E-book
4.1
drukowana A5
41.33
W stronę serca

Bezpłatny fragment - W stronę serca

Objętość:
294 str.
ISBN:
978-83-8245-123-8
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 41.33

Rozdział pierwszy

Nie mogłam doczekać się końca zajęć. Czas dłużył się niemiłosiernie. Stukałam nerwowo końcówką długopisu w otwarty zeszyt; już nawet nie chciało mi się udawać, że sporządzam notatki z tego, co mówił nauczyciel. Mój wzrok co rusz wędrował w stronę ściennego zegara. Wpatrywałam się w niego usilnie, jakby miało to przyśpieszyć upływ czasu. Śledziłam spojrzeniem ruch długiej wskazówki, jakbym chciała zmusić ją, by poruszała się szybciej. Kiedy moje wysiłki nie dawały rezultatu, odwracałam głowę w stronę okna. Wzdychałam głęboko, gdy konstatowałam, że jest piękna, słoneczna pogoda. Najwyraźniej mieliśmy babie lato, prawdopodobnie ostatnie w tym roku. Tak bardzo chciałam nacieszyć się sprzyjającą aurą! Niestety, byłam zmuszona ślęczeć tutaj i udawać zainteresowanie bełkotem faceta od historii. Nie znosiłam tego przedmiotu. Uważałam, że nie jest do niczego potrzebny w prawdziwym życiu. Sądziłam podobnie nie tylko o historii. Za totalną pomyłkę uznawałam także matematykę. Do czego przydadzą mi się te wszystkie skomplikowane obliczenia? W czym pomoże mi umiejętność całkowania, potęgowania bądź obliczania sinusa? Na pewno nie uczynią mnie szczęśliwszą. Na pewno nie pomogą w odnalezieniu właściwej życiowej drogi. Na pewno nie sprawią, iż nauczę się żyć. No cóż… Nie miałam jednak wyjścia, musiałam siedzieć na tym drewnianym, niewygodnym krześle, przy ławce zdecydowanie niedopasowanej do mojego wzrostu, i usiłować nie zasnąć z nudy. Miałam w nosie to, że nauczyciel prawdopodobnie zauważył, że przysypiam. Nie przejmowałam się tym. Pragnęłam jak najszybciej opuścić klasę. Wyjść na dwór. Odetchnąć świeżym, pachnącym słońcem powietrzem. Chciałam zaznać spokoju i ukojenia. Marzyłam, aby wstąpić do pobliskiego parku i skorzystać z sprzyjającej pogody.

Jako że czas brnął wolniej niż ślimak, od niechcenia rozejrzałam się po klasie. Chyba nie tylko ja byłam znudzona wywodem nauczyciela. Widziałam, jak kilka głów, podobnie jak moja, zwróconych było w stronę niebieskiego kwadratu, jakim było okno. Część uczniów robiła jednak zawzięcie notatki. Pochylali się tak nisko nad zeszytami, że prawie dotykali kartki nosem. Długopis w ich dłoniach śmigał od lewego do prawego marginesu. Westchnęłam cicho i niezauważalnie pokręciłam głową z dezaprobatą. Gdyby nie naciski mojej mamy, na pewno nie byłoby mnie tutaj. Niestety, rodzicielka kazała mi się kształcić. Aby zmotywować mnie do nauki, opłacała co miesiąc czynsz za moją kawalerkę i robiła zakupy. Oferta była bardzo interesująca, więc każdego ranka, pięć dni w tygodniu, wydostawałam się z mojego ukochanego łóżka i toczyłam na zajęcia. Uczyłam się w miarę dobrze. Wystarczająco, aby zaspokoić oczekiwania mojej mamy. Cóż, rodzicielka prawdopodobnie chciała, abym zdobyła poważany zawód, bo sama nie ukończyła studiów.

Łypnęłam w stronę zegara. Zostało sześć minut do dzwonka. Nauczyciel wciąż snuł swój niezbyt zajmujący wywód. W dodatku przemawiał tak jednostajnie, bez pasji, że sam ton jego głosu sprawiał, że chciało mi się spać. Zaczęłam poruszać nerwowo nogą. Nie przestawałam stukać długopisem o blat ławki. Wpatrywałam się zawzięcie w sunący nieśpiesznie sekundnik. Pięć minut… cztery… trzy… dwie… jedna…

Zabrzmiał dzwonek, którego dźwięk popieścił moje uszy. Czym prędzej odsunęłam się wraz z krzesłem od ławki (szurając głośno) i do torby wrzuciłam zeszyt, podręcznik i długopis. Torbę zarzuciłam na ramię. Nie ruszyłam jednak w stronę wyjścia z klasy. Wolałam zaczekać, aż wszyscy tu zgromadzeni wydostaną się na korytarz. Nie chciałam mieszać się z tłumem. Niezbyt lubiłam bliski kontakt z ludźmi. Broniłam mojej strefy społecznej. Sterczałam przy mojej ławce i przyglądałam się, jak uczniowie pokonują kolejno próg klasy. Gdy wyszła ostatnia osoba, podążyłam w stronę drzwi. Rzuciłam nauczycielowi suche „do widzenia”, po czym wyszłam na korytarz. Poczułam nieprzyjemną sensację w okolicach żołądka. Nie znosiłam ludzi. A już na pewno nie w takich ilościach. Cóż, byłam zdecydowanie aspołeczną istotą. Nie miałam koleżanek, nie wspominając już od przyjaciołach. Co ciekawe, nie było mi źle z samotnością. Nie pragnęłam towarzystwa, uwielbiałam trzymać się na uboczu. Nie, najzwyczajniej w świecie nie potrzebowałam przyjaciół. Niestety, większość ludzi, z którymi się stykałam, nie rozumiało tego i uznawano mnie za dziwaczkę. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Co było złego w tym, że chciałam być samotnikiem? Co było niewłaściwego w tym, że podczas szkolnej przerwy wolałam siedzieć pod drzwiami do klasy i wertować książkę, zamiast wraz z resztą dziewczyn obgadywać chłopaków? Nie lubiłam plotkować, co także spotykało się z powszechną dezaprobatą ze strony moich rówieśniczek. Wiem, że z tego powodu wytykano mnie palcami i uważano za chorą psychicznie. Niewiele mnie to jednak obchodziło. Nie powstrzymam ludzi od komentowania. Zresztą, w dużym stopniu mieli rację… Nie byłam do końca normalna. Ale… ale o tym opowiem nieco później.

Chcąc nie chcąc, musiałam wpasować się w tłum. Usiłowałam lawirować między uczniami, uważając, by z nikim się nie zetknąć, choćby na krótką chwilę. Niestety, to było do nie do końca możliwe i raz na jakiś czas musiałam kogoś dotknąć. Podczas kontaktu fizycznego z nieznajomymi czułam na skórze nieprzyjemny dreszcz. Miałam wtedy potrzebę, żeby jak ślimak schować się w swojej skorupce. Cóż, nie miałam jednak skorupki. Musiałam brnąć poprzez tłum, jeśli chciałam wydostać się z budynku. Tak, nie mogłam się tego doczekać.

Zanim opuściłam budynek, zajrzałam do szkolnej szafki, mieszczącej się na parterze. Wrzuciłam do niej niepotrzebne podręczniki i wyjęłam te, które mogły mi się przydać do odrabiania pracy domowej na jutro. Z szafki wyjęłam też mój czarny żakiecik. Niestety, zaczęła się jesień i nie można było już pozwolić sobie na spacery w bluzce z krótkim rękawkiem. Zarzuciłam żakiet na plecy, zapięłam guziczki i zamknęłam na klucz szafkę. Szparkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia.

Kiedy pchnęłam z całych sił ciężkie drzwi szkoły, moją twarz musnął cudownie ciepły promień słońca. Przystanęłam i zmrużyłam oczy, by posmakować przyjaznego, niezbyt jeszcze natrętnego wiatru. Niebo było krystalicznie błękitne, tak rozkosznie czyste, nieskalane najwątlejszym strzępem obłoku, nawet najbardziej delikatnym. Powietrze zachwycało rześkością; czuło się w nim zbliżającą się nieubłaganie jesień. Lubiłam jesień. Miałam bowiem argument, aby z powodu niesprzyjającej aury nie wychodzić z domu (wyłączając obecność na zajęciach). Uwielbiałam długie wieczory. Najchętniej spędzałam je zakopana pod mięciutkim, cieplutkim kocykiem, w dłoniach trzymając rozkosznie gorący kubek kakao. Słuchałam przy tym relaksującej, odprężającej muzyki, czasem czytałam jakąś mądrą książkę… O, tak, to jest to, co samotnicy lubią najbardziej…

Zdałam sobie sprawę, że stoję w drzwiach i uniemożliwiam ludziom wyjście z budynku. Prędko naprawiłam swój błąd, robiąc przejście. Zbiegłam po schodkach i ruszyłam przed siebie. Chciałam znaleźć się jak najdalej od tego wstrętnego miejsca. Na szczęście, mieliśmy czwartek. Niedługo weekend, dwa dni wolności. Muszę jeszcze przetrwać piątek… Ale w weekend nie będzie mnie dla nikogo. Chyba dogodzę swojemu ciału i wezmę długą, gorącą, odprężającą kąpiel. Zdecydowanie przyda mi się taka chwila relaksu. Może zamówię pizzę? Wiedziałam, że mam zdecydowanie zbyt dużo ciała, ale chyba nie utyję dziesięciu kilogramów od średniego placka pizzy? Wielokrotnie usiłowałam schudnąć, ale kapitulowałam po kilku tygodniach. Chyba nie uda mi się odzyskać utraconej sylwetki… Taaak… Gdy byłam w pierwszej klasie, koleżanki zazdrościły mi płaskiego brzucha i zgrabnych nóg. Niestety, to już historia… Przez proszki utyłam ponad trzydzieści kilogramów. I to było dość wyraźnie widać. Kilka razy usiłowałam schudnąć, ale bezskutecznie. Chyba nie miałam innego wyjścia, jak pogodzić się z faktem, że do końca życia pozostanę górą tłuszczu. Musiałam zaakceptować moje wałki. Byłam świadoma, że prawdopodobnie nigdy nie zainteresuje się mną szanujący się chłopak… Ale niezbyt mnie to interesowało. Nie chciałam mieć chłopaka. Dziwne, prawda? To także zdumiewało moje koleżanki i stawało się tematem do zaciętych plotek. Cóż, miałam to w nosie.

Okrywając się ciaśniej żakietem, ruszyłam chodnikiem w dół ulicy, ku olsztyńskiej starówce. Nie zdziwił mnie fakt, że kręci się tu dziś sporo ludzi; pewnie pragnęli skorzystać z ostatnich letnich dni. Otulona żakietem, z torbą na ramieniu, z rękami wciśniętymi w kieszenie dżinsów, szłam, ukradkiem przyglądając się mijającym mnie postaciom. Większość stanowiła młodzież, najpewniej tak jak ja kończąca zajęcia. Bez odrobiny zazdrości zerkałam w stronę paczek przyjaciół. Patrzyłam, jak młodzi ludzie rozmawiają ze sobą, co rusz wybuchając radosnym, szczerym śmiechem. Gestykulowali przy tym zawzięcie, usiłując nadać kształt swoim myślom. Widziałam też zakochane pary. Kobiety i mężczyźni tulili się do siebie, niektóre kobiety trzymały w palcach szkarłatne róże. Nie było tutaj miejsca dla takich samotników jak ja. Nie umiałam wyłowić wzrokiem ludzi bez towarzystwa. No cóż… Nic nie mogłam poradzić na moją duszę autsajdera.

Kiedy tak szłam, szłam, szłam przed siebie, bez wyraźnego celu, kątem oka dostrzegłam otwartą budkę z lodami. Wprawdzie niedawno zaczęła się jesień, to interes kwitł, bo w kolejce do budki stały cztery osoby. Przystanęłam i przyłożyłam palce prawej dłoni do ust. Czy stanie się coś bardzo złego, gdy sprawię radochę moim kubkom smakowym? Nie zastanawiając się dłużej, stanęłam na końcu kolejki.

Nadeszła kolej na mnie. Całkiem przyjemny w odbiorze lodziarz zapytał, na jakie lody mam ochotę. Hm… Przyjrzałam się tablicy, na której widniała lista smaków i cen. Po chwili namysłu wybrałam lody czekoladowe. Lodziarz, obdarzając mnie całkiem sympatycznym uśmieszkiem, przygotował mi lody. Ja tymczasem pogmerałam w torbie, szukając portfela. Zapłaciłam i przejęłam wafelek. Lodziarz szczerze życzył mi pogodnego dnia. W odpowiedzi także się uśmiechnęłam. Z lodami w dłoni ruszyłam dalej.

Lody były wyborne! Delektowałam się nimi, z rozkoszy przymykając powieki. Lody rozpuszczały się prędko, więc czasami przekładałam je do drugiej dłoni, by oblizać klejące się palce.

Zanim się obejrzałam, znalazłam się w centrum olsztyńskiej starówki. Wciąż trzymałam wafelek w palcach; stopniowo, lecz nieubłaganie go ubywało. Przystanęłam, by zlustrować okolicę. W sercu miasta znajdowała się pokaźna fontanna, ulubione miejsce gołębi i małych dzieci. Patrzyłam od niechcenia, jak maluchy wdrapują się na fontannę, usiłując schwytać drobnymi, pulchnymi paluszkami tryskające i pieniące się strumienie wody. Dzieciaki śmiały się przy tym radośnie. Westchnęłam ciężko. Przypomniały mi się odległe czasy, kiedy byłam takim maluchem. Tak, mi też niewiele brakowało do pełni szczęścia… Dlaczego wraz z wiekiem człowiek przestaje cieszyć się drobnymi rzeczami, jak to czynią dzieci? Chyba nigdy nie rozwiążę tej zagadki… Nieco nieprzytomnym wzrokiem gapiłam się na fontannę, jak matki upominają swoje dzieci, by te nie wchodziły do wody.

Skonstatowałam, że stanęłam jak słup soli i gapię się na baraszkujące maluchy. Odtrąciłam czym prędzej od siebie nieprzyjemne myśli i pochłonęłam resztkę wafelka. Oblizałam wargi i otarłam grzbietem dłoni, aby pozbyć się „wąsów”. Mój wzrok napotkał pobliską ławkę, na której nikt nie siedział. Postanowiłam zatrzymać się na niej na chwilę. Przysiadłam na krawędzi, podwijając pod siebie nogi. Pochyliłam się i schowałam głowę między ramionami. Wiedziałam, że moja postawa zdradza mój niepokój i zastraszenie. Każdy, kto zna choćby podstawy psychologii, łatwo mógłby odczytać z mojej mowy ciała lęk i niepewność…

Pogrążona w myślach, obserwowałam gołębie, które zaczęły gromadzić się u moich stóp. Ptaki zrozumiały zapewne, że rzucę im coś do jedzenia. Zerkały ku mnie z nadzieją w oczach. Niestety, nie miałam przy sobie ziarna, ryżu czy kaszy. Pomyślałam, że poczęstuję je moją kanapką, której nie zjadłam podczas przerw w szkole. Otworzyłam więc torbę i wyjęłam kanapkę zawiniętą w papier śniadaniowy. Rozpakowałam zawiniątko i wydostałam z niego bułkę z serem żółtym, lekko przygniecioną pod ciężarem podręczników. Gołębie wyczuły, że szykuje się posiłek, bo zleciało się ich jeszcze więcej. Odłamałam niewielki kawałek bułki i cisnęłam w stronę ptaków. Rzuciły się, jakby nigdy dotąd nie widziały jedzenia. Kiedy pożarły ostatni okruszek, uraczyłam je następnym kawałkiem. Wkrótce ptaki zjadły całe moje drugie śniadanie. Łakomczuchy miały chętkę na więcej, ale rozłożyłam bezradnie ręce i dałam im do zrozumienia, że zjadły już wszystko, co mam. Gołębie pojęły, co mam na myśli, bo niechętnie zaczęły się rozchodzić. Donośne dotąd gruchanie ucichło.

Spędziłam na ławce kolejne pół godziny. Nadstawiałam twarz ku słońcu, które muskało rozkosznie moje policzki. Widziałam różowe wnętrze moich powiek. Oddychałam głęboko, bo powietrze było niezwykle apetyczne. Syciłam nim moje płuca. Czułam, jak powoli odprężam się i relaksuję po ciężkim dniu w szkole. Pomimo kręcących się wokół ludzi, odzyskałam równowagę i spokój. Słonko przygrzewało tak mocno, że zdjęłam z siebie żakiet i przewiesiłam go sobie przez ramię. Kiedy od przedłużającego się bezruchu rozbolało mnie siedzenie, postanowiłam udać się do parku, do którego planowałam się wybrać podczas ślęczenia w szkole. Wstałam więc, przeciągnęłam zastane stawy (aż coś w nich strzyknęło) i skierowałam się ku wejściu do parku.

W parku było cudownie. Drzewa pomału zmieniały swój kolor z zielonego na purpurowo-złoty. Butwiejące liście leżały w nieładzie na chodnikach. Uwielbiałam zapach rozkładu; zaciągałam się nim jak palacz dymem z papierosa. Chodniki były wilgotne, upstrzone drobnymi kałużami po wczorajszym deszczu. Omijałam je, aby nie zamoczyć moich trampek. Z trudem oderwałam wzrok od umykającej spod moich stóp drogi. Stwierdziłam, że w parku znajduje się kilka osób. Przewertowałam wzrokiem miejsce, szukając wolnej ławki. W końcu znalazłam. Ruszyłam ku niej nieśpiesznym, spacerowym krokiem. Wzrok miałam utkwiony w płytach chodnika. Gdy dobrnęłam do ławki, osunęłam się na jej krawędź. Ręce wciąż miałam w kieszeniach spodni. Dopiero teraz, gdy poczułam się w miarę bezpiecznie, znalazłam w sobie odwagę, by przyjrzeć się pozostałym spacerowiczom.

Na samym początku mój wzrok przystanął na zakochanej parze. Dziewczyna siedziała na kolanach chłopaka, ręce miała zarzucone na jego szyję. Zakochani byli najwyraźniej nieświadomi, że w parku jest ktoś jeszcze oprócz nich. Całowali się zawzięcie i bez ceregieli, chłopak uparcie wsuwał głodną dłoń pod sweterek swojej ukochanej. Miałam wrażenie, że lada moment zaczną się rozbierać. Mieli na siebie taką chrapkę, że poczułam, jak mimowolnie się rumienię. Patrzenie na zakochańców deprymowało mnie i onieśmielało. Mogliby mieć nieco więcej taktu i kultury! Hola, nie jesteście tutaj sami! Jeśli macie ochotę na seks, idźcie do domu i tam swawolcie sobie do woli! Są tu ludzie, którzy niekoniecznie chcą przyglądać się waszym umizgom! Cóż, para jednak miała to wszystko w głębokim poważaniu. Ręce chłopaka wędrowały swobodnie po górach i dolinach ciała rozochoconej dziewczyny. Cóż, pewnie ich „związek” nie wytrzyma tygodnia. Mogłabym założyć się o wszystko, że tak nastąpi. Byłam przekonana, że kochają się na pokaz, bo w ich wieku wypada mieć partnera (zakochani mieli na oko nie więcej niż szesnaście lat). Prawdziwe uczucie nie wymaga afiszowania się… Chociaż posiadałam marne doświadczenie w tej branży, to najprawdopodobniej miałam rację.

Posłałam zakochańcom ostatnie zniesmaczone spojrzenie i mój wzrok powędrował ku kolejnej zajętej ławce. Siedziała na niej drobna starowinka. Była tak sucha i pomarszczona, że przypominała do złudzenia śliwkę. Babcia zdawała się nie mieć kontaktu z otoczeniem. Splecione dłonie trzymała na wyschniętym podołku i kiwała się nieznacznie w przód i w tył, podobnie jak przy napadzie choroby sierocej. Dopiero wtedy, gdy przyjrzałam się dokładniej pergaminowym dłoniom, spostrzegłam, że… starowinka modli się na różańcu. Widziałam, jak klepie kolejne zdrowaśki. Wąskie wargi babci poruszały się bezgłośnie. Oczy miała zamknięte, by skupić się na modlitwie. Nie dało się ukryć, że staruszka gorliwie prosi o coś Boga. Co jakiś czas unosiła nieznacznie głowę, choć oczy wciąż miała zamknięte. Wyglądało to tak, jakby zwracała się ze swoimi modlitwami do nieba… Może sądziła, że spogląda w Boże oblicze… Trochę zazdrościłam jej tej gorliwości i wierności wobec Boga. Ja wciąż poszukiwałam… Można było nazwać mnie agnostykiem, gdyż nie byłam ani zagorzałą ateistką, ani zawziętą katoliczką. Niezmiennie szukałam śladów Boga na naszym podłym, nienawistnym świecie… Na świecie, gdzie brat zabija brata. Gdzie toniemy we własnych łzach, gdzie dławimy się swoją krwią…

Postanowiłam zostawić staruszkę sam na sam z Bogiem. Odwróciłam od niej wzrok. W parku były jeszcze dwie osoby, którym się nie przyjrzałam. Zaczęłam od kobiety. Znajdowała się najwyraźniej w średnim wieku, bo nawet z tej pokaźnej odległości widziałam dość głębokie zmarszczki na jej twarzy. Kobieta była ubrana cała na czarno. Nawet włosy miała całkiem czarne, prawdopodobnie farbowane. Kobieta sprawiała wrażenie pogrążonej we własnym świecie. Jej wielkie, niebieskie oczy były utkwione w niewidzialnym punkcie w przestrzeni. Kobieta zdawała się nie mrugać powiekami. Na jej twarzy malowało się coś w rodzaju… przerażenia? Zniesmaczenia? Odrazy? A może… niedowierzania? Ciężko było stwierdzić… Nie potrafiłam rozszyfrować jej stanu emocjonalnego. Nie umiałam odczytać jej myśli. Dawno nie widziałam tak zadziwiającej, lekko przerażającej istoty. Kobieta sprawiała wrażenie, jakby zobaczyła coś, czego najbardziej się w swoim życiu obawiała. Zastygła w bezruchu, nie poruszały się nawet jej kruczoczarne włosy, choć wiał lekki wiatr. Wydawało mi się, że nie oddycha, że jej pierś się nie porusza… Miałam głupią chętkę, by podejść do tej kobiety i machnąć ręką przed jej oczami… Może wtedy ocknęłaby się z tego dziwnego marazmu… Bałam się jednak, że mogę ją tym rozzłościć. Że wyprowadzę ją tym z równowagi. Kto wie, co chodziło jej po głowie? A może kobieta była w żałobie? Może dlatego była ubrana od stóp do głów na czarno? Cóż za dziwny przypadek człowieka…

Z trudem oderwałam wzrok od tajemniczej niewiasty. W parku był jeszcze jeden człowiek, który czekał na moją uwagę. Był nim mężczyzna. Sprawiał wrażenie niezmiernie wysokiego. Miał długie, sięgające łopatek włosy koloru dojrzewającego żyta. Niezbyt wyraźnie widziałam oczy mężczyzny, ale prawdopodobnie były zielone jak szmaragdy. Na wydatnym nosie tkwiły prostokątne okulary w dość grubej oprawie. Mężczyzna miał zachwycającą twarz. Jak już wspomniałam, posiadał lekko haczykowaty nos. Oczy koloru młodej zieleni były migdałowe i otoczone gęstą, długą firanką rzęs. Usta… te usta… Pierwszy raz widziałam tak idealne usta. Malinowe, wydatne, z pewnością bardzo miękkie i wilgotne. Kości policzkowe były wysokie, trójkątna szczęka wyraźnie zarysowana. Tajemniczy osobnik miał na sobie kwiecistą, flanelową koszulę, lekko za luźną. Nogi — długie, smukłe, na pewno twarde — były obleczone spłowiałymi, znoszonymi dżinsami. Mężczyzna miał na stopach czerwone trampki. Pochylał się nad otwartą książką. Sprawiał wrażenie do reszty pochłoniętego lekturą. Osobnik co rusz przekładał kartki; miał smukłe, długie dłonie o zadbanych paznokciach… Czytał, kompletnie odcięty od świata.

To było coś bardzo dziwnego. Stwierdziłam, że przyjemnie patrzy mi się na tego mężczyznę. Było w nim coś, czego nigdy wcześniej nie znałam. Co było mi obce, odległe, nieosiągalne… Zapragnęłam poznać tego enigmatycznego osobnika. Kurczę, przecież on musiał mieć ze czterdzieści lat na karku, widziałam wyraźnie kurze łapki w zewnętrznych kącikach oczu… Nie, nie, to ogromna pomyłka. Popatrzyłam jeszcze przez chwilę na przystojniaka, po czym odwróciłam wzrok i skupiłam go na moich paznokciach. Stwierdziłam, że moje paznokietki nie są tak zadbane, jak u tego mężczyzny… Lubiłam obgryzać skórki, przez co miałam wokół paznokci drobne ranki. Był to nałóg, z którym nie potrafiłam walczyć. To było silniejsze ode mnie, tak jak wszystkie uzależnienia…

Samotne przesiadywanie na ławce zaczęło mi się nudzić. Postanowiłam poczytać podręcznik od języka polskiego, bo jutro czekała mnie ciężka klasówka. Pogmerałam w torbie i wydostałam z niej książkę. Otworzyłam ją, wsparłam o kolana, po czym zaczęłam wkuwać.

Rozdział drugi

Wkuwałam, wkuwałam, wkuwałam… I wkuwałabym zapewne dalej, gdyby nie…

— Jak to możliwe, że tak urocza istota spędza czas samotnie?

Gwałtownie oderwałam wzrok od książki i spojrzałam w górę. Podręcznik zsunął mi się z kolan i spoczął na chodniku. Nie przejęłam się faktem, że wpadł do kałuży.

To on… mężczyzna od książki. Górował nade mną, w prawej ręce trzymał zamkniętą powieść. Mężczyzna uśmiechał się. A ten uśmiech… No cóż, nigdy dotąd nie widziałam ładniejszego. Zęby były równe, białe i mocne. Spostrzegłam, że gdy facet szczerzył zęby, w jego policzkach pojawiały się rozkoszne dołki. Znalazł się na tyle blisko, że zauważyłam, iż jego trójkątną szczękę pokrywa delikatny zarost…

— Jestem Wojtek — kontynuował osobnik, wyciągając ku mnie ramię. Głos miał krystalicznie czysty, melodyjny i dźwięczny. — I ponawiam moje pytanie.

Nie miałam pojęcia, co powiedzieć i jak zareagować… Podniosłam niepewnie ramię i podałam wątłe, drżące palce Wojtkowi. Jego dłoń była o wiele większa od mojej, co bardzo mi odpowiadało. Powlekająca palce skóra była ciepła, miękka i gładka w dotyku. Uścisnął moją rękę dość mocno, co prawdopodobnie było dowodem na to, że mężczyzna jest pewny siebie.

— Ekhem… Ja… — Nie potrafiłam wydobyć z gardła konkretnego, sensownego słowa. — Jestem Majka. I… bardzo mi miło pana poznać. — Miałam wrażenie, że zapomniałam o oddychaniu.

— Mnie również — odparł Wojtek, nie przestając prezentować swojego nienagannego uzębienia. — Lecz żaden ze mnie pan. Proszę, mów mi po imieniu.

Cofnęłam rękę, która opadła nieco bezwładnie na moje kolana. Dotarło do mnie, że mój podręcznik od polskiego leży w kałuży obok ławki. Schyliłam się i podniosłam go. Znajdował się w opłakanym stanie, wszystkie kartki były mokre.

— Mój biedny podręcznik — wydukałam z żalem. — Jak ja nauczę się teraz na jutrzejszą klasówkę? — Potrząsnęłam książką, lecz bałam się, że już nie da się z niej korzystać. Otrzepałam ją mniej więcej z brudnej wody i schowałam do torby.

— Och, nie martw się, to nic wielkiego — uspokoił mnie Wojtek, machając ręką na znak, że mówimy o czymś błahym i nic nieznaczącym. — Kupi się nowy. Pomyśl, że zamiast podręcznika mogłaś upuścić do tej kałuży serce… Hm, pozwolisz mi przycupnąć u swojego boku? Czy mam sobie pójść?

Kiedy patrzyłam na pogodną, roześmianą twarz Wojtka, życie stawało się prostsze… Dlaczego?

— Och, nie! — krzyknęłam, nieco za głośno. — Siadaj, proszę… To znaczy… Nie krępuj się.

Wojtek usiadł zgrabnie. Jasnowłosa głowa mężczyzny górowała nade mną — nie pomyliłam się w przypuszczeniach, że jest o wiele ode mnie wyższy. Gdy jego powleczone błękitnym dżinsem udo znalazło się niepokojąco blisko mojego, poczułam dreszcz… Tym razem nie był to jednak dreszcz nieprzyjemny, który zazwyczaj towarzyszył mi przy bliższym kontakcie z ludźmi. Po raz kolejny dzisiejszego dnia nie miałam pojęcia, dlaczego tak jest… Gdy powiał delikatny wiaterek, poczułam wyraźnie zapach Wojtka. Tchnęło od niego jakąś drogą wodą kolońską, świeżością i… mężczyzną. Ta trzecia woń była mi kompletnie nieznana.

Na moment zapadła głucha cisza, której nie potrafiliśmy zburzyć. Aby zrobić coś ze swoim spojrzeniem, utkwiłam wzrok w moich dłoniach, spoczywających na podołku. Szukałam gorliwie wśród myśli jakiegoś ciekawego tematu do rozmowy. Niestety, żaden nie przychodził mi do głowy, bo wciąż milczałam, nie mając pojęcia, co powiedzieć… Jaką luźną dyskusję zainicjować…

Wreszcie wpadłam na pewien pomysł…

— Co czytasz? — zagaiłam, zwracając ciało ku mężczyźnie. Przypadkowo musnęłam kolanem jego kolano. W miejscu, gdzie zetknęły się nasze ciała, poczułam mrowienie. Całkiem miłe, trzeba przyznać.

Wojtek podsunął mi pod nos książkę, którą czytał niedawno na swojej ławce. Ze zdumieniem skonstatowałam, że mężczyzna wertuje… „Zbrodnię i karę”.

Poczułam, że brakuje mi słów. Nie mogłam uwierzyć, że ktoś czyta Dostojewskiego z własnej, nieprzymuszonej woli… Myślałam, że to tylko lektura, do której zmusza się młodzież w szkole. A więc nie byłam na tym globie całkiem sama, jeśli chodzi o literackie podobania.

Wojtek wyczuł najwyraźniej mój nastrój, bo po raz kolejny machnął ramieniem tak, jakby usiłować pozbyć się jakiejś bardzo natrętnej muchy.

— To nic wielkiego — stwierdził z radością. — Lubię poczytać sobie coś, przy czym trzeba skorzystać z mózgu… Rozumiem, że ty także lubisz trudną literaturę? Zdradza cię wyraz twarzy…

Poczułam niezwykły przypływ sympatii wobec tego człowieka…

— Nic nie umknie twojej uwadze — odparłam. Mój głos nie trząsł się już tak bardzo, jak na samym początku. Choć serce waliło jak oszalałe, odzyskałam zdolność swobodnego oddychania… Czułam ciepło bijące od boku Wojtka.

— Dziękuję — odpowiedział, leciutko poważniejąc. Jego szmaragdowe oczy biegały po mojej twarzy, jakby usiłowały dostrzec to, o czym właśnie myślę, co czuję. — Przyznam nieco nieskromnie, że lubię analizować ludzi. To bardzo zajmujące, absorbujące zajęcie. Ludzie są tak barwni i odmienni!

Pytanie, które zadałam Wojtkowi, usilnie cisnęło mi się na usta od samego początku:

— Dlaczego do mnie podszedłeś?

Wojtek, o dziwo, zamilkł gwałtownie. Spuścił głowę, a rozpuszczone, długie włosy spłynęły mu na twarz. Nie mogłam dostrzec jej wyrazu, bo zasłoniła je złocista kotara.

— Wyczułem, że mi się przyglądasz — powiedział wreszcie. Miałam wrażenie, że czyni to ze znacznym trudem. — Tylko udawałem, że czytam. Zauważyłem cię, gdy tylko pojawiłaś się w parku. Jest w tobie coś… Coś, co mnie niezmiernie zaintrygowało. Masz w sobie taki ból… Wielkie cierpienie, przed którym stale uciekasz.

Opadła mi szczęka. Czułam, jak mimowolnie otwiera mi się buzia, a oczy zaokrąglają do wielkości spodków. Ten człowiek mówił tak pięknie… Czyżby był artystą?

— Nie, nic z tych rzeczy — stwierdził Wojtek, najwyraźniej odpowiadając myślom, błąkającym się po mojej głowie. — Lubię dobre książki, przepadam za poezją, ale… nie ma we mnie nic z artysty. Jestem sobie tylko zwykłym kardiologiem. Leczę ludzkie serca, nawet te najbardziej chore. To trudna praca, uwierz mi. Czy twoje serce wymaga pomocy, Maju?

Zaniemówiłam po raz kolejny. Co tutaj robi ten zachwycający, piękny człowiek?

Wojtek podniósł ramię i odgarnął swoje płowe pasma za ucho. Znów zobaczyłam jego oblicze. Przykrywał je półcień żalu. Tak jakby Wojtek mówił o czymś bardzo dla siebie trudnym…

Cóż miałam powiedzieć? Nie umiałam wysławiać się tak pięknie, z takim polotem…

— Wydaje mi się, że bardzo — wybełkotałam, lecz po chwili pożałowałam swojej odpowiedzi. Wyobraziłam sobie Wojtka w lekarskim fartuchu… Ne mogłam uwierzyć, że taki rockowiec może być jednocześnie lekarzem.

— Jeśli zechcesz, z przyjemnością się nim zaopiekuję.

Wojtek spojrzał mi prosto w oczy. Po raz pierwszy widziałam jego zielone tęczówki z tak bliska. Nie pomyliłam się twierdząc, że Wojtek przekroczył czterdziestkę. Zmarszczki jednak dodawały mu urody i męskości. Tak, lubiłam starszych mężczyzn…

— Ale ja nie mam pieniędzy na prywatną konsultację. — Westchnęłam, miętosząc w palcach rąbek mojego sweterka.

Chciałam dodać coś więcej, ale w ostatniej chwili zasznurowałam usta.

Zachłannie spoglądałam w oczy Wojtka. W oczy hipnotyzujące swoją krystaliczną zielenią. Nigdy dotąd nie widziałam takiego koloru tęczówek. Kiedy mężczyzna mi się przypatrywał, dostrzegałam w nich pozłacane, figlarne iskierki, odzwierciedlające pozytywny stan ducha. Pomyślałam, że… że mogłam patrzeć na nie częściej. Zagryzłam wargi, próbując zrozumieć, co się ze mną dzieje. Nie pamiętałam, żebym kiedykolwiek reagowała tak na drugiego człowieka. A już na pewno nie na płeć przeciwną… To było świeże, niespotykane u mnie doznanie.

— Coś cię trapi? — zainteresował się Wojtek. Spojrzał na mnie z ukosa, znad prostokątnych okularów. Mężczyzna wyglądał zabawnie, przekrzywiając głowę w ten właśnie sposób. — Widzę, że przygryzasz wargi. To niedobry znak, znam to z autopsji.

O rety. Nic nie umknie jego uwadze…

Cóż miałam powiedzieć? Chyba tylko prawdę.

— Ja… — zaczęłam nieporadnie mamrotać. — Boję się ludzi. Unikam ich, jak tylko mogę. Ty… ty jesteś inny. Ja… przy tobie czuję się dobrze. Och, przepraszam. — Odwróciłam się, by Wojtek nie mógł dostrzec krwistego rumieńca, który z pewnością pojawił się na moich policzkach.

Wojtek mocniej przekrzywił głowę, co uczyniło go jeszcze bardziej sympatycznym.

— Nie masz za co przepraszać — rzekł, a jego głos był słodki jak miód. — Wybacz mi, że to powiem, ale nie da się ukryć, że się izolujesz. Dlaczego taka cudowna istota ma w sobie tyle lęków i obaw?

Odparłam niemal natychmiast.

— Nie znasz mnie. Nie wiesz, kim jestem. Pewnie zmieniłbyś o mnie zdanie, gdybyś mnie poznał.

O rety, rety, rety. To u mnie niespotykane. Uzewnętrzniam się przed kimś kompletnie nieznajomym? Czy uczyniłabym podobnie, gdyby na ławce obok mnie siedziała kobieta?

Wojtek znienacka sposępniał. Jego wysokie czoło przecięły poziome zmarszczki.

— Maju, żyję od dość dawna i wiele w życiu doświadczyłem. — Jego głos nagle stał się niski i chłodny. — Kolejna niespodzianka do kolekcji nie zrobi na mnie wrażenia. Ale… — Westchnął. Zdjął na chwilę okulary, by przeciągnąć dłonią po twarzy. — Jestem dla ciebie obcym człowiekiem i masz prawo się mnie bać. Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała ze mną rozmawiać.

O nie, nie. Nie chciałam, aby Wojtek sobie poszedł. Absolutnie.

— Proszę, zostań — wyszeptałam. Ponownie zanurzyłam się w zielonych otchłaniach oczu mojego towarzysza. Co w nich takiego było, że postanowiłam wpuścić go do mojego wewnętrznego, hermetycznego świata?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 41.33