Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

Do Czytelnika


„Pisze ten, kto ma oczy widzące nie tylko źdźbło trawy,

ale i międzygwiezdne przestrzenie”.


Maria Płatek


Drogi Czytelniku!

Oddajemy w Twoje ręce opowiadania młodych ludzi, uczniów klas pierwszych Zespołu Szkół im. prof. Romana Gostkowskiego w Łazach, którzy chcieli podzielić się własnymi przemyśleniami i refleksjami na temat współczesnego świata i miejsca człowieka w tym świecie. Nie jest to twórczość łatwa i landrynkowa, wręcz przeciwnie… kryje się w niej mrok, ból, lęk, gniew i chaos. To, co zachwyca, to język wykreowanych światów, przestrzeni i bohaterów.

Sposób opowiadania zaskakuje i facynuje, przenosi nas w inny wymiar i czas. Z drugiej strony pokazuje główne życiowe zagadki i uniwersalne problemy człowieka — śmierć, miłość, poszukiwanie własnych demonów ale i ludzkich ograniczeń.

Dopełnieniem słowa są piękne zdjęcia autorstwa uczniów Zespołu Szkół, które obrazowo interpretują to, co zostało zapisane.

Zachęcamy Cię, Drogi Czytelniku, do lektury.


Jolanta Czaja, Ewa Kawałek

fot. Patrycja Machura

WOJNA ŚWIATÓW

Łukasz Jabłoński

Stałem na dziedzińcu i obserwowałem, jak żołnierze Lizetty Baltimore spędzają na dziedziniec resztki wrogów, pozostałych przy życiu przedstawicieli rodziny Borgii oraz ich pracowników. Zastanawiałem się, co czeka służbę, bo to, że Borgiów czeka tylko śmierć, było oczywiste. Lizetta ze swymi pomocnikami przybyła tutaj, by zakończyć, trwającą już ponad sto lat wojnę między jej rodziną a nieprzyjacielską rodziną Borgiów. Niestety, jedynym sposobem na zakończenie tej wojny było uśmiercenie wszystkich przedstawicieli jednej z rodzin. Lizetta najęła do tej roboty kata. Wszyscy zginą na dziedzińcu własnego zamku. Jedynie służba miała jakąś nadzieję na przeżycie.

— Cieszysz się? — Głos Lizetty wyrwał mnie z zamyślenia — Gdyby nie twoje zdolności pewnie nigdy nie udałoby się nam tego dokonać — powiedziała, ogarniając dziedziniec ruchem dłoni.

— Oczywiście pani — odparłem — cieszę się, iż moje zdolności choć trochę mogły przyczynić się do tego wspaniałego zwycięstwa.

— Trochę? — Zdawało mi się, że usłyszałem rozbawienie w jej głosie — Jesteś skromnym człowiekiem. Dzięki twoim zdolnościom czytania starych map udało nam się ich zaskoczyć. To ty wskazałeś tajne przejście do samego środka ich zamku.

— Pewnie, jak zwykle, masz rację, pani, i nie mam prawa ci zaprzeczać.

Lizetta uśmiechnęła się i chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zobaczyła nadchodzącego kapitana Malkoroka.

— Pani, zebraliśmy wszystkich. — Powiedział Malkorok zaraz po podejściu — Jakie są rozkazy?

— Przyprowadź kata, niech wykona egzekucje na wszystkich Borgiach.

— A co z dziećmi i służbą, pani? — spytałem nie wiedząc, na co liczyć.

— Ze służby, kto chce niech do nas dołączy, reszta może iść w swoją stronę — odpowiedziała i po chwili namysłu dodała z bólem w oczach — Wszyscy Borgiowie muszą zginąć, jeśli chcemy zakończyć tę wojnę.

— Tak, pani — odparł nieco zrezygnowany Malkorok.

Kilka chwil później na dziedziniec przyszedł kat. Wszyscy oglądali egzekucję. Głowy Borgiów spadały jedna za drugą. Zwycięzcy żołnierze śmiali się, cieszyli, wiwatowali. Przegrani w ciszy patrzyli jak ich chlebodawcy umierają jeden za drugim. Tylko jeden rosły mężczyzna rzucił się, by ratować swoich panów, ale został uciszony bełtem kuszy. Więcej odważnych już nie było. Gdy wszyscy mężczyźni i kobiety z rodu Borgiów byli ubożsi o głowę Lizetta krzyknęła

— Nie zapomnij o dzieciach, kacie.

Po tych słowach wiwaty i okrzyki radości tak jakoś umilkły.

— Pani, jesteś tego… — zaczął Malkorok

— Jestem — przerwała mu zdecydowanie Lizetta — To jedyny sposób, żeby zakończyć tę wojnę. A jeśli nie zakończymy jej teraz, to pochłonie znacznie więcej istnień.

Kiedy kat prowadził pod pieniek dwunastoletnie bliźniaczki, zapadła grobowa cisza. Większość żołnierzy odwróciła głowy. Na twarzach niektórych oficerów widać było napięcie, niektórzy patrzyli na Lizettę z pogardą. Nawet na twarzy Malkoroka widać było obrzydzenie. Przez chwilę pomyślałem, że usłyszę świst bełtu i Lizetta padnie martwa, a dzieci zostaną uratowane. Ale tak się nie stało. Może dlatego, że na twarzy Lizetty również wymalowany był smutek. Bliźniczki płakały, ale nie walczyły, nie wyrywały się. Wiedziały, że i tak umrą. Szły jakby pogodzone z sytuacją. Kiedy i ich głowy upadły, ktoś zaklął, ktoś inny odszedł na bok. Twarz jednej z bliźniaczek zastygła w dziwnym grymasie, ale jakoś nikomu nie było do śmiechu.

— Malus! Przygotuj mi balię z wodą — pierwszy raz użyła mojego imienia — muszę się odprężyć.

— Oczywiście, pani — odparłem.

— Jak ją przygotujesz, zaczekaj na mnie.

— Oczywiście — zgodziłem się.


Lizetta pławiła się w kadzi z gorącą wodą, a ja siedziałem zaraz obok na zydelku i popijałem wino z kielicha, należącego do zgładzonej rodziny. Wiedziałem, że ani Lizetta, ani nikt z jej wojska nigdy nie zapomni tego dnia. Naprawdę ciężko im będzie pozbyć się widoku tych małych główek, na twarzach których nie było widać nic poza bólem, smutkiem. Wystarczy kilka osób, żeby cały świat o tym pamiętał. O niepotrzebnej masakrze na rodzinie, która istniała od setek lat. Ale to i tak nie będzie miało znaczenia.

Wyk. Angelika Kostrzewa

— Malus? — przerwała moje rozmyślania.

— Tak, pani?

— Uważasz, że to, co zrobiłam, było złe?

— Uważam, że to było konieczne. Gdybyś tego nie zrobiła, wojna między waszymi rodzinami trwałaby jeszcze dłużej i pochłonęłaby następne ofiary, w tym dzieci.

— Moi żołnierze mnie nienawidzą.

— Tylko ci, którzy nie rozumieją.

— Zbyt wielu nie rozumie…

— Zrozumieją z czasem.

— Obyś miał rację — powiedziała zamyślona — Wiele dla mnie zrobiłeś. Jestem twoją dłużniczką — dodała po chwili.

— Jeśli poszukiwania dobrze pójdą, to za kilka dni nie będziesz mi już nic winna.

— Powiesz mi, czego tak właściwie szukasz?

— Czegoś, co pamięta czasy czarodziejów i starszych ras.

— Magii? — zaśmiała się — przecież magia nie istnieje!?

— Zaufaj mi, wiem, co mówię.

— Skąd możesz wiedzieć? Według ksiąg minęły tysiąclecia, od kiedy zniknął ostatni czarodziej.

— Jestem starszy niż wyglądam…

— Więc chcesz mi powiedzieć, że masz parę tysięcy lat? — zapytała nie dowierzając.

— Tak.

— I że jesteś czarodziejem?

Milczałem.

— Więc użyj swoich magicznych zdolności i podgrzej mi wodę, bo już stygnie — dodała po dłuższej chwili..

— Niestety, to tak nie działa.

— W takim razie podaj mi ręcznik. Poszukiwania zaczniemy od jutra.

— Dobrze, pani.

— Mów mi po imieniu, czarodzieju Malusie– powiedziała z uśmiechem na ustach.

— Dobrze, Lizetto.


Następnego dnia o wschodzie słońca, do mojej tymczasowej kwatery przybył posłaniec od Lizetty. Powiedział, że grupa poszukiwawcza czeka na dziedzińcu. Ubrałem się więc, wziąłem wszystkie księgi i jak najszybciej poszedłem na dziedziniec. Na miejscu, poza wspomnieniami dnia wczorajszego, czekała Lizetta, kapitan Malkorok, trzech żołnierzy i sześciu robotników z narzędziami.

— Podoba się oddział? — spytała Lizetta z przekąsem??

— Tak, jest idealny.

— To dobrze. Idziemy.

— Ty też idziesz?

— Przecież obiecałam ci pomóc.

— Dobrze. Idziemy — powiedziałem po chwili namysłu.

Zaprowadziłem ich w miejsce, w którym według mojej mapy powinno być ukryte zejście na niższe piętro. Było ono w piwnicy w zachodnim skrzydle zamku. Wejście zostało zamurowane, więc bez kucia ścian pozostanie niedostępne. Kazałem robotnikom wydostać kamienie kuć w miejscu, gdzie powinno być wejście. Kuli bardzo długo… Niestety, kiedy przebili się przez ścianę, napotkali ziemię, która wysypała się przez wykuty otwór.

— Tutaj nic nie ma — wydyszał jeden z robotników.

— Więc kujcie gdzie indziej… Tu! — krzyknąłem.

Niestety, w tym miejscu też nic nie było.

— Dobrze — powiedziałem spokojnie — na dzisiaj kończymy poszukiwania. Spotkamy się tu jutro o świcie.

Po tym jak wszyscy wyszli, podszedłem do Lizetty.

— Lizetto?

— Tak?

— Udowodnić ci, że znam się na magii?

— Udowodnij… Na to czekałam!

— Jutro na poszukiwania przyprowadź jakieś żywe zwierzę, na przykład szczura.

— Po co?

— Wielka moc wymaga wielkich poświęceń — odpowiedziałem zagadkowo.

Fot. Patrycja Machura

Kiedy następnego dnia przybyłem na miejsce wczorajszych robót zobaczyłem twarze z poprzedniego dnia. Kapitan Malkorok trzymał jednak w rękach ogromnego szczura. Od razu go przejąłem i skinieniem głowy podziękowałem Lizetcie. Wypowiedziałem słowa zaklęcia w starym języku i skręciłem szczurowi kark. Chwilę później posadzka w pewnym miejscu zrobiła się jaśniejsza, jakby podświetlona od dołu. Emanowała przyjaznym światłem, które wręcz wydawało się nas zapraszać. Wszyscy zaniemówili. Przez chwilę myślałem, że robotnicy uciekną z krzykiem, więc szybko rzuciłem:

— Tam! Kopcie tam.

Po niedługim czasie (gdybym nie poganiał robotników, pewnie trwałoby to wieki) udało się przebić przez posadzkę na niższe piętro. Ledwo udało mi się ukryć radość.

— Schodzimy — powiedziałem.

Wszyscy, poza czterema robotnikami, zeszli na dół. Na dole zastaliśmy długi korytarz z wieloma drzwiami. Na ścianach porozwieszane były obrazy, przedstawiające stare rasy, które wyginęły. Ja je znałem. Oni widzieli je jednak po raz pierwszy i byli tak zafascynowani, że nie zastanawiali się nawet, jakim cudem te niezbyt udane dzieła sztuki przetrwały tyle lat. Musiałem ich poganiać, bo wiedziałem, że zaklęcie „drogowskazu” długo się nie utrzyma, a bez niego niebezpiecznie byłoby się tutaj poruszać. Pomimo, iż pokazywało nam ono drogę i umieszczone tu pułapki i tak jeden z robotników wszedł w zły korytarz, bo „coś go tam wołało”, jeden z żołnierzy głupio za nim pobiegł… Oboje nie wrócili.

Na właściwe miejsce dotarłem więc tylko ja, Lizetta, Kapitan Malkorok, trzech żołnierzy i czterech robotników. Pomieszczenie, do którego weszliśmy, było gigantyczne. Na środku stało trzymetrowe cielsko ze skrzydłami nietoperza całe obrośnięte czarną sierścią. Nogi miał jak u kozła, z dłoni wyrastały wielkie jak miecze, i równie ostre, pazury. Głowę miał ludzką, ale wyrastały z niej rogi. Cała postać owinięta była grubymi łańcuchami przytwierdzonymi do podłogi, ścian i sufitu.

— Co to jest? — spytał zszokowany widokiem kapitan Malkorok.

— Coś, czego szukaliśmy — odparłem.

Na piedestale, przed ciałem, położyłem kulę kluczy, które ukrywałem na swojej piersi. Gdy łańcuchy pękły, ciało upadło na ziemię.

— Ale po co tego szukałeś? — spytała Lizetta.

— Bo to ciało, do którego chcę wrócić — powiedziałem i natychmiast zadałem śmiertelny cios stojącemu obok żołnierzowi. Potem zabrałem się za innych. Słyszałem krzyki, cięcia mieczy a chwilę później podniosłem się i spojrzałem na pozostałych z wysokości ponad trzech metrów. Złapałem kapitana wraz z żołnierzem i pochłonąłem ich życie.

— Czemu mnie nie zabiłeś? — spytała Lizetta spoglądając zimno na zabitych.

— Bo należą ci się jeszcze wyjaśnienia.

— Kim lub czym jesteś?

— Istotą starszą od tego świata.

— Co chcesz zrobić?

— Uratować inne światy.

— W jaki sposób?

— Każda planeta jest jak jajko. W jej wnętrzu dorastają bogowie. Gdy się rodzą, skorupa pęka i wszystko, co jest na planecie, staje się częścią Tego Boga. Jednak tutaj są pasożyty, które, gdy tylko Bóg się narodzi, stają się jego złą częścią i z czasem zdobywają całą jego moc. I są zdolne zniszczyć wiele światów. Tylko destrukcja tych pasożytów może ocalić inne życia. Jednak te niszczące siły są tak zakorzenione w istnieniach, i to nie tylko ludzi, że każda ich śmierć zmniejsza siły zła i jednocześnie wzmacnia Boga. Śmierć Boga oznacza śmierć planety, śmierć planety… śmierć waszą. Nie moją, waszą!

Zamilkłem. Dałem jej czas na przetworzenie tych informacji.

— Wiesz już dużo — powiedziałem po chwili ciszy — Pomóż mi uratować inne światy, albo zginiesz… Musisz wybrać.

Usiadłem obok niej w milczeniu. Śledząc tok myśli Lizetty domyślałem się odpowiedzi.

Po chwili cicho lecz zdecydowanie odpowiedziała:

— Pomogę ci, Panie…

Fot. Kamil Ptasiński

EMILLY

Karolina Kozieł

Koniec roku to czas, kiedy mam ochotę wykrzyczeć wszystkim, co o nich sądzę!

Nie zależy mi na ich opinii, dość już przez nich wycierpiałam. Teraz mam ochotę odmienić swoje życie, ale czy mi się uda?

***

Nieładnie jest pisać o sobie i nawet się nie przedstawić, więc jestem Emi, a dokładnie Emilly Lover- Grace. Jestem buntownicza, nie lubię częstych zmian i mam trudny charakter. Ciężko zapanować mi nad emocjami, może dlatego, że żyję w domu dziecka.

W takim miejscu trzeba zadbać o swoje interesy, bo inaczej się ginie. Ludzie ocenili mnie już dawno i dostałam etykietkę” dziwaka”. Bo jestem inna. Inna w kontekście dobrym i tym złym. Codziennie dostaję jeden gwóźdź więcej do swojej trumny, duszę się powietrzem, którym oddycham. Nie mam przyjaciół, zresztą… jak ludzie mogą mnie poznać… odstraszam samym wyglądem. Nigdy nie paliłam, ani tym bardziej nie ćpałam i nie chcę tego robić, bo to największa głupota, jaką można popełnić.

***

Jestem obserwatorem i zaciekawiła mnie pewna postać, postać chłopaka, a dokładnie Angusa. Nie znam go osobiście, ale jego postać i osobowość bardzo mnie zafascynowała. Codziennie zadaję sobie pytania. Kim on jest? Dlaczego tak się zachowuje? Może boi się akceptacji ze strony świata? Hmm, głupia Emi, głupia, chce poznać chłopca, który należy do „Białej Perły”.

Biała Perła — tak nazywa się, gang ludzi, którzy biorą. Jeden wstrzyk zmienia ich życie. Nie potrafię już dokładnie określić, kiedy są normalni, bo ciągle widuję ich na „haju”. Włóczą się po peronach, skąd zostają zbierani przez policję. I tak w kółko. Nie znają umiaru, nie umieją przestać powiedzieć stop.


***

Czasami potrzeba mi jednego strzału, jednej łuski, aby to się już zakończyło.

Mam dość.

***

Codziennie opadam na dno i nie mam pojęcia, jak mam się podnieść. Ludzie, których kiedyś kochałam, zostawili mnie, porzucili jak psa. Najgorsze uczucie… zostać porzuconym… przez osoby, na których kiedyś mi zależało.

***

Czasami mam ochotę pójść spać i już się nie obudzić. Zasnąć i śnić sny, w których to ja będę tą księżniczką. I cała fabuła będzie dotyczyła mnie. Dobra, mniejsza z tym, nie chcę rozmawiać o sobie, chcę o Angusie, który ma większe problemy niż ja. Zakładając, że on w ogóle je ma.

***

Kolejna noc nieprzespana. Zastanawiam się, czy nie cierpię przypadkiem na bezsenność. A może to jakaś paranoja? Chcę pomóc chłopakowi, którego wcale nie znam.

Śmieszne, Emi, śmieszne. Kiedyś byłaś poukładaną dziewczyną, ale to ludzie, źli ludzie, nakazali ci, abyś się taka stała. Muszę pokazać im, że jestem silna, choć coraz trudniej jest nieść bagaż tej świadomości.

Samookaleczenie to nie jest dobre rozwiązanie. Cięcie ciała dla chwilowej przyjemności?

Mój przyjaciel to ból, który domaga się tego, abym go coraz częściej i mocniej czuła. Ostrze żyletki, haratające moje ciało, krew tryskająca jak szalona i wypływająca z rany, jak lew, goniący swoją ofiarę. To ja, to właśnie Emi.

***

Nie zabiję się, bo to dla tchórzy. Ja chcę aby moja śmierć była wyjątkowa, a poza tym nie mam zamiaru tak młodo umierać. Chcę korzystać z życia, mam jeszcze tyle planów i marzeń do spełnienia. Jedno z nich to poznać Angusa. Pomogę mu. Pomogę mu się podnieść! A potem odejdę, odejdę spełniona w duchu.

***

Widziałam go!!! Siedział jak zawsze… po morfinie… na peronie. Podeszłam, ale nawet nie kontaktował. Nie wiedział mój biedny Angus, co się dzieje wokół niego. Tak mi szkoda tego chłopaka. Zagubił się. Tak jak ja, został zapomniany.

Każdego to czeka, mnie czy Ciebie, wszyscy zostaniemy zapomniani przez osoby, które kochaliśmy. Mam sentyment do zdjęcia… Zdjęcia kobiety, a dokładnie mojej mamy, która została zamordowana. Noszę je zawsze na sercu, bo wiem, że Ona nade mną czuwa. Gdzieś z góry patrzy na swoją Emi, która tak bardzo się pogubiła. Właśnie tak trafiłam do domu dziecka, nie znam swojego ojca. To pewnie jakiś dupek, który bał się odpowiedzialności. Zrobił dziecko i nie potrafi się teraz nim zaopiekować. Typowy wstrętny facet. Dzieciorób. Nie chciało mu się brać na siebie i swoją małą główkę problemu wychowania nastoletniej córki.

Angus znowu był na fazie, zaczepił mnie na ulicy. Błagalnym głosem prosił mnie, abym pomogła mu dostać się do Izby. Tak się nazywała ich miejscówka, w której urzędowali. Ciarki mnie przeszły na samą myśl, że mam tam iść. Zobaczyć to, czego tak bardzo się boję. Może jestem zagubiona, ale nie głupia. Co miałam zrobić, nie pomóc mu? Przecież o to mi chodziło, żeby go poznać. Skorzystałam z okazji. Wlekący się za mną Angus bełkotał coś pod nosem, ale ciężko było mi go zrozumieć. Byłam bardziej zajęta tym, jak przejść przez połowę miasta z naćpanym chłopakiem uwieszonym na moich barkach. Wchodząc do brudnej opuszczonej kamienicy, byłam pewna, że to właśnie ta.

Izba… mnóstwo strzykawek, tajemniczych i proszków, buteleczek. Nie wiem dokładnie, co to jest, ale na pewno jakieś środki psychotropowe. Angus trochę ożył. Ludzie leżeli na fotelach, brudnych sofach i materacach. Było ich dużo, w tym młode dziewczyny. Taki widok doprowadził mnie do gęsiej skóry i ciarek, widok moich rówieśników, którzy osiągnęli „nirvanę”.

fot. Ptarycja Machura

Angus był już prawie normalny, złapał mnie mocno za rękę, obejrzał moje żyły i lekceważącym ruchem puścił ją. Wiem, że nie zrobiłby mi krzywdy, nie bez mojej zgody. Rozmawialiśmy bardzo długo. Wywnioskowałam, że ten wybrany przeze mnie chłopak niełatwo otwiera się na pomoc innych. Widział moje blizny, widział rany. Pytał tylko dlaczego…

Takie samo pytanie mogłam zadać jemu, dlaczego ktoś tak przystojny i wyjątkowy jak on, tak się niszczy. Pytania bez odpowiedzi. Angus, wysoki ciemnooki brunet. Chłopak, który mnie zafascynował, tak się degraduje.

***

Życie to jedna wielka farsa, potrzeba pistoletu i kilku nabojów, aby zmienić bieg historii Emi i Angusa.

***

Od paru dni nie widuję już Angusa. Nie wiem, co się mogło stać. Krążę po mieście, bez celu.


***

Widziałam go, widziałam!!! Był normalny. Może moje słowa przemówiły mu do rozsądku? Zatrzymał się przy mnie i poprosił, żebym szła za nim, chciał mi pokazać zaspokojenie. Nie protestowałam, poddałam mu się, zaprowadził mnie na peron. Wyjął pasek i strzykawkę i jednym ruchem, patrząc mi w oczy, zaaplikował mi morfinę. Świat zaczął się kręcić, a dalej… nie pamiętam…

Teraz dopiero to wiem, że na jednym zastrzyku się nie skończyło. Ten pierwszy był wyjątkowy, Angus chciał, żebym była taka, jak on. Najgorszy był głód, gdy nie mieliśmy co wstrzykiwać. On zawsze coś wyżebrał od podejrzanych kolesi i razem przeżywaliśmy uniesienia. Było ich wiele, ale tylko ja przeżyłam.

Niestety, Angus umarł. Przedawkował. Zostawił mi list. List, który będzie tylko i wyłącznie do mojego indywidualnego wglądu.

Na zawsze ten chłopak zostanie w moim sercu. Niedługo później i tak wszyscy umrzemy.

***

Nie przestaję brać morfiny, to moje życie.

***


Biedna Emilly Lover- Grace.

To Angus pokazał mi życie, życie które kiedyś się skończy.

Nie będę czuła bólu. To będzie piękny koniec mojej bolesnej drogi.

***

Dziękuję Bogu, że postawił Angusa na mojej drodze. Jedyne szczęście, które mnie spotkało.

Szkoda, że tak szybko odszedł …

Kochajmy ludzi, na których nam najbardziej zależy.


***

Koniec roku to czas, kiedy mam ochotę wykrzyczeć wszystkim, co o nich sądzę!

Nie zależy mi na ich opinii, dość już przez nich wycierpiałam. Teraz mam ochotę odmienić swoje życie, ale czy mi się uda?

fot. Kamil Ptasiński

CZTERY MROKI UMYSŁU


Sebastian Bryjok

Myślicie, że śmierć jest najgorszym, co może was spotkać?

Sam również trwałem w takim przeświadczeniu przez wiele lat. Nie macie jednak pojęcia, jak bardzo się mylicie. Zdradzony przez wszystkich, którzy byli mi bliscy, stanąłem w załamaniu światów. Moje niebijące serce nie pozwalało mi żyć, ale żądza zemsty zmuszała, by nie umrzeć. Trwając w wiecznym bólu rozerwania obserwowałem świat, patrzyłem jak nędzne ludzkie istnienia przepadają w nurcie historii. Byłem wtedy słaby, nie potrafiłem zebrać się w sobie na tyle, by wrócić. Ten czas trwania w bezsilności był mi jednak potrzebny. Bezczynna obserwacja stopniowego wymierania mojego rodu powoli gasiła pragnienie zemsty. Ustępowało ono miejsca szaleństwu tworzonemu przez akceptację kolejności istnienia.

Wraz ze śmiercią ostatniego przedstawiciela moich przodków umarł również buzujący we mnie gniew. Wtedy właśnie ujrzałem, czym naprawdę jest miejsce, do którego trafiłem. Było to więzienie, wytworzone przez mój własny umysł, bym zaślepiony gniewem nie zrobił niczego, co później uznałbym za błąd. Posiadając zrozumienie i akceptację tych faktów ucieczka była banalną łamigłówką, której rozwiązaniem była moja siła woli. Używając jej umożliwiłem sobie wejście do obu światów, stając jednocześnie przed wyborem. Mogłem pójść w kierunku przeznaczonego mi mroku lub stanąć naprzeciw samego siebie, wracając do świata żywych. Decyzja była dla mnie oczywista. Stawiając jeden, nic nie znaczący krok, zrzuciłem na siebie przekleństwo. Niewielka cząstka mnie pozostała w rozłamie światów. Ciągłemu uczuciu pustki nie przestawał towarzyszyć, tak dobrze mi znany, ból rozdarcia. Nie mogłem cofnąć swojej decyzji, trwałem na zawsze skazany na cierpienie w świecie, którego zasad nie było dane mi poznać do końca. Przez następne stulecia krążyłem po tak dobrze znanej ziemi, starając się zrozumieć bezsensowne dla mnie zasady wraz z prawami moralności. Nie pamiętam po jakim czasie ból zniknął. A może, po prostu, spaczony umysł zdołał go zaakceptować i zignorował? Wiem jednak, że wraz z jego zniknięciem moja zdolność dokładnego postrzegania wróciła, pozwalając mi obserwować ze zrozumieniem. Nieważne jednak, jak bardzo się starałem, niemożliwe było dla mnie zwykłe życie.

Gdy gotów byłem pogodzić się z bezsensownością swojego nieprzerwanego istnienia, stało się coś dające mi nadzieję. Nastał czas wojny, która okazała się dla mnie czasem magii. Czas trzech magicznych podmiotów: Ognia, spopielającego wszystko, co piękne, Dymu przysłaniającego to, co sztuczne oraz Krwi wypływającej ze wszystkiego, co żywe. Ciała wraz z umysłami, w których od wieków trwały te trzy podmioty, wreszcie odczuły ulgę. Nie pamiętam czasu spełnienia. Pochłonięty szałem walki szybko zatraciłem ostatki człowieczeństwa. Nie obchodziły mnie strony konfliktów ani to, o co walczono czy nawet ilość pochłanianych istnień. Liczyły się tylko kolejne zabójstwa. Podcięte gardła, przebite serca, poćwiartowane ciała. Wraz z rozlaną krwią stawały się jedynie kolejnymi zbijanymi pionkami. Jak wielu zabiłem? Jest to bez znaczenia. Znalazłszy się na polu walki mordowałem dopóty, dopóki posoka nie pozwalała mi dostrzec nikogo więcej. Jakim cudem zabiłem tak wielu samemu pozostając niepokonanym? Stając się istotą spomiędzy światów, wykształcił się we mnie byt, którego tak nieznaczące istnienia jak ludzie, nie są w stanie pojąć. Wielu próbowało przebić moje serce. Nie byli świadomi, że wyparłem się go dawno temu. Pozostawione wraz z człowieczeństwem na rozłamie światów, dawno rozpadło się w pył. Był to tylko jeden z wielu etapów przemiany, którą miałem przejść. Wraz z kolejnymi ciałami, przeszywanymi przez moje ostrza, prócz człowieczeństwa, zacząłem tracić jakikolwiek rodzaj egzystencji. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Moje nędzne ciało mogło rozpłynąć się w nicość tylko po to, by pojawić się za niczego niepodejrzewającym, nieświadomym przeciwnikiem.

Kiedy stałem się świadomym własnego nieistnienia stworzenie własnej pustej kopii to była tylko kwestia czasu. Mnie jednak zdawało się wówczas to zbędne. Sprawy uległy zmianie, gdy wojna dobiegła końca. Wraz ze stygnącą stalą, pozbawioną świeżej krwi, mój umysł odzyskiwał świadomość. Zaklęty w przekonaniu, że pokój jest zbędnym luksusem, znów zmuszony byłem przekonać się, że świat akceptowany przez ludzi nie jest takim, do którego powinienem należeć. Nie chcąc się godzić na koniec mordu, zacząłem szukać innych rozwiązań. Szlak moich poszukiwać wciąż zdobiły trupy zdrajców czy dezerterów, oszustów i morderców. Z upływem lat stawałem się jednak coraz bardziej nieudolny. To rozwój technologii sprawił, że tropienie stało się dla mnie dużo większym wyzwaniem. Wtedy właśnie uznałem, że muszę odpocząć. Zaszywszy się z dala od ludzi pośród lodowych gór zdecydowałem się odpłynąć w zapomnienie. Zniszczone istnienie, którym byłem, stopniowo się stabilizowało. Wraz z przebudzeniem powróciła do mnie część ludzkich uczuć. Puste lodowe komnaty z czasem zaczęły przypominać mi, czym jest samotność. Umiejętność stworzenia kopii samego siebie okazała się zbawienna. Godzinami, dyskutując z samym sobą nie tylko doskonaliłem tę, jakże cenną umiejętność bycia prawie człowiekiem, ale również coraz lepiej rozumiałem samego siebie. Nie posiadając żadnego konkretnego odniesienia do czasu zatraciłem się po raz kolejny. Coraz bardziej zaintrygowany, jak niesamowitą istotą się stawałem, chciałem wpłynąć na ludzki świat, zaistnieć w nim realnie. Pokazać mu, że nie jest on pozostawiony samemu sobie, że zarówno za życia, jak i po śmierci, każdego czeka rozliczenie. Ostatecznie, podjąwszy decyzję, postawiłem drugi krok, który zmienił tak wiele. Stałem się mścicielem stworzonym przez śmierć oraz wyszkolonym przez wojnę. Najważniejsze, że znałem już swój cel. Powstały przez zdradę zamierzałem stać się jej pogromcą. Na powrót wkroczyłem w świat, do którego nigdy nie powinienem był wracać. Posiadałem spokojny i opanowany umysł, dlatego też odnajdywanie zdrajców było dziecinną zabawą. Brak broni palnej nie miał znaczenia w sytuacji, gdy sprawiedliwość była nienamacalną częścią mroku. Istnienie dla satysfakcji z bycia nieuchwytnym, samozwańczym tworem sprawiedliwości, okazało się tym, czego potrzebowałem.

Teraz stoję na szczycie, nie jest to jednak metafora. Ogromna wieża, której nazwa i tak nie ma znaczenia, jest idealnym punktem obserwacyjnym. Obserwowałem ludzi, którzy, nieświadomi zagrożenia, przechodzili wokół wieży. Rozmiarem przypominali zaledwie ziarnka piasku. Miałem chwilę czasu, nim słońce zajdzie. Mój cel i tak nigdzie się nie wybierał.

Jego gabinet był na szczycie budynku szumnie zwanego „cudem architektury”. Siedział tam, wraz z innymi mężczyznami jego pokroju. Byli ostatnimi na mojej liście, którą muszę zamknąć, nim na powrót udam się odpocząć. Byłem naprawdę zmęczony. Po raz ostatni spojrzałem na słońce znikające za widnokręgiem. Wiedziałem, że nim znów je ujrzę, minie wiele czasu.

Spokojnie stawiane kroki rozbrzmiewały miarowo w długim korytarzu. Strażnicy spięli się, trzymając broń w pogotowiu. Miarowy stukot, przerywający niczym niezmąconą ciszę, miał w sobie coś na pograniczu tajemniczości i grozy. Strach ścisnął ich serca, gdy wraz z ucichnięciem kroków ujrzeli kłąb dymu zmierzający w ich stronę. Chcieli zacząć strzelać, jednak nim zdążyli nacisnąć spust, zgasły górne światła. Z przerażenia zamarli. Nastała grobowa cisza. Przerwał ją długi, przerażający śmiech. Nieludzki śmiech, któremu towarzyszył akompaniament krzyków cierpienia. Wraz z pojawieniem się światła świat mógł ujrzeć zastygłe w przerażeniu ich martwe twarze. Nie byli oni niczemu winni, jednak zaplanowana akcja musiała mi się udać. Cel uświęca środki. Łowca, jak lubiłem się nazywać, gwałtownym pchnięciem otworzył parę ogromnych drzwi, które ustąpiły z hukiem. Wszyscy oszuści, którzy zawsze mieli tak wiele do powiedzenia, zamilkli. Oczy ich zwróciły się na mnie, spokojnie idącego do nich mężczyznę. Maleńkie krople posoki kapały z trzymanych przeze mnie ostrzy, pozostawiając niewielkie, czerwone ślady na nieskazitelnie białym dywanie. Każdy w tym pomieszczeniu wiedział, co wkrótce się wydarzy, nikt jednak nie odważył się odezwać. Tę ciszę przerwał sztuczny śmiech. Zdrajcom nie jest jednak dane krzyczeć.

Fot. Patrycja Machura

Życie jest nudne… monotonne. Śmierć jest czymś piękniejszym… dużo piękniejszym. Nie chodzi jednak o zwykłą śmierć. Ta jest częścią życia, tak samo więc, jak ono, jest czymś zwyczajnym i bezsensownym. Mówię o śmierci przepełnionej inspiracją… sztuką. Każdy pocisk jest częścią wielkiego arcydzieła… nieważne czy jedna kula przebijająca serce lub głowę, czy kilka strzałów sprawiających, że posoka maluje nic nieznaczące obrazy. Każdy strzał rozpoczyna kolejny akt twórczy. Zaraz po uniesieniu kurtyny spektakl rozpoczyna pociągnięcie za spust. Akompaniamentowi huku wystrzału towarzyszy chór krzyków. Zaraz po nich wyrafinowane ucho usłyszy dodatek w postaci odskakującej łuski. Wtedy najczęściej biorę głęboki wdech… Przez ułamek sekundy patrzę na niespokojną publiczność.

Przez lata praktyki moje wyćwiczone ciało nie reaguje… najmniejszego drgnięcia czy zawahania, jedynie ciche rozpoczęcie odliczania. Raz… płynnym ruchem pociągam za zamek, robiąc miejsce na kolejny nabój. Dwa… pierwsza osoba, której dane było stać się pięknem, pada na kolana. Trzy… wraz z zaskoczeniem naboju automatycznie strzelam, delektując się pięknem odrzutu wystrzału. Cztery… kolejny głośny chór krzyków oraz dźwięk odskakującej łuski…

Cztery jest liczbą, która kieruje moją twórczością. Cztery pociski, Cztery wystrzały, Czterej zabici, Cztery łuski, każdy obdarzony pięknem, może się nim cieszyć tylko przez Cztery sekundy. Tylko Cztery, nie więcej, nie mniej.

Tak wygląda mój pełny pokaz. Niestety, nie zawsze jest mi dane osiągać spełnienie artystyczne. Czasami muszę się zadowolić tylko jednym, nic niewartym płótnem. Wtedy, by jak najbardziej zbliżyć się do niedostępnej perfekcji, muszę przewyższyć sam siebie. Z wrodzonej perfekcji muszę zacząć działać jak ideał. Najmniejszej pomyłki. Nie jestem podrzędnym twórcą, który może sobie pozwolić na maskowanie czy też naprawianie błędów. Jedno dzieło, jedna próba, jedna szansa i zawsze tylko jeden efekt. Tylko i wyłącznie perfekcja. Nie tak cudowna, jak przy pełnym spektaklu, ale wciąż zniewalająca. Oczywiście, wciąż używam jedynie Czterech naboi. Nie jestem jednak schematyczny, tym bardziej nie monotonny. Układ trafień, ilość szwów, które byłyby potrzebne, by zaszyć rany, ilość straconej krwi, jak również miejsce Czwartego, śmiertelnego pocisku — wszystko choć takie samo, zawsze jest inne.

Oczywiście moja praca nie jest wystarczająco popierana, jak przystało na artystę. Zwykłym ludziom nie jest dane mnie zrozumieć. Dlatego wyrobił się u mnie nawyk szybkiego działania. Staram się go zwalczać, by nadać całości dramatu, jednak oczywiste jest, że nie mogę sobie pozwolić na wiele. By móc tworzyć, muszę pozostać nieuchwytnym.

Nim w mej sztuce zagościły strzały Szeptu, zmuszony byłem radzić sobie innymi środkami. Noże pozostawione mi przez ojca nie były wymarzonymi narzędziami. Sztuka jednak nie zna wymówek. Sam byłem wtedy prymitywnym twórcą, niepotrafiącym nawet zbliżyć się do perfekcji. Moje nic niewarte dzieła, zostawiały za sobą zbyt wiele brudu i cierpienia. Na szczęście te czasy są już przeszłością, mogę nie myśleć o sprzątaniu śladów i muszę skupić się tylko i wyłącznie na tworzeniu.

Nie kłamiąc — sztucznie poprawione moje ciało mocno ułatwia mi działanie. I pomyśleć, że mam je tylko dlatego, iż niegdyś chciałem tworzyć na sobie. Ściślej rzecz ujmując… chciałem kontynuować dzieło mego ojca, któremu przez moją niekompetencję nie było dane zadać Czwartego pchnięcia. Zachował się nierozważnie myśląc, że nie stanowię dlań zagrożenia. Stworzyłem na nim swoje pierwsze, prymitywne przedstawienie. Zaraz potem chciałem dokończyć to, które on rozpoczął na mnie. Uznałem jednak, że lepiej będzie kontynuować, to co on rozpoczął, jednak stać się lepszym… doskonalszym.

Mechaniczne protezy dwóch kończyn, jak również maska, zakryły niedokończoną twórczość. Zniknął człowiek, którym byłem, by stać się reżyserem Czterech aktów. W ten oto sposób powstał wirtuoz, którym teraz jestem.

Moja sztuka rozpoczyna swój drugi akt. Dopiero gdy dopełnię swego „Dzieła krwi”, publiczności będzie dane ujrzeć mą prawdziwą twarz. Już wkrótce nadejdzie czas na owacje na stojąco. Dopóki to nie nastąpi, proszę o pozostanie na miejscach. Nim rozpocznę kolejne przedstawienie chcę o coś poprosić — zadajcie sobie pytanie: Kim chcielibyście się stać, mając Cztery sekundy życia? Cztery śmiertelne sekundy…

Fot. Patrycja Machura

Przeczytałeś bezpłatne % książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę