E-book
6.83
drukowana A5
35.99
Tron Naval

Bezpłatny fragment - Tron Naval


Objętość:
244 str.
ISBN:
978-83-8221-912-8
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 35.99

Tron Naval

Stella Blacksmith

Prolog

Zielarka przyglądała się uważnie stojącej przed nią młodej kobiecie w eleganckiej sukience. Po porodzie z pewnością nie uda jej się utrzymać szczupłej sylwetki, ale matki zdają się nie dbać o takie przyziemne sprawy. Jej twarz wyrażała determinację, lecz w oczach zauważyć można było także skrzętnie ukrywaną desperację.

— A zatem, oczekujesz ode mnie, że przywrócę ci płodność? — powiedziała spokojnie do przybyłej, dotykając żylastą, chudą dłonią jej miękkiego policzka.

— Próbowałam już chyba wszystkiego i na nic. Jest pani moją ostatnią nadzieją — jęknęła kobieta.

Zaśmiała się. Przecież każdy tak mówi. Ludzie od wielu lat przychodzą do niej z najróżniejszymi problemami. Niekiedy są to błahe sprawy, jak na przykład pozbycie się uporczywych kurzajek z dłoni, czy wyleczenie bolącego zęba. Inni jednak oczekują od niej znacznie więcej. Trucizny, lekarstwa na nieuleczalne choroby, eliksiry miłości i inne takie. Co ciekawe, tyle samo kobiet prosi ją o pozbawienie uciążliwej często płodności, co o jej cudowne przywrócenie. Wobec tych ostatnich czuła nawet coś na kształt współczucia. Sama zastanawiała się czasem jak to by było mieć dziecko. Mogłaby nauczyć je tylu rzeczy, dbać o nie, czuć się potrzebna, a przede wszystkim nie siedziałaby sama w tej chacie na pustkowiu. Gdyby nie ci bezradni ludzie, stale szturmujący jej dom, zanudziłaby się tu na śmierć.

— Myślę, że jestem w stanie ci skutecznie pomóc, ale niestety to będzie kosztowało, niemało — powiedziała z powagą.

— Zdaję sobie z tego sprawę, mam pieniądze i klejnoty.

Kobieta uśmiechnęła się szeroko i ochoczo wręczyła jej wypchaną sakiewkę. Zielarka powstrzymała się od wybuchu śmiechu. Ech, naiwnie myślą, że pieniądze są w stanie rozwiązać każdy problem.

— Dobrze, w takim razie zaraz przygotuję dla ciebie taki środek, który sprzedaję tylko w bardzo szczególnych przypadkach. Nie może go dostać byle kto, ale wierzę, że akurat ty będziesz wspaniałą matką. Roztaczasz taką wyjątkową aurę wokół siebie…

Uszczęśliwiona kobieta w przypływie radości rzuciła się jej na szyję. Zielarka odsunęła ją szybko i poprawiła płaszcz. Nie lubiła tego typu wylewności.

— Uprzedzam tylko, że nie jestem w stanie przewidzieć wszystkich możliwych skutków ubocznych. Zawsze istnieje cień ryzyka, że coś pójdzie nie tak.

Ostrzeżenie nie zrobiło wrażenia na przybyłej. Wciąż uśmiechała się do niej, jak do wybawicielki.

— Wreszcie nie będę wybrakowana — szepnęła cicho. — Będę miała dziecko…

Gdy godzinę później zielarka wręczała jej miksturę, ta szybkim ruchem zabrała ten cenny skarb, jak gdyby za chwilę oferta miała być już nieważna. Zielarka nie zamierzała jednak się wycofywać.

— Mówią, że nie igra się z naturą — powiedziała przekornie, ale kobieta zignorowała jej słowa i tanecznym krokiem skierowała się w stronę wyjścia.

Silny powiew wiatru zatrzasnął za nią drzwi.

Rozdział 1

Rosana skradała się za gęstymi drzewami, niemal bezszelestnie. Właściwie wcale nie musiała się ukrywać, bo miała dzień wolny od treningu, ale z przyzwyczajenia i tak ćwiczyła bezgłośne poruszanie się za każdym razem, kiedy tylko była w lesie. Treningi oczywiście nie należały do jej obowiązków, kilka lat temu sama je sobie wymyśliła, aby choć trochę odreagować tę wszechogarniającą zamkową nudę i zaczerpnąć świeżego powietrza. Wilgoć murów irytowała ją.

Wkrótce jednak usiadła na wysokim kamieniu, bo z bliżej nieokreślonego powodu nie miała dziś szczególnego zapału do ćwiczeń. Rzadko jej się to zdarzało. Nikt nie kręcił się w lesie, nie czuła żadnego dreszczyku emocji, a wszechobecna cisza wręcz ją usypiała. Gdyby jednak wiedziała, że coś, a właściwie ktoś umknął jej uwadze, nie mogłaby sobie tego wybaczyć. Znała tu praktycznie każde miejsce, każde drzewo, kamień i wszelkie zmiany zauważała od razu. Najwyraźniej nie dziś.

Siedział w ukryciu już od niemal trzech godzin i powoli wszystko zaczynało go boleć. Obawiał się, że za chwilę jego mięśnie kompletnie zesztywnieją. Musiał jednak przyjść wcześniej niż ona i naprawdę porządnie się schować. Gdyby zjawił się później, z pewnością narobiłby sporego hałasu i od razu by go zauważyła. Na szczęście odkrył w jakich godzinach dziewczyna przychodzi do lasu i mógł obmyślić oraz dopracować wszystkie szczegóły. Szkoda tylko, że musiał tak trwać w bezruchu przez kilka godzin, co było dość trudne, zwłaszcza zważywszy na jego posturę, którą zawdzięczał nie tylko genom, lecz przede wszystkim ciężkim treningom od dzieciństwa.

O księżniczce z Naval słyszał co nieco już wcześniej. Ludzie mówili, że to uparta panna, która za nic ma dworskie obyczaje, a w głowie jej tylko nieustanne zabawy i szwendanie się po lesie. Twierdzili też, że to całkiem cwana bestyjka i nikt nie jest w stanie tak łatwo jej przechytrzyć, choćby się starał. Pewnie ziarnko prawdy w tym było, ale bez przesady, w końcu to tylko księżniczka. Zresztą od kilku dni ją obserwował i zauważył, że choć jest zwinna, a także dość spostrzegawcza, popełnia błędy. Pomyślał, że jej wyprawy do lasu mogą się kiedyś źle skończyć, toteż postanowił, iż da jej małą nauczkę, którą zapamięta na dłużej. Może nawet kiedyś mu za nią podziękuje, gdy uświadomi sobie, jak bardzo się narażała.

Pewnie wiedziała, że w lesie jest dużo legowisk, opuszczonych przez dzikie zwierzęta, ale widocznie z czasem przestała na nie zwracać uwagę. Tymczasem udało mu się znaleźć dość dużą kryjówkę i rano, na kilka godzin przed przyjściem dziewczyny, odpowiednio ją przygotował. Schowana była całkiem nieźle, choć wymagała nieznacznego powiększenia, aby zdołać się w niej zmieścić.

Korzystnie dla niego złożyło się, że usiadła dosłownie jakiś metr od miejsca, w którym się ukrył. Nie chciał jednak działać zbyt pochopnie, bowiem doświadczenie nauczyło go, że to nie jest dobre rozwiązanie. Czekał zatem cierpliwie na odpowiedni moment. Gdy uznał, że jest bez reszty zajęta własnymi rozmyślaniami i niczego nie podejrzewa, ostrożnie wydostał się ze swojego schronienia…

Dziewczyna usłyszała nagle jakiś szelest, zdążyła nawet wstać i odwrócić się, lecz o jakiejkolwiek ucieczce nie było już mowy. Jednym ruchem unieruchomił jej ręce, a potem przewrócił na ziemię, tak, by nie zrobić jej krzywdy. Próbowała się wyrwać, jednak bez skutku. Doskonale znał wszystkie triki służące samoobronie, więc wiedział czego się spodziewać i jak reagować. Ta niewysoka i szczupła dziewczyna, nawet jeśli była szybka i zwinna, nie miała z nim najmniejszych szans. Zaczęła krzyczeć, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że raczej marna szansa, iż ktokolwiek ją usłyszy. Od zabudowań dzieliła ich spora odległość. Nie mógł powstrzymać śmiechu. Udało mu się. Przechytrzył tę słynną księżniczkę.

— Dobra, nie będę cię zbyt długo straszył. Nie wypada przecież dręczyć pięknych dam. To był tylko taki żart, nie musisz się bać — powiedział nagle i podniósł ją z ziemi.

— Odbiło ci?! Żart?! Kim ty w ogóle jesteś? — krzyknęła z wielkim oburzeniem, choć w jej głosie słychać było także ulgę.

— Słuchaj, to miała być dla ciebie nauczka. Włóczysz się sama po lesie, jak jakaś lekkomyślna wiejska dziewucha. Wiesz ile osób mogłoby chcieć porwać księżniczkę? A co, jeśli ktoś nie wiedziałby kim jesteś? Mogłoby być jeszcze gorzej. Aż trudno uwierzyć w taką głupotę.

— Nie jestem żadną księżniczką, nie nazywaj mnie tak! — krzyknęła wyraźnie zdenerwowana.

— Czyżby? — nie mógł powstrzymać śmiechu. — Zabawne. Nie jesteś czasem córką króla Naval?

Zaczęła otrzepywać ubranie z leśnej ściółki i udawała, że nie zwraca na niego uwagi. Przeczuwała, że ze strony tego chłopaka raczej nic jej nie grozi, ale wiedziała, iż teraz już musi zachować czujność. Lepiej późno niż wcale.

— Należą mi się chyba jakieś przeprosiny — zauważyła.

— Za co? Przecież wszystko już wytłumaczyłem — powiedział z pobłażliwym uśmiechem. — Włos ci z głowy nie spadł, ani korona — zaśmiał się.

— Jesteś obrzydliwie bezczelny. Skoro nie masz mi nic więcej do powiedzenia to pozwól, że nie będę dłużej marnowała swojego cennego czasu i pójdę już. Lepiej módl się żebym nie zgłosiła tej idiotycznej napaści, bo możesz za to gorzko zapłacić.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła żwawym krokiem w tym samym kierunku, z którego wcześniej przyszła. Nie minęło nawet pół minuty, kiedy usłyszała jakiś hałas. Spojrzała w stronę chłopaka. Jeszcze coś kombinuje? Mało mu?

Tego się nie spodziewała. Tuż za nim stał całkiem sporych rozmiarów niedźwiedź. W jego nieproporcjonalnie małych oczkach nie dostrzegła zbyt przyjaznych zamiarów. Chłopak odruchowo rzucił się do ucieczki. Wiedziała, że to błąd i co może za chwilę nastąpić. Instynkt nie zawsze jest dobrym doradcą.

— Stój! — krzyknęła, ale było już za późno. Niedźwiedź ruszył w jego kierunku.

Rosana zaczęła krzyczeć, wyjmując jednocześnie swój prowiant, który następnie rzuciła w stronę zwierzęcia. Na szczęście podziałało i przynajmniej na chwilę udało jej się odwrócić uwagę drapieżnika. Apetycznie pachnące zawiniątko najwyraźniej go zainteresowało.

— A teraz cicho i spokojnie się wycofuj, tylko pod żadnym pozorem się nie odwracaj — nakazała chłopakowi.

Kiedy odeszli już dość daleko, zapytała:

— Nigdy nie zdarzyło ci się spotkać niedźwiedzia? Aż niemożliwe. Ja już nawet nie liczę, ile razy trafiłam na tych przyjemniaczków.

— Jakoś tak wyszło, że jeszcze nie miałem takiej przyjemności. Właściwie u mnie w okolicy prawie ich nie uświadczysz. Przypuszczam, że tutaj musi być znacznie więcej misiów. Chyba, że akurat miałem pecha.

— I jedno i drugie. Wypadałoby jednak wiedzieć, jak się w takiej sytuacji zachować — powiedziała z wyrzutem. — A ty zacząłeś uciekać jak głupia baba. Gdybyś zachował spokój i po prostu zszedł mu z drogi, nic by ci nie zrobił. Jemu nie zależy na człowieku. Wiesz na jakie niebezpieczeństwo się naraziłeś taką niewiedzą? Jedynym wyjściem było już tylko rzucenie mu jedzenia, co też nie jest do końca właściwe, bo…

— Skończ już! — krzyknął. — Mądrala się znalazła i będzie mi prawić morały, bo akurat wiedziała jak się zachować.

Rosana uśmiechnęła się z niemałą satysfakcją. Po części celowo tak mówiła, żeby go trochę zdenerwować i odpłacić się za wcześniejszą napaść, ale poza tym uważała, że każdy powinien wiedzieć, co robić w takich sytuacjach. Niejednemu tego typu wiedza uratowała życie, jej brak zaś wpędził do grobu jeszcze więcej osób.

— Jeśli pójdziesz tą ścieżką prosto, za chwilę wyjdziesz z lasu. I bądź ostrożny, bo mogę nie zdążyć z pomocą — rzekła z przekąsem.

— Dzięki, ale tak się składa, że wiem gdzie jestem — powiedział od niechcenia. — Zresztą potrafię odnaleźć się w terenie i to doskonale. A ty co, idziesz w stronę swojego wspaniałego pałacu? Czyżbyś mnie okłamała i jednak była księżniczką?

Wytknęła złośliwie język, wyprostowała się i ruszyła przed siebie. Cieszył się, że chyba nie wiedziała, jak bardzo się wtedy przestraszył i że w rzeczywistości był jej niezmiernie wdzięczny. Jednocześnie czuł ogromny wstyd, gdyż taka słabość nie jest godna wojownika na jakiego go od najmłodszych lat szkolono. Gdyby ktoś z jego podwładnych albo kompanów przypadkiem się o tym dowiedział, to chyba zapadłby się pod ziemię.

— Co za dziwna dziewczyna — powiedział sam do siebie, patrząc na oddalającą się jasnowłosą postać.

Rozdział 2

Oda wiedziała, że nie jest pięknością. Jej ostre rysy twarzy, spiczasty podbródek i nos czasem trochę ją niepokoiły. Koleżanki śmiały się, że ciężko jej będzie zatrzymać przy sobie chłopa. Szkoda, iż nie dane jej było odziedziczyć urody po matce, która wprawdzie teraz wyglądała na zmęczoną ciężką pracą i licznymi porodami, ale w młodości była ponoć całkiem ładna. Potrafiła przyprawić o szybsze bicie serca niejednego osobnika płci przeciwnej. Poza tym tak wiele dziewcząt z sąsiednich gospodarstw miało takie piękne, delikatne buźki, podczas gdy ona, w swojej opinii wyglądała trochę jędzowato. Wiedziała jednak, że braki w urodzie rekompensuje śpiewem.

Kiedy w letnie popołudnia wskakiwała na stóg siana i zaczynała śpiewać, od razu zbierało się wokół niej grono rówieśników, a czasami również starsi przychodzili posłuchać. Klaskali, podskakiwali, tańczyli, a ona śpiewała jak zaczarowana. Wiatr plątał jej słomiane włosy, lniana sukienka, którą często wkładała, nieszczególnie osłaniała przed jego podmuchami i chłodem, ale dziewczyna czuła, że jest w swoim żywiole. Czego więcej można chcieć od życia w takich chwilach?

Dzisiejszy dzień z pozoru wydawał się taki, jak zawsze. Skończyła pomagać rodzicom na polu, opłukała się zimną wodą, niedbale zaplotła włosy w warkocz i pomimo zmęczenia kilkugodzinną pracą pobiegła na kolejny występ. Ku swojemu zdziwieniu śpiewało jej się nawet lepiej niż kiedykolwiek. Czuła, że dźwięki same ją niosą i może frunąć wraz z nimi nad ziemią. Słuchacze chyba też to czuli i cały czas tańczyli radośnie wokół niej. Tylko jeden, którego nigdy wcześniej nie widziała, stał nieco w oddali i przyglądał się dziewczynie z zachwytem w oczach. Ubrany był w schludną, brązową tunikę, zupełnie nieprzypominającą ubiór chłopców z wioski. W dodatku miał czyste, wręcz błyszczące buty, idealnie przycięty zarost, więc czego tu właściwie szukał, w samym środku wioski?

Godzinę później zaczął zapadać zmrok i powoli wszyscy zbierali się do domów. Oda też musiała już iść, zwierzęta czekały na jedzenie, a matka pewnie ma dla niej jeszcze mnóstwo innych zadań. Kiedy wszyscy się rozeszli, powolnym krokiem ruszyła do domu. Miała jednak wrażenie, że cały czas ktoś za nią podąża. W końcu nie wytrzymała i odwróciła się ostrożnie. To on. Tajemniczy młody mężczyzna, który słuchał jej śpiewu. Czego od niej chce?

Szybko odwróciła głowę i przyspieszyła, chcąc uniknąć kłopotów.

— Proszę nie uciekać. Chciałem tylko powiedzieć, że przepięknie śpiewasz pani — powiedział niskim, przyjemnym głosem, który sprawił, że aż przeszły ją dreszcze.

Zatrzymała się.

— Dziękuję — odpowiedziała nieco speszona.

— Jak ci na imię? — zapytał, patrząc jej w oczy.

Zauważyła, że przez jego policzek przebiega wyraźna długa blizna, nadająca jego twarzy surowości. Wyglądała na ślad po przebytej dawno walce.

— Oda — odparła i spuściła wzrok, po czym szybko dodała. — Przepraszam, ale bardzo się spieszę. Matka pewnie się już niepokoi, nigdy nie wracam aż tak późno.

Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale widział, że jest wystraszona i stwierdził, że będzie jeszcze ku temu okazja. Uśmiechnął się pod nosem i obiecał sobie, że jutro znów przyjdzie jej posłuchać, choćby nie wiem co. Nie słyszał jeszcze tak wyjątkowego głosu. Mocnego, a jednocześnie delikatnego. Niesamowite, że niektórzy mają taki wspaniały dar.


— … i pójdę za tobą tam, może nawet serce ci dam..

Znów rozległy się entuzjastyczne oklaski. Oda zwinnie zeskoczyła ze snopka i skierowała się w stronę wołających ją koleżanek. Niezmiernie cieszyły ją ich zadowolone uśmiechy, wyrażające uznanie. Wtem poczuła, że ktoś łapie ją za ramię. Znieruchomiała.

— Przepraszam, chciałem tylko ci to dać.

Poznała go. Znowu przyszedł. Na dodatek trzymał w ręku ogromny bukiet różnokolorowych polnych kwiatów. Przyjęła je z uśmiechem. Pachniały tak słodko… Jeszcze nigdy nie dostała kwiatów, a tym bardziej od mężczyzny. Owszem, czasem, gdy śpiewała, ktoś rzucił jej pojedynczego podwiędłego kwiatka, niekiedy jakiś chłopak z sąsiedniego gospodarstwa położył przed drzwiami zerwaną stokrotkę, ale takiego bukietu to jeszcze nikt jej nie podarował.

— Są takie piękne. — Uśmiechnęła się i przytuliła wiązankę z zachwytem. — Dziękuję.

— Jestem Morgan. Wczoraj nie zdążyłem się przedstawić, tak szybko uciekłaś.

— Musiałam. Nie wiedziałam, że przyszedłeś — powiedziała ze zdziwieniem.

— Ukryłem się nieco, bo to miała być taka niespodzianka, powiedzmy. — Uśmiechnął się szelmowsko i mrugnął do niej. — Może przejdziemy się nad staw? Mijałem go po drodze i jakże kusiło mnie żeby do niego podejść, ale pomyślałem, że najlepiej będzie jak wybiorę się tam z tobą

— Właściwie to nie powinnam… — zaczęła, lecz widząc jego grymas, szybko dodała — … ale myślę, że na krótki spacer mogę sobie raz pozwolić.

— Wspaniale, w takim razie ruszajmy — powiedział entuzjastycznie.

Przechadzka, która miała nie trwać zbyt długo, znacznie się przeciągnęła. Policzki Ody były zaróżowione niczym niebo od blasków zachodzącego słońca. Spodobał jej się ten mężczyzna. Zupełnie nie przypominał niedbale ubranych, w dodatku wiecznie nieumytych chłopaków, których widywała na co dzień i którymi, o dziwo, zachwycały się jej koleżanki. Morgan miał w sobie coś, co ją przyciągało, nie tylko urodę, ale przede wszystkim ten magiczny głos i sposób, w jaki na nią patrzył swymi nieziemsko błękitnymi oczami.

— Skąd właściwie jesteś? — zapytała. — Nie kojarzę cię.

— Jestem rycerzem, na służbie królewskiej, tutaj, w Naval. Już ładnych parę lat.

Nie wiedziała, co powiedzieć. Całkowicie zbiło ją z tropu to, co usłyszała. Owszem, od początku nie wyglądał na wieśniaka, ale z kolei nie spodziewała się, że jest aż tak wysoko urodzony. I dlaczego ktoś taki tu przychodzi i słucha jej występów?

Morgan zauważył przerażenie w jej oczach i uśmiechnął się przekornie.

— Czyżby ci to przeszkadzało?

— Nie, skądże. Po prostu nie rozumiem, czemu tracisz swój czas na pogawędki ze zwykłą wiejską dziewczyną — rzekła cicho. — To raczej tobie powinno przeszkadzać kim jestem.

— Ważne jest przede wszystkim to, jaka jesteś. A jesteś urocza, delikatna i masz ogromny talent, twój głos to istna perła — powiedział czule, z lubością ujmując jej dłoń. — Nawet nie wiesz jak bardzo irytują mnie te sztuczne uśmiechy dam, które każdego dnia mijam na zamkowych korytarzach.

Zarumieniła się lekko. Pierwszy raz w życiu mężczyzna zwrócił na nią uwagę. W dodatku rycerz… Nie miała pojęcia, co w niej widzi, ale wierzyła, że mówi szczerze. Czemu miałaby nie wierzyć?

Odprowadził ją do domu, nie pytając wcale, czy tego sobie życzy. Oczywiście i tak nie miałaby nic przeciwko. Wracali niespiesznym krokiem, nie chcąc by ten cudowny dzień skończył się zbyt szybko. Oda i tak miała wrażenie, że to tylko piękny sen, który już się nie powtórzy i z którego w końcu będzie trzeba się przebudzić. Kiedy na horyzoncie zobaczyła wreszcie swój dom, przestraszyła się. Matka może się złościć, nie powinna była…

— Rety, późno już! Czas tak szybko mija… Do zobaczenia i jeszcze raz dziękuję za kwiaty!

— Wygląda na to, że muszę przyzwyczaić się do tego, iż zawsze uciekasz tak nagle. Do zobaczenia.

Prędko pobiegła do niewielkiej drewnianej chaty, przykrytej słomianym dachem. Kiedy wpadła do izby, narobiła sporo hałasu, co natychmiast zaowocowało gniewnym spojrzeniem matki. Zganiła się w duchu za to, że aż tak sobie pofolgowała. We wszystkim powinno się zachować umiar, szczególnie, gdy jest się pod czujnym okiem surowej rodzicielki.

— Dziewczyno, gdzieś ty była? Ludzie już gadają, że zadajesz się z jakimś mężczyzną. Nie zamierzam potem niańczyć twojego dzieciaka i się za ciebie wstydzić. Chyba już najwyższy czas znaleźć ci właściwego chłopa. Za mąż wyjdziesz, to może zmądrzejesz.

— My tylko rozmawialiśmy. — Broniła się Oda. — Przecież to nic złego.

Żałowała, że nie ukryła bukietu, który już sam w sobie zdradzał matce zbyt wiele. Oda widziała, jak kobieta co chwilę na niego zerka i mruży oczy. Pewnie w jej głowie pojawiły się już najróżniejsze domysły odnośnie dzisiejszego wieczoru.

— Porozmawiać to ja mogę z twoim ojcem, niech zagada wreszcie do sąsiadów. Dawno miał to zrobić, wyprawę może i ubogą, ale masz. Na pewno zechce cię który z nich albo potrzebuje panny dla swojego syna. Za chwilę to już i twoja siostra osiągnie odpowiedni wiek, więc nie ma co zwlekać. Musisz wyjść za mąż pierwsza. A teraz do roboty! Nie wiem jak ty zdążysz z tym wszystkim, masz pracę na ładnych kilka godzin, ale cóż, nie mój problem.

W oczach Ody zalśniły łzy. Nic, tylko wciąż ta żmudna i ciężka robota. Na polu, w chacie, przy dzieciakach, zwierzętach. A za chwilę jeszcze będzie musiała gotować jakiemuś śmierdzącemu, obleśnemu chłopu, pewnie trzy razy starszemu od niej. Och, i rodzić mu dzieci, a potem stanie się zrzędliwa jak jej matka i będzie wyglądała na równie styraną. Dlaczego wszyscy żyją tu w ten sposób i uważają to za zupełnie normalne? Czemu bogaci mogą sobie ucztować do woli, tańczyć, bawić się, a na dodatek mieć służbę na każde skinienie, podczas gdy jej, dla odmiany, nie wolno praktycznie nic? Nie jest wcale gorsza od szlachetnych, wymuskanych dam, a najwyraźniej każą jej tak właśnie myśleć, czuć się kimś mniej ważnym. Tymczasem prawda jest taka, że gdyby miała puder i piękne suknie to też mogłaby być wytworną damulką.

Rozdział 3

— Proszę, proszę, zakupy chyba nie należą do obowiązków księżniczki, czy może się mylę?

Rose poczuła, że ktoś ją chwyta za ramię. Wzdrygnęła się. Jakoś po ostatnich wydarzeniach niespecjalnie lubiła, gdy ktoś pojawiał się znienacka i ją zaczepiał.

Odwróciła się ostrożnie i zobaczyła chłopaka od niedźwiedzia. Zmarszczyła brwi. Normalnie chyba ją prześladuje.

— A ty co tu robisz?

— Chciałem zobaczyć targ — zaśmiał się.

Rosana lubiła chodzić na targ, bowiem była to doskonała okazja żeby porozmawiać z innymi, usłyszeć trochę miejscowych ploteczek, pośmiać się, najeść. Oczywiście królowa wciąż powtarzała, że jej nie wypada, ale kto by się tym przejmował.

— Polecasz coś szczególnie? — Najwyraźniej nie zamierzał po prostu sobie pójść.

— Na straganie obok mają wyśmienite jabłka — odparła po namyśle, wskazując głową ogromne kosze z owocami.

Podeszli do nich, a Rose wyjęła z kieszeni lniany worek i zaczęła wrzucać do niego jabłka. Za każdym razem kupowała ich przynajmniej kilka i chyba nigdy się jej nie przejedzą.

Wrzucała je z takim zapałem, że nawet nie patrzyła, czy wszystkie trafiają do worka. Jedno z nich odbiło się od nogi chłopaka.

— Hej, hej, myślałem, że jesteśmy kwita — powiedział nieco drwiąco.

— Och przepraszam, nie zauważyłam — wymamrotała. — Chyba muszę już wracać. A, zapomniałabym, polecam też pomidory ze stoiska naprzeciwko.


— Rose, jak ty sobie to wszystko wyobrażasz?

Spodziewała się tego. Matka wezwała ją w trybie natychmiastowym, twierdząc, że muszą poważnie porozmawiać i dziewczyna od razu zgadła, co będzie tematem tej rozmowy. Minął tydzień od poprzedniej takiej pogadanki, którą jak zwykle zignorowała. Cóż innego mogła zresztą zrobić? Naprawdę nie podobało jej się dworskie życie i chciała uczyć się różnych rzeczy, a nie tylko kisić się za tymi ciemnymi murami. Rodzice początkowo przymykali oko na jej wybryki, licząc chyba, że z upływem lat wyrośnie z tego, ale od kilku miesięcy chyba przestało im się to podobać. Widocznie zaczęli się obawiać, że jednak nie wyrasta ze swoich upodobań z dzieciństwa.

— Przecież dawno ustaliłyśmy, że mogę mieć trochę wolności, więc o co teraz chodzi? — zapytała zaczepnie, udając, że nie rozumie. — Nie jestem więźniem.

— Nie zauważyłaś, że kompletnie pomyliłaś role? Jesteś księżniczką i pewnego dnia odziedziczysz tron ogromnego królestwa, więc nie możesz robić tego, co ci się tylko żywnie podoba. To chyba oczywiste. Lepiej więc nauczyć się tego teraz niż potem doznać szoku.

— Czy wy planujecie już umierać? — Rosana nie zamierzała dać za wygraną w tej rozmowie.

— Proszę cię, nie udawaj głupiej. Powinnaś mieć więcej obowiązków, odciążyć nas wreszcie, a przede wszystkim uczyć się funkcjonowania w tej niełatwej rzeczywistości. Jesteśmy odpowiedzialni za naszą ojczyznę, tak wiele zależy od naszych decyzji…

Królowa Emma starała się zachować spokój. Ta rozmowa dla obu stron nie była łatwa. Ona też kiedyś kochała przygody, a zamkowe życie kompletnie jej nie pociągało. Wcale nie chciała zachowywać się jak stara i zgorzkniała matrona, która tylko nakazuje córce uczyć się dworskich manier itp., ale nie miała wyjścia. Po prostu wiedziała, że Rose będzie musiała przyzwyczaić się do takiego życia, prędzej czy później. Ona też musiała. Rose nie będzie mogła wiecznie chodzić własnymi drogami i biegać po lesie. Właściwie już nie powinna. Pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się pogodzić.

— Nie masz rodzeństwa… — kontynuowała matka.

— To akurat nie jest moja wina! Mogliście o to zadbać — przerwała Rose, ale natychmiast uświadomiła sobie, że się zagalopowała. — Przepraszam mamo, po prostu nie odpowiada mi takie życie, przecież wiesz.

— W ogóle nie zważasz na słowa. Chyba musimy odłożyć tę rozmowę na inny dzień — westchnęła zrezygnowana. — Nie mam już sił. Pamiętaj tylko, że nie można uciec od tego, kim się jest. Prędzej czy później to zrozumiesz.

Rose, nieszczególnie zadowolona z przebiegu rozmowy, opuściła salę. Nie miała nawet ochoty zostawać na obiedzie i uśmiechać się do wszystkich. Czuła, że przez te zgrzyty coraz bardziej oddalają się od siebie z rodzicami i raczej nie zanosi się na to, żeby było lepiej.

Rozmyślania przerwał jej krzyk którejś ze służących:

— Łapcie ją! Złodziejka!

Po chwili ujrzała biegnącą na oślep dziewczynę. Nie zdążyła odskoczyć i nieznajoma wpadła na nią, w efekcie czego boleśnie zderzyły się głowami.

— Może byś trochę uważała? — warknęła Rose. — Kim ty w ogóle jesteś? Nie kojarzę cię.

— Przepraszam, przepraszam! Ja nic nie ukradłam! Przysięgam! Ja tu przyszłam dla niego… Zostawcie mnie, błagam, nic nie zrobiłam!

— Uspokój się, bo zupełnie nic nie rozumiem — powiedziała stanowczo księżniczka, po czym zwróciła się do zdezorientowanej służącej. — Proszę nas zostawić, ja się tym zajmę.

Kobieta próbowała protestować, ale widząc zaciśnięte usta Rosany, wzruszyła ramionami. Cóż, przynajmniej ma problem z głowy. Nie znosiła złodziejaszków, lecz nie miała sił się z nimi użerać. Zbyt często się to zdarzało. Kiedy odeszła, Rosana przyjrzała się uważnie nieznajomej. Prosta, wypłowiała sukienka, polny kwiat niedbale wpleciony we włosy i opalona twarz wskazywały na to, że dziewczyna przybyła raczej z wioski. Księżniczka zmarszczyła brwi. Skoro twierdzi, że nic nie ukradła, to po co niby tu przyszła?

— No, to skąd się wzięłaś i po co? — zapytała z przekąsem.

— Nie muszę kraść, może i jesteśmy biedni, ale mamy jeszcze co do garnka włożyć. Chciałam tylko go znaleźć. Przychodził codzienne, aż któregoś razu już nie… Następnego dnia również, i kolejnego, a ja czekałam… Czekam chyba od miesiąca. Muszę wiedzieć, czy nic mu się nie stało. Może walczył… — Dziewczyna nagle rozpłakała się.

— Stop, stop, stop! O kim w ogóle mowa?

— Nazywa się Morgan. On…

— A, chyba wiem o kogo ci chodzi — przerwała jej Rose. — To ten rycerzyk z blizną. Zbałamucił cię, co? Niestety u nas nie możesz liczyć na sprawiedliwość, pewnie nawet cię nie wysłuchają, a on wszystkiego się wyprze.

— Nic z tych rzeczy — zarumieniła się Oda. — Po prostu przychodził, mówił, że mnie kocha i obiecywał, że wkrótce zabierze mnie na zamek i ożeni się ze mną i…

— I będziecie żyli długo i szczęśliwie. Ty wierzysz w takie rzeczy? Nie jesteś już dzieckiem — prychnęła Rose. — Znaczy, nie zrozum mnie źle, nie chcę cię obrażać, ale takie małżeństwo jest raczej niemożliwe, bo mezaliansy są surowo zabronione przez królową — tłumaczyła.

— Nic mu się nie stało, prawda? — spytała ze łzami w oczach Oda. — Zabiłabym się chyba.

— Morganowi?! Rany, dziewczyno, przecież nic mu nie jest, co ci w ogóle przyszło do głowy…

— Chcę go zobaczyć jak najszybciej, proszę, zaprowadź mnie do niego — błagała.

— Ależ nie mogę, powinnaś już wracać do siebie i lepiej o nim zapomnij — powiedziała łagodnie Rose. — Mało to mężczyzn na tym świecie? — Wzruszyła ramionami.

— Ale ja nie chcę tam wracać! — zaprotestowała żywo. — Nie rozumiesz, oni mi każą poślubić jakiegoś starego dziada, najlepiej wdowca z gromadką dzieci. Błagam… Pozwól mi tu zostać. Mogę sprzątać albo gotować, cokolwiek… Nie boję się pracy. To dla mnie jedyna szansa.

Rosana spojrzała na zapłakaną dziewczynę i delikatnie pogłaskała ją po głowie. Zrobiło jej się żal Ody. Naiwna, nie zdaje sobie sprawy z tego, jacy potrafią być ludzie. Poza tym szkoda jej, Rose nieraz kręciła się koło wioski i wiedziała, jak wygląda tam życie. Szczególnie kobiety nie mają lekko. Może rzeczywiście mogłaby jakoś jej pomóc. Powie rodzicom, że to biedna sierotka bez dachu nad głową i trzeba ją przygarnąć. Czasem brali takie osoby na służbę.

— Hmm… Może będziesz mogła tu zostać przez jakiś czas, jeśli uda mi się przekonać królową. Ale co z twoją rodziną, nie będą cię szukać?

Oda krzyknęła z radości i rzuciła się jej na szyję.

— Dziękuję, dziękuję! Och, oni mają dosyć córek, pomyślą, że uciekłam z chłopem i jakoś się z tym pogodzą.

Rosana obawiała się, że z tego wszystkiego wyjdą jeszcze jakieś kłopoty. Póki co jednak nie miała innego pomysłu na rozwiązanie sytuacji, a nie byłaby w stanie siłą wyrzucić dziewczyny z zamku. Kto wie, jak by się to skończyło. Trudno, najwyżej coś się wymyśli, jeśli zajdzie taka potrzeba.


Rosana mogła się domyślać, że nie będzie lekko.

Zaprowadziła Odę do schludnego pokoiku, który przylegał do jej komnaty. Urządzony był co prawda znacznie skromniej niż jej, ale przypuszczała, że i tak wyglądał z tysiąc razy lepiej niż wnętrza chat, do których przywykła Oda. Tymczasem dziewczyna jak urzeczona wpatrywała się w atłasowe zasłony i całkiem spore łóżko, przykryte haftowanym pledem. Pokój położony był od najdłużej nasłonecznione strony, nie przypominał więc mrocznych i chłodnych zamkowych pomieszczeń, znanych z opowieści. Oda rzuciła się z radością na łóżko, nie zważając na brudne buty.

— Boże, opanuj się trochę! — krzyknęła przerażona Rose, widząc przyklejone do podeszw jej podniszczonych trzewików błoto. — Musimy jeszcze porozmawiać z moją matką, a to nie będzie takie proste, ona ma swoje zasady. Może uczeszesz mnie jakoś ładnie? Zapunktujesz u niej, ona lubi wyszukane fryzury — zaproponowała.

— Oczywiście, zobaczysz, będziesz zachwycona — zapewniła Oda.

Niestety, Rose nie była ani trochę zachwycona. Oda nie dość, że wyrwała jej chyba z połowę włosów, to jeszcze efekt końcowy pozostawiał bardzo wiele do życzenia. Dziewczyna zrobiła zwykły warkocz, podobny do tego, jaki sama miała, a na dodatek nieumiejętnie. Wiele kosmyków sterczało sobie swobodnie z różnych stron, a pasma były rozdzielone kompletnie niesymetrycznie.

— I jak? — zapytała z zadowoleniem Oda.

— Hmmm, chyba musimy znaleźć woje inne mocne strony. Cóż, nie każdy jest mistrzem fryzjerstwa.

— Mogę spróbować jeszcze raz — zaoferowała się.

— Nie, nie. Nie mamy czasu — odparła pospiesznie księżniczka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 35.99