E-book
13.65
drukowana A5
31.97
drukowana A5
kolorowa
60.26
W objęciach wroga

Bezpłatny fragment - W objęciach wroga

I tom


5
Objętość:
216 str.
ISBN:
978-83-8155-621-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 31.97
drukowana A5
kolorowa
za 60.26

I tak oto staję przed najważniejszą decyzją,

jaką przyszło mi podjąć w życiu.

Nasze ciała oblepia ciemność nocy,

widzę w jego oczach cały wachlarz skrajnych emocji.

Dwanaście lat…

Dwanaście lat skurczyło się do tych kilku sekund.

Każe mi uciekać, ale ja jestem gotowa.

Jestem gotowa, by zostać i umrzeć.

Rozdział 1

Kiedyś

Dawno, dawno temu, na ziemiach dzisiejszej krainy mazurskich jezior, swoją pierwszą osadę wznosiło wędrowne plemię Vattów. Wybrali obszary nietknięte do tej pory ręką człowieka, żyzne, surowe ziemie i lasy u progu skrzyżowania dwóch słodkich jezior.

W centrum obozu budowano pokaźną wieżę na planie spirali, zwieńczoną strzelistą iglicą. Mała dziewczynka siedziała na kamieniu i machając wesoło nogami, opowiadała śmieszne bajeczki, by umilić czas ciężko pracującym robotnikom. Nieproszona, gdy tylko wyczuła potrzebę, podawała im wodę i biegała do pobliskiej studni, by napełnić bukłaki. Nietrudno się domyślić, że od dnia swoich narodzin, od razu została ulubienicą wszystkich osadników.

Wszyscy w osadzie wiedzieli, że mała córeczka wodza to oczko w głowie swoich rodziców i niespokojna dusza, która biegnie tam, gdzie ją poniesie wiatr. Czarne jak nocne niebo włosy spływały kaskadami na jasne ramiona i falowały uroczo, kiedy chichotała. Jasnoniebieskie oczęta rzucały wszędzie ciekawskie spojrzenia. Dano jej na imię Liliana, ale wszyscy wołali za nią „mała Lilu”.

— Mała Lilu! Gdzie jesteś? — Pogodny głos młodej kobiety przetoczył się między budowniczymi.

— Mama cię szuka… — powiedział rudowłosy mężczyzna, ocierając pot z czoła. Dziewczynka podała mu bukłak i wystrzeliła jak z procy w kierunku kobiety, która wyglądała jak jej dorosła wersja. Rzuciła się matce na ramiona i zachichotała perliście w jej włosy.

— Ile razy mam ci powtarzać, że nie wolno przeszkadzać mężczyznom podczas pracy? — zapytała poważnie mama.

— Mała Lilu nigdy nie przeszkadza… — powiedział rudy robotnik i wskazał brodą na bukłak.

— Dzięki, Lynx.

Kobieta uśmiechnęła się do niego serdecznie, przytulając małą. Budowniczy odwzajemnił uśmiech, po czym wrócił do pracy. Musiał przyznać, że żona wodza była najpiękniejszą kobietą, jaką do tej pory spotkał. Lynx był wiernym poddanym i nie odważyłby się o niej pomyśleć w sposób niewłaściwy, dlatego też nie mógł za długo na nią patrzeć i rozmawiać dłużej niż to było konieczne. Wódz był mądry i Lynx powierzyłby mu własne życie.

Pogoda tego dnia była idealna do pracy. Na świecie nastała wiosna, nie było jeszcze zbyt gorąco, ani słonecznie. Zaspane po zimowych mrozach drzewa wypuszczały pierwsze pączki, a w powietrzu można było wyczuć przełamanie temperatury.

Mała Lilu ze słodką przyjemnością wtulała się w ciepłe ramiona ukochanej matki. Nagle dostrzegła nieoczekiwany ruch szponiastych gałęzi na skraju lasu.

— Pomocy! — Desperacki krzyk kobiety dobiegł z drugiego końca osady. Wyglądało na to, że mężczyźni właśnie wrócili z polowania. Robotnicy rzucili łopaty, które wbiły się twardo w piach i pobiegli pospiesznie w kierunku, z którego dobiegał głos.

— Marina, zabierz stąd dziecko… Wszystkim się zajmiemy — Lynx doradził nerwowo pięknej żonie wodza. Dziewczynka poczuła, jak matka przyciska ją mocniej do ciała a z jej piersi dobiega smutny szloch. Później mała usłyszała kilka urywanych krzyków osadników, przerywanych groźbami „Zapłacą nam za to”.

— Podajcie wody… Rany nie są zbyt głębokie… — zbolały głos przebiegł przez tłum i Lilu zrozumiała, że to jej ojciec został ranny. Zaczęła się wyrywać, ale matka trzymała ją mocno i stanowczo. Po chwili przejął ją Lynx i zaniósł w bezpieczne miejsce, daleko od tragicznej sceny.

— Spokojnie, Lilu. Tacie nic nie będzie…

— Kto go zaatakował? — pytała mała, nerwowo zagryzając zęby i świdrując go przenikliwym spojrzeniem. Próbowała dojrzeć cokolwiek przez jego umięśnione ramię. Była bardziej rezolutna, niż dorosłym mogłoby się wydawać. Lynx miał pewne podejrzenia co do wroga, jednak postanowił nie głosić jeszcze spiskowych teorii dziejów.

— To był niedźwiedź… — powiedział, uspokajająco gładząc dziecko po ramionach.

***

Rany wodza Semmyra okazały się niegroźne i szybko wrócił do zdrowia dzięki troskliwej opiece żony i przyjaciół. Mała Lilu również pomagała, wychodząc przy tym ze skóry, żeby się czegoś dowiedzieć, ale za każdym razem odmawiano jej wyjaśnień. W historię z niedźwiedziem oczywiście nie uwierzyła. Bo kto by uwierzył, że jej ojca mógłby zaatakować wielki i powolny niedźwiedź? Lilu sama mogłaby mu uciec, gdyby go spotkała na swojej drodze. A co dopiero uzbrojony wojak z eskortą…

Po ataku w lesie jej ojciec zarządził budowę wysokiego kamiennego muru dookoła osady. Dni mijały jeden za drugim, a centralna spiralna wieża rosła metr po metrze w stronę nieba.

Dziewczynce zabroniono wychodzić poza obszar muru, nie udzielając odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Tkwiła zamknięta w bezpiecznym obszarze, z każdym tygodniem coraz bardziej znudzona i sfrustrowana.

Wreszcie nadszedł moment, w którym zakończono budowę i osadnicy zaczęli przeprowadzać się do środka wieży. Wódz wraz z żoną i córką zajęli pomieszczenia na ostatnim piętrze, zaraz pod tarasem z obserwatorium gwiazd. Gdy tylko ich nogi przestąpiły próg nowego domostwa, mała Lilu wybiegła na taras na dachu wieży. Ostry wiatr smagnął jej kruczymi włosami, kiedy znalazła się na zewnątrz. Potarła ramiona, na których pojawiła się gęsia skórka. Był już późny zmierzch i na sinym nieboskłonie pojawiły się pierwsze, iskrzące gwiazdy.

Dziewczynka z błyskiem w oczach oglądała rozległe tereny wokół osady. Po horyzont ciągnęły się iglaste lasy, pachnące żywicą i igliwiem, a między nimi błyszczały dwa spokojne jeziora. Po chwili obok niej zmaterializował się ciemnowłosy ojciec i uniósł ją na barana, by mogła lepiej widzieć.

— Tate, a co tam jest? — zapytała, wskazując palcem na drugą stronę jeziora. Oko dziecka zwabiły migotające nad taflą wody jasne światełka. Dobiegały stamtąd wesołe odgłosy, jakby ktoś śpiewał i tańczył. Dziewczynka wytężyła wzrok, próbując dostrzec wibrujące sylwetki poruszające się w rytm bębnów.

— Tam…? — zamyślił się Semmyr, szukając odpowiednich słów. Odwrócił się lekko i udał, że patrzy na daleki szczyt, rysujący się na południowym horyzoncie. Dziecko jednak nie dało się zwieść i zaczęło się niecierpliwie wiercić, chcąc jak najszybciej poznać odpowiedź. Finalnie uznał, że najlepiej będzie powiedzieć małej prawdę. W końcu i tak kiedyś się dowie.

— To inne plemię. Nie są do nas przyjaźnie nastawieni… Unikamy tego miejsca jak ognia, a oni unikają nas. I niech tak zostanie. Pod żadnym pozorem nie wolno ci się do nich zbliżać. Gdybyś kiedyś zabłądziła w lesie i spotkała któregoś z nich, uciekaj ile sił w nogach. Zrozumiano?

— Tak, tate… — Czarnowłosa dziewczynka pokiwała głową, wyrażając całkowite zrozumienie i posłuszeństwo. Dyskretnie jednak skrzyżowała dwa palce za plecami.

***

Okazja do małej wyprawy nadarzyła się mniej więcej miesiąc od momentu, kiedy Lilu widziała światła nad wodą po raz pierwszy. Codziennie przesiadywała na tarasie i z fascynacją w oczach obserwowała wrogi obóz. Gdy rodzice nie patrzyli, sama tańcowała w rytm pierwotnej muzyki i nuciła melodie, które niosła woda. Wódz wraz z żoną widzieli jej niezdrowe zainteresowanie i zlecili dodatkowe pary oczu do pilnowania muru. Dziewczynka była posłuszna jak dotychczas i nie wykazywała żadnych oznak niesubordynacji, ale z dziećmi nigdy nic nie wiadomo.

Rodzice szukali sposobu, by zająć dziecko i odciągnąć jej głód wiedzy od obozu za wodą. Niestety w ich plemieniu nie było rówieśników, z którymi Lilu mogłaby się bawić. Najmłodszy członek był już siedemnastolatkiem i w oczach starszyzny dorosłym wojownikiem, a najmłodszy berbeć był dopiero w powijakach.

Pewnego dnia na polowaniu wódz Semmyr znalazł w pułapce skowyczące szczenię. Przeszukał dokładnie okolicę, żeby upewnić się, czy matka nie będzie szukać zwierzęcia. Leżała martwa na brzegu strumienia, a z jej ciała wykrojono już odpowiednie płaty mięsa i obdarto zwierzę ze skóry.

Wódz owinął skomlące maleństwo w lnianą pelerynę i przyniósł do obozu. Z pewną dozą niepokoju podarował córce małego szakala, mając nadzieję, że to odciągnie jej uwagę od tematu tajemniczych tańców do mrocznej muzyki. Nic bardziej mylnego. Teraz przesiadywała na tarasie z nowym przyjacielem. Stworzenie wyglądało jak daleki krewny lisa — miało dłuższe nogi i czarne, cętkowane futerko na grzbiecie. Reszta ciała była całkowicie ruda.

Lilu od razu pokochała nowego podopiecznego i nazwała go „Płomykiem” na cześć światełek po drugiej stronie jeziora. Semmyr i Marina nie byli z tego powodu specjalnie szczęśliwi, ale musieli przyznać, że imię to wyjątkowo pasowało do pupila. Miał on bowiem długi, puszysty ogon, który przywodził na myśl język ognia.

***

Miesiąc po przeprowadzce do wieży, Lilu leżała na swoim posłaniu ze skór. Miała zamknięte oczy i przytulała Płomyka jak poduszkę. Gdyby teraz wszedł tate, na pewno stwierdziłby, że jego pociecha słodko wygląda, jak śpi. I mocno by się nabrał, bo Lilu wcale nie spała. Cierpliwie czekała aż rodzice zasną. Przez ostatni miesiąc nie próżnowała, przygotowując w głowie nocną eskapadę. Wiedziała, że dziś na warcie po raz pierwszy jest rudy siedemnastolatek, więc liczyła, że uda się go łatwo wykiwać. Ojciec nieświadomie włożył jej w ręce narzędzie, które mogła wykorzystać. Przez ostatnie tygodnie była wzorem grzecznej i sumiennej córki, doskonale zdając sobie sprawę, że musi uśpić czujność wszystkich wokół. Gdy usłyszała jak oddech rodziców się wyrównuje, odważyła się wstać i zarzucić niebieski płaszcz na ramiona. Uniosła poduszkę i wyciągnęła spod niej przygotowaną na tę okazję torbę. Przeszła przez swój pokój na paluszkach. Ostrożnie zajrzała do sypialni rodziców i upewniwszy się, że śpią jak zabici, minęła ich pokój i otworzyła drzwi prowadzące na korytarz. Płomyk podążył za nią, również zachowując pełną dyskrecję. Możliwe, że to dlatego, że w zębach dzierżył kawałek suszonego mięska. Zeszli krętą klatką schodową i po chwili znaleźli się na zalanym przez srebrzyste światło gwiazd dziedzińcu. Rudawy strażnik przechadzał się leniwie wzdłuż muru, trzymając w rękach pochodnię.

— Szukaj! — powiedziała Lilu do Płomyka, który przed chwilą przełknął ostatni kawałek suszonej baraniny.

Szakal wystartował z nosem przy trawie, wiedziony tropem świeżego mięsa. W końcu dotarł do przygotowanej wcześniej przez Lilu pułapki i zaczął ryć w ziemi niedaleko miejsca warty strażnika.

Młodzieniec, zaalarmowany odgłosem rozkopywania ziemi, po chwili dostrzegł zwierzę i podszedł bliżej, by ustalić, co się dzieje. W tym czasie mała Lilu podbiegła na tyły wieży do wielkiej wiśni i zaczęła się wspinać. Podciągnęła się na kamienną krawędź muru i minęła ostrożnie ostre kolce. Zmarszczyła brwi, szukając w ciemnościach odpowiedniego drzewa, na które mogłaby skoczyć. W końcu wypatrzyła jedno, które rosło kilka metrów od muru. Zgięła nogi w kolanach i zaczęła balansować ciałem. Po chwili odbiła się od kamiennego gzymsu i poczuła przypływ adrenaliny, kiedy leciała w powietrzu. Sprawne dłonie uczepiły się gałęzi, a nogi oplotły omszały pień. Ostrożnie zeszła na dół i po cichu zawołała pupila.

Płomyk wreszcie wygrzebał z ziemi to, co tak długo nęciło jego nozdrza. Słysząc w oddali swoje imię, obejrzał się na strażnika z kawałkiem mięsiwa w pysku i czmychnął w kierunku bramy. Podkopał się lekko pod zawiasem i wybiegł poza teren, dołączając do swojej pani. Po chwili już ich nie było, zniknęli w ciemnościach lasu.

Rozdział 2

Mała Lilu biegła ile sił w nogach, nie śmiąc wydać ani piśnięcia. Zatrzymała się dopiero w momencie, kiedy była pewna, że obóz jest wystarczająco daleko, by strażnik nie usłyszał jej walącego serca i urywanego oddechu. Płomyk dołączył do niej chwilę później i połknął kawałek mięsa na raz. Dziewczynka popatrzyła na niego zdziwionymi oczami. Nie podejrzewała, że tak duży kawał mięsa zmieści się w tak szczupłym zwierzęcym gardle. Szakal łypnął na nią wzrokiem, jakby dawno nic nie jadł i chciał się dowiedzieć, czy przypadkiem w torebce dziewczynki nie znajduje się jeszcze kawałek mięska, albo chociaż kromka chleba. Lilu pokręciła głową z uśmiechem i ruszyła przed siebie.

Wiedziona odgłosami muzyki, nieubłaganie zbliżała się do wrogiego obozu. Nie miała złych zamiarów, chciała tylko popatrzeć na te tańce z bliska, z czystej dziecięcej ciekawości. Z każdym krokiem muzyka robiła się coraz głośniejsza, a Lilu czuła w swoich żyłach dzikie wibracje. Wrogi obóz był zupełnie inny niż jej rodzima osada. Nie było tutaj wysokiego na kilka metrów muru ani centralnej wieży. Zamiast tego, obozowisko składało się z kilkudziesięciu drewnianych chat otoczonych warzywnymi ogródkami. Dziewczynka stwierdziła, że to strasznie niesprawiedliwe. Każdy mógł po prostu wejść albo wyjść, kiedy chciał, podczas kiedy ona musiała robić skomplikowane machlojki.

Naciągnęła kaptur na głowę i ruszyła między drewnianymi domkami w kierunku plaży, skąd dochodziła muzyka. Przemykała jak cień między budynkami, nie mając zamiaru dać się złapać.

Gdy znalazła się przy ostatnim domku najbliżej jeziora, poczuła ekscytację przepływającą przez żyły. Wychyliła się z zaciekawieniem zza winkla. Jej głodnym oczom ukazał się taki oto widok: na środku plaży rozpalono wielkie ognisko, wokół którego tańczyli ludzie dobrani w pary. Mężczyźni z namiętnością obejmowali swoje partnerki. Wszyscy śpiewali pieśń ku czci ognia, ciepła i dobrobytu. Nad samą wodą znajdowali się muzycy: grali na takich instrumentach jak bębny, duże cymbały i bogato rzeźbione gitary.

Lilu chłonęła widok tańca jak zaczarowana, przyglądając się giętkim i zmysłowym ruchom ciał dorosłych. Mogłaby tu zostać na zawsze i z narkotycznym uzależnieniem delektować się tą ucztą dla zmysłów.

Po kilku taktach muzycy skończyli pieśń. Tancerze zastygli w miejscu, trzymając się za ręce i uspokajając przyspieszone od wysiłku oddechy. Po drugiej stronie ogniska rozległy się gromkie brawa i odgłosy rozmów. Czarnowłosa dziewczynka rzuciła okiem w tamtą stronę. I już drugi raz w ciągu godziny stwierdziła, że życie jest całkowicie niesprawiedliwe. W tym plemieniu było mnóstwo dzieci i nastolatków. Jeden chłopczyk szczególnie przyciągnął jej uwagę — mógł być w jej wieku albo kilka lat starszy. Delikatną twarz dziecka okalały skręcające się włosy koloru słomy.

Mała Lilu zapomniała o całym świecie, wpatrując się w chłopaka i zastanawiając się, jak może mieć na imię i czy zechciałby się z nią bawić, gdyby go poprosiła. Zaraz potem skarciła się w myślach, że coś takiego w ogóle przyszło jej do głowy. Przecież wrogowie byli niebezpieczni. Było dość późno i jedna z dorosłych zaczęła rozganiać młodszą widownię do snu. Dzieciaki niespiesznie wstawały, jęcząc z niezadowolenia i błagając o jeszcze pięć minut. Część z nich zarzekała się, że to już naprawdę ostatni raz.

Czarnowłosa dziewczynka zastanawiała się, dlaczego jej rodzice uważali tych tutaj za niebezpiecznych. Wyglądali całkiem normalnie, a wręcz sympatycznie. Jakież było jej zdziwienie, kiedy napotkała spojrzenie szmaragdowych oczu chłopca. Nie wiedziała jakim cudem zdołał ją wypatrzyć pod krzakiem malin. Jej serce stanęło na chwilę w obawie, że blondyn zaraz zdradzi jej kryjówkę i wrogowie skrzywdzą ją, tak jak zapowiadał tate. Nie mówiąc o wstydzie bycia przyłapaną na podglądaniu.

Chłopiec popatrzył na nią rezolutnie i zerknął na swojego starszego, ciemnowłosego kolegę, który siedział obok. Potem jego oczy zwróciły się w stronę kobiety, która nakazywała wszystkim marsz do łóżek. Tym, którzy do tej pory nie ruszyli się z miejsca, groziła bolesnym lańskiem.

Blondyn potarł nerwowo czoło, zastanawiając się, czy powinien zdradzić słodką niebieskooką tajemnicę, czy zachować ją dla siebie. Lilu zamrugała i po chwili okazało się, że chłopca już nie ma na miejscu. Widocznie poszedł spać.

Mała Lilu stwierdziła, że zrobiło się już wystarczająco niebezpiecznie i postanowiła, że najwyższy czas wracać do domu. Wrażeń wystarczyło jej jak na jeden raz aż nadto.

Wczołgała się z powrotem w ciemność korytarza między chatami. Na ugiętych kolanach z nisko schyloną głową, pospiesznie truchtała między domkami. Miała dużo szczęścia, bo wyglądało na to, że nikt jej nie zauważył.

W przypływie ulgi wypuściła powietrze i już całkowicie spokojnym krokiem pomaszerowała na skraj lasu. Obejrzała się za siebie, by upewnić się, że nikt jej nie śledził, ale wszystko wydawało się w porządku. Kilkoro smarkaczy jeszcze marudziło, że za żadne skarby nie pójdą do łóżek. W chatkach gasły światła i wyglądało na to, że na mieszkańców osady spływa spokojna otulina snu.

Gdy Lilu wróciła wzrokiem przed siebie, zatrzymała się w pół kroku, o mało nie dostając zawału. Blond chłopiec stał jej na drodze, spoglądając na nią z jawnym zainteresowaniem.

Serce Lilu przyspieszyło do galopu ze zdenerwowania. Jak mogła być tak nieuważna? Jej umysł gorączkowo próbował znaleźć wyjście z zaistniałej sytuacji. Co robić? Zaatakować? Mogłaby go kopnąć w piszczel i zacząć uciekać. Chłopiec jednak nie wykazywał żadnych przejawów agresji, tylko świdrował ją przenikliwym, szmaragdowym spojrzeniem. Dlaczego jej nie wydał? Jej umysł podsunął inne rozwiązanie i naprawdę nie miała pojęcia, dlaczego wydawało jej się najlepsze. Zignorować go. Zmierzyła przeciwnika wzrokiem od góry do dołu i po prostu skręciła w prawo, zamierzając najzwyczajniej w świecie go wyminąć. Dzieciak jednak nie był w ciemię bity i widząc, co się święci, zagrodził jej po raz kolejny drogę. Spróbowała w drugą stronę i jak się można było spodziewać, blondyn znowu ją zablokował. Na jego twarz wkradł się lekki, arogancki uśmieszek. Lilu wypuściła powietrze z frustracją, mogła jeszcze uciekać do jeziora i przepłynąć je wpław. Jednak czysta ciekawość przyspawała jej nogi do polany. Skrzyżowała ręce na piersiach wyczekująco. Jeżeli ten dzieciak ma jej coś do powiedzenia, niech zrobi to teraz.

— Muszę iść do domu — powiedziała w końcu, przerywając ciszę.

— Ojej, ty mówisz! Już myślałem, że jesteś niemową — zdziwił się chłopak, patrząc na nią jak na przybysza z kosmosu. Jego szok był tak odegrany, że nie dało się nie wyczuć drwiny. Przewróciła oczami. Sam dotychczas nie był specjalnie wygadany. Ruszyła przed siebie stanowczo, ale zielonooki był gotów zatrzymać ją siłą, więc zdecydowała się odpuścić.

— Jesteś od Omułków… — stwierdził takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało.

Popatrzyła na niego nienawistnie. Chłopak wypowiedział dopiero dwa zdania i już dwa razy ją obraził. Kop w piszczel zdawał się być naprawdę świetnym planem i zaczęła się zastanawiać, dlaczego zdecydowała się wdać w te bezsensowne dyskusje. Postanowiła dać mu ostatnią szansę na odkupienie win i sprostować jego braki w wiedzy.

— Nie. Jestem z plemienia Vattów. Mieszkam po drugiej stronie jeziora, o tam. — Pokazała palcem na zarys spiralnej wieży z iskrzącą się od światła księżyca, ostrą iglicą.

Chłopczyk uśmiechnął się z politowaniem.

— Przecież mówię. Mój ojciec mówi na was Omułki, mięczaki, bo nie potraficie honorowo walczyć.

Tego było za wiele. Do trzech razy sztuka. Poczuła, jak krew gotuje jej się w żyłach. Miała w nosie, czy postępuje w tym momencie honorowo, czy też nie. Zazgrzytała zębami ze złości, po czym kopnęła tego małego chama z całej siły i zaczęła uciekać.

Chłopiec jęknął, a potem rzucił się w pogoń w gęstwinę lasu. Widział niebieski zarys płaszcza dziewczynki przemykającej zgrabnie między gałęziami.

— Poczekaj! — krzyknął za nią.

Lilu obejrzała się za siebie i przyspieszyła panicznie.

Nagle z krzaków wyskoczył niewielki drapieżnik i złapał chłopca za kostkę. Ostre jak igiełki zębiska przecięły delikatną skórę i chłopiec się wywrócił. Jęknął z bólu, chwytając się za zranioną nogę. Po chwili rozejrzał się po mrocznym lesie. Tajemniczej dziewczynki już nie było.

***

Rodzice małej Lilu nie mogli zrozumieć nagłej zmiany zachowania córeczki. Z dnia na dzień przestała w ogóle wychodzić na taras i rozprawiać na temat tajemniczych świateł nad wodą. Uznali, że po prostu znudził ją ten temat i chciała zająć się czymś innym.

Mała spędzała czas głównie ze swoim podopiecznym, ucząc go nowych sztuczek. Ku jej niemałemu zaskoczeniu, Płomyk okazał się zwierzakiem bardzo rozumnym i cwanym. Potrafił na przykład doskonale wyczuć porę obiadu, mimo że nie znał się na zegarze słonecznym.

Lilu nie próbowała się już więcej wymknąć. Dostała nauczkę, najadła się strachu i poczuła na własnej skórze, że nie ma czego tam szukać. Blond chłopiec uważał ją za „mięczaka”. Od tamtej pory odechciało jej się nocnych eskapad, chociaż skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie myślała o szmaragdowych oczach.

Po tygodniu dziewczynka zdecydowała się wyjść na taras i rzucić okiem na drugą stronę jeziora. Tradycyjnie przywitały ją migotające światła i muzyka, która sprawiała, że Lilu sama miała ochotę tańczyć. Oparła brodę o kamienną balustradę, zastanawiając się, czemu w jej rdzennym plemieniu nie ma zwyczaju tańca i muzyki. Wieczór był rześki, więc Lilu włożyła swój niebieski płaszcz, by ochronić się przed chłodem.

Na barierce obok przysiadł sporych rozmiarów ptak o brązowym, cętkowanym upierzeniu. Lilu zastygła bez ruchu, nie chcąc go spłoszyć. Płomyk przyglądał mu się z jawnym zaciekawieniem i czarnowłosa mogła się założyć, że jej pupil oczami wyobraźni widzi ptaka pozbawionego piór i nadzianego na ruszt nad ogniskiem. Sokół zatrzepotał skrzydłami i wystartował do lotu. Zapikował w powietrzu, po czym zanurkował w drzewa za murem. Szakal, wiedziony instynktem łownym, wskoczył przednimi łapami na balustradę i śledził lot zwierzyny, oblizując pysk.

— Spokojnie… — powiedziała Lilu i położyła rękę na łebku Płomyka. Wróciła wzrokiem w kierunku korony drzewa, gdzie wylądował ptak. Zmrużyła oczy, przeszukując liście i w końcu wypatrzyła znajomy kształt brązowych piór. Jakież było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że sokół siedzi na ramieniu chłopca o blond włosach. Ich spojrzenia skrzyżowały się i blondyn pomachał jej nieśmiało.

Wstrzymała powietrze i odepchnęła się od barierki ze złością. Po co tu przylazł? Nie miała zamiaru zadawać się z tym małym draniem. Ciekawość jednak wygrała i znowu wyjrzała ostrożnie. Dzieciak nadal tam był i czekał na jakiś ruch z jej strony. Czy naprawdę wierzył, że się do niego wymknie, po tym, jak ją obraził? Jego niedoczekanie. Niech wraca do swojego plemienia prostaków.

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zgłosić straży, że wróg obserwuje ich z korony drzewa, ale z nieznanych sobie przyczyn nie zrobiła tego. Postanowiła go zignorować. Odwróciła się na pięcie i dostojnym krokiem podążyła do swojej sypialni.

Blond chłopiec zaintrygował małą Lilu do tego stopnia, że długo nie mogła zasnąć, wiercąc się w łóżku. Może chciał się zemścić za tego nieszczęsnego kopa? Poczuła się zagubiona i zdezorientowana. Czy pojawił się wcześniej w okolicach osady? Czy to był jego pierwszy raz? Wcześniej nie miała do czynienia z rówieśnikami, a fakt, że to był chłopiec, zdawał się dodatkowo ją onieśmielać. Nie miała z kim o tym porozmawiać i nie rozumiała, czemu dzieciak budzi w niej tak sprzeczne emocje. Nie ośmieliła się ponownie wyjść na taras, żeby zobaczyć, czy młody adorator nadal tkwi na drzewie.

***

Następny dzień dłużył się niemiłosiernie. Lilu nie potrafiła sobie znaleźć miejsca i nie wiedziała czym zająć ręce, by pozbyć się z głowy chłopca o zielonych oczach. Mama, zobaczywszy jej dziwne zachowanie, próbowała wybadać, co się dzieje, ale w odpowiedzi usłyszała tylko, że życie jest strasznie niesprawiedliwie i mała Lilu jest najnieszczęśliwszą osobą na świecie.

Gdy przyszła pora snu, mała była dziwnie poddenerwowana i zarumieniona na twarzy, co wzbudziło obawy rodziców. Mimo jej otwartych protestów, wezwali medyka i za jego radą zaaplikowali jej końską dawkę ziół leczniczych. Smakowały okropnie, ale dzięki nim zdołała się wreszcie uspokoić.

— Nic mi nie jest — powtarzała uparcie przez cały czas. — Możecie iść spać. Wszystko w porządku.

Późnym wieczorem zostawili ją wreszcie samą z kompresem na głowie. Gdy drzwi jej pokoju się zamknęły, natychmiast zdjęła z czoła mokre płótno i rzuciła w kąt, mrucząc coś o bezużytecznych ścierkach. Gapiąc się w sufit, powtarzała sobie nazwy ziół, żeby zasnąć, ale przynosiło to całkowicie odwrotny skutek. Była całkowicie rozbudzona i cały czas zastanawiała się, czy chłopiec i dzisiaj wypatruje jej z koron drzewa. Ciekawość znowu zwyciężyła. Mała Lilu wyszła na taras w koszuli nocnej, by potwierdzić swoje przypuszczenia. Z rozczarowaniem stwierdziła, że go nie ma. Nie wiedzieć czemu, poczuła jeszcze większą irytację przemieszaną z rozczarowaniem. Dlaczego nie przyszedł? Dziś może by pomachała albo nawet do niego zeszła… Żeby dać się przeprosić oczywiście.

No cóż… Poszła spać, powtarzając sobie, że absolutnie nienawidzi całego plemienia prostaków i jeżeli kiedykolwiek spotka na swojej drodze blondyna, to odwróci się na pięcie i uda, że go nie zna. Może trochę przesadzała.

Minęły kolejne dwa dni i chłopak się nie pojawiał. Nie, żeby mała Lilu sprawdzała. Tak, o, wychodziła zaczerpnąć świeżego nocnego powietrza, żeby lepiej jej się spało.

Trzeciego dnia, będąc na granicy obłędu, ubłagała mamę, by dała jej jakieś zajęcie. Była gotowa robić naprawdę cokolwiek, byleby nie rozmyślać na temat osady za jeziorem. Marina nie była zachwycona, tłumacząc, że dzieci nie powinny pracować, tylko się bawić.

— Niby z kim mam się bawić? — zapytała mała z frustracją, wytrącając kobiecie argumenty z ręki. W końcu matka musiała ustąpić i zatrudniła córkę do segregowania winogron w drewnianej stodole nieopodal spiralnej wieży.

Dziewczynka siedziała na odwróconym wiadrze i sumiennie wrzucała owoce do odpowiednich koszy. Zjadała co trzeci. Ciepłe promienie słońca wlewały się leniwie przez okrągłe okienko, tworząc na drewnianej podłodze jasne koło. Kiedy była w połowie roboty, usłyszała za sobą uchylające się drzwi.

— Jeszcze nie skończyłam — oznajmiła sucho, nie odwracając się.

— Nie dość, że nie mają honoru, to jeszcze wykorzystują dzieci do niewolniczej pracy… — Usłyszała za sobą znajomy młody głos. Odwróciła się jak porażona prądem. Wściekłość mieszała się w jej sercu z niedowierzaniem, radością i szokiem.

Blondyn stał z rękoma założonymi na piersiach i przyglądał się dziewczynce z aroganckim uśmieszkiem.

— Jak… jak tu wszedłeś? — zdołała z siebie wykrztusić, zanim wpadła na to, by go wyrzucić. Płomyk, który drzemał w słońcu, łaskawie się przebudził. Podbiegł do dziewczynki, zmarszczył pysk i ukazał kły, ostrzegając przybysza.

— Tajemnica — powiedział zagadkowo chłopiec i rozgościł się, siadając na podłodze naprzeciwko niej. Wystarczyło jedno jego stanowcze spojrzenie w oczy szakala, żeby zwierzę się uspokoiło i położyło potulnie na drewnianych deskach. Chwycił winogrono i podrzucił do góry, po czym złapał je ustami w locie. Lilu przyglądała mu się wielkimi zdziwionymi oczami, rozważając, czy już powinna zacząć panikować. Głowiła się, jak oszukał straże i wlazł do stodoły całkowicie niezauważony i to w biały dzień. Teraz, w świetle słońca, uznała, że chyba jest od niej starszy. Jej wzrok zatrzymał się na niewielkiej bransoletce na nadgarstku chłopca. Zauważył, że się patrzy i uniósł dłoń, eksponując ozdobę. Przez czarny rzemień przeplecionych było kilka drewnianych koralików. Jeden z nich wyjątkowo spodobał się niebieskim oczętom — drewniany wisiorek w kształcie pióra, zatopiony częściowo w czerwonej żywicy.

— Podoba ci się? — zapytał. Już otwierała usta, żeby przyznać, że jest wyjątkowo ładny i zapytać, czy sam go zrobił, ale w porę sobie przypomniała, że chłopak przed chwilą znowu obraził plemię Vattów.

— Nie… — skłamała, tylko po to, by mu zrobić na złość. Chłopiec zauważył jednak, że gapiła się na ozdobę jak sroka w kość. Jego uśmiech się rozszerzył, ukazując dwa urocze dołeczki.

— Mogę ci ją pożyczyć… Albo weź, zrobię sobie dru…

— Nic od ciebie nie chcę… — przerwała mu niegrzecznie i wbiła wzrok w bujające się na wietrze za oknem liście. Postanowiła go zignorować i udawać, że go tutaj nie ma. Wróciła nerwowo do pracy, jej ruchy zrobiły się mechaniczne, a wzrok nieprzytomny. Chłopiec przyglądał jej się zbity z pantałyku.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 31.97
drukowana A5
kolorowa
za 60.26