E-book
16.38
drukowana A5
42.04
drukowana A5
Kolorowa
67.71
Tylko nie zakochaj się we mnie…

Bezpłatny fragment - Tylko nie zakochaj się we mnie…

Tańcząca z Narcyzami


4
Objętość:
183 str.
ISBN:
978-83-8189-213-1
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 42.04
drukowana A5
Kolorowa
za 67.71

Nie wracaj już nigdy. Chcę zapomnieć. Bardzo chcę.

Dawno temu się złamałam — pozwoliłam Ci wrócić.


Wówczas nie wiedziałam, że to był początek końca…


Game over, Misiu…


Forever and for always

(źr.: GP-G)

foto: archiwum prywatne autorki

19 sierpnia 2019

Napiszę tę książkę dla siebie, dla Ciebie, dla nas


Napiszę tę książkę o sobie, o Tobie, o nas


Napiszę w niej o tym, jak bardzo można kochać


Jak bardzo Ciebie kochałam


A także jak bardzo można się rozczarować


Jak można sprawić drugiemu ból i nic sobie z tego nie robić


Także o tym, że są ludzie, dla których serce to tylko kawał mięsa,

Ludzie, dla których miłość nie istnieje, ponieważ sami

jej nie dostali w rodzinie pochodzenia,


Ludzie, którzy wielką, prawdziwą i szczerą miłość,

ogromne oddanie potraktowali jak śmiecia, jak brudną ścierkę.


Właśnie zaczęłam składać tę historię w całość,

Ona zakończy ten etap mojego życia

„Tańcząca z Narcyzami czyli Życie z Psychopatycznym Narcyzem”


I napisałam…

Prolog

Tytuł mógłby sugerować, że będzie to rzecz o kwiatkach, ale rozczaruję Cię — tytułowy narcyz to postać z krwi i kości i bynajmniej nie ma w nim nic z niewątpliwej urody tego gatunku flory.

Narcyz to bestia, wilk w owczej skórze i w sumie o tym traktuje ta książka — jak wpadłam w sidła tego wilka, co to jest narcyzm, „czym to się je” i jak się go pozbyć, czyli jak wyrzygać tę truciznę, którą podawał mi przez ponad 30 lat.


Ogólnie — to opis mojego życia z narcyzem, a raczej z narcyzami, bo dopadło mnie ich dwoje. To takie płukanie żołądka z jadu i toksyn, które maleńkimi dawkami niepostrzeżenie wprowadzano do mojego organizmu wiele lat…

Muszę na początku powiedzieć, że wszystkie opisane przeze mnie zdarzenia miały miejsce naprawdę, jedynie użyte imiona nie mają odniesienia do rzeczywistości. Co nie oznacza, że wszystkie te lata spędzone z narcyzem, u boku narcyza były koszmarem. Każda osoba, która osobiście kiedykolwiek wdepnęła w taki związek wie, że były tygodnie i miesiące sielanki. Prawdziwej? No to już jest kwestia sporna. W każdym razie wtedy tak uważałam. I to była ta przynęta, na którą rybak złowił rybkę…

1. Początek podróży

Rozpoczynając pisanie bloga jako motyw wybrałam podróż samolotem i nie bez powodu — bo to miała być podróż przez życie razem, ręka w rękę, ramię w ramię. Podróż ta rozpoczęta tak pięknie skończyła się katastrofą w przestworzach…


Wylądowałam trochę poturbowana, ale cała.


Zaczynam od dnia naszego ślubu kościelnego, ten miesiąc wcześniej po ślubie cywilnym niczego jeszcze nie pokazał, jeszcze nie mieszkaliśmy razem, jeszcze nic, co by dało mi do myślenia nie wydarzyło się.

Twoje przedślubne obiecanki to były zwyczajne „cacanki” (choć czasem myślę, że może chciałeś je spełnić, ale cóż — gdybyś sam kierował swoim życiem mając 25 lat pewnie tak by się stało) — datę ważności miały tylko do dnia ślubu.

Wtedy to właśnie okazało się po raz pierwszy kim jesteś, ale nie wierzyłam w to co widziałam i słyszałam i tylko dlatego nie uciekłam. Siedziałam w taksówce jak zamurowana i nie mogłam wydusić z siebie ani słowa sprzeciwu… Chociaż nie! — wydusiłam nieśmiało, że zapłacimy sami za taxi, bo przecież mamy pieniądze. Ale mamusia nie pozwoliła, myślałam, że chce sama zapłacić… A co zrobiła? Nikt nie uwierzy w to, co teraz przeczyta, ale przysięgam, że tak było. Otóż mamusia nakazała synusiowi iść do mieszkania po pieniądze… Kurwa mać! I choć powstrzymywałam go ciągnąc za rękaw marynarki i sycząc znacząco, żeby tego nie robił, to poszedł — potulnie jak baran na rzeź, mając w dupie mnie — dopiero co poślubioną żonę. Żonę, która już od tego momentu nie liczyła się w jego życiu, tylko ona jeszcze tego nie wiedziała. Rozumiała tylko, że nie chcesz robić przedstawienia w taksówce… No, ale co robiła w taksówce z nowożeńcami mamusia Młodego? Nie wiem do dziś, jak ona to zrobiła, że w biegu wsiadła do naszej taksówki, która już ruszyła spod restauracji po przyjęciu weselnym… Bo chciała nas tylko odwieźć. Tak mi odpowiedziała, gdy zapytałam, dokąd jedzie… Nie — ona pilnowała… synka… A synek? Nagle stał się głuchy i ślepy…

A rano młoda żona zastała „teściową” grzebiącą po kieszeniach ślubnego garnituru swojego dopiero poślubionego księcia i liczącą pieniądze z prezentów ślubnych…

W ogóle nie rozumiała, czego ja od niej chcę, gdy ostro zainterweniowałam! No, cóż — uważała, że ma prawo — jej synek, jej garnitur, jej pieniądze… No, a na pewno nie moje :-)


Przez następne dwa tygodnie upewniałeś mnie, że nic się nie zdarzyło, albo w ogóle nie wracałeś do tego incydentu. Incydentu, który pokazał co mnie czeka. No, ale o tym miałam dopiero się przekonać później…


Jeszcze były względnie miłe 2 miesiące i potem było już tylko coraz gorzej i gorzej, dni, tygodnie i miesiące „dziegciu” przeplatane co jakiś czas łyżką „miodu”. A ja taka ślepa… gdzieś mi wcięło okulary czy co? Ja je po prostu celowo wpieprzyłam gdzieś głęboko, żeby nie widzieć, że zaczyna się powolne schodzenie do „lądowania”…


Szczytem podłości, perfidii i chorobliwej żądzy posiadania mojej teściowej (dziś to wiem) było kategoryczne żądanie zwrotu prezentu ślubnego — sporej kwoty pieniędzy, którą ofiarowała nam 2 miesiące wcześniej. Dlaczego to zrobiła? Bo od początku wiedziała, że tak zrobi, tak to sobie zaplanowała i nikt mnie już nie przekona, że było inaczej. „Utrata” takiej sumy po prostu nie wchodziła w rachubę, ale ludziom trzeba było pokazać, jaki ma gest, jaka jest dobra, hojna i wspaniałomyślna. Ja pierniczę — co za numer! Ale jaki był powód tego żądania? Teraz uwaga!!! — bo nie chciałam mówić do niej „mamusiu”! ! A czemu nie chciałam? Ponieważ nagle, dzień po naszym ślubie wpadło jej to do głowy (nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby N zwracał się tak do niej i on to przyznał), to był świetny pretekst, to była pierwsza potyczka, pierwszy strzał, ponieważ za wszelką cenę wymuszała to na mnie, nie proponowała, nie prosiła. Żądała. Bez prawa odmowy. Gdy wyraźnie się zbuntowałam — rozpoczęła wojnę i użalanie się na mnie do synka. Dziś już nie pamiętam jakimi słowami mnie opierdalała za to, ale wierzcie mi (lub nie) — była oazą spokoju, wyniosła, głowa zadarta do chmur, niewzruszona, ale z oczu strzelały pociski, a jej słowa bolały tak, że przeryczałam pół wieczoru po powrocie do domu. Jasne, że N próbował ją tłumaczyć, ale nie chciałam tego słuchać, bo widziałam, że było mu głupio, a nic nie umiał z tym zrobić… Albo nie chciał… A to był dopiero początek… Dopiero czekały mnie niespodzianki, coraz bardziej wymyślne, coraz lepiej opracowane, coraz perfidniejsze i bardziej wyrachowane… I nie widoczne dla obserwatorów spoza najbliższego kręgu. A tym, co coś kumali — mówiąc kolokwialnie — zawsze dało się wmówić, że zła żona, zła jej rodzina i w ogóle synuś wpieprzył się w jakieś okropne bagno, patologiczną rodzinę, z której Ona — Mamusia wyciągnie go najszybciej jak się da!!! K…! Ja p…! Dlaczego ja byłam tak głupia i nie mogłam się od tego uwolnić od razu? Bo istniało setki okoliczności i powodów: bo już zaczęło się „pranie mózgu”, bo kochałam mimo wszystko, bo w ciąży, bo za chwilę maleńkie dziecko, bo nie chciałam pokazać, że poniosłam porażkę, bo było mi wstyd, bo postanowiłam bronić za wszelką cenę swojej rodziny i małżeństwa.

Bo jeszcze nie wiedziałam, że u N to jest zaburzenie osobowości (a nie choroba), które samo nie przejdzie.

(Nie wiedziałam tego przez następne 30 lat…)


A mamusia dopiero nabierała rozpędu, dopiero się rozkręcała — „paliwa”, które zgromadziła do tego momentu wystarczyło jej na 5 kolejnych lat — do rozwodu (do rozwodu, który zaplanowała już w chwili, gdy się dowiedziała, że jej synek się żeni). Zgodziłam się na to pod presją, szantażem i totalnie zmanipulowana obiecankami, że tak będzie lepiej, bo jeśli mi nie odpowiada taki układ to… rozstaniemy się na dobre. Ja w to uwierzyłam! Naprawdę! Dałam z siebie wszystko, byle ratować i utrzymać rodzinę.

Następne „tankowania” odbywały się systematycznie co kilka, kilkanaście miesięcy.


Takie osobowości narcystyczne, toksyczne nie są pozbawione inteligencji — wykorzystują ją jednakże do własnych, absolutnie niecnych celów, aby zyskać to o co im chodzi, więc i w tym przypadku nie było inaczej — myślała, kombinowała i zawsze znalazła albo spreparowała fakt lub sytuację korzystną dla uzyskania swojego zamierzonego celu, czyli „uwolnienia” syna z niewoli…


Nie wiem do dziś co naprawdę kierowało Tobą, gdy poprosiłeś mnie o rękę i nie wiem nawet już, czy chcę to wiedzieć.

Od początku nie byłeś zainteresowany rodziną, którą założyłeś, dzieckiem, które spłodziłeś, żoną, którą poślubiłeś… (a może byłeś, ale „coś” lub ktoś stał Ci na przeszkodzie?)

Od tej jednej chwili w taksówce w nocy po weselu moje życie zaczęło chylić się ku upadkowi, tylko jeszcze o tym nie wiedziałam i żyłam w błogostanie ślubno-weselnym, z moim wymarzonym mężem przy boku, rozmyślając, jak to będzie pięknie…


I tak sobie myślę, czy nie powinnam zacząć od końca, od dnia dzisiejszego i przeplatać wspomnieniami?

Być może tak byłoby mi łatwiej przebrnąć przez to 32-letnie piekło stworzone mi i mojej córce (tak — mojej, bo Ty już nie masz nikogo, bo Ty się wyparłeś córki, która nie chciała i nie dała się zmanipulować i „wyprać sobie mózgu”) przez mistrzowski duet matka — syn. Piekło, w którym tkwiłam trochę też z własnego wyboru. Chociaż — czy aby na pewno? Czy gdybyś mnie uprzedził przed ślubem, że chcesz się ze mną ożenić, ale stworzysz mi piekło, pasmo udręki, stresów, strachu, szantażu, że wchodzi w grę wyłącznie wykonywanie irracjonalnych, absurdalnych poleceń i sposobu życia, to czy ja bym na to się zgodziła? Gwarantuję, że NIE!


Tak więc pierwsze kłamstwo i manipulacja padło jeszcze przed ślubem — oszukiwałeś mnie od pierwszej chwili…

Moja Nigdy Nie-Była Teściowo

czyli Jak matka potrafi zniszczyć miłość

Wiedziałaś, że to zrobisz, prawda? Wiedziałaś, że zniszczysz największą miłość? Jasne, że wiedziałaś, przecież sama to zaplanowałaś. Pod sztandarem troski o własnego syna niszczyłaś, to co być może dla niego było ważne. A na pewno dla mnie.

Permanentnie ingerowałaś w nasze życie upewniając się, żebyś to Ty była najważniejsza dla niego, obrażałaś się bez żadnego powodu, wciąż szukając jakiejkolwiek wymówki, żeby mnie zdyskredytować jako żonę, matkę, kobietę, człowieka.

Jesteś najlepszym wzorem matki, jaką nie powinno się być. Jesteś najlepszym przykładem chorej miłości do dziecka.


Dlaczego nie chciałaś być szczęśliwa ze szczęśliwym synem u boku?

Z jego fajną, mądrą i kulturalną żoną, z ich córką? Dlaczego wolałaś wszystkie swoje siły skierować na walkę i odebranie mi miłości i szczęśliwego życia?

Dlaczego unieszczęśliwiłaś tyle osób wokół siebie?


Jestem też matką i wiem, jak się kocha własne dziecko i wiem, jak się przeżywa, gdy ono „wyfruwa” z gniazda. Przeżyłam to bardzo, bo też mam jedynaczkę.

Jednak dając swojej córce prawo do samostanowienia, do życia na własny rachunek, do własnych wyborów — kocham ją najbardziej jak można. Te wybory nie zawsze są takie, jakich ja bym dokonała, ale to dorosła kobieta. Tak jak dorosły był Twój syn, gdy podejmował pierwszą najważniejszą w swoim życiu decyzję o założeniu rodziny.

Ty się na to nie godziłaś, za to milcząco planowałaś intrygi, które miały Ci „zwrócić” dziecko. Dziś na wspomnienie tamtych Twoich uśmieszków wzdrygam się z obrzydzeniem.


Od początku nie chciałaś mnie ani poznać, ani tym bardziej polubić, za wszelką cenę unikałaś nawiązania nawet powierzchownych relacji z dziewczyną, potem narzeczoną, a wkrótce żoną swojego syna. Dziś już pojęłam, dlaczego — łatwiej jest manipulować kimś niezwiązanym żadnymi więzami sympatii, życzliwości, zbudować dystans i z wielką determinacją podtrzymywać go.

Każde spotkanie z Tobą kosztowało mnie wiele nerwów, stresu, szczególnie, że bardzo szybko zaczęłaś przechodzić od planów do czynów. On wciąż mi wmawiał, że „matka taka jest, zasadnicza, wymagająca, niewzruszona w pewnych kwestiach, że rzadko okazuje swoje uczucia”. Nie okazywałaś ich, bo się po prostu bałaś, bo miałaś ich tak mało. Po każdym spotkaniu wylewałam wiadra łez, bo wbijane mi w białych rękawiczkach szpile robiły jedna po drugiej dziurę w moim sercu, a nikt tego nie widział…


Dziś już wiem, dlaczego…


Gdy on próbował (naprawdę kilka razy próbował) interweniować — Ty „strzelałaś” focha, wymachiwałaś histerycznie torebką, piskliwym, nerwowym głosem częstowałaś mnie inwektywami, ale bardzo zawoalowanymi, wbijałaś w niego i we mnie ostrza swojego wzroku — on przyzwyczajony był do tego, ale ja buntowałam się, nie zgadzając się, żeby ktoś mnie tak niesprawiedliwie traktował — wygadywałaś wtedy steki bzdur o braku szacunku, o mojej złej rodzinie, o moich zakusach na jego pieniądze (dobre sobie — nie miał żadnych pieniędzy poza comiesięczną pensją, a te, o których zawłaszczenie teściowa mnie podejrzewała stanowiły jej majątek) itp., a on wiedział już zapewne co będzie dalej, więc pokornie spuszczał głowę i wystawiał mnie na twój cel.


Nie sądzę, że tego chciał, po prostu wryłaś mu od dziecka w łeb miliony chorych teorii, zasad z piekła rodem i konsekwencji, jakie mu grożą, gdyby okazywał miłość żonie i córce, pilnowałaś bardzo skutecznie, aby ważniejsza była miłość do matki, dlatego wolał odpuścić, bo zdawał sobie sprawę, że bunt na nic się zda. On to wiedział, ale ja jeszcze długo żyłam w kompletnej nieświadomości, że już jest problem i tego, co mnie czeka z Twoich rąk. Tak — Twoich, bo syna wykorzystywałaś jako narzędzie i jemu przeznaczyłaś zadanie do wykonania — znienawidzić własną żonę i córkę, tak, żeby nie zagrażały twoim urojonym nieszczęściom po urojonej stracie syna… Żeby za wszelką cenę, bez względu na konsekwencje „odzyskać” syna…


Ile w tym było jego winy? No sporo, to prawda, ale czym żeś go tak zniewoliła, że nie odważył się już więcej postawić twoim chorym działaniom? Nie wiem.


Wiem natomiast, że nigdy nic mu nie „groziło” z mojej strony, ani mojej rodziny. Moja rodzina przyjęła N serdecznie, jak drugiego syna, Ty zaś nie mogąc mi okazać podobnych uczuć — musiałaś mnie zniszczyć. Taka jesteś. Taka byłaś, ale ja wciąż próbowałam nawiązać z Tobą najcieńszą chociaż nić porozumienia, nie rozumiałam za co mnie tak nienawidzisz i dyskredytujesz i postanowiłam, że nie będę się zmieniać dlatego, że Ty tego chcesz. Byłam za to srogo karana. Jednak Twój syn dokonał wyboru, a Ty go nie uszanowałaś i nie przyjęłaś do wiadomości.


Każda matka syna chce, aby jego żona była wyjątkowa, najlepsza, mądra, wykształcona, inteligentna. Każda, tylko nie Ty.

Ty nie chciałaś żadnej.


Twój syn nigdy nie cierpiał przeze mnie, a jeśli cierpiał to tylko wtedy, gdy Ty Go brałaś „w obroty”. Cierpieli wtedy wszyscy, bo trudno było dostrzec Twoje działania, niewidoczne, ale dokuczliwe, bez śladów fizycznych, ale pozostawiające rany na sercu i duszy. I jeszcze słowa raniące do szpiku kości, choć tak niewinne, że nikt, absolutnie nikt nie miał prawa niczego ci zarzucić… Mistrzostwo, nieprawdaż?


Wymyślałaś niezliczone ilości intryg, kłamstw, bzdur, aż udało się doprowadzić do celu, który obrałaś tuż po naszych zaręczynach (na które notabene ostentacyjnie nie przyszłaś razem z Nim, dziś już wiem, dlaczego) — do rozwodu. Omamiłaś syna, omamiłaś mnie posługując się nim jako narzędziem, aby dopiąć swego celu. Widzę Cię jak się skradasz na palcach, powoli, rozglądasz, czy ktoś widzi i uderzasz z zaskoczenia, walisz w plecy, żeby Cię nie było widać, bo zawsze brakowało Ci odwagi do prawdy.


A teraz powiem Ci czego nie powinnaś była robić, gdybyś — tak jak się zaklinałaś — kochała syna:


— nie knułabyś przeciw mnie

— nie szantażowałabyś syna, a za jego pośrednictwem mnie

— nie decydowałabyś, jak ma żyć i co jest dla niego dobre

— nie traktowałabyś mnie protekcjonalnie, z wrogością, z pogardą

— nie kazałabyś Mu wybierać między Tobą i mną

— cieszyłabyś się swoją wnuczką

— nie planowałabyś żadnej intrygi zmierzającej do rozwodu

— nie udawałabyś chorób, żeby tylko Jego do siebie ściągnąć

— nie umniejszałabyś moich zalet w Jego oczach, wymyślając nieistniejące wady, a istniejące wyolbrzymiając ponad miarę

— nie obrzucałabyś mojej rodziny epitetami wyssanymi z palca.


I powiem Ci co powinnaś robić, gdybyś kochała swojego syna naprawdę — tak jak ja kocham swoją córkę i co robię jako teściowa:


— puściłam swoje dziecko wolno (oczywiście łatwe to nie było, kosztowało mnie dużo pracy, żeby się uporać z syndromem „pustego gniazda”, ale to nie to samo Tobie dokuczało — Ty już dawno obmyśliłaś plan, według którego nigdy nie chciałaś „oddać” syna innej)

— nie żądałam na siłę jej zainteresowania i czasu

— dyskretnie i z boku stoję, zawsze gotowa do pomocy, o ile o nią poprosi

— potrafię zobaczyć zalety mojego zięcia, jak również w sposób kulturalny powiedzieć, co mi się nie podoba

— szanuję sposób ich życia i wychowania ich dzieci

— życzę mojej córce i jej mężowi jak najlepiej, życzę im szczęścia

— a gdy potrzeba jestem po to, aby jej wysłuchać, ale nigdy, przenigdy!! nie wykorzystywać tego co usłyszę przeciwko niej.

(na podst. „Moja Droga teściowo. O tym, jak matka potrafi zniszczyć miłość” — MamaDu.pl)

Jestem taka, jaką miałaś być Ty dla mnie — tak sobie wyobrażałam, ale nigdy nią nawet nie starałaś się być, bo nigdy być nie zamierzałaś, a wszystko co robiłaś było fałszywe, obłudne i perfidne — miało mnie otumanić, zmanipulować i zniszczyć.


Zniszczyłaś nasze małżeństwo, rodzinę, związek żądając siłą, abym stała się taka jak Ty, co było niemożliwe. Byłam zwyczajnie zbyt dobra, nieśmiała, empatyczna, aby zniwelować Twoje chore niszczycielskie zapędy. Zbyt mocno kochałam Twojego syna, żeby przeciwstawiać się Jego matce, żeby nie robić mu przykrości.

Nie opłaciło się…


Masz teraz Go pod swoim przemożnym wpływem, w sumie to jego życie leży wyłącznie w Twoich rękach i jeśli nawet spróbuje ułożyć sobie życie na nowo z inną kobietą — dopóki będziesz żyć, dopóty będziesz jątrzyć, knuć i intrygować, aby nie opuścił Cię dla innej. Bo jesteś stara, chora i takie tam kłamstwa i manipulacje, jak przez całe życie.

Chyba, że On na stare lata przejrzy na oczy…


Czy jesteś zadowolona z tego, że ułożyłaś Mu życie na wzór swojego do cna nieudanego?

Czy tego właśnie chce matka kochająca swojego jedynego syna?


Zgasiłaś ten płomień, który Twój syn rozpalił dla nas, a który ja przez tyle lat z uporem maniaka, wszelkimi siłami i środkami wciąż podtrzymywałam. To były wysiłki bezskuteczne, bo mając taką pseudo-teściową pod bokiem nigdy nie było możliwości zaspokojenia Twoich irracjonalnych żądań i oczekiwań. Tobie zawsze było źle i zawsze było mało. I wciągnęłaś do tej gry swojego syna…


Zamiast choćby maleńkiej namiastki życzliwości, może odrobiny przyjaźni, którą starałam się zdobyć całą sobą i swoją miłością do Twojego syna dałaś mi w prezencie nienawiść, wrogość i cały ocean przemocy psychicznej…


Problem w tym, że nie chcesz uwierzyć, że to Ty jesteś przyczyną, a skutki ponieśliśmy wszyscy troje: Ja — najgorsza synowa i On — Twój „ukochany” synek. A przede wszystkim nasza Córka.

Droga Nigdy Nie-Była Teściowo

chciałabym, żebyś przeczytała to co tutaj napiszę.


Chciałabym, żebyś zrozumiała co zrobiłaś, choć mam wielkie wątpliwości, że tak się stanie.

Myślę, że po raz kolejny z niesmakiem wyrazisz się o mnie, że znowu głosem pełnym nerwowości, złośliwości, ale i wewnętrznego strachu będziesz perorować o braku szacunku i że już nigdy więcej nie dasz się omotać moim niecnym występkom i znowu będziesz mnie ranić, tak żebym wreszcie osiadła na tyłku. Bo zawsze się bałaś, bo nie miałaś nic dobrego do zaoferowania nikomu, dlatego przez całe lata utrzymywałaś syna w irracjonalnym przekonaniu o moim paskudnym charakterze, o moich złych intencjach i będziesz nadal obarczać mnie odpowiedzialnością za całe zło. A że on tego słuchał i wierzył — to już inna historia.

A to zło było i jest w Tobie — ułożyło się tam, umościło sobie legowisko tak ciasno, że nie było opcji, aby Cię z niego wyciągnąć, żeby Ci wytłumaczyć, że robisz źle i co robisz źle. Bo Ty w swoim zamglonym świecie i w swoim przekonaniu zawsze byłaś NAJ — nieomylna, najmądrzejsza, najlepiej zorganizowana — nikt nigdy nie miał prawa Tobie dorównać, ani nawet zbliżyć się do tego ideału. Jednak ideałem nie byłaś — przeciwnie byłaś samotną, pozbawioną prawdziwych, dobrych uczuć, pełną lęków i obaw (najczęściej wyimaginowanych) kobietą, której życie ułożyło się z pewnością nie tak, jak sama chciała. Ale tak je poukładałaś, nie walczyłaś, nie zależało Ci — nie miałaś w sobie instynktu rodzinnego, macierzyńskiego, na jaki powinien był móc liczyć Twój syn.


Za to doskonale odgrywałaś role w życiu — komuś z boku patrzącemu na Twoje zagrania to było wszystko jedno, nie musiał się z Tobą widywać więcej niż sam chciał albo było konieczne. Może nawet nigdy nikomu z rodziny nie przyszło do głowy jaka byłaś i jaka jesteś naprawdę — po prostu potrafiłaś zagrać rolę odpowiednią do sytuacji.

Nigdy nie oceniałam Cię jako matki, ale z przykrością stwierdziłam, że to zadanie Ci nie wyszło najlepiej, bo chyba byłaś nieobecna na tej lekcji i nie dowiedziałaś się, że dzieci wychowuje się dla świata, a nie dla SIEBIE, że syn (tak jak córka) to też jest dziecko, a nie Twój mężczyzna w domu, że obarczanie chłopca takim ciężarem nie może mu wyjść na dobre w dorosłym życiu. Że po kilku pierwszych latach życia spędzonych w towarzystwie innym niż Twoje mogą wystąpić problemy wychowawcze, z którymi będziesz musiała się uporać. I owszem zrobiłaś to — ukształtowałaś syna na swój wzór i podobieństwo — niestety z całą gamą zachowań i zasad nie licujących z tymi powszechnie uznawanymi za właściwe. Do tego nauczyłaś go jak udawać kogoś kimś się nie jest. Udawałaś po to, żeby nie ukazać swojego prawdziwego oblicza — zimnej, bez uczuć, zazdrosnej, zawistnej, złośliwej, a nade wszystko despotycznej, zaborczej i do cna egoistycznej i toksycznej kobiety.

Nie twierdzę, że masz same negatywne cechy, ale wpoiłaś mu siłą cały ciąg zafałszowanych idei, zasad i zachowań, które swoje konsekwencje mają w jego dorosłym życiu. On nie widział innych zachowań, a jeśli nawet — to nie wolno mu było kierować się w ich stronę, bo jeśli czegokolwiek chciał dla siebie od Ciebie — musiał zasłużyć absolutnym posłuszeństwem i uległością, wiernopoddańczym, wręcz niewolniczym oddaniem. Musiał chcąc-nie chcąc przyjąć, że takie życie, jakie mu fundowałaś jest jedynie słuszne i nie ma od niego ucieczki.

Tylko po jaką cholerę ożenił się?

Może chciał uciec od Ciebie?


Trochę czasu spędziliśmy na rozmowach o takich sprawach i naszych doświadczeniach z dzieciństwa, więc nie konfabuluję, ale liczę się z tym, że nawet przed samą sobą nie przyznasz, że mam rację. Bo rację zawsze masz tylko Ty. I Twój syn, bo tak go nauczyłaś.

Do N 1

Nie ma już nic, cała moja energia została pochłonięta przez usilne dążenie do porozumienia z Tobą i Twoją mamą. Ale paradoksalnie dziś odzyskując spokój wewnętrzny, odzyskuję także energię życiową i zużywam ją na to, aby odnaleźć siebie!!! Wrzeszczę niemo w duchu, że to zwykłe draństwo, wręcz skurwysyństwo to, co mi zrobiłeś, że tak się nie traktuje bliskiego człowieka! Tylko wciąż zapominam o jednym — nigdy nie byłam dla Ciebie bliską osobą, nigdy nie byłam dla Ciebie kimś ważnym, a przynajmniej nigdy mi nie okazywałeś, ile dla Ciebie znaczę.

Dziś mnie po prostu sprzedałeś za „garść srebrników” na rzecz absolutnego posłuszeństwa, wręcz służalczości wobec własnej matki. Sprzedałeś mnie drogi Narcyzie, bo nie radziłeś sobie z sobą samym, a moją pomoc traktowałeś z wrogością, jakiej nigdy od nikogo nie doświadczyłam. Wolałeś zrezygnować z kogoś, kto stał przy Tobie bez względu na wszystko i tylko nie zgadzał się na cudzą ingerencję w nasze życie. Zrezygnowałeś ze mnie, z córki, z wnuków, bo tak widziałeś przez całe swoje życie w domu rodzinnym. Bo nie rozumiałeś, że pustka, która Cię otaczała od najmłodszych lat była zwykłą ucieczką przed nieradzeniem sobie z życiem. I Ty zostałeś tak samo zaprogramowany. Nie odczuwałam, że spotykam się z robotem, maszyny nie okazują uczuć, a Ty jednak potrafiłeś to robić. W odpowiednim momencie program został zmieniony — w dniu ślubu.

Dziś widzę wszystko wreszcie w jasnych barwach, dziś umiem nazwać to, co mnie dotknęło, w czym żyłam i z kim żyłam. Dziś mój świat pojaśniał i świeci blaskiem takim, jak wtedy, gdy poprosiłeś mnie o rękę… Tak jak wtedy podałam Ci tę rękę, tak dziś nie ma możliwości, aby znowu ją do Ciebie wyciągnąć. Zapracowałeś na to i naprawdę możesz myśleć co chcesz, możesz uważać, że to ja Ci zmarnowałam 30 lat życia, że to ja byłam niedobra, ale to wszystko jest nieprawdą. I dobrze o tym wiesz. Najważniejsze, że w końcu ja na nowo w to uwierzyłam.

Nie wrócą lata, które mi ukradłeś, lata, które poświęciłam na odzyskanie mojego męża, na dobre, godne, spokojne i szczęśliwe życie u boku człowieka, który wybrał mnie na swoją żonę, na dobre i na złe (banał, ale prawdziwy). Nie spełnią się obietnice, które mi składałeś. Nie wrócą lata, które mogły być najlepszymi w całym życiu.

Oszukałeś mnie i tego nie można ani zapomnieć, ani wybaczyć.


Wszedłeś w moje życie z uśmiechem, czułością, dobrymi intencjami, obietnicami (które spełniałeś przez krótką chwilę), a ja przyjęłam Cię z całym dobrodziejstwem inwentarza. Skąd miałam wiedzieć, że to było pożyczone? Za czas niedługi ta pożyczka musiała zostać zwrócona i piękny mustang został zastąpiony zwykłą chabetą…

Ot i co…

2. Co to jest?!

Czy mogłam wiedzieć, że wszystko czego doznawałam to działania przemocowe, psychopatyczne? Nie miałam bladego pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje! Owszem — despota, tyran — nie raz się z tym zetknęłam, nawet w swojej rodzinie. Ale — do jasnej cholery! — nie doznałam z tego powodu tak ogromnego bólu i krzywdy. Nie wyszłam tak pokiereszowana na duszy i sercu, jak z tego — pożal się Boże — małżeństwa/związku.

Na ogół nie sprzeciwiałam się teściowej (owszem, czasami to robiłam, bo naprawdę trudno było przyjąć i do wiadomości i stosowania jej nienormalne wręcz żądania, na zasadzie „nie do odrzucenia”, bo wówczas to ja byłam odrzucana), nie chciałam robić panu przykrości. Zwykle wszelkie rozmowy z nią okraszane były cynicznym uśmieszkiem, ale starałam się tego nie dostrzegać, udawać, że nie widzę, ale też często zwyczajnie nie widziałam. To był błąd, ale i tak gdy czasem nerwy napięte były już do granic możliwości i wypowiadałam swoje zdanie — wyciągała swój koronny argument o braku szacunku, który nijak się miał do rzeczywistości. Absurdalne, idiotyczne i bez sensu. A ja nie umiałam skutecznie się obronić, bo… byłam w tym sama.

Najgorsze było milczenie, niepewność, brak wsparcia. Mój narcyz nigdy nie stawał po mojej stronie, nie wspierał mnie, nie martwił się, gdy chorowałam — „ty ciągle jesteś chora!”. Nie mógł wpaść na myśl, że często uciekałam w chorobę, gdy nie radziłam sobie z tym, co mnie spotykało z jego strony. I wciąż tkwiłam w tym chorym układzie, wciąż miałam nadzieję, wciąż kochałam mimo wszystko, wciąż liczyłam, że to przejściowe problemy…

Udawałam przed całym światem, że raz jest lepiej, raz gorzej — jak to w życiu, a życie toczyło się, koła wprawdzie kwadratowe, ale starałam się. Niestety, inwencja twórcza starszego narcyza nie miała granic i powoli, systematycznie wyrywała mi kawałek po kawałku serce, duszę, ciało. Psychofag chwilami już przestawał się ukrywać, stawał się coraz bardziej dosadny w słowach, zachowaniach, w końcu zabrał manatki, bo mamusia po kolejnej spreparowanej aferze tak mu nakładła do głowy i wyprowadził się. Ale jak żyć bez energii, kiedy w pobliżu nie ma nikogo innego, kto by im tej energii dostarczył? Powoli z wesołej, uśmiechniętej, radosnej dziewczyny zaczęłam stawać się zamkniętą w sobie, emocjonalnie roztrzaskaną, smutną, trzęsącą się ze strachu przed humorami pana kobietą. Nie radziłam sobie z pracą, zawalałam czasem sprawy, zaczęły się coraz poważniejsze problemy ze zdrowiem, na które absolutnie wpływ miała sytuacja w domu. Kiedy więc narcyzowi zaczęło brakować „paliwa” — wracał, cały w skowronkach, uśmiechnięty, ba! nawet można powiedzieć życzliwy i kochający. Zaczynałam wirować na tej karuzeli, ale w chwilach tzw. „miodowego miesiąca” pojawiały się myśli, że skoro wracamy do siebie to znaczy, że jednak coś dla siebie znaczymy, że ja coś znaczę dla narcyza, że mnie kocha.

Coraz częściej miewałam myśli, że to nie jest tak jak być powinno, że musi się to zmienić, niestety narcyz dyktował warunki, na jakich był skłonny funkcjonować w tym związku, ja natomiast miałam się dostosować albo… rozstaniemy się. Przez jakiś czas przystawałam na jego warunki. Czułam, że ukrywanie faktycznej sytuacji jest dziecinadą, ale było mi wstyd, po prostu wstyd. Jeszcze nie dopuszczałam do siebie myśli, że jestem uzależniona, śmiałam się z takiego określenia, ale wszystko ma swój kres. Uzależnienie polegało na utracie kontroli nad swoim życiem, na tym, że nie potrafiłam zrezygnować z czegoś, co mi ewidentnie szkodziło, ale jednocześnie uważałam, że bez tego nie potrafię żyć — bez N. Gdyby ktoś zadał mi pytanie, dlaczego — odpowiedziałabym, że go kocham. Czy na pewno? Czy może jestem tak bardzo uzależniona, a może zwyczajnie nie chcę zostać sama i boję się samotności, tego, że nie będę miała z kim pójść na spacer, do kina itp.? Tak, pewnie tego się obawiałam i sądzę, że mój mózg został tak zaprogramowany, abym stała się jak zombie.

Jak każdy nałogowiec okłamywałam siebie i rzeczywistość. Przerażające było to, że doszłam do punktu, w którym nie potrafiłam już odróżnić prawdy od kłamstwa, każdą sprawę, każdą decyzję, którą chciałam podjąć najpierw konsultowałam z psychofagiem. Tego było już za dużo! Nadszedł moment, kiedy się ocknęłam.

Ktokolwiek powie, że na moim miejscu odszedłby natychmiast — nie ma pojęcia o czym mówi. Przez lata słyszałam, że bez N będę nikim, niczego nie osiągnę, nikt mnie już nie zechce, zostanę sama. A co osiągnęłam przy nim? Najwyższy stopień nerwicy, totalnego zidiocenia i zanik instynktu samozachowawczego. Moje myśli i każdy dzień absorbował sobą, nigdy nie było wiadomo, co mu strzeli do głowy. Może dzisiaj będzie cudownym, ciepłym, czułym mężczyzną? Kupi kwiatki? A jeśli nie? To cóż, zdarza się gorszy dzień i wtedy nie będzie miło. Masz być cicho, nie zawracać mu głowy, żadnych pytań, nażre się, porządzi telewizorem i tyle z niego masz.

Podejmowałam wcześniej próby odejścia, bardzo finezyjne, delikatne, nieśmiałe, ale narcyz chyba za każdym razem to wyczuwał i choć również on nie jeden raz stawiał sprawę „lepiej się rozstańmy” to dziś wiem, że to było kolejne rozdanie w tej jego grze. Miało mnie zmusić do poddania się, złamania mojego kręgosłupa moralnego i muszę przyznać, że udawało mu się to. Oczywiście godząc się łaskawie wrócić nadymał się jak paw, a ja tłumaczyłam się, obiecywałam, starałam się…

Mama kiedyś mi powiedziała, że pęknięty dzban zawsze będzie już przeciekał. Dzwoniło mi to w uszach przez wszystkie lata, ale usilnie te słowa zagłuszałam. Niestety miała rację. Na siłę utrzymywałam związek, bo wierzyłam, że uda się — dla córki, dla mnie, dla nas.

Na co, po co? Na nic, ale gdybym to wiedziała… pewnie nie pisałabym tej książki.

Oznaki rozpadu związku z psychofagiem odczuwalne były już od pewnego czasu, jednak absolutnie nie zamierzałam przyjąć tego do wiadomości. No jak to? Mnie się nie uda? Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych!!! Chciałam (niestety naiwnie) wierzyć, że wszystko się w końcu ułoży, ale się nie ułożyło — dziś wiem, że nie miało prawa. Ale jeszcze się jakoś trzymaliśmy razem-nie razem, na jego warunkach, a ja próbowałam się dostosować. Bez efektu.

We wrześniu 2017 r. po powrocie z ostatniego wspólnego urlopu, w sumie udanego z punktu widzenia mojego odpoczynku nad ciepłym morzem w ukochanej Grecji, ale patrząc na ten urlop jako wspólnie spędzany z N — to nie całkiem tak, jak być powinno i jak być miało — wściekła na N i jego zupełny brak zainteresowania zarówno mną, jak i wspólnym urlopem (bo w głowie wciąż miał jedno — pojechał tam, bo miał z kim, bo mógł narobić najlepszych zdjęć dla mamusi (sic!), zaimponować kumplom) — zaprzestałam z nim kontaktu — cel był taki, abym mogła wszystko sobie poukładać na spokojnie w głowie. Niestety, jeden sms od N sprawił, że wulkan wybuchł i wypluwał lawę w postaci SMS-ów przez 3 miesiące (no wiem, że to było nie rozsądne, wiem…). Wypluwałam z siebie całą gorycz, żal i myśli, które krążyły od dawna.

Moja Mama pewnego dnia żartem rzuciła zdanie: nie pisz SMS-ów, lepiej zacznij pisać blog. Powiedziała i tyle. Minęło kilka miesięcy i po kolejnej nieudanej próbie dotarcia do sumienia i serca „mojego” Narcyza, gdy już jasno dotarło do mnie, że mnie oszukuje, próbuje znowu „urobić” na swoje kopyto, i po prostu kpi w żywe oczy powzięłam myśl — napiszę tę książkę albo może najpierw zacznę pisać blog, po to, żeby „wylać” tam całą żółć, która mnie zalewała, cały żal i całą złość, rozgoryczenie i rozczarowanie.

Cały ten ból.

To było tylko takie puste gadanie, jednak ziarno zostało rzucone, choć jeszcze wówczas o tym nie wiedziałam, a także o tym, że kiedyś wykiełkuje.

No i wykiełkowało kolejnej jesieni…

3. Wiem, że muszę odejść — walka rozumu z sercem

Decydując się na napisanie książki o życiu w toksycznym, przemocowym związku i o swojej ucieczce z niego, o swojej drodze ku wolności, powrocie do siebie zastanawiałam się, jak to ubrać w słowa, jak się do tego zabrać, żeby ta historia mogła stać się dla innych kobiet pewnego rodzaju przestrogą i pomocą. Temat jest niesamowicie trudny, raczej spychany na margines problemów w związkach, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że stanowi poważny i nie łatwy do uchwycenia dramat dziejący się wyłącznie w czterech ścianach domu.

Życie w toksycznym związku, z mężem/partnerem z zaburzeniem narcystyczno-psychopatycznym trwało 32 lata. Tyle samo czasu trwała gehenna nazywana przeze mnie miłością. Postanowiłam przelać na papier własne doświadczenia, choć dopiero jestem na początku drogi do nowego życia.


Spisałam te emocje, ponieważ:


— Jako nie głupia, bystra, inteligentna i wykształcona dziewczyna dałam się złapać komuś, kto nie miał żadnych skrupułów w krzywdzeniu innych, karmił się tym, dodawał sobie ważności, wysysał z nas całą energię rozjeżdżając na miazgę jak czołg i miał z tego dużą przyjemność i zadowolenie

— byłam w toksycznym związku z narcystycznym, psychopatycznym facetem, który stosował wobec mnie i córki wszelkie możliwe formy i metody przemocy psychicznej i emocjonalnej. Nie sam — to była taka dwuosobowa sekta

— Wyjście z tego kręgu przemocy nie było możliwe, dopóki dosłownie nie stanęłam na krawędzi życia — krok do przodu byłby końcem, a ja chciałam żyć nadal i nic nie mogło tego zmienić, dlatego musiałam podjąć jedną, jedyną decyzję — Koniec. Basta. Odchodzę.


Poczucie beznadziei sytuacji, niemożności rozwiązania tego węzła gordyjskiego, jakim była sytuacja w rodzinie ogarniało mnie od pewnego czasu — całe swoje siły wykorzystywałam na znalezienie „złotego środka”, który by pomógł mi rozwiązać ten węzeł.

I wciąż błądziłam po omacku. Krąg zła i przemocy zacieśniał się, dusił mnie, a ja ciągnięta usilnie w dół przez narcyza, zachłannie łapałam każdy haust powietrza, byle tylko nie pójść na dno.

Najtrudniejsze na drodze do nowego życia było przyznanie i powiedzenie wreszcie samej sobie, że trzymam się tego toksycznego, psychopatycznego faceta i związku z nim bez sensu, bo przecież już od pewnego czasu żadnego związku nie ma. I tak naprawdę chyba nigdy nie było. Wstyd i uczucie życiowej porażki zalewało mi oczy i serce. Dzień w dzień przez kilka tygodni przeżywałam totalny mętlik w głowie. Musiałam jednak stanąć twarzą w twarz z tą „bestią”, bo jeśli chciałam żyć innego wyjścia nie było.


Chwila, w której jasno dotarło do mnie, co ten człowiek ze mną robi — była jak grom z jasnego nieba! Stałam jak wmurowana i zadawałam sobie pytanie: za co? dlaczego? I w końcu ruszyłam z miejsca, żeby znaleźć jak najwięcej informacji. Wtedy właśnie po niezliczonej ilości filmów, przeczytaniu ogromnej ilości specjalistycznych artykułów i książek dotarło do mnie, z kim związałam się 32 lata temu — niestety tylko na złe…

I to był punkt zwrotny w moim życiu. Gotowały się w środku emocje, nie wykrzyczane nigdy bulgotały jak lawa wulkanu i doszłam do przekonania, że muszę je gdzieś wylać.

4. Czerwone lampki

Od tej chwili mocnym światłem zaczęły świecić wszystkie tzw. „czerwone lampki”, które z zapałem godnym mistrza tłukłam przez wszystkie lata. Rzuciłam się w wir edukacji, aby poznać problem, z którym miałam do czynienia. Krok po kroku znajdowałam blogi, opowieści, filmy, które na początek powiedziały mi jedno — ten gość to toksyczny, psychopatyczny narcyz. Idąc dalej po nitce do kłębka z każdą przeczytaną stroną, każdym postem ułożyłam puzzle w całość. Włosy na całym ciele „stanęły mi dęba”, ale mimo to w tym momencie poczułam spokój, który już od dawna nie był mi dany — poznanie prawdy nie wycisnęło mi łez, bo po pierwsze leki zrobiły swoje, po drugie wylałam ich już całe oceany. Podjęłam decyzję „odchodzę” i jasno ją przekazałam narcyzowi (choć jestem pewna, że i to przypisze sobie — zawsze musi być tak jak on chce), a co on sobie pomyślał to mnie ganzegal.


Zaczęłam wracać do siebie, zaczęłam zauważać zmiany w swoim organizmie — problemy somatyczne powoli ustępowały lepszemu samopoczuciu i na początek uznałam, że to dobry znak.

Intelektualna niemoc, takie cofnięcie się w rozwoju, które zaczęłam zauważać u siebie już wcześniej powoli ustępowało, a po spotkaniu z pewnym człowiekiem spłynęła na mnie siła, dzięki której mogłam przeprowadzić w swoim życiu tę zmianę.

Niestety, po pierwszej chwili euforycznego spokoju ogarnęło mnie uczucie tzw. opadniętej szczęki i wybałuszonych gał — jak to możliwe, że mnie to spotkało, dlaczego mnie to spotkało, za co??? Co komu zrobiłam, że tak mnie życie nabiło w butelkę, zagrało na nosie? Na przemian targały mną skrajne emocje — ogarniał mnie spokój, a za chwilę zdruzgotana i przybita czytałam historie kobiet w różnym wieku i z bardzo różnym stażem „psychofażym”.

Chciałam wyrzucić z siebie tę wściekłość, nawrzeszczeć narcyzowi prosto w tę jego zawsze głupio uśmiechniętą gębę, żeby sobie ulżyć. Wciąż bez odpowiedzi pozostawało pytanie — dlaczego my? Mądre, dobre, empatyczne kobiety. Im dalej „w las”, tym bardziej do mnie docierało, dlaczego tak się stało, że wpadłyśmy w sieć szaleńców, drani, wampirów energetycznych, facetów bez żadnych skrupułów i zasad moralnych. Oczywiście poza tymi, które sami sobie wymyślali na bieżąco w zależności od aktualnie wytyczonego celu.

5. Kobieta, która kocha Za Bardzo

Gdy już przetrawiłam fakty, napisałam i sczytywałam kolejne części książki doznałam „olśnienia” — w Empiku na półce pod nazwą „Rozwój osobisty” wpadł mi w oczy tytuł „Kobiety, które kochają za bardzo”. To stało się inspiracją do napisania rozdziału na ten temat, bo dobrze jest wiedzieć, gdzie leży początek tego dramatu, a leży także w fakcie kochania za bardzo.

Kartka, długopis i powoli zaczął wyłaniać się obraz mnie samej — kobiety, która kochała za bardzo. Miłość nie oznaczała dla mnie cierpienia — o nie, nie! ale są takie dla których cierpienie oznacza, że kocha.


Dokładna analiza wielu lat i sytuacji z narcyzem powiedziała mi, że moje myśli i czyny od lat skoncentrowane były na nim i tylko na nim — kochałam za bardzo.


Wkurzało mnie jego zachowanie, pewne cechy charakteru, a mimo to wciąż wmawiałam sobie, że ja go zmienię — kochałam za bardzo.


Nieustannie tłumaczyłam trudnym dzieciństwem bez ojca jego zły humor, przykrości, które nam wyrządzał, złe zachowania, brak empatii i znieczulicę — kochałam za bardzo.


Narażając na szwank zdrowie swoje i córki, naszą równowagę emocjonalną i spokój trwałam w tym związku — kochałam za bardzo.


Dzięki wielu lekturom z zakresu psychologii, które powiększały moją biblioteczkę doszłam do wniosku, że u mnie (jak i u wielu osób dotkniętych tym problemem) początku należy szukać w dzieciństwie.

Kochałam za bardzo i to jest paradoks, bo chcąc zadowolić każdego, dając współczucie, empatię i zrozumienie kompletnie zgubiłam siebie, oślepłam i ogłuchłam na swoje własne potrzeby.

Kochałam obsesyjnie, za bardzo i wciąż się bałam — przede wszystkim porzucenia, samotności. Muszę jednak tu wytłumaczyć, że nie z tego powodu związałam się z tym człowiekiem — ja go naprawdę kochałam za to jaki był.

I to kochanie nie było jeszcze wtedy „za bardzo”. Było normalnie. Wzrost następował wraz z upływem lat i „praniem mózgu”, który mi fundował tytułowy Narcyz.


Pewnie jakieś rany z dzieciństwa popychają kobietę w związek z człowiekiem zaburzonym emocjonalnie, choć oczywiście przez długi czas tego nie widzą i nie wiedzą. Być może tak się właśnie stało ze mną — choć nie do końca jestem o tym przekonana.

Na przekór twierdzeniom autorki wspomnianej książki ja nie zamierzałam i nie przeniosłam wzorców z domu na swoją rodzinę.

Przeciwnie — myśląc o rodzinie, którą kiedyś założę miałam całkowicie jasny obraz życia, który diametralnie różnił się od tego, który miałam na co dzień. Żyjąc wśród nieustannych konfliktów między rodzicami, krzyków, pretensji, ataków złości i furii, doskonale wiedziałam, czego chcę w życiu, a czego absolutnie nie.

Dziś dokonałam odkrycia, że miałam pewien problem z wyrażaniem emocji, często wyrażałam je dość mocno, ale inaczej nie było można, gdy wciąż moja osobowość nie mogła się rozwijać, gdy wciąż stałam gdzieś na uboczu, gdy nie czułam i nie słyszałam pod swoim adresem słów akceptacji, podziwu czy zachęty do działania. Czasem przeciwnie — nie wyrażałam ich tak, jak chciałam — coś mnie blokowało. Może i czasem były, ale takie jakieś cichutkie, bez przekonania, tak na „odczep się” — przynajmniej takie odnosiłam wrażenie. Rób swoje, byle dobrze i tak jak życzy sobie rodzic. To co gdzieś podpatrzyłam u innych, czego w moim domu nie było i ośmielałam się powiedzieć — było kategorycznie usuwane z mojej głowy dość jasnym komunikatem „jak ci źle w domu, to idź tam, gdzie jest lepiej”. I co nastolatka może z tym zrobić? Nic. Faktycznie — w zasadzie niczego nam nie brakowało pod względem materialnym, nie było bogato, ale i biednie też nie mogę powiedzieć. Jednak, dlaczego czułam niedosyt, a wręcz brak? Czego brak? Brakowało mi dobrych słów, przytulania, szczerego zainteresowania tylko mną choć przez chwilę. Czy dlatego związałam się z N, bo u niego to wszystko znalazłam? Pewnie, że tak. Ale także dlatego, że widziałam w tym związku szansę na swój rozwój, na rozwijanie swoich pasji i zainteresowań, dając mu w zamian taką samą możliwość. Byłam dość oczytana, chętnie odwiedzałam kino, teatr.

Tylko to wszystko jakoś się powoli urywało, odkąd zaczęłam spotykać się z N. Czemu więc tak mnie opętało to uczucie? Czemu brakowało mi siły przebicia, aby wyciągnąć go do kina albo teatru częściej niż raz na kilka lat? Bo byłam już ZŁA dla niego — bo sprzeciwiałam się bezsensom, które mi wtłaczał do głowy, bo traciłam energię i czas na tłumaczenie, że to on postępuje niewłaściwie, bo walczyłam, walczyłam, walczyłam i gubiłam na tej drodze siebie. Bo wyrządzałam krzywdę córce tym, że wciąż gonię za utrzymaniem rodziny z tym kompletnie nie zainteresowanym nami mężczyzną? Bo kochałam? Dziś nie jestem już tego pewna, ale jeśli nawet to z pewnością ZA BARDZO. I niestety nie siebie.

Wcale nie uważałam, że muszę zasłużyć na miłość mojego męża, żeby nadal ze mną był. Przeciwnie — uważałam, że skoro kochał i wybrał mnie to znaczy, że byłam tą odpowiednią, jedyną i należy to uczucie podtrzymywać, pielęgnować.

A tu proszę! Okazało się, że byłam w wielkim błędzie. Błędem było także to, że wzięłam na swoje barki zbyt dużo, nie umiałam nikomu odmawiać, nie potrafiłam walczyć o swoje. A nawet gdy dochodziło do sytuacji, kiedy mówiłam głośno, że coś jest nie tak, że nie zgadzam się na jakieś absurdalne decyzje, wówczas jedno spojrzenie paraliżowało tak, że odechciewało mi się dalszych potyczek słownych.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 42.04
drukowana A5
Kolorowa
za 67.71