niego podniecająco. Poczułam na piersiach jego zaniepokojoną dłoń… Moje sutki błyskawicznie zaczęły się powiększać i twardnieć…

— Maja — wydyszał mi w usta Wojtek. — Pragnę cię… Jaka szkoda, że jesteśmy w miejscu publicznym. Inaczej już dawno bym cię rozebrał.

Nagle do głowy przyszła mi absurdalna myśl. Zastanawiałam się przez krótki czas, czy podzielić się nią z Wojtkiem. W końcu wyszeptałam mu do ucha na tyle cicho, żeby nie usłyszał nas barman:

— Słonko, a co powiesz na szybki numerek w publicznej toalecie?

Wojtek zesztywniał nagle na całym ciele. Oddech mężczyzny stał się jeszcze bardziej niespokojny.

— Maju, jesteś nieobliczalna — wymruczał. Wydostał moją rękę spod swojego swetra i skierował ku swojemu podbrzuszu. Zauważyłam, że w spodniach Wojtka nagle zabrakło miejsca…

— Wiem — odparłam.

— No to… Idziemy na górę?

Wojtek, nie czekając na moją ripostę, dźwignął się z kanapy. Ja deptałam mu po piętach. Nie patrząc w stronę baru, wspięliśmy się po stromych schodkach na pierwsze piętro. Tam bowiem znajdowała się łazienka.

Wojtek jako pierwszy wkroczył do toalety. Kiedy poszłam w jego ślady, zaryglował drzwi.

I wtedy mój przyszły mąż rzucił się na mnie bez ceregieli. Nie przestając mnie całować, zaczął rozpinać sobie pasek i rozporek. Nie mogąc się doczekać przyjemności, pomogłam mu w siłowaniu się ze sprzączką. Poczułam, jak w moim podołku rozpala się ogień na widok męskości Wojtka, która objawiła się przede mną w pełnej krasie. Dostrzegłam ją w mdłym świetle kinkietu.

Byłam pewna, że Wojtek poprosi mnie, żebym się przed nim otworzyła, ale…

— Maja, czy… chciałabyś spróbować czegoś całkiem nowego?

Z początku nie zrozumiałam, co mężczyzna ma na myśli. Kiedy jednak ujął mnie za nadgarstek i położył moją dłoń na swoim przyrodzeniu, dotarło do mnie…

— Wojtku, ty chcesz — wybełkotałam — ty chcesz, abym cię posmakowała?

— Tak, malutka — wydyszał Wojtek. — Oczywiście, nie zamierzam cię przekonywać do tego na siłę…

Wojtek nie musiał prosić mnie dwa razy. Posłusznie uklęknęłam na zimnej, twardej posadzce łazienki i otoczyłam dłonią niecierpliwą męskość mojego przyszłego męża.

Zdziwiłam się, że jest taka smaczna. Pomagając sobie ręką, zaczęłam traktować ją jak moje ulubione lody waniliowe. Ba! Była o wiele smaczniejsza od zwykłych lodów. Wojtek położył dłoń na mojej głowie i sugerował, jak mam się nim zajmować. Czułam, jak mężczyzna cały się trzęsie i podryguje nerwowo.

W pewnym momencie wyjąkał przeciągle:

— Maju, zaraz będę kończył. Jeśli wymagam od ciebie zbyt wiele…

Ja jednak nie przestałam go pieścić.

Wojtek szczytował w moich ustach. Jęknął przy tym tak głośno, że przestraszyłam się, iż ktoś może nas usłyszeć. Z drugiej strony… Taka niepewność, że możemy zostać przyłapani, była całkiem podniecająca…

Wojtek nie wymagał ode mnie zbyt wiele. Nie czułam względem niego wstrętu czy odrazy. Nie miałam odruchu wymiotnego. Wstałam ciężko z klęczek i oblizałam ostentacyjnie wargi. Wojtek jednak sprawiał wrażenie, jakby odleciał na odległą planetę.

— Jak się czujesz? — zagaiłam, przepełniona satysfakcją i samozadowoleniem.

Wojtek wciąż dyszał niespokojnie. Nie był w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa. Musiałam zaczekać, aż uda mu się wrócić do rzeczywistości. O rety, byłam z siebie dumna, że zaserwowałam mu tak ogromną przyjemność. Choć Wojtek mi się nie zrewanżował, ja także czułam się zaspokojona i odprężona. Cieszyłam się, że rozgrzałam go do czerwoności. To mi w zupełności wystarczało.

— Maja — wycharczał wreszcie Wojtek. — Oj, Maja… Ty jesteś skończona wariatka.

Na widok jego rozanielonego spojrzenia poczułam jeszcze większą dumę.

— Aż tak ci się podobało?

— Podobało? Och, Majka, trafiłem do siódmego nieba! Twoje usteczka… są takie zwinne i niepokorne. Maja… Uciekajmy stąd, zanim ktoś nas przyłapie.

Wojtek czym prędzej podciągnął spodnie i zapiął pasek. Następnie odryglował drzwi i lekko je uchylił. Zerknął przez szparę między drzwiami i framugą, aby upewnić się, że droga wolna. Kiedy okazało się, że piętro jest puste, wyślizgnęliśmy się z łazienki. Ruszyliśmy w stronę schodów. Wojtek wciąż słaniał się na miękkich nogach. Po schodkach zeszliśmy na parter.

Kiedy mijaliśmy kontuar, barman spojrzał na nas wymownie. Byłam pewna, że odgadnął, gdzie zniknęliśmy na te kilkanaście minut. Zenek jednak nic nie powiedział — ponownie skupił uwagę na książce.

Znowu opadliśmy na komfortową sofę. Oddech Wojtka wciąż był niespokojny. Zauważyłam, że jego włosy są lekko wilgotne od potu. Mężczyźnie nadal brakowało powietrza. Chwytał je łapczywie niczym ryba wyrzucona na brzeg.

— Maja, nie sądziłem, że jesteś taka gorąca — wyszeptał Wojtek, niemal niedosłyszalnie. — Gdzie się tego nauczyłaś? Nie wierzę, że… że i to był twój pierwszy raz.

Znów mogłam sobie powinszować.

— Słonko, to był mój debiut. Nigdy wcześniej tego nie robiłam.

Wojtek spojrzał na mnie z jawnym niedowierzaniem.

— W takim razie masz ogromny talent — stwierdził. — Nie sądziłem, że jest pani tak wszechstronnie uzdolniona… Faktycznie, jeszcze niewiele o pani wiem.

Byłam pewna, że moje policzki oblał krwisty pąs.

— Cieszę się — powiedziałam z uśmiechem. — Cieszę się, że ci się podobało. Naprawdę się starałam…

Dopiliśmy zimne resztki naszych kaw.

— Wracamy do domu? — zwróciłam się do mojego mężczyzny. — Przykro mi, ale padam na twarz po dzisiejszych doznaniach…

— Wracamy.

Rozdział ósmy

Kolejne tygodnie mijały dość prędko. Oczywiście, grzecznie chadzałam na zajęcia. Wojtek dopilnował, żebym nadrobiła zaległości i poprawiła niskie oceny. Pomalutku odzyskałam status pilnej uczennicy. Moi nauczyciele uwierzyli, że opuściłam się w nauce tylko na chwilę. Tak więc znów zaczęłam gromadzić same piątki i szóstki. Wojtek kupił mi nowy podręcznik od polskiego.

Najbardziej się ucieszyłam, gdy dotarła do nas przesyłka z zaproszeniami i moją ślubną kiecką. Całe szczęście, byłam w domu, kiedy do drzwi zapukał kurier. Czym prędzej rzuciłam się na paczkę i zaczęłam ją rozpakowywać. Z tłukącym się o żebra sercem wydostałam spośród papieru moją sukienkę. Natychmiast się w nią przebrałam. Kiedy zatrzymałam się przed lustrem i przyjrzałam sobie ze wszystkich stron, uśmiechnęłam się szeroko i bardzo niemądrze. Sukienka, na szczęście, prezentowała się idealnie. O rety, Wojtek będzie zachwycony! Już nie mogłam się doczekać, aż mnie w niej zobaczy… Zaproszenia także były zachwycające. Dokładnie takie, jak sobie wymarzyliśmy.

Kiedy Wojtek wrócił z pracy, powitałam go w mojej ślubnej kiecce. Spojrzał na mnie tak, jakby ujrzał mnie po raz pierwszy. Opadła mu szczęka, oczy powiększyły do rozmiaru spodków. Mężczyzna usiłował coś wydukać, ale jedynie poruszał bezgłośnie ustami.

— Chryste, Majka! — wycharczał wreszcie. Zrobił kilka kroków i przystanął naprzeciwko mnie. — Ty… ty… wyglądasz jak ósmy cud świata! Pozwolisz mi zdjąć z siebie to wdzianko?

Ach, jak zwykle w nastroju do niewinnych żarcików.

Wojtek zbliżył się jeszcze bardziej. Na tyle blisko, że mógł położyć dłonie na moich piersiach, ładnie uwydatnionych przez sukienkę.

— Nie wiem, jak sobie poradzę podczas ślubu — wymruczał, uciskając delikatnie mój biust. — Przecież ta sukienka aż się prosi, by ją z ciebie zdjąć…

Zareagowałam serdecznym śmiechem. Przyjemnie było czuć na sobie duże, miękkie dłonie Wojtka… Nawet jeśli dzielił mnie od nich materiał sukienki.

Kiedy zaprezentowałam się przyszłemu mężowi, pokazałam mu nasze zaproszenia. Kiedy Wojtek przyjrzał się im z uwagą, rzekł:

— Są świetne. Takie oryginalne. Musimy tylko wpisać nazwiska gości.


***


Minął kolejny tydzień. Dzień naszego ślubu zbliżał się nieubłaganie. Pewnego popołudnia Wojtek odebrał telefon od jubilera, że nasze obrączki już na nas czekają. Pobiegliśmy do Aury jeszcze tego samego dnia. Nie mogliśmy się doczekać, aż zobaczymy nasze złote krążki.

Okazało się, że pasują idealnie! Gdy stwierdziliśmy, że dokładnie tak sobie je wyobrażaliśmy, poczułam wzbierającą falę wzruszenia. Nie potrafiłam powstrzymać się od łez. Rozpłakałam się dokumentnie. Wojtek otoczył mnie ramieniem i przemówił łagodnym, spokojnym głosem:

— Nie płacz, maleńka, bo i ja się lada moment rozkleję. Och, tak się cieszę, że zostaniesz moją uroczą żonką.

Nie odpowiedziałam. Oczy wciąż miałam pełne łez, a gardło do bólu zaciśnięte. Ekspedientka (ta sama, która trzy tygodnie temu pomagała nam przy wyborze obrączek) uśmiechała się do nas serdecznie, najwyraźniej rozumiejąc ogrom naszego obopólnego szczęścia. Rety, chwilami miałam wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę. Że to tylko dobry film, który oglądałam razem z Wojtkiem.

Nadeszła noc poprzedzająca dzień naszego ślubu. Oczywiście, ani Wojtek, ani ja nie byliśmy w stanie zmrużyć oka. Mijała północ, a nam ani trochę nie chciało się spać. Wierciliśmy się, próbując zasnąć, ale fala znużenia nie chciała nas pochłonąć. Co rusz zerkałam w stronę ściennego zegara, powleczonego delikatnym półmrokiem, rozpraszanym przez światło nocnej lampki. Z niepokojem stwierdzałam, że mijają kolejne godziny, a nam kompletnie nie chce się kimać.

Leżałam na plecach, zagapiona w szary kwadrat sufitu nad moją głową. Wojtek przewrócił się na lewy bok, spojrzał na mnie i wyszeptał:

— Też nie możesz spać?

— Niestety.

— Będziemy mieli worki pod oczami.

— Prawda.

Zapadła grobowa cisza, roztrącana jedynie miarowym szeptem zegara. Usiłowałam wsłuchiwać się w to tykanie, mając nadzieję, że pozwoli mi się zrelaksować i zasnąć. Niestety, nic z tych rzeczy. Mój mózg był nieprzyjemnie pobudzony. Wojtkowi najwyraźniej także nie kleiły się oczy.

— Wojtuś…

— Tak?

— Boję się. Boję się jutrzejszego dnia.

Wojtek uniósł brew i uśmiechnął się półgębkiem.

— Boisz się, że zostaniesz moją żoną?

— Och, nie! Nie to mam na myśli. Ja… Obawiam się, że pomylę się podczas wygłaszania przysięgi. Na wszelki wypadek nauczyłam się jej na pamięć. Wyrecytować ci? „Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z Wojciechem i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe”. Ładnie?

Wojtek nie mógł się powstrzymać od gromkiego śmiechu. Zanosząc się i ocierając łzy szczęścia, powiedział:

— Zadziwiasz mnie na każdym kroku, maleńka. Jeśli chodzi o mnie, to poważnie się obawiam, że totalnie się rozkleję podczas uroczystości. Jestem niepoprawnym wrażliwcem, choć niezbyt to po mnie widać… Maju, o której przyjeżdżają do nas rodzice? — Wojtek zmienił raptownie temat rozmowy.

— O jedenastej. Uroczystość zaczyna się o trzynastej. Spokojnie, ze wszystkim zdążymy. Wojtku kochany — postanowiłam zadać mu pytanie, które gnębiło mnie od dłuższego czasu. — Powiedz mi, dlaczego właściwie nie posiadasz prawa jazdy? Bardzo mnie to ciekawi… Nie udawaj, że nie stać się na droższą brykę…

Wojtek znieruchomiał. Jego spojrzenie przyjęło na chwilę złowrogi wyraz.

— Próbowałem trzykrotnie zrobić prawko — odparł. — Nie czułem się zbyt pewny za kółkiem. Podczas egzaminu prawie wpadłem pod koła ciężarówki. Za wszelką cenę nie potrafiłem odpalić silnika. To wszystko odwiodło mnie od pozostania kierowcą.

— Mhm. Rozumiem cię doskonale. Gdyby mój tata i brat nie mieli prawka… nie doszłoby do wypadku i prawdopodobnie by dzisiaj żyli…

— Tak mi przykro, maleńka.

Przez dłuższy czas przysłuchiwaliśmy się swoim oddechom. W końcu postanowiłam coś powiedzieć.

— Twój tata będzie pstrykał nam zdjęcia? Wspominałeś, że interesuje się fotografią i posiada lustrzankę.

— Zgadza się — odparował Wojtek. Po chwili zastanowienia dodał: — Maja, zbliża się czwarta. Może spróbujemy przespać się choć ze trzy godzinki?

— Nie jestem pewna, czy mi się to uda, ale spróbujmy.

Przewróciłam się na lewy bok, plecami do Wojtka. Otuliłam się kołdrą pod samą brodę i usiłowałam się odprężyć. Piętnaście minut później poczułam, jak zapadam się w słodką, kojącą ciemność…


***


Obudziliśmy się o szóstej pięćdziesiąt dziewięć, minutę przed alarmem. Z ogromnym trudem wygramoliliśmy się z przytulnej, mięciutkiej, cieplutkiej pościeli… Potrzebowaliśmy paru minut, aby ochłonąć po niecałych czterech godzinach snu. Siedząc na krawędzi łóżka, czekaliśmy, aż nasze myśli się obudzą. Dopiero dziesięć minut później dotarło do nas, że… DZIŚ BIERZEMY ŚLUB. Resztka senności wymknęła się z naszych głów.

— Maju, nie wierzę — wybełkotał Wojtek, wpatrując się w swoje dłonie, spoczywające na podołku. — Nie wierzę, że za sześć godzin zostaniesz moją żoną. Czy to możliwe?

— Nie masz innego wyjścia, kochanieńki — odcięłam się. — Oświadczyłeś mi się, to ponieś tego konsekwencje. Skoro nawarzyłeś sobie piwa, to je teraz wypij.

— Jak zwykle rozkoszna i skora do żartów — zachichotał Wojtek. — No cóż, pora zacząć się ogarniać.

— Tak, najwyższa pora.

— Udajemy się najpierw na śniadanie i poczekamy do obiadu?

— W tej chwili nie zdołam niczego przełknąć.

— Jako i ja.

Wojtek udał się do garderoby. Ja przygotowałam kieckę jeszcze wczorajszego wieczora. Powiesiłam ją na drzwiach prowadzących do sypialni. Uprzednio postarałam się o białe pończochy. Stanika nie zamierzałam zakładać.

Zdjęłam sukienkę z wieszaka, przyjrzałam się jej, po czym zdarłam z siebie piżamę i wskoczyłam w kieckę. Następnie przysiadłam na krawędzi łóżka i wsunęłam nogi w pończochy. Na sam koniec wzułam białe pantofelki na niskim obcasie.

Gotowa, udałam się w stronę wielkiego lustra, wiszącego na ścianie w korytarzu. Przyjrzałam się sobie ze wszystkich stron. Prezentowałam się… po prostu obłędnie. Sukienka leżała na mnie idealnie. Podkreślała ładnie moje wybujałe wdzięki. Gdy tak się gapiłam nieskromnie na moje odbicie, skonstatowałam, że czegoś tu brakuje.

No tak, zapomniałam o fryzurze i delikatnym makijażu.

Czym prędzej udałam się do łazienki.

Co za szczęście, że przeprowadzając się do mieszkania Wojtka zabrałam lokówkę. Zdjęłam ją z wieszaka i wetknęłam wtyczkę do gniazdka. Gdy lokówka odpowiednio się rozgrzała, zaczęłam traktować nią swoje nieposłuszne kudły.

Po piętnastu minutach moja fryzura była gotowa. Została jeszcze kwestia makijażu. Pomyślałam, że pociągnę rzęsy tuszem, położę na powieki delikatny cień i trochę różu na policzki. Zrezygnowałam ze szminki czy błyszczyka, bo byłam pewna, że dzisiejszego dnia będę się całować z Wojtkiem.

Kiedy skończyłam z make-upem, po raz kolejny sprawdziłam efekt w lustrze. Wyglądałam po prostu EKSTRA! Po raz pierwszy tak szeroko uśmiechałam się do swojego odbicia. Widniejąca w zwierciadle kobieta także uśmiechała się promieniście. Po raz pierwszy w życiu puściłam jej perskie oko. Bycie szczęśliwą to jednak coś cudownego. A ja wreszcie byłam szczęśliwa. Tak bardzo, że nie potrafiłam ubrać mojego uczucia w konkretne, miarodajne słowa. Przez chwilę myślałam, że się rozbeczę, ale przypomniało mi się, że mam makijaż. Przewróciłam oczami czekając, aż łzy się wchłoną. Następnie odwróciłam się na pięcie i podążyłam ku wyjściu z łazienki.

W korytarzu natknęłam się na Wojtka.

O mój Boże.

Po raz pierwszy w życiu widziałam go w garniturze.

Wyglądał… wyglądał wprost obłędnie. Nie dało się ukryć, że garnitur był przedniej marki. Prawdopodobnie był też szyty na miarę. Zwróciłam uwagę na krawat — miał barwę czerwonego wina. Wojtek nie związał włosów, więc opadły mu złocistymi falami na ramiona. Pod krawatem Wojtek prezentował się po prostu oszałamiająco. U mankietów koszuli połyskiwały złote spinki. Zapewne ze szczerego złota.

— I jak? — zapytał, szczerząc śnieżnobiałe, równiutkie ząbki.

— Chryste, Wojtek… Nie sądziłam, że tak genialnie prezentujesz się w gajerku. Mogę… mogę cię dotknąć?

— Lepiej nie — odparł. — Moje ręce nie mogą się doczekać, aż wieczorem zedrą z ciebie tę kieckę.

— Trzymam cię za słowo — zripostowałam z figlarnym uśmieszkiem. — Słonko, zbliża się pomału jedenasta. Lada moment powinni pojawić się rodzice…

Dodałabym coś jeszcze, ale dzwonek u drzwi wpadł mi w słowo.

— Oni już są! — zakrzyknął Wojtek, przykładając dłonie do twarzy. — Boże!

Nerwowy nastrój mojego przyszłego męża udzielił się także mnie. Poczułam, jak schnie mi w ustach, a język zaczyna przypominać drewniany kołek. Serce zaczęło gnać tak szybko, jakby ktoś usiłował je dogonić i rozszarpać na kawałki…

— Pozwól, że ja otworzę — wybąkałam w stronę Wojtka, który stał jak słup soli. Mężczyznę sparaliżował strach. Ja także byłam okrutnie podminowana. Nic dziwnego — lada moment stanę się Majką Baranowską! Zostanę najprawdziwszą żoną tego cudownego faceta!

Niepewnym, chwiejnym krokiem podążyłam ku drzwiom i otworzyłam. Na progu zastałam rodziców Wojtka. Mojej mamy jeszcze nie było, ale pewnie zamierzała pojawić się w niedługim czasie.

— Dzień dobry — powitałam serdecznie moich przyszłych teściów. — Proszę, niech wejdą państwo do środka. — Postawiłam dwa kroki do tyłu, robiąc przejście.

— Dzień dobry, Maju — przemówiła pani Teresa, przytulając mnie i całując powietrze w pobliżu moich policzków. — Wyglądasz cudownie w tej sukience.

Jej słowa sprawiły, że na moment zapomniałam o całym stresie.

Kiedy pani Teresa ruszyła w głąb korytarza, przywitałam się z panem Tadeuszem.

— Prezentujesz się świetnie — wydukał, ściskając moją dłoń. Nie powiedział nic więcej — mój przyszły teść należał do niezbyt rozmownych osób.

Kiedy nasi świadkowie wkroczyli do środka, skonstatowałam, że wciąż nie ma mojej mamy. Czy coś się stało? Może powinnam do niej zadzwonić? Było już dziesięć po jedenastej…

Miałam już udać się po smartfona, kiedy usłyszałam kolejny dzwonek do drzwi. To z pewnością była mama.

Nie pomyliłam się.

Otworzyłam ponownie drzwi i zaprosiłam mamę do środka. Jako że moja rodzicielka była u nas po raz pierwszy, zaczęła rozglądać się z uwagą po naszym apartamencie. Lustrowała go bardzo dokładnie. Na jej twarzy malował się głęboki podziw i niedowierzanie.

— Maju, jak tu pięknie — westchnęła z trudem. — Cieszę się, że wychodzisz za Wojtka. To cudowny człowiek.

Powiodłam mamę w głąb korytarza, gdzie Wojtek rozmawiał o czymś ze swoimi rodzicami. Wszyscy byli najwyraźniej w fantastycznych nastrojach, bo uśmiechali się szeroko do siebie i co rusz wybuchali wesołym, niewymuszonym śmiechem.

Jako że moja mama i rodzice Wojtka się jeszcze nie znali, przedstawiłam ich sobie. Nasi rodzice przywitali się bardzo serdecznie. Poczułam wielką ulgę — może się polubią? Może zdołają się dogadać? Może… może zostaniemy kochającą się rodziną?

Jako że czas zaczął biec na łeb, na szyję, stwierdziliśmy zgodnie, że najwyższa pora ruszać. Poczułam, że serce podchodzi mi do gardła. Wojtek sprawiał wrażenie równie niepewnego i nerwowego.

Gdy wydostaliśmy się z klatki schodowej, okazało się, że pogoda nie odzwierciedla naszych wyśmienitych nastrojów. Niebo było pokryte gęstymi, niemal czarnymi chmurami, zwiastującymi rychły deszcz. Kiedy pokonaliśmy schodki wiodące ku chodnikowi, poczuliśmy, że swawoli chłodny, nieprzyjemny wiatr. Bałam się, że powiew zburzy moją misternie przygotowaną fryzurę. Otuliłam się ciaśniej białym, futrzanym żakiecikiem. Wojtek poprawił swój czarny, dwurzędowy płaszcz.

Zanim wsiedliśmy do zamówionych przez nas dwóch taksówek, pan Tadeusz poprosił nas, żebyśmy zatrzymali się przed budynkiem. Ustawiliśmy się w równym rzędzie. Tata Wojtka wydostał z torby lustrzankę (wyglądającą na nieznośnie drogą), pozmieniał w niej parametry i wymierzył w nas długi obiektyw.

— Uśmiechy, moi mili — powiedział głośno. — Trzy, dwa…

Na sekundę przed trzaskiem migawki Wojtek złapał mnie za rękę. Poczułam, że dłoń mężczyzny trzęsie się tak jak moja. Uśmiechnęłam się jednak szeroko do zdjęcia. Wiedziałam, że będzie z niego niezła pamiątka na przyszłość.

— Jeden! — krzyknął mój przyszły teść i wcisnął przycisk migawki. Na wszelki wypadek wykonał serię zdjęć. Kiedy skończył i schował ponownie lustrzankę, zaczerpnęłam chłodnego powietrza. Wojtek także sprawiał wrażenie, że odetchnął z ulgą. Spojrzałam na moją mamę, stojącą u mojego boku. Odwzajemniła mój uśmiech, ale na jego dnie czaił się drobny cień…

Ruszyliśmy w stronę taksówek. Niestety, ani moja mama, ani rodzice Wojtka nie posiadali prawa jazdy. Kiedy wślizgnęliśmy się na tyle siedzenie jednego z aut, a moja mama zajęła miejsce obok kierowcy, taksiarz — całkiem młody, ostrzyżony na krótko mężczyzna — spojrzał ze zdumieniem we wsteczne lusterko.

— Domyślam się, że mam zawieść państwa do urzędu stanu cywilnego — zapytał, lustrując nas.

— A zgadza się — zrewanżował się Wojtek. Spojrzałam na niego. Sprawiał wrażenie, jakby pomału odzyskiwał pewność siebie.

Kierowca odpalił silnik. Obejrzałam się i spojrzałam przez tylne okno samochodu — rodzice Wojtka zajęli swoje miejsca w drugim pojeździe.

— Zatem wszystkiego najlepszego dla młodej pary — powiedział taksówkarz. Nie zrobił tego złośliwie. Młody mężczyzna włączył się do ruchu.

— Dziękujemy — odparliśmy jednogłośnie.

Resztę drogi do USC pokonaliśmy w milczeniu. Kiedy nasza taksówka przystanęła przed gmachem urzędu, zaczęłam naprawdę panikować. Do tego stopnia, że wychodząc z taksówki zapomniałam pożegnać się z miłym kierowcą.

Nie musieliśmy czekać na rodziców Wojtka — ich taksówka wkrótce wjechała na parking przed budynkiem urzędu. Rodzice zapłacili za kurs i wygramolili się nieco ciężko z samochodu. Obie taksówki odjechały z donośnym warkotem i po chwili wpasowały się w uliczny korek.

Boże. Mój kochany Boże. To się lada moment stanie. Za chwilę Wojtek i ja wkroczymy do środka urzędu i weźmiemy najprawdziwszy ślub. Czułam, że lekko wiruje mi w głowie. Bałam się, że lada moment stracę przytomność. Dzięki Bogu, obok był Wojtek; trzymałam się kurczowo jego ramienia. Przez płaszcz czułam wyraźnie, że mężczyzna podryguje nerwowo.

— Gotowa? — zapytał słabym głosem.

— Absolutnie — odparłam równie głucho. — A ty?

— Także.

Nagle w naszą wymianę zdań ponownie wtrącił się tata Wojtka. Uczynił to jednak bardzo łagodnie.

— Kochani, zatrzymajcie się przed drzwiami, pstryknę wam pamiątkowy kadr.

Cała nasza czwórka zajęła miejsca przed przeszkloną ścianą urzędu stanu cywilnego. Po raz kolejny przywołałam na wargi szeroki uśmiech. Kiedy Wojtek raz jeszcze wziął mnie za rękę, skonstatowałam, że jego dłoń nie jest już tak lodowata i śliska od potu.

Kiedy zdjęcie było gotowe, stało się to, czego najbardziej się obawiałam.

Przekroczyliśmy szklane drzwi urzędu. Oczywiście, Wojtek i ja wkroczyliśmy jako pierwsi. Gdy minęliśmy próg holu, powitał nas znajomy ochroniarz.

— O, są nasze gołąbeczki — zażartował dobrodusznie. — Wszystkiego najlepszego. Stresik?

— Malutki — odparłam, próbując zamaskować mój paniczny strach. Wiedziałam jednak, że zdradzają mnie trzęsące się ramiona.

Ochroniarz nie powiedział nic; uśmiechnął się przyjaźnie.

Cała nasza piątka zdjęła wierzchnie okrycia i powiesiła na stojącym w kącie stojaku. Pozostałam w samej kiecce. Wojtek objawił mi się w swoim zabójczym garniturze. Moja mama założyła gustowną, granatową sukienkę sięgającą prawie do kostek. Rodzicielka zrobiła sobie także misterną fryzurę i delikatny makijaż. Rodzice Wojtka również prezentowali się nienagannie. Zdziwiłam się jednak, że oboje ubrali się na czarno. Hm, czyżby wybierali się na pogrzeb, a nie na ślub ich ukochanego syna?

Wszyscy skierowaliśmy się ku gabinetowi urzędnika, aby dokończyć papierkową robotę. Wręczyliśmy urzędniczce nasze obrączki. Tata Wojtka zapłacił za organistę, który miał zagrać podczas ceremonii. Jeśli zagra „Ave Maria” Schuberta, to rozbeczę się jak małe dziecko. Ta kompozycja zawsze wyciskała ze mnie łzy.

Kiedy wydostaliśmy się z gabinetu i wróciliśmy do holu, ochroniarz wskazał ręką korytarz.

— Tędy, proszę państwa — oznajmił uroczyście.

Miałam nieprzeparte wrażenie, że uginają się pode mną nogi. Wydawało mi się, że ktoś stawia za mnie kroki. Wisiałam u ramienia Wojtka, bojąc się, że stracę równowagę i runę jak długa na kwiecisty dywan. Odwróciłam się w stronę mamy, podążającej za nami. Gdy zobaczyłam, że moja rodzicielka płacze w chusteczkę, poczułam się jeszcze gorzej.

Pragnęłam stąd uciec. Jak najdalej stąd. Do mojej kawalerki…

W końcu minęliśmy drzwi wiodące do Sali Ślubów. Choć byłam sparaliżowana ze strachu, mimo to z ciekawością rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było urządzone bez przesadnego przepychu. Na podłodze leżał ogromny, kwiecisty dywan. Pod jedną ze ścian stało potężne biurko z ciemnego drewna. Nad biurkiem widniało niebotycznych rozmiarów godło Polski. Moja mama zajęła miejsce na jednym z krzeseł, stojących w równych rzędach. Krzesła, na których miała przysiąść młoda para (czyli Wojtek i ja), były wysunięte nieco do przodu i prezentowały się o wiele wygodniej od krzeseł dla gości. U boku panny młodej (mnie) i pana młodego (Wojtka) stały krzesła dla naszych świadków. Mama Wojtka stanęła po mojej stronie, tata Wojtka — obok mojego przyszłego męża. W kąciku stało pianino, na którym brzdąkał organista. Na szczęście, była to w miarę pogoda kompozycja, a nie jakże popularne „Ave Maria”.

Nie musieliśmy czekać na urzędnika. A właściwie urzędniczkę. Gdy wkroczyła na salę, okazało się, że ślubu udzieli nam… kobieta-sęp. Tym razem, z grubym łańcuchem na szyi, wyglądała o wiele przyjaźniej niż miesiąc temu, kiedy staraliśmy się o ślub.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 49.16