Autor udostępnia do przeczytania 25% swojej książki

Kup książkę

23:57

Michalina Żurawska

Pachniało kurzem. Latarnia na końcu parkowej alejki mrugała leniwie, przyciągając swoim światłem owady spragnione ciepła. Gałęzie platanów gięły się lekko, trącane listopadowym wiatrem. Chłód powietrza mąciły jedynie obłoczki pary wydobywające się z jego ust.

Poprawił szal omotany wokół szyi i chrząknął nerwowo. Płytki oddech przechodził przez spierzchnięte wargi. Mógłby przysiąc, że za plecami usłyszał szmer. Zwolnił i odwrócił się. Pomiędzy rzędem krzywo posadzonych, potężnych drzew a brudną od ścieków rzeką nie było nikogo. Teraz, gdy na to patrzył, odległość, którą pokonał, wydawała mu się ogromna. Światła samochodów rysujące się na horyzoncie prostopadłej do ścieżki parkowej drogi ginęły w mroku skweru. Mocniej ścisnął czarną skórzaną teczkę trzymaną w prawej dłoni.

Ruszył przed siebie, oddychając szybciej i ciężej. Zerknął na zegarek. 23:57. Jego źrenice powiększyły się, kolana zachwiały niespokojnie. Przyspieszył kroku. Gdy mijał budynek starego liceum, światło palące się na parterze oświetliło niemal nieruchomy obraz chodnika. Po nim przesuwał się tylko cień. Jego. I podążającej za nim postaci.

Słyszał śmiech. Słyszał, jak się zbliża. Pot zaperlił mu czoło, dreszcze targały wychłodzonym ciałem. Biegł. Oczy zaszły mu mgłą. Nie widział nic, wszystko spowijała ciemność. Potykał się o wystające korzenie, gałęzie krzaków bezlitośnie cięły go po twarzy, pozostawiając głębokie, brudne szramy. Nie mógł złapać powietrza, czuł, że słabnie.

Zatrzymał się na masce czerwonego renault clio.


Zachłysnął się powietrzem. Przełyk palił go niemiłosiernie, usta wypełniał mdlący smak krwi. Przerażona kobieta pochylała się nad nim, mówiąc coś, lecz nie rozumiał nic z jej nerwowego, histerycznego tonu. Spróbował zacisnąć obie ręce w pięści. Dźwięk pulsacji w jego czaszce wypełnił przestrzeń. Podniósł się i szybko omiótł wzrokiem ulicę wokół siebie. Leżała tam, pod samochodem. Wyciągnął rękę i przycisnął do piersi odzyskaną aktówkę. Wstał, chwiejąc się lekko. Kobieta z renaulta szarpnęła go za ramię, krzycząc coś, lecz on odepchnął ją tylko. Ruszył w kierunku osiedla szarych, odrapanych siedmiopiętrowców. Ostatni raz odwrócił się i spojrzał przez ramię. Był pewny, że widział postać oddalającą się w kierunku pogrążonego w ciemności skweru.


* * *

Wpadł do mieszkania i przekręcił zamek w drzwiach. Zdyszany osunął się na podłogę, ukrywając twarz w dłoniach. Duża, czarna mucha, sunąc sennie przez powietrze, usiadła mu na ramieniu. Odgonił ją ruchem ręki. Podniósł się i ruszył w stronę łazienki. Wychudzony chart leżący w kącie przedpokoju zaskomlał cicho.

Przemył suchą, zaczerwienioną twarz. Umywalka pokryła się mieszaniną błota, kurzu i krwi. Spojrzał w lustro. Jego do niedawna jeszcze młoda, świeża twarz pokryta była bruzdami, szramami i sińcami, na łuku brwiowym malowało się nowe, głębokie rozcięcie. Przeczesał dłonią brązowe, sztywne włosy. Co się z nim dzieje? Kiedy to się zaczęło? Sięgnął po plaster, zaklejając niedbale gorącą jeszcze ranę. Właśnie w tej chwili pierwszy kamień uderzył w okno.

Zesztywniał. Odwrócił się powoli. Ruszył w stronę okna. Przechodząc przez kuchnię, chwycił nóż leżący na blacie.

Powoli zbliżył twarz do brudnej szyby, zaparowując ją swoim oddechem. Ulica była pusta i pozornie spokojna. Prawą dłoń zacisnął mocniej na rękojeści noża. Rząd równo zaparkowanych przy krawężniku samochodów skutecznie przysłaniał pół drogi. Wtedy go dostrzegł. Stał tam. Pod latarnią. Wyprostowany, w kapturze. Wpatrzony w niego.

Nie widział jego twarzy. Nie widział jego oczu, ale czuł na sobie jego wzrok. Pot spływał po jego czole, perlił się na dłoni, nóż wyślizgiwał mu się z ręki.

Czarna postać poruszyła się. Nie opuszczając głowy, nie obracając się, zaczęła cofać się w ciemność, powoli zlewając się z mrokiem. Po chwili na ulicy nie było już żadnego ruchu.

Usiadł na kanapie, ciągle mając broń przy sobie.

Od powrotu do domu nie wypuścił z lewej ręki czarnej aktówki.


* * *

Para unosząca się znad ekspresu do kawy przyjemnie ociepliła jego suchą skórę, będąc czymś w rodzaju nagrody za świdrujący uszy jazgot, jaki wydawała woda przepływająca przez stary filtr maszyny. Zaciągnął się przyjemnym zapachem wydobywającym się z filiżanki i potarł zmęczone oczy. Trzymając napój w ręku, oddalił się do swojego stanowiska.

Zdjął czarną aktówkę z krzesła wsuniętego pod biurko. Odstawił ceramiczne naczynie na blat, a sam stanął przy rzędzie szafek i począł wertować poukładane w nich alfabetycznie dokumenty.

Sterylność i wymuszona elegancja jego miejsca pracy zarówno bawiła go, jak i wprawiała w zażenowanie. Tłumy przychodzących tu codziennie tak samo smutnych, ubranych w czerń i biel ludzi, z jednakowo mocnym poczuciem beznadziejności i marnowania każdej godziny swego życia, wyuczone, sztuczne, przyklejone do twarzy uśmiechy i udawany ”korpo-luz”. Wiecznie dzwoniące telefony, niczym cykady świerszczy w miejskiej dżungli biznesu. Sama myśl o panującej wokół niego atmosferze sprawiła, że lewy kącik jego ust mimowolnie powędrował ku górze. Żałosny pokaz potęgi człowieka w bardzo słabym stylu.

Po kwadransie doszukał się w końcu interesującej go umowy handlowej, pochwycił ją, wracając na miejsce. W biurowcu wrzało. Wyjątkowo napięta atmosfera udzielała się wszystkim z wyjątkiem jego. Usiadł przy biurku. Z wind znajdujących się w przeciwległym końcu pomieszczenia co chwilę wypływali coraz to bardziej zdenerwowani, zabiegani ludzie.

Wziął do ust łyk kawy. Odprężony, oparł głowę na zagłówku fotela. Dawno nie czuł się tak dobrze. Przymknął oczy. Z przyjemnego, błogiego stanu wyrwało go znaczące chrząknięcie. Podniósł jedną powiekę. Widok stojącego obok, gromiącego go wzorkiem szefa nie robił na nim żadnego wrażenia. Od dłuższego czasu inne problemy spędzały mu sen z powiek. Dająca mu pewność zatrudnienia praca znajdowała się zdecydowanie na samym dole piramidy spraw ważnych. Odruchowo trącił nogą skórzaną aktówkę leżącą pod biurkiem.

Przeciągnął się i posłał wyraźnie zdegustowanemu przełożonemu szeroki uśmiech, po czym spojrzał na zegarek. 11:57.


Uśmiech spełznął z jego twarzy, ustępując miejsca grymasowi przerażenia. Długi, miarowy oddech przemienił się w nerwową zadyszkę. Czuł rumieńce wykwitające na jego twarzy. Niespokojnie przesuwał wzrok po całym pomieszczeniu.

Charakterystyczny dźwięk towarzyszący otwieraniu drzwi windy rozbrzmiał przeciągle w jego głowie. Zamarł. Szedł ku niemu. Powoli, spokojnie wymijając krzątający się w biurze tłum. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, wszyscy byli zbyt zajęci własnymi, naglącymi obowiązkami.

Cofnął się niespokojnie od biurka strącając ręką filiżankę. Dźwięk tłuczonej ceramiki zaginął tylko w ogólnym zgiełku. Tempo jego marszowego kroku wypełniło jego głowę. Pochwycił czarną teczkę i rzucił się w kierunku wyjścia ewakuacyjnego.

Biegł po metalowych schodach, potykając się o własne nogi. Zgrzyt otwieranych awaryjnych drzwi na górnym piętrze budynku dało się słyszeć ponownie. Głośny, miarowy stukot ciężkich kroków wypełnił klatkę schodową.

Wypadł na drogę pożarową z tyłu wieżowca. Ciężarówka dostawcza skutecznie zabarykadowała jedyną możliwą drogę ucieczki. Równy marsz dobiegający z klatki schodowej dało się słyszeć coraz lepiej.

Szybkim ruchem zdjął marynarkę. Pchnął czarną teczkę pod koła zaparkowanej ciężarówki, a sam wczołgał się pod nią. Całą siłą swoich ramion przeciągał drżące ciało pod jeszcze ciepłym podwoziem pojazdu. Kroki na schodach ucichły. Przeszedł go dreszcz. On już tu był. Strach sparaliżował go zupełnie, ręce odmówiły posłuszeństwa. Wyjście spod ciężarówki wydało mu się niemożliwością. Usłyszał dwa kroki. Tylko dwa.

Poczuł, jak długie palce oplatają jego wysuniętą spod samochodu kostkę. Z jego ust wydobył się zduszony szloch. Wiedział, czego chce. Ale nie mógł pozwolić, aby to dostał.

Z wielką siłą pociągnął go za nogę. W ostatniej chwili ręką chwycił aktówkę i pchnął ją dalej, poza korpus samochodu. Wbił palce w oponę samochodu, uniemożliwiając napastnikowi wyciągniecie go spod ciężarówki. Drugą, wolną od ciasnego splotu nogą kopał na oślep.

Spod paznokci puściły się leniwe strużki krwi. Sztywne palce uczepione koła wyginały się pod nienaturalnymi kątami. Żyły na jego rękach pulsowały w zastraszającym tempie. Szarpnął ciałem, wyrywając je z rąk oprawcy. Wyczołgał się spod ciężarówki. Zakrwawioną dłonią chwycił teczkę. Zataczając się, oddalił się w stronę centrum. Za nim zanikał tylko rozchodzący się po całej dzielnicy szaleńczy śmiech.


* * *

Gdy otworzył drzwi, uderzył go smród zgnilizny. Przekręcił zamek w drzwiach. Pustym wzrokiem omiótł mieszkanie. Podszedł do stosu płyt CD piętrzących się przy radiu. Adagio g-moll Albinioniego zabrzmiało w pomieszczeniu. Złoty Ballantine’s spływał leniwie po ściankach szklanki. Przyjemne pary whisky wypełniły jego nozdrza. Usiadł na kanapie, odpalając ostatniego Davidoffa Classic. Dym nikotynowy wypełnił jego płuca. Tępym wzrokiem wpatrywał się w podłogę. Rzucił niedopałek pod nogi.

Wspiął się na stół, mocując linę do belki znajdującej się pod sufitem. Wrócił do przedpokoju, mijając legowisko z cuchnącymi zwłokami charta. Przycisnął aktówkę do piersi i pokręcił głową.

Na korytarzu rozbrzmiały ciężkie kroki. Spojrzał w kierunku klatki schodowej. Na sztywnych nogach wszedł na krzesło. Pętla leniwie osunęła się na jego szyję. W sztywnej, zakrwawionej dłoni wciąż trzymał czarną teczkę.

W chwili, gdy drzwi wejściowe wypadły z zawiasów pod wpływem silnego uderzenia, osunął się z krzesła. Zegar pokazał godzinę 23:57. Z odtwarzacza zabrzmiał ostatni akord kończący utwór.


Czarna aktówka wysunęła się z jego zgrabiałej, sztywnej ręki. Upadając, otworzyła się. Pusta w środku. Przez brudne, nigdy nie draśnięte kamieniami okna wlewały się leniwie poranne promienie słońca, oświetlając kształt ludzkiego ciała zwisającego pod sufitem. Do nienaruszonych, dębowych drzwi zapukał listonosz.


W jego martwych, szklistych oczach odbiła się czarna postać.

Tulipany

Weronikia Skoczek

„Dzień doberek, dzienniku!

Tak sobie myślę, że tak cię właśnie będę nazywać, wiesz? Dziennik. To znaczy, ja wiem, jesteś tylko zwykłym zeszytem z truskawkami na okładce, ale w ten sposób będzie brzmiało poważniej. I fajniej. Bo to przecież głupio byłoby powiedzieć, że się pisze o wszystkim w zwykłym zeszycie w kratkę, całkiem bez sensu. No, ale za to, jak pochwalisz się, że prowadzisz swój własny dziennik, to już zupełnie inna sprawa. Od razu mają cię za, no nie wiem, bardziej dojrzałego czy coś w tym stylu, tak myślę, bo nie wiem do końca.

Ale skoro Amelka, dziewczynka z naprzeciwka, która jest całkiem fajna jak na dziewczynkę, bo umie chodzić po drzewach i grać w piłkę, mówi, że to dojrzałe, to chyba tak jest. Podobno jej to impono… impuje… imponuje, o.

W ogóle, nie wiem, czy to wiesz, ale siedzę sobie teraz pod starym kocem na poddaszu. Poddasze jest bardzo fajne. Jest na nim, co prawda, trochę zimno, ale to nic! To nic, bo mam tutaj dmuchany materac i stary, ciepły koc, chociaż jest trochę dziurawy, i jakieś albumy ze zdjęciami, i książki, ale nie ma w nich obrazków, i całe mnóstwo innych rzeczy, wszystkich nie potrafię policzyć.

No i, bo to jest bardzo ważne, na poddasze mama wcale nie wchodzi. Mówi, że najlepiej by było, jakby już nikt tu nie zaglądał i zawsze patrzy wtedy tak dziwnie na te albumy. Nie wiem, czemu, tam przecież nic takiego znowu nie ma. Wiem, bo zaglądałem, ale były w nich tylko te zdjęcia, na których jest tata. Mama chyba nie lubi taty. Jak tylko zaczynam mówić, że za nim tęsknię, zaczyna płakać, krzyczeć na mnie i, wiesz, takie tam. No, i czasami rzuca też różnymi rzeczami, ale spokojnie, to nic takiego, bo trafia mnie tylko czasami. Robię uniki, w sumie to jestem w tym bardzo dobry. W szkole zawsze wygrywam, jak gramy w zbijaka. Ha!

Ale trzeba przyznać, że jak wczoraj uderzyła mnie szklaną butelką, to to jednak troszkę bolało. To wcale nie fair, bo przecież nic nie zrobiłem. Nawet nie powiedziałem nic o tacie! Ani mru-mru, słowo harcerza! Nigdy, co prawda, nie byłem harcerzem, ale kumple mówili, że tak się mówi, jak się jest śmiertelnie poważnym.

Muszę kończyć. Mama już woła na obiad. Jak mnie tu odkryje, o!, to dopiero będzie bura!”

Marcel westchnął cichutko pod nosem i niechętnie wygrzebał się spod grubego koca. Wcale nie uśmiechało mu się w tej chwili przebywanie z mamą w jednym pomieszczeniu, szczególnie w kuchni, ale mimo wszystko wolał jak najszybciej przecierpieć swoje i móc czym prędzej pomknąć z powrotem na górę. Inną sprawą było to, że po dwóch godzinach siedzenia jak mysz pod miotłą na poddaszu, zaczynał robić się już trochę głodny, a mając ledwo dziesięć lat, nie był jeszcze do kuchenki dopuszczany. Chłopiec wiedział doskonale, że to wcale nie ze względu na jego własne bezpieczeństwo, bo mama zazwyczaj patrzyła przez palce na wszystkie jego wyczyny (choć równie dobrze mogło jej to nie obchodzić). Przypuszczał właściwie, że albo babcia Jagienka kategorycznie zakazała córce pozwalania dziecku na takie rzeczy, albo też Narcyza najzwyczajniej w świecie obawiała się o stan swojego domu, który, oczywiście czysto hipotetycznie, pewnego dnia mógłby po prostu zniknąć z powierzchni ziemi.

Jakakolwiek przyczyna by to nie była, Marcel nie chciał wnikać. Wystarczało mu zupełnie, że matka powiedziała „nie”, nie zamierzał pod żadnym pozorem szukać powodów do zwady. Już i tak ostatnio napytał sobie biedy, świadczyły o tym sinofioletowe siniaki na ramionach i boku od bycia gwałtownie potrząsanym oraz uderzenia pustą szklaną butelką po soku pomarańczowym (Marcel wiedział, że sok był pomarańczowy, bo jakaś zbłąkana kropla wpadła mu wtedy do oka — piekło, jak by się wyraził pan z miejscowego kiosku, jak diabli i chłopiec wcale nie chciał powtarzać tego doświadczenia). Mimo że od tamtego wydarzenia minęły już bez mała cztery dni, ślady nie zmieniły się prawie w ogóle, chociaż, technicznie rzecz biorąc, powinny przecież zblednąć przynajmniej odrobinę. Ale gdzie tam, zrobiły się może tylko nieco bardziej żółte. A, nic to, powiedział sobie w końcu. Mama na pewno wcale nie zrobiła tego specjalnie.


…Prawda?


Kiedy tylko nieśmiało wychylił głowę zza framugi drzwi, jego oczom ukazał się dość niespodziewany widok. Kuchnia, która w normalnych okolicznościach wręcz lśniła czystością, stanowiła teraz istny poligon. Wszędzie walały się przedmioty różnego pochodzenia w stanie od całkiem przyzwoitego po tragiczny, podłoga była śliska od rozlanej wody, zaś między kafelkami połyskiwały odłamki stłuczonego szkła.

— Mamo…?

Narcyza odwróciła się gwałtownie, a z jej misternie ułożonego zwykle koka, który dziś wyglądał jak zmokła wiewiórka, wyślizgnęło się kilka rudawych pasm. Marcel mimowolnie skulił się lekko i cofnął o krok.

To już chyba nie była mama, przemknęło mu nagle przez myśl, jednak nic nie powiedział. Nie było istotne, mama czy nie-mama, bał się ich akurat praktycznie tak samo. Jedyna różnica polegała na tym, że w pierwszym przypadku wiedział mniej więcej, czego się spodziewać. Teraz nie miał nic, żadnej informacji, ani kawałeczka.

— M-mamo… — wydusił z siebie w końcu, garbiąc się jeszcze bardziej pod jej miażdżącym spojrzeniem. — B-bo… wołałaś mnie chyba…

— Wołałam…? — powtórzyła w zamyśleniu kobieta, po czym z powrotem odwróciła się do kuchenki. — Możliwe. Siadaj — prychnęła groźnie, a jej syn pospieszył czym prędzej do stołu.

Na stole leżała zaś kartka. Zwykła, zadrukowana, formatu A4. Niby nic, ale uwagę Marcela przykuł duży, czerwony nagłówek z nazwą szpitala powiatowego w Bochni. Już sam fakt otrzymania powiadomienia ze szpitala był dość dziwny, bo Narcyza nie chorowała, ale jeszcze bardziej niezwykły był podpis lekarza.

Chłopiec miał ogromną ochotę zapytać, kim, a może czym, u diabła, jest psychiatra, ale po krótkiej chwili zastanowienia zrezygnował z tego pomysłu. To znaczy, ciekawość zżerała go potwornie, ale chyba niedobrze byłoby denerwować mamę, kiedy nie miała humoru. Nie to, żeby Marcel się bał, skądże znowu! Był w końcu już prawie dorosły, dziesięć lat to przecież, jakby nie było, nie przelewki, tylko całkiem poważna sprawa i chłopiec na pewno potrafiłby utrzymać język za zębami, gdyby tylko chciał.

Kilka sekund później jego wzrok padł na wyrażenie jeszcze ciekawsze od tajemniczego „psychiatry” i cała jego siła woli pojechała na wakacje do Wilna.

— Mamuś — wypalił, zanim zdążył się powstrzymać. — Mamuś, a co to jest kompleks Medei?

Matka zesztywniała i w mgnieniu oka odwróciła się w kierunku syna. Chłopiec natychmiast pożałował tego, że nie potrafił zawrzeć paszczęki.

Lekko szkliste oczy Narcyzy błyszczały furią; w ułamku sekundy przypadła do stołu i zaczęła potrząsać dziesięciolatkiem.

— Skąd to wiesz? — powtarzała gorączkowo. — Kto ci powiedział? Kto?!

— Nie wiem! — zajęczał żałośnie Marcel, usilnie próbując się wyrwać. — Naprawdę nie wiem! T-tylko tut-taj było napisane, to przeczytałem… mamo… mamo, to boli, puść!

Kobieta nie słuchała; wydawało się, jakby żałosne skomlenie syna raczej napędzało maszynerię, która skłaniała ją do ruchu. A chłopiec? Nie zauważył nawet, kiedy wypielęgnowane paznokcie matki zaczęły boleśnie wpijać mu się w skórę na ramionach, zbyt przerażony oszalałym, zaszczutym spojrzeniem jej oczu.

— Czy to był — kontynuowała, bujając go niebezpiecznie na tylnych nogach krzesła — czy to był on?

— Ja-a-aki znowu „on”? ! J-ja przysięg-gam… nic nie wiem!

W pewnym momencie pchnęła go zbyt mocno; krzesło z hukiem upadło na ziemię, a sam Marcel z całym impetem uderzył w kafelki. Natychmiast jednak skoczył na równe nogi i nie zwracając zupełnie uwagi na towarzyszący mu tępy ból głowy, popędził w kierunku drzwi frontowych, zbyt przestraszony, by się obejrzeć. Krzyknął tylko: ”wrócę później!” i już go nie było.

Narcyza bezsilnie opadła na krzesło, w dłoni kurczowo zaciskając swój wyrok.


~***~


Nad Babicą rosło z reguły bardzo dużo kwiatów — w tym, z jakiegoś powodu, tulipany. Marcel, chociaż kwiatów samych w sobie wręcz nienawidził i gardził nimi jak tylko chłopiec może gardzić rzeczami typowo dziewczyńskimi, te konkretne wręcz uwielbiał. Dlaczego, nie potrafił wytłumaczyć. Nie miało to na pewno nic wspólnego z ich wyglądem ani zapachem, tego był pewien, bo w swoim krótkim życiu widział i wąchał wiele ładniejszych roślin. Dość, że po prostu lubił je, a one pomagały mu się uspokoić.

Dlatego właśnie siedział nad strumyczkiem — na starej rurze wodociągowej nieopodal blokowiska i usilnie próbował powstrzymać płacz. Ból głowy nie ustąpił od prawie godziny i chłopiec powoli zaczynał się martwić, bo na przyrodzie mówili, że takie objawy po uderzeniu w czaszkę generalnie znaczą, że stało się coś bardzo niedobrego, ale nie miał odwagi wrócić do domu, by poprosić o wizytę w szpitalu. Babcia mieszkała daleko, bo w podkarpackim i miała przyjechać dopiero na wakacje, a mama…

Marcel pociągnął mimowolnie nosem, a oczy zaszły mu łzami.

Mama chyba wcale go nie kochała, a on nawet nie wiedział, dlaczego. Czy sprawił jej kiedyś aż tak dużą przykrość? Jeśli tak, to czym? Może chodziło o to okno wybite w szkole? A może przypadkowe ubrudzenie błotem suszącej się pościeli? Nieumyślne zbicie wazy od taty?

A może to przez niego tata po prostu kiedyś poszedł do pracy (podobno miał jechać na konferencję, bo pod pachą miał pokaźnych rozmiarów walizkę) i już nie wrócił?

Tak, to na bank musiało o to chodzić.

— Hej — wymamrotał do siebie, wstając z rury; przerdzewiały metal zajęczał głucho pod jego stopami, ale chłopiec wcale się tym nie przejął, bo rura skrzeczała tak od lat, a jeszcze się nie zarwała — może jak pozrywam mamie tulipanów i ładnie przeproszę, to mi wybaczy…? A jak dobrze pójdzie, to mógłbym nawet dostać kolację…

Z tą myślą otrzepał tylko spodnie i ruszył zrywać kwiatki.


~***~

Drzwi wejściowe zaskrzypiały lekko, kiedy Marcel otworzył je i na palcach, najciszej jak tylko umiał, wślizgnął się do domu. Na parterze panowała właściwie zupełna cisza — z piętra za to dobiegał przytłumiony odgłos włączonej telewizji. Ach, czyli mama ogląda teleturniej, pomyślał chłopiec, kierując się ku schodom i chowając bukiecik za plecami. Miał nadzieję miło zaskoczyć mamę i sprawić, żeby ta znowu zaczęła go kochać — i jakby poszło dobrze, żeby wybaczyła mu brudne i obtarte spodnie oraz przemoczone nogawki. Ale hej, kto w końcu nie lubi tulipanów, skoro to takie ładne kwiatki?

Podreptał do góry i tanecznym, choć, trzeba przyznać, lekko niepewnym krokiem, zbliżył się ku sypialni rodzicielki. Rzeczywiście, Narcyza oglądała jakiś bzdurny program, prawdopodobnie jeden z tych teleturniejów, które obiecują wygraną w wysokości miliona złotych, a i tak każdy przegrywa, ale chłopiec nie miał zamiaru niczego jej wypominać, sam w końcu od czasu do czasu lubił oglądać, jak dorośli robią z siebie głupków — było to, bądź co bądź, bardzo odświeżające doświadczenie.

Delikatnie zapukał we framugę.

— Mogę wejść?

Matka w żaden sposób nie okazała, że w ogóle usłyszała synka, ale ten uznał ten brak reakcji za swego rodzaju przyzwolenie, dlatego powoli, nieśmiało wsunął się do pokoju. Stanął przed nią, choć w taki sposób, żeby jej nie zasłaniać, po czym odchrząknął z zakłopotaniem.

— Mamusiu, bo ja… ja chciałem przeprosić — zaczął zmieszany, pokazując jej skromny bukiecik tulipanów zerwanych nad rzeką. — I, bo, znaczy, ja mam nadzieję… Bo ja to bym chciał, żebyś ty mnie znowu kochała! — wypalił, oferując jej kwiaty.

Narcyza zamrugała powoli, wpatrując się to w telewizor, to w chłopca i z lekko uniesionymi brwiami, niemal niezauważalnie skinęła głową. Chłopiec rozpromienił się momentalnie.

— Dziękuję, mamo! — wręcz pisnął ze szczęścia i, podbiegłszy do niej, mocno ją przytulił. — Ja wiedziałem, naprawdę wiedziałem, że ty zrozumiesz!

W tym momencie zegar wybił godzinę dziewiątą, zaskakując dziesięciolatka. Nie zdawał sobie sprawy, że było już tak późno! Jak dziwnie… a był w stanie przysiąc, że był na dworze tylko godzinkę lub dwie… cóż, widocznie wybór odpowiednich okazów tulipanów takich, aby na pewno spodobały się mamie, zajął mu więcej, niż przypuszczał.

— Ojej… — mruknął z zawodem, marszcząc brwi — Już tak późno? No nic… Dobranoc, mamo!

Marcel ostatni raz uśmiechnął się do niej promiennie, po czym popędził przygotować się do snu. Nic nie mogło już zepsuć mu humoru, mama w końcu znowu go kochała i teraz już wszystko miało być dobrze. Tak jak było dawniej, jeszcze zanim tata pojechał na delegację, zanim w domu zaczęły się bezustanne krzyki.

— Tak… — mruknęła pod nosem Narcyza, wpatrując się w bukiecik tulipanów. Chwilę później jej wzrok padł na stojącą na etażerce pustą, szklaną butelkę po wodzie. Butelka miała bardzo przyjemny, zielony kolor. — Dobranoc… synku — wypluła to słowo jak żmija jad.

Ponownie zerknęła na butelkę, a później na kwiatki.

Jej twarz rozjaśnił szeroki, asymetryczny uśmiech.


~***~


Kiedy Marcel przestał wychodzić na podwórko i nie było go kilka dni, Amelka zaczęła się zastanawiać, czy nie jest może chory. Dlatego w końcu, po szkole, kiedy była pewna, że mama chłopca jest jeszcze w pracy, zaszła do jego ogródka, wspięła się na drzewo, które rosło tuż przy oknie jego pokoju i z ciekawością zajrzała do środka. Nie zauważyła jednak ani Marcela, ani niczego, co mogłoby jej powiedzieć, gdzie też podział się jej ulubiony towarzysz zabaw. Zerknęła przelotnie na jego biurko, ale nie było na nim nic oprócz bukietu zwiędłych tulipanów w wazonie i czerwonej rozbitej butelki, która, nawiasem mówiąc, sama wyglądała troszkę jak te kwiatki w naczyniu — nawet szkło było czerwone i wcale nie przepuszczało światła. Amelka nigdy wcześniej nie widziała takiego szkła i bardzo chętnie przyjrzałaby mu się bliżej, ale z drugiej strony nie chciała włamywać się do domu kolegi, w końcu było to złe i rodzice nauczyli ją, że za to idzie się do więzienia.

Ostatecznie wzruszyła po prostu ramionami i zeskoczyła z gałęzi. Może, jak Marcel wróci, to będzie chciał się pobawić.

Nie dawała jej spokoju tylko jedna rzecz.

Amelka byłaby w stanie przysiąc, że Marcel miał poszewki tylko w kolorze białym lub błękitnym.

Teraz pościel miała ciemnoczerwoną, niemal brązową barwę.

Szpital

Urszula Zięba

Drzwi znowu się zamknęły, a ona została sama.

Judy była zamknięta w ścianach szpitala psychiatrycznego, odkąd pamięta. Dlaczego? Urojenia. Ale czy tak mała dziewczynka może mieć problem z własną psychiką?

Dziewczyna siedziała w izolatce. Lekarze nie stwierdzili u niej żadnej konkretnej choroby. Kolejny dzień mijał. Ciągłe krzyki z jej pokoju wydostawały się na zewnątrz przez każdą szczelinę budynku. Każdy wiedział, kto mieszka w budzącym grozę pomieszczeniu.

Tego dnia było naprawdę źle. Przyszła do niej pielęgniarka. Otwierając drzwi, zobaczyła siedzącą na łóżku, zapatrzoną w podłogę Judy. Ciężka ręka przerażonej kobiety mocno obejmowała klamkę. Dziewczyna wyczuła jej strach. Wstała z łóżka, wciąż patrząc w podłogę. Ręka powoli zaczęła otwierać drzwi, w jej właścicielce wyczuwało się zamiar ucieczki. Rozległ się demoniczny śmiech. Judy spojrzała w przestraszone oczy kobiety. Głośno śmiejąc się, biegła w jej stronę przez pokój. Pielęgniarka wybiegła na korytarz.

Upiorny śmiech roznosił się po całym szpitalu jeszcze kilka dni. Kobieta zrezygnowała z pracy.

Judy się uspokoiła. Wszyscy wychodzili na spacer przed budynek, jednak ona siedziała w pokoju, czekając, aż wrócą do szpitala. Nie przebywała w towarzystwie innych pacjentów. Potrzebowała wyjątkowego nadzoru pracowników szpitala.

Po kilku godzinach wyszła przed gmach budynku. Wysocy mężczyźni chodzili za nią jak cień. Siedziała na kamieniu pod jednym z drzew dochodzącego do budynku gęstego lasu. Zimny deszcz padał na jej zapatrzoną w ciemność twarz. Jej ręce zaczęły drżeć z zimna. Wszyscy zdążyli o niej już zapomnieć, ciesząc się ciszą panującą przez chwilę w szpitalu. Lekarz prowadzący wyszedł z budynku i zmierzał w jej stronę. Każdy krok kończył się szelestem liści pod stopami. Judy wciąż siedziała bez ruchu. Minął mężczyzn pilnujących pacjentki. Stanął przed kamieniem. Obróciła się powoli w jego stronę. Lekarz chwycił ją za nadgarstek, usiłując zaprowadzić ją do budynku. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni kawałek rozbitej butelki i drasnęła lekarza. Ochrona nie zdążyła jej złapać. Zaczęła biec w stronę ciemnego lasu. Liście szeleściły pod jej stopami. Oddech stawał się coraz płytszy. Konary drzew pochłaniały strach przeszywający ciało dziewczyny. Z każdą chwilą przestrzeń wydawała się większa, ciemniejsza. Mężczyzna biegł za nią. Gąszcz drzew był coraz bardziej przytłaczający. Stanęła. Krzyczała. W końcu upadła na suche liście. Świat nagle zamarł. Ciemność zamknęła jej powieki.

Judy obudziła się w szpitalu. Biała pościel, kraty, cisza.

Przez kilka kolejnych dni dziewczyna nie wychodziła z pokoju. Doskonała mieszanka środków uspakajających pogrążyła ją na długo we śnie.

Któregoś dnia przed bramą budynku stanęła kobieta. Ciemna, smukła sylwetka zlewała się z mlecznobiałą mgłą rozciągającą się nad jesiennymi, porośniętymi chwastem polami. Pewnym krokiem, jakby nieświadoma miejsca, w jakim się znalazła, przekroczyła próg szpitala.

Drzwi do sali Judy otworzyły się. Stanęła w nich kobieta w czerni. Półprzytomna dziewczyna siedziała na łóżku. Wspomnienia powróciły. Ból, cierpienie, lęk. To była jej matka. Nigdy jej nie widziała, odkąd zatrzaśnięto za nią drzwi szpitala. Wtedy poczuła ulgę. Nie bała się już, że będą się na niej wyżywać.

Judy na początku była spokojna, dlatego lekarze chcieli ją odesłać z powrotem do rodziców. Dziewczyna kierowana świadomością, że wróci do piekła, zaczęła bać się ludzi. Każde spotkanie z obcym człowiekiem wywoływało krzyk i agresję, które były spowodowane jej strachem. Teraz, gdy mama przyszła po nią, Judy nie potrafiła wyrazić swojej nienawiści. Wstała z łóżka, stanęła w kącie pokoju i patrzyła tępym wzrokiem na kobietę, która nie wykrztusiła z siebie ani jednego słowa. Dziewczyna wiedziała, że matka przyszła, jednak nie mogła zabrać jej do domu w takim stanie. Lekarze stwierdzili, że byłoby to zbyt niebezpieczne. Nikt nie był w stanie wyleczyć jej choroby. Lekarze byli bezradni. Środki nasenne przestawały działać.

Do sali weszła pielęgniarka z dwoma mężczyznami. Podbiegła do Judy, szybkim ruchem wbijając jej strzykawkę w nogę. Dziewczyna opadła na ziemię.

Kolejne dni były przerażające. Krzyk, płacz, przenikliwy śmiech. Leki już nie pomagały, było coraz gorzej. Lekarze powoli tracili nadzieję. Wiele osób, które opiekowały się dziewczyną odeszło z pracy. Judy niedługo kończyła 18 lat. Wszyscy pracownicy z niecierpliwością czekali na ten dzień. Pełnoletniego pacjenta można było wypisać ze szpitala. Lekarz prowadzący, podając leki Judy, poprosił ją, aby narysowała na kartce, co chciałaby dostać w ten wyjątkowy dzień. Po paru dniach dziewczyna oddała kartkę. Narysowała nóż.

Tego wieczoru po Judy przyjechał samochód, który miał zawieźć ją do domu. Pielęgniarka stanęła w drzwiach pokoju, trzymając w ręce białą kartkę. Podeszła do dziewczyny, która była wyjątkowo spokojna. Kobieta usiadła na brzegu łóżka. Powoli zbliżyła się do ucha dziewczyny. Cichym, niespokojnym głosem powiedziała, jak bardzo jej nienawidzi i że bardzo długo czekała na ten dzień. Judy wstała, zabrała kartkę z informacją o wypisie ze szpitala i powolnym krokiem szła w stronę wyjścia. Jej przerażający śmiech rozchodził się po całym szpitalu.

Opuściła budynek. Wiatr unosił suche liście, jedynym światłem oświetlającym jej drogę do samochodu był księżyc. W połowie drogi do starej, ogromnej bramy dziewczyna postawiła swoją walizkę. Zaczęła uciekać w stronę lasu. Z każdym krokiem stawała się coraz bardziej niebezpieczna, agresywna. Jej biała szpitalna koszula zniknęła w ciemnym gąszczu drzew.

Rozpoczęto poszukiwania dziewczyny, bez rezultatu. Szpital postanowił zapomnieć o jej istnieniu, nie angażując w sprawę policji ani prasy, aby nie niszczyć sobie reputacji. Rodzice dostali informację o jej wypisie ze szpitala. Nikt nigdy więcej nie widział dziewczyny.


Minęło kilkanaście lat. Szpital psychiatryczny tracił pacjentów. Coraz więcej lekarzy odchodziło z pracy. Ludzie omijali to miejsce szerokim łukiem. Ogromny budynek opustoszał. Stara, pokryta rdzą brama odstraszała nawet pracowników. Pozostał stary las i wiatr unoszący liście nad ziemią. Drzwi budynku zostały zamknięte. W oknach pojawiły się deski. Na bramie wisiała stara kłódka. Jedyne, co pozostało, to wspomnienia i dusze ludzi, którzy umarli w szpitalu. Nową rzeczą był napis: SOLD.

Pełnia księżyca oświetlała budynek. Starsza pielęgniarka ostatecznie zamykała bramę szpitala. Schowała klucz do prawej kieszeni płaszcza. Przypomniała sobie dawne uczucie związane z tym miejscem. Strach, który wywoływała w niej tylko jedna osoba. Starając się walczyć ze swoją pamięcią, odwróciła się w stronę drogi, aby wrócić do domu. Na wąskiej, błotnistej drodze stała ona. Ciemna sylwetka zaczęła powolnym krokiem zbliżać się do kobiety. Przerażający śmiech, którego nie da się zapomnieć, przenikał ciało kobiety.

— Pamiętasz?

Kobieta stała w miejscu, ciężko przełykając ślinę.

— Nienawidzę cię. Pamiętasz?

— Judy.

— Spokojnie. Ja ciebie też.

Kobieta poczuła ból. Judy wyciągnęła nóż z jej ciała.

— To mój prezent urodzinowy — powiedziała, uśmiechając się.

Ciało kobiety upadło na zimną, mokrą ziemię.

Brązowa koperta

Karolina Gruszczyńska

Amy Johnson mieszka w Chicago od urodzenie i aktualnie pracuje jako opiekunka do dzieci. Zajmuje się córkami pani White, siedmioletnią Zoe i pięcioletnią Susane. Pani White jest bardzo bogatą kobietą i Amy dostaje za opiekę nad dziewczynkami bardzo wysokie wynagrodzenie. Jest to praca, która była jej bardzo potrzebna, ponieważ kilka miesięcy temu jej codziennością była walka o życie ludzi rannych w trakcie działań wojennych. Amy z zawodu jest lekarzem wojskowym, a pół roku temu ta trzydziestoletnia kobieta wróciła ze swojej pierwszej misji w Afganistanie i przysięgła, że nigdy tam już nie wróci. Był to dla niej koszmar, którego nie życzy nawet największemu wrogowi. Jednak Amy niedawno dowiedziała się o czymś, co radykalnie zmieniło jej życie…

* * *

Od jakiegoś czasu Amy każdy wtorek spędza w barze „Cindy’s”, żeby swoje problemy topić w kieliszku… Kończy już piątego drinka i czuje, że świat zaczyna wirować, więc dzwoni do swojej najlepszej przyjaciółki Victorii Smith. Victoria jak zwykle odbiera po pierwszym sygnale i mówi jej, że za chwilę będzie. Amy nie musiała czekać zbyt długo, jej przyjaciółka pojawiła się niemal od razu. Victoria wiedziała, że Amuś (tak mówi do Amy zdrobniale) poszła znowu do baru. Niestety, stało się to już tradycją, że półprzytomna Amy dzwoni po nią, a ona bierze przyjaciółkę pod swoje skrzydła i zawozi ją do ich wspólnego mieszkania.

Od kiedy Amy wróciła z Afganistanu, mieszka razem z Vicki. Victoria przypatruje się swojej śpiącej koleżance i nie rozumie, czemu ona tak siebie wyniszcza. W końcu ma wreszcie dobrze płatną pracę, która sprawia jej przyjemność, a od powrotu z Afganistanu mięło już pół roku i Vicki sądziła, że Amy udało się już zapomnieć o koszmarze wojny, ale czy na pewno… Victoria zastanawia się, co tak gnębi jej przyjaciółkę. Amy prawie każdej nocy śnią się koszmary, ale tym razem nie są one związane z wojną, tylko z wielką brązową kopertą, którą dostała kilka tygodni temu. Amy jak każdy lekarz wracający z misji dostała skierowanie do psychiatry na badania kontrolne. Gdy dostała kopertę z wynikami badań, długo wahała się, czy ją otwierać. W końcu jednak ciekawość zwyciężyła i otworzyła ją. Czytała list z ośrodka kilkakrotnie, aż nauczyła się tych słów na pamięć i to właśnie one brzmiały jej we śnie: „Pani Amy Johnson, która wzięła udział w misji do Afganistanu jako lekarz wojskowy, cierpi na psychozę wojenną i w trybie natychmiastowym powinna zaprzestać wykonywania jakiejkolwiek pracy i bezzwłocznie udać się do Chicago Behavioral Hospital w celu leczenia”. Amy obudziła się ze łzami w oczach. Zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że jak pani White dowie się o jej chorobie, natychmiast ją zwolni z pracy i już nigdy nie zobaczy dziewczynek. Bardzo nie chciałaby stracić kontaktu z Zoe i Susane. Bezgranicznie pokochała te dwie „małe istotki”, chociaż zna je dopiero od kilku miesięcy. Amy wie dobrze, że to właśnie im zawdzięcza swoje życie. Przecież to ich codzienne uśmiechy, całuski, uściski i poważne rozmowy o „jednorożcach i kucykach pony” utrzymują ją przy życiu.

Spojrzała na zegarek, było dopiero po czwartej, miała jeszcze trzy godziny do wyjścia i postanowiła, że spędzi je w Millenium Park.

Na zewnątrz było jeszcze ciemno i pusto, bo przecież o tej godzinie niewielu ludzi chodzi po dworze. Tylko kilka osób wracało prawdopodobnie z nocnej zmiany i jakiś bezdomny pies przebiegł jej drogę. Było w miarę ciepło jak na listopadowy „poranek”. Siadła na swojej ulubionej ławce na którą przychodziła jeszcze jak była małą dziewczynką ze swoim tatą.

I wspomnienia znowu wróciły. Ojciec Amy zmarł w wypadku samochodowym, gdy miała zaledwie dwanaście lat. Zginął przez jakiegoś pijanego idiotę, który zamiast zamówić taksówkę, nie myśląc, usiadł za kierownicą. I stało się. Ojciec Amy zmarł na miejscu, ale nie był sam w samochodzie. Na tylnym siedzeniu siedziała w foteliku mała blondynka, która cieszyła się, że jedzie do swojej siostry na przedstawienie. Miał to być debiut Amy. Pierwszy raz miała wystąpić przed publicznością i do tego zagrać główną rolę. Amy dokładnie pamięta ten dzień. Wszyscy byli bardzo zdenerwowani, ona jedynie nie, bo czuła olbrzymie wsparcie ze strony rodziny. Przez całe przedstawienie szukała wzrokiem swoich bliskich, ale nie mogła ich zlokalizować. Wmawiała więc sobie, że siedzą gdzieś w ostatnim rzędzie i dlatego ich nie widzi. Niestety, po zakończeniu przedstawienia nauczycielka powiedziała jej, że tata i siostra mieli poważny wypadek samochodowy, a mama pojechała do szpitala sprawdzić, co z nimi.

Gdy wróciła, była cała roztrzęsiona, wzięła ją w objęcia i płaczliwym głosem powiedziała, że od dzisiaj muszą sobie już radzić tylko we dwie i zaczęła głośno płakać. Nic więcej Amy nie mogła się od niej dowiedzieć. Wiedziała tylko, że stało się coś strasznego i że już nigdy nie zobaczy swojego ukochanego ojca i swojej siostry. Od tamtej pory Amy zamknęła się w sobie, ponieważ gdzieś wewnętrznie wciąż obwiniła się za śmierć taty i siostry. Bo przecież, gdyby nie jechali na jej przedstawienie to nic by im się nie stało i dalej wszyscy byliby szczęśliwi.

Od tego czasu zaczęły się problemy Amy w szkole, pierwszy alkohol i narkotyki. Dwa lata po tym zdarzeniu miała już kuratora na karku i jeden rok w plecy z powodu opuszczonych zajęć. Trafiła do klasy z młodszymi od siebie dziećmi i tam poznała Victorię. Victoria była wtedy szarą myszką, ale dzięki Amy otworzyła się, uwierzyła w siebie i teraz jest jedną z bardziej rozpoznawalnych aktorek. Amy zrozumiała wtedy, że chce pomagać innym i że może to robić jako lekarz, tylko nie tak zwyczajnie w szpitalu, ale na większą skalę i tak właśnie zadecydowała o wyjeździe do Afganistanu.

Ktoś nagle położył jej rękę na ramieniu. Amy gwałtownie się odwróciła i już zamachnęła się, żeby uderzyć nieznajomego, ale wtedy dostrzegła swojego dobrego kumpla z liceum Andiego Jacksona. Wytarła łzy, które na wspomnienie o ojcu i siostrze same napłynęły jej do oczu.

— Hej! Dawno się nie widzieliśmy — Andy powiedział to z łobuzerskim uśmiechem.

Amy wymusiła uśmiech, był jej przyjacielem, a po zakończeniu szkoły wyjechał na studia.

— Hej! Która godzina?

— Za piętnaście siódma. A co? Nie wyglądałaś, żeby ci się spieszyło.

— Zaraz muszę być na drugim końcu miasta.

— Nie martw się, spójrz w lewo, to czerwone cacuszko jest moje.

Na rogu ulic stał czerwony samochód. Był to najnowszy model Ferrari. Amy przez to spotkanie choć na chwilę zapomniała o problemach, które się nawarstwiały… i jeszcze to wspomnienie o ojcu. Zgodziła się bez wahania.

Pół godziny później była już przed willą państwa White. Kiedy wychodziła, Andy zaproponował jej spotkanie. Zgodziła się bez większego entuzjazmu. Lecz w duchu ucieszyła się.

Kiedy wyszła z auta i zobaczyła biegnące w jej stronę dziewczynki, poczuła, jakby ktoś wylał na nią wiadro zimnej wody. Targały nią sprzeczne uczucia: z jednej strony poczucie winy, że może im zrobić krzywdę przez swoją chorobę, a z drugiej miłość do tych młodych istotek. Kiedy do niej podbiegły, przytuliła je i zaraz zobaczyła wychodzących do pracy państwa White. Córki pożegnały się z rodzicami i weszły za Amy do domu.


Kilka godzin później


Amy siedzi w ogromnej łazience państwa White z żyletką w ręce. Bije się ze swoimi myślami. Czuje, że to jedyne rozwiązanie, ale z drugiej strony nie może tego zrobić, nie w tym domu. A co jakby znalazły ją dziewczynki… Nie może ryzykować. Wrzuciła „narzędzie zbrodni” do torebki i wyszła. Udała się w kierunku salonu, gdzie Zoe i Susane oglądają swoją ulubioną bajkę: „Krainę lodu”. Właśnie Elsa zaczynała śpiewać, kiedy do pokoju weszła Amy.

— Gdzie byłaś tak długo? pyta swoim słodkim głosikiem Susane. Kiedy Amy słyszy głos Susane, od razu na jej twarzy pojawia się uśmiech.

— Myślałam, co by wam ugotować pysznego na obiad… A może mi pomożecie? Zrobimy naleśniki, dla rodziców też. Co wy na to?

— Taaak! — odpowiedziały chórem siostry.

Mąż pani White Jackob jest fanem polowań. Raz na trzy tygodnie jeździ ze swoimi przyjaciółmi po fachu na polowania. Zawodowo jest prezesem jednej z większych firm w całej Ameryce Północnej. Żeby dojść z salonu do kuchni, trzeba przejść korytarzem, gdzie na ścianach wiszą strzelby pana White. Amy nienawidzi tego miejsca — ze względu na swoją chorobę i ciągle powracające wspomnienia tamtych strasznych dni. Za każdym razem, kiedy tam przechodzi, widzi to, co wydarzyło się w Afganistanie. Tym razem również wróciły koszmarne wspomnienia. Amy, widząc te straszne obrazki przed oczami, nie umiała być dłużej twarda. Upadła na kolana i zaczęła płakać jak małe dziecko. Susane i Zoe nie wiedziały co się dzieje, ale Zoe zrozumiała, że powinna zabrać stąd siostrę jak najszybciej. Wzięła Susane za rękę i pociągnęła ją do pokoju.

— Musisz tu zaczekać chwilę, bo Amy uderzyła się w mały palec i ją boli. Zaraz po ciebie przyjdę.

— Dobźe, ale co z nasymi naleśnikami?

— Nie martw się, skoro ciocia Amy obiecała, że je zrobimy, to na pewno je zrobimy. Ale teraz zaczekaj chwilę.

I wyszła, zostawiając małą siostrzyczkę samą. Zoe bała się wrócić na korytarz, bo sama niewiele rozumiała z tego, co się stało. Wie jednak, że nie może tak zostawić Amy. Gdy weszła na korytarz, zastała tam traumatyczny dla małej dziewczynki widok. Amy leżała na podłodze, szlocha i trzęsła się. Zoe nie wiedziała, co ma zrobić, ale pamiętała, jak Amy jej mówiła, że jakby się coś działo, ma zadzwonić z jej telefonu do kogokolwiek. Tak też postanowiła zrobić. Wybrała pierwszy numer, który się wyświetlał. Kilka sygnałów, które w tamtej chwili dla dziewczynki trwały wieczność i wreszcie słyszy męski głos z słuchawki:

— Hej! Czyżbyś już się stęskniła?!

— Dzień dobry — odpowiada cichym głosem. — Jestem Zoe. Z ciocią Amy coś się stało, nie wiem, co mam robić. Pomocy! — Słychać było przerażenie w głosie dziewczynki.

— Gdzie jesteś? Zaraz tam przyjadę — wyraźnie przejęty tym, co usłyszał, Andy bez zastanowienia wybiega z pracy.

— Jestem u siebie w domu. Proszę przyjechać jak najszybciej.

— Dobrze. Będę za 10 minut, a ty, proszę, weź siostrę i włącz jej telewizor.

Rozłączył się. Na szczęście nie złapały go korki. Za niecały kwadrans był już pod domem państwa White, gdzie rano odwoził Amy. Wyszedł z auta i podszedł do furtki. Zamknięta.

W myślach przeklinał człowieka, który wymyślił wszystkie te zabezpieczenia. Pomyślał: raz się żyje — i z rozbiegu wskoczył na kosz na śmieci, a następnie przeskoczył dość wysoką bramę. Upadł i trochę się poobijał, ale nie zważał na to, bo najważniejsza była dla niego Amy. Przy drzwiach kolejna nieprzyjemna niespodzianka. Były zamknięte. Zaczął w nie walić pięściami…

Tymczasem Zoe puściła młodszej siostrze kreskówki. Nie szła już do cioci, za bardzo się bała. Usłyszała walenie do drzwi. Przestraszyła się. Przytuliła się do siostry i szeptem mówiła jej, że wszystko będzie dobrze, choć sama w to nie wierzyła. Po kilku minutach walenie ustało. W całej posiadłości zapadła głucha cisza. Przerwał ją dzwonek telefonu Amy, była to muzyka typowa dla iPhona. Zoe wyrwała się z uścisku siostry i podeszłą do szafki po telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się imię: AnDy. To chyba ten sam pan, do którego wcześniej dzwoniła.

— ZOE, TO JA WALIŁEM W DRZWI! OTWÓRZ! — Andy wykrzyczał z nerwów do słuchawki. Ale kiedy usłyszał szloch, już spokojniej powiedział:

— Przepraszam. Przyszedłem pomóc.

Uspokoiła się i podeszła do drzwi, aby je otworzyć. Wiedziała, że nie wolno otwierać nieznajomym, ale to była ostatnia deska ratunku. Wpuściła go i zaprowadziła do miejsca, w którym znajdowała się Amy.

— Martwię się. Pomoże jej pan?

— Tak.

Wziął Amy na ręce i zaniósł na kanapę. Usnęła.

— Znacie numer do rodziców? Muszę zawieźć Amy do domu, żeby się lepiej poczuła.

— Niestety nie, ale ciocia powinna mieć ich numer w telefonie. — Podała mu telefon, którego nie wypuszczała z rączki.

Andy przejrzał kontakty i znalazł numer do państwa White. Odbył rozmowę z panią White. Powiedział jej, że Amy dostała grypę jelitową i bardzo źle się czuje. Musi zawieźć ją do domu, żeby nie zaraziła dziewczynek. Kobieta powiedziała, że postara się przyjechać jak najszybciej. Andy spojrzał na zegarek, była czternasta.

— Jadłyście już obiad?

— Nie. Ciocia obieciała nam naleśniki! — powiedziała oburzona Susane.

— Niestety, nie potrafię piec naleśników, ale zaraz wam coś przygotuję.

Z braku talentu kucharskiego Andy zrobił siostrom swoje popisowe danie, czyli omlet.


Pół godziny później


Amy dalej spała, natomiast Andy wraz z Zoe i Susane bawili się w salonie. Nagle trzask otwieranego zamka dał do zrozumienia chłopakowi, że właścicielka wróciła do domu.

Andy powiedział pani White, że Amy skontaktuje się z nią, kiedy wróci do pracy. Następnie zabrał Amy do jej domu.

Droga minęła im szybko, nikt się nie odzywał. Pomógł jej wejść na górę. W domu była już Vicki. Chłopak opowiedział Victorii wszystko, co się wydarzyło. W tym czasie Amy szukała grubej brązowej koperty. Kiedy ją znalazła, dała im ją do przeczytania. Czytanie jej nie zajęło im dużo czasu, ale zanim się odezwali, minęło kilka chwil. Amy czuła, jakby kamień spadł jej z serca. Wiedziała, że dobrze, że to zrobiła. Próbowali ją wspierać i mówić, że będzie dobrze. Ona wie, że już nigdy nie będzie tak jak wcześniej, że nigdy już nie będzie dobrze.

Nazajutrz Amy wstała skoro świt, przygotowała śniadanie dla Andiego i Victorii oraz napisała dwa krótkie liściki. Zabrała je ze sobą i pojechała metrem do posiadłości państwa White. Na miejscu pokazała pani White grubą brązową kopertę. Selena i Jackobe White milczeli. Amy pożegnała się z dziewczynkami, a następnie z byłymi już pracodawcami. Na koniec życzyła im powodzenia. Gdy wyszła z tej wielkiej posiadłości, poczuła pewien rodzaj ulgi, że ma to już za sobą. Wróciła do domu. Nie było już nikogo. Amy przejrzała swoją torebkę i znalazła to, czego szukała…


Kilka godzin później


Viktoria spotkała się z Andym po pracy w kawiarni, żeby przedyskutować, jak mogą pomóc Amy. Gdzie powinna się leczyć. Andy zaproponował, że zadzwoni do wujka, który jest bardzo dobrym psychiatrą. Potem wrócili razem do domu Vicki i Amy. Victoria była pewna, że Amy wróciła już od państwa White, ale kiedy ją zawołała, odpowiedziała jej tylko głucha cisza. Andy spostrzegł na lustrze dwie kartki z napisami: „dla Andiego”, a na drugiej „dla Victorii”. Vicki wtedy zrozumiała, dlaczego jej przyjaciółka była dzisiaj taka pogodna. Nie czytając listu, pobiegła do łazienki. Drzwi były zamknięte. Otworzyła swoją kartkę równocześnie z Andym.


„Droga Victorio!

Dziękuję Ci za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Za to, że kiedy wypiłam za dużo alkoholu, Ty zawsze po mnie przyjechałaś, że mimo wszystko i tak mnie wspierałaś. Wiem również, że chcesz, żebym była szczęśliwa. Teraz jestem. Pamiętaj, zawsze będę w Twoim sercu. Kocham cię!

Amuś


P.S. Zamknęłam drzwi, żebyś tego nie widziała”.


Victoria w kółko czytała liścik i nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Andy dostał podobny list:


„Kochany Andy!

Znam Cię bardzo dobrze, choć nie widzieliśmy się już od wieków. Byłeś mi zawsze bliski. Gdyby nie Ty, pewnie teraz dalej bym udawała, że wszystko jest okej. Otworzyłeś mi oczy i za to Ci dziękuję i będę wdzięczna do końca. Opiekuj się teraz Victorią, nie wiem jak to zniesie. Życzę wam powodzenia!


Twoja szczęśliwa już Amy”.


Amy dopięła swego. Już nigdy nie wróci do świata objętego wojną. Teraz jest wolna…

Nałóg śmierci

Wiktoria Mucha

NY, 01. 09. 2012


Drogi pamiętniku, dzisiaj oficjalnie zaczął się rok szkolny. Jestem już w klasie maturalnej, więc no, przyszłość, bla bla bla… Moja mama jest strasznie natarczywa. Ale no, psychologia to moja pasja, której nikt nijak nie może zrozumieć. Uwielbiam czytać artykuły na takie tematy i jestem bardzo ciekawa jakby to było być chorą psychicznie. Wracając do szkoły, mój chłopak jest przeciwny moim zainteresowaniom i stwierdził, że „potrzebujemy czasu”. Jakoś mnie to nie rusza, bo od dłuższego czasu się nie dogadujemy. Także w pełnym skrócie- ZAPOWIADA NIESAMOWITY ROK SZKOLNY. No dobra, lecę spać, jutro szkoła i zajęcia z psychiatrą, nie mogę się doczekać!


NY, 02. 09. 2012


Drogi pamiętniku, miałam dzisiaj wykład o różnego rodzaju opętaniach i chorobach psychicznych. Wykładowca opowiadał nam historie o opętaniach i przeprowadzanych egzorcyzmach, których sam był świadkiem. Całą lekcję byłam wpatrzona w niego jak w obrazek. Może te całe „religijne” sprawy są dla innych osób całkiem popieprzone, ale dla mnie to bez mała styl życia. Najbliższy miesiąc to tak naprawdę sama teoria na temat egzorcyzmów… nuuuuuuuuda, a już chcę brać udział w takich wydarzeniach. Żeby mieć na nie wstęp, muszę najpierw zdać egzaminy, więc znając życie napiszę dopiero po tym, jak je zaliczę.


NY, 29. 10. 2012


Jak mnie tu długo nie było! Muszę się czymś pochwalić! Zdałam wszystkie egzaminy na piąteczkę!!! Mimo to nikt z mojej cudownej rodzinki nie skacze z radości. Ale czas na najważniejszego NEWSA… od przyszłego tygodnia mam wstęp na oficjalne egzorcyzmy, a od następnego półrocza do szpitali psychiatrycznych jako wolontariuszka. Ta chwila w końcu nadeszła, a moja ciężka praca się opłaciła. Tak na marginesie, dzisiaj rano dostałam list z uczelni z wymaganiami co powinnam włożyć na pierwsze zajęcia. Nie bardzo rozumiem, dlaczego nie mogę mieć wsuwki, czy jakiejś głupiej spinki we włosach. No cóż, zasady są po to, żeby je łamać, co nie?


NY, 31. 10. 2012


TEN DZIEŃ NIGDY SIĘ NIE WYDARZYŁ!


NY, 09. 11. 2012


Wiecie co? Już wiem, czemu nie mogłam mieć wsuwki we włosach. Pewna kobieta, która była opętana, tak po prostu zerwała się z kaftaniku i rzuciła się na mnie. Ksiądz z innym kolesiem zdjęli ją ze mnie, ponownie posadzili w fotel i ubrali w coś, czego nazwy nie umiem wymówić. Wszystko było super, dopóki nie zostałam z nią sama, by przeprowadzić krótkie rozpoznanie, jak reaguje na różne pytania i bodźce. W pewnym momencie wstała i po raz kolejny zaczęła biegać po wszystkich ścianach w pokoju, a w efekcie skończyłam z wsuwką wbitą w udo, potem w ramię i wreszcie w szyję. Po tym incydencie leżałam CAŁE DZIEWIĘĆ DNI w szpitalu, bo podejrzewali, że wsuwka uszkodziła mi tętnicę szyjną. Okazało się, że moja przyszła praca nie będzie tak kolorowa, jak sobie wymarzyłam. Będzie to raczej szkoła przetrwania.


NY, 12.11.2012


Drogi pamiętniku, dalej czuję się osłabiona, ale nie mogę przecież wiecznie odpoczywać i gnić w łóżku. Doliczyłam się już każdego pęknięcia na mojej cudownej niebieskiej ścianie. Pora wziąć się za siebie. Wstaje. Idę. Upadam. Czołgam się. Powstaję. Idę dalej.


NY, 13.11.2012


Jak na razie wszystko jest w jak najlepszym porządku. Znów będę asystować przy egzorcyzmach, ale czy tak naprawdę tego chcę od życia? A może bym tak poudawała opętaną, albo chorą psychicznie?


NY, 18.11.2012


Wszystko zrobiłam tak, jak zaplanowałam. Kupiłam ze dwadzieścia krzyży i porozwieszałam je do góry nogami po całym pokoju. Wyryłam sobie żyletką na nadgarstkach znak szatana i czekam na odzew.

Moja mama tak się wystraszyła, że zadzwoniła na policję, a oni po księdza. Na całe szczęście potrafię mówić biegle w kilku językach, co ułatwiło mi sprawę.

Przybiegł ksiądz z wodą święconą i innymi cudami. Zaczęłam się rzucać po pokoju i biegać w kółko, aż w końcu mnie przywiązali do łóżka. Ksiądz zaczął odmawiać takie same modlitwy, co podczas moich sesji, a ja zachowywałam się tak, jak tamci psychole- wyginałam się we wszystkie strony świata, przeklinałam ile wlezie (w wielu językach), a potem nagle się uspokoiłam i zaczęłam mówić do mojej mamy moim słodziutkim głosikiem, że mnie to boli i żeby ich wygoniła. Ona, głupia, uwierzyła. Kazała im mnie rozwiązać i wtedy błyskawicznie chwyciłam za ołówek i wbiłam go księdzu między oczy. Wszyscy, co do jednego, uciekli. Zostałam sama.


Waszyngton, 29.11.2012


Od kilku dni przychodzą do mnie zakonnice i księża na egzorcyzmy i rozmowy duchowe, co jest już nudne i mam ochotę wyjść, iść do domu i zacząć naukę, żeby mnie przyjęli do Stanford. Prawie zapomniałam: tamten ksiądz nie żyje. Zabiłam go. Zamknęli mnie w najdroższym i najbardziej ekskluzywnym psychiatryku jaki chyba istnieje na tej ziemi (w Waszyngtonie). Faszerują mnie trzy razy dziennie antydepresantami i innymi specyfikami, których nie znam. Wszystkie tabletki chowam w poszewkę od poduszki.


Waszyngton, 02.12.2012


Drogi pamiętniku, dzisiaj wieczorem mam odwiedziny. Mój były chłopak chce mnie zobaczyć. Tak szczerze? Nie mam zielonego pojęcia, jak dostał pozwolenie na widzenie się z osobą chorą psychicznie. Myślałam, że nie przeżyję tego spotkania. Okazało się, że on doskonale wie, że udaję moje wspaniałe choroby, ale nie ma zamiaru mnie wydać. Chce mi pomóc. Następnym razem ma przyjść za dwa dni z czekoladą i śrubokrętem. Będzie się działo! Oczywiście czekoladka dla mnie, bo mam dość tego żarcia. A śrubokręcik HAHAHA zobaczymy…


Waszyngton, 04.12.2012


Myślałam, że już nigdy nie przyjdzie. Kiedy dostałam moją czekoladkę, to się wręcz popłakałam. Poszłam z nim i moją opiekunką do mojej klatki, gdzie zostawiłam śrubokręt i wróciliśmy na główną salę grać w karty. Jak już go ograłam X razy, stwierdziłam, że dawno nie zrobiłam przypału. Rzuciłam więc w niego stołem i krzesłami, Dostał tak mocno, że musieli wzywać karetkę. A ja zostałam potraktowana prądem i kaftanikiem. Spoko loko. Przeżyłam gorszy ból cielesny. Podczas całego zamieszania zabrałam pielęgniarce kluczyk od mojej klatki. Dzisiaj będzie petarda. Nie mogę się doczekać min personelu po nocy. Ciekawe, komu się oberwie?


Waszyngton, 05.12.2012


Dzisiaj obudził mnie krzyk trzy klatki dalej, który wydała z siebie moja opiekunka. Zobaczyła, że jedna z podopiecznych ma kilka ran kutych na całym ciele. Dokładnie 17.

Zgadnijmy, kto jest tak niezrównoważony psychicznie i byłby w stanie zrobić coś takiego? Ja obstawiam faceta spod 13, to taka pechowa liczba…


Waszyngton, 07.12.2012


Policja znalazła narzędzie zbrodni, które podrzuciłam mojej kochaniutkiej sąsiadce Katy. W sumie została tu wysłana dzięki swoim licznym zabójstwom, to jedno w tę, czy w tę stronę, nie zrobi różnicy na tej dłuuugiej liście ofiar. Następnie dowiedziałam się, że ją przenoszą do innego ośrodka. Niestety, nie będę już miała na kogo zganiać moich igraszek.


Waszyngton, 10.12.2012


Jezu, ja tu umrę z nudów. Moja opiekunka wyczaiła pamiętnik, ale obiecała, że nie będzie go czytać (na szczęście). Oraz, że nie odda go nikomu, kto mógłby go użyć przeciwko mnie. Tak więc, no… mam układy chyba już z każdym w tym zakichanym szpitalu. Pewnie napiszę za jakieś milion lat zanim stąd wyjdę i o ile znajdę mój pamiętnik.


Las Vegas, 24.06.2015


Nie mogę uwierzyć co ja odkopałam w starych kartonach po mojej wielkiej przeprowadzce do LV- MÓJ KOCHANY PAMIĘTNIK! Przypomniałam sobie moje odpały za czasów pobytu w szpitalu psychiatrycznym i powiem szczerze, WOW! Jak ja to zrobiłam. Od kiedy wyszłam dwa miesiące temu i wyjechałam z Waszyngtonu potrąciłam moim kochanym JEEPEM tylko kilka osób, więc nie jest tak źle. A co lepsze, tylko trzy albo cztery ofiary są śmiertelne. Zamieszkałam w samym centrum Las Vegas, także mogę zaszaleć. Jest to miasto wszystkim bardzo dobrze znane z alkoholu, narkotyków, a przede wszystkim z hazardu. Czas na zabawę!


Las Vegas, 26.06.2015


Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie chcę zabijać. Nie chcę ranić. Nie chcę. Nie chcę. Nie chcę. Chyba pora strzelić sobie prosto w łeb. Ale jestem na to za słaba. Idę skoczyć z mostu… Dosłownie.


Las Vegas, 28.06.2015


Dwa dni temu stojąc sobie nad przepaścią i wspominając każdą, nędzną sekundę mojego życia, już prawie skoczyłam i nagle pewien facet złapał mnie za rękę, odciągnął od krawędzi mostu, wsadził do auta i wywiózł cholera wie gdzie. Nie byłam w stanie zaprzeczyć ani rzucać się, czy protestować. Po prostu grzecznie wsiadłam do tego auta. Dojechaliśmy do baru przy drodze, zaczęliśmy rozmawiać jakby nigdy nic i nagle coś mnie olśniło- „A może by tak zacząć normalne życie?”


Las Vegas, 01.07.2015


No i stało się. Zakochałam się w Davidzie. Chyba nie wspominałam: David to ten gościu, który powstrzymał mnie od popełnienia największego błędu życiowego jaki ktokolwiek i kiedykolwiek mógłby popełnić. Więc tak, wczoraj byliśmy na pierwszej oficjalnej randce. Było po prostu MEGA niesamowicie. Nigdy w życiu się tak nie czułam. To było coś na wzór Pięknej i Bestii. A, tak dla jasności, to nie ja byłam Piękną.


Las Vegas, 10.07.2015


Drogi pamiętniku, dlaczego zawsze coś musi się spieprzyć. Mój „nałóg” powrócił, ta cała chęć zabijania. Jak ja siebie za to nienawidzę. W tym oto momencie siedzę w moim kochanym samochodzie, z kawą z McDonald’s, a w bagażniku mam moją kolejną zabawkę. Jest to na oko dwudziesto-paro letnia dziewczyna, która wracała kompletnie pijana z dyskoteki akademickiej. Zaproponowałam, że ją podrzucę do domu, ale po co być miłym, skoro można kogoś udusić nitką dentystyczną? A właśnie teraz jadę do mojego chłopaka na wieczorek filmowy. Ciekawe połączenie. A czy martwe ciało nie zaczyna śmierdzieć po pewnym czasie?


South Cove, 12.07.2015


Co jest ze mną nie tak? Przed chwileczką, tak zwyczajnie, wywaliłam ciało (chyba Emily) do rzeki Colorado i sobie odjechałam. Siedzę w barze, spędzam czas na kolejnym kieliszku czystej. Moje życie staje się piękniejsze. Czuję, że odpływam. Wszystko staje się takie, jakbym patrzyła przez różowe okulary. Każdy człowiek, który siedział w tym oto barze miał albo podcięte żyły, albo siedział z nożem w sercu, a co najdziwniejsze, sam sobie łamał kości. Ja to jednak jestem zdrowo kopnięta. Co jakiś czas patrzę na telefon i widzę tysiąc nieodebranych wiadomości od Davida. Czemu nie mogę powiedzieć mu prawdy? I czy powinnam to zrobić?


Las Vegas. 10.11.2015


Te kilka miesięcy minęło bardzo spokojnie (jak na mnie), bez żadnych wtargnięć na cudze życie.

A co najlepsze, David i ja zamieszkaliśmy razem, ale jest taki mały problem, ponieważ mam bardzo dużo ciuchów, butów i w ogóle wszystkiego, a on wcale nie mniej ode mnie i nie możemy się zmieścić w szafach. Ale taki problem to nie problem. Tak z innej beczki, w ostatnim czasie prawie codziennie chodzę do sklepów z sukniami ślubnymi. Tak, tak, wiem, ślub szybko i tak dalej, ale my się naprawdę kochamy.


Las Vegas, 15.11.2015


Kilka dni poszukiwań, aż w końcu znalazłam swoją perełkę. Teraz tylko czekamy do grudnia na ceremonię ślubną. A czemu w grudniu? Bo w tym miesiącu występuje literka „r”, która przynosi szczęście w małżeństwie. Zostały już tylko ostatnie przygotowania. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Dzisiaj rano pierwszy raz czytałam gazetę bez obaw, że piszą o tajemniczym mordercy z LV. Mam wrażenie, że to, co najgorsze, minęło. Oby… Nie chcę stracić tego, co osiągnęłam do tej pory. Mam wielkie mieszkanie, którego nie powstydziłaby się Angelina Jolie. Jeżdżę Aston Martinem one-77, które jest marzeniem każdego miłośnika motoryzacji. Jestem założycielką największego domu biżuterii w Las Vegas, a co najważniejsze, mam najlepszego narzeczonego. Dostaję chyba najdroższe prezenty na świecie od ukochanego. W ostatnim tygodniu dostałam bon na cały dzień w SPA, o wartości 800$. Niejedna osoba tyle zarabia na miesiąc, a ja wydaję to, leżąc sobie w SPA cały boży dzień. I mało tego, jestem masowana na wszystkie możliwe sposoby. Byle do ślubu.


Las Vegas, 01.12.2015


Drogi pamiętniku, nadszedł ten wielki dzień. Dzisiaj wychodzę za mąż. Za około półtorej godziny mam paznokcie, a dwie godziny później makijaż. Musze wyglądać jak co najmniej milion dolarów. Żebym tylko nie zachciała włożyć makijażystce zalotki to oka. Taki żarcik-kosmonaucik!


Las Vegas, 02.12.2015


Wczorajszy dzień był najpiękniejszym dniem w moim życiu. Nareszcie jestem mężatką! Jutro wylatujemy na miesiąc miodowy do Francji, więc nie będę się tu spowiadać przez bardzo długi czas.


Paryż, 15.01.2016


Drogi pamiętniku dzisiaj wracamy do domu. Aż szkoda opuszczać to wspaniałe miejsce. Mój mąż od kilku dni zachowuje się dziwnie i mam wrażenie, że jest bardzo spięty w moim towarzystwie.

Czyżby trauma poślubna?


Las Vegas, 18.01.2016


David dopadł się do mojego pamiętnika. Jestem kompletnie załamana. Wczoraj wyprowadziłam się i zameldowałam w hotelu, żeby uniknąć niepotrzebnych pytań. Jeśli ktokolwiek dowie się o moim poprzednim życiu mordercy, zostanę skazana na dożywocie. Nie mogę do tego dopuścić! Dostałam wiadomość od Davida, żebyśmy się spotkali na pamiętnym moście, gdzie się poznaliśmy. Nie wiem, jak ja mu spojrzę w twarz. Mam nadzieję, że o tym wszystkim zapomnimy i wyrzucę ten cholerny pamiętnik do rzeki.


Las Vegas, 19.01.2016


A teraz coś z innej bajki. Dzisiaj dla państwa pisze DAVID! Moja wspaniała żona-psychopatka nie żyje. Wczoraj, kiedy spotkaliśmy się na moście, powiedziała, że to, co opisywała w tym pamiętniku to już przeszłość, a ja jej uwierzyłem. W tamtej chwili poczułem ostre narzędzie po lewej stronie pod żebrami — nóż. Moja kochająca żonka chciała mnie zabić, ale to ja wygrałem. W tamtej chwili zepchnąłem ją z mostu prosto do rzeki. Jest to mój list pożegnalny, bo lekarze twierdzą, że nie dożyję następnego dnia, dzięki głębokiej ranie, która nie chce z nimi współpracować. Tą oto wiadomością chcę wszystkim uświadomić, kim była moja druga połówka. Ona była potworem, który zabijał bez umiaru.


Mąż potwora, David

Przeczytałeś bezpłatne 25% książki. Kup ją, aby przeczytać do końca!

Kup książkę