E-book
19.11
drukowana A5
49.82
Teksty wybrane

Bezpłatny fragment - Teksty wybrane

Najlepsze z najlepszych


Objętość:
371 str.
ISBN:
978-83-8221-344-7
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 49.82

Wstęp, wprowadzenie

Od 1935 roku Anonimowi Alkoholicy dysponują rozwiązaniem problemu alkoholizmu, a to oznacza, że dla osób uzależnionych jest jakaś szansa i nadzieja. Moje doświadczenia, obserwacje, przeżycia, wnioski z nich wypływające, przemyślenia, a w konsekwencji artykuły, eseje, notatki i inne, przybliżają zarówno rozwiązanie zawarte w książce „Anonimowi Alkoholicy”, jak i samą Wspólnotę AA, która — mimo upływu dziesiątków lat — nadal w Polsce postrzegana jest jako coś w rodzaju klubu abstynenta połączonego z poterapeutyczną grupą wsparcia. Najgorsze jest jednak to, że w taki sam lub podobny sposób widzi i rozumie Wspólnotę znaczna część uczestników mityngów (spotkań) AA.


Teksty zawarte w książce zebrałem i ułożyłem tak, by czytelnikowi ułatwić znalezienie odpowiedzi na kilka pytań; pytań — być może — nawet jeszcze nie zadanych, wątpliwości nieuświadomionych, obaw niesprecyzowanych, na przykład.: Czym jest alkoholizm? Czy wystarczy przestać pić? Jak rozumiem i realizuję zasadę anonimowości? Jaka jest różnica pomiędzy programem duchowym, a religijnym? Kim we Wspólnocie AA jest sponsor i czy każdy alkoholik sponsora potrzebuje? W jaki sposób w moim życiu spełniły się obietnice AA? Będzie też mowa o Bogu (jakkolwiek Go rozumiem), o Tradycjach Wspólnoty AA i jej historii, o przebudzeniu duchowym, o modzie, o utopii, o strachu i miłości…


Ważna uwaga — w moich książkach (ani nigdzie indziej!) nie reprezentuję Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, ani jakiejkolwiek organizacji czy instytucji — prezentuję w niej jedynie własne, osobiste, doświadczenia i przeżycia, prywatne przekonania i poglądy.


Niniejszy zbiór zawiera najlepsze teksty zamieszczone niegdyś w książkach „Krok za Krokiem” oraz „Alkoholizm zobowiązuje” w wersjach poprawionych, uzupełnionych, zaktualizowanych, ale także, a może przede wszystkim, nowe tematy i zagadnienia.

Jestem alkoholikiem

Alkoholik — przez ostatnich dwadzieścia lat używałem tego określenia zdecydowanie częściej niż nazwiska. Jestem alkoholikiem — co stwierdzenie to oznacza dla mnie dzisiaj, teraz? Jak zmieniło i zmieniało się to w czasie? Bo przecież nie zawsze było tak samo…

W dzieciństwie wydawało mi się, że alkoholik to taki bardziej zdegenerowany pijak, a pojęcie nałóg wiązałem głównie z papierosami (moja matka paliła nałogowo), jednak wiele uwagi temu zagadnieniu nie poświęcałem, bo i cóż mnie ono wtedy obchodziło?


Całe życie dużo czytałem, przez kilkadziesiąt lat byłem też zapalonym kinomanem, tak więc, jako starszy nastolatek i później, z alkoholizmem i alkoholikami zacząłem stykać się w książkach i filmach — pamiętam na przykład powieść „Pilot” Roberta Davisa i na jej podstawie nakręcony film z Cliffem Robertsonem, czy polski film „Nie będę cię kochać” Janusza Nasfetera. Doświadczenia te okazały się z czasem bardzo pomocne, oszczędziły mi wiele cierpień. Przyjaciele opowiadają czasem, jak to rozpaczliwie walczyli z samym określeniem alkoholik, nie chcieli zgodzić się na to, według nich, poniżające piętno i plugawe wyzwisko, a więc i na określone konsekwencje, które wynikają z uznania się za alkoholika, czyli konieczność leczenia odwykowego i/lub uczestniczenia w spotkaniach AA. Ja wiedziałem od dawna, że alkoholizm to jest choroba, że to się leczy, że są jacyś Anonimowi Alkoholicy (wydawało mi się wtedy, że to coś w rodzaju klubu abstynenta, w którym starsi, zaniedbani mężczyźni grają w warcaby — do szachów byli za głupi). Dzięki temu szybciej gotów byłem się poddać, zaoszczędziłem sobie zapewne parę lat pijanego obłędu. Tym niemniej w tamtym okresie wydawało mi się jeszcze, nawet byłem święcie przekonany, że cały problem tkwi właściwie w alkoholu i jego nadużywaniu.


Świadkiem jakiegoś mojego pijackiego wyczynu była znajoma, Al-anonka po terapiach. Diagnozę postawiła mi bezbłędnie i pożyczyła książki na temat uzależnienia. Z jednej z nich dowiedziałem się, że problemem alkoholika nie jest alkohol, że chyba chodzi tu jednak o coś więcej, o coś jeszcze, coś innego. W tym czasie była to wiedza, z której nic dla mnie nie wynikało, której nie potrafiłem wykorzystać jednak, jak widać, informację tę jakoś tam zapamiętałem. Choć piłem jeszcze ze trzy-cztery lata, i to coraz bardziej destrukcyjnie, a może nawet kasacyjnie, w końcu mi się ona przydała, okazała przydatna i pomocna.


Znalezienie odpowiedzi na pytanie: jeśli nie alkohol, to co w takim razie jest moim, jako alkoholika, głównym problemem? — zajęło mi wiele lat. Nie pomogła w tym psychoterapia odwykowa, nie pomogła mityngowa liturgia słowa tj. problemy i radości, i ceremonialnie odczytywane długaśne teksty zawarte w scenariuszach. Pomógł Program AA i literatura Wspólnoty — w głównej mierze, bo oczywiście także sponsorzy, różne warsztaty, pierwsi podopieczni, a nawet pozornie przypadkowe wypowiedzi na temat Kroków.


Czwarty i Piąty Krok, który zaleca inwenturę, obrachunek moralny i wyznanie Bogu, sobie i innej istocie ludzkiej samej istoty naszych błędów, realizowałem kilka razy — z powodów, które w tym momencie nie są ważne — z różnymi ludźmi, w różnych miejscach, w różny sposób. Za pierwszym razem odkryłem, że tę istotę moich błędów stanowi głównie egocentryzm i egoizm. Nie zaskoczyło mnie to jakoś, bo przecież w WK coś podobnego wyraźnie napisano już w 1939 roku. Jednak już za drugim razem zorientowałem się, że jest tu jeszcze głębsze dno, bo mój egocentryzm (nazywany w nowym wydaniu WK samolubstwem) i egoizm wynikał ze strachu i lęku. Kiedy w 12x12 przeczytałem, że głównym motorem naszych wad był lęk, że możemy utracić coś co już posiadamy, albo że nie uda nam się zdobyć czegoś, czego pragniemy — wiedziałem już, że to ja, że to o mnie, że o to właśnie chodzi: kradłem przedmioty, rzeczy, pieniądze, bo bałem się, że nie będę miał tego, na co mam ochotę, czego potrzebuję, co wydawało mi się niezbędne oraz starałem się zniewolić, przywiązać do siebie, „kraść” ludzi z obawy przed odrzuceniem i samotnością.


Znowu minąć musiały lata, zanim zadałem sobie kolejne niewygodne pytanie: dlaczego się bałem? Właśnie tak! Dlaczego się bałem, a nie czego się bałem, bo czego się bałem, to przecież już wiedziałem. Czyli po prostu: skąd wziął mi się ten strach czy też lęk?

Nie jestem socjopatą, nie wychowałem się w pustyni i w puszczy, gdzie dobry uczynek to jak Kali komuś ukraść krowy. Przecież dobrze wiedziałem i zdawałem sobie sprawę, że cudzołóstwo, kłamstwo, kradzież, są to zachowania i postępowanie moralnie naganne, ale… Ale ilekroć tylko musiałam wybierać między charakterem, a przyjemnością, troska o charakter i moralne — po prostu przyzwoite — zachowanie jakoś ginęła mi w pogoni za urojonym szczęściem albo zwykłymi zachciankami. Cóż z tego, że miałem jakieś zasady, jeśli permanentnie brakowało mi siły, by żyć zgodnie z nimi!? Jaka była geneza mojego strachu i lęku? Wreszcie zrozumiałem, że strach (lęk, obawa, panika itp.) wynika ze słabości, z braku siły. Boją się słabi i bezsilni. Głównym naszym problemem — jak to sugerowali Anonimowi Alkoholicy — okazał się kompletny brak siły (duchowej, bo nie chodzi tu o silną wolę ani siłę fizyczną).

Czyli kolejno: najbardziej rzucające się w oczy spektakularne picie — niżej egoizm i egocentryzm — jeszcze niżej strach i jego odmiany — wreszcie na samym dole to, co najważniejsze… brak siły duchowej i samowola. W taki właśnie sposób, coraz głębiej, sięgałem do źródeł swoich problemów, do ich prawdziwej natury czy istoty.


Opisane na kilku stronach wydaje się to proste, ale w rzeczywistości zajęło mi całe lata. Jednak chyba nawet nie to jest najbardziej irytujące, ale fakt, że odpowiedzi na wszystkie pytania i wątpliwości, i rozwiązanie problemu alkoholizmu miałem cały czas pod nosem, w dwóch książkach. Koziołek Matołek też musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko. Tylko dlaczego wydawało mi się, że jestem od niego bardziej roztropny? Wydawało mi się… właśnie — tylko wydawało.


Jestem prawdziwym alkoholikiem (real alcoholics) — rozumiem już, że alkohol nie był głównym problemem w moim życiu. Różne moje kłopoty ujawniały się i potęgowały właśnie wtedy, kiedy przestawałem pić. A tak, tak! Bo kiedy piłem, byłem po prostu pijany. To właśnie podczas przerw w piciu podejmowałem decyzje o… następnym piciu i to pomimo koszmarnych konsekwencji poprzedniego picia (także wiele innych, równie absurdalnych). Do czasu alkohol nie tylko nie był problemem — był nawet rozwiązaniem. Żyjąc pod ustawiczną presją niezaspokojonych nigdy wymagań, pragnień i oczekiwań pozostawałem wiecznie w stanie chronicznego rozdrażnienia i rozczarowania, i w tych stanach alkohol przynosił mi ulgę.

„Terror szybkiej ulgi” (znakomity tytuł artykułu Miki Dunin — do dzisiaj nie mogę jej wybaczyć, że to nie ja go wymyśliłem) — dokładnie tak! Szybkiej ulgi, która skutecznie niweczy każdą szansę na osiągnięcie satysfakcjonujących, długofalowych efektów.


Anonimowi Alkoholicy rozwiązali problem alkoholizmu To rozwiązanie zapewne usłyszeć można na każdym mityngu AA, bo zawarte jest w Drugim Kroku: Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowy rozsądek. Także w naszej, AA-owskiej literaturze znalazłem sugestię, z której wynika, że koniecznością dla nas, alkoholików, stało się znalezienie takiej Siły, z pomocą której moglibyśmy żyć. Ważne jest właśnie to — żyć. Żyć, a nie tylko niepić, nie tylko utrzymywać abstynencję.


Być może tu właśnie należy szukać źródeł popularności opolskiej grupy „Wsparcie”, zorientowanej głównie na nowicjuszy i początkujących, której mityngowe tematy nie wychodzą poza problematykę pierwszych trzech Kroków (Krok 1 — precyzuje problem, Krok 2 — określa rozwiązanie, Krok 3 — to postanowienie). Alkoholicy — z różnym stażem abstynenckim i płci obojga — przychodzą tu, żeby usłyszeć o skutecznym rozwiązaniu. Resztę zrobią już ze swoimi sponsorami. Bo nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem. Sponsor — dla tych, którzy tego nie wiedzą — to po prostu alkoholik z większym doświadczeniem, który z pomocą i pod kierunkiem swojego sponsora poznał już i zrealizował w swoim własnym życiu Program Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików i teraz bezinteresownie pomaga innym odnaleźć tę Siłę, o której była mowa wcześniej oraz pokazuje, jak czerpać z jej zasobów.

Podczas mityngu nie mówili o mnie

W środowisku AA, na mityngach, często można usłyszeć wspomnienia z pierwszych takich spotkań w życiu i o zaskoczeniu, bo wydawało się, że obecni jakimś cudem mówią o naszym życiu — zupełnie nas nie znając. Ma to dowodzić, jak bardzo jesteśmy podobni albo nawet tacy sami. Swojej historii z cudzych ust nie słyszałem długo, może lata. I nie dlatego, żebym koncentrował się na różnicach (w AA bardzo dobitnie zaleca się nowym, żeby szukali podobieństw, a nie różnic — to szczególnie dobra sugestia). Kiedy wreszcie ktoś opowiedział moją historię, to był to fragment spikerki alkoholika, który opowiadał o procesie trzeźwienia, powrotu do zdrowia — z tym się identyfikowałem, bo z relacjami z czasów picia, to dość długo nie. A kiedy byłem w AA lat kilkanaście, pierwszy i jedyny dotąd raz usłyszałem opowieść o życiu przed piciem, bardzo podobną do mojej, wręcz niepokojąco podobną. Było to przeżycie… trudne.


Fragmenty historii Gorana


— No kurwa jego mać jebana! Pierdolony hipis w jednostce! — wrzask na moment zagłuszył wszystkie inne odgłosy typowe dla wojskowej jednostki. Goran znał takie albo i gorsze jeszcze określenia. Ależ oczywiście! Często zresztą sam ich używał. Jeśli tym razem dał się zaskoczyć, to powodem był raczej czas, miejsce i okoliczności. Plugawe wulgaryzmy, ordynarne wyzwiska, były, i zapewne są nadal, najzupełniej normalnym składnikiem języka dorastających chłopców, ale właśnie… języka podwórek, szkolnych przerw, boisk, basenów, dyskotek. Tak nie mówiło się w domu, podczas lekcji albo wykładu, w biurach i urzędach. Jednak tym razem dzikie wrzaski rozlegały się na placu apelowym jednostki wojskowej, na którym obecnych było co najmniej kilkadziesiąt osób dorosłych, wielu po czterdziestce, a histerycznie wydzierał się na całe gardło sierżant-szef — korpulentny mężczyzna dobiegający pięćdziesiątki. Wszyscy ci ludzie byli w miejscu publicznym, w miejscu swojej pracy! Kilkadziesiąt metrów od ruchliwej ulicy. To było szokujące i… krępujące.

/…/

Goran dostał powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej prawie tydzień po terminie oficjalnego poboru wiosennego, ale o tym dowiedział się dopiero na wartowni, kiedy stawił się w jednostce. Tam właśnie okazało się, że jego drużyna i kompania służy już od kilku dni. Domyślał się, że był to wynik interwencji ojca, sporej szyszki w mieście, ale nie był z tego zdarzenia zadowolony. Niby zaoszczędził kilka dni, które mógł dzięki temu spędzić z ciężarną żoną, ale z drugiej strony czekały go typowe kłopoty nowicjusza w grupie, która już parę dni spędziła razem, wśród młodych mężczyzn, którzy zdążyli się już choć trochę poznać. Problemem było poza tym imię, ale do tego zdążył przywyknąć oraz wiek — Goran miał już dwadzieścia dwa lata podczas gdy większość, także kaprali, po osiemnaście-dziewiętnaście. Momentami czuł się w jednostce jak dorosły facet wśród gówniarzy, a do tego gówniarzy, którzy mieli nad nim nieomalże nieograniczoną władzę. W każdym razie pierwszy dzień z założenia dwuletniej służby Gorana w jednostce Wojsk Ochrony Pogranicza, w mieście przemysłowym średniej wielkości, nie wróżył niestety przyjemnego ciągu dalszego.

/…/

Urodzony w drugiej połowie dwudziestego wieku Goran przynajmniej przez pół życia miał do swoich rodziców całe mnóstwo pretensji i żalów, choćby o imię i nazwisko. Imię — niby miało być południowosłowiańskie, i może było, ale dla niego oznaczało wówczas jakąś wyjątkowość, dziwactwo. To nie były jeszcze czasy Andżelik i Armandów, i Goran wolałby mieć na imię normalnie — Marek, Wacek, Zbyszek albo Jurek. Jakieś manifestacje słowiańskości rodziców — żeby ich nikt nie pomylił ze Ślązakami, mieszkającymi wokół — to nie była sprawa Gorana, nie jego kompleksy i urazy.

O nazwisko — dziadek, ojciec ojca Gorana, pochodził z ZSRR, obecnie jest to miasteczko na Litwie, więc rodzina nosiła nazwisko ewidentnie niepolskie, trudne do wymówienia i zapamiętania. Dziadek pochodził z innego kraju, więc jego jeszcze można było jakoś tam zrozumieć, ale dlaczego rodzice nie zmienili nazwiska, na przykład przy ślubie, co jest przecież banalnie proste, Goran zupełnie nie rozumiał. Tym bardziej, że tymi swoimi decyzjami bezrefleksyjnie narazili go na przezwiska i niewybredne żarty rówieśników. A dzieci bywają niesamowicie okrutne. Pojęć takich jak przywiązanie do tradycji, czy nasze rodowe nazwisko, jakoś nigdy w pełni nie rozumiał. Nazwisko było czymś w rodzaju identyfikatora, jak numer telefonu na przykład — jeśli okazywało się niewygodne, to przecież można je było zmienić.

W dzieciństwie Goran nienawidził swojej młodszej siostry. Właściwie, choć od tego dzieciństwa minęły dziesięciolecia, choć od dawna rozumiał, co, jak i dlaczego działo się wtedy w ich rodzinie, to i tak relacje z siostrą uważał za trudne. Trochę tego żałował, może nawet bardziej niż trochę, ale jeśli bliskość, więź, zrozumienie, może miłość, nie urodziły się między nimi przez tyle lat, to już raczej nie liczył na cud.

Pozostali dziadkowie Gorana, poza tym Litwinem, wywodzili się z średniozamożnego ziemiaństwa i mieszczaństwa. Dzięki temu jego rodzice byli niewątpliwie ludźmi z towarzystwa, którzy mieli swoje zasady i zawsze wiedzieli, jak się właściwie zachować. Byli też pewni ponad wszelką wątpliwość, że kindersztuba, savoir-vivre, bon ton, są w życiu ważne, może nawet fundamentalnie. Starali się więc — głównie ojciec i matka, ale trochę też i dziadkowie — nauczyć Gorana tego wszystkiego, choć wiele zasad i reguł w peerelowskiej Polsce trąciło myszką już w chwili, w której mu je wpajano. Właściwie tylko jemu, bo o cztery lata młodszą siostrę, Jankę, nauka ta objęła jakoś w znacznie mniejszym stopniu. Może do matki (ojciec już nie żył) w końcu jakoś wreszcie dotarło, że czasy się zmieniają. A może, bez wspierającego ją męża, straciła zapał pedagogiczny.

Elementem tej tresury była umiejętność specjalnego traktowania kobiet. Wspieranie, pomaganie, ustępowanie miejsca, dbanie, zabieganie, staranie by dobrze się czuły, żeby nieustannie były zadowolone. Setki drobiazgów, jak choćby to, że po schodach w górę kobieta idzie pierwsza, ale w dół — mężczyzna. Kobietę przepuszczać należy w drzwiach, chyba, że chodzi o nieznaną obojgu restaurację, czy nocny lokal, w którym nie wiadomo, czego się spodziewać. Mężczyzna… Kobieta… To, że mężczyzna (Goran) miał wtedy lat dziesięć, a kobieta (Janka, siostra) sześć, niczego nie zmieniało. Bo wiadomo, że czym skorupka za młodu nasiąknie… Mężczyzna powinien, zdaje się, być dżentelmenem — tylko gdzie, w PRL?

Narzucane zasady dobrego wychowania rodziły w chłopcu bunt (choć niektóre reguły bardzo dobrze sprawdziły mu się w dorosłym życiu, przydały się), jednak to specjalne traktowanie kobiet budziło także poczucie, niższej wartości. Bo nie ulegało przecież wątpliwości, że — jako chłopiec, mężczyzna — Goran jest kimś gorszym. No, skoro całe życie, nieustannie, miał jakiejś kobiecie dobrze służyć… Budziło to wyraźną niechęć, a nawet złość wobec Janki. Już jako dwudziestolatek rozumiał, że to nie była jej wina, że odpowiedzialność spada na rodziców, a matkę w szczególności. Janka po prostu była dzieckiem, które z naturalnym dziecięcym sprytem nauczyło się korzystać z okazji stworzonej przez dorosłych, przez jej rodziców. A ci wiele razy ewidentnie przesadzali — karanie syna w związku ze skargą córki: Goran mnie źle traktuje, bez jakichkolwiek prób wyjaśnienia i zrozumienia, o co dzieciakom poszło, nadal nie mieściło mu się w żadnych zdroworozsądkowych granicach. Uważał, że to nie jest sprawiedliwe.

Wiele zrozumiał, wybaczył, zapomniał, ale… w przypadku Janki padło chyba na grunt zbyt podatny. Infantylność oraz roszczeniową postawę tolerować można, ale i tego nie był taki pewien, u małych dzieci, natomiast w przypadku czterdziestoparoletniej kobiety jest to, delikatnie mówiąc, trudne. I wygląda na to, że takie było nie tylko dla Gorana — trzecie małżeństwo Janki właśnie dobiegało końca, a ona sama nadal grała rolę ofiary.

Ale pal diabli Jankę! To jej życie, jej problem. Czasem tylko zastanawiał się nad sobą, nad swoimi relacjami z dziesiątkami kobiet. Kontaktów intymnych miał w sumie niewiele. Większość z tych znajomości miała charakter platoniczny, przyjacielski. Tylko, że chyba nie zawsze o takie koleżeństwo mu chodziło. Kiedy ostatnio Goran pochwalił się koledze, że poznał nową dziewczynę, z którą wyraźnie łączy go pokrewieństwo duchowe, z którą fantastycznie się rozmawia, i pewnie zostaną dobrymi znajomymi, jeśli nie przyjaciółmi, Sebastian odparł ze współczującą miną: no tak… a bzykał znowu będzie ktoś inny. Goran znienawidził go za to.

Z ojcem to była trudna sprawa, czasem Goran był z niego dumny, a czasem się wstydził. Ojciec był milicjantem, służył w MO i samo to stawiało często Gorana na przegranej pozycji. Gdy rówieśnicy chcieli mu dokuczyć, zawsze zarzucali mu, że donosi ojcu o ich wybrykach, w związku z czym oni sami lub ich rodzice mieli później rzekomo jakieś problemy. To nigdy nie było prawdą. Nie było też prawdą, że Goran „nadał” ojcu jakiegoś nieznanego mu faceta z sąsiedniego bloku, który w swoim garażu naprawiał Trabanty. Goran nie odróżniał Trabanta od Wartburga albo Zaporożca, a pracującego na czarno mechanika zupełnie nie znał, nie poznałby go na ulicy, guzik go to wszystko obchodziło.

Ale z drugiej strony… ojciec był lokalnym bohaterem, zginął ratując życie jakimś obcym ludziom. Wielu dorosłych, przy różnych okazjach, mówiło Goranowi, że jego ojciec był wspaniałym człowiekiem i chłopak powinien być z niego dumny. Więc był… czasami.


Oczywiście nie każdy fakt z jego życia pokrywał się z moim — nie mam siostry, mój ojciec przeżył matkę o kilkanaście lat — tym niemniej i tak było to dla mnie przeżycie… trudne i dziwnie się czułem słuchając. Bańka prysła kiedy zaczął mówić o piciu, to już nie był mój model picia i nie w tym samym wieku się uzależniliśmy.

Rzecz jasna zawsze wspólne we wszystkich tych opowieściach były elementy takie jak: spektakularne nadużywanie alkoholu, picie szkodliwe, ryzykowne, nawet destrukcyjne, przerażające konsekwencje picia, które niczego nas nie uczyły, narastające problemy w rodzinie i w pracy zawodowej, a z takich bardziej psychicznych albo duchowych, to była samotność i przekonanie, że nikt nas nie rozumie, bo z jakiegoś powodu jesteśmy inni.

Zamiast — jedna z pułapek

Nie ma takiego poświęcenia, na jakie człowiek się nie zdobędzie, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia — sporo uciechy miałem, kiedy w książce Roberta Cialdiniego „Wywieranie wpływu na ludzi” natrafiłem na te słowa. Jednak frajda nie trwała zbyt długo, bo przywołała zdecydowanie przykre skojarzenia i wspomnienia.


Zamiast — jedno z przeklętych słów, mniej lub bardziej obecnych w całym moim życiu alkoholika. Najpierw, a trwało to całymi latami, zamiast poszukać rozwiązania swojego problemu, szukałem okazji do kolejnego picia, pieniędzy na następne picie, argumentów wyjaśniających poprzednie picie, usprawiedliwień tłumaczących skutki picia. Nie byłem w stanie połączyć pewnych wydarzeń w jedną całość, a zamiast niej widziałem zupełnie oderwane od siebie, pojedyncze zdarzenia. Wydawało mi się, że wyjątkowo upiłem się, bo piłem na pusty żołądek (albo byłem zmęczony, miałem gorszy dzień itp.), wyjątkowo tylko dostałem torsji, bo pewnie grzybki mi zaszkodziły (tatar był nieświeży, gospodarz upierał się przy mieszaniu alkoholi itp.), wyjątkowo nie dotrzymałem słowa, spóźniłem się do pracy, zapomniałem…


Wreszcie sięgnąłem swego dna i przestałem pić, jednak zamiast nie zniknęło z mojego życia, uległo tylko pewnej… modyfikacji. Zamiast realnie wytrzeźwieć, przez dwa i pół roku uczestniczyłem w terapii odwykowej, przez prawie rok w terapii DDA, przez pół roku w warsztatach z duchowości, regularnie chadzałem na mityngi AA, nie będąc w stanie z pełnej oferty Anonimowych Alkoholików skorzystać. Pewnego razu usłyszałem, że choroba alkoholowa inteligentnieje wraz ze mną i zapewne coś w tym jest, bo moje zamiast robiło się coraz bardziej wyrafinowane, cwane. Bo czy jest coś złego w leczeniu odwykowym albo w warsztatach rozwoju osobistego? Skądże! Tyle tylko, jak wreszcie się zorientowałem, że podejmuję te działania zamiast tego, co faktycznie powinienem zrobić. To tak jak z uczniem, który zamiast odrabiać zadanie domowe albo pilnie się uczyć (zbliża się klasówka), zaczyna sprzątać swój pokój, porządkować szafki, nawet czyścić buty. Przez kilka miesięcy mieszkałem w akademiku i do dziś pamiętam, jak przed sesją egzaminacyjną wpadliśmy na genialny pomysł, że właśnie teraz musimy koniecznie wyprać wykładzinę w naszym pokoju. Notabene egzaminów nie zdałem.


W końcu wszystkie możliwe terapie pokończyłem (gdyby szef poradni odwykowej nie powiedział mi pewnego razu, że nie mają mi już nic do zaoferowania, nie wiem, ile by to jeszcze trwało), więc moje zamiast przechodziło kolejne metamorfozy: zamiast podjąć pracę ze sponsorem, zafundowałem sobie nadaktywność organizacyjną, zakładałem nowe grupy i pełniłem w nich służby. Czy jest coś złego w służbach w AA? Ależ skądże! Problem w tym, że zaufany sługa może być dla swojej grupy, intergrupy, regionu, realnie bardzo przydatny, a nawet chwalony, jednak dla niego samego działania podejmowane zamiast (rzetelnej realizacji Programu na przykład) mogą okazać się jakby nieco mniej korzystne.

Następne moje zamiast wiązało się już z poważnym zaangażowaniem w życie religijne i kościelne. I znowu mógłbym spytać, czy w obrzędach religijnych i liturgii jest coś złego i natychmiast, zgodnie z prawdą odpowiedzieć, że przecież nie, nie jest, ale… Byłem coraz bardziej zmęczony nieskutecznymi działaniami i cierpieniem, więc po jakichś czterech latach abstynencji poprosiłem o pomoc drugiego alkoholika.


Perfidia zamiast polega na podejmowaniu pożytecznych, a nawet pożądanych działań, które jednak nie przynoszą ze sobą rozwiązania problemu. Chodzi tu o brak gotowości (albo nie wiem, co zrobić, jak zrobić i kiedy, albo po prostu i zwyczajnie nie chcę zrobić tego, co powinienem), jak i uczciwości wobec siebie. Co najgorsze — wcale nie musi to być w pełni świadome i prawdopodobnie często faktycznie nie jest.

Pamiętam jak kiedyś sporo wysiłku kosztowało mnie uświadomienie sobie, że nie muszę właśnie dziś sprzątać piwnicy — tak naprawdę chodziło o strach przed planowaną wizytą u dentysty. Jeszcze moment i pewnie skutecznie wmówiłbym sobie, że ja naprawdę nie mogę iść dziś do dentysty, bo muszę sprzątać piwnicę. W rozpoznawaniu takich sytuacji pomocne okazuje się stare powiedzenie: kto chce — szuka sposobów, kto nie chce — szuka powodów. Przydaje się też dowcip o pijaku, który zgubionej monety szukał pod latarnią, bo jasno, a nie tam, gdzie rzeczywiście ją zgubił, czyli w ciemnym zaułku. A na mityngach (czyli po prostu spotkaniach) AA usłyszeć można powiedzenie: rąbiesz nie to drzewo.


Czy od zamiast jestem w stanie uwolnić się całkowicie i na zawsze? Przybiera ono tak różne formy, że zapewne nie, ale to oznacza jedynie potrzebę nieustannej czujności i pracy. Bo przebudzenie duchowe (przeżycie, doświadczenie) jest warunkowe, a to oznacza, że nawet tym, którzy już go doświadczyli, nie jest ono dane raz na zawsze i bezwarunkowo, i to ja muszę dbać o odpowiedni stan ducha, który jest (także) wynikiem równowagi. W ten właśnie sposób i dzięki temu wreszcie zrozumiałem stwierdzenie z książki „Uwierzyliśmy”: Dowiedziałam się też, że niektórym dane było to doświadczenie, ale potem odrzucili oni swoje skrzydła, ponieważ mylnie spodziewali się, że Absolut będzie je automatycznie podtrzymywał za nich.


Może warto czasem zatrzymać się w biegu i w ciszy zapytać samego siebie, czy gromadę podopiecznych mam, bo jestem w stanie im pomóc i mam takie możliwości, czy może są to działania, jakie podejmuję zamiast rozwiązywania problemów w swojej rodzinie? Czy kolejne warsztaty w tym roku organizuję w interesie potrzebujących, czy może zamiast pracy, którą sam powinienem podjąć w ramach Kroku Szóstego albo Dziesiątego?


Mogłoby się wydawać, że jeśli trzeźwy alkoholik chce, dla wspólnego dobra, poświęcać własną rodzinę, zdrowie, może trzeźwość, to w końcu jego sprawa, jest dorosły, wie co robi, a więc wszystko jest w porządku, ale czy rzeczywiście? Czy w taki sposób powinno się traktować (czytaj: wykorzystywać) przyjaciół? Krótkotrwałe zyski, czy długofalowe efekty? — dla trzeźwego alkoholika wybór nie powinien stanowić problemu, ale może już nie tylko o swoje długofalowe efekty powinienem dbać i zabiegać? Na takie wątpliwości i pytania usłyszałem pewnego razu odpowiedź: jeśli ktoś chce dawać, to przecież nic mi do tego. No, nie wiem… A jeśli nawet tak jest, to zastanawiam się, czy alkoholik, który — być może — pogubił się w swoim życiu, bo dopuścił do poważnego zachwiania równowagi (duchowej, emocjonalnej, społecznej), ma jeszcze co dawać? I jaka, ewentualnie, jest jakość tego, co w tych warunkach, choć w dobrej wierze, stara się rozdawać innym?


Ludzie trzeźwo myślący mają przekonania zbudowane na bazie wiedzy i doświadczenia. Alkoholicy (ludzie nietrzeźwi) mają często przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia.

O teorii, praktyce i prymusach

Przeczytałem, bodajże w Warcie, tekst Sandy’ego B. o tym, że w sumie wszystko jest kwestią naszego postrzegania. Artykuł bardzo konkretny, rzeczowy, duchowy, choć także nieco… hm… radykalny.


Niedługo po zaprzestaniu picia ukułem sobie powiedzonko: łatwo jest nie pić, kiedy się nie chce pić. Używania alkoholu dotyczyło ono dość krótko, bo szybko stało się skrótem myślowym, obejmującym wiele różnych dziedzin życia. Chodziło o to, że bardzo łatwo utrzymuje się wysokie standardy moralne (trzeźwieje, rozwija duchowo itp.), gdy zdrowie dopisuje, firma przynosi zyski, rodzina kochająca i zdrowa, dzieciaki świetnie się uczą itd. Inne, podobne w swej wymowie powiedzenie, już nie moje, mówi, że tyle tylko jesteśmy warci, ile nas sprawdzono. Sandy pisze o sobie i własnym doświadczeniu:


Przez to doświadczenie ostatni rok był rokiem, w którym doznałem najwięcej duchowości z pośród wszystkich lat mojej trzeźwości. Można tego doświadczyć tylko, gdy pojawia się cierpienie i nieszczęścia. Możemy dokonać jakiegoś postępu, ale to tylko teoria, do czasu gdy dostajesz test do rozwiązania. Dopiero w tedy w praktyce możesz zobaczyć, czy te duchowe zasady działają. Wiecie o czym mówię. Jeśli zostaniesz zwolniony z pracy przekonasz się, czy Bóg jest w stanie Ci pomóc z brakiem poczucia bezpieczeństwa materialnego. Ale nie dowiesz się tego dopóki Cię nie zwolnią, albo nie stracisz masy pieniędzy na giełdzie. Wtedy dopiero…


Stwierdziłem, że w sumie zgadzam się z Sandym B., bardzo dobrze go rozumiem, jego przekonania są moje, ale z jednym wyjątkiem: chodzi o wybaczanie. Twierdzi on, że akceptować jakieś paskudne wydarzenie i wybaczyć komuś zło można natychmiast. Jednak moje długie doświadczenia mówiły mi, że psychologowie i psychoterapeuci mają rację, że wybaczenie to proces, który wymaga czasu, że nie da się tego załatwić decyzją, w kilka chwil. Kilka dni później Pan Bóg powiedział: sprawdzam! I kolejny raz okazało się, że nie mam racji, że to ja się myliłem.


Kiedy wyszło na jaw, że pewien anonimowy alkoholik gotów jest nawet płacić pieniądze, żeby realizować swoją chorą zazdrość, złość i urojone. absurdalne pretensje wobec mnie, zorientowałem się, że mam wybór, ale też wiedziałem, intuicyjnie czułem, że na jego podjęcie mam bardzo mało czasu, góra kilkanaście sekund.

Zdążyłem. Wybrałem współczucie dla nietrzeźwego alkoholika, wypisującego bzdurne anonimy do dyrektora BSK (parę innych jego działań też mógłbym wymienić, ale po co?), nieszczęśliwego człowieka, bo wyraźnie chorego z nienawiści i uraz, i… tak mi zostało. W końcu alkoholizm to potworna choroba psychiczna, więc czemu miałbym się dziwić, że takie przypadki też się w naszej Wspólnocie zdarzają.


Po pewnym czasie raz tylko wpadło mi do głowy zadziwienie, że ktoś stara się ujawniać jakieś tam moje „tajemnice”, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że są one opisane także w mojej autobiograficznej książce. Chwilę później śmiałem się z siebie drwiąco — Meszuge, naiwny człowieku, kogo ty posądzasz o czytanie książek?!


Pamiętam z VI—VII klasy szkoły podstawowej historię z prymusem. W każdej szkole, w każdej klasie jest taka jedna lub więcej osób. Leszek nie skarżył, nie podlizywał się, nie donosił, ale po prostu bardzo dobrze się uczył. Nie lubiliśmy go za to i nazywali kujonem. To wszystko jednak było głupstwem wobec wściekłej agresji Edwarda, bo ten Leszka nienawidził wręcz organicznie. Edward rozpowiadał niestworzone historie, o Leszku, oczerniał go i szkalował, a raz nawet ukradł coś i podrzucił do tornistra Leszka. To było tak widoczne, że kiedyś zapytałem Edwarda, za co tak Leszka nienawidzi — odpowiedział przez zaciśnięte zęby: prosiłem, żeby mi dał odpisać zadanie. Domyślnie i współczująco zapytałem: i co, odmówił? Po dłuższej chwili Edward z wściekłością i jakby wbrew sobie wysyczał — dał.


Długo nie mogłem zrozumieć tej historii (podobna miała miejsce w szkole zawodowej, gdzie Bogdan całe dwa lata dopier… się do Agnieszki, klasowej prymuski), potrzebny był alkoholizm i Program, i kontakt z rzeczywistością, żebym zrozumiał. W porównaniu z prymusem, a przecież te porównania odbywały się prawie każdego dnia, cała reszta klasy wypadała jeszcze gorzej, jeszcze bardziej żałośnie. Może gdyby wszyscy w klasie uczyli się tak samo miernie, to nie rzucałoby się aż tak w oczy. No, ale ten argument wystarczał do zazdrości i niechęci, skąd w takim razie nienawiść niektórych? Któregoś razu w końcu mnie olśniło — proszenie nielubianego prymusa o pomoc oraz przyjęcie jej, skorzystanie z jego przewagi, było dla Edwarda upokorzeniem. Tego już nie mógł znieść, nie mógł wybaczyć.


Byliśmy dziećmi, później nastolatkami, wtedy nie byliśmy w stanie zrozumieć absurdu całej tej sytuacji — chcieliśmy, żeby uczeń, który lepiej i więcej się uczył, uczył się mniej, gorzej, żeby był równie leniwy i niekumaty jak my. Nikomu nie przyszło do głowy podjąć wyzwanie, więcej wysiłku włożyć w naukę, zdobywać lepsze stopnie, coś osiągać. Może niekoniecznie pierwsze miejsce w klasie, ale drugie, trzecie. Nie, łatwiej było domagać się, by ktoś inny równał do dołu. Prawdopodobnie kluczowym słowem było właśnie to: „łatwiej”.


Co te dziecinne sprawy mają wspólnego z alkoholikami? Specjaliści naprawdę wiele napisali o osobowości alkoholików, że autotolerancyjna, że nałogowa, że egocentryczna, ale przede wszystkim niedojrzała. Właśnie tak — alkoholicy, i to w każdym wieku, są emocjonalnie niedojrzali; to duże dzieci, skupione głównie na sobie, zazdrosne, leniwe, roszczeniowo nastawione bachory. Dzieciom, bez względu na wiek (jak widać), zawsze łatwiej jest równać do dołu, niż w górę, zazdrościć, obrażać, oczerniać, szkalować, gnoić lepszych (lepszych w czymkolwiek, w dowolnej dziedzinie), niż starać się jakoś do nich dorosnąć, a może i przegonić.


Zawsze śmiać mi się chce z własnej bezmyślności i naiwności, na wspomnienie czasów, kiedy to jeszcze nie potrafiłem zrozumieć nienawiści kilku, może kilkunastu polskich anonimowych alkoholików. Przecież niczego od nich nie chcę — tak sobie myślałem — wysokie wymagania stawiam sobie, a nie im. Owszem, stawiam też podopiecznym, ale żaden alkoholik nie musi być moim podopiecznym, sponsorów mamy na pęczki, a w moim mieście to w ogóle więcej niż nowicjuszy. To co jest?! Czemu i w czym przeszkadza im moje niepalenie i sugestie, by podopieczni też przestali? Czemu do furii doprowadza ich fakt, że pokazuję, w jaki sposób można stawać się lepszym człowiekiem dzięki Tradycjom AA? Czemu zajadle walczą i upierają się, że w Kroku VI nie trzeba podejmować żadnego działania (na wszelki wypadek pracują tylko na WK, bo w 12x12 mogliby niechcący wyczytać, że coś tu jednak trzeba robić), przecież jak wyżej — to ja to robię w swoim życiu i ewentualnie moi sponsorowani! Nikogo nie zmuszam, nie terroryzuję! A przecież wystarczyło przypomnieć sobie szkolne czasy — czy Leszek, ten prymus z mojej podstawówki, cokolwiek chciał od innych uczniów, leniwych niedouczków? Przecież zupełnie nic — jednak samo jego istnienie, obecność, sprawiało im dyskomfort, przeszkadzało.


Dzięki takim oraz podobnym wydarzeniom, obserwacjom, przemyśleniom i wnioskom z nich płynącym, dzięki słuchaniu wypowiedzi mityngowych, a może nawet bardziej tych kuluarowych, po wielu latach stworzyłem pewną sugestię (dla siebie, podopiecznych i każdego, kto miałby ochotę skorzystać), która może się przydać w środowisku polskich AA: Jeśli w temacie trzeźwienia ktoś mówi ci, że powinieneś robić więcej, bardziej się przyłożyć, to słuchaj go uważnie, bo bardzo możliwe, że ma rację. Jeśli ktoś twierdzi, że robisz za dużo, że za bardzo się starasz, że wcale tyle nie potrzeba — nie zwracaj na niego uwagi, bo tacy ludzie w rzeczywistości wcale nie mają na myśli dobra twojego, twojej rodziny, twojej trzeźwości, duchowego rozwoju i powodzenia w różnych sferach życia, a jedynie bronią własnej bylejakości i lenistwa.


Cytaty warte uwagi.

Józef Piłsudski: Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.

Melchior Wańkowicz: W narodzie polskim jest morze bezinteresownej zawiści.

Meszuge (trawestacja): Czy alkoholicy różnią się czymś od innych ludzi? Alkoholicy są tacy sami jak inni ludzie, tylko bardziej.

Przebudzenie duchowe alkoholika

Wciąż jeszcze ubolewam nad tym, że weterani tego ruchu zrezygnowali ze słowa „doświadczenie” na rzecz słowa „przebudzenie”.


Przez lata niepicia zgromadziłem całkiem pokaźną kolekcję fantazji na temat duchowego przebudzenia. Pamiętam, że w pierwszej wersji myliło mi się ono z objawieniem, czy też religijnym nawróceniem i wyprodukowałem sobie (na bazie mityngowych wypowiedzi) przekonanie, że jeśli nie stanę się gorliwym katolikiem i nie będę regularnie uczestniczył w niedzielnej mszy świętej, to nici z przebudzenia, a tym samym z dalszego skutecznego trzeźwienia. Wprawdzie dość szybko zrozumiałem, że duchowość mylę z religijnością, jednak dużo dłużej nie potrafiłem wyobrazić sobie przebudzenia duchowego inaczej, niż w postaci wielce spektakularnego wydarzenia typu światło i dźwięk. Odrobinę zawinił tu zapewne Anthony De Mello i jego „Przebudzenie”, największym jednak problemem — jak to oceniam z perspektywy czasu — było chyba samo określenie przebudzenie, które zakłada stan zero-jedynkowy, bo w końcu albo śpię, albo nie. Pozostałość czarno-białego postrzegania świata po prostu i alkoholowej tendencji do operowania skrajnościami.


Na trzecią rocznicę dostałem od grupy książkę „Uwierzyliśmy” (mniej więcej wtedy też pojawił się w moim życiu drugi sponsor) i choć za pierwszym razem czytałem ją może bez wielkiego zapału i na pewno nie wszystko w niej zrozumiałem, to jednak wiele mi pomogła, a zwłaszcza takie oto fragmenty:


Podobnie jak wielu innym uczestnikom AA, i mnie nie było dane zaznać doniosłego i świadomego przeżycia duchowego, i czułam się trochę tego pozbawiona, tak jakby coś mnie ominęło. Ale — jak zauważył współzałożyciel AA Bill W. — „nasz Program jest lepszy niż myślimy”. Dzięki Programowi uwierzyłam, choć proces ten rozpoznałam dopiero wtedy, gdy spojrzałam na niego z perspektywy czasu.


Dowiedziałam się, że wielu innych nie przeżywa „elektryzującego momentu” i że im skrzydła wyrastają wolniej — lecz mimo to są one mocne i piękne.


W każdym razie dowiedziałem się wtedy i zrozumiałem, że to przebudzenie duchowe, tak pożądane przez miliony anonimowych alkoholików, może być też nazwane — i to bez szkody dla jakości — przeżyciem duchowym albo doświadczeniem duchowym. Zacząłem, początkowo bardzo powoli i opornie, budować swoje trzeźwienie na realnym gruncie, łapać jakiś kontakt z rzeczywistością, zamiast chaosu przekonań, wyobrażeń, marzeń, oczekiwań i fantazji.


W „Uwierzyliśmy” znalazłem także stwierdzenie Billa W. (Czy niepicie to wszystko, czego mamy się spodziewać po przebudzeniu duchowym? Nie; abstynencja to zaledwie sam początek — to tylko pierwszy dar pierwszego przebudzenia. Jeśli mamy otrzymać ich więcej, proces przebudzenia musi postępować naprzód ), z którego wynikało, że całe to przebudzenie duchowe nie musi być wydarzeniem jednorazowym i spektakularnym, że wytrzeźwienie alkoholika może zbudowane być na bazie całego szeregu przebudzeń nieco mniejszego kalibru. Dzięki pierwszemu z nich przestałem upierać się, że to świat ma problem, bo ja piję jak wszyscy, a w ogóle to świetnie poradzę sobie sam, ze wszystkim zresztą. Po nim nastąpiły kolejne… przebudzenia, doświadczenia i przeżycia duchowe, które nazywam kamieniami milowymi swojego wytrzeźwienia i osobistego rozwoju.


Po pewnym czasie, co zresztą prędzej czy później nastąpić musiało, pojawił się problem odróżniania przebudzenia duchowego od wzruszeń, egzaltacji i innych takich zaburzeń równowagi emocjonalnej. Wykombinowałem, że przebudzenie musi, z założenia, wiązać się ze zmianą i… utknąłem w martwym punkcie, ale nie na długo, bo wkrótce przyszedł mi z pomocą Bill W. jednym bardzo prostym zdaniem: Jest tylko jeden pewny sprawdzian wartości jakiegokolwiek doświadczenia duchowego: „Po owocach ich poznacie ich”. A więc nie chodzi o ekstatyczne przeżycia czy przejmujące doznania, ale po prostu o realne, namacalne efekty. Albo też ich brak. Zawartość, a nie atrakcyjne opakowanie. Treść, a nie ekscytująca, egzotyczna forma.


Powoli zaczynały się wyjaśniać tajemnice z przeszłości, z czasów picia, a nawet jeszcze wcześniejszych. Wiele razy zastanawiałem się, czy jestem może człowiekiem opętanym, jakimś demonem zła, socjopatą, niezdolnym do odróżnienia dobra od zła? Dokonywałem przecież czynów — delikatnie mówiąc — moralnie nagannych. Dlaczego? Przyznam też, że nigdy nie trafiała mi do przekonania terapeutyczna koncepcja dobrego człowieka, który robi złe rzeczy. Bo jak to, jestem uczciwy, tylko czasem kradnę? Ona jest wierna i lojalna, ale ma pecha, bo wyszła za mąż za rogacza i wiecznie zdradza? Coś tu było nie tak…

Podczas pracy nad Czwartym i Piątym Krokiem AA zorientowałem się, że istotą moich błędów jest egoizm i egocentryzm. Kiedy robiłem je po raz kolejny, odkryłem drugie dno, bo okazało się, że egoizm i egocentryzm wynikał ze strachu i lęku (wybitnie dokuczliwa okazała się odmiana zwana egocentrycznym lękiem). Ale dowiedziałem się również, że nie jest prawdą, jakobym nie miał żadnego systemu wartości duchowych, żadnych priorytetów, żadnego kręgosłupa moralnego. Cóż więc się działo???


W każdym razie dopiero rozważania nad istotą przebudzenia duchowego pozwoliły mi pojąć, że już od dzieciństwa miałem jasno określone normy moralne, całkiem sensowny i wbrew pozorom wcale nie zdegenerowany świat wartości, w którym oczywiste było, że kłamstwo jest złe, a prawdomówność dobra, że złodziejstwo jest złe, a uczciwość dobra, że zdrada jest zła… Tak, zawsze wiedziałem, rozumiałem i czułem, że zdrada małżeńska jest czynem nagannym, ale przecież kiedy nadarzyła się okazja, skorzystałem z niej bez chwili wahania. I wcale nie chodziło o to, że nie mogłem opanować napięcia seksualnego (pożądania), bo mogłem; jeszcze całkiem nieźle to wydarzenie pamiętam.

Tak, miałem cały system zasad, miałem komplet wartości moralnych i przekonań, ale też ewidentny niedobór siły duchowej, która pozwalałaby mi żyć zgodnie z nimi.


Mijają lata. Inaczej czuję, myślę, wierzę, rozumiem; inna jest moja postawa wobec Boga, życia i ludzi; nareszcie jestem w stanie żyć w harmonii ze światem duchowych wartości. Nastąpiła zmiana. Przebudzenie (doświadczenie, przeżycie) duchowe dokonało się, nie jedno zresztą, mam też wiarę i nadzieję, że nie ostatnie — rozwój duchowy nie ma kresu. Czy w takim razie czas na… święto? Niestety nie. Nadszedł czas na wiadomość najgorszą: to nie wystarczy, to wszystko za mało. Bo przebudzenie duchowe, choćby nie wiem jak widowiskowe i przejmujące, ma wartość, powiedziałbym… teoretyczną, potencjalną. Może ono zmienić moją postawę, przekonania, sposób myślenia i emocje, ale nie zapewni mi realnego doświadczenia oraz praktycznych umiejętności. Jeżeli czegoś nie robiłem jeszcze nigdy w życiu albo też nigdy bez alkoholu, to muszę się tego nauczyć — po prostu. Oczywiście, przebudzenie duchowe może mi w tym dopomóc, bo to i inne nastawienie, i gotowość, i mniejszy poziom lęku itd., ale pewne umiejętności zdobywa się tylko w działaniu, dzięki codziennej praktyce. A na to trzeba pewnego czasu…


Kiedy wreszcie dotarło do mnie, że przebudzenie, czy też doświadczenie duchowe nie zawsze wystarczy, że jest ono niewątpliwie szansą i nadzieją, ale jednak nie gwarancją, że odtąd właściwie wszystko w moim życiu będzie się działo samo, bez mojego udziału, zaangażowania, wysiłku, a zwłaszcza bez cierpienia, zacząłem pełniej pojmować głęboki sens słów: Dowiedziałam się, że wielu innych nie przeżywa „elektryzującego momentu” i że im skrzydła wyrastają wolniej — lecz mimo to są one mocne i piękne. Dowiedziałam się też, że niektórym dane było to doświadczenie, ale potem odrzucili oni swoje skrzydła, ponieważ mylnie spodziewali się, że Absolut będzie je automatycznie podtrzymywał za nich.


Przebudzenie, doświadczenie, przeżycie duchowe jest łaską i darem i jeśli w ogóle zależy od nas, to w stopniu niewielkim. Jest darem, który tak łatwo jest przegapić, oczekując i wypatrując wielkiego BUM! Jest darem, który można zmarnotrawić, próbując zachować tylko dla siebie, nie przekazując dalej albo po prostu nie realizując swojej części zadania, nie robiąc tego, co powinniśmy zrobić sami. Jest darem, talentem, który zobowiązuje. W tym przypadku używam określenia „łaska uczestnicząca” — bez mojego aktywnego uczestnictwa w tym procesie łaska może nie zostać mi udzielona.

Pułapka diagnozowania

Napił się i na pewien czas wrócił do alkoholu alkoholik po Programie (przepracował ze sponsorem pełnych Dwanaście Kroków). Znajomi z daleka twierdzą, że to się zdarza, że powinienem się przyzwyczajać. No… nie wiem… W naszym mieście był to pierwszy taki przypadek — chyba, że o czymś nie wiem, ale w tak małej społeczności wydaje mi się to mało realne. Owszem, wracali (setkami) do picia alkoholicy po terapii odwykowej albo w jej trakcie, zdarzało się (niezbyt często), że łamali abstynencję alkoholicy pracujący na pierwszych kilku Krokach AA, ale po zrealizowaniu ze sponsorem całego Programu???

W każdym razie z tym przyzwyczajaniem się chyba jednak trochę jeszcze poczekam. Może tylko dlatego, że naiwnie nie chcę (ot, mam zachcianki!), żeby coś takiego stało się u nas w Opolu jakąś normą.


Współczuję znajomemu, ale przede wszystkim sytuacja ta zainteresowała mnie z innego powodu: otóż uważam, że jeśli coś takiego się stało, to widocznie w którymś momencie popełniony został błąd. Ale nie, nie chodzi mi o szukanie winnych, ale o rozpoznanie zagrożenia, znalezienie pułapki, żebym nieświadomie nie wpakował się w nią ja albo jakiś inny alkoholik.


Kluczem do zagadki okazało się jego stwierdzenie: W ósmym roku abstynencji zaczęło mi się wydawać, że może jednak nie jestem alkoholikiem, może mnie źle zdiagnozowali… Ano, właśnie… źle zdiagnozowali. Oni. Nic nadzwyczajnego, prawda? Przykre to zapewne, ale przecież błędne diagnozy zdarzają się najlepszym nawet lekarzom i specjalistom.

Przypomniałem sobie wtedy, jak wielką wagę w Wielkiej Księdze jej autor przywiązuje do upewnienia się i przekonania samego siebie, że się jest alkoholikiem. Zaproponowałem wtedy, jako temat dodatkowy mityngu, pytania: czy ponad wszelką wątpliwość sam wiem i czuję, że jestem alkoholikiem, czy może tylko ktoś taką postawił mi diagnozę a ja w nią po prostu uwierzyłem?

Mam nadzieję, że liczne wypowiedzi przydały się i przydadzą wszystkim uczestnikom mityngu. A pytanie… może warto zadać je samemu sobie? Alkoholizm to taka choroba, w której diagnoza najlepszego specjalisty może się odbić od braku przekonania chorego, jak groch od ściany albo zniknąć, rozpłynąć, jak łzy w deszczu. I, co jest chyba najgorsze, może się tak stać po wielu latach; przypomina to bombę z opóźnionym zapłonem.


Okazało się, że była to znakomita okazja, żebym przypomniał sobie, jak to było ze mną, a było tak, że zewnętrzne diagnozy (byłej żony, wyedukowanej w dziedzinie alkoholizmu koleżanki, jakiegoś przypadkowego lekarza) okazywały się nie tyle elementami mojego poddania się, co jedynie punktem wyjścia do jakichś chorych negocjacji, jednak nie z osobą, która mi postawiła diagnozę, ale z sobą, z życiem, z rzeczywistością, z faktami, z alkoholizmem.


Dzięki sugestii: musimy przede wszystkim upewnić się i przekonać samych siebie, że jesteśmy alkoholikami, lata temu przestałem diagnozować kogokolwiek, jako alkoholika. Swoje mogę myśleć, różne przekonania mieć mi wolno (dla siebie i na swój użytek), ale wygłaszanie ich to już inna sprawa. Nie chciałbym, żeby kiedyś, choćby po wielu latach, jakikolwiek alkoholik wykorzystał moją diagnozę przeciwko samemu sobie, produkując wątpliwości, że może on jednak nie jest tak całkiem uzależniony, może Meszuge albo jakiś sponsor jednak pomylił się, stawiając mu diagnozę, choćby i w najlepszej wierze. Od diagnozowania są profesjonaliści — ja jestem jedynie zwykłym pijakiem, który tylko przestał pić. W każdym razie od lat to ja pytam kandydatów na podopiecznych, czy są alkoholikami, czy są tego absolutnie pewni; jeśli tak, to być może (właśnie tak! to tylko możliwość, szansa!) będę w stanie im pomóc.


Jest w „Anonimowych Alkoholikach” także stwierdzenie, sugestia, że musimy pozbyć się złudnej wiary, że jesteśmy tacy sami jak inni, i ono też okazało się ciekawe i ważne. Ano, właśnie… czy jestem taki sam jak inni? Oczywiście nie chodzi tu o odmienną niż u ludzi zdrowych, nieuzależnionych, reakcję alkoholika na alkohol. Tak więc, pomijając ten organiczny detal, czy jako alkoholik po terapiach i Programie AA jestem taki sam, jak inni ludzie? Oczywiście szybko okazało się, że „inny” nie znaczy ani gorszy, ani lepszy — inny to po prostu inny, bez żadnych ocen moralnych.


Kiedy przeglądałem (w pamięci) rozmaite manifestacje choroby alkoholowej, to jest przekonania, postawy, zachowania, wybory, decyzje itd., niezbyt trzeźwe mimo dłuższej abstynencji, coraz bardziej przekonywałem się, że chyba jednak nie, nie jestem dokładnie taki sam. Ostatecznie problem rozwiązał przyjaciel jednym genialnie prostym stwierdzeniem: ludzie normalni (to znaczy nieuzależnieni) są tacy w sposób naturalny, niewymuszony i bezrefleksyjny, natomiast ja, jako alkoholik, żeby funkcjonować w życiu jak człowiek normalny (cokolwiek to znaczy), muszę się jednak trochę napracować. Wszyscy rozumieliśmy, że zupełnie nie chodzi tu już o picie, o kłopot z utrzymaniem abstynencji. W każdym razie zgadzam się w zupełności. Normalny, czyli taki sam jak inni ludzie, mogę być tylko warunkowo, tylko dzięki stałej, systematycznej realizacji pewnych zadań — Dwunasty Krok, służba, codzienny obrachunek moralny (inwentura), uczciwość wobec siebie itd. Tragedią naszego życia jest to, jak głęboko musimy cierpieć, zanim nauczymy się prostych prawd, według których trzeba żyć — napisano w książce „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość” i uważam, że jest to święta prawda.

Anonimowość anonimowa

Kiedy kolejna z opolskich grup AA zrezygnowała z podziału mityngów na otwarte i zamknięte, przez co, praktycznie rzecz biorąc, należy rozumieć, że otwarte są wszystkie (w otwartych uczestniczyć może każdy, w zamkniętych tylko alkoholicy), wywołało to sporo wątpliwości i kontrowersji dotyczących anonimowości uczestników otwartych mityngów AA. Kiedy temat pojawił się na spotkaniu intergrupy (i bardzo dobrze, bo to właśnie jest stosowny czas i miejsce na wymianę doświadczeń z przedstawicielami innych grup), w pierwszym momencie poczułem lekką irytację: Ileż lat można wałkować w kółko ten sam temat i udzielać tych samych odpowiedzi na stale te same pytania i wątpliwości?! Na szczęście nie trwało to zbyt długo i już po chwili byłem w stanie odpowiedzieć sam sobie, że nie ma sensu obrażać się na rzeczywistość, że trzeba po prostu robić swoje — dzielić się doświadczeniem, podpowiadać, pomagać zrozumieć, ale także stale weryfikować własne przekonania… choćby 77 razy.


Przede wszystkim wydaje się, że we Wspólnocie AA w Polsce nadal wielu uczestników mityngów myli anonimowość z tajemniczością, tajemnicami, sekretami, konspiracją wreszcie. Jako alkoholik z pewnymi nawet pretensjami do trzeźwości uważam, że jeśli jakiegoś wyrażenia, zwrotu, określenia, nie jestem pewien, to zamiast wymyślać własne interpretacje, powinienem sprawdzić — w tym przypadku w słowniku czy encyklopedii. I tak według Wikipedii anonimowość to niemożność identyfikacji tożsamości jednostki pośród innych członków danej społeczności. Z kolei według internetowego Słownika Języka Polskiego PWN (dostęp kwiecień 2019) anonimowy to ktoś:

1. «nieujawniający swego nazwiska lub nieznany z nazwiska»

2. «taki, którego autor lub sprawca nie jest znany»

3. «będący udziałem ludzi nieznanych lub niczym się niewyróżniających»


Załóżmy, że opowiem sąsiadce, że jakiś wysokiego szczebla pracownik pewnego urzędu uwikłany został w jakąś aferę korupcyjną. Czy w ten sposób naruszyłem anonimowość tego człowieka? Oczywiście — nie. Jakiś człowiek, w jakimś urzędzie, jakaś afera…

Załóżmy, że opowiem żonie, że jakiś alkoholik, na jakimś mityngu opowiedział o tym, jak zdradzał żonę. Czy w ten sposób naruszyłem anonimowość tego alkoholika? Oczywiście — nie. Jakiś alkoholik, na jakimś mityngu, gdzieś, kiedyś… Dopóki nie ujawniam żadnych informacji, które umożliwiłyby zidentyfikowanie określonej osoby, o naruszaniu zasady anonimowości nie ma w ogóle mowy (moim skromnym zdaniem).

Czy zdradziłem w ten sposób czyjąś tajemnicę, wydałem czyjś sekret? Możliwe, że tak, ale tylko możliwe, bo jeżeli nadal jest to sekret nie wiadomo kogo, nie wiadomo skąd… Ale tym to ja się będę przejmował, gdy wstąpię do wspólnoty tajnych alkoholików albo sekretnych alkoholików, albo głęboko zakonspirowanych.


Niewielu z nas zachowuje anonimowość w codziennych prywatnych kontaktach. Na tym poziomie zrezygnowaliśmy z niej, gdyż uważamy, że niektórzy ludzie powinni wiedzieć o istnieniu AA i o tym, co nam ono dało. Chcemy też wyzbyć się lęku przed przyznawaniem się do naszego alkoholizmu. Zawsze zastrzegamy dziennikarzom, żeby nie ujawniali naszej tożsamości, ale często wypowiadamy się przed dość licznym gronem osób. Pragniemy przekonać słuchających, że alkoholizm jest chorobą, o której nie obawiamy się już mówić publicznie.


Jednak dokładne zrozumienie określenia anonimowość może tu być najmniej ważne. Na istotny element problemu anonimowości (także tajemniczości i sekretności) otwartych mityngów zwrócił uwagę kolega, mówiąc wprost, że gdyby — jako prowadzący, rzecznik, mandatariusz albo uczestnik mityngu — gwarantował komuś zachowanie anonimowości i tajemnicy wypowiedzi, na mityngach i po mityngach, otwartych czy zamkniętych, bez różnicy, to by po prostu kłamał, oszukiwał, bo czegoś takiego zagwarantować się nie da.

Czasem powtarzam, za swoim sponsorem oczywiście, że w AA jest tylko jeden alkoholik zobowiązany do przestrzegania zasad: ten, który sam tak postanowił. Bo pozostali zrobią, co zechcą. Prowadzący mityng AA może prosić zebranych o zachowanie anonimowości, może zwracać uwagę, że jest to fundamentalna zasada Anonimowych Alkoholików, ale warto uzmysłowić sobie i zrozumieć, że Wspólnota AA nie dysponuje żadnymi środkami pozwalającymi wymusić przestrzeganie tej zasady albo rozliczanie z niej uczestników.


Tajemnice i sekrety wyciekają i będą wyciekały z mityngów AA — pewnie nawet częściej z zamkniętych, niż z otwartych, bo tych pierwszych jest więcej. Poza tym na otwartych uczestnicy bardziej się pilnują. I nie pomogą tu żadne apele, żadne regulaminy, przepisy, normy, zasady, karty, rozbudowane scenariusze… Realnego poczucia bezpieczeństwa na mityngach (jakichkolwiek) nie da się zbudować takimi metodami. To jest, z góry skazana na niepowodzenie, próba leczenia objawów zamiast choroby. Natomiast rozwiązanie jest proste, choć niestety nie łatwe, i sprowadza się do dwóch punktów:

a) nauczyć się i zacząć wreszcie żyć tak, żebyśmy o tym swoim życiu mogli bez strachu i wstydu opowiedzieć komukolwiek,

b) sprawy prywatne, osobiste, intymne, omawiać ze sponsorem albo przyjacielem z AA, a nie w grupie przypadkowych uczestników mityngu, nawet zamkniętego.


Od razu przypomina mi się tu spikerka Sydney z Oregonu (USA), która opowiadała, że po zetknięciu się z polskimi mityngami, nie mogła zrozumieć, czemu ludzie mówią o swoich bardzo osobistych sprawach podczas mityngów AA? I po co to robią? Przecież od tego w AA jest sponsorka! No, cóż… ona mogła nie rozumieć, ale ja dobrze jeszcze pamiętam, jak podczas zajęć psychoterapii odwykowej zmuszano i uczono mnie otwierania się wobec grupy osób, z których nie wszystkich znałem, nie wszystkich lubiłem, na pewno nie wszystkim ufałem…


Ostatecznie, jeśli zachowania tajemnicy wypowiedzi i anonimowości nie gwarantują ani mityngi otwarte, ani zamknięte, to po co robić te drugie? Zwłaszcza, że z doświadczeń grup (w Opolu są takie trzy czy cztery), których wszystkie spotkania są otwarte wynika, że Tradycję Piątą AA zdecydowanie skuteczniej realizuje grupa otwarta na szukających pomocy, czy dręczonych wątpliwościami, niż taka, która osoby niezdolne (może jeszcze) do autodiagnozy i nazywania siebie alkoholikami, wyprasza z mityngów zamkniętych, sugerując, by przyszły za dwa albo trzy tygodnie, na otwarty. A przecież chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, że te tygodnie mogą oznaczać życie…


A kim jesteśmy my, żeby przypisywać sobie prawo odmowy wstępu komukolwiek potrzebującemu pomocy.

/…/

Któż z nas odważy się powiedzieć: „nie, ty nie możesz wejść”, tym samym przypisując sobie funkcję sędziego, ławy przysięgłych, a może też i kata swego brata alkoholika?


Deklaracja Odpowiedzialności, czyli apel Billa W. z Kongresu Trzydziestolecia AA (lipiec 1965) w Toronto: Gdy ktokolwiek, gdziekolwiek potrzebuje pomocy chcę, aby napotkał wyciągniętą ku niemu pomocną dłoń AA. I za to jestem odpowiedzialny.


Czy jest to deklaracja tylko Billa W., czy może już też i moja?

Najważniejszy jest dobry początek

Dawno, dawno temu dotarła do mnie wiarygodna, rzetelna informacja, że w krajach anglojęzycznych (USA, Wielka Brytania, ale nie tylko) mityngi AA trwają zwykle godzinę. Podobno nawet amerykańscy alkoholicy, którzy dowiedzieli się, że u nas są to spotkania dwugodzinne, dziwili się i dopytywali, na co nam potrzeba tyle czasu, co my właściwie przez te dwie godziny robimy? Ja z kolei zastanawiałem się, jak oni się mieszczą w tej jednej tylko godzinie, zwłaszcza że ich mityngi wydawały się zwykle bardziej liczne od naszych, opolskich.


Wszystko stało się jasne, gdy:


1. Wpadł mi w ręce jakiś zagraniczny scenariusz mityngu — prosty, krótki, zupełnie nie przypominał instrukcji organizacji jakiegoś skomplikowanego obrzędu albo rytuału, bez rozbudowanego regulaminu, to jest całego systemu nakazów i zakazów żywcem przeniesionych z grup psychoterapeutycznych (na przykład cudaczny zakaz używania zaimków osobowych w liczbie mnogiej — my, wy, oni).


2. Dowiedziałem się, że na ich mityngach wypowiedzi uczestników zwykle zgodne są z Preambułą AA, czyli alkoholicy dzielą się doświadczeniem, siłą i nadzieją, że mogą rozwiązać wspólny problem (a jest nim alkoholizm — tylko i wyłącznie), i nie rozprawiają długo i namiętnie o tym, co im się niedawno wydarzyło na terapii albo o problemach z przełożonymi, z niegrzecznym dzieckiem, niesprawnym akumulatorem, o pomidorach i mszycach itd.


Dokonałem wtedy kilku obliczeń, z których wyszło mi, że nasze dwugodzinne mityngi są właściwie krótsze (merytorycznie) od ich spotkań jednogodzinnych. Ups!


Drugie wyzwanie to były spikerki, a dokładnie wiadomość, że zdecydowana większość mityngów w USA rozpoczyna się spikerką. Pamiętam sprzed piętnastu lat spikerkę AA-owskiego weterana, który przyjechał do nas z dużego miasta i opowiadał o swoim życiu (głównie harcorowe historie z czasów destrukcyjnego picia) nawet dość ciekawie, przez prawie półtorej godziny, a więc domyśliłem się, że spikerka rozpoczynająca mityng musi być w tej Ameryce krótka. Z czasem okazało się, że taka właśnie jest. Pozostało tylko, na długo, wątpliwość i pytanie: po co? Po co każdy mityng miałby zaczynać się spikerką?


Od tamtych czasów minęło wiele lat. Obecnie grupa AA „Wsparcie” w Opolu posługuje się prostym, krótkim scenariuszem, spotkania mamy bez przerwy i trwają one zwykle niewiele ponad godzinę, a mityng często rozpoczyna się kilkunastominutową spikerką. Grupa, ze zdychającej 3—4 osobowej, stała się jedną z większych w mieście. Zdawałem sobie sprawę, że każdy z tych elementów miał i ma znaczenie, ale najdłużej nie mogłem zorientować się, w jaki konkretnie sposób na popularność grupy wpływają te krótkie spikerki, z jakiego powodu są one tak ważne? Bo czułem, że są. Pewną podpowiedzią, wskazówką były dla mnie częste odwiedziny alkoholików (płci obojga, rzecz jasna) naprawdę z daleka; jechali czasem ponad dwieście kilometrów, żeby uczestniczyć w tym właśnie mityngu. Dlaczego? Co znajdowali na „Wsparciu” takiego, czego nie mieli u siebie, na swoich grupach, często w dużych miastach?


Wiele miesięcy uważnej obserwacji, różnych mityngów, różnych grup, kosztowało mnie odkrycie pewnej prawidłowości, powtarzającego się schematu: na pewno nie zawsze, ale jednak bardzo często, poziom mityngu, jego jakość wynika z pierwszej wypowiedzi. Jeżeli jest ona rzeczowa i na temat, to jest duża szansa, że kolejni alkoholicy, zabierający głos, będą się wypowiadali w podobnym duchu. Jeśli jednak pierwsza wypowiedź jest przypadkowa, chaotyczna, nie na temat, to i reszta mityngu często bywa podobna i cały mityng rozłazi się w szwach.


Teraz dopiero wszystko stało się jasne! Spiker — z założenia — jest dobrze do wypowiedzi przygotowany, choćby dlatego tylko, że znacznie wcześniej jasno określony i uzgodniony został temat jego wystąpienia (przynajmniej na „Wsparciu”). Inspirująca i wartościowa pierwsza wypowiedź (w tym przypadku spikera) pociąga za sobą następne, nie gorsze. Przy okazji okazało się też, że spiker nie musi być egzotyczną postacią z bardzo daleka, sprawdziliśmy w praktyce –tak samo dobrze (albo prawie) sprawdzają się spikerzy lokalni, przyjeżdżający z sąsiedniej miejscowości albo nawet innej dzielnicy miasta.


Jestem przekonany, że posłanie Wspólnoty Anonimowych Alkoholików niesiemy także w trakcie naszych spotkań. Od tego, co konkretnie i w jakiej formie usłyszy podczas mityngu nowicjusz, zależy, czy do nas wróci, a to może przecież oznaczać życie. Dlatego, po głębokim przemyśleniu sprawy, zdecydowałem: jeśli grupa, z którą się utożsamiam, będzie rozważała zasadność zapraszania spikerów i związane z tym wydatki, ja będę „za”.


I jeszcze jedno. Czasem ktoś pyta mnie podchwytliwie, czy dzielę mityngi na dobre i złe. Bywa wtedy, że proszę o sprecyzowanie, co mój rozmówca uważa za mityng zły i to zwykle kończy dyskusję albo też odpowiadam w sposób mniej więcej taki: Absurdalne jest założenie, że absolutnie każdy alkoholik, w absolutnie każdym momencie życia, potrzebuje absolutnie tego samego, tych samych informacji i treści. Jeżeli zgodnie ze zdrowym rozsądkiem zakładam, że w kolejnych okresach swojej pracy na Programie, trzeźwienia, osobistego rozwoju, potrzebuję różnych podpowiedzi, sugestii, rad, doświadczeń, to w naturalny sposób jedne mityngi będą dla mnie bardziej przydatne, a inne mniej. Ot i wszystko.

Rozważania o pierwszej tradycji

Tradycja Pierwsza: Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze; wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności anonimowych alkoholików. (WK, wyd. starsze)

Nasze wspólne dobro powinno być zawsze na pierwszym miejscu; powrót do zdrowia każdego z nas zależy od jedności AA. (WK, wyd. 2018)


Dawno temu odkryłem, niestety najpierw na sobie, że nawet Program Dwunastu Kroków, a przynajmniej niektóre z nich, potrafię użyć do zapewnienia sobie ulgi, do doraźnego poprawiania nastroju i samopoczucia. Oczywiście były to krótkotrwałe zyski, które niweczyły szansę na długofalowe efekty.

Dość długo wydawało mi się, że z Tradycjami AA czegoś takiego zrobić się nie da, ale znowu nie miałem racji. Tradycje nie były do takich celów stosowane powszechnie po prostu dlatego, że za mało były jeszcze znane. Ale czasy się zmieniają…


Pamiętam wspomnienia nieżyjącego już Stefana P. (i nie tylko jego), który opowiadał, z jak wielkimi oporami rodziła się w naszym mieście druga, a później trzecia grupa AA. Alkoholikom, którym taki pomysł przyszedł do głowy, zarzucano działanie na szkodę jedności, naruszanie Pierwszej Tradycji. Bo jak to?! Dwie grupy to przecież dzielenie AA!


Pamiętam, jak pod koniec roku 2000, rodziła się koncepcja nowej grupy AA „Wsparcie”, której scenariusz miał nieco odbiegać od modelu dotąd powszechnie w naszym mieście obowiązującego; wielu alkoholików z Opola i okolic zarzucało nam wówczas działanie sprzeczne z Pierwszą Tradycją i naruszanie zasady jedności.


Pamiętam, jak kilka lat później, niektóre grupy AA w Opolu, rezygnowały kolejno z dwugodzinnych mityngów z przerwą na papierosa w środku, z programu problemów i radości, z przyjmowania do AA, z podziału na spotkania otwarte i zamknięte… Niektórzy, starsi członkowie pozostałych grup zarzucali nam działania wbrew Pierwszej Tradycji, dzielenie Wspólnoty itp.


Pamiętam wyraźny niepokój kilku uczestników mityngu organizacyjnego, kiedy okazało się, że do pewnej służby jest dwóch kandydatów i trzeba przeprowadzić głosowanie. Niektórzy twierdzili nawet, że tak nie wolno, że skoro pojawił się pierwszy chętny, to on ma dostać służbę, drugi może być co najwyżej jego zastępcą, że głosowanie za jednym z kandydatów oznacza, że się jest przeciwko drugiemu, a to jest pogwałcenie jedności i rozłam, bo grupa podzieli się na zwolenników i przeciwników obu chętnych do służby alkoholików, a to wbrew zasadzie jedności.


Pamiętam, jak wystraszeni alkoholicy wychodzili z inwentury, bo dość ostro ścierały się tam poglądy, dyskusja była ożywiona, padały różne, czasem sprzeczne ze sobą pomysły i propozycje.


Pamiętam…


Pamięć mam niezłą, więc mogę tak długo. Jestem przekonany, że historia człowieka jest jednocześnie niekończącą się historią jego lęków, obaw, niepokojów, strachu… tak samo jest z historią Wspólnoty AA i alkoholikami, bo przecież my nie jesteśmy aż tak bardzo odmienni od pozostałych, jesteśmy właściwie tacy sami, jak inni ludzie, tylko… bardziej. Uważam, że dla nas strach jest bardziej destrukcyjną siłą, jest większym zagrożeniem. Wiele razy upijałem się ze strachu, to też jeszcze pamiętam.

Może dlatego trudno mi jest tolerować cwaniaków i manipulatorów, wykorzystujących strach drugiego człowieka (często wynikający po prostu z jego niewiedzy) dla jakichś tam swoich celów. Tacy cwaniacy są wszędzie, w szkole, kościele, w wojsku, w urzędach — naiwnością byłoby zakładać, że Wspólnota AA jest od nich całkowicie wolna.


Dlatego też rozumiem niektórych weteranów staropolskich grup — od kilkudziesięciu lat uczestniczą w mityngach i dzięki temu utrzymują abstynencję. Jednak nie są oni w pełni świadomi, jak to działa, na czym polega, dzięki którym elementom mityngu są w stanie trwać w abstynencji. Gdybym ja nie był pewien, czy o moim niepiciu decyduje świeczka, najeżony zakazami i nakazami scenariusz, procedura przyjmowania, przerwa, rundka terapeutyczna itd., to bałbym się cokolwiek z tego ruszyć, zmienić choćby drobiazg, bo mogłoby się okazać, że przez taką zmianę mogę utracić abstynencję — to zrozumiałe.

Tak, strach to potężna siła — wiem, coś o tym dzięki Krokom IV—V — dlatego rozumiem ich i nie staram się czegokolwiek im odbierać. Zwłaszcza komfortu życia bez alkoholu, skoro twierdzą, że taki mają. Kimże ja jestem, żeby nieproszony mówić im, jak żyją? Tego też staram się uczyć podopiecznych: nie odbieraj komuś czegoś, jeśli od razu nie potrafisz oferować czegoś lepszego w zamian, i nie bądź taki pewny, że wszyscy uczestnicy takich mityngów, tkwią w czarnej dziurze i cierpią, bo to zwyczajnie nie musi być prawdą.


Żeby upewnić się, że to o czym piszę, nie jest tylko moim wymysłem, na spotkaniach AA, w których uczestniczę, proponowałem ostatnio dodatkowy temat mityngu: Czy wyraźny gdzieniegdzie podział na grupy „programowe” i „staropolskie” narusza jakoś Pierwszą Tradycję? Przekonania alkoholików, którzy zdecydowali się zabrać głos w tym temacie, były zgodne — podział na grupy programowestaropolskie nie ma zupełnie związku z Pierwszą Tradycją, nie narusza jedności naszej Wspólnoty.

Skoro tak wielkie różnice, możliwe, że największe w całej czterdziestoletniej historii AA w Polsce, nie dotyczą Pierwszej Tradycji AA, nie stanowią istotnego zagrożenia dla niej, to co w takim razie jest?


Nasze wspólne dobro stanowi Wspólnota AA, w tej chwili to już miliony alkoholików, którzy znają rozwiązanie problemu alkoholizmu i korzystają z niego, literatura, która wspólne rozwiązanie zawiera, ale przede wszystkim skarbnica doświadczeń członków Wspólnoty, czasem bardzo przykrych i bolesnych, jednak niesamowicie wartościowych.


Jedność AA? Wspólnota AA jest i musi pozostać jedną całością. Nie wolno pod żadnym pozorem dopuścić do podziału i utworzenia dwóch albo więcej oddzielnych wspólnot, na przykład protestanckiej i katolickiej, amerykańskiej i europejskiej, kapitalistycznej i socjalistycznej, dla białych i kolorowych, polskiej, niemieckiej, rosyjskiej, francuskiej. Takie oddzielne wspólnoty — zamiast realizacji jednoznacznie określonego celu — szybko zajęłyby się udowadnianiem, że są lepsze od wszystkich pozostałych i nie byłoby szans, żeby swoimi odkryciami dzieliły się z konkurentami.

Jedność dotyczy też reguły jedynego celu, wyrażonego w Preambule oraz w Tradycji Piątej. Dysponujemy skutecznym, wspólnym rozwiązaniem problemu alkoholizmu, lecz nie problemu seksoholizmu, anoreksji, DDA, uzależnienia od gier, ale też nie problemów dotyczących bezrobocia, przemocy, dyskryminacji, biedy itd. Takie próby podejmowało Towarzystwo Waszyngtońskie, które też miało sposób na alkoholizm, i skończyło się to jego upadkiem. Uczymy się na błędach, i to nie tylko swoich własnych.


A w takim razie, czy zaburzeniem jedności, naruszeniem Pierwszej Tradycji jest: Druga (kolejna) grupa AA w mieście? Jeszcze jedna intergrupa (mamy ich już w Polsce ponad 80)? Dwóch kandydatów do tej samej służby? Różne scenariusze mityngów? Sprzeczki podczas inwentury? Śmieszne, prawda? Tylko, czy na pewno takie śmieszne?


Znacznie częściej niż mi się to kiedyś wydawało, staję w punkcie zwrotnym życia, czyli muszę dokonać znaczącego wyboru, podjąć decyzję. Mogę rozwijać się i stawać coraz lepszym człowiekiem, ale mogę też przekonać moją grupę, by w scenariuszu mityngu zawarła zakaz krytykowania mnie (i innych). Mogę zmierzyć się z własnymi obawami oraz pomagać przyjaciołom działać pomimo lęku, ale mogę też starać się blokować na swojej grupie wszelkie inicjatywy i zmiany, bo się ich po prostu boję.


Co wybrałem dzisiaj? Co wybiorę jutro?


Kiedyś wielkie wrażenie wywarły na mnie słowa Thomasa Mertona z książki „Domysły współwinnego widza” (lektura zalecona przez mojego sponsora): A ten szczególny rodzaj zła właściwy naszym czasom /…/ objawia się nie tyle w grzechach dobrych ludzi, ile w pozorach cnoty ludzi złych.

Zbyt niska poprzeczka, czyli doskonałość i postęp

W trzecim roku abstynencji zrozumiałem, że zamiast realnie wytrzeźwieć, próbuję zaklinać swój alkoholizm — z miernym skutkiem zresztą. A nieco później odkryłem, dlaczego tak długo i tak namiętnie zakochany byłem w słowach Billa W.: Naszym celem jest postęp, a nie doskonałość. Przecież z tego zdania też zrobiłem zaklęcie…


Wyścig składa się z setek, może tysięcy kroków, ale jego celem jest meta, a nie kroki jako takie. Celem działalności murarza jest dom, a nie mieszanie zaprawy. Celem sprzątaczki jest porządek i czystość, a nie pojedyncze pyłki kurzu. Celem wspinaczki jest szczyt, a nie wbijanie raków. Celem stolarza jest mebel, a nie przybijanie gwoździ. Celem pianisty jest sonata, ale nie jeden dźwięk — chociaż wiadomo, że z całego szeregu dźwięków się ona składa. Jeżeli cele mylą mi się ze środkami niezbędnymi do ich realizacji, to efekty, i to w najlepszym przypadku, będą mało satysfakcjonujące; w przypadku gorszym — zupełnie żadne. Przecież już wiem, już tego doświadczyłem. Cele nie zawsze muszą być w pełni osiągalne albo tak proste, jak w powyższych przykładach (linia mety, budynek, utwór muzyczny, szczyt), ale to nadal nie znaczy, że cele i środki można traktować zamiennie.


Zaklęcia mają magiczną moc, wystarczy je wypowiedzieć, by sprawić sobie ulgę, zmienić nastrój, poprawić samopoczucie … cóż z tego, że tylko na chwilę? Wyuczyłem się więc pewnej sztuczki, zresztą, w warunkach mityngowych nie było to specjalnie trudne. Otóż przywoływałem z pamięci jakiś wyjątkowo koszmarny dzień z czasów kasacyjnego picia, porównywałem go z chwilą obecną i… miałem wyraźny dowód na to, że robię postępy. Wprawdzie wczoraj skłamałem, tydzień temu ukradłem, miesiąc wcześniej uwiodłem, ale taki dyskomfort załatwiało zaklęcie w formie nieco rozszerzonej: Nie powinniśmy się zniechęcać, jeśli zdarzy nam się któryś z dawnych błędów — nasze zmagania nie są łatwe. Naszym celem jest postęp, a nie doskonałość. I pozornie wszystko było w porządku, tyle tylko, że zapytany o konkretne postępy między pierwszą, a czwartą rocznicą abstynencji, nie miałbym pewnie zbyt wiele do powiedzenia. Jeśli w ogóle cokolwiek.


Celem trzeźwienia jest wytrzeźwienie, trzeźwość, a nie… trzeźwienie. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, bym Programu AA, który uważam też za program poprawy jakości życia, na drodze duchowych przeżyć i doświadczeń, już po wytrzeźwieniu używał nadal, a choćby do końca życia (o ile nie będzie zbyt długie), na drodze rozwoju osobistego oraz duchowego wzrastania, tym niemniej moim celem jest doskonałość, natomiast zadanie, które codziennie mam do wykonania, polega na zadbaniu o to, abym na drodze do tego celu, czynił jakieś realne postępy. Realne, a nie magicznie, pokrętnie, cwaniacko spreparowane!


W Księdze, którą od pewnego czasu bardzo szanuję, znalazłem taką oto wskazówkę, czy nawet zalecenie: Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, abym uznał, że ja jednak wiem lepiej od Pana Boga — w moim przypadku nie byłoby to przecież niczym niezwykłym, ani nawet specjalnie nowym — tyle, że w ten sposób, na własne życzenie, zafundowałbym sobie całkiem poważny problem i to zarówno z uczciwością wobec siebie, jak i z deklaracjami składanymi w Kroku Trzecim, Siódmym, Jedenastym.

Anonimowi Alkoholicy — spojrzenie z dystansu

Wspomnieniowy i retrospektywny artykuł Andrzeja ze „Steru”, zamieszczony kiedyś w „Warcie”, skłonił mnie do zastanowienia. Czego jak czego, ale opisywanych przez Andrzeja bałwochwalczych mityngów poświęconych psychoterapeutom, to u nas nie bywało, były inne błędy, wypaczenia i wynaturzenia. Ale… Były? Czy czas przeszły jest uzasadniony? Jeśli nawet nie dostrzegamy czegoś my sami, dzisiaj, to ponad wszelką wątpliwość zorientują się i skorygują błędy nasi dzisiejsi nowicjusze i to już za kilka-kilkanaście lat. Dzięki temu my wszyscy w AA możemy spać spokojnie, nie bojąc się o przyszłość Wspólnoty.


Co się zmieniło na grupach AA w moim mieście, na których bywam w miarę regularnie (bo nie wszystkich!), od czasu pierwszego mityngu, na który trafiłem wiosną 1998 roku? Wydaje mi się, że zdecydowana większość zmian była sensowna, pożyteczna i korzystna, ale czy rzeczywiście wszystkie?


Przestaliśmy marnotrawić środki Wspólnoty AA na świeczki czy inne takie poprawiacze samopoczucia — za te pieniądze można przecież kupić pakiety startowe dla nowicjuszy (broszury informacyjne), literaturę przeznaczoną dla pacjentów ośrodków odwykowych albo więźniów, i to właśnie robimy.


Zgodnie z Preambułą (Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu) — nasze mityngi są poświęcone rozwiązaniu problemu alkoholizmu, jakim Wspólnota AA dysponuje od ponad 80 lat. Nie zajmujemy się już problematyką mechaniki pojazdowej, psychologii rodzinnej, prawem pracy, niekompetencją urzędników, złośliwością sąsiadów, niewiernością partnerów itd. Dawno temu skończyliśmy też z koszmarnym wynaturzeniem, jakim była procedura przyjmowania do AA. Ale w tamtych dawnych czasach wszyscy byliśmy równi i nikomu chyba nie przyszłoby do głowy nazywać drugiego człowieka czyimś cieniem albo klonem. Czyżby i do Wspólnoty AA przeniknęła dziwna koncepcja obywateli (w tym przypadku alkoholików) gorszego sortu?


Z tamtych lat pamiętam mityngi, które się nie odbyły, bo nikt nie chciał ich poprowadzić; z powodu braku chętnych do służenia upadały grupy. Obecnie ze służbami jest wyraźnie lepiej, ale… Ale kto, kiedy i na jakiej podstawie wymyślił, że nadrzędnym celem jego służby jest znalezienie i wychowanie sobie następcy, dziedzica, że zaufany sługa, w stosownym momencie, jak jakiś władca, powinien wskazać swojego następcę, bo jak tego nie zrobi, to widocznie źle pełnił służbę, tego to ja już nie wiem i nie rozumiem. W literaturze Wspólnoty AA takiej wskazówki jakoś nie widziałem — coś przeoczyłem?


Kilkanaście lat temu sumienie grupy podejmowało różne decyzje zwykłą większością głosów, a wszystkie wybory do służb odbywały się jawnie; to nie było właściwe, ale…

Ale też nie mieliśmy wątpliwości, że służbę powierza alkoholikowi grupa. Obejmowanie służby samowolnie, bo tak się alkoholikowi zachciało, bo takie miał widzimisię, było nie do przyjęcia. W 12x12 mowa jest o tym, że każdy z nas, alkoholików, przeszedł przez własne, nieomal śmiertelne starcie z molochem samowoli i wiele w związku z tym wycierpiał, a i w WK Bill W. wielokrotnie przestrzega przed samowolą. A przecież znam grupę, w której obejmowanie służby tak właśnie się odbywa — samowolnie. Wydaje się, że sumienie grupy nie ma tu nic do gadania. Jeśli alkoholikowi zachce się pełnić służbę, to po prostu wpisuje się w stosownym miejscu i w określonym terminie zaczyna to robić. Nie wiem, co o tym sądzą liderzy grupy i w ogóle, po co im to, ale mam poważne wątpliwości, czy utrwalanie samowoli i sobiepaństwa (będę robił to, co mi się podoba i gówno wam do tego) rzeczywiście służy nowicjuszom i ich rodzinom. Czy grupie wolno ustalić sobie takie zasady — ależ oczywiście, w myśl Tradycji Czwartej jak najbardziej wolno, ale czy trzeba? Czy komukolwiek dobrze to służy?


Dawno, dawno temu nie mieliśmy zbyt wielkiego pojęcia o Krokach, a o Tradycjach to już w ogóle. Odczytywaliśmy je rytualnie na początku spotkania, zwykle z kompletnym brakiem zrozumienia. Tu zaszła bardzo pozytywna zmiana i coraz więcej alkoholików zdobywa wiedzę i doświadczenie na temat Tradycji, a nawet Koncepcji, jednak nie podoba mi się to, że jednostki wykorzystują taką wiedzę do manipulowania grupą.


Pamiętam, jak w początkach mojego uczestnictwa w AA, wypowiadaliśmy się na temat Siły Wyższej bardzo delikatnie i oględnie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to temat wyjątkowo trudny, a wielu alkoholików, zwłaszcza w początkowym okresie trzeźwienia, ma z Bogiem relacje mocno pokomplikowane. Oczywiście nikt nikomu nie zabraniał wypowiadania się o Bogu i nazywania Go po imieniu — nie, chodziło raczej o empatię, zrozumienie specyficznych problemów nowicjuszy, a nie gromkie wyliczanie, do czego to niby mam prawo.

Słyszałem niedawno relację o grupach, które stały się tak religijne, że AA-owski Program działania zamieniły wręcz na program powierzania i modłów; słyszałem o sponsorach zmuszających podopiecznych do leżenia krzyżem na posadzce w kościele. Ups!


Teraz pytanie zasadnicze, czy tymi nowymi eksperymentami i próbami znalezienia łatwiejszej, łagodniejszej drogi przejmuję się w jakikolwiek sposób, czy martwi mnie to albo niepokoi? Odpowiedź brzmi — nie, w najmniejszym nawet stopniu. Jasne, ktoś tam wróci do picia, rozleci się jakaś grupa (jeśli będzie potrzeba, to w jej miejsce powstaną cztery inne), ale wiem już przecież, że tego typu zdarzenia nie są w stanie poważnie zaszkodzić Wspólnocie AA. Co więcej, z każdego takiego wirażu wychodzić będziemy silniejsi, z obolałym tyłkiem, ale bogatsi o nowe doświadczenia, a więc… dobrze idzie!

O nowicjuszach i Pierwszym Kroku

Najwięcej na mityngach uczę się od nowicjuszy — usłyszałem niedawno od znajomego weterana i dopiero wtedy przypomniało mi się, że przecież ja znam te słowa; kilka, może kilkanaście lat temu słyszałem je mnóstwo razy. Ba! Sam je wielokrotnie powtarzałem! Aż do czasu, gdy jakiś wredny typ i szubrawiec zadał mi pytanie, na które zupełnie nie potrafiłem odpowiedzieć: czego konkretnie od tych nowicjuszy się uczysz? Ups!


Jeśli nawet okazało się, że od nowicjuszy niczego, albo prawie niczego nauczyć się nie mogę, to jednak wcale jeszcze nie znaczy, żeby ich obecność na mityngu nie miała wtedy żadnego znaczenia. Ależ miała! Jak najbardziej. Hardcorowa opowieść nowicjusza, jeśli jakoś tam udało się nakłonić go do zabrania głosu oraz jego pożałowania godny stan, pozwalały mi szybko poczuć ulgę, samozadowolenie, satysfakcję, bo przecież ze mną nie jest już aż tak źle. Ja już mam lepiej. Wredne to, prawda?


Grupa AA bez weteranów pozbawiona jest doświadczenia. Grupa bez alkoholików ze średnią abstynencją pozbawiona jest stabilizacji. Grupa bez nowicjuszy nie ma przed sobą przyszłości. A więc wszyscy jesteśmy tutaj ważni — dla grupy i dla Wspólnoty.

Wydaje mi się, że warto też pamiętać stare AA-owskie powiedzenie: wyjmij watę z uszu i wsadź do ust, a także stosować się do niego w praktyce, zamiast nakłaniać nowicjuszy, żeby na swoich pierwszych mityngach mówili… z sensem, albo i bez, na temat, albo i nie, byle dużo, bo to przyniesie im ulgę (rozwiązanie to przeniesione jest z zajęć grupowych psychoterapii odwykowej, a przynajmniej tak mi się wydaje).


A kiedy mowa jest o nowicjuszach w AA, automatycznie przychodzi mi na myśl Pierwszy Krok Programu Dwunastu Kroków w wersji takiej, jak ja go rozumiem: Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu — nasze życie nie poddawało się kierowaniu. Ileż to czasu poświęciłem na rozważanie bezsilności — swojej i cudzej — ile historii o tak zwanym dnie opowiedziałem i wysłuchałem, z iloma wątpliwościami się zmagałem… A przecież Pierwszy Krok, będący oczywiście bazą, fundamentem, jest stosunkowo prosty i zatrzymywać się na nim na zbyt długo nie ma potrzeby. To coś w rodzaju bloków startowych dla biegacza. Nic mniej, ale i nic więcej.


Pierwszy Krok — krok świadomości… Dzięki niemu uświadamiam sobie, że moje życie nie poddawało się kierowaniu (nie radziłem sobie z nim, wszystko mi się w nim sypało, waliło) i to na długo przedtem, zanim zacząłem nadużywać alkoholu, a także pewien czas po tym jak pić przestałem. Dzięki temu Krokowi nie tylko zaczynam rozumieć, ale też zdobywam świadomość, że najprawdopodobniej od wczesnego dzieciństwa, może od urodzenia, nie byłem zdolny poddać się żadnemu przewodnictwu. Tak, słowem kluczem jest właśnie poddać się. Większą część życia, nawet tego bez alkoholu, nie byłem zdolny żyć według norm i zasad nawet tych, które uważałem za priorytetowe, bardzo ważne i wręcz swoje!

Nie byłem w tym jakimś szczególnym wyjątkiem — potwierdzenie tego faktu znaleźć można w Wielkiej Księdze, w rozdziałach „My, agnostycy” oraz „Jak to działa?”.

Krok Pierwszy uświadomił mi problem, pomógł zrozumieć, że — z alkoholem, czy bez — moja samowola może mnie zabić… umysłowo, emocjonalnie, duchowo… nawet fizycznie.

A co do nowicjuszy, to przyznam, że mam coraz więcej wątpliwości. Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, silą i nadzieją aby rozwiązać swój wspólny problem… Naszym wspólnym problemem jest alkoholizm, choroba alkoholowa. Dzielimy się doświadczeniem w kwestii jego rozwiązania. Czy w tej sprawie nowicjusz ma jakiekolwiek własne doświadczenie? No, cóż… żadne. Czy zna jakieś rozwiązanie tego naszego wspólnego problemu albo chociaż tylko swojego? Hm… gdyby znał rozwiązanie, to nie przyszedłby do AA i nie błagał o pomoc. Ale na niektórych mityngach słyszy, że on tutaj jest najważniejszy i zachęca się go do wypowiedzi. A… przepraszam… po co? O czym on ma mówić? O swoim piciu? To już umiemy wszyscy (albo wszyscy nie umiemy, zależy od punktu widzenia).


…my nie opowiadaliśmy wtedy na mityngach o naszym piciu. Nie było takiej potrzeby. Sponsor i Doktor Bob znali wszystkie szczegóły. Szczerze mówiąc, uważaliśmy, że to wyłącznie nasza sprawa. Poza tym umieliśmy już przecież pić. Za to osiągnięcia i utrzymania trzeźwości musieliśmy się dopiero nauczyć.


Czy w sali wykładowej profesorowie słuchają studenta pierwszego roku, czy może odwrotnie? Czy w pierwszej klasie szkoły podstawowej zasady dodawania wyjaśnia nauczycielka, czy uczeń?

Powiedzmy, że chciałbym turystycznie pokonać pewien szlak w górach. Nie wiem, którędy mam pójść, nie znam trasy, baz noclegowych itd., a więc proszę o pomoc przewodnika. I co, teraz idę przed nim i mówię mu, którędy mamy iść?


Powtórzę raz jeszcze: Anonimowi Alkoholicy odkryli sposób, rozwiązanie problemu alkoholizmu. Nowicjusz przyszedł, bo potrzebuje tego rozwiązania, czy może po to, żeby sobie pogadać o własnych rozlicznych problemach? Jego opowieści rozwiązania naszego wspólnego problemu nie zawierają, a więc ich przydatność dla pozostałych uczestników spotkania też jest wątpliwa, a właściwie kompletnie żadna.

Pewnego razu, pytając o rolę nowicjusza, dowiedziałem się od jakiegoś weterana, że nowy członek AA potrzebny mu jest po to, żeby nie zapomniał, że jest alkoholikiem. No… bez jaj! Facet przyszedł po raz tysięczny na mityng AA i jakoś zapomniał po drodze, że jest alkoholikiem?!


Oczywiste wydaje się, że grupa AA bez nowicjuszy nie ma przed sobą przyszłości, ale na razie, miejmy nadzieję, że tylko do czasu, dysponują oni jedynie problemami, bo jeszcze nie rozwiązaniami. Nowicjusze są ważni (jak wszyscy inni na mityngu), ale warto chyba wreszcie uświadomić sobie ich rolę. Dzisiejsi uczniowie szkoły podstawowej (niektórzy) będą kiedyś wykładowcami na uniwersytetach, ale dzisiaj są jeszcze tylko uczniami. Wydaje mi się, że warto o tym pamiętać.

Nie jestem bezinteresowny

Pewnie nie tylko w grudniu, ale w tym miesiącu chyba najczęściej, teksty z „Codziennych refleksji” i mityngowe wypowiedzi ociekają wręcz bezinteresownością, odmienianą przy tej okazji przez wszelkie możliwe przypadki i rodzaje. Pewnego zimowego wieczoru, na mityngu, słuchałem kolejnej deklaracji dotyczącej bezinteresowności i zastanawiałem się, czy starczy mi odwagi, żeby powiedzieć, że ja w AA bezinteresowny nie jestem i być nie zamierzam… A może po prostu niezupełnie tak samo rozumiemy bezinteresowność?


Bezsilność = bez siły.

Bezinteresowność = bez (własnego) interesu, czyli po prostu działanie, postępowanie, z którego nie odnoszę żadnych korzyści, nie mam w tym żadnego własnego interesu.

Tak właśnie rozumiem bezinteresowność. W każdym razie uważam, że „czysta” bezinteresowność może mieć miejsce jedynie w przypadku działań nieświadomych. Takie też występują w ramach realizacji Dwunastego Kroku, ale o tym za chwilę.

Za niesienie posłania tym, którzy wciąż jeszcze cierpią oraz za sponsorowanie, które jest służbą, uważam też, że w AA najważniejszą i najtrudniejszą, nie pobieram zapłaty ani wynagrodzenia (nawet bym ich nie przyjął). Nie spodziewam się ani nie oczekuję absolutnie żadnej gratyfikacji (nawet wdzięczności) od osób, którym niosę posłanie ani od swoich podopiecznych. Tyle tylko, że to wszystko nie oznacza jeszcze automatycznie, że jestem bezinteresowny.

Jaki ja mam w tym interes, jakie korzyści odnoszę z tego „bezinteresownego” działania? Odpowiadając na to pytanie posłużę się cytatami z literatury AA, bo tak będzie chyba bezpieczniej — doświadczenia i zdanie Meszuge można ignorować i wydrwić, ale Billa W. i innych alkoholików, weteranów, już trochę trudniej.


Najwięcej korzyści i satysfakcji można osiągnąć poprzez służbę.


Przekonałem się, że niesienie posłania innym alkoholikom jest rzeczą łatwą, ponieważ pomaga mi zachować trzeźwość i daje pełne zadowolenia poczucie, że mój własny proces zdrowienia przebiega prawidłowo.


Umacniam własną trzeźwość, dzieląc się tym, co za darmo otrzymałem.


Dzięki niesieniu posłania w ramach Dwunastego Kroku zrozumiałem, na czym polega radość i satysfakcja, jaka płynie z dawania, gdy nie oczekuje się niczego w zamian.


Praktyczne doświadczenie dowodzi, że nic lepiej nie umacnia niezależności od alkoholu jak intensywna praca z innymi alkoholikami.


To tylko kilka przykładów. W literaturze AA i w życiu każdego anonimowego alkoholika, który niesie posłanie, ale przede wszystkim w WK, znalazłoby się ich na pewno znacznie więcej. A w takim razie, czy w imię pełnej, idealnej bezinteresowności gotów byłbym zrezygnować z wyraźnie widocznych korzyści?

W pełni bezinteresownie niosę posłanie nieświadomie — poprzez mój obecny styl życia, sposób zachowania, postępowanie, postawę. Obracam się w pewnym środowisku; część osób z mojego otoczenia wie, że jestem alkoholikiem, pamięta mnie z tych złych czasów. Niektórzy zdają sobie sprawę, że biorę udział w spotkaniach Wspólnoty AA. Ludzie ci obserwują i… wyciągają wnioski. Dzięki temu może działać reguła:


— O AA mówić, kiedy pytają.

— Żyć w taki sposób, by pytali.

Na mityngu nie udziela się rad?

Oglądam właśnie bardzo stare materiały Telewizji Poznań, a konkretnie wywiady z profesjonalistami, którzy w Polsce założyli Wspólnotę AA (za co nieustannie jestem im wdzięczny — zrobili to najlepiej jak potrafili, co nie znaczy jednak i niestety, że zrobili to w sposób właściwy). Są w tych nagraniach fragmenty wręcz nieprawdopodobne — jakiś anonimowy alkoholik opowiada na przykład o tym, jak był przesłuchiwany (za czasów „komuny” oczywiście) i pytano go, czemu nie pije i kto za tym stoi? Jednak tym razem chodzi mi o kwestie poważniejsze niż anegdotki z dawnych czasów. Problem w tym, że zgodnie ze swoimi doświadczeniami i przekonaniami oraz w najlepszej pewnie wierze, profesjonaliści (psychoterapeuci, psychologowie, ale nie tylko) zorganizowali mityngi AA w Polsce na wzór i podobieństwo zajęć grupowych psychoterapii odwykowej. Zresztą, pierwsza w Polsce grupa AA (Poznań) była początkowo grupą psychoterapii odwykowej, eksperymentującą z Dwunastoma Krokami AA.


Dawno, dawno temu, na mityngu w moim mieście pojawił się alkoholik, Polak, od bardzo dawna mieszkający zagranicą, który nigdy wcześniej nie zetknął się polską odmianą AA. Pamiętam też jego dezorientację, gdy prowadzący odebrał mu głos za próbę udzielenia rady. Zapytał wtedy zdumiony: Nie wolno udzielać rad? To jak wy tu sobie pomagacie? To wydarzenie głęboko zapadło mi w pamięć i do dziś czasem zastanawiam się, czy wtedy, zabierając głos na mityngach, pomagaliśmy sobie wzajemnie, czy może każdy sobie… poprawiał nastrój, rozładowywał napięcie? Do dziś nie mam pewności; pewnie jedno i drugie.


Powoli weryfikowane jest w praktyce dziwaczne przekonanie, że w AA nic się nie musi — powszechne w czasach, w których trafiłem do Wspólnoty AA. Coraz więcej grup zaczyna funkcjonować tak, by nie naruszało to Tradycji AA, które — tak przy okazji — wydają się być coraz lepiej znane i rozumiane. Może już czas zastanowić się nad celem i sensem kolejnej dość problematycznej reguły mityngowej w Polsce, a mianowicie: Anonimowi Alkoholicy nie udzielają rad.

Jednak zanim ewentualnie do tego dojdzie, warto podjąć decyzję, czy mityngi grupy mają się odbywać według reguł terapeutycznych, czy w duchu Wspólnoty AA. Jeśli sumienie grupy zdecyduje, że to pierwsze (a przecież może), to oczywiście sprawa jest zamknięta. Jednak jeśli chcielibyśmy mieć mityngi AA wolne od wpływów terapeutycznych (to też wolno), to może warto rozważyć poniższe kwestie.


1. Podstawowe i fundamentalne pozycje książkowe Wspólnoty AA, czyli „Anonimowi Alkoholicy” (tak zwana Wielka Księga) oraz „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” (w skrócie 12x12), to zbiory sugestii, wskazówek, zaleceń i rad.


2. Jedno z najbardziej znanych powiedzeń we Wspólnocie: jeśli chcesz mieć to, co my w AA posiadamy, rób to, co my zrobiliśmy — jest właśnie radą.


3. W Wielkiej Księdze (mowa o wydaniu z 2018 roku) znaleźć można takie stwierdzenie: Mając to doświadczenie za sobą, możesz udzielić mu wielu praktycznych rad.


4. Czy faktycznie podczas mityngów polskich grup AA nie udziela się rad? Moim zdaniem udziela się, jak najbardziej, tyle tylko, że trzeba to robić w dość pokrętny sposób, bo nie jest dopuszczalne rozpoczęcie wypowiedzi od: a ja ci radzę, żebyś… Cóż to oznacza? Ano chyba tylko to, że skupiamy się na formie, ignorując zdaje się istotę rzeczy. Obłuda?


5. Koronnym argumentem zwolenników nieudzielania rad jest odpowiedzialność. Kto za to będzie odpowiadał? — dramatycznie pytają. Jeżeli mowa jest o dorosłych ludziach, bo jeśli mamy do czynienia z małymi dziećmi, to całkiem inna sprawa, to — moim zdaniem — sprawa jest zupełnie prosta i oczywista: odpowiedzialność ponosi ten, kto podejmuje decyzje. Jak to w życiu.

Spotkałem się też z twierdzeniem, że rad udzielać nie można, ale sugestie są w porządku. Otóż informuję, że „rada” oaz „sugestia”, to synonimy.


Kilkanaście lat przeżyłem na mityngach, na których, przynajmniej w teorii i rzekomo, nie udzielano rad. Nie wiem, czy w razie zmian w scenariuszach spotkań, miałbym jakieś poważniejsze problemy z dostosowaniem się do nich. Wszelkie dotychczasowe korekty scenariuszy mityngów AA wykazują, że nie mam z tym najmniejszego problemu — uważam wręcz, że scenariusz jest tu najmniej ważny — ale kto wie? W każdym razie nie nawołuję w tej chwili do jakichś natychmiastowych, radykalnych i rewolucyjnych zmian, a jedynie do przemyślenia tego zagadnienia, do zadania sobie pytania, czy chcemy mieć mityngi oparte o duchowy Program Wspólnoty AA, czy spotkania podporządkowane regułom grup psychoterapeutycznych? Regułom, które niewątpliwie mają sens i są bardzo potrzebne podczas zajęć grupowych psychoterapii odwykowej, i tylko tam, ale przecież Wspólnota AA czymś takim się nie zajmuje.


Wspomniałem wyżej duchowy Program AA. Moim zdaniem zaczyna się on wtedy, gdy jeden alkoholik mówi do drugiego alkoholika, dzieląc się z nim doświadczeniem, siłą i nadzieją; mówi o tym, kim był kiedyś, co się z nim stało i jak żyje obecnie. I wydaje mi się (wydaje! racji mieć nie muszę), że chyba nie stanie się nic złego, jeśli na bazie własnego doświadczenia oraz osobistych przeżyć — to bardzo ważne! — udzieli mu prostej rady, jak żyć i co zrobić, by się nie napić, a w przyszłości… wytrzeźwieć.

Refleksje o „Codziennych refleksjach”

W przerwie mityngu, którego tematem, jak to często w lipcu bywa, był Krok Siódmy, do stolika grupowego kolportera podszedł początkujący członek Wspólnoty (dzisiaj brał udział w spotkaniu trzeci czy czwarty raz w życiu) i poprosił o wskazanie mu literatury, zalecanej na początek. Tylko nie wszystko na raz — dodał trochę oszołomiony mnogością tytułów — bo na razie jeszcze z kasą krucho, a przecież kilku książek na raz i tak czytał nie będę — stwierdził całkiem rozsądnie. Kolporter po chwili namysłu sprzedał mu 12x12 oraz „Codzienne refleksje”, polecając zwłaszcza tę drugą pozycję i sugerując, by nasz nowy przyjaciel codziennie rano czytał fragment przewidziany na ten właśnie dzień, co powinno — jak stwierdził kolporter — znakomicie ułatwić mu zachowanie abstynencji.

Zwyczajne, banalne wydarzenie, w którym wszystko wydaje się być w jak największym porządku, nieprawdaż? Tylko… czemu mam w związku z nim coraz więcej wątpliwości?


W „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” autor, Bill W. zawarł proste, jednoznaczne stwierdzenie: Samotne natomiast działanie w sprawach duchowych bywa niebezpieczne. W związku z tym, zastanawiam się, co wyniknąć może z samotnej lektury AA-owskich refleksji, którą nowicjusz rozpoczyna od lipca, a więc od zagadnień związanych często z Krokiem Siódmym i Tradycją Siódmą? Być może okaże się on cudownym dzieckiem AA i zrozumienie tych, niełatwych w końcu treści, spłynie na niego w jakiś magiczny sposób, bo jeśli tak, to wszystko jest w porządku. Gorzej, jeżeli okaże się on takim zwyczajnym, przeciętnym alkoholikiem, bo wtedy bardziej prawdopodobne są efekty w postaci niezrozumienia, rozczarowania, zawodu, irytacji, zniechęcenia oraz stwierdzenia, że całe to AA chyba jednak nie jest dla niego. Nie wiem jak to jest u innych alkoholików, ale u siebie zauważyłem już dawno, że wyzwania wyraźnie przekraczające moje możliwości, nie dopingują mnie, ale wręcz przeciwnie, po prostu zniechęcają. Natomiast stawianie zbyt trudnych wyzwań innym ludziom, uważam za okrucieństwo.


Załóżmy jednak, że nowicjusz przetrwa jakoś ten ciężki okres, nie ucieknie do kieliszka od zagadnień, których nie pojmuje i z którymi zmaga się samotnie, że kiedyś wreszcie zacznie realizować Program ze sponsorem albo poznawać na jakimś warsztacie. Wtedy może okazać się, że natknie się on na kolejne przeszkody, które do niczego potrzebne mu nie były, a mianowicie: cały system przekonań, które wybudował sobie w czasie, gdy samotnie próbował zrozumieć pewne elementy Programu AA, na dokładkę podane w formie cytatów wyrwanych z jakiejś większej całości i komentarzy do nich o jakości… hm… różnej, czasem po prostu wysoce problematycznej.


Reasumując — nie uważam, żeby nasze „Codzienne refleksje” były najbardziej wskazaną lekturą dla AA-owskiego nowicjusza, zwłaszcza wtedy, kiedy nie znajduje się on jeszcze pod opieką sponsora, gotowego dzień po dniu tłumaczyć i wyjaśniać na bieżąco rodzące się wątpliwości. To jednak niestety jeszcze nie wszystko…


W książce „Jak to widzi Bill” jej autor pisał: Przedstawione tu fragmenty mogą posłużyć za materiał do indywidualnej refleksji, a także zainspirować twórczą wymianę poglądów w grupie; być może przyczynią się też do szerszego zainteresowania całym naszym dorobkiem literackim. Jestem pewien że podobna idea przyświecała Akcji Doradczej Konferencji Służb Ogólnych w 1987 roku, zwracającej uwagę na potrzebę opracowania i wydania zbioru refleksji, obejmującego — dzień po dniu — cały rok. W taki właśnie sposób powstały „Codzienne refleksje”, zbudowane na bazie cytatów z oficjalnej, zatwierdzonej literatury Wspólnoty AA oraz wypowiedzi na te tematy uczestników AA. Ciekawe jest to, że zwrócono się wówczas do wszystkich Anonimowych Alkoholików z apelem i prośbą o podzielenie się własnymi refleksjami. Nadeszło około 1300 tekstów, było więc z czego wybierać.

W „Jak to widzi Bill” autor zwracał uwagę, że to jedynie jego własny punkt widzenia, jego osobista interpretacja. We wstępie do „Codziennych refleksji” czytamy, że autorzy poszczególnych refleksji nie przemawiają oczywiście w imieniu Wspólnoty jako całości, a jedynie w swoim własnym. To akurat uważam za bardzo ważne — zwłaszcza w czasach, w których rośnie zainteresowanie „Codziennymi refleksjami” (i bardzo dobrze), ale też, niestety, tendencja do traktowania ich, jako oficjalnego stanowiska Wspólnoty AA w jakiejś sprawie, czy temacie. Refleksje z „Codziennych refleksji”, czyli teksty pod cytatem z literatury AA, mają dokładnie taką samą wartość, jak dowolna wypowiedź na mityngu AA, ani mniejszą, ani większą. Refleksje — jak sama nazwa wskazuje — są materiałem do przemyśleń, rozważań, a nie zbiorem jakichś prawd objawionych uczestnikom AA do bezrefleksyjnego (czytaj: bezmyślnego) przyjmowania za jedynie słuszne. Zwłaszcza, że niektóre z nich są faktycznie dość problematyczne — jednak, czy problemy te wynikają z odmiennych poglądów, doświadczeń i przekonań ich autorów, czy z powodu błędów w tłumaczeniach, czy wreszcie z powodu upływu czasu i coraz to nowszych doświadczeń uczestników mityngów AA, tego to ja już nie wiem, ale… to na szczęście wyjątki.


„Codzienne refleksje” to kapitalna pozycja — skłaniająca do zastanowienia, przemyślenia — bywa, że kolejny raz w życiu — własnych przeżyć, doświadczeń i wypływających z nich wniosków, określenia swoich własnych przekonań, czasem może nawet ich weryfikacji… Znakomite narzędzie i pomoc do wytrzeźwienia po prostu, ale… nie do wyznawania.

Esej o strachu i miłości

Miałem kilka miesięcy abstynencji, gdy podczas któregoś mityngu (wszystkie w naszym mieście odbywały się wtedy według identycznego scenariusza) prowadzący postanowił wprowadzić drobne modyfikacje. Chodziło o zmianę kolejności pewnych elementów tegoż scenariusza. Do dziś pamiętam jak zagotowałem się ze złości na taką profanację i głosem pełnym ledwie tłumionej wściekłości oznajmiłem, że wolałbym jednak, aby mityng toczył się zgodnie z zasadami. Kilku alkoholików natychmiast mnie poparło i prowadzący musiał wrócić do starego porządku, co oznaczało konieczność przeczytania wszystkich tekstów jeszcze raz, od początku.

Zastanawiałem się później długo, czemu to wydarzenie tak bardzo mnie rozjuszyło? Ale trzeba było wielu lat zanim zrozumiałem, że w rzeczywistości prawdziwym problemem był mój strach, a nie złość. Ja sobie po prostu zupełnie nie umiałem radzić ze strachem, więc nieomalże automatycznie, w ułamku sekundy, zamieniałem go na złość, wściekłość, a tę jakoś tam potrafiłem odreagować i wyrazić, choćby złośliwymi uwagami, drwiną.

W takim razie pojawia się pytanie, co mnie aż tak bardzo wystraszyło? Nie pracowałem wtedy ze sponsorem, nie realizowałem Programu 12 Kroków. Czytanie na mityngach w koło poszczególnych Kroków i Tradycji uważałem za część jakiegoś niezwykle ważnego obrzędu, wręcz ceremoniału. Pojęcia nie miałem, o co w tym wszystkim w ogóle chodzi, więc scenariusz spotkania grupy AA uważałem za najważniejszy składnik mityngu, czyli podstawę mojego trzeźwienia. A to oznaczało, że jakakolwiek, najdrobniejsza nawet zmiana w tym scenariuszu mogła mi grozić powrotem do picia. I tego właśnie tak potwornie się bałem. Jeżeli z całego zestawu postaw, zachowań, zasad, jeden jest skuteczny, zapewnia mi trzeźwość, ale ja nie wiem, nie mam pojęcia, który to (brak świadomości, brak kontaktu z rzeczywistością, brak zdrowego rozsądku), to oczywiste jest, że rozpaczliwie protestował będę przed jakimiś, jakimikolwiek zmianami. To postawa zrozumiała, ludzka, ale… zupełnie nie do przyjęcia ze względu na innych.


W drugim roku abstynencji trafiłem przypadkowo na mityng spikerski. Samego spikera już nie pamiętam, ale to co mówił, wywołało moją żywą reakcję. Zadałem mu wówczas serię podchwytliwych pytań i według najlepszych prawideł udzielania tzw. informacji zwrotnych, jakie wyniosłem z grupy terapeutycznej, w swoim mniemaniu, wykazałem jego brak uczciwości wobec siebie oraz pijane myślenie. Ależ byłem z siebie dumny! Bo przecież niewątpliwie mu pomogłem — pewnie miał nawrót i ja mu to uświadomiłem. Oczywiście przyjaźnie, życzliwie i z miłością. Wtedy naprawdę w to wierzyłem…

Od tamtego czasu uczestniczyłem w wielu mityngach spikerskich, czasem to ja pełniłem służbę spikera, zacząłem też zauważać, że podobne postawy (pytania zadawane tonem napastliwym, podchwytliwe, jakby ich autorzy starali się spikera na czymś złapać, coś mu udowodnić, coś tam wykazać, zdemaskować go) wcale nie są takie wyjątkowe. Może nie powszechne, ale… częste. Tyle tylko, że teraz postrzegałem to już zupełnie inaczej.


Czemu w różnych częściach świata, zwolennicy tej czy innej koncepcji realizacji Kroków, walczą ze sobą zajadle, z bijatykami na mityngach włącznie, próbując za wszelką cenę i wszystkimi metodami przekonać oponentów, że źle coś tam rozumieją, że niewłaściwie praktykują, że w ogóle idą w złą stronę? Czy z miłości i życzliwości dla błądzących braci? Jeśli tak, to chyba jakaś dziwna ta miłość, skoro polega na terroryzowaniu, ośmieszaniu, przekrzykiwaniu i zmuszaniu innych alkoholików do zmiany poglądów i przekonań.

Obawę przed powrotem do picia można nawet dość łatwo zrozumieć, trudniej jednak jest uświadomić sobie, że we wszystkich opisanych sytuacjach, motorem napędowym był strach, jednak tak właśnie to było — zawsze chodziło o strach, lęk, obawę, niepokój itd., a nie o miłość, życzliwość, przyjaźń, dobro drugiego człowieka… Tylko strach, choć często i jakże łatwo — nieomalże automatycznie — zamieniany na złość.

Co się dzieje, gdy słucham innego alkoholika (spikerka, warsztat, mityng itp.) i on mówi, że zrobił coś, co mnie nawet do głowy nie przyszło i jeszcze twierdzi, że z efektów jest bardzo zadowolony? Mogę zrobić dwie rzeczy — dopytać przy okazji, jak konkretnie to zrobił, a następnie ruszyć tyłek i spróbować samemu. To całkiem niezłe rozwiązanie, ale problem w tym, że mi się nie chce, że moje wady charakteru (lenistwo, ale przecież nie tylko!) mnie blokują. Ale jest i druga opcja, łatwiejsza — mogę starać się udowodnić spikerowi, że kłamie, że wcale nie jest mu tak dobrze, jak mówi, że się myli i w ogóle… jest w czarnej dziurze. I wtedy wraca błogi spokój. Już nic nie muszę robić. Nie muszę podejmować żadnego działania, wysilać się. On nie ma nic, czego bym pragnął, a to o czym opowiada, to jakieś bajki, pobożne życzenia, fantazje i chciejstwa.

Jakże często pewnych prawd ja wcale nie chciałem słyszeć?! Były po prostu niewygodne! Całymi latami nie chciałem usłyszeć prawdy o swoim piciu i proponowanych rozwiązań, więc czy mogę zakładać, że nawyk, zdolność niesłyszenia informacji, których przyjęcie wymagałoby pewnego wysiłku z mojej strony, minął mi samoistnie wraz z ostatnim kieliszkiem? Nie piłem, ale nadal łatwiejszy od konfrontacji z rzeczywistością był atak, zdyskredytowanie, ośmieszenie kogoś, kto swoją wypowiedzią zapraszał mnie jakby do praktycznej weryfikacji moich własnych postaw i poglądów.

Tak, cały czas chodzi tylko o strach! Bałem się po prostu ciężkiej pracy, bałem się, że zaburzony zostanie mój święty spokój albo, że moje przekonania okażą się nie aż tak znakomicie mi służące, jak to sobie wmówiłem. Bałem się zdemaskowania, bałem się, że wyda się, że może wcale nie jestem taki dobry (trzeźwy), jak chciałbym.

W tym momencie warte uwagi wydają mi się dwa cytaty:


Ludzie są bardzo przywiązani do swoich przekonań. Nie dążą do poznania prawdy, chcą tylko pewnej formy równowagi i potrafią zbudować sobie w miarę spójny świat na swoich przekonaniach. To daje im poczucie bezpieczeństwa, więc podświadomie trzymają się tego, w co uwierzyli.


…człowiek dla zyskania aprobaty innych często udaje i przedstawia nieprawdziwy obraz siebie. Niepewność dotycząca wiarygodności przyjętej maski powoduje niepokój, gdyż taka osoba zdaje sobie sprawę, że odgrywając rolę, udaje, podczas gdy prawda o niej jest zupełnie inna.


Doktor Bob twierdził, że to co najważniejsze, to miłość i służba. Rozumiem go, choć ta służba nie wydaje mi się niezbędna. Człowiekowi prawdziwie miłującemu nie potrzeba przypominać o służbie. Św. Augustyn, wypowiadając się na temat upominania bliźniego, skwitował problem słowami: kochaj i rób, co chcesz. Jeśli upomnienie (zwrócenie uwagi, rada, sugestia, podpowiedź) wypływa z miłości, to wszystko jest w porządku, ale jeżeli źródłem jest strach… Jeśli staram się narzucić komuś swoje pomysły i rozwiązania, jeśli nie wspieram jego rozwoju, a nawet przeciwnie — dbam tylko o to, by nie wyrósł ponad mój poziom, jeśli próbuję ograniczać jego wzrastanie, bo mogłoby ono ujawnić, że ja sam od dawna spoczywam na laurach, to nie ma we mnie miłości, jest tylko strach.

Potrzebowałem wielu lat zanim zrozumiałem sponsora, gdy mówił o miłości, która nie odbiera prawa do popełniania błędów i nie hamuje w rozwoju, choćby miał się on odbywać na drodze zupełnie innej, niż moja własna.

„Historia AA w Polsce” tom 1

Naród, który nie pamięta swojej historii, nie ma także swojej przyszłości — powiedzenie to, w takiej bądź podobnej formie, a wersji jest mnóstwo, na przykład: Naród, który nie zna swej przeszłości nie ma szans na napisanie nowej historii — przypisywane jest Janowi Pawłowi II albo Józefowi Piłsudskiemu. Z moich dotychczasowych poszukiwań wynika, że autor w rzeczywistości jest nieznany, ale… w niczym nie umniejsza to mądrości tych słów i zawartej w nich głębokiej prawdy.


Anonimowi alkoholicy na początku swojej drogi, skoncentrowani na niełatwym zadaniu utrzymania abstynencji, historią AA zwykle się nie interesują, jednak z czasem, gdy samo niepicie nie stanowi już większego problemu, warto byłoby ten stan rzeczy zmienić. W starych scenariuszach mityngów mowa była o skarbcu mądrości AA, zbudowanym na bazie wieloletnich doświadczeń Wspólnoty i jej członków. Warto do tego skarbca zajrzeć i z jego zawartości skorzystać.

Potrafimy już uczyć się na własnych błędach, czasem nawet na cudzych — może już czas najwyższy zacząć się uczyć na błędach popełnionych już we Wspólnocie AA? Zamiast do znudzenia i w nieskończoność je powtarzać? Jednak do tego potrzebna jest znajomość historii. Historii prawdziwej, nie pokrytej brązem, lukrem, czy czym tam jeszcze, historii nie zafałszowanej, nie wygładzonej, nie połowicznej… zgodnej z faktami po prostu.


Czekałem na tę książkę, czekałem i wreszcie się doczekałem, i radość moja była wielka, bo od lat Wspólnota AA i jej historia są moim hobby, może pasją życiową; jeśli nawet wcześniej wiedziałem na te tematy sporo, to były to informacje nieuporządkowane, często wyrwane z kontekstu, fragmentaryczne, nie zweryfikowane itp. I oto dostałem gotowca — nic tylko czytać, uczyć się, dowiadywać, korzystać. Dobra robota — dziękuję Tadeusz! Nareszcie mamy pozycję, do której można się odwołać, i nie, nie tylko po to, by weryfikować opowieści starszych członków Wspólnoty, którzy w dobrej wierze luki w pamięci wypełniają przekonaniami, wyobrażeniami oraz mitami — a tych, co naturalne, z czasem przybywa. Popełniliśmy — tak, my, MY, we Wspólnocie AA w Polsce — mnóstwo błędów. Są one naszym kapitałem, szansą i nadzieją na przyszłość. Nie zmarnujmy jej!


Czy tom 1 „Historii AA w Polsce” w pełni mnie satysfakcjonuje? Ależ oczywiście, że nie! Ja jestem zachłanny i pazerny, i chciałbym dowiedzieć się dużo więcej (na przykład kto, kiedy, ale przede wszystkim, po jaką cholerę wprowadził na spotkania AA w Polsce świeczki?), ale kiedy wyłączę pazerność i perfekcjonizm, kiedy przypomnę sobie, że ma być jeszcze ciąg dalszy, to wychodzi mi satysfakcja na poziomie jakichś 96%. Przy moim krytycznym podejściu do literatury jest to wynik bardzo wysoki. Takie tam skrzywienie zawodowe.


Oczywiście nie ma sensu, ani możliwości, cytowania akapitu po akapicie i opatrywania ich własnymi komentarzami typu: to jest znakomite, a to fantastyczne, tamto świetne, skupię się więc na tych paru elementach, które skłaniają mnie do zastanowienia, rodzą pewne wątpliwości, pytania, przemyślenia. Najlepiej w punktach.


1. Wspólnota AA w Polsce rozwijała się inaczej niż w USA — to nie ulega wątpliwości — według dr Danuty Dudrak (jedna z „matek chrzestnych” polskiej wersji AA) działo się tak dlatego, ponieważ nigdy nie mieliśmy Billa i Boba (str. 49). Wspólnota działa w co najmniej 150 krajach świata. Tylko jeden z nich, Stany Zjednoczone (USA), miał Billa i Boba. W takim razie chyba nie o ich obecność tu chodzi. Wydaje mi się, że odmienność Wspólnoty AA w Polsce nie wynika z niedoboru Billa i Boba, lecz z prostego faktu, że u nas Wspólnotę AA zakładali profesjonaliści, a nie anonimowi alkoholicy, czy choćby po prostu alkoholicy.

Kwestia: kto zakładał AA? wydaje mi się szczególnie ważna. Duchowy Program AA zaczyna się w chwili, gdy jeden alkoholik mówi do drugiego — mówi o tym, co sam zrobił, żeby przestać pić, o tym, że jest sposób, jest rozwiązanie oraz relacjonował, konkretnie, co i jak zrobił. U nas tego elementu zupełnie nie było. O sposobach mówił alkoholikom nie drugi alkoholik, ale psychoterapeuta; mówił, co oczywiste, nie o tym, co on sam zrobił, ale co oni mają zrobić, żeby przestać pić. Czy przekazywał duchowy Program AA? Ależ skądże! No najwyżej procedury i narzędzia psychologiczne i psychoterapeutyczne. W taki właśnie sposób rażące niedobory duchowości AA-owskiej zaczęły na naszych mityngach wypełniać przeróżne obrzędy i ceremonie.

W Preambule czytamy, że Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu (podkreślenie moje). Terapeuci w końcu przestali w mityngach uczestniczyć i… od ponad czterdziestu lat podczas znakomitej większości mityngów AA w Polsce dzielimy się ochoczo i z zapałem naszym wspólnym problemem (oraz setkami problemów, które wspólne nie są i którymi Anonimowi Alkoholicy się nie zajmują), a nie wspólnym rozwiązaniem, jakim wspólnie dysponujemy we Wspólnocie AA. Choć na pewno nie na każdej grupie, a szkoda.


Oczywiście — jak chyba wyraźnie widać — nie jest to żaden zarzut przeciw książce, jej autorowi, czy wymienionym w „Historii AA w Polsce” profesjonalistom, dzięki którym w tym kraju Wspólnota AA zaistniała w czasach, kiedy mało realne było, by założył ją jakiś pijak. Dzięki ich działaniom część alkoholików po prostu przeżyła i o tym nie wolno nam zapominać. To tylko moje przemyślenia dotyczące stanu obecnego i jego genezy.


2. Zaskoczył mnie trochę sposób datowania narodzin grup AA. Fakty pozostają faktami bez względu na to, czy je pamiętamy, czy nie. Jeśli nie pamiętamy, to nie wydaje mi się, by można je sobie ustalać mocą decyzji jakiegoś gremium. Sumienie grupy AA ma spore kompetencje, to prawda, ale czy może swoimi decyzjami kreować rzeczywistość?

Oczywiście rozumiem, że jakąś metodologię trzeba było przyjąć i faktycznie problem ten właściwie nie wydaje mi się specjalnie ważny, jednak pod warunkiem, że we wszystkich przypadkach konsekwentnie informować będziemy, że podawana data jest przybliżona i umowna. Za dzień narodzin Wspólnoty uznaje się 10.06.1935… uznaje się, a nie — jest.


3. Tadeusz wspomina też (str. 171) starych AA i ich porównanie mówiące o kiszonym ogórku, który nigdy nie stanie się ogórkiem świeżym. Byłem absolutnie przekonany, że zanim pojawi się drugi tom „Historii AA w Polsce”, będą działały w naszym kraju ośrodki uczące na powrót niektórych uzależnionych picia towarzyskiego, bezproblemowego. Miałem rację — od roku 2017 (albo i wcześniej) każdy chyba WOTUiW w Polsce oferuje psychoterapię redukcji szkód, czyli kontrolowanego picia. Dokładnie tak, jak ma to miejsce w wielu krajach, na przykład w Niemczech. Chodzi mi po głowie coś innego… Czy wszyscy uczestnicy mityngów AA, nawet tych zamkniętych, są alkoholikami? Otóż moim zdaniem — nie. Od lat przy rozmaitych okazjach zwracam uwagę na szczególny zapis Trzeciej Tradycji AA: Jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia. Właśnie tak!! Pragnienie zaprzestania picia, a nie zdiagnozowany alkoholizm! Wymowa pełnej wersji Trzeciej Tradycji jest zupełnie inna, bo przecież mowa jest w niej o wszystkich, którzy cierpią z powodu alkoholizmu. Domyślam się, jaka jest geneza tych różnic, ale w tym momencie nie ma to chyba większego znaczenia.

Uważam, że wielu ludzi cierpi z powodu nadużywania alkoholu (przecież opisuje takie przypadki nawet WK). Piją oni, albo pili, w sposób szkodliwy, ryzykowny, destrukcyjny, ale… to jeszcze nie oznacza automatycznie, że są prawdziwymi alkoholikami. Przy mityngowym stole jest miejsce dla każdego, kto chce przestać pić, ale chyba nie wszyscy uczestnicy spotkań AA potrzebują duchowego Programu Wspólnoty AA.


4. Zadziwiał mnie momentami nacisk, z jakim autor broni pozycji Poznania w historii AA w Polsce. Broni się czegoś, co jest atakowane, a tego — przyznam — już nie rozumiem. AA, sama idea i pierwsze grupy, pojawiły się w naszym kraju w mieście o nazwie Poznań. Nie Bielsko, nie Radom, nie Katowice… Poznań. To jest fakt. Ludzie trzeźwi nie dyskutują z faktami. A przynajmniej tak mi się wydawało… Po co w takim razie negować oczywiste pierwszeństwo tego właśnie miasta? Czyżby komuś naprawdę wydawało się i roiło, że alkoholik z trzyletnią abstynencją jest trzeźwiejszy, bo urodził się i pił w Akron, a nie w Bostonie? W Poznaniu, a nie w Szczecinie? Gdyby tak było, to może jeszcze miałoby to jakiś sens, ale przecież nie jest. Mieszkańcy Krakowa też nie są lepsi od innych Polaków z tego powodu, że kiedyś Kraków był stolicą Polski.


5. Choć miałem tego nie robić, nie potrafię powstrzymać się od przytoczenia fragmentu, który uważam za niesamowicie wręcz ważny: Tymczasem najczęściej okazuje się, że samo niepicie — jakkolwiek w całym procesie zdrowienia najważniejsze — nie wystarcza. W wielu przypadkach, już nie pijąc, w wyniku egocentryzmu, egoizmu, niedojrzałości emocjonalnej alkoholika i wielu innych jego wad, nie tylko nie naprawia on relacji z innymi ludźmi, a często — wbrew sobie — nadal je niszczy. Przejawia się to w tym, że mimo zaprzestania picia alkoholik nadal rani innych ludzi, także najbliższych, często wbrew swojej woli. Alkoholik, mimo iż nie pije, często swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem nadal pozostawia wokół siebie zgliszcza i popiół. Okazało się jak mawiał jeden z rozmówców — że, jak pił, był pijanym draniem, jak przestał pić, stał się trzeźwym draniem. A przy tym wszystkim opanowana do perfekcji umiejętność zakłamywania rzeczywistości pozwala alkoholikowi odsuwać problem od siebie, przerzucając, jeżeli nie całość, to przynajmniej dużą część odpowiedzialności za zaistniały stan rzeczy na innych. I przede wszystkim o tego typu „niekierowaniu własnym życiem” mówi druga część Kroku Pierwszego.

Po raz pierwszy chyba tak wyraźnie, jednoznacznie i niejako oficjalnie zwraca się uwagę, że uznanie przez alkoholika jego bezsilności wobec alkoholu oraz utrzymywana całymi latami abstynencja mogą nie wystarczyć do zbudowania trzeźwego, satysfakcjonującego, pogodnego życia. Siłą Wspólnoty i nadzieją dla alkoholików jest Program AA, a nie częste chadzanie po mityngach i mityngowe jęczydupstwo.


Pasjonujących tematów i zagadnień zawarto w książce mnóstwo, ale ja nie podejmuję się napisać jej streszczenia, lecz jedynie artykuł sygnalizujący, że jest to pozycja wyjątkowo ważna, ciekawa, powiedziałbym nawet, że obowiązkowa dla każdego anonimowego alkoholika, który swoją przynależność do Wspólnoty AA traktuje poważnie.

Rozważania na temat wolności

Anonimowi Alkoholicy w Wielkiej Księdze obiecują, że… Poznamy nową wolność i nowe szczęście. Czym jest wolność, tak w ogóle, jak ją rozumiem i czym niby ta nowa wolność różni się od starej?

Definicji wolności znalazłem mnóstwo, bo to wolność religijna, wolność gospodarcza albo polityczna, wolność egzystencjalna, wolność według Platona, Marksa, Fromma, wolność w buddyzmie… Szybko dałem sobie spokój — to do niczego nie prowadziło. Postanowiłem, sam dla siebie, poszukać odpowiedzi na pytanie o wolność i jej atrybuty oraz sklecić definicję, którą bym rozumiał i był w stanie jakoś wykorzystać.

Wolność — według mnie — to niezależność, brak przymusu czy presji, to możliwość podejmowania decyzji zgodnie z własną wolą i ich realizacji, to zdolność dokonywania wyborów ze świadomością wszystkich dostępnych możliwości, ale i ich konsekwencji.


Przeciwieństwem wolności, wolnej woli, jest zniewolenie. Np. bezsilność — nie wzbudza chyba wątpliwości: podejmowałem decyzję, że przez miesiąc nie sięgnę po alkohol, a pijany byłem już po kilku godzinach. Co z tego, że podjąłem decyzję, jeśli nie byłem w stanie jej zrealizować? Uzależnienie, którego istotą jest przecież bezsilność, wyklucza niezależność. Ludzie opętani obsesją picia nie są wolni.

Zniewolenie to także określenie stanu, sytuacji, w której może nie jestem bezsilny, ale i zdolność podejmowania decyzji, dokonywania wyborów, mam poważnie zaburzoną, ograniczoną. Zniewolony mogę być przez własne uczucia i emocje (np. przerażenie, wściekłość), nad którymi nie potrafię zapanować, ale też przez wynaturzone instynkty i wady charakteru (np. egoizm i chciwość prowadzące do kradzieży i nieuczciwych interesów), przez brak rzetelnych informacji, przez uzależnienie, przez głupotę itd.

Czy wolny jest człowiek, podejmujący działanie bez świadomości, że miał jakiś wybór? Albo przekonany, że dostępne rozwiązania były dwa, podczas gdy było ich siedem? Albo bez upewnienia się, jakie konsekwencje wynikną z tego działania?


Zakładam, że ludzie dorośli, trzeźwo myślący, a przynajmniej większość z nich, mają przekonania wynikające z wiedzy i doświadczenia, ale przecież ja jestem alkoholikiem, a to oznacza, że całymi latami miałem przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia.

Ciasnota umysłowa, ignorancja i arogancja, brak wyobraźni, absurdalne przekonania, nierealistyczna ocena sytuacji, fanatyzm — to też są formy zniewolenia… umysłowego… duchowego…

Wolność może mi odebrać (albo znacznie ograniczyć) urząd, instytucja, jakaś władza, lub inny człowiek, i to jest tragedia, jednak koszmar zaczyna się wtedy, gdy wolności pozbawiam się sam…

Zerwana więź — rozważania o 11 Kroku i utopii

Pierwszy raz w życiu usłyszałem tekst Jedenastego Kroku prawdopodobnie w czerwcu 1998 roku. Byłem wówczas ateistą, więc natychmiast uznałem, że chodzi w nim o religię, jakieś modlitwy, kościół itp., czyli sprawy, które wtedy zupełnie mnie nie interesowały.


Kolejny listopad. Odwiedziło mnie dwóch przyjaciół. Pierwszy potrzebował mojej pomocy. Drugiego o pomoc prosiłem ja. Po załatwieniu spraw, o które chodziło, rozmawialiśmy jeszcze na różne tematy, przy herbacie i drożdżówkach. Wychodzili — takie przynajmniej odniosłem wrażenie — nie dlatego, że dosyć mieli naszego spotkania i towarzystwa, ale po prostu dlatego, że musieli, wzywały ich obowiązki. Kiedy poszli, zacząłem rozmyślać o Kroku Jedenastym i o tym, jak wiele zmieniło się od tego mojego pierwszego mityngu, latem 1998 roku, do dzisiejszego spotkania z przyjaciółmi.

Zmiana niewątpliwie odbywała się w sposób ciągły, tym niemniej wyznaczały ją pewne etapy, jak gdyby kamienie milowe. Na początku było to odrzucenie, później niechętna tolerancja, następnie akceptacja, a wreszcie zrozumienie, że modlitwa i medytacja, same w sobie, nie są celem Jedenastego Kroku. Tym jest dopiero doskonalenie więzi z Bogiem, ale czy tylko z Nim? Albo czy z Nim bezpośrednio i świadomie?


Najbardziej istotną istotą moich błędów, którą odkryłem podczas realizacji Czwartego i Piątego Kroku, był egocentryczny strach, lęk; przed oceną, przed krytyką, śmiesznością, ale głównie przed odrzuceniem. To on kształtował moje związki z innymi ludźmi, które w efekcie właściwie chyba nigdy nie były naturalne i czyste w założeniach i intencjach.

Listopadowe spotkanie uświadomiło mi, jak wielka zaszła zmiana. Dziś mam przyjaciół. Dobrze się czuję w ich towarzystwie. Ich obecność, nawet bliskość oraz fakt, że od czasu do czasu robimy coś wspólnie, razem, są szczególnie satysfakcjonujące. Niezmiernie cieszy mnie i to, że czasem któremuś uda mi się pomóc; bezinteresownie, nie oczekując nagrody i nie domagając się niczego w zamian. Zapewne częściej to oni pomagają mnie.


Więź — znakomicie dobrane określenie w Kroku Jedenastym, które jakoś zniknęło wraz z wydaniem z roku 2018 Wielkiej Księgi. A szkoda, bo poprawny, a nawet dobry kontakt, może mieć na przykład sprzedawca z klientem, albo dyrektor z załogą. Z rodziną, przyjaciółmi, innymi ludźmi i to nie tylko na spotkaniach (mityngach) AA, mam budować bliskość, doskonalić świadomą więź. Tak… coraz doskonalsza więź tam, gdzie ona istnieje, gdzie przetrwała oraz budowana od podstaw wszędzie tam, gdzie jej wcześniej nie było, albo gdzie ją zerwałem.

Zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, najważniejsze przykazania mówią o miłości, a więc budowa i odbudowa życzliwych, przyjaznych relacji z innymi ludźmi automatycznie i w sposób zupełnie naturalny (moim zdaniem) świadczy o naszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go rozumiemy; są wyrazem zrozumienia i szacunku dla Jego woli.

Innych ludzi traktuję grzecznie, z szacunkiem, może nawet nie dlatego, żeby wszyscy oni byli porządnymi ludźmi, ale dlatego, że to ja staram się być przyzwoitym człowiekiem.


Pozornie, zwłaszcza jeśli popatrzeć z pewnego dystansu, niewiele się w tym moim życiu zmieniło — przedtem spotykałem się z różnymi ludźmi, spotykam się i teraz. Tyle tylko, że prawdziwe intencje, motywy mojego postępowania, są już zupełnie inne i inne zasila je źródło.

Wiele lat zmagałem się z pustką i samotnością, nadaremnie czekając, aż wydarzy się coś (co?), co nada sens mojemu życiu. Śniłem szalone sny o potędze, ale jakoś nie potrafiłem znaleźć ani jednego dobrego powodu, dla którego warto byłoby zwyczajnie żyć. Na dnie butelki poszukiwałem jakiejś Utopii, zupełnie nie zdając sobie sprawy, nie wiedząc i nie wierząc, że cały czas mam ją w zasięgu ręki.


Czasem myślę, że powinienem zmienić pseudonim na Koziołek Matołek, bo postawa: …i znów poszedł biedaczysko po szerokim szukać świecie tego co jest bardzo blisko, jest mi jakoś dziwnie znajoma.

Siła większa i biuletyny

Literatura AA, przekazywana więźniom w ramach niesienia posłania, pochodzi u nas (w środowisku AA w Opolu) głównie z dwóch źródeł, są to zakupy dokonywane przez grupę (intergrupę) albo też książki i biuletyny ofiarowane przez anonimowych alkoholików z ich prywatnych zbiorów. Zwłaszcza te ostatnie — przeczytane pewnie po kilka już razy, magazynowane w garażu albo na strychu, nie służą już do niczego, ale przyniesione na mityng i przekazane łącznikowi z zakładami karnymi mogą się jeszcze komuś przydać.

Do dziś pamiętam, jak to się nawzajem przekonywaliśmy, że starsze numery nie tracą na wartości, że treści w nich zawarte są stale aktualne…

Przeglądając biuletyny, których plik przyniósł kolega dla łącznika z zakładami karnymi i aresztami śledczymi, zwróciłem uwagę na artykuł w „Karliku” 4/2006 (biuletyn regionu „Katowice”), z którego wynikało, że podczas mityngu AA najważniejsze są problemy oraz nowicjusz. Skłoniło mnie to do zastanowienia i postawienia pytań: czy ja wierzę w to, że o wartości mityngu świadczą wypowiedzi o rozmaitych problemach jego uczestników i nowicjusz, to jest alkoholik, który nie ma jeszcze kompletnie żadnego doświadczenia w utrzymywaniu abstynencji i który nic nie wie o Programie AA, ale którego alkoholicy z dłuższym stażem usilnie nakłaniają do wypowiedzi? Czy faktycznie wierzę, że taka jest prawda o Wspólnocie AA i taką właśnie dobrze jest przekazywać na zewnątrz, ludziom, którzy z AA jeszcze się nie zetknęli? Czy w ten sposób przyciągamy (bez reklamowania)? Czy rzeczywiście stare biuletyny AA są — i w nieskończoność będą — zawsze aktualne?


Kolejne pytania dotyczyły aktualności moich własnych przekonań. Żeby sprawdzić, jak to teraz z nimi jest, przeczytałem z „12 Kroków od dna” rozdziały poświęcone Krokom Jeden-Trzy. Okazało się, że moje ich rozumienie nie uległo żadnej znaczącej zmianie, zauważyłem natomiast, że w miarę upływu czasu jakby coraz mniej słów potrzebuję na wyjaśnienie, o co chodzi (moim zdaniem!) w pierwszych trzech Krokach Programu AA.


Krok Pierwszy — problem.

Krok Drugi — rozwiązanie.

Krok Trzeci — postanowienie/ (w wersji z 2018 roku jest to decyzja).


W Kroku Pierwszym określam i precyzuję problem: jestem bezsilny wobec alkoholu, a moje życie nie poddaje się kierowaniu. Gdybym sobie z życiem i sobą świetnie radził, to nie musiałbym od nich uciekać do butelki, nieprawdaż? To oznacza, że widocznie jestem bezsilny nie tylko wobec alkoholu, a więc i sama abstynencja raczej nie załatwi sprawy.


W Kroku Drugim zawarte jest rozwiązanie: jeżeli ja jestem bezsilny (bezsilny = bez siły, nie mam siły, brak mi siły itp.), to najwidoczniej muszę tę Siłę znaleźć gdzieś poza sobą. Wyraźnie zresztą w Drugim Kroku napisano, że Siła ta ma być większa, niż moja własna.


W Kroku Trzecim podejmuję decyzję, postanawiam. Warto zwrócić uwagę, że w treści napisano postanowiliśmy (podjęliśmy decyzję), a nie powierzyliśmy. Decyzja nie jest jednoznaczna z realizacją. Ma nawet ograniczony… termin przydatności do spożycia. Jeżeli z mojej decyzji nie wynikło przez dłuższy czas nic, to była ona jedynie pustą deklaracją, bezwartościową obiecanką, jakich w pijanym widzie złożyłem wiele.


Okazało się w praktyce, że w przypadku alkoholika, który nie ma wieloletnich nawyków i przekonań terapeutyczno-mityngowo-abstynenckich, tyle w zupełności wystarczy. Jeśli jednak ktoś z czasem takich nabył, często niezbędne okazują się dodatkowe wyjaśnienia.


Krok Pierwszy. Miałem określone zasady, uznawałem określone normy, miałem pewne priorytety, wyznawałem jakieś wartości. Tylko siły duchowej, niezbędnej do kierowania się nimi w swoim życiu, nie miałem zupełnie. Problemem alkoholika nie jest alkohol, ale właśnie brak, niedobór tej siły ducha. I nie ma to nic wspólnego z religią czy wyznaniem. Drugim z kolei problemem jest szalejąca samowola.


Krok Drugi. Nie występuje w nim żadna Siła Większa, co jest już wiadome dzięki tłumaczeniu z 2018 roku. Power greater, a nie Power Greater. Chodzi tu o Siłę, która po prostu jest większa niż nasza własna, a nie o jakąś niepojętą, tajemniczą Siłę Większą. Analogicznie w zdaniu: Tomek większy od wszystkich swoich rówieśników w klasie nie występuje żaden Tomek Większy. Poza tym… Came to believe — to raczej „doszliśmy do wiary”, a nie „uwierzyliśmy”. Bardzo ważne, bo uwalnia od konieczności uwierzenia przed realizacją kolejnych Kroków.


Krok Trzeci. Latami opowiadałem anegdotę dotyczącą palenia papierosów i deklaracji coś z tym trzeba będzie zrobić, ale mój kolega miał lepszy (lepszy, bo prostszy) sposób na wyjaśnienie o co tu chodzi (dziękuję): Na brzegu stawu siedzą cztery żaby; dwie z nich postanowiły wskoczyć do wody; ile żab siedzi teraz na brzegu? Cóż… Prawidłowa odpowiedź brzmi — cztery. Fakt że dwie postanowiły, podjęły decyzję, nie oznacza jeszcze, że wskoczyły.

Czy rzeczywiście jestem gotów zacząć realizować swoje trzeciokrokowe postanowienia — teraz?! I znów nie chodzi tu o żadne spektakularne wystąpienia religijne, ale na przykład o realizację decyzji: jutro od siódmej rano zaczynam wypełniać tabele Kroku Czwartego.


Uwaga! Sponsor w AA nie jest Bogiem nowicjusza ani jego siłą większą, wyższą, czy jakąkolwiek. Osobiste doświadczenia sponsora, znajomość wspólnotowej literatury, a zwłaszcza jego umiejętność korzystania z kilkudziesięcioletnich doświadczeń i mądrości Anonimowych Alkoholików — które w przypadku nowego członka Wspólnoty niewątpliwie stanowią Siłę większą niż jego własna — są dla alkoholika szukającego pomocy szansą i nadzieją. Zadaniem sponsora, który przekazuje swojemu podopiecznemu duchowy Program AA, jest pomóc mu zrozumieć, pokazać na własnym przykładzie, podpowiedzieć, jak się to robi w codziennej praktyce. Z pomocą sponsora nowicjusz odnajduje tę Siłę, która jest większa niż jego własna, oraz uczy się czerpać z jej zasobów.

Programowe wątpliwości

Kolega z AA założył firmę, czyli po prostu zarejestrował działalność gospodarczą, a kiedy ją rozpoczął okazało się, że jeśli nie będzie oszukiwał urzędu skarbowego, klientów oraz kontrahentów, to nie zarobi tyle, ile sobie wymarzył, ile by chciał, potrzebował. Z drugiej strony Program AA, sponsor, Wielka Księga i to wszechobecne wezwanie do uczciwości. W każdym razie przyszedł zapytać, czy jako trzeźwiejący alkoholik na Programie może być nadal kanciarzem i oszustem. Ale to tylko w sprawach zawodowych — dodał szybko; przyznał też, że problem konsultował już z innym alkoholikiem, też prowadzącym firmę, który stwierdził krótko, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Na dokładkę uraczony zostałem opowieścią o trzecim znajomym, który lekceważy przepisy ruchu drogowego, arogancko i egoistycznie narażając życie i zdrowie innych ludzi, który jest podobno w AA dość popularnym sponsorem.

Próbowałem wybrnąć z sytuacji żartobliwym pytaniem, czy mój rozmówca chce zmienić swoje życie, czy może wolałby, żeby to jego koledzy mieli podobne rozterki jak on (jak w tym kawale o zawistnym chłopie, który — gdy zdechła mu krowa — nie prosił Boga o siłę do zarobienia na nową krowę, ale o to, by sąsiadowi też zdechła), ale kiedy nie dawał się zbyć i prosił o poważne potraktowanie sprawy, opowiedziałem mu pewną anegdotę:


William Penn, angielski kwakier, założyciel Pensylwanii, nazwanej tak od jego nazwiska, syn uszlachconego oficera marynarki, zwrócił się do duchowego przywódcy pierwszych kwakrów, George’a Foxa, z pytaniem, czy może nosić swój ceremonialny miecz, będący oznaką jego pozycji — szlachectwo Penna było stosunkowo świeże, więc szczególnie mu na tym zależało. Jednak kwakrzy są przeciwni walce i przemocy, i stąd jego wątpliwości. Zapytał więc Foxa: czy jako kwakier mogę nosić swój miecz? Usłyszał wtedy odpowiedź: noś go tak długo, jak będziesz mógł… Była to odpowiedź genialna! Fox dobrze wiedział, że nakazy i zakazy rodzą sprzeciw, opór, niezadowolenie, frustrację — a po co? Czy nie lepiej, by postępujący proces rozwoju duchowego rozwiązał problem w sposób naturalny i skuteczny, jednak bez wywierania presji, zmuszania, wymagań?


Anonimowi Alkoholicy nie żądają od nikogo, by rozstał się z alkoholem, nie wymagają od nikogo (nawet od członków Wspólnoty) zachowania abstynencji. Jeśli jednak nie możesz już dłużej pić, jeśli chcesz przestać, ale nie potrafisz, to mamy dla ciebie rozwiązanie.


W 1998 roku byłem gotów rozstać się z alkoholem. Jednak nie chciałem zgodzić się na niezbędne zmiany — postaw, zachowań, myślenia… Zapłaciłem za to powrotem do picia. Widocznie jeszcze mogłem sobie na to pozwolić, widocznie musiałem stracić coś jeszcze.

Kilka lat później zaczęło mi się wydawać, że skoro tyle już nie piję, to pewnie mogę sobie pozwolić na powrót do pewnych postaw z czasów picia, dokładnie do nieuczciwości. Nie złamałem abstynencji, ale zapłaciłem za to wysoką cenę — najwidoczniej jeszcze (a może znowu) mogłem, widocznie coś jeszcze musiałem stracić.


Anonimowi Alkoholicy w ogóle, a sponsor w szczególności, nie wymagają przestrzegania przepisów zawartych w kodeksach karnych, skarbowych, drogowych czy jakichkolwiek innych; nie taka jest ich rola i zadanie. Ale warto też pamiętać, że nikt nikogo w AA nie zmusza do podejmowania działań wymagających łamania prawa, chociaż — co chyba jest zrozumiałe — można się spotkać z delikatną sugestią poszanowania zasad.

Przebudzenie duchowe może być jednorazowym, spektakularnym przeżyciem, które w jednej chwili zmienia w życiu alkoholika… właściwie wszystko, ale częściej jest to jednak proces rozłożony w czasie. Trzeźwienie to nieustanne poznawanie siebie plus zmiana, jeśli jednak zmiany przestały zachodzić albo tak naprawdę nigdy ich nie było, to…

Dawno już przestałem porównywać swoje dzisiaj z okresem najbardziej destrukcyjnego picia — uważam, że jest to oszukiwanie samego siebie, bo w ten sposób zawsze przecież okazuje się, że dokonałem jakiejś znaczącej, pozytywnej zmiany. Ale faktem jest też, że w pierwszych dwóch-trzech latach abstynencji prezentowałem wyraźnie niższe standardy moralne niż obecnie. I dziesięć lat temu pewnie też. Po prostu, w miarę upływu czasu, coraz mniej wad charakteru mogę bezkarnie używać. Uważam, że to normalny proces.

Pamiętam stwierdzenie: Stosowanie półśrodków nic nam nie dało. Znaleźliśmy się w punkcie zwrotnym. W moim życiu wiele było rozmaitych punktów zwrotnych; na rozstajnych drogach często potrzebowałem trochę czasu na podjęcie decyzji, dokonanie wyboru. Nie wszystkie one były dobre, ale wiem już też, że… jeśli idziesz złą drogą, to pamiętaj, że Pan Bóg pozwala zawracać. Tylko jakoś nigdy dotąd, zapewne na szczęście, nie wpadło mi do głowy, żeby gdzieś w połowie drogi, na kolejnym skrzyżowaniu dróg, próbować urządzić się i zamieszkać na stałe.

Kto będzie dziś na mityngu?

W roku 1946, w biuletynie „Grapevine”, po raz pierwszy opublikowano Dwanaście Tradycji AA, które Bill W. nazwał początkowo Dwunastoma punktami zapewniającymi nam bezpieczną przyszłość (nazwa 12 Tradycji AA pojawiła się znacznie później). Początkowo istniała tylko jedna ich wersja, zwaną dzisiaj pełną albo dłuższą.

Bill miał ogromne problemy z przekonaniem Wspólnoty do tych swoich Tradycji, nawet mówiono mu wręcz, że grupy nadal chętnie będą go zapraszały i słuchały opowieści o jego piciu, o spektakularnym przebudzeniu, o Krokach, jednak pod warunkiem, że temat Dwunastu Tradycji sobie odpuści.

Ostatecznie Tradycje zostały przyjęte przez Pierwszą Międzynarodową Konwencję AA w Cleveland, pięć lat później, to jest w 1950 roku, i dopiero po tym, jak Bill zastąpił wersję pełną, długą — jej krótszą, uproszczoną odmianą, znaną zresztą i powszechnie używaną w AA do dziś. W sensie strategicznym było to zapewne genialnym posunięciem, ale…

Przy okazji tego skracania i upraszczania, pewnej modyfikacji uległo znaczenie Trzeciej Tradycji i kto wie, czy konsekwencje tej zmiany nie są odczuwalne bardziej na początku XXI wieku w Polsce, niż w połowie XX wieku w Ameryce. O ile w dłuższej wersji Trzeciej Tradycji AA mowa jest wyraźnie o wszystkich, którzy cierpią z powodu alkoholizmu, to jej wersja krótka obejmuje już każdego, kto ma tylko pragnienie zaprzestania picia.

Wielu ludzi pije (albo kiedyś piło) w sposób szkodliwy, ryzykowny, nawet destrukcyjny, i niektórzy z nich niewątpliwie mają/mieli pragnienie zaprzestania picia, ale czy samo to czyni ich automatycznie alkoholikami? Oj! Chyba takie proste to jednak nie jest.


Fakty:

a) metody diagnozowania alkoholizmu w poradniach odwykowych zmieniają się i 10, 15, 20 lat temu na pewno łatwiej było zostać tam uznanym za alkoholika, niż obecnie,

b) w Polsce zdecydowana większość uczestników mityngów trafia do AA w trakcie albo po terapii odwykowej, gdzie zostali zdiagnozowani.


Pytania:

Czy na zamkniętym mityngu AA wszyscy są prawdziwymi alkoholikami? Przyznam od razu, że ja wcale nie jestem tego taki całkiem pewien albo inaczej — jestem pewien, że nie wszyscy. Duchowy Program AA zaczyna się wtedy, kiedy jeden alkoholik mówi do drugiego, co sam zrobił, żeby przestać pić i zmienić swoje życie. Jeśli jednak ten, który mówi, sugeruje albo słuchający, może nawet obaj, alkoholikami nie są, czy nadal można mówić o AA-owskiej wspólnocie ducha?

Tradycje AA — teoria, czy praktyka?

(Mityng spikerski, podczas którego Meszuge mówił między innymi o Tradycjach AA, odbył się 09.11.2011 na Angel w Londynie, 2 Devonia Road ).


Uważam, że spikerskie mityngi AA stanowią ogromną siłę i wspaniałe rozwiązanie. Jeśli słuchało się dziesięciu spikerów, to pozornie może się wydawać, że mówią oni to samo albo coś bardzo podobnego, natomiast to niezupełnie tak jest. Z mojego doświadczenia wynika, że to co zostało powiedziane, ja nie zawsze usłyszałem; często trzeba było kilka razy mówić jedno i to samo, żebym w ogóle usłyszał. Ale jeżeli już usłyszałem, to wcale jeszcze nie znaczy, że zrozumiałem. Jeżeli w końcu zrozumiałem, to wcale jeszcze nie znaczy, że zastosowałem. A jeżeli nawet raz czy drugi zastosowałem, to wcale jeszcze nie znaczy, że stało się to moją codzienną praktyką i stałym elementem życia.

Był taki okres w moim mieście, kiedy nawet dość często któraś grupa organizowała mityng spikerski, ale później jakoś tę dobrą praktykę zagubiliśmy i widzę, że czas wracać na szlak. Ale… mówić miałem o Tradycjach.


Kiedy szykowałem się do pracy ze sponsorem na Tradycjach, dostałem dwa zadania, pytania wprowadzające, wstępne. Po pierwsze sponsor zapytał mnie, kiedy na poważnie zaczyna się Wspólnota AA? Ale właśnie — na poważnie. Ja oczywiście najpierw pomyślałem, że w dniu, w którym po raz pierwszy trafiłem na mityng AA, ale najwyraźniej nie o to mu chodziło, więc zasugerował, żebym jeszcze przemyślał temat. Wymyślałem wtedy różne rzeczy, łącznie z tą, że Wspólnota AA zaczęła się dla mnie wraz z pierwszym kieliszkiem, bo przecież wszystko później było konsekwencją… Wreszcie, po długich i ciężkich cierpieniach doszedłem do tego, że są dwa elementy świadczące o tym, że Wspólnotę AA traktuję poważnie. Pierwszy element, to sponsor z prawdziwego zdarzenia, czyli ktoś, z kim robię Program. Zwracam na to szczególnie uwagę, bo z moim pierwszym sponsorem nie pracowałem na Programie; ja go tylko miałem i niewiele z tego wynikało. Element drugi to ten moment, w którym zaczynam poważnie traktować Tradycje AA, w którym Tradycje AA stają się ważne w moim życiu i to nie tylko tym… mityngowym i AA-owskim.

Było to dla mnie sporym szokiem, bo całymi latami wydawało mi się, że Tradycje AA dotyczą jakichś tam Regionów, może jakiejś centrali w Warszawie, a ja jestem zwykły alkoholik i jako taki mam Kroki, a Tradycje są dla jakichś organizatorów, działaczy, że mnie to nie dotyczy. Ogromnym zaskoczeniem było zrozumienie, że te Tradycje nie dość, że stanowią fundament prawidłowego funkcjonowania każdej grupy AA, to jeszcze są wskazówką na moje życie, życie poza Wspólnotą.


Trzy legaty: Dziedzictwo Zdrowienia, Dziedzictwo Jedności, Dziedzictwo Służby. Dopóki nie piję, wszystko jest możliwe — to jest 12 Kroków. Nie piję, porządkuję swoje życie, układam relacje z bliskimi. Ale jeśli nie chcę być sam, to powinienem podjąć się jakiejś działalności, pracować dla wspólnego dobra, podjąć się służb we Wspólnocie AA, ale to wypadałoby robić zgodnie z zasadami, a więc być w zgodzie z Tradycjami. Jednak, żeby pełnić służbę, to dobrze byłoby też wiedzieć, jak to robić, żeby nie narobić szkód, trzeba też znać nasze wspólne dobro i wspólny cel i to jest 12 Koncepcji.


Na początku, kiedy przyszedłem do Wspólnoty, nie byłem zainteresowany niczym, poza tym, żeby mnie nauczyli życia obok alkoholu bez alkoholu. Ja nie jestem z tego pokolenia, które jeszcze miało nadzieję, że tutaj dostaną jakąś tabletkę i będą mogli spokojnie pić po staremu, jak kiedyś, to jest bez komplikacji. Ja już chciałem niepić, ale nie wiedziałem, jak to zrobić. I po to poszedłem do AA, a wcześniej jeszcze na terapię. Żeby się nauczyć, dowiedzieć, jak mam żyć bezpiecznie obok alkoholu bez alkoholu. To się udało. Nawet stosunkowo szybko. I wtedy rozsiadłem się z wyrazem błogiego samozadowolenia na pysku i bawiłem się w widza, w obserwatora, który z trybun obserwuje mecz.

Rola widza ma parę bardzo fajnych elementów: można sobie oceniać, można krytykować i to są przyjemne momenty, trochę dają samozadowolenia, trochę ulgi… są takie ludzkie i zwyczajne. Jest jednak w roli widza jeden element bardzo niebezpieczny — obserwując mecz z trybun mogę zacząć sobie wyobrażać, że wiem jak się gra. Tak nie jest! Nie wiem!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 49.82