E-book
20.48
drukowana A5
36.82
Tango z koniem

Bezpłatny fragment - Tango z koniem


5
Objętość:
226 str.
ISBN:
978-83-8189-041-0
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 36.82

Od Autora


Dla mojego męża Piotra

córek: Asi, Gosi, Natalii

wnuczki Wiktorii

Nie mógł uwierzyć w to co, się wydarzyło. Był tak zaskoczony, że długo jeszcze spoglądał za oddalającą się sylwetką. Nawet gdy widział już tylko drzewa, nie mógł oderwać wzroku od miejsca, gdzie zniknęła. Jak to możliwe, pytał sam siebie. Nie wiedział, czy to liście, czy raczej jego myśli tworzą w głowie dziwny szum. Powiedziała, że poznała innego, a on jest jeszcze młody i na pewno da sobie radę. W myślach powtarzał ostatnie słowa, które wypowiedziała, zanim odeszła: „To tylko pies”… Z gwałtownej tęsknoty, która go nagle ogarnęła, przeciągle zawył.


Pamiętasz? Widziałeś go w lesie, powiedziałeś wtedy, że to dziki pies. Ale prawdziwe dzikie psy nazywają się dingo i mieszkają w Australii. Bądźmy więc precyzyjni. Pies w lesie to porzucony pies. PP albo Pan Pies. Nie chce mieszkać w lesie, podobnie jak Ty nie chcesz mieszkać w dżungli i być wychowywanym przez małpy, choć może z zazdrością oglądałeś wyczyny Tarzana…

Pan Pies w lesie nie ma co jeść, wiewiórki są zbyt zwinne, aby je złapać. Poza tym Pan Pies nie potrafi się wspinać po drzewach. Zające zbyt szybkie, a jeże kłują w łapy. Czasami udaje się złapać kurę z sąsiedztwa. Tylko że wtedy ludzie robią obławy. Nie tylko Pan Pies staje się ich celem… Na przykład lisy w panice przenoszą w pyskach lisiątka w bezpieczne miejsca, chowając się przed ludźmi i ich dymiącymi kijami.

Panem Psem, jeśli uda się go uratować, zajmuje się fundacja. I w sumie wszystko byłoby pięknie, gdyby wszystko było jak w bajce i każda fundacja znała czarodziejskie zaklęcia. Wtedy w cudowny sposób powiększałyby się pomieszczenia, a na koncie wyskakiwałoby kilka dodatkowych zer za jakąś odpowiednio wysoką cyfrą…

W życiu stan konta fundacji spada jednak poniżej zera absolutnego. Bynajmniej nie jest to wykład z fizyki, tylko goła rzeczywistość — tak goła, że aż oczy bolą od patrzenia.

Obok Pana Psa spotkać można jeszcze Kokieteryjną Kicię. KK, jak Koci Katar. Podrzuca dzieci sąsiadowi w stodole, ale lekarza boli serce, gdy ma uśpić kocięta. Fundacja zabiera ślepy miot.

A mnie boli serce, gdy patrzę w oczy głodnych zwierząt, gdy oglądam zdjęcia, na których z miską w pysku proszą o pięć złotych na karmę.

Dlatego napiszę ci o czymś, o czym może już słyszałeś, ale nie jesteś pewny, jak to działa…


Szanowny Czytelniku,


Na pewno zastanawiasz się, dlaczego piszę o psach w lesie i kotach na ogródkach działkowych. Mogłabym równie dobrze napisać o świnkach morskich w kartonowych pudełkach podrzucanych sąsiadom pod drzwi.

Czy wiesz, czym jest bezpieczne lądowanie? Bo wirtualne adopcje zapewne już znasz… Wyobraź sobie bezdomnego psa, który jest przerażony i nie wie, co go spotka.

Wirtualne adopcje — jak spadochron — pozwalają bezpiecznie wylądować w nowym domu.

Dzięki nim fundacja, która przejmuje opiekę nad zwierzęciem, ma zapewnione co miesiąc środki na karmę, żwirek, kastracje, leczenie czy hotelik, jeśli wystraszone nową sytuacją zwierzę wymaga pobytu w szczególnych warunkach.

Wirtualne adopcje pomagają bezpiecznie poczekać na nowe domy.


Jeżeli sięgnąłeś po Tango z koniem zakładam, że jesteś miłośnikiem zwierząt, jak ja. Napisałam powieść, aby pieniądze uzyskane ze sprzedaży przeznaczyć na potrzeby bezdomnych zwierząt objętych opieką przez fundacje przede wszystkim w małych miejscowościach: Grey Animals w Byczynie, Przygarnij nas w Sokółce, Spalskie Bezdomniaki w Spale.


Więcej na ten temat dowiesz się na stronie www.tangozkoniem.pl.


Życzę przyjemnej lektury!

Katarzyna Godefroy, 2019

Prolog

St. Nom La Bretèche, Francja, kwiecień 2017


Carla przyglądała się scenie z niesmakiem. Poturbowana Polka leżała na podłodze, otoczona wianuszkiem pozostałych jeźdźców. Życie to nie pudełko czekoladek, to ring. Najsłabsi przegrywają. Jeszcze raz popatrzyła na dziewczynę. Nokaut, pomyślała i wzruszyła ramionami. Nic tu po niej, niech czekają na pogotowie, a ona pójdzie na górę.

W klubie usiadła na jednym z foteli, żeby zastanowić się, co dalej. Najpierw myślała, że dojdą do porozumienia, ale Zuzanna, idealistka, wierząca, że ważne są przyjaźń i dobro, niosła ze sobą niebezpieczeństwo. Liczy się kasa — nie smarujesz, zostajesz z niczym.

Straciła ochotę na jazdę, zresztą nie miała z kim, wszyscy członkowie klubu „Pod złotą podkową” stali pochyleni nad nieprzytomną Zuzanną. Skoki w terenie muszą poczekać.

Miała nadzieję, że Jean-Lou przyjdzie do niej na górę. Wcielenie Clinta Eastwooda w młodszej wersji. Był dla niej wcieleniem spokoju i bezpieczeństwa, a seks stanowił miłą rozrywkę w twardej egzystencji. Nie wiedziała, czy oprócz pożądania żywi do niego coś jeszcze, a może nie chciała się przyznać do swoich uczuć. Zamiast Jean-Lou do club house wszedł Michael. Wysoki, patykowaty, o długich kończynach przypominał jej czerwonego pająka. Uśmiechnęła się pod nosem, ale pająk inaczej ją zrozumiał.

— Może napijemy się kawy? — zaproponował, wpatrując się w nią z fascynacją.

Jęknęła w duchu, kawa z Michaelem to ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę. Ten zawsze skory do śmiechu Irlandczyk denerwował ją. Jedyne, na co było go stać, to głupkowate żarty. Czasami wybierała się z nim na jazdę po lesie, ponieważ świetnie znał ścieżki i rozmieszczenie przeszkód w terenie. Jako jeździec radził sobie bardzo dobrze, ale nic poza jeździectwem nie mogło ich łączyć.

— Sam się napij, mam coś do załatwienia — odburknęła, wstała i skierowała się ku drzwiom, zostawiając zaskoczonego Michaela samemu sobie.

Lubiła mężczyzn silnych, władczych, potrafiących nawet siłą sięgnąć po to, czego pragnęli. Pomyślała o ojcu, który fascynował i przerażał ją jednocześnie. Chciała zerwać tę zatruwającą jej egzystencję więź. Wyszła na dwór i zamykając oczy, wystawiła twarz do deszczu, wsłuchując się w krople stukające o dach. Ojciec miał długie ręce i teraz też zdołał ją dopaść. „Po raz ostatni”, postanowiła, otwierając oczy. Pewnym krokiem doszła do forda Ka. Mogła pozwolić sobie na czerwone ferrari, ale nie chciała przyciągać uwagi — im mniej osób o niej wie, tym lepiej.

Pojechała w kierunku Rambouillet, przy Rocheford skręciła do lasu, z asfaltowej jezdni zjechała na ubitą drogę. Jej samochód nie był przystosowany do pokonywania przeszkód terenowych. Skacząc na wybojach, pomyślała, że to nie potrwa długo, załatwi sprawę do końca i wyjedzie stąd.

Automatycznym pilotem otworzyła bramę, która z chrzęstem przesunęła się po metalowych szynach. Wjechała na podjazd.

Dom z szarego kamienia harmonijnie wkomponowany w otaczającą zieleń — krzaki azalii wypuszczały pączki gotowe na przywitanie wiosny — wyglądał jak forteca. Okna zasłonięte żaluzjami chroniły grube kraty, wejścia broniły masywne, drewniane drzwi. Weszła do przedpokoju, klucze położyła na szafce, po zaciągnięciu zasuwki włączyła alarm. Nie chciała niczego zostawiać przypadkowi, uważając, że licho nie śpi.

Mieszkanie urządzone funkcjonalnie i praktycznie, bez zbędnych mebli czy bibelotów. Jak wszystkie mieszkania do wynajęcia pozbawione było duszy. Nic, co nadawałoby charakter temu miejscu. Carli to odpowiadało, od chwili wyjazdu z Włoch zmieniała miejsca pobytu wielokrotnie, nie chciała się do niczego przyzwyczajać.

W salonie włożyła płytę do odtwarzacza i po chwili pokój wypełniły dźwięki jej ulubionego tanga. Zrzuciła z nóg buty i tanecznym krokiem przeszła do łazienki.

Myjące ręce, spojrzała w lustro. Twarz też nie należała do niej. Zmieniona broda, policzki, kształt i kolor oczu, pełniejsze usta i większe piersi. Uśmiechnęła się do siebie, pieniądze ojca na coś się przydały. Zastanawiała się, czy ojciec wie, jak teraz wygląda, nie powinien, chyba że puścił za nią „psy”. Poczuła rozchodzące się po ciele gorąco.

Weszła do kuchni. Z kartonowego pudełka wyciągnęła kawałek pizzy do podgrzania w mikrofalówce, a z lodówki butelkę schłodzonego piwa. Oparła butelkę o policzek. Dotyk zimnego szkła sprawił jej przyjemność, przez kilka sekund delektowała się wrażeniami zmysłowymi.

Nagle znieruchomiała, z zewnątrz doszły do niej szelesty i drapanie. Wyuczonym ruchem wyciągnęła zza paska spodni podłużny przedmiot, kciukiem wymacała niewielkie zgrubienie, nacisnęła. Z rękojeści wyskoczyło ostrze.

Wejście kuchenne można było otworzyć tylko od środka. Muzyka zagłuszała jej kroki, gdy skradała się do drzwi. Otworzyła je mocnym szarpnięciem. W kącie przy murze siedział wystraszony kot.

Rozdział 1

„Wszystko już było, nikt nie wymyśli nic nowego.” Przerwałam pisanie i zatrzymałam się przy znaku kropki. Jeżeli w ten sposób będzie brzmiał cały artykuł, to popełnię zawodowe samobójstwo. Już mogę położyć się w trumnie i przysypać wieko płatkami róż. Prezes Wydajny wykopie mnie za drzwi, nie zważając na własne zapewnienia, że jesteśmy jedną wielką rodziną. Moja praca polega na wmawianiu ludziom, że jeszcze wszystko przed nimi, kilometry nieodkrytych kontynentów, lata świetlne przestrzeni kosmicznych, tylko sięgnąć ręką.

Przygotowywałam pismo zachęcające pisarzy do kontaktu z naszym wydawnictwem. Chciałam przedstawić korzyści płynące ze współpracy z firmą istniejącą od lat na rynku i mogącą pochwalić się wypuszczeniem tytułów takich jak Lśnienie ostrza, Trup w szafie czy Zabił ją i uciekł znanej autorki kryminałów Agaty Chrząszcz.

„Współpracujemy ze znanymi i wybitnymi autorami!”

Eeee, nie… skrzywiłam się i zaczęłam obgryzać długopis z różowym puszkiem. Różowy to mój ulubiony kolor, ale do pracy ubieram się na czarno. Mała czarna ze sznurem pereł do pasa. Włosy ścięte na chłopczycę z lat dwudziestych, oczywiście czarne jak smoła, i kapelusz z piórem pawia. Nie, pióro sobie odpuszczę.

Do tego czółenka z klamerkami, na niewielkim obcasie. To się nazywa podążać z duchem czasu. Nie to co Jolanta Zacięty, z obcasami na dziesięć centymetrów. Zastanawiam się, kiedy zrobi dziury w podłodze tymi swoimi szpilkami. Popatrzyłam na smog za oknem.

Wszystko już było… Mały krok dla człowieka, wielki krok dla ludzkości — Neil Armstrong w stanie hipnozy wylądował na księżycu, a pobyt na srebrnym globie tylko mu się przyśnił.

Sny o potędze.

Ale oni w żadnym wypadku nie mogą się o tym dowiedzieć! Niech myślą, że wszystko przed nimi. Miliony lat malowania na skałach i wykuwania słów w kamieniu. Niech sobie stawiają pierwsze kroki, jak Armstrong, na nowoodkrytych księżycach, i wbijają flagę: tutaj byłem. Albo byłam.

Złuda, senna mara.

Jest tylko tu i teraz.

Drapałam się po nosie, gdy weszła sekretarka, pani Gienia. Zastanawiam się, jak na nią wołali, gdy była młodsza. Zarówno ona, jak i jej trzy siostry mają imiona pasujące tylko do starszych pań: Alfonsa, Zenobia, Gryzelda, brrrr.

Siwe włosy zaczesane w perfekcyjny kok, ubrana w białą bluzkę z żabotem i granatową garsonkę, wcielenie sekretarki idealnej. Efekt psuły wełniane kapcie. Widocznie w pracy czuła się jak w domu.

— Prezes panią prosi.

Wpatrywałam się w swój długopis.

— Prezes panią prosi! — powtórzyła, gdy nie zareagowałam.

— Nie wie pani, w jakiej sprawie? — zapytałam podchwytliwie.

— Nie wiem. — Sekretarka była nieugięta.

— Pani Gieniu, pani wszystko wie — starałam się podlizać.

— Nie wiem, jestem sekretarką, a nie informacją kolejową.

Akurat o pociąg się nie pytałam, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego głośno.

— Nie wiem, czego się spodziewać — mruknęłam pod nosem.

— Tego, co zawsze. — Pani Gienia wzruszyła ramionami.

Szurając butami o wyczyszczone cytrynowym Panem Properem kafelki, opuściłam moją mlecznobiałą przestrzeń. Nasze biura nie miały drzwi. Prezes nie uznawał podziałów i promował swobodny przepływ myśli.

Jedna wielka rodzina — ulubiony slogan szefa.

Weszłam do osobistej przestrzeni prezesa.

— Pani Kingo! — zawołał radośnie na mój widok.

Nie spodobało mi się to, czułam podstęp.

— Tak, panie prezesie, o czym chciał pan ze mną rozmawiać?

— Pani Kingo, pani taka oficjalna, a my tu przecież jak jedna wielka rodzina. Proszę mi mówić po imieniu.

— Eee, panie Tadeuszu… — zaczęłam.

— Na czym stoimy? — Pan Tadeusz wszedł mi w słowo, patrząc wzorkiem plującej kobry. Wiedziałam, że coś ukrywa pod warstwą słodkich, figowych słówek.

Kleopatra kazała sobie wnieść kobrę ukrytą w koszu z figami.

— Na podłodze? — spytałam nieśmiało.

— Proszę mnie nie rozpraszać! — Ton głosu prezesa podniósł się o oktawę. — Gdzie są autorzy? Gdzie są książki?

O tempora! O mores!, przeleciało mi przez myśl.

— Jeżeli w grudniu nie wydamy bestsellera, możemy włożyć klucz pod słomiankę. Najlepiej, gdyby to było 50 twarzy Greya — rozmarzył się.

Skrzywiłam się nieznacznie, co nie umknęło orlim oczom szefa.

— Proszę się tu nie krzywic! Ma pani coś lepszego do zaproponowania?

— Tango z koniem? — głos mi zadrżał, odchrząknęłam.

— Jak ona się nazywa? Ta autorka — niecierpliwił się pan Tadeusz.

— Zuzanna Kosińska.

— I gdzie jest? Z pisaniem, znaczy się.

W lesie. Pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. Szef z groźnie zmarszczonymi brwiami przypominał puchacza wpatrującego się w ofiarę. Nie chciałam zdenerwować go bardziej, mówiąc prawdę, że nasza autorka jest obecnie w depresji i kontakt z nią jest utrudniony. Krucha psychika rozsypała się pod wpływem bolesnych okoliczności: choroba ukochanej cioci, utrata konia. Wydarzenia te tak bardzo wstrząsnęły Zuzanną, że odizolowała się od świata i nie przyjmuje wizyt. Nie jest w stanie skoncentrować się na pisaniu autobiograficznej powieści, w której porusza trudne problemy. Obecnie jest pod wpływem leków antydepresyjnych i pod kontrolą lekarza. Wszystkie spotkania z osobami mogącymi wytrącić ją z równowagi są skazane na niepowodzenie. Czyli ze mną między innymi. Rozmowy o książce powodują ogromne emocje, a rozpamiętywanie ciężkich przeżyć doprowadza Zuzannę do utraty zainteresowania czymkolwiek i wywołuje uczucie smutku, którego trudno się pozbyć. Na koniec ogarnia ją tak wielkie zmęczenie, że jedynie śpi.

Nie mogę tego wytłumaczyć szefowi, ponieważ jego nadzieje wiążą się z nową powieścią — chciałby zainwestować w bestseller, zarobić na sprzedaży i zyskać sławę. No cóż, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Westchnęłam.

— I co pani tak wzdycha? Musimy mieć coś na już, inaczej rozdziobią nas kruki, wrony — powiedział melancholijnie. Podszedł do metalowej szafki oznaczonej literami alfabetu, wyciągnął szufladę z K, szybko przejrzał zawartość i wyciągnął cienką teczkę zamykaną gumką: Zuzanna Kosińska. Zajrzał do środka.

— Tu nic nie ma!

Wzburzony zamachał teczką przed moim nosem.

— Ale będzie — zapewniłam skwapliwie, kiwając głową jak plastikowy piesek za tylną szybą samochodu.

— Co ma pani zamiar z tym zrobić? — zamruczał groźnie.

Nadzieja umiera ostatnia, myślałam, patrząc pustym wzrokiem na zieloną teczkę.

— Pojdę do autorki z wizytą. To niedaleko, na Czystej. Zabiorę maszynopis i przejrzymy go z panią Basią.

— Pani to tylko by gdzieś chodziła. — Pomruki szefa stały się cichsze, jak oddalająca się burza. — Pani Gieniu! — zawołał do otworu w ścianie. — Ma pani ziółka? Wątroba mi dokucza. — Spojrzał na mnie oskarżycielsko. — Widzi pani, ile zdrowia kosztuje mnie rozmowa z panią.

— Na już możemy wznowić serię Nocnego.

— Nocny? Nie znam.

— Nocny Marek, pisze pod pseudonimami, bo uważa, że dzięki temu lepiej się sprzedaje. Wydał u nas cykl powieści pod wspólnym tytułem Krwiopijcy, o wampirach pracujących w banku. Dosyć zabawny zresztą.

— Mordowanie ludzi uważa pani za zabawne? — Łypnął na mnie okiem.

— Fakt, że od czasu, gdy pracuję w wydawnictwie, zmieniłam spojrzenie na wiele spraw…

— Od jak dawna jest pani u mnie zatrudniona? — spytał, zasiadając w fotelu.

— Od dwóch lat.

— Proszę usiąść. — Machnął ręką w nieokreślonym kierunku. Pod oknem królowało biurko z obrotowym fotelem, na którym spoczywała dostojna postać prezesa. Po przeciwnej stronie dziwacznie powyginane krzesła przywodziły na myśl narzędzia tortur. W kącie ustawiono dwa klubowe fotele i szklany stolik do kawy. Resztę miejsca zajmowały szafki na dokumenty. Usiadłam na skraju krzesła, obawiając się, że z oparć wysuną się obręcze, unieruchamiając mnie na amen.

— Tylko zmieniłabym okładkę. Ostatnia była w ponurych barwach: szare tło, czarna trumna z wystającą białą ręką. Dałabym coś jaśniejszego — wyjaśniałam, patrząc w skupieniu ponad łysą głową prezesa. — Cmentarz na przykład.

— Cmentarz jest jaśniejszy? — zdziwił się pan Tadeusz. — A poza tym mówiła pani, że akcja toczy się w banku. Wampiry wybudowały bank na cmentarzu.

Rechot zadowolonego z żartu prezesa słyszeli wszyscy pracownicy, otwarta przestrzeń miała ułatwiać krążenie niczym nieograniczonej weny, brak barier zapewniał swobodny przepływ informacji. Dzięki temu każdy wszystko wiedział na każdy temat.

— A to się pośmiałem — skomentował kwaśno prezes, wycierając oczy chusteczką w kratę.

— Paryż został zbudowany na cmentarzu, wiedział pan?

— Zaraz zacznie pani opowiadać horrory i całkiem stracę apetyt. Do rzeczy, pani Kingo, co ma pani dla mnie spod lady? Koniecznie musimy wypuścić hit na rynek, bo w mediach wieje chłodem na nasz temat. Długo nie pociągniemy.

— Mam pierwszy rozdział — zawołałam radośnie.

Prezes spoglądał na mnie załzawionymi oczami buldoga.

— Pani Gieniu — jęknął. — Ma pani ziółka na wątrobę?

Sekretarka pojawiła się niemal natychmiast.

— Mam tylko miętę, ale pójdę do apteki, to blisko.

— To ja skoczę — zaproponowałam żwawo. — Pani Gienia w kapciach nie pójdzie.

Nie czekając na odpowiedź, pobiegłam do mojej części biura po torebkę, a następnie do windy. Na szczęście nie czekałam długo, szef mógłby się rozmyślić i wezwać na dywanik. Dziwne określenie, w biurach rzadko widywałam dywany. Stukając obcasami w grysową posadzkę, doszłam do wyjścia. Obrotowe drzwi wypluły mnie na zewnątrz. Powietrze wibrowało w nagrzanych słońcem ulicach, mijali mnie ludzie w słonecznych okularach podobni do ogromnych much. Podążyłam za nimi jak owca za stadem, przyglądając się mijanym wystawom. Przy Zarze zatrzymałam się na chwilę, podziwiając nową kolekcję. Pomyślałam, że przydałby mi się czarny płaszcz na zimę. Co prawda sierpień przyniósł nieco słońca, ale chłodne dni mogły nadejść lada chwila. Przeglądając się własnemu odbiciu w szybie, założyłam włosy za ucho, pozwalając promieniom puszczać zajączki z diamentowych kolczyków. Wspomnienie babci spadło na mnie z ogromną siłą.

„Wysoka, bardzo szczupła, brunetka, biała i różowa, miała małą głowę, oczy podłużne jak na emaliach japońskich, wiśniowe usta, śliczne ząbki — figurynka z saskiej porcelany.” Kobieta lubiąca mężczyzn i wystawny tryb życia, ale marząca o miłości. Miłości burzliwej, namiętnej takiej jak w Wichrowych wzgórzach albo Madison County

„Bo są godziny, w których ten rozpoczęty sen snuję do końca; bo są dni, w których jestem zmęczona życiem, jakie wiodę, i roję sobie inne.”

Żyła złudzeniami, mężczyźni kupowali jej ciało, jak kupuje się paczkę cygar, ale ona się nie skarżyła. Jako dziecko nie rozumiałam zawiłości jej egzystencji, nie widziałam nic nadzwyczajnego w fakcie, że w jej domu zawsze kręciły się panie. W każdy niedzielny poranek przychodziły do kuchni zaparzyć kawę, ubrane w lekkie peniuarki, z przyklejonymi do umalowanych na czerwono ust papierosami w długich lufkach. Nazywałam je ciociami. Podrosłam i zrozumiałam, jaki rodzaj praktyk prowadziła, a gdy zadawałam jej pytania o to, jak godziła rzeczywistość z marzeniami, uśmiechała się lekko i mówiła: Lepiej ci poczytam. Balzaka, Zolę, Dumasa czytała w oryginale, jej miękki głos unosił się i opadał w rytm słów łączących się w zdania i akapity. Muzyka opowieści i tajemniczy język często mnie usypiały, i tak spałam kołysana historiami o życiu w dziewiętnastowiecznej Francji. Opowieści wplatały się w marzenia senne i utrwalały w postaci wspomnień, sama nie wiedziałam, gdzie kończyła się fikcja, a zaczynała rzeczywistość.

Odkleiłam się od wystawy.

Koło Empiku obejrzałam nowe pozycje wydawnicze, przyjrzałam się krzykliwym okładkom, oceniłam zainteresowanie czytelników tematyką powieści, zanotowałam kilka złotych myśli w notesie i oddałam się rozmyślaniom o płaszczu. O eleganckiej czerni podkreślającej moją bladą cerę, którą złośliwi nazywają trupią. Każdy chciałby mieć porcelanową karnację, myślałam, wchodząc do apteki.

— Dzień dobry, czy dostanę coś na wątrobę?

Farmaceutka z zawodowym uśmiechem na nienagannie umalowanej twarzy spojrzała na mnie bez specjalnego zainteresowania. Przeglądała katalog z zagranicznymi wycieczkami. Z mojego miejsca zza okienka widziałam pióropusze palm na tle niebieskiego nieba i szmaragdową ton morza liżącego biały piasek…

— Owszem, mamy — powiedziała w zamyśleniu. — Dzisiaj jest specjalna promocja na produkty na porost włosów, do dwóch opakowań, trzecie gratis.

Kobieta ożywiła się, proponując mi zakup.

— Ale ja chciałam…

— Tylko dzisiaj — kusiła.

— To poproszę.

Przyglądałam się, jak z rozmarzonym uśmiechem wkłada trzy opakowania do papierowej torby. Możliwe, że pomogłam jej wyjechać do egzotycznych krajów.

Rozdział 2

Drzwi zamknęły się samoczynnie, gdy weszła z ulicy do przesiąkniętego zapachem moczu holu. Wejście od strony podwórka, stale otwarte, pozwalało okolicznym pijakom na załatwianie potrzeb fizjologicznych w zaciszu czterech ścian. Największą zaletą małego mieszkania wynajmowanego na drugim piętrze kamienicy był niski czynsz. Życie z jednej pensji nie pozwalało na wyrzucanie pieniędzy.

Zuzanna była zmarznięta po spacerze ulicami miasta i marzyła, aby jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu. Wchodząc po skrzypiących schodach, spoglądała przez zakurzone okna na podwórze, o tej porze roku opustoszałe i ciche. Późna jesień odstraszała mieszkańców zimnym deszczem i przymrozkami. Inaczej wyglądało to latem — przez szyby przenikał krzyk dzieci grających w gumę lub klasy. Kobiety przeganiały je z trzepaków, aby odświeżyć dywany, a gdy kończyły, dzieciaki, jak wróble, wracały do akrobatycznych wyczynów. Właśnie na tym podwórku Zuzanna i Karolina spędziły dzieciństwo.

Zamyślona, omal nie zderzyła się ze schodzącą kobietą.

— O, Zuzia, witaj.

Zuzanna nie lubiła tego zdrobnienia, kojarzyło się z piosenką Natalii Kukulskiej „Zuzia, lalka nieduża, a na dodatek cała ze szmatek”. Czy Zuzia może być atrakcyjna i seksowna?

Wolała Zuza, ale pani Nowakowa nazywała ją tak specjalnie, na złość.

— Dzień dobry, pani Nowakowa — odpowiedziała zaskoczona Zuzanna.

Szukała sposobu na uniknięcie rozmowy, jednak Nowakowa swoją potężną sylwetką w pachnącym naftaliną płaszczu z norek, zagrodziła przejście między ścianą a barierką. Nowakowa wzbudzała w niej lęk — tym bardziej teraz, gdy uśmiechała się do niej drapieżnie.

— Wracasz z miasta?

Zuzanna zastanowiła się, czy pod tym niewinnym pytaniem kryje się niebezpieczeństwo. Wymijająca odpowiedź nie wchodziła w grę. Pani Nowakowa, jeżeli nie dostała wyczerpujących informacji, rozsiewała wymyślone przez siebie plotki.

— Tak, poszłam do pośredniaka.

— Pracy szukasz. — To było raczej stwierdzenie niż pytanie. — Kobieta powinna mieć konkretny zawód. — Nowakowa nie dała Zuzannie dojść do głosu. — Krawcowa na przykład, to jest zawód dla kobiety. Ja moje córki do zawodówek posłałam i teraz mi za to dziękują. Pracę mają, mężów, dzieci. Na wakacje nad morze jeżdżą. A ty co? Ani pracy, ani męża, ani dzieci. To po co ci te studia były? A ten niby kolega to przychodzi do ciebie? Dawno go nie widziałam.

— Do Stanów wyjechał… — Zuzanna próbowała ukryć zmieszanie.

— Listonosz coś listów nie przynosi.

Sąsiadka złośliwie zmrużyła oczy.

— Pani Nowakowa, mam jeszcze coś do załatwienia. Do widzenia.

Zuzanna przecisnęła się między sąsiadką a barierką. Weszła na drugie piętro. Wkładając klucz do zamka, słyszała gderanie sąsiadki. Zamek zazgrzytał i drzwi stanęły otworem. Z ulgą weszła do mieszkania, gdzie panowało przyjemne ciepło, a w powietrzu unosił się zapach kawy. Wyglądało na to, że mieszkańcy byli w domu.

Zdjęła buty, a nogi wsunęła w ciepłe kapcie. Płaszcz powiesiła we wnękowej szafie w korytarzu. Niewielką przestrzeń zajmowała szafka na buty, na której stały podstawka od telefonu i czarna torebka mamy. Nad szafką wisiało lustro w ozdobnej, metalowej ramie, z dwóch stron oświetlone małymi lampkami, których żarówki przypominały płomień świecy. Z jednej strony korytarza znajdowało się wejście do kuchni a z drugiej drzwi prowadzące do jedynego pokoju, podzielonego przesuwaną ścianą na dwie części. Na końcu korytarza było pomieszczenie z kabiną prysznicową i toaletą. Weszła do łazienki umyć ręce i przyjrzała się sobie w lustrze. Ciemne włosy okalały pociągłą twarz z dużymi, prawie czarnymi oczami. Za ładnie wyciętymi ustami ukrywały się równe i białe zęby. Należała do tej grupy kobiet, które nigdy nie znajdą się na okładkach magazynów, ale promienieją wewnętrznym pięknem. Jedynie ona sama nie była tego świadoma. Wychodząc z łazienki, zawołała:

— Hej, to ja. Nie uwierzycie, kogo spotkałam na schodach, panią Nowakową.

Z kuchni wyszła Karolina z parującym kubkiem w ręku. Wyższa i szczuplejsza od siostry, włosy związywała w koński ogon, z którego wymykały się niesforne kosmyki. Miały taki sam kolor włosów i oczu, poza tym różniły się pod każdym względem. Karola, żywa i pełna energii, nie potrafiła ustać w miejscu, jedynie gdy malowała, poświęcała się całkowicie pracy. O cztery lata młodsza, studiowała na Akademii Sztuk Pięknych.

— Hej, nie zazdroszczę. Następnym razem, gdy ją spotkasz, krzycz, że się pali, może ktoś wyjdzie ci na ratunek. Chcesz kawy?

— Zawsze. Dlaczego na zewnątrz jest tak zimno? — zapytała, naciągając rękawy na zmarznięte dłonie.

— Tobie zawsze jest zimno — oświadczyła Karolina, wchodząc do kuchni. Przeszła przez pomieszczenie i stanęła między blatem a oknem. Biała firanka zawieszona w połowie chroniła przed wścibskimi spojrzeniami, ale pozwalała na spoglądanie w niebo, po którym wiatr przeganiał chmury. Karolina postawiła kubek miedzy niebieskimi doniczkami z fiołkami alpejskimi.

— Też prawda. Nie mogłabym mieszkać na Alasce.

Zuzanna weszła do kuchni za siostrą.

— Na Alasce może nie, ale we Francji, na przykład?

Karolina uśmiechnęła się tajemniczo.

— Dlaczego we Francji?

— Zapomniałam ci powiedzieć, przyszedł list od Józefiny. Leży w przedpokoju — wtrąciła mama.

Rozdział 3

Wracając do wydawnictwa postanowiłam złożyć wizytę Zuzannie Kosińskiej. Z nadzieją, że zastanę ją w domu, nacisnęłam przycisk dzwonka. W domofonie rozległy się trzaski i kobiecy głos zapytał:

— Tak?

— Ja do pani Zuzanny Kosińskiej.

Usłyszałam brzęczenie i zamek odskoczył. Weszłam do bramy i ogarnęło mnie uczucie, że już tu kiedyś byłam.

Stanęłam przed drzwiami mieszkania oznaczonego cyfrą siedem i zapukałam. Zazgrzytał zamek. Karolina, siostra Zuzanny, spoglądała na mnie z ciekawością, jej koński ogon bujał koło twarzy. W powietrzu unosił się zapach kawy.

— Pani Alias?

No tak, tego nazwiska nie można zapomnieć; widziała mnie raz, gdy przyszła z Zuzanną do wydawnictwa. Jeszcze w czasie kiedy pracowałyśmy nad pierwszą powieścią Zuzanny — Wojenny quickstep.

— Chciałabym zobaczyć się z pani siostrą.

— Ale…

Przysunęłam się bliżej i ściszyłam glos.

— Nowakowa może nas usłyszeć.

Odsunęła się, aby zrobić przejście, a ja natychmiast poczułam się, jakbym znała to miejsce od dawna. Szafka, lustro, nawet lampki były dokładnie takie jak opisywała Zuzanna.

Czułam się jak bohaterka powieści Pani Bovary Flauberta. Żyję z książek, a one odegrały wielką rolę w życiu Emmy.

„ — Bo czy może być coś milszego nad wieczór spędzony z książką przy ciepłym kominku, gdy wiatr bije w szyby, lampa płonie…

— Nieprawdaż? — podchwyciła, wbijając weń wielkie, czarne, szeroko otwarte oczy. — Zapominamy o wszystkim — ciągnął — i godziny mijają. Bez ruchu wędrujemy wśród pejzaży, które wydają się rzeczywiste; myśl, splatając się z opowieścią, igra szczegółami lub śledzi tok przygód. Jednoczy się z myślą bohaterów, a pod ich strojem jakby biło nasze serce.”

— Napije się pani kawy? — zaproponowała Karolina, spoglądając na mnie wielkimi, czarnymi oczami.

— Chętnie.

Nie byłam dependentem u notariusza i nie miałam zamiaru nikogo uwodzić, ale potrzebowałam czasu, aby wydobyć maszynopis i ze spokojnym sumieniem wrócić do biura.

Karolina wprowadziła mnie do kuchni. Usiadłam na krześle i rozejrzałam się dookoła, kuchnia wyglądała dokładnie jak w powieści.

— Chciałam porozmawiać z pani siostrą — zaczęłam, gdy postawiła przede mną kubek parującej kawy i talerzyk z piernikiem. — Jej powieść bardzo interesuje wydawnictwo, dlatego przyszłam zapytać, czy mogłaby kontynuować pisanie.

Jej powieść interesuje przede wszystkim mnie, wgryzłam się i chciałabym znać ciąg dalszy, myślałam, patrząc w ciemne oczy rozmówczyni. Widocznie moje spojrzenie wyrażało szczerość i przekonanie o prawdziwym zainteresowaniu dziełem, gdyż Karolina powiedziała:

— Powiem jej, żeby do nas zajrzała.

Gdy wyszła z kuchni, sięgnęłam do torebki po telefon sprawdzić wiadomości. Może ktoś w biurze niepokoił się moją nieobecnością? Na ekranie wyświetliło się jedno nieodebrane połączenie, ale numer był mi całkowicie obcy.

Ugryzłam kęs piernika i poczułam smak dzieciństwa. Pulchne ciasto rozpływało się w ustach, a ja przeniosłam się do domku babci, w lesie. Gdy jako mała dziewczynka przyjeżdżałam do parku Szczytnickiego, wszystko dookoła wydawało się większe niż w rzeczywistości. Park stawał się lasem, a domek babci piernikową chatką. Babcia była specjalistką od pierników. W niedziele, w dniu wyznaczonym przez sędziego rodzinnego jako dzień odwiedzin, mogłam opuścić ośrodek opieki na ulicy Borowskiej i trzymając babcię za rękę, jechać w stronę ZOO. Przez okna tramwaju oglądałam pasące się zwierzęta, rozpoznawałam wielbłądy, znałam je z obrazków w książkach, ale inne były mi całkowicie nieznane. Wielkie, włochate stworzenia z rogami. Fascynowały mnie i przerażały. Wyobrażałam sobie, że tratują ogrodzenie i uciekają z ZOO, siejąc postrach na ulicach Wrocławia. Opowiadałam o tym babci, a ona się śmiała i mówiła, że mam bujną wyobraźnię. Szłyśmy przez park, rozmawiając o tygodniu spędzonym w szkole, o koleżankach, zwłaszcza o Eli, z którą wymieniłyśmy się bransoletkami przyjaźni; Ela miała długie rude warkocze i przypominała Anię z Zielonego Wzgórza, może dlatego byłam taka dumna, że wybrała mnie na przyjaciółkę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 36.82