E-book
13.65
drukowana A5
40.26
Szesnaście żywiołów

Bezpłatny fragment - Szesnaście żywiołów

geneza metali


5
Objętość:
189 str.
ISBN:
978-83-8245-567-0
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.26

Szesnaście żywiołów. Geneza metali (lata 7444–7447 według kalendarza elfów Olivinir)

Królestwo Ludzi
Leśny Kontynent

Prolog

(rok 7447 według kalendarza elfów Olivinir)


„Nie czuję dłoni. To ciało… znam je. Jest takie zimne, sztywne i puste w środku, ciało bez duszy. Jest martwe. Jest… Znam tę twarz. Byłem na jego weselu, tak, zorganizowano je przed samym wymarszem. Sam król był ich świadkiem, było pięknie. Niestety, teraz jest to już tylko martwe ciało. Tak mi przykro z tego powodu. Tak cholernie mi przykro, że nie mogłem cię ocalić, Branderze. Tak, właśnie tak miał na imię. Co się dzieje na moich policzkach? Ach tak, to łzy. Są strasznie zimne i ciężkie. Dlaczego znowu ja? Dlaczego zawsze muszę przeżyć, dlaczego muszę patrzeć na śmierć innych? Dlaczego wciąż i wciąż muszę tego doświadczać?! To był świetny facet, dopiero co się ożenił i po prostu zginął. Jego żona będzie czekała z nadzieją w sercu. Co wieczór, gdy zasypia, pewnie kłuje ją ta okropna myśl. Myśla zbyt straszna, aby dopuścić ją w pełni do świadomości. Co, jak nie wróci? Myśl straszna i powodująca bezsenność. Myśl mogąca rozerwać na strzępy. Pewnie będzie stała pośród innych żon. Co wtedy ujrzą? Jedynie mnie idącego w ich stronę, jedynie mnie. Jedynie jednego spośród dwustu tysięcy. Dlaczego to musiałem być ja? Dlaczego nie mógł to być Brander, żeby twarz choć jednej spośród żon rozjaśniła się uśmiechem? Choć jedna, czy to zbyt wiele? Ja wiem, jak to jest utracić ukochanych. Wiem to jak nikt inny. Nie chcę widzieć tej miny na ich twarzach. Nie chcę tam wracać, wolę tutaj umrzeć, pośród setek tysięcy porozrywanych ciał. Nie zniosę tych wyrazów twarzy, z wymalowanym bezgranicznym cierpieniem. Nie mogę przetrwać tego widoku. Ile ich tam będzie? Ile kobiet będzie stało naprzeciw mnie? Oczekujących przybycia swojego ukochanego. Wszystkie z nich nie odnajdą szczęścia w tejże jakże bardzo istotnej dla nich chwili. Każda spośród nich się zawiedzie, to będzie skumulowana do niewyobrażalnych rozmiarów rozpacz. Nie chcę tam być, nie chcę tego doświadczać. Nie mam na to sił, nie po tym wszystkim. Pieprzone cienie, kto by się spodziewał czegoś takiego. Nie mogę się rozglądać, już wystarczająco się napatrzyłem. Będę się przyglądał Branderowi. Wygląda tak spokojnie, wydaje się wręcz, że śpi. Wygląda to, jakby miał za chwilkę się obudzić i uśmiechnąć. Niestety to się nie wydarzy. Jest zimny i martwy. Zimny i martwy jak oni wszyscy. Nie wstaję. Nie chcę tego robić. Położę się obok niego i po prostu zasnę…”.

Rozdział pierwszy

Miłość (rok 7444)

„Jestem kolekcjonerką stanów emocjonalnych. Podróżniczką między cierpieniem i szczęściem. Pasjonatką miłości. Hobbystką przyjaźni. Orędowniczką szczęścia. Jestem odczuwającą cierpienie. Jestem chodzącą z bólem. Krzywdzicielką. Ulegającą nienawiści. Jestem tym wszystkim, jestem człowiekiem”

— Matylda


— Cześć.

— Witaj, obiad już gotowy. Pomożesz mi wszystko zanieść do salonu?

— Pewnie.

— Tatusiu, tatusiu! Spójrz na nasze obrazki.

Gemi i Nos podbiegły do Gorda i uścisnęły go z całych sił, po czym natychmiast poczęły przedstawiać mu swoje dzisiejsze dzieła. Gord z uśmiechem się im przyjrzał.

— Jak zwykle są piękne.

— Jak było w pracy?

— Pracujemy nad nowym projektem, wystąpiło sporo komplikacji, lecz mimo tego przemy naprzód.

Podczas rozmowy Gord wraz ze swoją żoną Silentium wnosili talerze i półmiski z daniami.

— Cieszy mnie, że tak bardzo uwielbiasz swoją pracę.

Gord jedynie uśmiechnął się w odpowiedzi. To było prawdą, kochał swoją pracę i niewątpliwie był w niej najlepszy. Był najwyższym rangą kowalem w wielkiej kuźni. Niestety przez to wiele czasu spędzał w pracy i nie miał go dla rodziny tyle, ile chciałby mieć. Tego dnia wyjątkowo wrócił w południe.

— Geminos! Obiad gotowy, chodźcie.

Wszyscy zasiedli za stołem i poczęli wcinać w milczeniu. Gdy zjedli, Gord dostrzegł smutną minę Gemi.

— Gemi, co się stało? Masz dość nietęgą minę.

— No bo jest super, kiedy możemy razem zjeść, ale…

Nos postanowiła dokończyć, ponieważ jej również to ciążyło na duszy:

— …zazwyczaj nie ma ciebie z nami. Większość czasu siedzisz w pracy.

Na twarzy Gorda pojawił się smutek. Wiedział, że jego córki mają rację, zbyt wiele czasu spędzał w robocie. Choć dzięki niemu technologia wojskowa krasnoludów znacząco się rozwinęła, to miało to swoją cenę.

— Wiem, macie rację. Co powiecie na wspólny wypad na plac zabaw? Wasi koledzy i koleżanki pewnie już bawią się bez was, a do tego nie można dopuścić.

Takich rzeczy dziewczynkom nie trzeba było powtarzać dwukrotnie. Natychmiast poleciały do swoich pokoi się ubrać.

— Wiem, że opiekujesz się nimi codziennie i to dla ciebie byłby fajny odpoczynek, gdybyś została w domu, Silentium, jednakże proszę, pójdź z nami. To świetna okazja, aby spędzić trochę czasu razem.

Silentium przeczesała swoje blond włosy dłonią, po czym spojrzała na męża tymi swoimi niebieskimi oczami i uśmiechnęła się.

— Pewnie, pójdę pomóc im się ubrać, bo znowu porozrzucają wszystkie ciuchy po pokoju, zanim się zdecydują na coś konkretnego.

Córeczki Gorda wyglądały jak dwie małe kopie ich matki. Blondwłose, z niebieskimi oczami, prawie zawsze uśmiechnięte, do złudzenia przypominały swoją matkę. Jedynie noski miały po ojcu.

Gord, wynosząc naczynia, pomyślał, iż jest wielkim szczęściarzem, że ma takie wspaniałe córki i żonę. Kochał je ponad wszystko. Czym jest miłość? Nie jesteśmy w stanie jej określić, ponieważ źle podchodzimy do prób jej zdefiniowania. Domyślnie myślimy, że miłość to jedno uczucie, lecz nic bardziej błędnego. Miłość jest połączeniem wielu różnych uczuć o określonym stopniu. Ponieważ uczucia podlegają stopniowaniu. Stopień, rzecz jasna, może być różny, dlatego można kochać mniej lub bardziej, chociaż określenie „miłość” zawsze oznacza coś niesamowicie silnego.

Szczęście jest emocją spowodowaną doświadczeniami ocenianymi przez podmiot jako pozytywne. Osobiście wolę jednak jako jedną z definicji tego słowa obraz. Widok Gorda siedzącego ze swoją żoną na ławeczce przy placu zabaw. Przyglądającego się z uśmiechem swoim dzieciom, gdy bawią się z przyjaciółmi, i czującego na ramieniu ciężar głowy wtulonej w jego ciało żony. Ten ciężar to wielka odpowiedzialność, jednakże równocześnie ogromne szczęście. Zbudować relację małżeńską mogącą przetrwać lata, podczas wszelkich trudności przynoszonych przez życie, nie jest łatwo, lecz bez wątpienia warto. Warto żyć i warto kochać, mimo wszystkiego, co złe i jakże utrudniające te dwa pierwsze. Bo bez miłości jesteśmy jak puste naczynia, do których szybko wlane zostanie coś innego.

Wiele godzin zajęłoby mi podliczenie momentów, gdy Gord, leżąc wieczorem, nie mógł zasnąć, ponieważ martwił się o osoby, które kocha. Ponieważ się bał. W tych chwilach był przerażony, że jego żonie, córkom, ojcu, matce, braciom, siostrom, przyjaciołom może coś się stać. Drżał na myśl, że ktoś ich może skrzywdzić. Dlatego właśnie, chcąc zrobić komuś krzywdę, powinniśmy brać pod uwagę to, że może gdzieś tam leży ktoś bliski tej osobie i drży na myśl o naszym ewentualnym czynie. Pewnie mimo tego będziemy popełniać ten odwieczny błąd, jednakże może choć nieco rzadziej, a to już jakiś początek. Nawet mimo krzywd wyrządzanych sobie nawzajem mamy wiele bólu do pokonania, wiele prób i trudności do przezwyciężenia, dobrze byłoby tego nie pogarszać własnymi działaniami. Piękne to marzenie, lecz jakże odległe. Mimo tego jest ono stanem, do którego warto dążyć. Z tego stanu może powstać miejsce, które kreowane jest przez zbiorowy stan ducha, a nie odwrotnie.

Lecz istnieje również miejsce będące antonimem tamtego miejsca. Ono także jest wykreowane przez zbiorowy stan ducha, a nie odwrotnie. Mamy możliwoś trafienia do jednego z tych dwóch miejsc i to od nas zależy, gdzie się ostatecznie znajdziemy. Ta decyzja jest nieunikniona, nie da się od niej uciec, każdy musi wybrać. Zbiorowy stan ducha… Ta decyzja będzie podejmowana przez wszystkich osobiście, choć inni na nas mogą wpływać, abyśmy wybrali jedno bądź drugie, ponieważ jesteśmy jedną wielką siecią zależności. Dlatego manipulacja prowadzi nie tylko do zmiany poglądów. Realnie zmienia ona podmiot będący pod jej wpływem.

Często faktycznie krzywdzi podmiot i sprawia, iż ów skrzywdzi innych. Propagowanie nieprawdziwych przekonań również może mieć taki skutek. Problematyczne w tym jest zweryfikowanie, które z owych są prawdziwe. Najlepszym sposobem na to jest rozmowa, ponieważ bez niej powracamy do plemienności i przemocy.

Sen pierwszy

Gord siedział w swej pracowni. Zajmował się ulepszaniem armat. Choć już osiągnął w tym temacie wiele, wciąż chciał je ulepszyć. Zastanawiał się, jak zmienić projekt, aby uzyskać większy zasięg. Jego pracownia zawalona była starymi księgami. Wszystkie z nich Gord przeczytał co najmniej dwukrotnie, miał wręcz obsesję na punkcie technologii wojskowej. To właśnie z tego powodu był najwyższym rangą kowalem. Łamał sobie głowę nad tym, jak ulepszy projekty, gdy drzwi w jego pracowni zaskrzypiały. W środku pojawiły się najmniej spodziewane osoby. Jego żona wraz z córkami. Wiedział doskonale, że musi być to coś istotnego, Silentium nigdy nie przychodziła odwiedzać go w pracy. Wielka kuźnia nie była przyjemnym miejscem. Było tutaj okropnie głośno i gorąco. Gord natychmiast przerwał swoją pracę.

— Cześć, kochanie, czy coś się stało?

Silentium nie odpowiedziała, jedynie stała naprzeciw, wpatrując się w niego. Jej mina wyrażała dogłębny smutek. Jego córki intensywnie patrzyły się na niego, ich miny również wyrażały dojmujący żal. Gord był poważnie zaniepokojony.

— Nie trzymaj mnie w takiej niepewności, o co chodzi?

Odpowiedzi nadal brak, wciąż tylko ta przerażająca mina. Gord natychmiast chciał wstać, lecz nie mógł. Nie był w stanie puścić trzymanego projektu armat. Teraz zaniepokojenie poczęło narastać, aż do granic strachu. Właśnie w tym momencie, w wiecznie wypełnionej gorącem pracowni, poczęło robić się chłodno. Po kilku chwilach, wydających się wiecznością, zrobiło się niewyobrażalnie zimno. Z ust Gorda leciała para, tak jak z ust Silentium i dziewczynek. Do środka pomieszczenia weszła kolejna postać. Gdy tylko wychyliła się zza ściany, w środku jakby się ściemniło. Po policzkach Gorda poczęły spływać natychmiast zamarzające łzy. Czuł, że za chwilę wydarzy się coś strasznego. Owa tajemnicza i niewątpliwie mroczna postać odziana była w czarne szaty. Był to dziwaczny odcień czerni, w świetnie oświetlonej pracowni Gorda było teraz ciemno, szaty owej postaci pochłaniały światło dookoła. Postać była zakapturzona, nie dało się dostrzec jej twarzy. Stanęła przy Silentium i dziewczynkach. Gord nigdy w życiu nie pragnął bardziej krzyknąć, nigdy w życiu nie był bardziej zmotywowany, aby coś zrobić, lecz nie zrobił nic. Zupełnie nic. Nie mógł się poruszyć, nie mógł krzyknąć, nie mógł zrobić nic. Jedynie wpatrywał się w tę groteskową scenę, zbyt przerażony, aby zrobić cokolwiek. Silentium, Gemi i Nos wciąż wpatrywały się w niego, a ich miny nie zmieniły się ani na moment. Była na nich również troska, lecz nade wszystko smutek. Taki niespotykany, jakby już w tym momencie przeżywały kolejne lata cierpienia skumulowane w tym jednym momencie.

Jednakże w tym wszystkim był tam widoczny, niesamowicie niestosowny i nieoczekiwany spokój. Spokój graniczący z cudem. Mroczna postać położyła dłoń na ramieniu Silentium. Była to jedyna część ciała tej istoty niezakryta tym pochłaniającym światło płaszczem. Dłoń była pozbawiona skóry i mięśni, same kości. Teraz serce Gorda poczęło walić jak szalone. Jakby chciało wyrwać się z jego klatki piersiowej. Silentium, jak i jego córeczki, traciły kolory. Wydawało się, że bledną, jednakże tak nie było. Po krótkiej chwili, która wydawała się Gordowi wiecznością, ciała jego ukochanej rodziny poczęły stawać się przezroczyste. Powoli zanikały ze świata fizycznego.

Gdy były już jedynie duchami, Gord obudził się. Był rozgrzany i zlany potem, był środek nocy. Natychmiast spojrzał na swoją żonę, spała spokojnie. To tylko sen, nic więcej. Mimo tej myśli poszedł do pokoju dziewczynek i zajrzał — one również spały spokojnie.

Serce nadal mu waliło. „Cholera, ten sen był tak realny, nadal mam gęsią skórkę na myśl o tej dziwnej postaci odzianej w czerń”, pomyślał. Zasnął spokojny, przekonany, iż to jedynie senny koszmar. Jeszcze tego samego dnia ów sen nabrał dla niego zupełnie innego znaczenia.

Rozdział drugi

Dzień, w którym zatrzymała się ziemia

„To taki dzień, którego nie życzysz nikomu.

To taki dzień, na który nigdy nie jesteś przygotowany.

Nie można być przygotowanym na coś takiego.

To dzień, podczas którego zdajesz sobie sprawę, jak mocno kochasz.

To dzień, podczas którego uświadamiasz sobie,

jak wiele do tej pory miałeś i jak bardzo tego nie doceniałeś”

— Gord


To taki dzień, który wydaje się jak każdy inny. Budzisz się rano i idziesz do pracy dokładnie tak, jak zrobił to Gord. Zanim wyjdziesz, jesz śniadanie ze swoimi córkami i żoną dokładnie tak, jak zrobił to Gord. Żegnając się, mówisz im: „Kocham was”, chociaż może nie mówisz, bo wstydzisz się okazywać swoje głębokie uczucia. To zależy, Gord nie powiedział nic, prócz krótkiego: „To lecę”. Dzień jak każdy inny. Idąc do pracy, spotykasz wielu przechodniów, większość z nich również właśnie odbywa „swój dzień jak co dzień”, również idą do pracy. Lekko się im kłaniasz, mówiąc: „Dzień dobry”, dokładnie tak, jak zrobił to Gord. Później wykonujesz swoją pracę przez określoną ilość czasu, jakakolwiek by ona nie była, i wracasz do domu, do rodziny, a kiedy jesteś pracoholikiem jak Gord — wracasz wieczorem.

Wracasz, myśląc, że wszystko będzie tak jak zawsze. Tak właśnie myślał Gord, lecz po powrocie nic nie było jak zawsze. Przed jego domem stał mędrzec z poważną i dojmująco smutną miną.

— Dzień dobry, czy coś się stało? — Gord był zbyt zmęczony, aby teoretyzować i rozmyślać, dlaczego jeden z mędrców stoi przed wejściem do jego domu.

Mędrzec westchnął ciężko:

— Wezwano mnie, abym przyjrzał się twojej żonie, która zasłabła dzisiaj.

Gord natychmiast zrobił krok do przodu, chciał ją natychmiast zobaczyć i zapytać, jak się czuje.

Mędrzec zablokował mu drogę.

— Zanim do niej wejdziesz, chciałbym cię o coś prosić. Jej stan jest poważny, to nieznana nam choroba. Musisz wziąć wolne w pracy i zająć się swoją żoną. Przede wszystkim musi unikać stresu.

W takiej sytuacji nawet pracoholik taki jak Gord natychmiast bierze wolne i dba o żonę, jak tylko może. Właśnie tak zrobił. Tego dnia siedział przy jej łóżku całą noc. Siedział, dopóki nie zasnął z wyczerpania.

Następnego dnia siedział już przy trzech lóżkach. Doszły dwa małe łóżeczka, na których leżały jego dwie małe córeczki, które również zachorowały. Gord, siedząc z nimi codziennie, zastanawiał się nad jednym. Nad tym dziwnym snem. Myślał o nim, wstając rano i szykując śniadanie swojej rodzinie. Myślał o nim, zasypiając wieczorem na fotelu przy ich łóżkach. Myślał o nim, kiedy mędrcy, zajmujący się wśród krasnoludów leczeniem chorych, badali jego rodzinę. Myślał o nim dzień po dniu, słysząc od nich wciąż te same słowa: „Niestety, nic nie możemy zrobić, jest to zupełnie nam nieznana choroba”. Całe dnie spędzał ze swoją rodziną, wziął wolne od pracy na dłuższy okres. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak niewiele czasu spędzali ze sobą wcześniej. Obwiniał się bardzo o to, jak długo siedział w pracy, jednakże nie mógł już cofnąć czasu i tego zmienić. Nieodwracalność naszych decyzji i czynów jest dość dojmująca.

Siedząc całymi dniami, rozmawiali. Większość czasu o totalnych pierdołach. To było nieistotne, istotnym było, iż spędzają czas razem. I właśnie tak mijały im dni, jednakże mimo wszelkich prób mędrców choroba nie ustępowała. Żona i córeczki Gorda z dnia na dzień wyglądały coraz gorzej. Z dnia na dzień znikały w oczach, znikały dokładnie jak w jego śnie. Dokładnie w taki sam sposób z dnia na dzień chudły coraz bardziej i jakby traciły kolory.

Gord teraz bez przerwy myślał o tym śnie. Pamiętał, jakie było jego zakończenie, i wiedział, że musi coś zrobić. Zwrócił się więc do króla, aby ten skontaktował się ze staruszkiem z Wyspy Tajemnic. Krasnoludy były pamiętliwe i wśród nich zachowało się wspomnienie o niesamowitych i całkowicie niemożliwych do wyjaśnienia czynach owego tajemniczego staruszka. W liście król poprosił staruszka o natychmiastowe przybycie i pomoc dla rodziny Gorda. Teraz Gord nie myślał już o śnie, codziennie myślał o odpowiedzi staruszka. Gdzieś w głębi czuł, że to jedyna szansa. Nie chciał tego przed sobą przyznać, lecz widział, jak choroba postępuje. W głębi myślał, że jego żona i córeczki nie przeżyją. Straszna to myśl, okrutna. Taka jedna myśl może cię rozerwać od środka. Każdego wieczoru, zasypiając, błagał los, aby staruszek pomógł jego rodzinie. Codziennie wysyłał kogoś do króla z pytaniem, czy już przyszła odpowiedź. Pewnego dnia odpowiedź przyszła i niestety nie była ona tym, czego Gord oczekiwał. Napisane w niej było: „Przykro mi, lecz nie wolno mi robić wyjątków”. Przeczytawszy wiadomość, Gord wykrzyczał:

— Wyjątków? Ty szmaciarzu, chodzi o moją rodzinę!!!

Od tej pory Gord nadal całe dnie spędzał ze swoją rodziną, codziennie budził się obok nich i obok nich zasypiał. Jednakże pewnego dnia obudził się, a ich już tam nie było, były tylko ich martwe ciała. Siedział tam z nimi pół dnia i ryczał jak dziecko. Nie mógł ogłosić tego mędrcom, nie był w stanie. Dopiero po wielu godzinach udał się do nich i poinformował ich o tym, co się stało. Kiedy szedł, wydawało mu się, że to wszystko mu się śni. Marzył o tym, aby to mu się śniło, lecz tak nie było. Na pogrzeb przybyło bardzo wielu mieszkańców Góry Praojców. Gord był najlepszym konstruktorem machin i kowalem wśród krasnoludów. Wszyscy wyrażali swój głęboki smutek, a on stał tam i nie mógł uwierzyć, że to się tak po prostu stało. Nie mógł tego zaakceptować, nie mógł zrozumieć, nie mógł się z tym pogodzić. Żałował że nie umarł z nimi, chciał nawet popełnić samobójstwo, lecz nie miał odwagi. Chciał uciec, zapomnieć, utracić świadomość. Wybrał więc najłatwiejszą drogę, zaczął pić alkohol.

Pił od rana do wieczora, nie zamierzał wytrzeźwieć już nigdy, już mu nie zależało. Nie zależało mu na swoim życiu. Nawet jego rodzice wciąż przychodzący do niego i proszący, aby przestał pić i się wyniszczać, nie mogli mu pomóc. Tym bardziej jego przyjaciele robiący to samo nie dawali rady uratować go przed samym sobą. Zawsze odpowiadał, że na trzeźwo ten ból jest zbyt silny, że nie może znieść tego rozrywania od środka, że wolałby nie istnieć niżeli to czuć.

I tak właśnie istniał gdzieś między świadomością a jej brakiem. Wciąż pijany i nieszczęśliwy. Zadręczający siebie od rana do wieczora, bo rzecz jasna alkohol mu nie pomógł, alkohol nigdy nie pomaga w takich sytuacjach. Sprawia tylko, że pogarszamy już bardzo złą sytuację. Tak właśnie trwał, aż do dnia kolejnego snu, który to wyciągnął go z tej matni.

Sen drugi

Gord leżał na brzuchu. Był totalnie pijany, ledwie kontaktował. Poczuł szturchanie w plecy.

— Odwal się. Nie widzisz, że jestem zajęty? — wykrzyknął zachrypniętym głosem.

Mimo tego szturchanie nie ustawało, wręcz się nasiliło. W przypływie wściekłości dźwignął swoje ciało i odwrócił się na plecy. Przed chwilą rzygał, więc oczy miał załzawione, dlatego też na początku zobaczył jedynie kontury postaci. Wydawała mu się znajoma, lecz nie mógł zidentyfikować, kim jest. Łzy w jego oczach powoli spływały, więc dostrzegał postać coraz wyraźniej. Miał takie dziwne uczucie, że przybyła postać była nieskazitelnie czysta. Było to dziwne wrażenie, lecz właśnie takie miał. Coś do niego mówiła, lecz nie był w stanie zrozumieć jej słów, był zbyt pijany. Gdy rysy jej twarzy nabrały ostrości, zrozumiał, kim jest owa postać. Była to jego żona Silentium. Leżał zszokowany, a jego pierwszą myślą było: „Przecież ty nie żyjesz!”. Jednakże natychmiast zapomniał o tej myśli. Chciał zapytać, jak to możliwe. Niestety nie mógł wykrztusić ani słowa, był zbyt pijany. Teraz wszystkie jego poprzednie odczucia i myśli zastąpiło jedno — czysta wściekłość. Nie był wściekły na nią oczywiście, nie był wściekły nawet na tę sytuację. Był wściekły jedynie na jedną osobę. Na siebie. Był wściekły, że się nachlał, że nie jest nawet w stanie usłyszeć, co Silentium chce mu powiedzieć. Widział po wyrazie jej twarzy, że bardzo chce mu coś przekazać. Wiedział to, lecz nic nie mógł zrobić, był zbyt pijany. Skupił się cały w sobie i ostatnim potężnym wysiłkiem woli był w stanie dosłyszeć jedno zdanie.

„Przykro mi, kochanie, mój czas wyznaczony na to spotkanie się kończy, bardzo mi przykro”.

Po usłyszeniu tych słów obudził się zlany potem. Ten sen był tak samo dziwnie realny jak ten ostatni, który zbudził go w środku nocy. Siedział tak na łóżku przez dłuższą chwilę i był wściekły na siebie jak nigdy. Najbardziej bolesne nie były jej słowa, gdy wypowiadała to ostatnie zdanie. To jej mina wyrażająca dojmujący smutek była dla niego najbardziej bolesna. Nabrał przekonania, że jego żona przyszła we śnie, aby się z nim pożegnać, a on był nachlany i nawet nie był w stanie zrozumieć, co chce mu powiedzieć. Właśnie tego dnia Gord nabrał takiego obrzydzenia do alkoholu, że nie napił się już nigdy.

Rozdział trzeci

Cykl życia

„Niewątpliwym jest, iż każdy z nas musi umrzeć,

ale co to tak właściwie oznacza?

Czym tak naprawdę jest śmierć?

Co skrywa się za tą barierą?

Czy możemy mieć pewność,

że słowo »śmierć« oznacza całkowity kres?”

— Mala-synesse


Gord snuł się po mieście. Ściemniało się już. Mimo tego nie zamierzał wrócić do swojego domu. Nie miał do czego wracać, nie miał do kogo wracać. Pustka jego domu obrazowała jego pustkę w życiu. Minęło już wiele miesięcy, odkąd porzucił pracę. Zawsze konstrukcja maszyn i praca w kuźni były jego pasją. Uwielbiał to robić. Wiadomo, wcześniej nie mógł wrócić ze względu na to, jak wiele pił, jednakże nawet teraz, gdy porzucił pijaństwo, nie był w stanie wrócić.

Król naciskał na niego wielokrotnie, wiedział, że jest najlepszy w tym, co robi, to nakładało na niego pewnego rodzaju brzemię. Mimo tego nie mógł wrócić, coś się w nim zmieniło, jeszcze nie wiedział, co dokładnie, jednakże jakoś nie był w stanie znów wrócić do swoich dawnych pasji. Tak błądząc bez celu, trafił do miejsca, w którym niegdyś siedział z Silentium, obserwując bawiące się Gemi i Nos. Usiadł na tej samej ławeczce co wtedy, poczuł smutek, lecz taki inny niż zawsze. Zrobiło mu się po prostu słabo, jakby organizm zareagował na ból, jakby chciał zakomunikować, że już nie może tego znieść. Siedząc tak, począł rozmyślać.

Rodzimy się, na początku nie mamy pojęcia o niczym, jednakże mamy wielki potencjał. Na początku wchłaniamy wszystko dookoła i staramy się to zrozumieć, uczymy się. To dzieciństwo.

Następnie jesteśmy już troszkę starsi, troszkę dojrzalsi. Wtedy często nadal pochłaniamy świat, nadal podlegamy zmianom. Psychicznym, fizycznym i tym duchowym. Jednakże wtedy już nieco o świecie wiemy, często wydaje się nam, że wiemy już wszystko. Później życie to weryfikuje, często w dość dosadny sposób. Nadal posiadamy kolosalny potencjał. To młodzież.

Następnie zwalniamy nieco, mamy już troszkę mniejszy potencjał, jednakże nadal jest on spory i nadal mamy znaczne możliwości zmiany na lepsze. Jednakże wtedy często stajemy się kimś więcej.

Stajemy się kimś, kto musi być odpowiedzialny i mądry, choć często mimo tego tacy nie jesteśmy.

Stajemy się kimś odpowiedzialnym za życie innych, takich malutkich i niewinnych. Stajemy się rodzicem, choć nie wszyscy, lecz zmiany i zwiększona odpowiedzialność dotyczą wszystkich, na tych niebędących nigdy rodzicami czasami nawet większa, to zależne od drogi życiowej. Wtedy nadal często popełniamy błędy, często nadal potrafimy być dziecinni, jednakże już jesteśmy nieco uformowani. Często nagle znikąd wychodzi nam wtedy brzuszek, wielce niepożądany. Powoli dostrzegamy pewne zmiany w naszym ciele, zaczynamy rozumieć, że nie jesteśmy już tak młodzi jak niegdyś. Jednakże to wszystko nie jest już tak istotne, bo wtedy przestajemy być w centrum. Zauważamy naturalną kolej życia i spoglądamy na dwie poprzednie grupy. Spoglądamy na nich z nadzieją, czasem surowością, gdy jest konieczna, lecz nade wszystko z miłością. To dorosłość. Następnie nastaje okres, w którym mamy już zdecydowanie mniejszy potencjał, jedynie ten ziemski. Już trudniej jest nam zmienić stare nawyki, nie zawsze właściwe.

Nasze organizmy powoli słabną, ale to nic, bo od początku wiedzieliśmy, że tak musi się stać. Nasze dzieci mają swoje dzieci, a my stajemy się dziadkami. Zazwyczaj pozwalamy tym najmniejszym na zbyt wiele, lecz taka już chyba nasza rola. To starość. I tak właśnie płynie ta rzeka zwana życiem. Tak toczy się cykl życia.

Gord zastanawiał się nad tym, wiedział, co niewątpliwie to oznacza. Wynika z tego, że każdy musi umrzeć i przeminąć. Niestety istnieją wyjątki, które nie dożyją ostatniej fazy, jaką jest starość, które nie przeżyją swojego życia do końca. Wyjątki wyrwane w trakcie życia, wydarte ze swojego przemijania. Tak jak Silentium, Gemi i Nos. Gord po prostu miał nadzieję, że przyjdzie mu dożyć momentu, gdy Gemi i Nos przyprowadzą pierwszego chłopaka do domu. Chciałby dożyć momentu, gdy będzie się bawił na ich weselu. Niestety to zostało mu odebrane. Nigdy już tego nie doświadczy. Zastanawiał się, czy inni rodzice kiedykolwiek zastanawiają się nad tym, jeżeli jest im dane przeżyć te wszystkie chwile. Zastanawiał się, czy odczuwają z tego powodu choćby cień radości czy wdzięczności. Czy wiedzą, jakimi są szczęściarzami? Rzecz jasna Gord wolałby, aby wszyscy byli takimi szczęściarzami, lecz niestety nie wszystkim będzie dane przeżyć całe życie. Brzmi to strasznie, zbyt strasznie, aby o tym mówić, jednakże tak właśnie jest. W jego sercu już na zawsze miała pozostać pustka po tej stracie. Była to rana, która się miała nie zagoić i już pozostać

częścią jego życia, częścią jego osobowości. Miała być jak cień wciąż mu towarzyszący.

Od tego dnia Gord codziennie siedział na tej samej ławeczce, przychodził tam i rozmyślał, pomagało mu to. Siedział tak dzień w dzień. Dopóki nie przyszedł do niego pewien dobrze zbudowany młodzieniec, który postanowił się dosiąść mimo wszystko. Wtedy znów wrócił do pracy i spędzał dni w wielkiej kuźni.

Sen trzeci

Kan siedział na drewnianym krześle. Dookoła niego było pełno ludzi, którzy krzywdzili się nawzajem. Niektóre z czynów obserwowanych przez niego były subtelne i drobne. Inne zaś bardzo smutne i okropne. Siedział i zastanawiał się nad tym, jak powinien postępować wobec tych osób. Gdzieś w głębi wiedział, że nie odnajdzie jednej i ostatecznej odpowiedzi na to pytanie, bo przecież to dotyczy takiej różności czynów, osobowości, tak różnych kontekstów sytuacji. W wielu z tych sytuacji dostrzegał nieświadomość osób krzywdzących innych lub wręcz przekonanie o tym, iż czynią właściwie. Dopiero dojrzawszy to wielkie nieporozumienie zrozumiał, że właściwe postępowanie wobec takich osób nie jest czymś, co jest jedynie kwestią działania Kana. Zrozumiał, iż potrzeba czegoś więcej, potrzeba struktury nakłaniającej ludzi do dobra i zniechęcającej do zła. Struktury obejmującej całe społeczeństwo, a raczej wielu struktur obejmujących wiele kultur. To trochę jak konkurencja wśród cywilizacji.

W swoim śnie Kan był przekonany, iż sama rzeczywistość jest zorganizowana w taki sposób, aby cywilizacje konkurowały ze sobą, a z tej konkurencji wyłaniać się jako zwycięskie mają po prostu te służące dobru. Ponieważ w perspektywie wielu lat te spaczone będą upadać, wyniszczone własnym zepsuciem bądź własnymi działaniami wynikającymi z nieprawdziwych przekonań. Nie zawsze muszą być to skrajnie okropne przekonania, nie zawsze muszą takie być początkowo, jednakże często z czasem w nieunikniony sposób przekształcają się w takowe. Kan, siedząc tak i obserwując to wszystko, zaczynał dostrzegać ciągłą walkę pomysłów wpisaną w samą strukturę rzeczywistości. Ciągłą walkę interpretacji tego, jak wygląda świat. Na pewno nie należało wyciągać z tego naiwnego wniosku, iż liczy się jedynie narracja dająca moc, dająca władze. Ani by wykorzystywać narrację jak narzędzie i dostosowywać ją do własnych potrzeb. Takie działanie koniecznie musi spowodować wiele zła. Powinno się szukać prawdy, choć skazani jesteśmy na nieodnalezienie jej w pełni. Skazani jesteśmy na ciągłą walkę i ciągłą, co najmniej częściową, zmianę. A do tego nawet znalazłszy właściwe odpowiedzi, jesteśmy skazani na to, iż część ludzi będzie popełniała zło. I zawsze będzie musiał znaleźć się ktoś, kto będzie ich powstrzymywał i walczył. To również część wpisana w samo istnienie. Oby nie przyszło żyć nam w czasach, gdy kogoś takiego zabraknie lub gdy struktury społeczne będą takie osoby zaduszać. Oby nie przyszło nam żyć w czasach, gdy dominująca narracja w naszym społeczeństwie wywindowuje na szczyty wielu hierarchii społecznych osoby stojące po stronie zła. Tak właściwie nie wiadomo, co to oznacza „stać po stronie zła”. Czy ktoś popełniający zło, nawet małe, stoi po stronie zła? Niewątpliwie, a więc każdy istniejący kiedykolwiek człowiek stał po stronie zła. Dokładnie! A więc jak kiedykolwiek dobro ma wygrać?

Stanie po którejś ze stron nie jest stałą, więc nawet ktoś dopuszczający się zła może być wojownikiem dla dobra. Nawet świetni ludzie. mający w sercu ogrom miłości i walczący całym sobą o dobro, popełniają czasem zło. Wtedy na krótką chwilkę stają się wojownikami mroku, cokolwiek by to nie oznaczało. Może ja to wiem, ale nie powiem, a może wydaje mi się, że wiem.

Kan, siedząc tak na krześle w pustce, otoczony masą wydarzeń, w jakiś dziwny i niewyjaśniony sposób to rozumiał, jednakże natychmiast po przebudzeniu zatracił to zrozumienie.

Rozdział czwarty

Poszukiwanie prawdy

Trzy lata później

„Jak postąpić wobec osoby popełniającej zło?

Czy być surowym, czy może wyrozumiałym?

Czyż zawsze nie jest to zależne od kontekstu?

Może jedna i ostateczna odpowiedź na jakikolwiek

zły postępek nie istnieje, ponieważ kontekst

zawsze jest inny. Może jedynymi opcjami są większe

struktury społeczne, kreowane setkami lat?”

— Kan


Kan przechadzał się po swoim pokoju, a pewne pytanie nie dawało mu spokoju. Nie był w stanie na nie odpowiedzieć, choć musiał. Było to nieznośne uczucie. Jak ma działać w świecie, kiedy nie jest w stanie odpowiedzieć sobie na tak istotne pytanie? Zastanawiał się nad tym, jak powinien zachowywać się w stosunku do istot popełniających zło. Miał poważne trudności z odnalezieniem odpowiedzi na to pytanie, pozornie proste. Postanowił odnaleźć Mateusza, był on mieszkańcem wyspy, który był w stanie odpowiedzieć na wszystko. Zapewne nie zawsze miał rację, lecz mimo tego jego przemyślenia były zawsze dla Kana wartościowe. Mateusz całe dnie spędzał na przemyśleniach, czytaniu i rozmowach ze staruszkiem. Miał ogromną wiedzę, Kan wyszedł z domu i udał się w stronę parku. Miał nadzieję, że tam odnajdzie Mateusza. Kan miał szczęście, znalazł go na jednej z ławeczek. Siedział i wpatrywał się w ziemię, intensywnie nad czymś myśląc.

— Cześć, nie przeszkadzam?

Mateusz spojrzał na Kana, wyglądał jakby został wyrwany z innego wymiaru. Odpowiedział dopiero po chwili:

— Cześć.

Kan usiadł obok.

— Chciałbym cię o coś zapytać. Mam pewien problem ze znalezieniem odpowiedzi na pewne nurtujące mnie pytanie. Wiem, jak wiele czasu spędzasz na rozmyślaniu, i pomyślałem, że będziesz w stanie mi pomóc.

— Świetnie. Wiesz, że uwielbiam trudne pytania.

— Zastanawiam się nad tym, jak powinienem postępować w stosunku do kogoś złego.

— Hmmm. — Mateusz myślał dłuższą chwilę. — Nie ty pierwszy masz z tym problemy. Myślę, że odpowiedź na to jest dość oczywista, jednakże jednocześnie bardzo złożona i wielowymiarowa.

— Nie do końca rozumiem, co masz na myśli, mówiąc wielowymiarowa.

— Bo widzisz, nasze postępowanie wobec kogoś, kto popełnia zło, jest zależne od wielu czynników. Po pierwsze jest zależne od tego, jakiego rodzaju zło popełnia. Zupełnie inaczej należy potraktować drobnego złodziejaszka niżeli seryjnego mordercę. Do tego pojawia się pytanie, czy wierzysz w prawdę obiektywną. To jest punkt startowy do tworzenia systemów moralnych, które obowiązywałyby wszystkich. Oczywiście bez wiary w prawdę obiektywną też możesz tworzyć takie systemy, powiedzmy oparte na wspólnym interesie. Na przykład, nie wierząc w prawdę obiektywną i tworząc systemy prawne „opłacalne” dla ogółu społeczeństwa, mógłbyś tworzyć systemy moralne dotyczące całych społeczeństw, lecz zrodziłoby to masę problemów.

— Jakich dokładnie?

— Pierwszy: jeżeli prawda obiektywna nie istnieje, a zasady właściwego postępowania są czysto subiektywne, jak miałbyś ustalić jedno prawo odnoszące się do wszystkich, aby było uczciwe? Jest to oksymoron. Nie da się ustalić jednego prawa dla całego społeczeństwa. Jeżeli przyjmiesz, że nie ma prawdy obiektywnej, nie da się ustalić takiego, które byłoby uczciwe wobec wszystkich, ponieważ jeżeli moralne prawdy są subiektywne, to każde narzucone siłą prawo byłoby nieuczciwe wobec części społeczeństwa, która się z nim subiektywnie nie zgadza. Rzecz jasna nie mógłbyś nawet marzyć o tym, aby całe społeczeństwo się zgadzało odnośnie do całego systemu prawnego obowiązującego w danym społeczeństwie. Jednostki takie zażądałyby z całą siłą natychmiastowej zmiany prawa.

— Mógłbyś powiedzieć, że mimo iż oni nie uznają tego prawa, większość osób w tym społeczeństwie je uznaje i służy to wszystkim.

— Mogą się spierać wtedy, dlaczego ma ich obowiązywać to prawo, skoro oni subiektywnie myślą, iż nie jest ono właściwe. Dlaczego miałoby im być ono narzucone, skoro nie ma czegoś takiego jak prawda obiektywna? Walczyliby o to, iż nie jest to właściwe. Jeżeli walka słowna by nie pomagała, mogliby przejść do agresji, a to nie służy społeczeństwu. Prawo jest właściwie wykreowane po to, aby ograniczyć przemoc i nieuczciwość. Przynajmniej po to powinno być wykreowane, bo niekoniecznie zawsze tak jest.

Kan myślał nad tym dość długo.

— A więc bez prawdy obiektywnej nie możesz narzucić jednego prawa całemu społeczeństwu, a bez tego narzucenia nie możemy się zorganizować w strukturę, jaką jest państwo, a bez państwa nie ma prawa i jest chaos. Wtedy rządziłaby siła.

— Bez państwa może istnieć grupa społeczna, w której nie siła jest ostatecznym wyznacznikiem, jednakże myślę, iż jedynie na niewielką skalę. Kiedy społeczeństwo jest dość duże, jest ogromne prawdopodobieństwo siłowego narzucenia innym swojej woli przez jakąś grupę. Poza tym, gdy jest mała grupa ludzi żyjących w pokoju i bez narzucania siłą innym swoich zasad, istnieją tam również jakieś zasady. Takie prawa, lecz niespisane, często w ostateczności są także egzekwowane siłą.

— W państwie prawo również jest egzekwowane siłą.

— Oczywiście, niektórzy reagują na to natychmiastowym oburzeniem, jednakże w mojej ocenie są to naiwne osoby.

— Dlaczego?

— Ponieważ sama idea państwa i istnienia systemu prawnego opiera się na istnieniu przymusu. Nie może być prawa i państwa bez przymusu.

— Jestem w stanie sobie wyobrazić istnienie prawa bez istnienia przymusu.

— Doprawdy? — Mateusz się uśmiechnął. — Dobrze więc, wyobraź sobie, że żyjemy na tej wyspie jedynie we dwóch i mamy jedną zasadę, która jest naszym prawem. Powiedzmy, że jest to zasada, iż nie możemy zabierać rzeczy drugiego z nas.

— Tak, moglibyśmy tak żyć.

— To prawda, lecz co, jeżeli bym przyszedł do ciebie i zabrał wszystkie twoje rzeczy? Bez użycia siłowego przymusu, nawet jeżeli złamałbym prawo, nie poniósłbym żadnych konsekwencji, a więc złamanie go byłoby nieistotne. Dlatego też takie prawo byłoby lekkie do złamania i dlatego niczemu ono by właściwie nie służyło.

— Jeżeli obydwoje bylibyśmy uczciwi, moglibyśmy koegzystować razem bez łamania prawa.

— Taa, jednakże założenie, że zawsze bylibyśmy uczciwi, jest dość znacznym założeniem. Do tego jeżeli bylibyśmy uczciwi, nie potrzebowalibyśmy tego prawa, a mimo tego nie łamalibyśmy tej zasady. Prawo ma na celu zahamować ludzi nieuczciwych przed popełnianiem zbrodni, nie tych uczciwych, ponieważ oni nawet bez prawa byliby uczciwi wobec innych. Rzecz jasna wynika z tego, że musi być kara za popełnienie zbrodni, kara egzekwowana siłą. Tak właściwie nie może istnieć kilkumilionowe społeczeństwo, w którym nikt nie byłby osobą niełamiącą prawa, co oznacza, że system prawny jest absolutnie konieczny. No, chyba że miałbyś jakąś wybitną cywilizację, której kultura byłaby na tyle świetna, aby zapobiec wszelkiej nieuczciwości, ale to się nie wydarzy. Ludzie są zbyt niedoskonali, inne istoty zresztą też. Chociaż pierwsze istoty zamieszkujące Leśny Kontynent niby nie miały systemu prawnego, ich kultura zapobiegała wszelkiej nieuczciwości. Lecz były to istoty żyjące tysiące lat, dzięki temu zdołały one zbudować tak wyśmienity system moralny i przekształcić go w kulturę zapobiegającą wszelkiej nieuczciwości.

Wśród ludzi to się nie wydarzy.

— To smutne, lecz chyba masz rację. — Kan niechętnie to przyznał, lecz zgadzał się z tym stwierdzeniem.

— Dobra, już ustaliliśmy, że prawda obiektywna jest konieczna, aby wykreować twór, jakim jest państwo, to znaczy można wykreować taki twór bez idei prawdy obiektywnej, jednakże wtedy musiałbyś przyznać, że jest on oparty na nieuczciwości. Poza tym wierzę, że coś takiego jak prawda obiektywna istnieje i da się to wykazać, jednakże nie chcę wchodzić teraz w kolejną dyskusję.

— Bliższym określeniem byłoby monolog, ale wiem, co masz na myśli. — Kan się uśmiechnął.

— To prawda, przepraszam za to, straszny ze mnie gaduła.

— To nic, właśnie po to tutaj przyszedłem. Lecz nawet nie zacząłeś mówić o tym, jak postępować wobec kogoś popełniającego zło.

— Bez ustalenia konieczności prawdy obiektywnej i istnienia takiego tworu jak państwo, nie mógłbym do tego przejść.

— Rozumiem.

— Z tego punktu wyjściowego jest to już w teorii łatwe, bo w praktyce nigdy nie będzie to działać doskonale. Jest to sprzeczne z samą naturą tego, jak działa świat, i czym, a raczej kim, są ludzie. Bo w teorii, wychodząc z dwóch pierwszych założeń, a więc z tego, że istnieje prawda obiektywna i że państwo i prawo są konieczne, jesteś na prostej drodze do dalszego działania. Ustalasz system funkcjonowania państwa i system prawny egzekwowany przymusem, raczej przepraszam. Całość ludzi ustala na przestrzeni lat wiele takich systemów i wybiera spośród nich ten, który jest najlepszy, lub dokładniej mówiąc, ten, który jest najmniej zły spośród wszystkich. W historii będzie wiele przypadków tyranii, nieuczciwości, okropieństw i perturbacji w trakcie tworzenia się takich systemów. Będzie niezwykle dużo niewłaściwych i ostatecznie doprowadzających do wielkiego zła wydarzeń. I to jest taka ciągła walka, dlatego nie da się wytworzyć wspaniałego systemu rozpoczynającego czasy wielkiej wspaniałości i końca zła. To naiwny banał. Utopia, pfff. Żart, a nie poważna dyskusja. Jednakże to nie wszystko, czego potrzebujesz, nie według mnie.

— Nie rozumiem, wydaje się to być bardzo adekwatny opis do rzeczywistości.

— Adekwatny tak, lecz niewystarczający i niepełny. Chociaż żaden nie może być pełny.

— Wiem, rozmawiałem o tym ze staruszkiem. Zgadzam się.

— Dobrze. To nie wystarczy, ponieważ ludzie, jak i inne byty, wcale nie są tak racjonalnymi istotami, jakby się zdawało. Bo widzisz, jest wiele możliwości, abyśmy uwierzyli w totalne bzdury i abyśmy uznali za stosowne nie podważanie ich i działanie według nich.

— Zgadzam się, ale czy mógłbyś podać jakieś przykłady, aby nieco rozjaśnić sytuację?

— Dobrze. Pierwszym są emocje, które zasadniczo wpływają na naszą ocenę rzeczywistości. Choć emocje są integralną częścią nas samych i zawiera się w nich również nasza wspaniałość, istnieją również minusowe, jak liczby w matematyce. Na przykład nienawiść, którą to możemy odczuwać i może ona znacząco zmienić naszą percepcję. Możemy uznawać za prawdę całkowitą bzdurę i co gorsza, możemy przez nienawiść mieć praktycznie zerowe szanse na zmianę poglądu. To fanatyzm i dotyczy on nie tylko systemów religijnych. Jest to bardziej wybrana przez nas droga, taki stan emocjonalny połączony z umysłowym. Można z niego zawrócić, lecz jest niezmiernie ciężko. Poza tym jest zapewne jeszcze wiele sposobów na wiarę w zupełnie błędne przekonania i całkowity brak krytycyzmu. Musimy to porzucić i iść dalej Kanie, bo nigdy nie odpowiem na twoje pytanie.

— Masz rację.

— A więc nie wystarczy prawo i przekonanie o istnieniu prawdy obiektywnej. Potrzebna jest jedna wspólna narracja spajająca społeczeństwo, która będzie posiadała pewne cechy.

— Ale czy nie możemy istnieć w zgodzie bez takiej narracji?

— Możemy, jednakże gdy rozchodzi się o istotne sprawy i integralnie różniące się spojrzenia na świat, a ostatecznie rozbija się to o to, jak powinno wyglądać prawo egzekwowane przymusem, konflikt wydaje się być nieuchronny. Konflikt co najmniej słowny, ponieważ moim zdaniem są dwa sposoby na rozwiązywanie spornych i istotnych problemów w społeczeństwach. Pierwszy to rozmowa, drugi to degradacja do agresji i przemoc. Moim zdaniem nie ma innych.

— Chwila, więc myślisz, że ludzie o innych przekonaniach lub innym spojrzeniu na świat nie mogą żyć w ramach jednego społeczeństwa? Musiałbym się nie zgodzić.

— Tego nie twierdzę, to po prostu bardziej wielowymiarowe. Według jednego systemu prawnego mogą żyć ludzie o zupełnie odmiennych poglądach i o zupełnie odmiennych światopoglądach. Jednakże wtedy będą one pragnęły zmienić prawo według swojego światopoglądu, jeżeli prawo ustanowione przez drugą stronę będzie z nim stało w sprzeczności. Szczególnie jeżeli będzie chodzić o istotne sprawy, wzbudzające wiele emocji. Zwłaszcza że w złożonym społeczeństwie znajdzie się wiele osób mających wpływy i cel, aby takie różnice uwydatnić i spotęgować, może nawet znajdą się osoby chcące doprowadzić do konfliktu fizycznego i właśnie tego nade wszystko lepiej unikać. Chociaż może on stać się konieczną ostatecznością, ale jedynie w sytuacjach naprawdę poważnych i skrajnych. Na przykład nasza sytuacja z cieniami. Nie możemy po prostu do nich pójść i postarać się porozmawiać o ich światopoglądzie i o naszym. I jakoś koegzystować razem, gdy oni i my staramy się zmienić prawo i kulturę według jednego, a nawet nie jednego, lecz wielu, dwóch zasadniczo, różniących się wersji. Bo wiadomo, wśród wielkich narracji światopoglądowych zawsze znajdzie się tyle ich wersji, ilu ludzi w nie wierzy. Bo każdy ma nieco inną wersję, nie wierzę, aby kiedykolwiek istniały dwie osoby z identycznym zestawem poglądów. Z tego właśnie wynika konieczność kolejnej cechy wielkiej narracji spajającej społeczeństwo. Musi ona umożliwiać osobom wierzącym w nią kreowanie odłamów. Ponieważ zawsze znajdą się ludzie patrzący na te same rzeczy nieco inaczej. I tak powstają spory i odłamy. Jasne, gdy są totalnie sprzeczne, któryś musi zawierać pomyłkę. Jednakże nawet dając ludziom ostateczną prawdę na temat tego, jak działa świat, i nawet gdyby były zawarte tam wszystkie potrzebne ludziom odpowiedzi, oni i tak wykreują do tego masę odłamów i różnych interpretacji, to nieuniknione. Wracając do tematu różnych, ścierających się poglądów, istotnym jest, aby nie doprowadzić do miejsca, w którym starcie jest już tak zażarte lub w którym jedna ze stron jest już tak zła, że koniecznym jest użycie siły. To nasza sytuacja z cieniami. Mamy wybór, my zabijemy ich lub oni wymordują nas, może część z nas zniewolą, a tym samym skażą na życie podczas niewyobrażalnego cierpienia.

— A więc starcie co najmniej słowne jest konieczne, należy pilnować, aby żadna z wielu stron, bądź jej znaczący odłam, się nie zdegradowała do zła i aby cała walka się nie zdegradowała do przemocy bądź do konieczności przemocy?

— Tak, lecz jeżeli chodzi o skrajne odłamy poszczególnych systemów, to jest z tym problem. Nie da się sprawić, aby takowe nie powstały, i nie da się sprawić, aby pewni ludzie nie dochodzili do absurdalnych wniosków i często bardzo niewłaściwych moralnie. I niestety również ja obecnie nie wiem, co z tym zrobić. Skłaniam się w kierunku publicznego wykazania niedorzeczności ich przekonań podczas spokojniej rozmowy, jednocześnie jasno dając do zrozumienia, iż te skrajności są czymś bardzo złym. Innym sposobem jest cenzura, lecz nie wydaje mi się ona właściwa, ponieważ wcale nie sprawia, iż takie jednostki przestają magicznie istnieć. To również nie sprawia, że przestają się komunikować z innymi. To sprawia jedynie, iż przechodzą do „podziemia”, a wierz mi na słowo, tam znajdą wielu ludzi o podobnych tendencjach i nie jest to dobre dla nikogo, bo wtedy mogą się organizować w większe grupy, które realnie mogą zmienić strukturę kultury bądź państwa. Mogą również sprawić w jakiś sprytny i wymyślny sposób, iż jedna z szerszych narracji przyjmie do siebie ich skrajne i moralnie niewłaściwe przekonania lub sposoby działania. To kolejna rzecz, której ludzie się powinni obawiać, że jedna z wielkich narracji będzie miała w sobie zakorzenione okropne sposoby działania lub przekonania doprowadzające w ostateczności do wielkiego zła. Rzecz jasna jest w tym spory problem. W sferze dyskusji ciężko jest wywnioskować, które z poglądów odzwierciedlone w rzeczywistości wywołają wielkie zło. Tak właściwie nawet kiedy to już się stanie, ze względu na naszą niedoskonałość nie wszyscy będą się zgadzać co do tego, że zło spowodowały właśnie te przekonania. Jest to trochę dziwne, ale tak właśnie jest.

— Tak wiem.

— Po tym wszystkim chyba dostrzegasz, jaką niedorzecznością jest oczekiwanie utopii?

— Tak, teraz to dostrzegam. Eliminacja zła na świecie to nie tak właściwie możliwość wykreowania idealnego państwa czy systemu wielkiej narracji. To bardziej ciągła walka w sercach pojedynczych ludzi.

— Dokładnie. I wcale nie jest jej tak trudno przegrać, jak się wydaje. Raczej trudniej jest ją wygrać, a niewątpliwie każdy potknie się wielokrotnie.

— To prawda. Nadal nie odpowiedziałeś w pełni na moje pytanie. Jak postępować w stosunku do osób popełniających zło.

— To, co powiedziałem do tej pory na ten temat, nawet nie jest ukończonym wstępem. A więc potrzebujesz narracji spajającej społeczeństwo. I tak nie zdołasz tego osiągnąć, bo nawet jakbyś znalazł ostateczną prawdę na temat świata i był w stanie ją przekazać innym w sposób artykułowany, powstanie masa różnych interpretacji twoich słów i masa różnych przekonań wynikających z tego, często sprzecznych ze sobą. Dlaczego więc miałbyś w ogóle dążyć do wykreowania i rozpowszechnienia takiej narracji? Ponieważ przyczyni się ona do zmniejszenia zła, które ludzie czynią. Jeżeli jest to dobra narracja, bo może być tak zła, że przyczyni się do potwornego zła. Dlatego należy brać zupełnie serio dyskusje filozofów czy ścieranie się wielkich narracji. Bo ludzie działają według tego, co myślą. Kiedy myślą bzdury, ich działania mogą być okropne, choć będą święcie przekonani, że robią dobrze. Problem tkwi w tym, że zawsze będzie masa ludzi, którzy będą się po prostu po ludzku mylili i według tego będą działać w świecie. Lecz nie zapominaj, że sfera przekonań nie jest tutaj jedyną. To byłoby jednowymiarowe patrzenie, jesteśmy czymś o wiele więcej i podejmowane przez nas decyzje nie są wypadkową jedynie naszych przekonań. Istotne są również nasze intencje, uczucia, doświadczenia życiowe, inni ludzie, których znamy lub których jedynie spotkaliśmy, ponieważ jesteśmy jedną, wielką siecią zależności. To wszystko ma wpływ na nasze decyzje. Jest to taka siatka złożona z wielu warstw, a czyny są jak kamyczki, które przechodzą przez jedną po drugiej warstwie. Gdy kamyczek jest zbyt duży, oznacza to, że nie zrobimy czegoś, bo jest to niewłaściwe. Rzecz komplikuje się, ponieważ jesteśmy sprytni i możemy oszukać swoje siatki, możemy pewne z nich pominąć, jakoś sobie to tłumacząc. „Nie ukradnę komuś jego pieniędzy, ponieważ to niewłaściwe wobec niego. Ale on ma ich tak dużo, a ja nie mam żadnych, nie mam z czego żyć. Tak, tak właściwie nie będzie to złem”. I tak dalej. Oszukać te siatki, pominąć, przebudowywać, możemy je nawet wypaczyć. Możemy wypaczyć się złymi uczynkami, przez to realnie zaczniemy inaczej odczuwać, inaczej myśleć, mieć inne relacje z ludźmi lub zmienić towarzystwo i otaczać się ludźmi mającymi bardzo szerokie dziurki w tych siatkach lub mających tak wypaczone spojrzenie na świat, że w okropnym czynie w jakiś pokrętny sposób widzą dobro lub rzecz wręcz konieczną.

— Tak właściwie sam wcześniej mówiłeś, że czasami użycie przemocy jest konieczne. — Kan chciał zweryfikować spojrzenie Mateusza.

— Bo wierzę, że tak jest, jednakże wierzę również, że możesz się pomylić w tym, kiedy jest to konieczne i użyć przemocy, myśląc, że jest już konieczna, kiedy tak nie jest. Do tego myślę też, że ze słabości ludzkiej wynika, iż każdy z nas pomyli się wielokrotnie i wielokrotnie popełni zło. Dlatego idea odkupienia jest super istotna, bo bez niej wszyscy jesteśmy złoczyńcami, których należy surowo ukarać.

— To dość ciekawe spojrzenie. Więc wobec osoby popełniającej zło musimy pamiętać o odkupieniu?

— Tak, trzeba również pamiętać o naszej możliwości pomyłki, zawsze możesz się po prostu pomylić co do tego, jaki naprawdę był czyn danej osoby lub jakie były jej intencje, możesz zupełnie źle ocenić sytuację, ponieważ nie będziesz miał całego kontekstu.

— A więc czy nie lepiej jest nie oceniać?

— To niemożliwe. Aby funkcjonować w świecie musisz oceniać. Nie zawsze i wszystkich, jednakże bez oceniania nie mogłoby istnieć prawo.

— Prawda. Dziwi mnie twoje spojrzenie na tę „wielką narrację” i na jej konieczność mimo tego, iż i tak po czasie będzie jej wiele odłamów i mimo tego, iż i tak powstanie wiele innych sprzecznych z nią narracji.

— Ja tak właściwie myślę, iż nie może powstać jedna, wielka narracja dla całego świata.

— Nie rozumiem, przecież o tym właśnie mówiłeś.

— Nie, to sobie dopowiedziałeś podczas wnioskowania z moich słów.

— Dobrze.

— Widzisz, to dlatego na świecie istnieje moim zdaniem wiele różnych kultur i dlatego każda z nich ma inną, wielką narrację. Nie może istnieć jedna. Może kiedyś jedna, będąca najbliższą prawdy zdominuje inne, lecz wątpię w to. Najprawdopodobniej będzie ich wiele, do tego będą miały wiele odłamów i będą zmieniały się ciągle w czasie. Do tego każdy człowiek wierzący w nie będzie miał nieco inne spojrzenie na szczegóły, co ostatecznie powoduje, że nigdy nie będzie dwóch osób z dokładnie taką samą interpretacją całego systemu przekonań.

— To dlaczego jest to konieczne do zjednoczenia społeczeństwa?

— Ponieważ podstawowe wartości będą takie same. Będą dyskusje co do szczegółów, lecz będą zbudowane one na tym samym „fundamencie moralnym” i to będzie powodowało, iż jest znacznie mniejszy potencjał degradacji do agresji w związku ze zmianą prawa. Do tego wtedy jest znacznie mniejszy potencjał rozpowszechnienia się skrajnych, nieprawdziwych i skłaniających ludzi do zła ideologii. Do tego taką wielką narrację trwającą tysiące bądź setki lat jest łatwiej utrzymać w stabilności.

— Stabilności?

— Łatwiej sprawić, aby nie wygrały jej skrajne i złe interpretacje, ponieważ to już się kiedyś wydarzyło, bo istnieją one dość długo.

— Rozumiem, te nowe nie zostały jeszcze przetestowane pod względem masy różnych niewłaściwych dróg, kiedy te stare już to przeszły.

— Dokładnie, dlatego ludzie w nie wierzący wiedzą już, czego unikać. Rzecz jasna mogą zapomnieć, czego unikać, i wtedy degradacja się znów może powtórzyć, to dlatego znajomość historii jest istotna, a wypaczanie jakichkolwiek wydarzeń historycznych jest czynem okropnym. Nieistotne z jakich powodów, zawsze jest to podłość.

— Choć wiele z tego, co mówisz, odnosi się bardziej do całych społeczeństw, to znacznie mi to rozjaśnia, jak powinienem postępować według osób czyniących zło i teraz dopiero rozumiem, że nie da się powiedzieć tak po prostu o jednym uniwersalnym zachowaniu, oderwanym od kontekstu.

— Dokładnie. — Mateusz wstał podekscytowany.

— A więc prawo, narracja, czujność, aby prawo nie było użyte do tyranii lub aby narracja się nie zdegradowała do skrajnie nieprawdziwej bądź prowadzącej do wielkiego zła, i zrozumienie, iż zło i tak się wydarzy i że niekoniecznie od razu wynika z tego, iż prawo bądź narracja są spaczone.

— W wielkim skrócie tak. Pewnie da się temu wiele zarzucić, lecz uwierz mi na słowo, nigdy jeszcze nie powstało zdanie lub wiele zdań, którym z intelektualnego punktu widzenia nie byłbyś w stanie czegoś zarzucić, to jedna z wad intelektu. To również wada przesadnego sceptycyzmu. Tak właściwie myślę, iż narracja jest istotniejsza niż prawo, ponieważ prawo i tak będzie wynikać z narracji.

— Rozumiem. — Kan przez chwilę o tym myślał. — Z narracji lub światopoglądu wynika również, jak postępujesz w stosunku do osób, które czynią zło. Nawet zdefiniowanie, kto i kiedy czyni zło, z tego wynika.

— To prawda, a najciekawsze jest to, że nawet nie mając żadnego światopoglądu, jakiś masz. Możesz nawet nigdy w życiu nie myśleć o swoim światopoglądzie, a i tak jakiś masz. Jest on wtedy po prostu nieprzemyślany i najpewniej akceptujesz domyślnie światopogląd przedstawiony ci przez twoją kulturę, a więc przez wielką narrację istniejącą w twojej społeczności, w twoich czasach. Problem z wieloma narracjami rywalizującymi ze sobą w społeczeństwie, kiedy nie ma jednego dominującego, polega również na tym, że osoby niemające czasu i energii, aby się tą rywalizacją zainteresować, będą się gubić i może pojawić się u nich nieufność do jakiejkolwiek narracji, a to jest problemem. Ponieważ owe narracje kulturowe mogą znacząco odciągnąć nas od naszych hedonistycznych pragnień, z których często może wyniknąć wiele zła dla innych, ale nade wszystko dla nas samych. Mogą one odciągnąć nas od wielu pokus tego świata. Jasne, i tak wielu z nich ulegniemy i niewątpliwie nie raz będziemy tego żałować, bo któż z nas nie żałował z rana, mając potężnego kaca? Jednakże potrzebujemy czegoś, co wyjaśni nam, jak działa świat i jak jest lepiej postępować. Bez tego bardzo szybko nastąpi degradacja do hedonizmu i chaosu, a więc braku zasad.

Ja wiem, są nurty filozoficzne popierające hedonizm, jednakże jest mnóstwo różnych nurtów filozoficznych i wiele z nich byłoby katastrofą dla społeczeństw, gdyby wszyscy według nich działali. Na masę z nich musielibyśmy poświęcić lata doświadczeń i wiele cierpienia, aby zrozumieć, jak dalekie od prawdy są. Czyż nie lepiej stale poprawiać, jednakże z ostrożnością, już istniejące, te, które już są testowane od setek lat? Jeżeli odpowiedzią na to jest „nie”, bo przez nie stało się wiele zła. Odpowiedziałbym na to, że niezależnie od wyboru wielkiej narracji, zło będzie istnieć, bo jest częścią samego istnienia. Uszeregowanie narracji i wybranie lepszych jest istotne, tak samo wyrzucanie z nich rzeczy niegdyś działających lecz niedziałających już w świecie wciąż się zmieniającym. Myślę, że to dlatego mamy różne tendencje psychologiczne definiujące mocno wybór naszych poglądów. Dlatego też ani postawa konserwatywna, ani liberalna nie jest ostatecznie dobrym wyborem. Obydwie są dobre, zależnie od sytuacji i od tego, jakie narracje kreują ludzie mający te cechy psychologiczne. Oparte jest to również na ich intencji i postawie, na tym, czy starają się zrozumieć drugą stronę. „Drugą stronę”. Nie lubię tego określenia.

— Bo plemienność?

— Tak. Chociaż prawdą jest, że czasem są spory i czasem są strony sporów. Istotne jest, aby nie odczłowieczać swych przeciwników, bo od tego jest jedynie tyci krok do uznania za moralnie w porządku czynienie tym „nieludziom” wielkiego zła. Poza tym istoty niebędące ludźmi również zasługują niewątpliwie na szacunek. Król w królestwie ludzi bardzo propagował idee, iż zwierzęta elfy i krasnoludy, jako że nie są ludźmi, nie zasługują na tak zwaną „wartość moralną”. Absurdalne twierdzenie.

— Tak, pamiętam, jak wielkie rozważania kryły się za tym i jak niedorzeczne.

— Mimo tego wielu przekonał dzięki błyskotliwości i inteligencji.

— Odczłowieczenie i bzdura o utopii. Jak nazywała się ideologia przez niego stworzona?

— Konamunizizm.

Kana wciąż zastanawiała jedna rzecz.

— Zapewne lubisz takie dyskusje i podejrzewam, iż sądzisz, że są najlepszym sposobem dochodzenia prawdy, jednakże często wypowiadasz się o intelekcie w negatywny sposób.

— Tak, ponieważ nie należy go wyolbrzymiać i nie należy wyolbrzymiać takich dyskusji. Ja sądzę, że jesteś dobrym człowiekiem, cokolwiek by to nie znaczyło.

— To bez wątpienia… Dzięki. — Kan się uśmiechnął.

— Tak, ale też nie sądzę, że odpowiedzialność za to, iż jesteś dobry, leży jedynie w twoim światopoglądzie. Jest to myślenie bardzo jednowymiarowe i powiedziałbym, że zawsze kończy się uproszczeniem. Na to, że jesteś dobrą osobą, składa się wiele czynników. Twoje wychowanie, kultura, w jakiej się wychowałeś, wpływ zarządcy wyspy na ciebie, wpływ innych ludzi z wyspy na twoje poglądy, osobowość, nawet to, w jaki sposób odczuwasz. Twój rozwój emocjonalny i intelektualny, również rozwój twojego światopoglądu. I kto wie, ile jeszcze innych czynników. Chodzi o to, że jest to bardzo złożona rzecz i nie można sądzić, że nasze działanie jest jedynie wynikiem naszego światopoglądu, jest to bardzo mocne wyolbrzymienie. Poza tym na to, w jaką stronę skłonimy się w swoich przemyśleniach, ma istotny wpływ wiele czynników. Dlatego uważam, iż takie dyskusje są istotne i intelekt jest istotny i światopogląd jest istotny, ale nie są one wszystkim. Do tego trzeba uważać, aby on nie połączył się zbyt mocno z naszym ego. Przede wszystkim utrudnia nam to odnalezienie prawdy i praktycznie uniemożliwia nam bycie krytycznym myślicielem. Po drugie przez to bardzo szybko możemy stać się niezdolni do rozmowy na istotne tematy, bo natychmiast będą pojawiały się emocje, a każdy atak na nasze poglądy będziemy odbierali jako atak na nas samych. Społeczeństwo złożone z indywiduów niepotrafiących oddzielić ego od poglądów nie byłoby w stanie rozwiązać prostych problemów bez kłótni, a wobec tych większych bardzo szybko wpadłoby w rozwiązania siłowe. Od słowa do słowa, od krzyku do krzyku, aż do totalnej furii i zatracenia w gniewie. Kanie, myślę, że naprowadziłem cię na rzeczy warte przemyślenia, lecz jestem już dość zmęczony i chyba musimy zakończyć tę jakże przyjemną rozmowę.

— Tak, niewątpliwie nakierowało mnie to na odpowiedzi, których poszukuję.

— Tak, ostatecznie to każdy, kto chce odnaleźć odpowiedzi na trudne i złożone pytania, musi to zrobić na własną rękę i sam zdecyduje, co wybierze. Muszę się położyć, głowa mnie boli. Zanim odejdę, mam jeszcze pytanie.

— Tak?

— Zawsze powtarzałeś, że nie starasz się wytworzyć jakiegoś systemu światopoglądowego. Tego typu dyskusje nigdy cię nie interesowały.

— To prawda, lecz dręczyło mnie to jedno pytanie, na które muszę odpowiedzieć, a jest ono mocno powiązane z tak zwanymi „trudnymi pytaniami”.

Mateusz się uśmiechnął i odszedł.

Sen czwarty

I obudził się potężny Inviktus. Maximus nie miałby szans go pokonać, lecz miał coś potężniejszego od jakiejkolwiek siły. Miał sznureczki, dzięki którym Inviktus będzie jedynie jego marionetką. Jedynie częścią jego spektaklu, częścią jego kukiełkowego przedstawienia. I tak grał on swe przedstawienie, choć igrał tym samym stale z ogniem, czynił to przymuszony specyficzną i trudną sytuacją. Grał, stale zastanawiając się, czy kiedyś jego marionetka zerwie się ze sznureczków i zwróci się przeciwko swemu „panu”.

Rozdział piąty

Inviktus

„Wampiry to dziwne istoty. W obliczu wampiryzmu

to, co myślałem o świecie i rzeczach mogących się

wydarzyć, staje na głowie i już niczego nie rozumiem”

— Edward


Pierwszą i jedyną rzeczą, którą po przebudzeniu dostrzegł Inviktus, były dwa ciała leżące na ziemi. Natychmiast rzucił się w ich kierunku i począł wypijać krew z pierwszego z nich. Maximus przyglądał się mu w milczeniu. Zawsze fascynowało go, jak silnym uczuciem jest pragnienie picia krwi. Nie mógł czasem wręcz uwierzyć, jak zachowywały się wiekowe i wybitnie inteligentne wampiry przez pragnienie. Przypominali wtedy zachowaniem bardziej zwierzęta niżeli wysoce inteligentne istoty. On oczywiście nie posiadał nigdy problemów ze swoim pragnieniem, ponieważ od zawsze miał silną wolę. Łatwo było mu walczyć z pokusami, nawet tak silnymi jak pragnienie krwi. Teraz zastanawiał się, czy to był aby na pewno dobry ruch. Rzecz jasna na myśli miał obudzenie Inviktusa. Ten, gdy już wyssał całe życie z dwójki nieszczęśników, wstał powoli, otarł usta i spojrzał na Maximusa.

— Pierwszy raz pojawiasz się w moich snach, ojcze. To dość nietypowe.

— To nie sen.

— Taaa, pierdzielenie, udowodnij.

— Wybudzałem cię dniami. Gdybyś śnił, nie czułbyś natychmiastowego i tak dojmującego pragnienia.

— Niejednokrotnie śniłem sny, podczas których odczuwałem to samo.

Maximus zastanawiał się dłuższą chwilę, jak udowodnić, że to nie sen. Mógł powiedzieć, że Inviktus nie śni, bo widzi, słyszy i czuje, jednakże po pierwsze czuje niewiele, po drugie, śniąc, również widzi i słyszy. Mógł powiedzieć, że nie będzie w stanie załamać praw fizyki, co dowodzi, iż nie jest to sen, chociaż zdarzają się i takie sny. Maximus uświadomił sobie, iż nie jest w stanie udowodnić Inviktusowi, iż ten nie śni.

— Cóż, niestety musisz uwierzyć mi na słowo, ponieważ nie jestem w stanie udowodnić, że nie śnisz nadal.

Inviktus zastanawiał się chwilę.

— Nie wierzę ci, lecz czy to ma jakiekolwiek znaczenie?

— Sen nie jest rzeczywisty, jest jedynie iluzją wytworzoną przez nasz mózg.

Inviktus zaśmiał się potężnie.

— Iluzją? Nawet nie jesteś w stanie udowodnić mi, że nie śnię, skąd więc masz pewność, że cała rzeczywistość nie jest również taką iluzją? Jedyną różnicą jest to, że z niej się nie wybudzasz aż do śmierci.

— Możliwe, że tak jest. Niestety nie jesteśmy w stanie tego zbadać, a dyskusja oparta na domysłach byłaby dość jałowa.

— To prawda, dlatego nadal pozostanę przy swoim.

Maximus wiedział, jak bardzo Inviktus jest uparty, nie zamierzał zatem dalej oponować.

— Dobrze, powiedzmy, że to sen i istotnym dla ciebie jest, aby spędzić go ciekawie. Prawda?

— Tak, lecz nadal odczuwam pragnienie.

Maximus był na to przygotowany.

— Chodź za mną. Niedaleko stąd jest wyspa, którą przygotowałem specjalnie na twoje przebudzenie. Spodoba ci się na niej, porozmawiamy po drodze.

— Dobrze.

Rozmawiali nadal, przemierzając sieć korytarzy pod Ainran.

— Jeżeli jest to sen, a ty zamierzasz go ciekawie spędzić, to ja muszę być wytworem twojej podświadomości, który ma ci to zapewnić.

— Możliwe, choć niektóre ze snów bywają zwodnicze.

— Tak, jednakże jestem w stanie to udowodnić.

— Zamieniam się w słuch.

— W tym „świecie” jestem twym ojcem, który zorganizował społeczność wampirów według dwóch nowych zasad. Pierwsza: wampiry nie zabijają się nawzajem, druga: wampiry nie piją krwi żadnych innych istot. Po czym na wielkiej wyspie zleciłem wybudowanie ogromnej twierdzy, która nazywa się Ainran. W owej twierdzy utworzyłem konstytucję, której przestrzegają jej obywatele.

— Zaraz, zaraz, wiesz, że nie lubię jakichkolwiek zasad lub ograniczeń. Chyba cię zabiję, nie odpowiada mi to, co mówisz. — Inviktus był święcie przekonany, iż jest to sen, dlatego mógł dosłownie dla kaprysu w każdej chwili zaatakować Maximusa i go zabić.

Maximus natychmiast zatrzymał się na chwilę.

— Zaraz, nie opowiedziałem ci wszystkiego.

— Dobra, ale idźmy dalej, ja naprawdę muszę się napić.

— Oczywiście. Ty jesteś wyszczególniony w owej konstytucji jako wielki inkwizytor, którego rzecz jasna żadne z owych zasad nie obowiązują.

— Mów dalej.

— Wielki inkwizytor to… — Maximus zastanawiał się nad właściwym doborem słów. Wiedział, że musi jakoś kontrolować Inviktusa, jeżeli to w ogóle możliwe. — …bardzo szczególna pozycja i moim zadaniem jest znaleźć tobie genialnych rywali, których będziesz likwidował. Organizuję również dla ciebie inne rzeczy, jak na przykład ofiary, z których wypijesz krew. Na owej wyspie, przygotowanej specjalnie dla ciebie, znajdują się wojownicy, którzy mają być dla ciebie rozgrzewką przed konkretnym rywalem.

— To brzmi nieźle, ale dlaczego sen nie zaczyna się na wyspie od razu od jatki?

— Wyczekiwana przyjemność smakuje znacznie lepiej.

— Ooo, nieźle. — Inviktus uśmiechnął się.

Maximusa od zarania dziejów zastanawiali jego synowie. Wymykali się wielu standardom. Inne wampiry po przemianie miały przytępione odczuwanie emocji, jednakże nie jego synowie. Ich sposób odczuwania był całkowicie inny i bardzo chaotyczny. Chwilami nie czuli oni nic, po czym odczuwali przez długi czas intensywne emocje. Sposób zmiany ich odczuwania był niesamowicie niestabilny i nie dało się tego przewidzieć, co Maximus niejednokrotnie próbował robić.

— Dokładnie, wszystko jest zaplanowane i przygotowane specjalnie na twoje potrzeby. Przeciwnik, którego ci przygotowałem, nazywa się Tom i jest niezłym kozakiem, dokładnie tak, jak lubisz.

— Świetnie.

— A jest on rzecz jasna dopiero preludium do kolejnych potyczek.

— Dobra, przekonałeś mnie, nie zabiję cię.

Maximus znał go dość długo, wiedział, że już ma go dla swoich celów, jednakże nie wiedział, jak miałby mu znaleźć w przyszłości rywali silniejszych od Toma. Wiedział, że musi go stale zadowalać godnymi przeciwnikami. Gdy przestanie to robić, będzie po nim.

— Do tego nie będzie tak łatwo jak zwykle.

— Nie rozumiem?

— Każda walka będzie posiadała dodatkowe wyzwanie, aby było trudniej. Tom jest w Ainran i zadanie będzie wymagało, abyś zabił jedynie jego, pozostałych nie możesz pozbawić życia.

— Nieźle.

— Ale pamiętaj, najpierw rozgrzewka na wyspie i rzecz jasna wiele krwi. To trochę zajmie, ale warto.

— Choć nie lubię walczyć ze szmaciarzami. — Tak Inviktus nazywał niegodnych walki z nim wojowników, niebędących dla niego wyzwaniem. — Ale chodzi o napicie się krwi. Może urządzę sobie jakieś polowanie? Hmm, to będzie dość ciekawe. — Na te słowa uśmiechnął się.

Maximus nie przewidział, że Inviktus będzie przekonany, iż jest to nadal sen. Teraz pomyślał, że może to lepiej. Dzięki wytworzonej przez niego narracji będzie w stanie kontrolować Inviktusa w pełni.


***


Opowiem wam historię dziesięciu nieznających się osób, których losy zostały połączone w dość nietypowy sposób. Wszystkie z owych osobistości pochodzą z krainy Touss.

Pierwsza z tych dziesięciu osób to Pani Alfa. Pani ta była czterdziestoletnią blondynką, o dość ładnej cerze jak na ten wiek. Niebieskie oczy i świetnie zadbane zęby, będące rzadkością, sprawiały iż wyglądała na sympatyczną. Niestety Pani Alfa sympatyczną nie była. Pochodziła z jednego z arystokratycznych rodów krainy Touss. Jej ojciec zawsze kochał ją ponad wszystko, z tego powodu już od najmłodszych lat nauczona była mieć wszystko, czego zapragnie, na zawołanie. Do tego zazwyczaj była w złym humorze, bardzo chciała wyjść za mąż i założyć rodzinę. Niestety nie znalazła dla siebie partnera, będąc wiecznie niezadowoloną i nauczoną, iż jej wybranek także ma być na jej zawołanie. Zrażała wszystkich oczarowanych jej pięknym uśmiechem, jakże nieczęsto pojawiającym się na jej twarzy. Po wielu latach pogodziła się z tym, iż miała zostać sama, przez co stała się jeszcze bardziej męcząca, szczególnie dla służby. Wśród nich nosiła ona miano Pani Niezadowolona. Jej życie biegło nieprzerwanie, aż do pewnego dnia, kiedy to zostało znacznie zaburzone. Pani Alfa została bowiem porwana, podano jej niezwykle mocne środki nasenne, po czym zawieziono ją na maluteńką wyspę i tam pozostawiono z dziewięcioma innymi nieszczęśnikami.

Kolejną osobą porwaną na wyspę był Pan Beta. Był on bajarzem. Chodzącym od miasta do miasta w krainie Touss i opowiadającym wymyślone przez siebie historie. Pan Beta miał czarne, wiecznie rozczochrane, niedomyte włosy i brązowe oczy. Uwielbiał się napić alkoholu w gospodzie i kochał swój styl życia. Krążył po krainie Touss, opowiadając wymyślone historyjki. Niekiedy były one smutne, innym razem radosne, a chwilami zawierały w sobie radość z dozą smutku. Pan Beta był szczęśliwym człowiekiem, choć nie miał wiele, nie miał praktycznie nic. Żył z dnia na dzień, niejednokrotnie, gdy nie wystąpił, nie miał co zjeść. Mimo tych nieczęstych chwil nie przeszkadzało mu życie bez dobytku. Pan Beta miał trzydzieści lat, gdy został porwany.

Następną osobą była Pani Gamma. Była ona służką w rodzie Patiens. Miała brązowe włosy i zielone oczy. Była bardzo skromną i cichą osobą. Niektórzy przez to niekiedy nią pomiatali, nie potrafiła ona walczyć o swoje, ale poza tym miała dobre życie. Ród Patiens traktował swoją służbę z należnym im szacunkiem. Jej mama również dla nich pracowała. Prała i sprzątała, tak jak to robiła teraz Pani Gamma. Owa służąca miała ledwie dwadzieścia cztery lata. Właśnie poznała młodzieńca, który wpadł jej w oko. Kto wie, może by coś z tego było, jednakże tego samego dnia została porwana na wyspę.

Kolejną osobą był Pan Delta, o zawsze krótko ostrzyżonych, czarnych włosach i oczach tego samego koloru. Podchodził on do życia praktycznie, był surowy. Miał przenikliwy umysł, dlatego był detektywem. Od zawsze to uwielbiał, miał również zamiar być najlepszym detektywem w krainie Touss. W tejże krainie detektyw nie miał łatwego życia, było ciężko o pracę, ponieważ nie było w niej wielu przestępstw. Nawet te, które się zdarzały, były bardzo łagodne. Dlatego też Pan Delta wciąż czekał na swoją „wielką sprawę”. Sprawę, która miała wywindować jego osobę na szczyty uznania. Marzyły mu się kolacje u arystokratów i opowiadanie o swoich niesamowicie ciekawych śledztwach. On również został porwany na wyspę.

Pani Epsilon to inna osoba, mająca swój udział w tej historii. Owa pani zajmowała się polowaniami na zwierzynę. Miała długie, czarne włosy, zawsze zaplecione w warkocz. Chciała je ściąć, jednakże jej już nieżyjący mąż uwielbiał jej długie włosy. Więc zostawiła je dla niego. Pani Epsilon od najmłodszych lat zajmowała się łowiectwem, może dlatego, że jej ojciec zawsze chciał mieć syna. Postanowił on nie zwracać uwagi na to, iż urodziła mu się córka. Wychowywał ją jak chłopca — to stąd wzięło się jej zamiłowanie do polowania. Obecnie zajmowała się tym zawodowo i niewątpliwie była w tym dobra. Była jedną z najlepszych łuczniczek w krainie Touss. Jej ojciec chciał, aby była świetną wojowniczką, jednakże z powodu przeważającej siły fizycznej chłopcy zawsze wygrywali z nią z łatwością. Dlatego nawet jej ojciec uległ i postanowił, że będzie wybitną łuczniczką. Początkowo była zrażona do tego pomysłu, jednakże po czasie polubiła to. W momencie, gdy ją porwano, miała już trzydzieści pięć lat.

Następną osobą był Pan Dzeta. Żył on dość nietypowym życiem. Urodził się w jednym z arystokratycznych rodów krainy Touss i odziedziczył wielki majątek. Mimo iż miał piękny pałac, w którym mógłby mieszkać, wybrał wędrowne życie i spanie w gospodach. Uwielbiał ponad wszystko walkę na miecze i dlatego właśnie porzucił luksusowe życie na rzecz wędrówki w poszukiwaniu świetnych szermierzy. Niestety spotykani przez niego rywale nigdy nie dorastali mu do pięt. Marzył o odnalezieniu godnego rywala. Miał już czterdzieści lat i wiedział, że ma niewiele czasu, zanim jego ciało opadnie z sił. Pan Dzeta był niebieskookim blondynem, dzięki czemu miał ogromne powodzenie u kobiet. Mimo tego był sam. Kiedyś zakochał się i został odrzucony, i od tamtej pory nie jest w stanie zapomnieć i zakochać się ponownie. On również został porwany na wyspę.

Kolejną osobą w naszej historii był Pan Eta. Był on błędnym rycerzem, podróżującym po krainie Touss i pomagającym tym, którzy pomocy potrzebowali. Miał on rude włosy i brązowe oczy. Nie wyglądał na rycerza, ponieważ od zawsze miał problemy z nadwagą. Mimo tychże problemów świetnie walczył. Był niesamowicie silny. Nie miał łatwego życia — gdy był młodym chłopcem, koledzy zawsze się z niego śmiali. Jednakże dzięki temu wyrósł na twardego i jednocześnie empatycznego faceta. Jego również porwano na wyspę.

Pan Theta to ósma osoba. Pan Theta nie był zbyt sympatyczną osobą. Już po jednym spojrzeniu w jego brązowe oczy można było wywnioskować, iż nie należy z nim zadzierać. Włosy, tego samego koloru co oczy, miał wiecznie brudne. On również jak Pan Eta miał problemy z nadwagą i z niego również się śmiano. Niestety doszedł on do innych wniosków. Pomyślał wtedy, że ludzie to po prostu dranie i tyle. I z tą myślą sobie żył. Zajmował się on… Hmm… Po prostu oszukiwał innych, znajdował naiwniaków, których było sporo w krainie Touss, i naciągał ich na tyle kasy, na ile zdołał. W razie kłopotów pokonywał ich w pojedynku, na który ci naiwniacy zawsze się zgadzali. Rzecz jasna Pan Theta owe zawsze wygrywał, nie zabijał swych przeciwników, lecz upokarzał ich możliwie najbardziej i zostawiał. Upokorzonych, przegranych i najczęściej bez pieniędzy. Był bardzo sprytny i potrafił dzięki temu świetnie manipulować innymi. Aż został porwany.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.26