W stronę serca

Bezpłatny fragment - W stronę serca

Romans
Proza współczesna
Erotyka
Polski
Książka usunięta z publikacji
Objętość:
294 str.
ISBN:
978-83-8245-123-8

Rozdział pierwszy

Nie mogłam doczekać się końca zajęć. Czas dłużył się niemiłosiernie. Stukałam nerwowo końcówką długopisu w otwarty zeszyt; już nawet nie chciało mi się udawać, że sporządzam notatki z tego, co mówił nauczyciel. Mój wzrok co rusz wędrował w stronę ściennego zegara. Wpatrywałam się w niego usilnie, jakby miało to przyśpieszyć upływ czasu. Śledziłam spojrzeniem ruch długiej wskazówki, jakbym chciała zmusić ją, by poruszała się szybciej. Kiedy moje wysiłki nie dawały rezultatu, odwracałam głowę w stronę okna. Wzdychałam głęboko, gdy konstatowałam, że jest piękna, słoneczna pogoda. Najwyraźniej mieliśmy babie lato, prawdopodobnie ostatnie w tym roku. Tak bardzo chciałam nacieszyć się sprzyjającą aurą! Niestety, byłam zmuszona ślęczeć tutaj i udawać zainteresowanie bełkotem faceta od historii. Nie znosiłam tego przedmiotu. Uważałam, że nie jest do niczego potrzebny w prawdziwym życiu. Sądziłam podobnie nie tylko o historii. Za totalną pomyłkę uznawałam także matematykę. Do czego przydadzą mi się te wszystkie skomplikowane obliczenia? W czym pomoże mi umiejętność całkowania, potęgowania bądź obliczania sinusa? Na pewno nie uczynią mnie szczęśliwszą. Na pewno nie pomogą w odnalezieniu właściwej życiowej drogi. Na pewno nie sprawią, iż nauczę się żyć. No cóż… Nie miałam jednak wyjścia, musiałam siedzieć na tym drewnianym, niewygodnym krześle, przy ławce zdecydowanie niedopasowanej do mojego wzrostu, i usiłować nie zasnąć z nudy. Miałam w nosie to, że nauczyciel prawdopodobnie zauważył, że przysypiam. Nie przejmowałam się tym. Pragnęłam jak najszybciej opuścić klasę. Wyjść na dwór. Odetchnąć świeżym, pachnącym słońcem powietrzem. Chciałam zaznać spokoju i ukojenia. Marzyłam, aby wstąpić do pobliskiego parku i skorzystać z sprzyjającej pogody.

Jako że czas brnął wolniej niż ślimak, od niechcenia rozejrzałam się po klasie. Chyba nie tylko ja byłam znudzona wywodem nauczyciela. Widziałam, jak kilka głów, podobnie jak moja, zwróconych było w stronę niebieskiego kwadratu, jakim było okno. Część uczniów robiła jednak zawzięcie notatki. Pochylali się tak nisko nad zeszytami, że prawie dotykali kartki nosem. Długopis w ich dłoniach śmigał od lewego do prawego marginesu. Westchnęłam cicho i niezauważalnie pokręciłam głową z dezaprobatą. Gdyby nie naciski mojej mamy, na pewno nie byłoby mnie tutaj. Niestety, rodzicielka kazała mi się kształcić. Aby zmotywować mnie do nauki, opłacała co miesiąc czynsz za moją kawalerkę i robiła zakupy. Oferta była bardzo interesująca, więc każdego ranka, pięć dni w tygodniu, wydostawałam się z mojego ukochanego łóżka i toczyłam na zajęcia. Uczyłam się w miarę dobrze. Wystarczająco, aby zaspokoić oczekiwania mojej mamy. Cóż, rodzicielka prawdopodobnie chciała, abym zdobyła poważany zawód, bo sama nie ukończyła studiów.

Łypnęłam w stronę zegara. Zostało sześć minut do dzwonka. Nauczyciel wciąż snuł swój niezbyt zajmujący wywód. W dodatku przemawiał tak jednostajnie, bez pasji, że sam ton jego głosu sprawiał, że chciało mi się spać. Zaczęłam poruszać nerwowo nogą. Nie przestawałam stukać długopisem o blat ławki. Wpatrywałam się zawzięcie w sunący nieśpiesznie sekundnik. Pięć minut… cztery… trzy… dwie… jedna…

Zabrzmiał dzwonek, którego dźwięk popieścił moje uszy. Czym prędzej odsunęłam się wraz z krzesłem od ławki (szurając głośno) i do torby wrzuciłam zeszyt, podręcznik i długopis. Torbę zarzuciłam na ramię. Nie ruszyłam jednak w stronę wyjścia z klasy. Wolałam zaczekać, aż wszyscy tu zgromadzeni wydostaną się na korytarz. Nie chciałam mieszać się z tłumem. Niezbyt lubiłam bliski kontakt z ludźmi. Broniłam mojej strefy społecznej. Sterczałam przy mojej ławce i przyglądałam się, jak uczniowie pokonują kolejno próg klasy. Gdy wyszła ostatnia osoba, podążyłam w stronę drzwi. Rzuciłam nauczycielowi suche „do widzenia”, po czym wyszłam na korytarz. Poczułam nieprzyjemną sensację w okolicach żołądka. Nie znosiłam ludzi. A już na pewno nie w takich ilościach. Cóż, byłam zdecydowanie aspołeczną istotą. Nie miałam koleżanek, nie wspominając już od przyjaciołach. Co ciekawe, nie było mi źle z samotnością. Nie pragnęłam towarzystwa, uwielbiałam trzymać się na uboczu. Nie, najzwyczajniej w świecie nie potrzebowałam przyjaciół. Niestety, większość ludzi, z którymi się stykałam, nie rozumiało tego i uznawano mnie za dziwaczkę. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Co było złego w tym, że chciałam być samotnikiem? Co było niewłaściwego w tym, że podczas szkolnej przerwy wolałam siedzieć pod drzwiami do klasy i wertować książkę, zamiast wraz z resztą dziewczyn obgadywać chłopaków? Nie lubiłam plotkować, co także spotykało się z powszechną dezaprobatą ze strony moich rówieśniczek. Wiem, że z tego powodu wytykano mnie palcami i uważano za chorą psychicznie. Niewiele mnie to jednak obchodziło. Nie powstrzymam ludzi od komentowania. Zresztą, w dużym stopniu mieli rację… Nie byłam do końca normalna. Ale… ale o tym opowiem nieco później.

Chcąc nie chcąc, musiałam wpasować się w tłum. Usiłowałam lawirować między uczniami, uważając, by z nikim się nie zetknąć, choćby na krótką chwilę. Niestety, to było do nie do końca możliwe i raz na jakiś czas musiałam kogoś dotknąć. Podczas kontaktu fizycznego z nieznajomymi czułam na skórze nieprzyjemny dreszcz. Miałam wtedy potrzebę, żeby jak ślimak schować się w swojej skorupce. Cóż, nie miałam jednak skorupki. Musiałam brnąć poprzez tłum, jeśli chciałam wydostać się z budynku. Tak, nie mogłam się tego doczekać.

Zanim opuściłam budynek, zajrzałam do szkolnej szafki, mieszczącej się na parterze. Wrzuciłam do niej niepotrzebne podręczniki i wyjęłam te, które mogły mi się przydać do odrabiania pracy domowej na jutro. Z szafki wyjęłam też mój czarny żakiecik. Niestety, zaczęła się jesień i nie można było już pozwolić sobie na spacery w bluzce z krótkim rękawkiem. Zarzuciłam żakiet na plecy, zapięłam guziczki i zamknęłam na klucz szafkę. Szparkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia.

Kiedy pchnęłam z całych sił ciężkie drzwi szkoły, moją twarz musnął cudownie ciepły promień słońca. Przystanęłam i zmrużyłam oczy, by posmakować przyjaznego, niezbyt jeszcze natrętnego wiatru. Niebo było krystalicznie błękitne, tak rozkosznie czyste, nieskalane najwątlejszym strzępem obłoku, nawet najbardziej delikatnym. Powietrze zachwycało rześkością; czuło się w nim zbliżającą się nieubłaganie jesień. Lubiłam jesień. Miałam bowiem argument, aby z powodu niesprzyjającej aury nie wychodzić z domu (wyłączając obecność na zajęciach). Uwielbiałam długie wieczory. Najchętniej spędzałam je zakopana pod mięciutkim, cieplutkim kocykiem, w dłoniach trzymając rozkosznie gorący kubek kakao. Słuchałam przy tym relaksującej, odprężającej muzyki, czasem czytałam jakąś mądrą książkę… O, tak, to jest to, co samotnicy lubią najbardziej…

Zdałam sobie sprawę, że stoję w drzwiach i uniemożliwiam ludziom wyjście z budynku. Prędko naprawiłam swój błąd, robiąc przejście. Zbiegłam po schodkach i ruszyłam przed siebie. Chciałam znaleźć się jak najdalej od tego wstrętnego miejsca. Na szczęście, mieliśmy czwartek. Niedługo weekend, dwa dni wolności. Muszę jeszcze przetrwać piątek… Ale w weekend nie będzie mnie dla nikogo. Chyba dogodzę swojemu ciału i wezmę długą, gorącą, odprężającą kąpiel. Zdecydowanie przyda mi się taka chwila relaksu. Może zamówię pizzę? Wiedziałam, że mam zdecydowanie zbyt dużo ciała, ale chyba nie utyję dziesięciu kilogramów od średniego placka pizzy? Wielokrotnie usiłowałam schudnąć, ale kapitulowałam po kilku tygodniach. Chyba nie uda mi się odzyskać utraconej sylwetki… Taaak… Gdy byłam w pierwszej klasie, koleżanki zazdrościły mi płaskiego brzucha i zgrabnych nóg. Niestety, to już historia… Przez proszki utyłam ponad trzydzieści kilogramów. I to było dość wyraźnie widać. Kilka razy usiłowałam schudnąć, ale bezskutecznie. Chyba nie miałam innego wyjścia, jak pogodzić się z faktem, że do końca życia pozostanę górą tłuszczu. Musiałam zaakceptować moje wałki. Byłam świadoma, że prawdopodobnie nigdy nie zainteresuje się mną szanujący się chłopak… Ale niezbyt mnie to interesowało. Nie chciałam mieć chłopaka. Dziwne, prawda? To także zdumiewało moje koleżanki i stawało się tematem do zaciętych plotek. Cóż, miałam to w nosie.

Okrywając się ciaśniej żakietem, ruszyłam chodnikiem w dół ulicy, ku olsztyńskiej starówce. Nie zdziwił mnie fakt, że kręci się tu dziś sporo ludzi; pewnie pragnęli skorzystać z ostatnich letnich dni. Otulona żakietem, z torbą na ramieniu, z rękami wciśniętymi w kieszenie dżinsów, szłam, ukradkiem przyglądając się mijającym mnie postaciom. Większość stanowiła młodzież, najpewniej tak jak ja kończąca zajęcia. Bez odrobiny zazdrości zerkałam w stronę paczek przyjaciół. Patrzyłam, jak młodzi ludzie rozmawiają ze sobą, co rusz wybuchając radosnym, szczerym śmiechem. Gestykulowali przy tym zawzięcie, usiłując nadać kształt swoim myślom. Widziałam też zakochane pary. Kobiety i mężczyźni tulili się do siebie, niektóre kobiety trzymały w palcach szkarłatne róże. Nie było tutaj miejsca dla takich samotników jak ja. Nie umiałam wyłowić wzrokiem ludzi bez towarzystwa. No cóż… Nic nie mogłam poradzić na moją duszę autsajdera.

Kiedy tak szłam, szłam, szłam przed siebie, bez wyraźnego celu, kątem oka dostrzegłam otwartą budkę z lodami. Wprawdzie niedawno zaczęła się jesień, to interes kwitł, bo w kolejce do budki stały cztery osoby. Przystanęłam i przyłożyłam palce prawej dłoni do ust. Czy stanie się coś bardzo złego, gdy sprawię radochę moim kubkom smakowym? Nie zastanawiając się dłużej, stanęłam na końcu kolejki.

Nadeszła kolej na mnie. Całkiem przyjemny w odbiorze lodziarz zapytał, na jakie lody mam ochotę. Hm… Przyjrzałam się tablicy, na której widniała lista smaków i cen. Po chwili namysłu wybrałam lody czekoladowe. Lodziarz, obdarzając mnie całkiem sympatycznym uśmieszkiem, przygotował mi lody. Ja tymczasem pogmerałam w torbie, szukając portfela. Zapłaciłam i przejęłam wafelek. Lodziarz szczerze życzył mi pogodnego dnia. W odpowiedzi także się uśmiechnęłam. Z lodami w dłoni ruszyłam dalej.

Lody były wyborne! Delektowałam się nimi, z rozkoszy przymykając powieki. Lody rozpuszczały się prędko, więc czasami przekładałam je do drugiej dłoni, by oblizać klejące się palce.

Zanim się obejrzałam, znalazłam się w centrum olsztyńskiej starówki. Wciąż trzymałam wafelek w palcach; stopniowo, lecz nieubłaganie go ubywało. Przystanęłam, by zlustrować okolicę. W sercu miasta znajdowała się pokaźna fontanna, ulubione miejsce gołębi i małych dzieci. Patrzyłam od niechcenia, jak maluchy wdrapują się na fontannę, usiłując schwytać drobnymi, pulchnymi paluszkami tryskające i pieniące się strumienie wody. Dzieciaki śmiały się przy tym radośnie. Westchnęłam ciężko. Przypomniały mi się odległe czasy, kiedy byłam takim maluchem. Tak, mi też niewiele brakowało do pełni szczęścia… Dlaczego wraz z wiekiem człowiek przestaje cieszyć się drobnymi rzeczami, jak to czynią dzieci? Chyba nigdy nie rozwiążę tej zagadki… Nieco nieprzytomnym wzrokiem gapiłam się na fontannę, jak matki upominają swoje dzieci, by te nie wchodziły do wody.

Skonstatowałam, że stanęłam jak słup soli i gapię się na baraszkujące maluchy. Odtrąciłam czym prędzej od siebie nieprzyjemne myśli i pochłonęłam resztkę wafelka. Oblizałam wargi i otarłam grzbietem dłoni, aby pozbyć się „wąsów”. Mój wzrok napotkał pobliską ławkę, na której nikt nie siedział. Postanowiłam zatrzymać się na niej na chwilę. Przysiadłam na krawędzi, podwijając pod siebie nogi. Pochyliłam się i schowałam głowę między ramionami. Wiedziałam, że moja postawa zdradza mój niepokój i zastraszenie. Każdy, kto zna choćby podstawy psychologii, łatwo mógłby odczytać z mojej mowy ciała lęk i niepewność…

Pogrążona w myślach, obserwowałam gołębie, które zaczęły gromadzić się u moich stóp. Ptaki zrozumiały zapewne, że rzucę im coś do jedzenia. Zerkały ku mnie z nadzieją w oczach. Niestety, nie miałam przy sobie ziarna, ryżu czy kaszy. Pomyślałam, że poczęstuję je moją kanapką, której nie zjadłam podczas przerw w szkole. Otworzyłam więc torbę i wyjęłam kanapkę zawiniętą w papier śniadaniowy. Rozpakowałam zawiniątko i wydostałam z niego bułkę z serem żółtym, lekko przygniecioną pod ciężarem podręczników. Gołębie wyczuły, że szykuje się posiłek, bo zleciało się ich jeszcze więcej. Odłamałam niewielki kawałek bułki i cisnęłam w stronę ptaków. Rzuciły się, jakby nigdy dotąd nie widziały jedzenia. Kiedy pożarły ostatni okruszek, uraczyłam je następnym kawałkiem. Wkrótce ptaki zjadły całe moje drugie śniadanie. Łakomczuchy miały chętkę na więcej, ale rozłożyłam bezradnie ręce i dałam im do zrozumienia, że zjadły już wszystko, co mam. Gołębie pojęły, co mam na myśli, bo niechętnie zaczęły się rozchodzić. Donośne dotąd gruchanie ucichło.

Spędziłam na ławce kolejne pół godziny. Nadstawiałam twarz ku słońcu, które muskało rozkosznie moje policzki. Widziałam różowe wnętrze moich powiek. Oddychałam głęboko, bo powietrze było niezwykle apetyczne. Syciłam nim moje płuca. Czułam, jak powoli odprężam się i relaksuję po ciężkim dniu w szkole. Pomimo kręcących się wokół ludzi, odzyskałam równowagę i spokój. Słonko przygrzewało tak mocno, że zdjęłam z siebie żakiet i przewiesiłam go sobie przez ramię. Kiedy od przedłużającego się bezruchu rozbolało mnie siedzenie, postanowiłam udać się do parku, do którego planowałam się wybrać podczas ślęczenia w szkole. Wstałam więc, przeciągnęłam zastane stawy (aż coś w nich strzyknęło) i skierowałam się ku wejściu do parku.

W parku było cudownie. Drzewa pomału zmieniały swój kolor z zielonego na purpurowo-złoty. Butwiejące liście leżały w nieładzie na chodnikach. Uwielbiałam zapach rozkładu; zaciągałam się nim jak palacz dymem z papierosa. Chodniki były wilgotne, upstrzone drobnymi kałużami po wczorajszym deszczu. Omijałam je, aby nie zamoczyć moich trampek. Z trudem oderwałam wzrok od umykającej spod moich stóp drogi. Stwierdziłam, że w parku znajduje się kilka osób. Przewertowałam wzrokiem miejsce, szukając wolnej ławki. W końcu znalazłam. Ruszyłam ku niej nieśpiesznym, spacerowym krokiem. Wzrok miałam utkwiony w płytach chodnika. Gdy dobrnęłam do ławki, osunęłam się na jej krawędź. Ręce wciąż miałam w kieszeniach spodni. Dopiero teraz, gdy poczułam się w miarę bezpiecznie, znalazłam w sobie odwagę, by przyjrzeć się pozostałym spacerowiczom.

Na samym początku mój wzrok przystanął na zakochanej parze. Dziewczyna siedziała na kolanach chłopaka, ręce miała zarzucone na jego szyję. Zakochani byli najwyraźniej nieświadomi, że w parku jest ktoś jeszcze oprócz nich. Całowali się zawzięcie i bez ceregieli, chłopak uparcie wsuwał głodną dłoń pod sweterek swojej ukochanej. Miałam wrażenie, że lada moment zaczną się rozbierać. Mieli na siebie taką chrapkę, że poczułam, jak mimowolnie się rumienię. Patrzenie na zakochańców deprymowało mnie i onieśmielało. Mogliby mieć nieco więcej taktu i kultury! Hola, nie jesteście tutaj sami! Jeśli macie ochotę na seks, idźcie do domu i tam swawolcie sobie do woli! Są tu ludzie, którzy niekoniecznie chcą przyglądać się waszym umizgom! Cóż, para jednak miała to wszystko w głębokim poważaniu. Ręce chłopaka wędrowały swobodnie po górach i dolinach ciała rozochoconej dziewczyny. Cóż, pewnie ich „związek” nie wytrzyma tygodnia. Mogłabym założyć się o wszystko, że tak nastąpi. Byłam przekonana, że kochają się na pokaz, bo w ich wieku wypada mieć partnera (zakochani mieli na oko nie więcej niż szesnaście lat). Prawdziwe uczucie nie wymaga afiszowania się… Chociaż posiadałam marne doświadczenie w tej branży, to najprawdopodobniej miałam rację.

Posłałam zakochańcom ostatnie zniesmaczone spojrzenie i mój wzrok powędrował ku kolejnej zajętej ławce. Siedziała na niej drobna starowinka. Była tak sucha i pomarszczona, że przypominała do złudzenia śliwkę. Babcia zdawała się nie mieć kontaktu z otoczeniem. Splecione dłonie trzymała na wyschniętym podołku i kiwała się nieznacznie w przód i w tył, podobnie jak przy napadzie choroby sierocej. Dopiero wtedy, gdy przyjrzałam się dokładniej pergaminowym dłoniom, spostrzegłam, że… starowinka modli się na różańcu. Widziałam, jak klepie kolejne zdrowaśki. Wąskie wargi babci poruszały się bezgłośnie. Oczy miała zamknięte, by skupić się na modlitwie. Nie dało się ukryć, że staruszka gorliwie prosi o coś Boga. Co jakiś czas unosiła nieznacznie głowę, choć oczy wciąż miała zamknięte. Wyglądało to tak, jakby zwracała się ze swoimi modlitwami do nieba… Może sądziła, że spogląda w Boże oblicze… Trochę zazdrościłam jej tej gorliwości i wierności wobec Boga. Ja wciąż poszukiwałam… Można było nazwać mnie agnostykiem, gdyż nie byłam ani zagorzałą ateistką, ani zawziętą katoliczką. Niezmiennie szukałam śladów Boga na naszym podłym, nienawistnym świecie… Na świecie, gdzie brat zabija brata. Gdzie toniemy we własnych łzach, gdzie dławimy się swoją krwią…

Postanowiłam zostawić staruszkę sam na sam z Bogiem. Odwróciłam od niej wzrok. W parku były jeszcze dwie osoby, którym się nie przyjrzałam. Zaczęłam od kobiety. Znajdowała się najwyraźniej w średnim wieku, bo nawet z tej pokaźnej odległości widziałam dość głębokie zmarszczki na jej twarzy. Kobieta była ubrana cała na czarno. Nawet włosy miała całkiem czarne, prawdopodobnie farbowane. Kobieta sprawiała wrażenie pogrążonej we własnym świecie. Jej wielkie, niebieskie oczy były utkwione w niewidzialnym punkcie w przestrzeni. Kobieta zdawała się nie mrugać powiekami. Na jej twarzy malowało się coś w rodzaju… przerażenia? Zniesmaczenia? Odrazy? A może… niedowierzania? Ciężko było stwierdzić… Nie potrafiłam rozszyfrować jej stanu emocjonalnego. Nie umiałam odczytać jej myśli. Dawno nie widziałam tak zadziwiającej, lekko przerażającej istoty. Kobieta sprawiała wrażenie, jakby zobaczyła coś, czego najbardziej się w swoim życiu obawiała. Zastygła w bezruchu, nie poruszały się nawet jej kruczoczarne włosy, choć wiał lekki wiatr. Wydawało mi się, że nie oddycha, że jej pierś się nie porusza… Miałam głupią chętkę, by podejść do tej kobiety i machnąć ręką przed jej oczami… Może wtedy ocknęłaby się z tego dziwnego marazmu… Bałam się jednak, że mogę ją tym rozzłościć. Że wyprowadzę ją tym z równowagi. Kto wie, co chodziło jej po głowie? A może kobieta była w żałobie? Może dlatego była ubrana od stóp do głów na czarno? Cóż za dziwny przypadek człowieka…

Z trudem oderwałam wzrok od tajemniczej niewiasty. W parku był jeszcze jeden człowiek, który czekał na moją uwagę. Był nim mężczyzna. Sprawiał wrażenie niezmiernie wysokiego. Miał długie, sięgające łopatek włosy koloru dojrzewającego żyta. Niezbyt wyraźnie widziałam oczy mężczyzny, ale prawdopodobnie były zielone jak szmaragdy. Na wydatnym nosie tkwiły prostokątne okulary w dość grubej oprawie. Mężczyzna miał zachwycającą twarz. Jak już wspomniałam, posiadał lekko haczykowaty nos. Oczy koloru młodej zieleni były migdałowe i otoczone gęstą, długą firanką rzęs. Usta… te usta… Pierwszy raz widziałam tak idealne usta. Malinowe, wydatne, z pewnością bardzo miękkie i wilgotne. Kości policzkowe były wysokie, trójkątna szczęka wyraźnie zarysowana. Tajemniczy osobnik miał na sobie kwiecistą, flanelową koszulę, lekko za luźną. Nogi — długie, smukłe, na pewno twarde — były obleczone spłowiałymi, znoszonymi dżinsami. Mężczyzna miał na stopach czerwone trampki. Pochylał się nad otwartą książką. Sprawiał wrażenie do reszty pochłoniętego lekturą. Osobnik co rusz przekładał kartki; miał smukłe, długie dłonie o zadbanych paznokciach… Czytał, kompletnie odcięty od świata.

To było coś bardzo dziwnego. Stwierdziłam, że przyjemnie patrzy mi się na tego mężczyznę. Było w nim coś, czego nigdy wcześniej nie znałam. Co było mi obce, odległe, nieosiągalne… Zapragnęłam poznać tego enigmatycznego osobnika. Kurczę, przecież on musiał mieć ze czterdzieści lat na karku, widziałam wyraźnie kurze łapki w zewnętrznych kącikach oczu… Nie, nie, to ogromna pomyłka. Popatrzyłam jeszcze przez chwilę na przystojniaka, po czym odwróciłam wzrok i skupiłam go na moich paznokciach. Stwierdziłam, że moje paznokietki nie są tak zadbane, jak u tego mężczyzny… Lubiłam obgryzać skórki, przez co miałam wokół paznokci drobne ranki. Był to nałóg, z którym nie potrafiłam walczyć. To było silniejsze ode mnie, tak jak wszystkie uzależnienia…

Samotne przesiadywanie na ławce zaczęło mi się nudzić. Postanowiłam poczytać podręcznik od języka polskiego, bo jutro czekała mnie ciężka klasówka. Pogmerałam w torbie i wydostałam z niej książkę. Otworzyłam ją, wsparłam o kolana, po czym zaczęłam wkuwać.

Rozdział drugi

Wkuwałam, wkuwałam, wkuwałam… I wkuwałabym zapewne dalej, gdyby nie…

— Jak to możliwe, że tak urocza istota spędza czas samotnie?

Gwałtownie oderwałam wzrok od książki i spojrzałam w górę. Podręcznik zsunął mi się z kolan i spoczął na chodniku. Nie przejęłam się faktem, że wpadł do kałuży.

To on… mężczyzna od książki. Górował nade mną, w prawej ręce trzymał zamkniętą powieść. Mężczyzna uśmiechał się. A ten uśmiech… No cóż, nigdy dotąd nie widziałam ładniejszego. Zęby były równe, białe i mocne. Spostrzegłam, że gdy facet szczerzył zęby, w jego policzkach pojawiały się rozkoszne dołki. Znalazł się na tyle blisko, że zauważyłam, iż jego trójkątną szczękę pokrywa delikatny zarost…

— Jestem Wojtek — kontynuował osobnik, wyciągając ku mnie ramię. Głos miał krystalicznie czysty, melodyjny i dźwięczny. — I ponawiam moje pytanie.

Nie miałam pojęcia, co powiedzieć i jak zareagować… Podniosłam niepewnie ramię i podałam wątłe, drżące palce Wojtkowi. Jego dłoń była o wiele większa od mojej, co bardzo mi odpowiadało. Powlekająca palce skóra była ciepła, miękka i gładka w dotyku. Uścisnął moją rękę dość mocno, co prawdopodobnie było dowodem na to, że mężczyzna jest pewny siebie.

— Ekhem… Ja… — Nie potrafiłam wydobyć z gardła konkretnego, sensownego słowa. — Jestem Majka. I… bardzo mi miło pana poznać. — Miałam wrażenie, że zapomniałam o oddychaniu.

— Mnie również — odparł Wojtek, nie przestając prezentować swojego nienagannego uzębienia. — Lecz żaden ze mnie pan. Proszę, mów mi po imieniu.

Cofnęłam rękę, która opadła nieco bezwładnie na moje kolana. Dotarło do mnie, że mój podręcznik od polskiego leży w kałuży obok ławki. Schyliłam się i podniosłam go. Znajdował się w opłakanym stanie, wszystkie kartki były mokre.

— Mój biedny podręcznik — wydukałam z żalem. — Jak ja nauczę się teraz na jutrzejszą klasówkę? — Potrząsnęłam książką, lecz bałam się, że już nie da się z niej korzystać. Otrzepałam ją mniej więcej z brudnej wody i schowałam do torby.

— Och, nie martw się, to nic wielkiego — uspokoił mnie Wojtek, machając ręką na znak, że mówimy o czymś błahym i nic nieznaczącym. — Kupi się nowy. Pomyśl, że zamiast podręcznika mogłaś upuścić do tej kałuży serce… Hm, pozwolisz mi przycupnąć u swojego boku? Czy mam sobie pójść?

Kiedy patrzyłam na pogodną, roześmianą twarz Wojtka, życie stawało się prostsze… Dlaczego?

— Och, nie! — krzyknęłam, nieco za głośno. — Siadaj, proszę… To znaczy… Nie krępuj się.

Wojtek usiadł zgrabnie. Jasnowłosa głowa mężczyzny górowała nade mną — nie pomyliłam się w przypuszczeniach, że jest o wiele ode mnie wyższy. Gdy jego powleczone błękitnym dżinsem udo znalazło się niepokojąco blisko mojego, poczułam dreszcz… Tym razem nie był to jednak dreszcz nieprzyjemny, który zazwyczaj towarzyszył mi przy bliższym kontakcie z ludźmi. Po raz kolejny dzisiejszego dnia nie miałam pojęcia, dlaczego tak jest… Gdy powiał delikatny wiaterek, poczułam wyraźnie zapach Wojtka. Tchnęło od niego jakąś drogą wodą kolońską, świeżością i… mężczyzną. Ta trzecia woń była mi kompletnie nieznana.

Na moment zapadła głucha cisza, której nie potrafiliśmy zburzyć. Aby zrobić coś ze swoim spojrzeniem, utkwiłam wzrok w moich dłoniach, spoczywających na podołku. Szukałam gorliwie wśród myśli jakiegoś ciekawego tematu do rozmowy. Niestety, żaden nie przychodził mi do głowy, bo wciąż milczałam, nie mając pojęcia, co powiedzieć… Jaką luźną dyskusję zainicjować…

Wreszcie wpadłam na pewien pomysł…

— Co czytasz? — zagaiłam, zwracając ciało ku mężczyźnie. Przypadkowo musnęłam kolanem jego kolano. W miejscu, gdzie zetknęły się nasze ciała, poczułam mrowienie. Całkiem miłe, trzeba przyznać.

Wojtek podsunął mi pod nos książkę, którą czytał niedawno na swojej ławce. Ze zdumieniem skonstatowałam, że mężczyzna wertuje… „Zbrodnię i karę”.

Poczułam, że brakuje mi słów. Nie mogłam uwierzyć, że ktoś czyta Dostojewskiego z własnej, nieprzymuszonej woli… Myślałam, że to tylko lektura, do której zmusza się młodzież w szkole. A więc nie byłam na tym globie całkiem sama, jeśli chodzi o literackie podobania.

Wojtek wyczuł najwyraźniej mój nastrój, bo po raz kolejny machnął ramieniem tak, jakby usiłować pozbyć się jakiejś bardzo natrętnej muchy.

— To nic wielkiego — stwierdził z radością. — Lubię poczytać sobie coś, przy czym trzeba skorzystać z mózgu… Rozumiem, że ty także lubisz trudną literaturę? Zdradza cię wyraz twarzy…

Poczułam niezwykły przypływ sympatii wobec tego człowieka…

— Nic nie umknie twojej uwadze — odparłam. Mój głos nie trząsł się już tak bardzo, jak na samym początku. Choć serce waliło jak oszalałe, odzyskałam zdolność swobodnego oddychania… Czułam ciepło bijące od boku Wojtka.

— Dziękuję — odpowiedział, leciutko poważniejąc. Jego szmaragdowe oczy biegały po mojej twarzy, jakby usiłowały dostrzec to, o czym właśnie myślę, co czuję. — Przyznam nieco nieskromnie, że lubię analizować ludzi. To bardzo zajmujące, absorbujące zajęcie. Ludzie są tak barwni i odmienni!

Pytanie, które zadałam Wojtkowi, usilnie cisnęło mi się na usta od samego początku:

— Dlaczego do mnie podszedłeś?

Wojtek, o dziwo, zamilkł gwałtownie. Spuścił głowę, a rozpuszczone, długie włosy spłynęły mu na twarz. Nie mogłam dostrzec jej wyrazu, bo zasłoniła je złocista kotara.

— Wyczułem, że mi się przyglądasz — powiedział wreszcie. Miałam wrażenie, że czyni to ze znacznym trudem. — Tylko udawałem, że czytam. Zauważyłem cię, gdy tylko pojawiłaś się w parku. Jest w tobie coś… Coś, co mnie niezmiernie zaintrygowało. Masz w sobie taki ból… Wielkie cierpienie, przed którym stale uciekasz.

Opadła mi szczęka. Czułam, jak mimowolnie otwiera mi się buzia, a oczy zaokrąglają do wielkości spodków. Ten człowiek mówił tak pięknie… Czyżby był artystą?

— Nie, nic z tych rzeczy — stwierdził Wojtek, najwyraźniej odpowiadając myślom, błąkającym się po mojej głowie. — Lubię dobre książki, przepadam za poezją, ale… nie ma we mnie nic z artysty. Jestem sobie tylko zwykłym kardiologiem. Leczę ludzkie serca, nawet te najbardziej chore. To trudna praca, uwierz mi. Czy twoje serce wymaga pomocy, Maju?

Zaniemówiłam po raz kolejny. Co tutaj robi ten zachwycający, piękny człowiek?

Wojtek podniósł ramię i odgarnął swoje płowe pasma za ucho. Znów zobaczyłam jego oblicze. Przykrywał je półcień żalu. Tak jakby Wojtek mówił o czymś bardzo dla siebie trudnym…

Cóż miałam powiedzieć? Nie umiałam wysławiać się tak pięknie, z takim polotem…

— Wydaje mi się, że bardzo — wybełkotałam, lecz po chwili pożałowałam swojej odpowiedzi. Wyobraziłam sobie Wojtka w lekarskim fartuchu… Ne mogłam uwierzyć, że taki rockowiec może być jednocześnie lekarzem.

— Jeśli zechcesz, z przyjemnością się nim zaopiekuję.

Wojtek spojrzał mi prosto w oczy. Po raz pierwszy widziałam jego zielone tęczówki z tak bliska. Nie pomyliłam się twierdząc, że Wojtek przekroczył czterdziestkę. Zmarszczki jednak dodawały mu urody i męskości. Tak, lubiłam starszych mężczyzn…

— Ale ja nie mam pieniędzy na prywatną konsultację. — Westchnęłam, miętosząc w palcach rąbek mojego sweterka.

Chciałam dodać coś więcej, ale w ostatniej chwili zasznurowałam usta.

Zachłannie spoglądałam w oczy Wojtka. W oczy hipnotyzujące swoją krystaliczną zielenią. Nigdy dotąd nie widziałam takiego koloru tęczówek. Kiedy mężczyzna mi się przypatrywał, dostrzegałam w nich pozłacane, figlarne iskierki, odzwierciedlające pozytywny stan ducha. Pomyślałam, że… że mogłam patrzeć na nie częściej. Zagryzłam wargi, próbując zrozumieć, co się ze mną dzieje. Nie pamiętałam, żebym kiedykolwiek reagowała tak na drugiego człowieka. A już na pewno nie na płeć przeciwną… To było świeże, niespotykane u mnie doznanie.

— Coś cię trapi? — zainteresował się Wojtek. Spojrzał na mnie z ukosa, znad prostokątnych okularów. Mężczyzna wyglądał zabawnie, przekrzywiając głowę w ten właśnie sposób. — Widzę, że przygryzasz wargi. To niedobry znak, znam to z autopsji.

O rety. Nic nie umknie jego uwadze…

Cóż miałam powiedzieć? Chyba tylko prawdę.

— Ja… — zaczęłam nieporadnie mamrotać. — Boję się ludzi. Unikam ich, jak tylko mogę. Ty… ty jesteś inny. Ja… przy tobie czuję się dobrze. Och, przepraszam. — Odwróciłam się, by Wojtek nie mógł dostrzec krwistego rumieńca, który z pewnością pojawił się na moich policzkach.

Wojtek mocniej przekrzywił głowę, co uczyniło go jeszcze bardziej sympatycznym.

— Nie masz za co przepraszać — rzekł, a jego głos był słodki jak miód. — Wybacz mi, że to powiem, ale nie da się ukryć, że się izolujesz. Dlaczego taka cudowna istota ma w sobie tyle lęków i obaw?

Odparłam niemal natychmiast.

— Nie znasz mnie. Nie wiesz, kim jestem. Pewnie zmieniłbyś o mnie zdanie, gdybyś mnie poznał.

O rety, rety, rety. To u mnie niespotykane. Uzewnętrzniam się przed kimś kompletnie nieznajomym? Czy uczyniłabym podobnie, gdyby na ławce obok mnie siedziała kobieta?

Wojtek znienacka sposępniał. Jego wysokie czoło przecięły poziome zmarszczki.

— Maju, żyję od dość dawna i wiele w życiu doświadczyłem. — Jego głos nagle stał się niski i chłodny. — Kolejna niespodzianka do kolekcji nie zrobi na mnie wrażenia. Ale… — Westchnął. Zdjął na chwilę okulary, by przeciągnąć dłonią po twarzy. — Jestem dla ciebie obcym człowiekiem i masz prawo się mnie bać. Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała ze mną rozmawiać.

O nie, nie. Nie chciałam, aby Wojtek sobie poszedł. Absolutnie.

— Proszę, zostań — wyszeptałam. Ponownie zanurzyłam się w zielonych otchłaniach oczu mojego towarzysza. Co w nich takiego było, że postanowiłam wpuścić go do mojego wewnętrznego, hermetycznego świata?

— Dziękuję — odpowiedział mężczyzna. — Poważnie się obawiałem, że mnie odtrącisz. Maju… Mów tyle, żebyś pozostała w zgodzie z własnym sumieniem. Nie chcę do niczego cię zmuszać. Jestem świadomy, że w ogóle się nie znamy. Jest jeszcze za wcześnie na dyskusje o duszach. Jeśli wolisz milczeć — zrozumiem to i uszanuję. Maju… — Ku mojemu niebotycznemu zdziwieniu, Wojtek podniósł rękę i opuszkami palców musnął delikatnie mój policzek. Zadrżałam lekko, gdy poczułam jego dotyk. Speszona, czym prędzej odwróciłam wzrok. Mimowolnie zerknęłam na prawą dłoń mężczyzny. Nie dostrzegłam obrączki na serdecznym palcu. Czy to oznaczało, że Wojtek jest kawalerem? Dlaczego mnie to interesowało? Nie wyobrażałam siebie u boku faceta… Nie sprostałabym jego wymaganiom i oczekiwaniom. Dobrze mi było w moim wewnętrznym świecie. Nie chciałam tego zmieniać.

— Maju — powtórzył Wojtek. — Skąd ten przykry cień na twojej twarzy? Skąd w tobie tyle melancholii i tęsknoty? Jesteś jeszcze taka młoda… A wyglądasz, jakbyś znajdowała się u kresu życia. Jakbyś taszczyła za sobą potężny bagaż. Dlaczego?

Odchrząknęłam w zaciśniętą dłoń, aby zyskać na czasie. Zwlekałam z odpowiedzią, bo żadna riposta nie przychodziła mi do głowy.

— Powinieneś być psychologiem, a nie kardiologiem — mruknęłam, a na moich ustach pojawił się uśmiech. Chyba pierwszy od chwili, kiedy Wojtek postanowił do mnie podejść.

Wojtek roześmiał się serdecznie, odrzucając płową grzywę włosów na plecy i przeczesując ją palcami. Jego śmiech był pieszczotą dla moich uszu…

— Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi — zauważył. Jego wargi wciąż były rozciągnięte w ładnym uśmiechu. — Uważam, że kardiolog także musi mieć w sobie coś z psychologa. Trudno jest wyleczyć naprawdę chore serce. Uwierz mi.

— Piękna metafora — odrzekłam, obdarzając Wojtka jeszcze jednym szczerym uśmiechem. — Mówisz jak zawodowy poeta.

— Oj tam, oj tam. — Wojtek pokręcił głową, gąszcz jego włosów zafalował. — Owszem, czasem sklecę jakieś wierszydło, ale to tyle. Jestem zbyt przyziemny, aby tworzyć poezję. Twardo stąpam po ziemi. Ty zaś… — Wwiercił się we mnie badawczym spojrzeniem. — Masz bardzo ciężką duszę. Dźwigasz ją z ogromnym trudem. Założę się, że jesteś humanistką… Maju, a ty piszesz wiersze?

Jego nagłe pytanie zbiło mnie z pantałyku. Nie lubiłam chwalić się moimi osiągnięciami…

— Zdarza mi się coś sklecić — odmruknęłam w stronę moich splecionych dłoni. — Udało mi się zdobyć kilka wyróżnień w konkursach literackich.

Wojtek uśmiechnął się tak szeroko, że widziałam jego ósemki.

— Brawo! I mówisz to takim niepewnym tonem? Maju, może się mylę, ale chyba siebie nie doceniasz.

Skrzyżowałam ramiona na piersiach.

— Po prostu nie lubię się chwalić.

— Dlaczego? Masz powody do delikatnej nieskromności.

— Po prostu nie chcę skupiać na sobie uwagi.

— Błąd, Maju. To wielki błąd.

— Dlaczego?

Tym razem to Wojtek sprawiał wrażenie skonsternowanego. Palcami zaczął masować swój podbródek.

— Nie wierzysz w siebie. To jest przyczyną twojej niepewności i nieśmiałości — stwierdził, zaciskając wargi, które utworzyły poziomą, ponurą kreskę. — Co jest tego wszystkiego powodem?

Nagle zrobiło mi się zimno. Na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka. Rozmawiało mi się tak zajmująco, że nie dostrzegłam, kiedy dzień zaczął podążać ku końcowi, a park opustoszał. Słońce przygasło, chowając się za gęstymi konarami drzew. Powiał też typowo jesienny wiatr. Sięgnęłam po mój żakiecik i zarzuciłam sobie na grzbiet. Wojtek pozostał w samej flanelowej koszuli. Jemu pewnie też było zimno.

— Wojtku, przepraszam, ale na razie nie potrafię ci o tym powiedzieć — odpowiedziałam, otulając się żakietem, który dawał niewiele ciepła. — Może… może innym razem.

Szmaragdowe oczy mężczyzny zaokrągliły się.

— To będzie inny raz? — rzekł z jawnym niedowierzaniem. — To… nie zraziłem cię do siebie?

Jego pytanie wydało mi się absurdalne.

— No co ty — zareagowałam. Pierwszy raz uśmiechnęłam się tak szeroko i szczerze. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio byłam tak radosna. — Z miłą chęcią cię poznam.

— A co z twoim lękiem do ludzi? — Wojtek zmrużył powieki i wydął usta.

— Dla ciebie zrobię wyjątek.

Mężczyzna rozpromienił się. Sprawiał wrażenie, jakby był małym chłopcem, który dostał wielkiego lizaka za dobre sprawowanie.

— A więc wpuścisz mnie do swojego świata? Znajdzie się w nim troszkę miejsca dla mnie?

Zerknęłam na Wojtka z ukosa. Próbowałam przybrać filuterny wyraz twarzy, ale nie byłam do końca przekonana, czy mi się to udało. Nie byłam zbyt dobra w… hm… uwodzeniu.

— Myślę, że da coś się z tym zrobić. Wojtku… — Zerknęłam na zegarek. — Już późno. Zaraz zapadnie zmrok, a ja mam jutro poważną klasówkę z polskiego. Będzie ciężko, bo mój podręcznik się utopił.

Zaskoczyła mnie nagła zmiana na twarzy mojego towarzysza. Ponownie spochmurniał, jakby nawiedziły go ponure, niepożądane myśli. Zaniepokoiłam się.

— Coś się stało?

Ponownie przeczesał palcami długie, jasne włosy. Skonstatowałam, że powiela ten gest, gdy czuje się niezręcznie. Wreszcie wymierzył we mnie te swoje szmaragdowe oczy.

— Maju, czy pozwolisz mi się odprowadzić? — wymamrotał, a uczynił to niezwykle niepewnie. Jakby z góry zakładał, że mu odmówię.

Jego wahanie sprawiło, że zachciało mi się śmiać. Aby Wojtek nie pomyślał, że się z niego nabijam, odkaszlnęłam w zaciśniętą dłoń. Byłam jednak przekonana, że dostrzegł mój nagły napad wesołości.

— No pewnie, że pozwolę — odparowałam, już nie siląc się na powagę.

Moja odpowiedź sprawiła, że Wojtka nieco poniosło, gdyż chwycił mnie za nadgarstki. Przytrzymał je przez kilka sekund. Uścisk jego długich, szczupłych palców był bardzo silny. Podobało mi się to.

— Dziękuję. — Wyglądał, jakby wygrał wysoką sumę w lotka. Albo jakby zobaczył po wielu latach rozłąki kogoś bardzo dla siebie ważnego… W końcu puścił moje nadgarstki i cofnął ramiona. Sięgnął po „Zbrodnię i karę”, po czym pierwszy podniósł się z ławki. Uczynił to wyjątkowo zgrabnie. Wyciągnął ku mnie rękę, aby pomóc mi wstać. Zarzuciłam moją torbę na ramię i ujęłam dłoń. Tak, Wojtek był bardzo silny, mimo niezbyt mocno rozbudowanej postury. Ta siła… bardzo mi odpowiadała. Czy Wojtek zdołałby mnie obronić? Oczywiście, nie chodziło mi o tężyznę jego mięśni… Chciałam, aby ochronił mnie przed demonami w mojej głowie.

— Gdzie mieszkasz? — zagaił, gdy rozprostowaliśmy zastałe stawy. O rety, Wojtek był wyższy ode mnie niemal o głowę. — Jeśli to nie tajemnica. Musisz mi powiedzieć, żebym mógł cię odprowadzić.

Podałam mu nazwę ulicy, przy której znajdowała się moja skromna, lecz przyjemna kawalerka.

— Świetnie. Wiem doskonale, gdzie to jest. Idziemy?

Wojtek po raz kolejny wyciągnął ku mnie rękę. Tym razem jednak nie chciał pomóc mi wstać. Chciał… abyśmy szli, trzymając się za ręce jak zakochana para. Przez chwilę nie miałam pojęcia, jak zareagować. Czy nie był to zbyt odważny gest? W końcu jednak ujęłam jego dłoń. Ruszyliśmy przed siebie. Szliśmy zgodnym, równym krokiem. O rety, kto by pomyślał, że kiedykolwiek znajdę się tak blisko człowieka… Człowieka, którego znałam od dwóch godzin…

Szliśmy w milczeniu, zasłuchani w szelest naszych nieśpiesznych kroków. Zanim dotarliśmy do mojej kawalerki, zapadł zmrok. Zrobiło się na tyle ciemno, że z trudem mogłam dostrzec idącego obok mnie Wojtka.

Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, żałowałam, że nie mieszkam odrobinkę dalej. Nie chciałam rozstawać się z Wojtkiem. Pierwszy raz w moim życiu nie miałam ochoty wracać do mojej uroczej kawalerki. Wojtek i ja zatrzymaliśmy się w pobliżu klatki schodowej. Poprawiłam torbę, która usiłowała zsunąć mi się z ramienia. Znaleźliśmy się w dość krępującej sytuacji. Co mogliśmy powiedzieć w takiej chwili? Nasze ciała dzieliło nie więcej niż pół metra. Słyszałam wyraźnie oddech Wojtka, wyjątkowo donośny, bo wokół zapanowała nieprzejrzana noc. Przez chwilę wydawało mi się, że słyszę tętent galopującego serca mężczyzny… Mój wzrok błądził po płytach chodnikowych. Czułam się speszona i zmieszana. Miętosiłam palcami rąbek mojego żakieciku. Miałam wrażenie, że głowę rozsadza mi natłok przeciwstawnych myśli, a w sercu gromadzą się nieznane dotąd uczucia…

Zamierzałam podnieść głowę, ale Wojtek wyprzedził mnie. Wcisnął „Zbrodnię i karę” pod pachę i ujął w dłonie moją twarz. Skierował ją ku sobie, tak, abym zdołała spojrzeć mu prosto w oczy. Zadławiłam się oddechem, gdy mnie dotknął. Rozchyliłam wargi, ale nie wydostało się spomiędzy nich ani jedno konkretne słowo. Bałam się, poważnie się bałam, że Wojtek mnie pocałuje… Ale nie, on tylko wpatrywał się w moje oczy. Wśród ciemności jego tęczówki były niemal czarne. Nasze wargi znajdowały się niebezpiecznie blisko… Czułam na policzkach ciepły, tchnący miętą oddech Wojtka. Nabierałam pewności, że skończy to się pocałunkiem… Lecz nie. Wojtek nie puszczał mojej głowy, nie cofał rąk. Parzył jedynie, jakby pragnął zapamiętać każdy szczegół mojego oblicza.

— Maju, nie chcę cię stracić — powiedział w końcu. Jego głos zabrzmiał donośnie i czysto pośród nocnej głuszy. — Czy mogę prosić cię o numer telefonu?

Zagryzłam wargę. Chciałam odwrócić głowę, ale nie mogłam wyswobodzić jej spomiędzy dłoni Wojtka. Musiałam patrzeć prosto w jego oczy. Rozgrzany oddech mężczyzny wciąż muskał moje policzki. Dopadła mnie ulotna myśl, że mogłabym przeżyć z nim mój pierwszy pocałunek… Ale ostrożność Wojtka imponowała mi. Najwyraźniej nie należał do grona facetów, który pragną jak najszybciej zaciągnąć kobietę do łóżka.

— Oczywiście — odparłam. Wojtek w końcu mnie puścił. Sięgnęłam do kieszeni dżinsów i wydostałam z niej smartfona. Podobnie postąpił Wojtek. Gdy wymieniliśmy się numerami, poczułam coś w rodzaju ulgi. Wojtek, z książką pod pachą, bez ceregieli, bez uprzedzenia przytulił mnie. Był tak wysoki, że mogłam wtulić twarz w jego dość szeroką pierś. Gdy poczułam bijące od niego ciepło, odniosłam wrażenie, że… że jestem bezpieczna. Że znajduję się w objęciach mężczyzny, który pragnie się mną zaopiekować, który chce mnie chronić… Wszystkie te doznania były mi obce i nieznane. Zazwyczaj nie pozwalałam się nikomu dotykać. Wojtek był wyjątkiem…

Słyszałam wyraźnie niespokojne bicie jego serca. Była to cudowna melodia… Mogłabym słuchać jej częściej. Było mi tak dobrze…

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Wojtek wypuścił mnie z ramion i cofnął się o krok. Nie byłam pewna mojego wyrazu twarzy, ale prawdopodobnie spoglądałam na Wojtka z niedowierzaniem i… wdzięcznością. Chciałam mu powiedzieć, że nigdy dotąd nikt mnie tak nie dotykał, ale nie znalazłam w sobie dość odwagi.

— Będziemy w kontakcie? — zapytałam wreszcie. Mój głos wyraźnie dygotał. Nie byłam do końca pewna, czy z zimna, czy z nadmiaru emocji.

— Oczywiście — przytaknął Wojtek, jakby było to czymś naturalnym. Przytulił mnie jeszcze raz, lecz tym razem na krótko. Postawił kilka kroków w tył, zasalutował mi i przepadł w ciemnościach nocy…

Jeszcze przez długi czas patrzyłam na aksamitnie czarną płachtę nocy, za którą zniknął Wojtek. Gdy ocknęłam się z tymczasowego marazmu, pokręciłam głową, jakbym usiłowała obronić się przed myślami, które zaatakowały mój umysł. Próbowałam poskładać je mniej więcej do kupy. Zagryzłam wargi. W końcu, gdy znów zrobiło mi się zimno i moją skórę pokryła gęsia skórka, odwróciłam się na pięcie i wydostałam z torby klucze. Otworzyłam drzwi do klatki schodowej i wspięłam się na pierwsze piętro. Chwilę później przekroczyłam próg mojej ukochanej samotni.

Rozdział trzeci

Moja kawalerka była bardzo skromna, to trzeba przyznać. Zdecydowanie nie opływałam w luksusy. Pokoik był bardzo niepokaźny. Ledwie mieściła tu się kanapa, na której sypiałam, poszarpany fotel, nieduży stolik, jedna skromna komoda, półka z moimi ukochanymi książkami, niezbyt okazała szafa. Ściany miały barwę fioletową (w Afryce Południowej fioletowy był kolorem żałoby). Gdzieniegdzie farba łuszczyła się ze starości; niestety, nie stać mnie było na remont, choćby podstawowy. W oknach wisiały zwiewne, lekko zakurzone firanki, również fioletowe. Podłoga była wyłożona dębowymi panelami, również od dawna nieodświeżanymi. Na podłodze spoczywał pstrokaty, dość mocno wysłużony dywanik. Na ścianach wisiało kilka obrazów — nie znałam ich autorów, ale były bardzo ładne. Mama twierdziła, że mogą być cenne.

W łazience było niewiele miejsca, ale jakoś sobie z tym radziłam. Znajdowała się w niej niewielka wanna (trochę niewystarczająca dla mojego obfitego ciała), kilka szafek, umywalka, a nad nią nielubiane przeze mnie lustro, pęknięte w okolicach prawego górnego rogu. Kafelki pokrywające ścianę były popękane, wyblakłe i najwyraźniej nadgryzione zębem czasu. Kuchnia… W kuchni było wszystko, czego potrzeba, by przygotować posiłek dla jednej osoby.

Choć moje mieszkanko było dość zapuszczone, kochałam je z całego serca. Nazywałam je moją samotnią. To tutaj ukrywałam się przed ludźmi i resztą świata. To miejsce znało zarówno moje łzy, jak i śmiech. To tu byłam w pełni sobą. Tu nie musiałam się przejmować, że ktoś mi się przygląda i ocenia. Byłam sama, cudownie sama. Nikt mnie nie obserwował, nikt nie śledził, nikt nie komentował mojego wyglądu i zachowania. W tym zakątku nie musiałam obawiać się złośliwych spojrzeń i wrednych docinek. Tuż po powrocie do domu zazwyczaj zrzucałam z siebie wyjściowe ubranie i wskakiwałam w mój wyciągnięty dres; nie martwiłam się, że ktoś mnie podejrzy. Zaparzałam sobie wielki kubek gorącej czekolady i siadywałam na kanapie, schowana pod kocykiem.

Zapaliłam światło, bo w mieszkanku było ciemno choć oko wykol. Zrzuciłam ze stóp trampki i zdjęłam z pleców żakiet, odwieszając go na miejsce. Ciężką torbę ze szkolnym asortymentem rzuciłam w róg niewielkiego przedpokoju. Wsunąwszy stopy w mięciutkie papucie, nastawiłam wodę na herbatę. Zrezygnowałam z kawy, bo było już dość późno, a miałam nadzieję, że uda mi się zasnąć. Kiedy postawiłam czajnik na palniku, czym prędzej przebrałam się w dres. Z kieszeni dżinsów wyjęłam smartfona i odłożyłam na stół. Najpierw spojrzałam na dotykowy, leciutko pęknięty wyświetlacz — nie miałam żadnych nowych wiadomości czy nieodebranych połączeń. A czego się spodziewałam? Zostawiłam smartfona w pokoju i wróciłam do kuchni, by nalać wrzątku do kubka. Na koniec wrzuciłam do niego saszetkę czarnej herbaty, ujęłam kubek za ucho i ostrożnie zaniosłam do pokoju. Jako że napój był jeszcze zbyt gorący, aby go pić, postawiłam kubek na stole. Osunęłam się niezbyt zgrabnie na kanapę, podciągnęłam kolana pod brodę, otoczyłam je ramionami i oddałam się myślom.

O rety, co za intensywny dzień! Nie spodziewałam się, że jestem w stanie przeżyć tyle emocji i przy tym nie wybuchnąć. Wojtek… Co za dziwny mężczyzna. Pierwszy na tym świecie człowiek, którego postanowiłam wpuścić do mojego wewnętrznego życia. Co miał w sobie, że się na to zgodziłam? Nie potrafiłam szczegółowo określić, czym mnie zainteresował. Co było powodem mojej fascynacji jego intrygującą osobą? Nie da się ukryć, że był przystojniakiem. Od wieków interesowali mnie starsi mężczyźni. W dodatku był blondynem, co podobało mi się najbardziej. No i ubierał się normalnie, nie jak większość facetów w jego wieku. Czytał zajmujące książki. Miał długie włosy, a ja kochałam długowłosych. Jego głos był cudownie krystaliczny i dźwięczny. Zaintrygowały mnie jego duże, ciepłe, miękkie dłonie. Poza tym… sądziłam, że czyta w moich myślach. Nie, to mi się nie wydawało! Naprawdę sprawiał wrażenie, że zna zawartość mojej duszy. I przemawiał tak pięknie… Jakby cały był poezją. Nieujarzmionym artystą. Wojtek sądził, że nie zna się na poezji, ale byłam przekonana, że tylko się ze mną droczy.

Kochałam sposób, w jaki Wojtek się uśmiechał. Miał takie ładne, równe, białe zęby. Skrywały je usta pełne, koralowe, z pewnością cudownie miękkie i apetyczne. Każdy element jego oblicza był idealny. Uwielbiałam, gdy facet miał wyraźnie zarysowaną linię szczęki. Uwielbiałam, gdy pokrywał ją kilkudniowy zarost. Zdałam sobie sprawę, że chciałabym poczuć go na swojej skórze… Och, Majka, co ci chodzi po głowie?! Pokręciłam głową z dezaprobatą, nie mogąc uwierzyć w to, co przed momentem pomyślałam. Od kiedy to fantazjowałam na temat mężczyzn? Chyba nigdy.

A jednak moja bujna fantazja usiłowała dojść do głosu. Oczywiście, znałam Wojtka od zaledwie paru godzin… To za mało, zdecydowanie za mało, aby myśleć o nim w podobny sposób! Zakryłam więc usta mojej podświadomości. Jednak ta nie dawała za wygraną. Widziałam przed oczami twarz Wojtka, tak niesamowicie blisko mojej… Przypomniał mi się moment, gdy nasze usta dzieliło zaledwie parę centymetrów…

Wyciągnęłam rękę w stronę kubka. Herbata wystygła lekko, więc upiłam kilka łyczków i ponownie odstawiłam kubek. Znów skuliłam się w rogu kanapy, jakbym usiłowała zniknąć.

Moje spojrzenie powędrowało w stronę smartfona, spoczywającego na blacie. Stwierdziłam z żalem, że urządzenie milczy. Aby się upewnić, że nie mam nowej wiadomości, wzięłam telefon do ręki i uważniej przyjrzałam się ekranikowi. Cóż, skrzynka pocztowa była pusta. Nie odłożyłam jednak smartfona. Wciąż przyglądałam mu się z bliska…

A może… A może by tak do niego napisać? Krótkiego, niewinnego SMS-a na dobranoc? Nie, to nie uchodzi. To mężczyzna powinien zabiegać o kobietę. Tak było przynajmniej dawno temu, za czasów młodości mojej mamy. Jak było teraz? Czy kobieta miała prawo postawić pierwszy krok? Wyjść z inicjatywą?

Myślałabym o wiele, wiele dłużej, lecz mój smartfon wydał z siebie ostry dźwięk, bardzo wyraźny w otaczającej mnie głuchej ciszy. Wystraszyłam się tak bardzo, że podskoczyłam i niemal upuściłam urządzenie. Moje serce zaczęło dudnić jak oszalałe. Rzuciłam się na mojego smartfona.

SMS.

Od niego.

Czyli problem rozwiązany!

Czym prędzej stuknęłam kciukiem w odpowiedni przycisk, aby odczytać wiadomość. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że telefon wyślizgiwał mi się z dłoni. Moje serce gnało na łeb, na szyję. Z trudem przełknęłam ślinę, która nagle zgęstniała. Oddychałam ciężko, jakbym pokonała truchtem kilkanaście metrów. Zagryzając dolną wargę, odczytałam zawartość SMS-a.

„Maju, mam nadzieję, że mogę życzyć Ci spokojnej nocy”.

Jedno zdanie. Kilka słów. A jednak tyle radości.

Przyłożyłam prawą rękę do piersi, by uspokoić cwałujące serce, obijające się o żebra. Nie spodziewałam się, że Wojtek do mnie napisze. Cieszyłam się, że przejął inicjatywę. Już nie musiałam walczyć z samą sobą, czy się do niego odezwać, czy nie. Gdy zdołałam nieco ochłonąć po huraganie emocji, uśmiechnęłam się niemądrze. Nie byłam do końca przekonana, dlaczego mój nastrój uległ tak znacznej poprawie. Czyżby to wszystko przez ten błahy SMS? Przecież to tylko kilka słów. Nic wielkiego. Prawda?

Wiedziałam, że powinnam odpowiedzieć. Tylko co? Pochyliłam się nad ekranem, dłonie nie trzęsły mi się już tak bardzo. Moje kciuki zawisły na moment nad wyświetlaczem. W końcu zaczęłam nieśpiesznie wystukiwać wiadomość.

„Ja także pozwolę sobie życzyć Ci samych słodkich snów”.

Czy to wystarczy? Czy nie napisałam zbyt wiele? Czy… czy nie spoufalałam się zbytnio? Raz kozie śmierć. Jeszcze trzy razy prześledziłam wzrokiem wiadomość, po czym wcisnęłam właściwy przycisk.

Wiadomość pomknęła do adresata.

Matko Boska, co ja narobiłam?! Nie mogłam dopuścić, aby Wojtek zaczął wyobrażać sobie zbyt wiele. Ja… Jeśli właściwie odczytywałam jego intencje… Nie, ja nie byłam gotowa do związku. Pomijając fakt, że Wojtek jest sporo ode mnie starszy. Nie, nie potrafiłam zaufać mu tak bardzo. Zresztą… Jeśli Wojtek dowie się prawdy o mnie… pewnie sam ucieknie, gdzie pieprz rośnie.

A może Wojtek nie należał do tego typu ludzi? Może… może zdołałby zaakceptować mnie taką, jaką jestem? Czy miałby w sobie wystarczająco dużo odwagi? Przypominał człowieka o otwartym umyśle, który nie kieruje się stereotypami i schematami… Czy potrafiłabym zaryzykować? Poczułam, że policzki oblewa mi szkarłatny pąs. Musiałam dopuścić do siebie myśl, że Wojtek mi się podoba. Bardzo. I to było najbardziej zaskakujące…

Wymacałam wzrokiem ścienny zegar. Zbliżała się dwudziesta druga. Klasówka z polskiego! Na śmierć o niej zapomniałam! Ale, ale… jak mam się do niej przygotować, skoro mój podręcznik postanowił się utopić? Będą musiały wystarczyć mi notatki, które sporządziłam podczas zajęć. Bardzo, bardzo ciężko wstałam z kanapy i znalazłam moją torbę. Wydostałam z niej mokry podręcznik. Nie nadawał się do użytku. Rzuciłam go w kąt i wyjęłam mój notatnik. Znów usiadłam na kanapie i otwarty zeszyt wsparłam o kolana.

Usiłowałam się uczyć, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że nie dociera do mnie nic z tego, co usiłowałam czytać. Nie wiedziałam, dlaczego nie mogę się skupić. Kurczę, to będzie pierwszy raz, kiedy przyjdę nieprzygotowana na tak poważną klasówkę. No cóż… Miałam nadzieję, że będę mogła poprawić ocenę. Mama byłaby bardzo niepocieszona, gdybym poinformowała ją, że dostałam jedynkę. I to z języka polskiego, mojego ulubionego przedmiotu!

Zatrzasnęłam zeszyt w tym samym momencie, kiedy ponownie odezwał się mój smartfon. Rzuciłam się na niego.

„Kiedy będę mógł Cię zobaczyć?”

Poczułam w okolicach żołądka przyjemne łaskotanie.

A jednak. Wojtek chyba nie zamierza się poddać. Chyba wciąż żywi wobec mnie nadzieje.

Rety. Poczułam się, jakbym grała rolę w komedii romantycznej.

Majka, czego ty właściwie chcesz? Zdecyduj się, kobieto. Wiesz doskonale, że pragniesz go ponownie zobaczyć. Skąd ta wewnętrzna bariera? Dlaczego… dlaczego ty się go boisz? Przecież nie wygląda na takiego, który mógłby wyrządzić kobiecie krzywdę. Wprost przeciwnie. Przypomina mężczyznę z krwi i kości…

„Jutro mam zajęcia. Będę wolna dopiero późnym popołudniem”.

Tak. Tak jest dobrze. Tyle wystarczy. Nie mogę dla niego porzucić nauki. Mama by mi tego nie wybaczyła. Z pewnością przestałaby wspierać mnie finansowo.

Zwrotna wiadomość nadeszła w błyskawicznym tempie.

„Późne popołudnie mi odpowiada. Pozwoliłabyś zaprosić się na kawę?”

Kawa. Już wiedziałam, na czym stoję. Wyglądało na to, że… wybieram się na randkę. Pierwszą w moim życiu. Z najprawdziwszym mężczyzną.

Odpowiedziałam naprędce.

„Już się nie mogę doczekać. Może być 17:00?”

„Oczywiście. W Coffee Station? Uwielbiam tę kawiarnię”.

„Och, ja także często tam zaglądam. Więc… będę czekała. Do zobaczenia. Dobranoc”.

Odłożyłam smartfona na stół, przekonana, że Wojtek nic już więcej nie napisze.

O rany, w co ja się wplątałam. Przecież ja nie nadawałam się na randki! Wojtek będzie mocno zawiedziony. Tak bardzo się bałam, że nie sprostam jego oczekiwaniom… Z pewnością zniechęci się do mnie, gdy mu o sobie opowiem. Ja… nie byłam zwyczajną dziewczyną. Gdy Wojtek pozna prawdę… wątpię, żeby ją zaakceptował. Nie należałam do normalnych dziewczyn. Moja natura była złożona, skomplikowana i totalnie zakręcona. Czy szanujący się facet przystanie na takie warunki? Znajomość ze mną to przejażdżka na rollercoasterze. I to bez pasów bezpieczeństwa. Ciężko mnie rozgryźć, bo ja sama siebie nie rozumiem… Czy Wojtek byłby w stanie to zaakceptować?

Dopiłam resztkę herbaty (już zimnej), po czym postanowiłam przespać się choć kilka godzin. I tak już nie zdążę przygotować się do klasówki. Z pewnością będę przypominała jutro żywego trupa; aby czuć się w miarę dobrze, muszę przespać przynajmniej siedem godzin. A nieubłaganie zbliżała się północ. Alarm miał mnie obudzić około szóstej.

Wstąpiłam do łazienki, aby wziąć bardzo szybki prysznic i przebrać się w piżamę. Nagle zdałam sobie sprawę, że nie jadłam od kilku godzin. Zajrzałam więc do kuchni i naprędce przygotowałam kanapki z dżemem. Zaspokoiwszy głód, wyżłopałam szklankę mleka. Umyłam zęby i udałam się do pokoju. Pościeliłam łóżko i już po chwili leżałam pod miękką, ciepłą kołderką. Upewniłam się, że mam włączony alarm i czy nie dostałam nowej wiadomości. Cóż, Wojtek pewnie już gromko chrapał.

Zgasiłam światło, zostawiając tylko nocną lampkę (obawiałam się ciemności). Czekałam, aż powieki zaczną mi ciążyć. Czekałam na falę senności, ale takowa nie nadchodziła. Zaczęłam się wiercić, przekręcać z boku na bok — niestety, nie chciało mi się spać. Mój umysł był nieprzyjemnie ożywiony. Ależ pięknie będę się prezentowała na tej randce, nie ulega wątpliwości. Z pewnością zrobią mi się rozległe sińce pod oczami.

Kiedy minęła trzecia nad ranem, a sen nie chciał nadejść, wydostałam się spod kołdry. Odrzuciłam ją i przysiadłam na krawędzi kanapy. Przetarłam pięściami oczy; pod powiekami czułam piasek. Mój mózg przypominał galaretkę. Zastanowiłam się, czy nie zażyć proszków nasennych, ale w pierwszej chwili zrezygnowałam z tego pomysłu. Po tabletkach czułam się zawsze otumaniona i osowiała. Środki nasenne bardzo pomagały, lecz — niestety — ich skutki uboczne nie należały do zbyt przyjemnych. Po tabletce myślenie przychodziło mi z trudem, a ja chciałam myśleć sprawnie podczas spotkania z Wojtkiem. Z drugiej strony, jeśli nie przekimam przynajmniej trzech godzin, i tak będę senna i otępiała.

Analizowałam jeszcze przez jakiś czas ten pomysł. Wreszcie zadecydowałam, że jedna mała tabletka mi nie zaszkodzi. Wstałam niezgrabnie i udałam się w stronę komody, zataczając się i z trudem zachowując równowagę; w szufladzie przechowywałam pudełka z moimi medykamentami. Wyłowiłam spomiędzy nich to najmniejsze, z tabletkami nasennymi. Wyłuskałam jedną i udałam się do kuchni po szklankę wody. Popiłam lekarstwo i wróciłam do łóżka, mając nadzieję, że tym razem uda mi się zasnąć.

Kiedy przez grubą ścianę snu przedarł się ostry, irytujący dźwięk alarmu, z początku nie miałam pojęcia, gdzie jestem i kim jestem. Poderwałam się z łóżka jak oparzona. Przez chwilę siedziałam w bezruchu, czekając, aż zacznę myśleć. W końcu dotarło do mnie, że wybiła szósta i że pora wstawać do szkoły. Wyciągnęłam rękę i sięgnęłam po spoczywający na blacie stołu smartfon. Czym prędzej wyłączyłam alarm, od którego rozbolały mnie wrażliwe uszy. Musiał dzwonić już od dłuższego czasu, ale spałam tak twardo, że go nie słyszałam. Tak, tak podziałały na mnie proszki. Żałowałam, że nie mogę pospać nieco dłużej. Przyszła mi do głowy myśl, aby opuścić pierwszą lekcję i przyjść dopiero na drugą, ale mój dzisiejszy plan lekcji zaczynał się od języka polskiego, a na języku polskim czekała mnie poważna klasówka. Nie mogłam opuścić zajęć, to byłoby zbyt podejrzane. Moja nauczycielka z pewnością byłaby zawiedziona, a ja bardzo ją lubiłam. Z pewnością zaniepokoiłaby się, gdybym udała się na wagary. I tak będzie zaskoczona, że nie zdążyłam przygotować się należycie do klasówki. Cóż mogłabym powiedzieć na moje usprawiedliwienie? Że mój podręcznik się utopił w kałuży? Nauczycielka odesłałaby mnie do wariatkowa… A ja nie chciałam tam wracać.

Z wielkim trudem wydostałam się z miękkiej, ciepłej pościeli. Okrutnie nie chciałam się z nią rozstawać. Powłócząc nogami, zaczęłam przygotowywać się do wyjścia. Zdarłam z siebie piżamę i wskoczyłam w pierwsze lepsze dżinsy, leżące w bezładzie na podłodze. Na plecy zarzuciłam jasnozielony, wełniany, mocno wysłużony sweter. Nie, nie nosiłam biustonosza, bowiem pozbawiał mnie swobody ruchu. Udałam się do łazienki. Kiedy zatrzymałam się przed umywalką, moje spojrzenie spoczęło na wiszącym nad nią lustrze. Z niesmakiem przyjrzałam się dziewczynie, która w nim sterczała. Miała burzę niemal czarnych włosów (nie pozwalały się ujarzmić nawet przy użyciu szczotki) i wielkie, czarne jak północ oczy. Te oczy wyglądałyby nie najgorzej, gdyby nie były osadzone tak blisko siebie. Dziewczyna z lustra miała krótki nos, lekko zadarty ku górze. Pomyślałam, że lepiej by było, gdyby był upstrzony piegami, ale Matka Natura była najwyraźniej innego zdania. Usta dziewczyny… Były wąskie i blade, na co także narzekała. W podbródku znajdował się niewielki dołeczek, co dziewczynie także było nie w smak, bo takie brody mają przeważnie mężczyźni. Jej twarz była owalna, nieładnie pucułowata.

Dziewczyna z lustra najbardziej nie mogła zaakceptować swoich nadprogramowych kilogramów. Była na tyle pulchna, że nie widać było obojczyków. Owszem, akceptowała w miarę swoje piersi, ale reszta ciała była zdecydowanie do wymiany. Wprost nie mogła patrzeć na swoje pełne biodra, sterczący brzuch, ogromne uda, jeszcze większe łydki. Dziewczyna nosiła workowate swetry i luźne dżinsy, aby choć trochę zamaskować niedoskonałości swojej figury. Dziewczynę dręczyły potężne kompleksy, przed którymi nie potrafiła uciec. Była przekonana, że wszyscy o tym wiedzą. Nienawidziła swojego ciała. Nie była w stanie go zaakceptować. Brzydziła się nim… Czy istniał na tym świecie mężczyzna, który chciałby ją pokochać? Czy zdołałby zaakceptować jej niesmak w stosunku do siebie? Nie, dziewczyna nie miała pełnych kształtów. Była po prostu tłusta.

Oderwałam wzrok od lustra. Dziewczyna zrobiła to samo. Przeciągnęłam parę razy szczotką po włosach, ale to nic nie pomogło. Odłożyłam szczotkę na półkę nad umywalką i czym prędzej wyszłam z łazienki. Udałam się do kuchni, by zjeść skromne śniadanie. Zanim ugryzłam bułeczkę pokrytą grubą warstwą dżemu, przez chwilę czułam wyrzuty sumienia. A może spróbowałabym ponownie przejść na dietę? Czy… czy mogłabym zrobić to dla Wojtka? A może Wojtek akceptował moją nadwagę? Może wcale nie chciał, żebym się zmieniała? Najwyraźniej tak było, skoro postanowił podejść do mnie wczorajszego popołudnia… Ta myśl podniosła mnie na duchu. Wbiłam zęby w bułeczkę.

Popiłam śniadanie kubkiem bardzo mocnej kawy. Przygotowałam też kanapkę, którą planowałam zjeść podczas przerwy między lekcjami. Wpadłam jeszcze na moment do łazienki, by wyszczotkować zęby. Na szczęście, było jeszcze w miarę wcześnie; zegarek na moim przegubie wskazywał szóstą trzydzieści. Zajęcia zaczynały się przed ósmą. Wyjrzałam przez okno — zapowiadał się bezchmurny dzień. Byłam ciekawa, czy jest tak ciepło, jak wczoraj. Ramiona drzew tkwiły w bezruchu, co oznaczało, że nie wieje wiatr.

Aby poukładać sprzeczne myśli i skłócone emocje, postanowiłam udać się do szkoły na piechotę. Pomyślałam, że dobrze zrobi to mojej kondycji. Od budynku szkoły dzieliły mnie trzy kilometry. Tak, przechadzka z pewnością mi nie zaszkodzi.

Zanim schowałam smartfona do kieszeni dżinsów, upewniłam się, że nie dostałam żadnej nowej wiadomości. Poczułam lekkie ukłucie w okolicy serca, gdy dotarło do mnie, że skrzynka pocztowa jest pusta. Majka, a czego ty się spodziewałaś? SMS-ów na dzień dobry? Z mężczyzną, którego znasz zaledwie jeden dzień?

Gdy stwierdziłam, że jestem gotowa do wyjścia, wskoczyłam w moje ukochane, mocno znoszone trampki. Na wszelki wypadek przerzuciłam przez ramię żakiecik. Chwyciłam moją torbę i udałam się w stronę wyjściowych drzwi.

Gdy zeszłam na dół i pchnęłam dość ciężkie wrota klatki schodowej, odetchnęłam świeżym, rześkim powietrzem. Nie pomyliłam się — zaczynał się cudowny dzień. Widocznie babie lato nie zamierzało jeszcze nas opuścić. Pomyślałam mimochodem, że to cudowna pogoda na randkę. Poprawiłam zsuwającą się z ramienia torbę i nieśpiesznym krokiem ruszyłam naprzód.

Szłam przed siebie, jak zwykle zapatrzona w chodnik uciekający spod moich stóp. Jako że doskonale znałam drogę do szkoły, nogi niosły mnie same. Dzięki temu mogłam trochę porozmyślać.

Byłam umówiona z Wojtkiem na godzinę siedemnastą, w pobliżu Coffee Station. Zajęcia kończyłam o czternastej trzydzieści, a więc będę miała odrobinę czasu, aby się należycie przygotować do tej, hm… randki. Co mogłabym na siebie włożyć? To będzie moje pierwsze tego typu spotkanie z osobnikiem płci przeciwnej. Nie miałam w szafie ciuchów, które nosi się w podobnej sytuacji. Już nie zdążę skoczyć do galerii handlowej, by kupić bardziej odpowiednie wdzianko. Musiałam poszperać w szafie i znaleźć coś, co zaprezentuje się w miarę elegancko. Czy będzie w porządku, jeśli ubiorę się w białą koszulę i czarną spódniczkę, które zazwyczaj zakładałam z okazji rozpoczęcia nowego roku szkolnego? Nie, z pewnością nie. Cóż, będę zmuszona pogmerać nieco w zawartości mojej garderoby. Może jednak odkryję coś, co mogłoby spodobać się Wojtkowi… Może znajdę jakieś fatałaszki, które choć w pewnym stopniu zakamuflują moje zwały tłuszczu.

Nagle poczułam, że w moich spodniach coś się rusza. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to mój wibrujący telefon. Serce wywinęło mi nagłego koziołka i upadło na chodnik. Czym prędzej wyłuskałam z kieszeni mój smartfon. W mojej piersi ponownie coś gwałtowne załaskotało. Miałam połączenie przychodzące od Wojtka! Moje dłonie zaczęły drżeć tak bardzo, że miałam niemałe trudności z utrzymaniem urządzenia w garści.

Stuknęłam kciukiem ikonkę zielonej słuchawki i przyłożyłam smartfona do twarzy.

— Słucham? — Mój głos trząsł się równie mocno, co ręce. Zapomniałam, jak się oddycha.

— Cześć, Maju! — Usłyszałam ciepły, melodyjny głos Wojtka. Zmrużyłam oczy, aby móc podelektować się jego miękkością i słodyczą. — Jak tam początek dnia?

Byłam tak podekscytowana i szczęśliwa jednocześnie, że nie wiedziałam, co mogłabym odpowiedzieć na to pytanie.

— Ja… — wydukałam z ogromnym trudem. — Ja idę do szkoły.

— Przygotowałaś się do klasówki z polskiego?

Uch, klasówka. Gdy sobie o niej przypomniałam, coś uścisnęło mnie nieprzyjemnie w żołądku.

— Nie bardzo. Będę musiała kupić nowy podręcznik.

— Co za złośliwość rzeczy martwych. Że też musiał się utopić. — Wojtek zamilkł na moment, by kontynuować: — Maju, rozumiem, że dziś się widzimy.

Poczułam, że pomalutku się uspokajam i oswajam. Przestałam dygotać na całym ciele. Spojrzałam przed siebie, bo mało brakowało, a wpadłabym na jakąś drobną starowinkę, zmierzającą ku mnie z naprzeciwka. Odzyskałam władzę nad zmysłami. Ton mojego głosu stał się o wiele pewniejszy.

— Ależ oczywiście, że tak — odparłam, uśmiechając się niezwykle niemądrze.

— Świetnie. Bardzo się cieszę. Maju, w takim razie do zobaczenia. Nie chcę przeszkadzać ci podczas lekcji.

— Do zobaczenia.

Zrobiło mi się smutno, gdy usłyszałam sygnał zakończonej rozmowy. Uwielbiałam słuchać Wojtka… No cóż, na razie muszę skupić się na zajęciach. Podniosłam wyżej głowę i szparko ruszyłam naprzód.

Rozdział czwarty

Tak jak przewidywałam, na klasówce z polskiego poniosłam sromotną klęskę. Oddałam nauczycielce niemal czystą kartkę. Gdy nauczycielka zauważyła, że prawie nic nie napisałam, spojrzała na mnie ze zdumieniem. Sprawiała wrażenie, jakby zobaczyła mnie po raz pierwszy.

— Maju, co się stało? Dlaczego nie przygotowałaś się do klasówki? Chyba wiesz, że dostaniesz jedynkę? — Nauczycielka wciąż lustrowała mnie z niedowierzaniem.

Poczułam gdzieś głęboko tępy ból wyrzutów sumienia. Ze wstydem spuściłam głowę. Przecież nie powiem, że mój podręcznik się utopił! Nauczycielka z pewnością by w to nie uwierzyła. A kłamać nie znosiłam ani nie potrafiłam.

— Bardzo panią przepraszam — wyszeptałam, jawnie skruszona. — Obiecuję, że poprawię tę jedynkę.

Nauczycielka wciąż zerkała na mnie znad rogowych okularów.

— Maju, mam taką nadzieję.

— Oczywiście, proszę pani.

Ze spuszczoną głową opuściłam klasę.

Pozostałe zajęcia dłużyły się w nieskończoność. Nie mogłam doczekać się końca. Na szczęście, żaden nauczyciel nie zorientował się, że jestem nieobecna duchem. Co rusz zerkałam w stronę okna z żalem, że muszę tutaj sterczeć. Pogoda znów była zachwycająca, zachęcająca do spędzania czasu na świeżym powietrzu…

Jakimś cudem dotrwałam do końca lekcji. Wreszcie nastał weekend! Odpocznę nieco od tej tyrady. Miałam nadzieję, że przez najbliższe dwa dni będzie równie słonecznie, co wczoraj i dziś. Kiedy tylko odezwał się dzwonek, obwieszczając koniec dzisiejszego piekła, czym prędzej schowałam do torby zeszyt i podręcznik od matematyki. Jak zwykle zaczekałam cierpliwie, aż klasa opustoszeje. Gdy ostatni uczeń przekroczył próg sali, wymaszerowałam na korytarz.

Tym razem skorzystałam z autobusu, gdyż chciałam przygotować się przed spotkaniem z Wojtkiem. Dziesięć minut później wysiadłam na właściwym przystanku. Gdy znalazłam się w domu, rzuciłam torbę w kąt; cieszyłam się, że nie będzie mi potrzebna przez dwa dni. Spojrzałam na zegarek — było nieco po piętnastej. A więc zostały mi niecałe dwie godziny. Musiałam się pospieszyć.

Zaczęłam od wybebeszenia mojej szafy. Pół godziny zajęło mi odnalezienie w miarę przyzwoitego wdzianka. Ostatecznie zdecydowałam się na błękitną koszulę z długim rękawem. Atutem tej koszuli był dość rozległy dekolt. Bluzka ładnie podkreślała mój biust (była to chyba jedyna część mojego ciała, którą tolerowałam). Następnie wskoczyłam w czarne sztruksy. Wystrojona, ruszyłam w stronę lustra, wiszącego w przedpokoju. Stanęłam przed nim i nieśmiało podniosłam głowę.

Prawdopodobnie nie wyglądałam najgorzej. Ba! Nie poczułam znajomego wstrętu na swój widok. Przypadł mi do gustu mój uwydatniony dekolt. Oczywiście, nie odkrywał wszystkiego! Zostało wiele miejsca dla wyobraźni.

Rozstałam się z lustrem i udałam do łazienki. Czy wypadało zrobić sobie delikatny makijaż? A może Wojtek nie lubi kobiet, które się malują? Pomyślałam ostatecznie, że nie zaszkodzi, jak pociągnę rzęsy tuszem. Sięgnęłam po mascarę i niewielką szczoteczką nałożyłam tusz. Na koniec chwyciłam błyszczyk, ale zawahałam się, zanim przeciągnęłam nim usta. A co, jeśli… jeśli Wojtek postanowi mnie pocałować? Zachichotałam, zaskoczona tą myślą. Sprawiła, że odłożyłam błyszczyk na miejsce.

Przejrzałam się w lustrze. No, od razu lepiej. Przyjrzałam się sobie ze wszystkich stron. Stwierdziłam, że… że wcale nie jest tak źle. Ba! Ja się nawet sobie podobałam! Mój nastrój tak bardzo się poprawił, że uśmiechnęłam się do dziewczyny w lustrze. Zdziwiłam się, gdy odwzajemniła mi się tym samym. Na zakończenie puściłam jej perskie oko, ostatni raz przeciągnęłam szczotką po nieposłusznych włosach, po czym opuściłam łazienkę.

Do randki zostało niewiele ponad godzinę. Przypomniałam sobie niespodziewanie, że nic dziś nie jadłam (wyłączając skromne śniadanie i batonik ze szkolnego sklepiku). Byłam jednak tak podekscytowana myślą o spotkaniu z Wojtkiem, że straciłam apetyt. Postanowiłam, że zjem coś po powrocie. Dobrze mi zrobi taka krótka głodówka.

Cóż, najwyższa pora ruszać w drogę. Wieczór może być chłodny, więc na wszelki wypadek postanowiłam zabrać ze sobą czarny, w miarę nowy sweter. Chwyciłam jeszcze niewielką, czarną torebeczkę, do której wrzuciłam klucze, smartfona, portfel i coś przeciwbólowego. Aby na pewno się nie spóźnić, wyjęłam smartfona (brak nowych wiadomości) i wezwałam taksówkę. Wpadłam jeszcze do łazienki i spryskałam się perfumami. Następnie wypadłam na korytarz, przeżegnałam się i wyszłam z domu, zamykając za sobą drzwi.

Byłam tak pochłonięta myślami, co się za chwilę wydarzy, że o mały włos nie wysiadłam z taksówki, nie zapłaciwszy kierowcy za przejazd. Gdyby taksiarz mnie nie upomniał, kompletnie bym zapomniała. Przepraszając gorączkowo, naprędce wydostałam portfel z torebki i wyłuskałam z niego kartę. Gdy uiściłam kwotę, jeszcze raz przeprosiłam i z trudem wydostałam z samochodu. Taksówka odjechała z niskim pomrukiem silnika.

Znajdowałam się przy Moście św. Jana. Stąd do Coffee Station było jak rzut beretem. Rozejrzałam się, moje serce gnało jak szalone. Wojtka najwyraźniej jeszcze nie było. Nic dziwnego — byłam dziesięć minut przed czasem. Uważałam, że lepiej przyjść wcześniej, niż się spóźnić.

Cóż miałam począć? Poprawiłam torebkę, która zsuwała mi się uporczywie z ramienia. Musiałam zaczekać. Niepewnym krokiem ruszyłam w stronę wejścia do kawiarni. Przez szybę dostrzegłam, że w środku znajduje się znaczna ilość ludzi. Stoliki przed kawiarnią także były w większości pozajmowane.

Ludzie. Brrr. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Żałowałam, że umówiłam się z Wojtkiem w takim miejscu. Moje serce znów pędziło na łeb, na szyję — lecz tym razem z obawy, że za chwilę będę zmuszona wejść do środka. Dobrze, że w asyście Wojtka. Być może dzięki jego obecności poczuję się pewniejsza siebie.

Spojrzałam nerwowo na zegarek. Zostały cztery minuty. Moje serce przyśpieszyło, o ile było to jeszcze możliwe. Zaczęłam przestępować z nogi na nogi i chodzić w kółko. Moje zdenerwowanie sięgało zenitu. Byłam przerażona. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zrobiło mi się słabo. Zawirowało mi lekko w głowie, ale udało mi się zachować równowagę i nie przewrócić. Byłam przekonana, że jestem biała jak ściana. Znów spojrzałam na zegarek.

Dwie minuty.

— Witaj, Majeczko. Wyglądasz wprost zjawiskowo w tej koszuli.

Gdy usłyszałam znienacka swoje imię, poderwałam się jak oparzona i gwałtownie odwróciłam.

To był Wojtek. Na jego widok serce zamarło mi w piersi. Przyłożyłam do niej rękę.

Wojtek… On wyglądał po prostu pierwszorzędnie. Tym razem jego długie, jasne włosy były spięte w kucyk, opadający na plecy. Mężczyzna miał na sobie flanelową koszulę, ale nie dało się ukryć, że ta była przeznaczona na specjalne okazje — była szara w jasne prążki. Wojtek założył wytarte, ciemnoniebieskie dżinsy, ale i one prezentowały się bardzo elegancko. Nie rozstał się z czerwonymi trampkami. Gdy spojrzałam w jego twarz… Musiał się ogolić, bo jego szczęka była gładka. Wojtek, oczywiście, miał na nosie te same okulary co wczoraj. Zza szkieł zerkały na mnie jego oczy. Te oczy… W świetle gasnącego dnia miały ciemnozieloną barwę.

Mogłam zrobić dla nich wiele…

— Och, witaj — wydusiłam z siebie, mając wrażenie, że moje serce odleciało w nieznane. — Dziękuję za komplement. Wybacz, nie spodziewałam się, że będziesz przed czasem.

Wojtek zerknął na swój zegarek i roześmiał się.

— Przed czasem? Brakuje dwóch minut do siedemnastej. — Mężczyzna pomasował palcami swój podbródek. — Długo czekasz?

— Nie aż tak bardzo. — Starałam się zachować panowanie nad głosem. — Eee… Wchodzimy do środka?

— Uważam to za bardzo dobry pomysł. Panie przodem, oczywiście.

Wojtek pchnął ciężkie drzwi kawiarni i zrobił dwa kroki do tyłu, żebym mogła wejść przed nim. Kiedy tylko znalazłam się w środku, dopadła mnie niema panika. Byłoby jednak o wiele gorzej, gdyby za moimi plecami nie znajdował się Wojtek.

Mężczyzna najwyraźniej odczytał poprawnie mój stan ducha, bo położył mi dłoń na ramieniu. Była przyjemnie ciężka i ciepła.

— Nie bój się, Maju — przemówił łagodnym, aksamitnym głosem. — To tylko ludzie, nic wielkiego. Obiecuję, że nie zrobią ci krzywdy.

Jego słowa sprawiły, że moje serce zaczęło pomału zwalniać kroku. Odzyskałam władzę nad nogami, które nagle wrosły w ziemię. Wojtek zacisnął delikatnie dłoń na moim barku.

— Spokojnie, nic ci nie grozi — szeptał mi do ucha. Jego ton uspokajał mnie i koił. Pierwszy raz od wielu lat poczułam się… bezpieczna. I pewna siebie.

Ruszyłam naprzód, starając się oderwać wzrok od podłogi. Przystanęliśmy przy barze. Za kontuarem czekała na nas niska, korpulentna kelnerka, sprawiająca wrażenie przyjaznej i miłej.

— Czego się napijesz? — zapytał mnie Wojtek.

— Ja? — odparłam niemądrze. Komu innemu Wojtek mógł zadać to pytanie? — Ja… chyba mam ochotę na latte.

— Już się robi.

Otworzyłam torebkę i zaczęłam szukać w niej portfela, ale Wojtek chwycił mnie ostrożnie za nadgarstek.

— Kochana, ja tu płacę — powiedział, uśmiechając się pogodnie. Nie miałam wyjścia, jak schować portfel z powrotem do torebki.

Przyglądałam się, jak Wojtek tanecznym, lekkim krokiem podchodzi do bufetu i składa zamówienie. Usłyszałam, że dla siebie zamówił podwójne espresso.

Kiedy skończył, odwrócił się do mnie. Wyciągnął rękę i objął mnie nią w pasie, co kompletnie mnie speszyło.

— Chodź, znajdziemy wolne miejsce — oznajmił. Wciąż nie cofając ramienia, zaprowadził mnie do stolika w głębi kawiarni, który był jeszcze pusty. Opadliśmy na wyjątkowo miękkie kanapy. Wojtek usiadł obok mnie, bo sprawiło, że poczułam się jak porażona prądem.

— Działam na ciebie aż tak deprymująco? — zapytał Wojtek, obdarzając mnie szmaragdowym spojrzeniem. Przypatrywał mi się z przyjazną uwagą.

Poczułam się przyparta do muru. Nie wiedziałam, jak zareagować w takiej sytuacji.

— Nieco mnie peszysz — odmruknęłam, skupiając uwagę na moich bardzo krótkich, niepomalowanych paznokciach.

Ku mojemu zdziwieniu, Wojtek wybuchł serdecznym śmiechem.

— Poważnie jestem aż taki groźny? — Mężczyzna nie potrafił odzyskać powagi, nie mógł przestać chichotać. — Maju, zobaczysz, że wcale nie gryzę.

Po raz drugi dzisiejszego dnia poczułam się dobrze w swojej skórze. Znalazłam w sobie odwagę, by spojrzeć w twarz Wojtkowi. Wciąż był nie lada rozbawiony. W zielonych tęczówkach pokazały się drobne, złote promyczki. Pełne, koralowe usta prosiły się o pocałunek…

Zapadła niezręczna cisza. Wojtek postanowił położyć jej kres. Zwrócił się ku mnie ciałem i otoczył ramieniem. Czułam wyraźnie zapach i ciepło ciała mężczyzny. Woń wody kolońskiej drażniła rozkosznie mój węch. Wojtek pachniał nie tylko drogimi perfumami, ale i prawdziwym, pełnokrwistym mężczyzną.

— Maju, czy mogłabyś opowiedzieć mi coś o sobie? — zapytał. — Mam nadzieję, że nie wymagam od ciebie zbyt wiele… Dlaczego mieszkasz w kawalerce, i to całkiem sama?

Wiedziałam, że prędzej czy później dojdzie do tego pytania. To podstawowe pytanie, które zadają sobie ludzie, gdy się poznają… Nie mogłam tego uniknąć. A zależało mi, aby poznać Wojtka nieco bliżej.

Nie mogłam jednak powiedzieć mu o wszystkim od razu. Mogłabym… poważnie go spłoszyć. Zniechęcić do siebie. Bałam się, że Wojtek wybiegnie czym prędzej z kawiarni, zostawiając mnie tu całkiem samą. Nie, nie, nie. Wojtek dowie się wszystkiego w odpowiednim czasie.

— Nie ma we mnie nic ciekawego — odparowałam, miętosząc w palcach brzeg koszuli. — Jestem zwykłą, pospolitą, szarą istotą. Na co dzień uczę się w liceum, jestem w trakcie przygotowań do matury. Jak już wiesz, mieszkam samotnie w kawalerce. Pewnie jesteś ciekaw, dlaczego? Po prostu pragnęłam się usamodzielnić. Wyprowadziłam się od mamy, gdy skończyłam siedemnaście lat, a więc mniej więcej rok temu. Nie lubię towarzystwa. Najlepiej mi się żyje w samotności. Nie znoszę być od kogoś uzależniona. Złoszczę się, gdy ktoś przeszkadza mi w byciu sobą. W mojej kawalerce, którą nazywam moją samotnią, czuję się świetnie. W końcu nie muszę pytać nikogo o zgodę, gdy przychodzi mi do głowy jakiś pomysł czy plan. Lubię posiadać terytorium, które należy tylko i wyłącznie do mnie. Mama nie ma mi tego za złe. Rozumie mnie. Ona także mieszka sama.

— Cóż — kontynuowałam. Tym razem zaczęłam wyłamywać sobie palce. — Gdyby nie mama, już dawno porzuciłabym naukę. Mama opłaca czynsz za moją kawalerkę pod warunkiem, że będę się kształcić. Kusząca propozycja, dlatego się zgodziłam. Jestem dość dobrą uczennicą. Wystarczająco dobrą, aby moja mama była ze mnie zadowolona.

— Nie mam przyjaciół. Ba! Nawet znajomych. Jak już zapewne zdążyłeś zauważyć, stronię od ludzi. Po prostu… przerażają mnie i onieśmielają. Nie lubię zanurzać się w tłumie, bo zaczyna mi brakować powietrza i dopada mnie panika…

Urwałam. Podniosłam głowę, aby sprawdzić reakcję Wojtka. Przypatrywał mi się z łagodnym zainteresowaniem. Lekko przekrzywiał głowę, najwyraźniej dając mi do zrozumienia, że słucha mnie z przyjemnością.

Nagle podniósł rękę i koniuszkami palców powiódł po moim policzku. Odgarnął kosmyk włosów, który opadł mi na oczy.

Lubiłam, gdy Wojtek mnie dotykał.

— Mów, Maju, mów — wyszeptał, a jego ciepły, świeży oddech połaskotał moją twarz. — Mówisz tak pięknie…

Skoro pragnął, żebym mówiła dalej, postanowiłam kontynuować mój wywód.

— Jako że bardziej żyję wewnętrznie, niż zewnętrznie, mam kilka drobnych zainteresowań. Tak jak zauważyłeś wczoraj wieczorem, siedząc obok mnie na ławce, jestem humanistką. Kocham dobrą literaturę. Preferuję zarówno powieści, jak i wiersze. Jak wiesz, od czasu do czasu sklecę kilka strof. Przepadam też za muzyką, zwłaszcza za rockiem. Moim ulubionym zespołem jest Pink Floyd…

— Pink Floyd? — wtrącił się znienacka Wojtek. — No patrz, kocham Pink Floyd z całego serca… Mów, mów dalej.

— A zatem… Eee… Do moich zainteresowań należą także bardzo długie, samotne spacery. Zwłaszcza po zapadnięciu zmroku, kiedy nikt mnie nie widzi. Często błąkam się po Olsztynie w środku nocy…

— Nie boisz się, że może coś ci się stać? Na świecie roi się od degeneratów.

Chciałam odpowiedzieć, ale w naszą rozmowę wkradła się kelnerka, niosąc na srebrnej, lśniącej tacy nasze kawy. Podziękowaliśmy serdecznie, barmanka odpowiedziała przyjaznym, szczerym uśmiechem. Gdy odwróciła się na pięcie i zniknęła, sięgnęłam po smukłą szklankę z latte. Upiłam drobnego łyczka. Zmrużyłam oczy, rozkoszując się delikatną pianką. Sięgnęłam po cukierniczkę i posłodziłam nieco kawę. Wojtek podniósł do ust niewielką filiżankę z espresso.

Odstawiliśmy nasze napoje równocześnie. Wojtek ponownie otoczył mnie ramieniem. Słyszałam wyraźnie, jak oddycha. Jego szeroka klatka piersiowa podnosiła się i opadała nieśpiesznie. Wojtek sprawiał wrażenie zrelaksowanego i zadowolonego.

— Maju, nie odpowiedziałaś na moje pytanie — upomniał mnie delikatnie.

Zagryzłam wargi i zmarszczyłam czoło, po czym odparłam:

— Wiesz, jakoś niespecjalnie zależy mi na moim życiu. Jest mi obojętne, czy jestem, czy nie… Nie dbam o to. Mam w nosie, czy coś mi się stanie. Spacery w środku nocy uspokajają mnie i pomagają zachować względną wewnętrzną równowagę. Wojtku, ja… jestem bardziej zakręcona, niż może się wydawać. Czy zdążyłam zniechęcić cię do siebie?

Wojtek sprawiał wrażenie poważnie zaskoczonego. Spojrzał na mnie tak, jakby widział mnie po raz pierwszy.

— Maju! — wykrzyknął tak gromko, że spojrzeli na nas pozostali goście kawiarni. Wojtek dodał, już spokojniejszym tonem: — Co ty opowiadasz za bzdury? Jesteś pierwszą osobą w moim życiu, której tak przyjemnie się słucha. Oj, Maju, Maju… Domyślam się, że przebierasz w chłopakach jak w ulęgałkach.

Parsknęłam śmiechem, jakbym usłyszała bardzo dobry kawał.

— Jak w ulęgałkach? — Nie mogłam przestać chichotać. — Wojtku, ja… Ja nigdy nie miałam chłopaka. Jak nietrudno się domyślić, nie znam się zupełnie na tych sprawach. Ale ty z pewnością nie możesz opędzić się od dziewczyn.

Teraz to Wojtek nie mógł powstrzymać się do przypływu radości. Jejku, uwielbiałam słuchać jego śmiechu… To była najpiękniejsza melodia, jaką znałam.

— Maju, chyba kpisz! — Nagle Wojtek spoważniał. Rysy jego pięknej twarzy się ściągnęły. Mężczyzna przyłożył do warg palce prawej dłoni. Jego dobry humor natychmiast się ulotnił. Zrozumiałam, że rozmowa na ten temat sprawia mu znaczny ból. — Maju… Niestety, mam już za sobą pewne doświadczenia… Ale trudno sobie wyobrazić, jak bardzo tego żałuję. Mój ostatni związek zakończył się ponad rok temu. Ja… Maju, chciałbym o czymś ci powiedzieć, ale obawiam się twojej reakcji… Boję się, że wstaniesz, wyjdziesz i zostawisz mnie tu całkiem samego. A tego bym już nie zniósł.

A więc i Wojtek miał pewną tajemnicę, którą nie chciał się z nikim dzielić. Sprawiło to, że zaczęłam mu współczuć. Najwyraźniej jechaliśmy na tym samym wózku. Czy to sprawi, że mnie nie opuści?

— Wojtku… — Znalazłam w sobie dość odwagi, by przytulić się do jego klatki piersiowej. Usłyszałam spacerujące w niej serduszko. — Uwierz mi, że moja prawda jest o wiele gorsza. Proszę, powiedz mi coś o sobie.

Wojtek przeczesał palcami moje włosy. Poczułam się, jakbym wybrała się na wycieczkę do raju.

— Maju, jestem pewien, że zostawisz mnie, gdy ci o tym powiem. Ja… jestem bezpłodny. To oficjalna wiadomość. Nie mogę mieć dzieci. Rozumiesz?

Głos Wojtka nagle się zachwiał. Gdy spojrzałam w oczy mężczyzny, z bólem w sercu zobaczyłam w nich ślad łez.

— Moje kobiety nie potrafiły tego zaakceptować — ciągnął dalej. — Odchodziły, gdy dowiadywały się prawdy. Nie chciały takiego uszkodzonego towaru jak ja. — Westchnął głęboko. Cofnął ramię, którym mnie obejmował, i pochylił się do przodu. Łokcie wsparł o kościste kolana, a twarz ukrył w dłoniach. Widziałam, jak jego ramiona leciutko podrygują. Położyłam dłoń na barku Wojtka.

Z początku nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Kiedy wreszcie dotarło do mnie, co powiedział Wojtek, zrobiło mi się go bardzo żal. Wyraźnie mu współczułam. Nie cofałam ręki, moja dłoń wciąż spoczywała na jego barku. Uścisnęłam go lekko, aby dać Wojtkowi do zrozumienia, że się z nim solidaryzuję. Oczywiście, nie do końca wiedziałam, jaki rodzaj bólu odczuwa, ale dzieliłam jego żal i frustrację.

— Och, Wojtku — wydusiłam z siebie. — Tak bardzo mi przykro…

Nagle, zupełnie niespodziewanie, Wojtek strącił moją dłoń ze swojego ramienia. Odwrócił ku mnie twarz. Na jego obliczu dostrzegłam wyzywający wyraz. Tak jakby Wojtek usiłował mnie sprowokować… Jakby przygotowywał się na ostateczny cios. W zielonych oczach wciąż połyskiwały wielkie jak groch łzy.

— I co teraz? — warknął. Trochę zaskoczył mnie ten przypływ agresji. — Opuścisz mnie jak wszystkie inne? No, proszę, idź sobie. Zostaw mnie samego. Dlaczego tu jeszcze siedzisz? Nie martw się o mnie… Już przyzwyczaiłem się do myśli, że nikt się o mnie nie martwi. Idź, no idź!

Wojtek nie wykonał żadnego gestu, jednak wyraz jego twarzy był przerażający… Mieszała się na niej złość z rezygnacją. Wojtek mrugnął; ogromne łzy spłynęły po wysokich policzkach.

Miałam wrażenie, że ktoś przejął kontrolę nad moim ciałem. Przysunęłam się bowiem do Wojtka i objęłam jego płową głowę. Przygarnęłam ją do swojej piersi. Kiedy Wojtek poczuł moje ciepło, moją bliskość, rozpłakał się jeszcze rzewniej.

— Nigdzie sobie nie idę — wyszeptałam, wciąż go przytulając. — Zostaję tutaj. Z tobą. Twoja historia… Uwierz mi, że ja także wycierpiałam wiele.

Wojtek nie odpowiadał przez długi czas. Wypuściłam mężczyznę z objęć dopiero wtedy, gdy się względnie uspokoił. Jako że żadne z nas nie miało przy sobie chusteczki, otwarł wilgotną twarz rękawem koszuli. Policzki mężczyzny zaczęły pomału schnąć.

Kiedy Wojtek odzyskał kontrolę nad sobą, zwrócił się ku mnie i ujął mnie za podbródek. Nie miałam innego wyjścia, jak spojrzeć w szmaragdowe tęczówki. Wyraz twarzy mężczyzny znacznie się zmienił. Jej rysy wygładziły się. Na obliczu Wojtka zagościło coś w rodzaju… wdzięczności i niedowierzania.

— Maju, nie wierzę — wymamrotał. Nasze twarze znalazły się tak blisko siebie, że prawie zetknęliśmy się czubkami nosów. — Jesteś… jesteś pierwszą kobietą, która nie uciekła, gdzie pieprz rośnie. Ja… nie wiem, jak ci dziękować. Czy to znaczy, że mnie nie zostawisz?

Przez moment Wojtek przypominał małe dzieciątko, które musi uzyskać aprobatę swojej mamy. Wiedziałam jednak, że jest ze mną szczery. Czy faktycznie tak mu zależało na naszej znajomości? Dlaczego? Przecież nie miałam nic do zaoferowania…

— Bądź spokojny — odparłam, uśmiechając się czule. Podniosłam rękę i pogładziłam z czułością płowe włosy Wojtka. Były tak rozkosznie miękkie w dotyku… Poczułam ochotę, aby zanurzyć w nich palce… — To się dobrze składa, bo ja… nie chcę mieć dzieci. To zbyt wielka odpowiedzialność i wysiłek. Mam wystarczająco wiele problemów z własną głową… Nie zdołałabym wychować człowieka. To nie dla mnie. Jestem na to zbyt niepoważna. Nie wyczuwam u siebie instynktu macierzyńskiego. I wydaje mi się, że to się już nie zmieni. Moje rówieśniczki ślinią się na widok bobasów… Ja nie widzę w nich niczego słodkiego czy uroczego. Cóż… — Uśmiechnęłam się ostrożnie. — Będziemy do siebie pasować.

To, co się stało w kolejnej chwili, przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Wojtek… trzymał mój podbródek tak, że nie byłam w stanie odwrócić głowy. Przez moment zaglądaliśmy sobie do oczu… Zielone tęczówki skrzyżowały się z czarnymi… I wtedy doznałam tego nieznanego dotąd uczucia. Coś zakłuło mnie w okolicach podbrzusza. Był to skurcz bardzo przyjemny. Karmiłam się tym słodkim bólem… Uścisk przybrał na sile, gdy Wojtek znalazł się tak blisko, że mogłam poczuć na policzkach jego nierówny, przyśpieszony oddech… Mężczyzna przysunął się, prawie na mnie natarł. Zapomnieliśmy kompletnie, że znajdujemy się w miejscu publicznym; to w tej chwili było zupełnie nieważne. Ręka Wojtka powędrowała w stronę moich piersi… Mężczyzna zadławił się własnym oddechem; najwyraźniej zdał sobie sprawę, że nie mam na sobie stanika. Kolejny skurcz natarł na mój podołek. Zaczęłam wić się niespokojnie… Wysunęłam moje biodra ku apetyczne wąskim lędźwiom Wojtka.

I wtedy to się stało.

Wojtek mnie pocałował.

Przeżyłam swój pierwszy w życiu pocałunek.

Wojtek całował tak zawzięcie, tak niespokojnie, jakby się obawiał, że robi to po raz ostatni. Jego giętki, cudownie słodki język objął w posiadanie całe moje gardło; wypełnił po brzegi. Z początku zachłysnęłam się pieszczotą, ale prędko ją odwzajemniłam. Mój niedoświadczony język spotkał się z językiem Wojtka. Złączyły się w szaleńczym tańcu, zaczęły wirować i jakby się delikatnie przekomarzać. Ach, jak dobrze, że nie użyłam błyszczyka, przemknęło mi przez głowę.

Całowaliśmy się, jakbyśmy za chwilę mieli rozstać się na zawsze. Jakby to było nasze ostateczne pożegnanie. Musieliśmy na moment się od siebie oderwać, bo zabrakło nam tchu. Zetknęliśmy się czołami, by nasze podniecone ciała lekko ochłonęły.

— Wybacz mi, Maju — mruknął Wojtek, oddychając moim oddechem. — Nie mogłem dłużej się powstrzymać. Przepraszam.

— Nie masz za co przepraszać — odparłam, również zniżając głos. — Cieszę się, że to z tobą przeżyłam mój pierwszy pocałunek.

Wojtek spojrzał na mnie z niedowierzaniem w cudownych, migdałowych oczach.

— To był twój PIERWSZY pocałunek? — Zaakcentował silnie słowo „pierwszy”.

Pokiwałam głową, przygryzając swoją dolną wargę.

— O rety. Nie mów mi, że jestem odpowiedzialny za twój pierwszy pocałunek!

— Wojtku, tak jest w istocie. Ale nie miej mnie na sumieniu. Gdybym tego nie chciała, odsunęłabym się od ciebie. Swoją drogą… — zerknęłam na niego spod rzęs. — Było nieziemsko. Nie spodziewałam się, że jest to aż taka frajda.

— Jeśli to uważasz za frajdę, to wiesz jeszcze naprawdę niewiele. — Wojtek puścił mi perskie oko i przeciągnął końcem języka po swoich wargach.

— Czyżby? — Wymierzyłam w mężczyznę kokieteryjne spojrzenie. Znaczy się, uważałam, że wyglądało na kokieteryjne. — Sugerujesz, że…

Wojtek położył mi na ustach swój smukły, długi palec. Pokręcił przy tym nieznacznie głową.

— Ciii… — szepnął. — Na wszystko przyjdzie pora. Nie mogę pozwolić, byś poczuła się wykorzystana. Skoro uważasz ten pocałunek za udany, to kamień spadł mi z serca. Ale do, hm… „reszty”, to muszę być pewny w stu procentach, że jesteś na to gotowa. Pewnie się ze mną zgadzasz?

Wiedziałam, że Wojtek ma na myśli seks… Czy chciałabym przejść inicjację seksualną właśnie z Wojtkiem? Na tę myśl znowu zabolało mnie słodko w dole brzucha.

— Masz rację — odparłam, walcząc z przyśpieszającym oddechem. — Na wszystko przyjdzie pora.

Wojtek ponownie przygarnął mnie ku sobie. Zajrzał mi do oczu tak głęboko, jakby pragnął ujrzeć moją duszę.

— Maju… — szepnął, gładząc mnie po policzku. — Powiedz… czy podobam się tobie choć odrobinkę? Czy zdołałabyś mnie polubić?

Jego szczerość sprawiła, że mimowolnie roześmiałam się od ucha do ucha. Zatknęłam za ucho Wojtka kosmyk jasnych włosów, który wydostał się z kucyka.

— Gdybym cię nie lubiła, na pewno by mnie tutaj nie było — odparłam, oblizując usta.

W zielonych oczach zatańczyła nadzieja.

— Nie wiem, jak ci dziękować.

Wojtek ponownie się nade mną nachylił. Tym razem jego wargi musnęły moje bardzo leciutko. Nasze usta złączyły się w delikatnym pocałunku. Z mojego gardła nagle wydostał się przeciągły jęk, nad którym nie miałam kontroli. Poczułam, że… że jestem gotowa, aby przyjąć Wojtka…

Nasze wargi rozdzieliły się, gdyż chciał coś powiedzieć.

— Spokojnie, Maju. Mimo wszystko znajdujemy się w miejscu publicznym… Chyba że… no… chciałabyś… Nie, nie, to dla ciebie zbyt wcześnie. Też tak sądzisz?

W moim sercu rozpętał się prawdziwy huragan emocji. W głowie aż szumiało od skłóconych myśli. Czy to możliwe, że… pragnęłam Wojtka?

— Nie mam pojęcia — odparłam zgodnie z prawdą. — To, co się dziś ze mną dzieje, jest mi zupełnie obce i nieznane… Nie wiem, jakimi słowami to określić.

— Słodka Maju, to jest pożądanie. Pragniesz mnie, choć nawet o tym nie wiesz. Ja… także cię potrzebuję. Czuję się odpowiedzialny, bo jestem twoim pierwszym mężczyzną. Ode mnie zależy, czy nauczę cię tego wszystkiego… To trudne zadanie. Nie chcę, byś wspominała swój pierwszy raz z żalem i frustracją. Chcę mieć pewność, że nie będziesz rozczarowana. Że nie będziesz mnie obwiniać… Mam rację?

W moim podołku wciąż coś rozkosznie pulsowało…

— Wojtku, ja… chyba jestem przygotowana, aby cię przyjąć… — wyszeptałam bardzo nieśmiało, uciekając wzrokiem w bok. Byłam pewna, że moje policzki oblał purpurowy rumieniec. Nie chciałam, aby Wojtek to zauważył…

A jednak zauważył. Nadzieja w zielonych oczach nabrała pokaźnych rozmiarów… Znów mnie pocałował — w czoło, powieki, czubek nosa, w policzki, brodę… Każdy pocałunek był lżejszy od muśnięcia motylich skrzydeł… Nabrałam odwagi i ściągnęłam gumkę z włosów Wojtka. Włosy rozsypały się, zalewając ramiona złotą kaskadą. Nie mogłam się powstrzymać, musiałam wpleść w nie palce… Pociągnęłam lekko ku sobie… Znów spomiędzy moich warg wydostało się cichutkie skamlanie.

Czy to wszystko nie działo się zbyt szybko? Czy faktycznie byłam w pełni gotowa na tego typu doznania? Czy nie będę potem gorzko żałować? Czy… czy Wojtek był tym właściwym facetem? Facetem, z którym miałabym wstąpić w związek?!

Miałam w nosie fakt, że Wojtek jest bezpłodny.

Bałam się jednocześnie, jak przyjmie moją prawdę…

Gdy wreszcie nasze ciała się rozszczepiły, Wojtek zerknął na mnie z czułością.

— Coś jest nie tak, Maju?

Szukałam odpowiednich słów, w które zamierzałam ująć to, co pragnęłam przekazać mężczyźnie.

— Jesteś gotów usłyszeć mój sekret? Ostrzegam, że możesz byś zaszokowany…

— Jestem gotów. Na wszystko. — Aby podkreślić swoje słowa, Wojtek przyłożył do swojej piersi dłoń.

Moje serce poderwało się do ucieczki. Usiłowałam je dogonić, ale wymknęło mi się i pogalopowało dalej…

— Wojtku, ja… ja leczę się. Psychiatrycznie. Jestem wariatką, Wojtku. Rozumiesz?

Teraz to ja nie mogłam zapanować nad łzami. Spłynęły mi po policzkach — najpierw pierwsza, potem druga… Sunęły w dół, wsiąkały w koszulę…

Wojtek jednak sprawiał wrażenie nieporuszonego. Wciąż spoglądał na mnie z uczuciem i troską. Zdziwiło mnie to i zbiło z pantałyku.

— Dlaczego wciąż tu jesteś? Znasz prawdę. Możesz odejść — rzuciłam mu prosto w twarz.

Wyraz twarzy Wojtka nie zmienił się. Mężczyzna wyglądał, jakby usłyszał ode mnie, że moje włosy są farbowane.

Nie mogłam uwierzyć…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.