E-book
13.65
drukowana A5
28.78
Szesnaście żywiołów

Bezpłatny fragment - Szesnaście żywiołów

geneza powietrza


Objętość:
85 str.
ISBN:
978-83-8245-827-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.78

Szesnaście żywiołów. Geneza powietrza (lata 7400–7445 według kalendarza elfów Olivinir)

Królestwo Ludzi
Leśny Kontynent

Prolog

(rok 7400 według kalendarza elfów Olivinir)


William siedział przed domem. Czekał zniecierpliwiony. Elizabeth strasznie krzyczała. Bardzo się martwił.

— Coś jest nie tak, mówię ci, Jack. — William ruszył w stronę domu, nie mógł tego znieść. Nie mógł tak po prostu czekać. Jack również wstał. Zatarasował drogę swemu przyjacielowi i na chwilę położył swoje dłonie na jego klatce piersiowej. Po kilku sekundach jednak zabrał dłonie, po czym ostentacyjnie trzymał je w powietrzu.

— Tylko będziesz przeszkadzał. — Jack był przyjacielem Williama. Był średniego wzrostu, a jego wygląd był nietypowy jak na mieszkańca Cichej Wioski. Większą część życia spędził na morzu i to — jak zwykł sam mawiać — znacznie go zmieniło. Miał brązowe dredy i warkocz, charakterystyczne wąsy i brodę z dwoma warkoczykami, na które nakładał koraliki. Miał stale pomalowane oczy o ciemnobrązowym kolorze. Od dziecka znali się z Willem, ufali sobie ponad życie. Choć Jack czasami zawodził swego przyjaciela, kierując się egoizmem, to w sprawach najistotniejszych można było na niego liczyć. Tym razem chodziło o rodzinę, a to była niewątpliwie sprawa najważniejsza. William postanowił go posłuchać i usiadł ponownie.

— Cholera, po prostu się martwię. Ile to już trwa.

Jack pokiwał głową, chodząc przy tym dookoła Williama.

— Nie martw się, będzie dobrze. Dzieciak będzie zdrowy i silny jak ojciec. Nie tak silny jak ja, to wiadome, ale nadal. Wiesz, nie nazwiesz go samcem alfa, co to, to nie. Takie jednostki to rzadkość. — Wypiął nieco pierś. — Ale nadal nie będzie źle.

Kolejny krzyk Elizabeth przerwał jego monolog.

— Coś jest nie tak, wiem to. — William strasznie się denerwował.

Nagle nastała cisza. Było tylko słychać szum liści z pobliskiego drzewa. Serce Williama zaczęło jakoś tak szybciej bić. Wstał i zaczął również chodzić raz w jedną, raz w drugą stronę.

— Jest coś za cicho.

Jack zatrzymał się.

— Cóż, zdaje mi się, że słyszę płacz dziecka.

William ruszył w kierunku drzwi do swego domu. Zanim jednak zdążył dojść, te otworzyły się. W nich pojawiła się położna. Miała uśmiechniętą twarz.

— Chodź szybko — powiedziała tylko i zniknęła za drzwiami.

William natychmiast wszedł do środka. Wewnątrz w jednym z pokoi leżała Elizabeth. W dłoniach trzymała małe zawiniątko. Mężczyzna prędko podszedł i przyjrzał się malutkiej postaci.

— Kochanie, mamy synka — powiedziała Elizabeth.

William zaczął się śmiać.

— Mam syna! — krzyknął szczęśliwy. — Mały Franio!

Rozdział pierwszy

(rok 7445 według kalendarza elfów Olivinir)


Edward właśnie szedł zabić Franka. Nie był on tak właściwie mordercą, nawet nie był złym człowiekiem. Mimo tego szedł go zabić. Zamierzał to zrobić dlatego, że go nienawidził. Chciał dokonać tak mrocznego czynu, bo miał już dość. Miał już wszystko gdzieś, nawet swoje życie.

Trzymając łuk w dłoni, kopniakiem otworzył drzwi. Frank jadł zupę. Edward, nie zwlekając, wyjął strzałę i napiął cięciwę. Był strasznie wściekły, nienawidził Franka za to, co ten mu zrobił. Frank wpatrywał się w niego, na jego twarzy nie było widać strachu. Edward spodziewał się, że ten, zobaczywszy go, będzie się bał, lecz tak nie było. Ale to nie miało znaczenia.

— Nie zrobisz tego, widzę to w twoich oczach — powiedział Frank. Bardzo się pomylił.

Edward wypuścił strzałę. Trafiła prosto w serce. Stał chwilę w milczeniu, wpatrując się w martwe ciało Franka. Wcale nie czuł się lepiej. Wcześniej myślał, że jego gniew ustanie i cała ta nienawiść również, ale tak się nie stało. Czuł się wręcz jeszcze gorzej. Czuł się koszmarnie. Usiadł naprzeciw. „Zabiłem go. Zabiłem”. Wciąż powtarzał to sobie w głowie. Po dłuższym czasie zaczął płakać. Teraz zaczął myśleć, jak mógł to zrobić. Dopadły go wyrzuty sumienia. Było to jak potężna fala, której się nie spodziewał i nie był w stanie znieść. Jego ręce zaczęły drżeć. „Dlaczego teraz to wygląda tak bardzo inaczej? Dlaczego już nie widzę w tym wymierzenia sprawiedliwości? Jak to możliwe?”, pytał samego siebie. Nie wiedział, dlaczego czuje się taki oszukany i wykorzystany. Jakby to nie on podjął decyzję o zabiciu Franka. Jakby został do tego przymuszony, oszukany, aby to zrobić, i dopiero teraz zrozumiał, że nigdy tego nie chciał. Walnął pięścią w stół, ale to sprawiło jedynie, że zaczęła go boleć dłoń. Wiedział, że jest za późno, i nie mógł tego znieść. Nie mógł znieść tego, że już nie da się cofnąć czasu. Wiedział, że już zawsze będzie musiał z tym żyć. Wcześniej był pewien, że sobie z tym poradzi. Był przekonany, że powinien zabić Franka. Był tego pewien. Teraz myślał, że źle postąpił. Gdy tylko zmienił zdanie, natychmiast pojawiły się wyrzuty sumienia. Jego myśli były coraz gorsze.

„Jak mogłem go tak po prostu zabić? Jestem mordercą, cholernym mordercą. Już nigdy tego nie cofnę, nigdy. Nie byłem w stanie mu wybaczyć, nie mogłem. Zabiłem go. Zrobiłem to…”.

Raz po raz zerkał na martwe ciało Franka. Jakby nie mógł uwierzyć, że to zrobił. Gdzieś w głębi błagał samego siebie, aby to nie było prawdą, aby to był tylko jakiś koszmar. Teraz również zdał sobie sprawę z konsekwencji swojego czynu. „Mieszkańcy wioski mnie zabiją. Muszę uciekać. Jak cholerny tchórz”. Wcześniej Edward nieczęsto się bał. Raczej nie należał do tchórzliwych ludzi, do tego jego życie było dość tragiczne. Dlatego też był pewien, że nie boi się śmierci. Jak bardzo się mylił! Teraz nawet to, że ma łóżko, w którym może spać, wydawało mu się błogosławieństwem. Tak cholernie prozaiczna rzecz, gdy przyszło mu ją realnie stracić, gdy przyszło mu stracić wszystko… Wydawało się to być okropne. Straszne, nie do pojęcia. Panicznie się zaczął bać. Jednak nie był gotowy na śmierć. Nie mógł znieść myśli, że ktoś odbierze mu życie. Jeszcze raz spojrzał na Franka i zdał sobie sprawę, że właśnie sam to zrobił. W tym momencie usłyszał pukanie do drzwi w domu Franka.

— O cholera. Co robić? — wyszeptał do samego siebie. — Ale mam przejebane. Jak się dowiedzą, zajebią mnie. Zajebią. — Chodził szybko po domu. — Dobra, cicho. Bedę cicho, pomyśli, że nie ma go w domu. Głęboki wdech i wydech. Tylko spokojnie. Przecież Frank często podróżuje. — Stanął nieruchomo. Nawet przestał oddychać. Był pewien, że osoba przed drzwiami usłyszy jego oddech. Nigdy w życiu się tak nie bał. „Ja pieprzę, dlaczego to tak długo trwa”, pomyślał. „Nikt nie stoi tyle pod drzwiami”. Tak naprawdę nie trwało to długo, lecz Edward tak to odczuwał. Nie mógł znieść tego napięcia. „W co ja się wjebałem”, powtarzał w duchu.

— Frank, otwieraj, wiem, że tam jesteś! Byłem umówiony!

Edward cały podskoczył, gdy usłyszał krzyk. To był Butcher, facet z Cichej Wioski w wieku Franka. Butcher nie lubił Edwarda jak cholera. Wiedział, że jak go tak znajdzie z ciałem, będzie martwy. „Co robić? Co powinienem zrobić, żeby się uratować?”, myślał intensywnie. Wiedział, że Butcher nie odpuści. „Muszę mu otworzyć. Muszę to zrobić”. Wyciągnął dłoń w stronę klamki. Jego dłoń cholernie drżała. Gdy to zobaczył, natychmiast cofnął rękę. „Ogarnij się! Jak cię takiego zobaczy, jest po tobie, idioto!”. W myślach krzyczał na siebie, ale dłoń nie chciała słuchać. Nie chciała przestać drżeć. Chwilę tak stał i ciężko oddychał, w końcu udało mu się zapanować nad nią. Dla niego to był horror. Dla niego trwało to wieczność. W końcu otworzył drzwi. Nie przemyślał tego. Na twarzy przywołał coś na kształt uśmiechu, lecz było widać, że coś jest nie tak. Butcher nie był może najbystrzejszą osobą w wiosce, ale od razu poznał po Edwardzie, że coś jest na rzeczy. Przyjrzał się Edwardowi.

— To ty, pizdusiu.

Edward już był przyzwyczajony do wyzwisk. W wiosce nienawidzono go przez Franka.

— Franka nie ma.

— Co się, do cholery, uśmiechasz? Nie słyszałeś, jak cię nazwałem? — Butcher nie należał do najprzyjemniejszych osób. Był wielkim i bardzo umięśnionym facetem. — Dlaczego jesteś w jego domu? — Butcher delikatnie zaczął zaglądać do środka malutkiego mieszkanka Franka. Ciało leżało w kuchni, która była na nieszczęście dla Edwarda pierwszym pomieszczeniem w domu. Nie było żadnego przedsionka czy korytarza. Edward prędko zablokował głowę Butchera. Ten wściekł się i odepchnął Edwarda z całych sił. — Co jest z tobą?

Edward poleciał znacznie do tyłu, Butcher był od niego o wiele cięższy i silniejszy. Powoli począł podchodzić do Edwarda. Ten uświadomił sobie, że zaraz wejdzie do mieszkania i zobaczy martwe ciało.

— Czekaj! — krzyknął wręcz odruchowo.

— Posłuchaj mnie, gówniarzu. Od zawsze byłem za tym, żeby cię wyjebać na zbity ryj z wioski. Nie wydzieraj do mnie teraz swojej szczeniackiej mordy.

— Przepraszam. Ja po prostu chciałem powiedzieć, że masz rację. — Edward desperacko szukał wyjścia z tej sytuacji. Butcher na te słowa zatrzymał się zdziwiony. — Powinniście mnie wywalić i zasłużenie mnie tak traktujesz, ale… — Nie miał pojęcia, jak skłonić go, aby wyszedł z domu Franka. W końcu coś mu przyszło do głowy. Nie był to najprzyjemniejszy plan, ale nie miał wyjścia.

— Ale co, kurwa?

— Ale mam tego dość. — Rozbiegł się i z całej siły wparował w Butchera. Nie skupiał się na tym, aby go obalić i pobić. Chciał jedynie wypchać go jak najdalej od domu.

Butcher nie był na to przygotowany, dzięki czemu Edwardowi udało się go odepchnąć na kilka metrów od wejścia. Jednakże natychmiast, gdy się zaparł, jego znaczna masa i potężne mięśnie zrobiły swoje. Zatrzymał się i wymierzył Edwardowi potężny podbródkowy. Ten się przewrócił. Nawet nie poczuł ciosu. Nawet nie zdał sobie sprawy, że zaczęła lecieć mu krew. Gdy padł na ziemię, myślał tylko o jednym. „Tylko nie wchodź do domu”. Wciąż i wciąż powtarzał to jak mantrę.

— Pieprzony gówniarz. — mówił jakby do samego siebie Butcher. — Zero szacunku do starszych. — W tym samym momencie podszedł do Edwarda i kopnął go z całych sił w brzuch. Cios był potężny. Edward przewrócił się na bok. — No tak, ale jak można oczekiwać szacunku od pieprzonego mordercy — kontynuował Butcher. Chodziło mu o śmierć matki Edwarda przed laty. To za to tak bardzo nienawidzono Edwarda. Edward w tym momencie już nieco zamroczony przez ciosy i silne emocje niestety wybuchł płaczem i zaczął mówić:

— Ja nie chciałem go zabić. Ja naprawdę nie chciałem, ale byłem taki wściekły.

Butcher nachylił się do niego.

— Co?

— Ja naprawdę nie chciałem.

Butcher, jakby kierowany instynktem, wszedł do domu Franka. Stanął jak wryty przy wejściu. Edward odwrócił się delikatnie i spojrzał na mężczyznę. Od tyłu widział tylko jego wielkie bary. Wiedział, że Butcher zobaczył ciało, w jednym momencie jego wielgachna klata zaczęła szybko unosić się i opadać. Wiedział, że ciężko oddycha, był cholernie wściekły. Wiedział, że jak się nie zbierze i nie ucieknie, to Butcher może go zabić. Wstał najszybciej, jak potrafił, i trzymając się mocno za bok, w który dostał cios, począł biec. Nie wiedział, że już w momencie, gdy wstawał, Butcher zmierzał wściekły w jego kierunku.

— Ty pierdolony śmieciu! — krzyczał za nim. Niestety dla Edwarda okazał się być dość szybki mimo swej znacznej masy. Gdy Edward poczuł na szyi wielką dłoń, już wiedział. Wiedział, że jest trupem.

— Mało ci było zajebać matkę?! — Butcher obalił go na ziemię i leżąc na nim, zaczął walić swoimi wielkimi pięściami w jego twarz. Już po chwili twarz Edwarda przypominała jedną, wielką, czerwoną maź. Butcher opamiętał się i przestał go bić. — Ja ci pokażę, kurwiu, jak się zabija.

Złapał go za nogę i pociągnął w stronę gospody. Edward okazał się być niezwykle odporny, nawet nie stracił przytomności. Lepiej dla niego by było, jakby stracił, lecz to się nie stało. Gdy Butcher ciągnął go tak, myślał, na jaką cholerę mu była ta zemsta. Myślał, jak okropnie głupim był, gdy wcześniej myślał, że nie zależy mu na swoim życiu. Ciągnąc go w stronę gospody, Butcher dalej mówił:

— Kiedyś, bardzo dawno temu, byłem z twoja matką. — Nadal był wściekły, głos lekko mu drżał. — Od zawsze była najpiękniejszą kobietą w wiosce. — Jego twarz wykrzywiła się w gniewie. — Gdy dowiedziałem się, że ją zabiłeś, byłem tak cholernie wściekły. Ty śmieciu. — Plunął mu na twarz. — Jak mogłeś. Gdyby mnie wtedy nie trzymali, bym cię zabił. W pięciu musieli mnie, kurwa, trzymać. Masz, kurwiu, szczęście. Mogli mi wtedy pozwolić cię zabić. Powinienem cię wtedy zajebać jak śmiecia. Bo jesteś śmieciem. Drugi raz nie popełnię tego błędu.

Po policzkach Edwarda znów zaczęły płynąć łzy, lecz nie dało się ich dostrzec, jego twarz była zbyt zmasakrowana.

„Ja jej nie zabiłem. Nigdy bym tego nie zrobił. Ja tylko chybiłem. Tylko raz chybiłem, jeden jedyny raz. Przepraszam cię, mamo. Bardzo cię przepraszam. Ale to już nie ma znaczenia, bo za chwilę mnie zabiją. Chciałem uciec przed karą jak tchórz, ale nie mam szans. Zabiją mnie”.

Gdy dotarli do gospody, Butcher puścił nogę Edwarda i wszedł do środka. Edward chciał wstać, ale nie potrafił. Ledwo co mógł utrzymać się przy przytomności. Butcher po wejściu do gospody przerwał wszelkie rozmowy swym stanowczym głosem:

— Ta pizdeczka Edward znów zabił.

— Co ty mówisz?

— Kogo?

Kilka osób wstało.

— Zabił Franka, bo kiedyś wyjawił prawdę na jego temat. Ale gnojka złapałem, mam go na dworze. Chodźcie.

W gospodzie siedziało ośmiu myśliwych i barman, zawsze stojący za barem. Natychmiast wyszli na dwór. Gdy tylko zobaczyli leżącego na dworze Edwarda, zrobiło im się go szkoda. Wyglądał makabrycznie.

— Cholera, Butcher, co ty mu zrobiłeś?

— Nie słyszałeś co mówiłem? Zajebał Franka. Drugi raz już zabił, teraz mi, do chuja, nie wmówicie, że nie mamy dowodów. Co było kiedyś? Mówiłem: wyjebać chociaż gówniarza z wioski, a co wy na to?

— Nie mieliśmy pewności, że to on zabił swoją matkę.

— Jebać króla.

Wszyscy spojrzeli po sobie wystraszeni.

— Cicho bądź, nie wiesz, że on słucha?

Zawsze ludzie publicznie narzekający na króla znikali w tajemniczych okolicznościach.

Butcher nie zamierzał odpuścić.

— Teraz jest pewność, znalazłem go w domu Franka, miał wbitą strzałę w klatkę piersiową. Strzałę z wyjątkowym piórem, których używa tylko jedna osoba w wiosce. — Wyjął jedną ze strzał z kołczanu Edwarda. — Dokładnie taką samą. — Wszyscy spojrzeli na Eldesta, był on najstarszy w wiosce i to on w takich sytuacjach podejmował decyzje. Eldest długo się namyślał.

— Czy ręczysz swoim życiem, że to on zabił Franka?

— Tak. — Butcher nawet się nie zastanawiał.

Eldest poszedł za gospodę. Wszyscy w milczeniu wpatrywali się w Edwarda. Po chwili wrócił, taszcząc mały pieniek. Gdy Edward zobaczył pieniek, zebrało mu się na wymioty. Eldest bez słowa postawił pieniek przy Edwardzie i wyjął swój miecz, po czym wystawił go rękojeścią w stronę Butchera. Ten jedną dłonią złapał za nią. Eldest ułożył Edwarda tak, aby głowa była na pieńku. Spojrzał po wszystkich.

— Wiecie, że król, jak się dowie, może nas wszystkich zabić?

— Nie dowie się — powiedział Butcher. Reszta kiwnęła delikatnie głowami na znak zgody. Wszyscy myśleli, że Edward lata temu zabił swoją matkę i nie zamierzali okazać litości. Butcher przyglądał się Eldestowi. Ten powiedział tylko:

— Gdy posprzątasz ciało, oddasz mi miecz. — I odszedł. Za nim reszta również oddaliła się do baru.

„Jak to: ciało?!”, pomyślał Edward. „Jak to, do cholery, ciało?!”. Zaczął kaszleć. Zdołał wykrztusić tylko jedno słowo. „Sąd”. Butcher usłyszał je i powiedział:

— Będziesz miał taki sam sąd, jaki Frank i twoja matka mieli. — Następnie odciął głowę Edwarda.

Zanim ostrze uderzyło, Edward miał jedną myśl. „Gdybym tylko był w stanie wybaczyć…”.

Rozdział drugi

Edward właśnie szedł zabić Franka. Nie był on tak właściwie mordercą, nawet nie był złym człowiekiem. Mimo tego szedł go zabić. Zamierzał to zrobić dlatego, że go nienawidził. Chciał dokonać tak mrocznego czynu, bo miał już dość. Miał już wszystko gdzieś, nawet swoje życie.

Gdy zmierzał w kierunku domu Franka, za nim szedł jeden z cieni. Kroczył za nim metr za metrem. Niczym nieuchronne fatum kierował się do domu Franka, stale starając się podsycać gniew Edwarda i nienawiść w nim. Ten, bardzo wściekły, otworzył drzwi domu Franka kopniakiem. Frank jadł zupę, Edward, nie zwlekając, wyjął strzałę i napiął cięciwę. Cień stał obok, przyglądając się całej sytuacji. Na razie milczał. Frank spojrzał na Edwarda, w jego oczach nie było strachu. Cień postanowił przemówić.

— Widzisz, nie boi się ciebie, nie traktuję cię na serio. Całe życie tak było, całe życie traktował cię bardziej jak ścierę niżeli człowieka.

— Nie zrobisz tego, widzę to w twoich oczach.

— Widzisz miałem rację. On traktuję cię bardziej jak dzieciaka bawiącego się łukiem. Pokaż mu, że jesteś mężczyzną.

Co prawda Edward był wściekły, ale nie był przekonany co do tego.

— Nie wiem. Przecież to samosąd, to nigdy nie jest dobre, dlaczego miałbym to zrobić…

— Bzdura! Spójrz na niego, je zupkę jak gdyby nigdy nic. Ma cię za nic. Zawsze tak było. Przypomnij sobie, jak cię zawsze traktował. Przypomnij sobie, ile cierpienia z jego ręki doświadczyłeś. Ty wręcz powinieneś go zabić. Przecież on już odebrał ci twoje życie. Co ci zostało? Gdzie twoi przyjaciele? Gdzie dziewczyna, którą kochałeś? Zostali ci odebrani przez jego kłamstwo. Przez niego dzień w dzień musisz samotnie wstawać i samotnie kłaść się spać. To przez niego stale patrzą na ciebie jak na mordercę. To przez niego cię wyzywają. To on nakłamał. To wszystko jego wina. To będzie bardziej wymierzenie sprawiedliwości, powinieneś to zrobić. Każdy by zrozumiał, gdyby tylko wiedział, że nie zamordowałeś swojej matki. Każdy by się z tobą zgodził, że należy go zabić.

— Nie wiem, będę miał wyrzuty sumienia.

— Wyrzuty sumienia? Co ty bredzisz. Wyrzuty sumienia ma się, gdy dokona się czynu złego. To będzie sprawiedliwe wymierzenie kary, na którą zasługuje. Doskonale to wiesz. Powiedz, ale szczerze, czy Frank zniszczył ci życie?

— W sumie to tak.

— W sumie? Pytam szczerze.

— Tak.

— Właśnie. Czy obrzydliwie skłamał na twój temat?

— Tak.

— Jak długo już cierpisz?

— Bardzo długo.

— Dokładnie.

— Ale może to się skończy, może przybędzie Kan. Jest jeszcze nadzieja, zawsze jest nadzieja.

— Błagam cię, nie bądź naiwny. Kan nie przybędzie, ile czasu już minęło? Już dawno by się zjawił, gdyby miał przybyć.

— Ale nie możesz być pewien. Do tego jakoś tak wiem, że nie powinienem go zabijać.

— Posłuchaj mnie uważnie. Przed tobą siedzi człowiek, który już odebrał ci życie. Bo przecież już ci nie zależy, prawda?

— Tak.

— Dokładnie. To przez niego tak się stało. Ty nie jesteś niczemu winny. Każdemu czasem zdarzy się nie trafić celu.

— To prawda.

— Właśnie, a skoro on już odebrał ci życie, to ty teraz możesz odebrać mu życie. Prawda?

— Nie wiem, może tak.

— Tak albo nie. Odpowiedź jest tylko jedna i wiesz to doskonale. Pytam, czy odebrał ci życie? Co ci pozostało w tej cholernej wiosce, w której wszyscy cię nienawidzą?

— Nic.

— Przez niego. Zabij!

— A…

— Zabij!

Edward wypuścił strzałę. Trafiła prosto w serce. Stał chwilę w milczeniu, wpatrując się w martwe ciało Franka. Wcale nie czuł się lepiej.

— Jakoś nie czuję ulgi.

Cień spoglądał na niego tak dziwnie. Na twarzy miał wyraz obrzydzenia.

— Coś ty najlepszego zrobił?

— Zrobiłem, co chciałeś.

— Ja chciałem? Oszalałeś, jesteś parszywym mordercą i kłamcą do tego.

— Co ty pierdzielisz?!

— Nigdy nie chciałem, żebyś go zabił. Oszalałeś.

— Co?! Przecież to ty mówiłeś, że to wymierzenie sprawiedliwej kary. — Edwarda zaczęła boleć głowa. Nie mógł zrozumieć słów cienia.

— Ja cię tylko sprawdzałem. Nie rozumiesz? Ja nie chciałem, żebyś go zabił. Miałeś się oprzeć, ty głupcze. Nigdy w życiu zabicie nie jest dobre. Jesteś parszywym mordercą. Nie miałeś go zabijać. On nie zasłużył na śmierć.

— Co ty… — Edward złapał się za głowę. — To nieprawda, to ty od początku chciałeś, żebym go zabił.

— Nie. Miałeś się oprzeć pokusie, przecież on przekonał mieszkańców, aby cię nie zabili, gdy zamierzali to zrobić po zabójstwie twojej matki. Nie pamiętasz? On uratował ci życie, a ty go zabiłeś.

— To nieprawda. To on, to przez niego. Wszystko przez niego.

— Tak? A kto chybił celu? Kto nie był w stanie ochronić własnej matki? Zrzuciłeś na niego winę.

— Nie, to nieprawda.

— Tak, właśnie tak było, to przez ciebie ona zginęła. Wiesz co? Teraz już wiem. Przecież wtedy mogłeś trafić i ją ochronić. Ty tak naprawdę tego nie chciałeś. Chciałeś, żeby zginęła. Po czym wmówiłeś sobie, że to wszystko wina Franka. To ty i tylko ty jesteś wszystkiemu winien. Teraz wyszło to na jaw. Dopiero teraz pokazałeś, jaki jesteś. Spójrz na niego. Spójrz na jego ciało. Zamordowałeś go.

Edward czuł się koszmarnie. Usiadł naprzeciw. „Zabiłem go. Zabiłem”. Wciąż powtarzał to sobie w głowie. Po dłuższym czasie zaczął płakać. Teraz zaczął myśleć, jak mógł to zrobić. Dopadły go wyrzuty sumienia. Było to jak potężna fala, której się nie spodziewał i nie był w stanie znieść. Jego ręce zaczęły drżeć. „Dlaczego teraz to wygląda tak bardzo inaczej? Dlaczego już nie widzę w tym wymierzenia sprawiedliwości? Jak to możliwe?”, wciąż pytał samego siebie. Nie wiedział, dlaczego czuje się taki oszukany i wykorzystany. Jakby to nie on podjął decyzję o zabiciu Franka. Jakby został do tego przymuszony, oszukany, aby to zrobić, i dopiero teraz zrozumiał, że nigdy tego nie chciał. Walnął pięścią w stół, ale to sprawiło jedynie, że zaczęła boleć go dłoń. Wiedział, że jest za późno i nie mógł tego znieść. Nie mógł znieść tego, że już nie da się cofnąć czasu. Wiedział, że już zawsze będzie musiał z tym żyć. Wcześniej był pewien, że sobie z tym poradzi. Był przekonany, że powinien zabić Franka. Był tego pewien. Teraz myślał, że źle postąpił. Gdy tylko zmienił zdanie, natychmiast pojawiły się wyrzuty sumienia. Jego myśli były coraz gorsze.

„Jak mogłem go tak po prostu zabić? Jestem mordercą, cholernym mordercą. Już nigdy tego nie cofnę, nigdy. Nie byłem w stanie mu wybaczyć, nie mogłem. Zabiłem go. Zrobiłem to…”.

Cień chodził po pomieszczeniu i wpatrywał się w Edwarda z obrzydzeniem.

— Jak mogłeś to zrobić? Jak mogłeś! Jesteś obrzydliwy.

Edward raz po raz zerkał na martwe ciało Franka. Jakby nie mógł uwierzyć, że to zrobił. Gdzieś w głębi błagał samego siebie, aby to nie było prawdą, aby to był tylko jakiś koszmar.

— O nie. Nie uciekniesz od tego czynu. Poniesiesz konsekwencje, zobaczysz. Będzie kara. Co? Teraz nachodzi cię strach? I słusznie, masz przerąbane.

Teraz również zdał sobie sprawę z konsekwencji swojego czynu. „Mieszkańcy wioski mnie zabiją, muszę uciekać”.

— Nie dość, że morderca, to jeszcze tchórz.

Wcześniej w swoim życiu Edward nieczęsto się bał. Raczej nie należał do tchórzliwych ludzi, do tego jego życie było dość tragiczne. Dlatego też był pewien, że nie boi się śmierci. Jak bardzo się mylił. Teraz nawet to, że ma łóżko, w którym może spać, wydawało mu się błogosławieństwem. Tak cholernie prozaiczna rzecz, gdy przyszło mu ją realnie stracić, gdy przyszło mu stracić wszystko. Wydawało się to być okropne. Straszne, nie do pojęcia. Panicznie się zaczął bać. Jednak nie był gotowy na śmierć. Nie mógł znieść myśli, że ktoś odbierze mu życie. Jeszcze raz spojrzał na Franka i zdał sobie sprawę, że właśnie sam to zrobił. W tym momencie usłyszał pukanie do drzwi w domu Franka.

Cień wydawał się być podekscytowany owym pukaniem.

— Już po tobie, masz przekichane.

— O cholera. Co robić? — wyszeptał Edward do samego siebie.

— Nie ma szans, nie uratujesz się. Pewnie będą cię torturować, uznają, że śmierć to za mało. Kłam, teraz tylko kłamstwo cię ocali. Masz przejebane, zajebią cię.

— Ale mam przejebane. Jak się dowiedzą, zajebią mnie. Zajebią. — Chodził szybko po domu. — Dobra, cicho. Bedę cicho, pomyśli że nie ma go w domu. Głęboki wdech i wydech. Tylko spokojnie. Przecież Frank często podróżuje. — Stanął nieruchomo. Nawet przestał oddychać. Był pewien, że osoba przed drzwiami usłyszy jego oddech. Nigdy w życiu się tak nie bał. „Ja pieprzę, dlaczego to tak długo trwa”, pomyślał. „Nikt nie stoi tyle pod drzwiami”. Tak naprawdę nie trwało to długo, lecz Edward tak to odczuwał. Nie mógł znieść tego napięcia. „W co ja się wjebałem”, pomyślał.

— Frank, otwieraj, wiem, że tam jesteś! Byłem umówiony!

— Już po tobie. Butcher nie odpuści. Zabiją cię. Wiem, co musisz zrobić, musisz go zabić.

— Co?! Przecież przed chwilą…

— Zamknij się! Zapomnij, co mówiłem przed chwilą. Tutaj już nie chodzi o to, czy to sprawiedliwe, czy nie. Nie rozumiesz? Jak go nie zabijesz, on to zrobi z tobą. Musisz to zrobić, nie masz wyjścia.

Wiesz, że Butcher jest brutalnym kolesiem. Kto wie, może jak się wkurzy, postanowi zakatować cię na śmierć, wyobraź to sobie. Czy jesteś na to gotowy?

— Już za długo wcześniej cię słuchałem. Dość tego, wpakujesz mnie tylko w jeszcze większe kłopoty.

Edward sięgnął po klamkę. Postanowił otworzyć Butcherowi. Cień zbliżył się i powiedział szeptem:

— Jesteś tego pewien? Wiesz, że ci się nie uda, nie masz szans. On cię skatuje na śmierć.

— W dupie mam twoje rady.

— Taki jesteś? Ty gnoju, jak go nie zabijesz, obiecuję ci, że go podkręcę, aby cię skatował jak śmiecia. Zobaczysz.

Dłoń Edwarda zadrżała.

— A ha, ha, ha, ha! — zaśmiał się cień. — Nie masz szans, daję ci ostatnią szanse. Zabij go!

— Nie! — Edward miał dość rad cienia.

— Nie?! Zobaczysz, śmieciu, Butcher cię zajebie.

— Trudno.

Otworzył drzwi.

— Już wiadome, że widzi, że coś kręcisz. Od razu widać to na twojej twarzy.

Butcher przyjrzał się Edwardowi. Cień zwrócił się do niego:

— To ten, co zabił matkę. Ten śmieć.

Butcher natychmiast uległ, natychmiast poczuł gniew.

— To ty, pizdusiu.

Cień teraz przemówił do Edwarda:

— Jak on cię traktuje? Jak śmiecia. Pokaż mu, kto jest śmieciem, zabij go. — Edward zamknął oczy. Był taki moment, przez chwilę miał ochotę go zamordować, ale się opanował.

— Franka nie ma.

— Widać, że łżesz. Na pewno się zorientuje, musisz go zabić. — Edward postanowił ignorować słowa cienia.

Ten zrozumiał, że lepiej będzie podkusić Butchera, był on bardziej podatny.

— Co się, do cholery, uśmiechasz? Nie słyszałeś, jak cię nazwałem? — Butcher nie należał do najprzyjemniejszych osób. Był wielkim i bardzo umięśnionym facetem. — Dlaczego jesteś w jego domu?

Cień zwrócił się do Butchera:

— Coś jest nie tak, ty go wyzywasz, a on się śmieje. Coś ukrywa. Widzisz, jak drży mu warga?

Butcher delikatnie zaczął zaglądać do środka malutkiego mieszkanka Franka. Ciało leżało w kuchni, która była na nieszczęście dla Edwarda pierwszym pomieszczeniem w domu. Nie było żadnego przedsionka czy korytarza. Edward prędko zablokował głowę Butchera. Ten wściekł się i odepchnął Edwarda z całych sił. — Co jest z tobą?

Edward poleciał znacznie do tyłu, Butcher był od niego o wiele cięższy i silniejszy. Butcher powoli podszedł do Edwarda. Ten zdał sobie sprawę, że zaraz wejdzie do mieszkania i zobaczy martwe ciało.

— Czekaj! — krzyknął wręcz odruchowo.

— Posłuchaj mnie, gówniarzu. Od zawsze byłem za tym, żeby cię wyjebać na zbity ryj z wioski. Nie wydzieraj do mnie teraz swojej szczeniackiej mordy.

— Przepraszam. Ja po prostu chciałem powiedzieć, że masz rację. — Edward desperacko szukał wyjścia z tej sytuacji. Butcher na te słowa zatrzymał się. Był zdziwiony. — Powinniście mnie wywalić i zasłużenie mnie tak traktujesz, ale… — Nie miał pojęcia, jak skłonić go, aby wyszedł. W końcu coś mu przyszło do głowy. Nie był to najprzyjemniejszy plan, ale nie miał wyjścia.

— Ale co, kurwa?

— Ale mam tego dość. — Rozbiegł się i z całej siły wparował w Butchera. Nie skupiał się na tym, aby go obalić i pobić. Chciał jedynie wypchać go jak najdalej od domu.

Butcher nie był na to przygotowany, dzięki temu Edwardowi udało się go odepchnąć na kilka metrów od wejścia. Jednakże natychmiast, gdy się zaparł, jego znaczna masa i potężne mięśnie zrobiły swoje. Zatrzymał się i wymierzył Edwardowi potężny podbródkowy. Ten się przewrócił. Nawet nie poczuł ciosu. Nawet nie zdał sobie sprawy, że zaczęła lecieć mu krew. Gdy padł na ziemię, myślał tylko o jednym. „Tylko nie wchodź do domu”. Wciąż i wciąż powtarzał to jak mantrę.

— Pieprzony gówniarz — mówił jakby do samego siebie Butcher. — Zero szacunku do starszych. — W tym samym momencie podszedł do Edwarda i kopnął go z całych sił w brzuch. Cios był potężny. Edward przewrócił się na bok. — No tak, ale jak można oczekiwać szacunku od pieprzonego mordercy — kontynuował Butcher. Chodziło mu o śmierć matki Edwarda przed laty. To za to tak bardzo nienawidzono Edwarda. Edward w tym momencie już nieco zamroczony przez ciosy i silne emocje niestety wybuchł płaczem i zaczął mówić:

— Ja nie chciałem go zabić. Ja naprawdę nie chciałem, ale byłem taki wściekły…

Butcher nachylił się do niego.

— Co?

— Ja naprawdę nie chciałem.

Butcher jakby kierowany instynktem wszedł do domu Franka. Stanął jak wryty przy wejściu.

Oczywiście, gdy tylko Butcher dostrzegł ciało, cień już był przy nim.

— Ten pieprzony morderca znów zabił.

Butcher, milcząc, przyglądał się ciału.

— Spójrz na strzałę, identyczna jak u Edwarda. To on go zabił. Nie zabiłeś gnoja, gdy zamordował matkę, i widzisz, co się stało. Mówiłem ci wtedy, że powinieneś go zabić, mam nadzieję, że tym razem nie popełnisz tego samego błędu.

Edward odwrócił się delikatnie i spojrzał na mężczyznę. Od tyłu widział tylko jego wielkie bary. Wiedział, że Butcher zobaczył ciało. W jednym momencie jego wielgachna klata zaczęła szybko unosić się i opadać. Wiedział, że ciężko oddycha, jest cholernie wściekły. Wiedział, że jak się nie zbierze i nie ucieknie, to Butcher może go zabić. Wstał najszybciej, jak potrafił, i trzymając się mocno za bok, w który dostał cios, począł biec. Nie wiedział, że już w momencie, gdy wstawał, Butcher zmierzał wściekły w jego kierunku.

— Ty pierdolony śmieciu! — krzyczał za nim. Niestety dla Edwarda okazał się być dość szybki mimo swej znacznej masy. Gdy Edward poczuł na szyi wielką dłoń, już wiedział. Wiedział, że jest trupem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.78