E-book
5.46
drukowana A5
23.01
Tajemnica Evana

Bezpłatny fragment - Tajemnica Evana


Objętość:
155 str.
ISBN:
978-83-8126-954-4
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 23.01

Rozdział 1

Czy zastanawialiście się kiedyś czym tak naprawdę w życiu są pieniądze, sława i uroda? Czy warto cokolwiek poświęcać, żeby zdobyć dla większości z nas te nieuchwytne marzenia, które dają poczucie pozornego szczęścia... Hm, „szczęście” co właściwie oznacza to słowo na tle realnej rzeczywistości z którą każdy, kto ma szansę przyjść na ten świat, musi się zmierzyć. Są osoby, które uważają że szczęście tkwi tylko w jednej marnej studolarówce, za którą gonią przez całe swe na pozór błyskotliwe życie, nim zdążą mrugnąć choćby jednym okiem, przychodzi nieunikniony koniec i zajeżdżają czarnym powozem, parkując na jednej wyznaczonej specjalnie dla ów szczęściarzy, ulicy wiecznej. Są też tacy którzy żyją zupełną odwrotnością do świata, łamiąc wszelkie zasady moralności i uczciwości, zalewając każdego dnia swe usta mocnym trunkiem, być może robią to z samotności... jednak większość po prostu wybiera ten kierunek wiatru pomimo tego, iż szansa pomyślności była bardzo widoczna, często kosztem swej rodziny... i to właśnie jest najgorsze, oślepienie bez granic. Jednak są też tacy, którzy pomimo stanu majątkowego ujmijmy to kiepskiego, wcale nie pragną dążenia do perfekcji w postaci materialnej, pomimo gonitwy szczurów tuż obok, potrafią być szczęśliwi bez trapiących nałogów,  mimo ciągłego pilnowania swego ubogiego, domowego sejfu przed rozrzutną żoną. Ja na szczęście należę do tej ostatniej kategorii w której moralność stoi na równi razem z inteligencją... pewnie się przechwalam, lecz od zawsze miałem dar odróżniania dobra od zła, być może właśnie dlatego to ja zostałem wyznaczony do tego, aby otworzyć oczy pewnej niesfornej niewieście, która zagubiła się po między gąszczem swych marzeń a prawdziwymi wartościami, ale o tym za chwilę. Jakie jest moje przeznaczenie i gdzie się teraz znajduję...? Tego na razie nie mogę wam zdradzić... spokojnie, poznając moją historię, wszystko stanie się jasne, zrozumiecie co mam wam do przekazania. Słuchając mojej opowieści, każdy z was zadecyduje jaką droga podążyć. Może jednak zacznijmy od tego że dane mi było przyjść na świat pewnego zimowego wieczoru 1990 roku w jednym z miejskich szpitali w Houston. Teraz przekroczyłem już siedem wiosen, wzrost mój był raczej odpowiedni dla mojego wieku,  moje włosy były proste i krótko przystrzyżone, ich blond kolor prawie zlewał się z moją białą jak śnieg cerą, oprócz tego miałem kilka piegów na twarzy, mały nos i jasne zielone oczy, nic szczególnego, prawda...? Aha , jeszcze moje chude, pałąkowate nogi... wszyscy mówili mi że w przyszłości będę wysokim człowiekiem ale ja miałem co do tego wątpliwości... od zawsze martwiono się także tym, że byłem zbyt chudy, wręcz patykowaty, jednak teraz już nie muszę się tym przejmować. Również jednym z moich defektów było to, że nie miałem lewej dłoni, taki się urodziłem i jako bohater dający przykład innym, musiałem to zaakceptować. Jednak spośród moich rówieśników bardziej wyróżniało mnie niechodzenie do szkoły, wiadomo że można tam było spotkać mnóstwo przyjaciół, jednak nie czułem się przez to bardziej samotny, to był mój wybór. Po prostu sytuacji jaka zaistniała w moim małym świecie, stanowczo się sprzeciwiłem, sądziłem że to tylko strata czasu, dorośli którzy się mną opiekowali, dobrze wiedzieli że przy moim uporze nic by nie wskórali, więc nawet nie zaczynali dyskusji, poza tym, znając moją sytuację, po cichu przyznali mi rację. Jednak są rzeczy, których teraz się wstydzę, otóż jako dziecko byłem strasznie kapryśny, wstydliwy i co najgorsze panicznie bałem się pająków... rozumiecie..? Pająków... ja, który od zawsze chciałem ratować świat przed okrutnymi złoczyńcami, bałem się tych malutkich robaczków. Los musiał wobec mnie być wyjątkowo złośliwy przyszywając do mnie te cechę, do mojego bohatera zupełnie ona nie pasowała, jednak byłem tylko dzieckiem i liczyłem że z tego wyrosnę... co także było wątpliwe, w moim przypadku wręcz pewne... ale już dosyć o mnie, moja historia jest dosyć długa więc opowiedzenie jej całej szybkością błyskawicy nie miało by sensu, ponieważ mogli byście stracić jakiś wątek z mego życia. Więc co ja chciałem powiedzieć... tak... chciałem wam przedstawić kogoś jeszcze... jak wspomniałem już wcześniej, przyszedłem na ten świat aby łapać złoczyńców i ogólnie chyba zaistnieć jako bohater... tak sądzę, dlatego właśnie jednym z moich trochę mniejszych zadań było pomóc Emmie. Pytacie kim ona była...?   Sam niewiele o niej wiedziałem, jednak pewnego wiosennego dnia około godziny czternastej dwadzieścia na jednym z zatłoczonych parkingów Houston, miałem okazję ją poznać. Trochę się obawiałem czy będzie ona wyglądać tak samo jak na zdjęciu, które posiadałem w ukrytej kieszeni mojego stroju. Wszak o pomyłkę nie trudno, a ja jednak nie chciałem zrobić z siebie błazna już na wstępie. Trochę się też denerwowałem, ponieważ nie wiedziałem jak Emma Murray zareaguje na naszą znajomość. Nieoficjalnie mówiąc, była to dla mnie po prostu obca kobieta, która nie spodziewała się mnie poznać. Czekając na nią układałem w swej głowie przemowę, jaką miałem jej zafundować na wstępie naszego spotkania, szukałem słów, które mogły by być chociaż odrobinę logiczne, jednak zdenerwowanie coraz bardziej brało nade mną górę, wszystko przez to że byłem nieśmiałym chłopcem, w dodatku z jedną dłonią. Przez chwilę zastanowiłem się nad tym czy aby na pewno to ja miałem ratować świat...? Być może zaszła jakaś pomyłka? Jednak po kilku minutach moje niespokojne  myśli wreszcie ustąpiły ponieważ z dużego szarego budynku wyszła elegancka kobieta o przefarbowanych na czerwono, kręconych włosach. Dla pewności wyciągnąłem małe zdjęcie z mojej kieszeni aby się upewnić czy to na pewno ona... tak... to ona, była niska i nieco przy tuszy, co w jej zawodzie było dosyć nietypowe, wyglądała na około dwadzieścia osiem lat, lecz z daleka jej twarz była dosyć niewyraźna, jednak od razu dostrzegłem, że to kobieta dystyngowana i z klasą. Ubrana była w szary, wiosenny płaszczyk i niebieską spódnice sięgającą przed kolana, do tego na jej  nogach połyskiwały ciemne granatowe szpilki od których odbijało się słońce. Jej długie włosy falowały od powiewu lekkiego zefirku. Gdy dotarła do swego białego porsche w wersji bez dachu, usiadła za kierownicą a kwiatowy zapach jej perfum wypełnił powietrze. Teraz wreszcie mogłem przyjrzeć się jej dokładniej, nos miała zadarty a cała twarz jej była szczupła i bardzo fotogeniczna, co zresztą było zrozumiałe, zauważyłem że miała szare i bardzo wyraźne oczy, zupełnie takie jak... Już wiedziałem że to był dobry wybór.

Sięgając do swej grafitowej torebki leżącej obok, wyciągnęła złoty błyszczyk, chcąc pomalować swe duże rumiane usta , jednak gdy  spojrzała w górne lustro auta,  odwróciła głowę w stronę tylnego fotelu na którym siedziałem właśnie ja... mały, siedmioletni chłopiec w czerwono niebieskim, trochę poszarpanym przebraniu supermena.

Rozdział 2

Spojrzała na mnie tak obco, chyba była zaskoczona moim widokiem... co wcale nie powinno mnie dziwić, spodziewałem się tego, że przy naszym pierwszym spotkaniu od razu nie wpadniemy sobie w ramiona, lecz według mnie i tak przywitanie takim zimnym wzrokiem wydało mi się nieco chłodne. Trochę się obawiałem, że ona mogłaby by nie zaakceptować mnie, jako swego obrońcy w wersji bez dłoni, dlatego dyskretnie schowałem swój mały kikut za plecy. Kiedy już myślałem że ta chwila ciszy między nami będzie trwać wiecznie, ona ku mojej uldze wreszcie postanowiła przemówić.

— Cześć mały supermenie… widzę że pomyliłeś auta — uśmiechnęła się dosyć przyjemnie, wywnioskowałem z tego, że jednak była nastawiona przyjaźnie, pomyślałem także, że skoro miała dobry humor, na pewno łatwiej mi będzie nawiązać z nią kontakt.

— Zgubiłeś się? Gdzie są twoi rodzice? — zapytała ponownie. Jednak ja nie wiedziałem co powiedzieć, jak miałem jej wyjaśnić że zostałem zesłany na ziemię aby jej pomóc…? Po chwili kolejnej niezręcznej ciszy, wzruszyłem tylko ramionami i chyba nawet głupio się uśmiechnąłem, w końcu nie codziennie spotyka się supermena, w dodatku tak nietypowego jak ja. W tej chwili Clark Kent raczej nie byłby ze mnie dumny.

— Dlaczego nie odpowiadasz?

— Mam… mam misję aby cię uratować — wypaliłem bezmyślnie, przez co chyba od razu zdradziłem swoje plany, a przecież w obawie o jej bezpieczeństwo, miałem być tajemniczy i nieuchwytny. Myślałem, że będzie zaskoczona, jednak ona ponownie spojrzała na mnie trochę dziwnie a nawet krzywo i natychmiast zaczęła się śmiać. Wtedy nie pojąłem co ją tak rozbawiło, jednak chichotała ze mnie dobre kilka minut, co nawet wprowadziło mnie w lekkie zdenerwowanie. W końcu miałem być jej obrońcą…! Gdy wreszcie się uspokoiła, postanowiła przedstawić mi swoje racje dla których obroni się sama. Były one dość krótkie i zwięzłe.

— Posłuchaj mały, jestem wystarczająco dorosła aby samemu zadbać o siebie, nie żebym cię wyganiała, ale tak się składa, że miałam dziś ciężki dzień w pracy, jestem zła i głodna, więc będziesz musiał wysiąść z mojego samochodu, ponieważ chcę jechać do domu aby odpocząć — oznajmiła i sama opuszczając auto przeszła do tyłu, delikatnie chwyciła mnie za lewą rękę, akurat tę, którą tak skrzętnie ukrywałem, gdy zauważyła że brakowało mi prawej dłoni, nawet wyczułem w jej wzroku litość, jednak jak twierdziła, musiała być wyjątkowo zmęczona po pracy skoro na razie odmówiła mego towarzystwa.

— Mały bohaterze, nie patrz tak na mnie, bardzo ci współczuję, jednak sam rozumiesz, że najlepiej będzie jeżeli wrócisz do domu, twoja rodzina na pewno cię szuka, także miło mi było cię poznać — odparła zostawiwszy mnie samego na parkingu, ponownie usiadła za kierownicą i odjechała w swoim kierunku. Czy było mi głupio tak stać pomiędzy gapiącymi się na mnie ludźmi? Otóż nie, oni nigdy nie widzieli supermena, czemu nie można było się dziwić, bo i gdzie mieli by go niby spotkać…? Ja postanowiłem się jednak nie poddawać, wręcz upór to jedna z cech należąca do takiego bohatera jak ja.

Rozdział 3

Mieszkanie Emmy Murray znajdowało się na drugim piętrze, po prawej stronie od wąskiej klatki schodowej, w typowym czteropoziomowym miejskim bloku, na ulicy Brookside. Jak znalazłem się pod drzwiami jej domu jeszcze tego samego dnia? To na razie moja jedna z wielu małych tajemnic. W każdym bądź razie po usilnych staraniach w końcu nacisnąłem domofon, który był umieszczony dosyć wysoko na ciemno zielonej ścianie, miałem trochę problem aby go dosięgnąć ale i z tym sobie poradziłem, stając na czubkach swych palców. Gdy odczekałem jeszcze kilka kolejnych minut, ze środka mieszkania usłyszałem powolne krzątanie i coś w stylu „O matko... kto znów przyszedł ”. Zdałem sobie wtedy sprawę, że chyba przybyłem nie  w porę, jednak z tak pilną misją nie mogłem dłużej czekać. Kiedy drzwi wreszcie się przede mną otworzyły, ujrzałem w nich Emmę w szlafroku i z mokrymi rozczochranymi włosami, które teraz oddawały jeszcze bardziej swój czerwony blask. Ona właśnie zdążyła wziąć prysznic, czyli znaczyło to, że po solidnej kąpieli była bardziej rozluźniona i gotowa mnie wysłuchać... chyba... gdy tylko wypatrując wzrokiem gościa spojrzała przed siebie a potem trochę w dół, znów zobaczyła swego rycerza...! Co prawda ledwo zauważalnego z jej punku widzenia. Ja jednak zwykłem powtarzać że siła tkwi w duchu, nie w ciele, mimo to przy drugim naszym spotkaniu znów zrobiłem z siebie kompletną ofiarę, ponownie zapominając języka, nie dziwcie się, konwersacja nie była moją mocną stroną, dlatego jedyne co przyszło mi wtedy do głowy w odpowiedzi na szare wyraziste oczy, które ponownie mi się przypatrywały, oczekując na jakiś gest z mojej strony, było po raz kolejny wprost, przedstawienie powodu dlaczego znów się spotkaliśmy, jednak to chyba nie był dobry pomysł ani początek, ponieważ zdążyłem jej tylko powiedzieć że  przybyłem ją... ach... uratować... niech to licho, usłyszałem tylko jej ciężkie westchnienie i znów z odległości centymetra zobaczyłem przed mym nosem zatrzaśnięte drzwi. Ona chyba naprawdę tego dnia nie była  w nastroju mnie wysłuchać. Cóż... pozostało mi tylko usiąść pod ścianą, podeprzeć łokciami brodę i czekać na odpowiedni moment, kiedy to wreszcie będę mógł przedstawić swoje racje. Na klatce schodowej spędziłem chyba mniej więcej dwie godziny, szczerze mówiąc potwornie mi się nudziło, było już późne popołudnie, więc nie widziałem powodu dla którego miał bym tu tkwić aż do skończenia świata, po za tym jakiś starszy mężczyzna, który akurat wyszedł aby wynieść śmieci,  głupio mi się przyglądał, nawet spytał dlaczego tak siedziałem samotnie i czy może coś mi się stało? Ja jednak jak to miałem w zwyczaju, tylko wzruszyłem ramionami. W końcu, kiedy miałem już dość czekania, postanowiłem sam wejść do środka, nie słyszałem żeby drzwi od wewnątrz były zamykane kluczykiem, dlatego też wiedziałem że będą otwarte. Kiedy delikatnie nacisnąłem klamkę, z gracją myszy wszedłem do mieszkania, jeszcze chwilę na niej wisiałem cmokając ustami, za nim zamknąłem za sobą drzwi, chciałem dokładnie rozejrzeć się po wnętrzu, które jak na moje bystre oko było ładnie urządzone. Korytarz posiadał brązową, solidnie wylakierowaną podłogę z desek, na których jednocześnie odbijała się wszechobecna biel ścian z kilkoma powieszonymi  fotografiami jakiegoś młodego mężczyzny, paroma pejzażami i słynnym zdjęciem Marilyn Monroe. Wywnioskowałem z tego, że Emma chyba lubiła fotografować a Marilyn pewnie była jej idolką. Obok tych widoków po prawej stronie stała mała rustykalna półka z czterema zakręcanymi nogami, była na niej  różowa lampa, jak dla mnie był to dosyć nietypowy gust, jednak lampa ta wprowadzała domowe ciepło, zaś gdy spojrzałem w lewo, miałem przed sobą dużą białą co mnie już nie dziwiło, ozdabianą szafę z regałami, na których poustawiana była duża ilość najróżniejszych książek i płyt. Kobieta, którą wybrałem na... widać było że miała wiele zainteresowań i pasji, co mi się bardzo podobało. Obok szafy stał  niebieski fotel w pomarańczowe paski, wyglądał na bardzo wygodny, jednak ja nie miałem czasu na nim przysiąść ponieważ gdy wszedłem dalej, wyłoniła się przede mną  kuchnia urządzona na błękit, połączona była z salonem, te dwa miejsca oddzielone zostały małym brązowym barkiem, który w Houston był bardzo modny. Gdy rozejrzałem się po salonie, na tym razem kremowej ścianie zobaczyłem portret Emmy i mężczyzny, tego samego, którego zauważyłem tuż przy wejściu. Tym razem portret ten był znacznie większy, a ona wyglądała na nim na bardzo szczęśliwą, wtulając się w tego kogoś mi jeszcze nie znanego.

Kiedy ponownie zrobiłem kolejny krok, spojrzałem na duży niewyłączony telewizor, na jednym z kanałów właśnie emitowali reportaż o wychudzonych modelkach, co mnie znów nie zdziwiło, ponieważ to właśnie była branża Emmy   śpiącej na kanapie, która kolorem przypominała fotel przy wejściu, zauważyłem że obok na szklanej ławie leżało kilka niedojedzonych liści sałaty i mała połowa marchewki. Pomyślałem wtedy, że po takim obiedzie, każdy miał by prawo być zmęczonym. Czy ja mieszkając tutaj także będę dostawał takie posiłki? Trochę mnie to zmartwiło, ponieważ byłem wiecznym głodomorem, wszak dobry bohater to najedzony bohater. Szczerze mówiąc na myśl o takich głodówkach zacząłem nieco żałować mojego wyboru, jednak odsunąłem na bok myśli o jedzeniu i postanowiłem usiąść na  kwadratowej pufie tuż przy łóżku Emmy. Chciałem zaczekać aż się obudzi.

Rozdział 4

Jej krótkie rzęsy unosiły się delikatnie od  pochłaniającego ją snu. Spoczywała na kanapie nie wiedząc, że ktoś  ją obserwował, cichutko będąc obok. Pamiętam że czekałem wtedy dokładnie 47 minut na to aż wreszcie się obudzi, wiem to ponieważ na ścianie przede mną wisiał duży zegar w kształcie kremowej filiżanki, długie tykające wskazówki dudniły mi w głowie niczym młot, w mieszkaniu było tak cicho i spokojnie, że aż nazbyt nudno. Gdy tak stukałem stopami o pufę i ziewałem od czasu do czasu, coś chlupnęło w małym pokoiku obok, dlatego zeskoczyłem z miejsca na którym siedziałem i z ciekawości zajrzałem. Oprócz tylko jednego łóżka, które się tam znajdowało, było tam również dosyć spore akwarium w którym pływały najróżniejsze i najbardziej kolorowe rybki jakie kiedykolwiek widziałem, jedna po drugiej podpływały do mojej twarzy, którą przyłożyłem do szyby, byłem pewien, że one także nigdy nie widziały supermena... wszystkie były cudne, jedne miały kształt pięknych złotych trenów, inne zaś przypominały czerwone komety pozostawiające za sobą mieniące się barwy, musiałem je wszystkie bardzo zainteresować skoro ciągle mi się przypatrywały, kiedy jednak stuknąłem palcem, wszystkie uciekły, widocznie się przestraszyły... w końcu jednak odsunąłem swój wciśnięty nos od akwarium i znów udałem się do salonu pozostawiając rybkom ślad mojego oddechu na szybie. Była już za kwadrans siedemnasta a ja wciąż miałem niepokojące myśli, że Emma tuż po wybudzeniu od razu wystawi mnie za drzwi. Przecież dała mi do zrozumienia jasno i wyraźnie, że nie potrzebowała nikogo  takiego jak ja, jednak byłem uparty i wciąż wiedziałem swoje. W końcu  po długim czasie oczekiwania i przypatrywania się  różowemu dresowi, który miała na sobie, wziąłem głęboki oddech i zacisnąłem mocno usta aby znów czegoś nie palnąć, Emma powoli otwierała oczy, kiedy zaczęła ocierać je z resztek snu, podniosła głowę i odwróciła ją w moją stronę, to pewne, że znów musiałem głupio wyglądać...

— To znowu ty?! O matko! — przyklapnęła swą rękę do czoła i bezradnie wylądowała głową na poduszce. Chyba mój widok tym razem jej nie zaskoczył. Wręcz przeciwnie, ona już wiedziała, że tak łatwo się mnie nie pozbędzie. Ja byłem jak wiatr, cichy i na pozór niewidoczny, jednak wraz ze sobą wnosiłem świeże powietrze, które tak bardzo było potrzebne do życia zagubionym istotom… to też dlatego postanowiłem tkwić na swoim miejscu wytrwale, aż zostanę wysłuchany.

Emma wyprostowana usiadła na wprost mnie, wcale nie wydawała się zdenerwowana, zorientowałem się, że w tej dziwnej dla niej sytuacji jaka zaistniała, ona postanowiła zachować jednak spokój, mimo że nic jeszcze nie pojmowała, spojrzała na mnie łagodnym i wyrozumiałym wzrokiem, wzdychając ciężko postanowiła wyjaśnić tę nietypową sytuację.

— No dobrze supermenie… widzę, że jesteś strasznie uparty, nie mam pojęcia jak tutaj wszedłeś, być może nawet wleciałeś prze okno… chyba nie pozbędę się ciebie tak szybko więc mów… czego ode mnie chcesz, czekaj…! — uprzedziła moją odpowiedź — tylko nie mów że przybyłeś mnie uratować… wolę usłyszeć coś bardziej sensownego, słucham…

Na tak kulturalną prośbę dowiedzenia się czegokolwiek, nie mogłem tak po prostu  nie odpowiedzieć, dlatego postanowiłem uchylić rąbka swej tajemnicy, więc wreszcie otworzyłem swe zaciśnięte usta i w pewien intrygujący sposób  odpowiedziałem tajemniczo i nieziemsko...

— Pochodzę stamtąd… — wskazałem palcem w górę — czemu Emma chyba znów nie dała wiary bo tym razem machnęła ręką o czoło i oparła się bezwładnie o kanapę.

— Dlaczego mnie to spotyka — wymamrotała sama do siebie i znów się wyprostowała próbując pojąć mój tok myślenia, choć wydawało mi się, że już mi uwierzyła…

— W porządku, myliłam się, być może nie wleciałeś przez okno, ty po prostu jesteś nieco inny, może nawet obłąkany, dlatego skoro nie mogę się z tobą dogadać, to powiedz mi chociaż jak masz na imię, zadzwonię do twoich rodziców, niech po ciebie przyjadą i wreszcie zakończymy tę sprawę.

— Ech… — pacnąłem ręką o nogę zrezygnowany — w tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak po prostu się poddać.

— Mam na imię Evan — odpowiedziałem ze spuszczoną głową

— Evan…? Tak… dalej?

— Evan Zachary McGray

— No, to już coś — uśmiechnęła się — powiedz mi jeszcze gdzie mieszkasz, abym mogła odwieźć cię do domu

— Do domu? No tak… mogłem się spodziewać tego, że wysunie taką propozycję i będzie chciała się mnie pozbyć — ale ja chcę z tobą zostać, mam misję…

— Nie pleć bzdur Evanie — z lekką irytacją wstała i podeszła do kuchennego barku, po chwili ponownie wróciła przynosząc ze sobą małą notesową kartkę i długopis.

— Zauważyłam, że ty chyba nie lubisz mówić zbyt wiele, nie wiem… pewnie się wstydzisz, jednak jeżeli już się odzywasz, to gadasz bezsensu, więc rozumiem, że uzyskanie od ciebie choćby twojego imienia było dla ciebie sporym wysiłkiem ale gdybyś mógł się postarać jeszcze trochę i chociaż na chwilę nie odlatywać… rozumiesz co chcę przez to powiedzieć…? Więc jaki jest adres twojego domu, na pewno rodzice już się martwią bo zniknąłeś bez słowa, no dalej… wyduś z siebie chociaż ulicę, cokolwiek… — burknęła bezradnie.

W tej chwili już myślałem, że będę musiał podać jej swoje dane osobowe, kiedy to wpadł mi do głowy jeszcze jeden pomysł, zatem udałem się na stronę aby zasięgnąć porady, tak konkretnie to mojego taty Richarda...

Emma przez chwilę nic nie mówiła, jednak przypatrywała się temu co właśnie miałem zamiar zrobić i chyba nawet znów zaczęła się odrobinę dziwnie śmiać gdy z kieszeni swojego stroju wyjąłem dużą cegłę, czyli najnowszy model tamtych lat, Sagem mc 815 z którego wyciągnąłem długą na kilkadziesiąt centymetrów antenę i wcisnąłem  klawisz z numerem jeden, wszak supermen także musiał się komunikować w jakiś sposób i posiadać swych doradców.

Kiedy przyłożyłem komórkę do ucha, postanowiłem zaczerpnąć cennej porady taty Richarda, który zawsze znał wyjście z każdej sytuacji, to on był moim drugim idolem do którego zawsze zwracałem się o pomoc.

— Halo tato… — szepnąłem cicho — przepraszam że przerywam ci o tej porze, wiem, że masz teraz inne zajęcia, jednak musisz mi pomóc… ona mi nie uwierzyła… nie wiem co dalej, co teraz robi…? Gapi się na mnie… co mogę zrobić żeby… — i właśnie tego zdania nie zdążyłem dokończyć, ponieważ panna mądralińska przechwyciła moją słuchawkę myśląc, że uda jej się porozmawiać z kimś dorosłym.

— Do diaska! — warknęła — co to za żarty! Dlaczego on się rozłączył? — nie rozumiała że tylko ja byłem uprawniony do rozmów przez ten telefon.

— Nie wiem co tutaj jest grane ale koniec tej dziecinady! — chwyciła mnie za moją jedyną dłoń jaką posiadałem, i sięgnęła po kluczyki od samochodu leżące na komodzie

— Odwiozę cię na policję, tam na pewno wyjaśni się z jakiego domu zwiałeś i coś za jeden — oznajmiła stanowczo, na co ja natychmiast wyrwałem swoją rękę z jej uścisku

— Nie! — Krzyknąłem, być może trochę nawet nie grzecznie — ja chce zostać z tobą…

— Ze mną? Przecież ja nie jestem twoją matką, aby się tobą opiekować, nawet się nie znamy a poza tym to nie logiczne… zjawiasz się nie wiadomo skąd, widzisz mnie pierwszy raz na oczy i chcesz ze mną zostać? Na jakiej podstawie mam się tobą zająć… wiesz co będzie jak twoi rodzice dowiedzą się że tutaj jesteś…? Mogę być oskarżona o porwanie przez twoje dziecinne fanaberie

— Moi rodzice wiedzą o wszystkim

— Jak to wiedzą?

— Ty nie znasz nas ale my znamy ciebie…

— Poważnie? Co to ma być, z archiwum X? A może pracujesz w FBI… tak, jesteś tajnym agentem w przebraniu supermena i uważasz, że trzeba mnie zlikwidować za niedojedzoną marchewkę, iście komiczna sytuacja — roześmiała się

Musiałem szybko coś wymyślić, bo jej wytrzymałość w stosunku do mnie była na skraju wyczerpania

— Chce z tobą zostać, tylko na kilka tygodni, później ktoś po mnie przyjedzie, moi rodzice naprawdę wiedzą o wszystkim

— Ale dlaczego ja… jeżeli twoim rodzicom była potrzebna opiekunka do dziecka mogli załatwić to w bardziej logiczny sposób, kto normalny podrzuca dzieciaka obcej kobiecie…

— Obiecuje że jeżeli pozwolisz mi ze sobą zostać przez te kilka tygodni, będę bardzo grzeczny, milczący i niewidoczny

— Tylko kilka?

— Tak, później więcej mnie nie zobaczysz

— Rodzice po ciebie przyjadą?

— Tak, naprawdę nie będę sprawiał problemów

— Hm… — usiadła ponownie na kanapie i jeszcze raz zmierzyła mnie wzrokiem

— Kto normalny podrzuca dziecko obcej kobiecie… — powtórzyła i pokiwała głową.

Rozdział 5

Wieczór upływał nam w milczeniu. Ona i ja byliśmy jak dwie połówki, wciąż niemogące się ze sobą zgrać. Ona siedziała na kanapie, ja zaś ziewałem w kącie przy komodzie, tak mi było wygodnie. W końcu dałem słowo, że będę milczący i niewidoczny. Teraz czułem się jednak bardzo szczęśliwy, osiągnąłem swój cel, odnalazłem...

— No cóż, skoro masz u mnie mieszkać przez pewien czas, to może zechcesz zjeść kolacje? — zapytała trochę porywczo, przerywając mi moje myśli, na co od razu kiwnąłem głową na tak i razem z nią udałem się do srebrnej lodówki, która po otwarciu jednak nie okazała się tak wypasiona jak myślałem, od razu zachciało mi się płakać na odzew mojego pustego żołądka, aha… jeszcze jedno, byłem strasznym beksą… czego także się wstydziłem, jednak w tej sytuacji postarałem się tego nie okazywać, mojej niczego jeszcze nie wiedzącej…

— Hm, jak widzisz pusta — wzruszyła smutno ramionami i zastanowiła się przez chwilę jak wykombinować moją kolacje.

— Co lubisz jeść? — Spytała

Oczywiście od razu na myśl przyszła mi wielka pizza z podwójnym sercem i pepperoni... jakoś w domu zawsze mi odmawiano tych przyjemności, być może to ze względu na... ach no cóż, w każdym bądź razie natychmiast się uśmiechnąłem na ten pomysł a po chwili Emma już trzymała słuchawkę w ręku, zamawiając dwie wielkie pizze.

Gdy po dwudziestu minutach w drzwiach stanął młody dostawca z dwoma pudełkami w dłoniach, ja już się oblizywałem, w końcu jak już mówiłem nie codziennie mogłem pozwolić sobie na ten rarytas.

Oboje usiedliśmy przy kuchennym stole otwierając jedno z pudełek, zapach od razu rozniósł się po całym domu, a ja w szybkim tempie pochłonąłem dwa kawałki, jednak zorientowałem się że Emma jeszcze nic nie zjadła, nawet nic nie dotknęła...

— Smakuje ci? Bo widzę że chyba tak — spytała z troską o mnie

— Tak, dziękuję jest bardzo dobra, ale dlaczego ty nic nie jesz? Za chwilę wszystko będzie zimne

— Nie jestem głodna, poza tym ja wolę bardziej zdrowe rzeczy, nie lubię fast foodu — odpowiedziała, jednak widziałem, że miała ochotę skosztować choć kawałeczek

— W takim razie dlaczego zamówiłaś aż dwie pizze? Chodź bym nie wiem jak był głodny nie dam rady zjeść wszystkiego sam

— Druga będzie na jutro, przecież muszę cię czymś karmić przez ten czas, który u mnie spędzisz, żeby twoi rodzice kim kolwiek są, nie zarzucili mi później że cię głodziłam — wykręciła się wymigującą odpowiedzią

— Skoro ty nie jesz, ja też wole być głodny — powiedziałem aby ją skłonić do zjedzenia choćby kęsa

— Ale ja naprawdę już jadłam…

— Tę odrobinę marchewki, która leży na stoliku? Nie zdziwię się jeżeli do jutra wyciągniesz nogi

— Marchewki są bardzo pożywne — dodała trochę obrażona.

Odłożyłem na chwilę swój kawałek i ukrajałem dla niej sporą porcję, którą podstawiłem pod jej nos

— Tylko ten kęs, proszę, mimo że jestem łasuchem to jednak nie lubię jeść sam, no… proszę…

Jej nos trochę wykręcał się w drugą stronę, przyciągający zapach nie dał za wygraną, w końcu... skusiła się tylko po to, żeby zrobić mi przyjemność. O dziwo zjadła całą porcję ze smakiem, jednak przy kolejnej jej wyrzuty sumienia dały o sobie znać, dlatego natychmiast udała się do łazienki, kiedy usłyszałem dźwięk oddawanych wymiocin, zrozumiałem że sprawa była o wiele bardziej poważniejsza niż mi się wydawało.

Rozdział 6

Zaistniałą sytuację wolałem na razie przemilczeć, a Emmie dać odpocząć od siebie. Pokój z dużym akwarium stał się chwilowo moją sypialnią, mimo gołych błękitnych ścian i braku mebli było tam całkiem przytulnie. Rybki chyba także były zadowolone z mojego towarzystwa, zresztą... nie wiem, właściwie to nie zwracały na mnie uwagi pływając sobie w te i z powrotem po akwarium jak po bezkresnym oceanie. Emma zdziwiła się trochę, że do snu ułożyłem się nie zdejmując z siebie mojego stroju, powiedziała nawet, że w końcu to ubranie przylepi się do mnie i już nigdy go nie ściągnę, jednak mi właśnie o to chodziło, przyrzekłem sobie, że będę w nim chodził do końca świata jeżeli ów kiedyś nastąpi a mój mundurek wytrzyma tak długo. Poza tym, przecież nie mogłem pokazać się przy Emmie w samej bieliźnie, przecież to dziewczyna...

W końcu kiedy zgasło światło a ja położyłem się do łóżka, niespodziewanie ujrzałem coś pięknego, na suficie w który się zapatrzyłem, były namalowane złote gwiazdy, do tego blask odbijający się od  akwarium wypełniał przestrzeń, zrozumiałem czemu brakowało mebli w tym błękitnym pokoju. To wszystko wypełnione było jakby zapachem morza w którym odbijały się gwiazdy, ta cisza i błękit wokół sprawiły, że tej nocy spało mi się wyjątkowo dobrze.

Rankiem jednak znów powitał mnie dzień, gdy wyjrzałem przez okno, stwierdziłem że było dosyć pogodnie, a na stole w kuchni znów... pizza, jednak po sytuacji jaka miała miejsce poprzedniego wieczoru, nie prosiłem już o towarzystwo przy wspólnym posiłku, postanowiłem znaleźć inną taktykę, więc zacząłem od rozmowy, której ona chyba potrzebowała, w końcu przybyłem żeby jej pomóc... choć jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy.

— Co dzisiaj będziemy robić? — spytałem zaciekawiony

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 23.01