E-book
20.48
drukowana A5
39.77
Tango z koniem

Bezpłatny fragment - Tango z koniem


5
Objętość:
226 str.
ISBN:
978-83-8189-041-0
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 39.77

Od Autora


Dla mojego męża Piotra

córek: Asi, Gosi, Natalii

wnuczki Wiktorii

Nie mógł uwierzyć w to co, się wydarzyło. Był tak zaskoczony, że długo jeszcze spoglądał za oddalającą się sylwetką. Nawet gdy widział już tylko drzewa, nie mógł oderwać wzroku od miejsca, gdzie zniknęła. Jak to możliwe, pytał sam siebie. Nie wiedział, czy to liście, czy raczej jego myśli tworzą w głowie dziwny szum. Powiedziała, że poznała innego, a on jest jeszcze młody i na pewno da sobie radę. W myślach powtarzał ostatnie słowa, które wypowiedziała, zanim odeszła: „To tylko pies”… Z gwałtownej tęsknoty, która go nagle ogarnęła, przeciągle zawył.


Pamiętasz? Widziałeś go w lesie, powiedziałeś wtedy, że to dziki pies. Ale prawdziwe dzikie psy nazywają się dingo i mieszkają w Australii. Bądźmy więc precyzyjni. Pies w lesie to porzucony pies. PP albo Pan Pies. Nie chce mieszkać w lesie, podobnie jak Ty nie chcesz mieszkać w dżungli i być wychowywanym przez małpy, choć może z zazdrością oglądałeś wyczyny Tarzana…

Pan Pies w lesie nie ma co jeść, wiewiórki są zbyt zwinne, aby je złapać. Poza tym Pan Pies nie potrafi się wspinać po drzewach. Zające zbyt szybkie, a jeże kłują w łapy. Czasami udaje się złapać kurę z sąsiedztwa. Tylko że wtedy ludzie robią obławy. Nie tylko Pan Pies staje się ich celem… Na przykład lisy w panice przenoszą w pyskach lisiątka w bezpieczne miejsca, chowając się przed ludźmi i ich dymiącymi kijami.

Panem Psem, jeśli uda się go uratować, zajmuje się fundacja. I w sumie wszystko byłoby pięknie, gdyby wszystko było jak w bajce i każda fundacja znała czarodziejskie zaklęcia. Wtedy w cudowny sposób powiększałyby się pomieszczenia, a na koncie wyskakiwałoby kilka dodatkowych zer za jakąś odpowiednio wysoką cyfrą…

W życiu stan konta fundacji spada jednak poniżej zera absolutnego. Bynajmniej nie jest to wykład z fizyki, tylko goła rzeczywistość — tak goła, że aż oczy bolą od patrzenia.

Obok Pana Psa spotkać można jeszcze Kokieteryjną Kicię. KK, jak Koci Katar. Podrzuca dzieci sąsiadowi w stodole, ale lekarza boli serce, gdy ma uśpić kocięta. Fundacja zabiera ślepy miot.

A mnie boli serce, gdy patrzę w oczy głodnych zwierząt, gdy oglądam zdjęcia, na których z miską w pysku proszą o pięć złotych na karmę.

Dlatego napiszę ci o czymś, o czym może już słyszałeś, ale nie jesteś pewny, jak to działa…


Szanowny Czytelniku,


Na pewno zastanawiasz się, dlaczego piszę o psach w lesie i kotach na ogródkach działkowych. Mogłabym równie dobrze napisać o świnkach morskich w kartonowych pudełkach podrzucanych sąsiadom pod drzwi.

Czy wiesz, czym jest bezpieczne lądowanie? Bo wirtualne adopcje zapewne już znasz… Wyobraź sobie bezdomnego psa, który jest przerażony i nie wie, co go spotka.

Wirtualne adopcje — jak spadochron — pozwalają bezpiecznie wylądować w nowym domu.

Dzięki nim fundacja, która przejmuje opiekę nad zwierzęciem, ma zapewnione co miesiąc środki na karmę, żwirek, kastracje, leczenie czy hotelik, jeśli wystraszone nową sytuacją zwierzę wymaga pobytu w szczególnych warunkach.

Wirtualne adopcje pomagają bezpiecznie poczekać na nowe domy.


Jeżeli sięgnąłeś po Tango z koniem zakładam, że jesteś miłośnikiem zwierząt, jak ja. Napisałam powieść, aby pieniądze uzyskane ze sprzedaży przeznaczyć na potrzeby bezdomnych zwierząt objętych opieką przez fundacje przede wszystkim w małych miejscowościach: Grey Animals w Byczynie, Przygarnij nas w Sokółce, Spalskie Bezdomniaki w Spale.


Więcej na ten temat dowiesz się na stronie www.tangozkoniem.pl.


Życzę przyjemnej lektury!

Katarzyna Godefroy, 2019

Prolog

St. Nom La Bretèche, Francja, kwiecień 2017


Carla przyglądała się scenie z niesmakiem. Poturbowana Polka leżała na podłodze, otoczona wianuszkiem pozostałych jeźdźców. Życie to nie pudełko czekoladek, to ring. Najsłabsi przegrywają. Jeszcze raz popatrzyła na dziewczynę. Nokaut, pomyślała i wzruszyła ramionami. Nic tu po niej, niech czekają na pogotowie, a ona pójdzie na górę.

W klubie usiadła na jednym z foteli, żeby zastanowić się, co dalej. Najpierw myślała, że dojdą do porozumienia, ale Zuzanna, idealistka, wierząca, że ważne są przyjaźń i dobro, niosła ze sobą niebezpieczeństwo. Liczy się kasa — nie smarujesz, zostajesz z niczym.

Straciła ochotę na jazdę, zresztą nie miała z kim, wszyscy członkowie klubu „Pod złotą podkową” stali pochyleni nad nieprzytomną Zuzanną. Skoki w terenie muszą poczekać.

Miała nadzieję, że Jean-Lou przyjdzie do niej na górę. Wcielenie Clinta Eastwooda w młodszej wersji. Był dla niej wcieleniem spokoju i bezpieczeństwa, a seks stanowił miłą rozrywkę w twardej egzystencji. Nie wiedziała, czy oprócz pożądania żywi do niego coś jeszcze, a może nie chciała się przyznać do swoich uczuć. Zamiast Jean-Lou do club house wszedł Michael. Wysoki, patykowaty, o długich kończynach przypominał jej czerwonego pająka. Uśmiechnęła się pod nosem, ale pająk inaczej ją zrozumiał.

— Może napijemy się kawy? — zaproponował, wpatrując się w nią z fascynacją.

Jęknęła w duchu, kawa z Michaelem to ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę. Ten zawsze skory do śmiechu Irlandczyk denerwował ją. Jedyne, na co było go stać, to głupkowate żarty. Czasami wybierała się z nim na jazdę po lesie, ponieważ świetnie znał ścieżki i rozmieszczenie przeszkód w terenie. Jako jeździec radził sobie bardzo dobrze, ale nic poza jeździectwem nie mogło ich łączyć.

— Sam się napij, mam coś do załatwienia — odburknęła, wstała i skierowała się ku drzwiom, zostawiając zaskoczonego Michaela samemu sobie.

Lubiła mężczyzn silnych, władczych, potrafiących nawet siłą sięgnąć po to, czego pragnęli. Pomyślała o ojcu, który fascynował i przerażał ją jednocześnie. Chciała zerwać tę zatruwającą jej egzystencję więź. Wyszła na dwór i zamykając oczy, wystawiła twarz do deszczu, wsłuchując się w krople stukające o dach. Ojciec miał długie ręce i teraz też zdołał ją dopaść. „Po raz ostatni”, postanowiła, otwierając oczy. Pewnym krokiem doszła do forda Ka. Mogła pozwolić sobie na czerwone ferrari, ale nie chciała przyciągać uwagi — im mniej osób o niej wie, tym lepiej.

Pojechała w kierunku Rambouillet, przy Rocheford skręciła do lasu, z asfaltowej jezdni zjechała na ubitą drogę. Jej samochód nie był przystosowany do pokonywania przeszkód terenowych. Skacząc na wybojach, pomyślała, że to nie potrwa długo, załatwi sprawę do końca i wyjedzie stąd.

Automatycznym pilotem otworzyła bramę, która z chrzęstem przesunęła się po metalowych szynach. Wjechała na podjazd.

Dom z szarego kamienia harmonijnie wkomponowany w otaczającą zieleń — krzaki azalii wypuszczały pączki gotowe na przywitanie wiosny — wyglądał jak forteca. Okna zasłonięte żaluzjami chroniły grube kraty, wejścia broniły masywne, drewniane drzwi. Weszła do przedpokoju, klucze położyła na szafce, po zaciągnięciu zasuwki włączyła alarm. Nie chciała niczego zostawiać przypadkowi, uważając, że licho nie śpi.

Mieszkanie urządzone funkcjonalnie i praktycznie, bez zbędnych mebli czy bibelotów. Jak wszystkie mieszkania do wynajęcia pozbawione było duszy. Nic, co nadawałoby charakter temu miejscu. Carli to odpowiadało, od chwili wyjazdu z Włoch zmieniała miejsca pobytu wielokrotnie, nie chciała się do niczego przyzwyczajać.

W salonie włożyła płytę do odtwarzacza i po chwili pokój wypełniły dźwięki jej ulubionego tanga. Zrzuciła z nóg buty i tanecznym krokiem przeszła do łazienki.

Myjące ręce, spojrzała w lustro. Twarz też nie należała do niej. Zmieniona broda, policzki, kształt i kolor oczu, pełniejsze usta i większe piersi. Uśmiechnęła się do siebie, pieniądze ojca na coś się przydały. Zastanawiała się, czy ojciec wie, jak teraz wygląda, nie powinien, chyba że puścił za nią „psy”. Poczuła rozchodzące się po ciele gorąco.

Weszła do kuchni. Z kartonowego pudełka wyciągnęła kawałek pizzy do podgrzania w mikrofalówce, a z lodówki butelkę schłodzonego piwa. Oparła butelkę o policzek. Dotyk zimnego szkła sprawił jej przyjemność, przez kilka sekund delektowała się wrażeniami zmysłowymi.

Nagle znieruchomiała, z zewnątrz doszły do niej szelesty i drapanie. Wyuczonym ruchem wyciągnęła zza paska spodni podłużny przedmiot, kciukiem wymacała niewielkie zgrubienie, nacisnęła. Z rękojeści wyskoczyło ostrze.

Wejście kuchenne można było otworzyć tylko od środka. Muzyka zagłuszała jej kroki, gdy skradała się do drzwi. Otworzyła je mocnym szarpnięciem. W kącie przy murze siedział wystraszony kot.

Rozdział 1

„Wszystko już było, nikt nie wymyśli nic nowego.” Przerwałam pisanie i zatrzymałam się przy znaku kropki. Jeżeli w ten sposób będzie brzmiał cały artykuł, to popełnię zawodowe samobójstwo. Już mogę położyć się w trumnie i przysypać wieko płatkami róż. Prezes Wydajny wykopie mnie za drzwi, nie zważając na własne zapewnienia, że jesteśmy jedną wielką rodziną. Moja praca polega na wmawianiu ludziom, że jeszcze wszystko przed nimi, kilometry nieodkrytych kontynentów, lata świetlne przestrzeni kosmicznych, tylko sięgnąć ręką.

Przygotowywałam pismo zachęcające pisarzy do kontaktu z naszym wydawnictwem. Chciałam przedstawić korzyści płynące ze współpracy z firmą istniejącą od lat na rynku i mogącą pochwalić się wypuszczeniem tytułów takich jak Lśnienie ostrza, Trup w szafie czy Zabił ją i uciekł znanej autorki kryminałów Agaty Chrząszcz.

„Współpracujemy ze znanymi i wybitnymi autorami!”

Eeee, nie… skrzywiłam się i zaczęłam obgryzać długopis z różowym puszkiem. Różowy to mój ulubiony kolor, ale do pracy ubieram się na czarno. Mała czarna ze sznurem pereł do pasa. Włosy ścięte na chłopczycę z lat dwudziestych, oczywiście czarne jak smoła, i kapelusz z piórem pawia. Nie, pióro sobie odpuszczę.

Do tego czółenka z klamerkami, na niewielkim obcasie. To się nazywa podążać z duchem czasu. Nie to co Jolanta Zacięty, z obcasami na dziesięć centymetrów. Zastanawiam się, kiedy zrobi dziury w podłodze tymi swoimi szpilkami. Popatrzyłam na smog za oknem.

Wszystko już było… Mały krok dla człowieka, wielki krok dla ludzkości — Neil Armstrong w stanie hipnozy wylądował na księżycu, a pobyt na srebrnym globie tylko mu się przyśnił.

Sny o potędze.

Ale oni w żadnym wypadku nie mogą się o tym dowiedzieć! Niech myślą, że wszystko przed nimi. Miliony lat malowania na skałach i wykuwania słów w kamieniu. Niech sobie stawiają pierwsze kroki, jak Armstrong, na nowoodkrytych księżycach, i wbijają flagę: tutaj byłem. Albo byłam.

Złuda, senna mara.

Jest tylko tu i teraz.

Drapałam się po nosie, gdy weszła sekretarka, pani Gienia. Zastanawiam się, jak na nią wołali, gdy była młodsza. Zarówno ona, jak i jej trzy siostry mają imiona pasujące tylko do starszych pań: Alfonsa, Zenobia, Gryzelda, brrrr.

Siwe włosy zaczesane w perfekcyjny kok, ubrana w białą bluzkę z żabotem i granatową garsonkę, wcielenie sekretarki idealnej. Efekt psuły wełniane kapcie. Widocznie w pracy czuła się jak w domu.

— Prezes panią prosi.

Wpatrywałam się w swój długopis.

— Prezes panią prosi! — powtórzyła, gdy nie zareagowałam.

— Nie wie pani, w jakiej sprawie? — zapytałam podchwytliwie.

— Nie wiem. — Sekretarka była nieugięta.

— Pani Gieniu, pani wszystko wie — starałam się podlizać.

— Nie wiem, jestem sekretarką, a nie informacją kolejową.

Akurat o pociąg się nie pytałam, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego głośno.

— Nie wiem, czego się spodziewać — mruknęłam pod nosem.

— Tego, co zawsze. — Pani Gienia wzruszyła ramionami.

Szurając butami o wyczyszczone cytrynowym Panem Properem kafelki, opuściłam moją mlecznobiałą przestrzeń. Nasze biura nie miały drzwi. Prezes nie uznawał podziałów i promował swobodny przepływ myśli.

Jedna wielka rodzina — ulubiony slogan szefa.

Weszłam do osobistej przestrzeni prezesa.

— Pani Kingo! — zawołał radośnie na mój widok.

Nie spodobało mi się to, czułam podstęp.

— Tak, panie prezesie, o czym chciał pan ze mną rozmawiać?

— Pani Kingo, pani taka oficjalna, a my tu przecież jak jedna wielka rodzina. Proszę mi mówić po imieniu.

— Eee, panie Tadeuszu… — zaczęłam.

— Na czym stoimy? — Pan Tadeusz wszedł mi w słowo, patrząc wzorkiem plującej kobry. Wiedziałam, że coś ukrywa pod warstwą słodkich, figowych słówek.

Kleopatra kazała sobie wnieść kobrę ukrytą w koszu z figami.

— Na podłodze? — spytałam nieśmiało.

— Proszę mnie nie rozpraszać! — Ton głosu prezesa podniósł się o oktawę. — Gdzie są autorzy? Gdzie są książki?

O tempora! O mores!, przeleciało mi przez myśl.

— Jeżeli w grudniu nie wydamy bestsellera, możemy włożyć klucz pod słomiankę. Najlepiej, gdyby to było 50 twarzy Greya — rozmarzył się.

Skrzywiłam się nieznacznie, co nie umknęło orlim oczom szefa.

— Proszę się tu nie krzywic! Ma pani coś lepszego do zaproponowania?

— Tango z koniem? — głos mi zadrżał, odchrząknęłam.

— Jak ona się nazywa? Ta autorka — niecierpliwił się pan Tadeusz.

— Zuzanna Kosińska.

— I gdzie jest? Z pisaniem, znaczy się.

W lesie. Pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. Szef z groźnie zmarszczonymi brwiami przypominał puchacza wpatrującego się w ofiarę. Nie chciałam zdenerwować go bardziej, mówiąc prawdę, że nasza autorka jest obecnie w depresji i kontakt z nią jest utrudniony. Krucha psychika rozsypała się pod wpływem bolesnych okoliczności: choroba ukochanej cioci, utrata konia. Wydarzenia te tak bardzo wstrząsnęły Zuzanną, że odizolowała się od świata i nie przyjmuje wizyt. Nie jest w stanie skoncentrować się na pisaniu autobiograficznej powieści, w której porusza trudne problemy. Obecnie jest pod wpływem leków antydepresyjnych i pod kontrolą lekarza. Wszystkie spotkania z osobami mogącymi wytrącić ją z równowagi są skazane na niepowodzenie. Czyli ze mną między innymi. Rozmowy o książce powodują ogromne emocje, a rozpamiętywanie ciężkich przeżyć doprowadza Zuzannę do utraty zainteresowania czymkolwiek i wywołuje uczucie smutku, którego trudno się pozbyć. Na koniec ogarnia ją tak wielkie zmęczenie, że jedynie śpi.

Nie mogę tego wytłumaczyć szefowi, ponieważ jego nadzieje wiążą się z nową powieścią — chciałby zainwestować w bestseller, zarobić na sprzedaży i zyskać sławę. No cóż, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Westchnęłam.

— I co pani tak wzdycha? Musimy mieć coś na już, inaczej rozdziobią nas kruki, wrony — powiedział melancholijnie. Podszedł do metalowej szafki oznaczonej literami alfabetu, wyciągnął szufladę z K, szybko przejrzał zawartość i wyciągnął cienką teczkę zamykaną gumką: Zuzanna Kosińska. Zajrzał do środka.

— Tu nic nie ma!

Wzburzony zamachał teczką przed moim nosem.

— Ale będzie — zapewniłam skwapliwie, kiwając głową jak plastikowy piesek za tylną szybą samochodu.

— Co ma pani zamiar z tym zrobić? — zamruczał groźnie.

Nadzieja umiera ostatnia, myślałam, patrząc pustym wzrokiem na zieloną teczkę.

— Pojdę do autorki z wizytą. To niedaleko, na Czystej. Zabiorę maszynopis i przejrzymy go z panią Basią.

— Pani to tylko by gdzieś chodziła. — Pomruki szefa stały się cichsze, jak oddalająca się burza. — Pani Gieniu! — zawołał do otworu w ścianie. — Ma pani ziółka? Wątroba mi dokucza. — Spojrzał na mnie oskarżycielsko. — Widzi pani, ile zdrowia kosztuje mnie rozmowa z panią.

— Na już możemy wznowić serię Nocnego.

— Nocny? Nie znam.

— Nocny Marek, pisze pod pseudonimami, bo uważa, że dzięki temu lepiej się sprzedaje. Wydał u nas cykl powieści pod wspólnym tytułem Krwiopijcy, o wampirach pracujących w banku. Dosyć zabawny zresztą.

— Mordowanie ludzi uważa pani za zabawne? — Łypnął na mnie okiem.

— Fakt, że od czasu, gdy pracuję w wydawnictwie, zmieniłam spojrzenie na wiele spraw…

— Od jak dawna jest pani u mnie zatrudniona? — spytał, zasiadając w fotelu.

— Od dwóch lat.

— Proszę usiąść. — Machnął ręką w nieokreślonym kierunku. Pod oknem królowało biurko z obrotowym fotelem, na którym spoczywała dostojna postać prezesa. Po przeciwnej stronie dziwacznie powyginane krzesła przywodziły na myśl narzędzia tortur. W kącie ustawiono dwa klubowe fotele i szklany stolik do kawy. Resztę miejsca zajmowały szafki na dokumenty. Usiadłam na skraju krzesła, obawiając się, że z oparć wysuną się obręcze, unieruchamiając mnie na amen.

— Tylko zmieniłabym okładkę. Ostatnia była w ponurych barwach: szare tło, czarna trumna z wystającą białą ręką. Dałabym coś jaśniejszego — wyjaśniałam, patrząc w skupieniu ponad łysą głową prezesa. — Cmentarz na przykład.

— Cmentarz jest jaśniejszy? — zdziwił się pan Tadeusz. — A poza tym mówiła pani, że akcja toczy się w banku. Wampiry wybudowały bank na cmentarzu.

Rechot zadowolonego z żartu prezesa słyszeli wszyscy pracownicy, otwarta przestrzeń miała ułatwiać krążenie niczym nieograniczonej weny, brak barier zapewniał swobodny przepływ informacji. Dzięki temu każdy wszystko wiedział na każdy temat.

— A to się pośmiałem — skomentował kwaśno prezes, wycierając oczy chusteczką w kratę.

— Paryż został zbudowany na cmentarzu, wiedział pan?

— Zaraz zacznie pani opowiadać horrory i całkiem stracę apetyt. Do rzeczy, pani Kingo, co ma pani dla mnie spod lady? Koniecznie musimy wypuścić hit na rynek, bo w mediach wieje chłodem na nasz temat. Długo nie pociągniemy.

— Mam pierwszy rozdział — zawołałam radośnie.

Prezes spoglądał na mnie załzawionymi oczami buldoga.

— Pani Gieniu — jęknął. — Ma pani ziółka na wątrobę?

Sekretarka pojawiła się niemal natychmiast.

— Mam tylko miętę, ale pójdę do apteki, to blisko.

— To ja skoczę — zaproponowałam żwawo. — Pani Gienia w kapciach nie pójdzie.

Nie czekając na odpowiedź, pobiegłam do mojej części biura po torebkę, a następnie do windy. Na szczęście nie czekałam długo, szef mógłby się rozmyślić i wezwać na dywanik. Dziwne określenie, w biurach rzadko widywałam dywany. Stukając obcasami w grysową posadzkę, doszłam do wyjścia. Obrotowe drzwi wypluły mnie na zewnątrz. Powietrze wibrowało w nagrzanych słońcem ulicach, mijali mnie ludzie w słonecznych okularach podobni do ogromnych much. Podążyłam za nimi jak owca za stadem, przyglądając się mijanym wystawom. Przy Zarze zatrzymałam się na chwilę, podziwiając nową kolekcję. Pomyślałam, że przydałby mi się czarny płaszcz na zimę. Co prawda sierpień przyniósł nieco słońca, ale chłodne dni mogły nadejść lada chwila. Przeglądając się własnemu odbiciu w szybie, założyłam włosy za ucho, pozwalając promieniom puszczać zajączki z diamentowych kolczyków. Wspomnienie babci spadło na mnie z ogromną siłą.

„Wysoka, bardzo szczupła, brunetka, biała i różowa, miała małą głowę, oczy podłużne jak na emaliach japońskich, wiśniowe usta, śliczne ząbki — figurynka z saskiej porcelany.” Kobieta lubiąca mężczyzn i wystawny tryb życia, ale marząca o miłości. Miłości burzliwej, namiętnej takiej jak w Wichrowych wzgórzach albo Madison County

„Bo są godziny, w których ten rozpoczęty sen snuję do końca; bo są dni, w których jestem zmęczona życiem, jakie wiodę, i roję sobie inne.”

Żyła złudzeniami, mężczyźni kupowali jej ciało, jak kupuje się paczkę cygar, ale ona się nie skarżyła. Jako dziecko nie rozumiałam zawiłości jej egzystencji, nie widziałam nic nadzwyczajnego w fakcie, że w jej domu zawsze kręciły się panie. W każdy niedzielny poranek przychodziły do kuchni zaparzyć kawę, ubrane w lekkie peniuarki, z przyklejonymi do umalowanych na czerwono ust papierosami w długich lufkach. Nazywałam je ciociami. Podrosłam i zrozumiałam, jaki rodzaj praktyk prowadziła, a gdy zadawałam jej pytania o to, jak godziła rzeczywistość z marzeniami, uśmiechała się lekko i mówiła: Lepiej ci poczytam. Balzaka, Zolę, Dumasa czytała w oryginale, jej miękki głos unosił się i opadał w rytm słów łączących się w zdania i akapity. Muzyka opowieści i tajemniczy język często mnie usypiały, i tak spałam kołysana historiami o życiu w dziewiętnastowiecznej Francji. Opowieści wplatały się w marzenia senne i utrwalały w postaci wspomnień, sama nie wiedziałam, gdzie kończyła się fikcja, a zaczynała rzeczywistość.

Odkleiłam się od wystawy.

Koło Empiku obejrzałam nowe pozycje wydawnicze, przyjrzałam się krzykliwym okładkom, oceniłam zainteresowanie czytelników tematyką powieści, zanotowałam kilka złotych myśli w notesie i oddałam się rozmyślaniom o płaszczu. O eleganckiej czerni podkreślającej moją bladą cerę, którą złośliwi nazywają trupią. Każdy chciałby mieć porcelanową karnację, myślałam, wchodząc do apteki.

— Dzień dobry, czy dostanę coś na wątrobę?

Farmaceutka z zawodowym uśmiechem na nienagannie umalowanej twarzy spojrzała na mnie bez specjalnego zainteresowania. Przeglądała katalog z zagranicznymi wycieczkami. Z mojego miejsca zza okienka widziałam pióropusze palm na tle niebieskiego nieba i szmaragdową ton morza liżącego biały piasek…

— Owszem, mamy — powiedziała w zamyśleniu. — Dzisiaj jest specjalna promocja na produkty na porost włosów, do dwóch opakowań, trzecie gratis.

Kobieta ożywiła się, proponując mi zakup.

— Ale ja chciałam…

— Tylko dzisiaj — kusiła.

— To poproszę.

Przyglądałam się, jak z rozmarzonym uśmiechem wkłada trzy opakowania do papierowej torby. Możliwe, że pomogłam jej wyjechać do egzotycznych krajów.

Rozdział 2

Drzwi zamknęły się samoczynnie, gdy weszła z ulicy do przesiąkniętego zapachem moczu holu. Wejście od strony podwórka, stale otwarte, pozwalało okolicznym pijakom na załatwianie potrzeb fizjologicznych w zaciszu czterech ścian. Największą zaletą małego mieszkania wynajmowanego na drugim piętrze kamienicy był niski czynsz. Życie z jednej pensji nie pozwalało na wyrzucanie pieniędzy.

Zuzanna była zmarznięta po spacerze ulicami miasta i marzyła, aby jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu. Wchodząc po skrzypiących schodach, spoglądała przez zakurzone okna na podwórze, o tej porze roku opustoszałe i ciche. Późna jesień odstraszała mieszkańców zimnym deszczem i przymrozkami. Inaczej wyglądało to latem — przez szyby przenikał krzyk dzieci grających w gumę lub klasy. Kobiety przeganiały je z trzepaków, aby odświeżyć dywany, a gdy kończyły, dzieciaki, jak wróble, wracały do akrobatycznych wyczynów. Właśnie na tym podwórku Zuzanna i Karolina spędziły dzieciństwo.

Zamyślona, omal nie zderzyła się ze schodzącą kobietą.

— O, Zuzia, witaj.

Zuzanna nie lubiła tego zdrobnienia, kojarzyło się z piosenką Natalii Kukulskiej „Zuzia, lalka nieduża, a na dodatek cała ze szmatek”. Czy Zuzia może być atrakcyjna i seksowna?

Wolała Zuza, ale pani Nowakowa nazywała ją tak specjalnie, na złość.

— Dzień dobry, pani Nowakowa — odpowiedziała zaskoczona Zuzanna.

Szukała sposobu na uniknięcie rozmowy, jednak Nowakowa swoją potężną sylwetką w pachnącym naftaliną płaszczu z norek, zagrodziła przejście między ścianą a barierką. Nowakowa wzbudzała w niej lęk — tym bardziej teraz, gdy uśmiechała się do niej drapieżnie.

— Wracasz z miasta?

Zuzanna zastanowiła się, czy pod tym niewinnym pytaniem kryje się niebezpieczeństwo. Wymijająca odpowiedź nie wchodziła w grę. Pani Nowakowa, jeżeli nie dostała wyczerpujących informacji, rozsiewała wymyślone przez siebie plotki.

— Tak, poszłam do pośredniaka.

— Pracy szukasz. — To było raczej stwierdzenie niż pytanie. — Kobieta powinna mieć konkretny zawód. — Nowakowa nie dała Zuzannie dojść do głosu. — Krawcowa na przykład, to jest zawód dla kobiety. Ja moje córki do zawodówek posłałam i teraz mi za to dziękują. Pracę mają, mężów, dzieci. Na wakacje nad morze jeżdżą. A ty co? Ani pracy, ani męża, ani dzieci. To po co ci te studia były? A ten niby kolega to przychodzi do ciebie? Dawno go nie widziałam.

— Do Stanów wyjechał… — Zuzanna próbowała ukryć zmieszanie.

— Listonosz coś listów nie przynosi.

Sąsiadka złośliwie zmrużyła oczy.

— Pani Nowakowa, mam jeszcze coś do załatwienia. Do widzenia.

Zuzanna przecisnęła się między sąsiadką a barierką. Weszła na drugie piętro. Wkładając klucz do zamka, słyszała gderanie sąsiadki. Zamek zazgrzytał i drzwi stanęły otworem. Z ulgą weszła do mieszkania, gdzie panowało przyjemne ciepło, a w powietrzu unosił się zapach kawy. Wyglądało na to, że mieszkańcy byli w domu.

Zdjęła buty, a nogi wsunęła w ciepłe kapcie. Płaszcz powiesiła we wnękowej szafie w korytarzu. Niewielką przestrzeń zajmowała szafka na buty, na której stały podstawka od telefonu i czarna torebka mamy. Nad szafką wisiało lustro w ozdobnej, metalowej ramie, z dwóch stron oświetlone małymi lampkami, których żarówki przypominały płomień świecy. Z jednej strony korytarza znajdowało się wejście do kuchni a z drugiej drzwi prowadzące do jedynego pokoju, podzielonego przesuwaną ścianą na dwie części. Na końcu korytarza było pomieszczenie z kabiną prysznicową i toaletą. Weszła do łazienki umyć ręce i przyjrzała się sobie w lustrze. Ciemne włosy okalały pociągłą twarz z dużymi, prawie czarnymi oczami. Za ładnie wyciętymi ustami ukrywały się równe i białe zęby. Należała do tej grupy kobiet, które nigdy nie znajdą się na okładkach magazynów, ale promienieją wewnętrznym pięknem. Jedynie ona sama nie była tego świadoma. Wychodząc z łazienki, zawołała:

— Hej, to ja. Nie uwierzycie, kogo spotkałam na schodach, panią Nowakową.

Z kuchni wyszła Karolina z parującym kubkiem w ręku. Wyższa i szczuplejsza od siostry, włosy związywała w koński ogon, z którego wymykały się niesforne kosmyki. Miały taki sam kolor włosów i oczu, poza tym różniły się pod każdym względem. Karola, żywa i pełna energii, nie potrafiła ustać w miejscu, jedynie gdy malowała, poświęcała się całkowicie pracy. O cztery lata młodsza, studiowała na Akademii Sztuk Pięknych.

— Hej, nie zazdroszczę. Następnym razem, gdy ją spotkasz, krzycz, że się pali, może ktoś wyjdzie ci na ratunek. Chcesz kawy?

— Zawsze. Dlaczego na zewnątrz jest tak zimno? — zapytała, naciągając rękawy na zmarznięte dłonie.

— Tobie zawsze jest zimno — oświadczyła Karolina, wchodząc do kuchni. Przeszła przez pomieszczenie i stanęła między blatem a oknem. Biała firanka zawieszona w połowie chroniła przed wścibskimi spojrzeniami, ale pozwalała na spoglądanie w niebo, po którym wiatr przeganiał chmury. Karolina postawiła kubek miedzy niebieskimi doniczkami z fiołkami alpejskimi.

— Też prawda. Nie mogłabym mieszkać na Alasce.

Zuzanna weszła do kuchni za siostrą.

— Na Alasce może nie, ale we Francji, na przykład?

Karolina uśmiechnęła się tajemniczo.

— Dlaczego we Francji?

— Zapomniałam ci powiedzieć, przyszedł list od Józefiny. Leży w przedpokoju — wtrąciła mama.

Rozdział 3

Wracając do wydawnictwa postanowiłam złożyć wizytę Zuzannie Kosińskiej. Z nadzieją, że zastanę ją w domu, nacisnęłam przycisk dzwonka. W domofonie rozległy się trzaski i kobiecy głos zapytał:

— Tak?

— Ja do pani Zuzanny Kosińskiej.

Usłyszałam brzęczenie i zamek odskoczył. Weszłam do bramy i ogarnęło mnie uczucie, że już tu kiedyś byłam.

Stanęłam przed drzwiami mieszkania oznaczonego cyfrą siedem i zapukałam. Zazgrzytał zamek. Karolina, siostra Zuzanny, spoglądała na mnie z ciekawością, jej koński ogon bujał koło twarzy. W powietrzu unosił się zapach kawy.

— Pani Alias?

No tak, tego nazwiska nie można zapomnieć; widziała mnie raz, gdy przyszła z Zuzanną do wydawnictwa. Jeszcze w czasie kiedy pracowałyśmy nad pierwszą powieścią Zuzanny — Wojenny quickstep.

— Chciałabym zobaczyć się z pani siostrą.

— Ale…

Przysunęłam się bliżej i ściszyłam glos.

— Nowakowa może nas usłyszeć.

Odsunęła się, aby zrobić przejście, a ja natychmiast poczułam się, jakbym znała to miejsce od dawna. Szafka, lustro, nawet lampki były dokładnie takie jak opisywała Zuzanna.

Czułam się jak bohaterka powieści Pani Bovary Flauberta. Żyję z książek, a one odegrały wielką rolę w życiu Emmy.

„ — Bo czy może być coś milszego nad wieczór spędzony z książką przy ciepłym kominku, gdy wiatr bije w szyby, lampa płonie…

— Nieprawdaż? — podchwyciła, wbijając weń wielkie, czarne, szeroko otwarte oczy. — Zapominamy o wszystkim — ciągnął — i godziny mijają. Bez ruchu wędrujemy wśród pejzaży, które wydają się rzeczywiste; myśl, splatając się z opowieścią, igra szczegółami lub śledzi tok przygód. Jednoczy się z myślą bohaterów, a pod ich strojem jakby biło nasze serce.”

— Napije się pani kawy? — zaproponowała Karolina, spoglądając na mnie wielkimi, czarnymi oczami.

— Chętnie.

Nie byłam dependentem u notariusza i nie miałam zamiaru nikogo uwodzić, ale potrzebowałam czasu, aby wydobyć maszynopis i ze spokojnym sumieniem wrócić do biura.

Karolina wprowadziła mnie do kuchni. Usiadłam na krześle i rozejrzałam się dookoła, kuchnia wyglądała dokładnie jak w powieści.

— Chciałam porozmawiać z pani siostrą — zaczęłam, gdy postawiła przede mną kubek parującej kawy i talerzyk z piernikiem. — Jej powieść bardzo interesuje wydawnictwo, dlatego przyszłam zapytać, czy mogłaby kontynuować pisanie.

Jej powieść interesuje przede wszystkim mnie, wgryzłam się i chciałabym znać ciąg dalszy, myślałam, patrząc w ciemne oczy rozmówczyni. Widocznie moje spojrzenie wyrażało szczerość i przekonanie o prawdziwym zainteresowaniu dziełem, gdyż Karolina powiedziała:

— Powiem jej, żeby do nas zajrzała.

Gdy wyszła z kuchni, sięgnęłam do torebki po telefon sprawdzić wiadomości. Może ktoś w biurze niepokoił się moją nieobecnością? Na ekranie wyświetliło się jedno nieodebrane połączenie, ale numer był mi całkowicie obcy.

Ugryzłam kęs piernika i poczułam smak dzieciństwa. Pulchne ciasto rozpływało się w ustach, a ja przeniosłam się do domku babci, w lesie. Gdy jako mała dziewczynka przyjeżdżałam do parku Szczytnickiego, wszystko dookoła wydawało się większe niż w rzeczywistości. Park stawał się lasem, a domek babci piernikową chatką. Babcia była specjalistką od pierników. W niedziele, w dniu wyznaczonym przez sędziego rodzinnego jako dzień odwiedzin, mogłam opuścić ośrodek opieki na ulicy Borowskiej i trzymając babcię za rękę, jechać w stronę ZOO. Przez okna tramwaju oglądałam pasące się zwierzęta, rozpoznawałam wielbłądy, znałam je z obrazków w książkach, ale inne były mi całkowicie nieznane. Wielkie, włochate stworzenia z rogami. Fascynowały mnie i przerażały. Wyobrażałam sobie, że tratują ogrodzenie i uciekają z ZOO, siejąc postrach na ulicach Wrocławia. Opowiadałam o tym babci, a ona się śmiała i mówiła, że mam bujną wyobraźnię. Szłyśmy przez park, rozmawiając o tygodniu spędzonym w szkole, o koleżankach, zwłaszcza o Eli, z którą wymieniłyśmy się bransoletkami przyjaźni; Ela miała długie rude warkocze i przypominała Anię z Zielonego Wzgórza, może dlatego byłam taka dumna, że wybrała mnie na przyjaciółkę.

W domu ubierałyśmy fartuszki, wyciągałyśmy cukier, mąkę, jajka, ja ucierałam ciasto, wylizując resztki z żółtej miski. Z brunatnej masy pachnącej przyprawami do pierników, spod zwinnych palców babci wyskakiwały zające, miśki, koty o migdałowych oczach. Powstawały lukrowane domy i serca z różanym środkiem. Nie mogłam się doczekać, kiedy te cudeńka wyjdą z pieca, niecierpliwie pytałam co kilka minut: czy to już, babciu? Babcia pokazywała kuchenny zegar i tłumaczyła, że kiedy duża wskazówka będzie na tej cyfrze, a mała na tej, to będzie już. Jak zahipnotyzowana patrzyłam na zegar, wydawało mi się, że czas stanął w miejscu i wskazówki nie ruszają się wcale.

Wreszcie po udrękach czekania pierniki wychodziły z pieca, babcia przygotowywała kubek kakao dla mnie, filiżankę arabiki dla siebie i delektowałyśmy się ciastkami. Czasami były tak ciepłe, że parzyły usta.

Po południu ja kolorowałam, a babcia — obserwowałam ją znad książeczki z obrazkami — siadała ze szklanką bursztynowego płynu w fotelu, długie nogi przerzucała przez poręcz i patrzyła zamyślona w kryształ, jakby chciała wyczytać przyszłość. A może rozmyślała o przeszłości?

Wejście Karoliny wyrwało mnie z zamyślenia.

— Zuza zaraz przyjdzie, tylko się ubierze.

Podeszła do kredensu, ukroiła kawałek piernika, przez chwilę jadłyśmy w milczeniu. Do kuchni cicho wsunęła się Zuzanna, blada, oczy otoczone ciemnymi obwódkami, sine usta, ubrana w granatowy dres wzbudzała litość.

— Słucham?

Z trudem przełknęłam ciasto.

— Czy mogłaby pani przekazać mi maszynopis? — zapytałam łagodnie.

Przyglądała się rozpalonymi jak od gorączki oczami, językiem zwilżyła wargi.

— Mam tylko trzy rozdziały — wyszeptała, opadając na krzesło.

— Chcesz ciasta? — zapytała Karolina, patrząc na Zuzannę z troską w oczach.

— Wody, poproszę — szepnęła, po czym wypiła duszkiem wodę podaną przez Karolinę. — Przynieś skoroszyt z mojej szafki, bardzo cię proszę.

— Czasami myślę, że to zły sen, obudzę się rano i będzie jak dawniej — powiedziała po wyjściu siostry. — Ciocia jest w szpitalu, a Eklerek… nie wiem — głos się jej załamał.

— Ktoś się chyba zajmuje pani ciocią? — spytałam zaniepokojona.

— Tak, brat mamy mieszka teraz we Francji. Jest lekarzem, wziął krótki urlop.

— Konia może pani odszukać, zgłosić na policję. — Wierciłam się na krześle, nie wiedząc, co powiedzieć dalej. Zuzanna uśmiechnęła się blado.

— Carla tak to zorganizowała, że policja nie weźmie sprawy. Eklerek został sprzedany legalnie.

— Carla? — Nie mogłam sobie przypomnieć tego imienia.

— No tak, pani jej nie zna, piszę o niej dopiero w trzecim rozdziale.

Zaczął mi kiełkować w głowie pewien pomysł, ale nie byłam pewna na sto procent, jak go wprowadzić w życie, dlatego nic nie powiedziałam.

— Trochę to trwało, ale znalazłam. Na twojej szafce leży starta książek. — Karolina podała mi czerwony skoroszyt.

— Podejrzewa pani Carlę o udział w zniknięciu konia?

— Pojawiła się w klubie i niedługo potem właściciel Eklerka postanowił go sprzedać i nikt nie chciał mi powiedzieć, co się z nim stało. Zresztą przeczyta pani o tym. — Westchnęła ciężko. — I do tego ciocia dostała wylewu.

Siła złego na jednego, pomyślałam i przytuliłam czerwony plastik do piersi.

— Przeczytam i zadzwonię do pani. Mam pewną myśl, ale muszę ją sprecyzować.

Dopiłam kawę, podniosłam się z krzesła i dodałam:

— Niech pani dba o siebie, nie jest jeszcze za późno na odnalezienie konia.

W oczach Zuzanny pojawiła się iskierka nadziei.

— Myśli pani? — spytała, ściskając moją rękę.

— Sprawdzę kilka detali. Zadzwonię.

Sięgnęłam po torebkę i udałam się do wyjścia, Karolina deptała mi po piętach.

— Jeżeli robi jej pani złudną nadzieję, to wpadnie w jeszcze gorszy stan — syknęła, otwierając drzwi.

— Myślenie, co by było gdyby, jej nie pomoże. Trzeba działać, jedynie w taki sposób wyjdzie z depresji.

— I co pani proponuje?

— Zadzwonię — powiedziałam, schodząc ze schodów.

Na ulicy zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie oszalałam. Nie znałam sytuacji, a uznałam, że konia można odzyskać. Przynajmniej spróbować, myślałam, zakładając słoneczne okulary. Skręciłam przy fosie, przecięłam park, wyszłam koło Teatru Lalek i nie zbaczając z drogi, dotarłam do firmy. Siedziba wydawnictwa mieści się na czwartym piętrze starej kamienicy, a w piwnicy jest dyskoteka. Gdy zostaję dłużej, żeby zredagować wiadomości o naszej ofercie dla autorów, z którymi współpracujemy, słyszę dudnienie basów. Na początku muzyka mnie irytowała. Nie potrafiłam się skupić, taneczne rytmy disco pozbawiały zdolności logicznego myślenia, słowa rozsypywały jak źle złożona układanka. Gdyby to był walc albo argentyńskie tango, to co innego, ale łup, łup, buc doprowadzało mnie do szewskiej pasji. W aptece nabyłam zatyczki do uszu i teraz mam spokój, czuję tyko drżenie ścian.

Obrotowe drzwi wessały mnie do środka, wpychając w objęcia pana Józefa, portiera.

— Witam, pani Kingo. — Skłonił się w pas i wyciągnął dłoń obciągniętą białą rękawiczką. Chcąc nie chcąc, podałam moją. Złożył na niej uroczysty pocałunek.

— Dzień dobry, widzieliśmy się już dzisiaj, panie Józiu.

— Dla mnie to czysta przyjemność.

Szopka z całowaniem powtarza się za każdym razem, gdy pan Józef widzi mnie na horyzoncie. Zastanawiam się, czy robi to też innym paniom, ale z żadną nie byłam na tyle zaprzyjaźniona, aby zapytać. Gdy zakończyliśmy ceremonię powitalną, nacisnęłam przycisk od windy. Sprawdziłam dyskretnie, czy pan Józef nie patrzy, i wytarłam rękę chusteczką.

Drzwi się rozsunęły, ukazując moim oczom grubą jak wieloryb Jadwigę Wrzeszcz, główną księgową. Przykrótka spódnica odsłaniała masywne uda, obleczona w sweterek z angory przyciskała do siebie torebkę ze skóry węża.

— Pani pojedzie później. — Nacisnęła przycisk i drzwi zamknęły się przed moim nosem.

Czekałam, przyglądając się paznokciom. Czerwony pasował do głębokiej czerni sukienki. Do paznokci dobieram torebkę i buty, mam zestawy w różnych kolorach, natomiast sukienki mam tylko czarne. I pończochy ze szwem. Winda zjechała bez pani Jadzi tym razem, wsiadłam i pojechałam na czwarte piętno. Na palcach przeszłam koło wnęki szefa, przestrzeń biurowa była na wyciągnięcie ręki. Prawie dotarłam do mojego kawałka podłogi.

— Pani Kingo, o ziółkach, mam nadzieję, pani nie zapomniała?

Odwróciłam się z promiennym uśmiechem.

— Kupiłam tabletki na porost włosów, w promocji.

Podałam mu papierową torebkę. Przed gniewem prezesa uciekłam do mojej przestrzeni biurowej. Wyciągnęłam skoroszyt, zeskanowałam treść do pliku opatrzonego tytułem Tango z koniem, trzy pierwsze rozdziały powieści, która powinna stać się bestsellerem, aby podźwignąć nas z dna rozpaczy. W każdym razie pozwoliłaby podskoczyć w rankingu.

Wrzuciłam skoroszyt do torebki, nie czekając na windę, zbiegłam po schodach. Tramwajem siódemką dojechałam na Powstańców Śląskich. Dzięki babci mogłam uważać się za szczęśliwą posiadaczkę własnego kąta. Mieszkanie składało się z pokoju z wnęką kuchenną i miniaturowej łazienki, którą pomalowałam na pomarańczowo, żeby nabrała ciepła. Żółty za bardzo kojarzy się z „siusianiem w serze” Alice Munro. Przed oczami pojawił mi się mój ulubiony cytat z jej powieści: „Łazienka przybrała odcień głębokiej oranżowej żółcieni. Jakbyśmy byli w serze, ocenił Hugon, kiedy skończyliśmy malować. Rzeczywiście, przytaknęłam. Dobrze powiedziane, twórco fraz. Ucieszył się, choć ucieszyłby się bardziej, gdyby to napisał. Później za każdym razem, kiedy pokazywał komuś łazienkę, mówił: Widzisz ten kolor? Jakbyśmy byli w serze. Albo: Jakbyśmy siusiali w serze”.

Torebkę rzuciłam na fotel i zabrałam się za przygotowanie posiłku. Wybór miałam między pizzą podgrzewaną w mikrofalówce a sałatką z makaronem i szynką. Włożyłam pizzę do kuchenki, a sama usiadłam w fotelu z zamiarem przejrzenia zawartości czerwonej teczki. Zapaliłam stojącą lampę, chociaż nie było ciemno, przytłumione światło otulało pokój na kształt woalu, który ukrywał brzydotę pomieszczenia. Przynajmniej w moich oczach. Jak kapcie z czasem dopasowują się do stopy, tak ten pokój dopasowywał się do mnie. Czekając na brzęczyk mikrofalówki, ułożyłam się wygodnie, otworzyłam skoroszyt i zagłębiłam w lekturze. Niektóre fakty znałam, inne dopiero odkrywałam.


St. Nom La Bretèche, Francja, listopad 2016


I co dalej? pomyślała Zuzanna, zamykając drzwi boksu. Popatrzyła w wielkie, wilgotne oczy Eklerka. Niczego nie była pewna, nawet tego, czy będzie miała z czego zapłacić za następny miesiąc.

Przeciągnęła dłonią po szyi konia, pod palcami czuła aksamitną skórę. Minął rok, jak zdecydowała się na wynajem, do tej pory tego kroku nie żałowała, nie będzie rozpaczać teraz. Nie będzie sobie wyrzucać, że zamiast odkładać pieniądze, płaciła za pensjonat i lekcje jazdy konno. Nie wzięła pod uwagę choroby ciotki Józefiny, zresztą kto mógł to przewidzieć.

— Najedz się do syta, bo nie wiem, czy będziemy mieli co jeść za miesiąc. Zarzuciła ogłowie na ramię i spojrzała raz jeszcze na konia leniwie żującego siano.

— Bardzo dobrze sobie poradziłaś. Wsiadłaś w siodło i odchyliłaś się w ramionach. To był ostatni moment, bo za mocno poleciałaś na przód konia.

Głos trenerki wyrwał ją z rozmyślań.

— Dziękuję. Masz rację, przed oczami miałam ziemię zbliżającą się w zawrotnym tempie. — Uśmiechnęła się blado.

— Jeszcze kilka miesięcy temu leżałabyś twarzą w piachu. Robisz duże postępy, ale to jeszcze nie powód, aby osiąść na laurach.

— On nie chciał mnie zrzucić.

— Nie. Jakby chciał, to wystarczyłoby tylko, żeby podniósł tyłek. Na przyszłym treningu popracujemy nad dosiadem.

Zuzanna kiwnęła głową w odpowiedzi, wiedziała z doświadczenia, że z Elisabeth nie ma dyskusji. Ściągnęła siodło przewieszone przez drzwiczki boksu i skierowała się w stronę siodlarni. Po schodach weszła do pomieszczenia ze sprzętem i odłożyła siodło na miejsce. Przez chwilę przyglądała się ogłowiom wiszącym na ścianie, poprawiła wodze, aby równo wisiały, i zeszła do stajni. Wolnym krokiem udała się w stronę wyjścia, przez ramię rzuciła ostatnie spojrzenie w stronę Eklerka.

— To do jutra.

Wyszła z budynku, powietrze pachniało sianem i końską sierścią. Lubiła ten zapach, działał na nią uspakajająco. Oddychała głęboko, jakby chciała zatrzymać część świata, który właśnie miała opuścić.

Wróciła do domu i pogrążona w myślach wchodziła stopień po stopniu, na półpiętrach przystawała, przesuwając niewidzącym wzrokiem po ustawionych na parkingu samochodach i kolorowo ubranych ludziach śpieszących do swoich zajęć. Nawet ten ciepły, jak na październik, dzień nie cieszył zbytnio. Zgrzytający dźwięk uzmysłowił jej, że już dawno powinna naoliwić zamek, bo pewnego dnia klucz w nim utknie na amen, co przysporzy dodatkowych kłopotów. Ale nie chciała o tym myśleć. Jej sytuacja była taka sama jak wczoraj i jak tydzień temu, zdała sobie sprawę, że dłużej nie może chować głowy w piasek i wmawiać sobie, że jakoś to będzie.

Przeszła do kuchni, pstryknęła włącznikiem, przytłumione papierowym kloszem w czerwone ryby światło rozlało się po kuchni. Nie było jeszcze ciemno, ale chciała popracować na komputerze. Piu-piu zaświergotał na przywitanie, podeszła do klatki i przeciągnęła palcem po metalowych prętach, zdobywając się na cień uśmiechu. Sięgnęła do szafki po garnek. Przekładając brzęczące naczynia, wyciągnęła kociołek do mleka. Zasyczał rozpalany płomień, postawiła naczynie na kuchence i podeszła do stołu. Rozłożyła swojego podręcznego asusa i przyjrzała się pierwszej stronie. Pole maków promieniowało pozytywną energią. Tym razem kolor czerwony wydał jej się agresywny. Wrzuciła na przeglądarkę folder ze zdjęciami, gdyż poczuła potrzebę zmiany. Przed oczami przesunęły się zdjęcia z wakacji, z roześmianą Karoliną przy fontannie, z mamą w galerii Luwru, znowu z Karoliną z wielkimi torbami na zakupy z H&M-u, obie na ławce nad Sekwaną, na trawniku w parku. Natrafiła na zdjęcie Eklerka na lekcji z Elisabeth. Koń został uchwycony w kłusie, ona stała w strzemionach, uśmiechając się do osoby robiącej zdjęcie. Kask zasłaniał czoło i oczy. Była ubrana w jasną bluzkę z krótkimi rękawami i ciemne spodnie do jazdy.

Wymyślę coś, nie mogą sprzedać konia, przebiegło jej przez myśl. Poczuła zapach przypalonego mleka, zerwała się od stołu, odpychając krzesło, które z głuchym stukiem uderzyło o posadzkę. Sąsiedzi znowu powiedzą, że urządzam libacje, pomyślała. Dopadła kuchenki i przekręciła kurek. Garnek oblepiała czarna skorupa sycząca nieprzyjemnie przy wkładaniu do wody.

— Cholera jasna! — krzyknęła, kiedy gorące mleko pochlapało jej bluzkę. Wybiegła z kuchni, drzwi łazienki z hukiem uderzyły o ścianę. No, tym razem sąsiedzi pójdą ze skargą do administracji. Przysłowie „pijany jak Polak” nie wzięło się znikąd, a hałasy dochodzące z mieszkania dobitnie świadczyły o jej predyspozycjach.

Poplamioną koszulkę wrzuciła do wiklinowego kosza na bieliznę, z wieszaka ściągnęła górę od piżamy. Miękki materiał delikatnie otulił jej ciało.

Wyciągnęła czarny notes i przeciągnęła linię w połowie kartki. Na jednej połowie napisała „tak”, a na drugiej „nie”. Notowała swoje umiejętności oraz zawody w zasięgu jej możliwości, spojrzała na listę z zadowoleniem.

Przynajmniej wiem, jakich ogłoszeń szukać, stwierdziła, włączając komputer i logując się na stronę Pôle emploi. Niestety nie było niczego z jej listy.

— Trudno, poszukam jutro.

Przeszukując wnętrze szafki kuchennej, znalazła opakowanie chleba tostowego i słoik dżemu. Wyciągnęła z lodówki karton z sokiem jabłkowym. Zadowolona przygotowała tosty, które jadła na stojąco, nie martwiąc się okruszkami spadającymi na podłogę. Ze szklanką soku w ręce przeszła do pokoju i włączyła telewizor. Nadawali wiadomości. Przez chwilę przysłuchiwała się informacjom, ale nie zainteresowały jej zbytnio. Przełączyła na kryminał i chwilę później zasnęła jak kamień.


*


Otworzyła oczy, ponieważ Piu-piu skrzeczał w najlepsze. Ranki lubiła najbardziej, pozwalały na spokojne rozpoczęcie dnia.

— Co słychać? — spytała, wsypując ziarna do klatki.

Zaparzyła kawę i sięgnęła do szafki po płatki kukurydziane. Radio nadawało jej ulubioną piosenkę, nucąc pod nosem sięgnęła po jogurt. Spalony dzień wcześniej garnek leżał w zlewie, czekając, aż go doczyści.

Usiadła przy stole, który służył jej także jako miejsce do pracy na komputerze. Nie miała wielu sprzętów. Kupiła stół, szafę z przesuwanymi drzwiami oraz półki na książki. Popijając kawę, przyglądała się przez okno sąsiadom idącym w kierunku parkingu, zastanawiała się, jak zaplanować dzień, chciała pojechać do klubu. Nie miała zaplanowanego treningu z Elisabeth, ale lubiła przyjeżdżać do „Złotej podkowy”

Otworzyła klatkę, aby papużka mogła skorzystać z większej przestrzeni, i poszła do łazienki. Myjąc zęby, przyglądała się sobie w lustrze. Uważała, że jest za szeroka w biodrach, to był jej slaby punkt. W klubie z lekką zazdrością przyglądała się koleżankom o szczuplej sylwetce. Uważała, że dużo lepiej prezentują się w bryczesach niż ona. Wrzuciła szczoteczkę do pojemnika, nalała wody do kubka, wypłukała usta i przeszła do sypialni — spory pokój o bladoniebieskich ścianach, z oknem zasłoniętym firanką, przez którą widać było niebo. Przed zaśnięciem lubiła spoglądać w gwiazdy, ich migotanie przypominało jej światła miasta, w którym mieszkała. Koło łóżka stała drewniana szafka nocna, z budzikiem i rozłożoną książką. Na ścianach rozmieściła półki oraz zdjęcia najbliższych. Jej mama z siostrą, obie opalone, uśmiechały się beztrosko do obiektywu, z tylu widać było sylwetkę wieży Eiffla. Pamiątka ich wspólnej wizyty w Paryżu, w czasie wakacji.

Były też zdjęcia Józefiny. Starsza pani, wysoka i szczupła, z włosami upiętymi w kok. W młodości miała długie blond loki spływające do ramion i niebieskie oczy. Z wiekiem włosy przyprószyła siwizna, a oczy wyblakły.

Józefina kazała na siebie mówić po imieniu, kiedy Zuzanna po raz pierwszy przekroczyła próg jej mieszkania i postawiła walizkę na podłodze w przedpokoju. Samotna i bezdzietna zaproponowała swojej dalekiej krewnej przyjazd do Francji, utrzymanie i niewielką pensję w zamian za opiekę. Zuzanna po skończeniu socjologii rozglądała się za pracą i propozycja wydała jej się niezwykle kusząca. Ominęło ją rozpychanie łokciami w poszukiwaniu etatu, godziny wyczekiwania pośród innych kandydatów na efekty rozmowy kwalifikacyjnej.

Spędzały czas na rozważaniach o życiu, książkach, wspomnieniach z czasów wojny.

Józefina przyjechała do Paryża w wieku piętnastu lat, do pracy w charakterze opiekunki do dzieci. Zatrudniła ją bogata żydowska rodzina posiadająca apartament zajmujący całe piętro kamienicy na placu Opery. W lipcu 1942 jej pracodawcy zostali umieszczeni na zimowym stadionie kolarskim Vel d’Hiv, na którym policja zgromadziła zatrzymanych tego dnia podczas łapanek Żydów.

Przez pięć dni i nocy mężczyzn, kobiety i ponad cztery tysiące dzieci przetrzymywano bez jedzenia i wody, w makabrycznych warunkach sanitarnych, aby później, po krótkim pobycie w obozach przejściowych istniejących na terenie Francji, zagonić do bydlęcych wagonów i wywieźć do Oświęcimia i Treblinki.

Józefina uniknęła aresztowania, gdyż jak każdego ranka udała się do pobliskiej piekarni na zakupy. Uciekła z miasta, tułała się po wsiach i miasteczkach, szukając zatrudnienia.

Zatrzymała się na fermie w Normandii, gdzie za dojenie krów dostała pokój i wyżywienie.

Nie była jedyną Polką, na fermie pracował Dymitrow, na którego okoliczni mieszkańcy wołali Metro, do jego obowiązków należała opieka nad końmi. Rano zaprzęgał do wozu dwa potężne perszerony, które pracowały w polu, wieczorem karmił, czyścił je z brudu i potu po całym dniu pracy.

Po przygotowywanej przez gospodynię kolacji, na którą składały się zupa z wkładką mięsną oraz kromka chleba z masłem, wszyscy zbierali się przy kominku. Mężczyźni skręcali papierosy albo nabijali fajki tytoniem i opowiadali historie. Na wsi życie toczyło się według rytmu pór roku i prac z nimi związanych, nawet wojna nie była w stanie tego zmienić.

Dwa spokojnie spędzone lata przerwał nalot sił alianckich w czerwcu 1944.

Ciocia była w pełni sił, miała doskonałą pamięć, chętnie opowiadała o tym, co ją spotkało w czasie wojny. O utraconej miłości do amerykańskiego oficera…


Wrocław, sierpień 2017


Zastanawiałam się, jak skończy się opowieść Zuzanny, w którym miejscu jej spokojna narracja urwie się jak wystrzępiony sznurek. Choroba osłabiła autorkę tekstu, czułam jej apatię w sposobie prowadzenia bohaterki, w opisach codziennych czynności, zwykłych i banalnych.

Nie pociągał mnie sposób przedstawienia historii, ale historia sama w sobie. Miała potencjał, jak drogi kamień — dopiero co wykuty ze ściany — potrzebowała obróbki. Bohaterka za bardzo się snuje, jest nijaka, opisy — za długie, mówiące o niczym. Czekało nas sporo pracy, przede wszystkim trzeba ożywić bohaterkę stworzoną przez Zuzannę i dać jej konkretny cel. Zabrzęczała kuchenka, ale nie zwróciłam na to uwagi, czytałam dalej.

Gdy odłożyłam skoroszyt, w pokoju panował półmrok, tylko lampa rzucała jasny krąg światła na podłogę. Położyłam głowę na oparciu i patrząc na ciemny sufit, zastanawiałam się, dlaczego nikt nie chce powiedzieć, gdzie przebywa koń. Dlatego jego sprzedaż jest otoczona tajemnicą? Coś musi się za tym kryć, tylko co? Sięgnęłam do torebki po notes z wizerunkiem sowy, spisywałam w nim moje złote myśli. Gdyby go sprzedali do rzeźni, nie robiliby z tego tajemnicy. Zanotowałam: ceny zwierząt rzeźnych, artykuły dotyczące koni. Poczekam do jutra i skorzystam z biurowego Internetu, może przyjdzie mi do głowy konkretny pomysł.

W kuchni otworzyłam kuchenkę i wyciągnęłam pizzę. Była zimna.

Rozdział 4

Wyszłam z domu dość wcześnie, chciałam mieć czas na opracowanie planu, zanim natknę się na prezesa. Plik z komputera wysłałam na drukarkę, która z cichym szumem wypluwała zadrukowane kartki. Ja w tym czasie przeglądałam Internet w poszukiwaniu informacji. Czytałam o cenach mięsa w różnych regionach Francji, gdy usłyszałam krzątaninę w pokoju pani Gieni.

— Dzień dobry, pani Basia jest w pracy? — Wsunęłam głowę przez otwór w plastikowej ścianie.

— Nie ma. — Gienia nie oderwała wzroku od rozłożonej gazety, najmniejszym ruchem nie zdradziła zainteresowania moją sprawą.

— A kiedy będzie? — zapytałam naiwnie, przewidując z góry odpowiedź.

— Nie wiem. — Sekretarka całą uwagę skierowała na kolorowe obrazki, ja mogłam poczekać, horoskop na następny tydzień — nie.

— Muszę poprawić tekst — jęknęłam boleśnie.

— Nie umie pani poprawić tekstu? — Pani Gienia spojrzała na mnie ze zdumieniem.

— Każdy ma rolę w wydawnictwie. Jestem od kontaktów z autorami, pani Basia od korekty, pani od p… — utrwalam pod mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, nasza rozmowa nie przebiegała w samo południe, ale z wyrazu twarzy sekretarki wyczytałam, że to może być dla mnie godzina zero. Chciałam powiedzieć: parzenia kawy, ale ugryzłam się w język i szybko dokończyłam: — od przygotowywania dokumentów.

Spojrzenie złagodniało, pani Gienia złożyła gazetę, włożyła do szuflady i wykazała zainteresowanie moją osobą.

— Pani Basia mieszka na Królewskiej…

— We Wrocławiu?

— W Wilnie…

— Ratunku! — zawołałam z rozpaczą. — Jak mam pracować?! Wyślę jej fragmenty mailem, a potem zrobimy wideokonferencję, żeby wprowadzić poprawki?

— Niezdrowe podniecenie doprowadzi panią do zguby. Powinna pani pić melisę i medytować.

Pani Gienia wstała z krzesła, zetknęła z sobą końcówki kciuka i wskazującego palca, zamknęła oczy i powtarzała przeciągłe „om”. Możliwe, że przeszła szkolenie u tybetańskich mnichów, ale ja i medytacja w tym momencie zupełnie do siebie nie pasowałyśmy. Wszystko się we mnie gotowało.

— Pani Gieniu! — zawołałam.

— Tak? — Zamrugała oczami, jakbym wyrwała ja z transu.

— Potrzebuję numer telefonu do pani Basi!

— Nie musi pani krzyczeć, pani Kingo. Wszystkie dane są dostępne w folderach pracowników. Usiadła, wygładzając spódnice, po czym odwróciła się do mnie tyłem, dając do zrozumienia, że audiencja skończona. Rzuciłam się do komputera i szybko przejrzałam folder z danymi personelu. Alias, Bury. Kto to jest Bury? Acha, pan Józef — mruczałam pod nosem. O, jest, Dziwił.

— Był telefon do pani wczoraj. — Pani Gienia zdecydowała się do mnie odezwać.

— Tak? Kto dzwonił? — oderwałam wzrok od listy nazwisk.

Pani Gienia powoli otworzyła firmowy kalendarz i śliniąc wskazujący palec, odszukała wczorajszą datę.

— Nocny Marek.

— Zadzwonię do niego później, teraz mam coś innego na głowie.

Marek Nocny został jako jedyny ze starej gwardii. Agata Chrząszcz opuściła wydawnictwo i przeniosła się do rynkowego potentata, skuszona obietnicą wyższych prowizji. Niech jej ziemia lekką będzie.

Pan Marek miał jedną wadę — jak już dopadł słuchacza, to nie puszczał aż do ostatniej kropli krwi. Dręczył nieszczęśnika opowieściami o swoich ostatnich wizjach dotyczących kreatur o dziwnym zwyczaju sypiania w trumnach, unikających światła dziennego i delektujących się krwistoczerwonym napojem. Co do napoju, nie mam nic przeciwko, też lubię czerwone wino, ale zwyczaje tych stworzeń są dalekie od reguł współżycia społecznego. Można je nawet zaliczyć do działalności przestępczej. W dodatku prowadzą bank, którego wierzeje otwierają o zmroku. Przyciągają klientów obietnicą wysokiego oprocentowania, kuszą podwojeniem, ba, potrojeniem oszczędności, delikwenci zostawiają pieniądze, a następnie znikają w niewyjaśnionych okolicznościach.

„Seryjni zabójcy, począwszy od Kuby Rozpruwacza, a na Tedzie Bundym skończywszy, dobierają zazwyczaj ofiary pod względem wieku, płci, rasy lub też kombinacji tych czynników. Tymczasem w ciągu ostatnich kilku miesięcy zaginęli prymuska Amanda Reed, jak i sześćdziesięciosiedmioletni emerytowany listonosz Omar Jenks. Wśród ofiar jest osiemnaście kobiet i dwudziestu jeden mężczyzn, Biali, Murzyni, Azjaci i Latynosi”.

Miałam nieodparte uczucie, że już to gdzieś, kiedyś czytałam…

W każdym razie nie wiem, skąd pan Marek bierze swoje wizje. Może coś wącha? Siedzi nad oparami unoszącymi się nad pachnącą siarką otchłanią i, jak kiedyś Westalki, odczytuje przyszłość. Albo dużo pali. Tak czy siak, pewnie prowadzi niezdrowy tryb życia.

Zapisałam numer w notesie i wróciłam do siebie. Rozejrzałam się za podłużnym, czarnym urządzeniem, ale na biurku leżała tylko torebka Lollipops z zawieszką w kształcie kota. Nie jestem miłośniczką zwierząt, ale breloczek przypadł mi do gustu. Kucnęłam, sprawdziłam pod biurkiem, oprócz kotów z kurzu nie znalazłam nic więcej. Podniosłam torebkę, i proszę, telefon był pod spodem. Wystukałam numer, po kilku bipach kobiecy głos spytał przeciągle:

— Taaak?

— Dzień dobry, mówi Alias Kinga, czy mogę rozmawiać z panią Barbarą Dziwił?

— Przy telefonie — wymruczał kobiecy głos.

— Jest mi pani potrzebna w pracy!

— W jakiej sprawie? — Pani Basia nie wydawała się zaniepokojona, ani nawet zainteresowana.

— Mam maszynopis Zuzanny Kosińskiej do poprawy. Ma pani bezpośrednie połączenie?

— Bezpośrednie połączenie? Mogę dojść na piechotę.

— Z Wilna?

W słuchawce rozległ się śmiech.

— Wynajmuję mieszkanie na Podwalu.

— Czyli mogę się pani spodziewać za piętnaście minut?

Odetchnęłam z ulgą, gdy rozłączyłam się po ostatnim pożegnaniu. Wydrukowane kartki włożyłam do teczki i mogłam na spokojnie przemyśleć sytuację. Uda się, czy się nie uda, oto jest pytanie. Czytelnicy połkną, jak rybka haczyk, czy też będziemy dopłacać do interesu?

W tym wypadku nic nie było pewne, autorka w depresji, usunęła się ze świata, obojętna na sukces i wysokie dochody. Zresztą z kasą też nie wiadomo. Jak się powieść nie sprzeda, to wszyscy pójdziemy z torbami. Przyglądałam się teczce, próbując odgadnąć przyszłość. Na dwoje babka wróżyła, stwierdziłam, zakładając gumkę przytrzymującą okładkę.

— Jestem. — Barbara Dziwił stanęła w wejściu.

Widzę, chciałam powiedzieć, ale zamiast tego uśmiechnęłam się promiennie, obnażając uzębienie. U większości zwierząt jest to oznaka agresji, natomiast u ludzi świadczy o pozytywnym nastawieniu. Paradoks taki.

Pani Basia ubrana na szaro przywodziła na myśl zjawę z przeszłości, kobieta-widmo, jedynie granatowa w czerwone kwiaty chustka na głowie stanowiła kolorowy akcent. Kontakt miałyśmy najczęściej mailowy, widywałyśmy się rzadko, ostatnio na noworocznej imprezie firmowej. Teraz najchętniej przywiązałabym ją do krzesła, aby nie odrywała się od pracy.

— Proszę usiąść, mam dla pani zadanie specjalne.

Pani Basia z rozpaczą spojrzała na biurowe krzesła, miały tę szczególną cechę, że były niewygodne, nawet od patrzenia na nie bolały plecy.

— To nie potrwa długo. Napije się pani kawy?

— Nie, dziękuję, piję tylko herbatę z samowara — powiedziała, siadając.

Pominęłam milczeniem uwagę o samowarach, nie jesteśmy na przyjęciu w Pałacu Zimowym.

— Mam do rozwiązania zagadkę, podam znane mi elementy, może uda się pani dojść do nowych wniosków. Ja się kręcę w kółko. Muszę odnaleźć konia.

— Proszę zatrudnić detektywa, ja poprawiam teksty, studiowałam dziennikarstwo, nie kryminalistykę. — Podniosła się z krzesła.

— Dziennikarstwo? Doskonale, ma pani pociąg do tropienia sensacji i to jest nam potrzebne. Powiem, co wiem. Książka, o którą mi chodzi, jest oparta na faktach. Opisany w niej koń zapadł się pod ziemię, sprzedany legalnie, ale nikt nie wie albo nie chce powiedzieć, komu. Podejrzewam, że w sprawę wplątana jest jedna z bohaterek, Carla, Włoszka, ale jak i po co? Tego nie wiem. Przeczytam fragment dotyczący tej kobiety. Proszę usiąść.

Otworzyłam teczkę i wybrałam odpowiednią stronę.


St. Nom La Bretèche, Francja, grudzień 2016


Weszła do siodlarni, gdzie na ścianach wisiał sprzęt jeździecki z imieniem odpowiedniego konia. Wybrała czarne siodło z napisem Eclair oraz ogłowie z wędzidłem munsztukowym niezbędnym w czasie zawodów. Tak zaopatrzona zeszła do stajni, aby przygotować konia. Kiedy weszła do boksu, Eklerek spojrzał na nią ze spokojem.

— I jak tam, pięknisiu, gotowy do startu?

— Mówisz do konia po polsku?

Zuzanna odwróciła się w stronę wejścia. Przy sąsiednim boksie stała nieznana jej kobieta. Wysoka blondynka, zielony, połyskujący sweterek podkreślał kolor oczu, a także uwypuklał kobiece atuty. Zgrabna sylwetka świetnie się prezentowała w obcisłych spodniach do konnej jazdy. Dziewczyna poczuła ukłucie zazdrości.

— Tak, zdarza się, że mówię po polsku. Skąd wiesz? Zazwyczaj wszyscy mylą z rosyjskim.

— Jestem tłumaczem. Nie znam polskiego, ale rozróżniam języki. — Uśmiechnęła się, odsłaniając równe zęby. — Mam na imię Carla.

— Ładne imię, włoskie?

— Tak, pochodzę ze Sieny.

— Zuzanna, mam jazdę za kilka minut, porozmawiamy później? Koło siodlarni jest club house, można stamtąd oglądać ujeżdżalnię, a przy okazji napić się kawy.

— Dzięki za info, na pewno skorzystam.


*


— I co pani na to?

— Ładna, inteligentna, pewna siebie kobieta. Dlaczego miałaby coś kraść?

Pani Basia patrzyła na mnie sceptycznie.

— Dla pieniędzy, pozycji, z zemsty. Kobiety lubią się mścić.

— Zuzanna zrobiła jej krzywdę?

— Nie wiem, nie ma nic na ten temat w tekście.

Pomachałam teczką dla podkreślenia moich słów.

— Dlaczego szuka pani tego konia?

— Bez konia nie będzie dalszego ciągu, a bez dalszego ciągu… — urwałam, robiąc wymowną pauzę.

— Przeczytam i zadzwonię.

Wzięła ode mnie teczkę i wyszła, a właściwie przeniknęła przez ścianę niczym duch. Przez chwilę spoglądałam za nią z ciekawością, niektórzy mają zdolność rozpływania się w powietrzu. Zdawałam sobie sprawę, że było to, mówiąc słowami Wiecha, złudzenie apteczne, jednak wywarło na mnie spore wrażenie. Oglądałabym ścianę pewnie jeszcze dłużej, ale zadzwonił telefon. Mrugała zielona lampka, czyli połączenie wewnętrzne.

— Alias, słucham.

— Telefon do pani.

Sekretarka puściła mi do ucha muzykę, nie pytając, czy jestem wolna, mogłam mieć ważną sprawę do załatwienia, ale pani Gieni to nie interesowało.

— Alias, słucham — powtórzyłam, gdy zapadła cisza.

— Dzień dobry, pani Kingo.

Usłyszałam w słuchawce ciepły baryton.

— Dzień dobry, panie Marku. Co nowego u pana?

— Chcę się podzielić dobrą nowiną. Dzwoniłem na prywatny numer, ale pani nie odbierała.

W głosie zabrzmiała nuta skargi. Zastanawiałam się, jak to się stało, że miał mój telefon, nie przypomniałam sobie, abym mu go dawała. Albo byłam pijana w trupa..

— Jaka to nowina?

— Chciałbym pani pokazać osobiście — zamruczał kusząco.

— Przyjdzie pan do biura? — zaproponowałam.

— Jest pora obiadowa, zapraszam panią do restauracji. Którą pani proponuje?

— Włoską, w rynku, odpowiada panu? — powiedziałam bez zastanowienia. Może we włoskiej restauracji wpadnie mi do głowy rozwiązanie zagadki konia Zuzanny.

— La Scala? Świetnie, będę za kilka minut.

Zarzuciłam torebkę na ramię i skierowałam się do windy. Akurat myślałam, czy Nocny zna wszystkie restauracje we Wrocławiu, gdy usłyszałam groźny pomruk:

— Dokąd znowu pani idzie?

Zwalista postać prezesa zagrodziła mi drogę. Ubrany w garnitur w prążki, bez krawata, ale z kwiatem w butonierce, dziś była to pąsowa róża, bardziej przypominał ojca chrzestnego niż ojca rodziny. Brakowało mu tylko kapelusza i futerału od skrzypiec. Przyglądał się mojej osobie ze zmarszczonymi brwiami, pewnie szok po tabletkach jeszcze nie minął.

— Na spotkanie z klientem.

— Chyba będzie pani go szukać na ulicy, bo tutaj kolejki nie ma.

A co to, wyprzedaż czy rozdajemy pączki od Bliklego?, pomyślałam ze złością. Oczekuje ode mnie cudów. Klienci mają walić oknami i prosić o wydanie ich twórczości. Jeżeli chce wydawać co mu wpadnie pod rękę, to proszę bardzo, tylko niech nie płacze, że nikt nie chce kupować. Ludzie różne rzeczy piszą, problem w tym, aby ktoś chciał to czytać.

— Pan Marek Nocny zaprosił mnie na obiad — powiedziałam z wyższością, prezes zszedł mi z drogi.

— Pani do mnie później przyjdzie — rozkazał, odchodząc.

Rozdrażnił mnie, przyjechałam na parter zła jak… jak nie wiem co. Wyszarpnęłam rękę panu Józefowi i bez słowa wyszłam z budynku. Szłam szybkim krokiem, minęłam przejście Świdnickie i znalazłam się w rynku. La Scala trzeszczała w szwach, stanęłam niezdecydowana, nie wiedząc, co robić.

— Mamy zarezerwowany stolik w głębi. — Nocny Marek stanął koło mnie znienacka. Miał na sobie czarny płaszcz, kapelusz, okulary słoneczne, wyglądał jak inspektor policji incognito.

— Nie spodziewałam się pana… tak szybko.

Z rozgrzanej słońcem ulicy weszliśmy do chłodnego wnętrza. Kelnerzy w białych fartuchach opasanych wkoło bioder uwijali się po sali. Poprowadził mnie do stolika, podsunął krzesło, ciepły oddech musnął moją szyję, gdy siadałam.

— Le noir te va si bien — szepnął.

No naprawdę, podrywanie mógłby sobie darować, wiem, że w czarnym mi do twarzy, o mojej porcelanowej cerze też już od niego słyszałam. Nie żeby mi się nie podobał. Był taki mroczny. Włosy związywał w kucyk z tyłu głowy, co nadawało mu charakter dandysa, wiecznego młodzieńca. Ciemne oczy błyszczały tajemniczo, jakby ukrywał sekret. Zadbane dłonie pisarza z krótko obciętymi paznokciami sprawiały przyjemne wyrażenie. Tylko usta, wąskie i blade, jakby pozbawione krwi, odpychały mnie od niego. Nie mogłabym go pocałować, brrr. Zadrżałam na tę myśl.

— Pani drży, może coś na rozgrzewkę? — zaproponował.

Patrząc na temperaturę na zewnątrz, musiałabym pochodzić z Afryki, aby drżeć z zimna. Nie chciałam go wtajemniczać w moje przemyślenia, dlatego odpowiedziałam: — Kieliszek czerwonego martini, poproszę.

— Z lodem? — spytał, patrząc mi w oczy.

No naprawdę, za kogo on się bierze, jeszcze zaproponuje mi seks w restauracyjnej łazience!

— Lubię, gdy pani oczy posyłają błyskawice. Dużo bym dał, aby się dowiedzieć, o czym pani myśli.

Lepiej nie.

— Chciał mi pan coś pokazać — nawiązałam do telefonicznej rozmowy. Kelner przyniósł drinki, mogłam sączyć schłodzone martini i odprężyć po ciężkim dniu. Nocny Marek wyjął z kieszeni i położył na stole podłużny przedmiot. Przypomniał miniaturowych rozmiarów trumnę.

— To moje dziecko.

Oszalał! Facet zwariował! Świeci słońce, życie jest piękne, knajpiany muzyk śpiewa „O sole Mio, a jemu odbiło. I dlaczego to musiało paść na mnie? Dlaczego on nie mógł pójść do kogoś innego? Matko, on odciął temu dziecku mały palec! Co mam zrobić? Dzwonić na policję? Zostanę współudziałowcem zbrodni. Byłam tak przerażona, że wypiłam martini jednym haustem.

— Pokazać pani?

— Nie! Nie chcę oglądać!

Spojrzał na mnie z zainteresowaniem, przekrzywił głowę i oparł się o krzesło.

— Zdenerwowana jest pani dzisiaj. — Upił łyk bloody mary. — To moja najnowsza powieść zapisana na kluczu. Po włożeniu do komputera odczyta pani plik Betsy — królowa wampirów. Chyba, że pani ma inne, lepsze propozycje — powiedział urażony.

Napięcie opadło, serce odnalazło normalny rytm, przepełniona uczuciem wdzięczności przechyliłam się w jego stronę i złapałam rękę o szczupłych palcach.

— Panie Marku, bardzo przepraszam. Rzeczywiście jestem rozkojarzona, miałam trudny dzień.

Nie rozmijałam się z prawdą. Dzień był pełen emocji, chciałam go udobruchać, aby zatrzeć nieprzyjemne wspomnienia.

— Rozumiem… — Uścisnął moją dłoń. — Byłem cztery razy żonaty. Czasami myślę, że znam kobiety, ale one potrafią mnie zaskoczyć. Pani jest osobą, jakiej jeszcze nie spotkałem, wrażliwą, zabawną, inteligentną. — Jego palce delikatnie gładziły moją skórę.

No to klops, umarł w butach. Co mam zrobić? Wyrwać rękę? Sama mu ją dałam. Cztery żony, niezły wynik. Co on z nimi robi? Zakopuje w ogródku? Myśli przelatywały przez mózg z prędkością TGV, powodując ból głowy. Intensywnie szukałam wyjścia z sytuacji. Czułam na sobie spojrzenie ciemnych oczu Marka, przyszpilające mnie jak motyla, bałam się złapać głębszy oddech.

— Muszę pana na chwilę opuścić. — Zabrałam rękę, uśmiechając się przepraszająco.

Rozejrzałam się za łazienką, a po ustaleniu kierunku podeszłam do drzwi oznaczonych rysunkiem kobiety. W środku zastanawiałam się nad rodzajem taktyki, czy zostać dłużej, udając nagłą niedyspozycję, czy odliczyć do trzydziestu i wyjść. Właściwie nie miałam opracowanego planu na takie sytuacje, postanowiłam się nad tym zastanowić na przyszłość.

Spojrzałam w lustro i z zadowoleniem przyglądałam się odbiciu: długie rzęsy przyciemnione tuszem, pełne usta pociągnięte zmysłowo błyszczącą pomadką efektownie dopełniały całości, dołeczki w policzkach dodawały uroku.

W miarę szczupłą sylwetkę — kilka zbędnych kilogramów ukrywałam pod modelującymi majtkami — zawdzięczałam wchodzeniu po schodach na siódme piętro wieżowca, w którym mieszkałam. Poprawiłam włosy i opuściłam bezpieczne schronienie.

Miałam nadzieję, że Nocny zapomniał o wątku matrymonialnym naszej rozmowy.

— Proszę mi opowiedzieć o Betty, tak ma na imię prawda? — zapytałam, siadając przy stoliku.

Marek wypiął pierś i uśmiechnął kącikami ust. W tym momencie kelner przyniósł zamówione dania, odebrałam talerz z gnocchi z warzywami i tartym serem. Marek wbił widelec w stek, z którego wypłynęła stróżka krwi. Odwróciłam oczy i rozejrzałam się po sali. Na blatach stołów okrytych obrusami poustawiano świeczki, wystrój restauracji przypominał wnętrze wiejskiego domu, z zawieszonymi na ścianach pękami cebuli i czosnku. Mój wzrok zatrzymał się na warkoczu z czosnkiem. W razie potrzeby nie będę wahała się go użyć.

— Betsy to królowa wampirów — usłyszałam głos Marka.

— Pracuje w banku? — spytałam, starając się okazać zainteresowanie.

— Pracowała za życia. Wpadła pod samochód, ratując kota. Obudziła się w domu pogrzebowym jako wampirzyca.

Matko, ale chora opowieść, kto będzie chciał to czytać?

— Fascynujące. Historia ma, niewątpliwie, potencjał.

Oderwał wzrok od talerza i spojrzał uważnie, pewnie się zastanawiał, na ile jestem szczera. Nie wiem, jak wypadło prześwietlenie promieniami X, bo nic nie powiedział.

— Zabiorę, hmm, klucz, przeczytam, wtedy będę mogła powiedzieć więcej. Proszę przyjść do biura w przyszłym tygodniu, uzgodnimy szczegóły.

Wytarł usta chusteczką i pomachał kelnerowi ręką.

— Kawa? Deser? Mają pyszne tiramisu.

— Poproszę, i podwójne espresso.

— To u pani lubię. Zdecydowanie.

Co on u mnie zdecydowanie lubi? Lepiej nie dociekać, gdyż może się to skończyć tragicznie. Ciekawość — pierwszy stopień do piekła, mówi przysłowie. Nie mam zamiaru skończyć jako ofiara czarnej mszy. Dokończyłam gnocchi i oddałam pusty talerz kelnerowi.

— Panie Marku, obiad policzymy na koszt firmy.

Przez chwilę bawił się płomieniem świecy.

— To u pani mniej lubię, zmysł praktyczny. Wszystko przelicza pani na pieniądze?

Sięgnęłam po leżącą na stole trumnę i schowałam ją do torebki. Jeszcze się rozmyśli, bo rozmowa przybrała niebezpieczny obrót.

— Nie, nie zawsze. Teraz prowadzimy rozmowę biznesową, dlatego uważam, że koszty powinna ponieść firma.

— Zaprosiłem panią i chciałbym, aby tak zostało.

— Czuję się zaszczycona.

Marek się rozluźnił i opadł na oparcie krzesła.

— Zobaczymy się zatem w przyszłym tygodniu? Zdąży pani przeczytać?

Chciałam powiedzieć, że nie mam nic innego do roboty, ale ugryzłam się w język. Wyglądałoby to mało profesjonalnie.

— Tak, bez problemu. — Zanurzyłam łyżeczkę w ciastku. — Był pan we Włoszech?

Uniósł jedną brew i uśmiechnął nieznacznie.

— Chce mnie pani zabrać?

Nie, zupełnie niedobry pomysł. Wszystko dzisiaj idzie mi na opak.

— Chciałam wiedzieć, czy zna pan ten kraj.

— Za dużo słońca, mam alergię, to się nazywa fotowrażliwość. Ale czego się nie robi dla apetycznych kobiet — wyszczerzył w uśmiechu białe, ostre zęby.

Następca Hannibala Lectera, na pewno nie zostanę z nim sam na sam.

— Czyli nie zna pan, trudno. Poszukam informacji w Internecie.

— Przykro mi, że nie mogłem pomóc. Odprowadzić panią? — zapytał, gdy wyszliśmy na zewnątrz.

— Dziękuję, zrobię po drodze zakupy, nie będę pana zatrzymywać.

Założyłam okulary i pożegnałam go gestem dłoni.

Przechodząc koło Opery, wystąpiłam do cukierni po pączki. Nie ma to jak poprawić sobie humor sporą dawką cukru. Nie byłam zadowolona z przebiegu rozmowy, dostałam co prawda nową powieść, ale czułam się dziwnie, jakbym weszła na trzęsawisko, które może mnie wciągnąć szybciej, niż zdążę zawołać o pomoc. Z cukierni poszłam od razu do wydawnictwa. W holu podeszłam do pana Józefa.

— Przepraszam, panie Józiu, nie byłam zbyt miła dla pana. Pączka na przeprosiny? Ze skórką pomarańczową, pycha. — Wyciągnęłam papierową torebkę w kierunku portiera. — Szef mnie zdenerwował.

— Nie ma problemu, pani Kingo. — Pan Józef sięgnął po pączka. — To jak z kurami.

— Kurami? — zdziwiłam się.

— Kolejność dziobania: szef dziobie panią, pani dziobie mnie.

Poruszona życiową filozofią pana Józia, wsiadłam do windy. Na czwartym piętrze dopadł mnie gniew najwyższego.

— Z czym pani przychodzi? — zagrzmiało w przestrzeni biurowej. Weszłam do gabinetu szefa i położyłam klucz na biurku.

— Panie prezesie, mam nową powieść. Na już.

Wzrok prezesa złagodniał, spojrzał na klucz z wyrazem czułości, a następnie zwrócił spojrzenie na moją osobę.

— Pani Kingo, pani taka oficjalna, a my tu przecież jak jedna rodzina. Korekta, skład, łamanie i rzucamy na rynek. — Zacierał ręce z radości. — Czytała pani?

— Jeszcze nie.

— To na co pani czeka? Proszę zabrać się do pracy. Za co pani płacę?

Zabrałam klucz i wyszłam na spotkanie wampirzycy Betsy. Nie było to takie złe, jak podejrzewałam. Powieść mnie wciągnęła, przez noc przeczytałam całą. Pełna zwrotów akcji, narracja pierwszoosobowa prowadzona z humorem powoduje, że czytelnik z zainteresowaniem śledzi losy bohaterki. Betsy ma pociąg do markowych butów, bardziej przejmuje się stanem czółenek niż faktem, że przemieniła się w kreaturę wypijającą krew nieświadomym zagrożenia mieszkańcom Minneapolis.

„Zamykałam drzwiczki samochodu, kiedy pewien detal przykuł moją uwagę. Czyżby to była rysa na nowych pantoflach? Dwie pary w ciągu tygodnia! Miałam dosyć: ten styl życia zdecydowanie nie był dostosowany do moich butów”.

Zadowolona przyszłam do biura, zaczęłam przygotować dane potrzebne do kampanii promocyjnej, gdy zadzwonił telefon, czerwona lampka oznaczała rozmowę spoza firmy.

— Wydajny i spółka, dzień dobry.

— Pani Kingo, sprawdzała pani Sienę?

Usłyszałam kobiecy głos.

— Prawdę mówiąc, nie — odpowiedziałam zaskoczona. Przez Betsy i jej buty zapomniałam o Eklerku.

— Proszę sprawdzić. Przyjdę z poprawionym tekstem w przyszłym tygodniu.

Pani Basia się rozłączyła.

Zaintrygowana wpisałam w przeglądarkę „Sienna”.

Sienna (niem. Heudorf). Wieś w Polsce położona w województwie dolnośląskim, w powiecie kłodzkim, w gminie Stronie Śląskie w górnej części doliny Siennej Wody.

Nie, to nie to.

Siena. Miasto i gmina we Włoszech, w Toskanii, w prowincji Siena. Ważne centrum turystyczne.

Zobaczmy dalej.

W Sienie zachowana została w pełni antyczna struktura miasta. Do najwspanialszych zabytków należy katedra z XII wieku (Duomo), której główna fasada została ukończona w 1380 roku. W skład kompleksu wchodzą baptysterium i kampanila. W środku znajduje się oktagonalna ambona autorstwa Nicola Pisano oraz płaskorzeźby, które wykonali Donatello, Ghiberti, Jacopo della Quercia i inni piętnastowieczni rzeźbiarze. Inne zabytki: główny rynek Piazza del Campo z Palazzo Pubblico i Torre del Mangia oraz ratusz. Zabytkowe centrum Sieny zostało w 1995 roku wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO.

Szkoła malarska zwana sieneńską założona na przełomie XIII i XIV wieku.

Jeden ze starszych uniwersytetów na świecie, 1240 rok.

Ze Sieny pochodził Jacopo della Quercia.

W Sienie żyła i działała święta Katarzyna. Jacopo? Nie znam.

Dwa razy do roku w Sienie odbywa się wyścig konny Palio di Siena, który jest jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych miasta.

Wyścigi konne? Jakiś punkt zaczepienia, powoli układanka zaczyna nabierać kształtów. Sprawdzę, kto wystawia konie, kto ostatnio wygrał. Tylko Eklerek nie był koniem wyścigowym. Nie miałam pomysłu, jak to ugryźć dalej. Zastanowię się nad tym później, teraz dokończę wpisywanie danych do promocji książki Nocnego i przejdę się do Jolanty Zacięty, specjalistki od PR. Przy okazji omówię projekt okładki z Jackiem Zaciętym — grafikiem. Nic dziwnego, że szef ciągle mówi o rodzinie, Jolanta i Jacek to jego córka oraz zięć. Rzadko widzi się ich na korytarzu, najczęściej siedzą zamknięci w pokoju, oni jedyni mają drzwi, które można otworzyć i zamknąć. Co robią za zamkniętymi drzwiami? Myślę, że pracują.

Zapukałam i czekałam na odpowiedź, jak do gabinetu lekarza. Po chwili usłyszałam kobiecy głos: — Proszę wejść.

Jolanta z rozwichrzoną fryzurą stała przy biurku i oglądała foldery reklamowe.

— A to pani, pani Kingo, cóż panią sprowadza?

Zdziwiłam się, przecież nie przyszłam na ploteczki, tylko w sprawie służbowej, co innego mogłabym robić w pracy?

— Pani Jolu, trzeba będzie przygotować promocję nowej książki Nocnego w mediach. Właściwie teraz nazywa się M. Davidson. Newsy w gazetach, informacje na forach społecznościowych, poprosić blogerów o recenzje?

— Zrobi się, a jaki to gatunek? — Jolanta Zacięty sięgnęła po katalog ze spisem adresów kontaktowych.

— Groza, horror, fantastyka.

— Napiszę do magazynu „Okolice Strachu”. Internet bez dwóch zdań. — Spojrzała na mnie i zobaczyłam czerwony ślad na szyi. Albo mam omany, albo wampiry weszły do akcji.

— Pan Jacek jest? Mógłby przygotować projekt okładki.

— Wyszedł w pilnej sprawie. — Pani Jola lekko się zarumieniła. — Przekażę mu. A w jakim stylu okładka?

— Coś seksownego, chodzi o królową wampirów. — Puściłam do niej oko.

Pani Jola upuściła folder na podłogę, pośpiesznie się pochyliła, aby pozbierać rozrzucone kartki, jedna wpadła pod biurko, kucnęłam żeby ją podnieść i zauważyłam leżące przy krześle koronkowe figi. Podałam pani Joli kartkę, życząc jej miłego dnia. Wyszłam z pokoju zastanawiając się nad różnymi aspektami życia. Przychodzimy na świat, umieramy. Kółko się zamyka. Co jest ważne? Praca, miłość, pieniądze? Każdy dąży do czegoś innego. Chcemy stworzyć nowy wspaniały świat.

„Wsparty o inkubatory, podawał studentom (a ołówki gryzmoliły z pośpiechem) krótki opis nowoczesnego procesu zapładniania; najpierw powiedział, rzecz jasna, o jego chirurgicznym etapie wstępnym: o zabiegu, któremu poddajemy się chętnie dla dobra Społeczeństwa, nie mówiąc już o gratyfikacji w wysokości półrocznej pensji.”

Uśmiechnęłam się sama do siebie na wspomnienie czerwonych majtek, przynajmniej nie rozmnażamy się za pomocą sztucznego zapłodnienia. Jolanta z mężem znaleźli sposób na zabicie biurowej nudy. Ja nie miałam z kim, moje życie było tak samo puste i bezbarwne jak przestrzeń pod biurkiem, bez kolorowych oznak pożycia, jedynie z kotami z kurzu. Od śmierci babci zapełniałam je postaciami z książek, wymyślonymi historiami, które brałam za najprawdziwszą prawdę. Nie potrafiłam się przywiązać do osoby z krwi i kości, interesował mnie jedynie pan Darcy albo hrabia Monte Christo. Koledzy z roku wydawali się przy nich papierowi i płascy. Żaden związek nie utrzymał się dłużej niż kilka tygodni, po pewnym czasie przestałam próbować. Układ na jeden wieczór całkowicie mi wystarczał. Nie potrafiłam się przywiązać nawet do zwierzaka. Przypomniałam sobie o Zuzannie i jej koniu.

— Dzień dobry, mówi Kinga Alias. Czy mogłabym rozmawiać z panią Zuzanną? Tak, wiem, że nie jest w najlepszej formie, ale obiecałam zadzwonić i przekazać, co ustaliłam. Dziękuję, poczekam.

Wsłuchana w ciszę w telefonie oglądałam zakurzony sufit. Biuro od dawna domagało się odświeżenia, ale szef uważał, że skoro tynk nie leci nam na głowę, nie ma potrzeby. Jego wymagania nie były zbyt wygórowane, jednak klienci mogli mieć na ten temat inne zdanie. Autorzy na fali wybierają wydawnictwa o lśniących posadzkach. W marmurach przegląda się sukces. Z rozmyślań o hostessach oferujących szampana w długich kieliszkach wyrwał mnie słaby głos Zuzanny.

— Słucham.

— Pani Zuzanno, tu Kinga, obiecałam zadzwonić, jak się czegoś dowiem. Nie mam zbyt wielu informacji, ale wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, to znaczy do Sieny. Czy mogłaby się pani ze mną spotkać, powiedzmy jutro?

— Tak, proszę przyjść do nas na kawę.

— Świetnie, to do jutra. Do widzenia.

Odłożyłam słuchawkę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. W sobotę spokojnie porozmawiamy i rozważymy możliwe posunięcia. Usiadłam do komputera z zamiarem wyszukania niezbędnych elementów układanki.

Nazajutrz wyspana i w doskonałym humorze pojawiłam się pod bramą kamienicy na Czystej. Zastanawiałam się, czy wpadnę w objęcia pani Nowakowej. Sąsiadka z opowiadania Zuzanny wtrącała nos w nie swoje sprawy i mogłaby zadawać pytania, na które nie miałabym ochoty odpowiedzieć. Cenię prywatność i nie lubię mówić o sobie. Zresztą o czym tu opowiadać? Dom dziecka nie był krainą czarów.

Bez przeszkód wdrapałam się na drugie piętro i zapukałam. Tym razem drzwi otworzyła mama, gładko spięte ciemne włosy zaznaczone srebrnymi nitkami nadawały jej twarzy surowy wygląd, ale kurze łapki w kącikach oczu świadczyły o skłonności do śmiechu.

— Dzień dobry, jestem umówiona z Zuzanną. Kinga Alias.

— Słyszałam o pani. Dzień dobry. Była już pani u nas? Proszę wejść do kuchni — dodała, kiedy skinęłam głową.

Usiadłam przy stole, na którym pojawiły się filiżanka kawy oraz talerzyk z ciastem. Przekładaniec, wafel posmarowany konfiturą z wiśni na przemian z masą kajmakową. Miód w gębie.

— Dzień dobry, pani Kingo. — Zuzanna wsunęła się do środka. Patrzyła na mnie z napięciem, odgarniając włosy z czoła.

Wyciągnęłam notes z zapiskami.

— Dzień dobry — odpowiedziałam z uśmiechem, pośpiesznie przełykając ostatnie kęsy wafla. — Mam kilka wiadomości i jedną propozycję.

Zuzanna usiadła, a ja wytarłam chusteczką usta i zaczęłam tłumaczyć.

— Zacznę od informacji, które zebrałam. W Sienie organizowane są dwa razy do roku zawody konne, może to mieć związek, ale nie musi. Ciekawostką jest fakt, że w ostatnich startował Eclair de Zeus, nie wygrał, ale piszą, że to koń z potencjałem.

— Jak się nazywa? Eclair? — Zuzanna pochyliła się w stronę moich notatek. — Ale on nie biega!

— Czytam pani artykuły z gazet. Na wnioski przyjdzie czas. Uważam, że koń żyje i jest szansa, aby dociec, co się z nim stało.

— Co chce pani zrobić?

— Tu leży pies pogrzebany. — Zuzanna popatrzyła na mnie z wyrzutem, ale niezrażona ciągnęłam dalej. — Musimy pojechać do Francji.

— My? — Jej oczy zrobiły się okrągłe jak spodki.

— Nie znam ani klubu, ani jeżdżących tam osób. Trzeba zachować tajemnicę. Ciekawe, jak zareaguje Carla na pani widok? Możemy wyjechać w piątek.

— Ja też pojadę. — W drzwiach kuchni stała Karolina, przysłuchując się rozmowie.

— A gdzie będziemy spać? Jest nas za dużo na mieszkanie u cioci. — Oszołomiona Zuzanna spoglądała na siostrę.

— Mogę spać w kuchni na dmuchanym materacu. Długo chce pani zostać? — Karolina zwróciła się w moją stronę.

— Tydzień, nie dłużej, muszę wrócić do pracy.

— I czego się pani spodziewa?

Powinna zostać detektywem, zamiast malować martwą naturę. Ma smykałkę do przesłuchiwania ludzi.

— Że Carla zareaguje, jeżeli to ona jest odpowiedzialna za zniknięcie Eklerka. Ludzie robią dziwne rzeczy, gdy są zaskoczeni, a ona nie spodziewa się zobaczyć pani siostry. Wyjazd ułatwił jej życie, Carla mogła odetchnąć, bo przeciwniczka oddała walkę walkowerem.

Zuzanna wyglądała na zagubioną, jakby straciła wątek rozmowy, Karolina zmarszczyła brwi.

— Czy pani nie przesadza? I skąd takie wnioski?

— Z dedukcji. Sherlocka Holmesa, pani zna? — Spokojnie dopiłam kawę. — Autor Arthur Conan Doyle, proszę poczytać. Lektura poszerza horyzonty.

— Nie będziemy się teraz kłócić. — Zuzanna otrząsnęła się z letargu. — Jedziemy w trójkę, gdzie będziemy spać? Zresztą sprawdzimy to już na miejscu. Kto kupuje bilety?

— Ja kupię, gdy będę pewna daty wyjazdu. Mój szef jeszcze nic nie wie o projekcie.

W tym momencie do kuchni weszła mama dziewczyn. Z ustami podkreślonymi szminką i przyciemnionymi rzęsami wyglądała niezwykle apetycznie, jakby to powiedział Nocny. Może ich ze sobą poznam? On miał około pięćdziesiątki, tak twierdził w wywiadach. A ona? Pięćdziesiąt? Pięćdziesiąt pięć? Czy moja mama lubiła się malować? Jak wyglądałaby, gdyby żyła? Gdyby samolot doleciał do miejsca przeznaczenia, zamiast lądować awaryjnie? Las Kabacki wyrył w mojej świadomości piętno nieszczęścia, katastrofy, która zmieniła bieg historii. Mojej historii. Odruchowo sięgnęłam do naszyjnika, dotknęłam gładkiej powierzchni pereł i powoli odzyskiwałam spokój. Perły wcale nie są, wbrew temu co sadzi ogół, zimne i obojętne. Bije od nich blask skrywanej tajemnicy.

Moje zainteresowanie pani Elżbieta Kosińska odczytała jako krytykę, bo szarpiąc nerwowo za zamek, otworzyła torebkę i przejrzała się w lusterku. Widząc nieskazitelny makijaż zwróciła się do córek:

— O czym rozmawiacie?

— Jedziemy do Francji. — Karolina patrzyła na mnie oskarżycielsko.

— Coś z ciocią? — Pani Elżbieta pobladła pod warstwą pudru.

— Nie, nic się nie stało, to pani Kinga proponuje wyjazd.

— W jakim celu? — Mama skrzywiła usta, imitując uśmiech.

Jestem przekonana, że nie zrobiłam na nich dobrego wrażenia. Zbyt bezpośrednia, zamiast wybierać sposoby przypodobania się innym, stawiam na autentyczność. Nie noszę masek ani nie ukrywam się za przybranymi pozami, co nie przypada niektórym do gustu.

— Szukamy Eklerka.

Mama parsknęła kpiąco.

— Niedorzeczny pomysł, Zuzanna nigdzie nie pojedzie. Jest chora.

— Czy wszyscy muszą decydować za mnie? — Zuzanna z zarumienioną twarzą zwróciła się do mamy. — Chcę pojechać, może dowiem się czegoś nowego, a Kinga ma ochotę mi pomóc! — Zamilkła na moment, jakby zabrakło jej odwagi, ale po chwili zwróciła się do mnie, mówiąc pewnym głosem: — Jeśli mamy razem jechać, to mówmy sobie po imieniu.

— Co zrobicie, gdy okaże się, że to szajka przestępców? Ukradli konia, żeby go sprzedać z zyskiem, a jak wejdziecie im w drogę, to wystrzelają was jak kaczki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 39.77