E-book
2.72
drukowana A5
25.19
Teresa Raquin

Bezpłatny fragment - Teresa Raquin


Objętość:
175 str.
ISBN:
978-83-8245-428-4
E-book
za 2.72
drukowana A5
za 25.19

Rozdział I

Na końcu Rue Guenegaud, wychodzącej z nabrzeży, znajduje się Arcade of the Pont Neuf, rodzaj wąskiego, ciemnego korytarza biegnącego od Rue Mazarine do Rue de Seine. Ten pasaż ma najwyżej trzydzieści kroków długości i dwa wszerz. Jest wyłożona wytartymi, luźnymi, żółtawymi płytkami, które nigdy nie są wolne od gryzącej wilgoci. Kwadratowe szyby tworzące dach są czarne od brudu. W pogodne letnie dni, kiedy ulice płoną intensywnym słońcem, z brudnej szyby pada białawe światło, by żałośnie wlec się przez pasaż. W paskudne zimowe dni, w mgliste poranki, szkło rzuca na lepkie kafelki tylko ciemność — nieczysty i ohydny mrok. Po lewej stronie są ciemne, niskie, przysadziste sklepy, z których wydobywa się powietrze tak zimne, jak z piwnicy. Oto sprzedawcy zabawek, pudeł kartonowych, książek z drugiej ręki. Przedmioty eksponowane w ich oknach są zakurzone, a ze względu na panującą ciemność można je dostrzec tylko niewyraźnie. Witryny sklepowe, uformowane z małych tafli szkła, odznaczają się charakterystycznym zielonkawym refleksem. Dalej, za wystawą w oknach, mroczne wnętrza przypominają kilka ponurych wnęk ożywionych fantastycznymi formami. Po prawej stronie na całej długości arkady rozciąga się ściana, o którą stoją sklepikarze naprzeciwko niewielkich kredensów. Przedmioty bez nazwy, towary zapomniane przez dwadzieścia lat, leżą tam na cienkich półkach pomalowanych na okropny brązowy kolor. Sprzedawca sztucznej biżuterii założył sklep w jednej z tych szafek i sprzedaje tam piętnaście pierścieni sous, delikatnie umieszczonych na poduszce z niebieskiego aksamitu na dnie mahoniowego pudełka. Nad przeszklonymi szafkami wznosi się grubo otynkowana czarna ściana, wyglądająca jakby była pokryta trądem i cała pokryta szwami. Arkada Pont Neuf to nie miejsce na spacer. Robisz to na skróty, żeby zyskać kilka minut. Przemierzają ją zapracowani ludzie, których jedynym celem jest szybka i prosta jazda przed nimi. Widzisz tam praktykantów w roboczych fartuchach, pracownice zabierające do domu pracę, osoby obojga płci z paczkami pod pachą. Są też starzy mężczyźni, którzy ciągną się naprzód w smutnym mroku, który spada z przeszklonego dachu, i grupy małych dzieci, które przychodzą do arkady po opuszczeniu szkoły, aby hałasować, tupiąc nogami po kafelkach, gdy biegną. Przez cały dzień ostry, pośpieszny dzwonek kroków rozbrzmiewa na kamieniu z irytującą nieregularnością. Nikt się nie odzywa, nikt tam nie zostaje, wszyscy spieszą się do swoich spraw z pochylonymi głowami, wychodząc szybko, nie zerkając na sklepy. W kupcy obserwować z powietrza alarmu, przechodniów którzy cudem przystanku przed ich oknami. Arkadę oświetlają w nocy trzy palniki gazowe, otoczone ciężkimi kwadratowymi latarniami. Te strumienie gazu, zwisające z przeszklonego dachu, z których rzucały plamy jasnobrązowego światła, rzucały wokół nich kręgi bladego blasku, które wydają się chwilami znikać. Salon gier nabiera teraz wyglądu zwykłej alei podarunkowej. Wzdłuż płytek rozciągają się wielkie cienie, z ulicy wpadają wilgotne podmuchy powietrza. Każdy mógł zająć miejsce na podziemną galerię oświetloną niewyraźnie trzema lampami pogrzebowymi. Sprzedawcy światła są zadowoleni ze słabych promieni, które palniki gazowe rzucają na okna. W swoich sklepach mają po prostu lampę z kloszem, którą stawiają na rogu kontuaru, a przechodzień może wtedy rozróżnić, co zawierają głębie tych otworów, które chronią noc w dzień. Na tej czarnawej linii frontów sklepowych płoną okna wytwórcy kartonów: dwie lampy łupkowe przebijają cień kilkoma żółtymi płomieniami. A po drugiej stronie arkady świeca wbita w środek szklanej lampy w kolorze argandu rzuca błyszczące gwiazdki do pudełka z imitacją biżuterii. Handlarz drzemie w swojej szafce, z rękami schowanymi pod szalem. Kilka lat temu naprzeciw tego handlarza stał sklep, którego butelkowozielona stolarka wysysała wilgoć przez wszystkie pęknięcia. Na szyld, zrobionym z długiej wąskiej deski, widniał czarny napis: MERCERY. A na jednej z szyb w drzwiach wypisane było na czerwono imię kobiety: Teresa Raquin. Po prawej i lewej stronie były głębokie gabloty wyłożone niebieskim papierem. W ciągu dnia oko mogło jedynie rozróżnić prezentację towarów w miękkim, zaciemnionym świetle. Po jednej stronie było kilka lnianych artykułów: tiulowe czapki z karbowanego tiulu po dwa i trzy franki za sztukę, muślinowe rękawy i kołnierze: potem podkoszulki, pończochy, skarpetki, szelki. Każdy przedmiot pożółkł, pogiął się i wisiał żałośnie zawieszony na drucianym haczyku. Okno, od góry do dołu, było wypełnione w ten sposób białawymi kawałkami ubrania, które w przezroczystym mroku przybrały ponury wygląd. Nowe czapki o jaśniejszej bieli tworzyły puste miejsca na niebieskim papierze pokrywającym półki. A kolorowe skarpetki wiszące na żelaznym pręcie przyczyniły się do posępnego nuty sinego i niewyraźnego zacierania muślinu. Po drugiej stronie, w węższej gablocie, piętrzyły się duże kule zielonej wełny, białe karty z czarnymi guzikami, pudełka wszystkich kolorów i rozmiarów, siatki na włosy ozdobione stalowymi koralikami, rozłożone na rundach niebieskawego papieru, fasony dziewiarskie. igły, wzory gobelinów, szpule wstążki, a także stos zabrudzonych i wyblakłych przedmiotów, które niewątpliwie leżały w tym samym miejscu od pięciu lub sześciu lat. Wszystkie odcienie w tej szafce stały się brudno-szare, gnijące od kurzu i wilgoci. Latem, około południa, kiedy płowym blaskiem słońce paliło place i ulice, można było dostrzec za czapeczkami w drugim oknie blady, poważny profil młodej kobiety. Ten profil wydobywał się niejasno z ciemności panującej w sklepie. Do niskiego, spieczonego czoła przyczepiony był długi, wąski, spiczasty nos; bladoróżowe usta przypominały dwie cienkie nitki, a krótki, nerwowy podbródek był przymocowany do szyi elastyczną i grubą linią. Ciała zagubionego w cieniu nie było widać. Sam profil ukazał się w swojej oliwkowej bieli, przedziurawionej przez duże, szeroko otwarte, czarne oko i jakby zgniecione pod grubymi, ciemnymi włosami. Ten profil pozostawał tam przez wiele godzin, nieruchomy i spokojny, między kilkoma czapkami dla kobiet, na których wilgotne żelazne pręty odcisnęły pasma rdzy. W nocy, gdy zapalono lampę, można było zajrzeć do sklepu, który był dłuższy niż głęboki. Na jednym końcu stał mały kontuar; z drugiej korkociągowe schody zapewniały komunikację z pomieszczeniami na pierwszym piętrze. Pod ścianami stały gabloty, szafki, rzędy zielonych pudeł kartonowych. Całość dopełniały cztery krzesła i stół. Sklep wyglądał na nagi i lodowaty; towary były pakowane w paczki i układane w rogach, zamiast leżeć tu i tam w radosnym pokazie kolorów. Z reguły za ladą siedziały dwie kobiety: młoda kobieta o grobowym profilu i starsza pani, która siedziała drzemiąc z uśmiechem na twarzy. Ten ostatni miał około sześćdziesiątki; a jej tłusta, spokojna twarz wydawała się blada w blasku lampy. Wielki pręgowany kot, kucający w rogu kontuaru, obserwował ją, gdy spała. Niżej, na krześle, trzydziestoletni mężczyzna czytał lub rozmawiał przytłumionym głosem z młodą kobietą. Był niski, delikatny i ospały. Z jasnymi włosami pozbawionymi blasku, rzadką brodą, twarzą pokrytą czerwonymi plamami, przypominał chorowite, zepsute dziecko, które osiągnęło wiek męski. Tuż przed dziesiątą obudziła się starsza pani. Sklep został wtedy zamknięty, a cała rodzina poszła na górę spać. Mrucząc pręgowany kot podążył za przyjęciem, mrucząc i pocierając głowę o każdy pręt poręczy. Powyższa kwatera obejmowała trzy apartamenty. Klatka schodowa prowadziła do jadalni pełniącej również funkcję salonu. W niszy po lewej stronie stał porcelanowy piec; naprzeciwko kredens; następnie wzdłuż ścian ustawiono krzesła, a pośrodku znajdował się okrągły stół. Na dalszym końcu przeszklona przegroda skrywała ciemną kuchnię. Po każdej stronie jadalni znajdowało się mieszkanie sypialne. Starsza pani po pocałowaniu syna i synowej wycofała się. Kot zasnął na krześle w kuchni. Małżeństwo weszło do swojego pokoju, którego drugie drzwi otwierały się na klatce schodowej, która łączyła się z arkadą przez niejasne wąskie przejście. Mąż, który zawsze drżał z gorączki, położył się do łóżka, podczas gdy młoda kobieta otworzyła okno, żeby zasunąć rolety. Pozostała tam kilka minut twarzą do wielkiej czarnej ściany, która wznosi się i rozciąga ponad arkadą. Rzuciła niejasne, wędrowne spojrzenie na tę ścianę i bez słowa położyła się do łóżka z pogardliwą obojętnością.

Rozdział II

Madame Raquin była wcześniej kupcem w Vernon. Przez blisko pięć i dwadzieścia lat prowadziła w tym mieście mały sklep. Kilka lat po śmierci męża, ulegając atakom omdlenia, sprzedała swój biznes. Jej oszczędności, dodane do ceny tej sprzedaży, umieściły w jej ręce kapitał w wysokości 40 000 franków, który zainwestowała w taki sposób, by przynosić jej dochód w wysokości 2 000 franków rocznie. Ta suma wystarczała na jej potrzeby. Prowadziła życie pustelnika. Ignorując przejmujące radości i troski tego świata, zaaranżowała sobie spokojne życie w pokoju i szczęściu. Przy rocznym wynajmie 400 franków wynajmowała mały domek z ogrodem schodzącym na skraj Sekwany. Ta zamknięta, cicha rezydencja niejasno przypominała klasztor. Stał pośrodku dużych pól i prowadził do niego wąska ścieżka. Okna mieszkania otwierały się na rzekę i pojedyncze pagórki na przeciwległym brzegu. Dobra dama, która minęła pół wieku, zamknęła się na tym samotnym odosobnieniu, gdzie wraz ze swoim synem Camille i siostrzenicą Teresą uczestniczyła w pogodnej radości. Chociaż Camille miała wtedy dwadzieścia lat, jego matka nadal rozpieszczała go jak małe dziecko. Uwielbiała go, ponieważ chroniła go przed śmiercią przez całe żmudne dzieciństwo ciągłego cierpienia. Chłopiec zapadał na każdą gorączkę, każdą możliwą do wyobrażenia chorobę, jedną po drugiej. Madame Raquin przez piętnaście lat walczyła z tym strasznym złem, które pojawiło się w krótkich odstępach czasu, aby oderwać od niej jej syna. Pokonała ich wszystkich cierpliwością, troską i uwielbieniem. Dorastając, uratowana przed śmiercią Camille przeszedł dreszcz po torturach spowodowanych powtarzającymi się wstrząsami, które przeszedł. Zatrzymany w swoim rozwoju pozostał niski i delikatny. Jego długie, cienkie kończyny poruszały się powoli i ze znużeniem. Ale jego matka kochała go tym bardziej z powodu tej słabości, która wygięła mu plecy. Obserwowała jego szczupłą, bladą twarz z triumfalną czułością, kiedy pomyślała o tym, jak przywróciła go do życia ponad dziesięć razy. Podczas krótkich przerw, na które pozwalały mu cierpienia, dziecko uczęszczało do szkoły handlowej w Vernon. Tam nauczył się ortografii i arytmetyki. Jego nauka ograniczała się do czterech zasad i bardzo powierzchownej znajomości gramatyki. Później pobierał lekcje pisania i księgowości. Madame Raquin zaczęła drżeć, gdy polecono jej wysłać syna na studia. Wiedziała, że umrze, jeśli zostanie z nią oddzielony, i powiedziała, że książki go zabiją. Więc Camille pozostała ignorantem, a ta ignorancja wydawała się zwiększać jego słabość. W wieku osiemnastu lat, nie mając nic do roboty, śmiertelnie znudzony delikatną uwagą matki, przyjął sytuację jako urzędnik u handlarza płótnem, gdzie zarabiał 60 franków miesięcznie. Bezczynność natury niespokojnej okazała się nie do zniesienia. Znalazł większy spokój i lepsze zdrowie w tej pracy bestii, która sprawiała, że cały dzień pochylał się nad fakturami, nad ogromnymi dodatkami, z których każdą postać cierpliwie sumował. W nocy załamany zmęczeniem, bez pomysłu w głowie, cieszył się nieskończoną radością z głupoty, która go ogarnęła. Musiał pokłócić się z matką, żeby pójść ze sprzedawcą bielizny. Chciała mieć go zawsze przy sobie, między kilkoma kocami, z dala od wypadków życia. Ale młody człowiek przemówił jako mistrz. Twierdził, że pracuje, ponieważ dzieci żądają zabawek, nie z poczucia obowiązku, ale instynktu, z konieczności natury. Czułość, oddanie matki zaszczepiły w nim okrutny egotyzm. Wydawało mu się, że kocha tych, którzy go litują i pieszczą; ale w rzeczywistości żył osobno, w sobie, nie kochając niczego poza swoim pocieszeniem, starając się wszelkimi możliwymi sposobami zwiększyć swoją radość. Kiedy czułe uczucie Madame Raquin wzbudziło w nim odrazę, z zachwytem pogrążył się w głupim zajęciu, które uchroniło go przed naparami i eliksirami. Wieczorem, po powrocie z biura, pobiegł nad brzeg Sekwany ze swoją kuzynką Teresą, która miała wtedy prawie osiemnaście lat. Pewnego dnia, szesnaście lat wcześniej, kiedy Madame Raquin była jeszcze najemnikiem, jej brat kapitan Degans przyniósł jej małą dziewczynkę na rękach. Miał właśnie przyjechał z Algierii. „Oto dziecko” — powiedział z uśmiechem — „a ty jesteś jej ciotką. Matka nie żyje, a ja nie wiem, co z nią zrobić. Dam ci ją. Kupiec wziął dziecko, uśmiechnął się do niej i pocałował ją w zaróżowione policzki. Chociaż Degans pozostał tydzień w Vernon, jego siostra ledwo zadała mu pytanie dotyczące małej dziewczynki, którą jej przyprowadził. Ona rozumiane niejasno, że droga mały stwór urodził się w Oranie, i że jej matka była kobietą z kraju wielkiej urody. Kapitan na godzinę przed odlotem wręczył siostrze akt urodzenia, w którym Teresa, uznana przez niego za jego dziecko, nosiła jego imię. On wrócił do swojego pułku, i nigdy więcej go nie widział w Vernon, zabity jest kilka lat później w Afryce. Therese dorastała pod opieką swojej ciotki, śpiąc w tym samym łóżku co Camille. Ta, która miała żelazną konstytucję, otrzymała leczenie delikatnego dziecka, przyjmowała to samo lekarstwo co jej kuzyn i trzymała się w ciepłym powietrzu pokoju zajmowanego przez inwalidę. Godzinami kucała nad ogniem, zamyślona, obserwując płomienie przed sobą, nie spuszczając powiek. To obowiązkowe życie rekonwalescenta sprawiło, że przeszła w siebie na emeryturę. Nabrała zwyczaju mówienia cichym głosem, poruszania się bezszelestnie, milczenia i bezruchu na krześle z pozbawionymi wyrazu, otwartymi oczami. Ale kiedy podniosła rękę, kiedy wysunął nogę, łatwo było dostrzec, że posiadał kotów jędrność, krótkie, silne mięśnie, a to niewątpliwy energię i pasję spał w jej soporous ramce. Jej kuzynka upadła pewnego dnia w ataku omdlenia, nagle podniosła go i niosła — wysiłek siły, który sprawił, że jej policzki stały się szkarłatne. Prowadzone przez nią życie klauzurowe, wyniszczający tryb życia, któremu została poddana, nie osłabił jej szczupłej, silnej sylwetki. Tylko jej twarz przybrała blady, a nawet lekko żółtawy odcień, przez co w cieniu wyglądała prawie brzydko. Co jakiś czas podchodziła do okna i kontemplowała przeciwległe domy, na które słońce rzucało złote tafle. Kiedy Madame Raquin sprzedała swój biznes i wycofała się do małej knajpki nad rzeką, Therese doświadczyła tajemniczych dreszczy radości. Ciotka tak często powtarzała jej: „Nie rób hałasu; bądź cicho”, że starannie ukrywała w sobie całą porywczość swojej natury. Posiadała najwyższy spokój i pozorny spokój, który maskował straszne transporty. Wciąż wyobrażała sobie siebie w pokoju swojej kuzynki, obok umierającego dziecka, i miała łagodne ruchy, okresy ciszy, spokój, chwiejną mowę starej kobiety. Kiedy zobaczyła ogród, czystą rzekę, ogromne zielone pagórki wznoszące się na horyzoncie, poczuła dziką chęć ucieczki i krzyku. Poczuła, jak serce wali jej w piersi; ale żaden mięsień jej twarzy nie drgnął i tylko się uśmiechnęła, gdy ciotka zapytała, czy jest zadowolona ze swojego nowego domu. Życie stało się dla niej teraz przyjemniejsze. Zachowywała gibki chód, spokojną, obojętną twarz, pozostała dzieckiem wychowanym w łóżeczku inwalidy; ale wewnętrznie żyła palącą, namiętną egzystencją. Kiedy była sama na trawie nad wodą, kładła się płasko na brzuchu jak zwierzę, z szeroko otwartymi czarnymi oczami i wijącym się ciałem gotowym do skoku. I pozostawała tam godzinami bez namysłu, spalona słońcem, zachwycona, że może wbijać palce w ziemię. Miała najbardziej absurdalne sny; spojrzała na ryczącą rzekę z buntem, wyobrażając sobie, że woda zaraz na nią skoczy i zaatakuje. Potem zesztywniała, przygotowując się do obrony i ze złością pytając siebie, jak może pokonać potok. W nocy Teresa, uspokojona i milcząca, zszyta obok ciotki, z twarzą, która zdawała się drzemać w blasku, który delikatnie wyślizgiwał się spod klosza lampy. Camille pochowana w fotelu pomyślała o jego dodatkach. Słowo wypowiedziane niskim głosem, samotne, chwilami zakłócało spokój tego sennego domu. Madame Raquin obserwowała swoje dzieci z pogodną życzliwością. Miała rozwiązane aby się ich mężem i żoną. Nadal traktowała swojego syna, jakby był u progu śmierci; zadrżała, gdy pomyślała, że pewnego dnia sama umrze i zostawi go samego i cierpiącego. W tej sytuacji oparła się na Teresie, mówiąc sobie, że młoda dziewczyna będzie czujną opiekunką obok Camille. Jej siostrzenica swoim spokojnym zachowaniem i niemym oddaniem natchnęła ją nieograniczoną pewnością siebie. Widziała Teresę przy pracy i chciała oddać ją swojemu synowi jako anioła stróża. To małżeństwo było rozwiązaniem tej sprawy, przewidzianym i ustalonym w jej umyśle. Dzieci od dawna wiedziały, że pewnego dnia mają się pobrać. Oni wyrosła z tego pomysłu, który w ten sposób stać się znane i naturalne dla nich. W rodzinie mówiono o związku jako o koniecznej i pozytywnej rzeczy. Madame Raquin powiedziała: „Poczekamy, aż Teresa skończy dwadzieścia lat”. I czekali cierpliwie, bez podniecenia i bez rumieńców. Camille, którego krew została zubożona przez chorobę, w oczach kuzynki pozostała małym chłopcem. Pocałował ją, całując matkę, z przyzwyczajenia, nie tracąc nic ze swojego egoistycznego spokoju. On spojrzał na nią jako uczynny towarzysza, który pomógł mu bawić się, i która, jeśli okazja oferowane mu przygotowany napar. Kiedy się z nią bawił, kiedy trzymał ją w ramionach, czuł się tak, jakby miał do czynienia z chłopcem. Nie czuł dreszczyku emocji, aw tych chwilach nigdy nie przyszło mu do głowy, by złożyć ciepły pocałunek na jej ustach, kiedy walczyła z nerwowym śmiechem, by się uwolnić. Wydawało się, że dziewczyna pozostała zimna i obojętna. Czasami jej wielkie oczy spoczywały na Camille i wpatrywały się w niego z suwerennym spokojem. Przy takich okazjach same jej usta wykonywały prawie niezauważalne małe ruchy. Nic nie można było odczytać na jej pozbawionej wyrazu twarzy, która nieubłaganie zawsze będzie utrzymywała łagodność i uważność. Teresa spoważniała, gdy rozmowa zeszła na temat jej małżeństwa, poprzestając na aprobowaniu wszystkiego, co Madame Raquin powiedziała przez znak głowy. Camille poszła spać. W letnie wieczory dwoje młodych ludzi biegało nad brzeg wody. Camille, zirytowana nieustanną uwagą matki, czasami wybuchała otwartym buntem. Chciał biegać i rozchorować się, uciec przed pieszczotami, które go obrzydzały. Następnie ciągnął za sobą Teresę, prowokując ją do walki, do tarzania się po trawie. Pewnego dnia, zepchiwszy kuzyna, młoda dziewczyna zerwała się na nogi z całą dzikością dzikiej bestii iz płonącą twarzą i przekrwionymi oczami rzuciła się na niego z zaciśniętymi pięściami. Camille ze strachem opadła na ziemię. Mijały miesiące i lata, aż wreszcie nadszedł wyznaczony dzień ślubu. Madame Raquin rozebrała Teresę na części, opowiedziała jej o swoim ojcu i matce oraz opowiedział jej historię swoich narodzin. Młoda dziewczyna posłuchała ciotki, a kiedy skończyła mówić, pocałowała ją, nie odpowiadając ani słowem. W nocy Teresa, zamiast wchodzić do swojego pokoju, który znajdował się po lewej stronie schodów, weszła do pokoju swojej kuzynki, który był po prawej stronie. To była cała zmiana, jaka zaszła w jej trybie życia. Następnego dnia, gdy młoda para zeszła na dół, Camille miał jeszcze jego chorowity languidness, jego sprawiedliwy spokój egoistą. Teresa nadal zachowywała delikatną obojętność i powściągliwy wyraz przerażającego spokoju.

Rozdział III

Tydzień po ślubie Camille wyraźnie powiedział matce, że zamierza opuścić Vernona i zamieszkać w Paryżu. Madame Raquin zaprotestowała: ułożyła swój tryb życia i nie zamierzała go w żaden sposób modyfikować. W rezultacie jej syn dostał nerwowego ataku i zagroził, że zachoruje, jeśli nie ustąpi jego kaprysowi. „Nigdy nie sprzeciwiałem się tobie w twoich planach” — powiedział; „Ożeniłem się z kuzynem, wziąłem wszystkie narkotyki, które mi dałeś. To naturalne, że teraz, kiedy mam własne pragnienie, powinniście być tego samego zdania. Przeprowadzimy się pod koniec miesiąca”. Madame Raquin nie mogła spać przez całą noc. Decyzja, którą podjęła Camille, zakłóciła jej sposób życia i w rozpaczy starała się zaaranżować sobie i małżeństwu nowe życie. Stopniowo odzyskiwała spokój. Pomyślała, że młodzi ludzie mogą mieć dzieci i że jej mała fortuna wtedy nie wystarczy. Trzeba było zarobić pieniądze, wrócić do biznesu, znaleźć lukratywne zajęcie dla Teresy. Następnego dnia przyzwyczaiła się do idei przeprowadzki i ułożyła plan na nowe życie. Na lunchu była całkiem wesoła. „To właśnie zrobimy” — powiedziała do swoich dzieci. „Jutro pojadę do Paryża. Tam poszukam małej firmy handlowej na sprzedaż, a Teresa i ja wznowimy sprzedaż igieł i bawełny, co da nam coś do zrobienia. Ty, Camille, będziesz zachowywać się tak, jak chcesz. Możesz albo spacerować w słońcu, albo znaleźć jakąś pracę”. „Znajdę zatrudnienie” — odpowiedział młody człowiek. Prawda była taka, że sama idiotyczna ambicja skłoniła Camille do opuszczenia Vernona. Chciał znaleźć posadę w jakiejś ważnej administracji. Zarumienił się z zachwytu, kiedy zdawało mu się, że widzi siebie na środku dużego biura, z lśniącymi rękawami na łokciach i długopisem za uchem. Nie skonsultowano się z Teresą: zawsze okazywała tak bierne posłuszeństwo, że ciocia i mąż nie zadali sobie już trudu, by zapytać ją o zdanie. Poszła tam, gdzie poszli, zrobiła to, co zrobili, bez narzekania, bez wyrzutu, nawet nie zdając sobie sprawy, że zmieniła miejsce zamieszkania. Madame Raquin przyjechała do Paryża i udała się prosto do Pasażu Pont Neuf. Stara pokojówka z Vernon wysłała ją do jednego z jej krewnych, który w tym pasażu prowadził sklep z rtęcią, którego chciała się pozbyć. Były kupiec uznał sklep za raczej mały i raczej ciemny; ale gdy przejeżdżała przez Paryż, była zdumiona hałasem ulic, luksusowo ubranymi oknami, a ta wąska galeria, ta skromna witryna sklepowa, przypomniała jej dawne miejsce prowadzenia działalności, tak spokojne. Mogła znowu sobie wyobrażać na prowincji i odetchnęła głęboko, myśląc, że jej drogie dzieci będą szczęśliwe w tym odludnym zakątku. Niska cena za biznes skłoniła ją do podjęcia decyzji. Właściciel sprzedał ją jej za 2000 franków, a czynsz za sklep i pierwsze piętro wynosił zaledwie 1200 franków rocznie. Madame Raquin, która zaoszczędziła blisko 4000 franków, obliczyła, że może zapłacić za biznes i uregulować czynsz za pierwszy rok bez naruszania swojej fortuny. Pomyślała, że pensja, którą Camille otrzyma, a zysk ze sprzedaży rtęci wystarczy, by pokryć codzienne wydatki; aby nie musiała dotykać dochodów ze swoich pieniędzy, które byłyby kapitalizowane i przeznaczane na części małżeńskie dla jej wnuków. Wróciła do Vernon promieniejąc radością, mówiąc, że znalazła klejnot, urocze małe miejsce w samym centrum Paryża. Powoli, pod koniec kilku dni, w jej wieczornych rozmowach, wilgotny, niejasny sklep w pasażu zamienił się w pałac; ona na zdjęciu go do siebie, tak daleko, jak jej pamięć służył jej jako wygodne, przestronne, spokojne i przepełnione tysiąc nieocenionych zalet. „Ach! moja droga Tereso — powiedziała — zobaczysz, jak szczęśliwi będziemy w tym zakątku! Na piętrze są trzy piękne pokoje. Salon jest pełen ludzi. Zrobimy urocze pokazy. Nie ma obawy, że będziemy czuć się przytępieni”. Ale na tym nie poprzestała. Rozbudził się jej instynkt byłej sklepikarki. Wcześniej doradzała Teresie, jak kupować i sprzedawać, i przedstawiła ją we wszystkich sztuczkach drobnych handlarzy. W końcu rodzina opuściła dom nad Sekwaną i wieczorem tego samego dnia została umieszczona w Pasażu Pont Neuf. Kiedy Teresa weszła do sklepu, w którym miała w przyszłości mieszkać, wydawało jej się, że schodzi w wilgotną glebę grobu. Czuła się dość zniechęcona i zadrżała ze strachu. Spojrzała na brudną, wilgotną galerię, odwiedziła sklep i weszła na pierwsze piętro, obchodziła każdy pokój. Te puste mieszkania, bez mebli, wyglądały przerażająco w swojej samotności i zniszczeniu. Młoda kobieta nie mogła wykonać gestu ani wypowiedzieć słowa. Była jakby zmarznięta. Ciotka i mąż zeszli na dół, usiadła na bagażniku, ręce miała zesztywniałe, gardło pełne szlochania, a jednak nie mogła płakać. Madame Raquin, twarzą w twarz z rzeczywistością, czuła się zawstydzona i zawstydzona swoimi marzeniami. Starała się bronić swojego nabytku. Znalazła lekarstwo na każdą świeżą niedogodność, która została odkryta, wyjaśniając niejasność mówiąc, że pogoda była pochmurna, i zakończyła stwierdzeniem że zamiatanie wystarczyłoby, aby wszystko naprawić. „Bah!” — odpowiedziała Camille — wszystko to jest całkiem odpowiednie. Poza tym będziemy tu przychodzić tylko w nocy. Nie będzie mnie w domu przed piątą lub szóstą. A jeśli chodzi o was dwoje, będziecie razem, więc nie będziecie nudne. „Młody człowiek nigdy nie zgodziłby się zamieszkać w takiej jaskini, gdyby nie polegał na wygodzie swojego biura. Powiedział sobie, że w administracji będzie mu ciepło przez cały dzień, a wieczorem będzie kładł się spać wcześnie. Przez cały tydzień w sklepie i kwaterach panował chaos. Teresa od pierwszego dnia siedziała za ladą i nie ruszyła się z tego miejsca. Madame Raquin była zdumiona tą przygnębioną postawą. Myślała, że młoda kobieta spróbuje ozdobić swoje mieszkanie. Że złoży kwiaty w oknach i poprosi o nowe papiery, zasłony i dywany. Kiedy zaproponowała jakąś naprawę, jakąś ozdobę, jej siostrzenica cicho odpowiedziała: „Po co to? Mamy się bardzo dobrze, tak jak my. Nie ma potrzeby luksusu”. To Madame Raquin musiała urządzić pokoje i posprzątać sklep. Teresa w końcu straciła cierpliwość, widząc, jak dobra staruszka nieustannie kręci się w kółko przed jej oczami; zaręczyła sprzątaczkę i zmusiła ciotkę, by usiadła obok niej. Camille przez miesiąc nie znalazła pracy. Mieszkał jak najmniej w sklepie, woląc spacerować przez cały dzień; i stwierdził, że życie jest tak strasznie nudne i nie ma nic do roboty, że mówił o powrocie do Vernon. Ale w końcu uzyskał posadę w administracji kolei Orleańskiej, gdzie zarabiał 100 franków miesięcznie. Jego marzenie się spełniło. Wyruszył rano o ósmej. Idąc Rue Guenegaud, znalazł się na nabrzeżu. Następnie, stawiając krótkie kroki z rękami w kieszeniach, ruszył wzdłuż Sekwany z Instytutu do Jardin des Plantes. Ta długa podróż, którą odbywał dwa razy dziennie, nigdy go nie męczyła. Obserwował płynącą wodę i zatrzymał się, by zobaczyć, jak mijają ją drewniane tratwy schodzące po rzece. O niczym nie myślał. Często stawał przed Notre Dame, aby kontemplować rusztowanie otaczające katedrę, która była wówczas remontowana. Te ogromne kawałki drewna bawiły go, chociaż nie rozumiał dlaczego. Potem, mijając, rzucił okiem na Port aux Vins, a potem policzył taksówki przyjeżdżające ze stacji. Wieczorem całkiem oszołomiony, z głową pełną głupich opowieści związanych z jego biurem, przeszedł przez Jardin des Plantes i poszedł obejrzeć niedźwiedzie, jeśli się zbytnio nie spieszył. Tam siedział pół godziny, pochylając się nad relingami na szczycie dołu i obserwując zwierzęta niezdarnie kołyszące się w tę i z powrotem. Zachowanie tych ogromnych bestii sprawiało mu przyjemność. Przyglądał się im z otwartymi ustami i okrągłymi oczami, ciesząc się radością idioty, gdy zobaczył, jak się poruszają. W końcu zawrócił do domu, wlókł się dalej, zajmując się przechodniami, samochodami i sklepami. Zaraz po przybyciu zjadł obiad, a potem zaczął czytać. Kupił dzieła Buffona i każdego wieczoru starał się czytać od dwudziestu do trzydziestu stron, pomimo żmudnego charakteru tego zadania. On również czytać w serialu, w 10 centymów numer, „historia Konsulatu i Cesarstwa” przez Thiers i „historii” przez Girondins Lamartine, jak również kilka popularnych prac naukowych. Wydawało mu się, że pracuje nad swoją edukacją. Czasami zmuszał swoją żonę do wysłuchania pewnych stron, konkretnych anegdot i był bardzo zdziwiony, że Teresa może pozostać zamyślona i milcząca przez cały wieczór, nie ulegając pokusie, by sięgnąć po książkę. Pomyślał sobie, że jego żona musi być kobietą o bardzo słabej inteligencji. Teresa z niecierpliwością odsunęła od niej książki. Wolała pozostać bezczynna, z utkwionymi oczami, błądzącymi i zagubionymi myślami. Ale zachowywała spokojny, swobodny temperament, ze wszystkich sił starała się uczynić z siebie bierny instrument, przepełniony najwyższą narzekaniem i wyrzeczeniem. Sklep nie robił zbyt wiele interesów. Zysk regularnie co miesiąc był taki sam. Klientami były pracownice mieszkające w sąsiedztwie. Co pięć minut przychodziła młoda dziewczyna, żeby kupić kilka dóbr. Teresa podawała ludziom zawsze takie same słowa, z uśmiechem, który mechanicznie pojawił się na jej ustach. Madame Raquin miała bardziej nieugięte, bardziej plotkarskie usposobienie i, prawdę mówiąc, to ona przyciągała i zatrzymywała klientów. Przez trzy lata dni następowały po dniach i były do siebie podobne. Camille ani razu nie opuścił swojego biura. Jego matka i żona prawie nigdy nie opuszczały sklepu. Teresa, mieszkająca w wilgotnym mroku, w ponurej, miażdżącej ciszy, widziała, jak życie rozszerza się przed nią w całej swojej nagości, każdej nocy przynosząc tę samą zimną kanapę i każdego ranka ten sam pusty dzień.

Rozdział IV

Pewnego dnia z siódmej, w czwartkowy wieczór, rodzina Raquin przyjęła swoich przyjaciół. Zapalili dużą lampę w jadalni i włożyli wodę do ognia, żeby zrobić herbatę. Było całkiem sporo. Ten szczególny wieczór wyszedł z odważną ulgą od pozostałych. Stało się to jednym ze zwyczajów rodziny, która patrzyła na to w świetle orgii klasy średniej, pełnej zawrotnej wesołości. Odpoczywali dopiero o jedenastej w nocy. W Paryżu Madame Raquin znalazła jednego ze swoich starych przyjaciół, komisarza policji Michauda, który przez dwadzieścia lat zajmował stanowisko w Vernon, mieszkającego w tym samym domu co najemnik. W ten sposób powstała między nimi wąska intymność; potem, kiedy wdowa sprzedała swój interes, aby zamieszkać w domu nad rzeką, stopniowo tracili się z oczu. Michaud opuścił prowincje kilka miesięcy później i przyjechał spokojnie mieszkać w Paryżu, Rue de Seine, mając pensję w wysokości 1500 franków. Pewnego deszczowego dnia spotkał swojego starego przyjaciela w Pasażu Pont Neuf i tego samego wieczoru zjadł obiad z rodziną. Czwartkowe przyjęcia zaczęły się w ten sposób: były komisarz policji przyzwyczaił się regularnie raz w tygodniu dzwonić do Raquinów. Po chwili przybył w towarzystwie swojego syna Oliviera, wspaniałego trzydziestoletniego mężczyzny, suchego i chudego, który ożenił się z bardzo małą kobietą, powolną i chorowitą. Ten Olivier zajmował stanowisko głównego referenta w wydziale porządku i ochrony prefektury policji, warte 3000 franków rocznie, co wzbudziło szczególnie zazdrość Camille. Od pierwszego dnia, kiedy się pojawił, Teresa nienawidziła tego zimnego, sztywnego człowieka, który wyobrażał sobie, że zaszczycił sklep w pasażu, pokazując swoją wielką, pomarszczoną sylwetkę i wyczerpaną kondycję swojej biednej małej żony. Camille przedstawił innego gościa, starego urzędnika kolei Orleańskiej, imieniem Grivet, który przez dwadzieścia lat służył w firmie, gdzie teraz piastował stanowisko dyrektora generalnego, i zarabiał 2100 franków rocznie. To on dał pracę w biurze, w którym Camille znalazła zatrudnienie, a ta okazała mu pewien szacunek. Camille w swoich snach powtarzał sobie, że Grivet pewnego dnia umrze i może zajmie jego miejsce pod koniec około dziesięciu lat. Grivet był zachwycony powitaniem, jakie dała mu Madame Raquin i wracał co tydzień z doskonałą regularnością. Sześć miesięcy później jego czwartkowa wizyta stała się, w jego myśleniu, obowiązkiem: udał się do arkady Pont Neuf, tak jak każdego ranka szedł do swojego biura, to znaczy mechanicznie, z instynktem brutal. Od tego momentu spotkania nabrały uroku. O siódmej Madame Raquin rozpaliła ognisko, postawiła lampę na środku stołu, postawiła obok pudełko kostek domina i wytarła serwis do herbaty, który był w kredensie. Dokładnie o godzinie ósmej starzy Michaud i Grivet spotkali się przed sklepem, jeden od strony Rue de Seine, a drugi od Rue Mazarine. Gdy tylko weszli, cała rodzina weszła na pierwsze piętro. Tam, w jadalni, usiedli przy stole, czekając na Oliviera Michauda i jego żonę, którzy zawsze spóźniali się. Kiedy przyjęcie dobiegło końca, Madame Raquin nalała herbaty. Camille opróżniła pudełko z kostkami domina na ceratowym obrusie stołu i wszyscy byli głęboko zainteresowani swoimi rękami. Odtąd nie było słychać nic poza brzękiem kostek domino. Pod koniec każdej partii gracze pokłócili się przez dwie lub trzy minuty, po czym wznowiono żałobną ciszę, przerywaną ostrym brzękiem kostek. Therese grała z obojętnością, która irytowała Camille. Wzięła François, wielkiego pręgowanego kota, którego Madame Raquin przyniosła z Vernona, na kolana, głaszcząc go jedną ręką, a drugą kładła kostkę domina. Te czwartkowe wieczory były dla niej torturą. Często skarżyła się na złe samopoczucie, silny ból głowy, żeby nie bawić się, nie robić nic i na wpół śpi. Z łokciem na stole, z policzkiem opartym na dłoni, obserwowała gości ciotki i męża przez rodzaj żółtej, dymnej mgły wydobywającej się z lampy. Wszystkie te twarze ją irytowały. Spojrzała od jednego do drugiego z głębokim obrzydzeniem i skrytą irytacją. Stary Michaud miał bladą twarz, poplamioną czerwonymi plamami, jedną z tych śmiertelnych twarzy starca, który wpadł w drugie dzieciństwo; Grivet miał wąskie oblicze, okrągłe oczy, wąskie usta idioty. Olivier, którego kości wbiły się w policzki, z powagą niósł sztywną, nieznaczną głowę na absurdalnym ciele; co do Suzanne, żony Oliviera, była dość blada, miała pozbawione wyrazu oczy, białe usta i miękką twarz. A Teresa nie mogła znaleźć ani jednej istoty ludzkiej, ani jednej żywej istoty wśród tych groteskowych i złowrogich stworzeń, z którymi była zamknięta; czasami miała halucynacje, wyobrażała sobie, że jest pochowana na dnie grobowca, w towarzystwie mechanicznych zwłok, którzy po pociągnięciu za sznurki poruszali głowami i poruszali nogami i rękami. Gęsta atmosfera jadalni ją dusiła; cisza dreszcze, żółte blaski lampy przenika jej niejasny strachu i niepokoju niewypowiedzianą. Niżej, do drzwi sklepu, przymocowali dzwonek, którego ostry dźwięk oznajmiał wejście klientów. Teresa miała ucho w pogotowiu; a kiedy zadzwonił dzwonek, szybko zbiegła na dół, z ulgą, zachwycona, że może opuścić jadalnię. Powoli służyła kupującemu, a kiedy znalazła się sama, usiadła za ladą, gdzie pozostała tak długo, jak to możliwe, bojąc się ponownego wejścia na górę i radości z prawdziwej przyjemności, że nie ma już Griveta i Oliviera przed oczami. Wilgotne powietrze w sklepie uspokoiło palącą gorączkę jej dłoni i znowu wpadła w zwyczajową grobową zadumę. Ale nie mogła tak długo pozostać. Camille rozgniewała się na jej nieobecność. Nie potrafił pojąć, jak ktokolwiek mógłby w czwartkowy wieczór woleć sklep od jadalni i pochylił się nad balustradą, szukając żony. „O co chodzi?” krzyczał. „Co ty tam robisz? Dlaczego nie przyjdziesz? Grivet ma diabelskie szczęście. Właśnie znowu wygrał”. Młoda kobieta wstała boleśnie i po wejściu do jadalni zajęła miejsce naprzeciwko starego Michauda, którego zwisające usta uśmiechały się rozdzierająco. I aż do jedenastej pozostawała przygnębiona na swoim krześle, obserwując François, którego trzymała w ramionach, aby nie widzieć wykrzywiających się wokół niej tekturowych lalek.

Rozdział V

Pewnego czwartku Camille, wracając z gabinetu, przyprowadziła ze sobą wielkiego faceta o kwadratowych ramionach, którego wepchnął w znajomy sposób do sklepu. — Mamo — powiedział do madame Raquin, wskazując na przybysza — czy rozpoznajesz tego dżentelmena? Stary najemnik spojrzał na wiązane ostrze, szukając wśród jej wspomnień i niczego nie znajdując, podczas gdy Therese spokojnie obserwowała scenę. „Co!” — kontynuowała Camille — nie poznajesz Laurenta, małego Laurenta, syna tatusia Laurenta, który jest właścicielem tych pięknych pól kukurydzy na drodze Jeufosse. Nie pamiętasz Chodziłem z nim do szkoły; przyszedł po poranek po wyjściu z domu swojego wuja, który był naszym sąsiadem, a ty dawałeś mu kromki chleba i dżem”. Nagle Madame Raquin przypomniała sobie małego Laurenta, którego uznała za bardzo dorosłego. Minęło już prawie dziesięć lat, odkąd go widziała. Zrobiła teraz wszystko, co w jej mocy, by zapomniał o utracie pamięci, witając go, przypominając sobie tysiące drobnych incydentów z przeszłości i przyjmując wobec niego błagalny sposób, który był całkiem macierzyński. Laurent sam usiadł. Ze spokojnym uśmiechem na ustach odpowiadał na pytania skierowane do niego czystym głosem, rzucając wokół siebie spokojne i swobodne spojrzenia. „Wyobraź sobie,” powiedziała Camille, „ten żartowniś był zatrudniony na dworcu w Orleanie od osiemnastu miesięcy, a dopiero dziś poznaliśmy się i rozpoznaliśmy się nawzajem — administracja jest tak rozległa, tak ważna!” Kiedy młody człowiek wypowiedział tę uwagę, otworzył szerzej oczy i zacisnął usta, dumny z tego, że jest skromnym kołem w tak dużej maszynie. Potrząsając głową, kontynuował: „Och! ale jest na dobrej pozycji. Uczył się. Zarabia już 1500 franków rocznie. Jego ojciec wysłał go na studia. Czytał dla baru i nauczył się malowania. To prawda, nieprawdaż, Laurent? Zjesz z nami obiad?” „Jestem całkiem chętny” — odważnie odpowiedział drugi. Pozbył się kapelusza i rozgościł się w sklepie, podczas gdy Madame Raquin pobiegła do swoich garnków. Teresa, która jeszcze nie wypowiedziała ani słowa, spojrzała na nowo przybyłego. Nigdy wcześniej nie widziała takiego mężczyzny. Laurent, który był wysoki i krzepki, o rumianej cerze, zadziwił ją. Z uczuciem zbliżonym do podziwu, kontemplowała jego niskie czoło pokryte grubymi czarnymi włosami, pełne policzki, czerwone usta, regularne rysy krwistej urody. Przez chwilę jej oczy spoczęły na jego szyi, szyi, która była gruba i krótka, gruba i mocna. Potem pogrążyła się w kontemplacji jego wielkich dłoni, które on wyciągał na kolanach: palce były kwadratowe; zaciśnięta pięść musiała być ogromna i upadłaby jak wół. Laurent był prawdziwym synem chłopa, dość ciężkim w chodzie, z wygiętymi plecami, z powolnymi i precyzyjnymi ruchami oraz upartym spokojnym zachowaniem. Czuło się, że jego szata kryje okrągłe i dobrze rozwinięte mięśnie oraz ciało z grubego, twardego ciała. Teresa przyglądała mu się z zaciekawieniem, spoglądając z pięści na jego twarz i doznała lekkich dreszczy, gdy jej wzrok padł na jego byczą szyję. Camille rozłożył swoje tomy Buffona i jego serie po 10 centymetrów więcej, aby pokazać swojemu przyjacielowi, że również się uczył. Następnie, jakby odpowiadając na pytanie, które zadawał sobie od kilku minut, powiedział do Laurenta: — Ale na pewno musisz znać moją żonę? Nie pamiętasz tego małego kuzyna, który bawił się z nami w Vernon? — Nie miałem trudności z rozpoznaniem Madame — odpowiedział Laurent, patrząc Teresie prosto w twarz. To przenikliwe spojrzenie zaniepokoiło młodą kobietę, która mimo wszystko uśmiechnęła się wymuszonym uśmiechem i po wymianie kilku słów z Laurentem i jej mężem pospiesznie odeszła, by dołączyć do ciotki, czując się nieswojo. Gdy tylko usiedli przy stole i zaczęli zupę, Camille pomyślała, że słuszne jest zwrócenie uwagi na jego przyjaciela. „Jaki jest Twój ojciec?” zapytał. — Cóż, nie wiem — odpowiedział Laurent. „Nie jesteśmy w dobrych stosunkach; my przestał odpowiada pięć lat temu.” „Bah!” — zawołał urzędnik, zdumiony taką potwornością. „Tak”, kontynuował drugi, „drogi człowiek ma własne pomysły. Ponieważ jest zawsze prawnikiem z sąsiadami, wysłał mnie na studia, mając żywą nadzieję, że później znajdzie we mnie adwokata, który zdobędzie dla niego wszystkie jego czyny. O! tatuś Laurent ma tylko pożyteczne ambicje; on jeszcze chce coś z jego szaleństw „. „I nie byłbyś adwokatem?” — zapytała Camille, coraz bardziej zdziwiona. „Wiara, nie” — odpowiedział przyjaciel z uśmiechem. „Przez kilka lat udawałem, że chodzę na zajęcia, żeby wziąć ulgę w wysokości 1200 franków, którą zarobił mi ojciec. Mieszkałem z jednym z moich kolegów z college’u, który jest malarzem i zabrałem się też za malowanie. Bawiło mnie to. Powołaniem jest zabawny, i wcale nie męczące. Paliliśmy i żartowaliśmy przez cały dzień”. Rodzina Raquin otworzyła oczy ze zdumienia. — Niestety — ciągnął Laurent — to nie mogło trwać. Mój ojciec dowiedział się, że mówię mu kłamstwa. Zatrzymał moje 100 franków miesięcznie i zaprosił mnie do powrotu i zaorania razem z nim ziemi. Potem próbowałem malować obrazy na tematy religijne, co okazało się złym interesem. Ponieważ mogłem wyraźnie zobaczyć, że umrę z głodu, wysłałem sztukę do dwójki i szukałem pracy. Mój ojciec umrze pewnego dnia, a ja czekam, aż to wydarzenie przeżyje i nic nie zrobię”. Laurent mówił spokojnym tonem. W kilku słowach właśnie opowiedział charakterystyczną opowieść, która przedstawiała go w całości. W rzeczywistości był człowiekiem bezczynnym, z apetytem człowieka pełnej krwi na wszystko i bardzo wyrazistymi pomysłami na łatwe i trwałe zatrudnienie. Jedyną ambicją tej potężnej postaci było nic nie robić, czołgać się w bezczynności i nasyceniu z godziny na godzinę. Chciał dobrze zjeść, dobrze spać, obficie zaspokajać swoje pasje, nie ruszając się z miejsca, nie narażając się na najmniejsze zmęczenie. Zawód adwokata przeraził go i wzdrygnął się na myśl o uprawianiu ziemi. Pogrążył się w sztuce, mając nadzieję, że znajdzie w niej powołanie odpowiednie dla bezczynnego człowieka. Pędzel wydał mu się łatwym narzędziem do obsługi i wydawało mu się, że sukces jest łatwy. Jego marzeniem było życie w taniej zmysłowości, piękne życie pełne godzin, odpoczynku na kanapach, prowiantu i odurzenia. Sen trwał tak długo, jak tatuś Laurent wysyłał kawałki korony. Ale kiedy młodzieniec, który miał już trzydzieści lat, ujrzał wilka u drzwi, zaczął się zastanawiać. Stojąc twarzą w twarz z niedostatkami, poczuł się tchórzem. Nie zaakceptowałby dnia bez chleba, ponieważ sztuka mogła obdarzyć największą chwałą. Jak sam powiedział, wysyłał sztukę na dwójkę, gdy tylko uznał, że nigdy nie wystarczy, aby zaspokoić jego liczne wymagania. Jego pierwsze wysiłki były poniżej przeciętności; w jego chłopskich oczach pojawił się niezdarny, niechlujny widok natury; jego zabłocone, źle narysowane, wykrzywione obrazy, przeciwstawiały się wszelkiej krytyce. Ale nie wydawał się mieć zbytniej próżności jak na artystę; nie był w głębokiej rozpaczy, kiedy musiał odłożyć pędzle. Jedyne, czego naprawdę żałował, to ogromna pracownia swojego kolegi z college’u, w której zmysłowo czołgał się przez cztery lub pięć lat. Żałował także kobiet, które przyszły tam pozować. Niemniej jednak czuł się swobodnie na swoim stanowisku urzędnika; żył bardzo dobrze w bestialskim stylu i lubił codzienne zajęcia, które go nie męczyły i koiły umysł. Mimo to irytowało go jedno: jedzenie u osiemnastu sous ordynariuszy nie zaspokoiło żarłocznego apetytu żołądka. Kiedy Camille słuchała swojego przyjaciela, kontemplował go ze zdziwieniem prostaka. Ten słaby człowiek marzył w dziecinny sposób o tym studyjnym życiu, do którego nawiązywał jego przyjaciel, i wypytywał Laurenta na ten temat. — A więc — powiedział — były modelki, które pozowały przed tobą nago? „O! tak — odpowiedział Laurent z uśmiechem i spojrzeniem na Teresę, która zbladła śmiertelnie. „Musiałeś pomyśleć, że to bardzo zabawne” — kontynuowała Camille, śmiejąc się jak dziecko. „Czułbym się niezręcznie. Spodziewam się, że byłeś dość zgorszony, kiedy to się wydarzyło po raz pierwszy. Laurent rozłożył jedną ze swoich wielkich dłoni i uważnie patrzył na dłoń. Jego palce lekko drgnęły, a policzki zarumieniły się. „Za pierwszym razem” — odpowiedział, jakby mówił do siebie — „Wydaje mi się, że to całkiem naturalne. Ta diabelska sztuka jest niezmiernie zabawna, tylko że nie wnosi do niej sou. Jako modelkę miałam rudowłosą dziewczynę, która miała wspaniały, jędrny biały ciał, wspaniały biust, biodra tak szerokie jak…” Laurent, unosząc głowę, zobaczył, że Therese jest milcząca i nieruchoma naprzeciwko, wpatrująca się w niego z gorącym uporem. Jej matowe czarne oczy wyglądały jak dwie niezgłębione dziury, a przez rozchylone usta można było dostrzec różowy odcień wnętrza jej ust. Wydawała się być przytłoczona tym, co usłyszała i pogrążona w myślach. Kontynuowała słuchanie. Laurent spojrzał z Therese na Camille, a były malarz powstrzymał uśmiech. Swoje zdanie zakończył szerokim, zmysłowym gestem, za którym młoda kobieta podążyła wzrokiem. Byli na deserze, a Madame Raquin właśnie zbiegła na dół, żeby obsłużyć klienta. Kiedy zdjęto materiał, Laurent, który przez kilka minut zamyślał się, zwrócił się do Camille. „Wiesz” — wypalił — „Muszę namalować twój portret”. Pomysł ten zachwycił Madame Raquin i jej syna, ale Teresa milczała. — Jest lato — wznowił Laurent — a kiedy wychodzimy z biura o czwartej, mogę tu przyjść i pozwolić, żebyś usiadł wieczorem na kilka godzin. Obraz będzie gotowy za tydzień”. — Będzie dobrze — odpowiedziała Camille, zarumieniona z radości. — Zjesz z nami obiad. Będę mieć kręcone włosy i założę czarny surdut”. Wybiła ósma. Grivet i Michaud weszli. Olivier i Suzanne stanęli za nimi. Kiedy Camille przedstawił przyjaciela firmie, Grivet zacisnął usta. Nienawidził Laurenta, którego pensja, zgodnie z jego pomysłem, wzrosła zbyt szybko. Poza tym wprowadzenie nowego przybysza było sprawą dość ważną, a goście Raquins nie mogli przyjąć nieznanego im osobnika bez przejawiania chłodu. Laurent zachowywał się bardzo przyjaźnie. Zrozumiał sytuację i zrobił wszystko, co w jego mocy, by zadowolić towarzystwo, aby natychmiast dać się im zaakceptować. Opowiadał anegdoty, ożywiał przyjęcie wesołym śmiechem, a nawet zdobył przyjaźń Griveta. Tego wieczoru Teresa nie próbowała zejść do sklepu. Siedziała na krześle do jedenastej, bawiąc się i rozmawiając, unikając wzroku Laurenta, który zresztą nie przejmował się nią. Krwawy temperament tego krzepkiego faceta, jego pełny głos i jowialny śmiech zaniepokoił młodą kobietę i wprawił ją w coś w rodzaju nerwowej udręki.

Rozdział VI

Odtąd Laurent prawie co wieczór dzwonił do Raquins. Mieszkał przy Rue Saint-Victor, naprzeciwko Port aux Vins, gdzie wynajmował mały umeblowany pokój za 18 franków miesięcznie. Ten strych, przebity u góry podnoszonym oknem, mierzył zaledwie dziewięć metrów kwadratowych, a Laurent miał w zwyczaju wracać do domu tak późno, jak to możliwe w nocy. Przed spotkaniem z Camille, gdy stan jego torebki nie pozwalał mu marnować czasu w kawiarniach, wałęsał się po tanich jadłodajniach, w których jadł obiad, paląc fajkę i popijając kawę z brandy, co go kosztowało. trzy sous. Potem powoli dotarł do Rue Saint-Victor, spacerując wzdłuż nabrzeży, gdzie przy łagodnej pogodzie siadał na ławkach. Sklep w Pasażu Pont Neuf stał się czarującym miejscem, ciepłym i cichym, w którym znajdował miłą rozmowę i uwagę. On uratował trzech kawę i brandy kosztować sous go i gluttonously połknął doskonałą herbatę przygotowaną przez panią Raquin. Pozostał tam do dziesiątej, drzemiąc i trawiąc, jakby był w domu; a przed wyjazdem pomógł Camille zasunąć okiennice i zamknąć sklep na noc. Pewnego wieczoru przyszedł ze sztalugą i pudełkiem kolorów. Jutro miał rozpocząć portretowanie Camille. Zakupiono płótno, dokonano drobnych przygotowań, a artysta w końcu wziął pracę do ręki w pokoju zajmowanym przez małżeństwo, gdzie Laurent powiedział, że światło jest najlepsze. Narysowanie głowy zajęło mu trzy wieczory. Ostrożnie przeciągnął węglem po płótnie krótkimi, żałosnymi pociągnięciami, jego sztywny, zimny rysunek przypominał w groteskowy sposób dzieła prymitywnych mistrzów. Odwzorował twarz Camille wahającą się ręką, tak jak uczeń naśladuje akademicką postać, z niezgrabną dokładnością, która wyrażała grymas na twarzy. Czwartego dnia umieścił na palecie malutkie plamki koloru i zaczął malować czubkiem pędzla; on wtedy przerywana płótno z małych brudnych plam, wykonane krótkie pociągnięcia zupełnie jakby były za pomocą ołówka. Pod koniec każdego posiedzenia Madame Raquin i Camille były w ekstazie. Ale Laurent powiedział, że muszą poczekać, bo podobieństwo wkrótce nadejdzie. Od momentu powstania portretu Teresa nie opuszczała już pokoju, który został przekształcony w pracownię. Zostawiając ciotkę samą za ladą, pobiegła na górę przy najmniejszym pretekstie i zapomniała o tym, jak Laurent maluje. Wciąż poważna i uciskana, bledsza i cichsza, usiadła i obserwowała pracę szczotek. Ale ten widok nie wydawał się zbytnio bawiący. Dotarła do tego miejsca, jakby przyciągnięta jakąś mocą, i została, jakby była tam przykuta. Laurent czasami odwracał się z uśmiechem, pytając, czy portret jej się podoba. Ledwie odpowiedziała, dreszcz przebiegł przez jej ciało i wróciła do medytacyjnego transu. Laurent, wracając w nocy na Rue Saint-Victor, długo zastanawiał się w myślach, zastanawiając się, czy powinien zostać kochankiem Teresy, czy nie. „Oto mała kobieta” — powiedział do siebie — „która będzie moją ukochaną, kiedy tylko zechcę. Ona jest zawsze tam, za moimi plecami, bada, mierzy, podsumowuje. Ona drży. Ma dziwną twarz, niemą, ale jednocześnie pełną pasji. Cóż za żałosne stworzenie, że Camille jest z pewnością. Laurent zaśmiał się w duchu, myśląc o swoim bladym, chudym przyjacielu. Potem wznowił: „W tym sklepie jest śmiertelnie znudzona. Chodzę tam, bo nie mam dokąd pójść, w przeciwnym razie rzadko by mnie złapali w Pasażu Pont Neuf. Jest wilgotno i smutno. Tam kobieta musi być śmiertelnie zmęczona. Podoba mi się, jestem tego pewien; w takim razie dlaczego nie ja, a nie inny?” Zatrzymał się. Zarozumiałość stawała się coraz lepsza. Pogrążony w myślach obserwował przepływającą Sekwanę. „W każdym razie, cokolwiek się stanie” — wykrzyknął — „Pocałuję ją przy pierwszej okazji. Założę się, że natychmiast wpada mi w ramiona”. Gdy wznowił spacer, ogarnęło go niezdecydowanie. „Ale ona jest brzydka” — pomyślał. „Ma długi nos i duże usta. Poza tym nie mam do niej najmniejszej miłości. Może będę miał kłopoty. Sprawa wymaga refleksji”. Laurent, który był bardzo ostrożny, przez cały tydzień przewracał te myśli w głowie. Obliczył wszystkie możliwe niedogodności intrygi z Teresą i zdecydował się na tę przygodę dopiero wtedy, gdy był przekonany, że nie mogą jej towarzyszyć żadne złe konsekwencje. Teresa byłaby zainteresowana ukrywaniem ich intymności, a on mógł się jej pozbyć, kiedy tylko zechciał. Nawet przyznając, że Camille odkryła wszystko i zdenerwowała się, powaliłby go, gdyby był złośliwy. Z każdego punktu widzenia ta sprawa wydawała się Laurentowi łatwa i wciągająca. Odtąd cieszył się delikatnym spokojem, czekając, aż wybije godzina. Postanowił działać odważnie przy pierwszej okazji. W przyszłości widział wygodne wieczory, w których wszystkie Raquins przyczyniły się do jego radości: Therese obdarzająca go swoją miłością, Madame Raquin nakłaniająca go jak matkę, a Camille rozmawiająca z nim, aby nie czuł się zbyt nudny w nocy w sklep. Portret był prawie ukończony, ale okazja, której pragnął, nie nadarzyła się. Teresa, przygnębiona i niespokojna, nadal pozostawała w pokoju. Ale tak samo zrobiła Camille, a Laurent był zrozpaczony, że nie może się go pozbyć. Niemniej jednak nadszedł czas, kiedy poczuł się zmuszony wspomnieć, że portret zostanie ukończony jutro, a Madame Raquin zapowiedziała, że ukończenie pracy artysty uczcić będzie wspólnym obiadem. Następnego dnia, kiedy Laurent nadał płótno ostatni dotyk, cała rodzina zebrała się, by zachwycać się uderzającym podobieństwem. Portret był podły, brudny szary kolor z dużymi łatami violescent. Laurent nie mógł użyć nawet najjaśniejszych kolorów, nie czyniąc ich matowymi i błotnistymi. Wbrew sobie wyolbrzymił bladą cerę swojego modela, a twarz Camille przypominała zielonkawą twarz osoby, która zginęła przez utonięcie. Krzywy rysunek wprawił rysy w konwulsje, sprawiając, że złowrogie podobieństwo było jeszcze bardziej uderzające. Ale Camille była zachwycona; On oświadczył, że miał wygląd osoby z wyróżnieniem na płótnie. Kiedy dogłębnie podziwiał własną twarz, oświadczył, że pójdzie po kilka butelek szampana. Madame Raquin zeszła do sklepu, a artystka została sama z Teresą. Młoda kobieta nadal siedziała, spoglądając niejasno przed siebie. Laurent zawahał się. Obejrzał portret i bawił się pędzlami. Nie było wiele czasu do stracenia. Camille może wrócić i być może taka okazja już się nie powtórzy. Malarz gwałtownie się odwrócił i znalazł się twarzą w twarz z Teresą. Przez kilka sekund kontemplowali się nawzajem. Następnie gwałtownym ruchem Laurent schylił się i przycisnął do siebie młodą kobietę. Odrzucając jej głowę, przygniótł jej usta swoimi ustami. Zrobiła dziką, wściekłą próbę buntu, a potem nagle ustąpiła. Nie zamienili ani słowa. Akt był cichy i brutalny.

Rozdział VII

Dwoje ukochanych od początku uznało, że ich intryga jest konieczna, nieunikniona i całkiem naturalna. Podczas pierwszego wywiadu rozmawiali znajomo, całując się bez zażenowania i rumieńca, jakby ich intymność sięgała kilku lat wstecz. Są one dość mieszkał swobodnie w ich nowej sytuacji, w spokoju i niezależności, które były doskonałe. Umówili się na spotkania. Teresa nie mogła wyjść, więc postanowiono, że Laurent przyjdzie się z nią zobaczyć. Wyraźnym, zdecydowanym głosem młoda kobieta wyjaśniła mu plan, który wymyśliła. Przesłuchanie miało odbyć się w komnacie zaślubin. Kochanie przechodziło obok przejścia prowadzącego do arkady, a Teresa otwierała mu drzwi na klatce schodowej. W tym czasie Camille będzie w jego biurze, a Madame Raquin na dole, w sklepie. To był odważny układ, który powinien się powieść. Laurent się zgodził. W jego rozwadze była jakaś brutalna zuchwałość, zuchwałość człowieka z wielkimi pięściami. Wybierając pretekst, uzyskał od swojego szefa pozwolenie na nieobecność na kilka godzin i pospieszył do Arkady Pont Neuf. Handlarz imitacjami biżuterii siedział naprzeciw drzwi korytarza i musiał czekać, aż będzie zajęta, aż jakaś młoda pracownica przyszła kupić pierścionek lub broszkę z mosiądzu. Następnie, szybko wchodząc w korytarz, wspiął się po wąskich, ciemnych schodach, opierając się o wilgotne od wilgoci ściany. Potknął się o kamienne schody i za każdym razem, gdy to robił, czuł rozżarzone do czerwoności żelazo wbijające się w jego pierś. Otworzyły się drzwi i na progu, pośród blasku białego światła, dostrzegł Teresę, która zamykając za nim drzwi zarzuciła mu ręce na szyję. Laurent ze zdziwieniem stwierdził, że jego ukochana jest przystojna. Nigdy wcześniej jej nie widział, tak jak mu się wtedy ukazała. Teresa, gibka i silna, przycisnęła go do siebie, odchylając głowę do tyłu, podczas gdy na jej twarzy płynęły gorące promienie światła i namiętne uśmiechy. Ta twarz wydawała się przemieniona, z wilgotnymi ustami i błyszczącymi oczami. Teraz miał czule, pieszczotliwy wygląd. Promieniował. Była piękna z silnym pięknem zrodzonym z namiętnego porzucenia. Kiedy Laurent rozstał się z nią, po swojej pierwszej wizycie, zachwiał się jak pijany, a następnego dnia, odzyskując swój przebiegły, roztropny spokój, zadał sobie pytanie, czy powinien wrócić do tej młodej kobiety, której pocałunki przyprawiły go o gorączkę. Przede wszystkim zdecydowanie postanowił pozostać dla siebie. Potem miał tchórzostwo. Starał się zapomnieć, uniknąć zobaczenia Teresy, a ona zawsze wydawała się tam być, nieubłaganie wyciągając ramiona. Cierpienie fizyczne, jakie spowodował ten spektakl, stało się nie do zniesienia. Ustąpił. Zaaranżował kolejne spotkanie i wrócił do Arcade Pont Neuf. Od tego dnia Teresa weszła w jego życie. Jeszcze jej nie przyjął, chociaż znosił ją. Miał swoje godziny przerażenia, chwile roztropności i, w sumie, ta intryga wywołała w nim nieprzyjemne poruszenie. Ale jego dyskomfort i obawy zniknęły. Spotkania trwały i mnożyły się. Teresa nie zawahała się. Poszła prosto tam, gdzie jej pasja ją skłoniła. Ta kobieta, której okoliczności się ugięły i która w końcu wyprostowała się, teraz ujawniła całe swoje istnienie i wyjaśniła swoje życie. „O! gdybyś tylko wiedział — powiedziała — jak bardzo cierpiałam. Wychowywałem się w letnim, wilgotnym pokoju inwalidy. Spałem w tym samym łóżku co Camille. W nocy oddalałem się od niego tak daleko, jak tylko mogłem, aby uniknąć mdlącego zapachu jego ciała. Był niegrzeczny i uparty. Nie wziąłby swojej fizyki, chyba że mu ją podzielę. Aby zadowolić ciotkę, musiałam połykać dawkę każdego leku. Nie wiem, jak to się stało, że przeżyłem. Uczynili mnie brzydkim. Okradli mnie z jedynej rzeczy, jaką posiadałem, a ty nie możesz mnie kochać tak, jak ja cię kocham”. Urwała i płakała, a po pocałowaniu Laurenta kontynuowała z gorzką nienawiścią: „Nie życzę im krzywdy. Wychowali mnie, przyjęli mnie i chronili przed nędzą. Ale wolałbym raczej oddać się ich gościnności. Miałem palącą ochotę na plener. Kiedy byłem całkiem młody, marzyłem, żeby boso włóczyć się po zakurzonych drogach, wyciągając rękę na cele dobroczynne i żyć jak cygan. Powiedziano mi, że moja matka była córką wodza plemienia w Afryce. Często o niej myślałem i zrozumiałem, że należę do niej z krwi i instynktu. Powinienem był nigdy się z nią nie rozstać i przejść przez piasek przewieszony na jej plecach. „Ach! co za dzieciństwo! Nadal czuję wstręt i bunt, kiedy przypominam sobie długie dni spędzone w pokoju, w którym Camille była u progu śmierci. Siedziałem pochylony nad ogniem, głupio obserwując gotujące się napary i czując, jak sztywnieją mi kończyny. I nie mogłem się ruszyć. Ciotka skarciła mnie, gdy narobiłem hałasu. Później zasmakowałem głębokiej radości w małym domku nad rzeką; ale byłem już w połowie słaby, ledwo mogłem chodzić, a gdy próbowałem biec, upadłem. Potem pogrzebali mnie żywcem w tym ohydnym sklepie”. Po chwili wróciła: „Nie możesz uwierzyć, jak bardzo mnie zrobili. Zrobili ze mnie kłamcę i hipokrytę. Dusili mnie swoją klasową delikatnością i ledwo mogę zrozumieć, dlaczego w moich żyłach wciąż jest krew. Spuściłem oczy i nadałem sobie żałobną, idiotyczną twarz, taką jak ich. Prowadziłem ich śmiertelne życie. Kiedy mnie zobaczyłeś, wyglądałem jak głupek, czyż nie? Byłem poważny, przytłoczony, brutalny. Nie miałem już nadziei. Myślałem o rzuceniu się do Sekwany. „Ale przed tą depresją, jakie miałem noce złości. Tam, w Vernon, w moim zimnym pokoju, ugryzłam poduszkę, żeby stłumić płacz. Biłem się, obciążałem się tchórzostwem. Moja krew była w stanie wrzenia i mógłbym zranić sobie ciało. Dwa razy chciałem uciec, iść prosto przede mną, w stronę słońca; ale moja odwaga zawiodła. Zmienili mnie w potulnego brutala swoją łagodną życzliwością i chorowitą czułością. Potem kłamałem, zawsze kłamałem. Pozostałem tam dość łagodnie, całkiem cicho, marząc o uderzaniu i gryzieniu. „Po chwili milczenia kontynuowała: „Nie wiem, dlaczego zgodziłam się poślubić Camille. Nie protestowałem, z poczucia lekceważącej obojętności. Współczułem dziecku. Kiedy się z nim bawiłem, czułem, jak moje palce wbijają się w skórę jego kończyn jak w wilgotną glinę. Wziąłem go, ponieważ ciotka mi go zaproponowała i ponieważ nigdy nie zamierzałem ograniczać moich działań z jego powodu. „Znalazłam mojego męża, tego samego małego cierpiącego chłopca, którego łóżko dzieliłam, gdy miałam sześć lat. Był równie kruchy, równie żałosny, i nadal miał ten mdły zapach chorego dziecka, który wcześniej był dla mnie tak odrażający. Opowiadam to wszystko, żebyś nie był zazdrosny. Ogarnął mnie rodzaj obrzydzenia. Przypomniałem sobie fizykę, którą piłem. Odsunąłem się od niego tak daleko, na ile pozwalało mi łóżko, i spędziłem straszne noce. Ale ty, ty… — Teresa podniosła się, odchylając do tyłu, z palcami uwięzionymi w masywnych dłoniach Laurenta, wpatrując się w jego szerokie ramiona i ogromną szyję. „Ty, kocham cię” — kontynuowała. „Kochałem cię od dnia, gdy Camille wepchnęła cię do sklepu. Może nie masz dla mnie szacunku, bo natychmiast ustąpiłem. Naprawdę nie wiem, jak to się stało. Jestem dumny. Jestem pasjonatem. Chciałbym cię pokonać pierwszego dnia, kiedy mnie pocałowałeś. Nie wiem, jak to było, że cię kochałem; Raczej cię nienawidziłem. Twój widok mnie zirytował i sprawił, że cierpiałem. Kiedy tam byłeś, moje nerwy były napięte, by pękać. Moja głowa stała się całkiem pusta. Byłem gotowy popełnić przestępstwo. „O! jak cierpiałem! I szukałem tego cierpienia. Czekałem, aż przybędziesz. Kręciłem się wokół twojego krzesła, by ruszać się twoim oddechem, by przeciągnąć moje ubranie na twoje. Wydawało się, że twoja krew rzuca na mnie obłoki ciepła, kiedy przechodziłem, i to był ten rodzaj płonącej chmury, w której byłeś otoczony, który przyciągał mnie i zatrzymał mnie obok ciebie pomimo mojego sekretnego buntu. Pamiętasz, kiedy tu malowałeś: śmiertelna moc przyciągnęła mnie do twojego boku, a ja oddychałem twoim powietrzem z okrutną radością. Wiem, że zdawałem się błagać o pocałunki, wstydziłem się swojej niewoli, czułem, że powinienem upaść, gdybyś mnie dotknął. Ale ustąpiłem swojemu tchórzostwu, zadrżałem z zimna, czekając, aż zdecydujesz się wziąć mnie w ramiona”. Kiedy Teresa przestała mówić, drżała, jakby była dumna z pomszczenia. W tym nagim i chłodnym pokoju rozgrywane były sceny płonącej żądzy, złowieszczej w swej brutalności. Ze swojej strony Teresa zdawała się upajać śmiałością. Jedynym środkiem ostrożności, jaki podjęła, oczekując swojego kochanka, było powiedzenie cioci, że idzie odpocząć na górę. Ale kiedy tam był, nigdy nie zawracała sobie głowy unikaniem hałasu, chodzeniem i rozmową. W pierwszej chwili Laurent był przerażony. — Na litość boską — szepnął — nie rób tyle hałasu. Madame Raquin usłyszy. Teresa by się śmiała. „Kogo to obchodzi, zawsze tak się martwisz. Jest przy swoim kontuarze i nie chce wyjść. Za bardzo boi się, że zostanie okradziona. Poza tym możesz się ukryć”. Pasja Laurenta nie zdusiła jeszcze jego rodzimej ostrożności chłopskiej, ale wkrótce przyzwyczaił się do ryzyka związanego z tymi spotkaniami, zaledwie kilka metrów od starej kobiety. Pewnego dnia, bojąc się, że jej siostrzenica jest chora, Madame Raquin weszła po schodach. Therese nigdy nie zaryglowała drzwi sypialni. Na dźwięk ciężkiego kroku kobiety na drewnianych schodach Laurent wpadł w szał. Therese roześmiała się, kiedy zobaczyła, jak szuka swojej kamizelki i kapelusza. Chwyciła go za ramię i pchnęła go w nogę łóżka. Z doskonałym opanowaniem szepnęła: „Zostań tam. Nie ruszaj się”. Zrzuciła na niego całe jego ubranie i przykryła je białą halką, którą zdjęła. Nie tracąc spokoju, położyła się półnaga z rozpuszczonymi włosami. Kiedy Madame Raquin cicho otworzyła drzwi i na palcach podeszła do łóżka, młodsza kobieta udawała, że śpi. Laurent wpadł w panikę pod całym ubraniem. — Tereso — zapytała starsza pani z pewnym niepokojem — wszystko w porządku, moja droga? Teresa, otwierając oczy i ziewając, odpowiedziała, że ma straszną migrenę. Błagała ciocię, żeby pozwoliła jej trochę dłużej spać. Starsza pani wyszła z pokoju tak cicho, jak weszła. — Więc widzisz — powiedziała triumfalnie Teresa — nie ma powodu do zmartwień. Ci ludzie nie są zakochani. Są ślepi”. Innym razem Teresa wydawała się szalona, błądząc po jej umyśle. Widziała kota siedzącego nieruchomo i dostojnie, patrząc na nich. — Spójrz na François — powiedziała do Laurenta. — Można by pomyśleć, że rozumie i planuje dziś wieczorem powiedzieć Camille wszystko. Wie coś o nas. Czy nie byłoby zabawne, gdyby pewnego dnia w sklepie po prostu zaczął mówić. Pomysł ten był zachwycający dla Therese, ale Laurent poczuł, jak przeszedł go dreszcz, gdy spojrzał na duże zielone oczy kota. Uścisk Teresy nie był całkowity i był przerażony. Wstał i wyrzucił kota z pokoju.

Rozdział VIII

Laurent był bardzo zadowolony z wieczoru w sklepie. Zwykle wracał z biura z Camille. Madame Raquin darzyła go matczynym uczuciem. Wiedziała, że brakuje mu gotówki i jest obojętnie odżywiony, że spał na strychu; i powiedziała mu raz na zawsze, że przy ich stole zawsze będzie dla niego miejsce. Lubiła tego młodego faceta z tym ekspansywnym uczuciem, jakie stare kobiety okazują ludziom pochodzącym z ich własnej części kraju, przynosząc ze sobą wspomnienia z przeszłości. Młody człowiek w pełni skorzystał z tej gościnności. Przed pójściem na kolację, po wyjściu z biura na noc, udał się z Camille na spacer po nabrzeżu. Oboje odnaleźli satysfakcję w tej intymności. Oni dawdled razem, rozmawiając ze sobą, co uniemożliwiło im uczucie nudne, a po pewnym czasie postanowił udać się i spróbować zupę przygotowaną przez panią Raquin. Laurent otworzył drzwi sklepu, jakby był panem domu, usiadł okrakiem na krześle, paląc i odkrztuszając, jak w domu. Obecność Teresy w najmniejszym stopniu go nie zawstydziła. Traktował młodą kobietę z przyjazną zażyłością, prawiąc jej zwykłe komplementy, a zmarszczka na jego twarzy nie została naruszona. Camille roześmiał się, a gdy jego żona ograniczyła się do odpowiadania przyjacielowi monosylabami, był głęboko przekonany, że nienawidzą się nawzajem. Pewnego dnia nawet zarzucił Teresie to, co nazwał jej oziębłością w stosunku do Laurenta. Laurent zgadł: został ukochanym kobietą, przyjacielem męża, rozpieszczonym dzieckiem matki. Nigdy nie cieszył się tak wielkim czasem. Jego pozycja w rodzinie wydała mu się całkiem naturalna. Był w jak najbardziej przyjaznych stosunkach z Camille, wobec której nie czuł ani złości, ani wyrzutów sumienia. Był tak pewny rozwagi i spokoju, że nawet nie zwracał uwagi na jego gesty i mowę. Egoizm, który okazywał, ciesząc się swoim szczęściem, chronił go przed wszelkimi błędami. Jedyne, co powstrzymało go przed pocałowaniem Teresy w sklepie, to strach, że nie będzie mógł już więcej przychodzić. Nie przejmowałby się tym, żeby skrzywdzić Camille i jego matkę. Teresa, która miała bardziej nerwowy i drżący temperament, została zmuszona do odegrania roli i odegrała ją do perfekcji dzięki sprytnej hipokryzji, którą nabyła podczas wychowywania. Leżała przez prawie piętnaście lat, tłumiąc gorączkę, z nieubłaganą wolą, by wyglądać na mroczną i na wpół śpiącą. Nic jej nie kosztowało utrzymanie tej maski na twarzy, przez co wyglądała na lodowatą. Kiedy Laurent wszedł do sklepu, stwierdził, że jest ponuro, ma dłuższy nos i cieńsze usta. Była brzydka, zła, niedostępna. Niemniej jednak nie wyolbrzymiała swoich efektów, a jedynie odegrała swoją dawną rolę, nie budząc uwagi większą surowością. Doświadczyła niezwykłej przyjemności oszukiwania Camille i Madame Raquin. Zdawała sobie sprawę, że postępuje źle, i czasami czuła zaciekłe pragnienie, by wstać od stołu i udusić Laurenta pocałunkami, tylko po to, by pokazać mężowi i ciotce, że nie jest głupia i że ma ukochaną. Chwilami zawroty głowy z radości; dobra aktorka, jak się dowiodła, nie mogła przy takich okazjach powstrzymać się od śpiewania, kiedy nie było tam jej ukochanej i nie bała się zdradzić siebie. Te nagłe wybuchy wesołości oczarowały Madame Raquin, która zmusiła swoją siostrzenicę do tego, że była zbyt poważna. Co więcej, młoda kobieta ozdobiła okno swojego pokoju doniczkami z kwiatami, a następnie powiesiła w mieszkaniu nowy papier. Potem chciała dywan, zasłony i meble z palisandru. Wydawało się, że natura okoliczności sprawiła, że ta kobieta stała się dla tego mężczyzny i popchnęła jedną do drugiej. Oboje razem, nerwowa i obłudna kobieta, mężczyzna optymistyczny i prowadzący życie brutala, utworzyli sprzymierzeńców potężnej pary. Jeden dopełnił drugiego i wzajemnie się chronili. W nocy przy stole, w bladym świetle lampy, czuło się siłę ich związku, na widok ciężkiej, uśmiechniętej twarzy Laurenta, naprzeciw niemej, nieprzeniknionej maski Teresy. Te wieczory były przyjemne i spokojne. W ciszy, w przezroczystym cieniu i chłodnej atmosferze toczyła się przyjazna rozmowa. Rodzina i ich gość siedzieli przy stole blisko siebie. Po deserze rozmawiali o tysiącach drobiazgów dnia, o wydarzeniach, które miały miejsce poprzedniego dnia, o ich nadziejach na jutro. Camille lubił Laurenta na tyle, na ile potrafił lubić każdego, na wzór zadowolonego egoisty, a Laurent wydawał się okazywać mu równe przywiązanie. Między nimi nastąpiła wymiana uprzejmych zdań, usłużnych gestów i przemyślanych uwag. Madame Raquin ze spokojną miną wniosła swój spokój do uspokojenia sceny, która przypominała zgromadzenie starych przyjaciół, którzy znali się do głębi serca i ufnie polegali na wierze swej przyjaźni. Teresa, nieruchoma, spokojna jak inni, obserwowała tę radość, tę uśmiechniętą depresję tych ludzi z klasy średniej, aw jej sercu był dziki śmiech; wszyscy ją drwili, ale jej twarz zachowywała lodowatą sztywność. Ach! jak oszukała tych godnych ludzi i jak bardzo była zachwycona, że oszukała ich z taką triumfalną zuchwałością. Jej ukochana była w tej chwili jak nieznana jej osoba, towarzysz jej męża, rodzaj prostaka i intruza, o który nie musiała się martwić. Ta okropna komedia, te oszustwa życia, porównanie płonących pocałunków w ciągu dnia i obojętności granej w nocy, dodały krwi młodej kobiecie nowego ciepła. Kiedy przypadkiem Madame Raquin i Camille zeszły na dół, Therese zeskoczyła z krzesła, by cicho iz brutalną energią przycisnąć usta do ust swojej ukochanej, pozostając bez tchu i krztusząc się, aż usłyszała skrzypienie schodów. Następnie energicznie usiadła ponownie i powróciła do ponurego grymasu, podczas gdy Laurent spokojnie kontynuował przerwaną rozmowę z Camille. To było jak szybki, oślepiający błysk błyskawicy na ołowianym niebie. W czwartek wieczór stał się nieco bardziej ożywiony. Laurent, choć znudzony śmiertelnie, niemniej jednak starał się nie przegapić żadnego z tych spotkań. Jako środek roztropności pragnął być znany i szanowany przez przyjaciół Camille. Musiał więc słuchać bezmyślnej rozmowy Griveta i starego Michauda. Ten ostatni zawsze opowiadał te same historie o rabunku i morderstwie, podczas gdy Grivet mówił jednocześnie o swoich urzędnikach, szefach i administracji, aż młody człowiek szukał schronienia u boku Oliviera i Suzanne, których głupota wydawała się mniej męcząca. Ale wkrótce poprosił o kostki domino. W czwartek wieczorem Laurent i Therese ustalili dzień i godzinę ich spotkania. W zgiełku towarzyszącym wyjazdowi, kiedy Madame Raquin i Camille odprowadziły gościa do drzwi arkady, młoda kobieta podeszła do Laurenta, z którym rozmawiała półgłosem, ściskając jego dłoń. Czasami, kiedy wszyscy odwracali się plecami, całowała go z pewnego rodzaju brawurą. Życie pełne wstrząsów i ustępstw trwało osiem miesięcy. W zakochani żyli w pełnej szczęśliwości; Therese nie czuła się już nudna i była całkowicie zadowolona. Laurent był nasycony, rozpieszczony, grubszy niż poprzednio, miał tylko jedną obawę, tego, że ujrzy, jak ta rozkoszna egzystencja dobiegnie końca.

Rozdział IX

Pewnego popołudnia, kiedy Laurent wychodził z biura, by poprowadzić i spotkać się z Teresą, która go oczekiwała, jego szef dał mu do zrozumienia, że w przyszłości nie wolno mu nieobecności. Brał już za dużo wakacji i władze postanowiły go zwolnić, jeśli znowu wyjdzie w godzinach urzędowania. Przywiązany nitami do krzesła pozostawał w rozpaczy aż do wieczora. Musiał zarabiać na życie i nie śmiał stracić swojego miejsca. W nocy gniewne oblicze Teresy było dla niego torturą i nie mógł znaleźć okazji, by jej wyjaśnić, jak to się stało, że złamał słowo. W końcu, gdy Camille zamykała okiennice, podszedł żwawo do młodej kobiety, szepcząc półgłosem: „Nie będziemy już więcej widzieć się nawzajem. Mój szef odmawia mi pozwolenia na wyjście”. Camille weszła do sklepu, a Laurent musiał się wycofać bez podawania dalszych informacji, pozostawiając Therese pod przykrym wpływem tego nagłego i nieprzyjemnego ogłoszenia. Zirytowana na każdego, kto odważył się przeszkodzić jej rozkoszy, spędziła nieprzespaną noc, układając ekstrawaganckie plany spotkania z ukochaną. W następny czwartek rozmawiała z Laurentem najwyżej przez minutę. Ich niepokój był tym większy, że nie wiedzieli, gdzie się spotkać w celu konsultacji i porozumienia. Młoda kobieta przy tej okazji umówiła ukochaną na kolejne spotkanie, którego po raz drugi nie dotrzymał, i wtedy miała tylko jeden stały pomysł — zobaczyć się z nim za wszelką cenę. Przez dwa tygodnie Laurent nie był w stanie rozmawiać sam z Therese, a potem poczuł, jak bardzo ta kobieta stała się niezbędna dla jego życia. Daleki od odczuwania niepokoju, jak dawniej, z powodu pocałunków, którymi obsypywała go jego ukochana, teraz szukał jej objęcia z uporem wygłodniałego zwierzęcia. W jego mięśniach czaiła się krwawa namiętność, a teraz, gdy odebrano mu ukochaną, ta pasja wybuchła ślepą przemocą. Był szaleńczo zakochany. Ta kwitnąca bestialska natura wydawała się nieświadoma we wszystkim. Był posłuszny swoim instynktom, pozwalając, by poprowadziła go wola organizmu. Rok wcześniej wybuchnąłby śmiechem, gdyby powiedziano mu, że zostanie niewolnikiem kobiety, aż do tego stopnia, że zaryzykuje swój spokój. Ukryte siły pożądania, które doprowadziły do tego rezultatu, potajemnie działały w nim, a skończyły się na wrzuceniu go, związanego ręce i nogi, w ramiona Teresy. W tej godzinie bał się, że nie ominie go przezorność. Nie odważył się już iść wieczorem do sklepu w Pasażu Pont Neuf, żeby nie popełnić głupoty. Nie należał już do siebie. Jego ukochana, z jej kocią gibkością, jej nerwową elastycznością, wślizgiwała się stopniowo w każde włókno jego ciała. Ta kobieta była tak samo potrzebna w jego życiu, jak jedzenie i picie. Z pewnością popełniłby jakąś głupotę, gdyby nie otrzymał listu od Teresy z prośbą o pozostanie w domu następnego wieczoru. Jego ukochana obiecała mu, że zadzwoni około ósmej. Po wyjściu z biura pozbył się Camille, mówiąc, że jest zmęczony i powinien natychmiast położyć się do łóżka. Teresa po obiedzie również odegrała swoją rolę. Wspomniała o kliencie, który przeprowadził się nie płacąc jej, a działając jak oburzony wierzyciel, który niczego nie słuchał, oświadczyła, że zamierza wezwać dłużnika w celu zażądania zapłaty. należnych pieniędzy. Klient mieszkał teraz w Batignolles. Madame Raquin i Camille uważały, że to długa droga i wątpiły, czy podróż zakończy się zadowalającym rezultatem; ale nie okazali zdziwienia i pozwolili Teresie wyruszyć na swoje zadanie w spokoju. Młoda kobieta pobiegła do Port aux Vins, szybując po śliskim chodniku i uderzając w przechodniów w pośpiechu, aby dotrzeć do celu. Krople potu pokrywały jej twarz, a ręce płonęły. Każdy mógł wziąć ją za pijaną kobietę. Ona szybko wstąpił po schodach hotelu, a po osiągnięciu szóste piętro, zdyszany i wędrujących z oczu, ona postrzegana Laurent, który pochylony nad balustradą czeka ją. Weszła do strychu, który był tak mały, że ledwo mogła się w nim obrócić, i zemdlała, zrywając kapelusz jedną ręką opartą o stelaż łóżka. Przez podnoszone okno w dachu, które było szeroko otwarte, świeżość wieczoru padała na płonącą kanapę. Para została przez jakiś czas w tym nędznym pokoiku, jakby na dnie dziury. Natychmiast Teresa usłyszała, jak zegar w sąsiedztwie wybija dziesiątą. Czuła się tak, jakby chciała być głucha. Mimo to rozejrzała się za kapeluszem, który przypięła do włosów długą szpilką, po czym usiadła i powoli mruknęła: „Muszę iść”. Laurent upadł przed nią na kolana i wziął ją za ręce. — Do widzenia, aż znów się zobaczymy — powiedziała bez ruchu. „Nie, dopóki się znowu nie zobaczymy!” wykrzyknął, „to jest zbyt nieokreślone. Kiedy znowu przyjdziesz?” Spojrzała mu prosto w twarz. „Czy chcesz, żebym był z tobą szczery?” zapytała. — Cóż, więc, prawdę mówiąc, myślę, że już nie przyjdę. Nie mam pretekstu i nie mogę go wymyślić”. „W takim razie musimy się pożegnać” — zauważył. „Nie, nie zrobię tego!” odpowiedziała. Wypowiedziała te słowa z przerażoną złością. Potem dodała łagodniej, nie wiedząc, co mówi i nie ruszając się z krzesła: „Idę”. Laurent zamyślił się. Myślał o Camille. „Nie życzę mu krzywdy”, powiedział w końcu, nie wymawiając imienia: „ale tak naprawdę jest zbyt wiele na naszej drodze. Nie mógłbyś się go pozbyć, wysłać go gdzieś w daleką podróż?” „Ach! tak, wyślij go w podróż!” — powtórzyła młoda kobieta, kiwając głową. — A czy wyobrażasz sobie, że taki człowiek zgodziłby się podróżować? Jest tylko jedna podróż, z której nigdy nie wrócisz. Ale pogrzebie nas wszystkich. Ludzie, którzy są na ostatnim tchnieniu, nigdy nie umierają”. Potem nastąpiła cisza, którą przerwał Laurent, który zauważył: „Miałem sen na jawie. Camille miała wypadek i zmarła, a ja zostałem twoim mężem. Czy rozumiesz?” — Tak, tak — odpowiedziała Teresa, drżąc. Następnie, gwałtownie pochylając się nad twarzą Laurenta, stłumiła ją pocałunkami i wybuchając płaczem, wypowiedziała te rozdzielone zdania pośród łez: „Nie mów tak, bo jeśli to zrobisz, zabraknie mi siły, by cię zostawić. Zostanę tutaj. Daj mi raczej odwagę. Powiedz mi, że znów się zobaczymy. Potrzebujesz mnie, prawda? Cóż, pewnego dnia znajdziemy sposób na wspólne życie”. — W takim razie wróć, wróć jutro — powiedział Laurent. „Ale ja nie mogę wrócić” — odpowiedziała. „Powiedziałem ci. Nie mam pretekstu”. Załamała ręce i kontynuowała: „Och! Nie boję się skandalu. Jeśli chcesz, kiedy wrócę, powiem Camille, że jesteś moją ukochaną i wrócę tutaj. Drżę dla Ciebie. Nie chcę przeszkadzać Ci w życiu. Chcę cię uszczęśliwić.” Rozruszono roztropne instynkty młodego człowieka. — Masz rację — powiedział. „Nie możemy zachowywać się jak dzieci. Ach! gdyby twój mąż umarł!” „Gdyby mój mąż umarł” — powtórzyła powoli Teresa. „Pobraliśmy się” — kontynuował — „i nie mamy się już czego obawiać. Jakie to miłe, delikatne życie!” Młoda kobieta wyprostowała się. Jej policzki były blade i patrzyła na ukochaną z zachmurzonym czołem, podczas gdy jej usta drgały. — Czasami ludzie umierają — szepnęła w końcu. „Tylko to jest niebezpieczne dla tych, którzy przeżyją”. Laurent nie odpowiedział. „Widzisz” — kontynuowała — „wszystkie znane metody są złe”. — Źle mnie zrozumiałeś — powiedział cicho. „Nie jestem głupcem, chcę cię kochać w pokoju. Myślałem, że wypadki zdarzają się codziennie, że stopa może się poślizgnąć, dachówka może spaść. Rozumiesz. W tym drugim przypadku winny jest sam wiatr”. Mówił dziwnym głosem. Potem uśmiechnął się i dodał pieszczotliwym tonem: „Nieważne, bądź cicho. Będziemy się czule kochać i żyć szczęśliwie. Ponieważ nie możesz tu przyjechać, załatwię sprawy. Powinno nam pozostać przez kilka miesięcy, nie widząc się nawzajem, nie zapomnij o mnie, a należy pamiętać, że ja pracując dla szczęśliwości „. Kiedy Teresa otworzyła drzwi do wyjścia, chwycił ją w ramiona. „Jesteś mój, prawda?” on kontynuował. — Przysięgasz należeć do mnie o każdej porze, kiedy zechcę. „Tak!” — zawołała młoda kobieta. „Jestem twój, rób ze mną, co chcesz”. Przez chwilę pozostawali złączeni razem i milczący. Następnie Teresa oderwała się gwałtownie, nie odwracając głowy, opuściła poddasze i zeszła na dół. Laurent nasłuchiwał, jak ucichły jej kroki. Kiedy usłyszał ostatnie z nich, wrócił do swojego nędznego pokoju i położył się do łóżka. Prześcieradła wciąż były ciepłe. Nie zamykając okna, położył się na plecach, z gołymi ramionami i otwartymi rękami, wystawiony na świeże powietrze. I odbił się, wpatrując się w ciemnoniebieski kwadrat, który obramował okno na niebie. Odwracał ten sam pomysł w głowie aż do świtu. Przed wizytą Teresy nie przyszedł mu do głowy pomysł zamordowania Camille. Mówił o śmierci tego człowieka, ponaglany przez fakty, zirytowany myślą, że nie będzie już w stanie spotkać się ze swoją ukochaną. I w ten sposób ujawnił się nowy zakątek jego nieświadomej natury. Teraz, gdy był bardziej spokojny, sam w środku spokojnej nocy, studiował morderstwo. Myśl o śmierci, wypowiedziana w rozpaczy między kilkoma pocałunkami, powróciła nieubłagana i żarliwa. Dręczony bezsennością i zdenerwowany wizytą Teresy, obliczył wady i zalety zostania zabójcą. Wszystkie jego zainteresowania skłoniły go do popełnienia przestępstwa. Powiedział sobie, że skoro jego ojciec, wieśniak z Jeufosse, nie może zdecydować się na śmierć, to być może będzie musiał pozostać urzędnikiem jeszcze przez dziesięć lat, jedząc w tanich restauracjach i mieszkając na strychu. Ten pomysł go irytował. Z drugiej strony, gdyby Camille nie żyła, poślubiłby Therese, odziedziczyłby po madame Raquin, zrezygnowałby z urzędu i przechadzał się w słońcu. Potem z przyjemnością śnił o życiu bezczynności; on widział siebie mając nic do roboty, jedzenia i spania, cierpliwie czekając na śmierć ojca. A kiedy rzeczywistość pojawiła się w środku jego snu, podbiegł do Camille i zacisnął pięści, by go powalić. Laurent pożądał Therese; chciał ją tylko dla siebie, mieć ją zawsze w zasięgu ręki. Gdyby nie udało mu się doprowadzić do zniknięcia męża, kobieta uciekłaby mu. Tak powiedziała: nie może wrócić. On nie uciekła z niej, zaniósł gdzieś, ale potem obaj będą umierać z głodu. Mniej ryzykował zabijając męża. Nie byłoby skandalu. Po prostu odepchnąłby człowieka, aby zajął jego miejsce. W swojej brutalnej, chłopskiej logice uznał tę metodę za doskonałą i naturalną. Jego wrodzona rozwaga zalecała nawet to szybkie rozwiązanie. Położył się na łóżku, spocony, płasko na brzuchu, z twarzą opartą o poduszkę i pozostał tam bez tchu, dusząc się, widząc linie ognia przesuwające się wzdłuż jego zamkniętych powiek. Zadał sobie pytanie, jak zabiłby Camille. Potem, nie mogąc już oddychać, odwrócił się gwałtownie, aby zająć pozycję na plecach iz szeroko otwartymi oczami, przyjął pełne w twarz podmuchy zimnego powietrza z okna, szukając w gwiazdach, w niebieskawy kwadrat nieba, porada dotycząca morderstwa, plan zamachu. I nic nie znalazł. Jak powiedział swojej ukochanej, nie był ani dzieckiem, ani głupcem. Nie chciał ani sztyletu, ani trucizny. To, czego szukał, było subtelną zbrodnią, której można było dokonać bez niebezpieczeństwa; rodzaj złowieszczego uduszenia, bez krzyków i bez terroru, prosty zniknięcie. Pasja mogłaby go poruszyć i popchnąć do przodu; cała jego istota władczo nalegała na roztropność. Był zbyt tchórzliwy, zbyt zmysłowy, by ryzykować swój spokój. Gdyby zabił, oznaczałoby to spokojne i szczęśliwe życie. Stopniowo ogarnął go sen. Zmęczony i uspokojony popadł w rodzaj łagodnego i niepewnego odrętwienia. Zasypiając, zdecydował, że będzie oczekiwał korzystnej okazji, a jego myśli, coraz bardziej ulotne, kołysały go do odpoczynku szeptem: „Zabiję go, zabiję go”. Pięć minut później odpoczywał, oddychając spokojnie i regularnie. Teresa wróciła do domu o jedenastej z płonącą głową i naprężonymi myślami dotarła do Arkady Pont Neuf, nieświadoma drogi, którą wybrała. Wydawało jej się, że właśnie zeszła na dół z wizyty u Laurenta, tak pełne były jej uszy słowami, które niedawno usłyszała. Madame Raquin i Camille były zaniepokojone i uważne; ale odpowiedziała na ich pytania ostro, mówiąc, że była na posyłce głupców i czekała na chodniku na omnibus. Kiedy weszła do łóżka, prześcieradło było zimne i wilgotne. Jej kończyny, które wciąż płonęły, drżały z odrazy. Camille wkrótce zasnęła i przez długi czas Therese patrzyła, jak jego blada twarz spoczywa idiotycznie na poduszce, z szeroko otwartymi ustami. Teresa odsunęła się od męża. Poczuła chęć wbicia zaciśniętej pięści w te usta.

Rozdział X

Minęły ponad trzy tygodnie. Laurent przychodził do sklepu każdego wieczoru, wyglądając na zmęczonego i niedobrego. Jasnoniebieski okrąg otoczył jego oczy, a jego usta stały się blade i spierzchnięte. Poza tym nadal zachowywał tępy spokój, spojrzał Camille w twarz i okazał mu tę samą szczerą przyjaźń. Madame Raquin rozpieszczała przyjaciela rodziny tym bardziej, teraz, gdy widziała, jak ustępuje miejsca swego rodzaju niskiej gorączce. Teresa odzyskała milczącą, ponurą minę i manierę. Była bardziej nieruchoma, nieprzenikniona, spokojniejsza niż kiedykolwiek. Wydawało się, że w najmniejszym stopniu nie przejmuje się Laurentem. Ledwo na niego patrzyła, rzadko zamieniała z nim słowo, traktując go z całkowitą obojętnością. Madame Raquin, która w swoim dobroci serca odczuwała ból z powodu takiej postawy, czasami mówiła do młodego mężczyzny: „Nie zwracaj uwagi na zachowanie mojej siostrzenicy, ja ją znam; jej twarz wydaje się zimna, ale jej serce jest ciepłe z czułością i oddaniem”. Dwie ukochane nie miały więcej spotkań. Od wieczora przy Rue Saint-Victor nie spotykali się sami. W nocy, kiedy znaleźli się twarzą w twarz, spokojni z wyglądu i jak obcy sobie nawzajem, burze namiętności i konsternacji przechodziły pod spokojnym ciałem ich twarzy. A podczas gdy u Teresy wybuchały wściekłości, podłe pomysły i okrutne szyderstwa, u Laurenta dochodziło do ponurych brutalności i przejmujących niezdecydowania. Żaden z nich nie odważył się przeszukać dna ich istot, dna mętnej gorączki, która wypełniała ich mózgi gęstą i gryzącą oparami. Kiedy mogli wcisnąć się nawzajem za drzwi, nie mówiąc nic, robili to, gotowi je zmiażdżyć, w krótkim, szorstkim uścisku. Oni wolałby, wzajemnie, aby dokonały się paskami ich ciała przywarły do swoich palców. Nie mieli nic prócz tego ucisku rąk, aby złagodzić ich uczucia. Włożyli w nie wszystkie swoje dusze i nie żądali od siebie niczego więcej. Czekali. Pewnego czwartkowego wieczoru, zanim zasiedli do gry w domino, goście rodziny Raquin jak zwykle rozmawiali. Ulubionym tematem rozmów były doświadczenia starego Michauda, który zadawał pytania dotyczące dziwnych i złowrogich przygód, z którymi musiał być związany, wypełniając swoje poprzednie funkcje. Następnie Grivet i Camille wysłuchali opowieści komisarza z przerażonymi i ziejącymi minami małych dzieci słuchających „Blue Beard” lub „Tom Thumb”. Te opowieści przerażały ich i bawiły. W ten konkretny czwartek Michaud, który właśnie zdał relację z okropnego morderstwa, którego szczegóły wywołały dreszcz na widowni, dodał, potrząsając głową: „I wiele z nich w ogóle nie wychodzi. Ile zbrodni pozostaje nieodkrytych! Ilu morderców wymyka się sprawiedliwości człowieka!” „Co!” — zawołał zdumiony Grivet. — Myślisz, że po ulicach chodzą takie obrzydliwe stworzenia, ludzie, którzy mordowali i nie są aresztowani? Olivier uśmiechnął się z pogardą. „Mój drogi panie”, odpowiedział swoim dyktatorskim tonem, „jeśli ich nie aresztowano, to dlatego, że nikt nie wie, że popełnili morderstwo”. Wydaje się, że to rozumowanie nie przekonało Griveta i Camille przyszła mu z pomocą. — Jestem zdania pana Griveta — powiedział z głupawą powagą. „Chciałbym wierzyć, że policja spełnia swój obowiązek i nigdy nie ocieram się o mordercę na chodniku”. Olivier uznał tę uwagę za osobisty atak. „Z pewnością policja spełnia swój obowiązek” — wykrzyknął zirytowanym tonem. „Wciąż nie możemy zrobić tego, co niemożliwe. Są nieszczęśnicy, którzy studiowali przestępczość w szkole szatana; uciekną przed Samą Boskością. Czy tak nie jest, ojcze? „Tak, tak” — potwierdził stary Michaud. — Tak więc, kiedy byłem w Vernon — być może pamiętasz ten incydent, madame Raquin — na autostradzie zamordowano woźnicę. Zwłoki znaleziono pocięte na kawałki na dnie rowu. Władze nigdy nie były w stanie położyć rąk na winowajcy. On jest chyba nadal mieszka w tej godzinie. Może jest naszym sąsiadem, a może pan Grivet spotka go w drodze do domu. Grivet zbladł jak prześcieradło. Nie śmiał się rozejrzeć. Wydawało mu się, że morderca woźnicy jest za nim. Ale jeśli o to chodzi, był zachwycony, że się boi. — Cóż, nie — zawahał się, ledwo wiedząc, co powiedział. — No cóż, nie, nie mogę w to uwierzyć. Ale mam też historię: kiedyś sługa trafił do więzienia za kradzież srebrnej łyżki i widelca należącego do jej pana i kochanki. Dwa miesiące później, podczas obalania drzewa, w gnieździe sroki znaleziono nóż i widelec. To sroka była złodziejem. Sługa został zwolniony. Widzisz, winni są zawsze karani”. Grivet zatriumfował. Olivier prychnął. — Potem wsadzili srokę do więzienia — powiedział. — Nie to miał na myśli monsieur Grivet — odpowiedziała Camille, zirytowana tym, że jego szef został wyśmiewany. „Mamo, daj nam kostki domino”. Podczas gdy Madame Raquin poszła po skrzynkę, młody człowiek, zwracając się do Michauda, kontynuował: „W takim razie przyznajesz, że policja jest bezsilna, że w słońcu chodzą mordercy?” „Niestety tak” — odpowiedział komisarz. „To niemoralne” — podsumował Grivet. Podczas tej rozmowy Therese i Laurent milczeli. Oni nawet nie uśmiechnął się z głupoty kotawiec zielonosiwy. Oboje, opierając się rękami o stół, nieco bladzi, z niewyraźnym wyrazem oczu, nasłuchiwali. W pewnym momencie te ciemne, żarliwe kule spotkały się. A małe krople potu perłowa u korzeni włosy Teresy, podczas gdy chłodne powiewy oddechu dało niedostrzegalne ciarki na skórze Laurent.

Rozdział XI

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.72
drukowana A5
za 25.19