E-book
13.65
drukowana A5
34.8
drukowana A5
Kolorowa
64.45
W objęciach wroga

Bezpłatny fragment - W objęciach wroga

I tom


5
Objętość:
216 str.
ISBN:
978-83-8155-621-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.8
drukowana A5
Kolorowa
za 64.45

I tak oto staję przed najważniejszą decyzją,

jaką przyszło mi podjąć w życiu.

Nasze ciała oblepia ciemność nocy,

widzę w jego oczach cały wachlarz skrajnych emocji.

Dwanaście lat…

Dwanaście lat skurczyło się do tych kilku sekund.

Każe mi uciekać, ale ja jestem gotowa.

Jestem gotowa, by zostać i umrzeć.

Rozdział 1

Kiedyś

Dawno, dawno temu, na ziemiach dzisiejszej krainy mazurskich jezior, swoją pierwszą osadę wznosiło wędrowne plemię Vattów. Wybrali obszary nietknięte do tej pory ręką człowieka, żyzne, surowe ziemie i lasy u progu skrzyżowania dwóch słodkich jezior.

W centrum obozu budowano pokaźną wieżę na planie spirali, zwieńczoną strzelistą iglicą. Mała dziewczynka siedziała na kamieniu i machając wesoło nogami, opowiadała śmieszne bajeczki, by umilić czas ciężko pracującym robotnikom. Nieproszona, gdy tylko wyczuła potrzebę, podawała im wodę i biegała do pobliskiej studni, by napełnić bukłaki. Nietrudno się domyślić, że od dnia swoich narodzin, od razu została ulubienicą wszystkich osadników.

Wszyscy w osadzie wiedzieli, że mała córeczka wodza to oczko w głowie swoich rodziców i niespokojna dusza, która biegnie tam, gdzie ją poniesie wiatr. Czarne jak nocne niebo włosy spływały kaskadami na jasne ramiona i falowały uroczo, kiedy chichotała. Jasnoniebieskie oczęta rzucały wszędzie ciekawskie spojrzenia. Dano jej na imię Liliana, ale wszyscy wołali za nią „mała Lilu”.

— Mała Lilu! Gdzie jesteś? — Pogodny głos młodej kobiety przetoczył się między budowniczymi.

— Mama cię szuka… — powiedział rudowłosy mężczyzna, ocierając pot z czoła. Dziewczynka podała mu bukłak i wystrzeliła jak z procy w kierunku kobiety, która wyglądała jak jej dorosła wersja. Rzuciła się matce na ramiona i zachichotała perliście w jej włosy.

— Ile razy mam ci powtarzać, że nie wolno przeszkadzać mężczyznom podczas pracy? — zapytała poważnie mama.

— Mała Lilu nigdy nie przeszkadza… — powiedział rudy robotnik i wskazał brodą na bukłak.

— Dzięki, Lynx.

Kobieta uśmiechnęła się do niego serdecznie, przytulając małą. Budowniczy odwzajemnił uśmiech, po czym wrócił do pracy. Musiał przyznać, że żona wodza była najpiękniejszą kobietą, jaką do tej pory spotkał. Lynx był wiernym poddanym i nie odważyłby się o niej pomyśleć w sposób niewłaściwy, dlatego też nie mógł za długo na nią patrzeć i rozmawiać dłużej niż to było konieczne. Wódz był mądry i Lynx powierzyłby mu własne życie.

Pogoda tego dnia była idealna do pracy. Na świecie nastała wiosna, nie było jeszcze zbyt gorąco, ani słonecznie. Zaspane po zimowych mrozach drzewa wypuszczały pierwsze pączki, a w powietrzu można było wyczuć przełamanie temperatury.

Mała Lilu ze słodką przyjemnością wtulała się w ciepłe ramiona ukochanej matki. Nagle dostrzegła nieoczekiwany ruch szponiastych gałęzi na skraju lasu.

— Pomocy! — Desperacki krzyk kobiety dobiegł z drugiego końca osady. Wyglądało na to, że mężczyźni właśnie wrócili z polowania. Robotnicy rzucili łopaty, które wbiły się twardo w piach i pobiegli pospiesznie w kierunku, z którego dobiegał głos.

— Marina, zabierz stąd dziecko… Wszystkim się zajmiemy — Lynx doradził nerwowo pięknej żonie wodza. Dziewczynka poczuła, jak matka przyciska ją mocniej do ciała a z jej piersi dobiega smutny szloch. Później mała usłyszała kilka urywanych krzyków osadników, przerywanych groźbami „Zapłacą nam za to”.

— Podajcie wody… Rany nie są zbyt głębokie… — zbolały głos przebiegł przez tłum i Lilu zrozumiała, że to jej ojciec został ranny. Zaczęła się wyrywać, ale matka trzymała ją mocno i stanowczo. Po chwili przejął ją Lynx i zaniósł w bezpieczne miejsce, daleko od tragicznej sceny.

— Spokojnie, Lilu. Tacie nic nie będzie…

— Kto go zaatakował? — pytała mała, nerwowo zagryzając zęby i świdrując go przenikliwym spojrzeniem. Próbowała dojrzeć cokolwiek przez jego umięśnione ramię. Była bardziej rezolutna, niż dorosłym mogłoby się wydawać. Lynx miał pewne podejrzenia co do wroga, jednak postanowił nie głosić jeszcze spiskowych teorii dziejów.

— To był niedźwiedź… — powiedział, uspokajająco gładząc dziecko po ramionach.

***

Rany wodza Semmyra okazały się niegroźne i szybko wrócił do zdrowia dzięki troskliwej opiece żony i przyjaciół. Mała Lilu również pomagała, wychodząc przy tym ze skóry, żeby się czegoś dowiedzieć, ale za każdym razem odmawiano jej wyjaśnień. W historię z niedźwiedziem oczywiście nie uwierzyła. Bo kto by uwierzył, że jej ojca mógłby zaatakować wielki i powolny niedźwiedź? Lilu sama mogłaby mu uciec, gdyby go spotkała na swojej drodze. A co dopiero uzbrojony wojak z eskortą…

Po ataku w lesie jej ojciec zarządził budowę wysokiego kamiennego muru dookoła osady. Dni mijały jeden za drugim, a centralna spiralna wieża rosła metr po metrze w stronę nieba.

Dziewczynce zabroniono wychodzić poza obszar muru, nie udzielając odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Tkwiła zamknięta w bezpiecznym obszarze, z każdym tygodniem coraz bardziej znudzona i sfrustrowana.

Wreszcie nadszedł moment, w którym zakończono budowę i osadnicy zaczęli przeprowadzać się do środka wieży. Wódz wraz z żoną i córką zajęli pomieszczenia na ostatnim piętrze, zaraz pod tarasem z obserwatorium gwiazd. Gdy tylko ich nogi przestąpiły próg nowego domostwa, mała Lilu wybiegła na taras na dachu wieży. Ostry wiatr smagnął jej kruczymi włosami, kiedy znalazła się na zewnątrz. Potarła ramiona, na których pojawiła się gęsia skórka. Był już późny zmierzch i na sinym nieboskłonie pojawiły się pierwsze, iskrzące gwiazdy.

Dziewczynka z błyskiem w oczach oglądała rozległe tereny wokół osady. Po horyzont ciągnęły się iglaste lasy, pachnące żywicą i igliwiem, a między nimi błyszczały dwa spokojne jeziora. Po chwili obok niej zmaterializował się ciemnowłosy ojciec i uniósł ją na barana, by mogła lepiej widzieć.

— Tate, a co tam jest? — zapytała, wskazując palcem na drugą stronę jeziora. Oko dziecka zwabiły migotające nad taflą wody jasne światełka. Dobiegały stamtąd wesołe odgłosy, jakby ktoś śpiewał i tańczył. Dziewczynka wytężyła wzrok, próbując dostrzec wibrujące sylwetki poruszające się w rytm bębnów.

— Tam…? — zamyślił się Semmyr, szukając odpowiednich słów. Odwrócił się lekko i udał, że patrzy na daleki szczyt, rysujący się na południowym horyzoncie. Dziecko jednak nie dało się zwieść i zaczęło się niecierpliwie wiercić, chcąc jak najszybciej poznać odpowiedź. Finalnie uznał, że najlepiej będzie powiedzieć małej prawdę. W końcu i tak kiedyś się dowie.

— To inne plemię. Nie są do nas przyjaźnie nastawieni… Unikamy tego miejsca jak ognia, a oni unikają nas. I niech tak zostanie. Pod żadnym pozorem nie wolno ci się do nich zbliżać. Gdybyś kiedyś zabłądziła w lesie i spotkała któregoś z nich, uciekaj ile sił w nogach. Zrozumiano?

— Tak, tate… — Czarnowłosa dziewczynka pokiwała głową, wyrażając całkowite zrozumienie i posłuszeństwo. Dyskretnie jednak skrzyżowała dwa palce za plecami.

***

Okazja do małej wyprawy nadarzyła się mniej więcej miesiąc od momentu, kiedy Lilu widziała światła nad wodą po raz pierwszy. Codziennie przesiadywała na tarasie i z fascynacją w oczach obserwowała wrogi obóz. Gdy rodzice nie patrzyli, sama tańcowała w rytm pierwotnej muzyki i nuciła melodie, które niosła woda. Wódz wraz z żoną widzieli jej niezdrowe zainteresowanie i zlecili dodatkowe pary oczu do pilnowania muru. Dziewczynka była posłuszna jak dotychczas i nie wykazywała żadnych oznak niesubordynacji, ale z dziećmi nigdy nic nie wiadomo.

Rodzice szukali sposobu, by zająć dziecko i odciągnąć jej głód wiedzy od obozu za wodą. Niestety w ich plemieniu nie było rówieśników, z którymi Lilu mogłaby się bawić. Najmłodszy członek był już siedemnastolatkiem i w oczach starszyzny dorosłym wojownikiem, a najmłodszy berbeć był dopiero w powijakach.

Pewnego dnia na polowaniu wódz Semmyr znalazł w pułapce skowyczące szczenię. Przeszukał dokładnie okolicę, żeby upewnić się, czy matka nie będzie szukać zwierzęcia. Leżała martwa na brzegu strumienia, a z jej ciała wykrojono już odpowiednie płaty mięsa i obdarto zwierzę ze skóry.

Wódz owinął skomlące maleństwo w lnianą pelerynę i przyniósł do obozu. Z pewną dozą niepokoju podarował córce małego szakala, mając nadzieję, że to odciągnie jej uwagę od tematu tajemniczych tańców do mrocznej muzyki. Nic bardziej mylnego. Teraz przesiadywała na tarasie z nowym przyjacielem. Stworzenie wyglądało jak daleki krewny lisa — miało dłuższe nogi i czarne, cętkowane futerko na grzbiecie. Reszta ciała była całkowicie ruda.

Lilu od razu pokochała nowego podopiecznego i nazwała go „Płomykiem” na cześć światełek po drugiej stronie jeziora. Semmyr i Marina nie byli z tego powodu specjalnie szczęśliwi, ale musieli przyznać, że imię to wyjątkowo pasowało do pupila. Miał on bowiem długi, puszysty ogon, który przywodził na myśl język ognia.

***

Miesiąc po przeprowadzce do wieży, Lilu leżała na swoim posłaniu ze skór. Miała zamknięte oczy i przytulała Płomyka jak poduszkę. Gdyby teraz wszedł tate, na pewno stwierdziłby, że jego pociecha słodko wygląda, jak śpi. I mocno by się nabrał, bo Lilu wcale nie spała. Cierpliwie czekała aż rodzice zasną. Przez ostatni miesiąc nie próżnowała, przygotowując w głowie nocną eskapadę. Wiedziała, że dziś na warcie po raz pierwszy jest rudy siedemnastolatek, więc liczyła, że uda się go łatwo wykiwać. Ojciec nieświadomie włożył jej w ręce narzędzie, które mogła wykorzystać. Przez ostatnie tygodnie była wzorem grzecznej i sumiennej córki, doskonale zdając sobie sprawę, że musi uśpić czujność wszystkich wokół. Gdy usłyszała jak oddech rodziców się wyrównuje, odważyła się wstać i zarzucić niebieski płaszcz na ramiona. Uniosła poduszkę i wyciągnęła spod niej przygotowaną na tę okazję torbę. Przeszła przez swój pokój na paluszkach. Ostrożnie zajrzała do sypialni rodziców i upewniwszy się, że śpią jak zabici, minęła ich pokój i otworzyła drzwi prowadzące na korytarz. Płomyk podążył za nią, również zachowując pełną dyskrecję. Możliwe, że to dlatego, że w zębach dzierżył kawałek suszonego mięska. Zeszli krętą klatką schodową i po chwili znaleźli się na zalanym przez srebrzyste światło gwiazd dziedzińcu. Rudawy strażnik przechadzał się leniwie wzdłuż muru, trzymając w rękach pochodnię.

— Szukaj! — powiedziała Lilu do Płomyka, który przed chwilą przełknął ostatni kawałek suszonej baraniny.

Szakal wystartował z nosem przy trawie, wiedziony tropem świeżego mięsa. W końcu dotarł do przygotowanej wcześniej przez Lilu pułapki i zaczął ryć w ziemi niedaleko miejsca warty strażnika.

Młodzieniec, zaalarmowany odgłosem rozkopywania ziemi, po chwili dostrzegł zwierzę i podszedł bliżej, by ustalić, co się dzieje. W tym czasie mała Lilu podbiegła na tyły wieży do wielkiej wiśni i zaczęła się wspinać. Podciągnęła się na kamienną krawędź muru i minęła ostrożnie ostre kolce. Zmarszczyła brwi, szukając w ciemnościach odpowiedniego drzewa, na które mogłaby skoczyć. W końcu wypatrzyła jedno, które rosło kilka metrów od muru. Zgięła nogi w kolanach i zaczęła balansować ciałem. Po chwili odbiła się od kamiennego gzymsu i poczuła przypływ adrenaliny, kiedy leciała w powietrzu. Sprawne dłonie uczepiły się gałęzi, a nogi oplotły omszały pień. Ostrożnie zeszła na dół i po cichu zawołała pupila.

Płomyk wreszcie wygrzebał z ziemi to, co tak długo nęciło jego nozdrza. Słysząc w oddali swoje imię, obejrzał się na strażnika z kawałkiem mięsiwa w pysku i czmychnął w kierunku bramy. Podkopał się lekko pod zawiasem i wybiegł poza teren, dołączając do swojej pani. Po chwili już ich nie było, zniknęli w ciemnościach lasu.

Rozdział 2

Mała Lilu biegła ile sił w nogach, nie śmiąc wydać ani piśnięcia. Zatrzymała się dopiero w momencie, kiedy była pewna, że obóz jest wystarczająco daleko, by strażnik nie usłyszał jej walącego serca i urywanego oddechu. Płomyk dołączył do niej chwilę później i połknął kawałek mięsa na raz. Dziewczynka popatrzyła na niego zdziwionymi oczami. Nie podejrzewała, że tak duży kawał mięsa zmieści się w tak szczupłym zwierzęcym gardle. Szakal łypnął na nią wzrokiem, jakby dawno nic nie jadł i chciał się dowiedzieć, czy przypadkiem w torebce dziewczynki nie znajduje się jeszcze kawałek mięska, albo chociaż kromka chleba. Lilu pokręciła głową z uśmiechem i ruszyła przed siebie.

Wiedziona odgłosami muzyki, nieubłaganie zbliżała się do wrogiego obozu. Nie miała złych zamiarów, chciała tylko popatrzeć na te tańce z bliska, z czystej dziecięcej ciekawości. Z każdym krokiem muzyka robiła się coraz głośniejsza, a Lilu czuła w swoich żyłach dzikie wibracje. Wrogi obóz był zupełnie inny niż jej rodzima osada. Nie było tutaj wysokiego na kilka metrów muru ani centralnej wieży. Zamiast tego, obozowisko składało się z kilkudziesięciu drewnianych chat otoczonych warzywnymi ogródkami. Dziewczynka stwierdziła, że to strasznie niesprawiedliwe. Każdy mógł po prostu wejść albo wyjść, kiedy chciał, podczas kiedy ona musiała robić skomplikowane machlojki.

Naciągnęła kaptur na głowę i ruszyła między drewnianymi domkami w kierunku plaży, skąd dochodziła muzyka. Przemykała jak cień między budynkami, nie mając zamiaru dać się złapać.

Gdy znalazła się przy ostatnim domku najbliżej jeziora, poczuła ekscytację przepływającą przez żyły. Wychyliła się z zaciekawieniem zza winkla. Jej głodnym oczom ukazał się taki oto widok: na środku plaży rozpalono wielkie ognisko, wokół którego tańczyli ludzie dobrani w pary. Mężczyźni z namiętnością obejmowali swoje partnerki. Wszyscy śpiewali pieśń ku czci ognia, ciepła i dobrobytu. Nad samą wodą znajdowali się muzycy: grali na takich instrumentach jak bębny, duże cymbały i bogato rzeźbione gitary.

Lilu chłonęła widok tańca jak zaczarowana, przyglądając się giętkim i zmysłowym ruchom ciał dorosłych. Mogłaby tu zostać na zawsze i z narkotycznym uzależnieniem delektować się tą ucztą dla zmysłów.

Po kilku taktach muzycy skończyli pieśń. Tancerze zastygli w miejscu, trzymając się za ręce i uspokajając przyspieszone od wysiłku oddechy. Po drugiej stronie ogniska rozległy się gromkie brawa i odgłosy rozmów. Czarnowłosa dziewczynka rzuciła okiem w tamtą stronę. I już drugi raz w ciągu godziny stwierdziła, że życie jest całkowicie niesprawiedliwe. W tym plemieniu było mnóstwo dzieci i nastolatków. Jeden chłopczyk szczególnie przyciągnął jej uwagę — mógł być w jej wieku albo kilka lat starszy. Delikatną twarz dziecka okalały skręcające się włosy koloru słomy.

Mała Lilu zapomniała o całym świecie, wpatrując się w chłopaka i zastanawiając się, jak może mieć na imię i czy zechciałby się z nią bawić, gdyby go poprosiła. Zaraz potem skarciła się w myślach, że coś takiego w ogóle przyszło jej do głowy. Przecież wrogowie byli niebezpieczni. Było dość późno i jedna z dorosłych zaczęła rozganiać młodszą widownię do snu. Dzieciaki niespiesznie wstawały, jęcząc z niezadowolenia i błagając o jeszcze pięć minut. Część z nich zarzekała się, że to już naprawdę ostatni raz.

Czarnowłosa dziewczynka zastanawiała się, dlaczego jej rodzice uważali tych tutaj za niebezpiecznych. Wyglądali całkiem normalnie, a wręcz sympatycznie. Jakież było jej zdziwienie, kiedy napotkała spojrzenie szmaragdowych oczu chłopca. Nie wiedziała jakim cudem zdołał ją wypatrzyć pod krzakiem malin. Jej serce stanęło na chwilę w obawie, że blondyn zaraz zdradzi jej kryjówkę i wrogowie skrzywdzą ją, tak jak zapowiadał tate. Nie mówiąc o wstydzie bycia przyłapaną na podglądaniu.

Chłopiec popatrzył na nią rezolutnie i zerknął na swojego starszego, ciemnowłosego kolegę, który siedział obok. Potem jego oczy zwróciły się w stronę kobiety, która nakazywała wszystkim marsz do łóżek. Tym, którzy do tej pory nie ruszyli się z miejsca, groziła bolesnym lańskiem.

Blondyn potarł nerwowo czoło, zastanawiając się, czy powinien zdradzić słodką niebieskooką tajemnicę, czy zachować ją dla siebie. Lilu zamrugała i po chwili okazało się, że chłopca już nie ma na miejscu. Widocznie poszedł spać.

Mała Lilu stwierdziła, że zrobiło się już wystarczająco niebezpiecznie i postanowiła, że najwyższy czas wracać do domu. Wrażeń wystarczyło jej jak na jeden raz aż nadto.

Wczołgała się z powrotem w ciemność korytarza między chatami. Na ugiętych kolanach z nisko schyloną głową, pospiesznie truchtała między domkami. Miała dużo szczęścia, bo wyglądało na to, że nikt jej nie zauważył.

W przypływie ulgi wypuściła powietrze i już całkowicie spokojnym krokiem pomaszerowała na skraj lasu. Obejrzała się za siebie, by upewnić się, że nikt jej nie śledził, ale wszystko wydawało się w porządku. Kilkoro smarkaczy jeszcze marudziło, że za żadne skarby nie pójdą do łóżek. W chatkach gasły światła i wyglądało na to, że na mieszkańców osady spływa spokojna otulina snu.

Gdy Lilu wróciła wzrokiem przed siebie, zatrzymała się w pół kroku, o mało nie dostając zawału. Blond chłopiec stał jej na drodze, spoglądając na nią z jawnym zainteresowaniem.

Serce Lilu przyspieszyło do galopu ze zdenerwowania. Jak mogła być tak nieuważna? Jej umysł gorączkowo próbował znaleźć wyjście z zaistniałej sytuacji. Co robić? Zaatakować? Mogłaby go kopnąć w piszczel i zacząć uciekać. Chłopiec jednak nie wykazywał żadnych przejawów agresji, tylko świdrował ją przenikliwym, szmaragdowym spojrzeniem. Dlaczego jej nie wydał? Jej umysł podsunął inne rozwiązanie i naprawdę nie miała pojęcia, dlaczego wydawało jej się najlepsze. Zignorować go. Zmierzyła przeciwnika wzrokiem od góry do dołu i po prostu skręciła w prawo, zamierzając najzwyczajniej w świecie go wyminąć. Dzieciak jednak nie był w ciemię bity i widząc, co się święci, zagrodził jej po raz kolejny drogę. Spróbowała w drugą stronę i jak się można było spodziewać, blondyn znowu ją zablokował. Na jego twarz wkradł się lekki, arogancki uśmieszek. Lilu wypuściła powietrze z frustracją, mogła jeszcze uciekać do jeziora i przepłynąć je wpław. Jednak czysta ciekawość przyspawała jej nogi do polany. Skrzyżowała ręce na piersiach wyczekująco. Jeżeli ten dzieciak ma jej coś do powiedzenia, niech zrobi to teraz.

— Muszę iść do domu — powiedziała w końcu, przerywając ciszę.

— Ojej, ty mówisz! Już myślałem, że jesteś niemową — zdziwił się chłopak, patrząc na nią jak na przybysza z kosmosu. Jego szok był tak odegrany, że nie dało się nie wyczuć drwiny. Przewróciła oczami. Sam dotychczas nie był specjalnie wygadany. Ruszyła przed siebie stanowczo, ale zielonooki był gotów zatrzymać ją siłą, więc zdecydowała się odpuścić.

— Jesteś od Omułków… — stwierdził takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało.

Popatrzyła na niego nienawistnie. Chłopak wypowiedział dopiero dwa zdania i już dwa razy ją obraził. Kop w piszczel zdawał się być naprawdę świetnym planem i zaczęła się zastanawiać, dlaczego zdecydowała się wdać w te bezsensowne dyskusje. Postanowiła dać mu ostatnią szansę na odkupienie win i sprostować jego braki w wiedzy.

— Nie. Jestem z plemienia Vattów. Mieszkam po drugiej stronie jeziora, o tam. — Pokazała palcem na zarys spiralnej wieży z iskrzącą się od światła księżyca, ostrą iglicą.

Chłopczyk uśmiechnął się z politowaniem.

— Przecież mówię. Mój ojciec mówi na was Omułki, mięczaki, bo nie potraficie honorowo walczyć.

Tego było za wiele. Do trzech razy sztuka. Poczuła, jak krew gotuje jej się w żyłach. Miała w nosie, czy postępuje w tym momencie honorowo, czy też nie. Zazgrzytała zębami ze złości, po czym kopnęła tego małego chama z całej siły i zaczęła uciekać.

Chłopiec jęknął, a potem rzucił się w pogoń w gęstwinę lasu. Widział niebieski zarys płaszcza dziewczynki przemykającej zgrabnie między gałęziami.

— Poczekaj! — krzyknął za nią.

Lilu obejrzała się za siebie i przyspieszyła panicznie.

Nagle z krzaków wyskoczył niewielki drapieżnik i złapał chłopca za kostkę. Ostre jak igiełki zębiska przecięły delikatną skórę i chłopiec się wywrócił. Jęknął z bólu, chwytając się za zranioną nogę. Po chwili rozejrzał się po mrocznym lesie. Tajemniczej dziewczynki już nie było.

***

Rodzice małej Lilu nie mogli zrozumieć nagłej zmiany zachowania córeczki. Z dnia na dzień przestała w ogóle wychodzić na taras i rozprawiać na temat tajemniczych świateł nad wodą. Uznali, że po prostu znudził ją ten temat i chciała zająć się czymś innym.

Mała spędzała czas głównie ze swoim podopiecznym, ucząc go nowych sztuczek. Ku jej niemałemu zaskoczeniu, Płomyk okazał się zwierzakiem bardzo rozumnym i cwanym. Potrafił na przykład doskonale wyczuć porę obiadu, mimo że nie znał się na zegarze słonecznym.

Lilu nie próbowała się już więcej wymknąć. Dostała nauczkę, najadła się strachu i poczuła na własnej skórze, że nie ma czego tam szukać. Blond chłopiec uważał ją za „mięczaka”. Od tamtej pory odechciało jej się nocnych eskapad, chociaż skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie myślała o szmaragdowych oczach.

Po tygodniu dziewczynka zdecydowała się wyjść na taras i rzucić okiem na drugą stronę jeziora. Tradycyjnie przywitały ją migotające światła i muzyka, która sprawiała, że Lilu sama miała ochotę tańczyć. Oparła brodę o kamienną balustradę, zastanawiając się, czemu w jej rdzennym plemieniu nie ma zwyczaju tańca i muzyki. Wieczór był rześki, więc Lilu włożyła swój niebieski płaszcz, by ochronić się przed chłodem.

Na barierce obok przysiadł sporych rozmiarów ptak o brązowym, cętkowanym upierzeniu. Lilu zastygła bez ruchu, nie chcąc go spłoszyć. Płomyk przyglądał mu się z jawnym zaciekawieniem i czarnowłosa mogła się założyć, że jej pupil oczami wyobraźni widzi ptaka pozbawionego piór i nadzianego na ruszt nad ogniskiem. Sokół zatrzepotał skrzydłami i wystartował do lotu. Zapikował w powietrzu, po czym zanurkował w drzewa za murem. Szakal, wiedziony instynktem łownym, wskoczył przednimi łapami na balustradę i śledził lot zwierzyny, oblizując pysk.

— Spokojnie… — powiedziała Lilu i położyła rękę na łebku Płomyka. Wróciła wzrokiem w kierunku korony drzewa, gdzie wylądował ptak. Zmrużyła oczy, przeszukując liście i w końcu wypatrzyła znajomy kształt brązowych piór. Jakież było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że sokół siedzi na ramieniu chłopca o blond włosach. Ich spojrzenia skrzyżowały się i blondyn pomachał jej nieśmiało.

Wstrzymała powietrze i odepchnęła się od barierki ze złością. Po co tu przylazł? Nie miała zamiaru zadawać się z tym małym draniem. Ciekawość jednak wygrała i znowu wyjrzała ostrożnie. Dzieciak nadal tam był i czekał na jakiś ruch z jej strony. Czy naprawdę wierzył, że się do niego wymknie, po tym, jak ją obraził? Jego niedoczekanie. Niech wraca do swojego plemienia prostaków.

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zgłosić straży, że wróg obserwuje ich z korony drzewa, ale z nieznanych sobie przyczyn nie zrobiła tego. Postanowiła go zignorować. Odwróciła się na pięcie i dostojnym krokiem podążyła do swojej sypialni.

Blond chłopiec zaintrygował małą Lilu do tego stopnia, że długo nie mogła zasnąć, wiercąc się w łóżku. Może chciał się zemścić za tego nieszczęsnego kopa? Poczuła się zagubiona i zdezorientowana. Czy pojawił się wcześniej w okolicach osady? Czy to był jego pierwszy raz? Wcześniej nie miała do czynienia z rówieśnikami, a fakt, że to był chłopiec, zdawał się dodatkowo ją onieśmielać. Nie miała z kim o tym porozmawiać i nie rozumiała, czemu dzieciak budzi w niej tak sprzeczne emocje. Nie ośmieliła się ponownie wyjść na taras, żeby zobaczyć, czy młody adorator nadal tkwi na drzewie.

***

Następny dzień dłużył się niemiłosiernie. Lilu nie potrafiła sobie znaleźć miejsca i nie wiedziała czym zająć ręce, by pozbyć się z głowy chłopca o zielonych oczach. Mama, zobaczywszy jej dziwne zachowanie, próbowała wybadać, co się dzieje, ale w odpowiedzi usłyszała tylko, że życie jest strasznie niesprawiedliwie i mała Lilu jest najnieszczęśliwszą osobą na świecie.

Gdy przyszła pora snu, mała była dziwnie poddenerwowana i zarumieniona na twarzy, co wzbudziło obawy rodziców. Mimo jej otwartych protestów, wezwali medyka i za jego radą zaaplikowali jej końską dawkę ziół leczniczych. Smakowały okropnie, ale dzięki nim zdołała się wreszcie uspokoić.

— Nic mi nie jest — powtarzała uparcie przez cały czas. — Możecie iść spać. Wszystko w porządku.

Późnym wieczorem zostawili ją wreszcie samą z kompresem na głowie. Gdy drzwi jej pokoju się zamknęły, natychmiast zdjęła z czoła mokre płótno i rzuciła w kąt, mrucząc coś o bezużytecznych ścierkach. Gapiąc się w sufit, powtarzała sobie nazwy ziół, żeby zasnąć, ale przynosiło to całkowicie odwrotny skutek. Była całkowicie rozbudzona i cały czas zastanawiała się, czy chłopiec i dzisiaj wypatruje jej z koron drzewa. Ciekawość znowu zwyciężyła. Mała Lilu wyszła na taras w koszuli nocnej, by potwierdzić swoje przypuszczenia. Z rozczarowaniem stwierdziła, że go nie ma. Nie wiedzieć czemu, poczuła jeszcze większą irytację przemieszaną z rozczarowaniem. Dlaczego nie przyszedł? Dziś może by pomachała albo nawet do niego zeszła… Żeby dać się przeprosić oczywiście.

No cóż… Poszła spać, powtarzając sobie, że absolutnie nienawidzi całego plemienia prostaków i jeżeli kiedykolwiek spotka na swojej drodze blondyna, to odwróci się na pięcie i uda, że go nie zna. Może trochę przesadzała.

Minęły kolejne dwa dni i chłopak się nie pojawiał. Nie, żeby mała Lilu sprawdzała. Tak, o, wychodziła zaczerpnąć świeżego nocnego powietrza, żeby lepiej jej się spało.

Trzeciego dnia, będąc na granicy obłędu, ubłagała mamę, by dała jej jakieś zajęcie. Była gotowa robić naprawdę cokolwiek, byleby nie rozmyślać na temat osady za jeziorem. Marina nie była zachwycona, tłumacząc, że dzieci nie powinny pracować, tylko się bawić.

— Niby z kim mam się bawić? — zapytała mała z frustracją, wytrącając kobiecie argumenty z ręki. W końcu matka musiała ustąpić i zatrudniła córkę do segregowania winogron w drewnianej stodole nieopodal spiralnej wieży.

Dziewczynka siedziała na odwróconym wiadrze i sumiennie wrzucała owoce do odpowiednich koszy. Zjadała co trzeci. Ciepłe promienie słońca wlewały się leniwie przez okrągłe okienko, tworząc na drewnianej podłodze jasne koło. Kiedy była w połowie roboty, usłyszała za sobą uchylające się drzwi.

— Jeszcze nie skończyłam — oznajmiła sucho, nie odwracając się.

— Nie dość, że nie mają honoru, to jeszcze wykorzystują dzieci do niewolniczej pracy… — Usłyszała za sobą znajomy młody głos. Odwróciła się jak porażona prądem. Wściekłość mieszała się w jej sercu z niedowierzaniem, radością i szokiem.

Blondyn stał z rękoma założonymi na piersiach i przyglądał się dziewczynce z aroganckim uśmieszkiem.

— Jak… jak tu wszedłeś? — zdołała z siebie wykrztusić, zanim wpadła na to, by go wyrzucić. Płomyk, który drzemał w słońcu, łaskawie się przebudził. Podbiegł do dziewczynki, zmarszczył pysk i ukazał kły, ostrzegając przybysza.

— Tajemnica — powiedział zagadkowo chłopiec i rozgościł się, siadając na podłodze naprzeciwko niej. Wystarczyło jedno jego stanowcze spojrzenie w oczy szakala, żeby zwierzę się uspokoiło i położyło potulnie na drewnianych deskach. Chwycił winogrono i podrzucił do góry, po czym złapał je ustami w locie. Lilu przyglądała mu się wielkimi zdziwionymi oczami, rozważając, czy już powinna zacząć panikować. Głowiła się, jak oszukał straże i wlazł do stodoły całkowicie niezauważony i to w biały dzień. Teraz, w świetle słońca, uznała, że chyba jest od niej starszy. Jej wzrok zatrzymał się na niewielkiej bransoletce na nadgarstku chłopca. Zauważył, że się patrzy i uniósł dłoń, eksponując ozdobę. Przez czarny rzemień przeplecionych było kilka drewnianych koralików. Jeden z nich wyjątkowo spodobał się niebieskim oczętom — drewniany wisiorek w kształcie pióra, zatopiony częściowo w czerwonej żywicy.

— Podoba ci się? — zapytał. Już otwierała usta, żeby przyznać, że jest wyjątkowo ładny i zapytać, czy sam go zrobił, ale w porę sobie przypomniała, że chłopak przed chwilą znowu obraził plemię Vattów.

— Nie… — skłamała, tylko po to, by mu zrobić na złość. Chłopiec zauważył jednak, że gapiła się na ozdobę jak sroka w kość. Jego uśmiech się rozszerzył, ukazując dwa urocze dołeczki.

— Mogę ci ją pożyczyć… Albo weź, zrobię sobie dru…

— Nic od ciebie nie chcę… — przerwała mu niegrzecznie i wbiła wzrok w bujające się na wietrze za oknem liście. Postanowiła go zignorować i udawać, że go tutaj nie ma. Wróciła nerwowo do pracy, jej ruchy zrobiły się mechaniczne, a wzrok nieprzytomny. Chłopiec przyglądał jej się zbity z pantałyku.

— Wrzucasz zgniłe do dobrych — pouczył ją po chwili, jeszcze bardziej wytrącając ją z równowagi. To by było na tyle z trybu: „Nie ma cię tu”. Spojrzała na niego nieprzychylnie, a blondyn wzruszył tylko ramionami, mrucząc coś o tym, że powinna porzucić karierę w winiarstwie, jeżeli segregacja owoców jest dla niej zbyt trudna. Nim się obejrzał, jedno z winogron przeleciało przez pomieszczenie i prawie uderzyło go w czoło. W porę się uchylił i owoc lekko musnął jego jasne loki. Nie omieszkał tego odpowiednio skomentować.

— Masz celność jak moja babcia po dwóch szklankach bimbru.

Dziewczynka nie wiedziała, co to jest bimber, ale zuchwały ton przybysza zza jeziora sugerował, że znowu z niej drwi. Zagryzła zęby i wydała z siebie zirytowane sapnięcie, po czym wyrzuciła kilka winogronowych bomb naraz. Trzecia w końcu trafiła do celu, sprawiając Lilu chociaż tycie zadośćuczynienie za te wszystkie nerwy. Uśmiechnęła się z satysfakcją i uniosła brwi, jakby chciała zapytać: „Co mówiłeś?”. Chłopiec zdjął z czarnej szaty rozbryzgany owoc i wytarł ręce. Jego mina na chwilę zrobiła się poważna i Lilu nie wiedziała, czy zaraz się na nią wydrze, czy rzuci z pięściami. Instynktownie zerknęła w stronę drzwi, oceniając możliwości ucieczki. Chłopiec wstał z prędkością światła i uśmiechnął się diabelsko. W mgnieniu oka doskoczył do drugiego kosza i nabrał kilka owoców w garść. I tak rozpoczęła się prawdziwa bitwa na winogrona. Owoce śmigały w powietrzu, rozplaskując się na ścianach i ubraniach, a dzieci śmiały się do rozpuku z każdej trafionej bomby.

Po chwili, na ścieżce prowadzącej do stodoły, dało się słyszeć odgłos stóp odbijających się od żwiru. Dzieciaki natychmiast znieruchomiały, odwracając głowy w kierunku drzwi.

Mała Lilu zareagowała przytomnie, chwytając swojego gościa za nadgarstek i wpychając go do jednego z wielkich wiklinowych koszy. Rzuciła mu porozumiewawcze spojrzenie i zamknęła przykrywkę. Odwróciła się do drzwi i poczuła, jak jedna z niebieskich wstążek rozwiązuje się i ześlizguje z jej kruczoczarnych włosów. Chciała ją chwycić, ale nie zdążyła — wstążka zniknęła pod pokrywą kosza w akompaniamencie chłopięcego chichotu. No nie! Nawet w obliczu kłopotów dzieciak stroił sobie żarty. Już miała zdjąć klapę i spiorunować złodziejaszka ostrym spojrzeniem, ale w tym momencie drzwi do stodoły się otworzyły.

— Na najświętsze Bóstwo Mórz i Jezior! — Marina stanęła w pół kroku i złapała się za głowę.

— Co tu się stało?

Lilu zamrugała zdezorientowana. Pomieszczenie wyglądało, jakby przed chwilą przeszło tędy tornado. Jeden z koszy był przewrócony, do tego prawie wszędzie znajdowały się porozrzucane owoce (częściowo zmiażdżone). Potargana i umorusana dziewczynka stała w centrum pobojowiska z miną niewiniątka.

— To przez Płomyka… Uczyłam go aportować, ale zupełnie nam nie szło — wymamrotała dziewczynka.

Marina popatrzyła na pupila grzejącego gnaty na słońcu. Podniósł leniwie łeb, żeby zobaczyć, co się dzieje. Gdy stwierdził, że wokół nie ma nic wartego uwagi, znowu się położył i przymknął oczy.

— Czy ktoś tu był? — zapytała Marina, rozglądając się po stodole i szukając sprawcy. Nie mogła uwierzyć, że małej Lilu nagle odbiło i postanowiła obrócić stodołę w pobojowisko. Jej córka nie sprawiała problemów wychowawczych.

— Nie. Niby kto? — Dziewczynka powiedziała gładko, krzyżując palce za plecami. Marina przyglądała jej się przez chwilę podejrzliwie. Jej córka nie kłamała. W końcu kobieta pokiwała groźnie palcem.

— Młoda damo! Tak nie wolno! Czy zdajesz sobie sprawę, ile strat wyrządziłaś? Myślałam, że jesteś wystarczająco dojrzała…

— Przepraszam. Zaraz wszystko posprzątam — obiecała dziewczynka, licząc, że rodzicielka sobie pójdzie i będzie miała możliwość ochrzanić nowego kolegę.

— Nie. Lepiej tu już nic nie dotykaj. — powiedziała Marina, rozglądając się panicznie po wnętrzu. — Idź do swojego pokoju.

— Mame… posprzątam… pomogę… — nalegała mała, nie ukrywając skruchy i szurając butem po drewnianej podłodze. Niechcący zmiażdżyła kolejny owoc. Matka zacisnęła usta w wąską linię.

— Lepiej ty mi więcej nie pomagaj. Idź do swojej komnaty… Muszę przedyskutować kwestię kary z twoim ojcem. — Marina potarła się nerwowo po czole. To był pierwszy wybryk dziewczynki i nie miała pojęcia jak zareagować. Podejrzewała, że to dlatego, że dziecko nie ma się z kim bawić. Małej nie podobał się pomysł, że matka zostanie tutaj i zacznie sprzątać. Mogłaby się natknąć na kosz, w którym przebywał ten nicpoń. Bądź co bądź, Lilu wiedziała, że odkrycie przez rodziców prawdy nie przyniosłoby nic dobrego.

— Źle się czuję… — Dziewczynka dotknęła teatralnie czoła wierzchem dłoni. — Odprowadzisz mnie chociaż do schodów?

Matka od razu zmieniła wyraz twarzy ze stanowczego na zatroskany. Mała nie wiedziała, czy to dlatego, że była cała czerwona od wysiłku i emocji, ale Marina o dziwo jej uwierzyła. W ciągu pięciu minut znalazła się w swojej sypialni z felernym kompresem na czole. Zmartwieni rodzice znowu wezwali starego medyka, który wmusił w nią porcję niesmacznych ziół na uspokojenie.

Tego wieczoru jednak miała w nosie to, że lekarstwa smakują okropnie. Pierwszy raz zasypiała z myślą, że ma przyjaciela.

***

Blady sierp księżyca świecił wysoko na niebie, odbijając się podwójnie w taflach sąsiadujących jezior. Nocne powietrze było parne, a cisza snu spowijała całą dolinę, zakłócana jedynie przez subtelny koncert leśnych cykad. Lilu spała spokojnie, przytulając głowę do ciała Płomyka.

Tafla obu jezior zdawała się zastygnąć bez ruchu. Lilu przewróciła się na drugi bok, wzdychając cichutko. Szakal otworzył nieprzytomnie oczy, mruknął niezadowolony ze zmiany pozycji i ułożył się w nogach.

Po akwenie przeszedł niespokojny podmuch, mącąc wodę. Cykady nagle ucichły, a konie w stajni wrogiego plemienia zarżały niespokojnie.

Lilu przewróciła się na plecy i przetarła spocone czoło. Nagle jej uszu dobiegł złowieszczy dźwięk uderzenia gromu. Mała obudziła się natychmiast, nerwowo siadając na brzegu legowiska. Wszystko stało się w ciągu zaledwie kilku sekund. Zza jeziora dobiegło jeszcze kilka wybuchów, po czym powietrze wypełniły przerażające jęki i krzyki uciekających ofiar masakry.

Dziewczynka zaalarmowana odgłosami szybko wybiegła na taras i stanęła na palcach, przyglądając się scenom za jeziorem z otwartą buzią. Cała osada drewnianych chat stała w płomieniach, a jej mieszkańcy uciekali w popłochu, wrzeszcząc wniebogłosy. Po chwili na tarasie pojawili się rodzice Lilu. Matka położyła opiekuńczo dłoń na ramieniu dziecka.

— Musimy im pomóc… — powiedziała cicho Lilu. Nie doczekawszy się żadnej reakcji ze strony rodzicieli, zaczęła krzyczeć, szarpiąc ojca za przegub.

— Oni nas potrzebują! Wyślij strażników!

Semmyr wypuścił powietrze, wziął ją na ręce i przytulił mocno.

— Kochanie… Nic nie możemy zrobić… — powiedział łagodnie i zaczął ją zanosić do środka. Dziewczynka dostała szału, zaczęła się wyrywać i okładać ojca pięściami.

— Musimy im pomóc! Wszyscy zaraz zginą! Tam są dzieci!

Rodzice wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Ojciec bez słowa zaniósł małą do jej pokoju i mimo jej wrzaskliwych protestów zamknął drzwi na rygiel od zewnątrz. Lilu przymknęła oczy, przekonana, że za chwilę dostanie zapaści. Usta jej zadrżały, kiedy zalewała ją świeża fala furii. Po chwili zaczęła walić pięściami w drzwi jak opętana, kopać je i drapać paznokciami. Darła się, jakby ją obdzierano ze skóry i przeklinała ojca za to, że ją uwięził. Nie potrafiła powiedzieć, ile to trwało, ale nie traciła zapału, uciekając się do naprawdę nienawistnych sformułowań. Niestety, mimo jej determinacji i krzyków, rodzice pozostawali nieugięci. Gdy całkowicie straciła głos, oparła czoło o drewniane drzwi i pogrążyła się w głębokim płaczu.

Następnego dnia przed południem znienawidzone wrota wreszcie się uchyliły. Lilu wybiegła, trącając ojca bez szacunku. Od momentu pobudki nie zdrzemnęła się nawet przez sekundę, była blada jak ściana i miała dwa wielkie cienie pod oczami.

Wybiegła na spowity szarą mgłą dziedziniec i z kopniaka otworzyła drzwi do stodoły. Pół nocy modliła się, by okazało się, że chłopiec nie miał okazji się wymknąć i nadal tam się chował. Niestety, kosz, w którym się ukrył, dzwonił ponurą pustką. Wypuściła powietrze z frustracją i kompletnie zrezygnowana wróciła z powrotem na dwór, sunąc po żwirze jak duch.

Jeden ze zwiadowców zdawał właśnie raport jej ojcu. Wyłapała tylko: „Nikt nie przeżył” i popatrzyła z trwogą na dorosłych. Gdy złapali jej spojrzenie, natychmiast ucięli rozmowę. Piorunowała ich mętnym spojrzeniem zbolałych oczu przez dobrych kilka uderzeń serca.

— Lilu… — powiedział ojciec, wyciągając do niej dłoń.

Mała popatrzyła na niego z żądzą mordu w oczach. Zacisnęła dłonie w piąstki, sapnęła z irytacji, po czym zaczęła wycofywać się tyłem. Strażnicy automatycznie ruszyli jej śladem, ale Semmyr powstrzymał ich ręką.

— Niech idzie.

Lilu ruszyła jak wyrzucona z procy, nie wiedziała nawet kiedy znalazła się w koronie kwitnącej wiśni, by za chwilę przeskoczyć na drugą stronę muru. Rzuciła się do szaleńczego biegu dookoła jeziora. Musiała… musiała przekonać się na własne oczy.

Gdy dotarła do osady, przywitał ją smętny widok ledwie tlącego się pogorzeliska. Zwolniła do marszu i zaczęła przeczesywać wzrokiem czarne ruiny chat. Chciała go zawołać, ale zdała sobie sprawę, że nawet nie wie, jak ma na imię. Żadne krzyki jednak na nic by się zdały. Na tym ponurym cmentarzysku nie było żywej duszy.

Po cierpliwych poszukiwaniach, bystre oko dziewczynki w końcu wypatrzyło to, czego szukało. Na plaży, w miejscu, gdzie wcześniej tańczono do zmysłowych dźwięków, teraz dogasał stos ułożony z ciał. „Co za ironia”, pomyślała z bólem dziewczynka. Stan spopielenia niestety nie pozwalał na identyfikację zamordowanych, więc gdzieś w głębi serca żywiła nadzieję, że jej przyjaciel się uratował. Sprytnie schował się w jakimś zaułku albo wszedł na drzewo.

Niestety nadszedł moment, w którym nadzieja prysła jak bańka mydlana. Lilu zamarła z otwartymi ustami, wpatrując się w punkt nieopodal stosu. Gdy wreszcie zebrała się w sobie, by stawić czoła prawdzie, podeszła sztywno i kucnęła powoli. Wyciągnęła przed siebie trzęsącą rękę i podniosła z ziemi bransoletkę z koralikiem w kształcie piórka zatopionego w czerwonej żywicy.

— Nie znałam nawet twojego imienia… — powiedziała z żalem i zaniosła się gorzkim szlochem. Kiwała się do przodu i do tyłu, obejmując rękoma kolana. Ból spowił każdą komórkę ciała dziewczynki, sprawiając, że nie mogła w sobie wykrzesać siły woli, żeby wstać i wrócić do domu.

Rozdział 3

Dwanaście lat później

— Wio! — Lilu pogoniła karego konia przez grząskie mokradła i odwróciła głowę z szalonym uśmiechem. — Nie dogonisz mnie!

— To się jeszcze okaże!

Kilka metrów za nią gnał jeździec o ciemnych, rudawych włosach i orzechowych oczach. Była między nimi spora różnica wieku, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Od kiedy Lilu skończyła piętnaście lat, dwudziestosześciolatek zaczął inaczej ją traktować i nie upłynęło wiele czasu, nim się zaprzyjaźnili.

Kary koń przeskoczył przez wielki przewrócony konar i wylądował miękko na ścieżce. Po chwili rumak mężczyzny zrobił to samo, jeździec się z nią zrównał, odrywając ręce do góry i śmiejąc się głośno.

— Umiesz tak?

— Walery… Nie popisuj się! — Lilu zganiła przyjaciela z uśmiechem na twarzy.

Nim się obejrzeli, znaleźli się na wzniesieniu i ich konie zwolniły do stepu.

— Gdzież bym śmiał… ale nie martw się, coraz lepiej ci idzie… — powiedział, robiąc minę niewiniątka.

— Wiem — przyznała zuchwale, a w jej oczach zaiskrzyły się ogniki radości. Ostatnio spędzali ze sobą bardzo dużo czasu. Wielu dworzan plotkowało na temat ich relacji i otwarcie mówiło o romansie, ale nic takiego nie miało miejsca. Walery był dla niej jak starszy brat, którego nigdy nie miała. Najlepszy przyjaciel, troskliwy i opiekuńczy. Najmłodszy rycerz z gwardii ojca, ten sam strażnik, którego przed laty omamiła z pomocą Płomyka i wymknęła się na zwiady do osady za jeziorem. Do dzisiaj mu się do tego nie przyznała, trzymając asa na specjalną okazję.

Zsiedli z koni i zaczęli je prowadzić za uzdy do niewielkiego wodopoju.

Lilu przeciągnęła się, rozprostowując kości po długiej jeździe. Kiedy stanęli na skraju wzniesienia, wiatr igrał z kosmykami jej kruczych włosów. Wypuściła nostalgicznie powietrze, gdy jej oczy prześlizgnęły się po sielskich widokach. Przez ostatnie kilka lat wiele się zmieniło. Wpływy wodza Semmyra rozciągnęły się za wodę, obejmując tereny przynależne do dwóch jezior. Mur przebudowano, tak by okalał nowe ziemie, lecz teraz bramy Vattów były otwarte dla podróżnych i mieszkańców. Na południu mówiono o tej krainie jako o Królestwie Dwóch Jezior i taka nazwa się doskonale przyjęła. Mimo że Semmyr nie uważał się za króla, wielu przyjezdnych go tak nazywało i z czasem ten tytuł do niego przylgnął jak oset do szaty. Co za tym idzie, Marinę zaczęto nazywać królową, a Lilu księżniczką. Dzięki rybołówstwu królestwo doskonale prosperowało, rozkwitł handel, budowano nowe domostwa i z radością witano przybyszy, którzy chcieli zasiedlać ziemie Vattów. Otwarcie mówiono o dekadzie rozwoju i dobrobytu, co niezmiernie cieszyło władcę i jego popleczników.

— Denerwujesz się? To już jutro — zapytał Walery, stając obok dziewczyny. Popatrzyła mu w oczy, uśmiechając się niewyraźnie.

— Z jednej strony tak. Z drugiej nie mogę się już doczekać.

***

Marina od wczesnych godzin porannych pomagała córce się przygotować. Lilu przymierzyła chyba kilkanaście sukienek, nie mogąc się zdecydować, w której z nich wyglądała najkorzystniej. Na co dzień chodziła w wygodnej tunice i skórzanych spodniach — idealnym, wygodnym zestawie do jazdy konnej, biegania, wspinania się i strzelania z łuku. Nie była przyzwyczajona do takich kreacji i w każdej było jej niewygodnie. W końcu zdecydowała się na długą, prostą, seledynową togę ze szlachetnego płótna. Jedynym ozdobnym wykończeniem były elementy perłowej masy na ramionach.

— A co jeżeli mu się nie spodobam? — zapytała Lilu, patrząc matce w oczy w lustrze. Marina właśnie upinała jej włosy z tyłu głowy. Wyjęła z ust ostatnią spinkę i powiedziała:

— Kochanie. Jesteś piękną istotą i niejeden dałby sobie odciąć prawą dłoń, żeby się z tobą ożenić. Możesz być spokojna.

— Mame, ale to człowiek… Sama nie wiem… — Lilu pokręciła głową, a ozdoby z jej upięcia zamigotały w porannym świetle. Niska samoocena wlewała w jej serce całe morze wątpliwości.

— Twój ojciec wie, co robi. Wszystko będzie dobrze. Walery z tobą pojedzie.

Młoda pokiwała bez uśmiechu i odwróciła wzrok od rodzicielki. Nie chciała pokazać zdenerwowania lub niedojrzałości. Wiedziała, co należy zrobić.

— A wy nie?

Matka pokręciła głową z uśmiechem.

— Tak, wiem… Siła jest w nieskończoności… — przyznała dziewczyna, przymykając powieki z długimi czarnymi rzęsami.

Było to stare powiedzenie Vattów, powtarzane przez pokolenia. Lilu za nieskończoność uznawała spiralną wieżę, w której zasiadał władca. Siła ich narodu była w nim, a przy negocjacjach politycznych Semmyr był bardzo konkretny. Wiedziała, że chcąc pokazać swoją potęgę, nie wybrałby się jako pierwszy w kierunku potencjalnego sojusznika.

To negocjator sąsiadującego królestwa przybył z propozycją sojuszu i poprosił o rękę córki Semmyra, w imieniu swojego pana.

O osadzie ludzi Lilu nie wiedziała za dużo, jedynie tyle, że była bardzo liczna, a mieszkający w niej wojownicy byli wyjątkowo silni, jak na ludzi.

O ile wcześniej delikatne szczypanie w żyłach można było uznać za naturalne zdenerwowanie, to kiedy stopy dziewczyny dotknęły bruku dziedzińca i jej oczy zobaczyły przygotowany powóz, wpadła w prawdziwą panikę.

Przez chwilę miała ochotę błagać Walerego, żeby uciekli, ale srogi wzrok ojca przywrócił jej trzeźwość myślenia. Ruszyła z miejsca na miękkich nogach, mając wrażenie, że się zaraz przewróci.

Przez ostatnie pół roku codziennie myślała o tym dniu, nie mogąc się go doczekać. Chciała pomóc ojcu i doprowadzić do zjednoczenia ścierających się ze sobą dwóch kultur. Zostać królową egzotycznego dla niej rodu. Czcić i kochać swojego męża bezwarunkowo, urodzić mu piękne dzieci, które w przyszłości obejmą tron. Król „Osady za Górą” (tak ją nazywano wśród Vattów) miał być męski, wrażliwy i ciekawy dzieł sztuki, które wytwarzano w Królestwie Dwóch Jezior. Lilu wiedziała, że niejedna dziewczyna marzyłaby o takim zaszczycie, dlatego tak bardzo się martwiła, czy nie rozczaruje przyszłego małżonka.

Marina mocno przytuliła córkę na pożegnanie, a ojciec złożył na jej głowie troskliwy pocałunek, podając jej niewielki pakunek.

— To mały podarek dla króla… — powiedział cicho.

Lilu nie mogła spojrzeć im w oczy, czując, że jak to uczyni, natychmiast się rozpłacze. Walery wziął ją pod rękę i pomógł jej wsiąść do drewnianego powozu. Sam dosiadł konia i wraz z całą eskortą ruszyli na Południe.

***

Spięta Lilu jechała z rękoma rozłożonymi po dwóch stronach aksamitnych poduszek, tak by nie pognieść przypadkiem seledynowej togi. Oparła głowę o zagłówek, próbując opanować przyspieszone bicie serca. Za chwilę ją jednak opuściła, by nie zniszczyć fryzury.

— To wariactwo… — mruknęła do siebie i poruszyła lekko ramionami, próbując choć trochę się rozluźnić. Chwyciła mały bukłak, który bujał się przewieszony przez klamkę od drzwi powozu. Od rana ze zdenerwowania nic nie jadła i czuła, że ma w buzi pustynię. Upiła kilka łapczywych łyków. Nagle konie zarżały i powóz zatrzymał się znienacka. Ciecz chlapnęła na seledynowy materiał togi, sprawiając, że dziewczyna przeklęła w myślach. „Na szczęście to tylko woda, wyschnie nim dojedziemy”, powiedziała sobie. Wyjrzała przez okno powozu, próbując odgadnąć przyczynę postoju. Przewidywała, że podróż zajmie co najmniej kilka godzin. Nie było możliwości, żeby już dojechali na miejsce. Na chwilę w powozie zrobiło się ciemniej. Ciało konia znalazło się na wysokości okna, zasłaniając światło.

— Nie wychodź — powiedział Walery przez szparę w drzwiach. Śledziła ruch rumaka iskrzącymi, niebieskimi oczami. Po chwili z przodu powozu rozległ się nieznajomy dziewczynie chropowaty głos.

— Panie… błagam…

Strwożony ton starszego człowieka wywabił Lilu niezwłocznie na zewnątrz. Otworzyła drzwi i wyskoczyła w grząskie błoto. Widocznie do południowych rejonów nie dotarła jeszcze wiedza o brukowaniu gościńców. Jasne trzewiki od razu przemokły, a na rąbku szaty pojawiły się brązowe krople.

„Cholera, to nie wyschnie”, pomyślała Lilu, krzywiąc się z nieszczęścia. Mimo wszystko chwyciła togę w palce i przeszła przed powóz, mlaszcząc delikatnymi trzewikami.

— Zejdź z drogi, człowieku. Spieszymy na spotkanie twojemu królowi — powiedział Walery, jego ton był łagodny i stanowczy.

Mężczyzna wyglądał jak śmierć na chorągwi, był przeraźliwie chudy, a pod jego oczami jawiły się dwa sine wory. Zdanie wypowiedziane przez strażnika sprawiło, że jego twarz przybrała wrogi wyraz, a oczy zapłonęły niechęcią.

— Ten rozbójnik to nie jest mój król… — Splunął, okazując brak szacunku. Strażnicy poruszyli się niespokojnie z mieczami w gotowości, ale Lilu powstrzymała ich gestem ręki.

— Czemu tak mówisz? — zapytała z przerażeniem. Nie podobało jej się, że wieśniak pozwala sobie na tak wulgarny gest, jednak nie była głupia i wiedziała, że za tym zachowaniem stoi jakiś powód. Podejrzewała nawet jaki.

Mężczyzna popatrzył na nią matowymi źrenicami i parsknął.

— Bo ten gnój na nic lepszego nie zasługuje. A ty… ty pewnie jesteś kolejną ladacznicą wiezioną, by grzać mu łoże.

Lilu otworzyła szeroko oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie padło z ust mężczyzny. Poczuła, jak do jej żołądka wpada bryła lodu.

Miarka się przebrała. Walery zeskoczył z konia, wyjmując znowu miecz. Nikt nie będzie obrażał księżniczki Liliany.

— Nie! — powstrzymała go czarnowłosa, po czym przełknęła ślinę. Zwróciła się do mężczyzny — Głodujesz, człowieku?

Popatrzył na nią, jakby była niedorozwinięta. Policzyła do trzech w myślach i przymknęła powieki.

— Dajcie mu skrzynię z wędzonymi rybami, tę największą.

— Ależ Lilu… — sprzeciwił się Walery. Jego zdaniem trzeba by siłą oduczyć mężczyzny obrażania władcy i jego przyszłej żony.

— Powiedziałam… — warknęła tonem nieznoszącym sprzeciwu. Strażnicy natychmiast zdjęli z góry powozu wskazany pakunek, po czym postawili go między dziewczyną i włóczęgą.

— Są świeże. Powinny ci wystarczyć na jakiś czas. Podziel się z innymi potrzebującymi, jeżeli jakichś znasz. Nie przejesz wszystkiego, nim się zepsują. — Uchyliła skrzynię, żeby mu pokazać zawartość. — Te zjedzcie w pierwszej kolejności, wskazała wielkie płaty różowych filetów.

Żebrak przyglądał jej się przez chwilę podejrzliwym wzrokiem, po czym wybuchł donośnym śmiechem. Lilu nie odnalazła w nim jednak cienia radości.

— Wiem, kim jesteś, paniusiu.

— Grzeczniej… — Walery znowu poczuł, jak ręka go świerzbi na klindze.

Włóczęga jednak się nie przejął i dalej wbijał w dziewczynę pogardliwe spojrzenie.

— Córka Semmyra… — wypluł to imię, jakby było trucizną.

— Znasz mojego ojca? — zapytała Lilu, niezrażona jego wrogością.

Biedak pokręcił głową. Dziewczynie cisnęło się na usta gradobicie pytań, ale ich dziwny rozmówca odezwał się, nim zdążyła nabrać powietrza:

— Jedź do swojego króla, dziewczę. Tylko nie zachłyśnij się władzą.

Lilu zamrugała kompletnie zdezorientowana. Żebrak ukłonił jej się w pas, po czym zarzucił na ramię skrzynię i zszedł im z drogi, salutując Waleremu. Gdy wracała do powozu, strażnik stukał się palcem w czoło, dając jasno do zrozumienia, co o tym wszystkim myśli.

Dziewczyna aż do samej osady podróżowała w paskudnym humorze, krzyżując ręce na piersi i gapiąc się bezmyślnie w okno. Siedziała już wygodnie z nogami opartymi o siedzenie, nie zwracając uwagi, czy jej toga się pogniecie. I tak była cała brudna.

Po pewnym czasie powóz się zatrzymał po raz kolejny. „Co znowu?”, pomyślała z irytacją. Drzwi się otworzyły i Walery wsunął do środka głowę.

— Jesteśmy.

Lilu wychodząc z wozu, znowu wdepnęła w grząskie błoto. Pozwoliła sobie na przekleństwo, którego nie powstydziłby się najgorszy szewc. Zmarszczyła delikatnie nosek. W osadzie trąciło nieprzyjemnym zapachem z rynsztoka. Kiedy myślała, że gorzej już być nie może, jak na złość z nieba lunął siarczysty deszcz, sprawiając, że jasna toga zaczęła się lepić do ciała. „Pięknie, po prostu pięknie”.

Spojrzała w dół ulicy i napotkała kilkoro par błyszczących oczu należących do umorusanych, wychudzonych dzieci. Starsza kobieta, widząc, że się gapią, natychmiast je rozgoniła i zaczęła się kłaniać w pas, przepraszając za problem. Lilu spiorunowała ją ostrym wzrokiem. Przecież maluchy nic złego nie zrobiły.

Po chwili konsternacji rzuciła okiem na bramę prowadzącą na dziedziniec zamku. Sama nie wiedziała, dlaczego poczuła tak wielkie rozczarowanie. Czyżby liczyła, że przywita ją uroczysty orszak? Jednak nikogo tam nie było, ale postanowiła obrać to za dobrą kartę. Przynajmniej nikt nie widział, jak księżniczka Liliana wygląda jak zmokła kura, zatopiona w błocie po kostki.

Strażnicy wzięli jej bagaże, a ona ruszyła ich śladem, przyglądając się drewnianej majestatycznej budowli. Jak się okazało, była zbudowana na planie kwadratu z czterema wieżami w rogach.

Brama skrzypnęła i zaczęła się podnosić do góry, ukazując niewielki dziedziniec pełen błota. Opowieści krążące między podróżnymi nie kłamały. Tubylczy strażnicy faktycznie robili wrażenie — byli wysocy i muskularni. Przy nich straż Vattów wyglądała jak młodsi koledzy do robienia za worki treningowe. Lilu poczuła zimne dreszcze biegnące wzdłuż kręgosłupa, gdy sobie to uświadomiła. Brama opadła za nimi z głośnym łoskotem. Nie wiedzieć czemu spotęgowało to tylko niepokój dziewczyny. Nim dotarła do głównych wrót, jej szata była już brązowa do samych kolan, a ciało i włosy przemoczone jakby płynęła wpław przez jezioro. Okryła się szczelniej płaszczem, żeby nie budzić podejrzeń.

Widząc jej opłakany stan, Walery zapytał najbliższego strażnika, czy może wskazać komnatę księżniczce, żeby mogła się przygotować przed spotkaniem z królem. Ten spojrzał na niego ze znużeniem, po czym kiwnął głową i ruszył w głąb jednego z korytarzy. Otworzył niewielkie drzwi i wpuścił dziewczynę do ciasnej izby, która swoim metrażem bardziej przypominała składzik na miotły, niż komnatę dla przyszłej żony władcy. Walery nie kryjąc szoku, wsunął skrzynię z jej ubraniami i oznajmił, że poczeka na zewnątrz. Lilu była bliska płaczu, ale wiedziała, że musi się wziąć w garść. Wyciągnęła z bagażu łososiową suknię z dość sporym dekoltem i perłowe pantofelki. Niezwłocznie się przebrała, ignorując gęsią skórkę pokrywającą całe ciało. Zaczęła poprawiać fryzurę, ale było tylko gorzej, więc postanowiła po prostu rozpuścić włosy. Nie zwlekając dłużej, otworzyła drzwi i wyszła pewnie na korytarz. Skinęła na ciemnowłosego mięśniaka i powiedziała wyniosłym tonem:

— Prowadź do króla.

Nigdy nie była zuchwała, ale tym razem chciała zaznaczyć wysoką pozycję, nie tyle swoją, ile władcy Semmyra. Do tej pory miała wrażenie, że król Osady za Górą ich kompletnie lekceważy, a na to nie mogła pozwolić.

Strażnik zmierzył ją bezczelnym wzrokiem, oblizał usta i powiedział bez grama uprzejmości:

— Za mną.

Dziewczyna uniosła wysoko brew, krzyżując spojrzenie z Walerym. Najwyraźniej na tym zamku panowały zupełnie inne zasady niż w Królestwie Dwóch Jezior. W ich ojczyźnie każdego traktowano z należytym szacunkiem, czy młodego, czy starego, kobiety i mężczyzn, przyjezdnych i tubylców. Osiłek zaprowadził ich do wielkich dębowych drzwi, zza których dobiegały podniecone odgłosy rozmów i stukotu kufli.

Pchnął wrota bez najmniejszego wysiłku i gestem zaprosił dziewczynę do środka.

Lilu wzięła głęboki wdech i zacisnęła dłonie na zapakowanym podarku dla króla. Zamrugała kilkukrotnie, obejmując salę wzrokiem.

Przy długich, drewnianych stołach w najlepsze trwała biesiada. Nie zdziwiła się, widząc, że biorą w niej udział sami dobrze zbudowani mężczyźni, wznoszący wysoko kufle i pijący bez opamiętania. Jeden z nich głośno beknął, sprawiając, że reszta błazeńsko się zaśmiała. Jej wzrok przeczesywał przestrzeń z przerażeniem. W swojej delikatnej sukni pasowała do tych barbarzyńców jak pięść do nosa. Miała ochotę odwrócić się na pięcie, uciec i nigdy nie wracać. Jednak powtarzała sobie, że nie szata zdobi człowieka. Obecni tu wojownicy na pewno byli zaprawieni w boju i lojalni, a władca mądry.

— Panie! Przybyła Księżniczka Liliana z Królestwa Dwóch Jezior — powiedział mężczyzna, który ją wprowadził. Zrobił to nonszalancko, dalej stojąc w drzwiach z ręką na klamce. Dobrze, że przynajmniej użył poprawnie jej tytułu, imienia i miejsca pochodzenia. Lilu myślała, że już jej tutaj nic nie zdziwi. Równie dobrze mógłby sarknąć: „Ej, panie, ktoś do ciebie.”

Rozmowy ucichły, a dziewczyna po raz pierwszy przeniosła wzrok na sylwetkę władcy i otworzyła lekko usta. Siedział rozparty na tronie i popijał spienione piwo, które ulało mu się na brodę. Na najświętsze Bóstwo Mórz i Jezior! Ten człowiek był starszy od jej ojca. Na widok dziewczyny zmrużył oczy i nachylił się w jej kierunku.

— Podejdź — powiedział, mierząc ją od stóp do głów.

Lilu w trzęsących rękach trzymała podarek, który przekazał ojciec. Przemogła mdłości, mając na uwadze wagę sojuszu i ruszyła powolnym krokiem między stołami. Wydawało jej się, jakby zamiast krwi w jej nogach pływała galareta.

Mężczyźni głodnymi oczami wpatrywali się w jej ciało. Niektórzy nawet pogwizdywali i rzucali w jej stronę dwuznaczne komentarze. Każdy krok zdawał się być mniejszy od poprzedniego i niecierpliwy król miał wrażenie, że jego młoda narzeczona zaraz zacznie się cofać.

— Szybciej, dziewczyno. — Ponaglił ją ruchem dłoni.

Jeden z wojaków natychmiast znalazł się za nią i popchnął ją prosto w łakome ręce obrzydliwego króla.

— Niech cię obejrzę… — powiedział staruch w podnieceniu.

— Przywożę dar od mojego ojca… — Rozpakowała brązowy papier i pokazała królowi parę ozdób z masy perłowej. Wyjął jej prezent z ręki i rzucił w kąt.

— Nie trzeba było. Mam już najlepszy dar, który mógł mi sprezentować. — To mówiąc, przejechał pomarszczonymi dłońmi po jej biodrach.

Dziewczyna odważnie chwyciła jego ręce i strzepnęła z siebie.

— Nie tak szybko. Nie jesteśmy jeszcze małżeństwem — powiedziała, z całych sił powstrzymując wymioty.

Mężczyźni przy stołach zaczęli rechotać, jakby kwestia małżeństwa nie miała znaczenia. Władca brał, co chciał i kiedy chciał. Król popatrzył na nią mętnymi, paciorkowatymi oczami i znowu spróbował ją chwycić, śliniąc usta. Uchyliła się przed jego dotykiem.

— Przytrzymajcie ją! — rozkazał rozeźlony.

Strażnicy Vattów ruszyli do przodu, ale rośli wojownicy natychmiast zagrodzili im drogę. Trzech mięśniaków doskoczyło do dziewczyny, chwytając ją w żelaznych kleszczach. Szarpnęła się nerwowo.

— Łapy przy sobie! — warknęła, posyłając wszystkim wrogie spojrzenia.

Król popatrzył na nią z wyższością i wyciągnął dłonie w stronę jej dekoltu, oblizując się lubieżnie. Żadna sarenka nie będzie mu rozkazywać w jego zamku. Chwycił za perłową wstążkę i zaczął rozplątywać górę gorsetu. Dziewczyna sapnęła z wściekłością, nie wierząc własnym oczom. Czy ten bydlak naprawdę miał zamiar ją rozebrać przy tych wszystkich mężczyznach?

No i stało się! Sojusz szlag trafił. A Lilu tak bardzo się starała… Ojciec nie będzie zadowolony, jak się o tym wszystkim dowie. Dziewczyna przymknęła oczy, szepcząc pod nosem melodyjne wersy. Król Wojemir zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy jego młoda nałożnica jest w pełni władz umysłowych. Wyglądał przy tym jeszcze bardziej obrzydliwie.

Jego ręka zastygła nad piersiami dziewczyny, perlista wstążka wysunęła się spomiędzy palców. Wydawało się, że wszyscy w pomieszczeniu wstrzymali oddechy, czekając na rozwój wydarzeń. Nagle trzech rosłych mężczyzn poleciało w górę i opadło z łoskotem na stoły i podłogę. Nie byli w stanie się podnieść, błądząc zdezorientowanym wzrokiem po malutkiej kruchej dziewczynie, która ich obezwładniła. Król wydał z siebie gardłowy syk, sprawiając, że ucztujący barbarzyńcy zrobili zbaraniałe miny. Natychmiast odłożyli kufle i przystąpili do ataku z dzikim rykiem na ustach. Strażnicy Vettów ruszyli księżniczce z odsieczą, wyciągając błyszczące miecze z pochew. Mimo że było ich zaledwie ośmiu, a barbarzyńców cała sala, byli w stanie ich odeprzeć bez wysiłku. W końcu banda króla Osady za Górą to byli zwykli ludzie. W starciu z postaciami obdarzonymi nadnaturalnymi mocami nie mieli szans.

W zamieszaniu dało się słyszeć dźwięk pękającej kości i wrzask starca.

— To może oduczy cię dotykania tego, czego nie należy! — sapnęła Lilu, zabierając królowi jego miecz. Dziad spadł z tronu, klnąc wniebogłosy i obejmując złamaną prawą rękę. Poczołgał się za tron jak ostatni tchórz.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.8
drukowana A5
Kolorowa
za 64.45