E-book
12.29
drukowana A5
34.43
Sznur

Bezpłatny fragment - Sznur


5
Objętość:
245 str.
ISBN:
978-83-8245-982-1
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 34.43

„Dawne grzechy rzucają długie cienie”.

Agata Christie, Kieszeń pełna żyta

Prolog

Szarość wrześniowego wieczoru ustępowała jedynie przed światłem latarni zlokalizowanej tuż za oknem szpitalnej sali.

— Moja dzielna córeczka — powiedziała koścista brunetka, zamykając w swojej dłoni delikatną rękę. — Za miesiąc, może dwa, nie będziesz o tym pamiętać.

— Nie wierzę w to — odpowiedziała dziewczyna. — To tak nie działa — dodała zbyt poważnie jak na swój wiek, a potem popatrzyła przez okno. Jej niebieskie tęczówki przybrały dziwną barwę. Mieszanina czystego błękitu i szarości nieosiągalna dla żadnego malarza. Przez moment każda rozmyślała o własnych problemach. W końcu mała mrugnęła, spoglądając na matkę.

— Córuś, a może Jack? To taki porządny chłopak. Nie warto pakować się w relację z kimś, kto nie rokuje.

— Chcę tylko jego.

— Za rok będziemy się z tego śmiały. — Brunetka wyszczerzyła równe zęby.

— A może to ja, mamo? Może ja pierwsza wybuchnę śmiechem?

— Tak. Możliwe — zdziwiła się kobieta. Ton dziecka zupełnie nie przypominał tego, który znała.

— Wiesz, czytałam kiedyś fajną książkę. Tam był taki fragment. Nauczyłam się go na pamięć. Mogę?

— Jeśli tylko chcesz…

— Zło jest jak pudełko pralinek. Chcesz poznać każdy smak. Czasem wykrzywisz usta, bo trafisz na te z alkoholem, ale próbujesz dalej. I zanim się obejrzysz, siedzisz w czekoladowym gównie po uszy. Pociąga cię to. W kącikach ust zbierają się resztki grzechów, a ty nie pamiętasz już, co to znaczy być czystym.

— Eee… — To była jedyna reakcja, na jaką było stać kobietę.

— Gdzie jest mój gniew?

— Nie rozumiem?

— Gdzie Hannah? Chcę, żeby o tym wiedziała. Pokaż jej moje ręce. Zrób zdjęcie, a potem wyślij. Suka. — Słowa dziewczyny były coraz bardziej ostre. — Są tacy sami. Gdyby nie ona, dotykałby tylko mnie.

Przymknęła oczy i sięgnęła dłonią pod szpitalną kołdrę. Po chwili dodała:

— Widziałam ich. Widziałam, jak się całowali na tamtym wraku. Powiedział mi, że prędzej umrze, niż będzie z kimś takim jak ja. Co to znaczy „kimś takim”? ! — wybuchnęła.

— Cii… — Matka znów chwyciła córkę za rękę. — Za miesiąc…

— To boli — przerwała jej, a później zacisnęła mocno uda. Drugą ręką wciąż masowała się po kroczu. Minęło kilka chwil wypełnionych ciszą i brzdąkaniem zegara, zanim salę wypełnił jęk.

Na twarzy brunetki pojawił się grymas bólu, jakby chciała przejąć całe cierpienie dziecka. Pulchniutka pacjentka nie doświadczała jednak kolejnych męczarni związanych z tkliwością nadgarstka. To było spełnienie. Ciepło przyjemnie rozlało się po jej podbrzuszu.

Wizualizowała w głowie tylko jedno. Finał szekspirowskiego dramatu. Krew. Trochę bólu.

— Wiesz, mamo, chciałabym kiedyś zobaczyć, jak umiera człowiek — odezwała się wreszcie.

Kobieta gwałtownie podskoczyła. Odchyliła się na krześle, a różowy, pękaty kubek w kształcie serca spadł na podłogę. Szpitalny kompot popłynął wzdłuż zimnych, przesiąkniętych zapachem lizolu płytek.

To był początek.

1. Penny

Kiedy masz więcej niż czterdzieści lat i odbierasz telefon dzwoniący gdzieś nad ranem, domyślasz się, że to nie będzie dobra wiadomość. Tym razem dźwięk komórki rozległ się o wpół do szóstej. Padał deszcz ze śniegiem, a ulicę pokrywała lepka breja. Jesienna szarówka rozkrzewiła się na dobre, biorąc w objęcia śpiące Deadwood.

Logan Harris leniwie sięgnął po słuchawkę, ale gdy tylko usłyszał piskliwy głos Kurta Sandlera, szerzej otworzył oczy i spróbował się podźwignąć. Właśnie wtedy dopadł go mocny skurcz. Detektyw wstał i napiął obolały mięsień. Stłumił krzyk, choć ból był silny.

— Ktoś zabił starą Penny. — Jego rozmówca był podekscytowany. — Musisz to zobaczyć.

— Co konkretnie? — jęknął, masując intensywnie łydkę.

— Powiesił ją, a wcześniej zatłukł. Chociaż wersje są różne. Frank nadal rzęzi, ale jest w podobnej sytuacji. Właściwie to… — Policjant przez moment się zawahał. — Sprawcą mógłby być on. Wygląda, jakby próbował wskoczyć za żoną do piekiełka, ale nie wystarczyło mu odwagi.

Logan znów chciał powtórzyć pytanie, ale tym razem się powstrzymał. Wykalkulował, że policjant jest niezdrowo przejęty widokiem ciała i jeśli dalej będą kontynuować wizualizację na odległość, przyjdzie mu do głowy coś idiotycznego. Tak zazwyczaj bywało. Spojrzał na śpiącą obok Chloe, której nawet dźwięk telefonu nie zdołał obudzić, i wyszedł z sypialni.

— Kurt?

— Taa?

— Nie dotykaj Franka. Będę tam niedługo.

— Ale…

— Po prostu go, kurwa, zostaw — zawyrokował, a potem dodał: — W tej sytuacji może zrobić coś głupiego. Jeśli rzeczywiście jest tak, jak mówisz, to lepiej, żebyśmy go nie stracili.

Logan rozłączył się. Zapalił papierosa i usiadł przy kuchennym stole. Znów poczuł znajome napięcie na myśl o tym, że wkroczy na drogę śledztwa. Teraz jednak miało być inaczej. Sprawa dotyczyła morderstwa, a nie czegoś z kręgu drobnych, złodziejskich przestępstw. Uchylił okno, a zimne powietrze wdarło się do wnętrza, co sprawiło, że przeszedł go dreszcz. Przyłożył filtr do ust i pomyślał o małym domku Penny, jej przytulnym fotelu, okupowanym zwykle przez rudego kota, i chwili, kiedy się poznali.

To było dobre dziesięć lat temu. Przyjechał z Chloe do Deadwood niedługo po ślubie. Bez pracy, ale za to z głową pełną planów na przyszłe życie. Między zwiedzaniem jednej knajpy a drugiej poznał smukłą, siwowłosą kobietę, która balansowała między stolikami szybciej i zwinniej niż niejedna młódka. Rzadko spotykał kelnerkę w tym wieku. Domyślał się, że brak pieniędzy zmusił ją do przyjęcia takiej formy zatrudnienia, ale — co dziwne — idealnie się w niej sprawdzała. Miła, grzeczna, sprawiała pozory, jakby to stanowisko obejmowała od zawsze. Nie był to jednak ten cukierkowy, nachalny sposób, w jaki nastoletnie dziewczyny próbują zrobić dobre wrażenie na klientach w nadziei na to, że uda im się zdobyć napiwek. Penny do tego nie dążyła. Chyba dlatego ją polubił, a potem zaglądał tam przez kilka kolejnych lat. W końcu — gdy ktoś z młodzieży wygryzł ją z etatu — zaczął przychodzić też do domu. Ucinali sobie krótką pogawędkę, rozprawiając na standardowe, kulturalno-polityczne tematy. Później każde z nich wracało do swoich zajęć. Nigdy się oficjalnie nie umawiali. Logan Harris nie traktował Penny jako znajomej, którą warto odwiedzić z grzeczności i wymienić uwagi o pogodzie. To było coś w rodzaju przyzwyczajenia. Relacji opartej na milczeniu przy kawie. Relacji, w której on był słuchaczem, ona zaś rozprawiała o wszystkim, byleby mieć do kogo usta otworzyć.

Pamiętał, jak wciąż opowiadała, że pewnego dnia odwiedzi ją gromada różowiutkich, tłustych wnucząt. Mówiła tak, odkąd pamiętał, ale nikogo takiego nie widział. Czasem wątpił, że w ogóle istnieją, więc gdy tylko się spotykali, a ona zaczynała opowieść o domniemanej rodzinie, po prostu potakiwał. Potakiwanie w takich sytuacjach opanował do perfekcji.

Zgasił papierosa i stłumił chęć sięgnięcia po wódkę. Siedział tak jeszcze przez chwilę, spoglądając przez okno, ale kiedy poczuł, że jego broda zaczyna drżeć, wstał. Nie chciał się rozkleić.

Tego poranka nie wypił kawy. Narzucił czarną koszulę, dżinsowe spodnie i cienki płaszcz, a potem wsiadł do auta. Z głośników leciało coś na wzór ballady, a w Deadwood jeszcze nawet nie świtało. Kolorowe światła w barach czekały na to, by je włączyć. Ten moment miał niebawem nadejść.

Logan przyśpieszył i skupił myśli na Kurcie Sandlerze. Szczeniackie zachowanie trzydziestolatka przyprawiało go o frustrację, ale młody miał całkiem dobry zmysł obserwacji i wrodzony upór. Mówiono też, że urodził się z bronią w ręku, znamienne było jednak to, że kiedyś stawał po złej stronie barykady. Tworzyli więc nieformalny zespół: Sandler korzystał z doświadczenia Harrisa, Harris zaś zobowiązał się pomagać policjantowi w nietypowych przypadkach. Ten zdecydowanie do nich należał. Był nie tylko nietypowy, ale i bliski mu ze względu na wieloletnią przyjaźń z Penny.


Po kilkunastu minutach Logan dotarł na miejsce. Uczucie umiarkowanego smutku zagnieździło się gdzieś w jego wnętrzu, kiedy spojrzał na znajomy, niebieski budynek z lekko odrapanymi murami. Dom był otwarty. Na zewnątrz kręcili się przechodnie, którzy — wyrwani ze snu dźwiękiem policyjnych aut — nie mogli sobie darować spoglądania na tragedię. Ciekawiło ich wszystko. Detektyw pokręcił głową z dezaprobatą, krzyżując spojrzenie z mieszkańcami obserwującymi scenę z bezpiecznej odległości, i wszedł do środka. Kurt Sandler stał przy oknie. Bębnił palcami o szybę, jakby coś go mocno irytowało.

Harris przeniósł wzrok na Franka. Gruby sznur wciąż oplatał kark starszego mężczyzny, choć na pewno luźniej niż pół godziny temu. Penny zaś — stara, poczciwa Penny — leżała w kałuży krwi, a koło niej kręcił się medyk sądowy. Policyjny reflektor błyskał w oddali. Mała grupka osób, która jeszcze przed chwilą stała na uboczu, teraz koczowała wokół domu. Dwóch techników zabezpieczało wszystko, co mogło nosić znamiona zbrodni. Logan miał wrażenie, że patrzy na surowy, postindustrialny obraz, tyle tylko, że całość była spryskana czerwoną mazią.

— Penny, wyobrażasz to sobie? — Młody zbliżył się i wywrócił oczami jak obrażona nastolatka. — Przecież ona nie miała wrogów. Żadnych konfliktów, a nawet — co też sporo mówi — grubszych pieniędzy. Była biedna. Gorzej niż mysz kościelna.

— Przyjaciół też chyba brakowało — dodał Harris. — Przynajmniej ja nie widziałem zbyt wielu, kiedy tu przychodziłem. Kto po was zadzwonił?

— Frank.

— Zdołał poprosić o pomoc? — Wskazał na siwego mężczyznę, który wciąż siedział na podłodze. Nie dał sobie zabrać sznura, nie pozwolił też, żeby ktokolwiek go dotknął. W jego oczach widać było dziwną pustkę. Wyglądał jak bezemocjonalny wrak.

— Zrobił już ktoś oględziny ciała? Znamy czas zgonu?

— Taa. Simson tu był. Od śmierci nie minęły nawet dwie godziny. Ciało nie zdążyło zesztywnieć. Jest trochę ran tłuczonych, wygląda na to, że ktoś nieźle jej przetrzepał skórę.

— Sławny prokurator. — Logan nie mógł darować sobie ironii. — Czyli trzecia z minutami.

— Dziwna pora na gości. — Sandler nie krył zaskoczenia.

— Na odwiedziny tak, na morderstwo niekoniecznie. O tej porze ulice są niemal puste.

— Ktoś chciał pozostać niezauważony — mruknął Kurt. — Sprytne.

— Raczej głupie. Nad ranem kamery mogły złapać tego skurwysyna bez problemu.

— Przejrzymy nagrania. — Sandler przespacerował się w kierunku telewizora, a potem wrócił. Powtórzył to kilka razy. Wyglądał, jakby mocno się nad czymś zastanawiał, chodzenie z kolei pomagało mu zebrać postrzępione myśli w całość.

— Jezu, Kurt, dreptasz tutaj jak jakaś baletnica. Stań w końcu w miejscu, zanim zatrzesz wszystkie ślady stóp. Nie uczyli was tego? — Harris spojrzał w kierunku wejścia. Zrobił parę kroków. — Uciekł autem albo taksówką, chociaż z tym drugim bym uważał, bo zanim cokolwiek tutaj dojedzie, to można już przebiec spory kawałek. Chryste! — Wdepnął w jakąś kałużę. Pochylił się. — Co to jest? Skąd ta woda?

— Penny też jest, no…, mokra. Stół, krzesła, wszystko wygląda, jakby ktoś planował generalne sprzątanie.

— Próbował zatrzeć ślady. Skurwysyn — szepnął Logan, czym zaintrygował rozmówcę. — Jeśli zrobił to od razu, będzie trudno cokolwiek zdjąć, ale jeśli po kilkunastu minutach, to już niewiele mu pomoże, za to my będziemy mieć punkt zaczepienia. Chociaż, cholera… Nie mógł przecież wymyć wszystkiego. — Rozejrzał się wokoło i zawiesił na moment głos. — Nie mogli. Śladów jest więcej i bynajmniej nie są nasze. Czujesz?

— Co?

— Tam. — Wskazał otwartą butelkę alkoholu. — Piłeś, Frank? — Logan kucnął tuż przed nim.

Ten zaprzeczył.

— Przykro mi. — Słowa detektywa były szczere. — Ty zadzwoniłeś na alarmowy?

Mężczyzna nie odpowiedział, zamiast tego schował twarz w dłoniach i po prostu milczał. Wydawało się, że zaraz wybuchnie konwulsyjnym płaczem, ale nie zrobił tego. Ciszę przerywało jedynie brzdąkanie zegara i kroki sanitariuszy w białych strojach. Logan zdążył zerknąć na fioletowe wybroczyny Penny na chwilę przed tym, jak zniknęła w foliowym worku. Potem nigdy więcej jej nie zobaczył. Westchnął. Ktoś spisywał protokół, a lampa aparatu, którym robiono zdjęcia, kontrastowała z szarówką za oknem. Światło, krew, szarość. To jedyne, co widział.

— Dziwne — Kurt podrapał się po czole. — Najpierw zabijają jednego człowieka, później zaciskają pętlę na szyi drugiego.

— To nic nie znaczy.

— Przecież Frank wszystko widział — powiedział szeptem policjant. — Dlaczego też go nie powiesili? Wystarczy, że dojdzie do siebie, to wszystko nam wygada.

Logan rozejrzał się po pomieszczeniu z ogromnym telewizorem — jedyną rzeczą, która nosiła znamiona luksusu. Potem utkwił wzrok w kościstym właścicielu domu, by po chwili wzruszyć ramionami. Tamten zaś siedział w pozycji prawie embrionalnej, przypominającej coś pomiędzy pancerzem chroniącym przed nagłym niebezpieczeństwem a imitacją żółwiego domku dla niewyartykułowanej rozpaczy.

— Myślę, że jeszcze długo się tego nie dowiemy — zawyrokował Logan. — Kogo masz w zespole?

— Megan. Jest na dole. Robi coś, eee…, z tyłu domu. No i Simson.

— Tę paplę? — skrzywił się Harris na wspomnienie imienia policjantki.

Kurt rozłożył bezradnie ręce.

— Ojciec mi ją przydzielił. Podobno dobrze się zapowiada, ale nie jestem co do tego przekonany. Dlatego zadzwoniłem po ciebie.

— I chcesz, żebyśmy znaleźli tego, kto to zrobił?

— Dla Penny. — Mina cyrkowego arlekina ustąpiła miejsca zwykłemu grymasowi. — Lubiłeś ją.

— I dla Franka.

— Tak, być może dla niego też. Jeśli nie ma z tym nic wspólnego, w co średnio wierzę. Logan?

— Hm?

— Od ponad dwudziestu lat nie zabito tu nikogo, a teraz — śmieszna sprawa — ktoś wiesza Penny w jej własnym domu i zostawia całkowicie przytomnego faceta tuż obok. Z pętlą na szyi. Wiem, że się powtarzam, ale to chyba jednoznaczne?

— On tego nie zrobił. Trochę tych dwoje poznałem — stwierdził Harris zdecydowanym tonem.

Sandler spojrzał pytająco na jego twarz i pokręcił głową. Był niemal pewny, że zabójca siedział przed nimi. Nie ufał milczeniu starca. Miał wrażenie, że Frank zrobił to umyślnie, a potem chciał odkupić winy, jednak zabrakło mu sił. Paradoks mordercy, który próbuje zmyć grzechy samobójstwem. Prosta sprawa.

— Niech zabiorą go do szpitala. — Logan otworzył okno i pozwolił, żeby chłód rozlał się po wnętrzu.

— Mówię ci, że… — szepnął Kurt, ale nie rozwinął myśli.

— Na razie trzeba mu pomóc. — Dla detektywa temat był zakończony.

Zerwał się wiatr. Żyrandol lekko zachybotał się, jakby czekał na coś jeszcze. Jakby nie miał dość. Frank kulił się w sobie coraz bardziej. Śnieg przestał padać, ale deszcz nadal bębnił o szyby przy akompaniamencie zimnych podmuchów. Gdzieś błysnęło pierwsze kolorowe światło, ktoś zaklął, strącając szkło. Miasto zaczęło budzić się do życia.

— Zastanawia mnie pewna rzecz. — Policjant przygryzł wargę.

— Co?

— Dlaczego miałem go nie dotykać? Przecież nie zabiłby się na naszych oczach.

Harris zasznurował usta. Nie był pewien, czy powinien odpowiadać. Przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu, potem detektyw zamknął okno i pchnął czubkiem buta wejściowe drzwi, zachowując odpowiedź dla siebie.

— Dokąd idziesz? — Sandler nie krył zaskoczenia.

— Przewietrzyć się. Nic tu po mnie. Zresztą nie mogę przejąć żadnych obowiązków oficjalnie. Ty tu rządzisz. — Wskazał palcem na trzydziestolatka.

— Nie chcesz jeszcze powęszyć?

— Zostawię to twojemu nosowi. Zadzwoń, jak tylko się czegoś dowiesz. Będę w okolicy.

Wyszedł. Minęło niemal dwadzieścia minut, zanim pogotowie znów wróciło pod dom Penny.

— Ona umarła — szepnął Frank, kiedy go podnosili. — Ale na moment przed śmiercią ocknęła się i spojrzała na mnie — dodał, patrząc na krążącego w pobliżu plamy krwi Kurta. — Tylko na moment. Nie zapomnę tego wzroku.

Sandler nie przywiązywał do tych słów większej wagi, bo jego myśli błądziły już wokół pytań, które będzie musiał zadać. Logan zaś był po drugiej stronie ulicy i z daleka patrzył na okno domu, jakby w poszukiwaniu czegoś, co wskaże mu jakikolwiek kierunek.


Robiło się jaśniej, na niebie jedna z płaskich chmur przysłoniła wędrujące coraz wyżej słońce. Pierwszy ryk jednośladów obudził tę część Deadwood, która jeszcze spała, gdy Penny wydawała ostatnie jęki. Przybierający na sile gwar nie służył jednak konstruktywnemu myśleniu.

Harris wrócił pod niebieski dom i obszedł go dookoła, w błotnistej brei było sporo śladów. Zerknął na dachy budynków w poszukiwaniu jakiejkolwiek kamery. Znalazł dwie w okolicy drukarni usytuowanej kilka kroków dalej. Tu powinno coś być. O tej porze raczej nie kręciło się zbyt wielu ludzi, pomyślał, a potem skręcił w stronę Baru nr 10.

Została jeszcze godzina do otwarcia. Nie miał pojęcia, dlaczego nogi poniosły go właśnie tam, ale odwiedzenie miejsca, w którym niegdyś doszło do morderstwa w wyniku gangsterskich porachunków, mogło mu dostarczyć niezłych informacji. Zwłaszcza że od tamtej pory knajpa stała się symbolem krwawej zbrodni i skupiała wokół siebie nie tylko turystów, ale i szemrane towarzystwo. Odpalił papierosa i zaciągnął się mocno. Pomyślał o rudym kocie pozostawionym bez właściciela. Zrobiło mu się dziwnie. Nie przykro, ale po prostu nieswojo. Miał nadzieję, że Kurt wpadnie na pomysł, żeby wypuścić tłuściocha gdzieś na ulicę, bo co do tego, że weźmie go do siebie, nie miał żadnych złudzeń.

Wystukał kilka słów do Chloe i wrócił do delektowania się machorkowym niedopałkiem. Minie trochę czasu, zanim Sandler dowie się, jak zginęła Penny i czy Frank jest czysty, choć co do tego miał akurat pewność.

Zrobił jeszcze parę okrążeń, a kiedy drzwi „Dziesiątki” otworzyły się, wszedł do środka. Wdepnął w piasek, tysiące ziaren zaskrzypiało pod jego butami. Pachniało mokrym drewnem. Wybrał miejsce najbliżej środka baru.

— Kawę — rzucił. — Mocną.

Mimowolnie spojrzał w róg sali, jakby w nadziei, że będzie tak jak kilka lat temu. Penny zmaterializuje się tuż obok niego, utną sobie pogawędkę o zbliżającej się zimie, a potem po prostu wyjdzie. Nic takiego jednak się nie stało. W zasięgu jego wzroku nie było żadnej kobiety. Sami skacowani mężczyźni, których wczorajsze grzechy skłoniły do ponownego sięgnięcia po kufel już nad ranem.

Logan nie zamierzał o nic pytać, wiedział, że lada moment zbierze się grupa osób, która zacznie plotkować o dzisiejszych wydarzeniach. Nie musiał długo czekać. Pół godziny po wypiciu pierwszej kawy i piętnaście minut przed kolejnym papierosem było już gęsto od ludzi.

— A policja jak zwykle nic nie robi. — To pierwsze, co doleciało do jego uszu. Standardowy tekst, który słyszał wielokrotnie, jeszcze zanim przyjechał do miasteczka. Zawsze niewystarczająco się starali w oczach społeczeństwa.

— Mało ci? Zabrali Penny, przycisną też starego. Szybko puści parę z ust i wypapla.

— Co?

— Wypapla, kto to zrobił.

— A jeśli to było upozorowane?

— Wypadek?

— Penny nieraz miała głupie pomysły. Kiedyś… — Mężczyzna zauważył wzrok Logana i zasznurował usta. Zniżył głos do półszeptu, ale niezawodny słuch detektywa wyłapał kolejne zdanie.

— …kiedyś znaleźli ją z walizkami na końcu miasta — dokończył. — Stała tak w cienkiej koszuli, zupełnie sama.

— No i? Może miała ochotę na nocną wycieczkę? — Przysadzisty brunet podniósł szklankę. Po chwili piwo było już tylko wspomnieniem.

Karzełkowaty brodacz zmarszczył brwi. Odsunął szkło na bok, tym samym torując sobie drogę, by pochylić się bliżej rozmówcy.

— Starzy ludzie mają mocne korzenie. To nie była wyprawa na herbatkę, ona uciekała — zawyrokował.

— Albo przećpała i zdrowo ją porąbało. — Jego kumpel wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu.

— Myślę, że dostawała łomot od Franka. Jestem tego pewien.

— Nie podniósłby nawet stołka, na którym siedzisz.

— Mówię ci, Penny uciekała, a stary ją lał. — Brodacz nie miał zamiaru zmieniać zdania.

— I spakowała się między jednym ciosem a drugim?

— Dureń.

— Z ciebie też. — Brunet wybuchnął charczącym śmiechem. Ale do picia to masz łeb, więc jako tako się rozumiemy. Koniec końców, żeby ci to podsumować… Myślę, że tam było jak w gorącym kociołku. Frank mieszał chochlą, Penny cierpiała.

Wydawało się, że zakończyli temat. Logan nie usłyszał już niczego, co mogłoby mu pomóc. Mężczyźni podeszli bliżej baru, lustrując detektywa wzrokiem, a ten natychmiast odwzajemnił spojrzenie i zaszczycił ich szerokim uśmiechem.

— Panowie, zdaje się, dyskutowali o denatce.

Zmarszczyli czoła w tym samym geście zdziwienia, finalnie jednak przytaknęli.

— Straszna tragedia, prawda? — zagadnął ponownie.

Znów ten sam gest. Szybkie kiwnięcie głową. Logan zapalił kolejnego papierosa. Czekał, patrząc w jakiś punkt przed sobą. Wiedział, że nic tak nie skłania do mówienia jak przedłużająca się cisza, którą każdy chce zapełnić natłokiem słów, byleby tylko zagłuszyć uczucie dyskomfortu. Tym razem jednak było inaczej. Nie rozwinęli myśli, on też nie dociekał.

— Kręcisz się wokół Sandlera, a Kurt Sandler to głupek. Ptasie gówienko na przedniej szybie. — To wszystko, co mieli do powiedzenia.

Teraz on przytaknął, notując w głowie, żeby koniecznie zbadać sprawę domniemanej ucieczki i — obowiązkowo — przekazać pozdrowienia koledze. Uśmiechnął się do własnych myśli i zerknął przez okno. Powoli zaczęło się robić jasno.

Czas wracać do Chloe, uznał. Na kartkach granatowego notesu, który nosił w kieszeni płaszcza, zapisał:

Czy Frank rzeczywiście stanowił zagrożenie? Czego Penny się bała? I dokąd uciekała z walizką w pustą, ciemną noc?

W przebłyskach pamięci nie odnalazł momentów, w których ofiara kłóciłaby się z mężem. On, zwykle milczący, przyklejony do ekranu telewizora, nie wyglądał na kogoś, kto mógłby chcieć się jej pozbyć. Z drugiej strony dzień stwarza pozór normalności, wieczorem zaś dzieją się rzeczy, o których wraz ze wschodem słońca wszyscy zapominają. Koszmary wyrastają po zmroku. Zwykle noc jest sprzymierzeńcem strachu. Jeśli tak było w przypadku Penny, należało to sprawdzić.

Detektyw upił łyk kawy, a potem wykasował ze wspomnień relację Franka i jego żony. Wiedział, że nie powinien sugerować się jedynie pozorami. Przez następną godzinę rozrysowywał na kartach notatnika wszystkie punkty wokół domu Penny, które mogłyby wskazać mu jakikolwiek trop sugerujący ucieczkę domniemanych sprawców. Miał nadzieję, że oględziny zwłok wyjaśnią przynajmniej kwestię winy starca. Lub jej braku.

2. Rozmowa

Przez bar przemknęło jeszcze kilka osób. Większość mówiła jedynie o tym, co stało się o poranku. Przed domem Penny było już tłoczno od dziennikarzy i samozwańczych fotografów, którzy chcieli ujrzeć jakikolwiek ślad zbrodni, choćby z daleka. Logan Harris wiedział, że w jutrzejszej gazecie ukaże się wzmianka o kobiecie. Zdawał sobie też sprawę z dwóch kolejnych rzeczy: o ile sam tekst nie znajdzie się na pierwszej stronie, to na pewno wyląduje tam przyciągający uwagę tytuł. A jeśli ktoś postara się o odpowiednio kontrowersyjny nagłówek, Deadwood natychmiast ogarnie niepokój.

Zamknął notes i wrócił myślami do Chloe. Logika podpowiadała mu, że powinien — jeszcze na gorąco — poobserwować okolicę niebieskiego domu, ale Sandler na pewno już o tym pomyślał. Detektyw przez kilka minut wpatrywał się w rzędy idealnie ułożonego szkła, przeskakując wzrokiem między półkami. Z tego stanu chwilowego zawieszenia wyrwał go dopiero głos barmana:

— Gdzie go umieszczą? — zapytał mężczyzna, nie siląc się na dodatkowe wyjaśnienia.

— Kogo?

— No tego, co to zrobił.

— Wieści się szybko rozchodzą. A może to kobieta?

— Wątpię. I trudno, żeby było inaczej, skoro mieszkamy w małym miasteczku. Deadwood huczy od rana tylko o jednym.

Detektyw spojrzał na jego barki. Chłopak był krępy, dobrze zbudowany, ale nogi miał dziwnie wychudzone. Typowy przykład napakowanego faceta, któremu bicepsy napuchły, zanim testosteron zdążył przypomnieć sobie o mięśniach czworogłowych.

— Więc? — facet ponowił pytanie.

— W więzieniu. Najprawdopodobniej. — Logan nie miał zbyt wiele do powiedzenia.

— Ciekawe, skąd wziął tyle siły. Jebany…

— …nie ma jeszcze żadnych winnych — przerwał mu Harris. — Nikomu nie postawiono zarzutów, więc może takie opinie lepiej zachować dla siebie. Przynajmniej do czasu, aż coś się wyjaśni.

Barman wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że i tak ma już pewność co do podejrzanego, a potem wyszedł gdzieś na zaplecze. Kiedy wrócił, detektyw zniknął.

Nie miał ochoty na wyjaśnianie wszystkim domniemanej niewinności Franka ani tym bardziej na sugerowanie się plotkami o jego rzekomej agresji.

Kwadrans później, kiedy zdążył przetrawić na chłodno, że pewien rytuał dobiegł końca, a jedna z niewielu osób, które rzeczywiście cenił, leżała martwa, był już w domu. Darował sobie chodzenie po posesji Penny w poszukiwaniu śladów i — jak to zwykle w kiepskich filmach bywało — zgubionych przez przestępców przedmiotów. Wiedział, że powinien, ale coś go przed tym powstrzymywało. Tym czymś był żal. Jakby nadal nie pogodził się z jej śmiercią, a szukanie, zanim dostatecznie nie oswoi się z tym faktem, było nie w porządku. Logika podpowiadała wprawdzie Loganowi, żeby wrócił, spróbował odnaleźć jakiś trop. Nie starczyło mu jednak determinacji.

Chloe wygrzebywała się dopiero z łóżka. Przetarła oczy i oparła głowę na poduszce.

— Gdzie wyszedłeś? — Jej głos był pełen zawodu.

— Sandler potrzebował pomocy.

— Czemu wciąż to robisz? Wtykasz nos w nie swoje sprawy, a potem przerabiasz w umyśle jakieś niestworzone historie. Ta praca to chyba nie jest dobry kierunek. — Przewróciła oczami jak obrażona nastolatka.

— Ktoś zabił Penny. — Logan Harris usiadł obok i wzruszył ramionami, ignorując jej pretensje. Był zmęczony.

— Penny? Dostała kulkę? — Kobieta otworzyła szeroko usta, a potem przesłoniła je dłonią. Wydawało się, że wpadła w coś na kształt złości pomieszanej ze zdziwieniem.

— Chloe, hamuj. Wisiała, obok siedział Frank z taką samą liną na szyi. To nie pora na ekscytację formą zbrodni. Wiesz, że ją lubiłem.

— Jak większość stąd. I wcale się nie ekscytuję. Po prostu zapytałam — wyjaśniła. — Myślisz…

— Myślę, że on się boi. Wyglądał, jakby żałował, że nie zdołał jej pomóc. Zresztą przecież oni byli zgodnym małżeństwem.

Przyłapał się na tym, że znów zaczyna szukać Frankowi alibi i broni go, mimo że Sandler wraz z połową miasta zaczął już wieszać psy na starym.

— A skąd taka pewność? Wiesz, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami? Przecież pełno jest kobiet, nad którymi ktoś się znęca, a one niczego nie mówią. — Wstała, zniżając ton głosu do półszeptu. — Po latach, kiedy już są tak skatowane, że nie da się tego ukryć przed światem, albo kiedy kat umiera, mają odwagę cokolwiek powiedzieć. Nie brałabym ich dobrej relacji za pewnik.

— Nie wyglądała na ofiarę przemocy domowej.

— Może miała siniaki pod ubraniami.

— Chloe… — Tym razem to on przewrócił oczami. — Nie sądzę.

— Kiedy zrobią sekcję?

— Dowiem się czegoś najwcześniej wieczorem. Kurt obiecał, że będzie mi wszystko przekazywał, czekam więc na to, co powie.

— A jeśli to jej mąż? — Nie dawała za wygraną. — Przecież to niewykluczone.

— Teoretycznie nie. Ale ma za mało siły, nie dałby rady dźwignąć ciała. Chyba że…

— Co?

— Ktoś mu pomógł albo zmusił do tego, żeby to wyglądało na jego winę. Wszyscy wskazują go jako głównego podejrzanego, a ja mam dziwne wrażenie, że w tym tkwi coś więcej. Gdyby to był Frank, to raczej nie siedziałby milczący i przerażony z taką samą pętlą na szyi. Wyglądałoby to inaczej. Wierz mi.

— Czyli jak? — zapytała i zmarszczyła brwi.

— Cóż… — westchnął, a potem podszedł do okna. Oparł się o nie, stojąc tyłem do Chloe, i powiedział: — Są różne zachowania w takich sytuacjach: od ucieczki, przez tuszowanie wszystkich dowodów, po otępienie, bezradność, a nawet wyolbrzymiony płacz i panikę.

— Coś z tego zauważyliście u Franka?

— Siedział bez słowa. Tak jakby to wszystko działo się obok niego albo gdzieś daleko stąd, ale nie widziałem w jego oczach ani skruchy, ani przeciwnie — satysfakcji. Był tylko smutek. Szczery. Podobny do mojego, kiedy zadzwonił Kurt. Chociaż tak, masz rację, wiele kwestii przemawia przeciwko niemu.

— Jakich? — zapytała, ale odwrócił wzrok.

Nie chciał opowiadać o czymś, czego nie sprawdził. Wiedział, że każda taka informacja rozniesie się szybciej niż wieść o promocji na barowy alkohol, a ludzie lubią urządzać samosądy.

— Zobaczymy, co czas pokaże. Jeśli teoria tamtych facetów z baru znajdzie odzwierciedlenie w rzeczywistości, to szybko dojdziemy do pewnych wniosków.

— Jakich facetów?

— Słyszałem rozmowę dwóch gości. Jeden z nich twierdził, że Penny uciekała przed Frankiem. — Popatrzył na nią. Dostrzegł, jak lekko uniosła brwi. — Wybiegła wieczorem w koszuli z walizką w dłoniach. Podobno wyglądało to tak, jakby rzeczywiście spotkało ją coś strasznego. Jakby nie miała czasu nawet na ubranie się. W nocy zazwyczaj dzieją się rzeczy, o których nikt nie wie, nie opowiada. To nawet prawdopodobne. Być może staremu odwaliło. Oczywiście pod warunkiem, że mówili prawdę.

— Logan… Trzeba o tym powiedzieć.

— To mogą być plotki.

— A jeśli nie?

— Załóżmy, że mieli rację. To dlaczego jej nie zatrzymali? Normalna ludzka reakcja to choćby zwykłe pytanie, co się dzieje.

— Nie każdy czuje się w obowiązku interweniować. Przecież nawet z miejsca zbrodni uciekają świadkowie. Czasami lepiej się nie mieszać. Oskarżą go?

— Czas pokaże.

— Dyplomatyczna odpowiedź — parsknęła, a potem zarzuciła mu ręce na szyję. — Zrobisz kawę? — Temat Penny był dla niej skończony.

Logan odwzajemnił uśmiech i przytaknął. W środku jednak zupełnie nie było mu do śmiechu. A jeśli to rzeczywiście Frank? Nie musiałby już szukać.

Ta idea nagle w nim zakiełkowała, wyrosła jak grzyby po deszczu w ciepłe, jesienne dni. Wiedział niestety, że jest za wcześnie, by odczuwać ulgę na myśl o dobrym tropie. Pozostało czekać, przynajmniej do wieczora.

3. Frank

Budynek medycyny sądowej był równie brzydki jak ludzie, którzy do niego trafiali. Kanciasty gmach — pomalowany na coś w rodzaju niezbyt wyrazistego, mdłego łososia — nie robił dobrego wrażenia. Zapewne dla większości osób nie stanowiło to różnicy, ale Kurt Sandler skrzywił się już na sam jego widok.

— Długo im to zajmie? — Megan, chuderlaczka z różowymi policzkami, zastukała w deskę rozdzielczą i wlepiła wzrok w Kurta. — Dwie, trzy godziny? — Wyjęła z torebki opakowanie miętowych dropsów. Białe pudełeczko, kilkanaście sztuk.

— Jeśli zaczęli rano, to powinni niedługo skończyć.

— A jeśli wcześniej?

— Wcześniej nie mogli, wiesz, że nie upłynęło…

— Aa, no tak — przerwała, jakby nagle przypomniała sobie poprawną odpowiedź na klasówce. — Dwanaście godzin. Wciąż o czymś zapominam. Myślisz, że Frank za to beknie?

— Jeśli to on — na pewno. Sam bym go… Wiesz, jaka była Penny. W porządku kobieta. Logan do niej często zaglądał.

Przez kilka minut wpatrywali się w szyby. Czas płynął, a oni tkwili bez ruchu w nerwowym oczekiwaniu.

— Wejdziemy? — zapytała w końcu. — Czy będziemy tutaj siedzieć i filować zza okna?

— I tak nas nie wpuszczą.

Kobieta parsknęła nagłym, piskliwym śmiechem.

— To po co tutaj przyjechaliśmy?

— Bo obok przywieźli starego.

— Chcesz, żebym z nim pogadała? Mam go przycisnąć? — Uniosła dumnie klatkę, a Kurt z całych sił starał się odnaleźć w umyśle jakąś dyplomatyczną odpowiedź. Zmarszczył brwi, uśmiechając się kpiąco. Nie sądził, że zdołałaby to zrobić. Nie Megan. I nie w tej sprawie.

— Najlepiej ci idzie łapanie niegrzecznych chłopców ze skradzionymi batonami popijanymi puszką coli. — Na nic milszego nie było go stać. — Wyciąganie istotnych informacji, a te mogą takie być, już nie za bardzo.

Spojrzała na niego ze złością. W jej wzroku odnalazł ślad urażonej dumy.

— Wiesz, że mogę ci przestrzelić łeb w każdej chwili?

— Wiem, ale mam nadzieję, że jesteś od tego daleka. Jestem z nim związany.

Błazeński uśmiech mężczyzny znów powrócił na swoje miejsce. Kurt wysiadł z auta, a obrażona Megan skrzyżowała ręce na piersi. Koniec końców ruszyła za nim. Do szpitala dotarli po kilku minutach, wciąż dyskutując o dziurawej czaszce Sandlera. Na szczęście głowy obojga zostały na swoich miejscach i finalnie ustalili, że to Megan porozmawia z Frankiem. Co prawda nie przekonała Kurta, że dobrze wykona swoją robotę, ale mimo to pozwolił jej na spotkanie.

— A zatem — powiedział, kiedy znaleźli się przed drzwiami sali, w której leżał starzec — zrób tak, jak mówiłaś. Im więcej się dowiemy teraz, na gorąco, tym łatwiej będzie później. Masz szansę, ale jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, zawołaj.

Kobieta przytaknęła i dotknęła zimnej klamki. Weszła do środka, zrobiła kilka kroków, ale kiedy już miała się odezwać, niska, krępa dziewczyna w stroju pielęgniarki zlustrowała ją od stóp do głów, a potem powiedziała:

— Ma zawroty głowy. Czasem umiarkowane, czasem przechodzące w silne mdłości. Nie trzeba go męczyć, bo prześpi cały dzień — burknęła.

Megan zmarszczyła brwi, co sprawiło, że pozioma bruzda na jej czole niemal natychmiast się uniosła. Chciała coś odpowiedzieć, ale pielęgniarka przyłożyła palec do ust, nakazując policjantce milczenie. To na moment wytrąciło ją z rytmu, a gdy odzyskała zdolność logicznego myślenia i miała już coś odparować, kobieta zniknęła.

— Trudno. Idź sobie — parsknęła.

Wydawało jej się, że nikt tego nie słyszał, ale właśnie wtedy Frank poruszył ręką. Podeszła bliżej łóżka. Mężczyzna miał zamknięte oczy, a na szyi lekkie otarcia. Jego wyraz twarzy wskazywał na coś w rodzaju upojenia. Megan pomyślała, że dali mu za dużo leków na uspokojenie i wywiad może nie przynieść pożądanych efektów.

— Dobry wieczór. — Usiadła na krześle obok łóżka.

Wyglądało na mocno zużyte. Zapadło się, a farba gdzieniegdzie poodchodziła.

— Porozmawiamy? — Kobieta miała miły głos.

Mrugnął i otworzył oczy.

— Gdzie Penny?

— Nie żyje.

— Och, Boże.

Wgłębienie na jego czole napięło się niczym cięciwa.

— Dlaczego? — zdziwił się.

— Ktoś ją powiesił, Frank. Pamiętasz? Kto to był?

— Skąd mam wiedzieć?

— Byłeś tam. Też miałeś pętlę na szyi.

— Naprawdę?

Czuła, że z nią pogrywa, ale pozwoliła mu kontynuować.

— Pamiętam, że gotowała zupę, to była chyba…

— To akurat nieistotne, Frank. — Nie wytrzymała. — Kto zabił Penny?

— Tak, pomidorowa, taki krem na ostro. Robiła go zazwyczaj w niedzielę, choć tym razem było inaczej. Mówiła, że to wyjątkowy dzień, prawie świąteczny, i należy go uczcić — dokończył, ignorując jej pytanie.

— Spodziewała się gości?

Megan czuła, że powoli rozwija zagmatwany kłębek. Kurt zaś, urządziwszy sobie kilka powolnych przemarszów po korytarzu, zajął w końcu miejsce naprzeciwko sali i nerwowo zerkał na zegarek. Wymienili krótkie spojrzenia, a jego wzrok wydawał się mówić: „Chyba na nic te twoje starania”. Kobieta wzruszyła ramionami. Minęła chwila, zanim Frank odpowiedział. Z jego ust padło jedno krótkie słowo.

— Tak.

Uśmiechnęła się. Szło nadzwyczaj gładko.

— Kogo zaprosiła?

— Siebie — szepnął Frank i zamrugał.

— Na kogo czekała? — zapytała raz jeszcze.

Jego głos dziwnie się załamał, a oddech nieco przyśpieszył.

— Czekała na P — E — N — N — Y — przeliterował.

— Był ktoś oprócz was?

— O tak. Jeszcze dwóch mężczyzn. Pokazywali sztukę.

— To znajomi?

Nie odpowiedział.

— Kim są? Mieszkają tu?

— Nie wiem. Naprawdę tego nie wiem. Czy cierpiała? Czy moja Penny… — zaszlochał.

Kurt posłał jej kolejne, tym razem zdziwione spojrzenie. Wzruszyła teatralnie ramionami i podeszła do okna. Na ścianę sąsiedniego budynku padało jasne światło.

Megan przez kilka chwil rozważała w głowie możliwość kontynuowania rozmowy. Odczekała trzy, może cztery minuty, podczas których Frank zdążył przejść od stanu nagłej rozpaczy do umiarkowanego spokoju. Uzmysłowiła sobie, że jedną z naprawdę niewielu rzeczy, które dusiła w sobie, była chęć wygarnięcia leżącemu mężczyźnie, że powinien był dokończyć swego dzieła i umrzeć razem z żoną. Tego jednak nie mogła mu powiedzieć.

Kiedy oddech starca wrócił do normalnego rytmu, a on sam zdążył przetrawić w myślach to, co się stało, policjantka znów spróbowała odtworzyć przebieg wydarzeń tamtego wieczoru. Najpierw jednak odniosła się do wcześniejszego pytania. Wiedziała, że nie powinna dopuścić do kolejnego, równie mocnego napadu płaczu.

— Taka śmierć jest niemal bezbolesna. Nie cierpisz, bo tracisz przytomność — dodała, chociaż nie miała żadnego przekonania o tym, jak było naprawdę. Chciała jedynie uspokoić mężczyznę. Na moment skrzyżowali spojrzenia, a gdy twarz starca przeciął chłodny grymas, znowu wróciła do tematu śledztwa. — Było dwóch mężczyzn, tak? Pamiętasz, o czym rozmawialiście? A może doszło do kłótni między tobą a Penny?

Frank rozmyślał nad ostatnim pytaniem. Wydawało się, że odzyskał zdolność logicznego przetwarzania informacji, ale w odpowiedzi szepnął jedynie:

— Nie wiem zbyt wiele o wieszaniu. Tak naprawdę nie umiałbym zrobić nawet stryczka. — Jego głos był poważny.

Kobieta skinęła głową, niemo wyrażając, że mu wierzy. Nadal jednak nie wiedziała nic poza tym, że tamten dzień upłynął Penny na oczekiwaniu na gości. Kim byli? I dlaczego wizyta zakończyła się w ten sposób?

— Rozumiem, mam podobne zdanie — powiedziała z namysłem. — Podsumujmy więc to, co do tej pory zeznałeś. — Znów usiadła na krześle. — Byliście we czwórkę. Twoja żona umówiła się na spotkanie z ludźmi…

— Cyrk — mruknął, przerywając wywód policjantki. — Powiedzieli, że spodoba mi się ich sztuka.

— Widziałeś ich kiedyś? To ważne. Przypomnij sobie.

— Nie… Nie sądzę.

— Na ciele Penny, w zasadzie to pod jej paznokciami, znaleziono fragment twojego DNA — skłamała. — Rozumiesz, o czym mówię?

Chciała za wszelką cenę sprowokować mężczyznę do nagłej obrony. On zaś przechylił lekko głowę w stronę okna i wydał z siebie jedynie krótki jęk.

— Jeśli nie znasz tych ludzi — kontynuowała chłodno — to powiedz po prostu, jak wyglądali. O czym rozmawialiście?

— Broniła się, ale tylko przez moment. — Kolejny raz ominął temat.

— Przed tobą?

Odpowiedziało jej milczenie.

— Czy Penny broniła się przed tobą, Frank?!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 34.43