E-book
28.67
drukowana A5
49.82
Teksty wybrane

Bezpłatny fragment - Teksty wybrane

Najlepsze z najlepszych


Objętość:
371 str.
ISBN:
978-83-8221-344-7
E-book
za 28.67
drukowana A5
za 49.82

Wstęp, wprowadzenie

Od 1935 roku Anonimowi Alkoholicy dysponują rozwiązaniem problemu alkoholizmu, a to oznacza, że dla osób uzależnionych jest jakaś szansa i nadzieja. Moje doświadczenia, obserwacje, przeżycia, wnioski z nich wypływające, przemyślenia, a w konsekwencji artykuły, eseje, notatki i inne, przybliżają zarówno rozwiązanie zawarte w książce „Anonimowi Alkoholicy”, jak i samą Wspólnotę AA, która — mimo upływu dziesiątków lat — nadal w Polsce postrzegana jest jako coś w rodzaju klubu abstynenta połączonego z poterapeutyczną grupą wsparcia. Najgorsze jest jednak to, że w taki sam lub podobny sposób widzi i rozumie Wspólnotę znaczna część uczestników mityngów (spotkań) AA.


Teksty zawarte w książce zebrałem i ułożyłem tak, by czytelnikowi ułatwić znalezienie odpowiedzi na kilka pytań; pytań — być może — nawet jeszcze nie zadanych, wątpliwości nieuświadomionych, obaw niesprecyzowanych, na przykład.: Czym jest alkoholizm? Czy wystarczy przestać pić? Jak rozumiem i realizuję zasadę anonimowości? Jaka jest różnica pomiędzy programem duchowym, a religijnym? Kim we Wspólnocie AA jest sponsor i czy każdy alkoholik sponsora potrzebuje? W jaki sposób w moim życiu spełniły się obietnice AA? Będzie też mowa o Bogu (jakkolwiek Go rozumiem), o Tradycjach Wspólnoty AA i jej historii, o przebudzeniu duchowym, o modzie, o utopii, o strachu i miłości…


Ważna uwaga — w moich książkach (ani nigdzie indziej!) nie reprezentuję Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, ani jakiejkolwiek organizacji czy instytucji — prezentuję w niej jedynie własne, osobiste, doświadczenia i przeżycia, prywatne przekonania i poglądy.


Niniejszy zbiór zawiera najlepsze teksty zamieszczone niegdyś w książkach „Krok za Krokiem” oraz „Alkoholizm zobowiązuje” w wersjach poprawionych, uzupełnionych, zaktualizowanych, ale także, a może przede wszystkim, nowe tematy i zagadnienia.

Jestem alkoholikiem

Alkoholik — przez ostatnich dwadzieścia lat używałem tego określenia zdecydowanie częściej niż nazwiska. Jestem alkoholikiem — co stwierdzenie to oznacza dla mnie dzisiaj, teraz? Jak zmieniło i zmieniało się to w czasie? Bo przecież nie zawsze było tak samo…

W dzieciństwie wydawało mi się, że alkoholik to taki bardziej zdegenerowany pijak, a pojęcie nałóg wiązałem głównie z papierosami (moja matka paliła nałogowo), jednak wiele uwagi temu zagadnieniu nie poświęcałem, bo i cóż mnie ono wtedy obchodziło?


Całe życie dużo czytałem, przez kilkadziesiąt lat byłem też zapalonym kinomanem, tak więc, jako starszy nastolatek i później, z alkoholizmem i alkoholikami zacząłem stykać się w książkach i filmach — pamiętam na przykład powieść „Pilot” Roberta Davisa i na jej podstawie nakręcony film z Cliffem Robertsonem, czy polski film „Nie będę cię kochać” Janusza Nasfetera. Doświadczenia te okazały się z czasem bardzo pomocne, oszczędziły mi wiele cierpień. Przyjaciele opowiadają czasem, jak to rozpaczliwie walczyli z samym określeniem alkoholik, nie chcieli zgodzić się na to, według nich, poniżające piętno i plugawe wyzwisko, a więc i na określone konsekwencje, które wynikają z uznania się za alkoholika, czyli konieczność leczenia odwykowego i/lub uczestniczenia w spotkaniach AA. Ja wiedziałem od dawna, że alkoholizm to jest choroba, że to się leczy, że są jacyś Anonimowi Alkoholicy (wydawało mi się wtedy, że to coś w rodzaju klubu abstynenta, w którym starsi, zaniedbani mężczyźni grają w warcaby — do szachów byli za głupi). Dzięki temu szybciej gotów byłem się poddać, zaoszczędziłem sobie zapewne parę lat pijanego obłędu. Tym niemniej w tamtym okresie wydawało mi się jeszcze, nawet byłem święcie przekonany, że cały problem tkwi właściwie w alkoholu i jego nadużywaniu.


Świadkiem jakiegoś mojego pijackiego wyczynu była znajoma, Al-anonka po terapiach. Diagnozę postawiła mi bezbłędnie i pożyczyła książki na temat uzależnienia. Z jednej z nich dowiedziałem się, że problemem alkoholika nie jest alkohol, że chyba chodzi tu jednak o coś więcej, o coś jeszcze, coś innego. W tym czasie była to wiedza, z której nic dla mnie nie wynikało, której nie potrafiłem wykorzystać jednak, jak widać, informację tę jakoś tam zapamiętałem. Choć piłem jeszcze ze trzy-cztery lata, i to coraz bardziej destrukcyjnie, a może nawet kasacyjnie, w końcu mi się ona przydała, okazała przydatna i pomocna.


Znalezienie odpowiedzi na pytanie: jeśli nie alkohol, to co w takim razie jest moim, jako alkoholika, głównym problemem? — zajęło mi wiele lat. Nie pomogła w tym psychoterapia odwykowa, nie pomogła mityngowa liturgia słowa tj. problemy i radości, i ceremonialnie odczytywane długaśne teksty zawarte w scenariuszach. Pomógł Program AA i literatura Wspólnoty — w głównej mierze, bo oczywiście także sponsorzy, różne warsztaty, pierwsi podopieczni, a nawet pozornie przypadkowe wypowiedzi na temat Kroków.


Czwarty i Piąty Krok, który zaleca inwenturę, obrachunek moralny i wyznanie Bogu, sobie i innej istocie ludzkiej samej istoty naszych błędów, realizowałem kilka razy — z powodów, które w tym momencie nie są ważne — z różnymi ludźmi, w różnych miejscach, w różny sposób. Za pierwszym razem odkryłem, że tę istotę moich błędów stanowi głównie egocentryzm i egoizm. Nie zaskoczyło mnie to jakoś, bo przecież w WK coś podobnego wyraźnie napisano już w 1939 roku. Jednak już za drugim razem zorientowałem się, że jest tu jeszcze głębsze dno, bo mój egocentryzm (nazywany w nowym wydaniu WK samolubstwem) i egoizm wynikał ze strachu i lęku. Kiedy w 12x12 przeczytałem, że głównym motorem naszych wad był lęk, że możemy utracić coś co już posiadamy, albo że nie uda nam się zdobyć czegoś, czego pragniemy — wiedziałem już, że to ja, że to o mnie, że o to właśnie chodzi: kradłem przedmioty, rzeczy, pieniądze, bo bałem się, że nie będę miał tego, na co mam ochotę, czego potrzebuję, co wydawało mi się niezbędne oraz starałem się zniewolić, przywiązać do siebie, „kraść” ludzi z obawy przed odrzuceniem i samotnością.


Znowu minąć musiały lata, zanim zadałem sobie kolejne niewygodne pytanie: dlaczego się bałem? Właśnie tak! Dlaczego się bałem, a nie czego się bałem, bo czego się bałem, to przecież już wiedziałem. Czyli po prostu: skąd wziął mi się ten strach czy też lęk?

Nie jestem socjopatą, nie wychowałem się w pustyni i w puszczy, gdzie dobry uczynek to jak Kali komuś ukraść krowy. Przecież dobrze wiedziałem i zdawałem sobie sprawę, że cudzołóstwo, kłamstwo, kradzież, są to zachowania i postępowanie moralnie naganne, ale… Ale ilekroć tylko musiałam wybierać między charakterem, a przyjemnością, troska o charakter i moralne — po prostu przyzwoite — zachowanie jakoś ginęła mi w pogoni za urojonym szczęściem albo zwykłymi zachciankami. Cóż z tego, że miałem jakieś zasady, jeśli permanentnie brakowało mi siły, by żyć zgodnie z nimi!? Jaka była geneza mojego strachu i lęku? Wreszcie zrozumiałem, że strach (lęk, obawa, panika itp.) wynika ze słabości, z braku siły. Boją się słabi i bezsilni. Głównym naszym problemem — jak to sugerowali Anonimowi Alkoholicy — okazał się kompletny brak siły (duchowej, bo nie chodzi tu o silną wolę ani siłę fizyczną).

Czyli kolejno: najbardziej rzucające się w oczy spektakularne picie — niżej egoizm i egocentryzm — jeszcze niżej strach i jego odmiany — wreszcie na samym dole to, co najważniejsze… brak siły duchowej i samowola. W taki właśnie sposób, coraz głębiej, sięgałem do źródeł swoich problemów, do ich prawdziwej natury czy istoty.


Opisane na kilku stronach wydaje się to proste, ale w rzeczywistości zajęło mi całe lata. Jednak chyba nawet nie to jest najbardziej irytujące, ale fakt, że odpowiedzi na wszystkie pytania i wątpliwości, i rozwiązanie problemu alkoholizmu miałem cały czas pod nosem, w dwóch książkach. Koziołek Matołek też musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko. Tylko dlaczego wydawało mi się, że jestem od niego bardziej roztropny? Wydawało mi się… właśnie — tylko wydawało.


Jestem prawdziwym alkoholikiem (real alcoholics) — rozumiem już, że alkohol nie był głównym problemem w moim życiu. Różne moje kłopoty ujawniały się i potęgowały właśnie wtedy, kiedy przestawałem pić. A tak, tak! Bo kiedy piłem, byłem po prostu pijany. To właśnie podczas przerw w piciu podejmowałem decyzje o… następnym piciu i to pomimo koszmarnych konsekwencji poprzedniego picia (także wiele innych, równie absurdalnych). Do czasu alkohol nie tylko nie był problemem — był nawet rozwiązaniem. Żyjąc pod ustawiczną presją niezaspokojonych nigdy wymagań, pragnień i oczekiwań pozostawałem wiecznie w stanie chronicznego rozdrażnienia i rozczarowania, i w tych stanach alkohol przynosił mi ulgę.

„Terror szybkiej ulgi” (znakomity tytuł artykułu Miki Dunin — do dzisiaj nie mogę jej wybaczyć, że to nie ja go wymyśliłem) — dokładnie tak! Szybkiej ulgi, która skutecznie niweczy każdą szansę na osiągnięcie satysfakcjonujących, długofalowych efektów.


Anonimowi Alkoholicy rozwiązali problem alkoholizmu To rozwiązanie zapewne usłyszeć można na każdym mityngu AA, bo zawarte jest w Drugim Kroku: Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowy rozsądek. Także w naszej, AA-owskiej literaturze znalazłem sugestię, z której wynika, że koniecznością dla nas, alkoholików, stało się znalezienie takiej Siły, z pomocą której moglibyśmy żyć. Ważne jest właśnie to — żyć. Żyć, a nie tylko niepić, nie tylko utrzymywać abstynencję.


Być może tu właśnie należy szukać źródeł popularności opolskiej grupy „Wsparcie”, zorientowanej głównie na nowicjuszy i początkujących, której mityngowe tematy nie wychodzą poza problematykę pierwszych trzech Kroków (Krok 1 — precyzuje problem, Krok 2 — określa rozwiązanie, Krok 3 — to postanowienie). Alkoholicy — z różnym stażem abstynenckim i płci obojga — przychodzą tu, żeby usłyszeć o skutecznym rozwiązaniu. Resztę zrobią już ze swoimi sponsorami. Bo nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem. Sponsor — dla tych, którzy tego nie wiedzą — to po prostu alkoholik z większym doświadczeniem, który z pomocą i pod kierunkiem swojego sponsora poznał już i zrealizował w swoim własnym życiu Program Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików i teraz bezinteresownie pomaga innym odnaleźć tę Siłę, o której była mowa wcześniej oraz pokazuje, jak czerpać z jej zasobów.

Podczas mityngu nie mówili o mnie

W środowisku AA, na mityngach, często można usłyszeć wspomnienia z pierwszych takich spotkań w życiu i o zaskoczeniu, bo wydawało się, że obecni jakimś cudem mówią o naszym życiu — zupełnie nas nie znając. Ma to dowodzić, jak bardzo jesteśmy podobni albo nawet tacy sami. Swojej historii z cudzych ust nie słyszałem długo, może lata. I nie dlatego, żebym koncentrował się na różnicach (w AA bardzo dobitnie zaleca się nowym, żeby szukali podobieństw, a nie różnic — to szczególnie dobra sugestia). Kiedy wreszcie ktoś opowiedział moją historię, to był to fragment spikerki alkoholika, który opowiadał o procesie trzeźwienia, powrotu do zdrowia — z tym się identyfikowałem, bo z relacjami z czasów picia, to dość długo nie. A kiedy byłem w AA lat kilkanaście, pierwszy i jedyny dotąd raz usłyszałem opowieść o życiu przed piciem, bardzo podobną do mojej, wręcz niepokojąco podobną. Było to przeżycie… trudne.


Fragmenty historii Gorana


— No kurwa jego mać jebana! Pierdolony hipis w jednostce! — wrzask na moment zagłuszył wszystkie inne odgłosy typowe dla wojskowej jednostki. Goran znał takie albo i gorsze jeszcze określenia. Ależ oczywiście! Często zresztą sam ich używał. Jeśli tym razem dał się zaskoczyć, to powodem był raczej czas, miejsce i okoliczności. Plugawe wulgaryzmy, ordynarne wyzwiska, były, i zapewne są nadal, najzupełniej normalnym składnikiem języka dorastających chłopców, ale właśnie… języka podwórek, szkolnych przerw, boisk, basenów, dyskotek. Tak nie mówiło się w domu, podczas lekcji albo wykładu, w biurach i urzędach. Jednak tym razem dzikie wrzaski rozlegały się na placu apelowym jednostki wojskowej, na którym obecnych było co najmniej kilkadziesiąt osób dorosłych, wielu po czterdziestce, a histerycznie wydzierał się na całe gardło sierżant-szef — korpulentny mężczyzna dobiegający pięćdziesiątki. Wszyscy ci ludzie byli w miejscu publicznym, w miejscu swojej pracy! Kilkadziesiąt metrów od ruchliwej ulicy. To było szokujące i… krępujące.

/…/

Goran dostał powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej prawie tydzień po terminie oficjalnego poboru wiosennego, ale o tym dowiedział się dopiero na wartowni, kiedy stawił się w jednostce. Tam właśnie okazało się, że jego drużyna i kompania służy już od kilku dni. Domyślał się, że był to wynik interwencji ojca, sporej szyszki w mieście, ale nie był z tego zdarzenia zadowolony. Niby zaoszczędził kilka dni, które mógł dzięki temu spędzić z ciężarną żoną, ale z drugiej strony czekały go typowe kłopoty nowicjusza w grupie, która już parę dni spędziła razem, wśród młodych mężczyzn, którzy zdążyli się już choć trochę poznać. Problemem było poza tym imię, ale do tego zdążył przywyknąć oraz wiek — Goran miał już dwadzieścia dwa lata podczas gdy większość, także kaprali, po osiemnaście-dziewiętnaście. Momentami czuł się w jednostce jak dorosły facet wśród gówniarzy, a do tego gówniarzy, którzy mieli nad nim nieomalże nieograniczoną władzę. W każdym razie pierwszy dzień z założenia dwuletniej służby Gorana w jednostce Wojsk Ochrony Pogranicza, w mieście przemysłowym średniej wielkości, nie wróżył niestety przyjemnego ciągu dalszego.

/…/

Urodzony w drugiej połowie dwudziestego wieku Goran przynajmniej przez pół życia miał do swoich rodziców całe mnóstwo pretensji i żalów, choćby o imię i nazwisko. Imię — niby miało być południowosłowiańskie, i może było, ale dla niego oznaczało wówczas jakąś wyjątkowość, dziwactwo. To nie były jeszcze czasy Andżelik i Armandów, i Goran wolałby mieć na imię normalnie — Marek, Wacek, Zbyszek albo Jurek. Jakieś manifestacje słowiańskości rodziców — żeby ich nikt nie pomylił ze Ślązakami, mieszkającymi wokół — to nie była sprawa Gorana, nie jego kompleksy i urazy.

O nazwisko — dziadek, ojciec ojca Gorana, pochodził z ZSRR, obecnie jest to miasteczko na Litwie, więc rodzina nosiła nazwisko ewidentnie niepolskie, trudne do wymówienia i zapamiętania. Dziadek pochodził z innego kraju, więc jego jeszcze można było jakoś tam zrozumieć, ale dlaczego rodzice nie zmienili nazwiska, na przykład przy ślubie, co jest przecież banalnie proste, Goran zupełnie nie rozumiał. Tym bardziej, że tymi swoimi decyzjami bezrefleksyjnie narazili go na przezwiska i niewybredne żarty rówieśników. A dzieci bywają niesamowicie okrutne. Pojęć takich jak przywiązanie do tradycji, czy nasze rodowe nazwisko, jakoś nigdy w pełni nie rozumiał. Nazwisko było czymś w rodzaju identyfikatora, jak numer telefonu na przykład — jeśli okazywało się niewygodne, to przecież można je było zmienić.

W dzieciństwie Goran nienawidził swojej młodszej siostry. Właściwie, choć od tego dzieciństwa minęły dziesięciolecia, choć od dawna rozumiał, co, jak i dlaczego działo się wtedy w ich rodzinie, to i tak relacje z siostrą uważał za trudne. Trochę tego żałował, może nawet bardziej niż trochę, ale jeśli bliskość, więź, zrozumienie, może miłość, nie urodziły się między nimi przez tyle lat, to już raczej nie liczył na cud.

Pozostali dziadkowie Gorana, poza tym Litwinem, wywodzili się z średniozamożnego ziemiaństwa i mieszczaństwa. Dzięki temu jego rodzice byli niewątpliwie ludźmi z towarzystwa, którzy mieli swoje zasady i zawsze wiedzieli, jak się właściwie zachować. Byli też pewni ponad wszelką wątpliwość, że kindersztuba, savoir-vivre, bon ton, są w życiu ważne, może nawet fundamentalnie. Starali się więc — głównie ojciec i matka, ale trochę też i dziadkowie — nauczyć Gorana tego wszystkiego, choć wiele zasad i reguł w peerelowskiej Polsce trąciło myszką już w chwili, w której mu je wpajano. Właściwie tylko jemu, bo o cztery lata młodszą siostrę, Jankę, nauka ta objęła jakoś w znacznie mniejszym stopniu. Może do matki (ojciec już nie żył) w końcu jakoś wreszcie dotarło, że czasy się zmieniają. A może, bez wspierającego ją męża, straciła zapał pedagogiczny.

Elementem tej tresury była umiejętność specjalnego traktowania kobiet. Wspieranie, pomaganie, ustępowanie miejsca, dbanie, zabieganie, staranie by dobrze się czuły, żeby nieustannie były zadowolone. Setki drobiazgów, jak choćby to, że po schodach w górę kobieta idzie pierwsza, ale w dół — mężczyzna. Kobietę przepuszczać należy w drzwiach, chyba, że chodzi o nieznaną obojgu restaurację, czy nocny lokal, w którym nie wiadomo, czego się spodziewać. Mężczyzna… Kobieta… To, że mężczyzna (Goran) miał wtedy lat dziesięć, a kobieta (Janka, siostra) sześć, niczego nie zmieniało. Bo wiadomo, że czym skorupka za młodu nasiąknie… Mężczyzna powinien, zdaje się, być dżentelmenem — tylko gdzie, w PRL?

Narzucane zasady dobrego wychowania rodziły w chłopcu bunt (choć niektóre reguły bardzo dobrze sprawdziły mu się w dorosłym życiu, przydały się), jednak to specjalne traktowanie kobiet budziło także poczucie, niższej wartości. Bo nie ulegało przecież wątpliwości, że — jako chłopiec, mężczyzna — Goran jest kimś gorszym. No, skoro całe życie, nieustannie, miał jakiejś kobiecie dobrze służyć… Budziło to wyraźną niechęć, a nawet złość wobec Janki. Już jako dwudziestolatek rozumiał, że to nie była jej wina, że odpowiedzialność spada na rodziców, a matkę w szczególności. Janka po prostu była dzieckiem, które z naturalnym dziecięcym sprytem nauczyło się korzystać z okazji stworzonej przez dorosłych, przez jej rodziców. A ci wiele razy ewidentnie przesadzali — karanie syna w związku ze skargą córki: Goran mnie źle traktuje, bez jakichkolwiek prób wyjaśnienia i zrozumienia, o co dzieciakom poszło, nadal nie mieściło mu się w żadnych zdroworozsądkowych granicach. Uważał, że to nie jest sprawiedliwe.

Wiele zrozumiał, wybaczył, zapomniał, ale… w przypadku Janki padło chyba na grunt zbyt podatny. Infantylność oraz roszczeniową postawę tolerować można, ale i tego nie był taki pewien, u małych dzieci, natomiast w przypadku czterdziestoparoletniej kobiety jest to, delikatnie mówiąc, trudne. I wygląda na to, że takie było nie tylko dla Gorana — trzecie małżeństwo Janki właśnie dobiegało końca, a ona sama nadal grała rolę ofiary.

Ale pal diabli Jankę! To jej życie, jej problem. Czasem tylko zastanawiał się nad sobą, nad swoimi relacjami z dziesiątkami kobiet. Kontaktów intymnych miał w sumie niewiele. Większość z tych znajomości miała charakter platoniczny, przyjacielski. Tylko, że chyba nie zawsze o takie koleżeństwo mu chodziło. Kiedy ostatnio Goran pochwalił się koledze, że poznał nową dziewczynę, z którą wyraźnie łączy go pokrewieństwo duchowe, z którą fantastycznie się rozmawia, i pewnie zostaną dobrymi znajomymi, jeśli nie przyjaciółmi, Sebastian odparł ze współczującą miną: no tak… a bzykał znowu będzie ktoś inny. Goran znienawidził go za to.

Z ojcem to była trudna sprawa, czasem Goran był z niego dumny, a czasem się wstydził. Ojciec był milicjantem, służył w MO i samo to stawiało często Gorana na przegranej pozycji. Gdy rówieśnicy chcieli mu dokuczyć, zawsze zarzucali mu, że donosi ojcu o ich wybrykach, w związku z czym oni sami lub ich rodzice mieli później rzekomo jakieś problemy. To nigdy nie było prawdą. Nie było też prawdą, że Goran „nadał” ojcu jakiegoś nieznanego mu faceta z sąsiedniego bloku, który w swoim garażu naprawiał Trabanty. Goran nie odróżniał Trabanta od Wartburga albo Zaporożca, a pracującego na czarno mechanika zupełnie nie znał, nie poznałby go na ulicy, guzik go to wszystko obchodziło.

Ale z drugiej strony… ojciec był lokalnym bohaterem, zginął ratując życie jakimś obcym ludziom. Wielu dorosłych, przy różnych okazjach, mówiło Goranowi, że jego ojciec był wspaniałym człowiekiem i chłopak powinien być z niego dumny. Więc był… czasami.


Oczywiście nie każdy fakt z jego życia pokrywał się z moim — nie mam siostry, mój ojciec przeżył matkę o kilkanaście lat — tym niemniej i tak było to dla mnie przeżycie… trudne i dziwnie się czułem słuchając. Bańka prysła kiedy zaczął mówić o piciu, to już nie był mój model picia i nie w tym samym wieku się uzależniliśmy.

Rzecz jasna zawsze wspólne we wszystkich tych opowieściach były elementy takie jak: spektakularne nadużywanie alkoholu, picie szkodliwe, ryzykowne, nawet destrukcyjne, przerażające konsekwencje picia, które niczego nas nie uczyły, narastające problemy w rodzinie i w pracy zawodowej, a z takich bardziej psychicznych albo duchowych, to była samotność i przekonanie, że nikt nas nie rozumie, bo z jakiegoś powodu jesteśmy inni.

Zamiast — jedna z pułapek

Nie ma takiego poświęcenia, na jakie człowiek się nie zdobędzie, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia — sporo uciechy miałem, kiedy w książce Roberta Cialdiniego „Wywieranie wpływu na ludzi” natrafiłem na te słowa. Jednak frajda nie trwała zbyt długo, bo przywołała zdecydowanie przykre skojarzenia i wspomnienia.


Zamiast — jedno z przeklętych słów, mniej lub bardziej obecnych w całym moim życiu alkoholika. Najpierw, a trwało to całymi latami, zamiast poszukać rozwiązania swojego problemu, szukałem okazji do kolejnego picia, pieniędzy na następne picie, argumentów wyjaśniających poprzednie picie, usprawiedliwień tłumaczących skutki picia. Nie byłem w stanie połączyć pewnych wydarzeń w jedną całość, a zamiast niej widziałem zupełnie oderwane od siebie, pojedyncze zdarzenia. Wydawało mi się, że wyjątkowo upiłem się, bo piłem na pusty żołądek (albo byłem zmęczony, miałem gorszy dzień itp.), wyjątkowo tylko dostałem torsji, bo pewnie grzybki mi zaszkodziły (tatar był nieświeży, gospodarz upierał się przy mieszaniu alkoholi itp.), wyjątkowo nie dotrzymałem słowa, spóźniłem się do pracy, zapomniałem…


Wreszcie sięgnąłem swego dna i przestałem pić, jednak zamiast nie zniknęło z mojego życia, uległo tylko pewnej… modyfikacji. Zamiast realnie wytrzeźwieć, przez dwa i pół roku uczestniczyłem w terapii odwykowej, przez prawie rok w terapii DDA, przez pół roku w warsztatach z duchowości, regularnie chadzałem na mityngi AA, nie będąc w stanie z pełnej oferty Anonimowych Alkoholików skorzystać. Pewnego razu usłyszałem, że choroba alkoholowa inteligentnieje wraz ze mną i zapewne coś w tym jest, bo moje zamiast robiło się coraz bardziej wyrafinowane, cwane. Bo czy jest coś złego w leczeniu odwykowym albo w warsztatach rozwoju osobistego? Skądże! Tyle tylko, jak wreszcie się zorientowałem, że podejmuję te działania zamiast tego, co faktycznie powinienem zrobić. To tak jak z uczniem, który zamiast odrabiać zadanie domowe albo pilnie się uczyć (zbliża się klasówka), zaczyna sprzątać swój pokój, porządkować szafki, nawet czyścić buty. Przez kilka miesięcy mieszkałem w akademiku i do dziś pamiętam, jak przed sesją egzaminacyjną wpadliśmy na genialny pomysł, że właśnie teraz musimy koniecznie wyprać wykładzinę w naszym pokoju. Notabene egzaminów nie zdałem.


W końcu wszystkie możliwe terapie pokończyłem (gdyby szef poradni odwykowej nie powiedział mi pewnego razu, że nie mają mi już nic do zaoferowania, nie wiem, ile by to jeszcze trwało), więc moje zamiast przechodziło kolejne metamorfozy: zamiast podjąć pracę ze sponsorem, zafundowałem sobie nadaktywność organizacyjną, zakładałem nowe grupy i pełniłem w nich służby. Czy jest coś złego w służbach w AA? Ależ skądże! Problem w tym, że zaufany sługa może być dla swojej grupy, intergrupy, regionu, realnie bardzo przydatny, a nawet chwalony, jednak dla niego samego działania podejmowane zamiast (rzetelnej realizacji Programu na przykład) mogą okazać się jakby nieco mniej korzystne.

Następne moje zamiast wiązało się już z poważnym zaangażowaniem w życie religijne i kościelne. I znowu mógłbym spytać, czy w obrzędach religijnych i liturgii jest coś złego i natychmiast, zgodnie z prawdą odpowiedzieć, że przecież nie, nie jest, ale… Byłem coraz bardziej zmęczony nieskutecznymi działaniami i cierpieniem, więc po jakichś czterech latach abstynencji poprosiłem o pomoc drugiego alkoholika.


Perfidia zamiast polega na podejmowaniu pożytecznych, a nawet pożądanych działań, które jednak nie przynoszą ze sobą rozwiązania problemu. Chodzi tu o brak gotowości (albo nie wiem, co zrobić, jak zrobić i kiedy, albo po prostu i zwyczajnie nie chcę zrobić tego, co powinienem), jak i uczciwości wobec siebie. Co najgorsze — wcale nie musi to być w pełni świadome i prawdopodobnie często faktycznie nie jest.

Pamiętam jak kiedyś sporo wysiłku kosztowało mnie uświadomienie sobie, że nie muszę właśnie dziś sprzątać piwnicy — tak naprawdę chodziło o strach przed planowaną wizytą u dentysty. Jeszcze moment i pewnie skutecznie wmówiłbym sobie, że ja naprawdę nie mogę iść dziś do dentysty, bo muszę sprzątać piwnicę. W rozpoznawaniu takich sytuacji pomocne okazuje się stare powiedzenie: kto chce — szuka sposobów, kto nie chce — szuka powodów. Przydaje się też dowcip o pijaku, który zgubionej monety szukał pod latarnią, bo jasno, a nie tam, gdzie rzeczywiście ją zgubił, czyli w ciemnym zaułku. A na mityngach (czyli po prostu spotkaniach) AA usłyszeć można powiedzenie: rąbiesz nie to drzewo.


Czy od zamiast jestem w stanie uwolnić się całkowicie i na zawsze? Przybiera ono tak różne formy, że zapewne nie, ale to oznacza jedynie potrzebę nieustannej czujności i pracy. Bo przebudzenie duchowe (przeżycie, doświadczenie) jest warunkowe, a to oznacza, że nawet tym, którzy już go doświadczyli, nie jest ono dane raz na zawsze i bezwarunkowo, i to ja muszę dbać o odpowiedni stan ducha, który jest (także) wynikiem równowagi. W ten właśnie sposób i dzięki temu wreszcie zrozumiałem stwierdzenie z książki „Uwierzyliśmy”: Dowiedziałam się też, że niektórym dane było to doświadczenie, ale potem odrzucili oni swoje skrzydła, ponieważ mylnie spodziewali się, że Absolut będzie je automatycznie podtrzymywał za nich.


Może warto czasem zatrzymać się w biegu i w ciszy zapytać samego siebie, czy gromadę podopiecznych mam, bo jestem w stanie im pomóc i mam takie możliwości, czy może są to działania, jakie podejmuję zamiast rozwiązywania problemów w swojej rodzinie? Czy kolejne warsztaty w tym roku organizuję w interesie potrzebujących, czy może zamiast pracy, którą sam powinienem podjąć w ramach Kroku Szóstego albo Dziesiątego?


Mogłoby się wydawać, że jeśli trzeźwy alkoholik chce, dla wspólnego dobra, poświęcać własną rodzinę, zdrowie, może trzeźwość, to w końcu jego sprawa, jest dorosły, wie co robi, a więc wszystko jest w porządku, ale czy rzeczywiście? Czy w taki sposób powinno się traktować (czytaj: wykorzystywać) przyjaciół? Krótkotrwałe zyski, czy długofalowe efekty? — dla trzeźwego alkoholika wybór nie powinien stanowić problemu, ale może już nie tylko o swoje długofalowe efekty powinienem dbać i zabiegać? Na takie wątpliwości i pytania usłyszałem pewnego razu odpowiedź: jeśli ktoś chce dawać, to przecież nic mi do tego. No, nie wiem… A jeśli nawet tak jest, to zastanawiam się, czy alkoholik, który — być może — pogubił się w swoim życiu, bo dopuścił do poważnego zachwiania równowagi (duchowej, emocjonalnej, społecznej), ma jeszcze co dawać? I jaka, ewentualnie, jest jakość tego, co w tych warunkach, choć w dobrej wierze, stara się rozdawać innym?


Ludzie trzeźwo myślący mają przekonania zbudowane na bazie wiedzy i doświadczenia. Alkoholicy (ludzie nietrzeźwi) mają często przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia.

O teorii, praktyce i prymusach

Przeczytałem, bodajże w Warcie, tekst Sandy’ego B. o tym, że w sumie wszystko jest kwestią naszego postrzegania. Artykuł bardzo konkretny, rzeczowy, duchowy, choć także nieco… hm… radykalny.


Niedługo po zaprzestaniu picia ukułem sobie powiedzonko: łatwo jest nie pić, kiedy się nie chce pić. Używania alkoholu dotyczyło ono dość krótko, bo szybko stało się skrótem myślowym, obejmującym wiele różnych dziedzin życia. Chodziło o to, że bardzo łatwo utrzymuje się wysokie standardy moralne (trzeźwieje, rozwija duchowo itp.), gdy zdrowie dopisuje, firma przynosi zyski, rodzina kochająca i zdrowa, dzieciaki świetnie się uczą itd. Inne, podobne w swej wymowie powiedzenie, już nie moje, mówi, że tyle tylko jesteśmy warci, ile nas sprawdzono. Sandy pisze o sobie i własnym doświadczeniu:


Przez to doświadczenie ostatni rok był rokiem, w którym doznałem najwięcej duchowości z pośród wszystkich lat mojej trzeźwości. Można tego doświadczyć tylko, gdy pojawia się cierpienie i nieszczęścia. Możemy dokonać jakiegoś postępu, ale to tylko teoria, do czasu gdy dostajesz test do rozwiązania. Dopiero w tedy w praktyce możesz zobaczyć, czy te duchowe zasady działają. Wiecie o czym mówię. Jeśli zostaniesz zwolniony z pracy przekonasz się, czy Bóg jest w stanie Ci pomóc z brakiem poczucia bezpieczeństwa materialnego. Ale nie dowiesz się tego dopóki Cię nie zwolnią, albo nie stracisz masy pieniędzy na giełdzie. Wtedy dopiero…


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 28.67
drukowana A5
za 49.82